Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

25/12/2018

2088. It's you and me, alright?

23.12.2012, Nowy Jork 

To dźwięki miasta były powodem pobudki. Jadące samochody, ludzie spieszący się do pracy i przebijające się przez ciemne zasłony promienie słoneczne. Budzik nie zadzwonił, co oznaczało, że musiało być jeszcze wcześnie. Zagrzebał się bardziej w kołdrze obejmując jedną z wielu poduszek, które każdej nocy towarzyszyły im podczas snu. I po chwili zauważył, że w łóżku jest całkiem sam. To jednak go nie zmotywowało do tego, aby się ruszyć z miejsca i sprawdzić, gdzie podziała się Joyce. Była niedziela, a to oznaczało tylko tyle, że dopiero wróciła z porannych biegów. W ostatnich dniach miała obsesję na punkcie biegania i robiła to cały czas. Dwa raz wyciągnęła go nawet, ale zima skutecznie go powstrzymała od kolejnych wypadów. Przekręcił się na drugi bok, macając szafki w poszukiwaniu telefonu. Znalazł go po chwili, całkiem rozładowany. Zmarszczył brwi, przetarł oczy i usiadł na łóżku odrzucając od siebie kołdrę. Dopiero teraz poczuł, że zrobiło mu się zimno, a w mieszkaniu temperatura była chyba taka sama jak na zewnątrz. 
— Joyce? Jesteś w domu? — zawołał, jednak nie doczekał się odpowiedzi. 
Mruknął coś pod nosem i zszedł z łóżka. Naciągnął na siebie leżące obok łóżka dresy, bo jednak było mu za zimno i również bluzę. Zamierzał poszukać jeszcze skarpetek, jednak na to okazał się być dziś za leniwy. 
Zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jaka była dziś data. Ostatnie tygodnie były naprawdę dla niego ciężkie. Chodziło głównie o treningi, które pochłaniały większą część jego czasu, a także w pracy spadło na niego sporo nowych obowiązków, ale na to akurat nie mógł narzekać. Na pewno nie narzekał, kiedy dostawał wypłatę. Życie w tym mieście pochłaniało dość sporą część ich wypłat, ale żadne z nich nie zarabiało źle i oboje woleli zagryźć zęby, przestać kupować zachcianki byle tylko nie musieli rezygnować z mieszkania w Wielkim Jabłku. Byli tutaj już cztery lata, ale dopiero od roku jako para. Na samą myśl, ile podchodów robili, aby zaprosić się na randkę, aż się uśmiechał. Nie wyobrażał sobie jednak życia bez blondynki. Znali się całe życie, dość długo traktował ją jak młodszą siostrę, ale gdy tylko sam z siebie zauważył, że wyrosła na naprawdę piękną młodą kobietę, to doskonale wiedział, że już więcej nie będzie między nimi relacji brat-siostra. I się nie pomylił. 
— Daj mi chwilkę! 
Głos dochodził z łazienki. Czyli tam się schowała. Przewrócił oczami schylając się, aby podrapać za uchem Elvisa. Po jego niezbyt zadowolonej minie widział, że jeszcze najchętniej spałby przez kolejne dwanaście godzin. Albo i dłużej. Był wciąż młody, bo miał jakieś dwa lata, ale chyba na duszę zamienił się z jakimś starym psem, który chętnie wychodził jedynie za potrzebą. I nie aby to komukolwiek przeszkadzało, a zwłaszcza w zimie, kiedy człowiek najchętniej zamknąłby się w ciepłym mieszkaniu. Czekając na Joyce postanowił przejść się do kuchni. Obrał banana, który miał być jego zagryzką przed śniadaniem i wstawił wodę na herbatę. Kawę oboje jeszcze zdążą wypić, a herbata - z dodatkiem imbiru i cytryną - przyjemnie rozgrzeje ich w ten zimowy, chłodny poranek. 
Siedział przy stole, mieszając w kubeczku łyżeczką i niecierpliwie czekając, aż Joycelyne opuści łazienkę. Już nie chodziło nawet o sam fakt, że siedzi tam… dość długo. To było zupełnie bez znaczenia. Zaczynał się tylko zastanawiać, czy przypadkiem o czymś nie zapomnieli. Odnosił takie wrażenie. Cudem dostał wolne do końca roku, wczoraj wrócił dość późno ze swojej zmiany i nawet jeśli Joyce mu coś mówiła, zupełnie tego nie pamiętał. 
Po kilku chwilach usłyszał jak drzwi od łazienki się otwierają. 
— Jestem, jestem! 
Wpadła do kuchni jak strzała, w międzyczasie zapinając kolczyka. Był zdziwiony widząc ją, o tej porze, ubraną i gotową do wyjścia. Pomalowana, że zrobionymi włosami i ubrana. Coś mu świtało, a przynajmniej zaczynało. 
Zanim się w ogóle odezwała, stanęła w drzwiach jak wryta spoglądając na swojego partnera. Milczała, zwyczajnie milczała, bo nie wiedziała co mogłaby dodatkowego powiedzieć. Przygryzła lekko wargę, następnie dla uspokojenia się, spojrzała na psa. Ten jednak był zajęty swoimi sprawami, aby w ogóle zwrócić uwagę na nich. 
— Powiedz mi, że tak nie jedziesz. Powiedz mi, że nie jesteś jeszcze gotowy. 
— Gotowy na co? Śniadanie chyba mogę tak zjeść, nie? Z tego co wiem to jeszcze nie przestępstwo — zażartował puszczając dziewczynie oczko. 
— Matt — jęknęła wzdychając przy tym ciężko i z trudem. Naprawdę miała nadzieję, że to jednak tylko żarty. — Wiesz, że za pół godziny musimy stąd wyjść? I ogólnie pojechać do domu? 
— Nie! To nie miało być dziś! 
— Dwa dni. Dwa dni, Matty. Mówiłam ci — przypomniała — dwa dni przed świętami. Mama już do mnie wydzwania. Dopiero wstałeś? Co z tobą? 
W tym momencie wszystko mu się przypomniało. Nie kłopotał się nawet tym, aby cokolwiek jej powiedzieć. Złapał kawałek suchej bułki i biegiem wrócił z powrotem do sypialni. Blondynka nawet nie zdążyła się odezwać słowem. W zasadzie to nie zamierzała. Nie mogła mieć mu za złe tego, że zapomniał. Swoją drogą, ona sama zawiniła, bo przecież mogła go obudzić. Aczkolwiek wątpiła, że uśmiechałoby mu się wstawanie w okolicach szóstej, gdy spokojnie mógł jeszcze trochę pospać. W tym całym zamieszaniu dobre było jedynie to, że dzień wcześniej ich spakowała. Nie musieli przynajmniej tracić czasu na to. Naprawdę chciała dotrzeć wcześnie do rodziców. Teraz dwa dni przed świętami wszyscy będą wyjeżdżać, a to co się będzie działo na drodze mogłoby zniechęcić każdego. Niby to były tylko dwie godziny, ale zanim w ogóle uda im się wyjechać z Nowego Jorku też minie sporo czasu. Mimo to nie mogła się doczekać. Czuła, że te święta będą wyjątkowe. 


