Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

23/05/2018

2074. "W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość - marzenia."

Drodzy Autorzy!

🎉Dziś szczególny dzień! Świętujemy dziesiąte urodziny bloga i przyznam szczerze, iż nie chce mi się wierzyć, że już tyle czasu minęło od dnia jego otwarcia. Doskonale pamiętam moment, w którym dołączyłam na NYC. Moje powitalne opowiadanie było jednym z pierwszych, lecz wtedy dość szybko zniknęłam z bloga. Wyjechałam na wakacje, a po moim powrocie na NYCu było już tyle postaci i tyle się działo, że szesnastoletnia wówczas ja stwierdziłam, że tego nie ogarnę... Wróciłam rok później i od tamtej pory jestem. Najpierw jako zwyczajny autor, później pomoc administracji, aż w końcu złożyło się tak, że przejęłam pieczę nad blogiem, ponieważ związałam się z nim na tyle, że nie wyobrażałam sobie, by NYC mógł przestać istnieć. Ten blog jest dla mnie jak powrót do domu po całym dniu poza nim, choć może to nieco toporne porównanie... Tutaj wszystko jest znajome, Wy jesteście znajomi i nawet nie wiem kiedy, NYC stał się stałą w moim życiu, bez której nie wyobrażam sobie codziennej rutyny.
🎉Jednakże sama niczego bym tutaj nie zdziałała. Często śmieję się, że choćbym miała pisać sama ze sobą, to bloga nie usunę i taka jest prawda. Lecz gdyby nie Wy, autorzy, nie udałoby się w tym miejscu stworzyć tak niepowtarzalnej atmosfery. Bez Was ten blog nie miałby duszy. Duszy, która przez te wszystkie lata rozkwitała i wciąż, nieustannie kwitnie, czym nie mogę przestać się zachwycać. Dlatego w tym miejscu chciałabym Wam serdecznie podziękować. Za to, że zawsze jesteście, zarówno w tych gorszych jak i lepszych okresach. Że mimo wszystko nie muszę pisać sama ze sobą... ;) Dziękuję. Po prostu dziękuję, po żadne słowa nie oddadzą tego, jak bardzo jestem Wam wszystkim wdzięczna za to, że jesteście i że razem tworzymy to miejsce.
🎉Dziękuję również Wam, drogie dziewczyny: El Eno, Farbowany Lisie i Nicponiu, za ogromną pomoc i serce, które wkładacie w bloga. Dziękuję za to, że pozostajecie na posterunku, kiedy ja nie mogę i czuwacie nad wszystkim, często prześcigając się w administracyjnych obowiązkach. Odwalacie kawał dobrej roboty! Dzięki Waszemu wsparciu i obecności zarówno ja, jak i pozostali autorzy nie musimy się o nic martwić i cieszę się niezmiernie, że mam tak zgraną i dobraną ekipę do pomocy!
🎉Cóż, po podziękowaniach przyszedł czas na jeszcze jedno, nie takie znowu małe życzenie. Życzę nam wszystkim kolejnych wspólnych dziecięciu lat! Nie mam pojęcia, jak potoczą się nasze życia. Nie mam pojęcia, jak potoczy się dalszy los tego bloga. Ale póki będą chętni, by na nim pisać, póty my postaramy się tworzyć dla Was to miejsce. A teraz... Sto lat! Bawmy się i świętujmy! Poniżej znajdziecie nadesłane do nas opowiadania, ale też nie martwcie się, nic straconego! Jeśli przyślecie coś na nasz administracyjny adres po terminie, chętnie to opublikujemy! Zostawiam Was z opowiadaniami, zachęcam do czytania, a także wspominania Waszych losów na NYC w komentarzach. I wiecie co? Kocham Was wszystkich z całego serducha!

