Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/12/2020

2157. I came here to kill you, bae

Czasami tak mnie coś złapie na napisanie czegoś... No to jest :)
 
Święta były wyczuwalne wszędzie. Witryny w każdym sklepie były przyozdobione odpowiednimi dekoracjami, na ulicach paradowali mężczyźni przebrani za Świętych Mikołajów, trzymając w dłoni dzwonek zachęcali do dokonywania wpłat na różne charytatywne cele, wesoło przy tym zagadując każdego przechodnia, który wykazał minimalne zainteresowanie prowadzoną zbiórką. Minnie McLaren szybkim krokiem pokonywała trasę prowadzącą do firmy, w której pracowała od niedawna na pół etatu. Święta w tym roku były zupełnie inne od wszystkich dotychczasowych, miały okazać się niezapomniane. Brunetka doskonale wiedziała, że będą one wyjątkowe. Planowała to wszystko od długiego czasu. Pozostawało jej w tej chwili jedynie trzymanie kciuków za to, aby nic nie sprawiło, że coś potoczy się w sposób, którego nie mogła przewidzieć.
Mimo, że nie pracowała długo, te kilka godzin dłużyło jej się niesamowicie. Ciągle zerkała na zegarek, jakby to miało sprawić, że wskazówka zacznie poruszać się szybciej i wybije w końcu godzina zakończenia dnia pracy.
Minnie była wycofana, nie potrzeba było być detektywem, aby to widzieć. Nigdy nie angażowała się w pogawędki toczące się od rana przy ekspresie do kawy. Nie opowiadała o swoim życiu prywatnym. Skupiała się jedynie na pracy i na tym, co leżało w jej obowiązkach. Nie było tego dużo. Pomimo swojego wieku, jej obowiązki były ograniczona. Była trochę jak przestarzała praktykantka, która wszystkiego uczy się na nowo. Nauka szła jej jednak całkiem dobrze i sprawnie. Może właśnie przez to, że w pracy koncentrowała się głównie na pracy. Dzisiaj miała z tym problem. Jej myśli krążyły wokół czegoś zupełnie innego. Czegoś, co nie miało nic wspólnego z pracą.
— Minnie, słyszysz mnie?
Kobieta zadrżała. Została właśnie wyrwana ze swoich rozmyślań. Podniosła spojrzenie na Vanessę. Vanessa była bezpośrednią przełożoną Minnie. Co zabawne, była od niej młodsza o dwa lata. Miała długie włosy w rudym kolorze i sympatyczny uśmiech. Vanessa była sympatyczna i z chęcią uczyła wszystkiego McLaren. Brunetka czasami miała wrażenie, że rudowłosa jest zadowolona z faktu, że może rozporządzać starszą od siebie kobietą. A może tak jej się tylko wydawało? Minnie często łapała się na tym, że myślała o ludziach w niewłaściwy sposób. Podpowiadało jej to doświadczenie.
— Przepraszam — uśmiechnęła się blado — zamyśliłam się i chyba trochę… odpłynęłam.
— Pytałam, czy wyjdziesz dzisiaj z nami. Dział marketingu organizuje spotkanie integracyjne. Takie małe, tylko dotyczące naszego działu. Byłoby fajnie spotkać się po pracy, no wiesz, tak na luzie.
Minnie wzięła głębszy oddech. Spojrzała na rudowłosą odrobinę zmieszana.
— Och chyba to do mnie wcześniej nie dotarło. A o której godzinie? Mam kilka planów na dzisiaj, ale może… Może uda mi się coś pozmieniać.
— Dwudziesta w barze u Alexa na rogu jedenastej z pięćdziesiątą trzecią. To nie jest żadne z tych fancy miejsc, ale właściciel to znajomy Derecka, mamy tam dzięki temu zniżki. Zwłaszcza, kiedy przychodzimy w większej ilości.
— Okej — Minnie uśmiechnęła się — powinnam zdążyć.
Vanessa uśmiechnęła się wesoło. Była zadowolona z Minnie i tego, że postanowiła się tym razem nie odizolowywać. Rudowłosa uważała, że spotkania poza miejscem pracy są ważne dla zespołu. Do tej pory nowa pracownica ominęła już kilka wspólnych wyjść. Tym bardziej była dumna, że Minnie w końcu potwierdziła swoją obecność. Liczyła na to, że kobieta trochę się rozluźni poza murami firmy i opowie, co nieco o sobie, pozwoli się po prostu poznać.
Minnie wydawała się być naprawdę miłą osobą. Była spokojna i kulturalna. Jak udało się już rozpocząć z nią krótką dyskusję, zawsze była utrzymana na poziomie. Vanessa zastanawiała się tylko nad tym, czy to właśnie była Minnie, czy być może wyuczone schematy. Czy dało się tak po prostu zachowywać się cały czas grzecznie? Nie słyszała, aby Minnie kiedykolwiek komuś odmówiła, powiedziała, że nie zgadza się z jego zdaniem lub, że ma inny pogląd na daną sytuację. Kiedy sama prosiła ją o cos, brunetka od razu brała się za te zadania. To było świetne, jeżeli chodziło o pracę; Vanessa wiedziała, że może na niej polegać i kobieta jej nie zawiedzie. W innych sytuacjach było to odrobinę przerażające, a rudowłosa chciała za wszelką cenę dowiedzieć się, czy Minnie jest taka zawsze.
— Zawsze ubieramy się tematycznie. Dzisiaj obowiązuje czerwony kolor, wiesz tak świątecznie!
— O nie, nie — pokręciła od razu głową — na pewno nie zdążę zahaczyć o żaden sklep po drodze, a nie mam czerwonych ubrań. Mogę w takim razie nie przychodzić, może następnym razem…
— Nie ma opcji. Skoro już się zgodziłaś, nie daruję ci, Minnie. Przyjdź po prostu ubrana inaczej niż zawsze do pracy. Wyzwól się — zaśmiała się, jednocześnie puszczając do koleżanki oczko.
Brunetka pokręciła zrezygnowana głową, ale na jej ustach malował się cień uśmiechu. Prawda była taka, że naprawdę zamierzała się wyzwolić. To było nawet zabawne, że Vanessa użyła takich właśnie słów. Minnie musiała przygryźć wargę, aby powstrzymać się przed szerszym uśmiechem.