— Zgubiliśmy się. 
Spojrzała na niego, trochę z wyrzutem i rozbawieniem. Jeździli tędy milion razy i nigdy im się nie zdarzyło zgubić drogi. Sama kilka miesięcy wcześniej jechała tędy po raz pierwszy, a jej jedynym towarzyszem był śpiący na fotelu pasażera Elvis. Tymczasem byli tu we dwoje, mieli GPSA i telefony, a mimo to się zgubili. Joyce nie potrafiła się nie śmiać z tej sytuacji, bo była zwyczajnie komiczna. Nawet fakt, że będą spóźnieni nie miał już znaczenia. 
— Nie zgubiliśmy się. Tylko zjechaliśmy z trasy. 
— W wolnym tłumaczeniu: nie wiem, gdzie jesteśmy, ale udaję, że wiem — przetłumaczyła sobie podśmiewając się pod nosem. Rysowała palcem po szybie różne szlaczki. Nie jej problem, że Matt zgubił drogę. Pewnie powinna mu pomóc, ale nie mogła nic poradzić na to, że to było zwyczajnie śmieszne. — Mówiłam, żeby się zapytać na stacji. To nieee. 
— Ja się nie pytam o drogę! 
— Jasne, jasne. Pan policjant zna wszystkie drogi, ale chyba tylko te w Nowym Jorku i tylko te, które prowadzą do zakładów z pączkami — dogryzła mu wystawiając język. Nie mogła nic poradzić na to, że lubiła się z nim droczyć, a teraz miała świetną okazję. Sam się jej podkładał. A przecież nie zrezygnuje z takiej okazji, prawda? — Wiesz, może, jak pomyślisz o pączkach, to automatycznie twój mózg cię poprowadzi do tej kawiarni, gdzie sprzedają te cudne pączki z lukrem. 
Na swoją propozycję w odpowiedzi dostała jedynie mrożące w żyłach krew spojrzenie. Jakoś nie potrafiła się tym szczególnie przejąć, więc tylko wybuchła śmiechem. Patrząc na zegarek powinni już dawno dojeżdżać, albo nawet być już w domu. Podkręciła ogrzewanie i włożyła rękawiczki. Sam się prosił o te żarty, ale jednak coraz bardziej zaczynała się bać, że mogą jednak nie dotrzeć na czas. Śnieg też sypał coraz bardziej i tak jak zazwyczaj go uwielbiała, to teraz miała serdecznie dość białego puchu. Czuła, że na drodze jest ślisko i jeszcze Matt nie był w najlepszym humorze. Mimo wszystko czuła, że może być nieciekawie. Siedziała przez następne pół godziny w ciszy, a oni nadal krążyli i wydawało się, że skończą dzwoniąc na pomoc. W myślach wyobrażała sobie jak znajomi z komisariatu Matta się dowiadują o tej sytuacji. Na pewno nie daliby mu żyć, a ona byłaby na czele tych, którzy się z niego śmieją. 
— Telefon mi padł — mruknęła wrzucając go z powrotem do torebki — swojego nie naładowałeś, nie? 
— A niby kiedy miałem? 
— Wiesz, co nie musisz być opryskliwy. To nie moja wina, że się zgubiliśmy! Ty kierujesz, ty źle pojechałeś na skrzyżowaniu i nawet nie chcesz się spytać o drogę! 
— A ty jesteś teraz irytująca, wiesz? — odwarknął mocniej zaciskając dłonie na kierownicy. 
Te święta miały być idealne. Mieli spędzić je razem i z jej rodzicami, a potem pojechać do jego. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że ona spędzi je u swoich, a on u swoich. Może i to była tylko głupia sprzeczka z nerwów. Byli… nigdzie. Robiło się coraz ciemniej i zaczynało brakować cierpliwości do tej podróży, która powinna trwać dwie godziny, a ciągnęła się znacznie dłużej. Nie miała już nawet miejsca na szybie, aby rysować swoje głupie szlaczki. 
Nie odpowiedziała mu już, chociaż bardzo chciała odpyskować i kazać mu spadać. Dodatkowo mogłaby jeszcze tupnąć nogą i kazać się zatrzymać, ale na to była zbyt wielkim tchórzem i jednak nie pokłócili się na tyle, aby rezygnowała z jazdy w ciepłym samochodzie. Próbowała poszukać jakiegoś wspólnego tematu, ot dla rozluźnienia atmosfery, ale nic nie wpadało jej do głowy. Dopiero, kiedy usłyszała ciche piszczenie z tyłu i spojrzała na Elvisa się odezwała. 
— Trzeba wypuścić psa — powiedziała zerkając na Matta — zatrzymaj się, dobrze? Za pół kilometra masz parking — zauważyła, gdy z powrotem się odwróciła do przodu. 
— Dobrze. 
Powiedział tylko tyle. Chwilę później już zatrzymali się na wskazanym wcześniej przez blondynkę parkingu. Wysiadła z auta pierwsza, otwierając też drzwi na psa. Zanim jednak go wypuściła, zapięła mu smycz. Nie chciałaby w tym momencie, aby gdzieś jej uciekł. Biały pies i śnieg, a także ciemność nie wróżyły niczego dobrego. Odeszła kawałek dalej, naciągając na głowę kaptur, a dłonie chowając w kieszeniach płaszcza. Nie odwróciła się, aby spojrzeć czy Matt również wyszedł. Raczej nie było potrzeby, aby i on wychodził, skoro to było tylko szybkie załatwienie psiej sprawy. Drgnęła lekko, kiedy usłyszała zatrzaskujące się od samochodu drzwi, ale nie odwróciła. Skupiła się tylko na psie i na tym, aby jak najszybciej wrócić do samochodu. Skrzypiące pod śniegiem kroki, które zbliżały się w jej stronę też nie zrobiły na niej większego wrażenia. Nikogo tu poza nimi nie było, więc czego albo kogo miałaby się niby bać? 
— Joycelyne Esther Starling. 
— Nie mam ochoty na żarty. Możesz po prostu poszukać drogi powrotnej? Jestem głodna, zmęczona, zimno mi i też mi się chce siku — jęknęła żałośnie. Gdyby tylko to było lato, nie byłoby żadnego problemu uciec w stronę lasu, ale to jednak była zima. A na samą myśl o tym, aby zdjąć z siebie cokolwiek przechodził ją dreszcz. Coś ją jednak pokusiło, aby się odwrócić. 
Z wrażenia upuściła smycz, a dłonie od razy przyłożyła do ust. Niczego się nie spodziewała, a już na pewno nie tego. Przed chwilą jeszcze się kłócili, a teraz stali na śniegu po środku totalnego pustkowia. Nawet niczego nie podejrzewała ani o tym nie myślała. Zwyczajnie było za wcześnie! Minął dopiero rok, a to było o wiele za wcześnie. Tak przynajmniej się jej wydawało, że jest za wcześnie. Zresztą, co ona wiedziała? 
— Joycelyne Esth… 
— Nie — przerwała, ale sama chyba była zaskoczona tym co powiedziała — to znaczy, tak, znaczy nie wiem. 
— Mogę? 
Pokiwała głową. 
— Joycelyne Esther Starling. Jesteś niesamowitą, młodą kobietą, która wiele lat temu stanęła na mojej drodze i Joy, och, Joy, przyniosłaś tyle radości do mojego życia. Stałaś się najważniejszą osobą w moim życiu i nie wyobrażam sobie nikogo innego na tym miejscu. Myślałem… byłem pewien, że zanim to zrobię, to muszę zadbać o wystrój, jakaś orkiestra w tle i wiele innych, ale wiem, że liczysz się tylko ty. I fakt, że sprawiasz, że jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi. Mam szansę budzić się każdego dnia przy cudownej kobiecie i niczego więcej nie mógłbym chcieć. I jeśli pozwolisz, będę sprawiał abyś czuła się tak jak ja, przez resztę naszego życia. 
Milczała przez dość długi czas. Stojąc w miejscu, przykładając dłonie do ust, a w międzyczasie po policzkach spływały jej łzy. Nawet Matt się nie spodziewał, że to wyjdzie teraz. Miał wszystko zaplanowane. Mieli dojechać do jej rodziców, w świąteczny poranek, dokładnie za dwa dni, gdy będą otwierać prezenty miał się jej oświadczyć. Siedząc jednak w aucie, zdał sobie sprawę jak bardzo nie chce robić z ich oświadczyn szopki. Żadne z nich tego nie potrzebowało. To był tylko ich moment i jeśli miała odmówić, wolał, aby to zrobiła bez świadków. 
— Chyba mi łzy zamarzają na policzku. 
Takiej odpowiedzi z pewnością się nie spodziewał, aczkolwiek rozbawiła go. Roześmiał się, kręcąc głową z niedowierzaniem. Chyba nie tak sobie wyobrażał odpowiedź na to pytanie. 
— Wstawaj, masz całe spodnie mokre od śniegu — powiedziała nieco łamliwym głosem, wyciągając też w jego stronę ręce — chodź tu. 
Trochę drżały jej dłonie, ciągle pociągała nosem i nadal płakała, ale uśmiechała się też. Od ucha do ucha i w sposób w jaki nie uśmiechała się nigdy wcześniej. 
— Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek zakocham się w swoim najlepszym przyjacielu. Z którym będę chciała spędzić resztę swojego życia — odpowiedziała i niemal natychmiast objęła go za szyję złączając ich usta w pocałunku. 
Zmoczyła nie tylko swoją twarz, ale teraz także i jego. Tak samo jak ich szaliki. Jeszcze chwilę temu się kłócili, a teraz stali pośrodku drogi w nieznanym miejscu, gdzie właśnie zgodziła się za niego wyjść i nie wyobrażała sobie, aby ten moment mógł wyglądać lepiej. 
— Tak. Chcę, żebyś mnie uszczęśliwiał do końca życia, Matt. Chcę cię. Na resztę swojego życia. 
Na chwilę się odsunęli. Tylko po to, aby Dooley mógł zdjąć z jej dłoni rękawiczkę. Wszystko szło dobrze, przynajmniej do momentu, gdy nie otworzył małego, białego pudełeczka, w którym znajdował się pierścionek. Nie był może ogromny i z wielkim diamentem, ale skromny i idealnie wpasowywał się w gust blondynki. W ich gust. Joycelyne wypuściła powietrze z płuc, aby jakoś się przygotować na to, że zaraz naprawdę będzie czyjąś narzeczoną. Trzymał jej dłoń w swojej, ale w momencie, kiedy miał wsunąć pierścionek na jej palec po prostu coś poszło nie tak i zamiast na jej dłoni, wpadł do śniegu. 
— O mój Boże! 
— O, przepraszam. Nie wiem jak… Matko on mi wypadł! 
Teraz już nie była pewna czy ma zacząć płakać czy się jednak śmiać. Dookoła nich było cholernie ciemno, śnieg sypał jak pokręcony, a pod nimi również było kilka centymetrów śniegu. Matt niemal od razu opadł na ziemię, aby zacząć szukać pierścionka. Chwilę potem dołączyła do niego Joyce. W dwójkę przecież raźniej, prawda? 
— Ale nie chcesz się wykręcić, co? — zapytała z lekkim uśmiechem i wciąż zaszklonymi oczami. Wolno przeszukiwała śnieg, aby nic jej nie umknęło. Można uznać, że nawet kawałek dalej Elvis dołączył się do poszukiwań, bo wyczuł coś w śniegu i co chwilę wsadzał w biały puch nos. 
— Przejrzałaś mnie — odparł odwzajemniając uśmiech — nie znajdziemy go. Jest za ciemno. Kupię jutro nowy. 
— Nie! Chcę ten — zaprotestowała — i znajdziemy. Nie mógł spaść daleko. Matt…? 
— Tak? 
— Kocham cię. I… dziękuję. 
— Możesz podziękować, jak znajdziemy pierścionek. 
Zaśmiała się krótko. 
Zajęło im przynajmniej z kolejne piętnaście minut zanim w końcu trafili na skryty pod warstwą śniegu pierścionek. Żadne z nich się nie spodziewało takiego obrotu spraw, a na pewno nie Joycelyne, która nawet nie podejrzewała, że Matthew mógłby coś takiego planować. W końcu byli razem tylko rok, a to wcale z kolei nie tak dużo. Czuła jednak, że postępują słusznie. To nie było ważne, że był jej pierwszym partnerem na poważnie. Czuła, że jest tym jedynym i że to z nim spędzi swoje życie. Była kochliwa, czasem wyobrażała sobie zbyt wiele, ale teraz nie miała żadnych wątpliwości. Matthew był tym jedynym i tego zamierzała się trzymać. 
— Powiedzmy im w święta. Chcę się jeszcze dziś nacieszyć tym, że wiemy tylko my. 
— Tak zrobimy.
Wesołych świąt kochani! Notka powstała zupełnie przypadkiem, ale skoro już się napisała, to nie chciałam jej trzymać na dysku. Każdemu kto wytrwał ślicznie dziękuję, i przesyłam moc wirtualnych uścisków oraz sałatkę jarzynową! W tytule Przyjaciele.

24/12/2018

















Drodzy Autorzy

O tej porze roku, już od paru ładnych lat, niezmiennie staję przed wyzwaniem napisania życzeń świątecznych i nieskromnie przyznam, że chyba całkiem nieźle mi to wychodzi, ponieważ życzenia te spełniają się od ręki! Przynajmniej w sferze blogowej. Ponieważ również w tym roku, tak jak i w poprzednich latach, chciałabym życzyć Wam wytrwałości w pisaniu, niewyczerpanych pokładów weny oraz przede wszystkim, co najważniejsze, czasu na pisanie, nawet jeśli ścigają Was różnorakie obowiązki. Życzę Wam również wymarzonych wątków, współautorów piszących bez wytchnienia oraz nocy nieprzespanych z powodu porywających fabuł. Ten post to również idealne miejsce na podziękowania, stąd jestem Wam ogromnie wdzięczna za obecność i wsparcie. Nawet nie wiecie, jak ciepło robi mi się na serduchu, kiedy uświadamiam sobie, że upłynął kolejny rok z NYC, z wspaniałymi autorami, dla których warto jest tworzyć to miejsce; z którymi warto jest tworzyć to miejsce. Stąd nam wszystkim życzę kolejnych wspólnych lat, owocnych w wątki i opowiadania, owocnych w nowe znajomości i wspomnienia, które długo nie będą blaknąć.
Odchodząc nieco od blogowania, chciałabym życzyć Wam spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Spędźcie je przede wszystkim tak, jak lubicie i wyciśnijcie z tego czasu jak najwięcej. Rozejrzyjcie się wokół, doceńcie to, co macie i na krótką chwilę przestańcie tęsknić za tym, czego nie macie. Ucieszcie się z małych rzeczy, uśmiechnijcie do samych siebie i spójrzcie bardziej przychylnym okiem, również na samych siebie. Czujecie ten wewnętrzny spokój? Życzę Wam, żebyście choć przez chwilę go poczuli, delektowali się nim. Następnie wejdzie w Nowy Rok z należytym impetem! Opijcie go szampanem, żeby obfitował w same dobre rzeczy i nie bójcie się głośno mówić o swoich marzeniach, nie bójcie się tych marzeń spełniać! Bierzcie od życia to, co Wasze!

Wesołych Świąt oraz szczęśliwego Nowego Roku 

życzy Administracja New York City

23/12/2018

2087. Look what I found! Another piece of my heart just laying on the ground


— To ty powiedziałaś mu, gdzie teraz mieszkam? Mamo! — Rozświetlony ekran laptopa rzucał niebieską poświatę na twarz Maille, stanowiąc jedyne źródło światła w pokoju. — Nic z tego nie rozumiem — przyznała, z niedowierzaniem kręcąc głową. — Dlaczego?
Czuła się zawiedziona. Myśl, że to jej ukochana mama przyczyniła się do pojawienia się Liama w Nowym Jorku była na tyle absurdalna, że nie chciała jej do siebie dopuścić, mając nadzieję, że to wszystko okaże się nieporozumieniem i że zaraz usłyszy z ust kobiety widocznej na ekranie wyraźne zaprzeczenie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Slaine westchnęła ciężko i pochyliła głowę, potrzebując chociaż kilku sekund na zebranie się w sobie, a następnie uniosła wzrok na znajdującą się tysiące kilometrów dalej jedyną córkę. Płynność transmisji została na moment zakłócona i obraz zastygł w bezruchu, uwidaczniając rozmazane piksele.
— Mamo?
— Jestem, jestem. Uwierz mi, to nie była łatwa decyzja. Ale Liam przyszedł do nas i długo rozmawialiśmy. Żadne z nas nie wiedziało, czy to dobry pomysł. Proszę tylko o to, żebyś go wysłuchała. Po części ze względu na niego. Ale też ze względu na siebie, Maille. On chce tylko porozmawiać, później od razu wróci do Dublina. Nie musisz się bać, nie zrobi ci krzywdy — dodała nieco niepewnie, choć będąc tak daleko, ciężko jej było odgadnąć obawy i wątpliwości targające młodą Irlandką.
— Proszę cię! To nie tak, że się go boję! — prychnęła za złością i poirytowaniem, wywracając przy tym oczami. — To było cztery lata temu. Dawno temu i nie prawda. Nie mam przez niego żadnej traumy, nie boję się mężczyzn, potrafię stworzyć normalny związek. My po prostu nie mamy o czym ze sobą rozmawiać. Przeprosił mnie już, niedługo po tamtych wydarzeniach i nie widzę sensu, żeby nasze drogi miały się znowu krzyżować. Myślałam, że jesteś ostatnią osobą, której muszę coś takiego tłumaczyć — przyznała z żalem i odwróciła głowę, jednocześnie mocno zaciskając wargi, po przy ostatnich słowach jej głos niebezpiecznie zadrżał. To nie tyle bolało, choć Maille nie mogła też powiedzieć, że nie boli wcale. Po prostu denerwował ją fakt, że zupełnie nagle i niespodziewanie, a także kompletnie niepotrzebnie, musiała do tego wracać. I to przed samymi świętami, kiedy w ogóle nie powinna myśleć o takich rzeczach.
— Porozmawiaj z nim, proszę. — Mimo że Slaine aż zbyt wyraźnie widziała, że rani córkę, pozostawała nieugięta.
— Nie — ucięła krótko. — Co robimy ze świętami? — spytała, zmianą tematu dając matce do zrozumienia, że nie ma już ochoty rozmawiać o Liamie i jego wizycie w Nowym Jorku. Jeśli chłopak chciał pozwiedzać miasto, które nigdy nie śpi, proszę bardzo, ale ona za nic nie zamierzała zostać jego przewodnikiem.




