Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

10/02/2025

[KP] Yeah, I'm lost, can I come over?

Astrid gif 1 Astrid gif 2

ASTRID CHEN

ch. Chen Astrid 陈阿斯特丽德, ABC, american born chinese - ur. 01.01.1994 Chinatown, Nowy Jork - córka chińskich imigrantów z Tajwanu, którzy w pogoni za lepszym życiem, przybyli do Nowego Jorku w latach '90 - zaginiony ojciec, stany depresyjne matki, mukowiscydoza brata - była pracownica Ashfor Capital - aktualnie Corporate Global Strategy Director w Woo Capital International - absolwentka ekonomii i matematyki na Uniwersytecie Nowojorskim - analityczny umysł - od trzech lat zamieszkuje małą kawalerkę w okolicy Prospect Heights na Brooklynie - czas dzieli między Nowy Jork, Singapur i Seul - post fabularny


Jest utkana z kontrastów, jak mozaika, której części do siebie nie pasują. Urodzona w tętniącym życiem Chinatown, z duszą pełną tęsknot za ojczyzną, której nigdy nie poznała. Wpajano jej, że Nowy Jork to ziemia obiecana, kraina wiecznej szczęśliwości, eden; strasząc odległym Tajwanem, w którym życie to niekończące się pasmo porażek. Gdy matka zaharowywała się na dwa etaty w szwalni, ojciec, wracając z fabryki Forda, raczył się baijiu i znikał na długie godziny. Patrząc jak co tydzień przegrywał w karty wszystkie pieniądze na tyłach podrzędnego lokalu, który serwował pierożki Dim Sum, zastanawiała się, czy porażka nie była wpisana w ród Chenów, wątpiąc, czy kiedykolwiek ich amerykański sen się spełni.

Gdy stary Chen nie wrócił pewnego dnia na noc, a po kolejnych tygodniach został uznany za zaginionego, wszyscy odetchnęli z ulgą. Choć ta była tylko chwilowa. Wkrótce do ich drzwi zaczęli pukać lichwiarze, grożąc, że długi przechodzą z męża na żonę. Astrid miała wtedy piętnaście lat i zrozumiała, że jeżeli dotychczasowe życie, okraszone makaronem Dan Dan i śmierdzącym tofu, było nędzne, to przed nimi naprawdę chude lata.

Musiała wziąć sprawy w swoje ręce. W tydzień doszła do perfekcji w lepieniu xiaolongbao, zatrudniając się po szkole w jednej z restauracji przy Canal Street. Nie zarabiała kroci, ale choć trochę mogła odciążyć pogrążoną w depresji matkę, która w domu stała się już tylko gościem, łapiąc się każdej dodatkowej pracy. Zapomniała, że jest nastolatką, której serce bije szybciej na widok pewnego chłopaka o koreańskich korzeniach, w którego oczach widziała swój dom. Był jej nadzieją, że nie zostanie na tym świecie sama. Otuchą, że jest przy niej ktoś, kto potrafi ją wysłuchać i pomóc, gdy świat wali się na głowę. I choć pochodzili z dwóch odległych światów, w wąskich uliczkach Chinatown nie liczyły się dzielące ich różnice.

Nauczyła się rozgrywać najlepsze partie taliami najgorszych kart. Odbijające się w jej głowie słowa o amerykańskim śnie działały jak siła napędowa. Pomimo bycia żółtkiem, kitajcem i chinolem ukończyła szkołę średnią z wyróżnieniem, dostając się do Harvardu i Uniwersytetu Nowojorskiego. List akceptacyjny ze szkoły Ivy League był triumfem i choć spełnienie marzeń miała na wyciągnięcie ręki, nie mogła pozwolić sobie na wyjazd do Cambridge. Nie traktowała tego jak porażki, wiedząc, że gdyby mogła pozwolić sobie na to finansowo – byłaby w dziesiątce najlepszych studentów prestiżowej szkoły. W zamian za to przemówiła przed całym swoim rocznikiem, gdy odbierała dyplom ukończenia NYU, a po tym biegła na zawołanie pana Ashforda do biura, w którym odbywała praktyki.

W życiu była już każdym. Córką, siostrą, opiekunką, żywicielką, przyjaciółką, studentką, prymuską, ukochaną. Praktykantką, pracownicą, protegowaną. Tą, która odrzuciła miłość. Tą, która zrobi wszystko dla młodszego brata. Choć wspina się po szczeblach korporacyjnej drabiny, widząc już prawie swój szczyt, wciąż mieszka w zbyt małym mieszkaniu, oszczędności inwestując na giełdzie; marynarki kupuje w H&M, a nie na piątej alei. Omija Whole Foods Market, jeżdżąc do Aldi na Harlemie. Nie lubi wydawać pieniędzy, tak samo, jak makaronu Dan Dan. Z dzieciństwa pozostało jej tylko uzależnienie od bułeczek z Mei Lai Wah, które na myśl przywołują jej brązowe oczy, w których znalazła swój dom.

