Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/12/2019

2122. Sometimes I feel like giving up but I just can't

w tytule In My Blood od Mendesa.
A to poniżej, to kontynuacja poprzedniej notki.

— Villanelle, musisz ze mną porozmawiać. — Starsza kobieta powiedziała spokojnie, poprawiając się wygodnie na kanapie. Chwyciła jedną z zielonych poduszek i wsunęła sobie za plecy, tylko na krótką chwilę odrywając spojrzenie od swojej pacjentki. Informacja, którą przekazała jej blondynka była niepokojąca, a milczenie z jej strony tylko wzmacniało te odczucie. — Rozumiesz, prawda? Nie możesz powiedzieć mi czegoś takiego i po prostu przerwać — oznajmiła spokojnym, łagodnym głosem — poza tym, wróciłaś do mnie. Chcesz o tym porozmawiać, inaczej wróciłabyś przecież do domu. Do męża i dzieci, prawda?
Wpatrywała się w młodą kobietę przez chwilę w milczeniu. Miała tak dużo pytań, które chciałaby wypowiedzieć na głos, ale ze względu na trwającą terapię, zwyczajnie nie mogła tego zrobić. Musiała pozostać obojętna, nie mogła wykraczać poza granice, które narzucała im zawodowa relacja. Nie mogła jej w żaden sposób oceniać, nie mogła mówić jej dokładnie, co powinna zrobić. Rola, którą odgrywała była konkretna i z pozoru prosta, chociaż nieprzywiązywanie się do pacjentów wymagało od niej naprawdę silnej woli. Brak zaangażowania nie był łatwy, zwłaszcza w takich przypadkach, jak ten.
— Ja… — blondynka wzięła głęboki oddech, drżącymi palcami sięgając guzików swojego płaszcza, aby ściągnąć go w końcu z siebie i przewiesić go przez oparcie fotela. Sama dziewczyna leniwie usiadła na nim i ułożyła ręce na swoich udach, mocno wciskając w nogi swoje palce, aby powstrzymać drżenie dłoni — nienawidzę jej, naprawdę jej nienawidzę. Chyba jeszcze do nikogo nie czułam, aż tak czystej nienawiści. Robi mi się niedobrze, kiedy o niej myślę — wydusiła z siebie, zamykając na chwilę oczy. Przełknęła z trudem ślinę i rozchyliła delikatnie wargi, aby ułatwić sobie w ten sposób oddychanie. — Nie wiem, skąd to wszystko się bierze. Nie rozumiem, dlaczego nagle przypominają mi się rzeczy, które… Które były dawno. Jestem tym zmęczona — powiedziała, wpatrując się w swoją psycholog — od tygodnia prawie cały czas boli mnie głowa, źle śpię i nie mogę się na niczym skoncentrować, nie rozumiem tego — powiedziała, biorąc głęboki oddech i nieśmiało zerkając na siedzącą naprzeciwko psycholog.
— Mówisz o mamie?
— O mamie? Nie… O mojej babci, tej od Charles’a.
— Babcia Swietłana? — Spytała, zerkając w swoje notatki.
— Tak… Wiesz, że ciągle dostawałam od niej pointy? Nieważne czy to były moje urodziny, święta, a to, że nie tańczyłam w ogóle nie miało znaczenia. Nie wiem czy chciała mnie tak zachęcić, czy pokazać, jak bardzo jestem beznadziejna. Jeżeli to pierwsze, to nie działało. Zdecydowanie nie działało. Drugą możliwość czułam bardziej…
— Mówiłaś, że przypominają ci się różne rzeczy. Jakie na przykład?
— Różne wspomnienia z dzieciństwa… Ostatnie wspólne święta z dziadkami — zagryzła delikatnie wargę, opuszczając spojrzenie z twarzy Honeywell — jak Charles poprosił, żebym przyniosła ciastka, których babcia nie pozwalała jeść… To… To przypomniało mi się, jak wyszłam dzisiaj z gabinetu. Jak poprosił, żebym napisała za niego list, albo jak babcia… Jak ona…
Wzięła głęboki oddech i zakryła twarz swoimi dłońmi, starając się uspokoić.
— Jesteś w stanie wskazać moment, w którym to się zaczęło? Kiedy zaczęły ci się przypominać te wspomnienia?
— Chyba tak — powiedziała zachrypniętym głosem, próbując sobie przypomnieć, kiedy wróciło pierwsze ze wspomnień — to było kilka dni po tym, gdy mój mąż próbował… Kiedy próbował się zabić, mówiłam ci, że skoczył… — szepnęła cicho — nie łączyłam tego, ale jak teraz o tym myślę to, to mogło mieć związek.
— Jak sobie radzicie?
— Całkiem… Dobrze. Zrobiłam dość spore przemeblowanie w domu, poprzekładałam rzeczy w szafkach. Wiesz, tak żeby mógł sam sięgnąć kubek i herbatę czy kawę — wyjaśniła marszcząc delikatnie przy tym nos i uciekając od głównego wątku — sypiamy na dole w pokoju dla gości i łóżeczka dzieci też są teraz na parterze. Arthur jest zawzięty, widać, że się bardzo stara i ma wolę walki. Wygląda na to, że on czuje się naprawdę dobrze. Nie ma jakiegoś załamania czy depresji, jest naprawdę świetnie. Na początku się trochę bałam, jak to będzie wyglądać, ale… Jest dobrze. Mam czasami wrażenie, że wcześniej jeszcze nie widziałam go tak często uśmiechniętego. Nie, że między nami cały czas było źle, ale… Ale jest jakoś tak inaczej, lepiej. To jest dziwne, ale chyba jesteśmy teraz bardziej dla siebie i bliżej siebie. Wiem, to brzmi pokręcenie, ale tak jest.
— Świetnie, to dobrze, że się nie załamał. A ty? Jak ty się trzymasz?
— Ja?
— Ty. Do tej pory powiedziałaś jak radzi sobie on i wy, ale ty? Jak ty się z tym wszystkim czujesz? Jak sobie radzisz?
Spojrzała na kobietę i wzruszyła delikatnie tylko ramionami. Nie radziła sobie tak dobrze, jak jej mąż. Ciągle się martwiła o ich przyszłość, zastanawiała się nad tym, kiedy będą widoczne pierwsze efekty rehabilitacji. Starała się traktować go normalnie, ale cały czas miała tę myśl, że jest przecież sparaliżowany, że potrzebuje jej pomocy, że najlepiej byłoby gdyby zamknęli się w domu i poczekali, aż w końcu będzie mógł stanąć na nogi. Była gotowa zrobić wszystko, o co tylko poprosi. Była na każde skinienie jego palca, ale on z kolei tego nie robił. Nie chciał jej pomocy, wszystko co tylko mógł zrobić samodzielnie, robił sam, a to tylko sprawiało, że czuła się jeszcze gorzej, bo chciała być mu potrzebna. Potrzebowała po prostu tego poczucia, że on jej naprawdę potrzebuje.
— Nie wiem… Też dobrze — mówiąc to, ponownie wzruszyła ramionami — czasami się martwię, że nie będzie lepiej… Chciałabym, żeby mógł stanąć na nogi, żeby mógł biegać z dziećmi… Nauczyć Theę jazdy na rowerku czy grać w piłkę z Matthew, żebyśmy mogli zimą chodzić z nimi na sanki, pójść na randkę na łyżwy, na lodowisko do Central Parku, żebyśmy po prostu mogli… — zagryzła wargi, czując jak w jej oczach zbierają się łzy.
— Spokojnie. Skoro lekarze mówili, że rehabilitacja przyniesie efekty to tak będzie. Zwłaszcza skoro mówisz, że Arthur się do tego przykłada — kobieta uśmiechnęła się ciepło i wychyliła się delikatnie do przodu, aby wyciągnąć dłoń na kolano dziewczyny i pogładzić je ostrożnie.
— To wszystko jest takie niesprawiedliwie, dlaczego na nas muszą spadać takie rzeczy? On już tak dużo wycierpiał, nie zasługuje na to wszystko — wyszeptała, wierzchem dłoni ścierając łzy z policzków — do tego byłam dla niego taka okropna przez długi czas, nie wiem, jak to wszystko wytrzymywał — załkała, biorąc głęboki, łapczywy wdech — chciałabym, żeby już teraz było po prostu dobrze, to znowu coś się dzieje, znowu znoszę na nas problemy…
— Villanelle, co ci się przypomniało tamtego dnia?
— Jak dziadek poprosił, żebym napisała za niego list… Ale nie zrobiłam tego. Kiedy się tylko zorientowałam, co to za list… — nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa, a w ustach zrobiło się sucho. Wspomnienia ponownie ją zalały.
— Była pani kiedyś w sytuacji, w której doskonale zna zakończenie, ale musi na nie czekać, bo do finału wciąż było trochę czasu? Coś jak film, którego zna się ostatnią scenę, bo życzliwy znajomy opowiedział spoiler. Nie zna się jeszcze całej historii, ale świadomość zakończenia sprawia, że wcale nie chcemy na to, tak długo czekać, a oglądanie nie sprawia tak dużej przyjemności, jakby było to wcześniej — powiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, jak ma opowiedzieć to, co się stało — będąc w takiej sytuacji… W filmie można przesunąć nudne sceny czy momenty. Można go wyłączyć i po prostu żyć z wiedzą, jak się skończył. A w życiu? Kiedy wiesz, że i tak… Nie możesz nic zrobić prawda? Nie możesz pomóc… — wyszeptała cicho, czując, jak robi jej się gorąco. Rozpięła powoli dwa pierwsze guziczki od koszuli i rozchyliła ostrożnie na boki bawełniany materiał.
— Chyba… Chyba rozumiem — Honeywell spojrzała na blondynkę i zmarszczyła delikatnie brwi, zastanawiając się, co dokładnie młoda kobieta miała na myśli — powiedz coś więcej — poprosiła miękkim głosem. Oczywiście, że chciała się dowiedzieć, co konkretnie Villanelle Morrison miała na myśli wspominając o pomocy w samobójstwie, ale nie chciała jej do niczego przymuszać. Wolała stworzyć atmosferę, dzięki której kobieta poczułaby się bezpiecznie i sama ponownie wróciła do tematu, który tak bardzo zaniepokoił psycholog.
— Wiesz, pamiętam to trochę, jak przez mgłę:

Do pierwszego dnia wiosny było dokładnie dwadzieścia siedem dni. Końcówka lutego nie była już tak bardzo mroźna, a chociaż zima nadal trwała, stała się ona łagodna. W mieście nie było już tak niskich temperatur, a leżący na drogach śnieg topił się wraz z coraz częstszymi promieniami słońca, goszczącymi na błękitnym niebie.