- Dzwoniłeś do Maxwella? – zapytała brunetka, poprawiając krawat pod szyją wysokiego blondyna. 
- Tak, już od wczoraj jest w Nowym Jorku.
- A do Irm?
Tutaj na dłuższą chwilę zapadła cisza. Uśmiechnął się blado, po czym złożył delikatny pocałunek na czole kobiety. To wszystko nie było takie proste. Życie spotkanej tu dwójki, nie należało do usłanych różami. Pożegnanie z Nowym Jorkiem nie było szczęśliwe. Ani dla jednego, ani dla drugiego. Jednak czy był jakikolwiek sens, aby wracać do tych bolesnych chwil, które wręcz siłą, wyrwały ich z miasta, które nigdy nie zasypia? Musicie po prostu uwierzyć na słowo, że ten blondyn, który stał przed wami, jeszcze kilka lat temu był wrakiem człowieka. Musiał wszystko budować od nowa. Stracił ogromną, nieźle prosperującą, firmę, a to wszystko przez fakt, że został uznany za zmarłego. To było okropne, że błędnie zidentyfikowano zwłoki. Pomylili się, potwornie. 
Dziś był człowiekiem, który po tych wszystkich zawirowaniach ledwie, co wszedł do samolotu. Musiał naćpać się prochami, by w ogóle, wylądować z powrotem w Ameryce. Jednak to nie był błąd. Na stałe osiadł w San Francisco, poznając tam drobną brunetkę, która sama nie chciała wracać do Wielkiego Jabłka. Obawiała się szykan ze strony swojego byłego partnera. Nie mogła go winić za to, że zabrał syna do siebie. W końcu nie było jej w Ameryce całe trzy lata, zanim wyrwała się z koszmaru, który rozgrywał się w jej ojczystym kraju. 
Alva Pettersson i Daniel Ryder od prawie sześciu lat tworzyli szczęśliwe małżeństwo. Oboje pomagali sobie wrócić powoli do życia i chyba można ich nazwać lekko dysfunkcyjnymi, bo nie zawsze zachowywali się jak reszta społeczeństwa. Co przez to rozumiem? Mimo młodego wieku po prostu prowadzili spokojne i sielankowe życie. Oboje byli ledwie ludźmi po trzydziestce, a co? Ich życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół piekarni, którą razem stworzyli i sporego ogrodu przed domem. Mieli dosyć jakichkolwiek afer, szybkiego tempa życia i innych tego typu rzeczy. Dlatego też, nie utrzymywali kontaktu z osobami w swoim wieku, którzy zazwyczaj byli dopiero na etapie rozwijania kariery zawodowej i ciągłych imprez. To nie był świat państwa Ryder. Jedyny kontakt ze starym światem jaki mieli, to znajomość z Maxwellem Pullmanem, który około pięć lat temu sam przeniósł się z Nowego Jorku do Chicago. Miał w końcu niewiele do gadania w momencie, gdy kontrakt w Rangersach wygasł, jego osobę wykupiono, za grube miliony, do Chicago Blackhawks. Tam przyczynił się do, wcale nie tak małego sukcesu, bo w 2015 roku udało im się, jako drużynie, zdobyć prestiżowy Puchar Stanleya. Niestety przez ten kontrakt utracił miłość swojego życia. Jego związek z Inez Grant nie przetrwał próby czasu i dzielących setek mil. Niby dzielił ich dwugodzinny lot samolotem, jednak niestety chyba Max dodatkowo przyczynił się do rozpadu ich związku przez to, że miał słabość do kobiet i niestety oglądał się za krótkimi spódniczkami. Wylądował kilkukrotnie z inną w łóżku. Jednak miał na tyle honoru, aby powiedzieć o tym Inez wprost. Wtedy oboje stwierdzili, że to kompletnie nie ma sensu. A może Pullman tak stwierdził? Bo Nezia prawdopodobnie nie chciała już go w ogóle znać.  
Nadszedł maj. Dla państwa Ryder to był przełomowy dzień, bo oboje zgodnie zdecydowali się na moment wrócić do czasów, które nie należały do najprostszych. Przekroczyli próg uczelni, na której studiował blondyn. Nie wiedzieli czy dobrze robią pojawiając się na Jubileuszu, ale chyba nadszedł czas pogodzić się z przeszłością i bez bólu zacząć ją wspominać. A to była najlepsza ku temu okazja, prawda?
Max czekał już na nich przy ich stoliku, gdzie mogli odnaleźć winietki ze swoimi nazwiskami. Alva uśmiechnęła się delikatnie i powitała bruneta muśnięciem jego policzka. Pullman też już nie wyglądał na tak roztrzepanego człowieka jak kilka lat temu, a może po prostu próbował zachować spokój i jakieś zdystansowanie?
- Co siedzisz tak na szpilkach? – zapytał w końcu blondyn, siadając obok starego przyjaciela. 
- Widziałem ją… - mruknął, rozglądając się po ogromnej balowej Sali, przez którą przewijało się tysiące osób.
- Kogo? – Daniel zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Inez – sportowiec ściszył głos, jakby bał się, że ktokolwiek, poza nimi, ich usłyszy. 
Alva jedynie pokręciła lekko głową, uśmiechając się delikatnie. Popijała szampana, rozglądając się po sali. Czyżby podświadomie szukała sylwetki Alastora Ławrowa? Nawet nie wiedziała, co się u niego teraz w życiu dzieje. Miał kogoś? Czy jej syn był szczęśliwy? Dwa dni temu miał ósme urodziny. Niesamowite prawda? Wysłała mu paczkę, ale nawet nie miała pojęcia czy do niego dotarła, bo nigdy nie otrzymała odpowiedzi zwrotnej. Westchnęła cicho, a w tym samym momencie Max przerwał jej rozmyślania, wyciągając z kieszeni marynarki grubą i dość pokaźnych rozmiarów kopertę.
- Znalazłem to przy ostatniej przeprowadzce.
Daniel od razu uśmiechnął się nieznacznie, już domyślając się co się w niej znajdowało.
- Pokaż – poprosił, wyciągając w jej kierunku rękę. 
Nie pomylił się, bo wyciągnął z niej kilkadziesiąt zdjęć, które na szczęście Pullman zachował. 
- To był twój łącznik ze światem po amnezji, pamiętasz? – brunet, przekazał mu kopertę.
Blondyn drżącymi rękami po nią sięgnął i zaczął wyjmować zdjęcia.
Eli. Jej zdjęć było naprawdę sporo. Byli młodymi ludźmi, którzy dopiero, co zaczynają przygodę z New York College. To był burzliwy czas dla nich obojga. Mieli ledwo po siedemnaście lat, gdy byli ze sobą być. Niestety tak młody wiek zweryfikował wszystko, a raczej głupota Rydera. Tak, w wypadku komunikacyjnym stracił pamięć. Wróciła, ale już było zdecydowanie za późno. 
Irmelin. Fotografii blondynki w całym stosie było zdecydowanie najwięcej. 
- Mogliście otworzyć prywatne przedszkole – roześmiał się brunet, przeglądając razem z parą fotografię, na których widać było wieli brzuch Turlington i blondyneczkę, która stała tuż obok niej. Na innym znowu zdjęciu uchwycili całą szóstkę. Kto by pomyślał, że tak wiele może się zmienić. Niestety, wyjechała do Bostonu. Dziś? Utrzymywali jedynie kontakt korespondencyjny i wymieniają się opieką nad bliźniakami.  
April. Wariatka, którą w tamtych czasach nazywał siostrą. Ona natomiast, ochrzciła Daniela skrzatem i Złomkiem. Nie pytajcie dlaczego, bo niestety nikt nie pamiętał skąd się to wzięło. Może po prostu dlatego, że razem wpadali zazwyczaj na durne pomysły i cofali się w rozwoju, oglądając przez cały dzień bajki w telewizji?
Na samą myśl o blondynce, chciało mu się śmiać.
Juli, z którą było kilka nieporozumień, ale wybrnęli z tego cało. Wspaniała osoba, która zawsze bezinteresownie pomogła, o każdej porze dnia i nocy. 
Rose, która pracowała w jego firmie. Przez, co oboje musieli radzić sobie z plotkami na temat tego, że to właśnie z nim jest w ciąży i robi karierę przez łóżko. Zawsze starali się jednak to obrócić w żart i nawet kilkukrotnie zdarzyło im się wkręcać pracowników, że się nie mylą.  
Zdjęcia Maxa, też się zachowały. Jeszcze z czasów liceum, gdzie razem grali w jednej drużynie. Od zawsze jego tok myślenia był nieco inny, jednak był jedyną osobą, która trwała obok. Jeden i drugi zawsze mógł na siebie liczyć i nigdy się to nie zmieniło. 
Charlie. Oj, to była chodząca encyklopedia, gdy rozpierała go energia, uśmiech sam pojawiał się na twarzy jego towarzyszy. Daniel traktował go jak młodszego brata. Będzie musiał wybrać się na cmentarz. Zdecydowanie. 
Jonas Brothers. Jednym słowem nie dało się ich nie lubić. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie, które przyprawiało o łzy ze śmiechu. Z nimi człowiek nigdy nie mógł się nudzić.  
Czy którekolwiek z nich żałowało tego, że tego dnia się tutaj pojawiło? Nie, to był najlepszy pomysł od kilku dobrych lat. Miło było pobyć w starych, poczciwych szkolnych murach i powspominać młode lata. 


