Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

28/09/2019

2113. All we can do is hold on

 taka krótka historia z życia Daviny, bo mnie jakieś przesilenie jesienne łapie i prawdopodobnie znikam na trochę, ale niczego nie obiecuje. Różnie ze mną bywa. Tytuł to standardowo w sumie Mendes, tym razem z Hold On.

— Nie zapomnij o burakach! — Brian, wysoki blondyn o zielonych oczach uśmiechnął się szeroko, łapiąc za dłoń drobną blondynkę. Przyciągnął ją do siebie, drugą dłoń ułożył na jej talii i wpatrywał się przez chwilę w jasne oczy dziewczyny. — Czytałem taki artykuł. Musisz jeść buraki, bo żelazo z nich chroni przed niepłodnością owulacyjną. Musisz jeść bardzo dużo buraków, kochanie — puścił jej dłoń i ułożył na bladym policzku, gładząc go delikatnie.
— Czyli od dzisiaj jemy tylko buraki — parsknęła śmiechem, układając dłoń na torsie swojego męża i z rozbawieniem pokręciła głową, wprawiając długie, blond włosy w ruch — buraki i kwas foliowy w tabletkach.
— Tak. Ja w tym czasie pójdę do apteki po zapas testów ciążowych, a później weźmiemy się do bardzo, bardzo ciężkiej pracy — nachylił się nad nią szepcząc wprost do jej ucha. Dłoń z jej talii przesunął w dół na jej lędźwie.
— Najpierw musimy znaleźć idealne miejsce dla naszego zielonego dziecka — zauważyła, sprytnie uwalniając się z objęć męża i kierując w stronę korytarza. Na białej komodzie leżała jej torebka, a na wieszaku obok wisiał cienki prochowiec w kolorze karmelu — czytałam, że lubią miejsca w odległości od dwóch do trzech metrów od okna — oznajmiła, schylając się, aby założyć czarne botki na pięciocentymetrowym obcasie — myślę, że w salonie za kanapą przy ścianie powinno być jej dobrze. Zajmij się tym, proszę. Ja zrobię zakupy i obiad, tę aptekę możesz sobie odpuścić, bo testy będą nam potrzebne zdecydowanie później, ale jak tak się rwiesz do wyjścia z domu, to możesz w końcu skończyć składać regał w sypialni. Chciałabym w końcu rozpakować wszystkie książki.
— Tylko ci te książki w głowie.
— Wprowadziliśmy się tutaj już ponad pół roku temu, a one nadal leżą w kartonie! Biran, błagam.
Westchnął ciężko i przytaknął głową, czując, że jeżeli tego faktycznie dzisiaj nie zrobi, Davina będzie na niego zła. Uwielbiał na nią patrzeć, gdy była taka uśmiechnięta, jak podczas ich krótkiej rozmowy o burakach i planowanym dziecku. Chciał spełnić każde jej marzenie, każdą, nawet najmniejszą zachciankę. Wiedział, że wycierpiała w swoim życiu już wystarczająco. Opowiadała mu o swoim dzieciństwie, o tym, jak wiele się zmieniło, gdy okazało się, że jej mama jest ciężko chora.
Kiedy uklęknął przed nią, prosząc ją, aby za niego wyszła, przysiągł sobie, że zrobi wszystko, aby już zawsze była szczęśliwa. Niezależnie od wszystkiego. Dlatego tak bardzo się zawsze dla niej starał. Oczywiście nie byli idealnym małżeństwem. Zdarzały im się kłótnie. Czasem mniejsze, innym razem dużo większe. Był taki jeden wieczór, podczas którego bał się, że ją może naprawdę stracić. Była na niego wściekła, chociaż do końca nie rozumiał, o co. Cały czas krzyczała i wyciągnęła już nawet z szafy walizkę, gotowa do spakowania siebie. Powtarzała, że ma dość, że wróci do rodziców, że nie tak wyobrażała sobie życie.
Przytulił ją wtedy mocno do siebie i złożył obietnicę, którą zamierzał dotrzymać. Porozmawiali na spokojnie i okazało się, że to on nie dostrzega wielu rzeczy, które robiła ona. Nie doceniał tego wszystkiego, co od niej otrzymywał. Poprawił się. Po pół roku odbyli poważną rozmowę dotyczącą powiększenia rodziny i… I byli właśnie teraz w tym miejscu, gotowi do wszystkiego, co sobie założyli.
— Nie wiem czy zdążę je skręcić. Muszę iść do sklepu… Poczekaj. Nie ubieraj się — podszedł do niej i chwycił płaszcz, który właśnie zamierzała założyć — daj mi listę zakupów, ja je zrobię. Muszę i tak kupić kilka wkrętów i śrub. Parę gwoździ i innych takich. No wiesz, muszę złożyć regały, dla mojej pięknej żony — wyszczerzył się wesoło i odwiesił karmelowy prochowiec na wieszak. Wsunął na nogi trampki i zarzucił przeciwdeszczową kurtkę — odpocznij sobie i znajdź idealne miejsce dla monstery. Wymyśl też dla niej imię. Nie może być bez imienia, w końcu to nasze zielone dziecko — zaśmiał się, cofając się do salonu po portfel. Wsuwając go do kieszeni spodni, pocałował na pożegnanie Davinę i zamknął za sobą drzwi mieszkania.

Blondynka siedziała w pokoju, który służył im tymczasowo za składzik. Stała w nim drabina oparta o ścianę, kilka jeszcze nierozpakowanych kartonów, między innymi właśnie z książkami, kartony po sprzęcie AGD, w których wciąż leżały karty gwarancyjne i inne dokumenty. Davina odsunęła na bok te ciężkie, pełne książek, zostawiając je sobie na później. Skoro Brian obiecywał, że skręci dziś regały, będzie mogła w końcu ułożyć na nich książki. Dlatego zabrała teczkę z przegrodami i zaczęła ich opisywanie. Powinni w końcu zacząć tutaj sprzątać, skoro zdecydowali się na dziecko. Nie zamierzała przeprowadzać tu gruntownego remontu i urządzać wszystkiego pod niemowlę. Chciała po prostu ogarnąć te rzeczy, które już dawno powinny być uporządkowane. W końcu dokumenty powinny być w teczkach, a te kilka kartonów już w śmietniku.
Zatracona porządkami nawet nie zwróciła uwagi, ile minęło czasu. Lista zakupów była dość długa, więc nie zastanawiała się nad tym, dlaczego Briana nie ma jeszcze w domu. Dźwięk telefonu oderwał ją jednak od wykonywanych czynności.
Spojrzała na wyświetlacz i uśmiechnęła się widząc numer męża. Czyżby zgubił listę?
— Tylko nie mów, że nie wiesz, co masz kupić — odebrała z szerokim uśmiechem, jednak ten momentalnie zniknął z jej twarzy, kiedy w słuchawce wcale nie usłyszała swojego męża. Zmarszczyła brwi, a na twarzy pojawiło się zdezorientowanie.
Wypuściła telefon z dłoni. Dźwięk upadającej komórki na podłogę rozbrzmiewał jeszcze przez chwilę w pomieszczeniu. Davina stała w miejscu, wpatrując się tempo przed siebie. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, który sprawił drżenie drobnego ciała. Rozchyliła delikatnie wargi, wpatrując się cały czas nieobecnym spojrzeniem gdzieś przed siebie.
Cały świat, przestał nagle istnieć.
— Nie, nie. To niemożliwe — powiedziała nagle do siebie, jakby jej dusza wróciła właśnie do ciała. Okręciła się szybko wokół siebie i ruszyła w stronę korytarza. — To niemożliwe, to się nie dzieje — powtarzała, szybko wsuwając stopy w czarne botki. Złapała w rękę prochowiec, drugą sięgnęła po torebkę.
Ciągle powtarzała sobie te same słowa. Tak naprawdę, przecież ledwo, co rozpoczęli wspólne życie. Dlaczego niby, miałoby się wydarzyć coś takiego? To nie mogła być prawda. Musieli się pomylić, ktoś musiał z pewnością ukraść jego telefon, to na pewno nie mogło chodzić o jej Briana. Ktoś musiał go z kimś pomylić, z kimkolwiek.
Nie mogła go przecież stracić.
Wybiegła z mieszkania, trzaskając za sobą drzwiami. Nawet nie zastanawiała się nad tym, aby zamknąć je na klucz. To w tym momencie nie miało znaczenia, nawet najmniejszego. Chciała, jak najszybciej znaleźć się pod wskazanym adresem komendy, chciała wysłuchać wszystkiego i dowiedzieć się, że zaszła potworna pomyłka, że to jakiś mało śmieszny żart, że to wszystko, to nieprawda… Bo to nie mogła być prawda. Nie mogła.
— Doszło do strzelaniny — usłyszała głos, którego wcale nie chciała słyszeć. Spoglądała na siedzącą naprzeciwko niej kobietę o długich, czarnych jak smoła włosach. Wypowiadała kolejne słowa, ale Davina za wszelką cenę próbowała ich nie słuchać. Te huczały jednak w jej głowie. Były coraz głośniejsze, gdy starała się coraz bardziej udawać, że to wszystko nie dotyczy jej. Powtarzała sobie, że to pomyłka. Błąd.
Przecież nie znali Briana. Wystarczyło, aby ktoś ukradł jego portfel i telefon.
Łatwo było o pomyłkę. Za łatwo.
— Gdzie on jest? Gdzie jest mój mąż? — Spytała zachrypniętym głosem, którego nie rozpoznała, gdy sama go usłyszała. Obraz stawał się coraz mniej wyraźny, bo do oczu nachodziły łzy. Coraz więcej łez. — Chcę zobaczyć mojego męża — trzymała się twardo tej możliwości, której już wcale nie było. Chciała wierzyć, że jest jakaś szansa…
Nie było.
— Musisz się trzymać. Jedyne, co możesz teraz zrobić — odwróciła głowę w bok, słysząc jego głos. Siedział na krześle obok niej, ale przecież nawet nie usłyszała, kiedy wszedł do pomieszczenia, przed chwilą było tu tylko jedno krzesło. — Dla mnie i dla siebie, Davie.
Pokręciła tylko przecząco głową.
— Nie mogę — wyszeptała cicho, zaciskając mocno pięści.
— Słucham? — Policyjna psycholog spojrzała podejrzliwie na blondynkę.
— Nie mogę — powtórzyła cicho — nie mogę — powiedziała nieco głośniej, rozluźniając pieści i układając je na drewnianym biurku. Zaciskała wargi, nerwowo, co chwilę przełykając ślinę.
— Czego nie możesz? Powiedz mi, czego nie możesz — jej głos brzmiał tak spokojnie i kojąco. Potrzebowała teraz takiego ukojenia, ale fizycznie. Te z kolei, mógł dać jej tylko Brian, ale go nie było.
— Nie mogę żyć bez niego. Potrzebuję go. Oddajcie mi go. On musi wrócić.

