Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/01/2014

1961. Wstydziła się samej siebie przez to, że ośmieliła się wstydzić

Gdyby komukolwiek to przeszkadzało, informuję, że w tekście pojawiają się wulgaryzmy, chociaż nie ma ich zbyt wiele. 
_________________________________________

23 marca 2013 roku

Inez podejrzewała, że drzwi do mieszkania zajmowanego przez ojca nie będą zamknięte i nie myliła się. Kiedy nacisnęła nieprzyjemnie lepiącą się klamkę, skrzydło uchyliło się cicho, ukazując jej oczom całkiem niepozorne wnętrze. Wnętrze, którego na pierwszy rzut oka nie rozpoznała, choć przecież wcześniej była już tutaj parokrotnie i jak dotąd, podczas jej poprzednich wizyt, nie znajdowało się ono w tak opłakanym stanie.
Z mocno bijącym sercem, które zamknięte w klatce żeber trzepotało podsycane ogarniającym ją strachem, kobieta przestąpiła próg i zamknęła za sobą drzwi. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, że w mieszkaniu tak naprawdę nie panowała kompletna cisza, że gdzieś z kranu kapała woda, skrzypiała niedomknięta framuga okna, w sąsiednim pokoju cicho brzęczał telewizor. Jakby stopniowo uruchamiała podstawowe zmysły, dopuszczając do siebie coraz to nowe bodźce i tym samym do jej nozdrzy doleciał zapach, który spowodował, że Grant oparła się o ścianę, z trudem powstrzymując mdłości. Smród alkoholu, wymiocin, ludzkiego potu i Bóg wie, czego jeszcze, wymieszały się ze sobą dając woń na tyle silną, że blondynka potrzebowała czasu, by dojść do siebie i zapanować nad silnie protestującym żołądkiem. Wolała nie wyobrażać sobie, co zobaczy, kiedy wejdzie dalej. Wolała nie wyobrażać sobie niczego, na nic się nie przygotowywać. Nie chciała bowiem, żeby okazało się, iż jest o wiele gorzej niż mogłoby się jej wydawać.
W tym czasie przez jej głowę przetaczało się tysiące myśli. Ta, która pojawiała się najczęściej i jednocześnie była krzyczącym z daleka głosem pytała, kto mógł być na tyle głupi, by przyjechać tutaj z własnej woli?  Inez wolała nie odpowiadać, nie teraz. Może i szybko podjęła decyzję, może i zbyt pochopnie, ale miała się wycofać właśnie teraz? Praktycznie rzecz biorąc, to właśnie TERAZ nie było jeszcze za późno. Inez miała ochotę stchórzyć, miała ochotę czym prędzej stąd uciec i zatrzasnąć za sobą drzwi, właśnie TERAZ, kiedy jeszcze mogła to zrobić. Mimo to uparcie stała w miejscu, tym samym od kilku minut, oddychając przez usta i zmuszając się do tego, by zrobić krok w przód.
Ojca znalazła w salonie, skulonego na kanapie. Trudno jej było powiedzieć czy jest pijany, czy też nie. Czy walające się wokół puste butelki zostały opróżnione parę dni temu, czy może godzinę temu. Było jej trudno stać tutaj i patrzeć na to wszystko, na upadek człowieka, który niemalże pociągnął ją za sobą. Wstydziła się swojego ojca, wstydziła się tego, kim się stał, wstydziła się samej siebie przez to, że ośmieliła się wstydzić. Zaś trud i wstyd przekuła na motywację do działania i, pełna obaw, podeszła bliżej, ostrożnie omijając potłuczone szkło i nie tylko. Pochyliła się nad kanapą, za wszelką cenę starając się ignorować smród przetrawionego alkoholu.
– Tato? – rzuciła głośno, pozwalając sobie na cofnięcie dłoni, którą jeszcze przed chwilą wyciągnęła w jego stronę. Mężczyzna zaś wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk i machnął ręką, jakby odpędzał się od natrętnej muchy.
– Tato, przyleciałam, jak prosiłeś – powiedziała i tym razem dotknęła jego ramienia, zaciskając palce na brudnym podkoszulku. Jonathan momentalnie otworzył oczy, szarpnął się i poderwał do pionu, przez co zaskoczona i wystraszona tak nagłą reakcją blondynka odskoczyła do tyłu, trącając nogą butelkę po wódce, która z charakterystycznym rytmicznym stukotem potoczyła się po lepiącej się posadzce. Kiedy już przestała śledzić ją wzrokiem, zerknęła na ojca i już wiedziała, że wcale jej tutaj nie chciał.
– Co ty tu robisz? – warknął ochryple, przecierając dłonią przekrwione oczy. Jego poznaczona bruzdami twarz wykrzywiła się w grymasie niezadowolenia, kiedy pan Garnt spoglądał na swoje jedyne, stojące przed nim dziecko.
– Dzwoniłeś. Prosiłeś o pomoc… - wyjaśniła spokojnie, odwracając wzrok od tej zniszczonej twarzy, od poszarpanego ubrania, od plam po wymiocinach na jego spodniach. Co dziwniejsze, w momencie, w którym go obudziła i zobaczyła, że Johnatan miał się na swój pijacki sposób dobrze i nie chciał niczyjej pomocy, poczuła dziwną ulgę, a strach uleciał z niej jak powietrze z balonika. Na własne oczy zobaczyła to, czego tak bardzo się obawiała i teraz nie wydawało jej się to tak straszne. A może gdzieś tam głęboko w środku wcale nie chciała mu pomagać? Może chciała, żeby gnił w tej melinie i zapił się na śmierć? Może najbardziej przerażała ją myśl, że znienawidzony ojciec, lecz jednak wciąż ojciec poprosił ją o pomoc? Nie chciała odpowiadać sobie na te pytania, tym razem bojąc się samej siebie.
– Ja prosiłem o pomoc? Popierdoliło cię? – spytał, zataczając się przy tym w przód. Zdążył jednak wystawić nogę i podeprzeć się na niej, ocierając przy tym wierzchem dłoni kropelki śliny, które pojawiły się na jego spierzchniętych wargach. – Weź mi tu nie pierdol głupot. Po co przyjechałaś? Po pieniądze? Ta suka, twoja matka już się o swoje upomniała. Nie mam więcej, możesz spierdalać tam, skąd przyjechałaś – oznajmił, po czym chwiejnym krokiem wyminął Inez i potykając się o porozrzucane po podłodze śmierci, ruszył do kuchni. Stojąca wciąż w tym samym miejscu kobieta słyszała, jak trzaska drzwiczkami szafek i klnie pod nosem, szukając chociażby jednej pełnej flaszki. Albo nawet nie pełnej, byle tylko na jej dnie były resztki alkoholu. Nie wiedziała nic o matce, o pieniądzach, zresztą nie po to się tu zjawiła, mogła też nie zjawiać się wcale.
– Jeszcze tu jesteś? – usłyszała za plecami i odwróciła się w momencie, w którym jeszcze zdążyła uchylić się przed lecącą w jej stronę butelką. Szkło roztrzaskało się metr dalej, na ścianie za kanapą, a odłamki posypały się na brudną i poszarpaną tapicerkę.
– Mówiłem, wypierdalaj! Nie chcę cię tu! Nigdy cię nie chciałem, szmato!
Starając się ignorować krzyki, starając się ignorować to wszystko, co przed chwilą się wydarzyło Inez przycisnęła do siebie torbę i ruszyła do wyjścia, by już po kilku zamaszystych krokach zatrząsnąć za sobą drzwi. Zbiegła schodami, niejednokrotnie się potykając i ratując od upadku tylko dzięki poręczy, na której zaciskała drżące dłonie. Dopiero na dole przystanęła, gorączkowo łapiąc powietrze w płuca, aż wreszcie przysiadła na ostatnim stopniu i pozwoliła sobie na bezgłośny szloch, byle tylko wyrzucić z siebie strach i upokorzenie. To ta cholerna butelka. Ta butelka, to było za dużo, tak niewiele, ale jednak za dużo. To przez tą butelkę blondynka wygrzebała z torby chusteczki, wydmuchała nos i starła lekko rozmazany tusz, starając się zapanować nad drżącymi wargami gotowymi na kolejny spazm płaczu.
Trzy chusteczki wystarczyły, by było może nie dobrze, ale na pewno już lepiej. Trzy chusteczki wystarczyły, by Inez wyszła na ulicę i złapała taksówkę, prosząc kierowcę o zawiezienie na lotnisko. Trzy zmięte chusteczki leżały na klatce pewnego budynku w Chicago, gdzie raz na zawsze został przez swoją córkę pochowany Johnatan Grant.