Po pierwszym śniegu, który sparaliżował Wielkie Jabłko, nie było już ani śladu. Choć było chłodno, przymrozki sprzyjające utrzymaniu pokrywy śniegu występowały jedynie w nocy; za dnia słupek rtęci zatrzymywał się na wysokości kilku stopni powyżej zera i to wystarczyło, by niewielkie zaspy zastąpiły rozległe, płytkie kałuże, w których przeglądały się wiszące nisko szare chmury. Wbrew przytłaczającej pogodzie metropolia mieniła się kolorami, bijącymi nie tylko od wszechobecnych neonów, ale też od świątecznych iluminacji, które wypełniły każdy wolny skrawek przestrzeni. Choinka na Rockefeller Center już od trzech tygodni cieszyła oczy mieszkańców i turystów, którzy potrafili wystać długie godziny w kolejce na lodowisko pod chmurką, znajdujące się w blasku lampek rozwieszonych na trzydziestometrowym świerku.
Irlandka, mimo że pędziła na spotkanie, przystanęła po drugiej stronie ulicy i zawiesiła wzrok na drzewku. Po chwili zamiast wyraźnego kształtu choinki widziała jedynie rozmazaną plamę upstrzoną błyszczącymi punkcikami, jak na zdjęciach, które fotografowie osiągali dzięki sprytnym trikom i przy długim czasie naświetlania. Ona, z powodu niewielkiej wady wzroku, miała ten efekt niemalże na co dzień, nawet pomimo noszenia szkieł kontaktowych, bo zmęczone po całym dniu pracy oczy zdawały się zapominać, że jest coś, co wspomaga je w uzyskaniu ostrego obrazu. Tym razem jednak, niby to zapatrzona w świerk, tak naprawdę nie obejmowała go spojrzeniem, wpatrując się w coś, co widziała tylko ona.
Dlaczego się zgodziła? Była dwudziestosześcioletnią, a nawet prawie dwudziestosiedmioletnią kobietą i wymówka, że mama jej kazała, była bardzo nie na miejscu. Creswell jednak nie widziała innego wytłumaczenia i to perswazję matki uważała za winną tego, że teraz podążała na spotkanie z Liamem. Przyznanie się do tego, że tuż przed trzydziestką wciąż słuchała rodziców było łatwiejsze, niż pogodzenie się z tym, że wbrew zdrowemu rozsądkowi sama tego chciała. Każda racjonalnie myśląca osoba odradzałaby jej spotkanie z dawnym oprawcą i sama Maille wiedziała, że by spełnić oczekiwania społeczeństwa, powinna teraz siedzieć w mieszkaniu i robić cokolwiek innego, byle nie gapić się bezmyślnie na choinkę na Rockefeller Center, która stanęła jej na drodze.
— Przepraszam! — Przeciskający się obok niej przechodzień potrącił ją lekko i obejrzał się na nią przez ramię. Maille zamrugała szybko, wyrwana z zamyślenia i rzuciła mężczyźnie w średnim wieku lekki uśmiech, sugerując, że nic takiego się nie stało. Nieznajomy skinął jej głową i popędził dalej. Blondynka również zdała sobie sprawę z tego, że powinna już iść. Była lekko spóźniona, choć nie frapowało jej to tak bardzo, jak kiedy zdarzało jej się czasem spóźnić na inne zaplanowane spotkania. Liam mógł poczekać. To jemu zależało, nie jej. Prawda?
Tak naprawdę niewiele sobie wtedy powiedzieli. Rozmawiali w towarzystwie Cedrica i ojca, którzy nie spuszczali gniewnych spojrzeń z wyraźnie przejętego Liama. Maille nie potrafiła przypomnieć sobie, jak chłopak był wtedy ubrany ani jaka właściwie była pora dnia. Pamiętała jedynie, że tak jak Liam prawdopodobnie trząsł się z przerażenia, tak jej bratem i ojcem wstrząsały fale słusznej wściekłości. Ona słuchała, on dukał słowa przeprosin i tłumaczył się niezdarnie, a oni wisieli nad nimi, nie dając im ani odrobiny prywatności. Nie miała im tego za złe, wręcz przeciwnie. Była wdzięczna, że nie zostawili jej wtedy samej i choć ona również odczuwała niewygodny ciężar ich srogich spojrzeń, to już sama świadomość tego ciężaru była dziwnie pokrzepiająca. Wiedziała tylko, że nie powiedzieli sobie wtedy wszystkiego. Nie mogli w obecności dwóch sędziów, którzy zgodnie obrali stronę w tym konflikcie i najprawdopodobniej to dawne niedopowiedzenia prowadziły ją teraz ulicami zimowego Nowego Jorku, ku kawiarence, której adres Liam przysłał jej smsem. Wciąż bowiem nie wiedziała, dlaczego? Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie była jej wina, ale kiedy przypominała sobie wyraz twarzy Liama i jego zagubione spojrzenie, była pewna, że on również tego nie wiedział. Nie wiedział, co się z nim dzieje, a ona nie mogła mu pomóc, bo miała wtedy na tyle rozumu w głowie, iż zdawała sobie sprawę z tego, że nie będzie potrafiła tego zrobić. Mogła mieć tylko nadzieję, że przez te cztery lata chłopak znalazł odpowiedź. I teraz chciał się nią podzielić, żeby obydwoje mogli uwolnić się od rzucającej cień na teraźniejszość przeszłości.
Ostatnie kilkanaście metrów pokonała biegiem, ponieważ ołowiane chmury zapłakały rzewnie. Nie tylko ona umykała przed zimnymi kroplami; pozostali przechodnie również rzucili się do rozpaczliwej ucieczki i tylko część w pośpiechu wyciągnęła oraz rozłożyła parasole. Dopadła do drzwi kawiarenki, jakby to była wstęga na mecie długiego, wyczerpującego biegu i z trudem poruszyła ciężkie skrzydło, które w końcu, z jękiem źle naoliwionych zawiasów, ustąpiło. Trącony przez drzwi staroświecki dzwoneczek oznajmił jej przybycie, a kilka osób siedzących najbliżej wejścia rzuciło jej karcące spojrzenia, bowiem wpuściła do pomieszczenia mroźny podmuch wiatru, który przemknął po ścianach, poruszył serwetkami i rozmył się przy oknie, trącając zasłonki.
Siedzący w oddaleniu od reszty gości brunet podniósł się nieznacznie i pomachał do niej, wskazując kierunek, w którym powinna podążać. Maille uśmiechnęła się krzywo, czując, jak jej żołądek ścisnął strach i pośpiesznie odwróciła się do Liama plecami, udając, że ma problem z zamkiem zimowej kurtki. Pozbywając się powoli wierzchniego odzienia i odwieszając je na wieszak przy wejściu, kupiła sobie nieco czasu na uspokojenie tłukącego się w piersi serca. W końcu, pozostając w wełnianej marynarce, poprawiła zsuwającą się z ramienia torebkę i lawirując pomiędzy ustawionymi blisko siebie stolikami, dotarła do zajmowanego przez byłego chłopaka miejsca.
— Cieszę się, że zgodziłaś się ze mną zobaczyć. — Wstał, jakby chciał się z nią przywitać, lecz wymienili jedynie niezręczne uśmiechy i usiedli oboje.
— Nie masz się z czego cieszyć. Dalej zastanawiam się, czy sobie nie pójść — oznajmiła i choć jej słowa mogły brzmieć gorzko, kąciki ust uniosły się w niepewnym uśmiechu. Tak bardzo nie wiedziała, jak zachowywać się w jego towarzystwie. Z jednej strony cieszyła się, że go widzi, co było dla niej na tyle zaskakujące, że kompletnie straciła rezon. Siedział przed nią, wyglądając bardzo dobrze, jakby u niego wszystko było w porządku. Z drugiej stronie aż zbyt wyraźnie pamiętała, w jakich okolicznościach się rozstali i zapobiegawczo nie dosunęła się krzesłem do samej krawędzi okrągłego stolika.
W odpowiedzi na jej słowa Liam odetchnął głęboko i przyjrzał jej się uważnie. Rzeczywiście, siedziała spięta, lecz czy gotowa do ucieczki, kiedy tylko poczuje najmniejsze zagrożenie? Założyła nogę na nogę, torebkę odwiesiła na oparcie krzesła. Naprawę chciała z nim porozmawiać.
— Gorąca czekolada? — zaproponował.
— Jak zawsze.
Wyprostował się i uniósł głowę, by pochwycić spojrzenie kręcącej się w pobliżu kelnerki i teraz to ona miała szansę się mu przyjrzeć. Ciepłe światło w kawiarni zmiękczało jego rysy, lecz Maille nie mogła nie zauważyć, że przez te kilka lat, kiedy się nie widzieli, Liam wyraźnie zmężniał. Wciąż był młodym mężczyzną, lecz rysy jego twarzy zdążyły się jeszcze wyostrzyć. Linia szczęki stała się wyraźniej zarysowana i nawet z pewnej odległości widziała, że gdyby dotknęła jego policzka, poczułaby pod opuszkami igiełki zarostu, nawet jeśli mężczyzna ogolił się zaledwie wczoraj. Rozbawiło ją to spostrzeżenie. Pozwoliła sobie na uśmiech, bo kiedy się spotykali, zarost Liama stanowiło kilka przypadkowych kępek, które w odpowiednim świetle miały rudawy odcień. Stąd widząc go nieogolonego, automatycznie stawała się nabzdyczona jak osa, którą ktoś trącił gazetą.
— Gorąca czekolada i czarna kawa bez cukru — powtórzyła kelnerka, która już zdążyła zjawić się przy stoliku i teraz zapisywała w notesie złożone zamówienie. Brunet przytaknął, potwierdzając to, co powiedział wcześniej i odprowadził dziewczynę wzrokiem. Dopiero kiedy ta zniknęła za kontuarem, przeniósł spojrzenie na Maille.
— Jednak została ci blizna — zauważył spokojnie, kiedy podczas studiowania jej twarzy wzrok natrafił na bladą wypukłość nieco poniżej dolnej wargi. Zdał sobie sprawę, że popełnił błąd, kiedy blondynka poruszyła się niespokojnie i uciekając wzrokiem gdzieś w bok, sięgnęła dłonią do twarzy, na moment zakrywając palcami usta oraz brodę. Wyglądała na wystraszoną, lecz coś w jej pozie szybko się zmieniło. Nie odrywając jeszcze ręki od blizny, powoli uniosła na niego szare oczy, które zamiast pociemnieć z gniewu, pojaśniały. Tak błyszczała twarda i zimna, hartowana stal.
— Czego chcesz, Liam? — warknęła, cedząc przez zęby jego imię i cofnąwszy dłoń, wysunęła podbródek tak, by padające z pobliskiej lampy światło w pełni uwidoczniło pamiętny ślad.
— Przepraszam. Nie to miałem na myśli — zreflektował się szybko. — Nie myślałaś kiedyś, żeby ją usunąć?
— Nie. Prawie jej nie widać, kiedy nie wie się, gdzie patrzeć.
I rzeczywiście, podłużna wypukłość ginęła w cieniu pełnej dolnej wargi, wyglądając nieco, jak zręcznie przypudrowana niedoskonałość. Kiedy Maille się uśmiechała, znikała w rozciągniętej skórze, a uśmiechała się często.
— Państwa zamówienie! — Kelnerka dość szybko zjawiła się z tacą, z której ściągnęła biały kubek oraz filiżankę w tym samym kolorze, pierwsze naczynie ustawiając odpowiednio przed kobietą, a drugie przed mężczyzną. Odchodząc, posłała im serdeczny uśmiech, nie zauważając, że atmosfera między tą dwójką wyraźnie gęstniała.
Blondynka chwyciła kubek, jakby zależało od tej jej życie i przyciągnęła go do siebie, w ten prosty i symboliczny sposób odgradzając się od Liama, który aż za dobrze wiedział, że zaczął tę rozmowę w zły sposób. W jego wyobrażeniach nie tak to wyglądało. Oczywiście, nie śmiał nawet zakładać, że pod koniec spotkania padną sobie w ramiona, ale liczył chociaż na to, że każde z nich ze spokojem odejdzie w swoją stronę. Tymczasem zaczęli, a raczej to on zaczął od rozdrapywania starych ran.
Powierzchnia kawy pokryła się drobnymi zmarszczkami, kiedy obrócił filiżankę tak, by uszko mógł bez problemu ująć pomiędzy palcami prawej dłoni.
— Mam narzeczoną — zaczął nagle, nie spoglądając na Maille. Jego oczy śledziły niewielkie fale rozbijające się o ceramiczny brzeg. — Abby. Jest w drugim miesiącu ciąży, wiesz? Chodzę też na terapię. Od dwóch lat, od kiedy Abby zgodziła się zostać moją żoną. Nie skrzywdziłem jej tak, jak ciebie, Maille. Nie zdążyłem, bo ona zawczasu zauważyła, że coś jest nie tak i postawiła mi ultimatum, a ja nie chciałem po raz kolejny przegrać sam ze sobą. Psychoterapeuta twierdzi, że to dlatego, że ojciec bił mnie i matkę. Obiecywałem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Zarzekałem się, że nigdy nie popełnię jego błędów. I proszę, podążyłem dokładnie tą ścieżką, którą on wydeptał dla mnie. Nie wiedziałaś o tym, prawda? — zagadnął, dopiero teraz zerkając na jej twarz.
— Nie — szepnęła, z trudem przepychając to słowo przez ściśnięte emocjami gardło.
— Ja też nie. Nie wiedziałem, że zacznę powielać jego zachowania, bo na dobrą sprawę nikt nie pokazał mi, że można inaczej. To było jak… Jakby ktoś obcy przejmował kontrolę nad moim ciałem, jak w jakimś pieprzonym amoku. A potem przychodziło otrzeźwienie i zdawałem sobie sprawę z tego, co robiłem.
— Wiem, pamiętam — wtrąciła, bo wiedziała, że nigdy nie zapomni tych dwóch wyrazów jego brązowych oczu, które teraz spoglądały na nią ze skruchą. Pierwszego tuż przed ciosem, zimnego i pustego oraz tego drugiego, kiedy wypełniało je bezgraniczne przerażenie i niedowierzanie.
— Chciałem się z tobą zobaczyć, bo to nie dawało mi spokoju. Teraz rozumiem znacznie więcej, niż wtedy i cholera, Maille, wiem, że to zabrzmi głupio, ale pomyślałem, że ty też będziesz chciała to zrozumieć.
Uśmiechnęła się, westchnęła krótko i opuściła głowę, a jasne, lekko pofalowane kosmyki częściowo przesłoniły jej twarz. Potrzebowała chwili, by uporać się z własnymi uczuciami i emocjami, czując, jak supeł na żołądku zawiązany strachem stopniowo się rozluźnia. Nie kłamała, rozmawiając z matką. Nie miała przez niego traumy, nie bała się mężczyzn i potrafiła stworzyć normalny związek. Ale zawsze, kiedy pomyślała o Liamie, obojętnie czy była wtedy w pracy, czy w zaciszu mieszkania, czy kiedy jego twarz raz na jakiś czas wracała do niej przed snem, w godzinie, w której wyjątkowo dobrze wspominało się błędny młodości, czuła ukłucie żalu i niepokoju. Czuła smutek, który rozpychał się za mostkiem, tuż pod żebrami, mościł się wygodnie i zostawał na dłużej. Żal jej było tej miłości, choć zrezygnowała z niej dla własnego dobra. A teraz, kiedy już wiedziała, mogła zrzucić żałobę.
— Po tylu latach dalej dobrze mnie znasz — powiedziała, spoglądając na niego, a następnie odsunęła na bok kubek z gorącą czekoladą i ułożyła rękę na stole, wyciągając do niego dłoń. Liam mocno zacisnął na niej palce i trwali tak w milczeniu przez dłuższą chwilę, pozwalając wybrzmieć temu wszystkiemu, co właśnie zostało powiedziane i starając się ukoić to, co wymagało ukojenia.