18/09/2019

2112. Nie czujemy braku rzeczy, których nie znamy, a jednak istnieją one na swój sposób i wywierają na nas wpływ

Podkład: Imagine Dragons - It's time 

01.09.2019, Portoryko (USA)

W ten z pozoru normalny dzień jak zwykle załatwiam ostatnie dokumenty potrzebne do szybkiego opuszczenia Portoryko, w którym spędziłem ostatni tydzień, trochę za mocno irytując swoim zachowaniem dopiero co poznanych kompanów od kieliszka i wyjazdu do Grecji, nie podejrzewając, że pewna spokrewniona ze mną osoba, na kontynencie będącym według większości podań kolebką ludzkości, targana wyrzutami sumienia i wysoką gorączką wywołaną przez jedną z bardziej śmiertelnych chorób pisze właśnie pożegnalny list mający wpłynąć na moje dalsze losy oraz wywrócić znany mi do tej pory świat o sto osiemdziesiąt stopni.

04.09.2019, Goma (Demokratyczna Republika Konga, prowincja Kiwu Północne) 

Dokładnie o godzinie trzeciej nad ranem czasu lokalnego ostatni oddech oddaje mój biologiczny ojciec, o czym nie mam jeszcze zielonego pojęcia, a sporządzone wcześniej przez niego zapiski zostają wysłane do wszystkich zainteresowanych.

17.09.2019, Plaka (Ateny, Grecja)

Nastaje historyczna dla mnie doba, choć silny wiatr wiejący od morza w połączeniu z szalejąca ulewą zapowiada prędzej kataklizm niż narodziny nowej epoki. Wąskie uliczki praktycznie świecą pustką, bo większość turystów pochowała się w luksusowych hotelach, a dzieciaki w wieku szkolnym mają przed sobą jeszcze kilka godzin spędzonych w twardych ławkach. Ja jednak wbrew wszystkiemu nie zamierzam zrezygnować tak łatwo z podziwiania uroków miasta nim znów będę musiał stawić się w miejscu wykopalisk. Kilka kropel wody w końcu nikomu jeszcze nie zaszkodziło, a kto wie co ciekawego wyrzuciły na brzeg spienione fale... Może przypadkowo znajdę jakąś starożytną ozdobę, która normalnie spoczywałaby głęboko na dnie...
- Proszę poczekać! - Z zamyślenia wyrywa mnie zdecydowany męski krzyk, a gdy zaskoczony obracam się ku jego właścicielowi, widzę barczystego ciemnego blondyna, biegnącego w moją stronę i wymachującego jakąś kopertą.
- O co chodzi? - Pytam, przyglądając się mu dokładniej. Mimo szerokich ramion i twardego spojrzenia niebieskich oczu nie przypomina raczej rządnego krwi wampira, a entuzjastyczna rekcja towarzyszących mi czworonogów sprawia, że resztki niepewności, jaką uprzednio odczuwałem, pierzchają. 
- To Ty jesteś Munir Khan? - Rzuca, niepewnie lustrując wszelkie zachodzące w mojej mimice zmiany.
- Owszem. - Potwierdzam, ponownie doznając przypływu adrenaliny.
- W takim razie cieszę się, że po prawie dwóch tygodniach niestrudzonych poszukiwań udało mi się Cię wreszcie znaleźć. - Oświadcza przechylając nieznacznie głowę i wpatrując się we mnie z widocznym zaciekawieniem. - Nazywam się Manoli Wenizelos i, według tego listu, jestem Twoim młodszym bratem. - Podaje mi dokument.
- Że co proszę?! - Nawet nie próbuję kryć swojego zdziwienia. Gdyby z dziennego nieba spadła teraz wielokilogramowa asteroida i uderzyła w ziemię albo nastąpiła inwazja kosmitów, chyba nie wywołałoby to we mnie większego szoku. - Przecież to niemożliwe! - Zaprzeczam, opierając się plecami o chłodny mur budynku, by nie zemdleć. - To chyba jakiś żart. - Drżącymi z nadmiaru emocji dłońmi rozrywam papier i zagłębiam się w lekturę.

01.09.2019 r., Goma, obóz Lekarzy bez granic

Na początek chciałbym zaznaczyć, że nigdy nie byłem mistrzem w wyrażaniu słowami swojego stanu duchowego, a powoli odbierająca mi władzę nad ciałem gorączka krwotoczna Ebola tylko to utrudnia. Zanim zapomnę, powiem więc: przepraszam za wszystko, nigdy niewidziany synu. Za to, że przez blisko czterdzieści lat musiałeś żyć w kłamstwie wyłącznie z powodu mojego egocentryzmu. Za to, że kazałem milczeć Twojej matce. Za to, że mężczyzna, który się Tobą opiekował, nie mógł powiedzieć Ci prawdy, bo sam jej nie znał. Skoro i tak leżę już na łożu śmierci, mogę przyznać to na głos: ważniejsze dla mnie było dobro nazwiska rodowego niż pierworodnego. Mam nadzieję, że kiedyś będziesz mi w stanie to wybaczyć, bo nikt nie zasłużył sobie na wieczną tułaczkę za grzechy młodości. 

Twój tchórzliwy ojciec,
Leander Wenizelos

PS. Zdaję sobie w pełni sprawę, że możesz uważasz całą tę historię za wyssaną z palca, toteż poniżej załączam nowojorski adres kobiety, która mogłaby ją łatwo potwierdzić. Nie jestem jednak pewny, czy nadal tam mieszka. 

Ktokolwiek rzeczywiście był autorem tych słów, miał rację. Nie zamierzałem ufać w całe to przedstawienie, dopóki nie potwierdzę jego autentyczności w kilku niezależnych od siebie źródłach. Oczywiście mógłbym od razu porównać swój materiał DNA z pochodzącym od stojącego obok faceta, ale to kosztowałoby o wile więcej pieniędzy niż bilet do Ameryki, a zresztą na wyniki i tak musiałbym czekać prawie miesiąc.