Może i Inez nie była absolwentką New York College, bo szkołę skończyła w Chicago i przeprowadziła się do Wielkiego Jabłka znacznie później, lecz nie mogła przegapić takiej okazji i gdyby nie pojawiła się na zjeździe absolwentów połączonym z balem charytatywnym, pewnie żałowałaby tego do końca życia i o jeden dzień dłużej. Decyzja była więc prosta i blondynka podjęła ją błyskawicznie, bez mrugnięcia okiem. Aiden nie miał tutaj niczego do gadania, mógł właściwie zdecydować jedynie o tym czy będzie jej towarzyszył, czy też nie. Inez nie zamierzała na niego naciskać, lecz mężczyzna stanął na wysokości zadania i nawet specjalnie z dużym wyprzedzeniem postarał się o urlop. Ostatecznie wszystko mieli dopięte na ostatni guzik jeszcze na długo przed dwudziestym trzecim maja.
— O rany, o rany, o rany — powtarzała nerwowo jak mantrę, kiedy kilka miesięcy później późnym popołudniem zatrzymali się na rozległym parkingu przed szkołą. Była pod wrażeniem tego, jak wiele osób zdecydowało się wziąć udział w tym wydarzeniu. Mimo że przyjechali odpowiednio wcześniej, długo szukali wolnego miejsca, a za nimi ciągnął się jeszcze sznurek samochodów.
— Spodziewałaś się tylu osób? — Wyciągnąwszy kluczyk ze stacyjki, Aiden uśmiechnął się szeroko, widząc rumieńce, które wypełzły na twarz Inez.
— Nie — szepnęła gorączkowo, kręcąc głową. Jej rozbiegane spojrzenie omiatało parking, aż w pewnym momencie blondynka zamarła i mocno zacisnęła palce na krawędziach fotela.
— O rany! — powiedziała najgłośniej i najbardziej dramatycznie jak do tej pory. — Sienna! — wykrzyknęła i posłała mężowi przelotne spojrzenie, odrobinę przepraszające, bo też zaraz jak oparzona wyskoczyła z samochodu i ruszyła w kierunku dawno niewidzianej przyjaciółki.
— Sienna! Si! — zawołała, starając się przekrzyczeć zgiełk panujący na parkingu. Podczas gdy prawą ręką jej machała, lewą przyciskała dół rozkloszowanej sukienki do ciała, przez co ktoś o uważnym spojrzeniu mógłby dostrzec odcinający się pod błękitnym materiałem zaokrąglony brzuch. — Sienna! — Już nie tyle wołała, co darła się jak głupia, uśmiechając się tym szerzej, im mniejsza była dzieląca je odległość.

Jordan nie był zachwycony tym, że jego żona upierała się na zjazd absolwentów szkoły, do której uczęszczała może niecały rok. Nie śmiał jednak się sprzeciwiać komuś, kto zarządzał sprawnie całym jego życiem. Siedząc na kanapie w pokaźnym salonie, spoglądał na raczkującego po miękkim dywanie syna, wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z jednej z łazienek i nie pozostało mu nic innego jak co jakiś czas poprawiać swój krawat.
─ Mamo! To boli! Nie szarp!
─ Maddie, do jasnej cho… Przestań się wiercić. Chcesz mieć tego warkocza czy nie?
Głos Sienny wcale nie brzmiał groźnie. Miała zbyt wielką słabość do swojej córeczki i nie mogła nawet udawać, że się na nią złości. Po chwili, mała blond włosa bestia wpadła do salonu i wskoczyła na kolana Jordana.
─ Nie chcę tam iść ─ szepnęła konspiracyjnie, spoglądając na ciemnoskórego mężczyznę, który uśmiechnął się szeroko. Madelaine może i nie była jego córką, ale kochał ją nad życie, choć bardzo trudnym było dzielenie się małą z jej biologicznym ojcem. Spojrzał na małego Jaspera, który natomiast zajęty był sobą i nowymi, kolorowymi klockami.
Na całą tę scenkę spoglądała też Sienna, zastanawiając się, kiedy nastąpił moment, w którym została najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mimo wyroku ginekologa, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci, miała ich teraz dwójkę. Mimo wielu sercowych niepowodzeń, nie poddała się i teraz miała najwspanialszego męża na świecie.
─ Idziemy, kochani. Młoda damo, bez obrazy majestatu proszę, wstawaj i do auta ─ próbowała zabrzmieć stanowczo. Podeszła do niespełna dwuletniego syna, spojrzała na sześciolatkę i westchnęła. Wtedy też rozbrzmiał głęboki śmiech Jordana.
─ Jesteś pewna, że te papcie to odpowiednie obuwie do sukienki, mała?