~*~

Mówiąc Vanessie, że nic nie słyszała o wspólnym wyjściu, perfidnie kłamała dziewczynie w twarz. Tak naprawdę względem tego wyjścia obmyśliła wszystko, co zamierzała zrobić. Zdawała sobie sprawę z tego, że jej pomysł nie był wymysłem geniuszu. Podejrzewała, że ma sporo niedociągnięć, że prawdopodobnie popełni wiele błędów. Musiała to jednak zrobić. Czuła, że bez tego nie będzie w stanie zostawić całkowicie przeszłości za sobą, a chcąc skupić się na przyszłości… Musiała to zrobić. Jeszcze ten jeden raz musiała poświęcić siebie. Jeden, jedyny raz. Ostatni.
W barze pojawiła się dwadzieścia minut po dwudziestej. Chciała, aby wszyscy dobrze ją zapamiętali tego wieczoru. Za radą Vanessy, naprawdę postanowiła się wyzwolić. Na pewno w oczach współpracowników, którzy znali ją do tej pory, jako spokojną i zrównoważoną, skromną Minnie. W końcu McLaren do biura rzadko, kiedy przychodziła w sukienkach, a kiedy już się na nie decydowała była to długość midi. Tym razem miała na sobie typową mini, a dłuższa marynarka w biało czarną kratkę przykrywała więcej, niżeli sama sukienka. Penthouse Parkera opuściła w zupełnie innym ubraniu wciskając mu kit o porządnym treningu, ale nie chciała wzbudzać podejrzeń, nie chciała, aby się w cokolwiek mieszał. Musiała sama zmierzyć się z demonami przeszłości. Dlatego przebrała się w toalecie kawiarni znajdującej się obok apartamentowca. W barze u Alexa musiała prezentować się już przecież w odpowiedni sposób, bo musieli ją zapamiętać. Nie tylko znajomi. Inni również. Musiała zapaść im w pamięci, jej obecność… Nikt nie mógł mieć wątpliwości, co do tego, że była obecna na spotkaniu działu marketingu.
— Minnie, to ty!? — Vanessa pierwsza wypatrzyła brunetkę. Swoim powitaniem sprawiła, że pozostali znajomi od razu skierowali głowy w stronę dwudziestodziewięciolatki. McLaren skinęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie.
— Sama mówiłaś, że… Mam się wyzwolić. Nie o to chodziło? — Spytała, cały czas z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Granie wcale nie było trudne. Ostatnie pięć lat swojego życia robiła to niemal za każdym wyjściem z domu w obecności męża. — Cześć tak w ogóle — zaśmiała się dźwięcznie, rzucając powitanie w tłum.
— Świetnie, że przyszłaś!
— Już zaczęliśmy robić zakłady…
— Dereck! — Vanessa spojrzała na mężczyznę piorunująco.
— No to dalej przyznać się, kto właśnie zarobił? Poproszę o mały procent, albo, chociaż o postawienie jednej kolejki. Beze mnie nie byłoby przecież gotówki.
Vanessa przyglądała się uważnie kobiecie. Nie poznawała jej. Nie tylko przez wzgląd na ubranie i wygląd. Zachowywała się tak, jakby… Minnie nie była tą samą Minnie, którą znała z pracy. Tamtą opisałaby raczej, jako szarą myszkę, a ta stojąca przed nią wydawała się być duszą towarzystwa.
— Wygrały dwie osoby. Chcesz dwa drinki na raz? — Chłopak, którego imienia nie potrafiła zapamiętać, posłał jej szeroki uśmiech. Wskazał na siebie, a drugą dłonią na Sandrę. Dziewczyna jednak nie wydawała się być w szczególny sposób zadowolona z faktu, że wygrała i, że Minnie rzeczywiście pojawiła się w barze.
— Żartowałam — uśmiechnęła się, bo dostrzegła spojrzenie Sandry. Nie chciała przecież robić kłopotu. Owszem, wszyscy mieli zapamiętać jej obecność, ale nie chciała robić negatywnego szumu wokół siebie.
— I tak należy ci się drink za to, że w ogóle się pojawiłaś — Vanessa uśmiechnęła się, układając dłoń na ramieniu Minnie i delikatnie je pogładziła — co pijesz?
— No dobrze… Coś słodkiego, kolorowego i słabego? — Spytała lekko zmieszana. Nie znała się na drinkach i alkoholach. Stroniła od nich niemal przez całe swoje życie. Wypijała lampkę szampana lub wina, o ile już się decydowała na alkohol.
W którymś momencie muzyka stała się głośniejsza. Telewizory, które nadawały lokalne wiadomości zostały wyłączone. Światła nadal były ostre i kolorowe, nie zostały ściemnione. Towarzystwo w lokalu z kilku grupek stawało się powoli jedną grupą. Ktoś przychodził, ktoś wychodził. Alkohol niemal się rozlewał z kieliszków, śmiechów i rozmów nie było końca.
Minnie nie była na to przygotowana. Tak samo, jak nie była przygotowana na to, że chłopak, którego imienia w obecnej sytuacji tym bardziej nie mogła zapamiętać, przyczepił się do niej, ciągle powtarzając, że jest jej przecież winny kolejkę.
— W porządku — zgodziła się w końcu, czując już w głowie delikatne wirowanie. Sytuacja w barze rozwinęła się w zupełnie inny sposób, niż wyobrażała to sobie Minnie. Tak naprawdę, już dawno powinna opuścić to miejsce i być niemalże po drugiej stronie miasta, a może powinna być już w drodze do apartamentu Parkera? Spoglądała na zegarek, ale alkohol sprawiał, że wskazówki jej się myliły i tak naprawdę nie była pewna, która jest godzina.
Była wściekła, bo nie taki był przecież jej plan.
— Wiesz, co, Ro… Ru, Rr…
— Landon.
Minnie uniosła wysoko brew, patrząc na niego zdezorientowana.
— Mam na imię Landon.
— Ach tak! — Uśmiechnęła się. Za żadne skarby nie mogła go zapamiętać. Pod wpływem alkoholu tym bardziej, a chyba już któryś raz tego wieczoru przypominał jej swoje imię.
— Jesteś słodka — szepnął — specjalnie go zapominasz, prawda?
Uśmiech z ust brunetki momentalnie zniknął. Spoważniała, automatycznie robiąc krok do tyłu. Pokręciła również przecząco głową, próbując odnaleźć spojrzeniem Vanessę.
— Dziękuję, to miłe — bąknęła w odpowiedzi, wsuwając kosmyk włosów za ucho — Landon. Teraz na pewno zapamiętam. Ale wracając do poprzedniego… Muszę już wracać, Landon.
— Na pewno? Świetnie się przecież bawimy.
— Tak, tak wiem, ale na pewno. Już moja godzina — zaśmiała się, wycofując się powoli w stronę wyjścia. Nie odnalazła Vanessy, ale nie mogła dłużej zostać i marnować czasu na jej szukanie. Wiedziała, że musi jak najszybciej wyjść. Musiała już wracać. Tak najlepiej dla niej byłoby, gdyby faktycznie wróciła do domu. Minnie zamierzała jednak zahaczyć podczas tej podróży o jeszcze jedno miejsce…
— Pomogę złapać ci taksówkę.
Pokręciła przecząco głową, ale Landon najwyraźniej był już na tyle pod wpływem alkoholu, że nie zważał uwagi na to, czego chciała jego koleżanka.
Otuliła się płaszczem i wyszła z baru, w towarzystwie irytującego kolegi. Starała się go ignorować, tak jak każdego słowo padające z jego ust. Skupiała się w tym momencie tylko na tym, co spoczywało w jej torebce. Czuła, jak serce przyspiesza swojego rytmu, kiedy żółta taksówka zatrzymała się przed nimi.
— Dzięki.
Machnęła dłonią do mężczyzny, łapiąc za klamkę drzwi.
— Poradzę sobie sama — powiedziała szybko, widząc, że mężczyzna już rozchyla wargi, aby coś jeszcze powiedzieć. Nie mogła pozwolić na to, aby bezczelnie dosiadł się do jej transportu. Była pijana, nie myślała już o starannie ułożonym planie. Kierowała się jedynie tym, że musi dotrzeć pod konkretny adres sama. Całkiem sama.

~*~

Kiedy samochód zatrzymał się pod podanym adresem, Minnie miała wrażenie, że słyszy swój własny puls. Zapłaciła za kurs i pożegnała się sympatycznie z kierowcą, życząc mu spokojnej dalszej pracy. Przełknęła ślinę, spoglądając w stronę dużego domu. Wsunęła dłoń do torebki, pod palce natrafił jej telefon. I dobrze. Musiała wyłączyć dźwięk… Chociaż chyba powinna wyłączyć go całego, lokalizacja… Cholera, tak, zdecydowanie powinna była zrobić to wcześniej. Miała kilka nieodebranych połączeń. Dobrze wiedziała, od kogo są, więc nawet nie musiała sprawdzać. Wsunęła telefon z powrotem do torebki. Upewniła się, że najważniejszy z przedmiotów wciąż spokojnie spoczywa w jej wnętrzu. Wyprostowała się i ruszyła przed siebie długim podjazdem, zatrzymując się dopiero przed samymi drzwiami. Nie próbowała otworzyć ich kluczami. Wiedziała, że z pewnością zmienił zamki, po tym, kiedy była tutaj ostatni raz. Zacisnęła pięść i uderzyła kilka razy mocno, w drewniane skrzydło. Przestała dopiero w momencie, w którym usłyszała ruch po drugiej stronie drzwi. Słyszała szczękniecie zamka. Obserwowała uważnie klamkę i kiedy otworzył drzwi, nim zdążył zorientować się, że to ona i o cokolwiek zapytać…
— Wróciłam, kochanie! — Zawołała wesoło, unosząc gwałtownie ręce w górę, prezentując się w całej okazałości.
— Czego chcesz? — Warknął nieprzyjemnie — nie zbliżyłem się do ciebie, to ty jesteś tutaj. Zakaz nie obowiązuje, to ty przyszłaś do mnie — powiedział szorstko, automatycznie cofając się o krok — jesteś pijana.
— Niemożliwe. Przecież nie wolno mi pić alkoholu — zachichotała, opuszczając dłonie wzdłuż swojego ciała. Jedną z nich wsunęła do malutkiej torebki.
— Jeżeli nie odejdziesz, dzwonię po prawnika — poinformował twardo.
— Nawet nie zapytasz, po co przyszłam? — Uśmiechnęła się uroczo, trzepocząc przy tym wytuszowanymi rzęsami.
— Pytałem, widocznie jesteś tak zalana, że nie słyszałaś.
— Spytaj jeszcze raz — poprosiła grzecznie, a jej serce przyspieszyło jeszcze bardziej.
— Po co przyszłaś? — Zapytał dla świętego spokoju.
— Przyszłam cię zabić, kotku.
Zaciskając mocno palce na trzonie kuchennego noża szefa kuchni, wyszarpnęła dłoń z torebki i pospiesznie skierowała jego ostrze w Adama. Zawył boleśnie, a krew wyprysnęła z zadanej rany. Minnie dyszała ciężko patrząc prosto w jego oczy, przekręcała powoli ostrze, czując uglę.
Krew była wszędzie.

~*~

Z jej gardła wydobył się głośny krzyk, a ona sama zerwała się do siadu prostego. Kołdra, którą była otulona została zrzucona na miejsce obok. Zimny pot oblał całe jej ciało. Serce pulsowało mocno w piersi, a złapanie oddechu było niesamowicie ciężkie.
— To tylko zły sen — usłyszała obok siebie.
Minnie nie była tego taka pewna. Rozejrzała się dookoła i złapała swój telefon.
To tylko zły sen — powtórzyła cicho, zamykając oczy. Tej nocy nie była w stanie już zasnąć.

