Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/05/2022

2180. Feels like I wanna jump



Oh gimme something to take the edge off
Something to kick the night off
Something to keep my mind off
This so called life



    Kobieta usiadła na krześle i po kilku sekundach odsunęła się od metalowego stołu, przy którym siedzieli tak, jakby bała się Alexandra. Złożyła opuszki dłoni w stożek i wbiła w nie wzrok. Dwudziestoczteroletni brunet miał wrażenie, że pani adwokat, która powinna go bronić, obawia się go równie mocno, co wszyscy inni wokół. Jakby sześćdziesięcio trzy kilogramowy chłopak, z rękoma zamkniętymi w kajdanki i przypiętymi do metalowej rurki wychodzącej ze stołu, mógł jej coś zrobić.
- Zarzuty nie są zbyt kolorowe – zaczęła powolnym, drżącym głosem. Brzmiała tak, jakby sprawa Alexandra była jej pierwszą w życiu. – Zarzucono Panu mord…
- Alex, jestem Alex – przerwał jej. Nie lubił, jak mówiło się do niego <i>per pan</i>. Czuł się jak młody dzieciak, był młodym dzieciakiem i zwracanie się do niego tak, jakby był dwukrotnie starszy wyprowadzało go z równowagi.
    Kobieta uniosła wzrok, spojrzała w jego oczy, westchnęła trzykrotnie i przymknęła powieki. Alexander odnosił wrażenie, że zaczęła liczyć do dziesięciu, by nie wybiec z malutkiego pomieszczenia z wrzaskiem. Nie mogła tego zrobić, bowiem była adwokatem z urzędu, a tacy nie bardzo mieli wybór spraw. Z drugiej strony Alexander był świadom, że ani jego, ani jego babki nie było stać na kogoś bardziej kompetentnego. Nie było ich stać na nikogo, a urzędnik dawał jakiekolwiek minimalne światełko w tunelu.
- Alexandrze – zaczęła ponownie, otwierając oczy i przenosząc wzrok na jedną z kamer. – Zarzucono ci morderstwo pierwszego stopnia. – Pauza – Dochodzi do tego jeszcze znęcanie się, maltretowanie i gwałt nieletniej.
    Brunet wyłączył się po pierwszym zdaniu. Zarzucono ci morderstwo pierwszego stopnia… Zamknął oczy, próbując nie zwymiotować. Zaciskał oczy tak mocno, że kanaliki łzowe aż puściły i po policzkach popłynęły mu łzy. Nie ze smutku, ani złości. Spodziewał się takiej informacji, wiedział, że czyn, którego się dopuścił nie będzie zapomniany; ktoś w końcu go znajdzie, a co za tym idzie – skaże na kilkadziesiąt lat więzienia.
    Alexander zastanawiał się, jak to jest być skazanym na dożywocie. Ile lat będzie trwał jego wyrok, po ilu przestanie mu zależeć, a kiedy jego oddech będzie ostatnim tchnieniem na Ziemi. Przeżyje dwadzieścia kolejnych lat? Trzydzieści? A może pięćdziesiąt, bo Bóg się na nim teraz zemści i będzie chciał, by faktycznie długo pocierpiał?
    Po kilku minutach ciszy otworzył w końcu oczy i spojrzał na panią adwokat.
- Co jeszcze mi zarzucono? – zapytał drżącym głosem.
- Poza morderstwem, znęcaniem się, maltretowaniem i gwałtem nieletniej? – Kobieta uniosła brwi. Wyglądała na zaskoczoną, a jednak gdy otworzyła teczkę leżącą na metalowym stole, wypuściła powietrze z głośnym świstem. – Kradzież, nieudzielenie poszkodowanym pierwszej pomocy, a także ucieczkę do Stanów Zjednoczonych.
    Spojrzał na kobietę i tym razem to on uniósł brwi. Kradzież? Ucieczka? Gwałt własnej siostry?
- Nie zgwałciłem, nie znęcałem się nad moją siostrą – powiedział zrezygnowanym głosem. – To nie ja.