Domu już jednak nie ma w Chinatown, nie ma na Upper East Side, a tym bardziej w tych brązowych oczach, o których już myśli coraz rzadziej, chociaż wciąż z sentymentem. Czy żałuje kierunku w którym ruszyło jej życie? Już nie. Czasami coś równie dobrego czeka tuż za rogiem, gdy pogodzisz się w końcu ze stratą i otworzysz na nowe


BTS +  Anna Sawai
 tobec99@gmail.com 

[KP] Baby, angels like you can't fly down hell with me

Postać
Tanner Morgan
lawyer jeweller
Może nazwiesz go wyrachowanym gnojkiem, gdy dowiesz się, że nigdy nie interesowała go cała ta prawnicza farsa i opasłe tomiszcza z łamiącymi język formułkami, a na koniec stwierdzisz, że totalnie perfidny z niego drań, skoro przeszedł tą długą drogę tylko po to, żeby w odpowiednim momencie teatralnie tym pieprznąć, ale on jest tylko doskonałym przykładem człowieka, który zjadł ciastko i dalej ma ciastko. Prawda bywa najkosztowniejszym ze złudzeń, a w rodzinie, która może zaoferować człowiekowi tak wiele, głupotą byłoby zostanie buntownikiem z wyboru. Zaspokoił ambicje wszystkich wokół, przez jakiś czas będąc marionetką w ich rękach i chodząc dla nich jak szwajcarski zegarek, ale kiedy przyszła odpowiednia pora, kiedy odhaczył punkty z ich listy i dostał w zamian obiecane granty, sprawnie odciął sznureczki, strzepnął z ramion kurz i wreszcie zajął się własnymi ambicjami. Bo jeżeli rodzina tak szczerze czegoś go nauczyła, to grać w pozory prawie do perfekcji i myśleć przede wszystkim o sobie. Pomyślał więc o tym dość wcześnie, bo już jako nastolatek, gdy po raz pierwszy zetknął się z maleńkimi kamieniami i na kolanach dziadka złapał jubilerskiego bakcyla. Wiedział wtedy, jaka droga została mu narzucona, ale wiedział też, jaka jest mu pisana. Realizując plan rodziców, zadbał o to, żeby zaspokoić ich widzimisię i zdobyć zaplecze finansowe, a potem odpowiednio je wykorzystać wraz z koneksjami, które w kopercie z jadeitem w spadku pozostawił mu dziadek. Bez wahania odstawił to, co narzucone i zajął się tym, co do dnia dzisiejszego daje mu autentyczną przyjemność i co wyzwala go z sideł pozorów, którymi przez te lata do szpiku kości przesiąkł. Ale podobno wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać, a piękno jest doskonałością z defektami. Nie da się być ideałem dla każdego, ale można postarać się być nim dla siebie, a przede wszystkim dla tych, którzy będą potrafili nas docenić jeszcze w tej nieoszlifowanej formie.
Tanner John Morgan-Miller
12 XII 1988, Nowy Jork
jubiler
Adwokat prawa karnego
gemmolog
CFO w M&G Jewellery
Najstarszy z dwójki synów Josepha Morgana, prawnika morskiego i międzynarodowego, pracującego w arbitrażu międzynarodowym dla rządowego departamentu prawnego oraz Harriet Miller, adwokatki prawa administracyjnego. Zgodnie z planem adwokat po Columbia Law School i LLM zdobytym na Yale, który ze swoją gorszą stroną dość dobrze zakotwiczył się w obronie karnej, a także w prawie korporacyjnym. Studia licencjackie z socjologii ukończone na Columbia University. Praktykuje pod szyldem rodzinnej kancelarii Morgan & Miller, która wcześniej mieściła się przy 60 Wall Street, a aktualnie w nowo powstałym budynku przy 270 Park Avenue na 33 piętrze. Przejęcie tej prawniczej spuścizny pozostawia swojemu młodszemu o dziesięć lat bratu, który na razie korzysta z życia i nie śpieszy się do roli zarządcy. Specjalista od kamieni szlachetnych, który już lata świetlne temu, za sprawą dziadka, odnalazł prawdziwą przyjemność w kolekcjonowaniu kamieni szlachetnych i projektowaniu biżuterii. Dyplomowany gemmolog i jubiler po Gemological Institute of America. W spółce z wieloletnim przyjacielem w 2018 roku założył sieć salonów jubilerskich M&G Jewellery, gdzie spełnia się jako Chief Financial Officer. Laureat nagrody Jewelers of America CASE Awards 2024, wystawiający swoje prace w Museum of Arts and Design na Manhattanie, gdzie na stałe eksponowane są prace jego dziadka, Johna Paula Millera. Papierowy mąż od siedmiu lat, a od 2024 roku w separacji sądowej. Ojciec siedmioletniej Amber, cały czas starający się sprostać bez pozorów tej trudnej roli. Opuścił rodzinną rezydencję w Kings Point i zamieszkuje apartament w Central Park Tower na 76 piętrze. Prywatne auto Mercedes-Maybach S680.
Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Dla niego wszystko ma znaczenie: zapach drewna w gabinecie, chłód metalu, linia na rysunku czy światło odbite w kamieniu. To właśnie w detalach odnajduje sens i spokój, nawet jeśli świat wokół dawno przestał być uporządkowany. Bez pamięci oczarowany turmalinami. W czasach szkolnych należał do drużyny pływackiej, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Sympatyk fortepianu, żeglarstwa, pojedynków szachowych oraz rysunku. Dodatkowy język: francuski. Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.
Postać 1
DAKOTA MORGAN
Żona, radca prawny w rodzinnej kancelarii
Postać 2
AMBER MORGAN-MILLER
Córka, siedmioletnia uczennica
Postać 3
JARED MORGAN-MILLER
28-letni brat, adwokat w trakcie specjalizacji
Postać 4
WALTER GOODWIN
Wieloletni przyjaciel, wspólnik w M&G Jewellery
Postać 5
OLIVIA FITZGERALD
Przyjaciółka od pierwszego spotkania w liceum
Postać 5
DANE POSTACI
Krótki opis postaci
cześć, damy się zjeść, zdaniezlozone@gmail.com
I