— Mówię ci, to będzie dziewczynka! Czuję to w kościach!
— Marzy ci się taka córeczka tatusia? — spytała ze śmiechem, znad pustego od dobrych dwóch godzin kubka po gorącej czekoladzie.
— A ty byś nie chciała mieć takiego synunia mamuni? — odgryzł się Liam, na co Maille skrzywiła się i potrząsnęła głową.
— Nie. No, może za jakieś dziesięć lat nie miałabym nic przeciwko. Teraz już mam jedno dziecko, które wystarczająco daje mi popalić — wyjaśniła i dla kontrastu, kiedy to brunet pokazywał jej zdjęcia z narzeczoną, teraz to ona wyciągnęła telefon i sprezentowała mu cały album ze zdjęciami Leviego, przesuwając palcem po ekranie. Levi śpi. Levi na spacerze. Levi śpi w śmiesznej pozie. Levi je. Levi na spacerze zjadł dmuchawca. Levi śpi w kolejnej śmiesznej pozie. Levi przy Tostmanii.
— W życiu bym nie pomyślał, że tak się rozminiemy. To znaczy… Myślałem, że to ty będziesz już dawno miała męża i dwójkę dzieci, a to ja będę sam ze stadem kotów.
— Nie rób ze mnie starej panny, Liam, bo trzasnę cię w ten durny łeb.
— Cieszę się, że mogliśmy się zobaczyć, Maille.
— Ja mimo wszystko też, Liam.
— Ale chyba nie będziemy już więcej się widywać? Ani dzwonić do siebie?
— Chyba nie — przyznała po chwili namysłu, chowając telefon do torebki. Podniósłszy głowę, uśmiechnęła się łagodnie i przesunęła wzrokiem po jego twarzy. Powoli i w skupieniu, studiując ją uważnie, bo wiedziała, że tak dokładnie może mu się przyjrzeć po raz ostatni. — Ale możemy wysyłać sobie kartki na święta.
— Kartki na święta. To dobry pomysł — zgodził się i objął spojrzeniem kawiarnię, która już na początku grudnia została odpowiednio przystrojona w świąteczne motywy. — Bo to będzie przyjemne wspomnienie, prawda?
— Prawda.




Choć ciemno było już od kilku godzin, zdawało się, że w Nowym Jorku nie było miejsca, do którego nie docierałaby chociaż odrobina światła. Czy to z ulicznych latarni, czy z neonowych reklam, czy wreszcie ze świątecznych iluminacji. Wszechobecny blask, zimny bądź ciepły, biały bądź czerwony, w zależności od swojego źródła, zdawał się wciskać w każdy kąt, w każdą szczelinę, starannie rozganiając cienie tak jak starannie wymiata się stare pajęczyny. Maille nie chowała twarzy w postawionym kołnierzu kurtki, wysoko zadzierając głowę. Uśmiechała się przy tym pod nosem, a jej szare oczy błyszczały. Płynnie przechodziła z jednego do drugiego kręgu światła, rozlewającego się pod latarniami, jedynie na krótkie chwile pozostając w półmroku, ale i wtedy zdawało się, że i od niej biła delikatna poświata, przez co te krótkie momenty w cieniu traciły na znaczeniu.
— Halo, mamo? —  rzuciła, kiedy zamiast miarowo rozbrzmiewającego sygnału usłyszała w słuchawce dziwne poruszenie.
— Jestem, jestem. Coś się stało? — spytała Slaine, a po chwili dodała z wyraźną pewnością: — Rozmawiałaś z Liamem.
— Tak — przyznała i zaśmiała się krótko, przez co raczej nie musiała dodawać niczego więcej. — Dziękuję, mamo. Tylko nie mówi mi tego twojego „a nie mówiłam”! — zdążyła zawołać, bo po drugiej stronie pani Creswell już otwierała usta.
— Maille, wiesz przecież, że ja zawsze chcę dla ciebie dobrze — westchnęła wyraźnie i oczyma wyobraźni blondynka już widziała, jak mama kręci głową.
— Wiem, wiem. Ale ja nie o tym chciałam. Przylatujecie w niedzielę, tak? — zagadnęła i okręciła się na obcasie wokół własnej osi, przyciągając tym spojrzenie kilku najbliższych przechodniów.
— Tak, będziemy rano. Odbierzecie nas z lotniska?
— Cedric po was przyjedzie, o ile się nie zgubi gdzieś po drodze. Będę czekać w mieszkaniu, muszę jeszcze trochę posprzątać i nadmuchać materace. Joyce nie mogła zostawić łóżka, ale i tak spadła mi z tym mieszkaniem jak gwiazdka z nieba.
— Spakowałam już dla niej kilka słoiczków tej konfitury, którą tak lubisz.
— Nie chcę wiedzieć, co spakowałaś i ile będzie tych tobołów. Kończę, mamo. Widzimy się w niedzielę!
Rozłączywszy się, Maille schowała telefon do kieszeni i ponownie okręciła się wokół własnej osi, tym razem na drugim obcasie. 



Look what I found! Somebody who'll carry around a piece of my heart,
just laying on the ground

Prosta i optymistyczna noteczka przed świętami, bo chyba nam wszystkim była ona potrzebna, prawda? ^^
Tytuł oraz cytat: Lady Gaga – Look what I found

21/12/2018

2086. Rozrywa mnie brak słów

Coś wam powiem – moim zdaniem wszystkie nastoletnie lata powinny być objęte specjalnym programem ochronnym. Nie znam chyba dzieciaka, który z rozmysłem rzuca na wiatr te słowa, co czasem nam wszystkim samoistnie wymykają się spomiędzy warg. Jesteśmy, bądź co bądź, specyficzną grupą; chyba żaden dorosły czy dziecko nie potrafi tak celnie strzelać w samo serce, jednocześnie wcale nie mając na myśli faktycznego morderstwa. Bardziej niż kiedykolwiek później, wcześniej w życiu, kierujemy się wpływem chwili, dobrej lub złej – ale czy to wystarczy, by którekolwiek z nas doprowadzić do uniewinnienia?



rok 2013
Moja córka ma drobne dłonie z poobcieranymi kostkami, obgryzione nerwowo paznokcie. Długie włosy upięte na czubku głowy w jakąś dziwaczną kompozycję, której artyzmu najwyraźniej nie potrafię pojąć, chociaż rano wychodziła do szkoły w byle jakich, potarganych warkoczach. Od jakiegoś czasu się zmienia, a ja bardzo chcę wierzyć, że to naturalne konsekwencje dorastania.
Nie wygląda na swoje dwanaście lat. Ma to po mnie; do tej pory uchodzę za młodszą, niż jestem w rzeczywistości. Zabawne, że kiedy się urodziła, większość ludzi zachwycała się jej podobieństwem do ojca, którego osobiście nie byłam w stanie zauważyć. Ma moje zielone oczy, elfie rysy twarzy i chude, długie kończyny, często zawadzające jak u młodziutkiej sarny. Patrząc na nią nie dowierzam, że dopiero co trzymałam w dłoni jej niewymownie maleńką rączkę i liczyłam paluszki, kruche jak porcelana. Siedząca obok mnie dziewczynka – nie, dziewczyna – tak bardzo różni się od maleństwa, które niegdyś nosiłam w ramionach, że czasami ciężko mi w to uwierzyć. Czas, myślę, jest najgorszą formą rozpadu.

– Hej – mówię, próbując nakłonić ją do uniesienia głowy. Ona jednak wciąż siedzi w niemal zupełnym bezruchu, od czasu do czasu gryząc paznokieć kciuka i wpatrując się niewidzącymi oczami w przestrzeń. – Myszko – powtarzam, szukając na jej twarzy śladu zrozumienia. Przez chwilę widzę przebłysk świadomości, ułamek sekundy później jej wzrok mętnieje na nowo. Zastanawiam się czasem, czy moje dziecko zamyka się w sobie przede mną, czy przed wszystkim innym.

