Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

21/08/2019

2110. And all of the scars will bleed but our hearts believe all of this stars will guide us home

UWAGA!
Tekst zawiera treści nieodpowiednie dla czytelników niepełnoletnich i takie, które mogą urazić osoby wrażliwe na wulgaryzmy oraz opisy fizycznych obrażeń.


11 maja 2019

— Możesz mu powiedzieć, że czekam na dole — powiedział, uśmiechając się do swojej żony. W ostatnim czasie nie układało się najlepiej, ta randka była im potrzebna, ale Arthur zrozumiał to dopiero, gdy opuszczali restaurację. Właściwie pożałował, że umówił się z Blaise’m, ale nie było mowy o odwołaniu tego spotkania. Za wiele mieli do nadrobienia, za długo ich przyjaźń wisiała na zbyt cienkim włosku, żeby podczepiać do niego cegłę.
— Bawcie się dobrze… Tylko… — zaczęła, ale urwała, marszcząc nos.
— No?
— Nie, nic. Bawcie się dobrze — uśmiechnęła się lekko i musnęła przelotnie jego wargi.
Arthur patrzył, jak Elle znika za drzwiami, a potem wyjął telefon, żeby zabić jakoś czas. Pogratulował sobie w duchu, że zdecydował się na czarne dżinsy, a nie garniak, który był cholernie niepraktyczny. Czekanie dłużyło mu się na tyle, że postanowił zadzwonić do Ulliela i zapytać, czy zabłądził może na klatce schodowej, ale nie zdążył tego zrobić. Zobaczył, że drzwi po prawej się otwierają, więc zablokował telefon i odłożył go na siedzenie obok siebie, po czym przekręcił głowę.
— Widzisz? Mówiłem, że pokochasz… — nie dokończył, widząc wycelowaną prosto w niego lufę pistoletu. Poczuł, że robi mu się słabo. Limuzyna nagle stała się zbyt ciasna i duszna, na czoło wstąpiły krople potu, a dłonie zrobiły się lodowate, jakby nie dopływała do nich krew. Dreszcze wzdłuż kręgosłupa zwiastowały gwałtowny wyrzut adrenaliny, jego własne tętno zadudniło w uszach, a palce odruchowo zacisnęły się na klamce. Drzwi jednak nie drgnęły. — Co jest, kurwa? — wydusił, nawet się nie łudząc, że jego ton przestraszy człowieka siedzącego obok.
I nie tylko. Czarna przesłona powoli opadała z charakterystycznym dźwiękiem, jak elektrycznie otwierane szyby, a z otworu wyłoniła się uśmiechnięta twarz człowieka, który powinien być kierowcą Blaise’a. Morrison znał wszystkich jego pracowników, a na pewno tych bliższych, którzy towarzyszyli mu na co dzień. Nie patrzył jednak na znajomą twarz, ta była zupełnie obca, a jej oblicze rozjaśniał szyderczy uśmieszek.
— Zdziwiony? Wiedziałeś, że w końcu do tego dojdzie — rzucił i odwrócił się przodem do kierunku jazdy. Arthur nie zamierzał nawet udawać, że nie chce uciekać. Szarpnął rozpaczliwie za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły, przycisk otwierający okno również nie zadziałał.
— Ale do czego? — wydyszał, ale znieruchomiał, gdy broń, do tej pory będąca daleko od niego, dotknęła boku jego głowy, tuż nad uchem. Przestał oddychać, bojąc się, że nawet to będzie czynnikiem, który doprowadzi do naciśnięcia spustu, a w następstwie do jego śmierci.
 — Nie udawaj debila — mruknął mężczyzna i odbezpieczył pistolet. — Jedź, Jimmy. Szef nie może się doczekać, dzwoni, kurwa, co minutę.
 — Już, już — wymamrotał kierowca i nacisnął pedał gazu. Arthura odrzuciło do tyłu i wcisnęło w oparcie, ale zdawał się tego nie zarejestrować.
 — Wam nie chodzi o mnie — jęknął rozpaczliwie. W odpowiedzi usłyszał jedynie śmiech.
 — Zamknij ryj, Ulliel — wycedził facet obok niego, a potem się zamachnął. Ostatnim, co Morrison zapamiętał, był ogłuszający ból skroni, a świat zalała czerń.


Odzyskał przytomność, ale nie odważył się ruszyć nawet palcem. Oddychał miarowo, a przynajmniej się starał, zastanawiając się jednocześnie, co właśnie się stało. Dzięki adrenalinie nie czuł bólu, który niedługo miał rozsadzać mu czaszkę, na razie mógł myśleć.
Leżał na czymś twardym i zimnym, prawdopodobnie na betonowej posadzce. Rzucili go na brzuch, więc dyskretnie otworzył jedno oko, a raczej chciał je otworzyć, bo było tak zapuchnięte, że stało się to niemożliwe. Polegał na pozostałych zmysłach. Śmierdziało stęchlizną i kurzem, było zimno, na tyle, że skostniały mu palce, a z bliska docierał jakby szum wody w rurach. Musiał być w piwnicy lub w pomieszczeniu, które bardzo ją przypominało. Woda zagłuszała wszystkie inne dźwięki, nie miał pojęcia, czy jest tu ktoś jeszcze oprócz niego.
Wstrzymał oddech, gdy usłyszał dźwięk swojego telefonu przypisany do Elle. Rozbrzmiewał przez kilka sekund, a potem gruchnął z impetem o ziemię. Arthurowi nie udało się powstrzymać drgnięcia. Kopnięcie nadeszło jakby znikąd. Jęknął głucho i skulił się na podłodze, przyciskając ręce do brzucha. Mężczyzna szturchnął nogą jego bark, a brunet przetoczył się na plecy z głośnym stęknięciem.
 — W samą porę, chuju. Szef chce cię zobaczyć — burknął. — Wstawaj.
— To pomyłka… Nie o mnie wam chodzi. Nazywam się Art… — Kolejny cios, tym razem w żebra. Wrzasnął, ale szybko tego pożałował. Ból rozszedł się po całym boku, pozbawiając go tchu. Wypadek samochodowy miał ten plus, że stracił przytomność, nie czuł tego, co teraz odbierał każdy nerw jego ciała. Obudził się, gdy wszystkie rany zdążyły się zagoić, a kości zrosnąć. Tym razem nie miało być tak kolorowo.
 — Zamknij ryj i wstawaj — wywarczał oprych. — Chcesz znowu oberwać?!
 — Nie… Nie, już wstaję — wychrypiał Morrison i wypluł krew na posadzkę. Z ogromnym trudem podniósł się do siadu, powstrzymując kolejny wrzask, gdy połamane żebra zmieniły pozycję.
 — Nie mam całego dnia, kurwa.
 — Połamałeś mi żebra… Chyba cenniejszy jestem dla was żywy, niż z przebitym płucem, co? — syknął, zanim ugryzł się w język, a facet się zamachnął. Arthur odruchowo zasłonił twarz, ale cios tym razem nie padł.
— Rusz się — wycedził osiłek i złapał Morrisona za nadgarstek, po czym przykucnął i przerzucił sobie przez kark jego ramię. Arthur, nie mając wyjścia, podniósł się razem z nim, jęcząc głośno, kiedy żebra znowu dały o sobie znać.
Nie odezwał się więcej. To i tak nie miało sensu. Oni byli przekonani, że jest kimś innym, nie uwierzyliby jego zaprzeczeniom i tłumaczeniom. Stał w ociekającym przepychem salonie, opierał dłoń na połamanych kościach i walczył o kolejne oddechy, oraz z samym sobą, żeby się nie przewrócić. Przełykał słoną ślinę, mając nadzieję, że mdłości miną, ale jedynie przybierały na sile. Marzył, by ten dzień okazał się jedynie snem, ale znał swoje szczęście i wiedział, że to wszystko rzeczywistość. Skupił się więc na tych bardziej przyziemnych marzeniach, jak choćby te o krześle, czy żeby ktoś zrozumiał, że on to nie Blaise.
 — Wy jebani kretyni — wycedził facet w dresie. Był spocony, wyglądał, jakby przerwano mu w ćwiczeniach. Na widok bruneta przestał wycierać ręcznikiem mokre czoło i rzucił materiał na jeden z foteli. — Czy on wam wygląda jak koleś na zdjęciu? Nawet obrazki w gazetach to dla was za dużo?! — wrzasnął, a ci, którzy przypominali bramkarzy w klubach, skulili się w sobie. — To nie jest Blaise Ulliel! Kim ty, kurwa, jesteś?!
 — Arthur — wyszeptał. — Arthur Morrison. Jestem przyjacielem Blaise’a…
 — Przyjacielem Blaise’a! Ale nie Blaise’m, rozumiecie to, debile?! Czy ja wszystko muszę robić sam?! Nawet po was sprzątać?! Jak ja mam go teraz puścić, co? Nie mogę, zajebiecie niewinnego człowieka, do cholery!
 — Co? — wyjęczał Morrison i poczuł, że robi mu się jeszcze bardziej niedobrze. — Nie, nie, błagam… Mam żonę, która jest w ciąży i córeczkę, Thea nawet nie skończyła roku — wyrzucił z siebie, unosząc dłoń, na której błyszczała obrączka. — Nie mogę ich zostawić, nie… Nie zabijajcie mnie, proszę…
 — A może… — usłyszał gdzieś za sobą. — A może, skoro twierdzi, że… Że jest przyjacielem Ulliela… Może jest na tyle ważny, że… Moglibyśmy na tym zarobić? — podrzucił, a szef spojrzał na niego z wściekłością… Nie, raczej z furią w oczach.
 — Czy ty masz mózg? Używasz go czasami? Temu dupkowi na nikim nie zależy. Nie zapłaci, a my tylko zyskamy niepotrzebny rozgłos.
 — Proszę, wypuśćcie mnie… Nikomu nic nie powiem, obiecuję — wyszeptał brunet, ale nie zdołał powiedzieć nic więcej. Zgiął się w pół i zwymiotował krwią na jasne płytki. Nie mogło to wróżyć niczego dobrego.
— Kurwa, związać go. I posprzątać. Jeśli nie zapłaci, nie chcę tu żadnych śladów.