[KP] Baby, angels like you can't fly down hell with me

Postać
Tanner Morgan
lawyer jeweller
Może nazwiesz go wyrachowanym gnojkiem, gdy dowiesz się, że nigdy nie interesowała go cała ta prawnicza farsa i opasłe tomiszcza z łamiącymi język formułkami, a na koniec stwierdzisz, że totalnie perfidny z niego drań, skoro przeszedł tą długą drogę tylko po to, żeby w odpowiednim momencie teatralnie tym pieprznąć, ale on jest tylko doskonałym przykładem człowieka, który zjadł ciastko i dalej ma ciastko. Prawda bywa najkosztowniejszym ze złudzeń, a w rodzinie, która może zaoferować człowiekowi tak wiele, głupotą byłoby zostanie buntownikiem z wyboru. Zaspokoił ambicje wszystkich wokół, przez jakiś czas będąc marionetką w ich rękach i chodząc dla nich jak szwajcarski zegarek, ale kiedy przyszła odpowiednia pora, kiedy odhaczył punkty z ich listy i dostał w zamian obiecane granty, sprawnie odciął sznureczki, strzepnął z ramion kurz i wreszcie zajął się własnymi ambicjami. Bo jeżeli rodzina tak szczerze czegoś go nauczyła, to grać w pozory prawie do perfekcji i myśleć przede wszystkim o sobie. Pomyślał więc o tym dość wcześnie, bo już jako nastolatek, gdy po raz pierwszy zetknął się z maleńkimi kamieniami i na kolanach dziadka złapał jubilerskiego bakcyla. Wiedział wtedy, jaka droga została mu narzucona, ale wiedział też, jaka jest mu pisana. Realizując plan rodziców, zadbał o to, żeby zaspokoić ich widzimisię i zdobyć zaplecze finansowe, a potem odpowiednio je wykorzystać wraz z koneksjami, które w kopercie z jadeitem w spadku pozostawił mu dziadek. Bez wahania odstawił to, co narzucone i zajął się tym, co do dnia dzisiejszego daje mu autentyczną przyjemność i co wyzwala go z sideł pozorów, którymi przez te lata do szpiku kości przesiąkł. Ale podobno wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać, a piękno jest doskonałością z defektami. Nie da się być ideałem dla każdego, ale można postarać się być nim dla siebie, a przede wszystkim dla tych, którzy będą potrafili nas docenić jeszcze w tej nieoszlifowanej formie.
Tanner John Morgan-Miller
12 XII 1988, Nowy Jork
jubiler
Adwokat prawa karnego
gemmolog
CFO w M&G Jewellery
Najstarszy z dwójki synów Josepha Morgana, prawnika morskiego i międzynarodowego, pracującego w arbitrażu międzynarodowym dla rządowego departamentu prawnego oraz Harriet Miller, adwokatki prawa administracyjnego. Zgodnie z planem adwokat po Columbia Law School i LLM zdobytym na Yale, który ze swoją gorszą stroną dość dobrze zakotwiczył się w obronie karnej, a także w prawie korporacyjnym. Studia licencjackie z socjologii ukończone na Columbia University. Praktykuje pod szyldem rodzinnej kancelarii Morgan & Miller, która wcześniej mieściła się przy 60 Wall Street, a aktualnie w nowo powstałym budynku przy 270 Park Avenue na 33 piętrze. Przejęcie tej prawniczej spuścizny pozostawia swojemu młodszemu o dziesięć lat bratu, który na razie korzysta z życia i nie śpieszy się do roli zarządcy. Specjalista od kamieni szlachetnych, który już lata świetlne temu, za sprawą dziadka, odnalazł prawdziwą przyjemność w kolekcjonowaniu kamieni szlachetnych i projektowaniu biżuterii. Dyplomowany gemmolog i jubiler po Gemological Institute of America. W spółce z wieloletnim przyjacielem w 2018 roku założył sieć salonów