Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

02/03/2014

1969. "Jeśli za nim zatęsknisz... Pamiętaj, że pozwoliłaś mu odejść."



Uderzenie.
Kolejne.
Następne.
Głęboki wdech i znowu.
Pamiętaj o wydechu.
Oddech jest najważniejszy.
Bez niego jesteś łatwym celem.
Bez niego przegrasz.
Uderzenie.
Kolejne.
Następnie.
Łzy.

- Karoline! Linie, wstawaj! – Nawoływania z dołu nie robiły na niej szczególnego wrażenia. Okryła się szczelniej kołdrą i zamknęła oczy, próbując wyobrazić sobie pustkę i wrócić do urwanego snu.
- Karoline, wstawaj! Już 7, spóźnimy się do szkoły! – Beck nie dawał za wygraną, więc zwinęła się w kłębek i okryła głowę miękką pościelą. Nie chciało jej się wstawać.
Kroki na korytarzu usłyszała jak przez mgłę, ale nie zmartwiła się nimi, z zadowoleniem stwierdzając, że jeszcze chwila i znów zaśnie. Nic z tego… Drzwi trzasnęły o ścianę, a Beck bezceremonialnie wpakował się do jej pokoju. Podszedł do łóżka i jednym, mocnym szarpnięciem zrzucił z niej kołdrę zanim zdążyła zrobić cokolwiek. Jęknęła ze zrezygnowaniem i obróciła się do niego plecami.
- Myślisz, że w ten sposób możesz mnie pokonać? – Beck się zaśmiał i złapał ją za kostkę, szarpiąc gwałtownie w swoim kierunku.
Pisnęła zaskoczona i zaśmiała się, kiedy zaczął łaskotać ją po żebrach.
- Pogięło… cię?! – wykrztusiła między kolejnymi falami śmiechu. Wygięła się, żeby uniknąć jego palców, ale to nic nie dało. I tak ją dosięgnął. – Przestań! Beck!
- Jak sobie życzysz… - mruknął i faktycznie zostawił ją w spokoju. Nie na długo oczywiście.
Kiedy uniosła niepewnie jedną powiekę, miała przed sobą szeroko uśmiechniętą twarz brata. Krzyknęła, obróciła się na brzuch i spróbowała podciągnąć się wyżej na łóżku, ale było już za późno. Beck chwycił ją w pasie, ściągnął z wygodnego posłania i przerzucił ją sobie przez ramię, ignorując wszystkie protesty.
- Mogłaś wstać po dobroci – zauważył z rozbawieniem, kiedy tłukła go pięściami po plecach.
- Postaw mnie, idioto! – krzyknęła i zaśmiała się, kiedy podskoczył, unosząc ją w górę. Jęknęła, kiedy obiła się o jego twarde ramię i ponownie parsknęła śmiechem. – Dlaczego mi to robisz?
- Piąta klasa jest najważniejsza!
- Mówisz tak co roku – stwierdziła z rozbawieniem.
- Jeśli nie pójdziesz, to co sobie pomyślą koledzy? Że ich unikasz, że jesteś snobką… - wymieniał, wyraźnie zadowolony z siebie. Karoline prychnęła pod nosem.
- Mam ich gdzieś, wolałabym zostać z tobą – mruknęła i zaśmiała się, kiedy ponownie ją podrzucił. Przychodziło mu to zbyt łatwo. Złapał ją tak, jak panowie młodzi przenoszą swoje żony przez próg i zakołysał, śmiejąc się cicho.
- Wiem, Linie… Ja też. Swoją drogą, skąd ty bierzesz takie słownictwo?
- Kocham cię, Beck.
- Nic nowego – stwierdził i przewrócił teatralnie oczami.
Karoline zmrużyła swoje i wcisnęła mu dłoń w twarz z wyraźną satysfakcją. Beck jęknął, zaśmiał się i ugryzł ją w palec. Pisnęła, natychmiast zabierając dłoń i próbując mu się wyrwać. Postawił ją na ziemi i skwitował jej obrażoną minę głośnym śmiechem. Poczochrał jej włosy.
- Kocham cię, Karoline.


Jack przyglądał się jej przez dłuższą chwilę, ale nie reagowała. Czuła się jak więzień, wciśnięta w skórzany fotel i osaczona przez jego ramiona, kiedy opierał dłonie na podłokietnikach skórzanego mebla. Minęło ładnych parę lat od ich pierwszego spotkania – uśmiechnęła się na samą myśl, co też przykuło jego uwagę. Zapewne uznał to za zachętę do dalszych pytań, a jej nie chciało się wyprowadzać go z błędu. Była na to zbyt zmęczona, ostatnio w ogóle była zmęczona, potrzebowała małej przerwy, ale ignorowała to i uparcie oddawała się pracy, co oczywiście wyniszczało ją jeszcze bardziej.
Spojrzała smutno na Jacka i westchnęła cicho.
- Karoline, ja rozumiem, że nie chcesz o tym rozmawiać, że to trudne…
- Nic nie rozumiesz – mruknęła, skutecznie mu przerywając. Jej głos był spokojny, ale w środku niemal trzęsła się ze strachu.
Dlaczego? Dlaczego tak bardzo chciał wiedzieć? Dlaczego tak bardzo mu na tym zależało? Przecież powtarzała mu, że tych kart nie chce odkrywać, że pogodziła się z przeszłością, że to nie ma znaczenia. Ale miało i oboje wiedzieli, że wtedy kłamała. Kiedy dopuściła Jacka tak blisko?
- Więc mi wreszcie wytłumacz! – ryknął, a ona podskoczyła i machinalnie zmrużyła oczy, gotowa do ataku.
Jack szybko zrozumiał swój błąd i upadł na kolana przed fotelem, opierając czoło o jej nogi.
- Przepraszam… - mruknął, a ona mimowolnie wplotła dłoń w jego włosy i przeczesała je. Nie odzywała się słowem, wlepiając półprzytomne spojrzenie w ogień, który płoną w kominku za nim.
Rogers uniósł głową i westchnął ciężko.
- Dlaczego zamykasz się na ludzi, Karoline? Dlaczego nie dopuszczasz ich do siebie? Dlaczego nie chcesz przyznać, że ci na kimś zależy? – zapytał cicho, a ona drgnęła i przeniosła spojrzenie na jego twarz, unosząc kącik ust w uśmiechu.
- Bo nikogo nie jestem w stanie tym uszczęśliwić, ludzie przeze mnie cierpią.
- Nie gadaj bzdur – warknął, chwytając ją delikatnie za dłoń, co było dość dziwnym kontrastem. – Można cierpieć przez każdego. Powiedz mi, o co chodzi… Był ktoś, tak? W twoim życiu był ktoś, kogo kochałaś, a potem zniknął?
Karoline zacisnęła zęby, wyrwała dłoń z jego uścisku i wstała, omal nie wciskając mu kolana w twarz. Minęła go i przeszła do kuchni, słysząc, że się podnosi. Zerknęła na niego przez ramię i zbladła. Jack Rogers nie był kimś, kogo chciałaby na siebie skazać, nie chciała zniszczyć tej więzi jaka ich łączyła, on na to nie zasługiwał. I nigdy nie byłby w stanie zaakceptować jej w ten sposób, w jaki by chciała.
Mimo zapewnień, że coś do niej czuje, mimo obietnic… Nie, nie mogła tego zrobić. Przełknęła ślinę i skinęła głową. Wyciągnęła dwie szklanki i nalała do nich soku, podsuwając jedną Jackowi, który oparł się o blat. Nie spuszczała z niego wzroku.
- Był ktoś taki… - mruknęła, upijając łyk swojego napoju i zamyślając się. – Mówił, że umrze, jeśli przestanę go kochać – oznajmiła i zaśmiała się z żalem.
- A potem odszedł, tak? – upewnił się Jack, a Karoline skinęła głową, odwracając wzrok. – Rozumiem…
- Nie rozumiesz – zapewniła go chłodno i zacisnęła dłoń na szklance, spoglądając na zdjęcie rodzinne, umieszczone na tablicy korkowej między zdjęciami Rose i samego Jacka. Rogers powiódł za nią spojrzeniem, doskonale wiedząc, że chciałaby zmienić temat.

