29 lat ⋅ wychowana pomiędzy Uper East Side a Europą ⋅ arystokratyczne korzenie ⋅ pradziadek emigrował z Irlandii do Nowego Jorku ⋅ babcia uparcie ogłasza, że teraz jesteśmy amerykanami ⋅ oficjalnie nie jest Lady Elizabeth, bynajmniej nie w Nowym Jorku ⋅ wychowywana do roli idealnej córki ⋅ studiowała literaturę angielską ⋅ obecnie zajmuje się konserwacją książek i papieru, prowadzi własną pracownie oraz łapie zlecenia w muzeach
Elizabeth.
Matka zawsze powtarzała, że nigdy nie może zapomnieć kim jest, chociaż babka przekonywała, że to co było kiedyś nie ma znaczenia. Pradziadek był świadom z czym łączy się emigracja, że chociaż krew pozostaje ta sama, wszystkie tytuły naturalnie rozpływają się w nowym życiu.
Matka dbała o dziedzictwo. Dlatego wszystkie wakacje spędzała częściowo we Francji, częściowo w Irlandii. Ucząc się historii swoich rodzinnych stron, ucząc się języka, sztuki i wszystkiego, co według Camille było konieczne. Elizabeth uczyła się tego, czego oczekiwała matka. Wierzyła w szczerą, lojalną miłość jaką była obdarowywana. Lojalnie tłumaczyła babce wiarę matki w to, że dziedzictwo to coś więcej niż używalność tytułu na co dzień. Zresztą, Lizzy lubiła bawić się w Lady Elizabeth. W którymś momencie eleganckie przyjęcia przestały być tylko wakacyjnym wspomnieniem i zabawą zabraną z Europy do Ameryki. Robiła się coraz starsza, a Camille z radością oglądała, jak jej malutka córeczka staje się dokładnie tą wersją, jakiej pragnęła. Marszczyła tylko brwi, gdy pojawił się On. Wybranek. Ten, który... Według Camille mógłby być znacznie lepszy, bo przecież jej córkę było na to stać. Była kimś. Pozwoliła jednak podjąć córce tę decyzje samodzielnie, wierząc, że przeznaczenie i tak przyniesie jej w odpowiednim czasie kogoś lepszego, kogoś, na kogo naprawdę zasługiwała. Mimo wszystko musiała przyznać, że miło było oglądać ją taką radosną, szczęśliwą. Widziała, jak ta mała marzycielka staje się spełniona.
Beth.
Ślubu nie będzie. Camille uśmiechała się triumfalnie, bo czuła, że jej córce przeznaczone jest coś lepszego. Nie rozumiała tylko skąd nagle, tak uparcie wszystkich zaczęła poprawiać gdy ktokolwiek ośmielił się nazwać ją Elizabeth lub Lizzy.
Imię było jedyną, drastyczną zmianą. Cała reszta działa się powoli. Chowała się w sobie. Wymyślała zajęcia, aby nie musieć więcej uczestniczyć we wszystkich, ważnych spotkaniach. Eleganckie przyjęcia już nie były tym, co umilało czas. Dotyk stał się czymś, czego unikała. Rozmowy stawały się krótkie i konkretne, nie zagłębiała się w nie, nie próbowała ich prowadzić. Robiła wszystko, aby jak najszybciej się skończyły.
Najchętniej nie wychodziłaby ze swojej pracowni. Otaczała się książkami i rysunkami. Wszystkim tym, co nie wymagało od niej zaangażowania w kontakty społeczne. Spontaniczność przestała być interesująca, szkicowanie w którymś momencie stało się zbyt obciążające. Wszystko, sprawiało, że czuła za bardzo. Szybko opanowała sztukę czucia tylko wtedy, kiedy musi. Czuła nocami, gdy gorące krople spadały z deszczownicy na jej wychłodzone ciało, a ona wylewała kolejne łzy nie mogąc przestać myśleć o tym czy zabiła dziecko Mikaela, czy tamtego chłopaka, który zniszczył wszystko to, co tak bardzo kochała.
Miało być lepiej.
Matka zawsze powtarzała, że nigdy nie może zapomnieć kim jest, chociaż babka przekonywała, że to co było kiedyś nie ma znaczenia. Pradziadek był świadom z czym łączy się emigracja, że chociaż krew pozostaje ta sama, wszystkie tytuły naturalnie rozpływają się w nowym życiu.
