Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/07/2013

1945. Wszystko od czegoś się zaczyna

Z chłodnej hali lotniska wyszła wprost na rozgrzane ulice jednego z najpotężniejszych miast tego świata. A może i najpotężniejszego, kto może to wiedzieć? Nie miała ze sobą wiele. To miała być tylko wycieczka, krótka podróż. Dwa tygodnie z ukochaną osobą.
Do ostatniej chwili nie była pewna swojej decyzji. Cały czas czuła w sercu jakiś ucisk (a może to ta mała rysa wciąż się pogłębiała?). Ale mimo wszystko była tu. Niecały tydzień wcześniej zobaczyła te zdjęcia i nie wierzyła wtedy własnym oczom. Miała nadzieję, że on się wyprze, że powie, ze to stara historia i stare zdjęcia. Że może jest jakieś wytłumaczenie. A on nie powiedział nic. Swym milczeniem potwierdził wszystko. W końcu bąknął coś, że żałuje tego i że to się nigdy więcej nie powtórzy. A ona mu uwierzyła.
Kiedyś sobie coś obiecali. Miłość, szacunek. Wzajemną pomoc. Wierność, która wynikała z tego wszystkiego. A teraz mieli złożyć przysięgę. Krótka chwila, która była dla niej tak ważna. Od zawsze wyobrażała sobie ten moment. Ona, w długiej białej sukni i pięknym welonie. Z bukietem bzu w dłoniach. A obok On, wymarzony, ukochany, najpiękniejszy człowiek na świecie. Łzy w oczach matki i duma ojca. Siostra, która miała być świadkową i brat, który nie ukrywałby, jak bardzo cieszy go ta chwila. Ale wszystko było nie tak. Rodzice zginęli dwa lata temu w wypadku. Wracali z podróży do Włoch. Wypadek samochodowy, auto tak zgniecione, że bała się na nie patrzeć. Siostra, młodsza, szykująca się wtedy do matury, przeżyła to chyba najbardziej ze wszystkich. Tuż przed wyjazdem rodziców pokłóciła się z nimi. Błaha sprawa, nikt już nawet nie pamięta o co poszło. Ale oni zginęli na miejscu, a ona nie zdążyła się z nimi pogodzić. Po maturach, które zupełnie jej się nie udały, powiesiła się we własnym pokoju. Brat wyjechał. Bardzo przeżywał to wszystko, co działo się na jego oczach. Najpierw stracił rodziców, później jedną z sióstr. Dostał propozycję pracy w Nowym Jorku i skorzystał z niej. Chciał zabrać drugą z sióstr, Antoninę, ale ta kończyła wtedy studia, nie mogła wyjechać. Więc ona została a on ruszył przed siebie.
No i wreszcie ten wymarzony pan młody. Starszy, opiekuńczy. Zajął się nią, gdy ledwo łączyła koniec z końcem studiując medycynę i pracując jednocześnie. Chciała zostać chirurgiem dziecięcym a on to rozumiał. Rozumiał też, gdy mówiła, że z seksem chce poczekać do ślubu. A potem nagle te zdjęcia. Półnaga brunetka i on, całujący ją po szyi. Znalazła je w skrzynce na listy, włożone do koperty. Nawet nie zaadresowanej, ta osoba musiała wiedzieć, gdzie ona mieszka. Ale wybaczyła mu. Został niecały tydzień do ślubu. Jak mogłaby mu nie wybaczyć? Przecież go kochała.
Brat nie mógł przylecieć, nie miał pieniędzy na bilet. Ale w zamian to oni mieli pojawić się u niego na samym początku podróży poślubnej. Nie mogła się doczekać na spotkanie z nim.
To była piękna uroczystość. Weszli wspólnie do kościoła. Ona w sukni ślubnej, którą miała na sobie kiedyś jej matka. On w smokingu i nienagannej fryzurze i z niegasnącym uśmiechem na ustach. W rękach nie miała bzu tylko dalie, ale to nie było ważne, w końcu to też piękne kwiaty. Szła u jego boku i czuła wpatrzone w nią dziesiątki, jeśli nie setki, oczu. W większości ludzi jej obcych. W końcu jej rodziny tu nie było, on natomiast miał dużą rodzinę. Stanęli przed ołtarzem, twarzami zwróceni do siebie. On wypowiedział przysięgę, patrzył na nią teraz w milczeniu tymi swoimi oczami, które nie miały właściwie żadnego określonego koloru. I wtedy przyszła jej chwila. Zaczęła mówić, ale wtedy zobaczyła stojącą za nim, pod samą ścianą, tą brunetkę. I coś w niej pękło.
-Nie mogę, przepraszam- Powiedziała cicho i w jednej chwili obróciła się po czym wybiegła z kościoła. Nie pamiętała, co działo się w ciągu następnej godziny, jakoś jednak znalazła się w swoim mieszkaniu. W końcu pojawił się tam on, nie wpuściła go jednak. Po kilkunastu minutach krzyknął jedynie, że jeszcze tego pożałuje i odszedł. Niedługo po nim pojawiła się Alicja, jej przyjaciółka, niedoszła świadkowa. Nie pytała, przytuliła ją jedynie, a gdy ta pokazała jej zdjęcia zaproponowała, ze zawiezie ją na lotnisko. Opierała się, w końcu jednak zrozumiała, że właśnie tego chce. Wyjechać stąd, spotkać się z bratem, odetchnąć. Zabrała spakowaną walizkę i pojechały na lotnisko.
I tym sposobem znalazła się w Nowym Jorku. Wsiadła w jedną z wielu żółtych taksówek i pojechała przez nieznane sobie miasto pod adres, który nic jej nie mówił.


