Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

04/09/2025

[KP] You're sweeter than a peach

Maxine Riley
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA || 24 lata || studentka Columbia University School of the Arts || ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii || jedynaczka || córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki || metr sześćdziesiąt w kapeluszu || niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia || w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie || KP: I
But you don't know the life of a showgirl
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
code by EMME

54 komentarze:

  1. Marcus nie oczekiwał od Maxine, żeby to wszystko wiedziała, w zasadzie nie oczekiwał od niej niczego, tak jak ona nie oczekiwała niczego od niego. Doceniał po prostu samą jej obecność i ulgę, którą ze sobą niosła, bo choć łatwo przyszło im się ze sobą porozumieć, nie zawsze łatwo było z nim przebywać. Ludzie, którzy go nie znali, z reguły trzymali się od niego z daleka, a on nie ułatwiał im tego, żeby w jakikolwiek sposób to zmienić.
    Im bardziej ktoś próbował się do niego zbliżyć, tym bardziej odpychał, przyzwyczajony do tego, że wart jest tyle, ile może od siebie dać — materialnie, duchowo i cieleśnie — a że dawał z siebie kiedyś dużo i wiele razy się na tym sparzył, więcej dawać nie chciał, nie licząc Claudii, bo jej akurat był gotów oddać wszystko.
    Z Riley było jednak inaczej. Max nie tyle do niego przyszła, co po prostu mu się przydarzyła, pokierowana przez jednego z profesorów. Raz, a potem drugi. Nie próbowała przy tym zająć sobą całego pomieszczenia, ani w żaden sposób ściągnąć na siebie jego uwagi, tak jak zdarzało się to innym dziewczynom, w mniej lub bardziej nachalny sposób. Max po prostu była, od samego początku ujmując go swoją ambicją i skupieniem na osiągnięciu obranego przez siebie celu. Jej projekty były dojrzałe i niekiedy wymagały od niego wyjścia ze swojej strefy komfortu. Wychodził z niej jednak jako aktor, nie człowiek, a takie przesuwanie granic bardzo sobie cenił. Było to chyba jedyne przesuwanie granic, jakie cenił; to zawodowe, zmuszające go do tego, żeby się rozwijać i spojrzeć szerzej na pewne kwestie.
    Maxine wymagała, ale tylko w taki sposób, w jaki wymagał od siebie sam. Nigdy nie chciała więcej, niż to, co dawał jej w ramach wspólnej pracy, a że w ramach pracy dawał siebie zawsze wszystko i ponad, udało im się ze sobą zazębić na tyle, że ten jeden raz zmienił się w kolejne, czego Marcus nigdy nie kwestionował, bo z czasem stało się po prostu naturalne, że jeśli mógł coś robić z nią, po prostu to robił i vice versa. Gdzieś po drodze zaczął też zwracać na nią uwagę, mimo że nie próbowała jej sobie zaskarbić. Nie przeszkadzało mu, że była gadułą, bo w niewymuszony sposób uzupełniała w ten sposób jego ciszę.
    Najpierw polubił więc jej głos, a potem śmiech i błyski w oczach. Zanim się obejrzał, lubił ją całą, zaczynając zauważać nawet te drobne rzeczy, które innym mogłyby umknąć. Ona wydawała się jednak nieświadoma jego sympatii, co przyjął z ulgą, bo z miejsca postanowił, że nie pozwoli tej sympatii zajść dalej, niż było to akceptowalne dla całokształtu ich relacji. Od czasu do czasu karmił w sobie tę słabostkę, robiąc Max zdjęcia, raz ją nawet namalował, ale z punktu widzenia osoby trzeciej nie było w tym niczego nadzwyczajnego, bo tym się przecież interesował, z czego ciemnowłosa zdawała sobie sprawę. To, z czego nie zdawała sobie sprawy, to że istniało parę szkiców, o których jej nie wspomniał i wspominać nie zamierzał, żeby nie naruszyć harmoniii między nimi.
    Okazywało się więc, że nie mówił jej o wielu rzeczach. Wmawiał sobie, że kieruje nim zdrowy rozsądek, ale głównie był to strach. Że wiedząc o jego przeszłości mogłaby zacząć traktować go inaczej, a on albo nie wiedziałby, co z tym zrobić, albo wiedziałby zbyt dobrze. Że ta jego sympatia mogłaby ją speszyć, przez co nie byłoby między nimi już tak prosto. Nie chciał tego stracić tylko dlatego, że jego głupiemu sercu najwyraźniej mało było rozczarowań.
    To niewiarygodne, że minęły dwa lata, bo czuł się tak, jakby minęły zaledwie dwa tygodnie, nawet jeśli nie byli już znajomymi ze studiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Trzymam Cię za słowo, ale też mam nadzieję, że przez to nie przejdziemy, bo tak jak Ty, wolałbym oszczędzić tego Claudii — odparł, powoli sącząc swoją kawę, bo poza nią nie zamówił niczego. Nie był głodny, ani szczególnie spragniony. W zasadzie z rzadka odzywał się w nim głód: w przeciwieństwie do Riley jedzenie traktował bardziej jak obowiązek do odhaczenia niż przyjemność.
      Może dlatego jej satysfakcja z jedzenia po raz kolejny dotknęła go głębiej, łagodząc znów jego spojrzenie. Nie rozumiał tego i chyba przez to niezrozumienie jeszcze bardziej adorował w niej tę zdolność do cieszenia się z małych rzeczy. Jej beztroskę uważał zawsze za cholernie uroczą, rumieńce natomiast tylko pogłębiły ten urok, więc kiedy na niego spojrzała, posłał jej uśmiech — swobodny oraz pozbawiony jakiegokolwiek osądu. Ostatnie czego chciał, to żeby się przy nim pilnowała albo czuła głupio z powodu bycia po prostu sobą.
      Nie pamiętał w tej chwili o SMSie od matki, ani o tym, że będzie musiał zająć się tym w najbliższych dniach. W towarzystwie Maxine po prostu o tym zapomniał, a każda forma zapomnienia była mile widziana. I może przez tę chwilę zapomnienia, zauroczenia nią po raz pierwszy od dawna nie przypilnował tego, co wychodzi z jego ust:
      — I tak bym szukał.
      Na szczęście był dobrym aktorem, toteż nie pozwolił, żeby zachwiało to jego pewnością siebie; mrugnął do niej, jakby te słowa zupełnie nic nie ważyły i były wypowiedziane intencjonalnie.
      — Jeśli myślisz, że Claudia pozwoli Ci tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu, to jesteś w ogromnym błędzie. Poza tym, zamierzam wywołać niektóre z tych zdjęć — dodał płynnie, lekko klepiąc torbę z aparatem.
      Przesłałby jej oczywiście również wersję cyfrową, ale takie pamiątki zawsze preferował w formie namacalnej. Takiej, którą będzie mógł zamknąć w albumie i czasem wziąć do ręki.
      — Oczywiście mogę wysłać je pocztą, ale liczyłem na to, że tym razem nie będziemy czekać latami, żeby znowu się spotkać.

      MARCUS LOCKHART

      Usuń
  2. Uniósł jedną brew, zauważając że rumieniec na twarzy Maxine się pogłębia, bo nie miał pojęcia, że miało to związek z nieszczęsną jelitówką. Temat w żadnym stopniu go nie zgorszył — Marcusa cholernie ciężko było zgorszyć — więc mimowolnie przeszło mu przez myśl, że może mieć to związek z tym, co powiedział. Z drugiej strony był natomiast pewien, że odpowiednio złagodził ten przekaz, więc przez krótki moment nie wiedział, co o tym myśleć.
    Powiedz mi tylko, gdzie.
    Przechyliwszy lekko głowę, przyjrzał się dziewczynie pobieżnie. Nie umknęło jego uwadze, że umorusała się cynamonką i gdyby byli teraz na planie jakiejś komedii romantycznej, pewnie otarłby kącik jej ust kciukiem. Co do zasady nie musieli być nawet na planie, bo kiedy o tym pomyślał, miał ochotę to zrobić. Byłby to jednak dość intymny dotyk, a miał jeszcze w pamięci jak zareagowała, kiedy jego spojrzenie ześlizgnęło się zbyt nisko, więc ostatecznie sięgnął do torby z aparatem, wyciągając stamtąd małe opakowanie chusteczek nawilżanych, wysuwając je na środek stolika.
    Claudia brudziła się często, więc był na to przygotowany, z drobnym uśmieszkiem unosząc dłoń do twarzy, by potarciem opuszka wskazać Max, że ma tam małe co nieco.
    — Po co mówić, kiedy mogę pokazać? — zapytał swobodnie, krzyżując ramiona na piersi. Skoro Max poznała już jego siostrę, nic już nie stało na przeszkodzie temu, żeby odwiedziła go w domu. — Chyba, że będziesz wolała poczekać na mnie w aucie.
    Istniała też taka możliwość, bo wizyta w mieszkaniu nie miała mu zająć długo. Chciał się tylko zameldować Lydii i uprzedzić, że wróci późno, bo choć był dorosły, to zwyczajnie nie chciał, żeby się martwiła, a martwiła się zawsze, gdy nie wracał na noc bez słowa.
    — Claudia na pewno będzie chciała iść z nami — gdy się poprawiła, on podciągnął kraniec ust, mrużąc z lekka jedno oko. — Ale nie zdziwię się też wcale, jeśli spróbuje wypchnąć nas samych. Domyślam się, że nie bez powodu wyruszyła dziś na poszukiwania Ani.
    Wcale, a wcale by się nie zdziwił. Jego siostra była młoda, ale na tyle już bystra, by dostrzegać, ile oboje z Lydią dla niej poświęcają. I w tej dziecięcej naiwności pomyślała zapewne, że dobrze będzie, jeśli jej brat znajdzie sobie drugą połówkę. Uważał to za rozczulające, więc zaśmiał się lekko i pokręcił z wolna głową, zarówno z powodu tej dziecięcej naiwności, jak i faktu, że przypadkiem przyprowadziła mu akurat Max, która przypadkiem przebrała się za nikogo innego, jak ukochaną Gilberta, w którego wcielał się dziś z bardzo marnym skutkiem.
    Czy się tym przejmował? Wcale.
    — Myślisz, że Angela i Cody poczują się trochę raźniej, jeśli wyślemy im fotkę? — zagadnął, bo nie znał przyjaciół Max na tyle, żeby to wiedzieć. Z okazjonalnych spotkań w ramach projektów znał ich jednak na tyle, by się tym zainteresować. Zarówno Angela, jak i Cody wydawali mu się zawsze w porządku, więc pomimo tych paru żartów nie cieszył się wcale z ich choroby.

    MARCUS LOCKHART

    OdpowiedzUsuń
  3. hello, sweet peach 🍑

    — I dobrze — mruknął, słysząc jej odpowiedź. — Nikt normalny nie powinien — dodał zupełnie poważnie. Randki i nie-randki na cmentarzu brzmiały filmowo. Raczej niezbyt uroczo, co najmniej mrocznie, a może nawet i przerażająco. Evan jednak nie bał się tego miejsca. Od dziesięciu lat spędzał tutaj wiele czasu. Początkowo był tutaj codziennie, potem coraz rzadziej, by w pewnym okresie, gdy uderzał o dno, nie przychodzić tu wcale. Później zrozumiał, że to miejsce, że wspomnienie tej konkretnej osoby trzyma go w ryzach. A mimo to, nadal zdarzało mu się robić rzeczy, których robić nie powinien. Jak na przykład rzucać się na nią w tamtym pokoju. Jak na przykład zabierać ją na Green-Wood Cemetery. Bywał durny i głupi, a dzisiaj kierowany dodatkowo alkoholem, zdołał obrócić swój stan upojenia tak, aby zamiast agresji i przygnębienia czuć dziwną wesołość. Przyczyniła się do tego Maxie, która go bawiła. Ale pewnie nie powinien jej tego mówić. Więc nie mówił.
    Zdarzało mu się też robić rzeczy, które powinien. I dzisiaj, wbrew wszelkim pozorom, też ich nie brakowało. Dlatego podał jej rękę. Czuł się w dziwnym obowiązku, w chorym poczuciu odpowiedzialności za Riley, skoro przyciągnął ją aż tutaj. Nie chciał, aby cokolwiek jej się stało i zdawał sobie przy tym sprawę, że przecież do tej pory to on był dla niej największym zagrożeniem. A jednak brnął w to nadal. I zrobił znowu coś, co powinien. Oddał jej bluzę, choć ta wcale nie należała do niego, ale nie chciał przecież, żeby zmarzła. Kiedy ściągnął obszerny ciuch, chłód zakuł nieprzyjemnie w rozgrzaną skórę ramion. Luźny t-shirt bez żadnych nadruków różnił się znacząco od polówki, w której przyszedł na imprezę. Evan bez kołnierzyka pod szyją wyglądał inaczej – jak zwyczajny, młody mężczyzna, a nie dupek w garniturze. Roth czasami stawał się chłopięcy, mimo tego, że coraz bliżej było mu trzydziestych urodzin, to w odpowiednich okolicznościach i w odpowiednim towarzystwie, stawał się chłopięcy. Od zawsze miał w sobie coś z rozrabiaka, pierwiastek łobuza, który źle ukierunkowany doprowadził go do tego momentu w życiu, w którym był tak właściwie sam.
    Może właśnie świadomość samotności, może ten wypity alkohol, rozmowa z Maxine, jej sytuacja z odkrytą dopiero co siostrą – może to wszystko złożyło się na to, że poczuł potrzebę. Może nie palącą, nie gniotącą, ale potrzebę. Żeby podzielić się z kimś tą swoją samotnością. Padło na Riley. Bo trochę była pod ręką. Trochę pijana. Trochę zabawna. I trochę wystraszona.
    — To czym się martwisz? — spytał cicho, bo natura tego miejsca nakazywała mówić mu cicho. Krzyk i głośne rozmowy nie pasowały do tego parku, który w zasadzie był przecież cmentarzem. Odetchnął z ulgą, kiedy Riley złapała jego dłoń. Materiał bluzy osunął się w dół, ale nie zareagował, tylko mocniej ścisnął jej palce. Miał wrażenie, że powinien czuć się z tym dziwnie. Trzymając kruchą dłoń córki swojego pracodawcy we własnej garści. Ale nie czuł nic dziwnego.
    Zerknął w kierunku stawy w tym samym czasie, co dziewczyna o dobrą głowę niższa od niego. Nie zasłaniała mu widoku, ale Evan nawet nie pomyślał o tym, że mógłby ją w tej wodzie utopić. Odbili więc od linii brzegu, zeszli niżej, między kilka pagórków. W tym miejscu było mniej drzew, głównie gęste krzewy, które teraz, wiosna, kwitły różnymi kolorami i w ciągu dnia mamiły zapachem owady. Teraz kwiatowa, słodka woń płynęła lekko wraz z chłodnymi podmuchami wiatru.
    Kilka rzędów jasnych, łukowatych nagrobków zdobiło tę polankę. Nie widać było stąd płotu odgradzającego cmentarz od ulic, ale za to na horyzoncie pojawiały się mauzolea i posągi. Evan wszedł między pomniki, kluczył przy płytach, również tych płasko umieszczonych na trawie. Znał to miejsce na pamięć. Ciągnął Maxine nieco za sobą, a gdy nagle się zatrzymał, zacisnął mocniej palce na dłoni Max. Zasłaniał jej sobą widok na nagrobek, który go interesował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tu jest moja siostra.
      Mruknął tylko. Ta głupkowata wesołkowatość rozprysnęła, ale Evan nie brzmiał tak, jakby był zły. Raczej przygnębiony i zawiedziony. Głównie tym, że spotykał się z kamienną płytą, a nie roześmianą blondynką. Cofnął się o krok, teraz to Max stała pół kroku przed nim. Nie był pewien, co powinien był zrobić, a to nie było do niego podobne. Westchnął, a odkryte ramiona okryły się gęsią skórką.
      Joyce S. Roth. 15.01.2001 - 24.06.2016.

      Evan Roth

      Usuń
  4. Antonio miał dziś dzień, który nie trzymał się żadnego planu. Rano wszystko zaczęło się od rzeczy małych, ale irytujących — przesunięte rozmowy, telefony, które nie kończyły się decyzjami, tylko kolejnymi pytaniami. Ludzie mówili do niego jak do kogoś, kto ma czas, a on nie miał go więcej niż zwykle. Tylko mniej cierpliwości. W pewnym momencie przestał nawet udawać, że dzień idzie normalnie. Odwołał jedno spotkanie, potem drugie, w końcu kolejne bez większego tłumaczenia. Nie było w tym dramatów, raczej zmęczenie czymś, co nie chciało się domknąć. Wyszedł na miasto bez konkretnego celu. Chciał tylko przejść kawałek, złapać oddech, przestać reagować na każdy bodziec.
    Times Square był błędem, ale nie takim, którego jeszcze nie dało się znieść. Szedł przez tłum, trzymając się swojego tempa, trochę z boku całego ruchu. W pewnym momencie telefon przestał go interesować, schował go do kieszeni i po prostu szedł dalej, patrząc przed siebie. I wtedy wszystko się zmieniło. Najpierw nie było niczego oczywistego. Tylko drobne zaburzenie ruchu. Ludzie zaczęli się oglądać, ktoś przyspieszył, ktoś krzyknął. Tłum nie przestał się poruszać, ale stracił sens kierunku. Antonio zatrzymał się odruchowo, mrużąc oczy, aby poprawić sobie ostrość widzenia pośród pełnej ciemności. Nie dlatego, że wiedział, co się dzieje. Raczej dlatego, że ciało szybciej niż głowa rozpoznaje, kiedy coś jest nie tak.
    Wtedy zobaczył kobietę, która wyraźnie znajdowała się w poważnych tarapatach. Leżała na ziemi w przejściu. Wokół wciąż był ruch, za dużo nóg, za mało przestrzeni. Ktoś obok niej się potknął, ktoś ją zahaczył, nikt nie miał czasu się zatrzymać. Potrzebował chwili, aby rozpoznać kim była poszkodowana. To była Maxine. Ruszył od razu.
    Przepychał się przez ludzi, nie zwalniając. Ktoś go uderzył barkiem, ktoś wszedł mu w drogę, ale nie reagował na nic poza dystansem, który musiał pokonać.
    — Hei! — rzucił krótko, żeby zrobić sobie przejście. Kiedy był bliżej, przykucnął od razu. Jedną ręką odsunął czyjąś nogę, która była za blisko jej ręki. — Spostatevi! — powiedział głośniej, po włosku, już bez tonu prośby. Tłum nie reagował od razu, ale zaczął zwalniać, jakby dopiero teraz docierało do niego, że coś tu nie działa jak powinno.
    Antonio pochylił się nad nią i chwycił ją pod ramię, stabilnie, żeby odciągnąć ją z miejsca, gdzie nadal tłum wyraźnie zagubionych w sytuacji ludzi wpadał na siebie szukając drogi ucieczki.
    — Maxine — powiedział krótko, niżej. — Patrz na mnie. Zaraz cię stąd zabiorę. Boli cię coś?
    Nie było w tym nic więcej niż potrzeba utrzymania jej przy świadomości i wyciągnięcia jej z tej przestrzeni jak najszybciej.
    Odciągnął ją na bok, poza główny nurt przejścia. Schody były niskie, metalowe, prowadzące do zamkniętego już lokalu. Wystarczające, żeby na moment wyrwać ją z tego, co działo się na środku ulicy.
    — Siadaj — powiedział krótko, bardziej spokojnie niż wcześniej, ale nadal bez miejsca na dyskusję. Pomógł jej usiąść na schodkach, trzymając ją jeszcze sekundę, żeby upewnić się, że nie straci równowagi. Dopiero wtedy puścił, przykucając obok, tak żeby mieć ją w zasięgu wzroku i jednocześnie zasłonić od strony ulicy.
    — Nic ci się nie stało? — zapytał uważnie się jej przyglądając.