Cały czas odwiedzała dziadków, kiedy tylko mogła. Wszyscy dobrze wiedzieli, że dni dziadka Charles’a były policzone, a dziewczynka za wszelką cenę chciała je wszystkie spędzić razem z nim. Zamierzała zapamiętać, jak najwięcej. Kolor jego oczu, błyszczące spojrzenie czy wesoły uśmiech, póki jeszcze mógł się uśmiechać w ten sposób.
— Nelle, to ty? — Usłyszała głos mężczyzny, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi od domu dziadków. Miała klucze i niemal codziennie po szkole wracała właśnie do nich. Wyciągnęła klucz z zamka i schowała do kieszeni plecaka. Zsunęła buty i ułożyła je starannie na szafce przeznaczonej na buty. Ściągnęła czapkę oraz kurtkę, powiesiła je na wieszak, a następnie chwyciła mop i starannie wytarła podłogę, bo babcia będzie zła, jeżeli zostawi bałagan.
— Tak, to ja — powiedziała wesoło, wchodząc do pokoju dziadka. Nie było w nim już łóżka, na którym zawsze leżał. Teraz mężczyzna leżał w szpitalnym łóżku, które zostało wypożyczone. Villanelle bardzo go nie lubiła. Z trudem się na nie wspinała i miała wrażenie, że materac był bardzo twardy i niewygodny — jakie masz dzisiaj życzenia, Charlie? — Zaśmiała się, odkładając swój plecak na pufie. Podeszła do mężczyzny i cmoknęła go w policzek na przywitanie.
— Dzisiaj mam tylko jedno, skarbie — powiedział powoli. Elle spojrzała zaciekawiona na swojego dziadka i wyprostowała się dumnie. Lubiła być potrzebna. Uwielbiała, kiedy o coś ją prosił, a ona mogła wykazać się, jako prawie dorosła i odpowiedzialna kobietka. — Musisz wziąć długopis i kartkę. Może książkę, żeby wygodnie ci się pisało — powiedział i spojrzał na jej plecak.
Dziewczynka nie czekała długo. Cofnęła się do pufy i odpięła główną przegrodę, aby wyciągnąć zeszyt, książkę i piórnik, z którego wyjęła tylko długopis. Wdrapała się na szpitalnego łóżko i rozsiadła wygodnie na końcu łóżka. Zgięła nogi w kolanach, a na udach ułożyła książkę i zeszyt na środku, skąd łatwo było wyrwać kartkę.
— Do kogo piszemy?
— Do babci.
— Mam napisać „Kochana Swietłano” czy masz dla niej swoje własne przezwisko?
— Nauczyłaś się w końcu cyrylicy?
— Umiem tylko napisać, że to jest okno i jak się nazywam — zmarszczyła delikatnie brwi, bo poczuła się źle z tego powodu. Powinna się była nauczyć rosyjskiego alfabetu już dawno temu, zamiast szukać wymówek i prosić rodziców, aby przekonali babcię, aby dała jej spokój. Gdyby jej posłuchała, teraz mogłaby spełnić w stu procentach prośbę ukochanego dziadka. — Przepraszam… Mam gdzieś rozpisane litery… Dam radę tylko musisz mi pomóc — powiedziała cicho, gotowa do prędkiego powrotu do pufy, aby wyciągnąć potrzebną kartkę z plecaka.
— Nie, nie trzeba. Skup się, skarbie, dobrze? To jest bardzo ważny list.
Brunetka pokiwała tylko głową i chwyciła porządnie długopis w swoje palce. Napisała datę oraz miejscowość i spojrzała na dziadka z uśmiechem, kiwając głową na znak, że jest gotowa.
— Kochana Swietłano — zaczął mówić, a dziewczynka zapisała słowa na kartce.

Kochana Swietłano, Nie potrafię odnaleźć wystarczająco pięknych słów, którymi mógłbym podziękować Ci, za wszystkie te wspólne lata. Wiesz, że nie lubię pisać listów. Dużo łatwiej byłoby mi porozmawiać z Tobą normalnie… Wiem, że nie powiedziałbym wówczas wszystkiego, co chcę Ci przekazać. Spędziłem z Tobą wspaniałe lata swojego życia, nie żałuję niczego… Oboje chyba pogodziliśmy się już z tym, że umieram, że…

Villanelle przerwała jednak pisanie i podniosła głowę, aby spojrzeć na swojego dziadka, kiedy usłyszała z jego ust sformułowanie mówiące o tym, że przedłużanie tego momentu oczekiwania, nie ma sensu.
— Nelle, dlaczego przestałaś pisać?
Wbiła tylko załzawione spojrzenie swoich ciemnych oczu w twarz dziadka i pokręciła przecząco głową.
— Nie mogę…
— Proszę tylko o jedną rzecz, kruszynko. To bardzo ważne.
— Ale ten list… To jest…
— Babcia ci mówiła, że dzisiaj musi wrócić później, prawda? Mówiła, że musisz podać mi dzisiaj lekarstwa?
Villanelle pokręciła tylko przecząco głową. Nie przypominała sobie, aby babcia coś wspominała o tym, aby to ona musiała dzisiaj podać dziadkowi leki.

— Villanelle…
Blondynka wzruszyła obojętnie ramionami. Domyślała się, o czym w tej chwili myślała jej psycholog. Pokręciła tylko głową i wbiła swoje spojrzenie w jej oczy.
— Nie podałam mu tych lekarstw… Ten list. Prosił, abym napisała jego pożegnanie i przeprosiny. Chciał, żebym… Prosił, błagał, żebym mu pomogła, ale… Ale nie mogłam — szepnęła zachrypniętym głosem. Odchrząknęła cicho i opuściła głowę w dół — wiesz… Szóstego dnia wiosny był jego pogrzeb, to było dokładnie trzydzieści trzy dni od tamtego dnia, kiedy prosił, żebym…
— Czekaj… Charles prosił, żebyś napisała dla niego list pożegnalny dla żony.
Pokiwała lekko głową.
— A później chciał, żebyś podała mu lekarstwa.
Ponownie skinęła twierdząco głową.
— Nie chciał dostać wymaganej dawki — wychrypiała smutno — chciał, żebym podała mu wszystkie tabletki z opakowania… Powtarzał, że jego życie jest żałosne, że nie może nawet sam przedawkować, bo nie może ruszyć dłońmi. Był zły i zdenerwowany. Pierwszy raz wdziałam go w takim stanie, krzyczał… — przerwała, aby wziąć głęboki oddech — nie wiem, skąd się w nim wzięło tyle siły, ale wrzeszczał wręcz na mnie, że babcia ma rację, że jestem beznadziejna, że nic nie potrafię zrobić prawidłowo, że nie potrafiłam się dla niczego poświęcić, że powinnam zrobić wszystko, o co prosił… A później płakał i przepraszał, prosił, żebym nie odchodziła, ale nie mogłam tam wtedy być, nie mogłam siedzieć i na niego patrzeć, bo wiedziałam, że on już więcej nie chciał żyć — powiedziała cicho, wciąż z opuszczoną głową w dół.