Zamknęła za sobą drzwi klatki schodowej i powoli ruszyła w górę na odpowiednie piętro. Ostatni czas nie należał do najlepszego dla jej małżeństwa. Dziewczyna wierzyła jednak, że teraz w końcu wszystko zacznie się układać. Randka, którą zorganizował im przyjaciel, była tym, czego naprawdę potrzebowali. Chwilowe oderwanie od rzeczywistości im służyło, nawet, jeżeli miało trwać zaledwie dwie godziny i jedynie parędziesiąt minut drogi od domu.
Spojrzała uważnie na mężczyznę, który otworzył drzwi jej mieszkania. Wyglądał zupełnie inaczej, niż miała w zwyczaju go oglądać. Nie spodziewała się po Ullielu takiego poświęcenia dla dzieci, widok jego białej koszuli ubrudzonej farbkami sprawiał jednak, że zaczynała myśleć o nim w zupełnie inny sposób. Z trudem również powstrzymywała się przed głośnym śmiechem, kiedy rozłożył przed nią szeroko ramiona.
— W końcu jesteś! — Cieszył się na jej widok niczym pies, kiedy jego właściciel wróci po kliku godzinach do domu — Arthur pojechał prosto do klubu, w którym się umówiliśmy? Jeśli tak, to muszę to odwołać — westchnął, przecierając dłonią umorusane farbkami czoło.
— Blaise, czy to jest zupka Thei? — Brunetka wskazała palcem na plamę w pomarańczowym kolorze przy jego kołnierzyku i jednak nie wytrzymała, bo z jej gardła wydobył się cichy śmiech. — W zasadzie to czeka na dole.
Była mu naprawdę wdzięczna za to, że sam wyszedł z propozycją opieki nad Theą i za to, że przekonał samego Arthura, aby wyszli na ten obiad.
Mężczyzna spojrzał na plamę, o której mówiła kobieta i zaśmiał się, kręcąc głową.
— To farbki.
— Czekaj… Stało się coś, że musisz odwołać te spotkanie? — Spojrzała z troską na mężczyznę. W zasadzie był to przyjaciel jej męża, a ona sama niewiele o nim wiedziała. Zdecydowanie lepiej znała go na gruncie zawodowym, niż prywatnym. Podejrzewała jednak, że skoro mężczyzna był gotów odwołać spotkanie ze swoim przyjacielem, musiało się coś wydarzyć. — Blaise… Co robiliście farbkami i skąd je w ogóle wziąłeś? — Zmarszczyła delikatnie brwi, rozglądając się po mieszkaniu, które wyglądało w tym momencie tak, jakby przeszło przez nie tornado.
— Spokojnie, już dzwoniłem po moją ekipę sprzątającą, będą tu za niecałą godzinę i mieszkanie będzie jak nowe, obiecuję – uniósł do góry dłoń w geście przyrzeczenia i nie czekając na jej reakcję, opadł na kanapę, na której leżała i oglądała bajkę Thea. — Nie myśl sobie, że siedziała cały dzień przed telewizorem, dopiero dziesięć minut temu ubłagałem ją, żeby obejrzała jakąś bajkę i nie chciała się chociaż przez jedną pieprzoną sekundę bawić… — westchnął ciężko, ocierając z czoła niewidzialny pot.
— Po pierwsze, żadnej ekipy — odpowiedziała poważnie, układając dłoń na swoim zaokrąglonym brzuszku — poradzę sobie sama, nie chcę tutaj obcych ludzi — mruknęła cicho, idąc za Blaisem. Trochę nie rozumiała całej tej sytuacji. Odwołał spotkanie z przyjacielem, a padł na kanapę, jakby zamierzał zostać w ich mieszkaniu. Villanelle nie miała nic przeciwko, była po prostu ciekawa co się stało, że Ulliel zmienił nagle zdanie. — Co ja ci mówiłam o przeklinaniu przy dzieciach? — Spojrzała na niego surowo, a następnie pokręciła delikatnie głową. Wzdychając, cofnęła się do korytarza, gdzie na komodzie odstawiła swoją torebkę. Wyciągnęła z niej telefon i wróciła do salonowej części pomieszczenia. Nie zamierzała biegać po schodach, zwłaszcza, że była w ciąży, która była obarczona ryzykiem, a Elle zdecydowanie chciała jedynie tego, co najlepsze dla dziecka.
— Chcesz się czegoś napić? — Spytała, w tym samym czasie wybierając numer swojego męża. Przyłożyła telefon od ucha i zagryzła wargi, kiedy po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa. Pospiesznie ponowiła połączenie, ale usłyszała dokładnie to samo, co przy poprzednim. — Dziwne… Blaise, możesz zejść na dół? Arthur nie odbiera telefonu, włącza się poczta głosowa — wyjaśniła, podchodząc bliżej kanapy. — Zeszłabym sama, ale wiesz — uśmiechnęła się delikatnie do blondyna, sunąc palcami po zaokrąglonym brzuszku. Była w dwudziestym szóstym tygodniu ciąży i chociaż nie wykorzystywała swojego stanu często, w tym momencie obecność Blaise’a była na wagę złota.
Zacisnęła wargi w wąską linię, kiedy mężczyzna podniósł się leniwie z kanapy, a ona sama do niej podeszła, aby wziąć w swoje ramiona córeczkę. Czuła, że coś się dzieje. Nie miała jednak pojęcia, co takiego. Nagłe odwołanie planów przez Ulliela i nieodebrane połączenia Arthura sprawiały, że zaczynała intensywnie zastanawiać się nad tym, co ta dwójka knuła. Cała sytuacja wydawała jej się po prostu podejrzana. Arthur umiał ją zaskakiwać, dlatego jej myśli kierowały się w stronę jakiejś niespodzianki, ale przecież to było niepotrzebne.
Po ostatnich cichych dniach, jedyne, czego potrzebowała do szczęścia, to po prostu obecność męża i możliwość przytulenia się do niego. Siedzenia tuż obok i napawania się tą bliskością, za którą tak bardzo tęskniła. Była głupia, że pozwoliła na to, aby problemy jej rodziców wpłynęły na nią tak, że jej własne małżeństwo zaczynało na tym cierpieć.
Poza tym, to zdecydowanie tym razem ona powinna przygotować coś specjalnego dla niego.  Zdawała sobie sprawę z tego, że to ona była winna i… Przeprosiła go już, ale nikt nie powiedział, że ma zrobić to tylko jeden raz. Tym bardziej, że właśnie do niej dotarło, że sama tego potrzebuje. Sprawić, aby jej mąż naprawdę był szczęśliwy i czuł się przez nią kochany. Nie raz jej przecież powtarzał, że nie wystarczą same słowa, kiedy mieli trudne momenty.
— Tak skarbie, przygotujemy coś specjalnego dla tatusia — zaśmiała się cicho do córeczki, gładząc ją po pleckach i intensywnie rozmyślając już nad tym, co takiego powinna zrobić dla swojego męża.
Dźwięk otwieranych drzwi oderwał ją od planowania. Odwróciła się i ruszyła powoli w stronę korytarza.
— Jesteś sam — mruknęła z rozczarowaniem, widząc jedynie blondyna. Tak naprawdę trochę nakręciła samą siebie na jakąś drobną niespodziankę przygotowaną przez Arthura.
— Nie ma limuzyny. Elle, to dziwne — Blaise spojrzał na brunetkę, a ona ponownie chwyciła swój telefon komórkowy, próbując raz jeszcze dodzwonić się do męża.
— Dobra… Przestań się wygłupiać — wsunęła urządzenie do kieszeni spodni i utkwiła spojrzenie w Ullielu — Arthur znowu coś wymyślił, tak? Jakaś niespodzianka i uznał, że cię do tego wykorzysta? Możesz mi powiedzieć, nie musisz więcej grać…
W jej głosie było słychać nadzieję. Mina przyjaciela i jego ton sprawiały, że naprawdę zaczynała się martwić. Dlaczego Arthur nie odbiera telefonu? Gdzie pojechał? Dlaczego limuzyna nie stoi pod kamienicą, skoro to razem z Blaisem mieli jechać razem?
— Co? Nie, nie mam pojęcia, o czym mówisz, Elle…