    Antonio ✨

    OdpowiedzUsuń
  5. [Łapie słoneczko ☀️]

    — Nie gadałaś głupot — odezwał się jeszcze, słysząc jej odpowiedź. Maxine niepotrzebnie urządzała teraz samobiczowanie, które nie miało przynieść żadnych skutków. Evan wiedział, że Max nie gadała glupot. Nie powiedziała tak w zasadzie nic. Broniła się jedynie przed nim. Przed jego wściekłością, przed jego atakami, które wynikały nie tylko ze złości, ale i kompletnej bezradności. Chciał jednak, aby wiedziała, że nie miał jej za złe, cokolwiek nie powiedziała w tamtej sypialni, zdołał się już z tym pogodzić. Nie dlatego pokazywał jej to miejsce. Chciał jej pokazać nagrobek swojej siostry, by móc usprawiedliwić samego siebie. To było chore. To nie było normalne, a Roth zachowywał się jak łajdak.
    Potem już bez słowa prowadził ją do tego miejsca. I wiedział, że ona wie. Czuł to, kiedy mocniej zaciskała palce na jego dłoni. I, kurwa, wcale nie było mu z tym źle. Złapał ją tylko dlatego, by móc ją przeprowadzić przez labirynt grobów, mauzoleów, ścieżek i krzewów, ale z jej drobną dłonią we własnej garści czuł się zaskakująco dobrze. Na miejscu.
    Szybko jednak zganił się za te myśli, bo w ogóle nie powinny powstać. Nie miał prawa myśleć o Max w kategorii komfortu. Nie powinna być dla niego wygodna.
    Słyszał.
    Pytanie Riley dźwięczało w jego uszach, ale długo nie odpowiadał, dając jej nawet złudne wrażenie, że mówiła zbyt cicho, by do niego dotrzeć. Wsunął dłonie do kieszeni spodni i tam natrafił na szkło. Dwie, kolorowe dwusetki jakiejś wódki. Wyciągnął je i jeszcze przez chwilę stał w bezruchu, wpatrując się w plecy Max.
    Riley. Kurwa. Była córką jego szefa. Nie powinien prowadzać pijanej córki swojego szefa po cmentarzach. Sam też nie był trzeźwy. Gdyby był, zbyłby kurdupla prychnięciem. Ale nie był trzeźwy. Tym się usprawiedliwiał, w tym szukał sensu, a skoro tak robił, nie mógł być aż tak pijany.
    — Hm.
    Mruknął krótko, wyprzedzając Max. Po chwili usiadł na chłodnej trawie, plecami wspierając się o nagrobek. Spojrzał w bok, pod niezbyt wygodnym kątem szczytując z niego litery. Ugiął nogi w kolanach, oparł na nich przedramiona, a że w dłoniach trzymał dwie butelki – jedną z żółtym płynem, drugą z czerwonym, uderzył szkłem o szkło. Delikatnie.
    — Siadaj, Max.
    Ruchem głowy wskazał miejsce obok siebie, gdzie mogłaby oprzeć się o płytę, ale równie dobrze mogła usiąść naprzeciwko i oprzeć się o tył czyjegoś grobu. Mogła też stać. Nie zamierzał przecież zmuszać jej do tego, aby siadała.
    — Joy nie ma nic przeciwko — dodał, gdyby nagle w Riley obudziło się poczucie, że coś bezcześci. To było miejsce Evana. Jego bezpieczne miejsce. Takie, w którym szukał wytchnienia i równowagi. Może dlatego wymawiał się teraz wolą nieżyjącej siostry, aby Max czasem nie schlebiała sobie zbyt bardzo.
    Odstawił butelkę z żółtym alkoholem obok, zostawiając ją do dyspozycji dziewczyny. Sam odkręcił tą z czerwonym i pociągnął spory łyk. Sztuczna słodycz mieszała się z piekącym smakiem alkoholu. Skrzywił się.
    — Na pewno chcesz o tym słuchać? — spytał ciszej. — Joyce nie była chora. Nie przygotowaliśmy się na to — ostrzegł. Bo historia o śmierci nastolatki nie miała być długa, ale nie była też lekka. Nie było w niej mowy o przygotowaniu, oczekiwaniu i pogodzeniu się. — Na pewno? — spytał raz jeszcze, dając Maxine wybór. Patrzył teraz na nią, zadzierając głowę. Potylicę oparł o zimny kamień i posłał tej, której nie powinno tu być, krzywy uśmiech.

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  6. Ktoś, kto popatrzyłby teraz na bliźniaczki z boku, mógłby uznać całą scenkę za uroczą. Jedna z sióstr klęcząca przy drugiej i nieporadnie obejmująca ją ramionami. Policzek jednej oparty o czubek głowy drugiej. Ilustracja niczym z bajki. Ale zarówno Andy, jak i Max nie miały poczucia, aby były w bajce. Nic w tym, co teraz przeżywały, nie było urocze. Nie mogło być. Wilson była wdzięczna Riley za jej obecność, ale była wściekła na rodziców, że przez ponad dwadzieścia lat postanowili udawać, że ktoś taki jak Riley w ogóle nie istniał. Max istniała. Maxie była teraz obok, ale powinna być blisko przez cały ten czas. Bo Andrea też początkowo poczuła się nieswojo, kiedy szczupłe ramiona siostry ją objęły. Ale ta chwila trwała krótko. Zbyt krótko, aby w ogóle to roztrząsać. Dobrze się czuła w tych objęciach. I pewnie dobrze czułyby się tak zawsze, gdyby tylko mogły się znać wcześniej, gdyby nikt nie wpadł na chory pomysł, aby je rozdzielić.
    Zadrżała, a potem westchnęła kolejny raz. Tym razem wywołane to było poczuciem ulgi. Najprawdziwszej ulgi. Dobrze w końcu było wiedzieć, że w obliczu takiego egzystencjalnego kryzysu nie było się samemu. Nawet nie dopuszczała myśli o tym, że gdyby Maxine nie pojawiła się w jej życiu, to taki kryzys nie miałby miejsca. Obecność bliźniaczki stała się nagle naturalna i potrzebna, jakby ten instynkt, to poczucie jedności, o którym opowiadała nie tylko psychologia, ale i biologia, medycyna i wiele innych nauk, właśnie się aktywowało. Jakby te dwa elementy, które do tej pory krążyły same, w końcu na siebie trafiły i stanowiły jedność. To nie było tak, jak w komedii romantycznej. Ale Andrea czuła, że to podobna skala uczucia, ale nie większa. Może na głos nie przyznałaby, że kocha Max, ale już teraz wiedziała, że będzie jej potrzebować, że miały do nadrobienia ponad dwie dekady życia i że to wcale nie będzie łatwe.
    — Mi też, Maxie. Mi też jest przykro… — przyznała cicho, obie dłonie zaciskając na tym przedramieniu Max, które miała niemal pod swoją szyją. Nie odpowiedziała do tej pory na to, że reakcja rodziców Riley mogłaby być jeszcze gorsza. Poniekąd się właśnie tego obawiała, a naprawdę nie chciała, żeby one dwa miały cierpieć tylko z tego powodu, że ktoś kiedyś z premedytacją namieszał w ich życiorysach.
    — Dlaczego sądzisz, że twój ojciec… — zaczęła, ale ani drgnęła. Wciąż miała siostrę blisko i to było jedynym słusznym rozwiązaniem. — Dlaczego miałby zareagować gorzej? — spytała, próbując przekręcić głowę tak, aby spojrzeć na Max. Nie udało się, ale tylko dlatego, że Andy ostatecznie z tego zrezygnowała, nie chcąc przeganiać Riley od siebie.
    — Położymy się na chwilę? — To pytanie mogło się wydawać dziwne, ale nie chciała nigdzie na razie wychodzić. Chciała porozmawiać z Maxie. Być blisko.

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Ale urocze zdjęcie ♥ ]

    Nathaniel był przekonany, że przy ludziach udawanie, że wszystko jest u niego po staremu, wychodziło mu zaskakująco dobrze. O ile łatwo było oszukiwać swoich fanów i obserwatorów przez ekrany telefonów, w przypadku pytań, zakrywając się zmęczeniem, zmniejszonej ilości czasu czy też nową rolą. Te argumenty w przypadku dalszych znajomych bywały wystarczające, a przynajmniej nie generowały kolejnych, niewygodnych pytań. Te same zagrywki przy bliższych bywały już o wiele bardziej zawodne, a w jego życiu zdecydowanie wzrósł poziom sprzeczek czy nieporozumień. Nie był do tego przyzwyczajony i czasem zwyczajnie czuł się jak dziki, wystraszony pies zapędzony w róg uliczki. Szukanie nowych wymówek było kłopotliwe, ciężkie, a on sam stawał się nerwowy. Nie należał nigdy do osób wybuchowych, a teraz musiał poświęcać naprawdę dużo energii, by nie powiedzieć za dużo. A czuł, że umiałby. I to przerażało. Wiedział, co dokładnie powiedzieć, by ktoś dał mu spokój. Już na zawsze. A przecież nie był takim człowiekiem. Nie chciał nikomu sprawiać przykrości. Teraz jednak jakaś cześć niego podpowiadała mu, że powinien. Wówczas osiągnie upragniony spokój. Bał się. Bał się, bo wiedział, że w końcu straci siłę nad opanowaniem tej części siebie.
    Gotowanie go relaksowało. Uwielbiał to robić, zwłaszcza jeśli miał dla kogo. Z wiadomych powodów, miał mniej okazji do tego w ostatnim czasie. Jego azjatycka część dotycząca okazywania sympatii dobrym jedzeniem, była w nim silnie zakorzeniona. Doceniał to w sobie, starał w tej całej sytuacji nadal skupiać się na pozytywach i jak najdalej odrzucać te mniej przyjemne, destrukcyjne myśli.
    Obserwował reakcję dziewczyny, chcąc mieć pewność, że przygotowane jedzenie będzie dla niej smaczne. Czekał może nawet i w napięciu, a poczucie ulgi od razu nastąpiło, gdy usłyszał ten pomruk, a następnie zobaczył kciuka w górę. Nie oczekiwał swój i pochwał. Był uważnym człowiekiem, który skupiał się na szczegółach, które pomagały mu w kontaktach międzyludzkich. Drobne gesty, zmiana mimiki czy postawy, to wiele mówiło, a on od dziecka był uczony odczytywać te sygnały.
    – Całkiem mi się spodobało – przyznał szczerze. Zapewne, gdyby był bardziej sobą i mógł wykrzesać z siebie większą ilość energii, jego odczucia byłyby jeszcze silniejsze. Jednak nadal liczył na to, że może przy kolejnym projekcie, wkręciłby się w to wszystko bardziej. O ile oczywiście jego osoba się przyjmie. Wiedział, że jako osoba, która posiada już zasięgi, było mu o wiele łatwiej niż komuś początkującemu. Właśnie przez liczbę obserwatorów padła ta propozycja, by to właśnie on zagrał drugoplanowa postać. Nadal dużo dla kompletnego amatora. Jednak nie ciągnął historii na swoich barkach, a mimo to, spora część z osób go obserwujących, wykupi dostęp do serialu i go obejrzy. Jego zadaniem było wypaść na tyle dobrze, by nie zostać kompletnie zjechanym przez krytyków i nie zamknąć tych drzwi.
    – Moja część już się zakończyła. To nie jakaś wielka rola, ale mimo wszystko – mruknął, uśmiechając się. – Będę wyczekiwał twojej recenzji! – dodał, zaraz wsuwając w usta większy kawałek lasagne. – O ile oczywiście będziesz chciała obejrzeć.
    – Zobaczymy jak się przyjmie. Może będzie okazja popracować przy drugim sezonie. Moim zdaniem ma szanse, ale cóż, sam nie jestem obiektywny – zaśmiał się cicho. – Mam nadzieję, że nie wyjdę jak jakieś drewno. Choć reżyser mówił, że jak na początkującego to jest naprawdę dobrze. Nie miałem jakoś masakrycznie dużo dubli – pochwalił się, popijając zaraz kęsa colą.
    Przeciągnął się lekko, wycierając chusteczką usta.
    – A twoje studia jak? – dopytał z zainteresowaniem.
    Nie chciał gadać w sumie tylko o sobie, tym bardziej, że musiał uważać, by nie powiedzieć niczego za dużo. Nie chciał przecież pokazywać prawdy, że właściwie kiepsko sobie radzi.


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  8. Roth był dupkiem. Wiedziała to Maxine i wiedział to sam Evan, który nigdy nie udawał, że jest inaczej. Bycie dupkiem było zaskakująco łatwe, bo można było mieć wyjebane na wiele rzeczy – na zasady, na uczucia innych ludzi, na swoje własne uczucia, na komfort innych, na powinności i ich ewentualny brak. Evan lubił być dupkiem, bo to po prostu ułatwiało mu życie, ale bycie dupkiem w jego przypadku nie wzięło się znikąd. Nie urodził się kimś takim, nawet nie wyrastał na kogoś takiego. Był po prostu zagubionym chłopakiem, który sam nie mógł przepracować żałoby po stracie siostry, a nikt z bliskich mu osób nie pomógł. Miał żal, był wściekły. Zarówno względem matki, jak i ojca. Jednak już dawno przestał ich szanować, bo miał na tych ludzi po prostu wyjebane. Co innego dziadkowie w Teksasie. Rodzice jego matki zgarnęli go na całe lato po śmierci Joyce. Tam sobie radził, tam ogarniał, tam przytulał się do babci i bawił się z ich psami, pomagał przy farmie i dbał o konie. Ale lato się skończyło, a on wrócił do Nowego Jorku i trafił na znowu skłóconych rodziców. Wszystko do niego wróciło ze zdwojoną siłą. Wtedy zaczął odwiedzać Joy częściej, kilka razy w tygodniu, potem codziennie. Przecież tylko z nią mógł porozmawiać.
    Jednak nawet to, że chwycił dłoń do Maxine, że oddał jej swoją bluzę, nie czyniło go dupkiem. Albo po prostu zmniejszało skalę bycia dupkiem. Jakby wyłączył w sobie tę obronną funkcję właśnie przy niej. Przy córce swojego szefa. Była ostatnią osobą, przy której powinien się był tak odkrywać. Nie mógł już jednak cofnąć czasu.
    Przyprowadził ją tutaj. Na cmentarz na Brooklynie, do swojej siostry. Po co? Nie wiedział. Nie znajdował racjonalnego powodu do tego, aby targać tutaj Maxine w chłodną, nowojorską noc. Riley nie była dupkiem, daleko jej było do kogoś takiego, jak Roth. Była dobra, sympatyczna, łagodna i pełna ciepła. Nie mógł jej tego odmówić, choć nie znał jej zbyt dobrze.
    Dlatego patrzył teraz na nią z pewnym smutkiem. Obserwował, jak rozsiadała się na trawie, nieopodal nagrobka, a tak właściwie to jego nóg. Patrzył, jak zmieniła po chwili pozycję i nie umknęło też jego uwadze to, że uciekła przed nim spojrzeniem. Krzywy uśmiech wpełzł na jego twarz, a potem znowu odchylił głowę i przestał po prostu patrzeć na dziewczynę.
    — No tak. Nie dałem ci wyjścia — mruknął cicho, robiąc kolejny łyk. Maxine mogła usłyszeć jego ciche westchnienie, a potem dojrzeć, że nie mówił, bo z tej butelki zawierającej może ćwierć litra, wypił wszystko na raz. Odrzucił szkło w bok i bardziej osunął się po chłodnej płycie nagrobka. Riley mogła wejść w google i podobnie, jak z jego drużyną hokeja, znaleźć sobie informacje o jego siostrze. Pisali o tym artykuły. Nawet komendant nowojorskiej policji występował z oficjalnym przemówieniem, kiedy rodzina Rothów oskarżyła służby o zaniedbanie.
    — Nasi rodzice się rozwiedli, Joy została z matką, jak przeprowadziłem się z ojcem, ale Joy chciała zmienić w pewnym momencie szkołę i… — mruknął. Mówił cicho, bez tej agresji i pretensji w głowie, którą mogła znać z jego brzmienia. — Matka naciskała na liceum artystyczne, ojciec się nie zgadzał, przepychali się między sobą, aż minął termin na składanie podań i… — urwał, sięgając dłonią po drugą butelkę, skoro Max jej nie chciała. Ale nie odkręcił jej. Jeszcze nie. — Joyce uciekła z domu. Pisała do mnie, ale nagle przestała odpisywać. Wiedziałem, że coś jest nie tak. W skrócie… — Musiał w skrócie, bo inaczej sam by nie przetrawił. Nigdy jeszcze nikomu o tym nie opowiadał. — Policja to zignorowała. A po kilku godzinach… — Teraz odkręcił butelkę, musiał zapić czymś gulę, która rosła mu w gardle. — Usłyszałem w radiu, że znaleziono ciało młodej kobiety w Mohonk Preserve. Ciało, rozumiesz? — Spytał jeszcze ciszej. Zrobił kolejny łyk. — Dwójka kolesi, która ją zgwałciła i zabiła siedzi za kratkami.
    Chociaż tyle miał ze sprawiedliwości od świata. Spojrzał na Maxine, wyciągając w jej stronę napoczęty alkohol.