24 stycznia 2014 roku

– Pani Inez Grant?
– Tak, słucham? – rzuciła, siedząc na kuchennym blacie i przeżuwając tost. Zarówno numer jak i głos dzwoniącego były dla niej obce, stąd przekonana była, iż ktoś chce jej sprzedać coś bez wątpienia wspaniałego i jedynego w swoim rodzaju.
– Oficer Brian Corby – usłyszała i zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czego też mógł chcieć od niej policjant. Bo raczej nie miał niczego do sprzedania, prawda? – Muszę poinformować, że pani ojciec, Johnathan Grant, nie żyje. Niezmiernie mi przykro… – powiedział, chociaż Inez wiedziała, że wcale nie jest mu przykro, że jedynie wykonuje swój obowiązek i co najwyżej czuje się zakłopotany. Wiedziała za to, że osobą, której w tej chwili powinno być przykro jest ona sama. Zamilkła na dłuższą chwilę, trawiąc słowa mężczyzny i czując, jak nieprzyjemny skurcz w dołku staje się coraz silniejszy, aż w momencie w którym osiągnął swoje apogeum, Inez sapnęła cicho, mocno zaciskając powieki.
– Halo? Proszę pani?
– Mógłby mi pan powiedzieć, jak to się stało? – spytała cicho, wcześniej głośno nabrawszy powietrza.
– Sąsiad znalazł go leżącego przed drzwiami. Zadzwonił po karetkę, ale już niczego nie dało się zrobić. Sekcja zwłok…
– Nie, żadnej sekcji zwłok – rzuciła, tym samym gwałtownie przerywając policjantowi. – Nie trzeba – dodała spokojniej. W przeciągu kilku kolejnych minut wysłuchała mężczyzny, zapewniła, że ktoś zajmie się wszystkimi formalnościami, po czym podziękowała i rozłączyła się, by móc zrobić kilka głębszych oddechów, niekrępowana niczyim towarzystwem, nawet jeśli był to tylko głos w słuchawce telefonu.
Ojciec nie żył. Wiedziała, że ten dzień kiedyś przyjdzie, że najpierw opuści ją jeden rodzic, potem drugi. Wiedziała też, że to on będzie pierwszy – niesprawiedliwością byłoby, gdyby stało się inaczej. Parsknęła krótko na tą myśl i zmarszczyła brwi, widząc kilka kropelek śliny, które pojawiły się na szybie. Zniesmaczona, sięgnęła po kuchenną ściereczkę i starła je szybkim ruchem, by znowu móc oprzeć czoło o szybę. Wciąż czuła uciążliwy skurcz w dołku i w tej chwili było to właściwie wszystko, na co sobie pozwoliła. Zresztą podejrzewała, że oprócz tego nie pojawi się nic więcej, że w końcu i ten supeł się rozwiąże, może za parę godzin, może za kilka dni.
Ojciec nie żył. A Inez wydawało się, że nie przyjęła tej informacji tak jak należy. Nie utrzymywała z nim kontaktu, nie zależało jej na nim, ale przecież to wciąż był jej ojciec, prawda? Nawet kiedy zaczął pić, kiedy ją bił, kiedy okazywał swoje niezadowolenie i rozczarowanie, wreszcie kiedy rzucił w nią butelką. A teraz nie żył i jedynym, na co Inez się zdobyła było lekkie odrętwienie, przy okazji zaś czuła, jakby coś jej zabrano. Coś kłopotliwego i uciążliwego, z czego obecności nawet nie zdajemy sobie sprawy, gdyż zaciera się ona w szarej rzeczywistości, ale kiedy znika, doświadczamy nieopisanej ulgi i nie czujemy się już przytłoczeni, tak jak kiedy to coś wciąż gdzieś kołatało się po zakamarkach naszego umysłu, nawet jeśli na co dzień o tym nie pamiętaliśmy. Tak właśnie czuła się Inez, jakby na jej życie wreszcie przestał padać cień, niby niczego nieutrudniający, ale nie pozwalający beztrosko wygrzewać się na słońcu.
Ojciec nie żył. Inez zaś nie zamierzała nosić po nim żałoby, nie potrafiłaby. Czy za to także powinna się wstydzić?

29 stycznia 2014 roku

Na pogrzebie nie zjawiło się wiele osób. Ona i matka, bliższa rodzina, a także kilku znajomych z czasów, kiedy Johnathan jeszcze nie pił. O dziwo to pani Grant zadeklarowała, że wszystkim się zajmie. Jakby chciała wynagrodzić córce ten czas, kiedy to nie wzięła pewnych spraw w swoje  ręce wtedy, kiedy najbardziej tego od niej oczekiwała. Kiedy wręcz tego potrzebowała. Mimo to Inez była jej poniekąd wdzięczna, choć wiedziała, że to niczego nie zmieni w ich relacji. Że kiedy wysiądą z samolotu, każda pójdzie w swoją stronę i znowu o sobie zapomną, bo tak było łatwiej.
Pochowały go w Chicago, na niewielkim cmentarzu za centrum miasta. A później pojechały taksówką na lotnisko. Po drodze starsza z kobiet wspomniała o tym, że może teraz wróci do Chicago, na co blondynka jedynie skinęła głową, dalej z nikłym zainteresowaniem wpatrując się w krajobraz przesuwający się za samochodową szybą. Kilka godzin później była już w swoim mieszkaniu, zsunęła ze stóp kozaki i przepędziła koty, które nie tylko zaczęły ocierać się o jej nogi, ale też wyciągały się jak najwyżej, zahaczając przy tym pazurami o rajstopy. W kuchni wyłożyła jedzenie do dwóch miseczek i nastawiła wodę na herbatę.
Czy miała wstydzić się też za to, że dla niej nic się nie zmieniło? 

29/01/2014

1960. I’d trade all my tomorrows for just one yesterday

Przez koszmar, który ją obudził od dobrej godziny przekręcała się z boku na bok. Chciała znów zasnąć, ale nie było to łatwe. Zabrała się nawet za czytanie książki, jednak rażące światło lampki i zmęczenie, skutecznie to uniemożliwiały. Miała dość. Z impetem więc zrzuciła z siebie kołdrę i stanęła na równe nogi. Założyła na siebie przypadkowe ubrania i zwyczajnie wyszła z mieszkania. Schody poprowadziły ją na górę pięciopiętrowego budynku. Wspięła się po drabince zawieszonej na ścianie korytarza, otworzyła zamontowane w suficie drzwi, których zwykle używał kominiarz podczas kontroli i znalazła się na dachu. Odetchnęła mroźnym, styczniowym powietrzem. Nie mogła zobaczyć panoramy w całej okazałości. Nie stała w końcu na wieży Empire State Buliding, ale widok i tak był zadowalający. Ulice wciąż jeszcze oświetlały kolorowe świąteczne światełka, które zawsze wprawiały ją w dziwny, refleksyjny nastrój. Zbliżyła się do krawędzi i spojrzała w dół. Szybko tego pożałowała i cofnęła się kilka kroków. Zawartość żołądka podeszła jej do gardła. Od dziecka zmaga się z lękiem wysokości. Budynek otaczały ulice. Zastanawiała się chwilę, czy gdyby rozpędziła się dobrze, mogłaby przeskoczyć na dach budynku po drugiej stronie ulicy. Był w końcu sporo niższy. Doszła jednak do wniosku, że szybko utraciłaby pęd i zaczęła opadać prosto w dół. Zapewne wylądowałaby na ulicy i gdyby miała pecha, przejechałby po niej jakiś samochód. Kwestia wybicia też była ważna. Gdyby na przykład pośliznęła się, albo zaczepiła nogą, zrobiłaby z siebie pośmiewisko i stała się tą, co to nawet porządnie rzucić się z dachu nie potrafi. Szybko odpędziła od siebie te myśli. Co innego zawracało jej głowę.

Do miasta przyjechał cyrk wraz z wesołym miasteczkiem. Miał się też odbyć przemarsz wojsk oraz pokaz lotnictwa. W tym roku władze naprawdę się postarały aby uczcić pierwszy dzień lata. 
- Mamo! - krzyknęła Martina i zbiegła po schodach na dół. Bella spojrzała na nią uważnie i skrzywiła się lekko na jej widok.
- Mogłabyś chociaż raz ubrać się normalnie - powiedziała kobieta i wróciła do zmywania naczyń. Dziewczyna wywróciła oczami i usiadła na krześle. Przecież dziś wyglądała nawet normalnie. Brązowe szorty, czarna koszulka z nadrukiem zespoły Guns and Roses i trampki. Już dawno tak nie wyglądała.
- Pożyczysz mi trochę pieniędzy? - zapytała nastolatka, a jej matka spojrzała na nią kątem oka. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej wesoło. - No, bo na wstępy. Wiesz, że za każdą atrakcję w wesołym miasteczku trzeba płacić? - zapytała takim tonem jakby to było coś nowego i nadzwyczaj strasznego, a Bella bezradnie wzruszyła ramionami. Wytarła ręce w ręcznik i otworzywszy szafkę wyciągnęła z niej portfel, a potem i kilka banknotów.
- Pięćdziesiąt? - zapytała, a Martina kiwnęła potakująco głową. Wzięła je od matki i schowała do kieszeni spodni. Oczywiście wcześniej była u ojca, który jej dał drugie tyle. Miała jeszcze swoje oszczędności, więc martwić się już nie musiała.
- Kocham cię, wiesz? - zapytała i musnęła rodzicielkę w policzek. Następnie wstała z krzesła i już miała wychodzić z kuchni kiedy przez drzwi do ogrodu wszedł młody i dość wysoki, jak na swój wiek, chłopak.
- Dzień dobry - przywitał i podszedł do Martiny. - I co? Jesteś gotowa? - zapytał, a brunetka pokiwała twierdząco głową i pożegnawszy się wyszli z domu.