- Zmieniłeś zdanie? - Indaguje, gdy tylko odrywam oczy od spisanych ołówkiem liter.
- Sam nie wiem, muszę to jeszcze sprawdzić.
- Rozumiem, sam jestem tym bardzo skołowany. - Kiwa głową, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. - Pozwól tylko, że dam Ci coś na pamiątkę naszego spotkania. - Znika w pobliskiej tawernie, z której wychodzi po chwili z najwyżej rocznym psem rasy aidi. - Ojciec kupił go tuż przed wyjazdem na misję,a teraz nie ma się nim kto zająć. Moja praca sprawia, że zbyt wiele czasu spędzam na morzu,a  nasza siostra, Eufrazja nie nadaje się na właścicielkę tak dużego i wymagającego czworonoga. Ty natomiast masz już trzy suczki, toteż...
- Chętnie wezmę go pod swoje skrzydła. - Mówię praktycznie bez zastanowienia. - Jak ma na imię?
- Aion. - Owczarek na dźwięk tego słowa natychmiastowo strzyże uszami, rozglądając się uważnie dookoła. - Na odwrocie obroży znajdziesz mój numer, pod który możesz zadzwonić, gdy stwierdzisz, że nadeszła pora.
To powiedziawszy, oddala się z powrotem w stronę budynków, a ja stoję w miejscu niczym posąg otoczony przez cztery pupile, usiłując zebrać myśli przechodzące mi przez umysł niczym fale tsunami. Podsumujmy... Jeśli te informacje są rzeczywiste, to właśnie zyskałem dodatkowego zwierzaka, moja rodzina znacznie się powiększyła, a ja sam nagle z pół Hindusa przemieniłem się w pół Greka. Jakie zawirowania wprowadzi w moje losy wizyta u wspomnianej przez denata nieznajomej, zakładając, że uda mi się ją zlokalizować...? I co ważniejsze, z jak poważnymi zmianami będą się one wiązały?  Czy będę potrafił sobie z nimi poradzić? Im dłużej tak stoję, tym więcej niepewności zaczyna mnie przytłaczać, więc po raz pierwszy cieszę się, gdy w kieszeni wibruje mi komórka, przypominając o nadejściu odpowiedniej pory na wyruszenie do pracy. Może niepotrzebnie się zamartwiam, skoro i tak na to, co wydarzy się w przyszłości w związku z dzisiejszymi wydarzeniami i tak nie mam wpływu. Jedno jest pewne - cokolwiek się stanie, do Stanów nie wróci już ten sam Munir co dawniej.

***

Cytat w nagłówku pochodzi z książki Globalia autorstwa J.Ch.Rufina.

10/09/2019

[KP] „I promise you the truth can't hurt us now.”

 „But the blood on my hands scares me to death...”


Jaime Moretti

nici | karty i notki | Henio | auto


14 lipca 2000 rok | student antropologii sądowej na NYU | jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji | jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale | pochodzi z Miami | dzieciak z bogatego domu | świadek morderstwa swojego brata | You can't wake up, this is not a dream | mniej pije | bardzo rzadko chodzi na imprezy | ogranicza inne używki | stara się zachowywać bardziej racjonalnie | najczęściej walczy na ringu | chce postępować bardziej odpowiedzialnie i rozsądnie | pragnie nawiązywać zdrowe relacje | kilka bliższych znajomości nadzieją na lepsze jutro |  I'll be good, I'll be good and I'll love the world like I should

 

 


„...Maybe I'm waking up today...”

 


    Usiadł na ławeczce przy nagrobku, który głosił niezmiennie James Moretti, syn, brat, bratanek, przyjaciel 09.08.1998 – 29.08.2009, a na płycie wciąż od trzynastu lat leżał zabawkowy aligator. Trawa dookoła była równo przycięta, niedaleko rosła jedna z kilku palm, lecz nie dawała wystarczająco dużo cienia. Ale Jaime’emu to nie przeszkadzało. Kochał słońce, choć… był okres w jego życiu, kiedy wolał ciemne chmury.

– Cześć, Jimmy – zaczął z lekkim uśmiechem. Zerknął na oryginalny znicz, który przyniósł pewnego razu Jerome, a potem na swój, który przed chwilą zapalił. – Od czego by tu zacząć… Już ze mną lepiej. Myślę, że dobrze o tym wiesz. Mówią, że gdzieś koło mnie zawsze jesteś. To trochę creepy, nie uważasz? – kąciki jego ust powędrowały wyżej. – Nawet wtedy, kiedy jestem z Noah? Lepiej nie… – pokręcił głową z rozbawieniem. – Właśnie, Noah. Pamiętasz, nie? Był tutaj ze mną, a potem… potem mu opowiedziałem o tobie i o tym, co się stało – z jego twarzy zniknął uśmiech. Westchnął cicho. – Nie odrzucił mnie, wiesz? Właśnie zachował się tak, że nawet nie miałem na to nadziei, że tak postąpi. Przytulił mnie i… zapewnił, że chce ze mną być. Tak samo jak Jerome. Nadal się przyjaźnimy i mam nadzieję, że nie przeszkadza ci to, że nazywam go bratem. Aha, i przepraszam za tamto na Barbadosie. Ja po prostu… nie wiem, straciłem wiarę na tę jedną chwilę – kciukiem i palcem wskazującym pokazał niewielką odległość prezentując, o jak krótką chwilę mu chodziło. – Ale na serio, teraz wszystko ze mną dobrze. Nie zachowuję się już tak autodestrukcyjnie i nie myślę tak często o tym, że nic by się nie stało, gdyby mnie zabrakło. Właściwie… prawie w ogóle o tym nie myślę. Bo, wiesz, teraz moją głowę zaprzątają przyjaciele. Tak, mam ich, powoli umiem już w relacje międzyludzkie. Rodzina i Noah. Teraz w moje urodziny powiedział mi, że mnie kocha – uśmiechnął się szeroko, przypominając sobie ten moment i aż westchnął rozmarzony. – Ja mu też to powiedziałem, ponieważ też to czuję. Dziwnie – potrząsnął głową, ale wciąż się uśmiechał. – Minęło trochę czasu, a ja nadal mam trudności, aby w to uwierzyć. Nie w to, że Noah mnie kocha, absolutnie to nie to. Raczej to, że ktoś był… jest w stanie mnie kochać. Wie o mnie tyle, te wszystkie straszne rzeczy i… kocha mnie. Niewiarygodne – wbił spojrzenie w grobową płytę. – Może jednak nie jestem taki zły, skoro ludzie chcą utrzymywać ze mną kontakt, chcą się spotykać i ze mną rozmawiać… i bawić się ze mną… – zamilkł, czując nagły napływ wspomnień. Tych wszystkich miłych, radosnych rzeczy i chwil, jakie spędzał z bliskimi sobie osobami. – Najwyraźniej da się ze mną wytrzymać. I odkryłem też, że potrafię się śmiać i cieszyć się chwilą. Moje żarty są słabe, ale staram się w ogóle żartować. Okazało się też, że niezła ze mnie gaduła. I drama king – zaśmiał się cicho, ale krótko. – Nie spodziewałem się, że mogę się tak często śmiać, że potrafię to robić. Zaskakujące… I uśmiech nie sprawia, że mam wyrzuty sumienia, że nie powinienem tego robić. Nadal nie przepadam za ludźmi, nie lubię tłumów i jestem wciąż nieśmiały w kontaktach z obcymi, ale nie jest tak źle. Naprawdę jest ze mną o niebo lepiej. Są ludzie, na których mi zależy i którym zależy na mnie. Chyba nie musisz się już o mnie bać, Jimmy.



Cześć! W karcie przewija się Christina Perri, Halsey i Jaymes Young. Na zdjęciu Tom Holland. Jaime czyta się przez "h". Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)


[KP] „I have wasted so much time pretending I'm not lying about who I am.”

I’m a goner, somebody catch my breath, I want to be known by you.
Jaime Moretti


https://images89.fotosik.pl/459/ea59076e664142d1.png    https://images92.fotosik.pl/458/39842447863518b1.png    https://images90.fotosik.pl/458/781de69984236de2gen.png    https://images89.fotosik.pl/459/acf006f11e3bee4egen.png    https://images91.fotosik.pl/457/ab467beaea68ff8f.png
But the blood on my hands scares me to death...