– Czy Nathaniel umrze?

Jej pytanie jest cichsze niż powiew wiatru, zadane z dziecięcą niewinnością i dojrzałą powagą, ale i tak wytrąca mnie z równowagi. Zerkam na nią z obawą, waham się, co odpowiedzieć. Może gdyby była starsza, gdyby wszystko było prostsze.

– Nie wiem, Jo. – Moje słowa brzmią szczerze i toną od łez, których nie wylewam. – Mam nadzieję, że nie.

Kiwa głową kilkakrotnie, pogrąża się w rozmyślaniach na nowo. Nie umiem jej pomóc; nie umiem pomóc samej sobie. Tak bardzo chciałabym móc po prostu zaczekać aż zmieni się świat.

Mój syn choruje. Ma uśmiech jak promień słońca, jasne włoski i piwne oczy ojca; do drugiego roku życia był dzieckiem pełnym życia, radosnym. Jest jeszcze taki malutki, taki delikatny. A ja, matka, powinnam go chronić, chociaż nie potrafię. Zawodzę, kolejny raz.

– Mamo?

Głos Jolene przywraca mnie do rzeczywistości. Mrugam kilkakrotnie, chcąc się pozbyć napływających do oczu łez. Ta dwunastolatka, siedząca obok w przychodni pełnej ludzi, niespodziewanie wydaje mi się znacznie starsza. Myślę o tym, jak jeszcze całkiem niedawno oswajała się ze mną i moim małym mieszkaniem, spała w sypialni, a ja na kanapie; mimo siedmioletniej przerwy matczynej obecności w jej życiorysie, ona wciąż darzyła mnie uczuciem. Sama już nie wiem, czym sobie zasłużyłam na taki kredyt zaufania. Myślę czasem o tych wszystkich straconych dniach, tygodniach, miesiącach, które zepsułam i których nie mogłam naprawić.

– Tak?

– Chyba mogę to zrobić.

Ściskam jej dłoń, ogarnięta dziwnym poczuciem nadziei i przytłaczającego smutku. Moja córka ma w sobie determinację i siłę, której mi zawsze brakuje; to dowodzi, że może jednak wdała się w ojca, chociaż ja bardzo nie chcę tego zauważyć.

– Wszystko się okaże, Maleńka.

*


Jolene, uchwyciwszy się mojej ręki, wbija w nią paznokcie tak mocno, że zostają na niej czerwone odciski półksiężyców. Chociaż nie mówi, że opanował ją strach, trzęsie się jak galareta. Szpitalna koszula peszy ją; rozcięcia odkrywają bezbronne, nie w pełni ukształtowane młode ciało. Nogami nie sięga do podłogi, macha nimi, jak gdyby była zwykłą, wesołą dziewczynką.

– Oho, jaka trafiła mi się dzielna pacjentka! – uśmiecha się doktor Willis, wchodząc na salę. – Czy mogłabyś ułożyć się na plecach, Jolene? I policzyć dla mnie od dziesięciu w dół, proszę? – Nakłada na dłonie gumowe rękawiczki, przykładając do twarzy Jo gumową maskę. Obserwuję tą dwunastolatkę, tak różną od rówieśników, która na szpitalnej macie wydaje się nieprawdopodobnie maleńka, i moje serce bije na dwa różne rytmy. Pierwszy to strach, strach o nich oboje, z wolna nabierający rozpędu, drugi zaś jest niepohamowaną wdzięcznością wobec mojej córki. Ukrywam twarz w dłoniach, kiedy wychodzę, żeby w odbiciu swoich oczu nie zauważać iskierek wstydu.

Zabieg pobrania szpiku kostnego nie jest niebezpieczny, chociaż należy do gatunku tych nieprzyjemnych. Kiedy Jolene wybudza się z narkozy, na jej usta wypełza grymas bólu, chociaż mała nie odzywa się ani słowem. Doktor Willis daje jej leki przeciwbólowe, ale mimo to moje dziecko porusza się sztywno, jak siedemdziesięcioletnia staruszka. Podchodzi wolno do łóżka, w którym leży jej braciszek, wpatruje się przez szybę, bo dzieciom w zasadzie nie wolno tu przebywać. Dotyka dzielącego ich szkła, jakby miała nadzieję, że jej dłoń dosięgnie małego ciałka.

– Nie umrzesz – mamrocze pod nosem, kreśląc palcem na szybie znak nieśmiertelności. – Nie pozwolę na to.

W chwili, kiedy słyszę jej drżący głos, widzę zgarbioną sylwetkę emerytki, chociaż Jolene ma ledwie dwanaście lat, nabieram nadziei, że dzieci mylą się znacznie rzadziej niż dorośli; częściej za to dotrzymują obietnic.

* * *

Kości nie bolą jej już tak bardzo, chód stał się na nowo zgrabnie-niezgrabny, jak gdyby chude nogi przeszkadzały jej w podążaniu prostą ścieżką bez potknięć. Z rzadka myśli o szpitalu, o tym, co zrobiła, czego udało się jej dokonać. Wcale nie czuje się bohaterką, prędzej wybrakowanym, zużytym narzędziem. Przed wyjściem do szkoły starannie przygląda się swojej sylwetce. Nadal jest, na swoje nieszczęście, płaska jak deska, kolana ma kościste. Buzia wciąż dziecinna, oczy za duże w stosunku do reszty. Wielkie górne jedynki, które za wszelką cenę stara się ukryć. Dziewczynka z grymasem na twarzy przypatruje się swojemu odbiciu w łazienkowym lustrze.

– Dokąd idziesz taka wystrojona, królewno? – pyta Johannes, nowy partner mamy. To on jest ojcem Nathaniela i robi bardzo wiele, by stać się ojcem również dla niej, ale ona nie może się przełamać. Nie podoba jej się to, jak Johannes na nią patrzy. Jak orzeł, który dostrzegł na ziemi smakowitą myszkę. Wzrusza więc tylko ramionami, nie odpowiada, milczy wymownie. Sypie do miski odrobinę płatków, zalewa jeszcze mniejszą odrobiną mleka.

– Masz śliczną spódniczkę – zagaduje ją po raz kolejny, pochylając się nad jej głową. Cisza oblepia ją jak pajęcza sieć, kiedy dłoń Johannesa wolno ląduje na jej kolanie. Jolene odsuwa nogę, nie potrafi na niego spojrzeć. Czuje gorąco, które pali jej policzki, chociaż jej skóra nigdy nie nabiera rumieńców. Kiwa mu tylko głową w geście podziękowania, ale nie jest w stanie zdobyć się na nic więcej. – Nie bój się – mówi; jego głos jest hipnotyzująco łagodny, delikatny. Nie chce się mu poddać, temu zwodniczemu działaniu, ale ciężko jej się oprzeć. – Nie zrobię ci krzywdy.

Oddycha krótkimi, urywanymi haustami powietrza, jej dłonie, ściśnięte na kolanach, drżą mocno. Stara się, stara się tak bardzo, by wyglądać na opanowaną i niechętną, ale jego ręce i słowa chyba tego nie rozumieją. Kiedy się wycofuje, całuje ją w głowę, a ona intensywnie przełyka ślinę, żeby nie zwymiotować.

– Cała jesteś śliczna – mruczy jej do ucha. Jolene odnosi wrażenie, że świat zaczął kręcić się w przeciwną stronę. Kiedy ubiera buty, płaszcz i zarzuca plecak na ramiona, wciąż czuje na sobie lepkość jego palców. Nie ma czasu się przebrać; gdyby miała, wcisnęłaby spódnicę i sweter jak najgłębiej do szafy, byleby nigdy więcej nie musieć ich oglądać.

* * * 

rok 2015
– Hej, Jo.

Charlene przysiada się do niej, przyjacielsko trącając ją ramieniem w bok. Na jej tacy spoczywa karton mleka i wielka porcja frytek ze szkolnej stołówki. Jak na czternastoletnią dziewczynę przystało, ma ogromny apetyt, a do tego wydaje się cały czas rosnąć. Jest smukła, zgrabna i z powodzeniem mogłaby zostać modelką; nie ma chyba nikogo, kto nie zwróciłby uwagi na Charlene Mertz, jej piękne jasne włosy, długie nogi i oczy barwy czystego nieba. Jolene zauważa na jej rzęsach granatowy tusz.

– Od kiedy się malujesz? – pyta ze zdumieniem, przerywając na chwilę niemrawe grzebanie widelcem w talerzu. Sama jeszcze nie wie, czy właściwie jest głodna. Na próbę bierze do ust marchewkę z groszkiem.

– Daj spokój – odpowiada dziewczyna, zgrabnym ruchem zakładając zbłąkany kosmyk włosów za ucho. Jej oczy błyszczą, kiedy uśmiecha się w ten szczególny sposób. – To dziewiąta klasa. Nie jesteśmy już dziećmi.

Problem w tym, że Charlene naprawdę może nałożyć makijaż i wyglądać jak szesnastolatka, natomiast Jolene wie, że i tak nie zostanie potraktowana poważnie. Ludzie czasem biorą je za siostry i wówczas zwracają się do niej takim tonem, jakim mówi się do dzieci. Nienawidzi tego, że wygląda tak młodo, przez co ma wrażenie, jakby jej ciało uparcie nie chciało rosnąć, chociaż psychika już dawno przestała się w nim mieścić, niczym w za małym kostiumie.

– Jak tam Nathaniel? – Przyjaciółka zgrabnie przechodzi do kolejnego tematu, ochoczo zanurzając frytkę w keczupie i odgryzając znaczną część. Jakimś cudem wszystko, co robi Charlene, po prostu jest ładne. Nigdy nie zdarzyło jej się upuścić kawałka pizzy wprost na swoje kolana, kiedy Nate Ashton (albo jakikolwiek inny chłopiec) wpatrywał się w nią z uwagą, w kinie nie jest obsypana popcornem i nikt nie wylewa na nią coca-coli przy zderzeniu w drzwiach. Jolene z nabożnym podziwem śledzi poczynania koleżanki, w duchu marząc, że pewnego dnia i ona stanie się kimś takim. Nie przyznałaby się jej do tego, ale w wyjątkowo paskudne wieczory, gdy już leży w łóżku, wyobraża sobie, że zamieniają się rolami.

– Dobrze – mówi. A myśli: wcale nie jest dobrze. Nie, kiedy tak strasznie chcę być taka jak ty, tak ci zazdroszczę, chociaż tak cię kocham i czuję się wtedy najgorszym człowiekiem na ziemi, bo nie powinnam, ale nie mogę nie.

– Cieszę się. To słodki dzieciak – uśmiecha się do niej Charlene, a ona wówczas ma ochotę wyznać jej wszystko, każdy najmniejszy grzech, największą pokusę, najpaskudniejszą myśl. Wie, że jeżeli otworzy teraz usta, wypłynie z nich masa słów, które wolałaby zachować dla siebie. Czuje, jak jej serce, minutę temu szarpiące się niczym na uwięzi, zwalnia wreszcie, uspokaja się. Oczy Charlene Mertz znowu błyszczą, kiedy Jolene Alcott odwzajemnia uśmiech w ten szczególny sposób.

I kiedy po lekcjach jadą kupić jej nową szminkę, Jolene myśli: tak też jest dobrze.




Wiem, że opowiadanie powinno mieć spójną fabułę, ale w kolejnych częściach wszystko złoży się w całość, obiecuję.

