Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

21/02/2021

2162. You could break my heart in two, but when it heals, it beats for you, I know it's forward, but it's true

- Pamiętasz, kochanie? Tak, jak ćwiczyliśmy – odezwał się tonem, który zarezerwowany był tylko dla małej Thei Morrison. To nie tak, że faworyzował któreś z dzieci, nie, nie był takim ojcem. Po prostu z dziewczynką miał specyficzną więź. Taką nie do opisania słowami. Bez obaw można określić brązowooką brunetkę mianem córeczki tatusia.
Thea pokiwała główką, wprawiając w ruch długie loczki i ruszyła nieco niezdarnie przed siebie, co drugi lub trzeci krok wkładając rączkę do białego koszyka i udając, że rozsypuje przed sobą kwiatki.
- Ślicznie! – zaświergotał Morrison, klaszcząc z zachwytem, choć akurat było to zdecydowanie na wyrost. Niemniej jednak chciał, żeby Thea była z siebie zadowolona. A przede wszystkim, żeby czuła się potrzebna swoim rodzicom w ich szczególnym dniu. – Twoja kolej, synku – dodał z szerokim uśmiechem, a Matty, jeszcze bardziej pokracznie, ruszył w jego stronę z niewielkim talerzykiem. Chłopcu pierwszy raz udało się dotrzeć do ojca, nie podpierając się po drodze rączkami, więc Arthur ponownie żywo zaklaskał, ciesząc się razem ze swoimi dziećmi.
W tym samym momencie rozległ się dźwięk przekręcanego w zamku klucza, a brunet zerwał się z miejsca.
- Mamusia idzie! Szybko, wszystko chowamy! – zarządził i otworzył szufladę, żeby dzieci mogły schować swoje atrybuty. Potem zamknął biurko i wyprowadził maluchy z biura, wychodząc naprzeciw swojej żonie.
- Dzień dobry, kochanie – rzucił słodko i odebrał od niej papierową torbę, przy okazji składając delikatny pocałunek na jej zmarzniętych wargach.
- Dzień dobry – odparła i podejrzliwie uniosła brew. – Coś kombinujecie? – spytała, na co Thea pokręciła głową i objęła rączkami nogę swojej mamy. – Macie miny, jakbyście zamierzali potajemnie przejąć władzę nad światem – stwierdziła, zdejmując płaszcz.
- Ne-ne. Dada mówi ne-ne – powiedział po swojemu Matty, naśladując machającego palcem wskazującym ojca. Thea natychmiast dopadła do braciszka i zasłoniła mu buzię.
- Cicho! Tatuś zablonił! – krzyknęła piskliwie. Arthur przełknął ślinę, a uśmiech zniknął z jego ust. Jeszcze brakowało tego, żeby któreś z dzieci się wygadało, a nie wątpił w umiejętności negocjacyjne Elle. Wyciągnęłaby to z nich w kilka minut.
- Czego zabronił? Arthur, co się dzieje? – spytała zaniepokojona Villanelle i wzięła Matthew na ręce, opierając go na swoim biodrze, zaś drugą dłonią chwyciła małe paluszki Thei i razem z dziećmi pokierowała się do kuchni, gdzie jej mąż wypakowywał zakupy.
- Nic, kochanie, naprawdę. To takie… Nasze tatusiowe sprawy – rzucił z nerwowym uśmiechem. Doskonale wiedział, że jego żona nie daruje. Była na to zbyt uparta. To znaczyło, że niespodzianka nie mogła czekać do ostatniego dnia. Jeszcze dzisiaj musiał przedstawić Elle swoją wizję świąt.

Wyszedł z pokoju syna i przymknął drzwi. Te do Thei były otwarte, bowiem dziewczynka wciąż miała koszmary związane z opiekunką. Na szczęście dzieci spały spokojnie, dzięki czemu Arthur mógł wejść do sypialni i zająć się swoją żoną.
Elle siedziała na skraju łóżka ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękami i patrzyła podejrzliwie na zamykającego drzwi bruneta.
- Nie chciałam przy dzieciach, ale teraz to z ciebie wyciągnę – oznajmiła na wstępie.
- Nic nie musisz wyciągać. Sam ci powiem – odparł, co wywołało na twarzy Elle napawające go niewypowiedzianą satysfakcją zdziwienie. – Tylko przestań tak na mnie patrzeć – dodał, klękając na dywanie naprzeciwko ukochanej. Przysiadł na piętach i wyciągnął przed siebie rękę. Kobieta z lekkim wahaniem podała mu swoją.
- Jak?
- Jakbym podał ci do jedzenia tę głupią kozę – wymamrotał pod nosem, ale nie łudził się, że zrobił to na tyle niewyraźnie, by nie zrozumiała. – Daj mi pierścionek – dodał, wskazując na lewą dłoń Elle.
- Słucham? Ale… Przecież moje spojrzenie to nie jest powód do rozwodu! – jęknęła.
- Raz w życiu ze mną nie dyskutuj – roześmiał się i sam chwycił jej rękę. Zdjął obrączkę i pierścionek zaręczynowy, po czym pierwszy krążek wrzucił do kieszeni dresów i ukląkł na jednym kolanie, poważniejąc.
- Jezu, Arthur, co ty… - zaczęła, ale Arthur przyłożył palec do ust, pokazując, że ma się uciszyć.
- Kocham cię, ale zamknij się na chwilę – przerwał jej zdecydowanie i wziął głęboki wdech. Chociaż byli małżeństwem od prawie dwóch lat, stresował się, jakby oświadczał jej się pierwszy raz. – Pamiętasz, jak obiecałem ci, że kiedyś dostaniesz swój bajkowy ślub z białą suknią i ołtarzem? – spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Chciałbym spełnić tę obietnicę… Za tydzień, w święta. Pomyślałem, że pobranie się w rocznicę zaręczyn będzie całkiem fajne i chciałem sam to zorganizować, ale dzisiaj, jak dzieci prawie nas zdradziły, zrozumiałem, że pozbawiłbym cię czegoś ważnego, więc… Elle Morrison, czy zostaniesz moją żoną jeszcze raz i zorganizujesz swoje wymarzone wesele? – wyrzucił z siebie prawie na wydechu, trzymając przed sobą pierścionek, który już kiedyś jej podarował.
Villanelle siedziała z rozchylonymi ustami, wpatrując się w Arthura z niedowierzaniem. Cisza zdawała się przeciągać w nieskończoność. Na ziemię sprowadził ją nieco mocniejszy uścisk ręki męża. Brunetka rozciągnęła wargi w uśmiechu i pokiwała głową.
- Kiedyś dostanę przez ciebie zawału – stwierdziła i wsunęła na palec pierścionek. Zsunęła się z łóżka i uklękła naprzeciwko mężczyzny swojego życia, obejmując jego policzki. – Oczywiście, że tak. Zawsze powiem tak, Morrison – wyszeptała i pocałowała go czule.
Odsunąwszy się od warg ukochanego, zamrugała kilkakrotnie powiekami. Potrzebowała jeszcze chwili na ułożenie sobie tego, co właśnie powiedział jej mąż. Cieszyła się, że zorganizują drugi raz ślub, tym razem z weselem, białą suknią i przede wszystkim z gośćmi. Podobał jej się ten pomysł i co jakiś czas przecież wracali do tematu wesela.
— Chwileczkę — zamrugała raz jeszcze powiekami. — Chciałeś zorganizować to wszystko bez mojej wiedzy? Bez mojego udziału? — Obsypywała bruneta pytaniami, wciąż trzymając uniesioną brew i uważnie mu się przy tym przyglądając. Trybiki w jej głowie działały na najwyższych obrotach, a sama kobieta nagle zmrużyła powieki i wycelowała wskazującym palcem prosto w niego. — Ile już zdążyłeś zorganizować? Cokolwiek w ogóle zostało dla mnie, do zrobienia? Za tydzień… Arthur! — Początkowa radość i ekscytacja zaczęły zamieniać się w panikę i zdenerwowanie. Tylko tydzień. Siedem dni! Jak miała cokolwiek zorganizować w siedem dni!?!
— Spokojnie, słoneczko — uśmiechnął się, łapiąc Elle za dłonie. Kobieta nie pozwoliła mu jednak na powiedzenie czegokolwiek więcej.
— Siedem dni to niesamowicie mało na organizację wesela! Miejsce, jedzenie, zespół czy DJ, goście?! Przecież to są święta, nikt nie zmieni planów odnośnie Bożego Narodzenia kilka dni przed!
Villanelle trajkotała o organizacji jeszcze przez kilkanaście minut, nie pozwalając mężczyźnie nawet na wtrącenie jednego słówka w jej monolog. Musiała wyrzucić z siebie wszystko, a kiedy wydawało się, że jest gotowa i wystarczająco spokojna na rozmowę, Morrison zerwała się na równe nogi i wyszła z sypialni, nic nie tłumacząc zdezorientowanemu mężczyźnie. Rzuciła jedynie krótkie zaczekaj będąc już na korytarzu i pospiesznie ruszyła na parter.
Wróciła do pomieszczenia z wysoko uniesioną głową i dumnym uśmiechem. Trzymała w rękach segregator, na którym mocno zaciskała palce i przyciskała mocno do piersi.
— Co tam masz? — Spytał, rozsiadając się wygodnie na łóżku. Obserwował przy tym żonę z uśmiechem na twarzy. Lubił, kiedy była szczęśliwa, kiedy cała radość, którą w sobie miała wręcz od niej promieniała. Wówczas była dla niego najpiękniejsza i teraz właśnie tak wyglądała, a on wcale nie chciał odrywać od niej spojrzenia. Nie w tej chwili. — Tylko nie mów, że masz już cały plan — zaśmiał się, ale po chwili spoważniał. Kobieta usiadła na łóżku po turecku i przed nogami rozłożyła trzymany do tej pory blisko siebie segregator.
— Nie raz rozmawialiśmy o weselu, ale to zawsze były odległe plany — zauważyła, przekładając kilka wpiętych stron. — Po prostu… Śluby są ładne, a ja lubię oglądać ładne rzeczy i się nimi inspirować — wyjaśniła z uśmiechem, zawzięcie kartkując kolejne strony. Chciała mu pokazać konkretne rzeczy. — To tak, jak byłam w ciąży. Pamiętasz? Tablica inspiracji do pokoiku Matthew — przypomniała, stukając palcem w segregator. — To rozszerzona wersja — oznajmiła z dumnym uśmiechem.
To nie tak, że była zawiedziona ślubem, jaki mieli. Tamtego dnia była najszczęśliwszą kobietą na świecie. Myślała tylko o tym, że Arthur przeżył wypadek samochodowy i wybudził się ze śpiączki. Jedyne, czego chciała w tamtej chwili to mieć pewność, że będą ze sobą już zawsze. Kiedy padło hasło, aby wzięli ślub teraz, żadne z nich nie potrzebowało czasu do namysłu. Elle wiedziała, że pragnie tego najbardziej na świecie. Mimo wszystko było jej szkoda, że przy składaniu przysięgi nie było przy nich bliskich, że nie miała na sobie ślicznej sukienki z niezliczoną ilością koronek. Zamiast tego była ubrana w znoszony, błękitny sweter. Z drugiej strony, wszystko przecież zaczęło się właśnie od tego swetra, a przynajmniej tak za każdym razem mówił Arthur.
— Błagam, powiedz, że nie będziemy zapraszać gości na kilka dni przed uroczystością. I powiedz, proszę, myszko, proszę powiedz, że coś jest już załatwione. Tydzień to o wiele za mało czasu.
— Czy ty mnie w ogóle nie znasz? — Na ustach Arthura pojawił się łobuzerski uśmiech. — Czy moje niespodzianki, kiedyś cię rozczarowały? Pokręciła przecząco głową.
— Nadal nie potrafię zrozumieć, jakim cudem potrafisz tak dobrze trzymać wszystko w tajemnicy, ale… Ale, że mama się nie wygadała? — Zaśmiała się wesoło, nie wierząc, że przygotowania były już na zaawansowanym etapie. — Och, może to dlatego Larry chce się spotkać — powiedziała w zamyśleniu. — Chyba nie zdążyłam ci powiedzieć, chce żebym zjadła z nim lunch w tygodniu — wyjaśniła, nadal się zastanawiając nad tym, czy zaproszenie ojca miało jakiś związek z planowanym ślubem. — Nie wiem czy uda mi się zapisać do jakiejś kosmetyczki i fryzjera, przecież są święta, wszystkie terminy na pewno są zajęte.
— Dzień ojca i córki? — Arthur zamyślił się na krótko, ale powrócił prędko do głównego tematu ich rozmowy. Wyciągnął dłoń i pogładził nią policzek Elle — nie potrzebujesz ani fryzjera, ani kosmetyczki.
— Chcę ładnie wyglądać. Dla mojego ukochanego męża — uśmiechnęła się uroczo, niewinnie wzruszając przy tym ramionami.
— Zawsze wyglądasz pięknie. A już najpiękniej, jak patrzysz na mnie w ten sposób, wiesz jaki. Najlepiej klęcząc przede mną — wymruczał, nie odrywając dłoni od jej skóry. — Ale nie chciałbym, żeby ktokolwiek inny cię taką oglądał — wyszeptał, układając drugą dłoń na jej policzku i przyciągnął ukochaną do siebie, aby złożyć na jej ustach żarliwy pocałunek.