    Odwrócił wzrok w stronę okna przepuszczającego strużki słońca między kratami. To tak będzie teraz wyglądało jego życie – za kratami, próbując wyłapać każdy promień słońca, który będzie mu przypominał, że jest skończony w życiu na zewnątrz. Nawet, gdyby udało mu się wyjść po dwudziestu pięciu latach, będzie mężczyzną w średnim wieku, bez wykształcenia, ani doświadczenia. Biorąc pod uwagę fakt, że świat zaczął zmieniać się w niewyobrażalnym tempie, Alexander na pewno nie będzie wiedział, jak się żyje. Będzie się czuł tak, jak wtedy, gdy dostał pierwszy komputer i grę <i>The Settlers</i>. Totalnie skołowany klikał jakiekolwiek przyciski na klawiaturze, próbując cokolwiek osiągnąć. Za kilkadziesiąt lat, zamiast klikać, będzie się włóczył z kąta w kąt, a każdy głośniejszy dźwięk będzie przyprawiać go o ciarki.
- Według dokumentów, które trzymam przed sobą, najpierw okradł pan… - Kobieta kolejny raz uniosła brew i szybko się zreflektowała – najpierw okradłeś swoją matkę, próbowałeś przekonać Arię, twoją siostrę, do ucieczki. Kiedy się na to nie zgodziła, zacząłeś jej grozić, że ją pobijesz i zgwałcisz, co następnie uczyniłeś. Niestety, nakrył cię twój ojciec, a kiedy chciał cię odciągnąć od siedemnastolatki, pobiłeś go, a gdy leżał nieprzytomny pobiegłeś po nóż, który wbiłeś Vladowi Morte prosto w serce.
    Brunet nie dowierzał temu, co właśnie słyszał. Przecież prawda była zupełnie inna, to on się bronił, to on nakrył swojego ojca gwałcącego Arię, to on próbował załatwić wszystko polubownie! A kiedy prośby, groźby nie działały, rzucił się na ojca.
    Nie chciał go zabić. Nigdy nie myślał o tym, że mógłby to zrobić. Jego ojciec był naprawdę dobrym człowiekiem, z którego chciał brać przykład. Zawsze przykładny rodzic, który każdego dnia pokazywał mu, jak powinien się zachowywać; był dla niego autorytetem, zawsze chciał być takim człowiekiem jakim był Vlad. W momencie, kiedy widział go sapiącego nad malutkim ciałem jego siostry, cały szacunek, który gromadził przez dwadzieścia dwa lata, prysnął niczym bańka mydlana.
- Jedyne, z czym mogę się zgodzić, to zabicie mojego ojca. Nigdy nie znęcałem się ani nie zgwałciłem mojej siostry. – Ostatnie zdanie przesylabizował, jakby chciał w ten sposób przekonać do siebie swoją adwokat.
    Ona jednak nie była przekonana. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby była pewna jego winy, a jego rozprawę sądową chciała tylko odbębnić, wpisać do notesu, przekazać szefowi i zabrać się za coś łatwiejszego.
    Alexander się jej zupełnie nie dziwił, wszystko wskazywało na to, iż był winny czynom, które przed chwilą usłyszał. Jednak świadomość, że prawda wyglądała zupełnie inaczej sprawiała, że brunet nie potrafił tego zignorować. Nie mógł ot tak wrócić do życia codziennego. Po pierwsze nie miał gdzie wrócić, a po drugie, nawet gdyby miał, to i tak by go nie wypuścili z więzienia.
    Kobieta, która jeszcze przed sekundą siedziała na krześle, nagle wstała i podeszła do kąta przy drzwiach. Położyła dłoń na klamce, jednak Morte wiedział, że nigdzie się nie wybiera – nie zapukała do drzwi, by ktoś po drugiej stronie mógł je otworzyć. Chciała jednak zachować jak największą przestrzeń między nimi; jakby to, co chciała właśnie powiedzieć, mogło wyprowadzić podejrzanego z równowagi.
- Biorąc pod uwagę, że od dwóch lat zamieszkujesz Stany Zjednoczone – zaczęła. Kilka chwil minęło jednak od kontynuacji. Zamykała usta, by po sekundzie je otworzyć, a następnie znów zamknąć. – I zostałeś uznany za obywatela Stanów, zostaniesz tutaj skazany. Niestety sąd nie zgodził się na twoją deportację, po pierwsze ze względu na potencjalną możliwość ucieczki, a z drugiej strony na możność dokończenia aktu wobec Ari Morte.