14 lipca 2000 rok — student antropologii sądowej na NYU — jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji — jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale — pochodzi z Miami — dzieciak z bogatego domu — świadek morderstwa swojego brata — You can't wake up, this is not a dream — mniej pije — bardzo rzadko chodzi na imprezy — ogranicza inne używki — stara się zachowywać bardziej racjonalnie — najczęściej walczy na ringu — chce postępować bardziej odpowiedzialnie i rozsądnie — pragnie nawiązywać zdrowe relacje — kilka bliższych znajomości nadzieją na lepsze jutro — I'll be good, I'll be good and I'll love the world like I should

...Maybe I'm waking up today...
© BLACK DREAMER


Cześć! W karcie przewija się Halsey, Jaymes Young i Twenty One Pilots, w tytule Decyfer Down. Na zdjęciu Tom Holland. Jaime czyta się przez "h". Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)

[KP] "Because you might not like what you see."

end
Fear, oh fear, I'm still here
end
Jaime Moretti
.
end

14 lipca 2000 rok ✗ student antropologii sądowej na NYU ✗ jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji ✗ jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale ✗ pochodzi z Miami ✗ dzieciak z bogatego domu ✗ świadek morderstwa swojego brata ✗ You can't wake up, this is not a dream ✗ dużo pije ✗ dużo imprezuje ✗ korzysta z innych używek ✗ trochę szalony ✗ are you insane like me? ✗ nierzadko wdaje się w bójki ✗ czeka do ostatniej chwili nim ucieknie z torów przed pociągiem ✗ śmieje się w głos z rozpaczy ✗ I wanna feel something


nici ✗ notki ✗ karty

end
.
I'm scared to live but I'm scared to die...
end

Cześć! W karcie przewija się Halsey i NF, w tytule cytat z serialu (mam nadzieję, że z serialu i czegoś nie pomyliłam). Na zdjęciu Benjamin Wadsworth. Od dawien dawna siedzę na Indywidualnie, ale na takim blogu już mnie dawno nie było ;) Jaime czyta się przez "h". Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)
Szablon karty w wykonaniu Black Dreamer <3

[KP] "Are you insane like me?"



Jaime Moretti

19 lat | student antrolopogii sądowej na NYU | jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji | jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale | pochodzi z Miami | dzieciak z bogatego domu | świadek morderstwa swojego brata | You can't wake up, this is not a dream | dużo pije | dużo imprezuje | korzysta z innych używek | trochę szalony | trochę wyprany z emocji | nierzadko wdaje się w bójki | czeka do ostatniej chwili nim ucieknie z torów przed pociągiem | śmieje się w głos z rozpaczy | I wanna feel something | nici


I'm scared to live but I'm scared to die...



Cześć!
W karcie przewija się Halsey i NF. Na zdjęciu Benjamin Wadsworth. Od dawien dawna siedzę na Indywidualnie, ale na takim blogu już mnie dawno nie było ;) Jaime czyta się przez "h".
Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)

[KP] "So many thoughts that I can't get out of my head."




But the blood on my hands scares me to death...

14 lipca 2000 rok — student antropologii sądowej na NYU — jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji — jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale — pochodzi z Miami — dzieciak z bogatego domu — świadek morderstwa swojego brata — You can't wake up, this is not a dream

...Maybe I'm waking up today...

mniej pije — bardzo rzadko chodzi na imprezy — ogranicza inne używki — stara się zachowywać bardziej racjonalnie — najczęściej walczy na ringu — chce postępować bardziej odpowiedzialnie i rozsądnie — pragnie nawiązywać zdrowe relacje — kilka bliższych znajomości nadzieją na lepsze jutro — I'll be good, I'll be good and I'll love the world like I should
jaime moretti
© BLACK DREAMER

Cześć! W karcie przewija się Halsey, NF i Jaymes Young, w tytule Three Days Grace. Na zdjęciu Benjamin Wadsworth. Jaime czyta się przez "h". Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)

[KP] „Can't escape the fallout.”

Jaime Moretti
https://images90.fotosik.pl/529/82fef62d4d6e8313gen.png    https://images92.fotosik.pl/530/b9ad10e6dac1f618gen.png    https://images92.fotosik.pl/530/6247c43ea213c5d3gen.png    https://images89.fotosik.pl/529/3e0ebd5bdc6cd777gen.png    https://images89.fotosik.pl/529/ed376a265469a11agen.png

But the blood on my hands scares me to death...

14 lipca 2000 rok — student antropologii sądowej na NYU — jego mózg nie broni się przed nadmiarem informacji — jeden z najlepszych studentów na swoim wydziale — pochodzi z Miami — dzieciak z bogatego domu — świadek morderstwa swojego brata — You can't wake up, this is not a dream — mniej pije — bardzo rzadko chodzi na imprezy — ogranicza inne używki — stara się zachowywać bardziej racjonalnie — najczęściej walczy na ringu — chce postępować bardziej odpowiedzialnie i rozsądnie — pragnie nawiązywać zdrowe relacje — kilka bliższych znajomości nadzieją na lepsze jutro — I'll be good, I'll be good and I'll love the world like I should

...Maybe I'm waking up today...
I'm kinda like a perfect picture with a broken frame
© BLACK DREAMER

Cześć! W karcie przewija się Sarah Jeffery, Halsey i Jaymes Young, w tytule Unsecret x Neoni. Na zdjęciu Tom Holland. Jaime czyta się przez "h". Szukamy powiązań do najróżniejszych wątków, szalonych, ale i spokojniejszych :)

01/09/2019

2111. Zasłużył sobie,
I ma za swoje

– Nie będziesz dłużej prowadziła programu, Cooper. Sara ma od ciebie lepsze wyniki.
Słowa wciąż dźwięczały w jej głowie, odbijały się echem i doprowadzały do szału. Nie mogła się ich pozbyć, choć próbowała na wiele sposobów. Głośna muzyka, oglądanie ulubionych musicali, a nawet wyjście na imprezę. Nic nie pomagało, a z czasem zaczęło być gorzej. Muzyka kojarzyła jej się z faktem, że już nie będzie prowadziła programu, a oglądanie musicali utwierdzało ją w przekonaniu, że nie spełni swoich marzeń. Głos Hugh`a Jackmana nie działał już kojąco, a The Greatest Show wywoływało w niej odruch wymiotny. Piosenka, która niegdyś stała się dla niej inspiracją, która motywowała ją do działania i utwierdzała w przekonaniu, że to co robi ma sens, teraz stanowiła źródło cierpienia spowodowanego porażką.
Musiała to przyznać – przegrała. Dała się podejść niczym dzieciak i przegrała. Sara odebrała jej wszystko. Pracę, którą naprawdę uwielbiała oraz jedyną osobę, która potrafiła ją zrozumieć i która nigdy by się od niej nie odwróciła. Brat zawsze stał za nią murem, zawsze ją bronił, nawet kiedy robiła niemoralne głupstwa. Nigdy nie zadawał pytań, nigdy nie osądzał ani nie oceniał. Wyciągał ją z problemów, krył przed rodzicami i sprawiał, że jej codzienne życie było bardziej znośne. To on pomógł jej się podnieść, kiedy dowiedziała się o zdradzie Olivera. Siedział tak długo, póki się nie uspokoiła. Przychodził codziennie, pilnował, aby jadła i piła. Czasami siłą wyciągał z pustego mieszkania, zawoził do sklepów, aby w końcu coś wybrała i jakoś urządziła te pomieszczenia. Nabijał się z niej, kiedy wszedł do pstrokatego mieszkania, w którym każde pomieszczenie było urządzone w innym stylu. Sypialnia była przytulna i wszędzie walały się puchate poduszki. Kuchnia była przerażająco... nowoczesna i czysta, bo Klara nigdy nie nauczyła się gotować, w łazience panował tak romantyczny klimat, że Simonowi robiło się niedobrze od samego patrzenia, natomiast w salonie... W salonie nic do siebie nie pasowało. Kolor kanapy kłócił się z kolorem foteli. Stół nie pasował ani do foteli ani do kanapy. Telewizor stał na pstrokatej szafce, którą wytrzasnęła chyba z pokoju dla jakiegoś dziecka z artystyczną duszą. Dywan był, a jakże!, puchaty i przyjemny w dotyku, a przy tym tak jaskrawopomarańczowy, że nie mógł na niego patrzeć. Nawet sztuczne kwiatki, bo wszystkie prawdziwe Klarissa i tak by zamordowała, nie pasowały do wystroju. Upodobała sobie słoneczniki, bo kiedyś była w galerii sztuki i tylko obraz słoneczników jej się spodobał. Było to sukcesem, ponieważ Klara nie lubiła obrazów, a do galerii chodziła tylko w ostateczności.
Simon był jedyną osobą, na której jej zależało, a teraz go straciła. Nie bolała ją utrata wymarzonej posady, którą zdobyła dzięki znajomościom. Chociaż lubiła swój program, to bardziej bolała ją utrata brata. Pracę mogła znaleźć sobie inną. Była młoda, zdolna, a jej nazwisko było już rozpoznawane w niektórych kręgach. Z drugiej strony, to ona wymyśliła ten program, to ona zaproponowała, aby zapraszać młodych, utalentowanych muzyków, którzy dopiero stawiają kroki w branży i pomagać im się wybić. Osobiście pisała scenariusze i przeglądała różne portale społecznościowe w poszukiwaniu artystów. Przesłuchiwała ich kawałki, zapraszała do programu, a potem z uśmiechem na ustach lądowali przed kamerami. Włożyła w to wiele pracy oraz serca, a teraz całą śmietankę spijała Sara!