Tydzień to było zdecydowanie za mało na zorganizowanie ślubu. Oczywiście wiedziała, że Arthur już i tak załatwił bardzo dużo rzeczy, wiele z nich było jednak do przedyskutowania. W końcu ona również miała brać udział w przygotowaniach. Tak naprawdę Arthur powinien się cieszyć, że tamtego dnia wróciła odrobinę szybciej, a dzieci zdążyły zareagować w taki, a nie inny sposób. Gdyby we właściwy dzień tak po prostu oznajmił jej, że biorą jeszcze jeden ślub… Chyba byłaby w stanie udusić go gołymi rękoma na oczach tych wszystkich ludzi. Ciągle sobie powtarzała, że wcale nie potrzebuje wystawnego przyjęcia i białej sukni, ale prawda była taka, że gdzieś wewnątrz cały czas o tym marzyła. Łapała się na tym, że zazdrościła wszystkim koleżankom i znajomym, które mogły to przeżyć.
Ich ślub nie był zły. Był po prostu zupełnie inny, a… W dzisiejszych czasach może nie każda dziewczynka marzy o białej sukni i długim welonie, ale Villanelle zaliczała się do tych dziewczynek. Zawsze chciała założyć tę piękną, białą suknię. W wyobrażeniach miała to być najbardziej księżniczkowata suknia na całym świecie. W rzeczywistości, gdy przyszło do przymiarek, szybko zrezygnowała z kroju princesski. Za dużo fałd tiulu i halek, sztywna halka z kołem u dołu i zdecydowanie za ciasny gorset sprawiły, że już po pierwszej przymiarce stanowczo zrezygnowała z tego pomysłu.
— Co myślisz o tej? — Spytała, kiedy sprzedawczyni odsunęła kotarę przymierzalni. Miała na sobie długą suknię całą w delikatnej koronce. Miała długi rękaw i duże wycięcie na plecach. Z przodu dekolt był w serce, ale całość była zakryta delikatną siateczką, przez co suknia nie sprawiała wrażenia wulgarnej. Miała tren, ale nie za długi. Taki w sam raz.
— Wyglądasz cudownie, Villanelle — Maddie pokiwała z uznaniem głową, a pani Morrison uśmiechnęła się do swojego lustrzanego odbicia. Czuła to całą sobą. To była ta suknia. Nie musiała zakładać już żadnej innej, aby to wiedzieć. — Chociaż muszę przyznać, że jesteś bezlitosna dla swojego męża — zaśmiała się, wskazując rękoma sporą ilość guziczków, które trzeba było rozpiąć, aby pozbyć się sukni. Elle również się zaśmiała.
— Wydaje mi się, że jakoś przeżyje… W końcu nasza pierwsza noc poślubna już dawno jest za nami. Co prawda spędziliśmy ją w szpitalu i zdecydowanie nie doszliśmy nawet do drugiej bazy, ale zdecydowanie była niezapomniana — zaśmiała się, raz jeszcze spoglądając w swoje lustrzane odbicie. Fakt, że suknia nie była w kolorze bieli a écru nie przeszkadzał jej. Wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że w tym odcieniu wygląda znacznie ładniej. Gdy przymierzała jedną typowo białą suknie wyglądała, jakby była chora, a przecież w dzień swojego ślubu nie mogła tak wyglądać. Wystarczyło, że podczas tego pierwszego para młoda nie prezentowała się najlepiej. Teraz wszystko miało być przecież idealne. — Maddie — zwróciła się do nowej przyjaciółki. — Dziękuję, że ze mną tutaj jesteś — powiedziała, uważnie jej się przyglądając. Była wdzięczna losowi, że stawiał na jej drodze w ostatnim czasie same przyjazne dusze. Wędrówkę po salonach sukien ślubnych chciała również zaproponować Carlie, ale wiedziała, że rudowłosa z bliźniakami… Może mieć przed świętami i tak urwanie głowy, dlatego jej nie męczyła. Wysyłała jej jednak ciągle zdjęcia i zdawała na gorąco relację na messengerze. Brakowało tylko Lily i Jerome’a, ale mężczyźnie nawet nie proponowała takich rewelacji, chociaż nie wątpiła w to, że świetnie by się sprawdził. Jemu również wysłała tylko krótką wiadomość informującą, że znalazła ją, tę idealną. Mężowi, a zarazem przyszłemu mężowi, również napisała, że najważniejsza rzecz załatwiona, chociaż jemu akurat zdjęć żadnych nie wysyłała.
Załatwienie kosmetyczki i fryzjerki okazało się najtrudniejsze. W zasadzie to ich nie znalazła. Tak jak podejrzewała, wszystkie terminy świąteczne zostały zarezerwowane z bardzo dużym wyprzedzeniem. Uznała jednak, że z tym powinna dać radę sama. Przynajmniej, jeżeli chodziło o fryzurę, bo i tak nie chciała niczego wymyślnego, z makijażem było odrobinę gorzej. Wiedziała, że musi być mocniejszy niż na co dzień, a Elle nie była mistrzynią pędzli. Postanowiła jednak, że będzie się tym martwiła później.