Karoline spała tej nocy na tyle lekko, żeby usłyszeć kroki na schodach. Ciężkie, jak u jej ojca, kiedy wracał wyczerpany po tygodniu ciężkiej pracy na budowie. Jednak te nie należały do niego, był dopiero wtorek, więc Daniela nie było w domu, nie o tej porze. Przełknęła ślinę i otuliła się szczelniej kołdrą, nasłuchując.
- Karoline? – usłyszała niewyraźny szept, a drzwi do jej pokoju uchyliły się niespodziewanie.
Zmrużyła oczy, żeby przyzwyczaić się do ciemności i uniosła się na łokciach. We framudze stał Beck. Chwiał się lekko na boki, jakby nie mógł się zdecydować co ma zrobić. Karoline wiedziała, że nie tylko dlatego jej brat nie może utrzymać równowagi. Czuła smród piwa nawet z odległości tych paru metrów.
- Beck? – mruknęła i zapaliła lampkę na stoliku obok, a on zamknął drzwi. Podszedł do niej powoli i usiadł na skraju łóżka. Ściągnął śmierdzącą kurtkę i bluzę, rzucając je na krzesło przy biurku. To odgoniło nieprzyjemny zapach na tyle, żeby zdała sobie sprawę, że sam Beck wcale nie jest zlany w trupa. – Coś się stało? – zapytała niepewnie. Przyjrzała się jego twarzy. W kąciku ust zauważyła świeżą krew, jego prawa skroń też była nią umazana.
Beck pokręcił głową i przełknął ślinę. Sięgnął ręką do jej twarzy i pogładził jej policzek. Wtuliła się ufnie w jego dłoń tak, jak zawsze. Był jej bratem i najlepszym przyjacielem, co miała zrobić? Pochylił się i oparł swoje czoło o jej własne.
- Kochasz mnie, Karoline? – zapytał cicho, ochrypłym głosem. Lekka woń piwa owinęła ją szczelnie, ale nie była na tyle mocna, żeby musiała się skrzywić.
- Dlaczego pytasz? O co chodzi? – Czuła rosnące podenerwowanie. Beck nie przyszedłby o jedenastej w nocy żeby o to zapytać, więc coś musiało się stać. Może tacie? Poczuła chłód na samą myśl.
- Odpowiedz – mruknął, chwytając ją za brodę. Machinalnie zmrużyła oczy, ale posłusznie spełniła prośbę.
- Jasne, że cię kocham… - oznajmiła. Nie musiała i nie mogła przecież skłamać.
- To dobrze, bo bym umarł, gdyby było inaczej - Beck odetchnął z ulgą i odsunął się, przyglądając się jej uważnie.
- Co ci się stało? – zapytała wreszcie, nie potrafiąc się powstrzymać.
Beck milczał przez chwilę, a potem ściągnął koszulkę. Karoline obserwowała go, marszcząc brwi.
- Mogę spać dzisiaj z tobą, Linie? – spytał niespodziewanie i nie czekając na pozwolenie wślizgnął się pod kołdrę.
Zanim zdążyła zaprotestować i odpowiedzieć, Beck chwycił jej twarz w obie dłonie i pocałował ją gwałtownie.