Mężczyzna leniwie obrócił się na drugi bok i zaspanymi oczyma spojrzał na leżącą obok niego rudą dziewczynę. 
-Wstawaj mała, niedługo wróci moja żona- Powiedział cicho, nachylając się nad nią. Była piękna. Miała małe, kształtne piersi i duże usta, które tak chętnie pieściły go ostatniej nocy. Ale była też młoda i niezwykle naiwna. Słysząc go otworzyła leniwie oczy.
-Żona?- Spytała zaspanym głosem. On stał już przy łóżku wciągając swoje dresowe spodnie.
-Wraca dziś z Waszyngtonu, powinna być za niecałą godzinę- Odparł nawet na nią nie spoglądając. Nie musiał tego robić, już wiele razy widział te reakcje. Jedne były zaskoczone, inne, jakby się tego spodziewały, pospiesznie nakładały ubrania i już po chwili ich nie było. Niektóre były na tyle pomysłowe, by pozostawiać którąś część bielizny. Mógłby zacząć je kolekcjonować. 
Nim wrócił spod prysznica rudej już nie było. Przeszedł do salonu i posprzątał ze stołu swoje niedokończone projekty. Zazwyczaj nie przejmował się bałaganem- był to w końcu jego twórczy bałagan- dziś jednak miała przyjechać jego siostra z mężem. Antonina. Jak każde z rodzeństwa miała imię na pierwszą literę alfabetu, odróżniała się jednak od reszty swoim charakterem. On i Alicja (rzadko ją wspominał, zbyt go to bolało, jednak tu nie dało się jej pominąć. Nie, kiedy odwiedzić go miała Tosia) żyli zawsze chwilą i nie baczyli na konsekwencje. Natomiast ona była wieczną romantyczką. Wierzyła w tego swojego księcia i wieczną miłość. No i podobno w końcu znalazła. On zdecydowanie wolał jednorazowe, rzadko kilkurazowe, przygody z nieznajomymi panienkami. Nie ciągnęło go do żadnych związków czy zobowiązań, po co się tym zadręczać? We wszystkim był wolny. Kiedy trafił z Polski tu, do głównej filii firmy architektonicznej w której pracował, myślał, że nic lepszego spotkać go nie mogło. A jednak po dobrych pięciu miesiącach zwolnił się i zaczął pracować na własną rękę. Tu nikt nad nim nie stał i nie krzyczał o terminach. No i tu miał większą swobodę twórczą. A własną markę wyrabiał. Szło mu to powoli, ale miał na wszystko czas. Mógł mieć własne życie a udział w różnych konkursach powodował, że i klientów nie brakowało.