Zaparkowała samochód na podjeździe przed ich domem i powoli zgasiła silnik. Starała się przedłużyć moment wejścia do domu, jak tylko się dało. Wiedziała, że będzie musiała wszystko wyjaśnić swojemu mężowi. Wytłumaczyć, dlaczego terapia trwała zamiast standardowego czasu, prawie trzy razy tyle. To nie był jednak jej największy problem.
Wysiadła z samochodu i obeszła go, dookoła, aby otworzyć drzwi kierowcy i wyjąć z niego torebkę. Spojrzała na drzwi domu, biorąc głęboki oddech. Poprawiła sobie torebkę w dłoni i powoli zamknęła drzwi. Zamknęła kluczykiem samochód i skierowała się do wejścia. Miała wrażenie, że moment przejścia z podjazdu pod same drzwi trwał wieczność, a wsunięcie klucza do zamku było niesamowicie trudnym zadaniem, bo dłonie drżały jej bardziej, niż sama się tego po sobie spodziewała. Pchnęła delikatnie drzwi i weszła po cichu do środka. Odłożyła, jak zawsze torebkę na wąską komodę, rozpięła płaszcz i ściągnęła go z siebie, czując się tak, jakby za chwilę miała osunąć się na ziemię. Miała wrażenie, że dosłownie z każdą sekundą traci siły, co było absurdalne.
— Wróciłam — wyszeptała, bo nie wiedziała, co robi jej mąż i czy dzieci śpią. Poprawiła włosy, przekładając je na jedno ramię i weszła powoli w głąb domu, rozglądając się w poszukiwaniu swojego ukochanego. Musiała mu powiedzieć i poprosić o pomoc, ale przede wszystkim pragnęła schować się w jego ramionach, bo to w jego objęciach czuła się najbezpieczniej na świecie. Wzięła głęboki oddech, poprawiając spódniczkę, która podczas prowadzenia samochodu delikatnie się podciągnęła i zamiast na biodrach, obecnie znajdowała się na wysokości jej talii — Arthur? — odnajdując swojego męża w kuchni, podeszła do niego i uśmiechnęła się, naturalnie, niewymuszenie, ale wiedziała, że potrafił dostrzec w tym łuku smutek, a ona wcale nie chciała go przed nim ukrywać. Przeszli już razem dużo i Villanelle nauczyła się na wszystkich swoich błędach, że ukrywanie przed nim czegokolwiek, nie ma najmniejszego sensu — możesz mnie przytulić? — wyszeptała cicho, podchodząc bliżej niego i czekając, aż mężczyzna odwróci się do niej przodem, usiadła na jego nogach i od razu zarzuciła ramiona na jego kark. Schowała twarz w zagłębieniu jego szyi, zamknęła oczy i zaciągnęła się mocno jego zapachem.
— Co się stało, słoneczko? — Czuła, jak jego dłonie gładziły jej plecy. Kąciki ust delikatnie jej drgnęły, w tym z pozoru nic nieznaczącym geście czuła tak dużo miłości i wsparcia — zmartwiłem się, kiedy napisałaś, że terapia się przeciągnęła.
Pokręciła tylko przecząco głową, zastanawiając się nad tym, jak ma mu to wszystko powiedzieć.
— To było bardzo trudne spotkanie — szepnęła, prostując się powoli i odsuwając się na długość swoich rąk, aby spojrzeć na twarz ukochanego — rozmawiałyśmy o tak wielu rzeczach… O wielu trudnych rzeczach — rozluźniła uścisk na jego karku, aby jedną z dłoni ułożyć na jego policzku i delikatnie po nim przesunąć, nawet na krótki moment, nie odwracając spojrzenia od jego oczu — chyba… Nie, nie chyba… Potrzebuję prawnika — wychrypiała — i Honeywell mówiła, że powinnam porozmawiać z psychiatrą i na pewno będzie powołany biegły sądowy, ale nie wiem… Nie wiem, kto go wybiera, nie znam się na tym — szepnęła z trudem, czując tworzącą się w gardle gulę, utrudniającą powiedzenie czegokolwiek więcej.
Słuchał jej uważnie. Widziała, jak jego twarz się zmienia pod wpływem wypowiadanych przez nią słów. Nie dziwiła się temu w ogóle.
— Pomyślałam, że może… Brown, ale… Chyba nie dam rady… To… On jest trochę jak przyjaciel — wymamrotała niewyraźnie, ponownie przylegając do torsu swojego męża i zamykając powieki, mocno je przy tym zaciskając.
— Czekaj, Elle, powoli — nie przestawał sunąć dłońmi wzdłuż jej kręgosłupa, za co była mu naprawdę wdzięczna, bo to sprawiało, że się uspokajała — prawnika? Biegłego? Skarbie, musisz mi powiedzieć, co takiego się tam stało.
— Ja… — zaczęła, ale nie była w stanie wydusić z siebie w tym momencie nic więcej. Ponownie objęła jego kark i oparła się czołem o bark bruneta. Z pewnością słyszał jej płytki oddech i czuł drżenie ciała swojej żony — nie ugryzłam się w język — wyszeptała, bo w tej chwili nie była pewna, czy naprawdę chciała o tym mówić Honeywell. Kiedy zdała sobie sprawę z tego, jakie były konsekwencje opowiedzenia tego, co jej się przypomniało… — Wiesz mój dziadek… Tata Henry’ego, on był bardzo chory — powiedziała cicho, a następnie opowiedziała mężowi dokładnie to samo, co kilkadziesiąt minut wcześniej opowiedziała swojej psycholog.
— Byłam u nich krótko przed moimi czternastymi urodzinami… Mama mówiła, że dziadek w dniu urodzin ma wizytę u lekarza i po prostu nie będzie możliwości, żeby się spotkać — zmarszczyła lekko brwi — mieliśmy przyjechać na szybką kawę, ale dziadek poprosił mnie do siebie i przeprosił za tamten dzień, kiedy na mnie tak nakrzyczał, bardzo, bardzo mnie przepraszał… Dostałam wtedy od niego szkicownik — oddychała ciężko, czując, jak oczy zachodzą jej łzami, ale nie płakała. Momentami potrzebowała krótkiej przerwy na głęboki oddech, ale zaraz kontynuowała swoją opowieść — wracaliśmy już do domu, byliśmy praktycznie przy samym domu, ale zorientowałam się, że go nie wzięłam. Ani szkicownika od dziadka, ani pieprzonych point od babci… Boże, tak bardzo jej nienawidzę… — zakryła twarz dłońmi, bo tym razem potrzebowała nieco dłuższej przerwy na uspokojenie oddechu. Opowiadając tę konkretną historię swojej terapeutce, zachowała zimną krew, ale przy Arthurze… Emocje wzięły górę — kiedy weszłam na korytarz było tak dziwnie cicho, aż usłyszałam pytanie babci skierowane do niego, czy jest pewien… Powinnam wtedy pobiec po rodziców, powiedzieć im, ale nie mogłam się cofnąć, nie byłam w stanie, podeszłam za to do drzwi jego pokoju i… I widziałam, jak ją zapewniał, że jest pewien, że gdyby mógł, zrobiłby to sam i… I… I ona mu podała te tabletki, tak dużo tych tabletek, a ja…Krzyczałam, żeby je wypluł, żeby ich nie połykał, żeby przestał… Ale on je połknął — nie odrywała dłoni od ust, a łzy w końcu znalazły ujście z jej oczu — uderzyła mnie w policzek i powiedziała, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo i tak nikt mi nie uwierzy, że ona jest starsza, że nigdy nie kłamała i to jej rodzice uwierzą i… Ona jest okropna — szepnęła, wpatrując się bez wyrazu w ciemne oczy swojego męża, czując jak robi jej się słabo, a żołądek momentalnie się skurczył na samą myśl o Swietłanie — robiła tak wiele niedobrych rzeczy… Ciągle tylko słyszałam, że ją zawiodłam, że do niczego się nie nadaję, że jestem beznadziejna, że nie potrafię nic zrobić dobrze, że tylko jej przeszkadzam i denerwuję, że rodzice znowu musieli mnie do nich przywieźć — wtuliła się mocniej w Arthura, mocząc mu koszulkę swoimi łzami — powtarzała, że jestem gruba, że powinnam przestać jeść i to nie dziwne, że nie chcę tańczyć, bo zwyczajnie jestem do tego za gruba i mam krzywe nogi — płakała, tracąc przy tym całkowicie kontrolę nad sobą. Nie zastanawiała się nad tym, że może swoją histerią obudzić dzieci, że jej płacz, może być słyszalny poza murami ich domu, bo w kuchni było uchylone okno. Potrzebowała w tej chwili wsparcia swojego męża, świadomości, że może się po prostu wypłakać w jego ramionach. Pragnęła, aby po wypowiedzeniu tych słów, nic się pomiędzy nimi nie zmieniło, a jednocześnie bała się, że Arthur może nie mieć zwyczajnie siły na jej kolejne problemy, których, jak się okazywało miała znacznie więcej, niż do tej pory mogło się wydawać.