28/12/2020

2156. Pamiętaj, że rozpada się tylko to, co było zbudowane na iluzji albo kłamstwie. Rozpada się tylko po to, żeby zmusić Cię do szukania prawdy

Podkład: Bon Jovi - Keep the faith 


Wiedział, że ta chwila musi kiedyś nadejść. Że tylko kwestią czasu pozostaje kiedy członkowie imperium stworzonego przez jego biologicznego ojca zaczną coś podejrzewać. A jednak mimo wszystkich niepokojących znaków dochodzących do niego od wielu dni nie był przygotowany na to, co dzisiaj usłyszał. Niczym dziecko liczył na to, że jego prawdziwe pochodzenie nie zostanie odkryte zanim sam na to nie pozwoli stykając się z nimi na względnie bezpiecznej sali sądowej. A jednak kiedy tego popołudnia przekraczał próg klubu od razu wyczuł dziwne napięcie panujące wokół jego osoby, a kiedy dodatkowo Almas będąca jego jedyną powierniczką przez ostatni rok z nieudolnie skrywanym przerażeniem w oczach chwyciła go lekko za rękę ciągnąc na tyły, był już niemal pewny, że cała ta iluzja, którą stworzył wokół siebie zaczęła się właśnie powoli rozpadać niczym zamek z piasku pod wpływem silnych, wysokich morskich fal niszczących każdą rzecz stojącą na ich drodze bez najmniejszego wyjątku. 

- Nie powinieneś tu więcej przechodzić, bo w przeciwnym razie doprowadzisz do śmierci nie tylko swojej... - Szepnęła Egipcjanka, gdy znaleźli się w tej części Half Moon, do której miały dostęp jedynie Córy Koryntu, ich alfonsi i wyjątkowi klienci, wystukując na drzwiach, przed którymi stali jakiś skomplikowany rytm. - Jest tu ktoś, kto potrzebuje Cię teraz nawet bardziej niż ja... - Zdążyła jeszcze dodać nim podwoje otworzyły się, a w wąskiej szczelinie ukazała się nieznana mu dziewczyna szczelnie otulona w różowo-koralową burkę o piwnych oczach. - Lepiej zostawię Was samych, bo w przeciwnym razie wszyscy możemy znaleźć się w ogromnym niebezpieczeństwie... - Rzuciła, oddalając się szybko korytarzem.

Munir natomiast został natychmiast wciągnięty przez nieznajomą do środka i zanim zdążył się zorientować leżał już na łóżku tuż obok kobiety, która dopiero teraz odważyła się odsłonić twarz oraz głowę. Zamiast jednak wyjaśnić mu o co w tym wszystkim chodzi, siedziała tylko przypatrując się mu z wyraźnym zaciekawieniem jakby oceniając czy faktycznie może mu zaufać. 

- Możesz mi łaskawie wyjaśnić co to za podchody ?! - Spytał, próbując podnieść się do pozycji siedzącej, ale od razu został popchnięty z powrotem z siłą, której się nie spodziewał po tej z pozoru drobnej, nieszkodliwej brunetce. Mimo mocno przyśpieszonego bicia serca spowodowanego wyjątkowo nieprzyjemnym położeniem postanowił jej ustąpić. Może miała jakiś wyjątkowo dobry powód, by go traktować w ten sposób, którego się nie domyślał, a jeśli nie, to zawsze będzie mógł spróbować spacyfikować ją później. 

- Ciszej, braciszku. - Syknęła, przykładając palec wskazujący prawej ręki do ust. - Chcesz nas wydać ?

- Braciszku ? - Powtórzył po niej mechanicznie z ogromnym trudem powstrzymując się od krzyku zaskoczenia. Owszem, wiedział, że ma jeszcze jedną siostrę, ale ona przecież mieszkała gdzieś daleko w Grecji. Czemu więc ni stąd ni zowąd znalazła się w Nowym Jorku ? I czemu, do cholery ciężkiej, swojego nigdy niewidzianego brata szukała akurat w tej melinie, w której byli dokładnie w takim samym niebezpieczeństwie jak zebra w klatce pełnej lwów ? Jeśli nie większym.

- Eufrazja Wenizelos. - Przedstawiła się, przerzucając sobie przez ramię długie, lekko falowane włosy. - Manoli na pewno Ci o mnie wspominał, gdy w Place przekazywał Ci list od naszego ojca. - Posłała mu posuwiste spojrzenie spod przymrużonych powiek. 

- Faktycznie, ale to wciąż nie wyjaśnia dlaczego Ty sama postanowiłaś szukać mnie akurat teraz i to w jednym z najbardziej niebezpiecznych dla jego potomków, a już zwłaszcza damskich potomków, miejscu. - Przyznał podpierając się na łokciu.

- A jak myślisz ? Robiłam roczny bilans strat i dochodów Olympic Air, których stałam się główną właścicielką po jego śmierci i przy okazji odkryłam pewne nieścisłości w rachunkach. Kiedy natomiast... - Chciała jeszcze coś dodać, ale uciszył ją machnięciem ręki zbyt obawiając się, by nie zostali podsłuchani przez niewłaściwe osoby. 

- Dobrze, już dobrze, ale opowiesz mi o tym później. Tu ściany mają uszy. A teraz się zbieraj, wymkniemy się tylnym wejściem, a gdyby ktoś nas przyłapał, udawaj prostytutkę. 

Chyba jeszcze nigdy nikt nie obdarzył go takim mroźnym i zarazem wściekłym spojrzeniem jak Greczynka w tej chwili, ale nie zamierzał się tym przejmować. W końcu nie mieli innego wyjścia. Gdyby usiłowali przemknąć się od frontu, z całą pewnością ich tożsamości zostałyby odkryte, a oni sami zastrzeleni. A w ten sposób zyskiwali przynajmniej trochę czasu do opracowania szczegółów planu umożliwiającego im obojgu w miarę spokojne życie. Zdawali sobie jednak w pełni sprawę z faktu, że cała zabawa dopiero się rozpoczęła, bo w pojedynkę zawsze łatwiej było się ukryć. 


***

Cytat w nagłówku przytoczony za Beatą Pawlikowską. 

 


26/12/2020

[KP] Oh, Father tell me, do we get what we deserve?

Diego Villanueva
36; korespondent wojenny ABC News, udziałowiec w Millennium Press.

Nigdy nie miał do nikogo pretensji. Nie robił matce wyrzutów tylko dlatego, że przez kilkanaście lat ukrywała przed nim prawdę, że nie rozmawiała z nim na niewygodne tematy, a pytania ciekawskiego dziecka zbywała opowieściami z Argentyny. Nie miał pretensji do ojca, chociaż ten przez ponad dwadzieścia lat nie chciał go nawet poznać, co miesiąc przesyłając określoną sumę pieniędzy, a w święta dodatkowe czeki, które Diego gromadził w pożółkłej już kopercie. Nie złościł się na młodszego brata, chociaż on złościł się na niego - jakby za całe ich życie odpowiadał właśnie Diego. Nikt inny.

Nigdy nie uciekał przed odpowiedzialnością, chociaż ta goniła za nim nieustannie, nie dając mu nawet na moment odetchnąć. Nie uciekał przed nagrodami, ale tym bardziej nie unikał wymierzanych kar i nagan, zbierał nawet te przeznaczone dla brata. Zahartował się, w końcu przestał się bać odpowiedzialności i zamiast traktować ją jako nachalnego przeciwnika, przyjął ją jako swoją przyjaciółkę. Rzucił się w wir pracy, zaczął się więcej uczyć i dzięki temu wszystkiemu nie uciekł także przed prawdą. Wtedy postanowił wyjechać z kraju i zająć się relacjami z tych części świata, które ogarnięte były nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Znikł. Dla najbliższych zapadł się pod ziemię. Dla społeczeństwa zaistniał jako niestrudzony reporter wojenny, który nieraz dla dobra materiału gotów był poświęcić własne.

Nigdy nie potrafił przyznać przed innymi, że ma dość. Łatka pracoholika i chorobliwie ambitnego dziennikarza, wpierw w podrzędnym brukowcu, a następnie na wojnie, przyległa do niego nadzwyczaj szybko. Pragnął piąć się po szczeblach kariery, odnosić sukces za sukcesem, a kiedy w ostateczności dotarł do własnych korzeni i odkrył, skąd pochodzi, nie bał się przyjąć tego, co mu się należało. Bez wahania wskoczył między szalejące trybiki Millennium Press, aby udowodnić ojcu, że jest tego wart, matce, że nie musi się o niego obawiać, a przyrodniej siostrze, że powinna dostrzegać w nim konkurencję.