Karoline podeszła do zdjęcia i opuszkiem palca przesunęła najpierw po swojej twarzy, a następnie po twarzy Becka. Nie potrafiła pozbyć się tych wspomnień, chociaż bardzo się starała. Nie potrafiła wyrzucić ich z pamięci, ponieważ były wszystkim co miała. Wszystkim i zarazem niczym.
- Nigdy nie opowiadasz o swojej rodzinie – zauważył Jack, a ona przytaknęła. – To oni? – Znów kiwnęła głową i obróciła się przodem do niego, opierając się biodrem o blat.
- Owszem.
- Wyglądacie na szczęśliwych – stwierdził, a Karoline zacisnęła palce na szklance jeszcze mocniej i upiła łyk soku, odwracając wzrok. – To jest twój brat? – zapytał, podchodząc nieco bliżej.
Karoline wzięła głęboki wdech.
- To był mój brat – sprostowała i omiotła spojrzeniem szafki, a potem noże kuchenne. Wszystko po to, żeby nie musieć patrzeć na Jacka.
Rogers zamrugał, zaskoczony.
- Był… Przepraszam, przykro mi – powiedział, a ona pokręciła głową żeby dać mu do zrozumienia, że to zbędne.
Jack zmarszczył czoło i skrzywił się.
- Karoline, co się stało? Czy ten chłopak, który cię zostawił miał związek z twoim bratem? – zapytał, a ona parsknęła śmiechem. Panicznym, niemal psychopatycznym śmiechem, którego nie była w stanie opanować. Jej dłoń zadrżała. Nie odpowiedziała jednak, czując, że jedno słowo wystarczy żeby rozpadła się na drobne kawałki.
- Co się stało? Powiedz mi o co chodzi? Dlaczego jesteś taka? Ktoś cię śledzi, grozi? Zabiłaś kogoś? – Jack powoli tracił cierpliwość.
Drgnęła i powoli obróciła twarz w jego kierunku. Pustymi oczami niemal przewiercała go na wylot. Zimna bryła lodu, powiedział jej ktoś kiedyś.
- A jeśli tak? – zapytała, czując jak chłód obejmuje jej ramiona.
Zaskoczony Jack pokręcił głową z niedowierzaniem i ponownie się skrzywił. To przecież nie miało sensu. Podszedł do zdjęcia i zmrużył oczy, zerkając na Karoline.
- Co się stało z tym chłopcem?
Zastygła w bezruchu, unosząc kąciki ust w dziwnym uśmiechu.
- Nie żartował, kiedy powiedział, że umrze jeśli przestanę go kochać – odpowiedziała spokojnie, czując, że nie potrafi tłumić tego dłużej. Jack zamrugał, wyraźnie się tego nie spodziewając. – A ja przestałam, tak mi się wydawało. Przez trzy lata brał sobie moją miłość, gwałcił mnie, aż w końcu powiedziałam mu, że go nie kocham. To było kłamstwo, ale ja… nie potrafiłam dłużej… - urwała żeby zaczerpnąć tchu.
Jack cofnął się o krok, otwierając usta z niedowierzaniem. Szklanka, którą trzymał w dłoni pękła z głośnym hukiem, a szkło posypało się na kafelki. Karoline drgnęła i nieprzytomnym wzrokiem obserwowała krew skapującą z jego dłoni na podłogę.
- Zastrzelił się następnego dnia, w moim pokoju. Wykrwawił się na moich rękach, a ja nawet nie wezwałam karetki… zabiłam go.

- Karoline! Linie, otwieraj! – krzyk Becka sprawił, że zadrżała. Mimo to nie pozwoliła mu wejść do pokoju. Siedziała na ziemi, opierając się plecami o drzwi i zapierając się nogami o łóżko.
- Daj mi spokój, Beck! –  wrzasnęła, zatykając uszy dłońmi. Pociągnęła nosem i zaniosła się szlochem jak małe dziecko.
- Dlaczego płaczesz, Karoline?! Wpuść mnie, potrzebuję cię…
- Nie! – wydarła się i uderzyła plecami o drzwi. – Nie… Nie… Nie…!
- Linie…
- Nie mów tak do mnie. Po prostu mnie zostaw – jęknęła i objęła się ramionami.
- Karoline! Wyważę drzwi – oznajmił. To podziałało na nią jak kubeł zimnej wody. Podniosła się gwałtownie na nogi i odskoczyła. W tym momencie zamek w drzwiach puścił, a Beck stanął w jej pokoju z czerwoną różą w dłoni, ciężko dysząc.  – Karoline…
Machinalnie skuliła się w sobie i cofnęła o krok. Beck był naćpany, widziała to po jego oczach, widziała po jego ruchach i wyrazie twarz. Znała to na pamięć. Nienawidziła tego. To już nie był jej ukochany starszy brat. Przez te lata stoczył się niemal na samo dno.
- Nie zbliżaj się do mnie – syknęła i pozwoliła żeby włosy zakryły jej twarz.
- Ale ja przyniosłem ci… - urwał i wyciągnął w jej stronę różę. Pokręciła gwałtownie głową, wyrwała mu ją z dłoni i rzuciła w niego.
- Nie chcę twoich cholernych kwiatów! Nie chcę ciebie! Mam dość, musisz przestać, Beck! – wrzasnęła, ponownie zanosząc się płaczem.
Stał jak wmurowany, trawiąc jej słowa, ale im dłużej tak stał, tym Karoline lepiej wiedziała, że nie odpuści. Nie Beck. Zrobił krok w jej kierunku, a potem następny i kolejny, aż wreszcie chwycił ją za ramiona.
- Kocham cię, Linie – wymamrotał, nachylając się nad nią.
Miała dość. W tamtym momencie coś ostatecznie w niej pękło i rozsypało się na drobne kawałeczki. Wyszarpnęła się mu gwałtownie i pchnęła go w stronę drzwi.
- Wynoś się stąd i więcej mnie nie dotykaj! – krzyknęła i spróbowała wyrzucić go z pokoju, ale zaprotestował stanowczo.
Nie wiedziała co ma zrobić, to już nie było to samo, to już nie był jej Beck. Zrobiła więc to, czego ją uczyli, to, co wychodziło jej najlepiej. Zamachnęła się i wyprowadziła idealny cios w jego twarz, a potem kolejny i następny.
Beck zachwiał się, a Karoline wykorzystała to i wreszcie wypchnęła go z pokoju.
- Zostaw mnie w spokoju, Beck! Nie kocham cię, rozumiesz!? Nie kocham!

Uderzenie.
Kolejne.
Następne.
Głęboki wdech i znowu.
Pamiętaj o wydechu.
Oddech jest najważniejszy.
Bez niego jesteś łatwym celem.
Bez niego przegrasz.
Uderzenie.
Kolejne.
Następnie.
Szloch.