— Musiałam złożyć doniesienie o popełnieniu przestępstwa — Honeywell spojrzała na swojego męża siedzącego przy stole w salonie. Miał rozłożony laptop i zawzięcie szukał jakichś informacji w sieci.
— Co takiego
— Ta dziewczyna, która wyszła i wróciła po kilkudziesięciu minutach — zdawała sobie sprawę z tego, że nie musiała dochowywać tajemnicy, bo to byłby przypadek rozmowy o pacjentach, sposób konsultacji, ale nie chciała tego robić. Naprawdę polubiła Villanelle i obawiała się o nią. Kiedy spotkały się pierwszy raz, nie miała pojęcia, że w życiu tej młodej dziewczyny mogło dziać się tak dużo… — mamy przełom, którego się nie spodziewałam — oznajmiła siadając obok i uśmiechając się słabo. To był bardzo ciężki dzień, przez który w dodatku zrobiła sobie zaległości. Lauren przesunęła wizyty trzech pacjentów, bo Honeywell nie chciała przerywać spotkania w takim momencie. Zwłaszcza, że nie miała pewności, czy pani Morrison przy okazji kolejnego spotkania, na pewno chciałaby kontynuować ten temat. Później zwyczajnie nie mogła pozwolić jej wrócić do domu, dopóki nie miała pewności, że ta się uspokoiła.
— Oczekujesz ode mnie w tej sytuacji czegoś konkretnego? — Spytał, odsuwając od siebie komputer i skupiając się całkowicie na swojej małżonce — może powinniśmy przyspieszyć trochę urlop?
— Powinniśmy go raczej przesunąć, nie mogę jej teraz zostawić — oznajmiła, układając dłonie płasko na stole — jest mi tak żal tej dziewczyny… Chciałabym zrozumieć, jak jej rodzice nie mogli tego wszystkiego zauważyć… Jak sobie pomyślę, że nasze dzieci mogłoby coś takiego spotkać, to zaciska mi się żołądek. Anthony, jak bardzo musieli być skupieni na sobie, aby nie dostrzec, że ich córka przeżywa taki koszmar i to… — opuściła głowę. Czuła się tego wieczoru, tak bardzo zmęczona, że ciężko było jej odnaleźć właściwe słowa do opisania tego, co czuła, chociaż normalnie, nigdy nie miała z tym problemu.
— Nie chcę, żebyś wzięła mnie, kochanie, za niewzruszonego. Jest wręcz przeciwnie, ale przede wszystkim ty jesteś dla mnie najważniejsza, dlatego muszę zapytać. Czy twoja relacja z tą konkretną kobietą nie przekroczyła pewnych granic?
— Anthony… Lubię ją, ale jestem tylko jej terapeutką — sama zaczynała się zastanawiać nad tym, co mówił jej mąż, ale czuła, że nie może w takim momencie zostawić kobiety całkiem samej.
— Powinniśmy być neutralni, wiesz o tym dobrze. Jesteś pewna, że to tylko terapia? Może powinnaś zastanowić się nad superwizją? Myślę tylko o twoim dobrze. Rozumiem, że możesz lubić tę kobietę, ale czy wasza relacja na pewno jest na stopie pacjent-terapeuta?
Kobieta utkwiła spojrzenie w swoich dłoniach i powoli pokiwała głową. Była pewna, że podczas terapii nie wykazała żadnych uczuć czy emocji względem pani Morrison. Budziła w niej sympatię, owszem. Czuła żal, że to wszystko musiało ją spotkać i nie potrafiła zrozumieć, jak jej rodzina nic nie zauważyła, ale… Nie powiedziała jej o tym, w gabinecie pozostawała neutralna. Wiedziała, że musi zachować obojętność i jedynie postarać się pomóc odnaleźć Villanelle właściwą drogę, a nie ją wskazać.
— Masz rację, to w końcu edukacja i rozwój dla mnie. Będąc w kontakcie z superwizjerem lepiej zrozumiem ten przypadek — uśmiechnęła się wstając powoli i ruszając w stronę kuchni, gdzie sięgnęła po kieliszek i otworzyła butelkę wina.


Villanelle nie pamiętała, że po pogrzebie Charles’a powiedziała swojej mamie o wielu trudnych sytuacjach z babcią Swietłaną, że od tamtego nie widywała już kobiety. Alison zareagowała stanowczo, gdy tylko usłyszała o znęcaniu się babci nad wnuczką, bo nie była w stanie określić tego w inny sposób. Nie pomyślała jednak o tym, że jej czternastoletnia córka potrzebuje pomocy specjalisty, nie myślała o psychologach. Wydawałoby się, że wystarczyła rozmowa i zapewnienie, że już zawsze będzie przy niej bezpieczna, a Swietłana nigdy więcej nie zrobi jej żadnej krzywdy.
Brunetka pamiętała jednak siarczysty policzek wymierzony przez staruszkę i słowa, mówiące o tym, że i tak nikt jej nie uwierzy. Coś jej też podpowiadało, że zrobiła bardzo źle, nie mówiąc od razu o tym, co zobaczyła, że nie pobiegła tamtego dnia od razu do rodziców, przez co czuła się współwinna i… Wyparła te konkretne wspomnienie, pozbyła się go z pamięci skupiając się jedynie na samym pogrzebie i świadomości, że dziadek był chory, że jego mięśnie z dnia na dzień przestawały działać.
— Przyszło pismo z sądu — wymruczała cicho, trzymając w dłoniach kilka kopert wyciągniętych ze skrzynki na listy. Spojrzała na Arthura i powoli ruszyła w stronę kanapy stojącej w salonie. Drżącymi dłońmi przekładała koperty, a kiedy mąż znalazł się obok podała mu tę konkretną, bo sama nie była w stanie jej otworzyć. Teraz docierało do niej, że to wszystko stało się naprawdę, że Honeywell wcale nie żartowała, a pierwsze rozmowy z prawnikiem również nie były tylko realistycznym snem.
— Zawiadomienie o terminie rozprawy sądowej — Arthur przeczytał nagłówek pisma, które wyciągnął z koperty. Odłożył je jednak na bok i chwycił obie dłonie swojej żony, a następnie przyciągnął je do swojej twarzy, aby złożyć na nich kilka krótkich pocałunków — słoneczko, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Słyszałaś, co takiego mówił Jeffords. Ta rozprawa to tylko formalność.
Zamknęła oczy i pokiwała tylko głową.
— Prawo jest po mojej stronie, a kiedy będę zeznawać i opowiem, jaka była Swietłana, ławnicy też będą po mojej stronie — wyrecytowała z pamięci to, co prawnik powtarzał jej kilka razy i z pewnością powtórzy jeszcze nie jeden raz — byłam tylko bezbronną, przerażoną nastolatką. Mam wyglądać w sądzie schludnie, ale nie przesadnie elegancko. W najgorszym wypadku dostanę wyrok w zawieszeniu, ale jeżeli trafi nam się dobry biegły to jest szansa na stu procentowy sukces — przełknęła ślinę i wychyliła się delikatnie, aby spojrzeć na list — czternastego stycznia o dwunastej — przeczytała, przenosząc spojrzenie na swojego męża — będziesz tam ze mną?
Spytała szeptem, ale jeszcze przed zadaniem pytania dobrze znała jego odpowiedź. Wiedziała, że nie zostawi jej samej w takim momencie.

23/12/2019

2121. Każdy ślad, który nie doprowadza nas do celu, mimo wszystko nas do niego przybliża


Gdyby ktoś kiedyś oznajmił Munirowi, że nadejdzie taki dzień, w którym nie będzie mógł przez jakiś czas podróżować i osiądzie na stałe w Nowym Jorku, najprawdopodobniej uznałby go za wariata i odszedł, zanosząc się szczerym śmiechem. A jednak rzeczywiście jego ciągłe narażanie własnego życia właśnie do tego doprowadziło, choć kiedy spadał z grzbietu tego nieujeżdżonego, narowistego ogiera prosto pod kopyta pędzącego przed siebie w dzikim przerażeniu wyrośniętego cielaka podczas kanadyjskiego rodeo, jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Przecież nie zdarzyło się to po raz pierwszy, więc nawet podczas przewozu karetką pogotowia do najbliższego szpitala żywił głęboką nadzieję, że najpóźniej za miesiąc wróci do zwykłej pracy. Czekało go jednak nie lada zaskoczenie, bo ciemnowłosy młody lekarz czuwający nad jego dalszymi losami stwierdził, że tym razem miał wielkiego pecha, bo oprócz wielu złamań , które przy dobrej opiece medycznej powinny się zrosnąć w trzy tygodnie, zwichnął sobie prawy staw barkowo-obojczykowy, więc po opuszczeniu murów kliniki czeka go długotrwała rehabilitacja. Może i nie miałby nic przeciwko chwilowemu odpoczynkowi od kontaktu z często zbyt wymagającymi turystami, gdyby nie dwa fakty: po pierwsze wielkimi krokami nadchodziły Święta Bożego Narodzenia, czyli okres, w którym mógł na nich najwięcej zarobić, a po drugie: odkąd tylko zjawił się znowu w Wielkim Jabłku zmuszony był zdecydowanie częściej wysłuchiwać żalów przybranej starszej siostry. W końcu, mając serdecznie dość tego stanu rzeczy, postanowił schować urażoną męską dumę do kieszeni i zatrudnić się jako kelner w Old Country Coffee, a że szybko znudziło mu się codzienne marnowanie cennych godzin w zatłoczonej komunikacji miejskiej, zaczął rozglądać się za bliżej położonym lokum do wynajęcia, którego pierwotny właściciel nie miałby nic przeciwko temu, by zamieszkał w nim razem ze wszystkimi pupilami. Na całe szczęście znalazł je zaledwie po kilku dniach wytrwałych poszukiwań. Może była to ciasna klitka jak na wymagania człowieka z czwórką sporej wielkości psów i kotem, ale przynajmniej nie musiał za nie przepłacać. Zresztą zakładał, że i tak prędzej czy później je opuści, toteż nie zamierzał narzekać.

***

Cytat w nagłówku pochodzi z kryminału Nóż autorstwa Jo Nesbø. 