Minęło kilka godzin, na zewnątrz zrobiło się ciemno, bo słońce już dawno zaszło za horyzont. Z każdą kolejną minutą Villanelle zaczynała denerwować się coraz bardziej. W głowie brunetki rodziły się pytania, na które nie miała jak uzyskać odpowiedzi. Nie miała nawet komu ich zadać. Arthur wciąż nie odbierał telefonu, nie pojawił się też w drzwiach z bukietem czy jej ulubionym ciastem. Na to właśnie liczyła, że może podjechał do tej cukierni w pobliżu i do kwiaciarni, chcąc sprawić, aby ten dzień był jeszcze lepszy. Blaise kręcił się niespokojnie po mieszkaniu, chociaż Elle wspomniała kilka razy, że spokojnie może wrócić do siebie, że nie chce go odrywać od obowiązków. Na początku wręcz chciała się go pozbyć, licząc, że jej mąż po prostu wpadnie do mieszkania z uśmiechem i jakimś głupim tekstem, bardzo je przecież lubił. Później mogliby uśpić córeczkę i zająć się po prostu sobą, ale go nie było…
— Ok — brunetka odezwała się nagle, mając dość niezręcznej ciszy, która panowała w kawalerce od jakiegoś czasu, przerywana jedynie gaworzeniem niespełna rocznej dziewczynki. — To żadna niespodzianka, zrozumiałam… Ale coś musiało się w takim razie stać. Na pewno coś się stało, Arthur przecież by nas tak bez słowa nie zostawił… — Wyszeptała, przygryzając wewnętrzną stronę policzka.
A jeżeli był jednak gotowy to zrobić? Jeżeli dzisiejszy obiad miał być formą pożegnania? Może to wcale nie była randka, która miała być przypieczętowaniem tego, że wracają na właściwą drogę? Jeżeli postanowił zrobić to, co ona zrobiła w zeszłym roku? Co, jeśli naprawdę postanowił zniknąć bez słowa? Jeżeli uznał, że starania i walka o to małżeństwo nie mają dłużej sensu?
W końcu, ile razy można próbować naprawić coś, co… Co być może wcale nie powinno istnieć?
— Ty coś wiesz, prawda? — Spytała, mierząc w niego palcem. Czuła, że to może być to. Blaise miał być przykrywką, odwróceniem uwagi? Może Arthur poprosił, aby się nią zajął? Może chciał po prostu wiedzieć, jak to zniesie, jak długo zajmie jej łączenie wszystkich elementów i jak zareaguje, kiedy to w końcu do niej dotrze? — Powiedział ci coś… Wiesz gdzie jest. Powiedz mi! — Uniosła ton, stając naprzeciwko Ulliela i wymachując mu rękoma przed twarzą.
— Co? Nie mam pojęcia o czym mówisz, też się martwię, Elle — usłyszała jedynie w odpowiedzi, ale to nie było dla niej wystarczające. Zwłaszcza, że już opracowała sobie scenariusz, którego zamierzała się trzymać i który w tym momencie wydawał jej się najbardziej racjonalny. Co innego niby mogłoby się stać, że Arthur od tak postanowił zaniknąć i się nie odzywać?
— On miał dość, prawda? Miał dość… — wyszeptała. — Tylko po co ty tu jesteś? Masz mu zdać relację, jak bardzo mnie to boli?! Prosił cię, żeby mógł się później tym napawać?! Wynoś się! Wynoś się, do jasnej cholery! — Wrzasnęła, nie przejmując się tym, że może zbudzić ledwo co uśpione dziecko.
— Elle, uspokój się — Blaise podniósł się z krzesła i spojrzał na brunetkę pełnym troski spojrzeniem. — Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Arthur was kocha, nie zostawiłby ciebie, Thei i… Matta. On was szalenie kocha — kąciki ust drgnęły mu delikatnie. — Też się martwię i nie wyrzucisz mnie stąd, dopóki nie będę wiedział, co się stało z moim przyjacielem. Poza tym, już uruchomiłem swoje znajomości… Czekamy na telefon, Elle.
— Założysz się?! Wynoś się! Wynoś się stąd, bo zacznę krzyczeć, że jesteś włamywaczem! — Wrzasnęła, opierając dłonie na jego torsie. Naparła na niego, nie przejmując się w pierwszej chwili płaczem Thei, który nagle rozniósł się po małej kawalerce. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach dotarło do niej, że jej malutka córeczka płacze przez nią. Musiała być przecież teraz dla niej największym wsparciem. Dokładnie tak samo, jak na początku.
— Elle, proszę cię. Moi ludzie już działają — mówił, ale Morrison teraz go nie słuchała. Biegiem ruszyła do biura, które pełniło również funkcję pokoiku dziewczynki.


15 maja 2019

Starała się udawać, że Blaise wcale nie wparował ponownie do mieszkania w kamienicy. Próbowała skupić się na tym, co by robiła normalnie. Nie wyglądała jednak tak jak zawsze. Dwa dni bez znaku życia ze strony jej męża sprawiły, że pod oczami pojawiły się ogromne cienie. Nie dbała przez ten czas o strój, chodziła jedynie w legginsach i swojej ulubionej bluzie należącej do Arthura. Chciała go w ten sposób przy sobie zatrzymać… Wiedziała, że to nie ma sensu, bo skoro postanowił zachować się tak, a nie inaczej, to coś oznaczało. Nie miała tylko pojęcia czy chciał jej po prostu dać nauczkę, pokazać, jak bardzo wtedy cierpiał, czy naprawdę postanowił to zakończyć w ten sposób.
— Mamy sygnał, Elle! — Blondyn również nie wyglądał najlepiej. Dziewczyna nie chciała go widzieć, a wcześniej tego dnia po prostu nie odbierała od niego połączeń. Nie zamierzała dać im tej satysfakcji i płakać mu do słuchawki. Nie spodziewała się jednak, że będzie na tyle bezczelny, aby wejść tu jak do siebie. — Elle, moi ludzie coś mają.
— Daj mi spokój — warknęła, tuląc do siebie córkę. Była zmęczona, nie miała pojęcia, co się stało i dlaczego akurat teraz, dlaczego, skoro wydawało jej się, że tamta randka miała oznaczać coś dobrego. Rozmawiali, wytłumaczyli sobie pewne kwestie i… I miało być dobrze, tymczasem jej męża nie było w domu od trzech i pół dnia. Od tego czasu również nie dostała od niego żadnego znaku życia… — Po prostu daj mi żyć dalej — wyjęczała słabo, nawet na niego nie patrząc.


Siedział na krześle w tej samej piwnicy. Zaciskał palce na podłokietnikach z głową odchyloną do tyłu, oddychając coraz ciężej i bardziej chrapliwie. Przed nim stała kamera, jeszcze niewłączona. Obok niej niewielki stolik, a na stoliku MacBook z wychodzącymi do kamery kabelkami. Arthur widział coś takiego tylko w filmach, ale domyślał się, jak to będzie wyglądać. Za chwilę Blaise dostanie jakieś wytyczne, wejdzie na stronę, do której tylko on zyska dostęp. Przy odrobinie pecha, a tego Arthur w życiu miał zbyt często, zobaczy to również jego żona. Mógł jedynie zgadywać, że nie stanowi zbyt przyjemnego widoku. Oko puchło i pulsowało coraz bardziej, twarz miał umazaną krwią i wymiocinami, podobnie jak koszulę. Rozcięta skroń szczypała przez pot i bród, który dostał się do rany. Pewnie był blady, niemal siny, bo oddech z każdą chwilą stawał się słabszy. Żebra musiały coś naruszyć, niewykluczone, że przebić, ale walczył. Walczył o każdy haust powietrza, nie mógł się poddać.
Drzwi otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Do pomieszczenia wszedł chłopak pewnie w wieku Elle, a może młodszy. Wydawał się niewzruszony widokiem, usiadł przed laptopem, jakby robił to setki razy i włączył kamerę.
 — Jak dam ci sygnał, możesz coś powiedzieć — mruknął, ale nie doczekał się odpowiedzi. Arthur czekał cierpliwie, układając w głowie to, co mógłby przekazać. Spodziewał się najgorszego i nie wierzył, że wyjdzie stąd żywy, nawet, jeśli Blaise jakimś cudem zdecyduje się wpłacić okup. Musiał się pożegnać. Powiedzieć Elle, że ją kocha tak, żeby nikt inny się w to nie wtrącał. Dać znać, że o niej myśli i będzie walczył. Dla niej, dla Thei i dla Matty’ego. — Mów.
Wyprostował się i wziął głębszy wdech, na tyle, na ile było to możliwe, a potem spojrzał prosto w obiektyw. Przez chwilę nic nie mówił, jakby miał nadzieję, że to wszystko się skończy i nie będzie musiał. Ale się nie skończyło.
 — It’s just another night and I’m starring at the moon, I saw a shooting star and thought of you —  zanucił nieco zachrypniętym głosem kołysankę, którą śpiewał Thei każdej nocy. Kilka razy również Elle, gdy wydawało mu się, że tego potrzebowała. — I sang a lullaby by the waterside and knew, if you were here, I’d sing to you. You’re on the other side as the skyline splits in two, I’m miles away from seeing you, I can see the stars from here, I Wonder, do you see them too?* — ostatnie słowa wyszeptał.
A potem stracił przytomność.