- Marudzisz jak stara baba - stwierdziła patrząc na Enzo, który w odpowiedzi wzruszył lekko ramionami.
- To nie moja wina, że nie mam ochoty iść na tą głupią karuzelę.
- A niby kogo? Skoro nie chcesz to sobie tutaj siedź, bo ja nie mam zamiaru rezygnować - powiedziała i już miała iść kiedy chłopak złapał ją za rękę.
- A nie lepiej w jakieś ustronne miejsce? Z dala od tego wszystkiego? - spytał unosząc wymownie jedną brew w górę. Martina wbiła mu łokieć między żebra i pokazała język w odpowiedzi.
- Nie mam zamiaru rezygnować z takiej zabawy! Nie chcesz iść ze mną, to nie. Pójdę sama.
- A idź w cholerę.
Siedziała cierpliwie i czekała aż wszyscy się załadują. Już nie mogła się doczekać kiedy zobaczy to wszystko z góry. Już raz widziała ale tylko tak przelotnie, gdyż statek tak szybko się poruszał, że nie zdążyła się przypatrzyć. W pewnej chwili ktoś się do niej przysiadł. Spojrzała z szerokim uśmiechem na bruneta, który odpowiedział jej tym samy,. Po kilku minutach karuzela ruszyła. Martina mocniej złapała za rurkę i ze strachem spojrzała jak ziemia się od niej oddala. Ludzie robią się coraz mniejsi i mniejsi... Nagle coś zazgrzytało, rozległ się huk i karuzela stanęła. 
- Co się dzieje? - zapytała ze strachem patrząc na siedzącego obok chłopaka.
- Utknęliśmy - odparł tak jak gdyby nigdy nic, a brunetka zbladła. Z trudem powstrzymała żółć, która podeszła jej do gardła i chciała się wydostać na zewnątrz. Odkąd tylko sięgała pamięcią cierpiała na lęk wysokości. - Ale chyba się nie boisz? - zapytał, a dziewczyna szybko pokręciła przecząco głową.
- Nie... Tylko jest mi niedobrze... - skłamała gładko, a następnie jęknęła i mocno zaciskając powieki. Usłyszała cichy śmiech chłopaka i z tego powodu oberwał, od niej, lekko w ramię. Wagonik się jednak poruszył i bohaterka z cichym piskiem wróciła na swoje miejsce.
- Widziałem jak byłaś na statku. Nie bałaś się wysokości w tak szybkim ruchu, a boisz się jak stoisz? - zapytał, a Martina przytaknęła kiwnięciem głowy. - Pomyśl o czymś przyjemnym. Każdy tak mówi i to podobno pomaga - poradził. Na nią jednak ta rada nie działała. Im intensywniej myślała o przyjemnych sprawach tym bardziej miała wrażenie, że zaraz spadną i się wszyscy zabiją.
- Zaraz umrzemy - jęknęła głośno, a chłopak pokręcił głową z dezaprobatą.
- Ethan - powiedział wyciągając rękę w jej kierunku. Spojrzała na niego, potem na jego rękę i uśmiechnęła się do niego kącikami ust. - Skoro mamy umrzeć to wypadałoby się znać.
- Martina- odparła ale nie ścisnęła jego dłoni. W jej głowie wytworzyła się myśl, że metalowa rurka, którą ściskała, może uchronić ją przed zbliżającą się śmiercią.. - Jak to umrzeć? - jęknęła przeciągle i po raz kolejny spojrzała w dół. 
- Co nas nie zabije, to nas wzmocni - rzucił i spojrzał na nią kątem oka. - Skoro myśli nie działają, to może porozmawiamy? - zaproponował.
- O czym ty chcesz rozmawiać w takiej chwili? Zaraz możemy umrzeć, a ty chcesz rozmawiać?! - krzyknęła. Po raz kolejny dało się usłyszeć zgrzyt i karuzela ruszyła. Martina odetchnęła głęboko i spojrzała na chłopaka. - Przepraszam?
Wtedy jeszcze nie sądziła, że znajomość z karuzeli zamieni się w coś poważniejszego. Krótka rozmowa, wspólne wyjście na dyskotekę. I... stało się. Martina całkowicie straciła głowę dla przystojnego Amerykanina, który skradł jej serce. Zapomniała o całym świecie i przeżyła najlepsze wakacje w swoim siedemnastoletnim życiu. Ale niestety. Nic co piękne nie trwa wiecznie. Przynajmniej nie w życiu brunetki. Wakacje się zakończyły i jej związek także. Nie było sensu dalej tego ciągnąć. Związki na odległość mają to do tego, że rozpadają się szybciej 

Z wysokości wszystko wydaje się być inne. Patrzyła na wszystko z góry, podziwiała widoki i w końcu mogła się zastanowić nad swoim życiem. Nie było ono złe. Nie miała patologicznej rodziny, nie była biedna. Nie miała straszliwych nałogów i nie zmagała się z ciężką chorobą. Nie musiała się martwić o jutro i mogła żyć z dnia na dzień.
Ale tak było kiedyś. Teraz wszystko się zmieniło. Życie zaczęło jej się sypać kiedy w jej mieszkaniu wybuchł pożar. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Tylko musiała zamieszkać ze swoją przyszłą teściową, która jej szczerze nienawidziła. Chociaż Martina nic jej nie zrobiła. Po prostu związała się z jej synem. Problemem też stawał się jej narzeczony, który pod wpływem matki zmieniał swoje podejście do ukochanej. Przestał ją traktować jak swoją królewnę. Stawała się dla niego wielkim problemem, z którym musiał walczyć siłą.

Dźwięk budziła wyrwał ją z pięknego snu. Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Wskazywał godzinę siódmą. Westchnęła ciężko i podniosła się z łóżka. Ostrożnie i po cichu. Tak, żeby nie zbudzić przy tym Enzo. Mężczyzna nigdy nie wstawał przed 7.30 i wściekał się kiedy ktoś go wcześniej obudził. Miał idealnie zaplanowane dzień i jeśli coś z jego planu ulegało chociażby najmniejszej zmianie, to był zły. I głównie wyżywał się za to na Martinie. 
Swoje kroki skierowała do kuchni, gdzie zaczęła przygotowywać śniadanie. Jajecznica z czterech jajek, z cebulką (albo szczypiorkiem) i bekonem. Do tego dwie, przekrojone na pół, bułki i czarna, bardzo mocna kawa bez żadnych dodatków. Takie śniadanie jadał od bardzo dawna. I nie przypominała sobie aby kiedykolwiek zmieniał swój jadłospis. 
Po kilku minutach śniadanie było prawie gotowe. Została jeszcze kawa do przygotowania. Wsypała odpowiednią ilość ziarenek do kubka, a następnie wzięła czajnik. Musiała dolać do niego wody, gdyż to co tutaj było nie wystarczyłoby na kawę dla Enzo. 
Wlała odpowiednią ilość i zakręciła kurki od kranu. Odwróciła się i ruszyła do kuchenki. Jednak w drodze powrotnej rączka od czajnika odpadła od reszty. Dźwięk uderzającego metalu o kafelki nawet trupa by z grobu wydostał. Martina jęknęła głośno i szybko zaczęła sprzątać. 
- Martina! - Głos kobiety przerwał jej pracę. Szybko podniosła się na nogi i spojrzała na swoją przyszłą teściową. - Co ty wyprawiasz?! Nawet głupiego czajnika nie potrafisz trzymać! Czy ty wiesz, że niektórzy o tej godzinie jeszcze śpią?! Nie wszyscy tutaj siedzą i pasożytują na pieniądzach innych! Muszą się wyspać i chodzić do pracy!
- Rączka odpadła. Kiedyś to się musiało stanąć - powiedziała cicho i delikatnie zagryzła dolną wargę. Po chwili w kuchni pojawił się Enzo, który nie był zadowolony z tego, że został wybudzony ze snu wcześniej niż chciałby.
- Co tutaj się dzieje? - warknął i zajął miejsce przy stole.
- Twoja narzeczona jest nieudacznicą. Powtarzam ci to cały czas! Widzisz? Nawet czajnika nie potrafi donieść z jednego miejsca na drugie - powiedziała pani Pirozzi patrząc na swojego syna, który w odpowiedzi wzruszył lekko ramionami. 
- Mówię przecież, że odpadła rączka. To nie moja wina. Trzeba było kupić nowy czajnik. Już od dawna wspominam, że lada chwila to się może zdarzyć. No i w końcu stało się.- W głowie brunetki jakoś te słowa były bardziej przekonujące. Victtoria spojrzała na nią i gdyby mogła, to zapewne już w tamtej chwili by ją ukatrupiła.
- Mówiłaś mi? A powiedz mi, moja droga, skąd ja mam brać na to pieniądze? Pomyślałaś o tym kiedyś?!
- Podobno w waszej rodzinie kobiety są od zajmowania się domem, a nie od pracowania. Słyszałam, że nie tolerujecie feministek.
- Martina! - powiedział Enzo, a dziewczyna spojrzała na niego. Widziała w jego oczach ten dziwny błysk i dlatego postanowiła przybrać taktykę obronną. Gdyby po raz kolejny zaatakowała, to mogłoby się źle skończyć. 
- Słucham, kochanie? - zapytała jakby nic się nie stało. Podeszła do mężczyzny i lekko musnęła jego policzek. Dobrze wiedziała, że tego nie lubi. Tym bardziej kiedy robiła to przy matce. Chociaż dla niej to nie było nic dziwnego.