jubilerskich M&G Jewellery, gdzie spełnia się jako Chief Financial Officer. Laureat nagrody Jewelers of America CASE Awards 2024, wystawiający swoje prace w Museum of Arts and Design na Manhattanie, gdzie na stałe eksponowane są prace jego dziadka, Johna Paula Millera. Papierowy mąż od siedmiu lat, a od 2024 roku w separacji sądowej. Ojciec siedmioletniej Amber, cały czas starający się sprostać bez pozorów tej trudnej roli. Opuścił rodzinną rezydencję w Kings Point i zamieszkuje apartament w Central Park Tower na 76 piętrze. Prywatne auto Mercedes-Maybach S680.
Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Dla niego wszystko ma znaczenie: zapach drewna w gabinecie, chłód metalu, linia na rysunku czy światło odbite w kamieniu. To właśnie w detalach odnajduje sens i spokój, nawet jeśli świat wokół dawno przestał być uporządkowany. Bez pamięci oczarowany turmalinami. W czasach szkolnych należał do drużyny pływackiej, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Sympatyk fortepianu, żeglarstwa, pojedynków szachowych oraz rysunku. Dodatkowy język: francuski. Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.
Postać 1
DAKOTA MORGAN
Żona, radca prawny w rodzinnej kancelarii
Postać 2
AMBER MORGAN-MILLER
Córka, siedmioletnia uczennica
Postać 3
JARED MORGAN-MILLER
28-letni brat, adwokat w trakcie specjalizacji
Postać 4
WALTER GOODWIN
Wieloletni przyjaciel, wspólnik w M&G Jewellery
Postać 5
OLIVIA FITZGERALD
Przyjaciółka od pierwszego spotkania w liceum
Postać 5
DANE POSTACI
Krótki opis postaci
cześć, damy się zjeść, zdaniezlozone@gmail.com

07/02/2025

[KP] Serio, goni mnie przeszłość, mam to pod skórą jak wenflon

VANESSA KERRurodzona 03.02.2003 w Nowym Jorku ➽ doradca klienta w salonie jubilerskim➽
Jest chodzącą reklamą swojego miejsca pracy. Mijając ją na ulicy, musisz liczyć się z tym, że bez biżuterii nigdy jej nie zobaczysz. Na nadgarstku lewej dłoni zawsze widnieje srebrny lub złoty zegarek połączony z kilkoma drobnymi bransoletkami. W uszach nie brakuje około tuzina kolczyków; zarówno dłuższych jak i krótszych, a na palcach mieści się równie wiele pierścionków, jakby zaliczyła w swoim życiu niejedne zaręczyny. Nienawidzi nosić jedynie naszyjników. Coś, co oplata jej szyję, przypomina o biologicznym ojcu, który po raz pierwszy i zarówno ostatni, złapał ją w tym miejscu swoją przeraźliwie suchą dłonią i docisnął do ściany na tyle mocno, że świat zawirował, jakby w domu została posadzona na rozpędzonej karuzeli. Brzydzi się tymi ludźmi. Nie nazywa ich rodziną. Imiona Anthony, Isobel, Jax i Zane wywołują w niej same negatywne emocje. Najchętniej chciałaby, żeby w jej żyłach zaczęła płynąć zupełnie inna krew, a oni okazaliby się wielką pomyłką lub wyśnionym i na szczęście przerwanym koszmarem. Tak się jednak nie dzieje. Wciąż jest córeczką potworów bez serca i młodszą siostrą destrukcyjnych gnojków. Próbuje zapomnieć i wmawia sobie, że niebo nad jej głową zawsze było różowe, a dom nad wodą dostarczał masę ciepłych wspomnień, ale nie wyrwie z głowy, jak chwastów z ziemi czasu przed adopcją i akceptuje ten fakt, próbując nie rozbić się na którymś z nowojorskich zakrętów, gdy pędzi na motocyklu lub nie umrzeć na raka płuc, o którym producenci w dość brutalny sposób ostrzegają na każdej kupionej paczce papierosów.