I wtedy to się stało. Po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk telefonu Blaise’a. Mężczyzna odebrał i zmarszczył brwi. Rozmowa nie trwała długo, właściwie to Ulliel tylko słuchał, a gdy odsunął telefon od ucha, od razu zażądał laptopa, nie mówiąc nic więcej.
— Thea śpi, prawda? Może idź ją połóż do łóżeczka — Spojrzał na Morrison. — Będzie jej wygodniej w łóżeczku, niż tak powyginana…
— Po prostu śpi… Mówiłam, daj nam spokój. Po prostu powiedz czego się dowiedziałeś i idź już sobie stąd, błagam…  — wyszeptała, czując, że coś jest nie tak.
— Villanelle, na pewno jest jej niewygodnie — mruknął, gdy Elle udostępniła mu już komputer. — Idź ją po prostu połóż do spania.
Jego głos nie był przyjemny, a Villanelle była już pewna, że coś się musiało stać. Była wściekła, że mąż ją potraktował w taki sposób i knuł coś z przyjacielem. Z jednej strony wierzyła Blaise’owi, że ten nie miał o niczym pojęcia, ale z drugiej… Coś jej nie grało i była wściekła. Posłusznie poszła jednak odłożyć małą do spania. Na szczęście nie przebudziła się podczas przekładania jej do łóżeczka. Elle pospiesznie wróciła więc do głównego pomieszczenia kawalerki i stanęła za plecami blondyna.
— Proszę bardzo, rozkaz wykonany — mruknęła stając za plecami mężczyzny. Wpatrywała się w czarny ekran. — Rozładował się? — Uniosła brew, gotowa podać mu zasilacz. Chciała, aby jak najszybciej zrobił to, co miał do zrobienia i sobie już po prostu poszedł. W tym samym momencie na ekranie pojawił się jednak obraz. Ciemny i niewyraźny. Wyglądał jak scena z jakiegoś filmu. Zmrużyła delikatnie powieki, aby nabrać ostrości. Kiedy dostrzegła siedzącą na krześle sylwetkę, do jej uszu dotarł głos. Znajomy głos. Jego głos.
— Villanelle nie patrz! — Usłyszała Blaise’a, ale było za późno. Brunetka wydawał z siebie zduszony krzyk, który urwał się nagle. Próbowała nabrać głęboki haust powietrza, ale sama to sobie utrudniła, zakrywając usta dłonią. Drugą ułożyła na dekolcie, klepiąc się delikatnie. Jej oczy momentalnie wypełniły się łzami, a dziewczyna czuła, jak opada z sił.
— Arthur! Arthur! — Wrzasnęła, wpatrując się w obraz na laptopie, który przedstawiał ciemne, brudne pomieszczenie i krzesło na jego środku.. Siedział na nim on, jej mąż, jej ukochany. Jego głowa bezwładnie zwisała, a ona nie mogła oderwać oczu od laptopa. Żuchwa jej drżała, a ona sama ułożyła dłoń na ramieniu Blaise’a, bojąc się, że zaraz upadnie na podłogę.
— Kurwa, Elle, powiedziałem coś! — Ulliel uniósł się, próbując zasłonić jej ekran swoją sylwetką, ale Morrison wszystko widziała i jedyne, co zdołała z siebie wydusić, to szloch.
Czuła, jak przez jej ciało przechodzą nieprzyjemne dreszcze. Jak z trudem jest w stanie złapać oddech, jak płuca robią się za małe, aby dostarczyć potrzebną dawkę tlenu. Miała wrażenie, że wszystko się w niej kurczy, że mięśnie mimowolnie się napinają, a ona nie była w stanie rozluźnić uścisku własnych dłoni, z czego zdała sobie sprawę w momencie, w którym poczuła ból przez wbijane w miękką skórę paznokcie. Przepracowane oddechy uspokajające w tym momencie dla niej nie istniały. Liczył się widok męża po drugiej stronie laptopa w opłakanym stanie, z podbitym okiem, plamami krwi.
— On… on… — wydusiła z trudem, wskazując palcem na ekran — ż-ż-żyje…
— Nie wiem, kurwa, zamiast cokolwiek powiedzieć, śpiewał pierdoloną piosenkę! — Wrzasnął, a dziewczyna jedynie wybuchła histerycznym płaczem.
To była kołysanka Thei. Melodia, przy której w końcu zaczęła ze spokojem zasypiać. Wystarczyło tylko, aby Arthur chwycił ją w swoje ramiona i cicho nucił tę melodię, a ich kruszynka po chwili usypiała. Pamiętała dokładnie, kiedy stało się to po raz pierwszy. Arthur po jej powrocie dowiedział się od niej o tym, że mają dziecko, pozwoliła mu przyjść i ją poznać i… jej myśli nie były w stanie się na niczym skoncentrować. Widziała tylko Arthura trzymającego Theę i tego z ekranu, te dwie postacie mieszały się w jedną, a brunetka czuła, jak robi jej się słabo.
— Chcą okupu — wysyczał Ulliel. Chyba był wściekły, tak, zdecydowanie był wściekły; Villanelle nie widziała wyraźnie przez zaszklone łzami oczy. Usłyszała płacz córeczki, ale nie drgnęła. Wpatrywała się w wygaszony ekran laptopa. Dopiero, kiedy Ulliel uniesionym tonem powiedział, że Thea płacze, dotarło to do niej. Cała drżąca ruszyła do pokoiku dziewczynki, starając się mówić do niej spokojnie, jednak głos jej się łamał, dłonie trzęsły, a serce biło jak szalone.
A jeżeli… Jeżeli właśnie straciła męża? Jeżeli on… Nie mogła nawet w myślach odważyć się dokończyć tych zdań. Chwyciła tylko Theę i objęła ją mocno, tuląc do siebie, jakby miała w ten sposób obronić ją przed całym złem świata. Czuła się paskudnie, że pomyślała, że Arthur mógłby ich tak po prostu zostawić… Wyjechać i nic nie powiedzieć.
— Już dobrze, skarbie — wydyszała z trudem, głaszcząc jej główkę i przymykając powieki, kiedy poczuła kopniaka prosto w żebra. Wydała z siebie zduszony jęk. — Ty też się nie martw, maluchu — wyszeptała kierując słowa do swojego brzuszka, chociaż wcale nie myślała, aby wszystko miało być dobrze i nie mieli powodów do zmartwień. Wzięła głęboki oddech, ale nie była wystarczająco silna i jedynie wydała z siebie żałosny jęk, na co Thea nerwowo zareagowała.
— Musimy im zapłacić — powiedziała, nie znając nawet kwoty. Arthur ciągle powtarzał, że nie muszą martwić się o przyszłość, że spadek po rodzicach jest w stanie zapewnić im godne życie, a w dodatku mieli dom… Mogli go przecież sprzedać. Nie miała pojęcia czy ich… Czy ją na to stać, ale nie brała pod uwagę innej opcji.
— Oczywiście, nie ma innej opcji — mężczyzna wydawał się już odrobinę spokojniejszy, ale Elle wciąż cała drżała.
— Oddam… Oddamy, co do centa — wydusiła z siebie, tak bardzo bojąc się o to, czy jej mąż jest wciąż żywy. Czy kiedykolwiek będzie mogła mu jeszcze powiedzieć, że go kocha, że jest dla niej najważniejszy, że nie wyobraża sobie bez niego życia, bo on był… Jest całym jej życiem, całym jej światem, a…
Rozpłakała się, dostając przy tym nerwowych drgawek, gdy uświadomiła sobie, że przez ostatni czas tak mało ze sobą rozmawiali, że ona w zasadzie nic nie mówiła, unikała go jak ognia, chciała uciec, znaleźć się daleko, a teraz marzyła jedynie o tym, aby móc przytulić się do niego jeszcze jeden raz, przeprosić za wszystko, co robiła źle i pokazać mu, że jest najważniejszy.
— Nie może… Nie mogę… Blaise, on musi do nas wrócić — płakała tuląc cały czas Theę.
— Przestań płakać i denerwować jeszcze bardziej swoje dzieci — westchnął, ruchem głowy wskazując na pokój córeczki — Idź ją uśpić, ja się wszystkim zajmę — zapewnił, mając przy tym nadzieję, że Elle nie będzie zbytnio protestować i pójdzie w końcu uśpić małą. Potrzebował spokoju, aby jak najrozsądniej to wszystko rozegrać i nie rozzłościć przy okazji jeszcze bardziej tych psychopatów. Kompletnie nie rozumiał, dlaczego ludzie są w stanie nawet zabić dla pieniędzy, tym bardziej, że współcześnie nie brakowało na rynku ofert pracy i form legalnego zarobku. Bez względu na to, ile będzie go to kosztowało, gotów był zapłacić okup nawet teraz. Miał, co prawda, znajomości w policji czy w samym FBI, ale nie chciał ryzykować i narażać życia przyjaciela za jakieś marne kilkanaście milionów dolarów. Zawsze mógł odzyskać pieniądze już po odbiciu Arthura, a nawet jeśli nie, miał to teraz gdzieś. Takie pieniądze wpływały praktycznie każdego dnia na jego konto i pewnie nawet nie odczułby, że cokolwiek z niego zniknęło. Cieszył się, że Elle bez słowa sprzeciwu spełniła jego prośbę i poszła zająć się usypianiem dziecka. Mała nie powinna oglądać jej w takim stanie i być przy takich rozmowach, nawet, jeśli dotyczyły życia jej ojca.
— Mój człowiek będzie w wyznaczonym miejscu za 10 minut. Dostaniecie forsę w gotówce, a jeśli Arthurowi spadł z głowy choć jeden włos, sprawa trafia na policję — rzucił przez telefon swoim oziębłym i zdecydowanym tonem, rozłączając się, zanim ktokolwiek z drugiej strony słuchawki zdążył coś odpowiedzieć. Nie miał doświadczenia z przestępcami, ale intuicja podpowiadała mu, że musi podchodzić do nich z wyższością i nie okazywać strachu. W przeciwieństwie do większości ludzi, potrafił zachować w trudnych sytuacjach chłodną głowę, a to zawsze przynosiło pożądane efekty. To on nazywał się Blaise Ulliel i to on musiał rozdawać karty w każdej grze. Wiedział, że porywaczom zależy tylko i wyłącznie na pieniądzach i był przekonany, że w podskokach pędzą już na spotkanie z jego ochroniarzami. Każdy z nich służył w przeszłości w szeregach Navy Seals i nie miał najmniejszej wątpliwości, że bez trudu poradzą sobie z niedoświadczonymi i bezmyślnie działającymi porywaczami.
— Przebierz się i popraw makijaż, nie chcę, żeby Arthur oglądał cię w takim stanie — rzucił, kiedy Elle wyszła z sypialni, nie zważając na to, że jego ton wciąż brzmi ozięble i zbyt stanowczo. W środku był, co prawda, rozbitym na milion kawałków kłębkiem nerwów, ale wstydził się okazywać jakąkolwiek słabość, nawet przed najbliższymi przyjaciółmi — Nie patrz na mnie tak, jakbym właśnie zamordował ci chomika. Arthur będzie tu w przeciągu godziny i musi widzieć, że nie umierałaś przez niego ze strachu — dodał, zanim dziewczyna zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Wiedział, że jego przyjaciel bardziej niż o samego siebie martwi się o swoją ukochaną i dzieci, a ostatnie, czego dziś potrzebował, to oglądać je w kiepskim stanie.