Sienna stała przy ciemnym SUVie wypinając Maddie z fotelika. Tłum, który się tu zebrał przeszedł jej wyobrażenia. Trzymając sześciolatkę w górze, rozejrzała się dookoła, w końcu postawiła ją na ziemi, poprawiła tiulową sukieneczkę i złapała za małą rączkę. Upewniła się, że Jasper jest bezpieczny w ramionach Jordana i zamknęła wóz. Odetchnęła. Ubrana w przylegającą, bandażową sukienkę w pięknym, bordowym kolorze, nie wyglądała jak zakręcona matka, która nie potrafi zapanować nad sześciolatką, a jak kobieta sukcesu. I tak też się czuła. Wraz z wiekiem i po dwóch ciążach przybrała nieco, nabyła pełniejszych kształtów, ale nadal była wysportowana i szczupła, ale zdecydowanie bardziej kobieca.
Słyszała bardzo znajomy głos. Odwróciła się na pięcie i wśród tych wszystkich ludzi wypatrzyła swoją ukochaną blondynę. Chciała się wyrwać i biec, ale raz, że przeszkadzały jej w tym wysokie szpilki, a dwa, że uniemożliwiała to mała Maddie. Dopiero teraz do Sienny dotarło, że już dawno przestała być beztroską dwudziestolatką. Spojrzała błagalnie na męża, który prędko zrozumiał jej intencję i odebrał dłoń córki. Sienna, dziwnym truchtem, ale truchtem, pognała w stronę przyjaciółki i zatrzymała się tuż przed nią, szczerząc się jak głupi do sera. Ale mogła być głupia, o ile jej serem była Inez.
─ Inez ─ sapnęła w końcu, wyciągając ramiona w stronę blondynki. Była ratowniczka medyczna zwolniła dopiero, gdy znalazła się jakieś dwa metry od przyjaciółki, co oznaczało, że wpadła w jej ramiona ze sporym impetem. Czując, że z tego powodu Sienna zachwiała się na wysokich obcasach, najpierw przytrzymała ją stanowczo, a dopiero później obdarzyła solidnym uściskiem na przywitanie.
─ Dobrze cię widzieć! ─ powiedziała z uśmiechem, kiedy w końcu się odsunęła. Co prawda jedynie na wyciągnięcie ramion i wciąż delikatnie przytrzymywała dłońmi łokcie Sienny, ale jednak. To pozwoliło jej na uważne zlustrowanie wzrokiem sylwetki kobiety, a w miarę tych oględzin na usta blondynki wypełzł zaczepny uśmieszek.
─ No, no ─ cmoknęła, z rozbawieniem kręcąc głową. ─ Jeśli tak wygląda matka dwójki dzieci, to ja powinnam już planować kolejne! ─ oznajmiła i roześmiała się wesoło. ─ Aiden, słyszałeś! ─ zawołała, przez ramię spoglądając na mężczyznę, który zamknął samochód i nieśpiesznie zbliżał się w ich kierunku, z rozbawieniem obserwując, jak jego żona zachowuje się niczym licealistka.
─ Nie i chyba nie chcę wiedzieć, co wymyśliłaś ─ przyznał, gdy tylko zobaczył ten charakterystyczny błysk w jej niebieskich oczach, po czym wymienił z Jordanem nie tylko uścisk dłoni, ale również porozumiewawcze spojrzenie. Prawdopodobnie obydwaj mężczyźni czuli, że nie zapanują dzisiaj nad tą dwójką kobiet, które myślami były daleko stąd, w czasach, gdy żadna z nich nie znała swojej przyszłości, będącej obecnie ich aktualną, jak najbardziej namacalną teraźniejszością.
Sienna zaśmiała się. Nic innego nie przychodziło jej teraz do głowy, jak tylko się śmiać. Utrzymywała kontakt z Inez, była mniej więcej na bieżąco z wszystkimi informacjami, ale przez pęd życia i natłok obowiązków nie mogła widywać się z przyjaciółką zbyt często, dlatego to spotkanie cieszyło ją tak bardzo.
Utuliła ciężarną blondynkę. Gdyby nie fakt, że przyprowadziły ze sobą towarzyszy życia, pewnie byłyby obojętne na cały zewnętrzny świat. Sienna wpatrywałaby się w Inez bez przerwy, nie mogąc się nadziwić temu, jak poznana kiedyś przypadkiem młoda kobieta, teraz rozkwitła, ale coś małego przylepiło się do jej nogi, ciągnąc za skrawek spódnicy.
─ Maddie nie może się doczekać kuzynostwa, także nie przerywajcie produkcji ─ zaśmiała się, spoglądając teraz na biednych mężczyzn, którzy oddali się pewnie o wiele ciekawszej rozmowie. Sienna złapała za rączkę swoją córkę, a potem drugie ramię wyciągnęła w kierunku Inez. I znowu wychodziło na to, że musiały radzić sobie same.
─ Myślisz, że spotkamy kogoś znajomego? Gabriela? Silver? Dana? ─ spytała, momentalnie przypominając sobie znajome twarze. Fakt faktem z Gabrielem miała raczej stały kontakt, podobnie jak z jego siostrą, w końcu Maddie była Garsonówną, nie mogła uniemożliwiać jej biologicznemu ojcu spotkań. Mimo tego, nie wiedziała, czy starzy znajomi wybierali się na bal.
Niegdyś panna Grant, teraz pani Henderson z przyjemnością ujęła ramię Sienny i uśmiechnęła się do Maddie, którą pogładziła po główce. Delikatnie, by przypadkiem nie zniszczyć pieczołowicie zaplecionej przez mamę fryzury.
─ Albo Soel i Collen. Rosalie, Iana i Quinn. Leę, Petera, Narcisse, Cass i Matthew ─ wymieniła i westchnęła ciężko, po czym zamrugała szybko, by przegonić gromadzące się w niebieskich oczach łzy. Przez burzę hormonów, wcześniej raczej nieskora do płaczu, teraz wyjątkowo szybko i nader często się wzruszała, co wyjątkowo bawiło Aidena.
─ To były czasy… Tyle się wtedy działo, tyle czasu spędzało razem, a teraz mam kontakt zaledwie z garstką tych osób ─ mruknęła i pokręciła głową, po czym mocniej zacisnęła palce na ramieniu Si, ciesząc się, że kobieta była jedną z tych, z którą znajomość wciąż trwała i nie widać było jej końca.
Mury college’u rosły przed nimi, w miarę jak powolnym krokiem pokonywały dzielącą je od wejścia odległość. Blondynka nawet nie oglądała się na męża, który szedł za nimi w towarzystwie Jordana. Zamiast tego co jakiś czas wspinała się na palce i rozglądała w poszukiwaniu znajomych twarzy.
Nie wiedząc czemu jej serce zwolniło, by potem zacząć bić w szaleńczym tempie. Szła powoli u boku przyjaciółki, mając wrażenie, jakby po raz kolejny szła do ołtarza. Podobnie jak blondynka, rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć kogoś znajomego, jednak dziwne napięcie jej nie opuszczało. Tak jak wtedy…

Sienna nie była tego dnia sama. Wokół niej kręciły się najlepsze przyjaciółki ubrane w sukienki przed kolano w tym samym, miętowym kolorze. Wszystkie były piękne, uśmiechnięte i zadowolone, tylko ona stała przed wysokim oknem w hotelowym pokoju, wpatrując się w niespokojny ocean. Biała suknia była skromna, a skóra zdenerwowanej Wright przypominała jej kolor. Odwróciła się w stronę lustra…
...i wziąwszy ostatni głęboki oddech, skinęła głową na druhny, tym samym dając im do zrozumienia, że mogą wychodzić. Nie było już odwrotu i Inez z całą mocą uświadomiła to sobie w ciasnym wnętrzu specjalnie wypożyczonego i przystrojonego na tę okazję samochodu. I choć tak bardzo się denerwowała, chociaż w nagłym przypływie paniki targały nią ostatnie, kompletnie niepotrzebne wątpliwości, to nie zamierzała uciekać. Nacisnęła klamkę i wyszła na nasłoneczniony plac przed niedużym, starym kościołem…
...ołtarz stał na plaży, goście usadzeni na białych, przystrojonych krzesełkach, spoglądali na bezkresny ocean, a Sienna szła środkiem jasnego dywanu, zmierzając w stronę ołtarza. Jordan spoglądał na nią, posyłając szeroki, olśniewający uśmiech. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy stanęła tuż przed nim, delikatnie ujmując jego silne dłonie. Spojrzała na narzeczonego, słowa pastora do niej nie docierały, skupiała się tylko na tym, co mówił Jordan, jak zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta, żeby usłyszeć to jedno wyczekiwane słowo…
─ Tak. ─ Głos Aidena drżał lekko, gdy wypowiadał to na co dzień błahe słowo, teraz nabierające wielkiej mocy, podobnie zresztą jak głos Inez, gdy ta składała małżeńską przysięgę. Blondynka zarzekała się, że nie będzie płakać, bo też nie należała do łatwo wzruszających się kobiet, lecz w tym momencie czuła rosnącą w gardle gulę i musiała intensywnie mrugać, by przegonić zbierające się w oczach łzy. Wciąż mocno drżąc, ujęła w dłonie twarz mężczyzny swojego życia i pocałowała go czule, ledwo słysząc radosne okrzyki zgromadzonych w kościele gości. Po chwili zdającej się trwać całą wieczność, mocno ściskając rękę swojego świeżo upieczonego męża, odwróciła się w stronę zapełnionych ławek…
…wszyscy stali, klaszcząc w dłonie. Roześmiani i szczęśliwi. Sienna, szczerząc się tak szeroko jak to tylko możliwe, przyglądała się swoim gościom, najbliższym ludziom, który, była wdzięczna za to, że towarzyszą jej w takim dniu. Stojąc po prawej stronie swojego męża, uniosła ich dłonie w geście zwycięstwa…