Karoline chwyciła klamkę i w tym samym momencie usłyszała głośny huk wystrzału za drzwiami. Podskoczyła i otworzyła szeroko oczy, blednąc. Nogi jej zmiękły, ale nie pozwoliła sobie upaść. Zaraz potem usłyszała głuchy łoskot – coś upadło na ziemię. Otworzyła gwałtownie drzwi i zamarła.
Beck leżał na środku pokoju, na jej puchatym, kiedyś białym dywanie. Leżał na plecach i łapał powietrze gwałtownie, niczym ryba wyrzucona na brzeg, a plama krwi wokół jego głowy rosła z każdą sekundą. Pistolet leżał obok niego, a cały pokój usłany był czerwonymi różami. Ich zapach był ciężki i powodował, że kręciło jej się w głowie.
Kiedy wreszcie odzyskała głos, wrzasnęła na całe gardło i podbiegła do niego, ślizgając się na krwi, pokrywającej panele.
- Beck! – krzyknęła ponownie i zamrugała, kiedy łzy zamazały jej obraz. Upadła na kolana i rozejrzała się w panice, nie wiedząc co ma zrobić.
Beck chwycił ją za rękę i ścisnął z zadziwiającą siłą. Nachyliła się nad nim, a on w tym momencie zakrztusił się krwią i obryzgał nią jej twarz. Zamknęła gwałtownie oczy i wzięła głęboki wdech. Kiedy je wreszcie otworzyła, wpatrywał się w nią z wyrazem cierpienia na wykrzywionych ustach.
- Skrzywdziłem cię… Linie… - wykrztusił ledwo dosłyszalnie. – Jak mogłem… przepraszam… Kocham cię… zawsze – wymamrotał, a jego głowa powoli odleciała do tyłu, ostatecznie nieruchomiejąc.
Karoline klęczała nad nim w bezruchu, wpatrując się tępo w jego twarz. Martwą, z szeroko otwartymi oczami. Przestała płakać zupełnie bezwiednie i osunęła się na ziemię niczym w transie, przylegając policzkiem do lepkiej, wciąż ciepłej krwi, wciąż mocno ściskając Becka za dłoń. Nie potrafiła go tak zostawić… Chociaż przecież pozwoliła mu odejść. Nienawidząc się za to, jak wielką czuła ulgę i jak wielką pustkę w środku. Nie potrafiła...



Uderzenie.
Kolejne.
Następne.
Głęboki wdech i znowu.
Pamiętaj o wydechu.
Oddech jest najważniejszy.
Bez niego jesteś łatwym celem.
Bez niego przegrasz.
Uderzenie.
Kolejne.
Następnie.

Krzyk.


01/03/2014

1968. "Słońce" NY zgasło.


[wiecie co? notka grupowa w sumie ;) ]

Panna Haywood była szefem wszystkich szefów. No, może nie do końca, ale najważniejsze, że sama sobie wybierała godziny pracy. Z racji tego jednak, iż czuła się spełniona zarządzając kasynem, spędzała tam większość czasu. Niezbyt ufała ludziom i czuła się znacznie pewniej samodzielnie kontrolując nawet najmniejsze drobnostki, takie jak rodzaj papieru toaletowego w łazience dla klientów.
Kiedy jednak odebrała telefon od rudzielca i wysłuchała rozpaczliwej prośby o podwiezienie, nie miała oporów przed zapakowaniem tyłka do sforsowanego autka. Weszła do budynku i wypytała portiera o to, gdzie może znaleźć pannę Duval. Otrzymawszy wskazówki, skierowała się w tamtą stronę, radośnie podzwaniając kluczami. Dobiegający zza uchylonych drzwi gwar utwierdził ją w przekonaniu, że obrała właściwy kierunek. Wślizgnęła się do sali i już, już miała pomachać do Sol, kiedy na tę drobniutką postać spadła belka.
Belka!
- Boże! - krzyknęła, zasłaniając usta dłońmi. Przez dłuższą chwilę nie była zdolna do ruchu, więc po prostu stała i wpatrywała się w tę przerażającą scenę.
Krzyki ustały w momencie, gdy belka przydusiła kobietę do sceny, a ona upadła tak, ze uderzyłą głową o deski i straciła przytomność. Moze dla niej to i lepiej, nie była świadoma i nie odczuwała tego bólu, który momentalnie silną falą niemal wstrząsnłą jej ciałem.