Wciąż miała przed oczami widok jego bezwładnie zwisającej na boku głowy. Chciała wierzyć, że z jej mężem wszystko jest w porządku, ale przecież dobrze widziała na nagraniu, że wcale tak nie było. W dodatku kołysanka... Gdy śpiewał ją dla Thei, była najpiękniejszą melodią w całym wszechświecie, ale w tym momencie przez jej ciało przechodziły nieprzyjemne dreszcze. Bała się, że to rodzaj pożegnania, a tego bardzo, ale to bardzo nie chciała.
Wystraszyła się, słysząc głos Ulliela i chociaż nie miała najmniejszej ochoty na wykonywanie jego rozkazów, wzdrygnęła się i zamykając powieki, odwróciła się. Nie ruszyła jednak do łazienki, pierw swoje kroki skierowała do kuchni. Musiała się uspokoić, zapanować nad własnym oddechem, a teraz było to nierealne. Otworzyła szafkę z lekarstwami i drżącą dłonią sięgnęła po tabletki uspokajające, które wiedziała, że może brać będąc w ciąży. Przełknęła je bez popijania, gdyż zwyczajnie nie była w stanie nalać sobie wody do szklanki, a każda próba kończyła się rozlaniem cieczy dookoła.
— On... On się z nami żegnał, Blaise — wydusiła, zanosząc się głośnym płaczem, wpatrując się w przyjaciela swojego męża. Czuła, jak poza rozpaczą wzrasta w niej złość.  Gdyby nie stojący obok mężczyzna, nic by się nie stało. Gdyby nie zarezerwował im tego cholernego stolika, spędziliby ten dzień w domu, a teraz byliby razem, szczęśliwi. — Ta piosenka... On... — nie była w stanie wydusić z siebie nic więcej. Czując jednak na sobie spojrzenie blondyna, ruszyła do łazienki, zamykając za sobą drzwi odrobinę za głośno.
Spojrzała w lustro, nie malowała się na co dzień. Ostatni raz robiła to tamtego dnia… Gdy szli na randkę, gdy nie wrócił do domu… Tak naprawdę była to jedna z pierwszych prawdziwych randek, odkąd rozpoczęli swój związek. Chciała, aby tamten dzień był idealny, chciała być dla niego idealna... Teraz wpatrywała się jedynie w swoje żałosne, zapłakane odbicie.
Opłukała twarz z łez, a następnie zaczęła wykonywać makijaż, który ze względu na jej zdenerwowanie nie był tak dopracowany, zresztą, ograniczał się do podkładu, korektora zakrywającego opuchnięte oczy i odrobiny rozświetlacza.
— Gdzie on jest, gdzie jest Arthur? — zapytała zaraz po wyjściu z pomieszczenia. Była pewna, że spędziła tam więcej niż czterdzieści minut — Gdzie jest mój mąż?! — Krzyknęła, czując jak na nowo zaczyna drżeć.
Wiedział, że jest na niego wściekła i ma pretensje o to, co spotkało Arthura. Wiedział, że jest wszystkiemu winien i zamierzał im to jakoś wynagrodzić, ale to nie był czas na wzajemne obrzucanie się wyrzutami i niepotrzebne kłótnie. Miał nadzieję, że Elle w końcu jakimś cudem się uspokoi i przestanie narażać zdrowie swoje i dziecka na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Morrison znienawidziłby go, gdyby przez ukierunkowane na jego osobę porwanie, stracił tak bardzo wyczekiwanie maleństwo.
— Spokojnie, jest już w samochodzie i zaraz tutaj będzie — zapewnił z wyraźną ulgą, wypatrując przez okno pojazdu należącego do jego ochroniarzy. Wszystko wskazywało na to, że porywacze przystali na zaproponowany przez niego układ i natychmiastowo wymienili uprowadzonego na żądaną wcześniej gotówkę. — Naprawdę nie chciałem, żeby to tak wyszło. To miał być jedynie miły wieczór i chwila odpoczynku dla was… — odwrócił się na moment w jej stronę, obdarzając przepraszającym i pełnym współczucia spojrzeniem. Arthur był już, co prawda, bezpieczny, ale takie traumatyczne przeżycie długo jeszcze mogło odbijać się na jego życiu i psychice. Zamierzał zapewnić obydwojgu wsparcie terapeutyczne i miał nadzieję, że szybko uporają się z traumą, jaką zgotował im przez niego los. Powinni siedzieć teraz razem a nie ledwo uchodzić z życiem tylko dlatego, że ich przyjaciel to Blaise Ulliel.
— Już są… — uśmiechnął się delikatnie, widząc znajome numery rejestracyjne — Nie będę wam dzisiaj przeszkadzał. Jeśli będziecie potrzebować mojej pomocy, po prostu dzwońcie bez względu na porę. Oczywiście dwóch moich ochroniarzy będzie stało pod waszymi drzwiami i dbało o to, abyście się mogli czuć całkiem bezpiecznie — zapewnił, zasuwając z powrotem zasłony i narzucając na siebie marynarkę. Chciał oczywiście powitać kumpla i spędzić z nim trochę czasu, ale nie zamierzał denerwować teraz Elle i wolał jak najszybciej usunąć się w cień. I tak będą mieli jeszcze mnóstwo okazji, aby posiedzieć razem i porozmawiać, a Morrisonowie potrzebowali teraz jedynie swojego towarzystwa i świętego spokoju.
To, co towarzyszyło mu przez ten czas, nie było strachem. Obudził się w nim jakiś pierwotny instynkt, który odciął go od świata zewnętrznego. Miał wrażenie, że gdyby próbował coś powiedzieć, nie znalazłby żadnych słów. Był sam. Zupełnie sam i pierwszy raz marzył o tym, by rozległy się głosy, których tak bardzo nienawidził. Wtedy miałby świadomość, że żyje, a teraz... Nie był tego pewien. Nie potrafił wskazać fragmentu ciała, który nie pulsowałby tępym bólem, nie potrafił wyrwać się z matni, w której się znalazł. Tak naprawdę odciął się od życia, bo szykował się na śmierć, a w taki sposób wydawało się to łatwiejsze. Nie chciał tęsknić, nie chciał rozpaczliwie błagać o to, by pozwolili mu zobaczyć żonę i córeczkę ten ostatni raz, bo samo wyobrażenie, że się z nimi żegna, było zbyt bolesne. Bez uczuć było lepiej.
Nie miał pojęcia gdzie jest. Patrzył na świat zewnętrzny, ale bodźce do niego nie docierały. A właściwie docierały, ale jedynie te bólowe. Wydawał z siebie jedynie jęki, gdy kolejne osoby przerzucały sobie jego ramię przez kark i tak bardzo marzył o tym, żeby to wreszcie się skończyło. Gdyby mógł coś powiedzieć, zasugerowałby oprawcom kulkę w głowę, bo szybka śmierć była wybawieniem.
Zdawało mu się, że twarz Blaise’a jest tylko majakiem. Patrzył na niego, ale nie widział. Sądził, że powoli przechodzi na tamten świat, w którego istnienie nie wierzył, nie rozumiał jedynie, dlaczego widzi przyjaciela, a nie ukochaną.
A potem się pojawiła. Ona i Thea. Obie płakały, a Elle wyglądała źle. Nie podejrzewał, że jego ostatnia myśl przedstawi ją w ten sposób. Spodziewał się, że ujrzy uśmiechniętą dziewczynę trzymającą w ramionach ich roześmianą córeczkę.
 Elle... Tak bardzo chciałem cię zobaczyć... Przepraszam, że się nie pożegnałem. Nie potrafię, wybacz mi, proszę  wyszeptał, czując, że po jego policzkach spływają łzy.  Za chwilę przestanie boleć, prawda? Po śmierci powinno być w porządku. Kiedy to się zacznie?  pytał cicho, przekonany, że ten moment w końcu nadszedł.
A potem Elle delikatnie go objęła. Czuł ją wyraźnie, nie mogła być wyobrażeniem. Poza tym, gdyby nim była, wiedziałaby, że nie powinna dotykać połamanych żeber, którym zapewne brakowało milimetrów, żeby przebić płuco. Choć przytuliła go ostrożnie... Arthur zacisnął powieki i wrzasnął. Wrażenie było takie, jakby ktoś wbijał mu ostrze noża w bok. Nie naostrzonego, to był tępy, zębaty nóż, który siał w jego ciele spustoszenie. Wciągnął gwałtownie powietrze, a przynajmniej miał taki zamiar, bo nie dotarło ono tam, gdzie powinno dotrzeć. Płuco w jednej chwili się zapadło, a Arthur najzwyczajniej w świecie zaczął się dusić. Widok wykasływanej krwi musiał być makabryczny, zwłaszcza, gdy jeden z ochroniarzy Ulliela spanikował i puścił ramię bruneta, a ten bez sił opadł na kolana i podparł się rękami na asfalcie. To nie tak, że Villanelle zrobiła mu krzywdę. Żebra były wielokrotnie obijane i kopane, wystarczył jeden ruch, żeby połamana kość się przesunęła, ale nikt nie mógł o tym wiedzieć. Gdyby znalazł się w szpitalu, prawdopodobnie by do tego nie doszło, unieruchomiono by go, zrobiono prześwietlenie, możliwe, że zespolono by żebra...
Ale był pod swoim mieszkaniem, rozpaczliwie walcząc o oddech. Ostatnim, co pamiętał, był widok zbliżającej się jezdni, gdy upadał i sygnał pogotowia, a potem ogarnęła go ciemność, w którą z ulgą się zapadł, uciekając od bólu. 