─ Co wy najlepszego wyprawiacie? ─ Z zamyślenia wyrwał je znajomy głos. Kobiety niemalże synchronicznie zamrugały szybko, chcąc się otrząsnąć i powrócić do rzeczywistości. Gdy spojrzały po sobie, z niemałym zaskoczeniem zauważyły, że wysoko unoszą splecione ze sobą dłonie i nic z tego nie rozumiejąc, szybko je opuściły.
─ My tak tylko… ─ bąknęła Inez, posyłając Siennie niezrozumiałe spojrzenie. Blondynka odpowiedziała jej wzruszeniem ramion, choć chyba obydwie podświadomie podejrzewały, co właśnie miało miejsce i przez to na ich twarzach zaczęły się błąkać wesołe uśmieszki. Ich mężowie przecież nie musieli wiedzieć o wszystkim. W tym także między innymi o tym, że na długo przed ich poznaniem w improwizowanych warunkach ślubowały sobie miłość i wierność aż do grobowej deski. Chichocząc głupio niczym nastolatki, wciąż trzymając się za ręce, przekroczyły próg wyjątkowego college’u, który już na zawsze splótł ze sobą ich losy.


Quin stanęła przed ich dawnym domem i uśmiechnęła się smętnie. Lubiła mieszkanie tutaj. Czuła wtedy, ze wszystko jest na swoim miejscu. Ona, Ian, Chris… Że wszystko się poukłada i będą prowadzić nudne życie we własnym gronie. Tymczasem los pchnął na inne tory i popędzili w zupełnie innym kierunku. Ian przejął rodzinną kancelarię, a oni ruszyli za nim. Wyprowadzili  się z Nowego Jorku i wydawało się, że to normalne. Znalazła jakąś pracę, zajmowała się dziećmi. Nie można było powiedzieć, że źle im się żyje. Na biedę też nie można było narzekać. Jednak czasami z bólem wspominała ten okres po ślubie, kiedy jeszcze się tym wszystkim cieszyli i codzienność nie zabijała całego entuzjazmu.
Westchnęła cicho i ruszyła dalej. Złapała taksówkę i pojechała do ojca. Ostatnio nie spotykali się za często, więc zdecydowała, że u nich przenocuje. Spędzenie z nim czasu wydawało się dobrym pomysłem. Wspólna kolacja, pogaduchy, wspomnienia. Szybko jednak okazało się, że sama siebie oszukuje, próbując przywołać dawne czasy na siłę. Nie była już tą zakochaną nastolatką, która patrzyła na świat przez różowe okulary, a wszędzie i tak widziała tylko jedno – a właściwie jednego. Po latach miała wrażenie, że w pewien sposób gdzieś się w tym pogubiła. Ian robił karierę. Był lubiany, często zapraszany na przyjęcia, spotkania. Zawalony robotą. A ona czuła się jak ozdoba. I chociaż nie wątpiła w ich uczucie, to zastanawiała się, czy nie powinna bardziej zdecydowanie określić swój obszar działania w życiu i poza domem. Szczególnie teraz, gdy dzieciaki już nie siedzą z nią, a spędzają czas w szkole, gdy Chris woli kolegów od matki. To normalne. Tylko… że Quin czuła, że dla niej nie ma już miejsca. Że życie jest zbyt zatłoczone.
Miała nadzieję, że wizyta w Nowym Jorku pomoże jej poukładać myśli i własne uczucia. Tymczasem powrócił tylko żal… i wspomnienia słodkich chwil. A przecież nie wszystkie były takie… Nawet jeśli wokoło wcale tak przyjemnie nie było.

Słyszałam, jak drzwi się powoli otwierają, i uniosłam jedną powiekę. Do sali przez uchylone drzwi zaglądał Ian, a jego ciemna czupryna była jeszcze bardziej potargana niż zwykle.
Uśmiechnęłam się mimowolnie, choć nie mogłam zrozumieć, co on tutaj robi.
- Ian! – powiedziałam wesoło. - Co Ty tu robisz? I czy widziałeś się dzisiaj w lustrze?
- Przyszedłem, żeby zobaczyć, jak się czujesz. - Chłopak uśmiechnął się lekko, odruchowo przygładzając wolną dłonią potargane włosy. W drugiej trzymał bukiet białych róż, które położył na stoliku obok mojego łóżka. To było miłe. Bardzo miłe. - Możliwe, że widziałem się w lustrze, ale to tylko włosy. - Usiadł obok mnie. Chwycił moją zabandażowaną dłoń i ścisnął ją lekko.

Quin oderwała wzrok od zakochanej parki, która tuliła się do sobie na ławce. Nie myślała o dwojgu nieznajomych. Wspominała swoje uczucia. Miała wrażenie, że niedługo utonie w tej całej emocjonalnej bańce.
Wtedy jej telefon z cichym brzęczeniem zawibrował w kieszeni. Wyjęła go w pośpiechu.
- Tak?
W odpowiedzi dostała potok słów, z którego udało jej się wyłowić tyle, co nic. A właściwie dwa wyrazy: „bal” i „idziesz”. To stara znajoma dowiedziała się przypadkiem od ojca Quin, że blondynka jest w mieście. Zadzwoniła więc, aby zabrać ją ze sobą na bal absolwentów ich starego, dobrego college’u. Pani Dawson nie potrafiła odmówić. Nawet nie próbowała tak naprawdę. Od przyjazdu uganiała się po mieście za wspomnieniami i śladami minionych dni, więc jak mogłaby zignorować tak wyraźny sygnał od losu? Po dobrych dwudziestu minutach dostała nie tylko mailowe zaproszenie na bal, ale też poważny ból głowy. A musiała zdobyć jeszcze sukienkę na tę imprezę.

Kiedy weszła w szkolne mury, zadrżała  lekko. Nie miała złych wspomnień z tym budynkiem – przeciwnie, bardzo lubiła to miejsce. Nigdy nie była sobą popularną czy zaangażowaną, ale miała swoje miejsce, swoje skrytki. Kiedyś godzinami przesiadywała w bibliotece, ślęcząc nad tekstami w wymarłych językach. Lubiła pracę w ciszy i spokoju. Nie wiedziała, jakim cudem później mogła pracować w miejscach tak gwarnych jak wytwórnia czy niespokojnych jak muzea. Czas spędzony w murach college’u był dla niej niczym utopia lat dziecinnych.
Wyjęła telefon i cyknęła sobie selfie na tle drzwi z symbolem college’u. Wysłała do męża.
Żałuj, że cię tu nie ma. Kocham was. Buziaki napisała szybko i wysłała. A potem pewnym krokiem weszła do sali, w której gromadzili się też inni goście.
Zżerała ją ciekawość, łaknęła widoku znajomych twarzy. A może chciała znaleźć samą siebie?