 Szkoła średnia, Nowy Jork, Kilka lat wcześniej...

– Co się stało twojej córce?
Krótkie pytanie wyrwało Ashley z zamyślenia. Kobieta oderwała wzrok od nowej ustawy dotyczącej wycieczek szkolnych i przeniosła go na sekretarkę, która postawiła na biurku filiżankę z herbatą.
– Co masz na myśli? – Ashley poprawiła okulary, które zsunęły jej się na czubek nosa i wbiła wzrok w uważną kobietę.
– Nie widziałaś co dziś Klara założyła?
Nikogo nie powinno już dziwić, że Ashley nie miała pojęcia, w co takiego ubrała się jej jedyna córka. Klara niejednokrotnie szokowała swoim wyglądem oraz zachowaniem. I chociaż wiele razy próbowała do niej dotrzeć, to do tej dziewczyny nic nie docierało. Niektórzy prześmiewczo twierdzili, że prędzej ściana by zrozumiała niż panna Cooper. Ashley często łapała się na myśli, że żałuje, że zdecydowała się na kolejne dziecko. Simon nie sprawiał takich problemów. Owszem, miał sporo za uszami, ale w porównaniu z młodszą siostrą stanowił przykład idealnego dziecka. Odeszłoby jej naprawdę wiele problemów, gdyby Klary nie było.
– Jak bardzo tym razem przesadziła? – zapytała Ashley, podnosząc się z fotela. Sekretarka spojrzała na nią zaskoczona.
– Ale... – zacięła się, wyraźnie zmieszana. – Klara wygląda i zachowuje się, jakby wyszła z domu sióstr zakonnych – powiedziała w końcu, a Ashley z wrażenia musiała usiąść.

 Ten sam czas, inna część szkoły

Klara siedziała na ławce. Na kolanie położyła sobie zeszyt w formacie A4 w twardej oprawie, a do ust wsadziła końcówkę ołówka, którą lekko przygryzła. Na chwilę zamarła w tej pozycji, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. W końcu wyciągnęła ołówek z ust, wrzuciła go do skórzanej torby i ze złością zamknęła zeszyt, który po chwili również schowała. Przerzuciła torbę przez ramię i gwałtownie podniosła się z ławki. Wygładziła spódnicę, która sięgała jej do połowy łydki i stukając obcasami, ruszyła w kierunku Sali, w której miały odbyć się zajęcia z języka francuskiego.
– Klarisso Cooper.
Na dźwięk swojego nazwiska aż się zatrzymała. Powoli odwróciła się do osoby, która ją wołała.
– Słucham, pani dyrektor – odpowiedziała grzecznie, wpatrując się jak Ashley kręci z niedowierzania głową.
– Coś ty znów wymyśliła? – Kobieta od razu przeszła do rzeczy, dobrze wiedząc, że gdyby zaczęła bawić się w jakieś słowne gierki, to skazałaby samą siebie na porażkę. Również teraz złapała się na tym, że nieco źle dobrała słowa, ponieważ Klara wyglądała, jakby zupełnie nie rozumiała, o co jej chodziło. – O co chodzi z tym strojem? – sprecyzowała, wskazując na długą spódnicę córki i grzeczny sweterek, nieco szerszy u doły.
– Mój strój jest zgodny z regulaminem szkoły. Nie rozumiem o co chodzi, pani dyrektor – odpowiedziała, widząc jak matka zaciska dłonie w pięści.
– O to mi właśnie chodzi. Jesteś ubrana zgodnie z regulaminem, od rana nikt się na ciebie nie skarżył. Podobno nawet masz zrobione wszystkie zadania domowe. Jeśli myślisz, że uwierzę w twoją nagłą przemianę, to jesteś w ogromnym błędzie, Klarisso.
– Więc skoro wszystko jest dobrze, to pozwól, że się oddalę. – Skinęła lekko głową. – Matko – dodała, poprawiając pasek od torby, który zaczął zsuwać jej się z ramienia.
– Porozmawiamy w domu – rzuciła na odchodne Ashley, a Klara odprowadziła ją wzrokiem. Następnie odwróciła się i nim weszła do klasy, usłyszała jeszcze: – A na wakacje jedziesz do ojca!

Jednak Klara w te wakacje nie zjawiła się w domu ojca. Zadzwoniła jedynie do matki i powiedziała, że jest na miejscu, ale musi co dwa tygodnie przelewać jej trochę pieniędzy, bo mężczyzna nie chce jej sponsorować. Ashley trochę pomruczała pod nosem, powyzywała byłego męża, ale nie zadawała pytań. Obiecała córce, że przelewy będą i jeszcze raz poprosiła, aby nie narobiła zbyt wielu kłopotów. Klara jedynie uśmiechnęła się pod nosem, a powiew wolności sprawił, że na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
To były najlepsze wakacje w jej życiu. Podróżowała po całych Stanach, spała w tanich motelach albo na tylnym siedzeniu swojego samochodu. Kupowała bilety na koncerty chwilę przed wejściem na wyznaczony teren i świetnie się bawiła. Poznała masę ludzi, z którymi przeżywała liczne przygody. Całowała się w czasie sztormu, uprawiała seks pod gwiazdami i ukrywała się przed policją. Spróbowała amfy, hery i LSD. Kłamała, zmyślała, kręciła i ukrywała się przed policją. Nie musiała martwić się o pieniądze. Jej konto było zasilane kilka razy w miesiącu. Dwa razy przez matkę, raz przez ojca, który od kilku miesięcy przelewał alimenty na jej kont, a resztę zdobywała na animacjach dla dzieciaków. Czasami dzwoniła do matki i ze zdziwieniem odkrywała, że wcale za kobietą nie tęskni. Odpowiadała dość zdawkowo. Zadzwoniła również do ojca, któremu powiedziała, że zmieniła zdanie i jednak zostaje u matki. Mężczyzna nawet nie krył się, że ucieszył się z tego powodu.
Tydzień przed końcem wakacji po raz kolejny zjawiła się pod domem ojca. Przez okno obserwowała, jak zasiada do stołu wraz ze swoją nową rodziną. W końcu miał idealną córkę i idealną żonę. Sara była prymuską, grała na skrzypcach i była cholernie ambitna. Jej matka była świetną projektantką ogrodów, cenioną i zdobywającą coraz więcej klientów. Nawet kilka razy projektowała ogród do jakiś seriali, które Klara dawno wyparła z pamięci.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w sielski obrazek. Sara i jej matka uśmiechały się szeroko, kiedy mężczyzna coś opowiadał. Jedli, popijali wino, śmiali się i rozmawiali. Klara nigdy nie była częścią takiego obrazka. Wzdychając ciężko, obiecała sobie, że już nigdy tutaj nie zawita.

 Kilka lat później...