  Co z nim?! Co z moim mężem?!  wyrzuciła z siebie, podnosząc się gwałtownie, gdy lekarz wyszedł z pomieszczenia. Szybko jednak straciła cały rezon. Oparła dłoń na brzuchu i jęknęła cicho, czując skurcz.
  Pani Morrison, tak?  spytał lekarz, ale bardziej dla formalności.  Pani mąż… Czy wszystko w porządku?  przerwał, podchodząc do dziewczyny i ujmując jej łokieć.  Dobrze się pani czuje?
  To nic…  machnęła nieco lekceważąco ręką i odetchnęła głęboko.  Matty, spokojnie…  wyszeptała, masując brzuch.  Proszę… Dlaczego nikt mi nic nie mówi? Chcę wiedzieć, co z moim mężem!
  Najpierw zajmijmy się panią  odparł.  Co się dzieje?
  Wydawało mi się… Chyba miałam skurcz, ale… To za wcześnie  wymamrotała.


— Nie mamy czasu na przygotowanie do znieczulenia zewnątrzoponowego. Anestezjolog wprowadzi znieczulenie ogólne. Villanelle, wszystko będzie dobrze. — Kobieta uśmiechała się do niej, ale brunetka wcale nie miała dobrego przeczucia. Jej synek miał się za chwilę pojawić na świecie, a przecież brakowało mu jeszcze kilku tygodni.
Dźwięki dochodziły do niej z oddali, a po chwili rozmazany obraz przygasł, a ostatnie, co zapamiętała to dłonie w błękitnych rękawiczkach nakładające na jej twarz maskę.


Matthew Morrison pojawił się na świecie o godzinie dziewiętnastej dwadzieścia dwie, z pięcioma punktami w skali apgar. Owinięty białym materiałem od razu trafił do inkubatora, a pielęgniarki i neonatolog natychmiast zajęli się maleńkim chłopcem.


*tekst nieco zmieniony na potrzeby notki
Trochę długie i gratulujemy wszystkim, którzy dotarli do tego momentu. To wyżej to twór trzech wątpliwie genialnych umysłów.
Enjoy!

18/08/2019

2109. So you lie there and dream

czerwiec, rok 2001

– Nuuuudzę się.
– Biedactwo. Wiecznie się nudzisz. – Ojciec mruga do niej zabawnie. – Może spróbuj coś policzyć. To zawsze ci dobrze wychodzi.
– Wszystko już policzyłam. Wszystko! Nie ma tu w ogóle zajęcia dla inteligentnych dzieci. – Obraża się odrobinę, patrzy spode łba. Tata się śmieje.
– Moje biedne inteligentne dziecko. – Głaszcze ją po jasnych włosach, spiętych w długie warkocze rozwichrzone od wiatru. – Nie martw się. Niedługo wróci mama i Hersh.
– Kiedy? – pyta niecierpliwie, zerka w stronę domu. Już chciałaby pobiec, liczyć sekundy, minuty, godziny na zegarku. 
– Myślę, że najpóźniej o siedemnastej.
Więc Sanna zrywa się z zapałem, wpada do domu jak burza i wyczekuje przed pustym, chłodnym kominkiem ze wzrokiem wlepionym w zegar. Mija szesnasta trzydzieści i szesnasta czterdzieści pięć, potem siedemnasta dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, ale mama się nie pojawia. Kilkanaście minut po osiemnastej tato wreszcie dzwoni na policję i Sanna już wie, że może minąć jeszcze wiele godzin, zanim mama wreszcie wróci do domu.

Nigdy nie wraca.

Cztery dni później tato siedzi przy stole i kryje twarz w dłoniach. Nie ma Hersha. Nie ma mamy. Taty też już nie ma, chociaż Sanna jeszcze o tym nie wie. Ma dopiero pięć lat i sześć miesięcy, w sierpniu po raz pierwszy miała iść do szkoły. Teraz nie wie, czy w ogóle pójdzie. Wydaje jej się, że jest jeszcze bardzo mała, zbyt mała w obliczu jakichkolwiek tragedii. Dotąd nie musiała widzieć na własne oczy, jak świat robi zwrot w tył tuż za plecami, a ludzie żyją dalej w błogiej nieświadomości, dopóki nie odwrócą głowy i nie zrozumieją, że nie jest to już to samo dobrze znane miejsce co wcześniej. Opadają im wtedy szczęki, niektórym zapadają się policzki, wypadają włosy.
Nie wie, dlaczego przyjeżdża ciocia Gertie i dlaczego zabiera ją do siebie, a tato zostaje sam.

– Już nie ma mojej rodziny, prawda? – pyta w końcu, ściskając mocno szczupłą, pokrytą siateczką żył rękę ciotki.
– Co też ci przyszło do głowy! – obrusza się Gerturude, przystaje na środku wąskiej kamiennej dróżki, która prowadzi do jej wielkiego domu, niemalże rezydencji. Ciocia Gertie mieszka samotnie. – Zawsze będziesz mieć rodzinę, Sanno. Twoja rodzina to tata, dziadkowie, wszyscy kuzyni, ja również. I ludzie, których sama sobie wybierzesz, kiedyś, z czasem. Nikt ci tego nie odbierze. Nikt, rozumiesz?

Więc Sanna kiwa głową, tak, rozumie. Ale potem myśli o domu, do którego zmierzają, pełnego pustych pokoi, wielkich okien i zimnych korytarzy, o ogromnej przestrzeni, której ciotka, mimo szczerych chęci, nie jest w stanie zapełnić i przechodzi ją lodowaty dreszcz, którego nie potrafi jeszcze nazwać.



lipiec, rok 2001

Sanna macha nogami w powietrzu. Deska w starej szopie jest dla niej trochę za wysoka, ale wyśmienicie udaje krzesło. Można się tu schować i nie musieć rozmawiać z nikim. Tęskni za tatą. Chciałaby, żeby przyjechał i zabrał ją do domu. Tęskni za mamą, ale już wie, że mamy nigdy więcej nie zobaczy. Ciocia pojechała na pogrzeb, zabrała Sannę ze sobą. Było smutno. Tęskni za Hershelem. Nigdzie go nie ma. Wszyscy rozkładają ręce. Wyobraża sobie, że wpada do szopy z głośnym hałasem, jak to on, i wyciąga dłoń, uśmiecha się zawadiacko.
Wróciłeś!, ucieszyłaby się na jego widok, a on opowiedziałby o przygodach, które przeżył w wielkim, niedostępnym świecie. Może pokonał złego czarodzieja, chcącego odebrać wolność pięknej, acz bardzo małej krainie, rządzonej przez młodziutką królową? A może tropił smoki i przywiózł jej z podróży prześliczne smocze jajo, błyszczące błękitnym blaskiem, jak to, które oglądali kiedyś w jednym filmie w telewizji? Obraziłaby się pewnie trochę, że jej nie zabrał ze sobą. Ale bardziej cieszyłoby ją, że jest z powrotem.