03/12/2019

2120. I don't wanna hurt you but you live for the pain


I'm not tryna say it but it's what you became
You want me to fix you but it's never enough



Siedział na tarasie z łokciami wspartymi o uda. W jego dłoniach spoczywała butelka ze złocistym trunkiem. Obracał ją kilkakrotnie i czytał etykietę by znów obrócić szkłem. Siedział w domu swojego ojca. Czasem zastanawiał się, po co mu aż tak ogromna przestrzeń. Mieszkał tu tylko ze swoją żoną, a Gabriel za każdym razem kategorycznie odmawiał zajęcia jednej z sypialni. Ojciec upierał się, że zawsze znajdzie tutaj kąt dla siebie, ale Gabriel tego nie widział. To nie było jego miejsce, nie czuł się tutaj jak w domu. Miał wrażenie, że jest intruzem, który zakłóca spokój domowników, kolejnym problem który najlepiej byłoby wyrzucić za próg. Tutaj wszystko wydawało się takie perfekcyjne. Idealny dom z idealną rodzinką w środku. Gabriel nie wpisywał się w ten obraz. Był przeciwieństwem czegoś idealnego, przypominał raczej zepsucie w czystej postaci. Był wszystkim, czego jego ojciec nie chciał w swoim życiu: przeszłością i błędami, o których tak uporczywie starał się zapomnieć. Gdy usłyszał chrzęst szkła pod czyimiś butami, podniósł na chwilę wzrok.
— Nawet nie próbuj – mruknął kręcąc głową. Nie miał ochoty na pogawędki ze swoim ojcem, nie miał ochoty z nikim rozmawiać, bo to zawsze kończyło się tak samo. On wychodził na skończonego dupka, na egoistę, któremu na niczym nie zależy. Nikt go po prostu nie potrafił zrozumieć. Wszyscy wymagali od niego, by się zmienił, by bardziej się starał. Nikt jednak nie dawał z siebie tego samego.
— Powinieneś przeprosić Elen, ona tylko próbuje być dla ciebie miła, synu – zaczął mężczyzna. Gabriel prychnął i upuścił butelkę na ziemię. – Gabriel – starał się, by jego głos brzmiał poważnie i stanowczo, ale łamał się. Gabriel słyszał w nim rezygnację.
— Gdybyś zapomniał, miałem matkę, więc niech Elen w końcu zrozumie, że nie potrzebuję zastępstwa – warknął, podnosząc się z miejsca. — Poza tym dlaczego mam przepraszać za to, że jestem potworem? Nikt nigdy nie przeprosił mnie za zrobienie go ze mnie – dodał. Minął ojca zahaczając go barkiem. Nie miał ochoty ciągnąć tej bezsensownej rozmowy, która i tak do niczego nie prowadziła, jak zwykle zresztą. On się unosił, ojciec go upominał i koniec. Gabriel nie tego oczekiwał z jego strony. Chciał w końcu usłyszeć, że mężczyzna żałuje swoich wyborów, żałuje tego, co zrobił synowi. Nie, łatwiej udawać, że nic nigdy się nie stało, zwłaszcza że wszyscy wierzyli szanownemu prezesowi firmy, a nie dzieciakowi, który wyglądał, jak wyglądał.
— Nie jesteś potworem, synu, a jeśli tak sądzisz, są osoby, które mogą ci pomóc. – Gabriel roześmiał się, ale w jego głosie nie dało się wyczuć nuty wesołości. Znów zatrzymał gniewne spojrzenie na mężczyźnie, który niby był jego ojcem. Gabriel chyba nawet tego nie czuł. Nie widział w nim takiego ojca, jakim powinien być. – Widzę, że nie możesz otrząsnąć się po śmierci matki, pomimo tylu lat pielęgnujesz ten ból w sobie. Powinieneś porozmawiać ze specjalistą – ciągnął dalej, a gniew, który chwilę temu Gabe opanował, znów do niego powracał. Czuł jak zalewa całe jego ciało, jak wszelkie myśli odsuwają się od niego. Zwinął palce w pięści i zacisnął je tak mocno, aż paznokcie wbijały mu się boleśnie w ciało.
— To jest właśnie twój pieprzony problem! Nie słuchasz, nigdy tego nie robisz! Nie potrzebuję cholernego specjalisty – Z każdym kolejnym słowem jego głos drżał coraz bardziej i łamał się od nadmiaru gniewu i cienia rozpaczy. – Potrzebowałem ojca, wiele, wiele lat temu, a ty zjebałeś sprawę po całości, a nie każdy potrafi tak łatwo zapomnieć o błędach! Jesteś nikim dla mnie, nie jesteś ojcem, nie jesteś nikim ważnym. Jesteś cholernym tchórzem – wyrzucił z siebie po czym skierował się do wyjścia z domu. Przechodząc przez duży salon, w którym panował teraz nieład, zatrzymał się na chwilę, dostrzegając płaczącą na fotelu Elen. Ich spojrzenia na krótką chwilę skrzyżowały się.
— Oboje jesteście siebie warci – mruknął, po czym wyszedł, ignorując bałagan, którego narobił. Był cholernie wściekły, miał ochotę krzyczeć, aż zdarłby sobie gardło. Miał ochotę komuś przywalić, zgnieść kogoś na miazgę. Nie umiał poradzić sobie z furią, która rozsadzała go od środka. Nie zwracając uwagi na alkohol, który wcześniej wypił, wsiadł za kierownicę swojego samochodu. Miał teraz gdzieś, czy zatrzyma go policja, czy rozbije się na którymś zakręcie. Zdrowy rozsądek został zepchnięty w najciemniejszy kąt jego głowy. Wyjechał na drogę z piskiem opon. Włączył radio, które od razu podgłosił. Muzyka zagłuszała wszystko wokół niego, ale nie myśli, które dziko galopowały po jego umyśle. Zaciskał dłonie na kierownicy, nie myślał nad tym gdzie chciał jechać. Podświadomość sama skierowała go na obrzeża miasta, na opuszczone hangary. Widział kilka zaparkowanych wokół aut. Chwilę siedział w swoim i zastanawiał się czy wysiąść, czy odjechać. Był jednak zbyt wściekły, by zdobyć się na odjazd.
Wszedł do jednego z dużych budynków. Na różnych skrzynkach i innych przedmiotach siedziało kilka osób, skupieni byli na rozmowach, piciu i paleniu. Gabriela jednak interesowała grupka tłocząca się bliżej środka. To od nich dochodziły krzyki, gwizdy i wyzwiska. Podszedł najpierw do dwóch dziewczyn pijących wódkę, wyrwał jednej z nich butelkę i pociągnął kilka głębokich łyków. Zrzucił kurtkę z ramion i cisnął ją na ziemię. Przez chwilę jego ramiona drżały z zimna. Upił kolejne łyki, rozkoszując się pieczeniem w gardle. Wciąż przyglądał się grupie na środku, starając się zwalczyć nieodparte pragnienie dołączenia do nich. W końcu oddał butelkę dziewczynie o fioletowych włosach. Przelotnie na nią spojrzał, dostrzegł zbyt słodki uśmiech na jej okrągłej twarzy. Zignorował go i ruszył w stronę reszty. Stali w okręgu, otaczając dwójkę na środku. Blondyn górował nad rudowłosym chłopakiem. Był bardziej barczysty, miał długie ręce i wredny wyraz twarzy. Rudzielec przyjął na twarz kolejne ciosy. Miał ewidentnie złamany nos i rozwalony łuk brwiowy. Jego twarz zalana była krwią, która ściekała na błękitną koszulkę. Chłopak zatoczył się do tyłu i zderzył się ze ścianą ludzi. Ci jedynie pchnęli go do przodu, w wyniku czego nadział się na pięści blondyna. Kilka kolejnych ciosów trafiło w jego ciało i padł na ziemię jak długi. Wszyscy krzyczeli i wiwatowali na cześć zwycięzcy. Każdy zignorował omdlałego chłopaka, Gabs także. Adrenalina zaczęła buzować mu w żyłach, mieszając się ze złością, która nie chciała go opuścić. Przepchnął się do środka, odpychając kilka osób od blondyna. Sam do niego dopadł, bez słowa odwracając i celując pięścią w jego niemal zupełnie nie obitą twarz. Gabriel był znacznie wyższy od swojego przeciwnika, ale i sporo szczuplejszy. Nie myślał racjonalnie, kierował nim gniew i to on wyprowadzał kolejne szybkie ruchy.
Gabriel był w tym dobry, pamiętał dzień, w którym pierwszy raz trafił na takie miejsce. To James wprowadził go w ten świat, twierdząc, że to mu dobrze zrobi. Bił się bardzo często, był moment, że wraz z Jamesem robił to codziennie. Z początku obrywał, był głupim szczeniakiem, który porywał się na osoby większe i groźniejsze od siebie. Z czasem jednak szło mu coraz lepiej, aż w końcu zaczął wygrywać raz za razem i ludzie zaczynali się go bać. Jego gniew był tak ogromny i nieskończony, że nikt nie potrafił go zatrzymać. James był zadowolony bo wygrywał sporo gotówki na zakładach, a Gabriel pławił się w bólu, który sprawiał, że czuł że żyje. Po całym zamieszaniu był zawsze spokojniejszy i szybko nauczył się rozwiązywać problemy za pomocą pięści. Był w tym dobry, więc nie widział problemu. Zresztą nikt nigdy nie pokazał mu, że można inaczej. To był okres, gdy niemal otarł się o dno. Gdy codziennie wdział pijanego ojca, gdy niemal codziennie z jego ust słyszał, że to wszystko... że śmierć matki to jego winna, gdy codziennie od niego obrywał, bo po pijaku ojciec nad sobą nie panował. Gabriel chłonął to wszystko jak gąbka, nasiąkał tym, aż sam był lustrzanym odbiciem swego ojca. Później stawał się coraz gorszy, bo nie potrafił zawrócić. James mu w tym pomagał, wciągając go w coraz to nowszy bałagan.
Przed oczami Gabriela nie widniała twarz chłopaka, którego okładał pięściami. Widział twarz swojego ojca, widział wszystkie paskudne chwile ze swojego dzieciństwa. Śmierć matki, gniew ojca, puste butelki z alkoholem... Dość szybko pot i krew zaczęły mieszać się ze łzami. Kompletnie nad tym nie panował. Szumiało mu w uszach od nadmiaru wszystkiego. Nie dochodziły do niego żadne głosy. Był tylko on ze swoimi rozszalałymi myślami. Gdyby ktoś zechciał przyjrzeć się temu uważniej, dostrzegłby rozpacz zionącą od Gabriela. Jego wszystkie lęki i rozterki. W takich momentach był bardziej odsłonięty niż na co dzień. Nikt jednak, z tu obecnych nie był na tyle bystry. Poza tym nikt dobrowolnie nie chciałby pakować się w jego bagno.
Dość niespodziewanie poczuł kilka rąk na swoich ramionach, które wyrwały go z zamyślenia. Zaczął miotać się jak schwytane zwierzę, ale trzymało go dwóch facetów.
— Teraz tego pożałujesz – warknął jego rywal, którego Gabriel tak bardzo chciał zgnieść. Chłopak splunął krwią i skinął na kogoś ręką. Tłum nieco się rozstąpił, a przed Gabrielem stanął postawny szatyn. Znów zaczął się szarpać, licząc, że uda mu się wyrwać z uścisku. Na próżno. Zacisnął szczęki, szykując się na przyjęcie uderzenia. Trwało to kilka minut, może kilkanaście. Gdy było po wszystkim, leżał na chłodnym betonie, pozostawiony sam sobie. Nie przeszkadzało mu to. Ostatnim, czego teraz chciał to jakiegoś człowieka litującego się nad jego losem. Przekręcił się na plecy, krzywiąc się przy tym i klnąc. Czuł lepką krew na twarzy i koszulce, która kleiła mu się do ciała. Jednak największy ból odczuwał w okolicy brzucha i żeber. Nie dał rady się podnieść. Kręciło mu się w głowie, a ból wyginał jego ciało. Nie wiedział ile tak leżał i ile razy próbował podnieść się na nogi. Gdy zaczęło świtać, a pojedyncze promienie słońca wpadały do środka, znalazł w sobie na tyle siły, by wstać i dowlec się do auta. Nie powinien prowadzić, ale chciał dostać się na kampus, zmyć z siebie krew oraz kurz i paść do łóżka.