Sol Duval, niebawem Schriver, przyłożyła dłoń do płaskiego brzucha, nie mogą nadziwić się, że tak szybko wróciła do dawnej figury. W tym momencie ich wspólne mieszkanie z Ethanem stojące nieopodal Central Parku tonęło w błogiej ciszy, ale wiedziała, że kiedy narzeczony wróci z niemal roczną córcią z krótkiego spaceru, ściany wypełni cudownie słodka rodzinna melodia. Nie była do końca pewna, po kim mała Rose to odziedziczyła, ale gdy tylko się nie uśmiechała, gaworzyła po swojemu, doprowadzając rodziców do bardzo intensywnej pracy mózgów nad rozszyfrowaniem tego, co ma na myśli. I o ile ona spędzała z małą więcej czasu nić Ethan, to jednak on intuicyjnie zawsze wiedział, czego Rosie chce i po co wyciąga pulchne rączki.
Odgarnęła z czoła krótkie, łaskoczące ją w twarz marchewkowe kosmyki i spojrzała na jasną kopertę, którą trzymała w dłoni. Minęło dobre kilka lat od ostatniego momentu, jak chociażby pomyślała o swojej dawnej uczelni, zatem zaproszenie na Bal Charytatywny I Zjazd Absolwentów było niemałym zaskoczeniem, gdy listonosz dostarczył jej to na aktualny adres. Nie sądziła nawet, że Dyrekcja New York College w ogóle doszuka się zmiany lokalizacji  zamieszkania absolwentki, która nawet nie świeciła na scenie, jak dawniej i to już od sporego szmatu czasu.
Z sentymentem spojrzała na komodę przy oknie, na której razem z ukochanym ustawili kilka
najpiękniejszych zdjęć, łapiących najważniejsze momenty z ich życia. Większość stanowiły wspólne ujęcia, jak te z okazji chrztu synka Joyce – wtedy oboje zostali rodzicami chrzestnymi maluszka; jedyny raz gdy Ethan dał się wyciągnąć na zabawę karaoke w barze u Petera; albo jak wspólnie z babcią Ruby wybrali się nad jezioro pod miastem i obydwie kobiety świeciły bladymi skórami, a Ethan dumnie prezentował nieco czerwoną, ale jednak istniejącą opaleniznę. Znalazło się tu jednak także kilka fotografii, na których każde z nich stało osobno. Młodziutka zaledwie osiemnastoletnia Sol podczas swojej pierwszej roli primabaleriny, gdy niemal z łzami w oczach wieńczyła spektakl z resztą tancerzy w wyraziście cudacznym makijażu i stroju, który błyszczał jak usiane gwiazdami niebo. Otwarcie małej autorskiej pracowni projektowania i szycia strojów na spektakle baletowe z kostiumologami, które wciąż miało ją wiązać z baletem, mimo iż diagnoza lekarska była niczym wyrok, zakazując już bliskich starć z sceną po wypadku. Jej dwudzieste szóste urodziny, które spędzała u rodziny w Włoszech, dumnie prezentując każdemu pierścionek na palcu serdecznym, którym Ethan się oświadczył przed ostatnim wyjazdem na misję ze swoją jednostką SEALsów. Potem fotka z szalonymi przyjaciółkami podczas jednego z ostatnich wypadów w Nowym Jorku, kiedy jeszcze wszystkie były na miejscu i mogła codziennie odwiedzać April, Rosalie, Cyzię i Inez, nim wszystkie rozpłynęły się gdzieś po świecie. Frontowe wejście New York Theatre Ballet po jednym z lżejszych spektakli, na które zabrała swoją klasę maluszków, które wprowadzała w świat sztuki i miłości do desek. To wszystko było masą jej najcudowniejszych wspomnień z zaledwie kilku ostatnich lat. Ruda wyciągnęła dłoń po jedną z ramek, przesuwając opuszkami delikatnie szkiełko chroniące fotografię, Ethan stał dumnie salutując z swoimi chłopakami, którzy byli jego braćmi, jego rodziną. I o których bała się równie mocno jak o swojego mężczyznę, gdy kolejny raz opuszczali kraj.
– Jesteśmy! - usłyszała od progu i odstawiła zdjęcie, kierując się do drzwi wejściowych, żeby powitać swoje skarby.
Ucałowała Ethana w polik i wyciągnęła ręce do swojej córki, z którą nie potrafiła się rozstać nawet na jedną godzinę. Choć gdy szła do pracowni na pół dnia, albo prowadzić zajęcia dla dzieciaków, ciągłe zajęcie okazywało się skutecznie zasnuwać myśli o tęsknocie za tym uroczym bąbelkiem, które oczy miało ewidentnie po tacie. Choć uśmiech po niej, zdecydowanie!
– Jedziemy na zakupy, słonko – oznajmiła, wręczając Porucznikowi zaproszenie i odstawiając wózek na bok korytarza, przeszła do salonu, by usiąść na sofie z Rosie na kolanach i zdjąć z niej lekki sweterek.
Nie była pewna, czy trzeba będzie jakoś szczególnie namawiać Ethana do wskoczenia w garnitur, ale obydwoje doskonale wiedzieli, że gdy Sol bardziej się postara, on ulegnie każdej jej prośbie. To już tak z nimi było, że twardy żołnierz przy byłej baletnicy trochę miękł i serdecznie bawiły ją te pełne szacunku, ale i trwogi spojrzenia jakie rzucali swojemu dowódcy chłopcy z jednostki, gdy spotykali się raz na jakiś czas na wspólnym przyjacielskim grillowaniu. Jakby nawet bez munduru gotowi byli wypełnić każdy jego rozkaz, a przecież nie był wcale tak surowy i nieprzejednany, jakby się mogło wydawać. Nie dla niej.
Zaśmiała się pod nosem, widząc minę wchodzącego do salonu narzeczonego. Ostatnio, gdy zaciągnęła go na zakupy, spędzili prawie dwanaście godzin na odwiedzaniu salonów sukien ślubnych, bo gdy tylko jej ciało po porodzie zaczęło nabierać dawnych kształtów, a skóra na brzuchu znów stała się sprężysta, tak że Sol mogła wskoczyć w dawne sukienki i jeansy, nie chciała dłużej odwlekać przygotowań. Zresztą ich ślub i tak odwlekany był blisko półtora roku, bo to raz wypadła Ethanowi misja na kolejne sześć miesięcy i nie mógł odmówić, a to znów ona musiała pomóc rodzicom w rozwiązaniu najmu winiarni, gdy przenosili cały interes do Palermo, a nie wszystkie dokumenty były w Nowym Jorku i latała kilka razy w ciągu miesiąca do Włoch. A później ciąża, a Duval zdecydowanie nie chciała wyglądać w najważniejszym dniu kobiety jak bela.  Rozumiała więc, skąd ten grymas na twarzy mężczyzny, choć była pewna, że tym razem spodoba mu się to o wiele bardziej.
– Podrzucimy Rosie do babci – oświadczyła, bo z dzieckiem ani nic by nie kupili, ani nawet nie byłaby w stanie na spokojnie żadnej kreacji przymierzyć, a skoro obowiązywał strój wizytowy, chciała pokusić się o coś zjawiskowego, bo dawno temu miała okazję nosić cokolwiek, co by było eleganckie, kobiece, wyrafinowane. - I będziesz musiał skupić się na mnie, wchodzić do przymierzalni razem ze mną, zapinać haftki, odpinać zamki i mówić całkowicie szczerze, jak to co zakładam na mnie leży – poinstruowała rozbawiona przyglądając się zmianom, jakie zachodzą w jego twarzy, spojrzeniu i nastawieniu do tego przedsięwzięcia. Bo zakupy w przypadku świeżo upieczonych rodziców, to była istna przygoda. Ekscytująca i podniecająca!
Ułożyła córkę w łóżeczku, ustawionym przy łóżku i podeszła do ukochanego, układając miękko jasne dłonie na jego torsie. Pocałowała go krótko i gdy ją objął, przyciągając bliżej, przesunęła dłońmi w górę po jego ramionach i zatrzymała ręce na karku, muskając skórę nad kołnierzem kurtki opuszkami.
– Dzięki Bogu jeszcze zostało mi trochę biustu po karmieniu, to będzie wesoło – zaśmiała się i wspięła na palce, całując go znów. Jeśli jednak którekolwiek z nich nabrało ochoty na coś więcej, przypomnienie o obowiązkach w postaci cichego popłakiwania i nawoływania z łóżeczka, skutecznie ostudziło wszelkie zapędy.
Kilka lat temu skupiała się jedynie na balecie. Scena była jej życiem, ledwie znajdywała czas, aby dbać o przyjaźnie, które nawiązała z tyloma wyjątkowymi osobami. W chwili obecnej wciąż ta sztuka istniała i była ważna w jej życiu, ale... teraz najważniejsza była rodzina i ludzie. Jej ludzie. I nie mogła doczekać się tych wszystkich znajomych twarzy, które na pewno ujrzy na zjeździe.
'