Sol obudziła się dopiero w szpitalu. Nie wiedziała, że Cyzia dzwoniła po pogotowie i była przy niej. Nie wiedziała, że jej przyjaciółka jest tak odważna, zaradna i w ogóle tak... tak doskonale zorganizowana, o, i że w sytuacjach ekstremalnych zachowuje zimną krew! Miała przy sobie swojego osobistego bohatera. Nie wiedziała też, ze i Nezia się zjawi jak drugi aniołek Charli'ego! I że będąc na zmianie, gdy przywiozą do szpitala rudą, doglądać jej będzie.
Pamietała krzyk i widok wystraszonych min tancery z zespołu, pamiętała pierwszą falę bólu i oczywiście oczywistym było to, że znajdzie się w szpitalu. Nie mniej jednak gdy odzyskała przytomność, zmrużyła oczy i rozejrzała się po sali, czując się co najmniej niepewnie.
- Gdzie jestem? - durne pytanie, ale padło bez zastanawienia się nad jego sensem, gdy wszystko było tak proste.
Inez szczerze nienawidziła takich sytuacji. Nienawidziła, kiedy będąc w pracy, musiała interweniować w wypadkach, w których uczestniczyli jej bliscy. Wiedziała, że jadą do teatru, że została poszkodowana pewna baletnica, lecz nijak nie skojarzyła faktów. Nawet nie pomyślała, że to mogłaby być Sol. Dopiero kiedy na miejscu zobaczyła dwie przyjaciółki, w tym jedną leżącą nieprzytomną niemalże na środku sceny… Nogi się pod nią ugięły. Nigdy nie potrafiła tak do końca opanować się w takich sytuacjach, oddzielić pracy od życia prywatnego, by móc racjonalnie myśleć. Wiedziała jednak, że musi i starała się ze wszystkich sił.
Wolała nie słuchać i nie patrzeć, robiła swoje, aż wreszcie wraz z kolegami z zespołu przetransportowała Sol do szpitala. Musiała wrócić do pracy, dostali jeszcze kilka wezwań, lecz po skończeniu zmiany Inez przebrała się i zabarykadowała się w sali, w której leżała Sol, tłumacząc lekarzom, że jest jej przyjaciółką i że kobieta nie ma tutaj bliższych krewnych, których trzeba byłoby powiadomić. Sama zaś, korzystając z telefonu rudowłosej, próbowała dodzwonić się do Jareda, lecz ten niestety nie odbierał.
Siedziała na krzesełku, nieco oddalona od łóżka i wpatrywała się w złożone na kolanach dłonie, kiedy to Sol się odezwała. Blondynka zerwała się ze swojego miejsca jak oparzona i przysunęła się do łóżka, by lekko pochylić się nad rudowłosa i uśmiechnąć się ciepło.
– Jesteś w szpitalu. Chwilę po próbie spadł na Ciebie kawałek belki z lampami… – wyjaśniła, nie mówiąc nic więcej, bo tez lekarze niczego jej nie powiedzieli.
Sol powoli obróciła głowę, w której czuła ból, jakby w środku miała siedmiu krasnoludków właśnie podczas pracy, tłukących kilofami o skały w kopalni i skrzywiła się. Oblizała suche usta i uniosła dłoń do skroni, by pomasować... plastry i opatrunek na czole.
- To... to wiem... Neziu... ja widziałam Cyzie - mruczała nieco bez sensu, bez ładu i składu, ale cóż... chyba nie dziwne, prawda?
Nie chciałaby teraz słyszeć tego, co powiedział lekarz. Nie chciałaby sie teraz z tym zmierzyć. W ogóle poleżałaby sobie smacznie i spokojnie, pospałaby sobie. Zjadłaby ciacho. Pobawiłaby się w lenia. Wystraszyła się w teatrze, sam widok min ludzi i krzyk był oczywisty i alarmował aż ponadto. A że to ona leżała w szpitalnym łóżku... wiedziała jakie mogą być najczarniejsze scenariusze w konsekwencji.
– Tak, Cyzia przyszła Cię odebrać z próby – wyjaśniła cicho, widząc, jak Sol się krzywi. Domyśliła się, że było to spowodowane bólem głowy, zatem specjalnie przyciszyła głos, by dodatkowo nie drażnił on rudowłosej.
Lekarz, który kazał zrobić prześwietlenie Sol, który jej założył kartę i przebadał na wstępie, powiedział wprost, ęe dla tancerza, dla baletnicy to oznacza koniec czynnie wykonywanego zawodu. Poorane plecy belką się zagoja, będą piec i boleć, ale się zagoją. Ale belka przygniotła ją mocno, uderzyła w biodro z taką siłą przez swój ciężar, że doszło do wysunięcia kościo biodrowej ze stawu, naderwanie mięśni, wypadnięcia z zawiasu i musieli jej nastawiać nogę... jakby była laleczką, plastikową barbie, której noga wypada jak sie za mocno pociągnie... Sol nie wróci na scene. Na dodatek mięśnie, które trzeba będzie masować i znowu obklejać plastrami, fizjoterapia...
- Neziu... mamy tu wody troszke? - poprosiła, nie pytając jeszcze o nic. Ale to i tak wisiało w powietrzu.
– Tak, już Ci daje! – zawołała i odwróciła się w stronę niewielkiej szafki, na której stał już przygotowany kubek. Ratowniczka uniosła go i zerknęła na przyjaciółkę. Po chwili namysłu sięgnęła tez po leżącą obok słomkę, którą wsunęła do kubka i dopiero taki zestaw podała Sol.
– Proszę. Słomeczka po to, żebyś nie musiała za bardzo się unosić i wyginać – poinformowała, posyłając kobiecie delikatny uśmiech.
Lekarze nic pannie Grant nie powiedzieli, po prostu nie mogli, a ona nie naciskała, nie chcąc nikogo stawiać w niezręcznej sytuacji. Mimo to blondynka potrafiła się domyślić, że nie było dobrze. Poza tym była przecież na miejscu zdarzenia, widziała nie tylko plecy Sol, ale także jej nogę, kiedy to musieli prowizorycznie usztywnić staw biodrowy i całą kończynę na czas transportu do szpitala. Nie wiedziała, co dokładnie taki uraz oznacza dla baletnicy. Wiedziała jednak, że nogi Sol to było jej narzędzie pracy, najważniejsze narzędzie pracy i najmniejszy nawet, niegroźnie wyglądający uraz mógł być dla nich szkodliwy.
Sol spojrzala na słomkę w kubku i mina jej zrzedła. O ile wcześniej była jak jajko, tak teraz chyba jak ... co jest bardziej delikatne od jajka? Jest coś takiego?
- Masz wolne? - spytała, odbierając picie i faktycznie, gdy mogła się napić wody przez słomkę, musiała przyznać, że to jednak dobry pomysł. - Dziękuję - uśmiechnęła sie blado na chwilę i znowu upiła łyk. Czuła suchość w gardle i na języku. I była głodna! I obolała. Ale głodna przede wszystkim.
 Cóż, teraz Sol nie będzie taka, jaką poznała Nezia te kilka lat temu, bo i wszystko się zmieni... Nieważne. Nie był to odpowiedni czas, by o tym myśleć.
- Jeśli jesteś na dyżurze, nie musisz ze mną siedzieć, wiesz? Nie chce żebyś miała kłopoty - zauważyła i zwróciła na to uwagę, bo widziała za Nezią złożóną jej kurtkę ratowniczą.