– Tutaj jesteś, dziwaczko! – W głosie kuzynki Laili wibrują drobinki złośliwego śmiechu, kiedy wsuwa głowę do szopy i uśmiecha się krzywo na widok Sanny. Sanna nie przepada za nią z wielu powodów, ale głównym jest smak rozczarowania, kiedy okazało się, że kuzyni wcale nie lubią jej tak, jak obiecywała ciocia Gertie. Jest ich bardzo wielu, wszyscy mniej więcej w podobnym wieku; Sanna jest jedną z najmłodszych, Laila ma osiem lat. Dotąd nie miała kontaktu z taką ilością dzieci, ale tato, poza Gertrude, ma jeszcze troje rodzeństwa – dwóch braci i siostrę. Mama z kolei miała jednego brata i jedną siostrę. Sanna nigdy ich nie poznała; mama mówiła, że ci ludzie od dawna nie są jej rodziną, tak samo jak babcia i dziadek. Ciekawe czy wiedzą, że już jej nie ma.

– Chcesz czegoś ode mnie? – pyta chłodno Sanna, nieruchomiejąc na swoim siedzisku.
– Patrzcie! To coś mówi! – woła dziewczynka, wskazując kuzynkę palcem. Bardzo ją cieszą śmiechy, którymi wybuchają jej bracia razem z resztą dzieciarni. – Chcesz czegoś ode mnie? – Przedrzeźnia ją piskliwym głosikiem, zbliżając się krok po kroku. Sanna bardzo wyraźnie słyszy, jak jej różowe trampki szurają po piaszczystym podłożu. Spina mięśnie, mruży oczy, kuzynka ją denerwuje.
– Odczep się, Laila – mruczy pod nosem, uważnie obserwując każdy jej krok. – Dlaczego mnie nie lubisz?
– Dlaczego mnie nie lubisz? Och, niedobra Lailo, dlaczego mnie nie lubisz? – Jej paplanina działa Sannie na nerwy. – Bo jesteś głupią wariatką, dlatego!

Jeszcze długo po tym, jak dłoń Laili popycha ją do tyłu, Sanna Menzel nie czuje, że spada.

*

Boli ją głowa. Opatrunek, który teraz nosi, nie jest już tak ogromny jak ten, który miała na początku. Kuzyn Kjell śmiał się, że wygląda jak mała Arabka w turbanie. Lubi Kjella, jest sporo od niej starszy i nigdy nikogo nie wyśmiewa. Aż dziwne, że ktoś taki jak on może być spokrewniony z kimś takim jak Laila, ale ciocia Gertie powiedziała jej kiedyś, że Kjell tylko w połowie jest bratem reszty swojego rodzeństwa, bo miał inną mamę. Podobno zostawiła go któregoś dnia pod drzwiami mieszkania wujka Roberta i poszła w świat. Tak mówi ciotka. Sanna też chciałaby kiedyś pójść w świat, ale zabrałaby ze sobą swoje ewentualne dziecko.

– Jak się czujesz? – pyta ją kuzynka Ingrid, która pojawiła się znikąd jak kot. Zawsze tak robi. Można przez to dostać zawału, kiedy nagle odzywa się tuż za plecami.
– Chyba dobrze – wzrusza ramionami, nie odrywając wzroku od swojego obrazka. Rysuje słońce, przyciska kredkę tak mocno, że prawie łamie jej rysik.
– Laila to kretynka, najchętniej dałbym jej w pysk – dodaje Kjell z kąta, w którym zaszył się razem ze swoim discmanem. – Ale ojciec, oczywiście, uważa ją za małego aniołka.
– Słyszałam, że strasznie się wkurzył, wujek Robert – mówi Ingrid siadając na krześle obok Sanny. – Podobno dał jej wielki szlaban i tak krzyczał, że Frans miał ochotę zatkać uszy. Opowiedział mi. Ładnie rysujesz. – Płynnie zmienia temat, jak to ona. Sannie zawsze wydaje się, że Ingrid urodziła się stara, bo szybko zaczęła mówić i zachowuje się czasem, jakby miała ze trzydzieści pięć lat.
– Dziękuję.

Ingrid chyba ją lubi, jest bardzo sympatyczna, ale kiedy opowiada o braciach, Fransie i Leifie, Sanna czuje niemal namacalną tęsknotę za Hershem.

– Już cię nie boli? – Ciocia Gertie zamaszyście wchodzi do kuchni, nawet nie spoglądając na bratanicę. Krząta się nerwowo, wyciąga jakieś garnki, jakieś patelnie, coś przestawia, ustawia. Robi przy tym straszny hałas, aż Kjell krzywi się ze swojego kąta w zabawny sposób. Sanna chichocze.
– Stało się coś, ciociu? – Niewinne pytanie padające z ust Ingrid dziwnie wytrąca ciotkę z równowagi.
– Ingrid Idino Menzel! Twoja biedna matka szuka cię po całym podwórku. Natychmiast biegnij powiedzieć jej, że wszystko z tobą w porządku. Leif z kolegami poszedł nad jakieś jezioro, a Frans stwierdził, że ostatni raz byłaś razem z nimi. Vendela wariuje z niepokoju, żeś się utopiła!

Dziewczynka z kwaśną miną podnosi się z krzesła i drepcze w stronę drzwi, rzucając kuzynostwu spojrzenia na tyle ironiczne, na ile potrafi sześciolatka (prawie). Sanna nie wie zbyt dużo o tych wszystkich dzieciach, ale o Ingrid wie głównie, że nienawidzi swojego drugiego imienia, nadanego jej przez zakochaną w musicalach matkę na cześć aktorki Idiny Menzel tuż po styczniowej premierze musicalu Rent. Nie ma pojęcia, czy imiona idą w parze razem z talentem, ale jeżeli tak, kuzynka zapowiada się na bardzo wyjątkową osobowość.
Kjell zakłada obie słuchawki z powrotem na uszy i zagłębia się w jakiejś lekturze, której tytułu Sanna nie potrafi odczytać. Gertrude niemalże biega po kuchni, mamrocząc coś gniewnie pod nosem, otwierając byle jakie szafki i szuflady, w ogóle nie po kolei, jakby czegoś szukała, ale jednocześnie sama nie miała pojęcia czego dokładnie. Savannah (bardzo nie lubi, kiedy tak ją nazywają, ale na szczęście mało kto to robi) skupia się ponownie na swoim rysunku, starając się ignorować hałas. Rysuje siebie i tatę, po chwili namysłu dorysowuje jeszcze Hershela. Tak by chciała, żeby się znalazł. Aż gdzieś na dnie serca osiada jej ciężki smutek, ciężki jak ołowiana sztabka. Potem dorysowuje mamę. Strasznie za nią tęskni, ale jest to kompletnie inna tęsknota.

– Pakuj się, Sanno. – Ciotka wydaje jej polecenie tym samym podenerwowanym tonem, którym wcześniej odezwała się do Ingrid. – Kjell, weźże jej pomóż, nie ogarnie takiej ilości rzeczy w pojedynkę.
– Co się dzieje, ciociu? Wyjeżdżamy gdzieś? – Czuje się bardzo zagubiona, głowa pęka jej od nadmiaru informacji, z których nie umie wyciągnąć nic sensownego.
– Wracasz do domu, do ojca. W przyszłym tygodniu zaczyna się szkoła i ten człowiek musi wreszcie wziąć za ciebie odpowiedzialność. – Gertrude wzdycha ciężko, zamyka oczy, opiera się o blat. Sanna czuje, że serce bije jej szybko-szybko. – Przepraszam cię, kochanie. Nie powinnam była się denerwować. Tatuś bardzo za tobą tęskni, wiesz? Jeśli zechcesz, z chęcią wezmę cię do siebie na ferie. I na wakacje, chociaż część. W porządku?

Kiwa głową, w porządku, chociaż tak naprawdę wcale nie jest w porządku. To plątanina uczuć i emocji, których nie rozumie zbyt dobrze; wie tylko, że obciążają jej żołądek tak, że zjeżdża na dół brzucha i dziwnie boli.

*

– Dlaczego nie sprawdziliście z Kjellem dokładniej? – warczy ciotka, kiedy Sanna wylicza na palcach rzeczy, których zapomniała. Sukienka, którą dostała od mamy na poprzednie urodziny. Pluszowy tygrys, tak duży, że może cała się na nim położyć. Komplet nowych kredek od cioci Hanny i cioci Vendeli. Kilka rysunków, zostały w szufladzie pod biurkiem. Jeden miała dać tacie, kiedy po nią przyjedzie, ale się nie pojawił. To ciocia odwozi ją do Ørje, swoim samochodem. Z Arendal, gdzie mieszka, jest prawie cztery godziny jazdy, ale Gertrude zawsze mówi, że lubi jeździć, pod warunkiem, że ma dobrego towarzysza.