14/12/2018

2085. Be yours, be mine, dear

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pisałam opowiadanie... Stresuję się, jakbym miała zaraz bronić tego nieszczęsnego licencjatu ;) W tekście pojawiają się przekleństwa, uwaga. W tytule Shawn Mendes i Fallin' All In You

2017 sierpień
 
Nie miała pojęcia, że ten semestr będzie miał tak duże znaczenie dla jej dalszego życia. Pierwszego dnia spóźniła się na nowe zajęcia, wchodząc do auli od razu zauważyła jedyne wolne miejsca w pierwszym rzędzie. Na wykładach zawsze siedziała na tyłach i nigdy uważnie nie wsłuchiwała się w słowa prowadzącego. Miała z przyjaciółką mnóstwo ciekawszych tematów do rozmowy, chociażby plotkowanie o imprezie w miniony weekend, podczas której doszło do małej sprzeczki pomiędzy Mattem a Brandonem. Villanelle miała do opowiedzenia Heather o swoim genialnym planie, na jaki wpadła i w który zamierzała ją wplątać.
— Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie. — Szepnęła w stronę prowadzącego posyłając mu delikatny uśmiech i licząc, że nie skomentuje tego w żaden sposób. Rozmowę z przyjaciółką musiała przełożyć na później, a zadowolić się w tym momencie mogła jedynie tym, że pan magister Morrison wydawało się, że nie zwrócił na jej spóźnienie większej uwagi. Rozłożyła zeszyt i zamiast notować jego słowa, rysowała koślawe linie nie skupiając się na niczym szczególnie. Łapiąc się na tym, że być może spoglądała na mężczyznę odrobinę za często, pospiesznie odwracając wzrok za każdym razem, gdy miała wrażenie, że zaraz na nią spojrzy.
— Heather! — Po zakończonych zajęciach pospiesznie odnalazła spojrzeniem przyjaciółkę i unosząc wysoko rękę pomachała do niej.
— Myślałam, że nadal masz wakacje, Vill — blondynka zaśmiała się idąc w stronę ciemnowłosej, aby po chwili stanąć naprzeciwko niej i objąć ją, wciąż z uśmiechem na ustach. — Jak tam? Słyszałam, że u Brandona była mała afera. — Wykrzywiła usta w grymasie, marszcząc przy tym brwi. Chwilę później znacząco spoglądała w stronę katedry i uśmiechnęła się złowieszczo, odzywają się odrobinę za głośno. — Niezłe ciacho, co?
— Ostatnie dwa tygodnie to była ciągła impreza. Niewiele brakowało, a ojciec nieźle by się wkurzył. — Elle chwyciła blondynkę pod ramię i pociągnęła w stronę wyjścia. Nie lubiła opowiadać o swoich wakacyjnych przygodach wśród tłumów. Odwróciła się przez ramię, zerkając raz jeszcze na prowadzącego, gdy przyjaciółka skomentowała jego wygląd. Zagryzła delikatnie wargę, gdy zdała sobie sprawę, że ich spojrzenia się spotkały i uśmiechnęła się, odwracając głowę w stronę Heather, aby kontynuować ich jakże poważną rozmowę. — Totalnie.
— Wracając do imprezy u Brandona.
— Powinnam zrobić dokładnie to co Lily. — Elle wypaliła nagle, przyspieszając kroku i ciągnąć swoją przyjaciółkę w stronę damskiej toalety, gdzie zamierzała opowiedzieć dokładnie co takiego planowała względem Nicolasa. Zaczynało irytować ją jego zachowanie i fakt, że ciągle traktował ją tylko jak przyjaciółkę, gdy dawała mu ciągle znać, że wyraźnie oczekuje od niego czegoś więcej. Uparła się jeszcze w zeszłym roku, że zrobi z niego grzecznego chłopca i nie zamierzała poprzestać jedynie na samych założeniach. Villanelle Madisson nie należała do osób, które rzucały słowa na wiatr.
— Czyli co?
— Matt i Brandon pokłócili się o nią. — Pospiesznie wyjaśniła, gdy zatrzasnęły za sobą drzwi i rozejrzała się, upewniając się, że są tylko we dwie. — Wiesz, że przecież do tej pory cały czas kręciła z Mattem, ale on nie zwracał na nią wystarczająco dużo uwagi, a gdy na celowniku pojawił się Brandon, Matt nagle zrobił się cholernie zazdrosny.
— Po pierwsze nie wiem, czy to taki dobry pomysł… a po drugie, naprawdę myślisz, że to podziała na Nica? Przecież on… raczej nie jest typem, któremu zależy na wyłączności. — Madisson doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co miała na myśli blondynka. Z trudem przyglądała się kolejnym miłosnym ekscesom swojego przyjaciela, ale podejrzewała, że skoro ona ciągle przy nim była i czekała na ten moment, aż chłopak zrozumie… może szybciej przejrzy na oczy, gdy Elle w jakiś pokaże mu, że nie będzie zawsze w pobliżu.
— Wiem, Heather, ale… może gdy nie będę na każde jego zawołanie. Może, kiedy zobaczy, że też mogę interesować się kimś innym. — Nie była pewna, nie miała pojęcia czy to aby na pewno dobry pomysł, ale… nie miała w tym momencie, żadnej lepszej alternatywy.
— Wiesz już, chociaż kto to miałby być?
— Ktoś… wyjątkowy. — Uśmiechnęła się tylko tajemniczo. — W końcu Nicolas nie jest po prostu Mattem.
— Jesteś pewna, Villanelle? To takie… strasznie dziecinne. Poza tym mówiłam ci już niejednokrotnie, że Nicolas po prostu nie jest dla ciebie.
Brunetka w głębi serca wiedziała, że Heather ma rację. Za każdym razem, gdy dochodziła do wniosku, że dobrze zrobiłoby jej przerwanie tego, Nicolas nagle zachowywał się zupełnie inaczej, a wszystkie ich krótkie momenty sprawiały, że Elle nie chciała niczego innego.
— Jestem w nim zakochana po uszy, Heath… sama już nie wiem ile to się ciągnie. Muszę spróbować, bo inaczej zwariuję. — Zacisnęła nerwowo wargi w cienką linię, spoglądając w swoje lustrzane odbicie. Była żałosna, zdawała sobie z tego sprawę, ale platoniczna miłość cholernie mocno ją zaślepiała. — Jeżeli to nie zadziała, zapomnę o nim. — Szepnęła, chociaż wcale w to nie wierzyła.
Heather skinęła tylko głową na słowa przyjaciółki. Przyjaźniły się już w high school i dobrze wiedziała ile to wszystko trwa. Wiedziała też, jak bardzo uparta potrafi być Elle w swoich postanowieniach. Heather była pewna, że gdyby nie ograniczenia finansowe, w tym momencie kontakt ze swoją najlepszą przyjaciółką miałaby tylko online, gdyż ta z pewnością studiowałaby w Szwajcarii, spełniając swoje największe marzenia.

2017 październik 

Dwa tygodnie po opowiedzeniu swojego planu przyjaciółce miała już wybraną ofiarę. Siadała zawsze na jego zajęciach w pierwszym rzędzie, tak jak to wszystko się zaczęło. Rozkładała zeszyt i z uwagą przysłuchiwała się temu, co opowiadał młody wykładowca. Spoglądała na niego coraz częściej i dłużej, nie odwracając już wzroku, gdy ich spojrzenia zaczęły się ze sobą spotykać. W zeszycie zaczęła starannie notować wszystkie wątpliwości, jakie jej się nasuwały, aby po pewnych zajęciach, gdy wymienili się kilkakrotnie uśmiechami, została na chwilę, pod pretekstem wytłumaczenia sposobu zaliczenia przedmiotu, gdyż przecież spóźniła się na pierwsze zajęcia, a jej koleżanka chyba nie słuchała zbyt uważnie. Od tamtego momentu po każdych zajęciach miała przygotowane chociaż jedno pytanie dotyczące poprzedniego wykładu. Nie chciała sprawiać wrażenia głupiej, dlatego na zajęcia zawsze przychodziła przygotowana i po lekturze dodatkowej literatury, aby móc zagłębić z panem magistrem w krótką rozmowę. Pewnego dnia przeżyła swój mały szok, uzmysławiając sobie, że naprawdę lubi rozmawiać z tym facetem, nawet jeżeli do rozmowy przygotowuje się wcześniej, uzbrajając się w porcję nazwisk doktorów i garść definicji.
Telefon komórkowy wsadzony pomiędzy kartki zeszytu zawibrował cicho, a brunetka uprzednio zerkając na wykładowcę, po chwili spojrzała na wyświetlacz i przeczytała wiadomość od przyjaciółki.
„Villa, zastanów się jeszcze, czy to na pewno dobry pomysł. Pomyśl o konsekwencjach… to jest nasz prowadzący. Proszę Cię. Nie chcę, żebyś miała kłopoty.”
Westchnęła cicho i zablokowała ekran, odrzucając od siebie natrętne myśli podpowiadające, że faktycznie jej zachowanie nie jest odpowiednie czy sensowne. Niby nie działała pod wpływem chwili, niby wcześniej wiedziała czego konkretnie chce, a jednak działała spontanicznie. Zwłaszcza, gdy wpatrywała się w mężczyznę i on robił dokładnie to samo. Tuż po zakończonych zajęciach, wcale nie spieszyła się ze zebraniem swoich rzeczy. Nie zamierzała gnać do przodu, aby jak najszybciej znaleźć się poza aulą. Nie rozglądała się nawet, gdzie jest Heather. Wzrokiem szukała Nicolasa i gdy miała pewność, że na nią patrzy, wstała i wolnym krokiem ruszyła w stronę biurka magistra Morrisona.
— Przepraszam, ma pan może chwilę? — Uśmiechnęła się, dokładnie w ten sam sposób, gdy po raz pierwszy wychodziła z jego zajęć wraz z przyjaciółką. — Mogę mieć pytanie? W zasadzie to dwa, bo jedno właśnie wykorzystałam. — Zaśmiała się melodyjnie, wsuwając kosmyk włosów za ucho, nie spuszczając spojrzenia z jego twarzy. Nie umiała tego wyjaśnić, ale jej serce biło znacznie szybciej, gdy znajdowała się w jego pobliżu. Zawsze wtedy brała głęboki wdech, wyczuwając zapach jego perfum i zastanawiała się nad tym, jak smaczne muszą być jego usta. Zapominając przy nim całkowicie o Nicolasie, a przecież w ogóle go nie znała.
— Skoro jedno zostało już wypowiedziane, proszę śmiało zadać drugie.
— Na zaliczenie z rysunku, mamy przynieść kilka naszych projektów… Mógłby pan rzucić okiem na moje i… doradzić co zmienić?
— Masz je przy sobie?
— Nie chciała bym pana nimi zasypywać, ale… — chwyciła torbę i oparła ją sobie o biodro, aby po chwili spojrzeć do środka i wyjąć z niej teczkę najróżniejszych jej prac — nie umiem się zdecydować, które się w ogóle nadają. Mam wrażenie, że we wszystkich brakuje czegoś istotnego, i… profesor Turner jest bardzo wymagająca. — Zagryzła nerwowo wargi, układając teczkę na blacie biurka i powoli wyciągając kolejne to rysunki. —Myślałam, że może wziąłby je pan i na spokojnie przejrzał w wolnej chwili, ale okazało się, że pani Turner zmieniła zdanie i prace mamy przynieść już w tym tygodniu, w środę mamy z nią zajęcia, a z panem dopiero za tydzień. Mogłabym podejść, jeżeli zgrałyby się nam… znaczy panu i mi okienka, albo może wieczorem odebrałabym je gdzieś na mieście. — Wzruszyła lekko ramionami, jak gdyby nigdy nic. — Przepraszam, zapędziłam się w tym wszystkim. — Powiedziała nieco ciszej, przyglądając się, jak jego dłonie suną po jej kartkach, jak chwyta kolejne prace i przygląda im się z uwagą. — I chyba trochę za dużo mówię, zawsze tak mam gdy się denerwuję, przepraszam. — Dodała, i zaczęła skubać skórki przy paznokciach, aby skupić się na czymś innym niż próbowanie spamiętania jego zapachu.