Już dawno straciła rachubę czasu. Nawet nie zwróciła uwagi kiedy powoli zaczęło świtać. Nowy Jork budził się do życia. Musiała szybko się stąd zwijać jeśli nie chciała mieć nieprzyjemności. Ktoś, przez przypadek, mógłby źle zrozumieć jej zamiary. Przecież nie chciała stąd skakać! 
Podniosła się ze swojego miejsca i otrzepała się ze śniegu. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest zimno.  Wracając miała nieodparte wrażenie, że lada chwila coś się wydarzy. Nerwy zżerały ją od środka i musiała się bardzo wysilić aby skupić się na drodze. Nie chciała wylądować na chodniku z bólem jakieś części ciała.
Na szczęście do mieszkania dotarła bez żadnych nieszczęśliwych wypadków. Wyciągnęła z kieszeni pęk kluczy, znalazła właściwy i wsadziła go do dziurki. Chwilę pokręciła, aż w końcu zdała sobie sprawę, że drzwi są otwarte.
- Dziwne - mruknęła do siebie. Była bowiem w stu procentach pewna, że zamykała drzwi na klucz!
Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Odniosła wrażenie, że coś jest nie tak. Nerwowo rozejrzała się po mieszkaniu, a na podłodze dostrzegła płatki róż. Uśmiechnęła się szeroko i poszła drogą, które wskazywały. Zastanawiała się kto był tak mądry i wyrządził jej taki miły numer. 
Droga prowadziła prosto do sypialni, w której jednak nikogo nie było. Tylko na kanapie leżała pojedyncza, czerwona róża. 
- Niespodzianka - usłyszała za sobą i zbladła. Uśmiech zszedł jej z ust, a ona błyskawicznie się odwróciła.
- Enzo? Co ty tutaj robisz?!
- Twój ojciec to dobry i lojalny człowiek. Ale pod wpływem alkoholu wszystko idzie z niego wyciągnąć. Tęskniłem wiesz? - Uniósł lekko rękę w górę i pogładził ją po policzku.
- Idź stąd... - jęknęła cicho, a mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
- Już mi nie uciekniesz, kochanie. 

27/01/2014

1959. W Boga trzeba wierzyć, ale Bogu niekoniecznie. On ma tyle spraw do załatwienia, że często zapomina.


          Patrzył przez celownik karabinu snajperskiego. Lustrował drogę, biegnącą przez niewielkie afgańskie miasto. Niespełna 50 metrów dalej otworzyły się drzwi małego domku. Wyszła z nich jakaś kobieta z dwójką wesołych dzieci. Poza tym ulica była pusta. Miejscowi mieszkańcy, w większości przerażeni, pochowali się do swoich domów. Nie byli zachwyceni ich widokiem, zupełnie jakby mieli po dziurki w nosie widoku amerykańskich żołnierzy. Przy niektórych oknach wywieszone były czarne flagi,  na znak, że nie są w tym rewirze mile widziani. Wioska była pod silnym wpływem nieprzyjaciela. Z informacji wynikało, że w tym miejscu znajduje się duży skład z materiałami wybuchowymi. Niebezpieczeństwo  czyhało z każdej strony, ale musieli to sprawdzić. Nie mogli pozwolić by te materiały posłużyły do wytworzenia domowej roboty bomb. Musieli przeczesać miasto. Ich zadaniem było zapewnienie ochrony kolegom. Chodziło o to, by zapobiec ewentualnemu wpadnięciu w nieprzyjacielską zasadzkę.
Schriver jest wyszkolonym do akcji specjalnych komandosem marynarki wojennej. Prawie trzy lata zajęło mu szkolenie. Trzymał w rękach karabin snajperski należący do dowódcy plutonu, który już od dłuższego czasu zapewniał ochronę ulicy i potrzebował chwili odpoczynku. W tamtym czasie nie przeszedł jeszcze szkolenia na snajpera. Strasznie chciał nim zostać, ale droga do tego była długa. Dając mu tego ranka swój karabin, dowódca chciał sprawdzić, czy jest odpowiednim materiałem na strzelca.
Znajdowali się na dachu starego, podniszczonego budynku, stojącego na skraju miasteczka. Spojrzał przez celownik. W pobliżu nie było nikogo poza tą kobietą i dziećmi. Od początku wydawało mu się to podejrzane. Patrzył jak zbliża się do jego kolegów. W pewnym momencie wyjęła coś spod ubrania i wykonała dziwny ruch. Odbezpieczyła granat. W pierwszej chwili nie zdał sobie nawet z tego sprawy.
-To coś żółtego. - zakomunikował dowódcy. -Żółte i ma...
-Ona trzyma granat. - powiedział starszy stopniem mężczyzna. -To chiński granat.
-Cholera.
-Strzelaj.
-Ale...
-Strzelaj. Zdejmij ten granat Schriver.
Zawahał się.  Ktoś próbował połączyć się z żołnierzami będącymi w środku akcji, ale nie mógł ich wywołać. Szli wzdłuż ulicy, prosto w stronę kobiety.
-Strzelaj!- padł rozkaz.
Pociągnął za spust. Kula wyleciała z lufy. Strzelił. Granat padł. Kiedy wystrzelił po raz drugi - wybuchł. To był pierwszy raz, kiedy zabił kogoś z karabinu snajperskiego. Pierwszy raz w Afganistanie i jedyny, kiedy zabił kogoś innego niż biorącego udział w walce mężczyznę. Miał obowiązek strzelić. Kobieta i tak nie przeżyła by tej akcji. Zadbał jedynie o to, by nie zabrała ze sobą żadnego żołnierza. Było jasne, że chce ich zabić. Nie zwracała uwagi na to, kogo mógł rozerwać granat. Nie obchodziły ją biegające wokół dzieci, być może nawet jej własne, ani ludzie w domach. Była zaślepiona przez zło. Chciała za wszelką cenę zabić Amerykanów. Jego strzały ocaliły kilku rodaków. Uważał, że ich życie jest więcej warte, niż dusza tej kobiety. Wierzył, że może stanąć przed Bogiem z czystym sumieniem i odpowiedzieć za to, co zrobił. Jeden z żołnierzy zbliżył się do domu z którego wyszła kobieta. Pchnął drzwi, ostrożnie zajrzał a potem wszedł do środka. Wtedy nastąpił wybuch. Przez chwilę wstrzymali oddechy. Pluton rzucił się na ratunek jednego ze swoich przyjaciół. Kilku z nich, dokładniej ci, którzy stali bliżej miejsca wybuchu odniosło drobne obrażenia. Josh nie miał takiego szczęścia. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek patrzy i ma łzy w oczach, niezależnie od tego, jakim jest twardzielem. To był ten moment, kiedy Ethan głęboko znienawidził zło, które opętało kobietę i jej towarzyszów. Nienawidzi go po dziś dzień. Dzikie, nikczemne zło. To z nim walczyli w Afganistanie. To dlatego mnóstwo ludzi, także on, nazywało wrogów "dzikusami". Naprawdę, nie dało się inaczej opisać tego, z czym się tam stykali.

          Siedział za kierownicą swojego samochodu, jadąc główną ulicą miasta. Minął kilka sklepików i stację benzynową. Znajdował się już w Long Island, razem z dowódcą swojego plutonu. Niebo miało ołowiany kolor, świat tonął w szarawej mgle. Pogoda doskonale oddawała jego nastrój. Znaleźli punkt orientacyjny, niewielki drewniany kościół. Skręcił w lewo i przejechał jakiś kilometr wzdłuż drogi. Z daleka już widzieli  czerwony domek, wyróżniający się na tle białego krajobrazu. Zaparkował. Wysiedli z samochodu. Zaatakował ich styczniowy mróz a płatki śniegu spadały na ich głowy i płaszcze. Zanim odważył się ruszyć do przodu, stali chwilę przed furtką. Dom był parę metrów dalej. Robił to już kiedyś, teraz będzie tak samo. Bliskich zmarłego ogarnie smutek, ból, który towarzyszy myśli, że młody człowiek stracił życie na początku drogi. Uczucie pustki, niekontrolowane łzy, osamotnienie. Chcą być silni i dzielni, ale ich życie jest roztrzaskane w proch. Nie da się ich pocieszyć. Są przepełnieni żalem. Ethan próbował wziąć się w garść, jednak do dziś, kiedy zamyka oczy widzi przyjaciela, błagającego o pomoc. Czuje jak ściska jego dłoń powtarzając, że nie chce umierać. Nie mógł odpowiedzieć na to błaganie. Do tej pory nie może o tym zapomnieć.
Zatrzymali się na chwilę, a potem weszli do środka i zapukali do drzwi. Otworzyła im starsza kobieta, była ładna i zadbana, w oczach szkliły jej się łzy. Matka. Miał wrażenie, że smutek przetnie go w pół.
-Dziękuję, że przyjechaliście. - powiedziała cicho.
-Jesteśmy tu z powodu pani syna.- padła równie cicha odpowiedź. Weszli do domu. Na stoliku w holu stało duże zdjęcie Josha, oprawione w ramki. Znów widział go przed sobą, z lekkim uśmiechem, który zwykle gościł na jego twarzy.
-Nie cierpiał, prawda? Powiedz mi, że nie cierpiał.- usłyszał za sobą głos kobiety. Zanim odpowiedział, ukradkiem wytarł oczy mankietem.
-Nie, nie cierpiał. Od razu umarł.- powiedział dokładnie to, co chciała usłyszeć. Chciał opowiedzieć o niezłomnej odwadze jej syna, ale widział, że jeszcze nie pogodziła się z prawdą.
Przez następną godzinę próbowali rozmawiać jak dorośli. Było to trudne. Wiele można było powiedzieć, jeszcze więcej przemilczeć. Mimo wszystko musiał odbyć tą podróż. Obiecał sobie, że tak zrobi. Uważał, że to jego obowiązek, ale nie ułatwiało to sprawy. Przed wyjściem matka Josha uściskała ich jeszcze. Ethan sztywno skinął przed fotografią przyjaciela i wrócił do auta. 
          Często ktoś pyta go: "Ilu ludzi zabiłeś?". Ethan standardowo odpowiada: "A czy od tego co powiem, będzie zależało to, czy jestem w mniejszym lub większym stopniu człowiekiem?"
Liczba ofiar nie ma dla niego znaczenia. Żałuje, że nie zabił więcej wrogów. Nie po to, by mieć się czym przechwalać. Schriver uważa, że świat byłby lepszy bez tych dzikusów, którzy pozbawili życia jego rodaków, rodzinę i przyjaciół.  Każdy kogo zastrzelił, próbował zrobić jakąś krzywdę Amerykanom. Dręczą go wspomnienia sukcesów nieprzyjaciela. Nie było ich za wiele, ale nawet życie jednego Amerykanina jest tą jedną stratą za dużo. Ludzie próbują go zaszufladkować jako twardziela, równego gościa, dupka, snajpera, SEALsa a są pewnie i inne kategorie. Każda z nich mogła być prawdziwa jakiegoś konkretnego dnia. Schriver nie przejmuje się jednak tym, co myślą o nim inni. To jedna z tych rzeczy, za które podziwiał swojego ojca, kiedy był młody. Miał w nosie to, co myśleli inni. Był taki jaki był. Taka postawa to jedna z cech, dzięki którym nie zwariował. 
Jest coś jeszcze o co ludzie często go pytają: "Nie dokucza ci myśl, że zabiłeś tylu ludzi?"
Odpowiada: "Nie"
I na prawdę tak jest. Za pierwszym razem, kiedy się do kogoś strzela, człowiek robi się trochę spięty. Myśli: "Czy na prawdę wolno mi go zabić? Czy to rzeczywiście jest w porządku?". Ale kiedy już zastrzeli swojego wroga, przekonuje się, że to jest w porządku. I mówi: "Świetnie", a potem robi to znowu. Robi to po to, żeby wróg nie zabił jego rodaków. Na tym polega wojna.