Rosalie miała ostatnio niewiele wolnego czasu, w jej życiu zaszyły jednak zmiany, którymi chciała podzielić się ze swoją najlepszą przyjaciółką. Zakończywszy ostatnie spotkanie tego dnia, wstąpiła do Starbucks po dwa kubki kawy - dla Sol wzięła jej ulubioną. Spodziewała się zastać rudzielca w teatrze, więc właśnie do tamtego budynku zawitała. Kilku pracowników kojarzyło Rose z widzenia, choć brunetka częściej bywała za kulisami w odwiedzinach u przyjaciółki niż na spektaklach. Chyba powinna się poprawić... Obiecała sobie, że kiedy już ona i Nick zakończą wszystkie sprawy związane z przeprowadzką, razem wybiorą się do teatru.
Jednak nie to było w tej chwili najważniejsze. Widząc rusztowania w sali, w której zazwyczaj ćwiczyła Soluszka, i charakterystyczną, żółtą taśmę, jakiej używa się przy odgradzaniu miejsca zbrodni, zamarła, a papierowe kubeczki wypadły jej z dłoni. Nie zdarzało jej się wpadać w histerię, jednak potrzebowała chwili, aby zrozumieć wyjaśnienia pracowników o tym, co poprzedniego dnia stało się na scenie. Rosalie bez chwili namysłu złapała taksówkę i pojechała do szpitala. Niemiła pielęgniarka nie chciała powiedzieć jej, w której sali leży baletnica - formalnie Rose nie była przecież z rodziny, ale w końcu udało jej się wydobyć od niej tę informację. Rosalie po cichutku weszła więc do sali, w której leżała przyjaciółka.
Rosalie przestraszyła się nie na żarty, gdy powiedziano jej, że masywny żyrandol spadł na grupę trenujących tancerzy. Chaotyczna i pewnie nieco ubarwiona relacja pracowników teatru i robotników przeprowadzających remont na sali wydawała jej się naprawdę dramatyczna. Nie udało jej się dowiedzieć od pielęgniarki w jakim stanie jest Sol, ale jeśli mogła zobaczyć się z przyjaciółką, to chyba był dobry znak. Rose cieszyła się, że nie stało się nic poważnego i, że rudzielec nie doznał obrażeń głowy lub uszkodzenia innych części ciała.
Zdawała sobie jednak sprawę, że dla baletnicy kontuzja kostki ma zdecydowanie większe konsekwencje niż dla każdego przeciętnego człowieka - Rose pewnie musiałaby odpuścić sobie noszenie butów na obcasie, ale gdyby poprawiło się jej, pewnie z powrotem wskoczyłaby w szpilki. Sol miała jednak dużo szczęścia, że wypadek skończył się dla niej tylko w taki sposób.
- Cześć - przywitawszy się, Rosalie niepewnie podeszła do przyjaciółki i usiadła na krzesełku obok łóżka. Miała nadzieję, że nie przeszkadza Sol podczas odpoczynku.
- Właśnie się dowiedziała, przyjechałam tak szybko jak tylko mogłam. Jak się czujesz? Potrzebujesz czegoś? - zapytała, przyglądając się rudzielcowi z niepokojem.
Gdyby Rosalie wiedziała wcześniej, pewnie jeszcze w nocy przyjechałaby do szpitala. Rozumiała jednak, że ani Cyzia, ani Nezia nie miały głowy do tego, by dzwonić do niej po wypadku i były po prostu zbyt zajęte. Sol, leżąc w szpitalnym łóżku blada i zmęczona, sprawiała wrażenie jakby nie była sobą. Gdyby nie włosy, Rose może nawet nie rozpoznałaby przyjaciółki. Widać było, że obrażenia, których doznała podczas wypadku są poważniejsze niż powiedziała Rosalie i sama wiedziała, ale najwyraźniej robiła dobrą minę do złej gry. Rose miała nadzieję, że rudzielec szybko dojdzie do siebie i przyjaciele będą mogli zabrać ją z przygnębiającego szpitala.
- To chociaż posiedzę z Tobą. Nie będę przeszkadzała? - zapytawszy, wzięła przyjaciółkę za rękę. Uznała, że rozmowa może poprawić Sol humor.
- Szłam do teatru, żeby z Tobą poplotkować, bo mam Ci kilka rzeczy do opowiedzenia.
Sol uśmiechneła się delikatnie, patrząc na przyjaciółkę. Jakieś to było miłe, że wszyscy, na prawdę wszyscy ci bliscy ludzie, znajdowali chwilę, by tu wpaść. Ale czemu akurat każdy przynosił te słodycze i pyszności? No ona stąd wyjdzie gruba. Bardzo chciała słuchać o tym, co u Rose słychać. O tym, co słychać o każdym i u każdego i wszędzie w ogóle. Chciała, by jej mysli odwrócić od tego, co teraz się działo. Tak, robiła dobrą minę do złej gry. Bo nie chciała martwić ani przyjaciół, ani rodziców. Wypadki chodzą po ludziach i tego powiedzonka się trzymała. To pozwalało jej się trzymać i nie załamywać. Po prostu... gdyby pomyslała, jak wielkie poniesie konsekwencje ona, bo nikt inny nie zapłaci tyle, co ruda, zaraz by się zapłakała.