Emme

24/12/2020

WESOŁYCH ŚWIĄT ORAZ SZCZEŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

Moi Drodzy!
Myślę, że ten rok był dla nas wszystkich nie tyle wyjątkowy, ponieważ to raczej nieodpowiednie określenie, co inny niż wszystkie dotychczas. W końcu któż z nas mógł przewidzieć, że będziemy się zmagać z pandemią? Mam nadzieję, że możliwość pisania na blogu umiliła Wam pierwszy lockdown oraz zmagania z kolejnymi obostrzeniami.
Ponieważ mamy za sobą trudny czas, dziś, w Wigilię Bożego Narodzenia bardziej niż zazwyczaj pragnę życzyć Wam spokojnych Świąt spędzonych w gronie najbliższych. Życzę Wam również dużo zdrowia, wytrwałości oraz pogody ducha, abyście nie tracili dobrego humoru w tym niespokojnym czasie. Jak co roku, chciałabym również podziękować Wam za obecność oraz za to, że to nikt inny, tylko WY napędzacie NYC, dzięki czemu możemy codziennie się tu spotykać i odetchnąć od momentami szarej rzeczywistości. Oby wena zawsze Wam dopisywała, a doba rozciągała się i oferowała więcej czasu na pisanie!
Na koniec, jako że nowy rok zbliża się wielkimi krokami, życzę Wam, aby nadchodzący 2021 był lepszy niż odchodzący 2020, i myślę, że właśnie dziś te słowa mają szczególny wydźwięk. Chwytajcie szanse podrzucane Wam przez los, rozwijajcie się i bierzcie z życia pełnymi garściami!
Wesołych Świąt oraz szczęśliwego nowego roku życzy Administracja New York City



12/12/2020

2155. I think your house is haunted
Your dad is always mad and that must be why

Kontynuacja notki 2146, gdyby ktoś był ciekaw. 
Baby Yoda, jak zawsze niezawodna, dziękuję za poprawki. <3 
Notkę sponsoruje Taylor Swift oraz moja niechęć do nauki. Enjoy!🌸
And I think you should come live with
Me and we can be pirates
Then you won't have to cry
Taylor Swift - seven

Widok z biura był zachwycający. Zawsze kochała Nowy Jork, z własnego mieszkania miała cudowny widok i nigdy nie mogła się nim nacieszyć. Być może, gdyby nie zaistniała sytuacja potrafiłaby się zachwycić miastem. Serce biło jej, jak oszalałe, chciało wyskoczyć z piersi i uciec pierwsze. Nogi miała jak z waty. Ledwo przeszła dzielące ją od kanapy do biura metry, ciągle zastanawiając się czy nie powinna rzucić tego wszystkiego w cholerę i uciec. Nie powinno mnie tu być, nie powinno mnie tu być. Ostatnie pięć lat spędziła na szukaniu jakichkolwiek informacji o mężczyźnie. Chciała go poznać, chciała wiedzieć, dlaczego. Chciała wiedzieć kim jest, kim był. Stojąc z nim twarzą w twarz, cała odwaga opuściła jej ciało. Czuła się niczym mała dziewczynka, której ktoś dorosły kazał rozmawiać z nieznajomym.
Bił od niego chłód.
Chłód i coś niedobrego, coś czego w pierwszej chwili nie potrafiła rozszyfrować. Jednocześnie widziała siebie w nim. Nie chciała dostrzegać żadnych podobieństw, nie chciała się przywiązywać i udawać szczęśliwej, to nigdy przecież by nie wypaliło. Powinna dać temu już dawno spokój. Miała tu dobre życie. Przynajmniej jeszcze parę tygodni temu było dobre, teraz poza pracą tak naprawdę więcej jej tu już nie trzymało. A to nie czas i miejsce na prywatne rozterki, musiała się wziąć w garść. Musiała. Również na nią patrzył. Oboje wpatrywali się w siebie w milczeniu, zupełnie, jakby szukali w wyrazach swoich twarzy odpowiedzi na niezadane pytania. Zupełnie, jakby miało stać się coś złego, gdy się odezwą. Powinna odezwać się pierwsza. Alanya musiała odezwać się pierwsza. Ale milczała. Uparcie milczała czekając na to, aż Sebastian Hawthrone podejmie pierwszy krok, który do niego nie należał. Dostała to, czego chciała.
Znalazła go.

Lille, Francja 1994
Zostałam całkiem sama. Bez niczyjej pomocy. Sądziłam, że Sebastian może zmienić zdanie, że może będzie chciał mi pomóc. Ale dokonał wyboru. Ja również musiałam dokonać wyboru. Wyboru, który miał odmienić całe moje życie, którego wcale nie byłam pewna. Pierwsze pół roku spędziłam udając, że problemu nie ma. Tak było znacznie łatwiej, ignorowałam rosnący brzuch. Zbliżający się poród i pojawiające się z każdym dniem pytania. Nie chciałam, aby to był mój problem. Nie chciałam. Nie byłam na to gotowa, nie byłam gotowa na zrujnowanie swojego życia. Pozwoliłam Sebastianowi wejść do niego, dałam mu pozwolenie na to, aby zrobił ze mną to, co będzie chciał, aby potem patrzeć, jak odchodzi ze swoją żoną i nawet się na mnie nie ogląda.
Pierwsze cztery miesiące były trudne, niemożliwe do wytrzymania. To, ile razy w mojej głowie pojawiała się myśl o pozbyciu się tego była niezliczona. Nie chciałam tego. Potem były spojrzenia, gdy już koszulki w większych rozmiarach zamiast chować brzuch, tylko go opinały. Stało się gorzej, gdy to czułam. Każde przesunięcie się w bok, każde kopnięcie w żebra, każda zachcianka. Jeszcze trochę, jeszcze trochę i się pożegnamy.
Odliczałam dni do końca. Jeszcze trochę, jeszcze trochę i… i pojawiła się wcześniej. Zaledwie o trzy tygodnie. Wszystko było zaplanowane, mama miała ze sobą być. Miała mi pomóc, miała mnie wesprzeć, a potem to zabrać. To nie tak miało być, to nie tak miało być. Wszystko było przygotowane, ale plany nie zawsze wychodzą tak, jak się chce.
To była długa noc i jeszcze dłuższy dzień, zanim w końcu po wielu godzinach, nawet nie wiem ilu, pierwszy raz usłyszałam jej krzyk, zobaczyłam po raz pierwszy stópkę, którą przez ostatnie tygodnie się rozpychała. Przez cały okres ciąży słyszałam magiczne słowa odmieni ci się, zakochasz się w dziecku, pęknie ci z miłości serce i w żaden nie wierzyłam. To były bzdury, nie chciałam tego dziecka i rodzice o tym wiedzieli, oni też nie chcieli, abym je miała. Ale ten płacz wystarczył, gdy pierwszy raz ją wzięłam na ręce, wciąż płaczącą i całą czerwoną, jeszcze nieprzypominającą dziecka, wiedziałam, że jest moja. Tylko moja.
Moja Alanya.