adoptowana jako siedmiolatka

spełnienie marzeń cudzych partnerów

ta z niewyparzonym językiem 

Emme's Codes

Witam! Buzi Vanessie użycza Meltem Akçöl. W tekście karty Louis Villain. kontakt: tusznapapierze@gmail.com

[KP] Serio, goni mnie przeszłość, mam to pod skórą jak wenflon

VANESSA KERR
urodzona 03/02/2003 w Nowym Jorkudoradca klienta w salonie jubilerskim adoptowana jako 7-latka spełnienie marzeń cudzych partnerów ta z niewyparzonym językiem
Jest chodzącą reklamą swojego miejsca pracy. Mijając ją na ulicy, musisz liczyć się z tym, że bez biżuterii nigdy jej nie zobaczysz. Na nadgarstku lewej dłoni zawsze widnieje srebrny lub złoty zegarek połączony z kilkoma drobnymi bransoletkami. W uszach nie brakuje około tuzina kolczyków; zarówno dłuższych jak i krótszych, a na palcach mieści się równie wiele pierścionków, jakby zaliczyła w swoim życiu niejedne zaręczyny. Nienawidzi nosić jedynie naszyjników. Coś, co oplata jej szyję, przypomina o biologicznym ojcu, który po raz pierwszy i zarówno ostatni, złapał ją w tym miejscu swoją przeraźliwie suchą dłonią i docisnął do ściany na tyle mocno, że świat zawirował, jakby w domu została posadzona na rozpędzonej karuzeli. Brzydzi się tymi ludźmi. Nie nazywa ich rodziną. Imiona Anthony, Isobel, Jax i Zane wywołują w niej same negatywne emocje. Najchętniej chciałaby, żeby w jej żyłach zaczęła płynąć zupełnie inna krew, a oni okazaliby się wielką pomyłką lub wyśnionym i na szczęście przerwanym koszmarem. Tak się jednak nie dzieje. Wciąż jest córeczką potworów bez serca i młodszą siostrą destrukcyjnych gnojków. Próbuje zapomnieć i wmawia sobie, że niebo nad jej głową zawsze było różowe, a dom nad wodą dostarczał masę ciepłych wspomnień, ale nie wyrwie z głowy, jak chwastów z ziemi czasu przed adopcją i akceptuje ten fakt, próbując nie rozbić się na którymś z nowojorskich zakrętów, gdy pędzi na motocyklu lub nie umrzeć na raka płuc, o którym producenci w dość brutalny sposób ostrzegają na każdej kupionej paczce papierosów.
Emme's Codes

Witam! Buzi Vanessie użycza Meltem Akçöl. W tekście karty Louis Villain 
kontakt: tusznapapierze@gmail.com

05/02/2025

[KP] Was doing fine until you came...

opis
27. Police Officer - NYPD - 77th Precinct
Deborah Violette Grayson, 10.02.1999. Master of Public Administration. Początkująca policjantka, świeżo po Akademii. Córka zmarłego w akcji funkcjonariusza DEA. Starszy brat – prokurator z traumą, młodsza siostra – bezrobotna z depresją. Matka z nieskończonymi pokładami ciepła i nieustanną żałobą.