22/01/2014

|1958| These battle scars...

They ain't never gonna change


— Jesteśmy na dobrej drodze, Greg.
Daphne klasnęła w dłonie, posłała mu szeroki uśmiech i usiadła na obrotowym krześle z wysokim oparciem. Zajmując miejsce na swoim tronie, jasno dawała mu do zrozumienia, że to dzięki niej byli na dobrej drodze, że bez jej sprytu, wiedzy i umiejętności nie zrobiliby na raz tylu kroków do przodu. Wiedział to, ale nie dawał po sobie poznać, jak bardzo irytuje go sposób bycia prawniczki, jak bardzo ma dość jej humorków i nieobliczalności. Daphne na co dzień była urocza, ślicznie się uśmiechała, śmiech miała doprawdy przyjemny, perlisty, idąc ciągnęła za sobą woń kwiatowych perfum i nie sposób było się za nią nie obejrzeć. Wiedział jednak, że ten obraz jest zwodniczy, że wcale nie jest uroczą kobietką, którą trzeba się opiekować. Panna Zane kusiła fałszywym wizerunkiem, a potem odbierała człowiekowi to, co najważniejsze — godność.
Już od dłuższego czasu żałował, że pozwolił się zwieść, że nabrał się na uśmiech, na dobre serce i chęć pomocy. Wiele razy obawiał się, że wszystko pójdzie w diabli, kiedy Daphne go zaskakiwała, kiedy pokazywała, jak bardzo zła potrafi być, jak nagina sytuację do swoich potrzeb i wykorzystuje ludzi. Gregory nie był kimś, kto zwykle przejmował się losem innych, ale odkąd ukończył odpowiednie szkolenia, zrozumiał, że od jego pracy i poświęcenia może zależeć życie ofiar pożarów, wypadków i katastrof. Nigdy nie miał presji do tego, żeby być bohaterem, ale musiał mieć pieniądze, musiał zapewnić córce godny byt. Dla małej Mii był skłonny poświęcić wszystko. Mia była jego wszystkim. A jego wszystko zależało nagle od rozkapryszonej prawniczki, która mimo swojego paskudnego charakteru, zawsze dostawała to, co chciała.
— Czyli? — spytał po kilku minutach milczenia. Naprawdę nie miał ochoty z nią rozmawiać, ale skoro już był w jej eleganckim i jednocześnie skromnym biurze, musiał postarać się o to, aby załatwić to jak najszybciej, jak najsprawniej i najbardziej efektywnie. Był w tym miejscu już kilkanaście razy i zawsze czuł się tak samo obco. Surowe wnętrze pomieszczenia nie budziło zaufania, podobnie jak twarz kobiety, teraz rozpromieniona wesołych, ciepłym uśmiechem, który jak na złość nie docierał do jej oczu.
— Mamy kilka rzeczy na Leslie… panny Scully — chrząknęła, odgarniając kosmyk ciemnych włosów za ucho. — Trzy nieudane próby samobójstwa? Tabletki popijane alkoholem? Podcinanie żył? Jesteś… Jest pan bardziej stabilny emocjonalnie. Jest pan też zdecydowanie silniejszy, pracuje pan i lepiej zarabia…
— Leslie pracuje?
— Owszem… — Daphne przełożyła kilka kartek, drapiąc się palcami wolnej dłoni po policzku. — W kwiaciarni.
— Przecież ma uczulenie na pyłki. Ma uczelnie na wszystko! Nawet na penicylinę… — warknął, prostując się w mało wygodnym krześle, które w porównaniu z obrotowym fotelem prawniczki wydawało się naprawdę ubogie. Zane spojrzała na niego znad okularów, które ściągnęła właśnie z nosa i uśmiechnęła się jeszcze promienniej.
— Zatem jesteśmy na najlepszej drodze, Greg. Właściwie już wygraliśmy… — odepchnęła się od biurka, wstała i uśmiechnęła się pod nosem, obchodząc stojący mebel. — O takiej współpracy mówiłam, kiedy się poznaliśmy, panie Walker… — rzuciła cicho, próbując być kuszącą i pociągającą. Była piękną kobietą i mogła mieć każdego, a przynajmniej na pewno miała o sobie takie mniemanie. Oparła się o biurko i przesunęła palcami po policzku mężczyzny, który wstał i ułożył dłonie przy biodrach Daphne.
— Nie przeginaj — warknął cicho, wyprostował się i opuścił pomieszczenie, które w dalszym ciągu przyprawiało go o nieprzyjemne dreszcze. Głównie ze względu na urzędującą tam kobietę.