— Znalazłaś mnie.
To były pierwsze słowa, które padły w gabinecie. Nagle zrobiło się zimno, mimo że był początek czerwca i temperatury przekraczały dwadzieścia pięć stopni. Poczuła chłód. Z jego spojrzenia, tonu głosu i postawy. Od obcego jej mężczyzny bił przerażający chłód. Znowu zapadła cisza. Nie chciała jej przerywać. Wiele razy myślała co mu powie, chciała mu wykrzyczeć co jej zrobił odchodząc, co zrobił jej matce, jaki wpływ na jej dorosłe życie miała jego nieobecność. Nie potrafiła zmusić swoich ust do poruszenia się, do wydania z siebie choćby jednego dźwięku. Stała, tylko się w niego wpatrując.
Sebastian był wysoki, znacznie wyższy niż sobie wyobrażała. Miał na sobie czarny, idealnie skrojony garnitur, który już na pierwszy rzut oka wyglądał na drogi. Idąc, można było odnieść wrażenie, że unosi się parę milimetrów nad ziemią, a nie twardo po niej stąpa. Uważnie obserwowała każdy jego ruch, jakby zaraz miał ją zaatakować. Nie podszedł do niej, ale do stolika na kawę, na którym stała karafka wypełniona złocistym płynem. Zupełnie nie patrząc na to, że przecież jest dopiero popołudnie, napełnił dwie szklaneczki do połowy. Brakowało tylko lodu. Zatrzymał się kawałek przed brunetką podając jej szkło.
— Jesteś tak samo uparta jak twoja matka — stwierdził po chwili, gdy wpatrując się w niego nie sięgnęła po alkohol. Domagała się go, potrzebowała, ale nie chciała przyjąć nic od niego. Sebastian jej odmową się nie przejął, a wręcz przeciwnie. Brakowało, aby wzruszył ramionami. Zamiast tego odwrócił się, aby odstawić niechcianą szklankę. — Musisz czegoś chcieć. Pieniędzy, mieszkania, pracy. Podaj cenę, wypiszę czek. Kupisz sobie, co tylko chcesz.
— Naprawdę myślisz, że przyszłam po pieniądze?
Nie poznawała swojego głosu. Załamany, cichy. Była wściekła, jednocześnie też odczuwała ogromną chęć, aby się rozpłakać, czego zrobić nie mogła. Nie znała go, ale nie potrzebowała znać, aby wiedzieć, że dałoby mu to satysfakcję.
— Nie mam ci nic do zaoferowania, Alanyo. Mogę ci wypisać czek, nie zaboli mnie to. Wypisywałem czeki twojej matce przez połowę twojego życia. Parę kolejnych mnie nie zabije.
Usłyszała śmiech. Śmiech, który mówił, że doskonale wie, że dziewczyna o niczym nie wiedziała. Sebastian był dla niej obecną osobą, nie mogła uwierzyć mu w to, co powiedział. Jej matka nie mogła przyjmować od takiego człowieka nawet jednego euro. Nie chciało się jej wierzyć, że zgodziłaby się na coś takiego. Na takie poniżenie samej siebie. Alanya doskonale wiedziała, że nie jest wymarzonym dzieckiem, o które modli się w kościele i na które się czeka. Wiedziała też, że Sebastian Hawthrone zostawił trwały ślad w duszy jej matki i zniszczył ją bardziej niż ktokolwiek inny. Wiedziała, jak go nienawidzi i jak bardzo chciała pozbyć się go na zawsze ze swojego życia. Ale nigdy w pełni nie mogła. Zawsze miała obok Alanyę. Alanyę, której oczy były równie ciemne co mężczyzny.
— Mogłem się spodziewać, że ci nic nie powie. — Oparł się o swoje biurko, popijając alkohol. Rozmawiał z nią tak, jakby była jego starą znajomą. — Sądziłem, że będzie chciała przerwać ciążę. Wysłałem jej pieniądze, poszukałem jej odpowiedniego miejsca, ale nie chciała. Pisała, że znalazła rodzinę, która była chętna do adopcji, ale potem się jej odmieniło. Oczywiście, to nie była wina Esmee, że tak się stało. Wszyscy popełniamy błędy, prawda, Alanyo? Powinnaś była z nią porozmawiać, zanim tu przyszłaś. Może powiedziałaby ci, czego możesz się spodziewać. Jeśli nie chcesz pieniędzy, to czego chcesz? Co mogę ci dać, aby cię zaspokoić?
Popełniła ogromny błąd. Przychodzenie tutaj było błędem. Spodziewała się filmowego zakończenia. Idiotycznego rzucenia się sobie w ramiona, przeprosin i nadrobienia lat, a tymczasem otrzymała strzępek informacji, które równie dobrze mogły być wyssane z palca, i chłodne traktowanie. Nie tego chciała, ale czy mogła spodziewać się czegoś innego? Ten człowiek nie widział jej nawet raz w ciągu dwudziestu sześciu lat, chciał się jej pozbyć i naprawdę sądziła, że będzie chciał mieć z nią jakąkolwiek relację?
— Nie powinnam przychodzić — wydukała cicho, możliwe, że nawet jej nie słyszał. Błąd, popełniłam błąd.
— Masz rację, nie powinnaś tu przychodzić — powiedział, wstając z biurka — nie powinnaś się wyprowadzać z Lille, z Paryża. Nie powinnaś mnie szukać. Jesteś tak samo uparta, jak twoja matka. Obie macie tę tendencję do pchania się tam, gdzie nikt was nie chce. Obie sądzicie, że cały świat kręci się wokół was i wszyscy muszą wam ulegać. Jeszcze przez chwilę się zastanawiałem, czemu cię tu puściła. Jeśli byłaby choć trochę mądra, trzymałaby cię krótko w Lille.
— Nie powinnam przychodzić — powtórzyła, tym razem pewnym siebie głosem i znacznie głośniej — bo się pomyliłam. Chciałam cię poznać. Wiedzieć kim jest mój biologiczny ojciec, dowiedzieć się czemu tak okrutnie się z moją mamą zabawiłeś, wiedząc doskonale, że masz tu rodzinę. Wszyscy popełniamy błędy, mamy do tego prawo. Ale ty je popełniasz świadomie i z uśmiechem. Już wiem kim jesteś i nie jesteś moim ojcem.
Jego twarz pozostała nieruchoma. Nie można było z niej odczytać żadnych emocji. Nie był zły, nie był zadowolony. Po paru ciągnących się w nieskończoność sekundach nieznacznie się uśmiechnął. Było to zaledwie uniesienie lekko lewego kącika ust. Zrobił to niemal niezauważalnie.
— Będziesz mnie potrzebować. Wiem to. Prędzej czy później, a gdy to się stanie, będziesz błagać o pomoc tak, jak całe życie robi to twoja matka.

~*~
To był głupi pomysł, aby tu przychodzić.
W głowie cały czas huczały jej słowa Sebastiana. Nie chciała w żadne wierzyć, a już na pewno nie zamierzała nigdy nic od niego chcieć. Chciała zapomnieć, że tutaj była, że pojawiła się w tym miejscu i udawać, że jej życie jest wciąż tak dobre, jak było zanim go poznała. Wiedziała, że czeka ją długa rozmowa z mamą. Miała już zakupione bilety do domu. Nowy Jork teraz nie był dla niej domem. Był miejscem, w którym czuła się źle i o którym na trochę chciała zapomnieć. Wiedziała, że to jej dobrze zrobi, że ten wyjazd jest jej potrzebny, aby ułożyć sobie wszystkie wydarzenia, aby dowiedzieć się więcej.
Zachariasz pojawił się po niecałych piętnastu minutach. Nerwowych piętnastu minutach podczas których miała ogromną ochotę wrócić do tamtego biura i zrobić coś Sebastianowi, czym tylko pogorszyłaby swoją, już i tak beznadziejną, sytuację. Miała też szczęście, że Zachariasz był blisko. Inaczej mogłaby czekać w nieskończoność na to, aż jej znajomy się pojawi. Nie chciała nikogo innego, chciała kogoś kto nie będzie zadawał pytań i kogoś kto nie będzie domagał się wyjaśnień. Nie próbował jej po drodze rozweselić, rzucił może ze dwa razy żartami, które ostatecznie nie okazały się śmieszne – byłyby śmieszne, gdyby nie jej nastrój, to śmiałaby się w głos – ale ostatecznie darował sobie żarty.
Potrzebowała wódki. A może tequili. A może wszystkiego na raz. Chciała się napić, ale było popołudnie i wszystkie bary były pozamykane. Wszystkie, poza tym, do którego Zachariasz miał dostęp i z czego teraz, specjalnie dla Lynie, chciał skorzystać. Brunetka wiedziała, że mógłby mieć problemy, gdyby bar należał do starego dziada, który nie umie być wyrozumiały, ale właścicielem okazał się młody facet, którego miała okazję poznać już wcześniej. Była w barze tylko raz, o dziwo, podczas urodzin Maisie i nie miała okazji wymienić z Tylerem zbyt wielu zdań, ale dość, aby poczuć do niego sympatię.
Wchodząc do baru, chwyciła z półki od razu paczkę solonych chipsów. Dziwnie było tu siedzieć, gdy nie leciała żadna muzyka, krzesełka stały na stolikach i była absolutna cisza.
— Tyler na pewno nie będzie miał nic przeciwko? — spytała, siadając na wysokim stołku przy barze.
— Tyler może mnie co najwyżej w nos pocałować, nie będzie — odpowiedział mężczyzna z uśmiechem, zgrabnie wskakując za bar. Zdecydowanie wiedział co robi. Lynie nie wiedziała, ile razy w tygodniu przygotowywał tu drinki, ale chyba ta robota mu się podobała. — Tequila?
— Zmieszaj z wódką, proszę.
— I miałabyś paść w moim barze?
Drgnęła słysząc znajomy głos i odwróciła się, trzymając w ustach chipsa. Tyler wyglądał na zaskoczonego widząc tu tę dwójkę, ale nie na złego.
— Sorry, potrzebuję tego, a Zachariasz był na tyle dobry i mnie tu przytargał. Za wszystko zapłacę — obiecała posyłając mężczyźnie niewielki uśmiech. Jakby trafiła do baru przy innych okolicznościach, na pewno nie chciałaby siedzieć i czekać na gotowe, a sama spróbowałaby zrobić jakiegoś drinka. W końcu raz czy dwa zdarzyło się jej przez chwilę popracować za barem, może coś jeszcze by pamiętała. — Chipsa?
Bez zbędnego gadania, Tyler wziął całą garść. Spotkało się to z wrogim spojrzeniem brunetki, ale przecież nie mogła się na niego gniewać. Nie dopóki pozwalał jej, chwilowo bez zapłaty, pić w swoim barze w czasie, gdy ten był nieczynny. Tyler nagle znalazł się obok Lynie, a razem z nim pojawiły się trzy kieliszki wypełnione przezroczystym płynem. Odłożyła chipsy na bok.
— Facet cię rzucił i jesteś przybita?
— Miesiąc temu, ale to nie to — odparła wzruszając ramionami — mogę się po prostu napić?
— Daj się jej napić — mruknął Zachariasz — i mi też.
— Zaraz — powiedział odgradzając ręką kieliszki od Alanyi i Zachariasza — chcę pomóc. I wiedzieć, ostatnio polubiłem plotki. Dawaj, wygadaj się. Masz pół minuty na to, aby powiedzieć co ci leży na sercu, potem pijemy i już nie będę zadawał pytań. To działa, serio — zapewnił, a jego mina mówiła, że dopóki Lynie tego nie zrobi, to nie odpuści.
Westchnęła, trochę zirytowana jego zachowaniem, ale… wyrzuciła z siebie dzisiejsze spotkanie, powiedziała o spotkaniu z ojcem, wspomniała też nawet o nieprzyjemnym zerwaniu i gdy już chciała dodać coś jeszcze, czego mówić nikomu absolutnie nie powinna, a o czym wiedział Sebastian, co ją przerażało, czas się skończył. Jednocześnie odetchnęła z ulgą, ale też żałowała. Nie myślała o tym od lat, a teraz czuła ciężar na sercu, który może nie zniknąłby całkowicie, ale stałby się bardziej znośny, gdyby tylko tego w sobie nie trzymała. Przechyliła kieliszek wypełniony wódką i wypiła jego zawartość.
— Następny.