    Brunet parsknął śmiechem, co zaskoczyło nie tylko panią adwokat, ale również jego samego. Gdyby nie on, Aria dawno już by nie żyła. Mógł śmiało powiedzieć, że uratował jej życie. Zamiast leżeć w grobie dwa metry pod ziemią, musiała się skonfrontować z traumą. Mogła jednak żyć nadal – nadal cieszyć się każdym promieniem słońca, każdym owocem zerwanym z pola, uczyć się, czytać, kochać. Być.
    Nagle przyszło mu coś do głowy.
- Moja siostra – powiedział, próbując wstać. Łańcuchy, którymi jego ręce złączone były ze stołem sprawiły, że prawie się wywrócił. Zaklął pod nosem. – Aria Morte może powiedzieć, co tak naprawdę się stało. Ona…
- Alexandrze – przerwała mu pani adwokat, nie patrząc w jego oczy. – Pierwsza rozprawa rozpocznie się za dwa dni. Do tego czasu będziesz przebywał w więzieniu w Rikers Island. Sugeruję unikanie jakichkolwiek bójek, rozmów na temat procesu i czegokolwiek, co mogłoby ci zaszkodzić.
    Brunet jednak jej nie słuchał. Błądził szaleńczym wzrokiem po małym pomieszczeniu. Dopiero teraz zauważył, że pleśń pokrywa znaczną część sufitu, a przyglądając się ścianom można było dostrzec ślady krwi.
- Aria jest jedyną osobą, która jest w stanie mi pomóc. To ona może przekonać sędziego, że jestem niewinny czynom, o które mnie oskarżacie. To nie było morderstwo pierwszego stopnia, nie zrobiłem tego z premedytacją! Broniłem siebie, broniłem swojej siostry!
    Jego głos był coraz głośniejszy, słowa wypływały z jego ust jak z karabinu. Kobieta, która nadal stała z ręką położoną na klamce wyglądała na… znudzoną. Zapewne słyszała takie historie nieraz, być może pierwsza rozmowa z każdym winnym człowiekiem właśnie tak przebiegała. Najpierw mówili, że są niewinni, że to nie oni powinni siedzieć w kajdankach, a potem okazywało się, że byli jeszcze większymi tyranami, aniżeli się wydawało.
    Świadomość, że prawda wyglądała zupełnie inaczej sprawiała, że Alexandrowi z każdą sekundą chciało się coraz bardziej wymiotować. Przełykał głośno ślinę, ale gula, która wyrosła w jego gardle nie dawała za wygraną. Rosła z chwili na chwilę coraz bardziej, przez co coraz ciężej było mu nawet oddychać.
- Musicie ją znaleźć, musicie ją przesłuchać – przekonywał adwokat, próbując się nie rozpłakać.
    Kobieta stała niewzruszona. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo, jakby zupełnie nie zależało jej na życiu tego młodego człowieka. Prawda była taka, że to ona jako jedyna mogła mu pomóc. Mogła skontaktować się z jego siostrą, ona na pewno zezna na jego korzyść.
- Wszystko co znajduje się w tej teczce – przeniosła wzrok na dokumentację znajdującą się pod jej lewą pachą – zostało panu zarzucone na podstawie zeznać Arii Morte.
    Nim słowa kobiety dotarły do Alexandra, ta szybkim ruchem zapukała do drzwi i ulotniła się z pomieszczenia. Nikt również nie wszedł, by odpiąć jego ręce i zaprowadzić do samochodu, który miał zawieźć go do miejsca, gdzie spędzi większą część swojego życia.
    Brunet uderzył pięścią w metalowy stół, zaklął trzykrotnie, zwyzywał cały świat, a następnie ucichł. Bezgłośnie łkał, łzy płynęły z jego oczu chowając się dopiero pod ciemnym materiałem koszulki. Nie wierzył w to, co właśnie usłyszał.
    Z Arią zawsze utrzymywał bliskie, bardzo przyjacielskie relacje. Kochali się, jak na rodzeństwo przystało. I jeszcze dwie godziny temu, nim do pokoju weszła jego adwokat, mógłby z ręką na sercu powiedzieć, że oboje skoczyliby za sobą w ogień.