— Jedyny minus ślubu zimą to kwiaty — mruknęła, patrząc na Arthura. Mieli właśnie dopiąć ostatnie szczegóły, jeżeli chodziło o dekoracje. Marzyły jej się piwonie i różowe eustomie, ale dostanie tych kwiatów o tej porze roku… Może nie tyle było nierealne, co bardzo kosztowne, a Elle nie była na tyle lekkomyślna, aby wydać małą fortunę na kwiaty. — Może gałązki cyprysów i po prostu wstążki czerwone? Takie nawiązanie do świąt — zastanawiała się na głos, w ogóle nie mając pojęcia, jak powinny wyglądać o tej porze dekoracje z żywych roślin. O sztucznych nawet nie myślała, nie było takiej możliwości. Miały być żywe i koniec kropka.
— Mam jedno pytanie – odparł brunet, drapiąc się po głowie i rozglądając z zagubieniem malującym się na twarzy. – Co to, kurwa, są cyprysy? — spytał, nie zważając na obecność pracownika kwiaciarni.
Morrison wywróciła oczami, nawet nie odpowiadając na pytanie męża, chociaż jeżeli dalej będzie okazywał się aż tak bardzo pomocny niewykluczone, ze pozbędzie się go wcześniej niż później.
— Choinki. Chcę po prostu, żeby było ładnie i świątecznie, ale przede wszystkim ślubnie — westchnęła, spoglądając w końcu na pracownika. — Niech mi pan pomoże, bo z męża w tej kwestii za dużego pożytku nie mam — powiedziała, nim zdążyła ugryźć się w język.
— Mogą państwo pójść w klasykę. Róże, białe i czerwone. Czerwień kojarzy się ze świętami, biel z zimą i ślubem również.
— Chciałabym, żeby to było coś… Nieoklepanego — dokończyła, długo zastanawiając się nad doborem odpowiednich słów.
— Zawilce? — Zaproponował mężczyzna. — Możemy zrobić bukiet mieszany. Dodać do dekoracji nieco szyszek, liści eukaliptusa srebrnego, kilka pojedynczych róż i może parę białych eustomii? Wydatek będzie mniejszy, bo bukiet nie będzie składał się z nich, a do pozostałych dekoracji skupimy się na tańszych roślinach, jak zawilce i eukaliptus.
Elle uniosła brew, próbując sobie przypomnieć, jak wyglądają rośliny, o których mówił. Jak wyglądał eukaliptus doskonale wiedziała, zawilec jednak nic jej nie mówił.
— Ma pan gdzieś tutaj te zawilce?
Mężczyzna odsunął się od młodej pary i zniknął w magazynie na chwilę. Po upływie może dwóch minut wrócił do nich, trzymając w dłoni kwiaty z białymi płatkami i mocno kontrastowym, czarnym środkiem.
Otworzyła szerzej oczy, kolejną rzecz mogli uznać za załatwioną. Villanelle już nawet nie słuchała dalszych propozycji sprzedawcy. Zawilce stały się jej nową kwiatową miłością i dobrze wiedziała, że zajmą w jej sercu wyjątkowe miejsce. Arthur również powinien być tego świadomy.

Jeśli zaś chodziło o samego Arthura, nie świrował tak bardzo jak jego żona. Najważniejsze kwestie były załatwione, coś takiego jak kwiatki miał za szczegół, bez którego mógłby się obyć, ale nie śmiał nawet pisnąć o tym słówkiem, bo wiedział, że Elle tego potrzebuje, żeby ślub stał się prawdziwym spełnieniem marzeń.
Zapukał do drzwi i wsunął obie dłonie do kieszeni garniturowych spodni, pogwizdując cicho pod nosem. Lily wychyliła się z pomieszczenia, w zasadzie jedynie jej głowa odrobinę wyjrzała na zewnątrz, nie pozwalając na to, by Morrison zobaczył, co dzieje się za dziewczyną.
- Czego tu? – rzuciła niezbyt przyjaźnie, a brunet prychnął cicho, robiąc krok do przodu.
- Ładnie. Tak się zwracasz do swojego wykładowcy? – fuknął. – Przyszedłem zobaczyć, jak się ma moja obecna/przyszła żona. Nie wolno?
- Po pierwsze, nie jesteś już moim wykładowcą, mogę się do ciebie zwracać jak zechcę – zaczęła, jeszcze odrobinę przymykając drzwi. Miał wrażenie, że za chwilę przytrzaśnie sobie szyję. – A po drugie, nie słyszałeś, że jako pan młody nie powinieneś oglądać panny młodej przed ślubem?
- Hej, ale to już jest moja żona – mruknął z niezadowoleniem i cicho westchnął. Wiedział, że z kim jak z kim, ale z druhną zachowującą się jak bulterier nie wygra, dlatego popatrzył na nią zrezygnowany. – Dobra, nie będę patrzył, ale możesz ją tu na chwilę zawołać? Muszę usłyszeć jej głos… Proszę, Lily.
- Och, jacy wy jesteście słodcy! – pisnęła z wymuszonym uśmiechem, a zaraz potem się skrzywiła. – Ale nie waż się zaglądać, bo przysięgam, że wytargam cię za te długie kudły. Zresztą, wiesz co, Morrison? Akurat na własny ślub mógłbyś przyjść, nie wyglądając jak pudel – burknęła, ale zanim zdążył jej odparować, zniknęła w pomieszczeniu.
- Pamiętaj, to najlepsza przyjaciółka twojej żony, nie możesz jej zabić i zakopać gdzieś w lesie – wyszeptał do samego siebie, zanim drzwi ponownie się uchyliły, tym razem delikatnie. Podszedł jeszcze odrobinę bliżej i oparł na nich czoło, sięgając ręką do środka. Elle szybko ją ujęła i splotła ze sobą ich palce.
- Denerwujesz się? – spytała cicho, ale wyraźnie.
- Teraz już nie – odparł, ściskając odrobinę mocniej jej dłoń. – A ty?
- Trochę… A jak coś nie wyjdzie? Jak nie dowiozą kwiatów? Albo jedzenie będzie niedobre? Och, pewnie zatnę się na przysiędze i nic nie powiem… - wyrzuciła z siebie, a Arthur wywrócił oczami.
- Uspokój się. Kwiaty już są. Za jedzenie nie ręczę, ale przysięga… Nie potrzebuję słyszeć tego, co już wiem – westchnął w odpowiedzi.
- Łatwo ci mówić, ty masz to w dupie.
- Udam, że tego nie powiedziałaś, bo nie chcę się kłócić tuż przed pójściem do ołtarza – wymamrotał, ale rozluźnił odrobinę uścisk dłoni. – Po prostu… Zrób to, co mi obiecałaś i wyłącz na chwilę to czarnowidztwo. Będzie idealnie.
- Dobrze… Ufam ci – szepnęła. Arthur przesunął się w bok i przyciągnął jej dłoń do siebie, żeby wysunąć ją zza drzwi, po czym złożył delikatny pocałunek na palcu, na którym Elle nosił obrączkę. Teraz jej nie było, chcieli symbolicznie ponownie je sobie wzajemnie nałożyć, zwłaszcza, że podczas pierwszego ślubu nie mieli okazji tego zrobić.
- Kocham cię – wymruczał z wargami przy chłodnej skórze ukochanej.
- Ja ciebie też – odpowiedziała cicho i wysunęła dłoń z jego uścisku, cicho zamykając za sobą drzwi.