Kiedy usłyszał dzwonek do drzwi jego mieszkania nie musiał nawet zgadywać, kto za nimi stoi. Antonina była punktualna jak zawsze, co do minuty. Nacisnął klamkę i otworzył drzwi, stanął jednak zdumiony, gdy zobaczył za nimi jedną a nie dwie osoby.
-Witaj, braciszku- Powiedziała uśmiechając się szeroko. Mimo dwóch lat rozłąki od razu zauważył, że uśmiech nie sięga powyżej jej ust.
Dopiero gdy wnosił jej bagaże i obserwował ja rozgląda się po jego mieszkaniu, zdał sobie sprawę z tego, że jego siostra po raz pierwszy w życiu tak bardzo go zaskoczyła.

_____________________________________

Antonina i Andrew czekają na dodanie kart, ale chcieli już się przywitać i przedstawić w nocie :) Jako że warsztat pisarski jeszcze raczkuje to będę bardzo wdzięczna za wszelką konstruktywną krytykę, ponieważ sama jestem świadoma tego, ze jest średnio, bardzo średnio. No i zapraszamy do wątków z rodzeństwem. 

01/07/2013

1944. John w Nowym Yorku

            Koniec semestru to czas wytężonej pracy zarówno dla studentów jak i wykładowców. Na szczęście Nicholasowi zostało uzupełnienie kilku papierków. Studencie pozaliczani, oceny wystawione, prace odebrane. Nic tylko planować wakacje! A jednak… nie ma tak dobrze. Koleżanka wybłagała go, żeby pomógł w sprawdzaniu egzaminów. Zgodził się. Dlaczego? Sam nie wiedział. Może dał się namówić przez jej czekoladowe oczy, a może przez propozycję wywalczenia mu szybkiego kontaktu z informatykiem odpowiedzialnym za uczelniany system? Bądź co bądź siedział już drugi dzień w mieszkaniu i czytał twory studenckiej wyobraźni. Powoli zbliżał się do końca. W połowie przestał wypisywać sobie co ciekawsze pomysły młodych głów, ponieważ zabrakło mu kartki.
           Nagle jego telefon zaczął wściekle wibrować po powierzchni ławy. Z pewnych względów nauczył się go wyciszać. Ponieważ jednak zazwyczaj go nie czuł, kładł go na widoku. Otrząsnął się i sięgnął po aparat. Zerknął na wyświetlacz. John. Czego on chce? Znowu się będzie pytał o pogodę, upominek czy inne bzdury? Czy nie powinien się pakować? Nicholas zerknął na zegarek. Czy nie powinien spać? Przecież jutro będzie…. Co?! Dziś?!
           Odebrał telefon.
- Tak? Ja… już! Zaraz będę!.... Oczywiście, że nie! Nie zapomniałem! Spóźnię się! Nie! Weź taksówkę i przyjedź na adres…. Dobra! Wyślę ci SMSa.
             Rozłączył się.  Szybko napisał swój adres i wysłał bratu, po czym zaczął sprzątać papiery. Sprawdzi później. Zostały mu tylko trzy prace. Napisał do Rosalie, czy mógłby ją nazajutrz odwiedzić z bratem. Wybiegł z mieszkania, aby robić jakieś zakupy. U niego w lodówce jak zwykle można było znaleźć tylko keczup i dżem.
            Wrócił z pełnymi siatkami. Zdążył wszystko rozpakować, kiedy ponownie zadzwonił do niego John.
- Tak. Już schodzę po ciebie.
         Chwilę później był już na dole. Pod schodami prowadzącymi do wejścia kamienicy stał John z walizką. Uśmiechał się radośnie i pomachał do Nicka, gdy tylko go zobaczył. Obok niego stał mniej zadowolony taksówkarz i wyraźnie na coś czekał.
- Zapłaci pan? – Zapytał Nicholasa. Ten westchnął i podziękował sobie w duchu, że nie zdążył wyjąć portfela z kieszeni spodni. Zapłacił za brata. Kiedy kierowca odjechał, młodszy Woon wbił spojrzenie w starszego.