Pamiętała o obietnicy, którą złożyła samej sobie, ale nie potrafiła jej dotrzymać. Sara, która nawet nie była biologiczną córką Johna, a i tak dostawała wszystko. Klara nic, prócz zasądzonych alimentów, od niego nie dostała i teraz postanowiła upomnieć się o swoje.
Bez pukania weszła do domu i rozejrzała się wkoło. Typowy dom na przedmieściach Hollywood. Nic specjalnego. Klara skrzywiła się lekko.
– John?! – Krzyknęła, wchodząc w głąb domu.
– Klara? – Mężczyzna wychylił się z salonu i spojrzał na córkę z mieszanką przerażenia i zaskoczenia w oczach. Dziewczyna uśmiechnęła się niewinnie.
– Witaj ojcze – powiedziała oficjalnie i podeszła do niego. – Musimy porozmawiać – dodała prędko, nie potrafiąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. Przerażenie Johna było niezwykle zabawne, choć oboje wiedzieli, że jej wizyta nie przyniesie niczego dobrego.
– O co chodzi, Klaro? – zapytał w końcu, starając się ukryć drżenie rąk.
– Potrzebuję pracy – powiedziała bez ogródek, wpatrując się w twarz ojca. Przerażenie ustąpiło miejsca wielkiemu zaskoczeniu.
– To powysyłaj aplikacje i czekaj. Może ktoś zadzwoni – odparł, na co brunetka wywróciła oczami.
– Chcę pracować w MTV – wzruszyła ramionami. Wszyscy jej bliżsi znajomi dobrze znali jej plany na przyszłość. Co prawda nieco wątpili w jej sukces. Takich jak ona było sporo. Zdolne, ładne, ambitne i dążące po trupach do celu. Klara dobrze o tym wiedziała, ale chciała im wszystkim udowodnić, że potrafi, że będzie tak długo walczyć, aż osiągnie swój cel. Sprawy się jednak pokomplikowały. Oliver ją zdradził, a ona miała zamiar osiągnąć sukces znacznie wcześniej. Nawet jeśli musiała posunąć się do tego, co właśnie planowała.
– Mogę trzymać za ciebie kciuki.
Klara zachichotała. John sądził, że ma jakiś wybór, że swoimi odpowiedziami sprawi, że córka zniknie albo wyjdzie wkurzona. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że Klarze od dawna było wszystko jedno. Oliver był jej strażnikiem moralności. Teraz, kiedy go nie było, już nic nie miało znaczenia.
– I ty mi to załatwisz – powiedziała i spojrzała mężczyźnie prosto w oczy. Kpiący uśmieszkiem rozświetlił jego twarz. Po chwili John wybuchnął śmiechem.
– W życiu. Niczego nie jestem ci winien i nie przyłożę ręki do tego, aby cię tam zatrudnili.
– Ale to nie jest prośba, ojcze. – Klara zaśmiała się, po czym odpięła pierwszy guzik od swojej koszuli. – Na zewnątrz czeka mój dobry znajomy – zaczęła spokojnie – paparazzi – wyjaśniła szybko, uznając ten szczegół za bardzo istotny. Odpięła kolejny guzik koszuli, robiąc jednocześnie krok w jego kierunku. – Jak sądzisz, jaki nagłówek będzie najlepszy? Córka zgwałcona przez własnego ojca? Znany scenograf, profesor na jednej z uczelni, zgwałcił własną córkę? – pytała, wciąż odpinając guziki koszuli i idąc w jego stronę. Mężczyzna wpatrywał się w nią, nie wierząc, że Klarissa naprawdę to robi. Był przerażony i dobrze wiedział, że musi być ostrożny. Jeden zły ruch, a Klara zniszczy wszystko. Widział w jej oczach tę bezwzględność i zero strachu. Wiedział, że była w stanie to zrobić. Posądzi go o gwałt albo molestowanie, ten dureń za oknem zrobi zdjęcie i plotka dostanie własne życie. Nawet jeśli później udowodni, że nic jej nie zrobił, to i tak dalej będzie miał łatkę tego złego. Przełknął nerwowo ślinę.
– Klaro, jestem pewien, że możemy się dogadać... – zaczął ostrożnie, patrząc na koronkową balkonetkę, w której ukrywała piersi. Przełknął jeszcze raz ślinę. Gdyby nie była jego córką, to nie pogardziłby takim ciałem. Nigdy nie ukrywał, że lubi młode, zgrabne kobiety, a Klara z całą pewnością do takich należała. Ale była też jego córką, dlatego nie pozwalał swojej fantazji się rozwijać. Przesunął wzrokiem, a kiedy napotkał niewielką bliznę, jakby po przecięciu żyletką albo czymś równie ostrym tuż nad biodrem, zupełnie odruchowo sięgnął do niej ręką. – Co ci się tu stało? – zapytał cicho, a kiedy chciał przesunąć po bliźnie palcem, Klara złapała go za rękę i mocno wbiła paznokcie w jego nadgarstek. Aż syknął z bólu.
– Nigdy więcej mnie nie dotykaj – warknęła i widział, że na chwilę wypadła ze swojej roli. Nim do niej powróci, miał szansę, aby jakoś się z nią dogadać albo chociaż spróbować.
– Klaro, posłuchaj, naprawdę nie musisz tego robić. Widziałem, że skończyłaś studia ze świetnymi wynikami. Możesz osiągnąć naprawdę wiele. Jeśli zapracujesz na własny sukces, to będziesz mogła być z siebie bardziej dumna. Już grałaś w dwóch serialach. To nie lada wyzwanie. Klaro, naprawdę, nie potrzebujesz ani mnie ani mojej pomocy.
Klarissa ostrożnie puściła jego nadgarstek. Wyglądała, jakby usilnie się nad czymś zastanawiała. Nawet zamknęła oczy. Miał ją. Wypadła ze swojej roli i dała się przekonać. Już miał odetchnąć z ulgą, kiedy Klara nagle otworzyła oczy. Szaleństwo, które w nich dostrzegł, nie zwiastowało niczego dobrego. Ba! Uświadomił sobie, że dopiero teraz nadejdzie prawdziwa tragedia.
Dziewczyna rozerwała swoje rajstopy.
– Albo załatwisz mi pracę albo posądzę cię o gwałt, molestowanie i pobicie – wysyczała, a mężczyzna dałby sobie rękę uciąć, że na chwilę jego serce stanęło. – Jesteś dla mnie nic nie wartym zerem, sukinsynem, który powinien zdychać w męczarniach, ale twoje znajomości mogą mi pomóc. Więc albo mi pomożesz zdobyć pracę albo urządzę ci takie piekło, że już nikt nigdy cię nie zatrudni. Zatruję twoje życie i stanę się twoim największym koszmarem.
John nie mógł dłużej tego słuchać. Uniósł rękę, zamachnął się i już miał ją uderzyć, kiedy znów natrafił na jej spojrzenie. Ona tylko na to czekała. Mimo że właściwie prawie w ogóle się nie widzieli, to znała go. To nie byłby pierwszy raz, kiedy stracił nad sobą panowanie. Simona nigdy nie uderzył, ale on nie sprawiał problemów wychowawczych. Ale Klara? Czasami miał wrażenie, że jest demonem zesłanym na ziemię. Wiecznie niezadowolona, wiecznie szukająca dziury w całym. Nie mógł pozwolić na zło, które czyniła. Musiał interweniować. Nigdy jej nie katował, nigdy nie bił jej dla przyjemności, ale czasami po prostu nie dawał rady. Ashley była na niego wściekła, bo sama kar cielesnych nie stosowała i nimi gardziła, ale on widział, że pomagały. Po klapsie stawała się spokojniejsza i przez kilka dni mieli spokój.

Klara siedziała przy stole i zeskubywała miętowy lakier z paznokci. Rodzice wezwali ją na rozmowę, a skoro nawet ojciec się zjawił, to wiedziała, że musiało stać się coś naprawdę złego. Ashley i John od dawna ze sobą nie rozmawiali, ba!, nie mogli na siebie nawet patrzeć, a teraz oboje siedzieli przed nią i wpatrywali się, jakby co najmniej kogoś zabiła. Problem polegał na tym, że ostatnio Klara nie zrobiła nic złego. Zakładała długie spódnice i swetry, które nie miały dekoltów i botki. Włosy zostawiała rozpuszczone, a czasami zrobiła sobie warkocza. W torbie miała potrzebne książki oraz zeszyty. Naprawdę nie rozumiała, czego od niej chcieli. Starała się być grzeczna, tak po prostu. Może, kiedy udowodni im, że wcale nie jest złem wcielonym, to poczują dumę. Albo chociaż zaczną ją tolerować.
– O co chodzi? – zapytała w końcu, czując że ta cisza powoli zaczyna ją irytować. Spojrzała na matkę oraz ojca, który właśnie wstał i zaczął krążyć po kuchni.
– Wychowaliśmy dziwkę – powiedział w końcu, a Klara spojrzała na niego zaskoczona.
– Słucham?! – Krzyknęła, podskakując na krześle i wbijając wzrok w matkę, mając nadzieję, że może chociaż ona jej wyjaśni o co chodzi. Kobieta jednak milczała.
– Dziwkę i pieprzoną złodziejkę. – John złapał skrzydełka nosa między kciuk a palec wskazujący i wziął kilka głębszych oddechów W końcu spojrzał na córkę, która wciąż siedziała i nie wierzyła w to co słyszy. – Dzwonili rodzice Harvey`a i nam o wszystkim powiedzieli. – Klarissa zmarszczyła lekko brwi, nie mając pojęcia, dokąd ta rozmowa zmierza. – Pieprzysz się z nim za drogie prezenty!
Słysząc to, brunetka wytrzeszczyła oczy. Owszem, sypiała z Harvey`em, ale z zupełnie innych powodów. Kochali się i byli parą od kilku tygodni. Zresztą, jej życie intymne, to było jej życie i oni nie mieli prawa się w nie wtrącać!
– Nie sypiam z nim za prezenty – warknęła, patrząc jak ojciec się do niej zbliża.
– Przestań kłamać! Zawsze sprawiałaś problemy wychowawcze, ale teraz to już przesada! Nie chcesz się uczyć, to nie, będziesz sprzątać kible. Chcesz się znęcać nad słabszymi, to proszę bardzo! Chcesz wyglądać jak ladacznica, to sobie wyglądaj! Ale miej choć tyle przyzwoitości, aby nie pieprzyć się za pieniądze!
– Przecież ci mówię, że tego nie robię! – Odkrzyknęła. W następnej chwili John zamachnął się, a głuchy odgłos uderzającej dłoni o policzek dziewczyny sprawił, że Ashley spojrzała na tę sytuację z przerażeniem. Klara straciła równowagę, a krzesło na którym siedziała zachwiało się niebezpiecznie. Upadła na podłogę. Przez chwilę panowała przerażająca cisza. Oddychała ciężko, czując na sobie wzrok ojca. Odegnała łzy upokorzenia, które zebrały jej się pod powiekami i powoli podniosła się z podłogi.
– Dotknij. Mnie. Jeszcze. Raz. – Syknęła przez zaciśnięte zęby. – A pożałujesz, że w ogóle się urodziłeś – dodała, wymijając mężczyznę. Zatrzymała się jednak i spojrzała na niego przez ramię. – Powiedz matce Harvey`a, aby zbierała na dobrego psychologa.