Hej! Po kilku nieudanych próbach w końcu jest :D Sama nie wiem co sądzić o tym poście, jest to fragment wyrwany z życia Gabriela. Mam nadzieję, że będzie się wam go przyjemnie czytało :) W tytule i cytacie Sofia Kalberg - Shameless. Dziękuję Rudej Paskudzie za pomoc z html i Los Angeles John Doe za poprawki <3

01/12/2019

2118. Aanima vilis


Wysiadł z pociągu i rozejrzał się niepewnie wokół. Część pasażerów ruszyła szturmem na najbliższe schody, pozostali rozglądali się na boki z równie niepewnymi minami jak Noah. W końcu wszyscy powoli przemieszczali się ku zejściu – stanie na peronie nigdy niczego sensownego nie przyniesie. Wraz z nimi i Noah podążył ku potencjalnemu światełku w tunelu i miejskiej wolności. 

Praga wywarła na mnie dobre wrażenie. Na dworcu – zwykłym i niezbyt nowoczesnym – zachowano fragment sufitu dawnego wystroju. Poczułem, że właśnie tego mogę się spodziewać – szacunku dla zabytków i dużej dawki historii. Nie zawiodłem się. Zabytkowa część Pragi jest obszerna i gdyby nie obecność nieprzebranych tłumów turystów, można byłoby się zanurzyć w atmosferze refleksji i podziwiać niezwykłe budowle. Masowość zabija klimat tego miejsca.
Gdybym miał powiedzieć, w czym zakochałem się w Pradze, powiedziałbym – w parkach.


https://images92.fotosik.pl/288/ba2c39bf9018605b.jpg https://images89.fotosik.pl/287/1a74af02aa7c1173.jpg

Noah zamieszkał w hotelu niedaleko stacji metra Můstek. Było to idealne miejsce dla kogoś, kto chciał łatwo wmieszać się w tłum. Ludzie przelewający się ulicą Na Můstku od placu św. Wacława ku Wełtawie, aby przejść się po moście Karola i potrzeć potężne figury świętych, których cudowne możliwości powinny już odmienić oblicze świata. Woolf zupełnie nie był zainteresowany tymi atrakcjami. Oczywiście planował wycieczkę po najważniejszych punktach starej Pragi, ale głównie ze względu na swojego bloga. Ludzie raczej nie chcieliby czytać o jakiego spacerach po wielkich blokowiskach i kupowaniu mrożonek.
 
https://images92.fotosik.pl/288/3ccb9a1e5455cb0f.jpg
Wełtawa robi łuk przez środek Pragi i wydaje się mu zupełnie nie przeszkadzać. Zrośnięte ze sobą przez wieki istnienia miasto i rzeka w pełnej symbiozie wydają się żyć własnym życiem, niezależnie od pomysłów mieszkańców. Siatki ulic, tramwajów i metra wtopiły się w hydronimiczny puls Wełtawy i jej odnóg. Ludzie są wszędzie, niczym mrówki w mrowisku…. Każdy biegnie w swoim kierunku, każdy z własną misją.
 


Następnego dnia Noah wstał rano i wyszedł zjeść śniadanie w jednej z pobliskich knajp. Miał ochotę na chwilę luksusu i napisanie nowego wpisu na bloga. Jego plany zostały szybko pokrzyżowane. Gdy tylko otworzył komputer, zaatakowała go lawina elektronicznej poczty. Część wiadomości wymagała natychmiastowej reakcji. Tak ze słodkich planów twórczej ekspresji utonął w biurokratycznym świecie oświadczeń, pozwoleń i obietnic. Dokończył śniadanie w towarzystwie tych i innych nieprzyjemności, gdy kątem oka zauważył coś po drugiej stronie ulicy. Coś? Lepiej byłoby powiedzieć kogoś, choć twarz ukryta była pod kapeluszem. I to nikogo nie zaskakiwało – dzień był słoneczny, co zapowiadało wysokie temperatury bliżej południa. Tak… lato w Europie to coś zupełnie nieprzewidywalnego…. Ale jednak z tym kapeluszem było coś nie tak, bo Noah zdecydowanie, choć bez pośpiechu, zgarnął swoje rzeczy do torby, przerzucił ją przez ramię, a na stole zostawił opłatę za śniadanie. Niby spokojnie, a jednak pewnie ruszył ku Rytířskej, następnie przez Perlovą i Uhelny Trh do Michalskiej. Z niej spokojnie skręcił w lewo, potem znowu w prawo i znalazł się na Jilskiej. Długo jednak nią nie szedł, ponieważ skręcił w Złotą, a z niej wprost w tłum idący Husową w stronę Klementinum. Tam jednak nie dotarł, gdyż odbił w prawo, zmierzając prosto na Plac Staromiejski. Tak. Noah nie był w Pradze po raz pierwszy. Co prawda jego poprzednia wizyta w tym mieście była krótka i miała charakter całkiem przypadkowy, ale Woolfowi wiele nie trzeba było, żeby odnaleźć się w nowym miejscu. Tak teraz dość sprawnie podążał uliczkami, z którymi zapoznał się poprzedniego wieczora, gdy ślęczał nad mapą Google. Kiedy dotarł na plac, przemknął się obok krążącej policji. Panowie wyglądali niegroźnie. Ich głównym zadaniem było przepędzanie bezdomnych spod fontanny i okolic kościoła św. Mikołaja.  
Noah skierował swoje kroki ku restauracjom po drugiej stronie placu. Zwolnił i wszedł między stoliki, jakby zamierzał się przysiąść. Niemniej wyszedł bocznymi drzwiami, minął łazienki znajdujące się po lewej stronie prześwitu między lokalami i wstąpił na schodki kościoła Najświętszej Marii Panny przed Tynem. Znalezienie tej świątyni dla niektórych jest sporym wyzwaniem, ale wycieczki Azjatów za swoimi sprawnymi przewodnikami docierają do niej bez przeszkód. Ich też głosy zapełniały mury gotyckiego kościoła. 
Woolf usiadł po prawej stronie w ławce. Wyglądał trochę tak, jakby się modlił. Nie rozglądał się wokół po strzelistych oknach, nie podziwiał wysokich sufitów, a zapatrzony w ołtarz spoglądał ze spokojem przed siebie. W rzeczywistości jednak oczekiwał. Przez pierwsze pięć minut był zupełnie spokojny. Ochłonął już po marszu wąskimi uliczkami zabytkowej Pragi. Kiedy jednak kolejne sekundy przemknęły niepostrzeżenie, zaczął się martwić. Czyżby zgubił swój ogon? Co prawda nie bez powodu zrobił spacer naokoło, ale… nie cały ogon miał mu odpaść. Jeden włos miał mu pozostać, jeden samotny… bez reszty niepotrzebnych kłaków.
Wtem poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Drgnął i spojrzał w górę. Potem uśmiechnął się krzywo i przesunął nieco, aby zrobić miejsce towarzyszowi.
– Już myślałem, że w końcu kopnąłeś w kalendarz, dziadku – rzucił złośliwym tonem, a mężczyzna odpowiedział mu tylko cichym prychnięciem.
– Nieznośny jak zawsze…  – mruknął Gregory Woolf z przekąsem. 
 