    Być może została zmuszona do tych zeznać. Jednak przez kogo? Matkę, która postanowiła poświęcić swoje pierworodne dziecko, by wybielić męża przed pogrzebem? Właściwie, to jego matka mogła być jedyną osobą, która przekonała do składania fałszywych zeznań Arię. Nigdy nie traktowała Alexandra tak, jak traktowała swoją ukochaną córeczkę, o której tyle lat marzyła. Wręcz przeciwnie – gardziła nim, a kiedy ona to robiła, jego ojciec pokazywał mu drugą stronę rodzicielstwa. Tę zdecydowanie lepszą.
    Usłyszawszy otwierające się drzwi, Alexander spojrzał w ich stronę. Nie zdążył jednak nikogo w nich dojrzeć. Zemdlał.



What a time to be alive
Such a waste of fucking time



Tak pokochaliśmy się z Alexandrem, że, mimo mojego krótkiego jestestwa na NYC'u, postanowiłam uchylić rąbka jego tajemnicy. W tytule oraz cytaty zespołu Three Days Grace ♥

01/05/2022

2179. We've only just begun

Before the rising sun, we fly
So many roads to choose
We'll start out walking and learn to run
And yes, we've just begun

Ze snu wyrwało go kwilenie. Jerome podniósł się do pozycji siedzącej i sięgnął pod poduszkę, gdzie odnalazł swój telefon. Wyjął go i dotknął ekranu, przez co blask bijący od urządzenia poraził go prosto w oczy. Mrużąc powieki, mężczyzna odczytał godzinę. Dochodziła czwarta nad ranem, co oznaczało, że Aurora spała nieprzerwanie od siedmiu godzin, co chyba można było uznać za jej nowy rekord. Im była starsza, tym większą część nocy przesypiała, lecz wciąż serwowała dorosłym wyjątkowo wczesne pobudki.
Brunet wygramolił się z łóżka i podszedł do usytuowanego tuż obok łóżeczka. Kwilenie nie ustało, kiedy pochylił się nad popłakującą cicho dziewczynką i dopiero, kiedy wziął ją na ręce, Aurora względnie się uspokoiła. Nie oznaczało to jednak, że zaczęła tryskać dobrym humorem; coś ewidentnie jej przeszkadzało i zadaniem Marshalla było odgadnięcie, co.
— Najpierw jemy czy zmieniamy pieluchę? — odezwał się cicho, z charakterystyczną chrypką, jaka zawsze towarzyszyła mu tuż po wstaniu z łóżka. Rozmawianie z Rory przychodziło mu z coraz większą swobodą. Swoboda ta rosła proporcjonalnie do odległości, w której znajdowała się od niego Charlotte; jakby przy rudowłosej kobiecie Jerome wciąż krępował się okazywaniem uczuć jej córce. Bynajmniej nie dlatego, że czuł presję, choć wiedział, że Lotta już od długiego czasu przypisała mu roję ojca swojego dziecka. Po prostu… potrzebował więcej czasu.
Z Aurorą na rękach przeszedł do łazienki, gdzie ułożył dziewczynkę na przewijaku. Uważał, że on sam nie czułby się komfortowo, gdyby przyszło mu spożywać posiłek z pełnymi gaciami, więc dlaczego miałby dostarczać Aurorze podobnych wrażeń? Sprawnie zmienił pieluszkę i po jego wyćwiczonych ruchach było widać, że nie stronił od tego nie tylko podczas nieobecności Charlotte, ale również na co dzień. Opuściwszy łazienkę, przeszedł do połączonej z salonem kuchni i wyjął z lodówki butelkę z mlekiem, pamiętając o tym, by podgrzać ją w kąpieli wodnej przed podaniem jej córce panny Lester.
Nie, wciąż nie myślał o Rory jak o swoim dziecku, choć sam nie wiedział, co go przed tym powstrzymywało. Dość szybko przecież zdecydował się na rozmowę z Angielką, podczas której otwarcie zapytał o to, czy kobieta chciała, aby realnie uczestniczył w życiu jej córki i miał wpływ na jej wychowanie, a twierdząca odpowiedź go ucieszyła. Dlaczego więc teraz nie potrafił sprostać własnym oczekiwaniom?