– No co tatusiu? – zapytała, patrząc na niego i nawet nie starała się ukryć kpiny. – Więc jak? Mam zacząć krzyczeć? – zadała kolejne pytanie. John długo zwlekał z odpowiedzią. O sekundę za długo. – Pomocy! – Klara wrzasnęła, jeszcze bardziej rozrywając swoje rajstopy. – Ratunku! – Kolejny wrzask wydobył się z jej ust, kiedy niby to z przerażeniem odsuwała się od mężczyzny.
– Dobra! – Krzyknął John. – Bądź jutro w siedzibie MTV. Załatwię co będziesz chciała – obiecał zrezygnowany, patrząc jak na twarzy córki gości zwycięski uśmiech.
– Pojutrze. Nie zdążę do jutra wrócić do Nowego Jorku – odparła i przesunęła językiem po wargach. Odwróciła się i stukając obcasami przy jednoczesnym zapinaniu guzików od koszuli, opuściła dom ojca. John opadł bezsilnie na kanapę, po raz kolejny zdając sobie sprawę, że wychował potwora.

Za kłamstwa, Harvey dostał dokładnie to, na co zasłużył. Klara pozbawiona skrupułów, zaślepiona wściekłością i upokorzeniem ze strony ojca, wymierzyła mu kartę adekwatną do popełnionego czynu. Chłopak wciąż pamiętał jej łobuzerski uśmiech i te ogniki w oczach, które nie zwiastowały niczego dobrego. Pamiętał, jak próbował ją odszukać. Poznali się, kiedy dziewczyna przechodziła przemianę, a wyzywające stroje wymieniła na ładne sukienki. Lubił jej nowe wydanie i uwielbiał patrzeć, kiedy nieporadnie starała się wybrać odpowiednią opcję, aby znów nie wyjść na tą najgorszą. Starał się jej pomagać, wspierał ją i wyglądało na to, że byli naprawdę szczęśliwi. Nie rozumiał, co się stało, jednak tamtego dnia, kiedy przyszedł do szkoły, Klara... Znów była sobą.
Siedziała na trzecim schodku. Jedną nogę miała na pierwszym, a drugą na drugim. W ustach miała lizaka. Na jego widok, błyskawicznie podniosła się i wymierzyła w niego palcem.
– Nie wierzę, że mogłeś mi to zrobić! – wrzasnęła, na co Harvey wybałuszył oczy, najwyraźniej nie wiedząc, o czym teraz dziewczyna gada. – Jak mogłeś mnie zdradzić?! – zadała kolejne pytanie.
– Nie zdradziłem cię. Co ty gadasz, Cooper? – zapytał, powoli do niej podchodząc. Dziewczyna w kilku krokach znalazła się tuż koło niego i pomachała mu telefonem przed nosem.
– To jest nic?! Zdradziłeś mnie ze swoim kuzynem, nagraliście to i jeszcze wrzuciliście do sieci! A ja zaczynałam ci ufać! Chciałam się zmienić. Dla ciebie! Mogłeś od razu powiedzieć, że wolisz chłopców!
Im więcej Klara mówiła, tym bardziej robiło mu się słabo. To co wygadywała było kompletną bzdurą, jednak doskonale wiedział, że musi spodziewać się najgorszego. Pewnie jeden z jego kumpli z drużyny postanowił zrobić mu kawał i nie przewidział, że Klara weźmie to na serio. Jej poczucie humoru było bardzo specyficzne.
– Klaro, uspokój się – poprosił łagodnie i ułożył dłonie na jej ramionach. – Nie zdradziłbym cię – powiedział, patrząc jej w oczy. – Naprawdę mi na tobie zależy i... – zaciął się, kiedy dziewczyna wcisnęła mu do ręki telefon i włączyła filmik.

Koniec lipca 2019, Nowy Jork

Harvey wyszedł z mieszkania i przekręcił klucz w drzwiach. Schował go do kieszeni spodni i szybko zbiegł po schodach. Za godzinę powinien pojawić się na komisariacie, aby naczelnik nie dostał kolejnego powodu, aby się doczepić. Mężczyzna miał dość czepialstwa szefa, który ewidentnie szukał haka, aby go wywalić. Od kilku miesięcy jego kariera detektywa stała w miejscu, ponieważ nie mógł rozwiązać żadnej sprawy. Ponadto spieprzył kilka akcji i to przez niego nie złapali jednego z nastoletnich dilerów narkotykowych. Jeśli zależało mu na utrzymaniu posady, musiał w końcu przyłożyć się przy wykonywaniu obowiązków.
Wsunął dłonie do kieszeni spodni i ruszył wzdłuż ulicy, przy której w rzędzie stały zaparkowane samochody. Szedł do swojego samochodu, w myślach wyklinając na czym świat stoi brak miejsc parkingowych dla mieszkańców tego bloku.
Rozejrzał się, aby upewnić się, że nic nie jedzie, po czym przebiegł na drugą stronę ulicy. Uniósł głowę i zamarł, bo dopiero teraz dostrzegł, że przy jego samochodzie ktoś stoi. Kobieta miała ciemnobrązowe, niemal czarne, włosy i dziwny kostium na ramiączkach z krótkimi spodenkami, który zawsze wydawał mu się niezwykle trudny do ściągnięcia. W pierwszej chwili uznał, że to na pewno jakaś klientka, która będzie chciała poprosić go o pomoc w rozwiązaniu jakieś sprawy. Biorąc pod uwagę jego marne efekty, wydało mu się to niezwykle niedorzeczne, niemal absurdalne.
Kiedy zorientował się, że zna tę kobietę, było już za późno. Ciemnowłosa go dojrzała, a szeroki uśmiech pojawił się na jej twarzy.
– No w końcu! – zawołała, patrząc na zegarek. – Już się bałam, że będę musiała iść do twojego mieszkania – dodała, a zaskoczony Harvey westchnął ciężko.
– Czego chcesz, Cooper? – zapytał, powoli do niej podchodząc. Nie widział jej odkąd w dość spektakularny sposób rozstali się w szkole średniej. Aż do ukończenia niemal nie miał życia, wredne docinki były na porządku dziennym, żadna dziewczyna nie chciała się z nim umówić, a diabelski uśmiech Klary nawiedzał go w koszmarach.
– Potrzebuję ochroniarza. Słyszałam, że słabo idzie ci w pracy, więc daję ci możliwość naprawienia błędów. Ponadto, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to rozwiążesz kolejną sprawę – odpowiedziała swobodnie, wciąż opierając się tyłkiem o jego samochód. Parsknął śmiechem, nie mogąc uwierzyć, w to co właśnie usłyszał.
– Do końca zwariowałaś – stwierdził jedynie. Klara pokręciła przecząco głową.
– Nie zwariowałam, skarbie. Ktoś chce się mnie pozbyć, więc potrzebuję ochroniarza, a jeśli coś pójdzie nie tak i mnie zastrzelą, to będziesz miał kolejną sprawę do rozwiązania – odparła. Harvey, chociaż chciał, nie mógł powstrzymać nieznacznego uśmieszku, który wkradł się na jego usta. Wpatrywał się w dziewczynę przez długą chwilę.
– A co jeśli odmówię?
– To znajdę sobie kogoś innego. Nie jesteś niezastąpiony.
– Twoje techniki przekonywania są naprawdę zadziwiające, Cooper. Ale nie pomogę ci. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Już raz ci zaufałem, aż do studiów uważali mnie za geja! Skąd w ogóle wzięłaś ten filmik, co?
– Ze strony z pornosami, a niby skąd? – wywróciła oczami, a on mimowolnie się uśmiechnął. Klara potrafiła wywracać oczami na naprawdę wiele sposobów, a ten wskazywał, że miała go za idiotę, delikatnie mówiąc. – I ja pamiętam to zupełnie inaczej. Nagadałeś swojej matce, że sypiam z tobą za prezenty, aż mój ojciec raczył się pojawić. Ponadto próbowałeś zrobić ze mnie laleczkę, doradzałeś same głupie decyzje i w ogóle mnie ograniczałeś, więc za plotkę należała się plotka. Oko za oko, ząb za ząb, plotka za plotkę. Tyle tylko, że ja łatki dziwki szybko się pozbyłam, a to że brali cię za geja... – uniosła ręce w geście obronnym, jakby to wcale nie była jej wina. Harvey w jednej chwili zjawił się przy niej i ścisnął jej gardło w dłoni. Mocno przycisnął ją do samochodu. Zapomniał jedynie, z kim miał do czynienia. Każda z innych jego byłych dawno prosiłaby go, aby przestał, ale nie Klara. Klara wpatrywała się w niego wyzywająco, jakby chcąc, aby przekroczył tę granicę. Była nienormalna i od dawna o tym wiedział. Puścił jej gardło.
Kobieta poprawiła ramiączko od stroju, a z torebki wyciągnęła swoją wizytówkę.
– Jakbyś jednak chciał mi pomóc, to zadzwoń – uśmiechnęła się i szybko go wyminęła, idąc w swoją stronę. Harvey jeszcze przez około minutę wpatrywał się w odchodzącą postać, dochodząc do wniosku, że Klarissa Cooper albo jest walnięta bardziej niż sądził, albo bardzo dobrze się zgrywała. Stawiał na to pierwsze.