Korytarz w budynku sądu był szeroki i długi, ale nie na tyle, aby Greg miał możliwość ukrycia się przed spojrzeniem Leslie. Siedział na jednym z krzeseł, tolerując obok siebie osobę prawniczki, która tryskała entuzjazmem. Sprawa Walkera miała być kolejną zamkniętą przez nią sprawą, kolejnym sukcesem. Mogła tylko żałować, że nie brała od niego żadnych pieniędzy. Mężczyzna czekał, aż będą mogli wejść do sali, usłyszeć wyrok, zabrać Mię z ośrodka do mieszkania i zacząć na nowo żyć. Wiedział, że wygrali. Wywiad przeprowadzony z córką tuż po świętach przeważył na jego korzyść, a Daphne dołożyła wszelkich starań, żeby pełnomocnik panny Scully sam podkładał sobie kłody pod nogi.
Leslie siedziała kilkanaście metrów dalej i praktycznie nie spuszczała z niego wzroku. Czuł się, jak okaz w zoo. Nie miał wyjścia, tępo wpatrywał się drzwi naprzeciwko, licząc na moment, kiedy jeden z ochroniarzy, otworzy drzwi i zawoła ich na koniec rozprawy. Chciał tego końca. To musiał być koniec. Przez ponad pół roku zmagał się z przeciwnościami, mieszkał praktycznie sam i raz na dwa tygodnie mógł widywać swoją córkę, podobnie jak Leslie. Wielokrotnie nasłuchał się o tym, że Mia nie chce spędzać czasu z matką, ale jego była dziewczyna obrała sprytną taktykę i zasypywała małą prezentami, które w ostatecznym rozrachunku i tak były zabierane na przechowanie przez pracowników ośrodka socjalnego, gdzie ostatnie pół roku spędzała ich córka.
Ich. Greg musiał się pogodzić z faktem, że Mia nie była tylko jego dzieckiem. Miała też matkę, która podrzuciła ją trzy lata temu pod drzwi jego mieszkania. Miała matkę, która po trzech, długich latach, które wcale łatwe nie były, przypomniała sobie o istnieniu dziecka. W ciągu ostatnich czterdziestu miesięcy, Walker uczył się, jak być ojcem. Nie był na to przygotowany, nawet nie wiedział, że Leslie jest w ciąży, kiedy po prostu zniknęła. Nie szukał młodej dziewczyny, bo nigdy wcześniej nie przywiązywał się do ludzi, a jedyną bliską mu osobą była matka.
Mia zmieniła jego świat. Sprawiła, że wszystko stało się lepsze, chociaż z pewnością nie łatwiejsze. Z faceta nieradzącego sobie z emocjami, musiał zmienić się w rozważnego mężczyznę, który agresję wstrzyma na wodzy i wychowa córkę tak, jak powinien. Dlatego kiedy już przyzwyczaił się do roli ojca, nie wyobrażał sobie życia bez Mii. Nie mógł też pozwolić na to, aby ktokolwiek mieszał się w jego życia. Ktokolwiek obcy. A Leslie na swoje nieszczęście była obca. Dla niego. I dla Mii.
Drzwi otworzyły się, mężczyzna skinął głową, wszyscy czekający wstali ze swoich miejsc. Daphne przesunęła dłonią po ramieniu Grega, stanęła przed nim, poprawiła marynarkę, poklepała go po piersi i po wykonaniu tych kilku drobnych gestów, pewnym krokiem ruszyła przed siebie, a Walker chcąc nie chcąc, musiał podążyć za nią.
Denerwował się. Już dawno nie był tak bardzo zły i tak bardzo wystraszony, jak teraz. I chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że wygraną mają w kieszeni, musiał zrozumieć, że większość zależało od ławy przysięgłych. Spojrzał na siedzących tam kilkunastu ludzi, a potem na podstarzałą sędzinę.
— Pełnię praw rodzicielskich przyznaję na mocy danych mi uprawnień panu Walkerowi. Terminy i godziny widzeń z panną Scully, uzgodnicie państwo za pomocą pełnomocników. To by było wszystko. Miłego dnia. — Kobiecina wstała, skinęła lekko głową i wyszła. Dwa minuty na sali rozpraw. Bez żadnej widowni, prasy i oklasków. Ot, kolejna zwyczajna sprawa, którą musieli rozstrzygnąć. Dwoje skłóconych ludzi, los małego dziecka i zaciekli prawnicy po obu stronach. Pewna siebie i wyniosła Zane oraz nieco ciapowaty Andrew Marshall. Wygrała Zane, która teraz emanowała czymś więcej, niż tylko pewnością siebie, kiedy chowała do aktówki potrzebne dokumenty.
— A nie mówiłam? — spytała, kiedy już wstała i wyciągnęła drobną dłoń w kierunku mężczyzny, który jakby od niechcenia uścisnął jej rękę i krótko nią potrząsnął. Nie powiedział nic. Ani słowa. Teraz z odpowiednią kartą papieru musiał udać się do ośrodka po Mię. — Nie muszę też chyba mówić, że od teraz jesteś moim dłużnikiem, Gregu Walkerze? — Uniosła zadziornie brew ku górze, cofnęła rękę i powiedziała coś jeszcze, że chwilę musi na nią poczekać.


Greg nie chciał być niczyim dłużnikiem, ale kiedy kucał przy łóżku swojej córki i przyglądał się jej rozpromienionej buzi, wiedział, że postąpił słusznie. Mia głaskała leżącą przy jej brzuchu małą sunię, która zadowolona rozciągnęła się w miarę swoich możliwości i wciąż domagała się pieszczot. Walker nie miał pojęcia, co zrobiłby ze sobą i swoim życiem, gdyby odebrali mu córkę na stałe. Wolał być dłużnikiem Zane, niż nie mieć nic.
— Musimy ją nazwać… — szepnęła Mia, drapiąc bezimiennego psiaka po brzuszku. Greg oparł przedramiona na udach i potaknął głową. Wiedział, że gdyby zabraliby mu Mię, zniknąłby. I wiedział, równie dobrze, co poprzednią rzecz, że zrujnowałby pewną relację po raz drugi. I wtedy nie dostałby szansy na ponowne spróbowanie.
— Jakieś propozycje?
— Myślisz, że będzie z nami szczęśliwa?
W odpowiedzi na pytanie córki, skinął tylko głową, na krótką chwilę zerkając na szczeniaka, który zdawał się być teraz w siódmym niebie, kiedy odzyskał z powrotem małą właścicielkę, która na pewno okazywała suni więcej czułości niż strażak, będący w kontaktach z psiakiem nieco nieporadny.
— I nie będzie chciała od nas odchodzić?
— Skąd…
— Lucky. Może nazywać się Lucky, tato?
Walker skinął głową i uznał, że Lucky idealnie opisuje stan rzeczy. Podniósł się, aby praktycznie od razu pochylić się nad córką i musnąć ustami jej czoło.
— Śpij już, Kruszynko.
Był zmęczony ponad półroczną walkę o Mię. Wiedział, że nie powinien, ale chwilowo nie miał siły na nic innego, jak tylko sięgnięcie po szklankę whisky i zaśnięcie na kanapie przy jakimś tanim filmie.
— Tato… — Usłyszał, będąc już przy drzwiach. Z ręką na klamce, odwrócił tylko głowę, zerkając kątem oka na leżącą Mię. — Dzisiaj chciałabym nazywać się Lucky.
Uniósł lekko kąciki ust, zgasił światło i zostawił uchylone drzwi, kiedy opuszczał sypialnię córki.

20/01/2014

1957. "(...) nikt nie będzie mógł spalić moich wspomnień."


Brudnego i chorego psa znaleźli drzemiącego na poboczu autostrady West Side. Był porzuconym kaleką z poszarpanym lewym uchem, mistrzem w zbieraniu papierosowych oparzeń – jednookim psem do walk, porzuconym na pastwę losu i łaskę rzecznych szczurów. Wokół rozlegał się głośny huk ruchu ulicznego: warkoczące, stare furgonetki; zgrzytające ciężarówki z tylnymi drzwiami zamykanymi na kłódki; białe limuzyny z przyciemnianymi szybami; żółte taksówki. Hałasy z ulicy mieszały się z rykiem startujących i lądujących samolotów, na pobliskim lotnisku.
            Ryan zatrzymał swój samochód na poboczu i wyłączył silnik. Zamknął drzwi i podszedł do psa. Był dwudziestopięcioletnim, postawnym chłopakiem, prawie już mężczyzną. Jego policzki poczerwieniały od mrozu. Czarne, gęste włosy były potargane przez wiatr i sterczały we wszystkie strony świata. Za nim z auta wysiadł Ethan. Podszedł bliżej potrząsając niecierpliwie głową. Otulił się szczelniej szalikiem a zmarznięte dłonie schował do kieszeni kurtki. Miał piętnaście lat ale wyglądał starzej. Dzieliło ich w sumie dziesięć lat, choć różnica ta nie była tak bardzo widoczna.
-Widzisz? – powiedział Ryan - On jeszcze żyje.
-Co to za rasa? Pitbull?
-Musiał kogoś sporo kosztować.
-Wyrzucili go tutaj, żeby zdechł. – psie futro przesiąknięte było krwią, roiło się od pcheł. –Wyrzucili go przez okno i pojechali dalej.
-Co z nim zrobimy? Będziemy patrzeć jak zdycha? – pies wpatrywał się w nich nieufnie. Pobocze obok jego łap było usłane potłuczonym szkłem, śmieciami wyrzucanymi z okiem przejeżdżających samochodów, strzępkami pękniętej opony. Ryan przykucnął obok psa przyglądając mu się uważnie. Próbował ustalić, czy lewe biodro zwierzęcia jest złamane. Chciał sprawdzić, czy jego stan faktycznie jest taki zły, na jaki wygląda. W świetle ulicznych latarni Ryan wyglądał blado. Mróz wymalował jego policzki na różowy kolor. Co jakiś czas pociągał nosem. Mimo chłodu jego kurtka była rozpięta. Na szyi połyskiwał łańcuszek z krzyżykiem. W pewnym momencie pochylił się za bardzo a zaniepokojony pies rzucił się w kierunku jego twarzy. Był tak blisko, że chłopak mógł poczuć śmierdzący, psi oddech. Odsunął się gwałtownie w tył siadając na poboczu.
-Widziałeś? Chciał mnie dziabnąć. Ten skubaniec.– stanął na równe nogi i otrzepał się. Odłamek szkła zadrapał wewnętrzną stronę prawej dłoni, w tym miejscu pojawił się niewielki ślad krwi.
-Już go lubię.- Wytarł ręce o tylną stronę spodni. Wysiłek doprowadził psa do zadyszki. Opadł na miejsce ciężko sapiąc. Skulił uczy i znów zaczął przyglądać się nieznajomym.
-Myślę, że on nie chce się z tobą bawić Ryan.-
-Weźmiemy go.- mówiąc to, szedł już w stronę samochodu.
-Nie wiem czy to dobry pomysł, on próbował ci przegryźć tętnicę. -  Ryan wzruszył ramionami.
-Parz, co z nim zrobili. Używali go jako pierdolonej popielniczki. –  nie zamierzał odpuścić. Wyciągnął z bagażnika gruby koc.
-To dobry pies, widzę to w jego oczach. Popatrz, jeszcze trochę poczekamy a zdechnie. On nie jest  gotowy na śmierć.- z kocem w ręku stanął obok swojego brata. Mimo różnicy wieku byli sobie równi pod względem wzrostu i zapewne siły. Ryan ostrożnie obszedł psa.
-Zajmij go czymś- polecił. Ethan rozejrzawszy się kopnął leżącą na poboczu puszkę po pepsi. Potoczyła się z hukiem po asfalcie przykuwając uwagę psa. W tym momencie Ryan rzucił koc na zwierzę, skoczył do przodu i objął go w pół. Skrępowany wił się i rzucał. Szarpał i wbijał zęby w gruby materiał, jakby chciał skręcić kocowi kark. Walczył dzielnie ale uścisk mężczyzny był silniejszy. Udało mu tylko oswobodzić jedną łapę. Pazury wbijał agresywnie w odsłonięty kark ‘napastnika’, do momentu, w którym nie został wrzucony do bagażnika. Wpadł we wnękę na zapasowe koło a zanim złapał równowagę Ethan zatrzasnął klapę. Całe przedstawienie trwało może pięć minut.
-Krwawisz.- zauważył Ethan, kiedy wsiedli już do auta.
-To krew psa.- spojrzał w lusterko a dłonią dotknął miejsca z którego sączył się mały czerwony strumyk.
-Nic mi nie będzie. –  ujadanie psa w bagażniku tłumiły odgłosy z ulicy.
-Zdezynfekuję to u weterynarza.- dodał, bo właśnie tam miał zamiar teraz pojechać. Krew ciekła mu po ramieniu wsiąkając w koszulkę. Nawet nie poczuł, kiedy pies zerwał mu z szyi łańcuszek. Krzyżyk dołączył do śmieci, którymi usłane było pobocze a oni odjechali. Zgubione szczęście.