Dom rodzinny zawsze kojarzył jej się z ciepłem, idealnym sernikiem bez rodzynek i najlepszym, bo nie za słodkim, kakao. Uwielbiała dziergane przez matkę skarpety i swetry, bo wtedy wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że ogrzewa ich miłość kobiety, dla której byli całym światem.
Ich perfekcyjny świat zadrżał w posadach, kiedy piętnastego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku do ich domu zapukało trzech agentów DEA. Mieli złe wieści, a za plecami dyskretną panią psycholog. Wszyscy wiedzieli, że taki dzień może nadejść, ale nikt nie spodziewał się tego, że Steven Grayson zostanie zabity w rutynowej akcji. Nie wtedy, kiedy rankiem obudził żonę świeżo zaparzoną kawą i kibicował najstarszemu synowi podczas egzaminu. Nie wtedy, kiedy wszyscy żyli w przekonaniu, że ten dzień będzie jak każdy inny i wieczorem spotkają się na wspólnej kolacji.
Jako rodzina mieli wiele rytuałów, które przestały mieć znaczenie po śmierci ojca. Mike wyprowadził się z domu, twierdząc, że atmosfera jest zbyt duszna. Debbie wynajęła pokój w akademiku, bo tak łatwiej było jej się skupić na studiach, a Maddie stwierdziła, że spróbuje się zabić. June Grayson, wdowa i matka, została z tym wszystkim sama, a jednak nadal miała w sobie tyle siły i ciepła, aby zawalczyć o własne dzieci.
Debbie już w trakcie studiów zaczęła praktyki w New York City Hall, gdzie następnie rozpoczęła jednoroczny staż, aby ostatecznie pracować na stanowisku analityka politycznego. Bezczynność za biurkiem była dla niej druzgocąca, dlatego bez wiedzy matki złożyła papiery do akademii policyjnej i robiła od tej pory wszystko, aby pójść śladami ojca.
Teraz na kolację spotykają się dwa razy w miesiącu. Matka nie może na nią patrzeć, brat bredzi farmazony, a siostra żyje we własnym świecie. Ich dom rodzinny już nie kojarzy się Debbie z ciepłem, a przymusem i sztucznymi uśmiechami. Ale przychodzi, pieczołowicie dbając o wolne w grafiku. Przychodzi też Mike ze swoim chłopakiem i towarzyszy im nieobecna duchem Maddie. June udaje zachwyt i szczebiocze nad sukcesami swoich dzieci.
Dlatego po każdym rodzinnym wieczorze Debbie z ulgą wraca do maleńkiego mieszkania, które współdzieli z przyjaciółką.

Wszystkie karty:
1. Make me monster... (05.02.2025)
2. Tonight I wanna give it all to you... (28.08.2025)
3. Was doing fine until you came... (25.04.2026)

[KP] Make me a monster

Debbie 1 Debbie 2 2

Deborah Violette Grayson, 10.02.1999. Master of Public Administration. Początkująca policjantka, świeżo po Akademii. Córka zmarłego w akcji funkcjonariusza DEA. Starszy brat - prokurator z traumą, młodsza siostra - bezrobotna z depresją. Matka z nieskończonymi pokładami ciepła i nieustanną żałobą


Dom rodzinny zawsze kojarzył jej się z ciepłem, idealnym sernikiem bez rodzynek i najlepszym, bo nie za słodkim, kakao. Uwielbiała dziergane przez matkę skarpety i swetry, bo wtedy wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że ogrzewa ich miłość kobiety, dla której byli całym światem.
Ich perfekcyjny świat zadrżał w posadach, kiedy piętnastego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku do ich domu zapukało trzech agentów DEA. Mieli złe wieści, a za plecami dyskretną panią psycholog. Wszyscy wiedzieli, że taki dzień może nadejść, ale nikt nie spodziewał się tego, że Steven Grayson zostanie zabity w rutynowej akcji. Nie wtedy, kiedy rankiem obudził żonę świeżo zaparzoną kawą i kibicował najstarszemu synowi podczas egzaminu. Nie wtedy, kiedy wszyscy żyli w przekonaniu, że ten dzień będzie jak każdy inny i wieczorem spotkają się na wspólnej kolacji.
Jako rodzina mieli wiele rytuałów, które przestały mieć znaczenie po śmierci ojca. Mike wyprowadził się z domu, twierdząc, że atmosfera jest zbyt duszna. Debbie wynajęła pokój w akademiku, bo tak łatwiej było jej się skupić na studiach, a Maddie stwierdziła, że spróbuje się zabić. June Grayson, wdowa i matka, została z tym wszystkim sama, a jednak nadal miała w sobie tyle siły i ciepła, aby zawalczyć o własne dzieci.
Debbie już w trakcie studiów zaczęła praktyki w New York City Hall, gdzie następnie rozpoczęła jednoroczny staż, aby ostatecznie pracować na stanowisku analityka politycznego. Bezczynność za biurkiem była dla niej druzgocąca, dlatego bez wiedzy matki złożyła papiery do akademii policyjnej i robiła od tej pory wszystko, aby pójść śladami ojca.
Teraz na kolację spotykają się dwa razy w miesiącu. Matka nie może na nią patrzeć, brat bredzi farmazony, a siostra żyje we własnym świecie. Ich dom rodzinny już nie kojarzy się Debbie z ciepłem, a przymusem i sztucznymi uśmiechami. Ale przychodzi, pieczołowicie dbając o wolne w grafiku. Przychodzi też Mike ze swoim chłopakiem i towarzyszy im nieobecna duchem Maddie. June udaje zachwyt i szczebiocze nad sukcesami swoich dzieci.
Dlatego po każdym rodzinnym wieczorze Debbie z ulgą wraca do maleńkiego mieszkania, które współdzieli z przyjaciółką.