30 grudnia 2017 

Nie mogła uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Nie była pewna czy bardziej absurdalne jest to, do czego tak właściwie się posunęła, czy fakt, że Nicolas wydawał się być niczym niewzruszony. Była na siebie wściekła, bo czas cały czas mijał, a wszystko co robiła po to, aby wyprostować sytuację, coraz bardziej ją komplikowało. Spędzając coraz więcej czasu z Arthurem, częściej kłóciła się z Nicolasem, za wszelką cenę próbując odnaleźć w nim cech młodego doktoranta. Upierała się w swoim własnym przekonaniu, że jedyną osobą, którą kocha jest Nicolas. Częściej kłóciła się też z przyjaciółką, która próbowała powstrzymać Villanelle przed własnym unicestwieniem, bo jak uważała, wplątanie się Madisson pomiędzy tych dwóch facetów nie przynosiło jej niczego dobrego. Sama nie potrafiła jeszcze tego dostrzec i z każdym kolejnym razem, powtarzała sobie, że to jest ten ostatni raz. Ostatni raz, gdy robi coś ze względu na Nicolasa. Ostatni raz, gdy decyduje się na spotkanie z panem magistrem Morrisonem. Ostatni raz, gdy obiecuje przyjaciółce, że skończy to wszystko. Ostatni raz, gdy wysyła jej wiadomość tekstową z przeprosinami. Ostatni raz, gdy wybiera kogokolwiek, poza sobą samą.
Śmiała się, ale płakała.
Cieszyła się, ale była smutna.
Kochała ich, ale nienawidziła jednocześnie.
Zgubiła w tym wszystkim siebie i to najbardziej ją bolało.
Na własne życzenie wplątała się w coś, czego nigdy nie chciałaby przeżyć na własnej skórze. Zdawała sobie sprawę, że gdyby ktoś potraktował ją dokładnie w taki sposób, w jaki ona zaczęła traktować ich oboje, prawdopodobnie nigdy więcej nie zaufałaby żadnemu mężczyźnie. Nie umiała jednak tego przerwać. Nicolas był jej złym chłopcem, którego chciała naprawić, a Arthur był zakazanym owocem, będącym na wyciągnięcie ręki.
Na imprezę sylwestrową miała iść z Nicolasem. Mieli się świetnie razem bawić na domówce w domu rodziców Matta, którzy wyjechali do Europy na ten czas. Chłopak zapewniał, że będzie to największa i najlepsza impreza, na jakiej kiedykolwiek wszyscy zaproszeni byli. Villanelle chciała wierzyć, że tak właśnie będzie. Chciała wierzyć, że w ten wieczór, wraz z pożegnaniem starego roku, pożegna się ze wszystkimi swoimi problemami i zmartwieniami. Liczyła, że ta noc zostanie z nią na zawsze.
Dzień wcześniej umówiła się z Heather i Lily w pobliskiej kawiarni. Dziewczyny chciały obgadać szczegóły jutrzejszego wieczoru. Miały zdecydować, które z sukienek ubiorą i jak dobrze będą się bawić.
— Kupmy tylko żurawinową wódkę, błagam. Innej nie mogę pić, bo mnie później boli żołądek. — Madisson zaśmiała się, gdy przeszły już do mniej urodowych tematów, a Lily szybko potwierdziła słowa koleżanki.
— To nie sprawiedliwe, jesteście we dwie przeciwko mnie. — Heather westchnęła, marszcząc brwi. — Ja naprawdę jej nie lubię, ona jest okropna.
— Z sokiem pomarańczowym jest cudowna. Przecież takie drinki to ży… — Lily przerwała, spojrzeniem dając znać Heather, aby spojrzała w stronę kasy. — Życie. Te drinki to życie, Heather.
— Kogo tam obczajacie? — Dziewczyna bez skrępowania odwróciła się w stronę kasy, a uśmiech, który do tej pory gościł na jej ustach zniknął. Zacisnęła pięści na podłokietnikach fotela, na którym siedziała i wzięła głęboki oddech. — Trzymajcie mnie, albo go zabiję. — Szepnęła, nim jednak przyjaciółki zdążyły w jakikolwiek sposób zareagować, Elle podniosła się już i szła w stronę swojego… w zasadzie nie wiedziała już sama, trzymając w dłoniach kubek pełen kawy.
Popukała go delikatnie w ramię i uśmiechnęła się szeroko na jego widok.
— Cześć Nicolas. — Szeroki, sztuczny uśmiech pojawił się na jej ustach. — Ale świetnie, że się dziś widzimy. — Kontynuowała, czując, że zaraz nie wytrzyma i wydrapie mu lub dziewczynie oczy. Albo obojgu. Najlepiej jednocześnie. — Chciałam ci powiedzieć, że możesz zapomnieć o naszej jutrzejszej imprezie. Nie przyjeżdżaj po mnie, nie pokazuj mi się na oczy i… w ogóle najlepiej się do mnie nie zbliżaj. — Wycedziła przez zaciśnięte w uśmiechu zęby, a następnie uniosła rękę z kubkiem i bez skrępowania wylała napój na parę. — Jakim ty jesteś kurwa kretynem, Nico. — Mruknęła nie zważając na zdezorientowanie na jego twarzy, złość na twarzy jego koleżanki i wkurzone spojrzenie baristki. Odwróciła się na pięcie i wróciła do stolika, przy którym czekały na nią przyjaciółki gotowe do szybkiej ewakuacji dziewczyny, najlepiej jak najdalej od kawiarni. Zostawiły napiwek w ramach przeprosin za Elle, narzuciły na nią kurtkę i owinęły grubym szalem, a następnie wypchnęły z kawiarni. Była wkurzona. Była wściekła. Była zdenerwowana… Mogła obwiniać wszystkich dookoła siebie, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jedyną odpowiedzialną osobą za ten bałagan była ona sama.
— Nie chcę być wredna, ale przecież…
— Skoro tak to się nie odzywaj. — Burknęła, dobrze wiedząc co Heather zamierzała powiedzieć. — Albo wsadź sobie te swoje a nie mówiłam, gdzieś głęboko, bo naprawdę nie chcę tego słuchać. — Dodała czując, jak po jej policzkach spływają łzy.
— Nie przejmuj się, Vill. — Lily chciała ją uspokoić, jednak blondynka wtrąciła się w słowo koleżance.
— Nie trać na nią czasu, Li. Nigdy nie wiesz, kiedy postanowi zabawić się nami w ten sam sposób. — Heather była równie zdenerwowana co Villanelle. W końcu od samego początku roku akademickiego starała się odwieść ją od głupiego pomysłu i powstrzymać przed znalezieniem się w takiej czy podobnej sytuacji. — Poza tym, nasza Madisson zawsze i tak wie wszystko najlepiej. — Dodała, biorąc dłoń z pleców przyjaciółki i wciskając ją w kieszeń swojego płaszcza.
— Jesteś zła… ale to przecież
— Zamknijcie się obie. — Winowajczyni warknęła oschle i podniosła głowę, uprzednio ścierając dłońmi łzy z policzków. — Jesteście… — Nie dokończyła jednak. Ugryzła się w język, w odpowiednim momencie. — Moimi najlepszymi przyjaciółkami i możecie… i musicie mnie zjebać. — Zaszlochała, czując jak cała frustracja opuszcza jej spięte ciało. Objęcia dziewczyn sprawiały, że była w stanie ustać na nogach o własnych siłach.
Nie miała pojęcia, że Arthur również był w tej samej kawiarni i widział całą tę sytuację.

31 grudnia 2017 

Nie mogła nie przyjść. Skoro wszyscy wiedzieli, że pojawi się na tej imprezie, nie mogła przecież zrezygnować ze względu na jakiegoś chłopaka. Miała jeszcze Hrather i Lily, które były najlepszymi osobami w całym jej życiu. Były zawsze obok niej, nawet wtedy, gdy traciła rozum i zapominała, że w życiu są znacznie ważniejsze rzeczy niżeli posiadanie chłopaka, czy próbowanie zdobycia go.
Była ubrana zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami dziewczyn. We trzy przyszły ubrane w czarne sukienki. Na ich ustach kontrastowała mocna, czerwona pomadka. Villanelle, jak zawsze pachniała swoimi ulubionymi perfumami, a na nogach bez rajstop miała swoje najwygodniejsze, nieco schodzone już szpilki. Tylko im ufała, jeżeli chodziło o przetańczenie całej nocy bez żadnych szkód na stopach, a taki właśnie miała plan. Chciała się bawić, chciała zapomnieć o chłopakach i wszystkich problemach z nimi związanych. Przyszła z przyjaciółkami i to z nimi miała tańczyć, śpiewać głośno do puszczanej muzyki, popijać drinki z sokiem pomarańczowym i żurawinową wódką.
Tak też było. Bawiły się we trzy świetnie. Poruszały biodrami w rytm muzyki, aby po chwili zacząć skakać i piszczeć, gdy rozpoczynał się ich ulubiony utwór. Wszystko wyglądało idealnie, dokładnie tak jak zakładały przed przyjściem tutaj. W przypadku dziewczyn, nic jednak nie mogło być takie, jak sobie wyobrażały. W momencie, w którym Villanelle wypatrzyła w tłumie Arthura, wszystko przestało być dobrze. Nie ruszyła jednak za nim od razu. Udawała… nie, naprawdę starała się dobrze bawić. Chciała się dobrze bawić i nie zaprzątać sobie głowy niczym, a zwłaszcza nikim poza swoimi przyjaciółkami. Heather i Lily, które odkręciły właśnie butelkę kolejnej żurawinowej wódki, znacznie zmieniając proporcje jej mieszania z sokiem pomarańczowym.
— Nie mamy lodu. — Lily jęknęła zrozpaczona. Heather zaczęła się w reakcji tylko śmiać i rozejrzała dookoła, czy gdzieś przypadkiem nie leży worek lub kubeczek z lodem. Wpatrując się w drinki siedzących nieopodal znajomych ze studiów.
— Przecież w lodówce jest kostkarka. — Elle westchnęła, kręcąc przy tym głową i chwyciła ich szklanki, idąc w stronę kuchni. — Będziecie mnie za to kochać. — Uśmiechnęła się uroczo do koleżanek, powoli podnosząc się z kanapy, która w tym momencie wydawała się być zdecydowanie za bardzo wygodna i za miękka. Jakby trzymała Villanelle w swoich poduszkach, nie chcąc jej wypuścić. Z impetem podniosła się i wybijając się z nóg od razu pięknie stała z wyprostowaną sylwetką, wylewając przy tym odrobinę drinków ze szklanek. Pokręciła głową i ruszyła w stronę kuchni. Co prawda nie miała pojęcia czy kostkarka faktycznie działa, czy ktoś pomyślał i wcześniej ją napełnił, ale… miała to w tym momencie głęboko w poważaniu. Chciała po prostu napić się zimnego drinka i przy okazji odetchnąć odrobiną świeżego powietrza, chociaż podejrzewała, że wśród palących nie tylko papierosy studentów, może być to trudne zadanie.
— Gdzie to jest. — Mruczała, odstawiając dwie szklanki na blacie kuchennej wyspy, a z jedną podchodząc do lodówki i zastanawiając się, jak właściwie ma uruchomić urządzenie.
— Pomóc? — Usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i uśmiechnęła szeroko.
— Cześć, Artie. — Ukazała zęby w szerokim uśmiechu, naciągając odrobinę podwinięty materiał sukienki. Zagryzła wargę i tylko pokiwała delikatnie głową. Nie miała pojęcia, która jest godzina, ile już minęło od ich przyjścia i kiedy po raz pierwszy widziała go na tej imprezie. — Poproszę. — Dodała po chwili, oddając mu szklankę i odsunęła się odrobinę od lodówki, biodrami opierając się o blat wyspy. — Jesteś w zasadzie studentem, że bywasz na studenckich imprezach, czy raczej wykładowcą, który wkręcił się, chcąc sprawdzić, jak bawi się teraz młodzież? — Zaśmiała się, nie zastanawiając się nad sensem swoich słów. Wypiła już całkiem sporo i chociaż wciąż trzymała się równo na nogach, umysł miała delikatnie przyćmiony.
— A wolałabyś, abym był tutaj jako kto? — Uśmiechnął się szeroko.
— Może… po prostu jako Arthur Morrison? Świetny facet, którego poznałam kiedyś w kawiarni. Brzmi bardzo neutralnie, prawda? — Zaśmiała się, podpierając się dłońmi o mebel i uważnie przyglądając się mężczyźnie, jak dodaje lodu do jej drinka.
— Coś mi podpowiada, że wypiłaś już dzisiaj wystarczająco. — Spojrzał na nią tym swoim spojrzeniem, za którym bardzo szalała. Westchnęła, wzruszając delikatnie ramionami.
— Żegnam stary rok wraz z wszystkimi problemami. Chyba mi się trochę należy. — Powiedziała, poruszając powoli biodrami w rytm właśnie rozpoczynającej się piosenki, którą tak bardzo lubiła. — Rozpoznajesz ją? Zawsze leci, gdy siedzimy w kawiarni. — Zauważyła, odpychając się od szafki i stając tak, aby swobodnie móc okręcić się wokół siebie, stąpając przy tym z nogi na nogę do znajomych dźwięków.
— Chcesz zatańczyć?
— Prosisz mnie o wspólny taniec czy po prostu pytasz? — Zaśmiała się, odrobinę za głośno i wyciągnęła rękę w jego stronę, dając mu wyraźny sygnał, że tak, że chce zatańczyć, z nim, tutaj i teraz. Zapominając o drinku i o tym, że miała przynieść przyjaciółką przecież lód, a te miały ją za to kochać. Najważniejsza była w tej chwili melodia, która kojarzyła jej się z chwilami spokoju i zapachem jego perfum.
Zapachem, który mogła ze spokojem poczuć i w tym momencie. Powoli poruszając biodrami, opierając się czołem o jego bark i przymykając powieki, delektować się przyjemnością. Spokojem, który ogarniał jej ciało i umysł za każdym razem, gdy była wystarczająco blisko starszego od siebie mężczyzny.
— Zrobiłam coś złego… i bardzo źle się z tym czuję. — Szepnęła nagle, nie przestając tańczyć i układając ostrożnie dłoń na jego policzku. Zacisnęła wargi, nie mówiąc jednak nic więcej. Nie mogła mu przecież powiedzieć, jak bardzo złą kobietą była. Nie mogła przyznać się do tego, że od samego początku ich znajomość miała służyć tylko temu, aby Nicolas zwrócił na nią wystarczająco dużo uwagi. — Bardzo, bardzo tego żałuję i… przepraszam. — Westchnęła powoli podnosząc głowę, aby spojrzeć w jego oczy. Uśmiechnęła się subtelnie i pokręciła delikatnie głową. — Wiesz, bardzo lubię zapach twoich perfum. — Szepnęła, przykładając nos do jego koszuli i zaciągnęła się zapachem, cały czas trzymając dłoń na jego policzku. Uśmiechnęła się, czując jak chwyta jej dłoń i przykłada sobie jej nadgarstek do ust, muskając go delikatnie.
— Skoro czujesz się z tym źle, znaczy, że żałujesz. Wbrew pozorom to dobrze. Znaczy, że po prostu jesteś człowiekiem i popełniłaś błąd, Elle. — Szepnął, cały czas trzymając jej dłoń.
— To naprawdę miłe, ale nie wiem czy zasługuję na czyjekolwiek przebaczenie.
— Jesteś pijana.
— Ty też musisz być. Jest sylwester, Arthur. Poza tym, nieprawda, po prostu wypiłam troszkę. — Zaśmiała się cicho, odsuwając się nieznacznie od mężczyzny, gdy ich piosenka ucichła. — To był najcudowniejszy taniec, jaki sobie mogłam wyobrazić do tego kawałka.
Zaśmiał się na jej słowa, a Elle pokręciła głową.
— Nie powinieneś się śmiać, mówię takie rzeczy naprawdę bardzo rzadko. — Wyjaśniła, mimowolnie ponownie się do niego zbliżając i zadzierając głowę, wpatrywała się w jego twarz.
— Rozumiem, w takim razie cała przyjemność po mojej stronie.
— Pocałuj mnie. — Szepnęła cicho, nie panując nad sobą.
— Co?
— Zrób to proszę, po prostu.
— Jesteś moją studentką… prowadzę twoją grupę.
— I co z tego? Jest pan na imprezie dla studentów, panie magistrze. — Zaśmiała się cicho, zmniejszając dystans pomiędzy nimi, który i tak był już niewielki.
— To nie właściwe, Villanelle.
— Po prostu przestań, pierdolić, Artie. — Zmrużyła powieki, gdy tylko poczuła smak jego słodkich ust, z żarliwością odwzajemniając słodką pieszczotę. Wtulając się w niego, zacisnęła dłonie na materiale jego koszuli i nie chciała już go puszczać, choćby na chwilę.
Nie umiała powiedzieć, w którym momencie pocałunki stały się dużo bardziej namiętne, kiedy jej serce zabiło mocniej, sprawiając, że naprawdę chciała poczuć bliskość Arthura Morrisona. Pana magistra, Arthura Morrisona. Zapomniała o drinkach i koleżankach, gdy jego dłonie sunęły wzdłuż jej ciała, gdy naparł na nią i ruszył powoli w nieznanym jej kierunku, układając dłonie na jej pośladkach i chwytając ją, podniósł tak, że musiała spleść nogi wokół jego pasa. Nie chciała odsunąć się od niego nawet na milimetry, czując te przyjemne ciepło i perfumy, które sprawiały, że wariowała. Nie sprzeciwiała się, gdy zatrzasnął za sobą drzwi jednego z pokojów w domu Matta. Nie powiedziała nie, gdy ułożył ją ostrożnie na materacu, cudzego łóżka. Wpiła się tylko zachłannie w jego usta, odwzajemniając słodkie pocałunki, nie mogąc doczekać się tego, co będzie dalej. Chciała tego, całą sobą.
Pożegnała stary rok, jęcząc głośno w ramionach młodego doktoranta.