— Jeszcze chwilę, Rory — wymruczał, kiedy przytrzymywana przez niego jedną ręką Aurora zaczęła się niecierpliwić. Nie tylko wierciła się przy jego boku, ale również zaczęła ponownie cicho płakać. Jerome wsadził palec do wody w garnuszku, w której pływała również butelka i z sykiem szybko cofnął rękę, kiedy okazało się, że temperatura wody była już stosunkowo wysoka.
— Naprawdę jeszcze tylko chwilka — zapewnił, uprzednio wyjąwszy lekko oparzony palec z ust i złapał Aurorę obydwiema rękoma. Poprawił ją w swoich ramionach tak, by twarz dziewczynki znajdowała się na wysokości jego wzroku i skrzywił się, kiedy wyraźnie spostrzegł jej zapłakane, zielone oczy oraz przezroczystą wydzielinę wypływająca z małego noska.
— I po co tak ślimtać? — odezwał się i pokręcił głową, a spomiędzy jego warg wydostało się ciche westchnienie. Najpierw sięgnął po paczkę nawilżanych chusteczek i doprowadził dziecko do porządku, a później wyjął butelkę z kąpieli wodnej i ocenił temperaturę mleka. Udało mu się go nie przegrzać, więc od razu przeniósł się na kanapę, ułożył Aurorę na swoim przedramieniu i podsunął jej smoczek butelki, który od razu znalazł miejsce pomiędzy różowymi wargami, a te zacisnęły się łapczywie.
Podczas gdy Rory jadła, brunet odchylił głowę i wsparł ją na oparciu kanapy, a jego wzrok prześlizgnął się po suficie.
Po raz pierwszy został z Aurorą sam na cały weekend. Charlotte wybrała się na dwudniową konferencję dla grafików, na którą wysłała ją agencja reklamowa, w której pracowała i choć rudowłosa początkowo wzbraniała się przed wyjazdem, brunet zapewnił ją, że sobie poradzi. Zrezygnował nawet z pomocy Margaret, która spędzała z Aurorą czas przez pięć, a często sześć dni w tygodniu i zasługiwała na chwilę wytchnienia. Jemu również miał przydać się odpoczynek. Od kilku tygodni zarówno po pracy, jak i w dni wolne zajmował się remontem mieszkania po dziadkach Arthura. Odnawiane lokum, które docelowo miało należeć do niego i Charlotte, powoli wyglądało coraz lepiej, czekało go jednakże jeszcze sporo pracy. Mógł jednak pozwolić sobie na weekend wolnego od remontu; mieli przecież gdzie mieszkać i nie musieli się spieszyć.
Rory przełykała głośno i z każdym towarzyszącym temu dźwiękiem opadające powieki Marshalla unosiły się z trzepotem. Walczył z sennością, co nie było łatwe, zważywszy na okoliczności. Było wcześnie i choć w lato o tej porze niebo już szarzało, teraz mieszkanie wciąż spowijała ciemność, gdzieniegdzie rozświetlana jedynie żółtym blaskiem ulicznych lamp. Wyspiarz, w przeciwieństwie do Aurory, poszedł spać dopiero przed trzema godzinami. Zostało mu do obejrzenia tylko kilka odcinków serialu i finalnie tak wciągnął się w przedstawianą na ekranie telewizora historię, że dobrnął do końca sezonu. Potrzebował przynajmniej jeszcze dwóch godzin snu, a ciepło bijące od drobnego ciała, które trzymał przy sobie, skutecznie wpędzało go w ramiona Morfeusza.