Sol w szpitalu czuła się bezpiecznie. Za tymi białymi dzrwiami, poza tymi ścianami które cuchneły medykamentami i środkami dezynfekującymi, wiedziała, że czeka ją zderzenie z wynikiem, skutkiem wypadku. Nie chciała wychodzić. Jared milczał, zero telefonu, wiadomości, zniknął. Wiedziała, że ma kłopoty, ale ona... też miała. On stracił biuro, a ona...czuła jakby wszystko straciła. Nie wróci do baletu, nie ma na to szans, lekarz powiedział jej to wprost, doszło do uszkodzenia czegoś w biodrze przy miednicy... nieważne.
Całymi dniami wisiała na telefonie z JJ, Rose, Cyzią i Nezią. Te ostatnie to były jej bohaterki, zaopiekowały się nią, gdy trafiła do szpitala, dostarczyły ją tu. Rose ją odwiedziła, nie chciała by z małym przychodziła, był za malutki, mógł coś złapać... Stąd to telefon rudej to rudej najwięcej ją wyjdzie w rachunku, bo musiała słuchać głużenia Willa!
JJ dowiedziała się o wypadku Sol od samej Inez i nie traciła czasu, by jak najszybciej zobaczyć się z przyjaciółką. Willa przejęła mama Carmine'a, która w ostatnim czasie stała się jej wielką pomocą. Dzięki temu Joyce mogła zająć się Sol bez obaw o to, że jej dziecko na tym ucierpi. Współczuła kochanemu Rudzielcowi i chciała dla niej jak najlepiej, próbowała pocieszać, chociaż wiadome było, że Sol na scenie już nigdy nie stanie. JJ obiecała jej, że będzie przy niej w każdej decyzji i we wszystkim pomoże. Wszyscy pomogą; ona, Inez, Rose, Jeremy. Wszyscy. Nawet mały Willy, którego JJ postanowiła zabrać do Rudej. Miał już trzy miesiące, więc jego głośny, rozbrajający śmiech wcale nie był rzadkością. Na widok cioci Sol chłopczyk radośnie zakwikał, a JJ tylko się roześmiała.
- Patrz, kogo Ci przyprowadziłam!
Sol nie spdoziewała się JJ zastać ani tego dnia, ani do wyjścia z szpitala. Słyszała, że ta sama miała teraz zamieszanie w życiu i to całkiem poważne. Słyszała o śmierci Carmine'a. Słyszała też o tym, że ruda znalazła wsparcie i pomoc w babci maluszka. A teraz, gdy w progu rozniósł się śmiech dzieciaczka, roześmiała się. Przez łzy. Niekontrolowanie popłynęły jej po policzkach i Sol nawet się nie kryła. Ostatnio za wiele emocji się w niej gniotło, za wiele sie wydarzyło i nie miała czasu na poukładanie sobie tego i odreagowanie
- O matko, nie wierzę! Chodźcie tu do mnie szybko - ponagliła ich od razu wyciągając ręce po malucha.
JJ nie dziwił fakt, że Sol wyglądała jak zdjęta z krzyża. W końcu złamało się całe jej życie, dotychczasowe plany, marzenia. Musiała wszystko odbudowywać, wręcz z popiołów. I Joyce zamierzała jej w tym pomoc całym sercem.
- Willy tak bardzo chciał do cioci Sol, że nie mogłam go zostawić z babcią - Joyce przyspieszyła kroku i odstawiła nosidełko na wolne krzesło, wypięła malca z uprzęży i całego uchachanego podała Sol, przy okazji cmokając ją w policzek. Miała w zanadrzu mnóstwo pyszności dla rudzielca, ale najpierw Will miał zamiar zająć całą uwagę cioci.
Sol z uśmiechem objęła małego Willa. Ta kruszynka nie ważyła wiele i trzymanie go i tulenie, co teraz przynosiło tylko samą wielką radość poszkodowanej, nie sprawiało bólu. To chyba jedyna rzecz, jaką mogła robić, nie odczuwając dyskomfortu!
- Boże schrupałabym go - mrukneła żartobliwie i uniosła spojrzenie na JJ. - Co u was słychować? Wróciłaś już do domu? - uniosła brew, badawczo lustrująć przyjaciółkę, chcąc dostrzec jakiekolwiek, choćby najmniejsze oznaki żałoby, cierpienia, zmęczenia. To, że ona sama była teraz obrazem nędzy i rozpaczy nie znaczyło, że należało się nad nią użalac i nie mówić jak sie waliło u kogoś innego.
- Nie krępuj się, zeżryj całego - JJ wytknęła język w kierunku Sol i syna. - Czasami wychodzi z niego prawdziwy szatan i aż się dziwię jak może udawać takiego uroczego malca - przewróciła oczami i wyciągnęła z torby kokosanki, pomarańcze, krówki, pachnący płyn do kąpieli, dwie książki i parę innych pierdół, by trochę umilić Sol leżenie. Teraz, po miesiącu od śmierci Carmine'a, JJ czuła się już praktycznie dobrze i nie wyglądała już tak tragicznie jak przez pierwsze parę dni, kiedy była zszokowana i przerażona dwadzieścia cztery godziny na dobę.
- Ja już w porządku - zapewniła. - Musiałam wrócić, odzwyczaiłam się od Alaski i w gruncie rzeczy bardzo tęskniłam za NY. Poza tym, mama nie pozwalała mi się nad sobą użalać, tutaj mogę to robić bez ograniczeń - uśmiechnęła się, chociaż w planach rozpaczy już nie było. Dziękowała losowi, że przez ostatni rok uczucia względem bruneta zdążyły znacznie się ochłodzić, bo gdyby zginął jeszcze zanim zaszła w ciążę to byłaby pewna co do wielotygodniowego rozpaczania. Owszem, cierpiała, jak po stracie przyjaciela. Codziennie pierwszą myślą po przebudzeniu było to, że Carmine'a już nie ma, ale miała Willa, który skutecznie odciągał ją od negatywnych myśli.
- Wiesz już kiedy Cię wypuszczają? - Uniosła brew. - Wybacz Soliś, ale potrzebuję Cię na zakupy, kto mi tak doradzi nowe sukienki jak nie Ty? Teraz kiedy wyglądam równie bosko jak przed ciążą, potrzebuję nowych ubrań. Tobie też się przydadzą - zapewniła.
Sol na widok jedzenia zagryzła wargę i westchnęła. Chcą ją utuczyć. Spaść jak krowę, ot co. I jeszcze robią to tak perfidnie, przynosząc to, co lubi najbardziej! A widok zapachowych kosmetyków do kąpieli i pielęgnacji sprawił, że zamknęła oczy i zacisnęła powieki mocno. Cholera. Przeklęte te przyjaciółki kochane, one się zmówiły i jakieś przymierze zawarły, czy coś! Sol to uwielbiała, pachnące płyny, żele, sole i pastylki do wanny... Tutaj w szpitalu musiała uważac i kąpać się pod zimnymi i brzydkimi prysznicami, ale i tak ładne aromaty uprzyjemniały jej te kąpiele.
- Wychodzę za dwa tygodnie... Robią mi prześwietlenia biodra, coś tam chrupnęło, ale na szczęście gipsu nie mam, tylko mnie tak usztywniają dziwnie - odkryła się i pokazała takie... no takie coś, jakby ochraniacz, który jej podłożyli pod tyłek i z boku paskami przypięli. - Na plecach tylko opatrunki zmieniają, ale każą mi sie smarować biooilem by nie było blizn, to latem w kiecce bez pleców polatam - oznajmiła wesoło. - A zakupy? Zawsze - zapewniła. - Jutro przynieś mi katalogi z galerii, nawet na odległość coś wybierzemy - zaproponowała.
- To może jak już wyjdziesz ze szpitala to wprowadzisz się do mnie na parę dni? -Spytała, zerkając na Sol i widząc, że mały powoli zaczyna jej ciążyć, wzięła synka na ręce. - W nowym mieszkaniu mam wolne łóżko w salonie. Wiem, że to nie Wersal, ale zawsze miałabym na Ciebie oko przez pierwszych parę dni, co Ty na to? - Spytała, mając nadzieję, że Sol się zgodzi. - Will dużo czasu spędza z babcią i ciocia, więc miałybyśmy czas na jakiś babski wieczór z Neź i Rose, no weź się zgódź - spojrzała na nią błagalnie i wygięła buzię w podkówkę, tak jak Will, kiedy czegoś chciał. On wtedy dostawał wszystko, może i JJ się uda.
Oddała malca, choć niechętnie, bo taki maluch o wiele przyjemniej ciążył, niż cokolwiek innego w jej obecnym stanie. Spojrzała zaraz na JJ wyraźnie zaskoczona i propozycją i tym, że ta sie przeprowadziła.
- Słucham? Ale... nie zjamujesz już tej kawalerki? - nie słyszała o takich zmianach, no wszystko ją omijało, wszystko do diaska! - Jak to? Czemu? Od kiedy? Dlaczego ja sie dowiaduje ostatnia? - niby to naburmuszona, pstrykneła ją w ramię i czekała na wyjasnienia. Oby dobre i przekonywujące wyjaśnienia!