https://images92.fotosik.pl/287/466e55fddf38ed15.jpg Jednym z najbardziej znanych współczesnych artystów praskich jest David Černy – ekscentryczne rzeźby zwracają uwagę, zbierają tłumy wokół siebie i wywołują śmiech, zdziwienie lub oburzenie. Przyznam jednak, że widząc je… otrzymałem tylko to, czego się po nich spodziewałem. Nic więcej. Nie zachwycił mnie ich prześmiewczy charakter. Prawdziwą perełkę znalazłem przypadkiem. Niby pomysł nienowy, a jednak coś niesamowitego było w tym spotkaniu z rzeźbą (rzeźbami?). Może dlatego, że nie podszedłem tam wprost z ulicy. Schodziłem spokojnie parkowymi ścieżkami Małej Strany, gdy nagle ukazał mi się On. Choć „ukazał” to niewłaściwe słowo… Wpadłem między niego niespodziewanie, a kilkorgu turystów prosto w kadr. Oto on: Pomnik Ofiar Komunizmu.

Pierwszy raz Noah zobaczył dziadka, gdy miał dziesięć… może jedenaście lat. Nie wiedział wtedy, że miał do czynienia z najstarszym Woolfem. Był w domu z ojcem, podczas gdy mama udała się z Jen do fryzjera. Ktoś zadzwonił do drzwi, a ponieważ tata właśnie podgrzewał sobie i synowi obiad, to chłopak pobiegł i otworzył zasuwkę.
– Dzień dobry! Kim pan jest? – zapytał wesoły dzieciak.
– Ja do Jacka…. Jest może w domu? – zapytał dziwny człowiek o owalnej twarzy – chudy i ciemnowłosy.
– Tata? Tak…  – potwierdził niefrasobliwie Noah i zawołał głośno:
– Tato! Jakiś pan do ciebie!
Po krótkiej chwili do przedpokoju wyszedł Jack. Podszedł bliżej, a potem przyspieszył kroku.
– Nie nachodź mnie w domu! – rzucił z wściekłością i zatrzasnął przed gościem drzwi. Następnie obrócił się do syna. – Nigdy, ale to nigdy nie wpuszczaj go do domu, Noah. Nigdy nie pozwól, żeby zbliżał się do ciebie lub Jen. Jesteś za nią odpowiedzialny!
Słowa taty  zapadły chłopcu w pamięć i gdy kilka dni później zobaczył tego samego mężczyznę naprzeciwko swojej szkoły, wrócił do domu okrężną drogą. A kiedy kilka lat później próbował zagadać do Jennifer, Noah odciągnął siostrę i zabrał ją na lody.
 
https://images89.fotosik.pl/287/c338eeeea034010b.jpg 
Jedną z atrakcji kulinarnych Pragi stały się w ostatnim czasie trdelniki – pieczone ciastka z cynamonem, wanilią czy innymi dodatkami. Ich zapach kusi zmęczonych przechodniów, przyciąga amatorów słodkości, ciepłych przekąsek i zimnych smakołyków. Jedną z bowiem popularniejszych wersji tych walcowatych wypieków jest tdelnik z owocami, lodami i bitą śmietaną. Obezwładniająca dawka kalorii, których trudno sobie odmówić. 

 



Kolejny raz Noah ujrzał mężczyznę kilka dni po pogrzebie ojca. Młody Woolf poszedł odwiedzić swojego rodziciela na cmentarzu. Zamierzał posprzątać wokół nagrobka, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc któremuś z nich – zmarłemu lub żywemu. Nim jednak najmłodszy Woolf dotarł do płyty nagrobnej, zauważył stojącego przy niej człowieka. Mężczyzna ten, dziwnie znajomy, stał w bezruchu nad grodem Jacka, a gdy Noah zbliżył się wystarczająco, by rozpoznać podejrzanego mężczyznę, ten obrócił się do chłopaka i zlustrował go uważnie wzrokiem.
– Nie jesteś do niego podobny, Noah. I pewnie nigdy nie będziesz…. – pokręcił głową. – Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.
I odszedł. Bez słowa współczucia czy zrozumienia, dla cierpiącego chłopaka. Noah jeszcze długo zastanawiał się, czego nieznajomy mógł od niego chcieć i jakie znaczenia miały jego słowa. W końcu młody Woolf uznał, że byłby to zapewne tylko brednie pijaka, którymi nie należy się przejmować. Mimo tak racjonalnego postawienia sprawy, niepokój w Noah rósł…. Aż pewnego dnia ponownie spotkał Gregorego Woolfa.
 
Gdybym miał wskazać miejsce w Pradze, które warto odwiedzić z partnerką, zasugerowałbym Wyszehrad. Oczywiście nie jest to miejsce wolne od turystów, ale wyraźnie większość z nich to Czesi. Poza tym przychodzi tam wiele rodzin z dziećmi i par, ponieważ można rozłożyć w parku kocyk i odpocząć. A jeśli chce się zaimponować swojej sympatii wiedzą, można podejść do jednego z wielu punktów widokowych przy murze otaczającym teren i opowiedzieć kilka słów o mieście. Pokazać panoramę miasta i popisać się wiadomościami. Można to samo zrobić na cmentarzu, ale mimo wielu sław tam spoczywających, atmosfera raczej nie sprzyja romantycznym uniesieniom.
Miało to miejsce w małym miasteczku we wschodniej Francji. Noah pracował na laptopie przy stoliku jednej z kawiarni. Aby zyskać nieco więcej cienia do pracy w to słoneczne popołudnie, Woolf wybrał sobie jeden z lokali ukrytych przed ognistą kulą gazową pod osłoną majestatycznego łuku triumfalnego przy wejściu na Plac Stanisława, którego centralnym punktem był pomnik polskiego króla – Stanisława Leszczyńskiego. Noah ślęczał wytrwale nad esejem z literatury. Decyzja, żeby pójść na studia okazała się szaloną. Nie tylko zupełnie odwykł od regularnego uczenia się, to jeszcze system edukacji europejskiej zupełnie nie przystawał do tego, co chłopak zapamiętał ze szkoły. Niemniej brunet pierwszy raz od dawna czuł, że zależy mu na czymś godnym pochwały, że wreszcie robi coś, z czego ojciec mógłby być dumny. Gnany tą myślą Noah czytał kolejne linijki napisanego samodzielnie tekstu, poprawiał błędy i pilnował, żeby żadna nieuważna omyłka nie wkradła się do pracy, która nagle stała się dla niego bezcennym skarbem. Kiedy następnego poranka zanosił gotowy esej do profesora, czuł się tak, jakby oddawał część swojej duszy. Nie wiedział wtedy jeszcze, że słowo pisane stanie się jego prawdziwym i jednym towarzyszem na wiele lat…
Tymczasem jednak stał w obliczu wyzwania, co pozbawiało go świadomości tego, co dzieje się wokół. Niemal nie zauważył, że ktoś dosiadł się od stoliczka obok, a tym bardziej nie zastanawiał się, czy jest w centrum zainteresowania przybyłego. Noah błądził palcami po klawiaturze, starając się uporządkować rozbiegane myśli. Niekiedy podnosił głowę, a wtedy można było wyłapać jego nieobecne spojrzenie i całkowite zamyślenie. Z tego słodkiego stanu wyrwał Woolfa miękki, kobiecy głos.
– Proszę pana…. Ten pan obok chciałby postawić panu kawę. Czy przyjmie ją pan? – zapytała usłużnie. Woolf spojrzał w górę swoimi pełnymi zdziwienia oczami, a następnie obrócił się w stronę nieznajomego, który postanowił poczęstować go kawą. Zdziwienie chłopaka wzrosło, gdy rozpoznał w mężczyźnie tego dziwnego człowieka, który pojawiał się co kilka lat, a jego wizyty były puste, nic niewarte i krótkie jak przebłysk. Noah powoli skinął głową. Od lat męczył go niepokój, ale i ciekawość związane z tą osobą.
Nieznajomy uśmiechnął się, wstał i przesiadł się do młodszego. Kelnerka znikła, by przynieść zamówienie. Mężczyźni przez chwilę patrzyli się na siebie, ale to Noah pierwszy przerwał ciszę.
– Kim pan jest? – zapytał, a napięcie słychać było w jego głosie.
– Twoim dziadkiem, Noah. Jestem Gregory Woolf.  Miło mi cię wreszcie poznać. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, ale w tym uśmiechu nie było nic, co mogłoby wzbudzić zaufanie w młodym Woolfie.
 
https://images91.fotosik.pl/285/7309db11969a3aba.jpg
Zwiedzanie miast europejskich przypomina mi czasem odchylanie okładki zeszytu, z którego uczeń chce ściągnąć na teście. Spacerując po nowoczesnych miastach, mijając nowoczesne udogodnienia, człowiek podąża ku przeszłości, chce zajrzeć do tego, co już było, sprawdzić, czy może dobrze zapamiętał odpowiedź... Przepisywać właściwe rozwiązanie. Niestety nie widzi całości, co może prowadzić do jeszcze większego błędu. To, że coś wygląda nieskazitelnie, powinno być zastanawiające. Jakim cudem to przerwało, a coś innego nie? Może wcale nie jest tak, że przetrwało to najlepsze, a jedynie to, co było z gruntu rzeczy złe, tchórzliwe i nikczemne? A może to tylko zabawa szalonego zegarmistrza, który wybiera, czy w tym miejscu ma stać zamek czy pusta dziura w ziemi – jedyny ślad dawnej cywilizacji.
Oh! Jakie piękne wejście na Hradczany!
 