            Promenada wznosząca się nad East River. Ethan siadywał na tej ławce setki razy. Po sprzedaży mieszkania rodziców wprowadził się do Queens i do tej pory nie zmienił lokum. To był jego ulubiony punkt miasta. Ktoś, kto nagle traci niemal wszystkie bliskie osoby, potrzebuje nowego startu. Najlepiej w miejscu, gdzie wspomnienia można uśpić. Taką oazą stało się właśnie Queens, w całej okazałości, ze stalowymi mostami, kłębami dymu, czerwonymi holownikami, magazynami. To chciałby widzieć codziennie.
Smycz jest mocno naciągnięta na nadgarstku mężczyzny. Pies chce biegać, rwie się do przodu stając na tylnych łapach. Jak na swój wiek jest niezwykle ruchliwym zwierzęciem. Po tylu latach przyprowadzania go nad rzekę, Ethan wie, że spuszczenie go z uwięzi groziłoby wielką katastrofą na promenadzie. Może pitbull dosiadłby suki dalmatyńczyka, albo wszcząłby awanturę z rottweilerem. Był gotów na wszystko. Rocky przysiadł na ziemi obok ławki. Chwila szaleństwa spowodowała u niego lekką zadyszkę. Po chwili kładzie głowę na kolanach właściciela. Sędziwy wiek daje mu się odczuć. Pies jest dla Ethana istotą bardzo bliską. Po utracie bliskich pozostał mu tylko on. Był z nimi w momencie ataków z 11 września, kiedy służby informowały o śmierci ich rodziców. Żegnał z nim Ryana, który w porywie zgłosił się na ochotnika do wojska i poleciał do Afganistanu, skąd nigdy już nie wrócił. Nie miał serca by pozbyć się psa. Jednookiego bandyty z sercem wielkim i wdzięcznym, za uratowanie życia i za okazaną miłość. 


Pierwsze egzaminy zaliczone. Nie chciałam w nudny sposób opisywać historii, wyszło więc takie coś :) Wątki jutro powinny się pojawić :) 

11/01/2014

1956. Przebudzenie

Nie pamiętam, czy pierwszy dzień, kiedy Cię spotkałam, był ostatnim, w którym płakałam z błahego powodu.
Wiem tyle, że nie miałam ochoty już być sobą - wycofaną, zamkniętą i ponurą, wyczekującą na rozwiązania, które znikąd mnie nie dobiegały. Dość miałam złudzeń w postaci pomyłkowych telefonów; rachunków, wypełniających moją skrzynkę pocztową; sąsiadów, którzy przyszli tylko po cukier.
Byłam samotna i jedynie Ty to wiedziałeś. Powiedziałeś mi kiedyś, że obserwowałeś mnie jakiś czas, kiedy śpiewałam na ulicy, uderzając lekko w gitarowe struny. Myślałeś, że jestem szczęśliwa, ale tak naprawdę, jedynie muzyka była moim towarzyszem. To nic złego przecież. Ludzie zawodzą, oszukują. Tylko dźwięki były czyste, szczere. Wolałam tamto życie.
Zanim poznałam Ciebie.
Niebo jest dziś wyjątkowo czyste. Kilka chmur niespiesznie pędzących po nim przypomina mi dni, kiedy leżeliśmy na trawie i zastanawialiśmy się nad kształtami rysującymi się nad nami. Pamiętam nawet, jak brzmiał twój śmiech. Nie sądzę, abym umiała kiedykolwiek o nim zapomnieć. Czasem, kiedy spaceruję ulicami, wyłapuję w mężczyznach szczegóły, które przywołują mi na myśl Ciebie. Niski, przyjemny dla ucha głos, uśmiech jednym kątem ust, spojrzenie niebieskich oczu. Kraciaste koszule, przydługie włosy.
Tęsknię i nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę. Nie musisz się jednak martwić - wszystko jest zachowane w racjonalnych granicach. Wiem, że już nie wrócisz, ale tam będzie Ci lepiej. Podobno. Tylko ta myśl daje mi szanse na uśmiech. Bo co, gdybym nagle zapomniała o Tobie i ruszyła z miejsca? Zdradziłabym Cię, wiem to. Tylko ja już nie chcę płakać w poduszkę, patrząc, jak czas przepływa mi przez palce. Nie łapię chwil, wieczory spędzam w ciszy. Wiem, że nie tego dla mnie chcesz. Dlatego postanowiłam, że nie musimy odchodzić razem.
Wybaczysz mi?
W końcu wracam na studia. Tak bardzo mi tego brakowało. Zajęć, nowych ludzi, poznawania nowych rzeczy. Wyjścia z domu, wyjścia z obłędu. Wczoraj odkryłam, że herbata znowu mi smakuje, że cukier wcale nie ma gorzkiego smaku. Dlatego piszę ten list, Kochany. To moje pożegnanie, ale nie ostateczne. Jeszcze nie jeden list do Ciebie nie dotrze. Jeszcze nie jedna piosenka nie dosięgnie twoich uszu... Będę pamiętać, ale muszę pozwolić Ci odejść. Tylko wtedy słońce znowu zaświeci, a lód na sercu stopi się.
Tak często nie wiem, co robisz i wciąż się nad tym zastanawiam. Czy cokolwiek robisz? Na pewno. Ludzie nie mogą tak po prostu przestać istnieć. Kiedy znowu się spotkamy, nie wiem, kim będę. Może sławnym fizjoterapeutą, który pokona każdą kontuzję, który nie skreśli żadnego pacjenta? Może wydam płytę.
Czasem czytam te śmieszne, żółte karteczki, które nalepiałeś w każdym widocznym miejscu i uśmiecham się lekko.
Dziś mogę odpowiedzieć Ci na dwa pytania, które mi w nich zadałeś.
Tak, wyszłabym za Ciebie za mąż, nawet gdybyś nie zarobił takiej sumy, o jakiej pisałeś.
Tak (chociaż nie wiem, jak w innych warunkach to byłoby możliwe), zakochując się w kimś innym, nadal kochałabym Ciebie. Miejsca na tę Miłość nigdy nie braknie mi w moim sercu.
Nie pamiętam, czy pierwszy dzień, kiedy Cię spotkałam, był ostatnim, w którym płakałam z błahego powodu. Wiem jednak, że był jedynym, który zmienił moje życie. Czekam na takie następne, dlatego New York, dlatego studia.
Zawsze już twoja, Ever


Porządnie zapieczętowała kopertę, do której wsunęła list, aby po chwili w szczupłe palce ująć zapalniczkę i spalić to, co dopiero drżącą dłonią napisała. Słońce wdzierało się ostatkiem sił do zielonego, pełnego wypchanych po brzegi pudeł, pokoju i padało na jej jasne policzki. Uśmiechnęła się delikatnie, wierząc, że dym ze spalonej kartki uleci wprost do Niego. Że będzie wiedział wszystko, co chciałaby mu powiedzieć, chociaż zbyt mało tego, jak na "wszystko". Po siedmiu miesiącach zapragnęła ruszyć. Przebudziła się ze snu, w którym dotąd egzystowała. Przymknęła powieki, myśląc o kolejnych dniach. Spojrzała na spakowane rzeczy, raz jeszcze w myślach kalkulując, na ile jej starczy. Będzie musiała znaleźć pracę, co w połączeniu ze studiami medycznym będzie ogromnym wyzwaniem. Ale kiedy miałaby zacząć walczyć o własne życie, jak nie teraz?

trochę przeszłości. i krótkie wyjaśnienie,
dlaczego Ever jest, jaka jest.