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  9. Kiedy Maxine walczyła z wątpliwymi jakościowo serwetkami, przyglądał jej się mimowolnie, bo nieszczególnie miał inne wyjście. A może i miał, bo na dobrą sprawę mógłby przecież wyłapać dookoła kilka całkiem ciekawych kostiumów, tylko nie było tajemnicą, że Riley wpadła mu w oko już jakiś czas temu i najwyraźniej wciąż przyciągała jego spojrzenie w taki sam sposób, jaki miało to miejsce jeszcze na studiach. Tego spojrzenia się jednak nie wstydził, ani też w żaden sposób go nie ukrywał, bo niewiele miało wspólnego ze zwyczajowym wodzeniem oczami za kobietami przez mężczyzn.
    Dlatego, kiedy zwróciła na niego uwagę, on już patrzył, nie potrafiąc nie odwzajemnić jej ładnego uśmiechu, a odrobina rozbawienia jej stanem sprawiła, że do kompletu uśmiechnęły się też jego oczy.
    — Nie będę miał nic przeciwko, ale Ty będziesz musiała przygotować się na to, że długo w przedpokoju nie postoisz. Lydia na pewno spróbuje wcisnąć w Ciebie tuzin swoich ciasteczek, zanim wypuści nas z mieszkania.
    Domyślał się, że kiedy prosiła go o pomoc, miała na myśli, żeby po prostu podał jej chusteczkę, ale Marcus miał to do siebie, że dla ludzi, których lubił i doceniał, robił zawsze trochę więcej. Dużo więcej. Za dużo. Mimo, że teraz starannie selekcjonował, komu coś od siebie da, Maxine wciąż pozostawała w gronie tych paru osób, dla których był gotów zrobić coś miłego dla zasady, głównie przez to, że ich drogi rozeszły się w dobrej atmosferze, nie mówiąc już o tym, że gdyby nie udział w jej projektach, mógłby nie być w miejscu, w którym był teraz lub też dotarcie do niego zajęłoby mu dużo więcej czasu.
    Zamiast więc po prostu otworzyć opakowanie, a potem dać jej tę chusteczkę, wysunął w jej stronę dłoń i w łagodnym geście zanęcił palcami, żeby podsunęła mu rękę. Fakt, że się nie zawahała poruszył nieokreśloną struną w jego sercu, ale nie zastanawiał się nad tym wcale, w zamian zaczynając zaczynając pozbywać się pozostałości lukru oraz serwetek z jej szczupłych palców. Tak było po prostu szybciej i efektywniej, niż gdyby miała zrobić to sama, używając do tego najpierw jednej dłoni, a później drugiej. On od razu używał obu, skupiając wzrok na tym, co robił, dotykając jej bez nieśmiałości, ale za to z pewną dbałością.
    Zerknął na nią dopiero, kiedy zadała mu pytanie i wykorzystał ten moment, żeby pociągnąć kolejny łyk kawy.
    — Anię? Nie wydaje mi się — odparł, bo przecież oboje wiedzieli doskonale, że Ania i Gilbert byli z nich dziś raczej kiepscy. — Ale Maxine pasuje jak ulał — dodał, podciągając kraniec ust, bo w tej chwili faktycznie nie wyobrażał sobie na jej miejscu nikogo innego. W zasadzie nawet nie próbował wyobrażać sobie nikogo innego, bo początkowo mieli być tu z Claudią sami, więc tak jak oni mogli być swoistym “zastępstwem” za Angelę i Cody’ego, Riley wniosła do tego dnia po prostu siebie i tak sprawiła, że był lepszy — wbrew temu, że jeszcze kilka godzin temu nic nie przebiłoby w jego rankingu dnia sam na sam z siostrą. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ostatnie tygodnie upłynęły mu w trasie: domykał marketing swojego ostatniego filmu, w którym pilotował u boku młodocianej gwiazdy slasherów.
    Teoretycznie ani Marcus, ani Claudia nie potrzebowali dodatkowego towarzystwa, żeby świetnie się bawić, a mimo to dzięki Ani było jeszcze milej; nawet jeśli kosztem jej pojawienia się było parę siwych włosów na jego głowie. Wciąż był przekonany, że tam były.
    Gdy dłonie Max były już czyste, dał wygrać natrętnym myślom i z czystej przekory sięgnął też świeżą chusteczką do jej twarzy, by musnąć kącik jej ust. Bardziej droczył się jednak dla śmiechu, niż faktycznie próbował ją wycierać (o czym świadczył choćby błysk figlarnego rozbawienia w jego niebieskich ślepiach), zatem jeśli chciała się odsunąć lub mu ją odebrać, udało jej się to bez problemu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam podniósł się wreszcie z krzesła, a potem okrążył stolik i przycupnął za Max, zawiesiwszy podbródek nad jej ramieniem, żeby było jej wygodnie ująć w kadrze ich oboje. Krótko spojrzał przy tym na jej profil, żeby zorientować się, czy świecenie przekłutym językiem będzie na miejscu, bo nie wiedział, na ile faktycznie Riley zamierzała rozstroić żołądki swoich przyjaciół, czyli na ile to zdjęcie miało być dokuczliwe.
      — Dodaj, że na ten moment jestem im wdzięczny, a jeśli się pochoruję, to będę ich obwiniał.

      MARCUS LOCKHART

      Usuń
  10. W przeciwieństwie do rodziców Maxine, jego byli ich zupełnym przeciwieństwem. Państwo Park było nastawionymi na sukces, zapracowanymi i surowymi ludźmi, którzy chcieli mieć bezproblemowe, idealne dziecko, które nie tylko poszłoby w ich ślady, ale też by mogli być dumni i chwalić się nim na spotkaniach z dalsza rodziną, w pracy czy ze znajomymi. Dopóki przynosił dobre wyniki w szkole, ubierał się schludnie, wysławiał się wręcz wzorcowo i zabawiał gości znajomością francuskiego czy hiszpańskiego, był okazem idealnym. Mógł liczyć na niby czułe pogładzenie po główce, poklepanie po ramieniu czy nawet wyrazy uznania. Gdy jednak doszedł do wniosku, że niepotrzebnie mówi to, co wypada, a nie to co myśli jest kompletnie bez sensu, że chce żyć inaczej, jego rodzice stali się jeszcze bardziej wymagający i surowi. W domu cisza nie była przerywana grą na pianinie, a kłótniami i docinkami z obu stron. Wówczas w głowie pojawiła mu się myśl, która jak natrętny i zadziwiająco żywotny komar, przyssała się do niego. Mógł liczyć tylko na siebie. Mieszkając w Stanach nie mógł ot tak pójść do dziadków, nie chciał też ich denerwować, a poza nimi nie miał tu nikogo bliskiego. Musiał wziąć sprawy w swoje ręce i tak pozostało mu po dziś dzień.
    Oczywiście, gdyby ktokolwiek inny zmagałby się z podobnymi objawami jaki go dotyczyły, od razu zacząłby namawiać na rozmowę z psychologiem. Przecież to nie mogło zaszkodzić, nawet gdyby się pomylił. Ba! Z chęcią pomógłby w szukaniu dobrego specjalisty, a nawet towarzyszyłby w drodze do samego gabinetu. Jednak w swoim przypadku był o wiele bardziej surowy i wymagający. Musiał się ogarnać, ot tak po prostu. Jak robił to do tej pory.
    Na słowa kobiety, uniósł zaciekawiony brew, a na jego ustach pojawił się zadowolony uśmiech.
    – Mówisz poważnie? – spytał, robiąc zdziwioną i teatralnie zszokowaną minę. – W jedną noc? Ty? Wow! Czułbym się zobowiązany do postawienia ci co najmniej pięciu dużych kaw – dodał z rozbawieniem.
    Sam był osobą, która gdy wkręciła się w daną produkcję, była w stanie zarwać nockę. Za każdym razem żałował tego na drugi dzień, z wielu przyczyn, jednak jak chomik w kołowrotku, powtarzał to błędne koło.
    Na słowa Max o różnych reżyserach, pokiwał głową. Na planie, mimo że samemu unikał zaczynania rozmów, oczywiście się w nich uczestniczył. Inni aktorzy czasem dzielili się historiami z innych planów, które nie zawsze były tak przyjazne jak ten.
    – Wiesz, mam swój urok osobisty – stwierdził, jakby to miała być odpowiedź na wszystko. – Pouśmiechałem się, komplementowałem, coś tam, coś tam i reżyser pałał do mnie sympatią – zaśmiał się rozbawiony. – Gdyby nie to, to kto wie czy nie uciekłbym z krzykiem z planu. Albo dzwonił do ciebie po poradę!
    Uniósł brew, gdy usłyszał te przeciągnięte głoski. Już miał pytać o tej podejrzany sposób wypowiedzi, gdy do jego uszu dobiegł dźwięk dzwonka. Zmarszczył brwi, bo na jego managera było to dość szybko. Podniósł się jednak, zerkając jeszcze na towarzyszkę.
    – I tak jeszcze zapytam – skomentował, by przypadkiem nie myślała, że pozostawi temat jej studiów daleko za sobą.
    Podszedł do drzwi i zerknął przez wizjer, by upewnić się, że to nie jest nikt obcy. Na szczęście zobaczył wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Od razu otworzył wejście, wpuszczając go do środka.
    Robert wszedł pewnie, witając się od razu z Baramem, który wyraźnie zadowolony był z kolejnego gościa.
    – Gdzie jest ta dziewczyna? – zapytał rzeczowo, a Nate kiwnął tylko głową w kierunku salonu.
    Ochroniarz dość szybko się tam znalazł. Przyjrzał się kobiecie, czekając aż Park do nich dołączy.
    – Możesz mówić mi Robert – przywitał się, zajmując miejsce na fotelu. – Nate nakreślił mi sytuację, ale poprosiłbym cię o szczegóły, dobrze? I o screeny tych wiadomości, już daje ci numer.
    Nathaniel uśmiechnął się do niej i zajął swoje poprzednie miejsce z zamiarem dokończenia swojej lasagne.
    – Będzie dobrze, Bob to załatwi.


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  11. No dobrze, a więc tajemnicą nie było to tylko i wyłącznie dla niego, bo zadbał o to, żeby o tej sympatii nie wiedział nikt poza nim samym. Czasem miał wrażenie, że Sophia domyśla się czegoś w tej kwestii, ale nie zapytał i nie zapyta jej o to wprost. Jeśli miałby się natomiast zastanowić, jak czuje się z nieświadomością Maxine, doszedłby do wniosku, że jest to… skomplikowane. Z reguły uznawał całą sytuację za uroczą, ponieważ brak podejrzeń zdejmował mu z ramion pewien ciężar. Mógł dzięki temu skupić się na tym, co było na tamten czas faktycznie istotne, nie musząc przy tym obawiać się o to, że coś zakłóci między nimi tę naturalną lekkość, którą tak sobie cenił.
    To była ta racjonalna część. Część w której pamiętał o tym, że sam wyznaczył ramy tej relacji, nie dając Max odczuć, że mogłaby wyglądać inaczej, mając ku temu konkretne powody. Emocje nie miały jednak wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, toteż istniała również część zupełnie irracjonalna, w której o tym zapominał. Zapominał też wtedy, że wszystko, co wykraczało poza ramy koleżeństwa lub przyjaźni, to zupełnie inny wymiar zaangażowania, którego nie mógłby jej dać ze względu na wszystkie swoje obecne zobowiązania. Inny poziom zaufania, którym nie był gotowy obdarzyć ani jej, ani nikogo innego. A kiedy zapominał, czuł się tym wszystkim nie tyle zirytowany, co zmęczony, bo po tym jak zakończył się jego pierwszy związek, nie planował rozwijać podobnych uczuć do nikogo nigdy więcej.
    Otworzenie się ten jeden raz było wystarczająco trudne; nie wiedział, czy dałby radę zrobić to po raz drugi. Max zwyczajnie nie zasługiwała, żeby zrzucać na nią taki bagaż, był jednak tylko człowiekiem i trzymały się go ludzkie słabostki, takie nieposłuszne serce.
    Jej reakcja sprawiła, że lekko uniósł brwi, bo nie powiązałby drobnej brunetki z tak dużą słabością do ciasteczek czy ogólnie słodyczy. Co prawda pamiętał, że kiedy wspólnie pracowali, zwykle podgryzała coś słodkiego, ale tylko tuzin? Sam by tyle nie zmieścił, chociaż ze względu na swoją kiepską relację z jedzeniem nie był w tej kwestii żadną wymierną, bo najchętniej nie mieściłby w sobie niczego.
    — Dobrze, że Lydia tego nie słyszała — wymamrotał pod nosem. — I lepiej jej tego nie mów, bo nie wyjdziemy z mieszkania, a jeśli wyjdziemy, to na parkiet będą musieli nas wtoczyć.
    Cóż, jego babcia była już od dawna na emeryturze, dziadek nie żył już od przeszło dekady, a Caroline wyprowadziła się z Nowego Jorku w wieku zaledwie osiemnastu lat, więc kiedy Marcus jako osiemnastolatek pojawił się w mieście, sprowadzając tu później również Claudię, jej codzienność siłą rzeczy zaczęła kręcić się wokół ich dwójki. Głównie Claudii, bo sam przez ten cały czas zachowywał dystans, nie do końca wiedząc, co począć z taką uwagą. Kochał tę kobietę — to, że dziś się do tego przed sobą przyznawał było dużym postępem — i wszedłby za nią w ogień, ale wolał, kiedy swoją opiekuńczość przelewała na jego siostrę, przekonany że kilkulatka potrzebowała tego po prostu bardziej.
    Fakt, że zwracał się do niej po imieniu zamiast po prostu babciu mówił sam za siebie. Nie naprawiły tego ani starania emerytki, ani te dwa lata, kiedy mieszkali we dwójkę, bo Marcus zawsze miał coś do zrobienia, będąc w jej progach bardziej gościem niż lokatorem, tak jak zresztą miało to miejsce teraz.
    Wszystko sprowadzało się zatem do tego, że Lydia mimo posiadania córki mogła po śmierci męża ulokować uczucia jedynie we wnuczce, ale miała ich w sobie tyle, że to było za mało. Opiekowała się zatem każdym, kto jej na to pozwolił, w każdy sposób na jaki jej pozwolił. Gdyby zorientowała się, że Maxine lubi łakocie, z pewnością by ją nimi obsypała, proponując od razu herbatę, sok albo najlepiej całą kolację w kilku porcjach, co do tego nie miał najmniejszych wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokręcił więc do siebie głową, a kiedy Riley odebrała mu ze śmiechem, uśmiechnął się do niej z niewielkim wzruszeniem ramion i zadowoleniem, że udało mu się ją rozbawić. Uśmiech ten poszerzył się tylko na dźwięk przychodzących powiadomień, bo w pewnym stopniu rozbawiło go, jak natychmiastowa była reakcja jej przyjaciół.
      I trochę żałował, że wyciszyła telefon, bo teraz zjadała go ciekawość, co też tam Angela z Codym wypisują z taką pasją. W sumie zastanawiało go, czy w ogóle go pamiętają, bo na dobrą sprawę wcale nie musieli. Jakby nie patrzeć, skończył Columbię dwa lata temu.
      — Nie jesteś ciekawa? Ja jestem — rzucił, sięgając znów po swoją kawę z psotnym błyskiem w błękitnym oku.

      MARCUS LOCKHART

      Usuń
  12. Kiedy ostatnie słowo wybrzmiało, Evan nabrał więcej luzu. Nie musiał się już spinać, nie musiał w głowie odtwarzać tamtych wydarzeń, nie musiał szukać w wyobraźni obrazu uśmiechniętej siostry. Czasami to robił. Czasami przywoływał Joyce i próbował sobie wyobrazić, jak mogłaby wyglądać teraz. Po tych dziesięciu latach i wiedział, że byłaby niesamowicie podobna do babci, która mieszkała w Teksasie. Miała te same jasne, słomkowe włosy i jasne oczy oraz kilka piegów na nosie. Joy była śliczna, Joy bujała w obłokach i Joy była dobra, głupiutka i naiwna. Wiedział, że była głupiutka i naiwna, i wiedział, że musiała wsiąść do złego samochodu, że nikt jej nie zaatakował na ulicy, że sama zgodziła się na własną śmierć, chociaż nigdy nie przyznał tego na głos.
    Roth chrząknął cicho, kiedy Riley wyrwała mu z ręki tę małą buteleczkę. Puścił od razu, znowu opierając potylicę o nagrobek, teraz jednak nie uciekał spojrzeniem do góry, skupił je na osobie towarzyszącej mu brunetki. Na jej skrzywionych ustach, pobladłej twarzy, zaszklonych oczach. Uśmiechnął się głupkowato. Trochę tak, jakby tryumfował. Nie wiedział jednak nad czym, bo wcale nie czuł się teraz wygranym. Poniekąd ją zmusił do tego, żeby tu przyszła, ale przecież nie szarpałby się z Maxine pod cmentarną bramą. Pozwoliłby jej wrócić do domu, bo przecież Rileyowie mieszkali niedaleko, a on sam mógłby ją nawet ukradkiem odprowadzić.
    Patrzył, jak Maxine pije. W pewnym momencie chciał jej przerwać, bo mimo niewinnego, kolorowego wyglądu, alkohol był naprawdę mocny. Nie zdążył. Max odsunęła szkło od ust i zaczęła pokasływać. Nie ruszył się więc i podobnie jak ona – milczał. Nie wiedział, co mógłby jej powiedzieć. Nie czuł się dobrze w tej sytuacji. Ba, czuł się parszywie. Odwrócił głowę w bok i spojrzał kątem oka na litery wyżłobione na nagrobku, z którego teraz zrobił sobie fotel.
    Krzywy uśmiech nie znikał z jego ust. Evan był dupkiem. Zawodowo i prywatnie. Bycie dupkiem było łatwiejsze niż bycie wrażliwym durniem. Roth nie chciał być durniem. Nie mógł nim być, bo to czyniłoby go słabym. A słabym bywał tylko tutaj, w towarzystwie Joy, wspomnień jej uśmiechu, kolejnej butelki piwa lub po prostu wódki – w zależności od tego, co napatoczyło mu się w ręce w pobliskim markecie. Roth nagle przeszukał kieszenie swoich spodni, na moment prostując jedną nogę tak, że stopą szturchnął kolano Riley.
    — Kurwa — wyrwało mu się, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma papierosów ani zapalniczki. — Kurwa — powtórzył, a potem spostrzegł ruch dłoni Maxine. Ocierała policzek. Zmarszczył czoło, ściągając brwi ku środkowi. — Ej, Riley… — zaczął. Podparł się dłońmi o trawę i podciągnął do góry, bardziej pilnując już tego, aby jej przypadkiem nie dotknąć.
    Nie wiedział, co robić. Wiedział natomiast, że popełnił błąd. Był pijany. Nie przemyślał tej decyzji, a teraz musiał się mierzyć ze smutkiem w oczach Maxine. Nie chciał, cholera, nie chciał, aby patrzyła na niego inaczej niż do tej pory. Miał zostać tym przeklętym dupkiem. Miał zostać tym, którego wolałaby unikać niż zagadywać. Nie był dla niej odpowiednim towarzystwem. Jako pracownik jej ojca zdawał sobie z tego sprawę, ale jako Evan Roth, po prostu Evan, czuł przemożną chęć, aby opowiedzieć jej coś jeszcze. Może dlatego, że wiedział przecież, że była dobra, wrażliwa i niemal zawsze uśmiechnięta, że otaczała się ludźmi, a ci chętnie do niej garnęli.
    — Nie płacz — dodał nagle i sięgnął po butelkę, którą wyciągnęła w jego stronę. Wypił do dna kolorowy alkohol, a potem odrzucił szkło na trawę, tuż obok drugiej, też już pustej butelczyny. — Słaba z ciebie aktorka — dodał tylko, kiedy ta nagle odkaszlnęła drugi raz. Uśmiechnął się krzywo, jakby tego rodzaju żartem próbował rozluźnić atmosferę.
    Na cmentarzu. Przy grobie swojej siostry.