19/05/2018

2073. We were always meant to say goodbye


2018 r., Staten Island, Nowy Jork

  Zawsze kiedy musiała zamknąć w swoim życiu pewien rozdział, czuła się podle. 
  Teraz również tak było. Jej mieszkanie nie wyglądało jak jej mieszkanie. Wszystko było teraz takie... obce. Ekipa z przeprowadzkami już dawno wyjechała i teraz było tu po prostu pusto. Mystic i Venus grzały miejsce w Nashville z jej rodzicami, którzy przez czas jej nieobecności mieli się nimi zająć. Choć nie wyobrażała sobie życia bez nich, tam ich zabrać nie mogła. Nie teraz. Stała w środku pustego mieszkania i pękało jej serce. To ile przeżyła tutaj przygód, ile rzeczy się wydarzyło i jak bardzo pokochała to miejsce było nie do opisania. A tymczasem musiała to wszystko porzucić. Mimo to wiedziała, że robi dobrze. Gdyby została... Wszystko posypałoby się jeszcze bardziej. Miała zamiar tu jeszcze trochę zostać. Powspominać, ale odgłosy dochodzące z mieszkania obok, które należało do jej najlepszej przyjaciółki, skutecznie wytrąciły ją ze stanu skupienia.I w tej właśnie chwili uświadomiła sobie, że możliwe, ale nigdy więcej już tego nie usłyszy. 
  Przełknęła ślinę, zacisnęła mocno powieki, a w myślach policzyła do dziesięciu, aby się nie rozpłakać. 
  — Hannah, wszyscy są gotowi, idziesz? 
  Głos Zachariasza przerwał jej, kiedy była na liczbie siedem. Wypuściła powietrze z płuc i skinęła głowa. 
  — Idę. Już idę... wiesz, że w tym miejscu rzuciłam w ciebie kieliszkiem? — Zapytała, uśmiechając się słabiutko na to wspomnienie. — Jak się dobrze przyjrzeć, to widać u ciebie taką małą bliznę, wiesz? 
  — Myślisz, że dlaczego teraz mam grzywkę? — uniósł lekko brew w górę. — To właśnie na tej klatce wpadliśmy z Maxem na pomysł, aby poznać Jessie z Jensenem. Sądziliśmy, że on pomoże jej się ogarnąć — westchnął cicho. — Przy tych drzwiach próbowałem cię pocałować. Sądziłaś, że chcę się oprzeć, bo mi niedobrze. Nie chciałem wyprowadzić cię z błędu, tym bardziej, że słyszałem, jak na dole Jessie się śmieje. 
  Nawet nie zauważyła, kiedy opuścili jej mieszkanie i znaleźli się na klatce schodowej, a ona zamykała drzwi od swojego mieszkania. Klucze w drodze na dół miała tylko wrzucić do skrzynki na listy, aby właściciel mógł je sobie zabrać, skoro nie mógł ich odebrać dziś osobiście.
  — Pamiętam to! I nie jestem teraz pewna, czy dostałbyś za to po głowie czy bym go odwzajemniła — wykrzyknęła, tym razem uśmiechając się nieco bardziej szczerze i weselej, ale nadal było jej daleko do prawdziwego i wesołego uśmiechu Hannah. — A ten pomysł z Jensenem… nie był chyba najlepszy, nie? Wyszło z tego więcej kłopotów, niż pożytku. Ale wiem, że była szczęśliwa. Przez jakiś czas. Teraz chyba też jest. Choć… ta cała sytuacja z Drakiem jest po prostu cholernie dziwna. I przerażająca. Nie powinniśmy ich zostawiać wtedy samych. 
  — Byli z Tylerem. Kto wiedział, że wezmą ślub? Kurde… Jessie była raz mężatką. Drake… To Drake. To nie miało prawa się wydarzyć. Ale zauważyłaś, że na dziwny i przerażający sposób są szczęśliwi? Od kłótni z Jensenem Jessie uśmiecha się tylko przy mężu. 
  — Po cichu jestem na nią obrażona. Chciałam być druhną. Skoro przyczyniłam się do rozpadu jej pierwszego małżeństwa… Boże, pamiętam jak do mnie przyszła i siedziała na balkonie. Czułam się okropnie, bo nic nie wiedziała. Ale… masz rację. W jakiś głupi sposób są szczęśliwi. Może Jessie odnalazła swoją drugą połówkę czy coś. On chyba pracował w liceum, gdzie oboje chodziliście w Chicago, nie? 
  — Miał wtedy praktyki. Tak cisnął Jessie, że ta prawie nie zdała z tego przedmiotu. Prawie go zamordowała. A potem obudzili się w jednym łóżku i… W sumie to nie wiem, co Max mu nagadał, ale jej odpuścił. Jessie zdała i wyjechała. Ja już raz byłem u niej świadkiem. Ale nie sądziłem, że moja druga połówka też będzie — parsknął cichym śmiechem i zatrzymał się przed drzwiami siostry.    — I szczerze w to wątpię. Daję im maksymalnie trzy lata. Potem będzie albo rozwód, albo morderstwo. Możemy się założyć. A co do pocałunku, to… Możemy się przekonać — mruknął i pochylił się nad Hannah. Złożył na jej ustach krótkiego całusa i dokładnie w tym samym momencie drzwi się otworzyły. Jessie, która od kilku dni nie czuła się zbyt dobrze, zbladła jeszcze bardziej, przypominając sobie inną scenę. 
  — Dlaczego przy tych drzwiach zawsze ktoś musi się całować? — mruknęła, wywracając oczami. — I wchodźcie już. 
  Hannah nawet nie zdążyła zareagować na jego pocałunek. Jednak śmiało mogła stwierdzić, że był on czymś na znak zakończenia ich rozdziału, który wspólnie pisali. Nie wiedzieli czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczą, jak potoczy się ich życie. a teraz… To był czas, aby wszystko zakończyć. 