06/01/2014

1955. Call me your favourite, call me the worst. Tell me it's over, I don't want you to hurt.


"Trzymasz w ręku zapaloną pochodnię: jeśli trzymasz ją prosto, płomień kieruje się ku niebu; jeśli ją przechylisz, płomień wznosi się wciąż ku niebu; jeśli ją odwrócisz, czy płomień zwróci się ku ziemi? Niezależnie od ustawienia pochodni, płomień nie zna innej drogi: zawsze wznosi się ku niebu. Najpotężniejszą bronią na ziemi jest rozpalona ludzka dusza."
(Ferdynand Foch) 


26 grudnia 2013

      Joyce Clarice Jareau czuła się jak tchórz. Owo uczucie towarzyszyło jej w wielu momentach życia i nie było ani trochę obce. Od chwili, gdy dowiedziała się o ciąży, poczucie tchórzostwa nie opuszczało jej praktycznie wcale. Nie chciała cieszyć się ciążą, nie oglądała uroczych ubranek, 
nie planowała zakupu łóżeczka ani innych bobaskowych bambetli. Tylko nocami nuciła kołysanki, gładziła rosnący brzuszek i przemawiała słodko do rozwijającego się pod jej sercem ludzika. 
Nie powiedziała Carmine’owi o dziecku i nie wiedziała jak to zrobić. Unikała skype’a jak ognia, nie odpisywała na maile, omijała miejsca, w których mogłaby spotkać jego znajomych. Jak rasowy tchórz, chowała się do dziury i udawała, że jej nie ma. Tak było prościej, ale czy łatwiej? 
Na to pytanie mogła sobie odpowiedzieć tylko ona, jednak również i w tym przypadku nie chciała na nie odpowiadać.

      Na wszystko przychodzi odpowiednia pora. Na stawienie czoła rzeczywistości również. Zmiażdżona pobytem w domu rodzinnym i reakcją najbliższych JJ wróciła do swojej kawalerki w drugi dzień świąt wieczorem. Nie płakała, nie histeryzowała, zachowała stoicki spokój. Rozpakowała walizkę, zrobiła sobie herbaty, wzięła prysznic i usiadła na łóżku, zawinięta w koc, z laptopem na kolanach. Odpaliła komunikator z drżącym sercem i oczywiście, Carmine miał status „dostępny”. Ruda wzięła więc głęboki oddech i kliknęła dwukrotnie na ikonce. Powietrze wypuściła dopiero wtedy, gdy na ekranie pojawiła się informacja o zaakceptowanym połączeniu.
- JJ, nareszcie! Jak długo zamierzałaś mnie do jasnej cholery unikać? – Tak, na monitorze pojawił się Carmine Dwight we własnej osobie. Wyglądało na to, że schudł i nie golił się od paru dobrych dni. Gdyby jakość obrazu była lepsza to pewnie udałoby się JJ wyłapać także inne szczegóły.  
- Gdyby to ode mnie zależało to unikałabym Cię do końca świata – odpowiedziała Jareau, ale nie udało się jej ukryć wzruszenia. Głos jej drżał, a w oczach pojawiły się łzy. Tak cholernie za nim tęskniła, wystarczyło, że usłyszała jego głos i zobaczyła twarz, by na dobre się rozkleić. 
- Tym bardziej jestem zaszczycony, że zdecydowałaś się ze mną skontaktować – kontynuował mężczyzna, nieświadomy tego, co zamierza mu wyjawić Joyce. – Nie obraź się, ale wyglądasz jakbyś miała zaraz zwymiotować.
- Czy mógłbyś się zamknąć?! – Warknęła JJ, doprowadzona do skrajnej pasji. Luz i ekstrawagancja w głosie i spojrzeniu Dwighta nie pomagała jej wcale, wręcz przeciwnie, zagotowała w niej krew.  – Zbieram się, żeby Ci w końcu o czymś powiedzieć, żebyś nie doznał szoku, kiedy wrócisz. Czy mógłbyś zamilknąć na chwilę? 
Carmine nie powiedział ani słowa, spojrzał uważnie na Joyce i czekał, aż wreszcie powie, co ma powiedzieć. Nie rozumiał jej, nigdy nie rozumiał i chyba nigdy nie zrozumie. Coś w niej było, co kazało mu krążyć wokół niej i jednocześnie uciekać gdzie pieprz rośnie. Tęsknił za nią, za jej głosem, zapachem masła do ciała, perfumami, ustami i ciałem. Czasami, gdy budził się nad ranem, wydawało mu się, że jest obok niego, że czuje ciepło jej skóry i muskanie włosów na ramieniu. Gdy to wszystko okazywało się iluzją ogarniało go coś na kształt smutku. Zaraz jednak wracał do rzeczywistości. Był w Afganistanie, w Ghazni, w centrum działań wojennych. Wokół niego wybuchały miny, rozbijały się samochody wojskowe, codziennie ginęli ludzie. Nie było miejsca na uczucia, wspomnienia, przeszłość. Był żołnierzem, a oni cierpieli w milczeniu, całkowicie oddani krajowi. 
- Odwagi, JJ, miej to za sobą – pomyślała Joyce i odsunęła laptopa od siebie na tyle, by móc wyprostować się i pokazać swój zaokrąglony brzuch. Wzięła głęboki oddech i wypaliła:
- Będziemy mieć dziecko.
Po drugiej stronie zaległa cisza. Zszokowany mężczyzna wpatrywał się w wypukłość na ciele Joyce z niedowierzaniem w oczach.  JJ modliła się, by powiedział cokolwiek, by ta cisza w końcu została przerwana. Czuła, że umrze jeżeli on nie wypowie ani słowa.
- Nie mogę mieć teraz dziecka – wykrztusił w końcu Carmine. – Tylko nie teraz. Nie mogę.
Nie o takie słowa jej chodziło. W tym momencie Joyce pożałowała tego, że jeszcze żyje. Zdruzgotana nie była w stanie nic odpowiedzieć. Dopiero po dłuższej chwili spytała słabym głosem:
- Wolałbyś, żebym zabiła nasze dziecko?
Carmine nie odpowiedział wprost. Zmarszczył czoło i odparł pytaniem na pytanie:
- Czy jesteś pewna, że to moje?
Tak, to pytanie było czystym skurwysyństwem. Dobrze wiedział, że był dla niej jedyny i nie było możliwości, by spała z kimś innym. Dlaczego więc zakwestionował swoje ojcostwo?  Tak było lepiej. Nie mógł teraz wrócić i zająć się obsranymi pampersami. Był potrzebny na służbie. Tydzień wcześniej przedłużył swój pobyt do roku, zostało mu jeszcze ponad jedenaście miesięcy, nie mógł i nie chciał wracać. Mógł w każdej chwili zginąć. Nie chciał tego fundować JJ ani ich dziecku. Tak było po prostu lepiej. Wiedział, że Joyce w końcu ułoży sobie życie z kimś normalnym. Kto będzie dla niej dobrym mężem i tatą dla malucha. On do tej układanki nie pasował.
- Jesteś skurwielem, wiesz o tym? – Joyce prawie zakrztusiła się powietrzem. Gdyby  Dwight znajdował się blisko niej to prawdopodobnie już by nie żył. – Kiedy dziecko się urodzi to za szmaty zaciągnę Cię na badania DNA, ale nie po to by wyciągać od Ciebie cokolwiek. Chcę, żebyś wiedział, że to Twoje dziecko. Dam Ci szansę, nie zabiorę maleństwu ojca, ale musisz sam tego chcieć. U mnie już jesteś spalony. Nie wybaczę Ci tego, że zwątpiłeś, jak możesz wątpić?
- Dbaj o siebie, JJ, szczęśliwego nowego roku – skwitował jej słowa Carmine i zwyczajnie się rozłączył. Joyce jeszcze przez parę minut wpatrywała się bezmyślnie w monitor laptopa.  
Na rodzinę nie bardzo mogła liczyć, teraz okazało się, że Dwight również umył ręce od odpowiedzialności.  Rozpłakała się, bo cóż innego mogła w tej sytuacji zrobić.  Serce popękało jej na miliony maleńkich kawałeczków, a dusza wyła z bólu. Tego było za dużo.
- Wszyscy nas zostawiają, maleństwo – załkała, otaczając brzuszek dłońmi w obronnym geście.  - A ja nie jestem materiałem na dobrą mamę…


1 stycznia 2014

      JJ była praktycznie pewna, że nie zdoła przeboleć ostatnich przeżyć.  Ku jej zdziwieniu udało się i jedyną reakcją organizmu na stres było krótkie omdlenie na lodowisku, gdzie bohaterski Jeremy uratował jej głowę przed rozbiciem i zapewnił, że w jego towarzystwie nie pójdzie już ani na łyżwy, ani na rolki, rower, generalnie na żadne aktywności fizyczne poza spacerem. Najlepiej, żeby leżała pod kocem i jadła ogórki kiszone, już on o to zadba.
Tylko Jerry na razie wiedział o rozmowie Joyce z Carmine’m i solennie obiecał trzymać buzię na kłódkę. Oczywiście obiecał również brutalny i bolesny mord na mężczyźnie przy najbliższej okazji, która raczej nie miała nadarzyć się szybko. Szczerze mówiąc miał ochotę wpakować się do samolotu i własnoręcznie wepchnąć delikwenta na jakąś minę, która rozerwałaby go na tyle kawałków na ile pękło serce jego przyjaciółki. 
Joyce nie chciała psuć przyjaciółkom imprezy sylwestrowej i dzielnie ukrywała prawdę, starając się naprawdę dobrze bawić. W 2014 rok weszła z uśmiechem na ustach i bezalkoholowym mojito w dłoni, obiecując sobie, że da radę.  Dla siebie i dla swojego synka. Tak, miała urodzić chłopca, jak wykazało badanie zrobione dwa dni wcześniej...