[KP] Tonight I wanna give it all to you...

opis
26. Police Officer - NYPD - 77th Precinct
Deborah Violette Grayson, 10.02.1999. Master of Public Administration. Początkująca policjantka, świeżo po Akademii. Córka zmarłego w akcji funkcjonariusza DEA. Starszy brat – prokurator z traumą, młodsza siostra – bezrobotna z depresją. Matka z nieskończonymi pokładami ciepła i nieustanną żałobą.

Dom rodzinny zawsze kojarzył jej się z ciepłem, idealnym sernikiem bez rodzynek i najlepszym, bo nie za słodkim, kakao. Uwielbiała dziergane przez matkę skarpety i swetry, bo wtedy wszyscy mieli nieodparte wrażenie, że ogrzewa ich miłość kobiety, dla której byli całym światem.
Ich perfekcyjny świat zadrżał w posadach, kiedy piętnastego listopada dwa tysiące dziewiętnastego roku do ich domu zapukało trzech agentów DEA. Mieli złe wieści, a za plecami dyskretną panią psycholog. Wszyscy wiedzieli, że taki dzień może nadejść, ale nikt nie spodziewał się tego, że Steven Grayson zostanie zabity w rutynowej akcji. Nie wtedy, kiedy rankiem obudził żonę świeżo zaparzoną kawą i kibicował najstarszemu synowi podczas egzaminu. Nie wtedy, kiedy wszyscy żyli w przekonaniu, że ten dzień będzie jak każdy inny i wieczorem spotkają się na wspólnej kolacji.
Jako rodzina mieli wiele rytuałów, które przestały mieć znaczenie po śmierci ojca. Mike wyprowadził się z domu, twierdząc, że atmosfera jest zbyt duszna. Debbie wynajęła pokój w akademiku, bo tak łatwiej było jej się skupić na studiach, a Maddie stwierdziła, że spróbuje się zabić. June Grayson, wdowa i matka, została z tym wszystkim sama, a jednak nadal miała w sobie tyle siły i ciepła, aby zawalczyć o własne dzieci.
Debbie już w trakcie studiów zaczęła praktyki w New York City Hall, gdzie następnie rozpoczęła jednoroczny staż, aby ostatecznie pracować na stanowisku analityka politycznego. Bezczynność za biurkiem była dla niej druzgocąca, dlatego bez wiedzy matki złożyła papiery do akademii policyjnej i robiła od tej pory wszystko, aby pójść śladami ojca.
Teraz na kolację spotykają się dwa razy w miesiącu. Matka nie może na nią patrzeć, brat bredzi farmazony, a siostra żyje we własnym świecie. Ich dom rodzinny już nie kojarzy się Debbie z ciepłem, a przymusem i sztucznymi uśmiechami. Ale przychodzi, pieczołowicie dbając o wolne w grafiku. Przychodzi też Mike ze swoim chłopakiem i towarzyszy im nieobecna duchem Maddie. June udaje zachwyt i szczebiocze nad sukcesami swoich dzieci.
Dlatego po każdym rodzinnym wieczorze Debbie z ulgą wraca do maleńkiego mieszkania, które współdzieli z przyjaciółką.

Wszystkie karty:
1. Make me monster.. (05.02.2025)
2. Tonight I wanna give it all to you... (28.08.2025)

03/02/2025

[KP] I'd let the world burn for you

I've been in a rage and I'm headed your way
With the devil on my fucking shoulder

Zane Maddox

28 latek; urodzony 20 lutego 1997 roku Pracownik lombardu Diler - spełni każde życzenie Wynajmowane studio 120 Greenwich Street Każdego roku odwiedza ojca w więzieniu Sing Sing tylko po to, aby napluć mu w twarz Tego samego dnia zostawia na grobie matki zwiędłą czerwoną chryzantemę i niedopałek papierosa 🎝

Mroźne lutowe powietrze szczypało w policzki.