~*~
Podróż minęła jej dość szybko. Większość czasu przespała, wylatywała o dziesiątej w nocy w Nowego Jorku. Przez pierwszą godzinę przeglądała zdjęcia z Bostonu, żałując, że Maisie miała swoje sprawy do ogarnięcia i nie mogła z nią polecieć do Lille. Potem założyła opaskę na oczy, która zawsze ułatwiała jej zasypianie podczas lotów. Czuła się… zaskakująco dobrze, mogąc wrócić do domu. Przynajmniej na trochę mogła oderwać się do tego wszystkiego, co działo się w Nowym Jorku. Wiedziała jednak, że ostatnie wydarzenia wcale tam nie zostały, a były spakowane w jej walizce, która była schowana teraz w luku bagażowym i podążają razem z nią do Lille. Ale na chwilę, na parę dni nie chciała o tym myśleć. Chciała znowu zasnąć w swoim łóżku w starym pokoju, pojechać do winiarni i napić się dobrego wina, zjeść jeszcze lepszy ser. Porozmawiać z dziadkami, przejść się znajomymi uliczkami do znajomych miejsc i po prostu odetchnąć. Potrzebowała odetchnąć pełną piersią, skupić się na chwilę na sobie i na tym, co się wydarzyło.
I liczyła, że Lille jej pomoże.

26/11/2020

IG ZAIRE

@zaircrawford Follow 546 posts26mln follow 946 follows I’m not high. The rest of y’all are just low.

“LIFE$ENTENCE” out now 🔗 linktr.ee/zaire
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,5 mln 764
1,5 mln 858
2,5 mln 764
1,5 mln 858
1,5 mln 858
2,5 mln 764
2,5 mln 764
2,7 mln 364
2,7 mln 364
2,5 mln 764
1,5 mln 858
mm

25/11/2020

IG

VXIL_CreightonFollow 784 posts24 mln followers 1749 following Ezra "VXIL" Creighton
OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
www.vxil.com
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,7 mln 1549
2,4 mln 964
2,6 mln 2364
1,1 mln 958
2,4 mln 1586
1,8 mln 932
2,1 mln 1302
1,4 mln 756
3,2 mln 2136
mm

24/11/2020

2154. I thought I saw the devil, this morning

Looking in the mirror, drop of rum on my tongue 

To niesamowite, jak łatwo przychodzi nam uwierzyć w to, że jesteśmy niezastąpieni, najlepsi. Niesamowici. Nieprzeciętni, oryginalni. Jak w swojej indywidualności – paradoksalnie zmieniamy się w bezkształtną masę podobnych sobie ludzi, dążących do kilku uschematyzowanych celów. Jak gonimy za materialnym dobrem i nieuchwytnym szczęściem. Jak bardzo chcemy komuś zaimponować tylko po to, aby zawieść się na kolejnej osobie. Jak próbujemy zrozumieć, skrupulatnie porządkując poszczególne aspekty naszego życia. Bezskutecznie. Na samym końcu i tak pozostajemy bez odpowiedzi na większość zadawanych przez nas pytań.
Dlaczego?
Czy to ważne? W końcu tak niesamowite jednostki jak my nie powinny się przejmować życiowym doświadczeniem, które przez wielu z nas uważane jest za niechciany ciężar. Czy poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o sens ma jakiekolwiek znaczenie? Czy nie lepiej byłoby zapytać o jakość? O to, czy każdy nawet najmniejszy krok ma wartość? Czy podniesienie się z łóżka kolejnego poranka przyniesie coś dobrego? To niesamowite, że mimo ogólnej beznadziejności nadal pozostajemy najlepsi. Przynajmniej według innych. Według tych, którzy nie mają wglądu w nasze wewnętrzne potyczki.
Gdzie?
Jest wiele miejsc, w których chciałabym teraz być. Ale na pewno nie tutaj. Nie w tym momencie życia. Nie zamknięta w czterech ścianach. Jasnych i przyjemnych, z dużym oknem z widokiem na jeden z nowojorskich parków. Chciałabym odnaleźć już spełnienie, a nie ciągle za nim gonić, potykając się raz za razem, smakując każdej swojej porażki, zastanawiając się, czy ma ona wystarczająco gorzki smak, aby nie popełniać znowu i znowu tego samego błędu.
Jak?
Słyszałam wielokrotnie, że na pomoc chętnie przyjdą nam inni ludzi. Tak samo niezastąpieni, najlepsi, niesamowicie nieprzeciętni jak ty, jak ja. Właśnie ci, którzy nic nie widzą, ale których trzeba uświadomić. Prawie tak samo boleśnie jak siebie samych. Jednak jak oni mieliby mi pomóc, skoro żyją własnym nieprzeciętnym życiem, które właściwie nie różni się tak bardzo od życia przypadkowego przechodnia, mijanego codziennie w drodze do pracy. W jakim celu szukamy pomocy u innych ludzi, skoro oni sami jej potrzebują? Skoro mają własne potyczki, bitwy i wojny, które należy wygrać. Dlaczego na siłę próbujemy udowodniać, że nasze przeciętne życie jest nieprzeciętne? Czy nie lepiej byłoby spocząć na laurach i cieszyć się z tego, co już mamy? Po co urzeczywistniamy plany innych, które dotyczą tylko i wyłącznie nas? Dlaczego chora ambicja otaczających nas ludzi ma tak znaczący wpływ na to, jak przeżyjemy kolejny dzień?
Wiele czasu zajęło mi zrozumienie, że moja własna wojna jeszcze trwa, że jeszcze jej nie wygrałam, że nie byłam w stanie wygrać nawet bitwy, a czekały na mnie kolejne starcia. Może mniej krwawe, ale z pewnością równie nieprzyjemne. Nieznośnie. Jednak najpierw chciałabym zrozumieć, a do zrozumienia było mi tak samo daleko jak do wygranej. Wszystko było i jest bez sensu. Ja, ta najlepsza dla siebie, też jestem bezsensu.
Nazywam się Zoey. I jestem alkoholiczką.

W przestronnej sali z wysokim sklepieniem ustawiono kilkanaście niezbyt wygodnych krzeseł w taki sposób, aby tworzyły okrąg. Każde miejsce było zajęte przez inną osobę, na jednym z nich siedziałam ja. Kiedy na głos odczytywałam notatki, wszyscy milczeli. Zdążyłam zauważyć, że w tym miejscu szanuje się przestrzeń innych. Nikt nie prychnął, nikt nie parsknął śmiechem, nie usłyszałam nawet ziewnięcia, które mogłoby być oznaką znudzenia. Jednak nie miałam pewności, czy każdy ze słuchaczy był zainteresowany. Każdy z nich przyszedł tu ze swoim problemem, teoretycznie podobnym do mojego, praktycznie zupełnie innym. Spoglądając na ich nieraz beznamiętne twarze, nie potrafiłam odczytać ich myśli, odgadnąć schematów, które ich tutaj doprowadziły. Jedynie czarnoskóra terapeutka wydawała się zainteresowana tak naprawdę. Słuchała, czasami nawet przyłapywałam ją na skinięciu głową. Momentami na jej twarzy pojawiał się niezbyt przyjemny grymas. Obawiałam się tego, że mnie nie zrozumie, a przyjście na terapię okaże się zbędnym trudem, wysiłkiem, na który nie miałam ochoty. Mogłam poświęcić ten czas na cokolwiek innego. Na kolejnego drinka w nowo otwartym barze trzy przecznice od mieszkania.
Nie byłam w stanie mówić, więc czytałam to, co przygotowałam wcześniej. To, co siedziało w mojej głowie, przerastało mnie samą, było zbyt skomplikowane i niejasne, a ja nie chciałam snuć opowieści o tym, jak po raz pierwszy skosztowałam alkoholu, jak po raz pierwszy poczułam, że przyniósł ukojenie. A właściwie obojętność. Wolałam snuć rozmyślania nad sensem życia, jakby wierząc, że samo myślenie o nim pomoże mi w jego odnalezieniu. To było trzecie spotkanie, na którym byłam, ale pierwsze, na którym postanowiłam się odezwać. Do tej pory słuchałam i wyciągałam wnioski z powtarzających się u innych osób schematów. Carl zaczął pić po odejściu żony. Jocelyn po stracie dziecka. Henry po wypadku samochodowym. Początek niemal każdego z nich związany był z tragedią. Niewyobrażalnie bolesną. Mój początek nie miał genezy równie tragicznej, co ich. Mój początek był wynikiem lekkomyślności, chęci zabawy, chęci czucia się swobodnie, pewnie i w szczytowej formie — fakt, wyrzucenie ze szkoły policyjnej przez skandal, którego tak naprawdę nie było, odbiło się na jakości mojego myślenia. Czułam się oszukana, ale nie skrzywdzona. Być może wtedy sięgnęłam po raz pierwszy po alkohol tylko po to, żeby zapić te przykrości, odsunąć od siebie niezbyt przyjemne myśli. I choć byłam poszkodowana, to na pewno nie na tyle, aby odcisnęło to piętno na moim dalszym życiu. Bo mogłam więcej. Ale nie potrafiłam. Na trzeźwo czułam się zwykłym, szarym człowieczkiem, wpuszczonym w maszynę, napędzaną potwornym wyścigiem szczurów, do którego zupełnie się nie nadawałam. Nie chciałam walczyć o miejsce w społecznej hierarchii. Chciałam tylko znaleźć swoje miejsce, ale gdzieś po drodze się zgubiłam. Tak po prostu.
Terapeutka po krótkiej chwili podziękowała mi za wypowiedź i zwróciła się do innego uczestnika warsztatów. Zaczął opowiadać, a ja automatycznie się wyłączyłam. Przez krótki moment próbowałam wierzyć w to, że jestem we właściwym miejscu, jednak teraz docierało do mnie, że pojawiłam się na terapii tylko ze względu na ojca.
Spojrzałam na sufit wyłożony kasetonami, które kiedyś pewnie były białe. Oczywiście, że wolałabym teraz usiąść z butelką piwa przed telewizorem. Byłoby to zdecydowanie przyjemniejsze niż spotkanie w gronie alkoholików. Postanowiłam przyjrzeć się wszystkim tym zmęczonym, beznadziejnie zmęczonym twarzom. Czy wyglądam tak jak oni? Czy moje spojrzenie jest tak samo wyprane z wszelakich emocji? Czy skóra jest poszarzała, ramiona przygarbione? Czy brakuje mi energii, blasku i radości? Czy naprawdę zgubiłam się tak bardzo, że po spojrzeniu w lustro nie byłabym w stanie rozpoznać osoby, którą kiedyś byłam?
Ludzie zgromadzeni w przestronnej sali zaczęli się podnosić z krzeseł. Owijali szyje szalikami, zarzucali na ramiona kurtki i płaszcze. Ja nie byłam w stanie się ruszyć, choćby drgnąć. Cała moja wypowiedź, która teraz nie miała dla mnie większego sensu, zapisana była na kilku kartkach z zeszytu. Gniotłam je w dłoniach. Dziwnie śliskich i spoconych. Te wszystkie słowa nikły, przemijały, ale dwa ostatnie zdania sprawiały, że czułam nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej, który spłycał oddech.
Nazywam się Zoey. I jestem alkoholiczką.