- Masz szczęście, że to i tak były Twoje pieniądze. – Mruknął. Prawda była taka, że pensja Nicholasa zwykle wystarczała na zapłacenie rachunków i pół miesiąca skromnego życia. Ostatnio jednak trochę szalał i musiał skorzystać z zasobów rodzinnych. Może powinien w przyszłym semestrze wziąć więcej godzin?
- Znowu zaczynasz! Nie możesz się najpierw przywitać? – Zapytał Jonathan. Nich tylko westchnął i wyciągnął do niego dłoń. Chwilę później zaprowadził brata do swojego mieszkanka.
- Chyba nie muszę mówić, żebyś się rozgościł. Zapracowałeś na miejsce na kanapie. – Powiedział i wyciągnął dwie szklanki z szafki. Nalał wody i podsunął towarzyszowi.
- No wiesz? Nie mogłeś wykazać się gościnnością i odstąpić mi swojego pokoju? – Zapytał z udawanym żalem.
- Mogłeś wynająć sobie pokój w hotelu, jeśli chciałeś się wylegiwać w łóżku, a nie wpraszać się do mojego skromnego lokum. – Zauważył Nicholas.
- Znowu narzekasz! – Skarcił go po raz kolejny, na co młodszy Woon tylko wzruszył ramionami. Jonathan w gruncie rzeczy nic sobie z tego nie robił. Przeszedł się po kawalerce, a potem usiadł na kanapie. – To opowiadaj!
            Nicholas spojrzał na niego kątem oka.
- O?
- Nie żartuj. O dziewczynie! Przecież nie pytam o pracę! Chyba, że masz tam jakieś ładne studentki. – Zastanowił się.
            Nicholas pokręcił głową i powolnym krokiem przeszedł przez pokój, po czym usiadł w fotelu.
- Nie jest moją dziewczyną. Nie wiem, jak to określić. Jest miła, ładna, wesoła, towarzyska, wysportowana, ma małą córeczkę i co chcesz jeszcze wiedzieć? – Wyrzucił z siebie jednym tchem. Nienawidził przesłuchań, a wiedział, że brat jest na tyle upierdliwy, żeby mu nie odpuścić. Teraz też uśmiechał się głupio. – Daj spokój. Poznasz ją, to sam się dowiesz. – Machnął ręką.
- Ma się rozumieć! Po prostu jestem ciekawy, kto ożywia mojego małego braciszka! – Odpowiedział radośnie.
Nicholas nie odpowiedział. Żeby się czymś zająć nalał im wody.
- To co chcesz robić? Odpoczywać? Zwiedzać? – Zmienił temat. Jonathan spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oku.
- To gdzie jest najbliższy kort?



- Wygrałeś. – Wykrztusił Jonathan, który leżał na środku kortu.
- Jak zawsze. Mówiłem, że masz słabą kondycję. – Zauważył Nicholas. Podszedł do ławeczki i wyjął z torby dwie butelki wody. Jedną z nich rzucił bratu.
- Nie każdy ma czas trenować regularnie. – Odpowiedział urażony starszy Woon.
- Przyznaj, że zwyczajnie Ci się nie chce.
- No może… samemu to jakoś nudno. – Odparł niewinnie.
- Wymówki.
- Maruda.
- Spadaj do Europy.
- Jedź ze mną.
- Nie.


Wyszli z ośrodka sportowego.
- Co powiesz na obiad? – Zaproponował Nicholas.
-Pewnie!


- Wreszcie możemy iść pozwiedzać! – Zawołał entuzjastycznie Jonathan. Widocznie te kilka piw mu zaszkodziło.
- Teraz idziemy do domu. Jest po północy. – Odpowiedział Nick, który nie wypił ani kropelki. Ktoś musiał być na tyle przytomny, żeby móc wrócić do mieszkania.
- Noc jest długa!
- Czy ty nie powinieneś być wykończony przez zmianę strefy czasowej?
- Przygotowałem się na to odpowiednio wcześniej. – Odpowiedział z uśmiechem John.