Tym razem jednak przez większą część drogi siedzi i zaciska zęby w milczeniu. Sanna wbija wzrok w swoje kolana i mnie nerwowo materiał czerwonej koszulki.

– Zapomniałam – szepcze cicho, smutna i zła.
– Zapomniałaś, zapomniałaś. Głowy zapomnisz, dziecko, jak tak dalej pójdzie – irytuje się ciocia, ale po chwili bierze głęboki wdech i posyła jej miły uśmiech. – No nic. Jak przyjedziesz następnym razem to weźmiesz. To przecież nie potrwa długo, prawda? – dodaje wesołym tonem, jakby chcąc tchnąć w Sannę trochę optymizmu. – Na pewno będziecie sobie z tatą świetnie radzić. Może na ciebie liczyć. Jesteś już duża, pomożesz mu. Wszystko będzie dobrze.

Dopiero pod drzwiami, kiedy już żegnają się na dłużej, ciotka nagle przytula ją mocno i szepcze: Gdyby coś się działo, zadzwoń natychmiast.



sierpień, rok 2002

– Sanna?

Kuzynka Mari wsuwa jasną głowę przez skrzypiące drzwi do jej sypialni. Sanna przewraca się na bok i patrzy w przestrzeń. Jest zmęczona, tak bardzo zmęczona. Odkąd przyjechała, a było to już prawie dwa miesiące temu, ojciec nie zadzwonił do niej ani razu. Narysowała mu mnóstwo obrazków, ale coś powstrzymuje ją przed wysłaniem ich na domowy adres. Sama już nie wie, gdzie bardziej czuje się jak w domu – tam, czy u ciotki. A jeśli tam, to cóż ona teraz pocznie?

– Słyszałam, jak ciocia mówiła, że będziesz chodzić z nami do szkoły – mówi Mari, ostrożnie siadając obok niej na łóżku. – Pewnie dziwnie się czujesz. Nie martw się. Ingrid i ja ci pomożemy. Możesz siedzieć w ławce ze mną i dostaniesz szafkę obok. Wszystko już załatwione.

Sanna słucha, ale milczy. Chciałaby krzyczeć, że nie zostawi swojej starej szkoły, do której pochodziła zaledwie przez rok, w której miała mnóstwo zaległości, bo tata długo spał i spóźniała się na lekcje; w której jest najlepsza nauczycielka na świecie, pani Wallander, taka ciepła i miła. Chciałaby zapomnieć, że przychodziła głodna i czasem było jej słabo, że miała rozczochrane włosy i brudne ubrania. Chciałaby zacząć od nowa, a jednocześnie nie musieć aż tyle zmieniać. Wystarczyłoby, żeby tato trochę więcej się nią zajmował, ale on chyba już nie potrafił tego robić. Godzinami stała przy jego łóżku, wypatrywała, czy może wstanie, a potem zamawiała pizzę i płaciła pieniędzmi, które przysyłała jej ciotka. W czasie, który spędziła w Arendal, nawet nie spojrzała na pizzę. Chodziła na obiady do wujków i cioci Hanny, żeby Gertie nie musiała gotować, bo, jak mówiła, serdecznie tego nienawidzi. Coraz lepiej dogadywała się z kuzynami, chociaż Laila od czasu tamtego wypadku unikała jej jak ognia. Z Mari i Ingrid zrobiły sobie nawet miejsce do spania na sianie, w stodole u wujka Roberta, ale przeszkodzili im Aaron i Axel, bliźniacy, którzy czaili się po kątach i straszyli je.

Sanna próbuje się uśmiechnąć, ale wychodzi jej tylko akwarelowy, rozmyty smutek.

– Nie martw się – powtarza Mari, biorąc ją za rękę. – Jesteśmy przecież rodziną.

I nagle czuje, jak robi jej się cieplej na sercu.



maj, rok 2003

– Johan, do jasnej cholery. To jest twoja córka. I mieszka u mnie prawie rok. Jestem za stara na takie małe dziecko. Musisz się wreszcie ogarnąć, to już dwa lata, a ty ciągle nic. Posłuchaj... Nie, nie chcę na nikogo zrzucić odpowiedzialności! Gdybym chciała mieć dzieci, to bym się o nie postarała. Wydaje mi się, że jak na razie to ty zrzucasz odpowiedzialność na mnie! Mam prawie sześćdziesiąt lat. To nie jest dobry wiek na wychowywanie dziewczynki. Chłopca zresztą też nie. Chciałam dać ci czas, ale to już gruba przesada. Zrób coś ze sobą, człowieku, bo jak Boga kocham... Przestań! Natychmiast po zakończeniu roku odwożę ci małą.

Trzask odkładanej słuchawki wydaje się boleć Sannę bardziej, niż wszystkie te słowa, których miała nie usłyszeć.



grudzień, rok 2003

– Dzień dobry, Emilie. Mam do ciebie ogromną prośbę, powiedz, czy znalazłoby się u nas w szkole miejsce dla Sanny? Tak, na pewno ją pamiętasz, spędziła tutaj całą drugą klasę, teraz mieszka u ojca i jest w trzeciej, ale znowu wynikły jakieś problemy i... Och, naprawdę? Byłabym ogromnie wdzięczna. Mała zamieszka u mnie. Nie, dziękuję, nie potrzebujemy wsparcia psychologa, poradzimy sobie. Świetnie, Emilie. Mam u ciebie ogromny dług.
– Johan jej nie kocha. – Kjell, przygarbiony, długi i bardzo chudy nastolatek z wpadającą w oczy ciemną grzywką odzywa się ponuro ze swojego kąta. Gertrude nieomal dostaje zawału, nie spodziewając się chłopaka w swoim domu. Ten jednak zerka na nią bystro i dodaje jeszcze: – Co nie? Jakby ją kochał, to by się przecież ogarnął. Ile razy można się przeprowadzać w tę i we w tę?
– Nie twój interes – gani go ciotka z surową miną. – Siano w głowie masz i nic o życiu nie wiesz, smarkaty dzieciaku, a wtykasz nos w sprawy innych ludzi. Jest jego córką. Kocha ją i zrobiłby dla niej wszystko. Tylko ona mu pozostała.

Ale nie po raz pierwszy przychodzi jej do głowy, że może jednak Kjell ma rację.



lipiec, rok 2005

– Słuchaj, ciociu – zaczyna Sanna z niepewną miną, jedną z tych, które prawie-nastoletnie dziewczynki przybierają, kiedy chcą zacząć dyskusję na kontrowersyjne tematy, jak przesunięcie pory powrotu do domu czy wyższe kieszonkowe. Gertrude wewnętrznie nastawia się na ciężką walkę. Sanna jest grzecznym dzieckiem. Dużo pomaga w domu, ale czasem odzywa się w niej charakter matki, wrodzona impulsywność i żywiołowość. – Nie bardzo wiem, jak to powiedzieć... Trochę to jest... skomplikowane.
– Jeżeli chodzi o chłopaka, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia – żartuje ciotka, podsuwając dziewczynie talerzyk z pokrojonym ciastem. Sanna posłusznie nakłada sobie kawałek i dziobie w nim widelcem.
– Nie chodzi o chłopaka. Czy ja... Czy mogłabym znów zamieszkać z tatą?

Mając sześćdziesiąt lat, Gertrude doznaje największego szoku w swoim życiu. Wytrzeszcza oczy, ciasto staje jej w gardle i nawet łyk zbyt gorącej herbaty nie jest w stania załagodzić napięcia, które na niej osiadło.

– Ale... Dlaczego? – pyta tak bezradnie, że Sannie robi się bardzo, bardzo przykro. – Źle ci u starej ciotki, co?
– W żadnym razie! Po prostu... Przysłał mi kartkę, napisał, że tęskni. Że chciałby, żebym wróciła. Mogłabym mu teraz więcej pomóc – dodaje wymownie. – Jestem już sporo starsza.
– To prawda, dziecinko, ale czy naprawdę tego właśnie chcesz? Znów zmieniać szkołę, koleżanki, nauczycieli?
– To nie jest najważniejsze – mówi Sanna w zamyśleniu, kreśląc jakieś wyimaginowane wzory palcem na kraciastej ceracie. – Jeżeli mogę zrobić coś dobrego dla taty... Dlaczego nie?
– Ingrid i Mari się za tobą zapłaczą – stwierdza, uśmiechając się ciepło, ale czuje, jak wilgotnieją jej oczy. Tylko ty nie rycz, głupia, stara babo, upomina się w myślach. – Odwiozę cię do ojca jutro. Tylko tym razem niczego nie zapomnij! – wymusza sztucznie brzmiący chichot.

I Sanna ma ochotę odpowiedzieć: Nie zapomnę ciebie, ale sama nie wie, dlaczego właściwie tego nie robi.



Mały wycinek przeszłości Sanny. Trochę o niczym. Dziękuję za dobrnięcie do końca!