Muzyka rozbrzmiała, a mężczyzna wyprostował się, wbijając swoje spojrzenie w wejście do pomieszczenia. Connor w tym czasie poklepał go po plecach, coś przy tym mówiąc, ale Arthur był tak skupiony na tym jednym konkretnym punkcie, że nic nie zrozumiał. Uśmiechnął się natomiast na widok swojej córeczki. Miała na sobie miniaturową wersję sukienki swojej mamy, a w dłoni ściskała biały koszyczek pełen płatków kwiatów wybranych przez Elle. Uśmiechała się promiennie i szła wyprostowana, najwyraźniej dumna z tego, że wszyscy na nią patrzą. Rozsypywała kwiaty przed sobą co kilka kroczków, trzymając przy tym równowagę, jakby wcale nie była ledwie dwulatką. Był z niej tak cholernie dumny, że z trudem powstrzymał się przed podbiegnięciem do córeczki i wzięciem jej w swoje ramiona. Zrobiła to natomiast Alison, obok której już siedział Matty, czekając na swoją kolej, by wziąć czynny udział w uroczystości. Twarze Lily, Maddie i Carlie jedynie przelotnie mu mignęły, ich przejście było odbyło się w mgnieniu oka, przynajmniej dla niego.
A potem czas zwolnił i gdyby Elle nie przesuwała się z każdym krokiem do przodu, pomyślałby, że całkowicie się zatrzymał. Wpatrywał się w swoją żonę, próbując powstrzymać łzy cisnące się do oczu. Osobiście uważał Villanelle Morrison za najpiękniejszą kobietę na ziemi, piękniejsza była jedynie ich córeczka. Ale dziś… Dziś urodą zdawała się przebić wszystko inne, zwłaszcza, że nie sądził, iż kiedykolwiek dane mu będzie zobaczyć ją w białej sukni, idącą do ołtarza. Kiedy wyjechała, stracił nadzieję na to, że w ogóle ją ujrzy. Zamknął się w swoim wyimaginowanym świecie, co noc niemal dusząc się z tęsknoty.
A potem wróciła. Co więcej, pozwoliła mu przy sobie być. I zamierzał korzystać z tego przywileju tak długo, jak nie zmieni zdania, mając nadzieję, że tak się nigdy nie stanie.
Teraz też się dusił, ale ze szczęścia i zachwytu. Nie istniało nic poza ukochaną, poza jej piękną twarzą, poza włosami, których tak uwielbiał dotykać i poza białą suknią na jej ciele, tą wymarzoną przez ich oboje.
Ujął jej dłoń podaną przez Larry’ego i pomógł jej wspiąć się po kilku stopniach, nie odrywając od niej wzroku. Nie słuchał przemowy pastora, nie rozglądał się dookoła, właściwie chyba zapomniał nawet, jak się oddycha. Ocknął się dopiero, gdy Elle otworzyła usta, by wypowiedzieć słowa przysięgi.
Spoglądała na ukochanego, usilnie próbując przypomnieć sobie słowa, które od kilku dni nieustannie powtarzała w myślach przy każdej okazji. A w tej chwili miała w głowie pustkę. Wpatrywała się w Arthura z wyraźną paniką w ciemnych oczach. Wzięła głęboki oddech, przełknęła ślinę i przymknęła powieki, próbując przypomnieć sobie treść napisanej przez siebie przysięgi. Znała ją przecież! Sama ją napisała, a teraz nie mogła przypomnieć sobie żadnego ze słów, które wcześniej przelała na papier. W jej głowie huczała tylko jedna myśl: wiedziałam, że tak będzie.
— Kocham życie z tobą — powiedziała wraz z głębokim wydechem, całkowicie porzucając to, co miała wcześniej przygotowane. Zaśmiała się cicho, nieco nerwowo. Wpatrzona jednak w oczy ukochanego mężczyzny, panika minęła, a na jej miejsce wstąpił spokój. — Uwielbiam budzić się obok ciebie i chcę się tak budzić do końca moich dni. Opiekowanie się tobą to najprzyjemniejsza rzecz na świecie i oczywiście będę to robić już zawsze, ale błagam, postaraj się już nie robić sobie krzywdy — przyłożyła dłoń do ust, próbując się powstrzymać przed nerwowym chichotem. Słyszała natomiast za sobą jak Lily szepnęła coś do Maddie i po chwili cicho się zaśmiała. Villanelle przestała jednak zwracać na to uwagę. — Mimo że tylko wtedy mam poczucie, że mogę nad tobą zapanować, jestem gotowa z tego zrezygnować, naprawdę. Musisz mi uwierzyć, to uroczysta przysięga — uśmiechnęła się do niego ciepło, przygryzając wargę. — Chcę spędzić z tobą całe swoje życie, bo wiem, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Przeszliśmy razem już tak wiele, że cokolwiek jeszcze dla nas przygotowano, nie damy się. Lubię z tobą rozmawiać i opowiadać ci o swoich marzeniach, wcale nie oczekując ich spełnienia. Chcę, żebyśmy… Żebyśmy już zawsze po prostu mogli być ze sobą — powiedziała, oblizując wargi. Mówiąc kolejne słowa, czuła, że wszyscy zebrani przestali mieć na znaczeniu. Liczył się tylko stojący przed nią mężczyzna, a kiedy i on wypowiedział słowa przysięgi, z oczu kobiety wypłynęły łzy wzruszenia. Wtedy jeszcze z tym walczyła, ale kiedy pastor poprosił o obrączki, a Elle spojrzała na małego Matty’ego stąpającego małymi, niezdarnymi kroczkami, już nawet nie walczyła ze sobą. Ukucnęła i wyciągnęła ręce w stronę chłopca, a Arthur, widząc, co robi jego żona, sam również ukucnął i złapał Matta, chroniąc go przed upadkiem.
— Mój mały mężczyzna — powiedziała rozczulona, ostrożnie ścierając łzy z policzków jedną ręką, a drugą pogłaskała synka po plecach.
— Świetnie, Matty, dokładnie tak jak ćwiczyliśmy — Arthur przytulił chłopca i wziął go w ramiona, a następnie wyprostował się. Elle zrobiła dokładnie to samo. Uśmiechała się, z rozczuleniem przyglądając się swoim mężczyznom. Złapała obrączkę z tacy, którą trzymał chłopiec i ujęła dłoń Arthura, patrząc prosto w jego oczy.
— Kocham cię — wyszeptała, wsuwając obrączkę na jego palec i delikatnie pogłaskała grzbiet jego dłoni, biorąc przy tym głęboki oddech. — Ciebie też, synku — dodała, nachylając się nad główką chłopca i musnęła pospiesznie wargami jego główkę.
W tym momencie Thea zsunęła się z ławki i przebiegła środkiem rozłożonego dywanu, słusznie uznając, że również powinna być obecna w tej podniosłej chwili. Stanęła przy nogach taty i objęła jego łydkę swoimi rączkami. Brunet postawił Matta obok dziewczynki i sięgnął po mniejszą obrączkę, która została na tacy.
— Matty, nie przeskadzaj — Thea szepnęła do braciszka, łapiąc jego małą rączkę. — Tatuś mówił, że to dzień lodziców — wysepleniła pouczającym tonem, jak przystało na starszą siostrę.
Nawet pastor się uśmiechnął i dopiero po chwili dokończył odpowiednimi słowami ceremonię wymiany obrączek, a później wskazał dłońmi na nowożeńców i zwrócił się do pana młodego.
— A teraz możesz pocałować pannę młodą.
Villanelle uśmiechnęła się, spoglądając na ukochanego, a nim Arthur podszedł pół kroku, aby znaleźć się dostatecznie blisko, zebrani w świątyni zaczęli klaskać. Morrison uchwycił dłońmi policzki ukochanej i złożył na jej wargach delikatny, pełen subtelności pocałunek.
Którym całkowicie zaskoczył swoją żonę.
— No wiesz? Tak skromnie… — wyszeptała cicho z błyskiem w oku.
Wtem mężczyzna ułożył dłoń na jej tali i mocno do siebie przyciągnął.
— Byłem pewien, że wolisz zachowywać się odpowiednio przy ludziach — wymruczał na tyle cicho, by tylko ukochana go usłyszała, a następnie pocałował ją raz jeszcze, dużo namiętniej niż poprzednio.

Przekroczyli wspólnie próg restauracji i pokierowani przez menadżerkę stanęli na środku sali z szerokimi uśmiechami. Kieliszki z szampanem zostały im wręczone w dłonie, dokładnie tak samo, jak wszystkim gościom, a młoda para z uśmiechem podziękowała za przybycie i zasugerowała zajęcie odpowiednich miejsc.
— Jesteś najlepszym mężem na świecie — wymruczała cicho, gdy przez krótką chwilę zostali sam na sam. Brunetka nadal była w szoku, że udało mu się przez długi czas wszystko utrzymać w sekrecie. — Aż ciężko uwierzyć, że w końcu to zrobiliśmy — dodała z szerokim uśmiechem, korzystając z tego, że dzięki wysokim szpilkom nie musiała stawać na palcach, aby sięgnąć twarzy Arthura. Musnęła delikatnie wargami jego policzek, a po drugim przesunęła dłonią. Uśmiechając się wesoło, wpatrywała się w jego ciemne oczy.
Nagle rozbłysł flesz, a fotograf wyszczerzył się do nich szeroko, pokazując im wysunięty kciuk.
— Właśnie takie zdjęcia wychodzą najpiękniej — oznajmił i raz jeszcze nacisnął przycisk spustu migawki i przeszedł dalej.
— Widziałaś go?
— Nie — zaśmiała się, kręcąc głową. Nim ponownie rozchyliła wargi, Arthur jej przerwał.
— Pozwolę ci je postawić w sypialni, znaj mą dobroć — wymruczał, łapiąc dłoń ukochanej i ruszył w stronę stołów, gdzie wszyscy na nich czekali.


odautorsko
w naszej głowie ta notka powstała... bardzo dawno temu, w końcu zebrałyśmy się w sobie i oto jest. mamy nadzieję, że nasze wypociny przypadną wam do gustu i chociaż ktoś dotrwa do końca tych ośmiu wordowych stron :)

09/02/2021

2161. We built an empire we thought was never ending - paradise is lost?

"It’s a funny thing coming home. Nothing changes.
  Everything looks the same, feels the same, even smells the same.
  You realized what’s changed is you."

-F. Scott Fitzgerald

Początek roku 2020
Była pewna, że odbiła się od dna i teraz miało być tylko lepiej. Świat nabierał barw, jednak początkowo umknęło jej, że straciły na intensywności. Bardzo długo robiła dobrą minę do złej gry i nawet zdołała oszukać samą siebie, aż w końcu coś w niej pękło. Nie potrafiła przywołać uśmiechu, nawet tego, który był tylko i wyłącznie maską przed klientami. Idąc na imprezę, wcale nie czerpała z tego radości, a po kolejnej odmowie ze strony rekruterów miała zwyczajnie dość. Wiedziała, że musi coś zmienić, inaczej znów znajdzie się na równi pochyłej. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, zdała swe wymarzone mieszkanie, wyrobiła Biscuitowi paszport i kupiła bilet do domu. Była to najtrudniejsza decyzja od lat, ponieważ nie miała pojęcia, czy na miejscu nie stanie twarzą w twarz z bratem - z którym nadal nie miała żadnego kontaktu. 

Strach ma wielkie oczy? Charlotte przekonała się na własnej skórze, że to nie było tylko głupie powiedzenie, ponieważ stojąc przed lekko odrapanymi, białymi drzwiami, długo wahała się, czy zapukać. Ręka zamarła w pół drogi, a wzrok śledził rysy, które były zwykłym piętnem czasu odbitym na drewnie. Znała je tak dobrze, że pewnie bez problemu namalowałaby każdą z nich. To tu stawiała pierwsze kroki, to tu dostała pierwszy szlaban i tu przeżyła najbardziej radosne chwile swego dotychczasowego życia. Wspomnienia wróciły z mocą fali tsunami i dopiero jakiś szmer po drugiej stronie okazał się wystarczającym impulsem, dzięki któremu uderzyła kilka razy pięścią w drzwi. Wstrzymała oddech, słysząc, jak ktoś przekręca klucz. Nikogo nie uprzedziła o swoim powrocie i naprawdę nie wiedziała, jakiej reakcji mogła się spodziewać. Wszystkie obawy prysnęły niczym bańka mydlana, gdy wyrósł przed nią siwiejący mężczyzna, a jego twarz wyrażała niemałe zaskoczenie, aż zamrugał dla pewności kilka razy.
— Tato, wróciłam — wyszeptała zaraz po tym, jak zaczerpnęła powietrza, a jej oczy zaszkliły się  w ten specyficzny sposób. Anthony mimo początkowego szoku przygarnął do siebie blondynkę w rodzicielskim odruchu. Nie mówił nic, jedynie przytulił ją, domyślając się, że to nie była zwykła wizyta na tydzień czy dwa. Kobieta za to nie wiedziała, jak wiele miała na swoich barkach, do momentu, gdy te silne ręce ją objęły i zadziałały niczym wehikuł czasu - ona znów miała kilka lat, a on mógł ochronić ją przed całym złem tego świata. 
— Grace! Charlotte przyleciała — zawołał niskim głosem, gdy już odsunął od siebie córkę, a z kuchni doszedł ich trzask garnków i talerzy. Chwile później za plecami siwiejącego mężczyzny pojawiła się kobieta o  płomiennych puklach, co nie pozostawiało wątpliwości, po kim też Lotta odziedziczyła swój naturalny kolor włosów.
— Och! Kochanie, co się stało, ale jak... — Wytarła szybko dłonie w bluzkę, którą miała na sobie, i podeszła do córki, aby również porwać ją w objęcia. Tak dawno się nie widzieli, przynajmniej nie na żywo. Technologia ułatwiała wiele, ale nigdy nie miała do końca zastąpić spotkań twarzą w twarz i możliwości poczucia tej drugiej osoby. Młoda Angielka przymknęła powieki, by skupić się na tym cieple, które rozeszło sie po całym ciele, ale również po to, by zatrzymać napływające do oczu łzy. Jestem w domu! wiwatowała w myślach, choć wiedziała, że to wcale nie są żadne wakacje, a swoista ucieczka. 