Wsunął cienkiego papierosa między usta, odpalił i ruszył przed siebie znajomą ścieżką. Słońce chowało się powoli za horyzontem, tworząc mroczną, przygnębiającą scenerię. Mijał wielkie rodzinne grobowce. Zapomniane nagrobki porośnięte mchem. Marmurowe anioły, które przypominały postacie wyjęte z horrorów. Głowę miał pochyloną, ale nie było w tym geście nic z szacunku do zmarłych. Przychodził tutaj tylko raz do roku. O jeden raz za dużo. Próbował odpuścić, a jednak nogi same niosły go na położony na południowym Bronxie cmentarz.

Wszystkie historie o zniszczonych dorosłych zaczynają się tak samo. Agresywny ojciec pijak, emocjonalnie niedostępna matka, która potrafiła zasłaniać się własnymi dziećmi, aby uniknąć wymierzonego w nią ciosu. Brak miłości i opieki, którą znajdowali w nieodpowiednich miejscach oraz ludziach. Miał przejebane. Powtarzał to zdanie od szóstego roku życia, bo to wtedy nauczył się definicji tego słowa. Słyszał je ciągle od ojca, niezależnie od sytuacji. Powodem mogło być wszystko; rozlana zupa podczas obiadu, klocek, którego nie zauważył przy sprzątaniu, a który ojciec trącił nogą. Najczęściej piekł lewy policzek. Potem bił tak, aby ludzie nie zauważali siniaków, a opieka społeczna się odjebała. Zapamiętał, aby nie okazywać słabości. Łzy były niemile widziane, a na każde uderzenie czy wyzwisko reagował obojętnością. Tak było łatwiej przetrwać. Ostatni raz płakał tamtej nocy. Wspomnienia były wyraźniejsze niżby tego chciał. Wciąż w nim żyły i nie pozwalały zapomnieć. Bezwładne ciało leżące w powiększającej się kałuży krwi. Pozbawione blasku i życia błękitne oczy, poszarzała twarz wykrzywiona w przerażeniu.

Zapłakał, bo w głębi czuł, że ten koszmar się skończył. W końcu byli wolni.

Zaciągnął się mocniej papierosem. Wypuścił drażniący płuca dym z wściekłością. Pozwalał sobie na myślenie o przeszłości tylko w tym jednym dniu. Kto chciałby wracać do takich wspomnień? Zupełnie, jakby życie od samego początku postawiło na nim krzyżyk. Świat zadecydował jeszcze przed jego narodzinami, że nie będzie wart zachodu.

Przystanął przy niewielkim szarym nagrobku.

Isobel Maddox. Tragiczna zmarła 03.02.2010

Niedbale rzucił zwiędłego kwiatka przed siebie.

— Zawsze byłaś zimną suką.

 

***

Bry!

Zane to mały eksperyment, za który ślicznie dziękuję poison killer. Sama nie wiem co mi z niego wyrośnie i czy nadaję się do prowadzenia takiej postaci, ale raz się żyje i trzeba spróbować wszystkiego. Zane to zły chłopak, ale może okaże się, że ma dobre serce. Pożyjemy zobaczymy. ;>

W tytule Chris Grey Let the world burn, Chase Atlantic Triggered w karcie, a na wizerunku Drew Starkey. Na sprzedaż młodsza siostra w duecie z rodzinnymi dramatami i traumami.

Bysiaa44@gmail.com

01/02/2025

[KP] Don't hope, it's the hope that kills me every time


Ian Hunt
Ian Hunt

Wanna stay, wanna run, wanna disappear
I keep biting my tongue just to keep you here
Made you wait for someone I could never be
And it's killing me

I need comfort
But I hate being comfortable
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.

***

Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - 6.07.2025 /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - 25.11.2025 /
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time / 25.11.2025 - ??? /
Cytaty: Nicholas Galitzine - Comfort
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 25.11.2025 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com

Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Emme

[KP] Did I disappoint you?


Ian Hunt
Ian Hunt


Honestly, I thought I was fully prepared for
The threshold in store
Stay your pretty eyes on course
I guess I never really faced my fears before
So, stay with me, because...
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.

***

Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - 6.07.2025 /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - ??? /
Cytaty: Twenty One Pilots - The Line
(nie, nie oglądałam jeszcze Arcane, ale piosenka jest super!)
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 6.07.2025 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com

Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Emme

[KP] Did I disappoint you?


Ian Hunt
Ian Hunt


Take a seat
But I'd rather you not be here for
What could be my final form
Stay your pretty eyes on course
Keep the memories of who I was before
So stay with me because...
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.

***

Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - ??? /
Cytaty: Twenty One Pilots - The Line
(nie, nie oglądałam jeszcze Arcane, ale piosenka jest super!)
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 15.02.2025 ⬩ karta postaci & powiązania
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com

Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Emme