Matka dbała o dziedzictwo. Dlatego wszystkie wakacje spędzała częściowo we Francji, częściowo w Irlandii. Ucząc się historii swoich rodzinnych stron, ucząc się języka, sztuki i wszystkiego, co według Camille było konieczne. Elizabeth uczyła się tego, czego oczekiwała matka. Wierzyła w szczerą, lojalną miłość jaką była obdarowywana. Lojalnie tłumaczyła babce wiarę matki w to, że dziedzictwo to coś więcej niż używalność tytułu na co dzień. Zresztą, Lizzy lubiła bawić się w Lady Elizabeth. W którymś momencie eleganckie przyjęcia przestały być tylko wakacyjnym wspomnieniem i zabawą zabraną z Europy do Ameryki. Robiła się coraz starsza, a Camille z radością oglądała, jak jej malutka córeczka staje się dokładnie tą wersją, jakiej pragnęła. Marszczyła tylko brwi, gdy pojawił się On. Wybranek. Ten, który... Według Camille mógłby być znacznie lepszy, bo przecież jej córkę było na to stać. Była kimś. Pozwoliła jednak podjąć córce tę decyzje samodzielnie, wierząc, że przeznaczenie i tak przyniesie jej w odpowiednim czasie kogoś lepszego, kogoś, na kogo naprawdę zasługiwała. Mimo wszystko musiała przyznać, że miło było oglądać ją taką radosną, szczęśliwą. Widziała, jak ta mała marzycielka staje się spełniona.
Beth.
Ślubu nie będzie. Camille uśmiechała się triumfalnie, bo czuła, że jej córce przeznaczone jest coś lepszego. Nie rozumiała tylko skąd nagle, tak uparcie wszystkich zaczęła poprawiać gdy ktokolwiek ośmielił się nazwać ją Elizabeth lub Lizzy.
Imię było jedyną, drastyczną zmianą. Cała reszta działa się powoli. Chowała się w sobie. Wymyślała zajęcia, aby nie musieć więcej uczestniczyć we wszystkich, ważnych spotkaniach. Eleganckie przyjęcia już nie były tym, co umilało czas. Dotyk stał się czymś, czego unikała. Rozmowy stawały się krótkie i konkretne, nie zagłębiała się w nie, nie próbowała ich prowadzić. Robiła wszystko, aby jak najszybciej się skończyły.
Najchętniej nie wychodziłaby ze swojej pracowni. Otaczała się książkami i rysunkami. Wszystkim tym, co nie wymagało od niej zaangażowania w kontakty społeczne. Spontaniczność przestała być interesująca, szkicowanie w którymś momencie stało się zbyt obciążające. Wszystko, sprawiało, że czuła za bardzo. Szybko opanowała sztukę czucia tylko wtedy, kiedy musi. Czuła nocami, gdy gorące krople spadały z deszczownicy na jej wychłodzone ciało, a ona wylewała kolejne łzy nie mogąc przestać myśleć o tym czy zabiła dziecko Mikaela, czy tamtego chłopaka, który zniszczył wszystko to, co tak bardzo kochała.
Kochamy dramaty, ale przecież o tym dobrze wiecie. Katya na wizerunku, po ustalenia zapraszam tutaj: wyborowealoe@gmail.com

( *.* Zachwycam się za każdym razem!)
OdpowiedzUsuńNocny dyżur w nowojorskim szpitalu zawsze zaczynał się tak samo – od duszącego zapachu środków dezynfekujących, przypominającego chemiczną słodycz, oraz gwaru, który w tym mieście zdawał się nigdy nie cichnąć. Mikael wszedł do szatni, czując pod stopami chłodną posadzkę. Jeszcze kilka dni temu wydawała mu się obca, niemal wroga, ale teraz stawała się fundamentem jego nowej, wywalczonej z trudem codzienności. Mimo że był tu nowy, czuł dziwną, niemal bolesną satysfakcję. Nowy Jork wzywał go z magnetyczną siłą, której nie potrafił się oprzeć, nawet po pięciu latach wygnania w surowe obszary mroźnej Finlandii, gdzie śnieg i góry miały być lekarstwem na każdą drzazgę w duszy.
Bycie lekarzem było jedyną rzeczą, która w jego chaotycznym życiu miała solidne podstawy. Medycyna była jego tarczą, pancerzem i jedyną ucieczką przed wspomnieniami, których nie dało się zakopać pod północnym lodem. Gdy wciągnął na siebie błękitny uniform i poczuł, jak każdy wyćwiczony ruch przywraca mu kontrolę. Był gotowy.
Wychodził z szatni, kierując się prosto na oddział, gdy w drzwiach wejściowych minął się z zespołem ratowników wpadających do szpitala z impetem.
– Mikael, dobrze, że jesteś! – krzyknął jeden z nich, nie zwalniając tempa. – Mamy kobietę, około trzydziestki. Na wpół przytomna, lecz kiedy ją przejmowaliśmy na chwilę straciła przytomność.