Początek sierpnia 2019, Nowy Jork

Klara potrafiła kłamać bez mrugnięcia powieką i tak też było tym razem. Owszem, Harvey był jej potrzebny, ale to zupełnie innych celów. Musiała odzyskać brata, wyrwać go ze szponów tej przeklętej suki, która miała się za ich przyrodnią siostrę. Była nikim i najwyraźniej o tym zapomniała. Wiedziała, że Harvey wcześniej, czy później się do niej odezwie. Chęć zemsty miał wypisaną na twarzy i była pewna, że chciałby zobaczyć, jak ktoś próbuje ją zamordować. Może nawet sam by mu w tym pomógł. Haczyk polegał na tym, że nikt się nie czaił na jej życie. Została jedynie zdegradowana i nie miała już własnego programu. Robiła za asystentkę i im dłużej pracowała na tej posadzie, tym bardziej miała ochotę zamordować Sarę na milion różnych sposobów. Wymyśliła nawet najdłuższy i najbardziej bolesny. Nic jednak nie dawała po sobie poznać. Uśmiechała się, kiwała głową i wykonywała polecenia, czekając na dogodny moment, a wiedziała, że ten w końcu nadejdzie.
Tego wieczoru była impreza firmowa, na której zjawiła się w towarzystwie Harvey`a. Musiała przyznać, że w garniturze było mu całkiem do twarzy. Z początku nie działo się nic specjalnego. Ot, kilka zdjęć, kilka pytań od dziennikarzy, trochę szampana i rozmów ze współpracownikami. Właściwie, to Klara nawet się nudziła, bo Harvey był strasznym nudziarzem. Sądziła, że z wiekiem może mu trochę minęło, jednak była w naprawdę wielkim błędzie.
Sara od samego początku wpadła mu w oko. Była dokładnie w jego typie. Urocza, w grzecznej sukience i pewna siebie. Pamiętał ją jeszcze z czasów szkoły średniej i już wtedy zwrócił na nią swoją uwagę, ale dziewczyna związek na odległość go wykańczał. Dlatego potem związał się z Klarą, która zaczęła przypominać przyrodnią siostrę. Wyszedł na tym niezbyt dobrze, ale teraz mógł nieco nadrobić. Przyszedł tutaj w charakterze ochroniarza Klary, ale chciał zobaczyć jej złość, kiedy większą uwagę poświeci jej największemu wrogowi.
Tak, jak sądził – od razu złapał wspólny język z Sarą, a kilka kieliszków szampana później, kompletnie zapomniał z kim i po co tutaj przyszedł. Był oczarowany młodą kobietą, a jeszcze bardziej tym, że udało jej się wykurzyć Klarę ze stanowiska i zrobić z niej jedynie swoją asystentkę. Po jeszcze kilku kieliszkach, Sara ciągnęła go w kierunku bardziej ustronnego miejsca. Miał jeszcze sporo pytań, lecz nim je zadał, poczuł jej usta na swoich, dlatego nie miał zamiaru marnować czasu.
– Widzisz braciszku, znów miałam rację. – Śmiech Klary sprawił, że natychmiast odskoczył od Sary. Ta pierwsza wyglądała na zadowoloną, a ta druga na przerażoną.
– Simon, to nie tak! – Krzyknęła, jednak mężczyzna pokazał jej jedynie środkowy palec.
– Jak zwykle, Cooper. Ty zawsze masz rację – warknął w kierunku siostry, wcisnął dłonie głęboko w kieszenie, po czym odszedł. Widząc szeroki uśmiech na twarzy Klary, Harvey zrozumiał. Nikt na nią nie polował, nie potrzebowała ochrony. Od samego początku miała to zaplanowane. Znała jego ulubiony typ kobiet, podeszła go i...
– Zniszczę cię, Cooper – wysyczała Sara, na co Klara uśmiechnęła się niewinnie i wzruszyła ramionami.
– Nie byłabym tego taka pewna, siostrzyczko – rzuciła, podchodząc do Harvey`a. – Spisałeś się, kotku. Jednak mogą być z ciebie ludzie. Dziękuję za pomoc – dodała i tanecznym krokiem odeszła od nich. Kilka dni później...
Sara od kilku dni nie pokazywała się w pracy, przez co było opóźnienie w nagraniach. Klarissa grzecznie wykonywała swoje obowiązki, nie wychodziła przed szereg i nawet była przerażająco miła dla pozostałych współpracowników.

Koniec sierpnia 2019, Nowy Jork

Siedziała właśnie w pokoju wraz z innymi asystentami i starała się znaleźć na Instagramie jeden z zespołów, kiedy drzwi gwałtownie się otworzyły. Kara podniosła głowę w górę i zmarszczyła lekko brwi, widząc swojego ojca.
– Wygrałaś – rzucił jedynie. Klara lekko zmarszczyła brwi, nie do końca rozumiejąc o co teraz chodzi. – Doprowadziłaś do zerwania Simona z Sarą. Ona go naprawdę kochała, wiesz? Ale co ty możesz wiedzieć...
– Oh, zamknij się. – Klara wstała z miejsca i wywróciła oczami. – Tak go kochała, że wystarczyło podsunąć jej pod nos Harvey`a, aby rzuciła się mu na szyję. Chyba tak nie zachowuje się osoba, która kogoś kocha, prawda? Nawet nie jest mi jej żal – dodała, powoli zbliżając się do drzwi. Ojciec złapał ją za rękę i mocno ścisnął nadgarstek.
– Posłuchaj, to wszystko twoja wina – wysyczał, na co Klara wzruszyła ramionami.
– Nie kazałam Harvey`owi rzucać się na Sarę. Po prostu przyszłam z nim na imprezę. Jaka w tym moja wina? – Klara uśmiechnęła się niewinnie i opuściła pokój. – A skoro z Sarą jest tak źle, to czas, aby wszystko wróciło do normy.
– Nie wierzę, że obecność Harvey`a na tej imprezie to przypadek. – John westchnął zrezygnowany i puścił nadgarstek córki. – Pamiętaj dzięki komu masz tę pracę.
– A ty pamiętaj, że wciąż mogę spełnić swoją groźbę – warknęła, po czym tanecznym krokiem i nucąc pod nosem Mamma Mia, oddaliła się w kierunku biura swojego szefa.

nadszedł czas
nie zwiedzie mnie już nigdy świateł błysk
nadszedł czas
zapomnianych marzeń wracam dziś
już dziś dawną ścieżką kroczyć chcę
będę już się trzymał jej
nadszedł czas

[Hejo! Przybliżyłam nieco losy Klary i mam nadzieję, że wciąż ktoś będzie chciał z nią powątkować :D Pomieszanie czasu i fragmentaryczność to w moich notkach coś normalnego, więc i tutaj nie mogło tego zabraknąć. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i notka przypadnie do gustu :D Przyznaję się bez bicia, że zamiast nadrabiać zaległości, to pisałam tę notkę, ale obiecuję poprawę i pomału odpisy będą się pojawiały. W tytule Więzienne Tango, na końcu Nadszedł czas, a na gifie Phoebe Tonkin dla ocieplenia wizerunku :D]