Po wymianie najistotniejszych informacji ruszyła na górę, by się odświeżyć po podróży. Ojciec wziął jej niewielką walizkę i zaniósł do pokoju, który zajmowała przed wylotem do Nowego Jorku. Niemal nic się w nim nie zmieniło, no może poza kilkoma kartonami z niewiadomą zwartością, które stały pod jedną ze ścian. Uśmiechnęła się do mężczyzny w podzięce, ten ucałował ją w czubek głowy jak za dawnych lat i zostawił na chwilę samą. Czuła się tak, jakby otoczono ją bardzo bezpiecznym kokonem, w którym nic, ale to nic nie miało prawa i możliwości jej zranić. Podeszła do półki z książkami, na której stały również ramki ze zdjęciami. Sięgnęła po jedną z nich, a na ustach pojawił się nostalgiczny uśmiech. Fotografia przedstawiała ją, Christophera i dwóch najlepszych przyjaciół brata - a co za tym szło - również i jej, gdy mieli niewiele ponad jedenaście, no może dwanaście lat. Wszyscy byli przebrani na Halloween i choć każde z nich było z innej bajki, to i tak wyglądali jak drużyna. Pogładziła palcem twarz brata, a pojedyncza łza wymknęła się niepostrzeżenie i zakończyła swój los na niewielkim szkle. Tęskniła za nim, ale nie chciała teraz przywoływać we wspomnieniach ich ostatniej rozmowy. To był przecież jeden z powodów, dla którego zdecydowała się tu przylecieć. Musiała sobie powoli poukładać to, co wydarzyło się za wielką wodą. Kompletnie straciła kontrolę i nie potrafiła jej odzyskać z dala od domu.
— Charlotte! Czy ty przywiozłaś ze sobą psa? — usłyszała  z dołu głos rodzicielki i wytarła lekko wilgotny policzek. Całkiem zapomniała o tym małym sierściuchu, który musiał dopiero teraz obudzić się w swoim transporterze, ponieważ dało się usłyszeć ciche popiskiwanie.
— Tak! — odpowiedziała, niemal zbiegając po schodach, po czym natychmiast wyciągnęła przestraszonego psiaka.
— Poznajcie Biscuita. Adoptowałam go kilka miesięcy temu — powiedziała, z dumą prezentując futrzaka, lecz jednocześnie głaskała go, by ten się uspokoił. Miał za sobą wiele przeżyć, czy to na lotnisku, czy też już podczas lotu. Tyle nowych doświadczeń i zapachów, że na pewno nie sposób było się mu po tym pozbierać. Rodzice, choć zaskoczeni, nie zgłosili sprzeciwu, by czworonożny przyjaciel przebywał z nimi w domu, ba mógł nawet spać na górze, ale tylko Lotta wiedziała, że wcale nie wykorzystywał do tego specjalnie przygotowanego posłania, a wkradał się jej do łóżka.

Po kilku dniach unikania odpowiedzi na pytanie Co się stało? Dlaczego nic nie mówiłaś? zdobyła się na odwagę, by wyznać rodzicom prawdę na temat tego, jak początkowo radziła sobie w Ameryce. Wiedziała, że nie chce ich dłużej okłamywać, i choć nie wdawała się w szczegóły, oni wydawali się wyłapywać każdy detal. Ich reakcja była mniej burzliwa niż Christophera, jednak zarówno pan jak i pani Lester potrzebowali czasu, by się oswoić z przedstawionymi przez córkę rewelacjami. Przez dobrych kilka tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, a nawet posiłki każde jadało osobno. Gdy nastąpił przełomowy moment, blondwłosej spadł ogromny ciężar z barków, jakby na nowo odżyła. Powinna to wiedzieć te kilka lat temu, że rodzice się od niej nie odwrócą, powinna, a jednak wtedy stchórzyła. Tak bardzo chciała udowodnić, że może spełnić swoje marzenia, że na własne życzenie odcięła się od nich. Nie łudziła się, że będzie w stanie nadrobić stracony czas ani jakkolwiek im to wynagrodzić, jednak obiecała, że teraz, cokolwiek by się nie działo, nie będzie miała przed nimi tajemnic. 

Dni, tygodnie, a nawet miesiące mijały szybciej, niżby się wydawało. Charlotte natomiast czuła, że ruszyła do przodu, chociaż odbywało się to z prędkością stawiania tip-topów, uważała to za sukces. Znalazła dorywczą prace, by nie siedzieć na garnuszku rodziców, nawet jeśli oni zapewniali ją, że to przecież żaden problem. Anthony podjął się pomocy córce z przezwyciężeniem jej fobii, jeśli chodzi o przemieszczanie się czymkolwiek poza rowerem czy samolotem. Początkowo wydawało się, że to sprawa beznadziejna i że blondynka już do końca będzie skazana na jednoślady, które w angielskich warunkach były bezużyteczne przez większą część roku - no chyba, że miało się niezłą odporność i odpowiedni strój.
— Tatuś, to nie ma sensu — jęknęła, uderzając głową w kierownicę, przez co uruchomiła klakson, ale nadal nie załączyła silnika. Ręce trzęsły się jej niemiłosiernie, gdy tylko chciała dotknąć kluczyków, które przecież już były w stacyjce. Wystarczyło je tylko przekręcić, a nawet na to nie mogła się zdobyć.
— Charlotte — powiedział łagodnym głosem i pogłaskał latorośl po plecach. Nie do końca przecież wytłumaczyła, mu z czego wynika jej strach, jednak nie zamierzał się tak szybko poddawać. To nie leżało w jego naturze - był w końcu bardziej uparty od osła, jak to mawiała pani Lester. — Jeśli nie odpalisz furgonetki, to będziemy tak tu sobie stać na tym parkingu. Ja na pewno nie zawiozę nas do domu — powiedział, wykorzystując bezczelnie element szantażu, i skrzyżował ręce na piersi. To była ich już któraś lekcja z kolei, więc nie było mowy, by znów jej odpuścił. Musiała w końcu pokonać to, czego tak bardzo się bała. Lotta spojrzała na niego oskarżycielskim wzorkiem, jednocześnie podejrzewając, że blefuje, lecz ojciec nagle przestał na nią w ogóle zwracać uwagę. Ba, zamknął nawet oczy, jakby miał się tu zdrzemnąć.
— No nie mówisz chyba poważnie! — szturchnęła go, a on tylko leniwie uniósł jedną powiekę, a palcem wskazał kluczyki. Panna Lestser nie była tchórzem, raczej daleko jej było do tego, jednak po wypadku w drodze do Los Angeles coś ja paraliżowało. I tak już świetnie sobie radziła, podróżując jako pasażer, ale to było za mało. Ojciec po prostu wymagał od niej niemożliwego. Zazgrzytała zębami i zmusiła się, by dotknąć kluczyków, a następnie odpalić samochód. Udało się, ale jakim kosztem - miała wrażenie, że żołądek zrobił fikołka, i cała natychmiast pobladła. 
— I co teraz? — szepnęła, kurczowo trzymając kierownicę, jakby ta miała ją uchronić przed potencjalną kraksą.
— Znasz drogę do domu. — Kąciki ust Anthonego zadrżały w uśmiechu, ponieważ był dumny z córki, że zrobiła ten jeden, ważny krok do przodu.
— Ale to jest dobra godzina drogi! — znów jęknęła w proteście, a w odpowiedzi uzyskała jedynie lekkie wzruszenie ramion. Świetnie warknęła w myślach, ponieważ nigdy na ojca nie odważyłaby się tak burknąć. No może gdy była nastolatką, zdarzyło jej się to kilka razy, ale później cholernie tego żałowała. On był dla niej autorytetem i kochała go naprawdę mocno - nie dało się ukryć, że była córunią tatusia. Ruszyła z miejsca piekielnie ostrożnie, przez co powrót do domu trwał ponad półtorej godziny, ale dojechali w jednym kawału. 
— Jestem z Ciebie dumny — powiedział mężczyzna, gdy już wysiedli i mógł ją przytulić. Widział, jak nadal cała się trzęsie. To na pewno był skok na głęboką wodę, ale dała radę. 

Przepracowała, przemyślała i przegadała  — przede wszystkim z rodzicielką przy lampce wina - wiele rzeczy. Nie sądziła, że szczera rozmowa może zadziałać aż tak terapeutycznie i że w gruncie rzeczy sama odpowie sobie na większość pytań. Grace była kobietą z sercem na dłoni i zawsze w gotowości do wysłuchania drugiego człowieka. Teraz nie było inaczej. Słuchała jednej historii za drugą, opowieści o przyjaciołach - choć blondynka wprost ich tak nie nazwała - i o osobie, która wydawała się znaczyć dla jej córki więcej, niż młoda Angielka chciała przyznać. Rudowłosa patrzyła na nią wzorkiem pełnym zrozumienia i ciepła, gdzieś w środku będąc świadomą, że powoli zbliżali się do momentu, gdy córka znów będzie chciała poczuć to, co oferował jej Nowy Jork. Charlotte osiągnęła swój cel, czyli spokój, i wydawać by się mogło, że wcale nie myślała o opuszczeniu rodzinnego Southhampton. Niestety jej brat również postanowił odwiedzić rodziców. Nadal nie potrafił zrozumieć motywów siostry ani z nią spokojnie porozmawiać. To był ten kopniak, którego potrzebowała, by wrócić do Nowego Jorku i zacząć wiele rzeczy od początku. Nim wyleciała z Anglii, zostawiła dość długi list dla brata z wyjaśnieniem - takim, jakie kilka miesięcy wcześniej sprezentowała rodzicom.