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  13. Park pragnął samodzielności od dawna. Jego kontakty z rodzicami od wieku dorastania, gdy stwierdził, że bycie miłym tylko dla zasady, nawet dla osób, które plują jadem, jest bezsensowne, nie były na najlepszym poziomie. Było to ładne i łagodne określenie dla ich coraz mocniej pogłębiającej się przepaści. Czy każdemu polecałby się usamodzielnić poprzez wyprowadzkę z domu? To zależało. Nate był realistą i wiedział, że nie każdy może sobie na to pozwolić. Ze względów ekonomicznych, zdrowotnych czy jakich kolwiek. On miał szczęście w swojej pracy, dośc szybko został zauważony, umiał nawiązywać kontakty i zapadał w pamięć. To wystarczyło. Jednak, gdyby tylko jego relacje z rodzicami były inne, kto wie czy tak gnałby do opuszczenia rodzinnego gniazda? Na to pytanie miał jednak nigdy nie poznać odpowiedzi. 
    Mężczyzna na jej słowa o uroku osobistym, uniósł niezadowolony brew. Przyglądał się jej tak przez dłuższa chwile w milczeniu, aż w końcu odchrząknął. 
    — No wiesz ty co! Teraz to mnie ranisz! — oznajmił z miną niczym obrażony pięciolatek. — Wątpisz w siłę mojego uroku osobistego? Nie ma opcji, że ktoś się mi oprze! — Pokręcił głową, po czym zaśmiał się cicho. 
    Oczywiście, mówił to w żartach. Życie pisze różne scenariusze, zwłaszcza w ostatnim czasie. Czuł, że los zaczyna być mu mniej przychylny i obawiał się, co jeszcze mogło nadejść. 
    Mina managera była spokojna, ale poważna. Uważnie przeglądał otrzymane wiadomości. Nathaniel znał go dobrze i doskonale dostrzegał to intensywne spojrzenie. Robert pogrążony był w myślach, kreując już drogę ich postępowania. Odrzucał te niepotrzebne i ryzykowne. Sprawa była o tyle skomplikowana, że nie dotyczyła Parka bezpośrednio, a osobę z jego bliskiego otoczenia.
    — To tak, — zaczął w końcu Bob. — Sprawdzimy, co to za osoba. 
    — I co? Pogadasz z nią? Każesz się jej odczepić? — przerwał mu Nate, unosząc zaciekawiony brew. 
    — Nie, oczywiście, że nie! Ty idioto — prychnął starszy i rozmasował czoło z dezaprobatą. — To mogłoby tylko sprowokować tą osobę i pogorszyć całą sprawę. Tu trzeba delikatnie, ale stanowczo. Po pierwsze — zwrócił się ciałem w kierunku Max. — Nie odpisuj jej, tak jak to robiłaś do tej pory. Atencja to jest to, czego szuka. Po drugie, najlepiej, żebyś to zgłosiła na policję. Nie po to, by ją aresztowali kolejnego dnia. Wszyscy wiemy, że tak się nie stanie. Musi pozostać ślad w papierach — wyjaśnił. — Po trzecie, najlepiej, żebyś przez najbliższy czas nie chodziła nigdzie sama. Masz kogoś, z kim mogłabyś chodzić na uczelnie, do domu? — zapytał. 
    — Mogę jej wynająć ochroniarza — wtrącił się Park. — No co? Nie jakiegoś namolnego. Po prostu takiego, co by obserwował sytuację. 
    — Po czwarte, Nate. Nic nie rób. Jasne? Nie działaj pochopnie! Żebyś nie wpadł na pomysł gadania o tym na swoich live'ach! 
    — Ale to moja wina! — prychnął od razu, po czym zerknął na Max. — Maxine, ten ochroniarz to nie jest głupi pomysł. 


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  14. [Cieszę się, że Theo wzbudza taki pozytywny odbiór jego osoby, na tym bardzo mi zależało :) A z tym zwierzakiem to koniecznie, zapraszamy serdecznie do lecznicy i na wątek! Ewentualnie możemy zrobić z nich dwójkę przyjaciół, którzy znają się od lat. Maxine wygląda na taką uroczą osóbkę, która z pewnością brałaby współudział w jego ,,zbrodniach" i znoszeniu do domu wszystkiego, co ma cztery łapy haha :D]

    Theodorek

    OdpowiedzUsuń
  15. [Wyszła Ci po prostu cudowna w każdym calu 😍 Jak najbardziej jestem za, wchodzimy w tą ,,zbrodnię przeciwko tacie" haha :) Podeślę nam w takim razie na dniach rozpoczęcie ❤️]

    Teoś

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Dziękujemy za takie ciepłe powitanie, nie spodziewaliśmy się, że Pawełek będzie taki do zauroczenia :D choć nie powiem, chcieliśmy żeby był lubiany, bo Pawełek bez ludzi by zginął, typ ekstrawertyka max.

    A jak przy maxach jesteśmy, to Maxine jest przeurocza. Pawełek chętnie jej pomoże nowe scenariusze pisać, bo on bajkopisarzem też potrafi być, gdy plecie co ślina na język mu przyniesie.

    Buziaki! ]

    Pawełek

    OdpowiedzUsuń
  17. [W takim razie, ahoj przygodo! ❤️😅]

    Theodore naprawdę chciał wierzyć, że tym razem uda im się wrócić do domu bez żadnej dodatkowej historii, którą później będą wspominać przez miesiące. Ich wspólne wypady miały w sobie coś wyjątkowo nieprzewidywalnego, nawet jeśli zaczynały się niewinnie, zazwyczaj kończyły się czymś, czego żadne z nich nie planowało. Mimo wszystko tego dnia był przekonany, że może właśnie teraz los postanowił dać im chwilę spokoju. Wracali z krótkiego wyjazdu za miasto, który miał być jedynie oderwaniem się od codzienności. Bez pośpiechu, bez większych planów i bez konieczności zastanawiania się nad tym, co będzie dalej. Maxine prowadziła samochód swoich rodziców, a on siedział obok niej, pozwalając, by monotonna droga i cicha muzyka wypełniały przestrzeń między nimi. Za szybami przesuwał się spokojny krajobraz, pola ciągnące się aż po horyzont, pojedyncze drzewa rzucające długie cienie na asfalt i drogi, na których od kilku minut nie minęli żadnego innego samochodu. Było w tym coś kojącego. Rzadko pozwalał sobie na takie momenty, zwykle jego głowa była zajęta kolejnymi rzeczami, które trzeba było zrobić, kolejnymi problemami, które ktoś przynosił do lecznicy i kolejnymi historiami zwierząt, którym trzeba było pomóc. Przyzwyczaił się do tego, że zawsze musi być gotowy, zawsze uważny i zawsze mieć w sobie wystarczająco dużo spokoju, żeby dać go komuś innemu. Tego dnia nie musiał. Przynajmniej przez chwilę. Początkowo nie zwrócił większej uwagi na samochód jadący przed nimi. Dopiero, kiedy kierowca nagle zwolnił i zjechał na pobocze w miejscu, gdzie wokół nie było praktycznie niczego poza drzewami i pustą drogą, uniósł wzrok znad telefonu.
    Nie wyglądało to jak zwykły postój. Mężczyzna wysiadł z samochodu, a chwilę później Theodore zobaczył zwierzę. Pies był ogromny. Tak duży, że przez pierwszą sekundę jego sylwetka wydawała się niemal nierealna. Długa sierść poruszała się przy każdym kroku, tworząc wokół niego wrażenie jeszcze większego chaosu niż w rzeczywistości. Zwierzę stało niepewnie na poboczu, rozglądając się dookoła z dezorientacją kogoś, kto nagle znalazł się w miejscu, którego zupełnie nie rozumiał. Theo początkowo próbował znaleźć dla tej sytuacji inne wyjaśnienie. Może pies uciekł, może wydarzyło się coś, czego nie widzieli, może właściciel zaraz zawróci. Tylko że żadna z tych myśli nie miała sensu, kiedy zobaczył, jak mężczyzna odwraca się od zwierzęcia, wraca do samochodu i odjeżdża. Bez wahania, bez ostatniego spojrzenia, bez najmniejszego gestu, który sugerowałby, że zostawia coś więcej niż problem przy drodze. Przez kilka sekund Theodore po prostu patrzył zdezorientowany. Widział już wiele okrutnych rzeczy, w swojej pracy spotykał zwierzęta po wypadkach, zaniedbane, przestraszone i porzucone. Wiedział, że ludzie potrafią zawieść w sposób, którego trudno było później zrozumieć, ale mimo wszystko za każdym razem bolało tak samo. Zwłaszcza ten moment, kiedy zwierzę jeszcze czekało. Pies nie ruszył od razu. Stał w miejscu, patrząc za samochodem, który znikał coraz dalej. Jakby wierzył, że za chwilę wróci. Jakby nie był jeszcze gotowy zaakceptować tego, że człowiek, któremu ufał, właśnie go zostawił. Theo poczuł znajome ukłucie złości. Nie na psa, nigdy na psa. Na człowieka, który potrafił zrobić coś takiego. Nie musiał nawet mówić Maxine, co zamierza. Wiedział, że ona również widziała dokładnie to samo. Wiedział też, że żadne z nich nie będzie potrafiło po prostu odjechać i udawać, że nic się nie wydarzyło. Kiedy samochód zatrzymał się przy poboczu, wysiadł i powoli ruszył w stronę zwierzęcia. Przy przestraszonych zwierzętach pośpiech nigdy nie działał. Człowiek często zapominał, że dla nich był obcym zapachem, obcym głosem i obcą obecnością. Najpierw trzeba było dać im możliwość zdecydowania, czy chcą podejść. Przykucnął kilka metrów dalej i przez chwilę po prostu pozwolił psu patrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero wtedy zauważył więcej szczegółów. Sierść była skołtuniona i zabrudzona, miejscami wyglądała tak, jakby od dawna nikt o nią nie dbał. Nie wyglądał na zwierzę, które spędziło samotnie kilka minut, bardziej jak ktoś, kto już wcześniej musiał nauczyć się radzić sobie sam, a mimo wszystko nadal szukał człowieka. Wyciągnął dłoń, nie próbując go przyciągnąć, po prostu spokojnie czekał. I chyba właśnie to przekonało psa najbardziej. Po chwili ogromne zwierzę zrobiło ostrożny krok w jego stronę, a potem kolejny. Theodore poczuł, jak ciężki łeb opiera się na jego dłoni. I wtedy już wiedział, nie było odwrotu. Spojrzał przez ramię na samochód Maxine, a dopiero później przypomniał sobie, czym właściwie jechali. Samochód jej rodziców. A dokładniej, sterylnie czysty samochód jej ojca. Samochód, który za chwilę miał zostać miejscem transportu ogromnego, długowłosego psa, który prawdopodobnie zostawi po sobie tyle sierści, że można będzie z niej zrobić drugiego psa. Ale kiedy spojrzał z powrotem na zwierzę, które po raz pierwszy od dłuższego czasu wyglądało tak, jakby poczuło się bezpiecznie, cała reszta przestała mieć znaczenie. Samochód można było wyczyścić, tapicerkę można było uratować. A gniew ojca Maxine, choć prawdopodobnie imponujący, był problemem na później. Teraz liczył się tylko pies. Theodore spojrzał na zwierzę, potem na auto, a następnie na Maxine.
      – Zanim cokolwiek powiesz... – zaczął, chociaż sam doskonale wiedział, że żadna z jej uwag nie byłaby w stanie zmienić jego decyzji – Tak, wiem, czym jedziemy – kącik jego ust drgnął lekko – I tak, wiem, że twój ojciec prawdopodobnie będzie w stanie wyczuć tę sierść z drugiego końca miasta – spojrzał na psa, który w tym samym momencie postanowił oprzeć się o jego nogę z pełnym przekonaniem, że właśnie znalazł człowieka, którego powinien pilnować – Chociaż mam wrażenie, że on już podjął decyzję za nas – westchnął cicho. Przesunął dłonią po jego głowie, próbując nie uśmiechnąć się zbyt mocno. Pies wyglądał na zmęczonego, ale pierwszy raz od chwili, kiedy zobaczyli go na poboczu, nie sprawiał wrażenia całkowicie zagubionego.
      ¬– Maximku... – wypowiedział jej imię spokojniej, już bez żartu, ale dokładnie w taki sposób, jak zwracał się do niej od dobrych kilku lat, kiedy czegoś od niej chciał – Nie możemy go tutaj zostawić – wbił w nią wzrok kotka z memów. Nie musiał tego tłumaczyć. Wiedział, że ona również to rozumiała. Oboje mieli ten sam problem, kiedy widzieli cierpienie, szczególnie takie, którego można było uniknąć, nie potrafili po prostu odwrócić wzroku.

      Theoś

      Usuń
  18. Zwierzę nadal stało przy nim, coraz wyraźniej oswajając się z jego obecnością, a kiedy mężczyzna powoli podniósł się z kucek, ogromny kudłacz zrobił pół kroku za nim, jakby już teraz uznał, że właśnie ten człowiek jest odpowiedzialny za to, co wydarzy się dalej. Theo rzucił mu krótkie spojrzenie i uśmiechnął się pod nosem, bo najwyraźniej nie miał już zbyt wiele do powiedzenia w kwestii podejmowania decyzji.
    – Nie wiem, czy nazwałbym go rasowym – odpowiedział w końcu, przesuwając dłonią po karku psa – Na pierwszy rzut oka powiedziałbym, że może mieć coś z owczarka albo któregoś z tych dużych psów pasterskich, ale równie dobrze może być mieszanką kilku rzeczy. Przy jego stanie ciężko będzie powiedzieć cokolwiek pewnego, dopóki nie obejrzę go dokładniej – westchnął bezradnie i dopiero wtedy zwrócił uwagę na otwarte tylne drzwi samochodu. Spojrzał do środka, a potem na Maxine. Nie trzeba było być weterynarzem, żeby zauważyć, że plan wciśnięcia ich wszystkich na tylną kanapę był dość optymistyczny. Pies miał rozmiar niewielkiego cielaka, a ilość sierści, którą wnosił ze sobą, mogła wkrótce sprawić, że samochód przestanie być rozpoznawalny.
    – Jeśli mam z nim siedzieć z tyłu, to proponuję od razu pogodzić się z tym, że wrócimy z nową tapicerką. Albo przynajmniej z bardzo wyraźnym motywem sierści – nie czekając na odpowiedź, podszedł bliżej psa i ostrożnie złapał za smycz, która nadal zwisała z jego obroży. Nie zamierzał ryzykować, że zwierzę przestraszy się czegoś po drodze i ruszy przed siebie. Pies pozwolił mu na to bez najmniejszego protestu, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że prawdopodobnie był przyzwyczajony do ludzi i nie miał w sobie agresji. Strach był czymś zupełnie innym.
    – Najpierw zawieziemy go do lecznicy – powiedział już poważniej – Muszę sprawdzić, czy nie jest ranny, odwodniony albo niedożywiony. Jeśli ma chip, będziemy mogli znaleźć właściciela. Chociaż po tym, co właśnie widzieliśmy... – urwał, nie chcąc nawet kończyć tej myśli. Przeniósł wzrok na drogę, na której kilka minut wcześniej zniknął samochód. Złość nadal gdzieś w nim tkwiła, ale nie była już tak gwałtowna. Zastąpiło ją przede wszystkim poczucie odpowiedzialności za zwierzę, które teraz stało obok niego i merdało ogonem, jakby całe zajście nie miało dla niego większego znaczenia. Przykucnął jeszcze raz i przyjrzał się psu dokładniej, odgarniając delikatnie część długiej sierści przy łapie.
    – Jest trochę wychudzony, ale nie wygląda na skrajnie zaniedbanego. Sierść jest w fatalnym stanie, pewnie dawno nie był szczotkowany. Muszę też zobaczyć łapy, uszy i zęby, ale na razie nie widzę niczego, co sugerowałoby, że przed chwilą wydarzył się jakiś wypadek –podniósł się i spojrzał na Maxine z miną człowieka, który właśnie zaakceptował fakt, że ich spokojny powrót do Nowego Jorku przestał istnieć – I zanim zapytasz, nie, nie zostawimy go po prostu w lecznicy i nie będziemy udawać, że problem zniknął. Najpierw sprawdzimy wszystko, co się da, a potem zdecydujemy, co dalej – pies ponownie oparł łeb o jego bok, a Theodore spojrzał w dół – Chociaż mam wrażenie, że on już zdecydował, co dalej – uśmiechnął się lekko, po czym skierował psa w stronę samochodu – No dobrze, olbrzymie. Zobaczymy, czy w ogóle zmieścisz się do tego samochodu bez konieczności demontażu połowy wnętrza – przytrzymał smycz i zatrzymał się przy otwartych drzwiach, a jego spojrzenie powędrowało na psa, później na wnętrze Land Rovera i na końcu wróciło do Maxine.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero teraz dotarło do niego, że cała kwestia sierści nie była wyłącznie problemem estetycznym ani powodem do żartów o gniewnym ojcu. Jej ojciec miał alergię. Wypuścił powoli powietrze nosem, jakby właśnie uświadomił sobie skalę katastrofy, którą zamierzali wprowadzić do jego samochodu.
      – Czekaj. Twój tata nadal ma tę alergię, prawda? – upewnił się, choć właściwie znał odpowiedź. Spojrzał na ogromnego psa, którego sierść już teraz była przyklejona do jego ubrania, a następnie na tapicerkę – W takim razie oficjalnie nie możemy zostawić po nim nawet jednego włosa – zarządził stanowczo. Brzmiało to jak żart, ale doskonale wiedział, że nie było w tym wiele przesady. Przy alergii wystarczyłoby znacznie mniej niż całe futro tego zwierzęcia, żeby po powrocie do domu Maxine jej ojciec szybko zorientował się, że w samochodzie wydarzyło się coś, o czym nikt nie zamierzał mu powiedzieć. Przesunął dłonią po sierści psa i westchnął – Czyli nie tylko lecznica. Najpierw musimy go bezpiecznie przewieźć, potem znaleźć sposób, żeby wyczyścić samochód tak, żeby nie zostało w nim absolutnie nic. Odkurzanie, pranie tapicerki, wszystkie zakamarki... – wymieniał, zerkając na wnętrze auta – I chyba najlepiej będzie, jeśli zrobimy to od razu, zanim twój tata zdąży do niego wsiąść – westchnął ciężko. Pies, zupełnie nieświadomy tego, że właśnie stał się przyczyną przyszłego kryzysu rodzinnego, spokojnie podszedł bliżej. Theodore spojrzał na niego z niedowierzaniem – Ty nawet nie wiesz, jakie problemy właśnie nam urządziłeś – zwierzę jedynie zamachało ogonem – No właśnie. Zero wyrzutów sumienia – otworzył szerzej tylne drzwi i pomógł psu wejść do środka. Zwierzę zajęło znaczną część kanapy, a jego sierść niemal natychmiast zaczęła osiadać na materiale – Dobra. Jedziemy. A później robimy operację „uratować samochód przed alergią taty” – kącik jego ust uniósł się lekko – I nie martw się. Jeśli będziemy musieli siedzieć nad tym do nocy, to siedzimy. Nie pozwolę, żeby twój tata odkrył rano, że jego samochód nagle został schroniskiem dla wielkiego, kudłatego porzuconego psa – pokręcił z niedowierzaniem głową, tarmosząc psa po głowie.