Brunet odwrócił się gwałtownie i ruszył z nimi szybkim, zdecydowanym krokiem. W ułamku sekundy porzucił własne myśli, wchodząc w rolę, którą znał na pamięć.
– Co się stało? Jakieś urazy? – zapytał, automatycznym gestem poprawiając stetoskop na szyi.
– Brak widocznych urazów. Skrajne osłabienie, ciśnienie niebezpiecznie wysokie, zemdlała w domu. Rodzina twierdzi, że ostatnio pracowała ponad siły, kompletnie ignorując odpoczynek. Żadnych chorób przewlekłych, nie jest w ciąży, nie przyjmuje żadnych leków – wyrzucił z siebie ratownik, manewrując noszami przez automatyczne drzwi oddziału SOR-u.
Kiedy wjechali na salę, brunet zrobił krok naprzód, gotowy do przejęcia pacjentki. Jednak w chwili, gdy jego wzrok padł na twarz dziewczyny, świat wokół niego zwyczajnie przestał istnieć. Dźwięk aparatury, krzyki pielęgniarek, gwar korytarza – wszystko to zamieniło się w głuchą ciszę. Serce, które przez pięć lat pilnował jak najcenniejszego skarbu, uderzyło go w żebra z taką siłą, że niemal zabrakło mu tchu.
Beth.
UsuńW głowie mężczyzny w ułamku sekundy odtworzył się najgorszy film z jego przeszłości. Pamiętał każdą minutę tamtego wieczoru, kiedy jego świat legł w gruzach. Pamiętał palące uczucie zdrady, która była jak nóż w plecy i to, jak głęboko był przekonany o jej winie. To właśnie przez nią i przez tamto cholerne przekonanie, które wciąż raniło go bardziej niż jakiekolwiek inne wspomnienie, rzucił wszystko. Wyjechał na pięć lat do Finlandii, by w ciszy i śniegu uczyć się egzystencji od nowa, by zapomnieć, jak smakuje jej imię.
A teraz, po tych wszystkich latach, leżała przed nim – bezbronna, krucha, potrzebująca jego pomocy.
Jego wnętrze krzyczało, domagając się odpowiedzi na pytania, które nie miały prawa paść w tej sterylnej sali. W duszy czuł rozdzierający pożar, ale na twarzy nie drgnął nawet mięsień. Przystąpił do badania z precyzją chirurga. Przesuwał wzrokiem po jej twarzy, analizując każdą zmarszczkę, której nie znał, każdy cień pod jej oczami. Rejestrował z bólem każdą zmianę, jaką czas naniósł na rysy, które kiedyś kochał bardziej niż własne życie.
Pochylił się nad nią. Jej płytki, nierówny oddech brzmiał dla niego jak najpiękniejsza i jednocześnie najboleśniejsza muzyka, jaką kiedykolwiek słyszał.
– Proszę pani, czy pani mnie słyszy? – zapytał głosem tak spokojnym i formalnym, że sam był zdziwiony własnym opanowaniem. Musiał ukryć drżenie palców, które niebezpiecznie chciały pogładzić jej policzek. – Jest pani w szpitalu. Proszę nie próbować się ruszać, zajmiemy się wszystkim. Proszę wziąć głęboki oddech, pani stan jest stabilny, ale musimy przeprowadzić badania.
Kobieta drgnęła, a jej powieki lekko zadrżały, jakby podświadomie reagowały na dźwięk jego głosu, ale nie otworzyła oczu. Mężczyzna sięgnął po stetoskop, czując, jak jego własne dłonie, mimo szalejącego wewnątrz sztormu, pozostają nieruchome. Toczył zaciętą walkę, by nie pozwolić temu, co czuł – tej dawnej, nieuśmierzonej miłości – przebić się przez zbroję profesjonalizmu. Musiał być tylko lekarzem. Dla niej, dla siebie, dla nich, dla całego ogółu. Musiał być tylko lekarzem, nawet jeśli każda sekunda przy niej była jak ponowne otwarcie dawno zabliźnionej rany. Tak było najlepiej. Tak było najbezpieczniej.
Mikael
[Cześć :) to co kryje się za łzami pod deszczownicą chyba nigdy nie odejdzie, mam wrażenie, że niektóre koszmary zostaja pod skórą do końca i nie łatwo je zmyć z brudem codzienności. Mam nadzieję, że Beth odnajdzie to co kiedyś zgubiła, co straciła i co jej odebrało życie. Bawcie się dobrze , a ja do naszego wątku wracam niebawem ;) ]
OdpowiedzUsuńLily