Następnego dnia Nick wstał rano, sprawdził pracę i pobiegł na uczelnię. Oddał je znajomej i wstąpił do apteki po proszki przeciwbólowe. Coś mu podpowiadało, że brat nie ruszy się z łóżka do obiadu. Oczywiście nie udało się go wyrzucić na kanapę i to młodszy Woon musiał na niej spać.
Nie spieszył się do domu. Szedł powoli. Mieli pojechać na obiad do Rosalie, ale Nick jakoś dziwnie się tego obawiał. Właściwie nie powinien. Wszyscy byli dorośli. Ale przynajmniej po Jonathanie nie było tego widać. Nie rozumiał też, dlaczego brat tak bardzo naciska, żeby wrócił razem z nim do Anglii. Może o czymś mu nie mówi? Powinien go zapytać wprost. Może wieczorem? W końcu lepiej nie drażnić go przed spotkaniem z Rosalie. O co jednak mogło chodzić?
Kiedy wszedł do kawalerki, John siedział na kanapie i wyglądał nienajlepiej. Nick zrobił mu kanapki i podał proszki. Brat zdołał tylko wymamrotać coś w odpowiedzi. Po godzinie czuł się już znacznie lepiej.
- Nicholas? – Odezwał się nagle. Jego głos dochodził spod dużej, białej poduszki.
- No? – Młodszy Woon podniósł wzrok znad książki. – Umierasz?
- Nie. Chciałem cię o coś poprosić.
- Tak? – Teraz Nick odłożył książkę na bok. Zapowiadała się poważna rozmowa, pomimo, że Jonathan nadal trzymał głowę schowaną pod poduszką.
- Czy możesz przyjechać w sierpniu do domu?
Nicholas wstał i zdjął bratu poduszkę z głowy.
- Może trochę światła i tlenu cię nie zabije, a zaczniesz mówić z sensem. Zamierzam przyjechać do domu, ale dlaczego akurat w sierpniu? – Zapytał nieco zirytowany dziecinnym zachowaniem brata. Człowiek miał już trzydzieści lat! Powinien się ustatkować i spoważnieć!
            Johnatan usiadł i spojrzał na Nicka. W jednej chwili z wesoła i głupota, stał się poważnym panem prawnikiem. Młodszy Woon znał obie postawy brata doskonale. Zwykle jednak ta druga nie dochodziła do głosu, kiedy byli tylko we dwóch.
- Więc o co chodzi? – Zapytał poważnie Nicholas.
- Zostaniesz moim świadkiem? – Opowiedział pytaniem na pytanie starszy.


            Zatem Jonathan się żeni. Rodzice są pewnie szczęśliwi. Dobry syn wybrał właściwą drogę życia i zadba o dobro rodziny. Oczywiście, że Nicholas nie odmówiłby mu tej przysługi, chociaż brat mógł wybrać któregoś ze swoich przyjaciół. Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego tak nagle zachciało się Johnowi przyjechać do stanów. Nie w jego stylu byłoby zapytać o sprawę tego typu przez telefon. To wszystko jednak oznacza, że nie tylko trzeba będzie jechać do domu, ale także wziąć udział we wszystkich przygotowaniach i przeżyć stracie z całą rodziną. Mało przyjemna perspektywa, nawet jeśli powinien cieszyć się szczęściem brata. Tylko pytanie czy na pewno szczęściem? Nie słyszał zbyt wiele o tej Loretcie. Chyba by mu się pochwalił, gdyby był zakochany czy coś? W końcu wcześniej marudził mu o każdej ładnej dziewczynie, którą spotkał. Czyżby aż tak się od siebie oddalili, że zapomniał mu wspomnieć o kimś tak ważnym?
            Niczym nieprzejmujący się Nicholas nagle się zmartwił. Nie było jednak na to teraz czasu. Nie mógł zdradzić się przed Jonathanem ani nikim innym. 

[Trochę spóźniona i nawet nie poprawiona, ponieważ mi się nie chciało...Mam nadzieję, że jednak ktoś przeczyta i ścierpi :P]