      Inicjator akcji ,,uratować samochód przed alergią taty"

      Usuń
  19. [ kiedyś miałam w zwyczaju pisać samych smutasów, życiowych poobijańców i wraki człowieka, ale ileż można się smucić :D

    Paweł nadaje się do cyrku, choć jakby dobrze pomyśleć to on jest głównym klaunem w tym cyrku, bo jego ekipa to stado dzikich pojebów :D Więc niech Max się trzyma, bo zauroczenie starszym Pawełkiem to jest jej najmniejszy problem, jak oni na ten remont wpadną.

    Remontowych wątków nigdy za wiele, korzystajmy z weny, bo jej los jest przewrotny. Póki mi się głupoty na klawiaturę cisną to robimy remont. Paweł się szybko zorientuje, będzie miał lekką bekę, ale taką niegroźną, lekko nawet będziemy mu to imponowało, że dal jest takim budowlańcem-casanovą :D

    kto zaczyna? ]

    Pablo

    OdpowiedzUsuń
  20. [Dzień dobry, dzień dobry! Kolejny, bo potrzebowałam przeciwwagi dla ekstrawertycznego Leifa, który gotów zagadać każdego na śmierć. (Oraz potrzebowałam Josha O’Connora na fotce, wiadomo!)
    Bardzo bardzo się cieszę, że wątkowe wyeksploatowanie przechodzi! Pewnie, że mam ochotę – w końcu z niej powstał Lenny! – a czas to wiesz… Powiedzmy, że nie interesuje mnie, co ma do powiedzenia! Zwłaszcza, gdy na horyzoncie taki wątek się szykuje. Z Maxine tak fajną i uroczą, jak i poprzednio, jak i zawsze!
    Tak sobie teraz uświadomiłam, że nasz poprzedni wątek, sprzed mojego zniknięcia, trochę mógł zapowiadać Lena, skoro tam Leif miał udawać kogoś, kim nie jest… Chociaż on powody miał zgoła inne, czystą pajacerkę. :D Anyway, wyślę dziś maila!]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  21. [ Pasuje, czekamy cierpliwie! :) ]

    Paweł

    OdpowiedzUsuń
  22. [Przeurocza jest Maxine, aż ciężko przejść obok niej obojętnie! Bardzo dziękuję za miłe słowa - na pewno bracia Uszatki w swoim wątku będą mogli poszaleć i dostarczyć rozrywki, bo to wybuchowa kombinacja.
    Jak mi ktoś pomoże założyć łańcuch to już się nie boję i mogę pisać (jechać?)!]

    Seth Weston

    OdpowiedzUsuń
  23. Domknął tylne drzwi i przez chwilę został jeszcze przy samochodzie, opierając dłoń na dachu. Przez szybę spojrzał na ogromnego psa, który zdążył już rozłożyć się na tylnej kanapie z miną stworzenia przekonanego, że właśnie dostało własny, całkiem wygodny środek transportu.
    – Wiesz, że on już chyba uznał, że to jego samochód? – rzucił, zanim obszedł auto i zajął miejsce obok psa – I chyba nie zamierza pytać, czy właściciel wyraził zgodę – zaśmiał się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Kudłacz podniósł łeb, spojrzał na niego, a potem z ciężkim westchnieniem położył pysk na jego udzie. Parsknął cicho – No dobrze. Przyjmuję do wiadomości – przewrócił oczami z wyrzutem, choć wiedział, że pies i tak nijak nic sobie z tego nie będzie robił. Kiedy wspomniała o tym, że może właśnie dorobił się nowego pupila, pokręcił głową, choć uśmiech nie schodził mu z twarzy – Jeśli system dystrybucji psów rzeczywiście działa tak samo jak system dystrybucji kotów, to zaczynam się trochę obawiać tego, co znajdziemy następnym razem – spojrzał na siedzącego obok niego olbrzyma – Ale tak, wygląda na to, że dzisiaj został przydzielony właśnie mnie – westchnął ciężko, nie z rezygnacji, a bardziej przerażenia, które też zresztą na widok tego niemałego potwora z pewnością wymaluje się na twarzy jego rodziców. Nie musiał nawet mówić, że nie zamierzał go zostawić. Widział, co się stało. Widział samochód, który zatrzymał się na poboczu, widział otwierające się drzwi i psa wyrzuconego z auta, a potem tego samego człowieka odjeżdżającego, jakby pozbył się problemu, a nie żywego stworzenia. Nie było tutaj żadnej historii o zagubieniu i poszukiwaniu właściciela.
    – Chip oczywiście sprawdzę – powiedział po chwili – Ale nie po to, żeby go komuś oddawać. Chcę wiedzieć, czy jest zarejestrowany, ile może mieć lat, czy wcześniej był leczony. Jeśli ktoś go kiedyś oznakował, może uda się ustalić przynajmniej część jego historii – przesunął dłonią po gęstej sierści na karku zwierzęcia – Bo tej, którą właśnie widzieliśmy, raczej nie chciałbym znać w szczegółach – mruknął, nadal cholernie wściekły na tamtego bezdusznego człowieka. Kiedy Maxine wspomniała o alergii ojca, zaśmiał się pod nosem – Pamiętam tego pekińczyka. Kevin kichający pięć razy pod rząd to był chyba jego subtelny sposób na zakomunikowanie nam, że mamy trzy minuty na opuszczenie domu – spojrzał na psa i pokręcił głową – Ten tutaj może doprowadzić go do przekonania, że pekińczyk był jedynie próbą generalną – roześmiał się głośno. Sam już miał na ubraniu mnóstwo jego włosów. Wystarczyło kilka minut, żeby sierść znalazła się dosłownie wszędzie, więc perspektywa dokładnego czyszczenia samochodu przestała być żartem – Całodobowa myjnia brzmi świetnie. Tylko musimy znaleźć taką, która zgodzi się przyjąć samochód w stanie po ataku niedźwiedzia – na propozycję Maxine uniósł brwi – Kudłaty? spojrzał na psa, jakby oczekiwał od niego opinii. Ten odpowiedział jedynie kolejnym machnięciem ogona – Dobra. Widzę, że komisja jednogłośnie zatwierdziła – uśmiechnął się i poprawił smycz, żeby nie plątała się pod jego nogami. Kiedy Maxine ruszyła z pobocza, jeszcze przez moment obserwował drogę, a potem spojrzał na ich nowego pasażera – Pięćdziesiąt minut do miasta, potem lecznica, badania i zobaczymy, co dalej – pogładził psa po głowie – A później będziemy musieli wyprać samochód tak dokładnie, jakbyśmy przewozili w nim całe schronisko – przeniósł wzrok na Maxine w lusterku – Tylko prowadź ostrożnie. Mamy pasażera, który zajmuje więcej miejsca niż oboje razem – pogroził jej palcem, a pies, jakby rozumiejąc, że właśnie o nim mowa, przesunął się jeszcze bardziej na środek kanapy. Spojrzał na niego z niedowierzaniem – I bezczelnie zaczyna przejmować tylną kanapę. Świetnie. Pięć minut znajomości i już rządzi – zerknął jeszcze raz na Maxine – Mieliśmy naprawdę spokojnie wrócić do domu, prawda? – westchnął, wciąż niedowierzając, że znów na ich wspólnym wyjeździe czekały na nich jakieś niespodziewane przygody.

    kudłacze

    OdpowiedzUsuń
  24. Evan nie do końca wiedział dlaczego. Dlaczego to wszystko wyglądało właśnie tak, że po tej imprezie, a właściwie w jej trakcie, postanowił zgarnąć Maxine do jednej taksówki i pokazać jej miejsce, które było dla niego ważne, jeśli nie najważniejsze. Evan nie wiedział, ale też nie było już sensu w doszukiwaniu się i znajdowaniu powodów, bo stało się. Byli tutaj razem, na tym brooklyńskim cmentarzu, przy płycie nagrobnej, na której wyraźnie napisano imię i nazwisko jego siostry. Nie wiedział dlaczego opowiedział Riley o tym wszystkim, choć nie musiał. Mogła wpisać imię i nazwisko jego siostry i datę śmierci w wyszukiwarkę, a dowiedziałaby się suchych faktów o całym wydarzeniu. O śmierci nastolatki, która nie powinna mieć w ogóle miejsca. Joy nie powinna był umierać tak szybko, tak młodo i w tak okrutny, niesprawiedliwy sposób. Evan był zły. Wściekły. Przepełniony smutkiem i żałobą, a jednak funkcjonował. Parł na przód, choć nie przywiązywał się do ludzi, traktował ich jak środek do celu, deptał, szarpał, wykorzystywał. Nie chciał poczuć, że kogoś lubi. Bo drugi człowiek stanowił słabość. Joyce była jego słabością. I ten dobry, miękki Evan odszedł razem z nią. Najeżył się kolcami, ogrodził kilkoma murami, które nie miały szansy skruszeć.
    A jednak. Coś w nim pękało, powoli i nieznacznie, gdy obserwował stan Maxine. Może dla Riley to było za wiele? Przecież nie wiedział, dlaczego pokazał jej to miejsce, odkrywając tę część historii, o której wiedział jej ojciec, ale którą zgodnie przemilczali? Kevin nie wracał do tematu śmierci Joy, ale szanował każdy dzień, kiedy Roth wybierał cmentarz zamiast biura. Rocznica śmierci Joy i jej urodziny były jego własnymi, przygnębiającymi świętami. Wyłączał wtedy telefon i znikał dla świata, nawet dla swojego szefa. Maxine była miłą i dobrą dziewczyną. Trochę w tym usposobieniu przypominała mu Joyce, jednak to ta druga chętniej uśmiechała się do Evana. Nie był pewien, czy gdyby teraz Joy mogłaby go zobaczyć, uśmiechałaby się tak samo chętnie. Miał wrażenie, ba, był niemal pewny, że znienawidziłaby Evana, którym się stał po jej śmierci.
    — Ta. Nie płaczesz… — powtórzył po niej, unosząc lekko brew, a głośne pociągnięcie nosem przez dziewczynę tylko utwierdziło go w przekonaniu, że miał rację. A potem niemal podskoczył, gdy ta na niego krzyknęła. Spojrzał na nią zaskoczony, unosząc brew ku górze. Nie zdążył nawet zareagować, bo był w szoku – raz, że w ogóle podniosła głos, a dwa, że przeklęła. Uważał ją trochę za świętoszkę i tego chyba wymagała od niej opinia publiczna, była w końcu córką lokalnego polityka. Maxine się poderwała i zgarnęła puste butelki, a Evan w odpowiedzi na jej nagły zryw, tylko przeciągle i głośno westchnął.
    — Przecież bym pozbierał, za kogo ty mnie, kurwa, masz, Riley? — spytał trochę poirytowany jej postawą. Mogła go nie lubić – to nie byłoby znowu niczym dziwnym, mogła mu wysrywać, wyrzygiwać przeróżne rzeczy, mogła go też obrażać, ale chujowo kiepskim z jej strony było zarzucanie mu intencji, których nie miał. Powinna wiedzieć, że Roth też dbał o swoją reputację, może nie tak bardzo jak o wizerunek jej ojca, ale dbał. Nie mógł pozwolić sobie na mandaty za zaśmiecanie, a cmentarz był przecież pod ciągłym monitoringiem.
    Podniósł się powoli, podpierając się o nagrobek siostry i parsknął śmiechem.
    — W pu-pę? — powtórzył, celowo rozbijając to słowo na sylaby. Pokręcił lekko głową, dłonią przeczesując niesforne, blond włosy. — Ja pierdolę. Zimno jej w pupę — powiedział to, kierując wzrok w stronę nieba, zupełnie tak, jakby zwracał się do zmarłej Joy. — Słyszałaś?
    Podszedł do Maxine i zabrał jej z dłoni butelki. Ruszył w drogę powrotną, a gdy dotarli do szerszej alejki, przy której było kilka ławek, wyrzucił szkło do kosza na śmieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Odprowadzę cię. Chodź, Riley, księżniczki powinny wracać do domu przed północą — zauważył, oglądając się przez ramię na drobną dziewczynę w dużo za dużej bluzie. Chyba tak ją właśnie widział. Jako księżniczkę. Miała wszystko, przynajmniej pozornie i bez większego wnikania w jej życiorys – miała po prostu wszystko. Pieniądze, dom, kochających rodziców, możliwości, przyjaciół.
      Wychodziło na to, że przy niej był naprawdę ubogim człowiek. I wcale nie chodziło mu o kwestie finansowe. Z tymi sobie radził.

      Evan Roth

      Usuń
  25. [Nie ma co się wtrącać w przeznaczenie!
    Pewnie, pewnie - wątek może kiedyś w takim razie.]

    Seth

    OdpowiedzUsuń
  26. [Dzięki za powitanie Adory. Prawdę powiedziawszy to i jej coraz mniej się chce, ale póki małżonek nie robi jej awantur w obliczu kamer, to chyba wszystko gra...]

    OdpowiedzUsuń
  27. Nathaniel Park był na ogół pewnym siebie mężczyzną. Zdawał sobie sprawę z wielu wad, jakie posiadał. Nad niektórymi pracował, pozostałe zaś nauczył się akceptować. Wiedział, że nie był idealny i nigdy nie próbował udawać przed samym sobą, że jest inaczej. Teraz jednak, w momencie, gdy własne myśli coraz bardziej uprzykrzały mu życie, czuł, że jeszcze mocniej musi bronić swojego wizerunku pewnego siebie, wesołego lekkoducha. Musiał pozostać Nathanielem, którego wszyscy znali. Człowiekiem, który potrafił żartować z niemal każdej sytuacji i sprawiał wrażenie, jakby niewiele rzeczy było w stanie naprawdę go dotknąć.
    Ukrywał to, jak się czuł. Bał się, że ktoś mógłby zacząć podejrzewać, że ostatnio coraz mniej było dni, w których naprawdę czuł się tak pozytywnie, jak próbował się kreować. Nie chciał, by ktokolwiek dostrzegł, że jego uśmiech nie zawsze wynikał z dobrego humoru, a czasami był jedynie przyzwyczajeniem i kolejną warstwą nakładaną na to, czego nie chciał pokazywać światu.
    — Pomóc? — spytał z lekkim niedowierzaniem. — Max, ona ci grozi, a ty myślisz o niej? — westchnął z dezaprobatą. Sam często stawiał się w skórze innych osób, próbował je zrozumieć. Jednak ta sytuacja była inna. Wydawała mu się abstrakcyjna. Nie potrafił pojąć, jak można martwić się o osobę, która sama była źródłem zagrożenia.
    Nathaniel czuł też, że Maxine może nie być zadowolona z pomysłu, który proponował. W końcu ochroniarz, nawet najbardziej dyskretny, w jakiś sposób zaburzałby jej funkcjonowanie. Sama jego obecność oznaczałaby zmianę w codzienności dziewczyny, a Nate nie chciał dokładać jej kolejnego powodu do dyskomfortu. Mimo wszystko uważał, że powinien przynajmniej zaproponować takie rozwiązanie.
    — No, ja nadal jestem za tym ochroniarzem. Robert wybierze kogoś bardzo dyskretnego. Proszę, przemyśl to — mruknął cicho, patrząc na nią z prośbą wymalowaną w ciemnych tęczówkach.
    Nie chodziło mu o kontrolowanie jej ani decydowanie za nią. Chciał jedynie mieć pewność, że zrobił wszystko, co mógł. To przecież jego psychofanka ją nękała. Z tego powodu poczucie winy nie pozwalało mu po prostu odsunąć od siebie całej sprawy i uznać, że nie jest jego problemem. Nie mógł tak po prostu zostawić tego bez żadnego działania ze swojej strony.
    — Pójdę z tobą na policję, co? — dodał po chwili, chcąc przynajmniej w ten sposób zaoferować jej swoje wsparcie.


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  28. [Hej, hej, dziękuję za komentarz pod kartą Jonatana ❤️ Kto wie, może w jego przypadku kolejna miłość okaże się tą ostateczną! Ważne, żeby szedł do przodu, nie wspominając byłej żony, a wiem, że będzie ciężko. Myślę, że zabawa z nim będzie przednia ^^]

    Jonatan Barlett

    OdpowiedzUsuń
  29. Evan uważał, że bycie uprzejmym dla każdego, było po prostu stratą czasu i marnotrawstwem sił. Evan nie lubił ludzi, a raczej – niewielu ludzi lubił tak naprawdę. Nie otaczał się byle kim, choć często można było dostrzec go w różnym towarzystwie, jednak na palcach jednej ręki mógłby policzyć ludzi, którzy tak naprawdę cokolwiek o nim wiedzieli. Poza tym, że nazywał się Evan Roth. Jedną z tych osób był ojciec Maxine. Kevin wiedział o Evanie całkiem sporo, miał wgląd do jego życiorysu, bo szansa, którą mu zaoferował, gdy Evan coraz bliższy był upadku, wiązała się z ceną. Początkowo młody Roth nie chciał godzić się na warunki, które postawił mu radny Riley, ale szybko zrozumiał, że szczerość nie kosztowała go wiele, nie w przypadku osoby, której zaufał. A Kevin Riley miał w sobie pewną prostolinijność , która pociągała za sobą ludzi. Pociągnęła i młodego, zagubionego człowieka.
    Evan, odkąd rozpoczął współpracę z radnym, nie interesował się jego córką. Jasnym dla niego pozostawał fakt, że miała być niedostępna, a Kevin nawet nie musiał mu o tym mówić. Bo oboje wiedzieli, że Max była miłą i dobrą dziewczyną, a Evan był niemiłym i niedobrym dupkiem, ale takiego Evana potrzebował Kevin i Kevin wiedział, że jego jedyna córka nie potrzebuje kogoś takiego w życiu. Evan miał być pitbullem, który na smyczy chodzi ładnie przy nodze, a spuszczony z niej zagryza. Miał być sprytny i czujny, i był. Wykonywał swoją pracę naprawdę dobrze, bo często dążył po trupach do celu, dlatego też bez większych skrupułów pokazał swojemu szefowi zdjęcie jego córki w towarzystwie. W bliźniaczym towarzystwie.
    Nigdy nie życzył Max źle. Nie życzył źle też jej matce ani ojcu, pozostawał lojalny wobec rodziny Rileyów, nawet jeśli traktował Maxie jak powietrze. Przynajmniej do tego wieczoru, bo dzisiaj zmieniło się sporo. Bo odezwała się właśnie ta jego lojalność, kiedy nie pozwolił pójść jej z nikim innym na prywatny taniec, bo lojalność zmieniła się w podszepty pijanego umysłu i potrzebę wpuszczenia kogokolwiek do swojego życia. Nie krępował się przecież, kiedy zaciągał ją na cmentarz i nie krępował się też wtedy, kiedy opowiadał jej o swojej siostrze. Było mu smutno, ale Evan nauczył się skrywać swój smutek, chować go za złością, sarkazmem i bluzgami.
    — A. No tak. — Odpowiedział krótko, kiedy ona – zaskakując go – odpowiedziała na jego pytanie. Posłał jej krzywy uśmiech, dyktowany właśnie ironia, która wybrzmiewała z jego głosu i wypitym alkoholem. — Za dupka. No to pozwól, że dupek zadba teraz o twoją dupę…
    Dodał tylko, wzruszając lekko ramionami. Poczuł się urażony? Nic z tych rzeczy. Prawda zabolała? Ani trochę. Bo był dupkiem. I mógł być nim nadal, ale wierzył też w to, że w tej sytuacji odrobina wdzięczności z jej strony nikomu by nie zaszkodziła.
    — Chodź.
    Dodał tylko w odpowiedzi na to, że było jej zimno. Jemu też, kurwa, było zimno. W dodatku oddał jej bluzę, jak na dupka przystało, więc teraz marzł podwójnie, ale pupa księżniczki była o wiele cenniejsza niż jego własna. Noc była naprawdę chłodna, ale Evana rozgrzewał teraz żal. Żal do siostry, że zniknęła z jego życia, choć to nie było jej winą. I złość na Maxine, bo naprawdę zachowywała się jak księżniczka.
    Obejrzał się na nią, gdy go poprawiała, a potem spojrzał na to, jak szczelnie opatulała się bluzą, którą zawinął kumplowi.
    — Ty jesteś druga, wasza wysokość — stwierdził, próbując nie dać sprowokować się jej słowom, byleby tylko jego własna złość nie zżerała go od środka. Potrzebował się wyżyć. Po tym wieczorze potrzebował dać upust swoim emocjom, rozzłościć się tak naprawdę, przywalić w coś, zniszczyć. Z jednej strony chciał kogoś do siebie dopuścić, a z drugiej stawał się wściekły, kiedy już to robił. A może po prostu docierało do niego, że Max nie była odpowiednią osobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież powinna być niedostępna. Dlaczego więc pozwoliła mu na to wszystko i wsiadła z nim do jednego Ubera? Szedł niespiesznie, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Wiatr poruszał materiałem jego koszulki. Opuścili park i znaleźli się na szerokim, opustoszałym chodniku. Nadal czuł szumienie w głowie i świat przed nim lekko wirował, ale znał drogę do domu Rileyów, więc skręcił w odpowiednią stronę i szedł dalej, mając u swojego boku księżniczkę.