To pamiętne spotkanie w Nancy odbiło się na późniejszych relacjach z Noah z Gregorym. Nie zostali kompanami. Nie zbudowali też bliskiej relacji. Nauczyli się za to od siebie wiele i przeżyli niejedną groźną sytuację. Przypominali bardziej dwóch bohaterów serialu o Dzikim Zachodzie niż wnuka i dziadka. Noah też nigdy nie wybaczył mu zostawienia swojej rodziny na pastwę losu. Ich relacja ograniczała  do czerpania korzyści i wyciągania się z kłopotów, gdy trzeba było. Nie dzwonili do siebie, nie pisali bez potrzeby. A Noah nikomu nie wspominał o tym, że znalazł zaginionego przed laty dziadka. Gregory jednak w ostatnim czasie wyraźnie się postarzał i zaczął coś przebąkiwać o powrocie do Stanów Zjednoczonych. Spotkanie w Pradze w ogóle nie zaskoczyło Noah. Gregory potrafił pojawić się w każdym miejscu w Europie i fakt, że nadal miał pozwolenie na wjazd do każdego kraju, był chyba jakimś błędem rzeczywistości.
Rozmowa w kościele Najświętszej Marii Panny była jednak inna niż pozostałe. Pierwszy raz uzgodnili miejsce i czas kolejnego spotkania. I wiedzieli, że obaj dotrzymają terminu.
 
https://images91.fotosik.pl/287/065f6fda77d761e4.jpg
Mój pobyt w Pradze powoli dobiega końca. Zobaczyłem chyba wszystkie opisywane w moim przewodniku miejsca i kilka takich, dla których nie starczyło papieru. Zmęczyli mnie turyści, zafascynował wszechobecny impresjonizm, rozkochałem się parkach. Jest ich tak wiele! Przemawiają do mnie również wysepki na Wełtawie. Gdyby ludzie nie byli takimi brudasami (to chyba pewna stała niezależnie od kraju), można byłoby miło odpoczywać na brzegu rzeki. Urzekły mnie stare uliczki, nauczyłem się pić piwo do każdego posiłku i już wiem, jak przeliczać te całe korony. Tymczasem to moje pożegnanie z Czechami. Już wkrótce zapowiem, dokąd dalej poniosą mnie nogi….

Noah przeszedł alejką między nagrobkami i stanął przed tą właściwą płytą. Z cichym westchnieniem stwierdził, że wokół wyrosło już wiele nowych grobów. Woolf potarł palcami płytę.
– Cześć, tato… Jen sobie radzi. Ten jej facet chyba jest w porządku. Przynajmniej w sprawach fundamentalnych się zgadzamy… I pewnie byś go polubił. Na pewno się nią zaopiekuje lepiej ode mnie. Tak… wydaje się wystarczająco rozgarnięty, żeby za nią nadążyć. A u mnie? Też dobrze…. Chociaż pewnie nie wszystko byś pochwalił. – Noah zamilkł i odetchnął. Krótki raport złożony. Reszta może pozostać niedomówieniem. A jednak mężczyzna nie odszedł. Stał spokojnie niczym pogrążony w zadumie członek rodziny nad grobem bliskiej osoby. Nie było widać, że uważnie nasłuchuje i na coś czeka.
Kiedy do jego uszu dotarł dźwięk, którego tak bardzo mu brakowało, drgnął i wyraźnie się rozluźnił. Zrobił krok w bok, a na jego miejscu stanął człowiek już w podeszłym wieku, którego siwizna walczyła o przetrwanie z przeważającymi siłami łysiny. Ubrany elegancko z kapeluszem dopiero co zdjętym z głowy, dodającym mu ekscentrycznego wyrazu. Oczy mężczyzny był zaś żywe i przebiegały po wszystkim bystro i z uwagą. Mimo lat nadal potrafiły przyciągać i hipnotyzować. Widać, że nie był to człowiek, którego łatwo zaskoczyć.
– Nienawidził cię, wiesz? – odezwał się Noah. Gregory skinął twierdząco głową.
– Tak…. Dał mi to kilka razy do zrozumienia – odparł spokojnie mężczyzna.
– Trudno go winić…  – mruknął wnuk.
– I ty mi to wypominasz? – usłyszał kpiącą odpowiedź dziadka. Noah nie odpowiedział. Stali przez chwilę i wpatrywali się w nagrobek. Młodszy Woolf był świadomy tego, że jego własne zamiłowanie do podróży, ryzykanctwa i spontaniczności genetycznie pochodziło od stojącego obok przodka.
Po chwili starszy mężczyzna ponownie się odezwał:
– Potrzebuję jakiejś sali. Najlepiej żeby była wystawowa, ale konferencyjna też wchodzi w grę.
Noah skinął głową.
– Da się załatwić – mruknął.
–  Naprawdę nie chcesz się przyłączyć? – nie po raz pierwszy zapytał wnuka Gregory.
– Już ci mówiłem, chcę żyć spokojnie… Możliwie jak najszybciej chcę wyjść z tych wszystkich przekrętów i zacząć żyć normalnie i przeciętnie – powiedział rozdrażnionym tonem. Dziadek odpowiedział mu cichym prychnięciem.
– Nudny się robisz…. No nic. Nie będę naciskał. W każdym razie wpadnij chociaż.
– Nie… to dzień ślubu Jennifer. Nie mógłbym jej wystawić – wyjaśnił. Gregory spojrzał na niego z ciekawością. Nigdy nie dopytywał o wnuczkę. Nie dlatego, że nie była tego godna – po prostu z opowieści Noah wynikało, że jest to osoba w pełni kierująca się sercem, a to oznaczało, że nie byłaby w stanie zbudować z Gregorym relacji na jego zasadach.
– Hmmm…. Może wyślę jej jakiś prezent? – mruknął.
– Nie istniejesz dla niej…  – przypomniał mu Noah.
– Nie powiedziałeś jej o mnie? Oj, ty mój hultaju – zaśmiał się Gregory. – To nie wyślę…. Albo wyślę na gwiazdkę. Opowiesz jej o mnie, prawda? W końcu dobrze byłoby, żeby wiedziała o tamtym…
Noah poruszył się nerwowo i spojrzał na dziadka, a w oczach młodego Woolfa błysnęła niebezpieczna iskra.
– Chyba nie zamierasz….? – urwał.
– Oczywiście, że tak! A niby po co to wszystko robię? – udał głębokie zdziwienie. Noah nie znajdował na to odpowiednich słów. Wiedział niewiele o podejrzanych interesach dziadka, ale wystarczająco dużo, żeby nie dopytywać. Niewiedza jest często błogosławieństwem. A w przypadku ludzi pokroju starego Woolfa to nawet gwarant bezpieczeństwa w razie starcia sądowego lub mniej oficjalnego rozrachunku. W to, co Gregory kombinował w Nowym Jorku, Noah nie zamierzał się angażować pod żadnym warunkiem. Wszelkie zapewnienia dziadka, że będzie to jego ostatni przekręt i dlatego musi być pełen rozmachu i pompatyczności, ale z pełnymi pozorami wszelkiej legalności, tym bardziej nie zachęcały wnuka do podjęcia inicjatywy w tej sprawie. Wiedział jedno: Gregory chciał zarobić dość kasy, żeby żyć spokojnie do śmierci.
– A o sobie jej powiesz? – podjął temat Gregory. Noah spojrzał na niego przelotnie.
– Tak… już wkrótce – zapewnił. 

Nieznany filantrop otwiera Fundację „Auxilium” na rzecz utalentowanych plastycznie dzieci. Już dziś w Art Auction House & Gallery odbędzie się aukcja, z której dochód zostanie przeznaczony na stypendia dla uczniów szkół podstawowych. Te nowo odkryte talenty jeszcze zachwycą świat. Do nabycia w trakcie spotkania będą dzieła sztuki, rzeźby, pamiątki po znanych artystach i celebrytach, między innymi marynarka Michaela Jacksona czy złote spinki Harrisona Forda. Aukcja rozpocznie się o 20.00, następnie obędzie się poczęstunek, podczas którego pojawić się ma niesamowita niespodzianka! 

Noah ostatni raz spojrzał na ogłoszenie i westchnął. Poprawił krawat, chwycił marynarkę i wyszedł z mieszkania. Nie chciał się spóźnić na ślub własnej siostry.
[Za graficzne opracowanie noty odpowiada cudowna i niezawodna Black Dreamer. Dziękuję!]