2018 luty 

Początkowo sylwestrową noc wspominała z lekkimi rumieńcami na policzku, za każdym razem gdy podczas zajęć jej spojrzenie i Morrisona przecinały się. Myślała, że wszystko jakoś się ułoży, że skoro rozpoczął się nowy rok… W końcu chciała wraz z nim zacząć wszystko raz jeszcze. Nie było to jednak tak łatwe, jak myślała, że będzie. Zwłaszcza, że Nicolas w pierwszym tygodniu stycznia pojawił się w jej rodzinnym domu, przepraszając ją, za swoje wcześniejsze zachowania, a cała równowaga, która w jej mniemaniu udało jej się osiągnąć, została rozchwiana.
— Mamo. Strasznie źle się czuję. — Szepnęła czując, jak zbiera jej się na wymioty. Przełknęła z trudem ślinę, opierając się o futrynę drzwi prowadzących do kuchni. Pospiesznie cofnęła się jednak o krok, czując jak treści żołądka cofają się. — Mamo… ja. — Przerwała jednak, odwracając się szybko, biegiem ruszając do łazienki, gdzie upadła na kolana przy toalecie.
Alison, urocza kobieta z zatroskaną miną podążyła za córką i przystanęła przed drzwiami, przysłuchując się z niepokojem dźwiękom z wnętrza pomieszczenia.
— Jestem w ciąży, mamo. — Ciężko było odgadnąć czy łzy na jej policzkach były spowodowane torsjami, czy smutkiem i przerażeniem.
— Zaraz ci przejdzi… co takiego!? — Uniosła ton, spoglądając na bladą, zapłakaną twarz Elle. — Skarbie, jak, jak do tego doszło? — Kobieta nie była na bieżąco w sprawach sercowych swojej córki, a na ten moment nie kojarzyła, aby wspominała jej o jakimkolwiek chłopcu. Stąd niepokój w głosie pani Madisson.
— My… to było na noworocznej imprezie. — Przetarła policzki i zakryła twarz dłońmi, czując, kolejne, spływające łzy. — Nie skrzywdził mnie, chciałam tego, ale… Nie wiem jak. — Załkała, czując jak przez jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Myśl, że ojcem dziecka jest Arthur Morrison, który wpadł w jakąś obsesję i ciągle za nią chodził, doprowadzała ją do szaleństwa. Bała się wyjść z domu… nie miała pojęcia czego tak naprawdę od niej chce. Gdy w kieszeni spodni zawibrował jej telefon, wyciągnęła go powoli, a na ekranie widząc wiadomość od Arthura, wpadła w histeryczny płacz. — Nie chcę go więcej widzieć, mamo. A on… on jest wszędzie. Gdziekolwiek nie jestem, on tam też jest. — Łkała czując jak drży jej ciało. Uspokoiła się dopiero w momencie, w którym kobieta objęła ją swoimi ramionami i ułożywszy rękę na jej głowie, przyciągnęła ją do siebie.
— Wszystko się ułoży skarbie. — Szeptała, czule gładząc jej głowę i tuląc mocno do siebie córkę. Była gotowa chronić ją.
— Wcale nie… nic się nie ułoży, nic nie rozumiesz. — Wyszeptała pociągając przy tym nosem. Jak miała bowiem powiedzieć mamie, że facet z którym spała nie dość, że był jej prowadzącym to jeszcze śledził ją? Bo był nie dlatego, że uczestniczył w jej życiu, a dlatego, że wpadł w jakąś chorą obsesję, a Elle nie umiała przed tym uciec. — Chcę wyjechać. Chcę jechać do ciotki Kate, nie chcę tu więcej być. Muszę… Muszę wyjechać mamo.
— Villanelle, czy to dobry pomysł? On ma prawo wiedzieć.
— Pozwól mi, proszę. — Wszyscy wiedzieli, że panna Madisson była uparta, jak osioł. Gdy coś sobie postanowiła, nic nie było w stanie jej powstrzymać. Nic więc dziwnego, że gdy tylko kobieta wypuściła ją ze swoich ramion, Elle już płakała ciotce do słuchawki, zastanawiając się co musi ze sobą zabrać, skoro nie zamierza już nigdy wrócić.

29 sierpnia 2018 

— Musimy wrócić, Thea. — Szepnęła do swojej córeczki, trzymając ją mocno w ramionach. Trzymając małą dziewczynkę w swoich rękach, ciążyły nad nią ogromne wyrzuty sumienia. Szczególnie, gdy wracała myślami do lutego, do pierwszej rozmowy z ciotką. Gdy za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju błagała, aby pomogła jej uporać się z tym problemem. Teraz, w tym momencie chciało jej się płakać, że mogła w ogóle pomyśleć o swojej kruszynce w ten sposób. Była przecież jej wszystkim. Była całym jej światem. Była cząstką jej samej i jego… Tego, za którym tak cholernie tęskniła i nie rozumiała właściwie dlaczego, nie rozumiała również dlaczego widziała jego twarz za każdym razem gdy zamykała oczy. Dlaczego usilnie próbowała znaleźć zapach jego perfum i dlaczego chciała, aby właśnie teraz ją przytulił. — Babcia miała rację, skarbie… twój tatuś ma prawo wiedzieć. — Szepnęła cicho. — Boże, chyba zwariowałam, króliczku.

2018 grudzień 

W najśmielszych marzeniach nie wyobrażała sobie tego czasu w ten sposób. Siedziała właśnie na kanapie w mieszkaniu Arthura Morrisona, obserwując jak ten usypia w swoich ramionach ich córkę. Musiała z bólem przyznać, że usypianie dziewczynki wychodziło mu znacznie lepiej. Może to przez te kołysanki, które ciągle jej nucił, a może ze względu na silne ramiona? Nie zastanawiała się nad tym. W tym momencie najważniejsze dla niej było to, że jego metody działały, dzięki czemu mogli cieszyć się chwilą dla siebie.
— Mam wrażenie, że ta choinka stoi krzywo. — Oznajmiła rzeczowym tonem, gdy Arthur odłożył Theę do łóżeczka i usiadł tuż obok niej. — Powinieneś ją odrobinę przestawić, strasznie mnie to irytuje. — Westchnęła, jednak chwyciła go pod ramię i ułożyła policzek na jego barku, wtulając się w niego.
— Nie, nie wstawaj. — Jęknęła, gdy mężczyzna ruszył się nieznacznie na kanapie, a po chwili stał już przy świątecznym drzewku. Sama brunetka wyprostowała się i uważnie go obserwowała. — Trochę w lewo. — Instruowała dokładnie, wzdychając przy tym głośno. Przecież prosiła, aby się nie ruszał. Było jej tak dobrze i przyjemnie, gdy był obok.
— I weź tu dogódź kobiecie.
— Masz jakiś problem, Morrison? — Zaśmiała się melodyjnie, przyglądając mu się z uwagą.
— Jeszcze nie, ale pewnie zaraz będę miał.
— Nie podoba mi się ta choinka.
— Przecież sama ją wybierałaś, słoneczko.
— Bo wtedy wyglądała na ładniejszą. — Westchnęła kręcąc głową. — Nic nie rozumiesz. Na pewno postawili ją na tle samych brzydkich, więdnących już. Dlatego wydawała się wtedy idealna. — Żachnęła się, wstając z kanapy i sięgając szklankę z sokiem, po chwili przystawiła ją sobie do ust, upijając odrobinę. — A masz lampki? Arthur, czy kupiliśmy lampki na choinkę? — Jęknęła z przerażeniem.
Pamiętała dokładnie, że chciała, aby tamta noc została z nią na zawsze. Dziś, dzięki niej miała znacznie więcej, niż mogła sobie wyobrazić.
— Kocham cię, Artie. — Szepnęła podchodząc do mężczyzny, czule muskając jego ust. — Obiecuję, że w przyszłym roku to ty będziesz miał decydujący głos, podczas wyboru choinki. — Dodała spoglądając na niego błyszczącym spojrzeniem.