      Evan Roth

      Usuń
  30. [Dzień dobry, cześć i czołem! Dziękuję na wstępie za bardzo miłe powitanie! Na nudę z tymi panami nie mam jak narzekać, to prawda ♡ Mam oczywiście mnóstwo pomysłów na ich różnorakie indywidualne, jeszcze więcej na wątki, tylko doba jest dla mnie zbyt często za krótka :D ale nie narzekam, bo jest wspaniale, nawet jeśli to nie mi udało się wszystko dokładnie napisać w scenariuszu, jak mi się to żywnie spodobało!

    P.S Bardzo tulę za cytat, bo doskonale wiem z jakiej piosenki pochodzi, a piosenka wraca do mnie na podobieństwo bumerangu ♡]

    doktor Ed & Luca

    OdpowiedzUsuń
  31. Paweł zdążył już zrobić pół kroku w stronę mieszkania, kiedy dziewczyna otworzyła drzwi i popatrzyła na niego, jakby właśnie zobaczyła w progu albo komornika, albo Jezusa Chrystusa, i Paweł potrzebował krótkiej chwili, żeby ustalić, którą z tych dwóch opcji aktualnie reprezentował. Spojrzał na jej dłonie zaciśnięte na drzwiach. Potem na nią. Potem znowu na drzwi.

    — Zależy, kto pyta — odpowiedział w końcu z pełną powagą, choć kącik jego ust już drgnął. — Jak ktoś z urzędu skarbowego, to nie. Jak od remontu, to nawet bardzo.

    Dopiero wtedy uniósł trzymaną w dłoni teczkę z jakimiś wydrukami, miarką laserową i Bóg jeden wiedział czym jeszcze, jakby miała stanowić dowód jego tożsamości. Na sobie miał robocze spodnie, ciemny T-shirt i ciężkie buty, w których normalny człowiek nie przyszedłby na żadne spotkanie, ale Paweł nigdy nie miał w planach bycia normalnym człowiekiem. Miał jeszcze dwie roboty po drodze, jedno mieszkanie do wyceny i ekipę, która od rana dzwoniła do niego z pytaniami, na które w dziewięćdziesięciu procentach przypadków odpowiedź brzmiała: przecież wam mówiłem.

    — Pablo — potwierdził po chwili, bo najwyraźniej dziewczyna potrzebowała bardziej jednoznacznej odpowiedzi. — Pablo jest dla ludzi, którzy nie potrafią powiedzieć Paweł bez połamania sobie języka. — Zawiesił na niej wzrok, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś jeszcze. — Ty chyba możesz spróbować. Wyglądasz na zdolną. — Przesunął wzrok ponad jej ramieniem, próbując zajrzeć do wnętrza mieszkania. — Angela? — Odpowiedziała mu jedynie cisza. — Paweł wrócił spojrzeniem do dziewczyny i zmarszczył lekko brwi. — Nie Angela — stwierdził odkrywczo. — Chyba że przez telefon brzmiałaś jakieś dwadzieścia centymetrów wyżej.

    Nie znał Angeli osobiście, ale rozmawiał z nią wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że osoba stojąca przed nim raczej nią nie była. Przede wszystkim dlatego, że Angela mówiła szybko, konkretnie i potrafiła przez siedem minut opowiadać o odcieniu ściany, który nie może być ani beżowy, ani szary, tylko coś pomiędzy. Ta dziewczyna natomiast od momentu otwarcia drzwi sprawiała wrażenie, jakby zgubiła połowę słownika. Paweł zerknął na nią jeszcze raz.

    — Wszystko okej? Bo jak coś cię boli, to uprzejmie informuję, że mam w aucie apteczkę. Tylko taką budowlaną, więc są tam głównie plastry, ibuprofen i rzeczy do wyciągania drzazg wielkości ołówka.

    Tym razem uśmiechnął się już zupełnie otwarcie. Nie robił tego specjalnie, żeby ją zawstydzić. W zasadzie nie miał jeszcze pojęcia, dlaczego dziewczyna patrzyła na niego w ten sposób. Paweł przez trzydzieści pięć lat życia zdążył się nauczyć, że ludzie czasem zachowują się dziwnie bez żadnego powodu. Jeden klient przez pół godziny przepraszał go kiedyś za bałagan w mieszkaniu, w którym Paweł miał zrywać całą podłogę. Inna kobieta nie chciała wpuścić jego pracownika do łazienki, bo twierdziła, że robotnicy dużo piją. Dziewczyna trzymająca się drzwi nie znajdowała się nawet w pierwszej dziesiątce najbardziej niezrozumiałych zachowań jakie widział podczas pracy.

    — Mogę wejść? — zapytał po chwili, wskazując palcem przestrzeń za nią. — Czy mamy dzisiaj cały remont omówić na wycieraczce? Bo ja jestem elastyczny, ale sąsiedzi mogą być ciekawi.

    Kiedy dostał wystarczająco dużo miejsca, żeby przecisnąć się do środka, wszedł i zatrzymał się zaraz za progiem. Pierwszą rzeczą, którą zrobił, było rozejrzenie się po mieszkaniu. Drugą — westchnięcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Aha. — To jedno krótkie słowo zabrzmiało dokładnie tak, jak brzmiało zazwyczaj wtedy, kiedy klient mówił mu przez telefon drobne odświeżenie, a na miejscu okazywało się, że ostatni remont przeprowadzano jeszcze przed wynalezieniem internetu. Paweł zrobił kilka kroków, przeciągnął dłonią po framudze, spojrzał na ścianę, potem na sufit. — To jest to mieszkanie, które „potrzebuje lekkiego odświeżenia”? — Odwrócił się do niej przez ramię. — Bo jeżeli tak, to muszę kiedyś poznać człowieka, który stworzył tę definicję. Lubię optymistów. — Podszedł do ściany i stuknął w nią knykciami. — Farba, szpachla, listwy do poprawy… podłogę chcecie zostawić? — zapytał, a potem sam spojrzał pod nogi. — Dobra, nieważne. Nie odpowiadaj. Chcecie ją zostawić. Tę odpowiedź znam po cenach wynajmu w Nowym Jorku.

      Przeszedł dalej, zaglądając kolejno do pomieszczeń z absolutną swobodą człowieka, który przez połowę zawodowego życia wchodził do cudzych mieszkań i po pięciu minutach wiedział o nich więcej niż właściciele. Spojrzał na Maxine i dopiero teraz zauważył, że właściwie wciąż stoi trochę spięta. Może nie trzymała już drzwi jak ostatniej deski ratunku, ale nadal miała ten dziwny wyraz twarzy, który sprawił, że Paweł uniósł brwi.

      — Naprawdę wszystko okej? — Popatrzył na swój T-shirt. — Mam coś na sobie? — Odruchowo przejechał dłonią po klatce piersiowej, sprawdzając, czy przypadkiem nie ubrudził się wcześniej farbą, klejem albo czymś gorszym. Niczego podejrzanego nie znalazł. — Bo patrzysz na mnie tak, jakbym właśnie wszedł bez spodni. — Zawiesił wzrok na niej. — Mam spodnie. — Dla pewności spojrzał w dół. — Tak. Są.

      Parsknął cicho pod nosem i bez najmniejszego skrępowania wrócił do oglądania mieszkania.

      — Dobra, to zróbmy tak. Ty mi powiesz, co tutaj według was ma zostać zrobione, a ja ci powiem, ile z tego ma sens. Angela przez telefon miała jakieś piętnaście pomysłów, jeden wykluczał drugi… Uporządkujmy to. Zacznijmy od twojego imienia.


      Pablo

      Usuń
  32. [ Jakie piękne zdjęcie ♥]

    Przez pewien moment Nathaniel i Robert siedzieli w zupełnej ciszy. Nate powoli przyswajał fakt, że Maxine była osobą jeszcze bardziej empatyczną od niego. Nie potrafił do końca zrozumieć jej podejścia do całej sytuacji, choć z drugiej strony właśnie to było w niej tak charakterystyczne. Zawsze próbowała dostrzec w innych coś więcej, nawet wtedy, gdy zdecydowanie nie powinna była brać na siebie cudzych problemów.
    Robert natomiast zwyczajnie zastanawiał się, czy jest sens wchodzić między tę wymianę zdań. Znał Nathana na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy ten naprawdę potrzebował coś powiedzieć, a kiedy lepiej było pozwolić mu samemu dojść do odpowiednich wniosków. Tym razem jednak uznał, że warto wtrącić swoje trzy grosze.
    — Maxine — zaczął w końcu ochroniarz, posyłając jej lekki, uspokajający uśmiech. — Nikt nie ma zamiaru zrobić z niej wariatki. Będziemy dbać o twoje bezpieczeństwo, ale to delikatna sprawa. Nie wiemy, co dokładnie spowodowało takie zachowanie. Możemy jedynie snuć domysły.
    Przeczesał dłonią swoje włosy, wypuszczając przy tym powoli nagromadzone powietrze. Sam nie lubił sytuacji, w których nie miał wszystkich informacji. Tym bardziej takich, gdzie jedno niewłaściwe działanie mogło przynieść więcej szkody niż pożytku.
    — Nikt jej celowo nie będzie krzywdził — dodał spokojnie.
    Park siedział cicho, z rękoma złożonymi na piersi, analizując całą sytuację. Starał się myśleć trzeźwo, poukładać wszystko w głowie i znaleźć rozwiązanie, które byłoby najlepsze dla wszystkich. W tej sytuacji przychodziło mu to jednak z nie lada trudnością. Czuł się odpowiedzialny. Po prostu.
    Niezależnie od tego, jak bardzo próbował sobie tłumaczyć, że nie miał wpływu na zachowanie swojej psychofanki, w jego głowie wciąż pozostawał jeden prosty fakt — gdyby nie jego osoba, Maxine prawdopodobnie nigdy nie znalazłaby się w podobnej sytuacji. To wystarczało, by poczucie winy nie dawało mu spokoju.
    — Jasne, odpocznij — powiedział w końcu Nate, posyłając jej niepewny uśmiech. — Daj mi znać, o której będziesz gotowa, podjadę po ciebie, a później pojedziemy na komisariat. W porządku? Czy wolisz spotkać się na miejscu?
    Nie chciał się jej narzucać. Tak naprawdę z jakiegoś powodu miał wrażenie, że stąpa po cienkim lodzie. Każde kolejne słowo mogło zostać odebrane inaczej, niż zamierzał, a on nie chciał dokładać jej dodatkowego stresu swoją obecnością ani własną nieporadnością w tej sytuacji.
    Chciał ją wesprzeć. Najwidoczniej jednak szło mu naprawdę kiepsko.
    Robert przez chwilę milczał, po czym sięgnął po telefon. Przez kilka sekund wystukiwał coś na ekranie, najwyraźniej sprawdzając swoje plany.
    — Też będę się powoli zbierał. Mogę cię podrzucić, jeśli chcesz — wtrącił nagle Bob, unosząc wzrok znad telefonu.
    Nathaniel zerknął na niego, a potem ponownie skupił uwagę na Maxine. Nie odezwał się już, pozostawiając jej możliwość podjęcia decyzji bez dokładania kolejnych argumentów. Tym razem wolał po prostu być obok i nie komplikować czegoś, co i tak było już wystarczająco trudne.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  33. Nie popełniłby tego samego błędu drugi raz. Nie rzuciłby się bez opanowania w stronę Maxine. Wiedział, że w tamtym pokoju przekroczył pewne granice i po prostu ją wystraszył. Nie był zły na Riley, to nie ona była problemem, to nie ona wzburzała krew w jego żyłach i mąciła myśli. Był zły na śmierć siostry, która mimo upływu lat pozostawała niezaleczoną raną. Ba, zakażoną, mażącą się raną. Cały Roth był do amputacji, to jego nie powinno być na tym świecie. Niejednokrotnie ryzykował, a jednak żył. Pozwalał innym obijać sobie gębę, ale zawsze budził się w nim instynkt przetrwania. Zawsze zaczynał wyprowadzać ciosy, oddawać i wychodził obronną ręką. Często obity, nie raz w areszcie, ale nigdy martwy i nigdy nie oskarżony. Był zły, bo próbował sobie zaszkodzić, mimo tego, że nieustannie obijał się o dno, próbował zapaść się jeszcze niżej.
    Łatwo przychodziło mu złoszczenie się. Bardzo łatwo, ale równie łatwym było nazywanie Maxine księżniczką. Bo po prostu nią była. Potrafiła się tak zachowywać, a choć nie miał jej za wyniosłą damulkę, to łatwo było zobaczyć w niej Kopciuszka. Przynajmniej w tej części, gdzie w pięknej sukni wymyka się z balu i gubi kryształowy pantofelek. Na boga. Teraz zaczynało do niego docierać, że nawet takie bajki stawiały przed dziewczynkami nierealne wymagania. Kto bowiem wytrzymałby w szpilkach z kryształu? Skrzywił się. Musiał być pijany, wstawiony na pewno, skoro jego myśli uciekały właśnie w tym kierunku.
    Słyszał jej kroki za sobą i dopóki nie opuścili terenu cmentarza, musiało mu to wystarczyć. Nie oczekiwał też, że zrówna z nim krok. Prowadził, choć oboje znali drogę do jej domu. Wolałby, żeby Max szła przed nim. Miałby wtedy na nią ogląd i mógłby w razie czego zareagować. Bo chciał reagować. Nie wyobrażał sobie, aby córce jego pracodawcy miałaby się stać krzywda akurat wtedy, gdy spędzał z nią czas. A nie powinien tego robić.
    Był spięty, ale kroki stawiał pewnie. Uniósł nieznacznie spojrzenie, gdy usłyszał głosy innych ludzi. Czworo mężczyzn szło w ich kierunku. Wszyscy postawni, pewnie z jakiejś drużyny albo korpo. Wyglądali na kogoś, kto będzie kończył studia albo dopiero co zaczął karierę na Wall Street. Wpasowałby się w ich grupę idealnie. Nie obawiał się zaczepki z ich strony, mieli zapewne zbyt wiele do stracenia, chociaż nie wątpił, że gdyby Max szła sama, mogliby do niej zagadać. Z troski.
    Drgnął niemal niezauważalnie, kiedy coś dotknęło jego ramienia. Spojrzał w dół, zaskoczony, że Riley akurat teraz postanowiła zrównać z nim krok. Przeniósł spojrzenie ponownie na grupkę młodych mężczyzn i parsknął krótkim śmiechem. Minęli się. Bez burdy, bez zaczepek, bez krzywych spojrzeń. Jak normalni ludzie na normalnym chodniku. Jeden z czwórki miał jednak w sobie na tyle odwagi, aby po minięciu księżniczki i dupka, odwrócić się za siebie i gwizdnąć. Nic dziwnego, w końcu Maxine Riley miała niezły tyłek, nawet jeśli przysłonięty materiałem bluzy. Roth nawet nie liczył na to, że dziewczyna się odwróci i zareaguje. On to zrobił i pokazał fagasowi środkowy palec. Tamten się zaśmiał. Przekaz był jasny, przynajmniej w męskim świecie.
    Nie przeszkadzała mu cisza, która im towarzyszyła, dlatego pytanie Max wprawiło go w osłupienie. Zwolnił kroku, wsunął dłonie głębiej do kieszeni spodni. Jeszcze bardziej napiął barki, pochylił kark, wpatrując się w chodnikowe płyty.
    — Chujowe pytania zadajesz — skwitował wpierw, zerkając na nią kątem oka. Szła obok. Czuł, jak niemal nieustannie obija się o jego ramię i co budziło w nim największe zdziwienie – wcale mu to nie przeszkadzało. — Bo boję się, że o niej zapomnę — dodał nagle. Pielęgnował tę złość faktycznie w obawie, że kiedy pogodzi się ze śmiercią Joyce, to siostra straci na znaczeniu, że przestanie istnieć. To był jeden z powodów. Zapewne ten największy, do którego nie przyznał się nawet przed terapeutą.
    A nie chciał, kurwa, bardzo nie chciał zapominać o Joy.