Po raz kolejny siegneła po słuchawkę i zadzwoniła po pielęgniarkę. Leki miała brać z 3 razy dziennie, ale ból był nie do zniesienia, opatrunki ponaklejane plastrami na zdarte plecy były dokuczliwe i same rany wydawały się ją palić żywym ogniem. Na dodatek usztywnione biodro, gdy wsunęli jej coś pod miednicę, sprawiało, że przy każdym ruchu, cały bok ją rwał. Wybicie... czegoś tam, naderwanie mięśni przy bolcu biodrowym... Dzwoniła już do teatru, znajoma z zespoły przyjechała w owiedziny i dodatkowo pomogła jej wypełnić dokumenty wnoszące o wypłącenie odpowiedniej sumy z ubezpieczenia na opłatę usług w szpitalu. Do tego dochodził wniosek o odszkodowanie... Nie wiedziała dokłądnie o co chodzi, ale jej matka już się tym zajęła. Wynajęła jakiegoś doradcę prawnego, adwokata... Sol nie wiedziała dokłądnie, miała wrażenie, że sporo rzeczy ją omija i że nie mówią jej wszystkiego. Nie chciała robić wokół wypadku szumu, choć już dowiedziała się, ze ktoś opublikował artykuł o tym zajściu, a ją już całkowicie wykreślono z branży i jej etat wykreślili z grafiku, a umowa z teatrem i zespołem została wstrzymana, zamrożona na czas jej wyjścia z szpitala. Sol wiedziała, że chcą ją po cichu odsunąć, by nie rozdmuchiwać tej sprawy. I była własnie za tym, by wszystko załatwić po cichu.
Gdy pielęgniarka podała jej lek i wyszła, leżała jeszcze chwilę, patrząc w sufit. Musiała odczekać chwilę, nim lek zacznie działać. Potem zaś znów sięgneła po kartki i długopisy. Od wczoraj na jej łóżku i szafce obok walały się białe pokreślone kartki, gazety i wycinki z stron z ilustracjami a nie z nadrukiem artykułów, nożyczki i klej. Sol znudziło się po kilku dniach wypełnianie sudoku, krzyżówek, przeglądanie podrzuconych przez przyjaciółki czasopism. W podłączonej do telewizora kablówki wciąż leciało to samo i po obejrzeniu kolejnej powtórki odcinka brazylijskiego serialu, czy amerykańskiego show miała dość. Gdy natkneła się jednak na nową reklamę perfum, promowaną oczywiście przez jedną z znanych gwiazd, nie przełączyła, ale i nie skupiła się na reklamowanym produkcie. Tylko na sukience aktorki. Olśniło ją! Ma w szafie tyle rzeczy, zakupy tak kocha, co nieco o modzie wie dzięki własnym zainteresowaniem, więc dlaczego by nie...?
Od kilku dni, a nawet właściwie od początku przybycia do szpitala i odzyskania przytomności wiedziała, że do baletu nie wróci. Nie było na to szans przez uraz biodra. O ile zdarte plecy się zagoją, a skóra się zrekonstruuje, odrośnie i wszystko się zasklepi,a  dzieki nowej technologi i możliwościom medycyny obędzie się bez blizn, tak jednak dalsza przygoda z tańcem klasycznym moze ją kosztować tylko jeszcze więcej bólu i pogłebienia urazu. Nie było szans na odbudowanie tego, co do tej pory osiągnęła. Musiała raczej szukać nowych scenariuszy i możliwości... I skoro taniec, przynajmniej ten powiązany z występem, z sławą został odsunięty, to czy musiała się ograniczać tylko do tego, by wokół jednej kategorii się trzymać?

Sol leżała, jak wczoraj, przedwczoraj i jak leżeć będzie jeszcze wiele wiele dni. Na plecach, niemal nieruchomo, oddychając powoli i miarowo. Spoglądała teraz ani nie na sudoku, ani nie na krzyżówki, czy na telewizor z podłączoną kablówką. Nawet nie na prowizoryczne szkice estradowych strojów, w które bawiła się z pasją od dłuzszego czasu, gdy jej nikt nie odwiedzał.  Patrzyła  na mały lśniący pierścionek i przygryzała wargę co chwila.
Gdy weszła do jej sali Nezia, mrukneła ciche "Hej" na powitanie i westchneła.
 - Jared wrócił - uśmiechneła się delikatnie i o wiele więcej ciepła niż w tym wyrazie, zawarte zostało w spojrzeniu rudej, ciepłym, pełnym prawdziwej miłości, mimo zranienia. - Oświadczył się - już nieco przytomniej, spojrzała na Nezię i z szerszym uśmiechem uniosła dłoń, prezentując to, co odbijało światło na palcu serdecznym.
I teraz na prawde nie było ważne to, że ona tu leży i dogorywa i jest, a przynajmniej czuje się wrakiem. Nie. Bo wrócił ktoś, komu na niej zależało i na kim zależało jej. Wrócił ten mężczyzna, u któego szukać będzie mogła wsparcia i miłości. I wiedziała, ze to otrzyma.

[całusy dla wszystkich i szczególne pozdrowionka dla Janinki za tytuł ;) ]