Dawno, dawno nie pisałam już nic w pierwszej osobie. 
Za sprawdzenie tekstu dziękuję El. ♥

23/11/2020

[KP] My, my those eyes like fire in my head


 Kyle Monroe

29 lat | prawnik | doktorant na CU | junior associate w kancelarii Lynnch&Shepard | syn Aarona Sheparda, ale posługuje się nazwiskiem matki, by nikt nie oskarżył ojca o nepotyzm | starszy brat wyjątkowo nieprzyjemnego typa | nie, żeby sam był od niego lepszy

Od zawsze wiedział, że jego życie nie będzie łatwe. W szkole musiał starać się bardziej, być najlepszym z najlepszych. W domu był idealnym synem. Nigdy nie zaznał rodzicielskiej miłości, choćby nie wiadomo jak bardzo był wspaniały.

Więc w końcu przestał być idealnym dzieckiem, choć poza domem nie potrafił być inny niż wcześniej. Nawet nie lubił się uczyć, ale zawsze to robił. Ukończył liceum z najlepszym możliwym wynikiem, tak samo jak studia, a później postanowił, że zrobi jeszcze doktorat, mimo że kariera naukowa nigdy go nie interesowała.

Biorąc pod uwagę jego sukcesy, nikt nie śmiał podważać jego pozycji w kancelarii. Tajemnicą poliszynela jest, że najnowszy junior associate to syn człowieka, którego nazwisko widnieje w nazwie firmy. Codziennie słyszy szepty współpracowników na swój temat, ale przemierza korytarze z podniesioną głową, bo nie przejmuje się takimi rzeczami. Niczym się nie przejmuje, bo z tego nigdy nie wychodzi nic dobrego. 

Raz się przejął. Raz w swoim życiu uznał, że warto zdjąć maskę nieczułego, zimnego i wyniosłego i pokazać, że jest człowiekiem. I to obróciło się przeciwko niemu. Więc zniknął z powrotem za swoim murem, którego nie zdołała przebić nawet jego żona z rozsądku. 
Bo tylko Ona zdołała tego dokonać. I tylko na chwilę.

14/11/2020

2153. And every day will come to pass

Each one quicker than the last
We learn from each mistake
With every bone we break
That it leaves us stronger in the end

Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Brodzące w płytkiej wodzie stadko mew poderwało się do lotu z krzykiem, spłoszone nagłym hałasem, kiedy sielskie i rajskie obrazki zderzyły się z ponurą rzeczywistością – szkoła podstawowa, zrzeszająca kilkudziesięcioro uczniów z okolicy, znajdowała się ledwo trzysta metrów dalej, więc popołudniami dzieciaki często obierały trasę do domu prowadzącą właśnie plażą. Niektóre szły grzecznie, z tornistrami zarzuconymi na jedno ramię i przystawały tylko na chwilę, by faktycznie schylić się po muszelkę. Inne, podobnie jak chłopcy, którzy teraz kręcili się przy brzegu, porzucały plecaki pod murkiem i spóźniały się na obiad, nie zważając na gniew matek, najczęściej spędzających przy garach całe dnie.
Po chwili leniwego krążenia w pobliżu mewy uznały, że początkowe zagrożenie minęło, i opadły ku lądowi, by znów zacząć brodzić w płytkiej wodzie. Głupie jeszcze nie zdążyły się nauczyć, że podobny spektakl do tego, który miał zaraz się rozegrać, odbywał się przynajmniej raz w tygodniu i miał jeszcze długo nie znudzić się uczniom tutejszej szkoły.
Pierwszy kamień pofrunął ku ptakom niespodziewanie i wylądował na tyle daleko, że nie wywołał wśród nich większego poruszenia. Turyści z kolei kiwali głowami, dziwiąc się, jak mogli pomyśleć, że w koszulkach znajdowały się muszle, podczas gdy ciążyły w nich pieczołowicie wyzbierane kamienie różnych rozmiarów i kształtów.
Kilka kolejnych rzutów było celniejszych. Mewy podfruwały nieco dalej, teraz już czujnie obserwując, co się dzieje. Żadna jednak nie zdecydowała się odlecieć, jakby liczyły na to, że kamienie zostaną zastąpione przez kawałki chleba. Wtedy też jeden z chłopców ostrożnie wysunął się na przód, by skrócić dystans, i zamachnąwszy się, cisnął kamieniem w sam środek stadka. Ptaki natychmiast wzbiły się w powietrze i dopiero, kiedy tumult wzburzonych skrzydeł wraz z skrzeczącymi krzykami oddalił się i ucichł, można było dostrzec, że na piasku pozostał samotny, biały kształt.
— Jerome, trafiłeś!
W istocie, trafił i uśmiechnął się szeroko, dumnie wypinając pierś. Popatrzył po kolegach, kontemplując ich smętne miny, bowiem dotychczas żadnemu z nich się to nie udało i to Jerome zwyciężył w ich małej zabawie, która miała okazać się nie taką niewinną – biały kształt się nie poruszył. Jedynie pióra targane były lekkim wiatrem, lecz mewa nie rozłożyła skrzydeł i nie odleciała jak pozostałe. Głuchy na śmiechy i krzyki kolegów, dziewięciolatek zacisnął zęby i zwinął dłonie w drobne piąstki.
— No, dalej! — wymamrotał ze złością, a kiedy jego słowa nie sprawiły, że ptak poderwał się z piasku, chłopiec puścił się biegiem w jego stronę.
— Jerome, co ty robisz? — Jeden z chłopców postąpił kilka kroków w stronę kolegi z ławki, aby zobaczyć, jak ten staje nad mewą, a następnie podnosi ją ostrożnie. Nie mógł widzieć, jak jej łepek przelał się bezwładnie przez palce Jerome’a, ani jakie wzburzenie to w nim wywołało. Dostrzegł tylko, że chłopiec z mewą na rękach zerwał się do biegu, nie obejrzawszy się nawet za siebie. — Jerome!
Biegł ile tylko sił miał w nogach, rozchlapując słoną wodę, kiedy fala podmywała mu stopy. Co rusz potykał się o własne kończyny, zerkając w dół, na wciąż ciepłego ptaka bez życia spoczywającego w jego rękach. Ale dlaczego się nie ruszał? Dlaczego nie odleciał wraz z pozostałymi? Umysł dziewięciolatka rozumiał to aż za dobrze i myśl ta paliła go żywym ogniem gdzieś w klatce piersiowej, za żebrami. A może to płuca tak go piekły, bo z trudem łapał oddech? Kiedy za drzewami zamajaczyła znajoma strzecha, jeszcze szybciej zaczął przebierać nogami, aż wreszcie dostrzegł siedzącą na ganku jasnowłosą kobietę.
— Mamo! — zawołał przeraźliwie już z daleka, z siłą, z jaką potrafiły krzyczeć tylko małe dzieci. — Mamo!
Monique uniosła głowę i zmarszczyła brwi, od razu rozpoznając głos najstarszego syna, którego rozpaczliwy krzyk przeszyło jej ciało aż do kości i zagnieździł się w duszy, napełniając ją irracjonalnym lękiem. Obserwowała, jak jej pierworodny przecina plażę niczym strzała i wpada na ganek, ledwo trzymając się na nogach, podczas gdy w rękach trzymał coś, czego początkowo nie rozpoznała.
— Zrób coś! — wykrzyczał, dopadając do jej kolan i składając u stóp ten osobliwy podarek. — Zrób coś, proszę…! — dodał ciszej, samemu opadając na kolana. Jego palce z brudem pod paznokciami, których nigdy nie dało się doszorować, przeczesywały białe pióra i muskały nieruchomy łepek, podczas gdy na Monique spoglądały dwa czarne koraliki oczu ptaka. Matowe i martwe.
— Jerome, co się stało? — spytała. Łagodnie, lecz jednocześnie stanowczo ujęła dłonie dziewięciolatka i odsunęła je od mewy. — Spokojnie, tylko powiedz mi, co się stało.
— Ja, my… — zająknął się, spoglądając to na własne ręce zamknięte szczelnie w dłoniach matki, to na ptaka leżącego nieruchomo na deskach ganku. Wreszcie uniósł głowę. — Rzucaliśmy kamieniami. Trafiłem, mamo — wyznał, wpatrując się w nią dużymi oczami, ziejącymi przerażeniem wprost z umorusanej buzi. — Ja to zrobiłem… Ja… — zaczął się znowu jąkać, a kiedy jego dolna warga zaczęła drzeć, z oczu popłynęły duże jak grochy łzy. Wilgotne od potu i wody ciemne włosy obklejały jego czoło i Monique musiała w duchu przyznać, że jej syn wyglądał wyjątkowo niewinnie, podczas gdy właśnie odbierał od życia jedną z ważniejszych lekcji. — Ja ją zabiłem.
— Och, Jerome… — szepnęła tylko i przygarnęła go do siebie, aby przycisnąć jego głowę do piersi. Poczuła, jak ciałem chłopca wstrząsnął najpierw jeden dreszcz, a później kolejny, kiedy Jerome na dobre rozmiękł w jej ramionach i rozpłakał się żałośnie. Nie słyszała jeszcze takiego płaczu, nie u niego. Pełnego bólu, ale też wściekłości – czuła, jak zacisnął palce na materiale jej sukienki, przez co naprężył go mocno. Minęło kilkanaście długich minut, nim się uspokoił, podczas gdy Monique przez cały ten czas zerkała nad jego głową na leżącą przy nich mewę. Nie dostrzegała widocznych obrażeń i nie zamierzała ich szukać, będąc pewną, że ptak nie żył i że to wystarczyło, by jej syn poczuł na sobie ciężar konsekwencji tego jednego, jakże celnego rzutu.
— Już nic nie da się zrobić, prawda? — Wyplątał się z jej objęć i zaczął wycierać dłońmi policzki, rozmazując kurz i pył, które zebrały się na jego skórze w ciągu dnia. Przysiadł na piętach, zwrócony przodem do mewy i nim Monique zdążyła zaprotestować, złożył jej skrzydła i przytulił łepek do ciała, sprawiając, że zwierzę nie wyglądało tak upiornie.
— Nie, synku. Już za późno — zgodziła się, z zadumą obserwując, jak ten przed chwilą rozhisteryzowany dziewięciolatek szybko się uspokoił i wyciszył, i cóż, wcale nie przyniosło jej to ulgi, a wręcz przeciwnie; wzdłuż jej kręgosłupa spłynął chłodny dreszcz pełen niepokoju.
— Pomożesz mi ją zakopać? — spytał, podnosząc na nią spojrzenie. — Z tyłu domu, pod akacją — postanowił.
— Do-dobrze — tym razem to ona się zajęknęła i wyciągnęła dłoń, by przeczesać palcami ciemne, wilgotne loki syna.
Godzinę później stali razem nad kopczykiem świeżej ziemi, która była czarna jak noc i pachniała wilgocią, Barbadosem. Jerome milczał, a Monique nie przerywała panującej ciszy i tylko przykucnęła obok, kiedy chłopiec rozsiadł się po turecku pod akacją.
— Idziemy do domu? — spytała. — Tata niedługo wróci.
— Posiedzę tu jeszcze chwilę.
— Jesteś pewien?
— Tak, mamo.


Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Tylko jeden z nich został przy murku i czybkiem buta rysował na piasku fantazyjne wzory.
— Jerome, chodź!
— Chodź, musisz nas nauczyć tak rzucać!
— Jerry!
Drgnął w odpowiedzi na te nawoływania, ale nic poza tym. Uśmiechnął się krzywo, pokręcił przecząco głową i schylił się po tornister, by noga za nogą powlec się do domu. Czasem tylko schylał się po muszlę, wybierając te, które szczególnie ładnie wyglądałyby pod akacją z tyłu domu i chował je do podwiniętej koszulki.


Grupka chłopców kręciła się niby to bez celu przy murku wyznaczającym zejście na plażę, lecz jeśli uważniej im się przyjrzeć, można dostrzec, że byli czymś bez reszty pochłonięci. Na oko dziewięciolatkowie krążyli przygarbieni, co rusz pochylając się i podnosząc coś z ziemi, a ich podwinięte koszulki wybrzuszały się pod ciężarem zbieranych przedmiotów. Nieliczni w tej okolicy turyści, zmierzający na plażę, by zaznać popołudniowej kąpieli słonecznej, uśmiechali się do siebie, przekonani, że wypłowiałe na słońcu koszulki były wypełnione niczym innym jak muszlami, których można było znaleźć mnóstwo pośród piasków u wybrzeży Barbadosu. Niewymuszone uśmiechy spełzły jednak z twarzy urlopowiczów, zastąpione grymasami, kiedy pięcioro chłopców, puściwszy się w dół zejścia z dzikim wrzaskiem, biegło ku oceanowi leniwie omywającemu brzeg.
Tylko Jerome nadal się uśmiechał. Leniwym krokiem, z dłońmi w kieszeniach krótkich spodenek ruszył za dziećmi. Droga do domu rodziców prowadziła obok szkoły, przez plażę. Co prawda brunet mógłby pójść biegnącym dalej od brzegu deptakiem, ale zwabiony wesołymi pokrzykiwaniami, minął grupkę chłopców i podszedł bliżej, obierając kierunek wprost na brodzące nieopodal stadko mew, aż to zmuszone było przed nim uciec. Niektóre ptaki po prostu rozbiegły się na boki, inne odfrunęły kawałek dalej.
— Płoszy nam pan mewy!
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się do siebie pod nosem i poszedł dalej, aż po kilkunastominutowym spacerze zza drzew wyłonił się przed nim budynek, w którym spędził całe swoje dotychczasowe życie. Mężczyzna skręcił łagodnie, schodząc z plaży, i kiedy nie dostrzegł nikogo na ganku, minął schodki i ruszył wzdłuż zachodniej ściany domu. Przeszedł nieopodal akacji, teraz wyższej oraz bardziej rozłożystej, i wszedł w gęstwinę, aby odnaleźć pośród zarośli wąską ścieżynę, która doprowadziła go aż do murów cmentarza. Podciągnąwszy się na rękach, przesadził ogrodzenie, rzucając tylko pobłażliwe spojrzenie dziurze w cegłach, przez którą kiedyś przechodził, i ruszył przed siebie.
— Hej, mamo — przywitał się, stając tuż przy niższej od siebie jasnowłosej kobiecie, która, wpatrzona w nagrobek, obejmowała się ramionami. Dopiero na dźwięk znajomego głosu Monique odwróciła głowę i zerknęła na syna, uśmiechnąwszy się lekko.
— Hej, Jerome — odpowiedziała i opuściła ręce, by zaraz przytulić się do boku pierworodnego i otoczyć ręką jego przedramię.
— Dawno cię tu nie widziałem — mruknął po kilku minutach milczenia i nachylił się, aby pocałować czubek jej głowy.
— To zawsze było wasze miejsce — parsknęła, by zaraz odetchnąć głęboko. — Biegaliście tu całą hołotą, jak tylko pokazałeś reszcie ścieżkę. Nie chciałam wam przeszkadzać — powiedziała cicho i miękko, zaczepnie naparłszy na dorosłego już syna całym ciężarem ciała. Zaraz jednak spoważniała i znieruchomiała, a jej błękitne oczy zaszły mgłą wspomnień. Wtedy, po śmierci Nahuela, nie przybiegł do niej; nie rzucił jej do stóp tej śmierci, jakby potrafił udźwignąć ją sam. Wzięła go w ramiona dopiero kilka długich tygodni później, kiedy znalazła go na cmentarzu, choć płakał wtedy dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy miał dziewięć lat.
— Idziemy do domu? — spytał, wyrywając ją z zamyślenia. — Tata powinien niedługo wrócić.
— A nie chcesz zostać?
— Nie — odpowiedział od razu. — Nie teraz. Przyjdę jeszcze, nim wrócę do Jen.
— Jesteś pewien?
— Tak, mamo.
Odchodzili już, kiedy zatrzymał się w pół kroku i zawrócił, sięgając do kieszeni.
— Prawie bym zapomniał — rzucił do Monique i zerknąwszy na nią, ułożył na kamieniu nagrobka białą muszlę.
Czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi. Ja dusiłam się wczoraj, a teraz mogę w spokoju odetchnąć. Niezastąpionej El po raz kolejny dziękuję za sprawdzenie tekstu i pomoc w stoczeniu walki z imiesłowami ♥ Obiecuję nie używac ich tak wiele! ^^ Tytuł oraz cytat: Welshly Arms — Who We Are.