“Leave the past behind. 
 You may not feel better about it, 
 but it will be better for you.”

Przełom czerwca-lipca 2020
Nim wsiadła na pokład samolotu, który za kilka magicznych godzin miał ją znów przenieść do Nowego Jorku, upewniła się po raz ostatni, że będzie miała gdzie mieszkać. O pomoc w poszukiwaniu nowego lokum poprosiła Jeroma - swojego przyjaciela, osobisty promień słońca na burzowym niebie i człowieka, który zdawał się w każdej sytuacji dostrzegać pozytyw. Wiedziała, że wszystko ustalili nawet przed zabookowaniem przez nią biletu, jednak wolała mieć potwierdzenie na piśmie. Nie dotarło ono do niej niestety przed wyłączeniem komórki, więc można powiedzieć, że leciała w ciemno. Znów czuła ten dreszczyk ekscytacji, niemal ten sam, gdy po raz pierwszy wylatywała do Stanów na studia. Miasto, które nigdy nie zasypia, znów miało stanąć przed nią otworem i tym razem nie miała zamiaru tak łatwo dać się mu rozłożyć na łopatki. Te kilka miesięcy spędzone w zaciszu rodzinnego domu pomogło jej dojrzeć i podejść z dystansem do wielu spraw. Zrozumiała - mimo że była tego świadoma wcześniej - że na wiele relacji nie będzie miała po prostu większego wpływu. Jeśli ktoś będzie chciał ulotnić się z jej życia, to właśnie to zrobi, a gdy wręcz przeciwnie, będzie starał się w nim zostać na dłużej, to również niewiele mogła na to poradzić. Opierać się - tak, ale na jak długo? 

Planując powrót do Wielkiego Jabłka, miała wiele spraw na głowie i naprawdę ostatnie, o czym myślała, to czy tym razem znów się nie potknie. Wiedziała, że znaczna część oszczędności przepadnie po wynajęciu mieszkania i opłaceniu rachunków, więc skontaktowała się z byłym szefem Paulem, ponieważ potrzebowała jakiegoś tymczasowego źródła dochodu. Na jej szczęście mężczyzna dobrze pamiętał, jak pracowita z niej jest barmanka, więc bez oporów zgodził się powitać ją w skromnych progach swego lokalu. 
— Charlotte! — Usłyszała krzyk, gdy tylko weszła do jeszcze pustego baru. Głos, jak i reakcja pasowały tylko do jednej osoby. Uśmiechnęła się do biegnącego w jej stronę mężczyzny.
— Cześć Thomas, Ciebie też miło widzieć — zaśmiała się, a ten porwał ją do góry, czego kompletnie się nie spodziewała, ale było to na swój sposób miłe. Nie pomyślała, że ktoś aż tak mógłby się za nią stęsknić. Będąc w Anglii, starała się co jakiś czas odzywać do nowojorskich znajomych, jednak nie zawsze znajdowała dość czasu i siły, by się do tego zabrać.
— Czemu nic nie mówiłaś, że wracasz? — rzucił niby oskarżycielsko, ale jednak radości nie mogło przyćmić żadne inne uczucie.
— Ach, bo to była taka spontaniczna decyzja. — Machnęła ręką, bo było jej odrobinę głupio, że nie pomyślała o poinformowaniu mężczyzny o powrocie. To on jej wszystkiego nauczył i to z nim najlepiej jej się pracowało, nawet gdy kolejce do baru nie było końca.
— Spontaniczna czy nie, trzeba było cokolwiek napisać. — powiedział, idąc tuz za nią, ale nim wkroczył na zaplecze, zdecydował jednak, że ktoś musi stanąć za barem i to tu poczeka na koleżankę po fachu. Co dziwne, blondynka przebierając się do pracy, również poczuła się jak w domu. Nie było to kropka w kropkę to samo uczucie, co w Southmapton, jednak równie kojące. Znała ten lokal jak nikt inny i choć zazwyczaj urabiała się tu po łokcie, bywały dni, których za nic nie wymazałaby z pamięci.

Gdy pojawiła się za ladą, miała małe déjà vu, ale oczywiście to mózg płatał jej figle. Stojący obok niej Thomas nie spuszczał z niej wzroku, szczerząc się od ucha do ucha. 
— No co? — zapytała w końcu, gdy ten nie zamierzał sam od siebie pisnąć ani słowa.
— Nic, nic —rzucił, ale kobieta przeczuwała, że coś się świeci. Wiedziała jednak, że i tak niczego się nie dowie, więc wzięła się do pracy.
— Kto dzisiaj kelneruje? —zapytała po kilku minutach, polerując jeden z kieliszków.
— Hmm... Margo i Jessie, ale nie jestem pewny, czy pracowały tu zanim sobie tak po prostu zniknęłaś. — Usłyszała nutkę żalu, ale nie zamierzała się przez nią wpędzać w wyrzuty sumienia. Dla własnego dobra musiała wylecieć z Nowego Jorku, musiała się zdystansować i poukładać wiele spraw. Tutejszy pęd i ogrom wydarzeń nie do końca pozwalały jej na przepracowania sobie tego czy tamtego.
— Chyba nie... — rzuciła w odpowiedzi, ponieważ nie kojarzyła tych imion, ale nic w tym dziwnego, ponieważ kelnerki zmieniały się tutaj dość często. Większość szukała pracy dorywczej lub tylko przejściowo chciała podreperować budżet. Jedynie barmani i barmanki utrzymywali się nieco dłużej. W końcu w lokalu pojawił się również Paul, a widząc kobietę, która chyba już na zawsze zapadnie mu w pamięci, uśmiechnął się półgębkiem.
— Witaj z powrotem. — Nie był zbyt wylewny i zaraz ulotnił się do swojego biura. Charlotte szanowała to, że nie wisiał nad nimi, patrząc na ręce. Wiedziała, że zwyczajnie im ufał, nawet jeśli kobieta miała długa przerwę od serwowania drinków, to Thomas był tuż obok zawsze gotów do pomocy.
— Dawno nie był w takim dobrym humorze — szepnął jej wprost do ucha kolega, a ona niemal podskoczyła zaskoczona tą nagłą bliskością. Odwróciła się i lekko zdzieliła go szmatką trzymaną w ręce.
— Zawału dostanę przez Ciebie — zganiła go, a w odpowiedzi usłyszała lekki śmiech.
— Lester zrobiła się strachliwa, kto by pomyślał. — Uniósł zaczepnie brew, gdy znów w jego kierunku leciała wilgotna szmatka. Ich dziecięca potyczka została przerwa przez klienta, który musiał głośniej zakaszleć, by zwrócić na siebie uwagę.
— Czy można już coś zamówić, czy jeszcze macie zamknięte? — Kobieta słysząc pytanie, odwróciła się natychmiast twarzą do mężczyzny. 
— Michael! — Teraz to ona krzyknęła zaskoczona i chwile później wybiegła zza baru, by przywitać się z osobą, która częściej rzucała nią o matę niż ktokolwiek inny.
— No cześć młoda — zaśmiał się brunet, automatycznie zamykając ją w objęciach. Gdy tylko Thomas zadzwonił, informując go o powrocie tego wulkanu energii do Nowego Jorku, nie mógł się tutaj nie pojawić. Martwił się nieco, gdy z dnia na dzień panna Lester zakomunikowała mu, że wyjeżdża na sama nie wiem jak długo. Pół roku minęło niemal w oka mgnieniu, szczególnie, gdy starało się nadążyć za rytmem, w jakim funkcjonowało to miasto. Własne studio krav magi wcale nie ułatwiało odróżnienia poniedziałku od soboty, ponieważ byli otwarci siedem dni w tygodniu i to praktycznie w tych samych godzinach. Tym samym może nie do końca zdążył się stęsknić, lecz to wcale nie oznaczało, że nie cieszył się z jej powrotu. Była jedną z nielicznych uczennic, które przerosły mistrza, choć nigdy nie powiedział jej tego wprost, to fakt, że pozwolił jej prowadzić jedną z grup, mówił sam za siebie.
— Rozumiem, że to Twoja sprawka. — Charlotte spojrzała podejrzliwie na blondyna, który tylko wzruszył ramionami, nagle skupiając całą swą uwagę na polerowaniu shakera.
— To jest czysty zbieg okoliczności — odezwał się w końcu, ale nie wytrzymał i uśmiechnął się, zdradzając tym samym, jak bardzo cieszył się z powrotu współpracownicy. Musiał się tym szczęściem podzielić z kimś jeszcze - padło na Michaela.
— No to opowiadaj, co tam się u Ciebie działo i kiedy wracasz na matę? — zagadnął bez owijania w bawełnę brunet, zasiadając na jednym ze stołków barowych. Kobieta postanowiła do niego dołączyć, skoro jeszcze nie mieli zbyt wielu klientów do obsługi, a w sumie to poza ich trójka były jeszcze dwie osoby, które już dawno zostały obsłużone.
— Na matę w sumie jak najszybciej. Nawet nie wiesz, jak sobie odpuściłam w Anglii z treningami — jęknęła z jakimś takim żalem do samej siebie. Już czuła, jak będzie cierpieć po pierwszym wejściu do klubu, ale to wcale jej nie zniechęcało. Chciała wrócić do dawnej formy, a kto wie — może i do prowadzenia zajęć.
— Twoja grupa nadal na Ciebie czeka, chociaż muszę przyznać, że są teraz nieco bardziej zaawansowani. W końcu ja ich przejąłem — powiedział z teatralną dumą, a później puścił jej perskie oko. W międzyczasie Thomas podał brunetowi kufel z piwem na koszt firmy.
— To świetnie. Tylko sobie przypomnę co i jak i mogę wracać do obowiązków — uśmiechnęła się pełna determinacji i uniosła jedną rękę, niby to prężąc biceps. Brakowało jej tego ciągłego pędu, na który wiele osób narzekało. Mimo że ją też w pewnym momencie przytłoczył, to teraz była bardziej niż chętna, by się w nim zanurzyć i płynąć, nawet jeśli miałoby się okazać, że robi to pod prąd.
—Nie spodziewałem sie innej odpowiedzi — rzucił i poklepał ją delikatnie po plecach. 