Podniósł ciężką głowę i spojrzał w dół. Kilka ostatnich pociągnięć wystarczyło, by dziewczynka opróżniła butelkę i kiedy Jerome odsunął smoczek od jej ust, zwróciła duże, zielone oczy na niego. Przypatrywała mu się z zainteresowaniem, wyraźnie ukontentowana tym, że miała suchą pieluszkę i pełny brzuszek, a w miarę tego, jak mrugała, jej powieki poruszały się coraz wolniej. Mimo wszystko, podobnie jak Marshall jeszcze przed chwilą, Rory próbowała walczyć z ogarniającą ją sennością. Wydawało się, że już przysypiała, kiedy nagle na powrót szeroko otwierała oczy i zaczynała cicho gaworzyć, jakby miała wyspiarzowi coś ważnego do opowiedzenia. Po tym krótkim zrywie znowu przysypiała i proces ten powtórzył się jeszcze parokrotnie, nim Aurora na dobre zasnęła w ramionach niezmiernie rozbawionego jej zachowaniem mężczyzny.
Trzymając dziewczynkę przy sobie, trzydziestolatek podniósł się z kanapy. W pierwszym odruchu chciał podejść od razu do łóżeczka, ale już po wykonaniu drugiego kroku coś go powstrzymało. Rory spała z główką wspartą na jego ramieniu i oddychała spokojnie; kiedy wydychała powietrze, z jej nosa wydobywał się cichy i zabawny świst.
Marshall przyłapał się na tym, że nie miał ochoty odsuwać jej od siebie i odkładać do łóżeczka. Nagle zaczęło mu się wydawać, że chłód, który wkradłby się pomiędzy jego nagi tors, a ciało dziecka, byłby wyjątkowo nieprzyjemny. Krążył więc powoli po całym mieszkaniu jeszcze przez kilkanaście minut, a Aurora ubrana w śpioszki z motywem jednorożca, które sam dla niej kupił, była niczym osobliwy termofor; bijące od niego ciepło rozchodziło się nie tylko po całym ciele wyspiarza, ale i wkradało się głębiej, rozlewając się również po zakamarkach serca. Kiedy Rory znalazła się w swoim łóżeczku, Jerome przystanął przy meblu, który przed paroma miesiącami skręcał szczebelek po szczebelku. Po chwili pochylił się i wsparł łokciami o barierkę, przez co znajdował się ledwo kilkadziesiąt centymetrów nad śpiącą Aurorą. Przyglądał jej się, wodząc od jej twarzy, do małych stóp i z powrotem, a kiedy to robił, na jego ustach majaczył lekki uśmiech.
— Naprawdę chciałbym być dla ciebie tatą — odezwał się szeptem i wyciągnął dłoń po to, by pogładzić główkę dziecka. Porastały ją jasne, rudawe włosy, które im były dłuższe, tym wyraźniej zaczynały się kręcić. — Tylko… — urwał, a spomiędzy jego warg wykradł się drżący oddech. Niewygodny ciężar opadł na dno żołądka Marshalla, a kolejne słowa utknęły w ściśniętym gardle. Nie odrywając dłoni od główki Rory, gładził kciukiem dziecięcą czuprynę i uniósłszy drugą rękę, mocniej pochylił głowę i zacisnął palce u nasady nosa.
Tylko coś mnie przed tym powstrzymuje.
Sądził, że uporał się z przeszłością. Minął już jakiś czas od rozprawy rozwodowej; od zamknięcia tamtego rozdziału jego życia, w którym obecna była nie tylko Jennifer, ale również ich nienarodzony syn. Dlaczego więc wciąż miał wrażenie, że bezpowrotnie stracił szansę na to, aby być ojcem? Dlaczego towarzyszyło mu to upiorne wrażenie, że jeśli na dobre wpuści do swojego serca Aurore, to zapomni o Lionelu? Umysł podpowiadał, że towarzyszący wyspiarzowi strach był irracjonalny, ale w żaden sposób go to nie umniejszało.
Jerome się bał. Bał się, że zdradzi swojego syna, którego nawet nie miał okazji poznać, podczas gdy Aurora znajdowała się na wyciągnięcie ręki, tak ciepła i… żywa.
Wyprostował się gwałtownie, kiedy wyczuł pod dłonią nagłe drgnięcie. Rory najpierw cała się spięła, a później rozpłakała się rozdzierająco. Ten dźwięk nie tylko poraził uszy wyspiarza, ale również na wskroś przeszył jego zamarłe serce i sprawił, że to drgnęło niespokojnie.
Pośpiesznie wziął dziewczynkę na ręce i przytulił ją do siebie. Wyglądała, jakby bardzo się czymś wystraszyła. Może coś jej się przyśniło? A może to strach pochylonego nad łóżeczkiem mężczyzny spłynął na nią i zakłócił jej spokojny sen?