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  34. Mandy była ładna i miła, i do tego dużo mówiła – słowem, same zalety. Niezręczna cisza nie dotarła na ich czwartkową randkę, za co Len był bardzo wdzięczny. Mimo że słabo znał Mandy, czuł się z nią zaskakująco swobodnie; częściowo dzięki jej sprawności towarzyskiej, częściowo dlatego że niczego od niego nie oczekiwała, więc nikomu nie zależało na niczym więcej niż dobrze spędzonym czasie.
    To nie będzie historia wielkiej miłości, sama zastrzegła, ale fajna randka już tak; miała oczywiście rację. Miała też miękkie usta, o czym Len się przekonał, kiedy ją całował. Całkiem udany wieczór. Wolny od myśli o pracy.
    Dopiero gdy wracał, w głowie mu zaświtało, że Mandy mogłaby nieźle się sprawdzić przy niektórych zleceniach aktorskich – niepodrabialna umiejętność do kreowania przyjemnej atmosfery niejednemu by pomogła. Odsunął jednak myśl na bok. Po pierwsze, nie ma sensu mieszać różnych obszarów życia. Po drugie, nie sądził, żeby Mandy potrafiła udawać.
    Ear Me Out było małą działalnością, tak na stałe to na dwie i pół osoby. Można powiedzieć – rodzinny biznes. Niemalże jak Warner Bros., też ze świata filmu. Tyle że zamiast czterech braci było ich dwóch (Seth i Len), zamiast nazwiska Warner – Weston, a i kapitał zakładowy inny. Żaden z nich nie musiał sprzedawać konia, żeby otworzyć spółkę.
    Na szczęście, bo żaden z nich nie miał konia. Mieli – a właściwie zyskali – za to księgowego, tę pół osoby, z którą współpracowali na stałe, choć nie etatowo. Dobrze radził sobie z liczbami, jeszcze lepiej z ciągłym utyskiwaniem na niefrasobliwość braci.
    Pozostali współpracownicy – czasem znajomi Westonów, częściej jednak osoby, które Len wyhaczał w swojej prawdziwej pracy casting scouta – pojawiali się okazyjnie, tak pod zlecenie. Jak w prawdziwej agencji! Westonowie delegowali im role, na które nie mieli czasu albo do których absolutnie się nie nadawali, bo nie zgadzał się wiek, płeć, wygląd. Z czasem też te, których po prostu nie chcieli; ale to rzadko.
    Lena coraz bardziej męczyły akcje polegające na wcieleniu się w czyjegoś partnera, męża, kochanka – więc czasami je odsyłał. Ale ich wciąż było najwięcej, poza tym – zwykle dobrze płatne, a o to ostatecznie wszystko się rozchodziło. Dlatego zgodził się przyjąć zadanie (i zaliczkę) od Claire, która też była miła i ładna, choć totalnie nie w typie Lena – co na szczęście miało zerowe znaczenie, bo szedł tylko do pracy, a nie na prawdziwe spotkania.
    Były ich dwa. Jedno, już za nim, to jakiś spęd rodzinny z okazji urodzin nestora klanu; drugi, wciąż przed nim, ślub siostry Claire. Umowa była spisana od razu na cały pakiet, część kasy z góry, a w zamian za to zobowiązanie, pod karą pieniężną, że mistyfikacja przez dłuższy czas nie może wyjść na jaw. Zwyczajna sprawa, tak to się zwykle robiło.
    Len zwykle nie wchodził w potężne charakteryzacje; tylko trochę inaczej się czesał, czasem zapuszczał brodę bądź ją właśnie golił, wybierał inne ciuchy niż zazwyczaj. Największą robotę jednak robiła zmiana akcentu i przede wszystkim osobowości, w co zaliczał nawet inny sposób zajmowania przestrzeni i poruszania się po niej. Fałszywe dane osobowe również pomagały. A także to, że Nowy Jork był ogromny; w mniejszej miejscowości Ear Me Out szybko byłoby skazane na klęskę.
    Rzekomy partner Claire miał na imię Preston, na nazwisko Williams, i miał być bardzo zakochany, choć nie tak nachalnie. Z zawodu prawnik, żeby było prestiżowo, ale prawnik celny, żeby nikt się nie podekscytował za bardzo i nie zaczął zadawać zbędnych pytań. Czyli, powiedział Len, usłyszawszy o tym zaleceniu, Preston Williams nie ma szans dostać się do nieba?. Claire się nie zaśmiała, a Len pomyślał, że musi przestać przyjmować zlecenia na odgrywanie księdza, bo mu się lektury Pisma już rzucają na mózg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Preston Williams był bardzo męski – siadał w rozkroku i takie tam. Uprzejmy, kulturalny, kiedy trzeba to też ujmująco jowialny, ale bez przesady z tym poczuciem humoru, nie miał sypać żartami jak z rękawa. Z rękawa to powinien wyciągać jedwabne chusteczki z wyszytymi inicjałami, by podawać je damom do otarcia łez. Był raczej miły. Urodził się pewnie w jakiejś galerii obrazów albo w operze, ewentualnie na sali sądowej. Od razu w garniturze.
      Len dyskutował na ten temat z Claire; uważał, że fajniej by było, aby Preston urodził się w zwykłej amerykańskiej rodzinie i przez połowę szkoły średniej jarał się samochodami, myślał o zostaniu mechanikiem i po szkole dłubał przy gracie kupionym za bezcen. Claire pozwoliła zostawić zainteresowanie motoryzacją, ale bardziej aston martinami niż gratami, w pozostałych kwestiach uparła się na bubka z bogatej rodziny.
      Nudy.
      Och, biedny Lenny, zapomniał, by uważać na to, co w której godzinie się wypowiada. Albo myśli. Narzekanie na nudę już wkrótce miało obrócić się przeciwko niemu. Nie mógł tego wiedzieć, gdy szykował się na wesele. Nie mógł tego wiedzieć nawet wtedy, gdy siostra cioteczna (czy tam stryjeczna, nie pamiętał) Claire do nich podeszła.
      – Prawda, że wygląda przecudownie? – powiedział miękko.
      Zaśmiał się śmiechem bogatego człowieka, chociaż żaden żart nie padł. Ale nie był też bogaty, więc nie szkodzi. Machinalnie pogładził krawat, gdy ten został wspomniany. Nie cierpiał krawatów! Seth nienawidził ich jeszcze bardziej, ale Len nie odstawał znacząco; najwyraźniej to rodzinna cecha, dominująca jak odstające uszy. Najchętniej poluzowałby pętlę, ale nie mógł; Prestonowi pewnie to nie przeszkadzało. A już na pewno Claire by przeszkadzało, gdyby wyluzował.
      Ujął dłoń Maxine i lekko ją uścisnął, delikatnie kiwając głową.
      – Preston – przedstawił się. – Miło mi. Jeszcze milej niż za pierwszym razem!
      Claire zerknęła nerwowo na telefon, kompletnie ignorując uprzejmości.
      – Słuchajcie, zostało równe pół godziny, a… – zaczęła, ale nagle urwała. – Dziękuję, też dobrze wyglądasz – dorzuciła sucho, a potem wróciła do przerwanego wywodu: – Te bukiety wyglądają katastrofalnie. Muszę znaleźć florystkę, zostawię was na chwilę.
      I odeszła, ledwo powstrzymując się od truchtu.
      Z głośników sączyła się muzyka, a goście leniwie szukali chłodniejszych kątów w ogrodzie. Pół godziny sam na sam z kuzynką klientki na tak małej przestrzeni brzmiało jak wyzwanie, ale Len nie w takich opałach już bywał.
      – Może przejdziemy do cienia? – zapytał, uśmiechając się gładko. Swobodnym ruchem zaoferował Maxine ramię. – Chyba że twoje plus jeden cię już poszukuje?
      Boże, miał nadzieję, że tak.

      Len Weston

      Usuń
  35. Ludzie po pijaku robili różne rzeczy. Chodzili ze sobą do łóżka – dosłownie bądź tylko metaforycznie, bo wtedy łóżkiem mogło być wszystko, od ściany w klubowej toalecie, przez ciasne wnętrze samochodu, po ławkę w parku. Alkohol wpływał nie tylko na zachowanie ludzi, ale i na ich myśli. Otwierał im głowy, podszeptywał coraz to odważniejsze rzeczy. Evan nie poszedł do łóżka z Max, tej granicy nie zamierzał przekraczać, czy był trzeźwy, czy też nie. Max pozostawała poza jego zasięgiem przede wszystkim dlatego, że miała na nazwisko Riley. Zabrał więc ją na cmentarz, odsłonił siebie i opowiedział o swojej siostrze. Wpuścił ją do swojego życia, czego niewątpliwie nie zrobiły na trzeźwo. Ale to też sprawiło, że nie rzuciłby się jej do gardła, nie wydłubał jej oczu, nie złamał nosa. Nie zrobiłby jej krzywdy. Nie mógłby sobie wybaczyć, gdyby coś stało się młodej Riley pod jego obecność, a tym bardziej, gdyby to on miałby być temu winien. I wiedział, że Kevin też by mu nie wybaczył, a jednak radny był jednym z nielicznych, jeśli nie jedynym człowiekiem w Nowym Jorku, z którego zdaniem liczył się Roth.
    Był porządnie wstawiony, ale myślał na tyle racjonalnie, na ile chciał. Było to myślenie wybiórcze, bo z jednej strony skłaniało go do tworzenia wyrwy w murze, który stawiał wokół siebie, a z drugiej zaś bronił się przed jej zainteresowanie.
    Nie śmiał się z jej instynktownej potrzeby poczucia się bezpieczniej na chodniku w wielkim mieście w środku nocy. Śmiał się z tego, że kiedy nie miała wyjścia, sama wybierała Evana jako mniejsze zło. Bała się go. Wtedy. W pokoju studentów. A mimo to wsiadła z nim do Ubera. Żadne z nich dzisiaj nie podejmowało logicznych i konsekwentnych decyzji. Kevin byłby zawiedziony.
    W stosunku do gwiżdżącego faceta zachował się jak typowy samczyk. Jawne oznaczenie terenu, nawet jeśli nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, podziałało. Odeszli w pokoju. Prawda była taka, że Evan o Max nie zamierzał się bić, ale gdyby przyszło mu stanąć w jej obronie, zrobiłby to. Tłumaczył sobie to Kevinem i jego aprobatą.
    Aprobata Kevina nie miała jednak nic wspólnego z tym, jakiej udzielił odpowiedzi Max. Powinien był ugryźć się w język. Ale najwidoczniej chujowe pytania miały do siebie to, że generowały chujowe odpowiedzi. Chujowo. Tak po postu.
    Mruknął coś krótkiego i niewyraźnego w odpowiedzi na jej zapewnienie. Wiele osób mówiło mu, że nie zapomni o Joy. Wierzył, ba, był pewien, że o niej zapomni, ale mógł zapomnieć o tym, że czuł się współwinnym jej śmierci, że to przez to, że jej nie dopilnował, że pozwolił innym zignorować jej potrzeby i zniknięcie. Mógł zareagować inaczej, zrobić coś więcej, a teraz miał ochotę zabić własnymi dłońmi typów, którzy pozbawili życia młodą, niewinną dziewczynę.
    Jeszcze mocniej spiął wszystkie mięśnie, gdy drobna dłoń Max wkradła się pod jego ramię. Westchnął, gdy się na nim uwiesiła, ale nie wyciągnął dłoni z kieszeni, aby dać jej lepsze wsparcie. Zerknął tylko w dół. Nie wycofał się i nie wyszarpał. Pozwalał jej wisieć na swojej ręce, idąc nadal przed siebie, więc teraz chcąc nie chcąc Max musiała dopasować swoje drobne kroki do jego własnych.
    Kiedy ona mówiła, patrząc przed siebie, on patrzył na nią, rzucając tylko kontrolne spojrzenia na drogę przed nimi. Nikogo na horyzoncie. Co chwilę mijało ich jakieś pojedyncze auto, a poza tym okolica wydawała się pogrążona we śnie. W niektórych oknach kamienic świeciły się jeszcze światła, pod jednym budynkiem mogli usłyszeć czyjąś grę na gitarze.
    Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Bo miała rację, naprawdę uważał, że jej słowa miały w sobie sporo racji, ale nie wyobrażał sobie samego siebie w momencie, kiedy przestanie być wiecznie zły. Co wtedy z niego zostanie? Kim będzie? Nikt już wtedy nie nazwie go dupkiem.
    Brzmiała przyjemnie, mimo że słowami celowała do tej zgorzkniałej, mimo młodego wieku, części Evana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To nie twoje zmartwienie, Riley — odezwał się w końcu, wzdychając znowu. Kurwa. Chciałby być jej wdzięczny, bo wiedział, że nie miała nic złego na myśli. Ba, nawet go nie rozzłościła. I to było dziwne. Jakby na moment poczuł się lekki i pusty w środku. — Wiem, że zabrałem cię na cmentarz — dodał nagle. — To też było chujowe — wyznał, a potem działając wbrew sobie i temu, co powinien, a co nie, wyciągnął dłoń z kieszeni spodni, w głównej mierze po to, aby palce Max osunęły się po jego przedramieniu, a gdy mu się udało, kciukiem wsunął się między jej splecioną drobnicę i pochwycił jedną z jej dłoni. Mocno i pewnie. — A teraz zabieram cię do domu. Pójdziesz spać i o tym zapomnisz.
      Nie widział opcji, w której Max miałaby mu się teraz sprzeciwiać. Spojrzał na nią, a kąciki jego ust drgnęły ku górze, bo naprawdę nie był na nią zły. Nie chciał jednak, aby zaprzątała sobie tym głowę.
      — Przykro mi z powodu twojej babci.
      I tyle. Ruszył dalej, nieco żwawiej, bo było mu zimno, a wściekłość nie grzała go już od środka.

      Evan Roth

      Usuń
  36. Teoretycznie, jako jedynak, powinien być bardziej skupiony na sobie. Tak przynajmniej przyjęło się mówić o osobach, które nie miały żadnego rodzeństwa. Mógł całkowicie zostawić tę sprawę na barkach swojego ochroniarza i samej Maxine. W końcu nie jego bezpośrednio dotyczyła. To nie jemu ktoś groził, to nie on musiał teraz mierzyć się z poczuciem zagrożenia. Mógł po prostu odsunąć się na bok i pozwolić, by inni zajęli się problemem.
    Znał osoby, które bez większego zastanowienia postąpiłyby właśnie w ten sposób. On jednak nie potrafił. Każda bliska osoba, którą miał w swoim otoczeniu, była dla niego cenna. Park był kimś, kto potrzebował innych do funkcjonowania. Przywiązywał się do ludzi, martwił się o swoich przyjaciół, przeżywał z nimi ich porażki i sukcesy, jakby były jego własnymi. Nie potrafił patrzeć obojętnie na problemy osób, na których mu zależało, nawet jeśli rozsądek podpowiadał mu, że nie wszystko musi brać na swoje barki.
    Teraz nie chodziło już wyłącznie o to, że Maxine była zagrożona. Nathaniel czuł się za tę sytuację odpowiedzialny. To jego psychofanka skierowała swoją uwagę na nią, a świadomość, że przez jego życie i popularność ktoś inny musiał mierzyć się z czymś takim, nie dawała mu spokoju. Czuł, że to również jego odpowiedzialność, żeby całą tę sytuację rozwiązać.
    Problem polegał na tym, że sam nie do końca wiedział, jak to zrobić. Czuł się trochę jak ranne zwierzę we mgle. Nie do końca odnajdywał się w sytuacji, sam nie czuł się najlepiej, a jednocześnie miał świadomość, że powinien być odpowiedzialny za kogoś jeszcze. Nie wiedział, jak zachować zimną krew, jak poukładać swoje myśli i znaleźć rozwiązanie, które faktycznie mogłoby pomóc.
    Wiedział doskonale, że to nie było o nim. Tylko że w obecnym stanie ciężko przychodziło mu panowanie nad własną głową. Myśli potrafiły być okrutne. Potrafiły wracać w najmniej odpowiednich momentach i podsuwać mu kolejne scenariusze, których wcale nie chciał sobie wyobrażać.
    Kiedy Robert pojechał do domu, Nathaniel wrócił do Maxine, czując niemal bolące napięcie w mięśniach. Nie mógł zrobić już nic więcej poza pójściem z nią na posterunek, użyciem swojego nazwiska, które równie dobrze mogło niczego nie zmienić, i zaufaniem Robertowi, że znajdzie jakieś wyjście z tej sytuacji. Tyle mógł zrobić.
    — Wiem, że nie bagatelizujesz. Dobrze, że do mnie przyszłaś — powiedział, wsuwając dłonie w kieszenie. Wypuścił ciężkie powietrze, obserwując ją przez chwilę. — Odprowadzę cię na zewnątrz, w porządku?
    Zamiast jednak od razu ruszyć w stronę drzwi, usiadł na pufie i przetarł zmęczoną twarz. Potrzebował jeszcze kilku sekund, żeby zebrać się w sobie.
    — Przepraszam cię, Maxine — rzucił cicho.
    Za co właściwie przepraszał? Nie wiedział dokładnie. Czuł po prostu taką potrzebę. Za to, że musiała się stresować. Za to, że przez jego sytuację została wciągnięta w coś, czego nigdy nie powinna była doświadczać. Za to, że może zbyt mocno próbował narzucać jej swoje zdanie, kiedy tak naprawdę chciał jedynie pomóc.
    W końcu jednak podniósł się i posłał jej już swój zwyczajowy uśmiech. Ten sam, którym zazwyczaj przykrywał wszystko, czego nie chciał pokazywać. Skierował się w stronę drzwi, założył buty i czekał na nią, gotowy zrobić przynajmniej tyle, ile w tej chwili mógł.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  37. Gdyby Len Weston spotkał Prestona Williamsa, prawdopodobnie nie zostaliby kumplami. Nie było też powodu, aby wpadli w sidła wrogości – Preston był uprzejmy i nie zwykł robić sobie nieprzyjaciół. Zbyt wiele jednak ich dzieliło, by tworzyć zgrany tandem. Len lubił różnice, bardziej ciekawili go ludzie od niego różni niż podobni; potrzebna była jednak odpowiednia skala podobieństwa, by o tych różnicach móc rozmawiać i chcieć je poznawać.
    Preston zaczesywał włosy do tyłu, pewnie na pomadę, dzięki czemu nadawał fryzurze wet look; włosy nad czołem układały się w miękkie fale. Golił się na gładko. Zamaszyście gestykulował i tylko czasami zapominał, że układanie rąk w wieżyczkę nie jest już pożądanym gestem. Dużo pracował brwiami, marszcząc je w szoku lub unosząc jedną w zdziwieniu; uśmiechając się, kąciki ust szły mu w dół, a mimo że jego twarz nawet w stanie spoczynkowym wyglądała dość pogodnie, rzadko śmiał się tak szeroko, by pokazywać zęby. Chodził niespiesznie, jakby przywykł, że nie musi gonić za światem. Kochał garnitury, a kiedy nie miał okazji do ich noszenia, wybierał luźniejsze koszule, marynarki, golfy, w ostateczności koszulki polo z grubego splotu bawełny, a najlepiej to w ogóle kilka warstw, koniecznie z uwzględnieniem swetra przerzuconego przez ramię, najlepiej kaszmirowego.
    Len uważał, że kaszmir jest spoko, dopóki się nie spocisz – wtedy zaczyna się koszmar. Kiedy jednak siedzisz w klimatyzowanych wnętrzach i rzadko podkręcasz swoje tempo, spocenie się już nie jest takie groźne.
    Preston miał inną przeszłość, inne poglądy i inne marzenia niż Len. Dzieliło ich wiele. Łączyły uszy, niestety. Kiedy brutalne oświadczenie do nich doszło, Len się zdziwił, Preston wręcz zszokował. Każdy z trochę z innego powodu.
    Preston odchylił głowę, a brwi zbiegły mu się nad nosem w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia. Rozłożył ramiona, z otwartymi dłońmi skierowanymi ku Maxine.
    – Ależ! – zawołał. – O czym ty mówisz, Maxine? To jakaś pomyłka.
    Wypuścił szybciej powietrze nosem i pokręcił głową, jakby nie mógł w to uwierzyć. Len zaczął kalkulować.
    Słowa Maxine spadły na niego jak najbardziej niespodziewana rzecz pod całym słońcem, choć akurat ono – zupełnie dosłownie – w tym cieniu ich nie sięgało. Jego obecność czuł jednak wyraźnie; jeśli nie na twarzy, to w lepkim, rozgrzanym powietrzu, które wcale nie pomagało sytuacji. Nie sięgał ich też najmniejszy podmuch wiatru. Witki wierzby, zazwyczaj tak łatwo ruchliwe, zamarły w bezruchu, jakby one też zaniemówiły, nawet płakać im się odechciało.
    To jasne, że musiała mówić o Mandy – w ostatnim czasie z żadną inną kobietą nie mógł być widziany publicznie w takim kontekście. Choć nie sądził, aby wtedy szczebiotał. Dobrze, że Maxine od razu zastrzegła, w co nie uwierzy, przynajmniej ułatwiła sprawę. Nie wyjdzie na kłamcę, no i nie będzie musiał się wplątywać w dziwne wyjaśnienia, w które musiałby popaść, gdyby zrobił z Mandy swoją siostrę. Podejrzenie o zdradę samo w sobie było poważne i niewygodne, podejrzenie o zdradę o charakterze kazirodczym jeszcze bardziej komplikowałoby sprawę.
    – Gdzie niby… – Preston zamachał dłońmi, kreśląc palcami niewidzialny znak cudzysłowu; mówił łagodnym tonem, choć z lekkim rozbawieniem, jakby uważał to wszystko za zabawne nieporozumienie. – …„mnie” widziałaś? To niemożliwe!
    Len oczywiście wiedział gdzie, choć sam Maxine wówczas nie dostrzegł. Żaden fastfood czy inna speluna, ale wciąż – najzwyklejsza knajpka w Nowym Jorku, taka spoko, ale bez rezerwowanych stolików.