Rozmawiali tak o wszystkim i o niczym, aż do baru zaczęło napływać coraz to więcej klientów, a sam Michael musiał również uciekać do pracy. Niechętnie opuszczał towarzystwo Lotty i Thomasa, ponieważ w studiu czekała na niego dzisiaj wyłącznie papierkowa robota. Nie omieszkał się tym ze znajomymi podzielić, a oni choć chcieli mu współczuć, to sami mieli pełne ręce roboty. Był piątek, były wakacje i nie zapowiadało się, żeby lokal miał zamknąć się o czasie. Paul ukochał sobie dewizę jesteśmy otwarci do ostatniego klienta. Blondynka miała chwile, że pałała do tego czystą nienawiścią, lecz po tak długiej przerwie nawet nie zauważyła, kiedy już mogła uciekać do domu. Mimo że czekał ją długi spacer do nowego lokum, to nie odmówiła sobie tej przyjemności, by poobserwować Nowy Jork niemal o świcie. Jedni dopiero ruszali do pracy, a inny wracali z całonocnych pląsów na parkietach. Lekki uśmiech majaczył na jej ustach, bo dotarło do niej, że naprawdę brakowało jej tej atmosfery, tego miasta i tych ludzi. Wróciła do domu.

"Wypływam na głęboką wodę w moje słodkie życie"
-'Na dnie' Razgonov, Tymek
Październik 2020
Czas gnał jak szalony, ale ona również nie zwalniała tempa w poszukiwaniu swej wymarzonej pracy. W końcu się udało — została grafikiem w jednej z większych agencji reklamowych. Powrót do domu zdecydowanie postawił ją na nogi, a odkrycie kilku niespodzianek przed najbliższymi sprawiło, że już wcale nie musiała się zmuszać do uśmiechania. Wydawać by się mogło, że miała teraz jeszcze więcej energii i było jej wszędzie pełno. Przez pierwszy miesiąc od dostania wymarzonej posady ciągnęła jeszcze pracę w barze i tak jak obiecała Michaelowi, wróciła do prowadzenie zajęć z krav magi - ale tylko dla jednej grupy. Na więcej nie mogła sobie zwyczajnie pozwolić, bo doba i tak miała już za mało godzin. Bardzo często dzień kończyła, padając twarzą w poduszkę i nie myśląc nawet o przebraniu się w pidżamę, ale wcale jej to nie przeszkadzało. Robiła to, co kochała, i choć początkowo nie była pewna, czy pomyślnie przejdzie okres próbny, to w końcu musiała zrezygnować ze współpracy z Paulem. Z tygodnia na tydzień dostawała więcej obowiązków, a skupienie się na projektach dla klientów musiało być dla niej priorytetem. Mężczyzna słysząc, że panna Lester już po raz kolejny się z nim żegna, tylko uśmiechnął się pod nosem i zapewnił, że zawsze będzie tutaj mile widziana. To wiele dla niej znaczyło, bo już nie raz się przekonała, że w życiu może być różnie i nie warto było za sobą palić mostów, które były na tyle stabilne, by się na nich utrzymać.

Gdy jej grafik się nieco znow rozluźnił - może nieco nieśmiało - zaczęła korzystać z uroków nocnego życia w Wielkim Jabłku. Nie zawsze szukała towarzystwa na parkiecie, ale czasem udało się jej znaleźć na nieco dłużej. Była młoda i nic ją z nikim nie łączyło, więc w końcu postanowiła się przełamać i choć częściowo wrócić do czerpania cały garściami z tego, co oferował los. Szybko przekonała się, że nie straciła tego pazura i smykałki do czynienia wieczorów znacznie bardziej interesującymi, niż się początkowo zapowiadały. Gdy na jej drodze pojawiał się ktoś intrygujący, a w dodatku nadawał na tych samych falach, nie zamierzała mu wcale uciekać po kilku drinkach, tylko odrobinę wykorzystać. Niestety lub stety nowa praca w pewnym momencie również okazała się pochłaniać znaczą część każdej doby, a gdy nadchodził weekend, blondynka wolała spędzić go w zaciszu własnego mieszkania lub wyżywając się na macie. Kluby zaczęła odwiedzać znacznie rzadziej, ale wynagradzała to sobie licznymi bankietami, spotkaniami autorskimi i koncertami, przy których promocji było jej dane pracować. 

Ta posada była spełnieniem jej marzeń i czuła się jak ryba w wodzie. Tyle lat dążyła właśnie do tego, by móc się w ten sposób realizować. Nie było zatem nic dziwnego w tym że gdy zyskała pierwszego klienta na wyłączność , postanowiła na zorganizowane przyjęcie promocyjne zaprosić kilku znajomych. W agencji była przede wszystkim grafikiem, jednak z jakiegoś powodu jej przełożony postanowił powierzyć jej cały proces od a do z, jeśli chodziło o tego klienta, a raczej klientkę.  Charlotte nie zamierzała zaprzepaścić szansy na to, by się wykazać i kto wie może w przyszłości wyciągnąć rękę po awans. Znajomi na przyjęciu mieli być dla niej moralnym wsparciem, gdy sama musiała wszystkiego dopilnować i odpowiednio oddelegować poszczególne zadania. Gdzieś w połowie imprezy mogła wreszcie skorzystać z jej uroków. Automatycznie zaczęła szukać znajomych twarzy, a gdy dostrzegła swego trenera i sparingowego partnera, natychmiast ruszyła w jego kierunku.
— I jak podobała się moja przemowa? — zapytała, ponieważ na początku całego spotkania musiała powitać wszystkich zgromadzonych i choć nigdy nie była osobą nieśmiałą, to dzisiejszego wieczoru stresowała się jak diabli. Wiedziała, że wśród osób, które się w nią wpatrują, znajduje się również śmietanka towarzyska Nowego Jorku, a dla nich takie przyjęcia to niemalże codzienność. Nie dała się jednak pokonać obawom i pewnie powiedziała to, co wcześniej miała przygotowane. Wyglądem również nie odstawała od gości, więc klienci nie mogli mieć chyba jej nic do zarzucenia. Ale to się miało dopiero okazać później, teraz skupiała się na brunecie i jego opinii.
— Wiesz, że ja się nie znam na takich rzeczach, ale... — zaczął jakoś tak się rozglądać wokół, a gdy dostrzegł to, czego, a raczej kogo szukał, delikatnie dłonią nakierował blondynkę. — Ale ona się już bardziej zna — rzucił z uśmiechem, gdy podeszła do nich jego narzeczona, która pracowała w w mediach i z podobnymi imprezami miała więcej wspólnego niż on.
—Zoe! — Charlotte miała okazję poznać kobietę już kilka lat temu, gdy klub krav magi był dla niej niemal drugim domem. Znalazły wspólny język i choć nie widywała się z nią tak często, jak z Michaelem, to szczerze ucieszyła się na jej widok. Niewiele myśląc, przytuliła ją na przywitanie i uśmiechnęła się szeroko.
— Gratulacje z okazji zyskania pierwszego klienta i gratulacje za zorganizowanie tego zajebistego przyjęcia — powiedziała kobieta wcale nie z grzeczności, ale w pełni szczerze.
— Dziękuję, naprawdę nie wyszło źle, nie? — ni to zapytała, ni stwierdziła fakt, patrząc na uczestników imprezy. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek się nudził.
— Powiem tak, ja kompletnie nie znam tej autorki i nie słyszałam o ani jednej jej książce... — tutaj brunetka nachyliła się, by niby w tajemnicy przed całym tłumem wyznać pannie Lester prawdę. —... ale po tym spotkaniu jestem chętna kupić nie tylko jej najnowszą książkę, ale wszystkie, które do tej pory wydała. — To wystarczyło w zupełności jako zapewnienie blondynki, że osiągnęła zamierzony cel, choć nie było to takie łatwe. Zarwała nie jedną noc i musiała wiele rzeczy załatwiać osobiście, by potraktowano ją poważnie. Miała wiele nietuzinkowych pomysłów dotyczących tej promocji i nie dała się zniechęcić niepewnymi minami klientów. Wiadomo, musiała przede wszystkim spełnić ich wizję, ale po to wybrali agencję, w której pracowała, by każdy drobiazg nie musiał spadać na ich barki. 