— Przepraszam — szepnął, kołysząc dziewczynką. — Przepraszam — powtórzył, kiedy ta się nie uspokajała, przez co ciężar na dnie jego żołądka stał się tym bardziej dokuczliwy, a słowa z trudem umykały z piekącego gardła. — Wiem, że nie powinienem tak myśleć. Ty i twoja mama jesteście najlepszym, co mogło mnie spotkać. Bez was… nie wiem, w jakim miejscu bym się teraz znajdował — szeptał gorączkowo, jednocześnie krążąc po mieszkaniu i cały czas kołysząc Aurorę, której płacz zdawał się nie słabnąć, a przybierać na sile. Pewnie był to tylko zbieg okoliczności, ale Jerome naprawdę czuł się winny. Winny temu, że choć pragnął pewnych rzeczy, nie mógł po nie sięgnąć.
— Już dobrze. Wszystko będzie dobrze, Rory. Nie musisz się bać — mówił cicho, ale Aurora nie przestawała płakać. Nie był to pierwszy raz; on i Charlotte już wielokrotnie doświadczyli podobnego rodzaju płaczu, który rozpoczynał się niespodziewanie i równie nagle, jak się pojawił, nagle przechodził, ale po raz pierwszy Jerome był z tym zupełnie sam, tak daleko pod Charlotte. I po raz pierwszy miał wrażenie, że nie mógł dać dziewczynce tego wszystkiego, na co ta zasługiwała. A zasługiwała na miłość obojga dorosłych, którzy podjęli się jej wychowania.
— To nie tak — zapewnił. — Nie tak, że cię… nie kocham… — tchnął, bo wypowiedzenie tych dwóch słów przyszło mu z niebywałym trudem. — Ja… — zaczął i urwał, a jego głos mieszał się z dziecięcym płaczem. — Kocham cię, Rory. Problem tkwi w tym, że cię kocham — powiedział w końcu i przymknął powieki.
Nie wiedział, ile czasu spędzili, krążąc po mieszkaniu, nim dziewczynka zasnęła, wyczerpana własnym płaczem. Gdy Jerome odłożył ją do łóżeczka, ponownie wsparł się na barierce, wymęczony na swój własny, osobisty sposób.
Swego czasu tylko otarł się o ten szczególny rodzaj miłości, która została w nim zduszona tuż po tym, jak pozwolił jej wykiełkować. Ból, którego wtedy doświadczył, był silniejszy niż uczucie, w miejsce którego się pojawił. Jednak na tym niepodatnym gruncie, wbrew wszystkim przeciwnościom losu, niepostrzeżenie wykiełkowało kolejne ziarenko. Jerome nie chciał go dostrzec, jakby w obawie przed tym, że kiedy tylko padnie na nie jego wzrok, wydarzy się to samo, co przed dwoma laty. Coś jednakże pchało jego spojrzenie w kierunku kiełkującego ziarna; była to nieznana mu siła, której nie mógł się oprzeć, a która bez wątpienia pochodziła z jego wnętrza, aż pozwolił sobie na ukradkowe zerknięcia. Po każdym jednym zalewała go fala strachu, ale nie działo się nic złego. Absolutnie nic. Może to miało wystarczyć?
Wyprostował się i zacisnął palce na barierce. Aurora spała głęboko, jakby niedawny epizod nie miał miejsca, przynajmniej dla niej.
— Nie będziemy się już bać — obiecał wyspiarz. Wyciągnął rękę i jej wierzchem pogładził zaróżowiony, dziecięcy policzek.
Obydwoje utracili coś cennego, czego nawet nie zdążyli poznać. I choć Jerome był boleśnie świadomy tej straty, śpiąca spokojnie pod jego czujnym spojrzeniem dziewczynka nie musiała.

And when the evening comes, we smile
So much of life ahead
We'll find a place where there's room to grow
And yes, we've just begun

Flurry dziękuję za możliwosć wypożyczenia Aurory, a El za sprawdzenie tekstu. Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz ślimtać przez moje wypociny ♥ Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Welshly Arms - We've Only Just Begun (Carpenters cover).