    Preston Williams albo Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  38. Uśmiechnął się szeroko, widząc jej minę w lusterku, a kiedy Maxine docisnęła gaz, uniósł tylko brwi i spojrzał na prędkościomierz, jakby przez moment rozważał, czy powinien przypomnieć jej o przepisach ruchu drogowego. Ostatecznie najwyraźniej uznał, że nie będzie psuł jej dobrego humoru, zwłaszcza że sam miał na ten moment zdecydowanie ważniejsze zajęcie niż pilnowanie licznika.
    – Prawda – przyznał, przesuwając dłonią po karku Kudłatego – W najgorszym razie trochę się pobrudzimy, wydamy za dużo pieniędzy i wrócimy do domu z psem, którego nie planowaliśmy mieć. Zdarzały nam się już bardziej skomplikowane dni – Kudłaty uniósł łeb, jakby właśnie usłyszał słowo „pies” i postanowił upewnić się, że przypadkiem nie jest to zapowiedź wysadzenia go z samochodu. Theodore od razu podrapał go za uchem – Spokojnie. Ciebie nigdzie nie wyrzucamy. Miałeś już dzisiaj wystarczająco dużo atrakcji – na chwilę zamilkł, wyglądając przez szybę na przesuwający się krajobraz. Myśl o dziecku czekającym gdzieś na tego psa również nie dawała mu spokoju, choć niekoniecznie z tego samego powodu, który przed chwilą wymyśliła Maxine. Nie chciał wierzyć, że ludzie potrafili być aż tak bezmyślni, ale jednocześnie wiedział, że czasami za podobnymi historiami rzeczywiście stało coś więcej niż zwykłe okrucieństwo – Myślę, że możesz mieć rację – powiedział w końcu – Ktoś mógł po prostu nie dać sobie rady. Ten pies jest ogromny, a do tego wygląda, jakby od dawna nikt właściwie o niego nie dbał. Może był za duży, za drogi w utrzymaniu, za trudny. Może ktoś kupił szczeniaka, nie zastanawiając się, że za kilka miesięcy przestanie być szczeniakiem – zerknął na Maxine w lusterku – Ale nawet jeśli tak było, nadal można było zrobić jedną rzecz lepiej. Zadzwonić do schroniska. Fundacji. Do kogokolwiek. Nie wysadzać go przy drodze i odjeżdżać – mruknął, a w jego głosie nie było złości, raczej spokojne przekonanie, że pewnych rzeczy po prostu nie powinno się robić – Więc jeśli chcesz nadal wierzyć w ludzi, proszę bardzo. Ja też będę. Tylko może z małym przypisem, że czasami ludzie potrzebują instrukcji obsługi – zaśmiał się cicho, po czym zerknął na ogromną głowę opartą o jego nogę – Ten tutaj na przykład potrzebuje instrukcji obsługi człowieka. Najwyraźniej poprzedni właściciel jej nie przeczytał – Kudłaty machnął ogonem – Widzisz? Zgodził się – pokręcił głową z rozbawieniem, a potem wrócił do tematu samochodu – A co do czyszczenia, nie panikuj. Jeśli profesjonalna myjnia okaże się droższa, niż zakładaliśmy, jakoś sobie poradzimy. Najwyżej ruszę fundusz powierniczy – powiedział z zupełnym spokojem, jakby właśnie mówił o wyciągnięciu kilku banknotów z kieszeni – I tak właściwie nie mam pojęcia, na co miałbym go wydawać – wzruszył ramionami i jeszcze raz przesunął dłonią po ogromnym łbie Kudłatego. Pieniądze nigdy nie były dla niego szczególnym problemem. Problemem było raczej to, skąd część z nich pochodziła. Rodzinnego majątku nie traktował jak własnego portfela i od dawna starał się nie korzystać z pieniędzy związanych bezpośrednio z interesami Lannisterów. Nie chciał mieć nic wspólnego z kapitałem, który wyrósł na kontraktach związanych z wojną i produkcją rzeczy służących do jej prowadzenia. Nie potępiał przy tym własnej rodziny ani nie urządzał przy każdej okazji moralnych wykładów. Po prostu uważał, że skoro dostał możliwość życia inaczej, powinien z niej skorzystać. Z pieniędzmi z funduszu było łatwiej. I tak większość z nich zamiast na jego zachcianki trafiała do ludzi, którym rzeczywiście mogły się przydać. Od lat znajdował sobie kolejne organizacje, zbiórki i osoby, którym można było pomóc, a jeśli miał wybierać między kolejnym drogim zegarkiem, a opłaceniem komuś leczenia, odpowiedź była dla niego absurdalnie oczywista.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. – Poza tym – dodał, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o najważniejszym – Jeśli mam już jakieś pieniądze, to przynajmniej wydajmy je na coś pożytecznego – kącik jego ust uniósł się w lekkim uśmiechu – Na przykład na psa, który został wyrzucony z samochodu. To zdecydowanie lepsza inwestycja niż kolejny garnitur, którego będę potrzebował raz w roku – oparł głowę o zagłówek i spojrzał przed siebie – Wiesz co? – odezwał się po chwili – Kudłaty brzmi coraz bardziej oficjalnie. Niedługo będziemy musieli zrobić mu kartę członkowską naszej grupy – ponownie pogładził psa po głowie – Maxine i Theodore, specjaliści od spokojnych jednodniowych wycieczek, które zawsze kończą się ratowaniem zwierząt – spojrzał na nią przez lusterko – Myślisz, że jeśli następnym razem wyjedziemy gdzieś dalej, to uda nam się wrócić bez żadnego dodatkowego pasażera? – nie czekając na odpowiedź, parsknął śmiechem – Nie odpowiadaj. Oboje wiemy, że nie.

      Theodore i Kudłaty

      Usuń
  39. Evan za zaufanie Kevina był mu wdzięczny. Nieczęsto umiał tę wdzięczność w normalny, ładny sposób okazać. Najczęściej wykazywał się po prostu pracowitością, wykonując kolejne, powierzone mu zadania. Dla Evana liczyło się działanie i jego efekty, a nie słowa. Raz, jeden jedyny raz podziękował Rileyowi. Słowo to z trudem wtedy przeszło przez jego gardło, ale było to w momencie, w którym Roth zdał sobie sprawę, że ma po co żyć, że nie jest z nim tak źle, jak mu się do tej pory wydawało. Nie mógł zostać sportowcem, ale przecież wcale nie musiał. Mógł nadal rekreacyjnie uprawiać sport, który przynosił mu sporo satysfakcji i mógł studiować. Na studia poszedł za namową Rileya, bo dzięki pracy u radnego mógł udzielać się również na uczelni, a kredyt studencki, który zaciągnął nie był znowu tak dotkliwy. Evan był na dobrej drodze do tego, aby zostać kimś.
    Nie miał jedynie z kim się tym podzielić. Z rodzicami widywał się rzadko, z dziadkami z Teksasu jeszcze rzadziej, ale gdyby miał wyznaczyć pierwszą osobę, o której myślał, gdy chciał się czymś pochwalić, to byłaby to jego babcia. Mary Roth była ciepłą, lubianą przez otoczenie kobietą. I Evan też za nią przepadał. Bo to Mary i jej mąż Hank początkowo zajmowali się Evanem, kiedy okazało się, że jego siostra nie żyje, to oni zabierali go do siebie każdego lata i próbowali wybić z głowy różne głupoty. Ale nie miał ich na co dzień, przeprowadzka do pipidówy pod Houston wcale nie była dla niego czymś atrakcyjnym, więc został w Nowym Jorku.
    Nowy Jork czasami go zaskakiwał. Tak, jak dzisiaj. Zaskoczył go osobą Maxine Riley, która od wielu już lat przewijała się w życiu młodego Rotha, ale była tam po prostu tłem. Pojawiała się i znikała, czasami widział ją na zdjęciach z radnym, które wrzucał w media społecznościowe, czasami o niej słuchał od Kevina, a czasami widział jak przemykała przez korytarz w ich domu. Nie znał jednak tej Maxine, którą była naprawdę. Nie była typem dziewczyny, za którymi oglądali się tacy, jak on. Była zbyt grzeczna, zbyt ułożona i zbyt cicha. Była łatwym celem do zranienia, a Roth przecież nie szukał ofiary, więc choć wiedział, że mógłby, to nigdy nie wyciągnął po nią rąk. I tutaj znowu dzisiaj go zaskoczyło. Zaskoczył go Nowy Jork i Maxine Riley, która już drugi raz nie uciekała przed jego palcami, które bez większego trudu obejmowały drobną, dziewczęcą dłoń.
    — Było — trochę zamierzał się z nią zaprzeczać. A potem lekko wzruszył ramionami. Nie patrzył w jej stronę, jakby samo trzymanie jej dłoni w swojej było nieco krępujące, ale wcale takie nie było. Łatwiej było mu w ten sposób kontrolować jej kroki i mieć ją blisko. Na wypadek gdyby… Wiedział, że zbliżali się do jej domu. Weszli już w przecznicę, w której wyrosły niemal identyczne kamienice z brązowej cegły. Musieli jeszcze trochę pospacerować, ale cmentarz zostawili za plecami. Podeszli do przejścia dla pieszych. Światło uparcie świeciło się na czerwono, więc Evan rozejrzał się dookoła i pociągnął Maxine za sobą, przebiegając truchtem przez skrzyżowanie. Potem zaś szli szerokim chodnikiem z dużych płyt. Max bliżej kutych ogrodzeń, które otaczały niewielkie ogródki przed kamienicami, Roth bliżej drogi i zaparkowanych na niej samochodów.
    Spojrzał w dół, gdy Riley postanowiła zamachać ich dłońmi, ale nic na to nie powiedział, po prostu stawił lekko opór.
    — I wiedziałaś wtedy, że to będą ostatnie momenty? — spytał, bo wiedział, że dziadkowie od strony mamy Max już nie żyli, ale miała jeszcze dziadków – rodziców Kevina. Nie wiedział jednak, co czuła Max, gdy musiała żegnać się z babcią i jakie piętno to na niej odcisnęło. Nie wiedział o Max tak w zasadzie nic i do tej pory mu to nie przeszkadzało. Teraz też nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A może powinnaś… — rzucił nagle, kiedy zdał sobie sprawę, że zadał jej pytanie. Chujowo osobiste. — Powinnaś być tak pijana. Ile jeszcze w ciebie trzeba wlać, żebyś zapomniała? — spytał z powagą, nieco ją teraz grając, gdy spoglądał niżej – na czubek głowy ciemnowłosej dziewczyny. — Myślałaś o tym, żeby rzucić to aktorstwo i zająć się psychologią? — spytał, kiedy skręcił w lewo, w kolejną uliczkę z podobnymi kamienicami. Jedna z latarń rzucała migotliwe światło.
      Nieco jej umniejszał, ale robił to celowo. Celowo znowu się przed nią grodził. Przecież wiedział, że wcale nie studiowała aktorstwa, że nie była jedną z tych panienek nastawionych na karierę w Hollywood, a najlepiej, żeby zrobić ją przez łóżko reżysera lub producenta.

      Evan Roth — profesjonalny doradca zawodowy

      Usuń
  40. Paweł przyjął wyciągniętą w jego stronę dłoń właściwie odruchowo.

    — Paweł Wysocki — odpowiedział, chociaż przedstawianie się po raz drugi miało mniej więcej tyle sensu, co informowanie kogoś stojącego na deszczu, że pada.

    Uścisnął jej dłoń krótko, normalnie, bez żadnego większego zastanowienia, ale kiedy Maxine niemal natychmiast wyciągnęła swoją z jego uścisku i odsunęła się o krok, Paweł spojrzał najpierw na nią, potem na własną rękę. Obrócił ją nawet wnętrzem do góry. Nic.

    — Nie kopię prądem — poinformował ją uprzejmie. — Przynajmniej nie dzisiaj.

    Przetarł dłoń o nogawkę roboczych spodni i już miał wrócić do oględzin, kiedy Maxine zaczęła mówić. I nagle okazało się, że dziewczyna, która przez pierwsze kilka minut wyglądała, jakby każde kolejne słowo musiała własnoręcznie wyciągać sobie z gardła, posiadała jednak całkiem sprawnie działający aparat mowy. Paweł słuchał przez pierwsze piętnaście sekund, potem Maxine powiedziała o brakujących kafelkach, kabinie, o przerdzewiałym brodziku i na końcu o grzybie w kuchni. A on prawie opuścił trzymany w dłoni laser.

    — Maxine, powiedz mi jedną rzecz. — Zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się w przyzwoitej odległości, bo zauważył już, że dziewczyna traktowała przestrzeń osobistą dość ambitnie. Wskazał palcem na otwarty zeszyt. — Co według was oznacza remont generalny? — Przechylił lekko głowę. — Brak dachu? Bo na razie mamy ściany, sufity, tynki, łazienkę, brodzik, kabinę, kafelki i potencjalnego grzyba w kuchni. Jak zaraz powiesz, że elektryka czasem iskrzy, a z jednego gniazdka wychodzi dym, to ja dzwonię do Angeli i pytam, czy ona mnie przypadkiem nie nienawidzi. — Nie czekał na odpowiedź. — Pokaż tego grzyba.

    Skinął głową w stronę kuchni i ruszył pierwszy. Mieszkanie miało swój urok, to znaczy zapewne miało go kiedyś, zanim kilku kolejnych lokatorów uznało, że najlepszym sposobem dbania o cudzą własność jest niedbanie o nią wcale. Paweł znał nowojorskie mieszkania na wynajem aż za dobrze. Stare budynki, które pod trzema warstwami farby, źle położonym silikonem i listwą przybitą dwoma przypadkowymi gwoździami potrafiły kryć naprawdę porządne wnętrza albo katastrofę budowlaną. Zależało od szczęścia właściciela.

    Wszedł do kuchni i zatrzymał się przy zlewie. Maxine wskazała fragment ściany, a Paweł pochylił się nad blatem, oparł jedną dłoń obok zlewu i przyjrzał się ciemniejszemu przebarwieniu. Zaraz potem przeciągnął kciukiem po powierzchni, zmarszczył brwi i spojrzał pod szafkę.

    — Mhm. —Otworzył drzwiczki. — Mhm. —Kucnął. — Mhm. — Odwrócił głowę w stronę Maxine. — To „mhm” oznacza, że mi się nie podoba. — Sięgnął telefon, włączył latarkę i zajrzał głębiej pod zlew. — Ale jeszcze nie panikujemy. Może być nieszczelność przy odpływie, może być przyłącze, może ktoś przez pięć lat chlapał tutaj wodą i uznał, że ściana kiedyś sama wyschnie. — Wyprostował się. — Ludzie mają dużo wiary. Trzeba sprawdzić wilgotność. Jeżeli jest aktywna wilgoć, samo zamalowanie nic nie da. Zrobi się ładnie na miesiąc, może dwa, a później grzyb wróci… Dobra — powiedział, wyciągając z kieszeni mały notes. — Potrzebuję od własciciela zgody na większe rzeczy. Nie chcę potem sytuacji, w której rozbieram pół szafki, a właściciel nagle odkrywa, że była po prababci Eugenii i będzie już po grób za nią tęsknił. — Zapisał coś szybko. — I potrzebuję budżetu. — Podniósł wzrok na Maxine. — Konkretnego. Nie „rozsądnego”, nie „jak najtaniej” i nie mojego ulubionego „zobaczymy”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeszedł przez kuchnię, sprawdzając jeszcze narożnik, potem ramę okna. Maxine szła za nim z zeszytem i Paweł, choć nie odwracał się za każdym razem, był już świadomy jej obecności niemal bez patrzenia. Przede wszystkim dlatego, że poruszała się za nim jak wyjątkowo ostrożny cień. Gdy on robił krok w lewo, ona zostawała półtora metra dalej. Gdy odwracał się w jej stronę, prostowała się odrobinę bardziej. Kiedy ich spojrzenia spotykały się na dłużej niż sekundę, Maxine albo patrzyła w zeszyt, albo na ścianę, albo na coś, co nagle najwyraźniej stawało się fascynującym elementem wystroju. Paweł nie był idiotą. Nie był też aż tak próżny, żeby od razu uznać, że dziewczyna straciła głowę na jego widok. Prędzej podejrzewał, że zwyczajnie ją onieśmielał. Zdarzało się. Miał metr dziewięćdziesiąt z hakiem, szerokie barki i twarz, która przy braku uśmiechu często sprawiała, że obcy ludzie zakładali, że jest wkurwiony, nawet kiedy zastanawiał się wyłącznie nad tym, co zje na kolację.

      Dlatego tym razem, gdy odwrócił się do Maxine, odruchowo oparł biodro o blat i skrzyżował ręce na piersi, zamiast ruszać w jej stronę.

      — Ty się mnie boisz? — Zapytał tak zwyczajnie, jakby pytał o kolor farby. Jedna brew powędrowała mu nieco wyżej. — Bo jeżeli tak, to trochę komplikuje współpracę. Szczególnie że będę tu przez jakiś czas.

      Pozwolił jej odpowiedzieć albo nie odpowiedzieć, bo wyglądała na kogoś, kto w tej chwili mógł równie dobrze zacząć recytować konstytucję Stanów Zjednoczonych, byle tylko nie powiedzieć tego, co naprawdę miała w głowie.

      — A może jesteś po prostu nieśmiała?

      PAWEŁEK

      Usuń