"Are you ruler of my future?"
-'Company' Arkane Skye,Veela
Wiosna 2021
W życiu czasem ma miejsce taka zależność, że gdy wszystko układa się zbyt dobrze, to coś musi się niestety popsuć. Gdy czujemy się zbyt pewnie, gdy bierzemy coś za normę i nie myślimy, że los zaatakuje nas znienacka. Charlotte, odkąd zaczęła pracować w agencji reklamowej, czuła, że przeskoczyła każdą z przeszkód, a z każdym kolejnym skokiem wychodziła silniejsza. Trudne zlecenie - żaden problem. Nadgodziny w weekend - to co zamawiamy na obiad do biura? Nie wiedziała, skąd ma w sobie tyle energii, czy to Nowy Jork ją tak naładował, czy może święta w rodzinnym gronie, a może wszystko po trochu? Była tak szczęśliwa, że wydawało jej się, że stąpa po delikatnych obłokach i nic nie będzie w stanie drastycznie sprowadzić ją na ziemię. Ponownie jednak przekonała się, że nie jest nieomylna. Początek nowej rzeczywistości zaczął się niepozornie, ot kobieta była przekonana, że od nadmiaru świątecznych łakoci dorobiła się niestrawności czy nawet jakiegoś zatrucia. Nudności, jednak nie ustępowały nawet po zastosowaniu domowych, maminych specyfików.  Rodzice niemal wymusili na córce obietnicę, że gdy tylko odprowadzi ich na lotnisko, pójdzie do lekarza na jakieś na badania. Jak obiecała, tak też zrobiła.                                                                                                         

Początek nowego roku dla większości  oznaczał górnolotnych postanowień, czy szalonych imprezy do białego rana zakrapiane litrami trunków alkoholowych, gdy na zewnątrz temperatury nieco bardziej sprzyjały. Przez wiele lat Charlotte wcale nie była wyjątkiem od tej reguły, jednak w tym roku nie mogła sobie na coś takiego pozwolić. Nie miała wcale jakiegoś cudownego postanowienia o zaprzestaniu picia ani nie była też chora - teoretycznie, bo praktycznie wcale nie czuła się jak osoba zdrowa. Po tym jak Lesterowie wrócili do Anglii, a w jej mieszkaniu zapanował względny spokój, mogła w końcu spełnić obietnicę. W szpitalu zadano jej milion pytań, a gdy wyśmiała możliwość bycia w ciąży, zrobiono jej badania krwi: Tak, wie pani, by mieć pewność i móc znaleźć przyczynę. Nie chciano jej podać wyników przez telefon, więc musiała sie tam pofatygować osobiście w sylwestra, gdy wszyscy tylko odliczali minuty do rozpoczęcia hucznej imprezy. 

— Dzień dobry Pani Lester, niech pani lepiej usiądzie. — Znów głos miłej, młodej lekarki wydawał jej się taki jakiś podejrzany. Tym razem jednak to nie była żadna paranoja, ponieważ to, co padło po tych słowach, wbiło młodą Angielkę w fotel. 

— Jest pani w ciąży. — Lotta otworzyła szeroko oczy i usta, jakby chcąc się sprzeciwić, chociaż nieznajoma lekarka nie miała żadnego interesu w tym, by ją okłamywać. Kobieta w białym kitlu, widząc jej szok, była na tyle uprzejma, że poinformowała ją o możliwości usunięcia płodu do dwudziestego czwartego tygodnia ciąży. Charlotte nie do końca pamiętała, jak wróciła do domu ani jak długo wpatrywała się w sufit, po raz setny kalkulując dni i tygodnie. 

— To nie może być prawda — powtarzała jak mantrę raz za razem, dochodząc do tego samego — że tylko z jedną osobą dała się ponieść chwili, zapominając o jakichkolwiek konsekwencjach. On był również jednym z powodów, dla których musiała na jakiś czas uciec z Nowego Jorku. Gdy po jej powrocie ich drogi raz jeszcze się skrzyżowały, myślała, że ma wszystko pod kontrolą. Zaczęło się niewinnie, od spotkania biznesowego, a skończyło na spędzeniu nocy w drewnianej chatce, która przez złośliwość matki natury została kompletnie odcięta od świata. Nie ważne, czy w Southhampton siedziałaby jeszcze kolejne pół roku, a może i dłużej, to i tak Colin był jej słabością. Nie potrafiła tego przed sobą przyznać, ale był dla niej kimś ważnym, kimś, z kogo nie potrafiła tak w pełni zrezygnować. Nigdy niczego sobie nie deklarowali, po prostu żyli chwilą, jednak los postanowił zagrać im na nosie i niejako zmusić do pewnych wyborów. Nie było wątpliwości, to nie był tylko zły sen - Charlotte była w ciąży.

Przez dwa dni czuła się w swoim mieszkaniu jak zwierzyna zamknięta w klatce. Pełna niepewności, przerażona i załamana. Nie taki był plan na powrót do Nowego Jorku, do jej życia pełnego wolności. Teraz, gdy wszystko zaczęło wyglądać w końcu tak jak powinno - stabilna, wymarzona praca i pełne wsparcie rodziny. Misternie ułożony domek z kart runął, mimo że pamiętała, by tym razem użyć kleju. W końcu zdecydowała, że musi spotkać się z szatynem, że to jest coś, co należy mu powiedzieć osobiście. Rozmowa nie należała do najprostszych, ale nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu nie spodziewała się otrzymać takiego wsparcia od Rogersa. Choć początkowo nie była w stanie podjąć żadnej decyzji, a świat wirował, niosąc zniszczenie, to kamień spadł jej z serca, że nie została z tym całkiem sama. 

Kilka dni później spotkała się również z najbliższym przyjacielem i ten, tak jak sie spodziewała - nie zawiódł. Swymi spostrzeżeniami trafiał w samo sedno, otwierając kobiecie oczy na plusy i minusy każdej możliwości. Mętlik w głowie wcale się nie uspokoił, a wręcz przeciwnie zyskał na intensywności. Wiedziała, że czas uciekał i lepiej będzie podjąć decyzję szybciej aniżeli później, lecz nie było to wcale takie proste. Tutaj na szali znajdowały się losy trzech istnień: jej, Colina i nienarodzonego jeszcze dziecka. Dlaczego nie było tylko jednej możliwości? Dlaczego nikt nie przychodził z gotowym rozwiązaniem?

Powrót do pracy wcale nie był taki przerażający, jakby się mogło wydawać, a jej paranoja na temat tego, iż każdy zauważa jej lekko zaokrąglony brzuch, minęła po tygodniu. Wciągnęła się w wir pracy, jednak podświadomie starała się nie pomijać żadnego z posiłków i w miarę możliwości odstawić te rzeczy, które wywoływały u niej nadprogramową falę wymiotów. Była też w stałym kontakcie z Colinem, chociaż nadal nie padły z jej ust słowa, które świadczyłyby o podjęciu ostatecznej decyzji względem ciąży.

Śnieg dawno zniknął z ulic Nowego Jorku, lecz to nie oznaczało, że można było się lżej ubrać. Blondynka opatulona niczym uroczy niedźwiadek jak co rano wkroczyła do biurowca, by następnie schodami udać się na odpowiednie piętro. Teraz to była jej jedyna forma ćwiczeń, ponieważ nie odważyła się pójść na zajęcia z krav magi. Ten sport był zbyt kontuzyjny. Niestety podróż schodami okazała się równie niebezpieczna. Ktoś niedokładnie wytarł podłogę, a blondynka zaaferowana czymś w telefonie poślizgnęła się i poleciała w dół. Próbowała się chwycić poręczy, jednak nadaremno. Musiała stracić przytomność, bo gdy na nowo otworzyła oczy, była w jakiejś białej sali. Gdy powoli dotarło do niej, gdzie się znajduje, ogarnęła ją panika. I to nie ta w obawie przed kontuzją, ale przed tym, że mogła poronić. Automatycznie chwyciła się za brzuch, a gdy w pomieszczeniu nie wiedzieć skąd pojawił się szatyn. Nie była w stanie odpowiedzieć mu na żadne z zadanych pytań. Nie wiedziała, co sie stało, i choć nie była szczególnie wierząca, to w duchu modliła się, by z dzieckiem było wszystko w porządku. Jeszcze wczoraj nie była pewna decyzji, teraz nie było wątpliwości, że z dwóch opcji pozostała tylko jedna. Nie chciała stracić tego dziecka. Po kilku minutach do sali wszedł lekarz i  uśmiechnął sie do nich przyjaźnie. Podszedł do Charlotte od strony, przy której nie siedział Rogers, i poinstruował kobietę, by spojrzała na jego palec, następnie poświęcił jej mała latareczką, którą potem schował do kieszeni.

— Musimy zabrać panią jeszcze na tomografię, by wykluczyć jakieś urazy wewnętrzne, ale wygląda na to, że miała pani wiele szczęścia. Najpewniej...— Nie dane mu było dokończyć spekulacji na temat tego, iż to zimowe ciuchy zamortyzowały upadek.

— A co z dzieckiem? — przerwała mu nagle z nadzieją w oczach.

— Jeśli pyta pani, czy poroniła, to nie. Proszę być spokojną, a zaraz wykonamy niezbędne badania. Wszystko jest dobrze. — Uśmiechnął się do niej, ściskając jej prawa dłoń, którą nadal miała ułożona na łóżku. Charlotte chyba jeszcze w życiu nie czuła takiej ulgi i szczęścia jednocześnie. Uśmiechała sie od ucha do ucha, bo choć nie wiedziała, co przyniesie jutro i jak sobie poradzi w nowej roli, to wiedziała, że nie zamierza się teraz wycofać. Po wykonanej tomografii przyszedł czas na USG, które tylko utwierdziło ją w słuszności podjętej decyzji. Ta mała nektarynka widoczna na ekranie była jej i Rogersa dzieckiem. Charlotte nie kryła wzruszenia, a otrzymane od lekarza zdjęcie kurczowo trzymała w rękach. Mimowolnie zamykała pewien rozdział w swoim życiu, by zostać mamą. Ona nadal w to nie wierzyła, ale radość była silniejsza od strachu.

__________________________________________________________________________________________________

Baaaaardzo dziękuję El za sprawdzenie tego tworu - co wiem nie było łatwe you are the best- a także dziękuję każdemu z osobna za przeczytanie tej notki. Trochę się namieszało w życiu Charlotte i to naprawdę zasługiwało na małą aktualizację. Podziękowanie również dla Mamy Muminka i Nicponia, że ich postacie okazały się takim wsparciem dla tego eksrudzielca!

PS. Ja naprawdę wyszłam z wprawy pisania dialogów z kilku perspektyw, także proszę nie linczujcie!