  — Może po prostu wybierasz takie momenty, co? I tylko ludziom przeszkadzasz? — mruknęła brunetka pozwalając sobie też na przewrócenie oczami. 
  Jessie nic nie odpowiedziała. Również wywróciła oczami. Zajrzała do łazienki, aby upewnić się, że na pewno nic nie zostało i dopiero wtedy wróciła do salonu, gdzie siedzieli pozostali. Spojrzała na Castiela, który zadowolony siedział pomiędzy Tylerem a Drake`m. Przez chwilę trwała dość dziwna cisza, którą zmuszona była przerwać. 
  — No właź tu, ty uparty kocie! — krzyknęła, starając się wpakować Castiela do transportera. Okazało się to być znacznie trudniejsze niż się spodziewała, ponieważ kocur ani myślał spełnić jej rozkazu. Zaparł się, a pazury wbił w obicie kanapy. — No właś! — warknęła, starając się zrobić z nim porządek. 
  — Jessie, daj to. Pomogę ci. — Zachariasz stanął obok siostry. Castiel na jego widok prychnął groźne i najeżył się, będąc gotów w każdej chwili na atak. Młody mężczyzna podszedł do sprawy bardziej dyplomatycznie. Mocno chwycił kota i pociągnął go do góry. Nim ten się zorientował, już siedział w specjalnym pudełku. Przez chwilę miauczał przeraźliwie, aż w końcu zdał sobie sprawę, że to na nic, a jego właścicielka tym razem go nie posłucha. — Chyba nie jest szczęśliwy, że wyjeżdża, wiesz?
  — Nie obchodzi mnie, co on czuje — odparła, wpatrując się w transporter. Założyła ręce na wysokości piersi i mocno wbiła zęby w dolną wargę, bo to zawsze pomagało jej się uspokoić. 
  — Nikt nie jest szczęśliwy, że wyjeżdża — mruknęła pod nosem Hannah. To na pewno była fajna przygoda. Wszyscy zaczną nowe życie, co poniektórzy już zaczęli i będzie dobrze. Jakoś sobie przecież poradzą. Jej wzrok padł na Tylera, który w ostatnim czasie miał chyba najgorzej z nich wszystkich. Clearidge przygryzła lekko wargę, próbując się powstrzymać przed zadaniem pytania. Ale przegrała sama ze sobą. — Tyler… jesteś pewien, że chcesz teraz wyjechać? 
  Mężczyzna podniósł głowę i wzruszył ramionami. No nie takiej odpowiedzi oczekiwała, ale w jakiś pokręcony sposób to rozumiała. 
  — Nie ma żadnej zmiany, a ja nie muszę być cały czas obok niej — odparł sucho — jeśli cokolwiek się zmieni wsiądę w samolot i będę tu w ciągu kilku godzin. Ale chyba wszyscy wiemy jakie szanse są w tej sytuacji, prawda? 
  — Szanse są takie, że wszystko może się zmienić w każdej chwili. Ale okej… Macie paszporty, bilety? Żeby nie było zamieszania na lotnisku. 
  — Ja mam — mruknęła Jessie, dokładnie sprawdzając niewielką torebkę, którą miała przewieszoną przez ramię. — Zachariasz? 
  — Tak. Ja też wszystko mam. Tylko kluczy od mieszkania nie mam. Ale ciotka ma być w domu, więc mi otworzy. 

Simple, restauracja Jensena Humphrey'a 

  — Proszę się tutaj zatrzymać! — krzyknęła do taksówkarza, którzy spojrzał na nią niczym na wariatkę. — No, nie patrz się pan, tylko się zatrzymaj!
  — Jessie, nie mamy czasu. Po co chcesz się zatrzymywać? — Zachariasz zmarszczył brwi i położył dłoń na dłoni siostry. — Musimy dojechać na lotnisko. 
  — Wiem, co musimy zrobić. Dajcie mi maksymalnie dziesięć minut — powiedziała. Taksówkarz, mrucząc coś pod wąsem, zrobił to, o co go poprosiła. Zatrzymał się na najbliższym miejscu, a Jessie wyskoczyła z samochodu, przepychając się przez brata. 
W kilku krokach znalazła się w restauracji i rozejrzała się dookoła.
  — Gdzie jest Jensen? — zapytała najbliżej stojącą kelnerkę, która w pierwszej chwili wyglądała, jakby miała zejść. Może nie powinna zachodzić jej od tyłu, ale teraz to nie było ważne. 
  — Chyba na zapleczu — powiedziała. Jessie kiwnęła głową i przepychając się koło ludzi, zmierzyła w tamtym kierunku. Wszystko było dobrze. Dopóki nie zobaczyła przed sobą drzwi i nie zrozumiała, że to naprawdę się działo. Wzięła głęboki oddech, dochodząc do wniosku, że nie może stchórzyć. Nie tym razem. Pchnęła drzwi i bez zbędnego pukania weszła do środka. 
  — Cześć… — powiedziała niepewnie, robiąc krok w jego stronę. — Musimy porozmawiać… Muszę ci coś powiedzieć, Jensen. 
  — Powiedzieliśmy sobie chyba wystarczająco dużo, nie sądzisz? Masz dla mnie jeszcze jakieś newsy? Adoptujecie dzieci, a ja mam zostać ojcem chrzestnym? A może poprawiny i chcesz mi wręczyć zaproszenie? Daruj sobie, dobrze? Mam naprawdę serdecznie dość twoich problemów. 
  — Co? Jensen, to nie o to chodzi — powiedziała spokojnie. Przełknęła ślinę, a w myślach szybko odliczyła do trzech. — Masz prawo być na mnie wściekły. Ale… Ah, nieważne — mruknęła, otwierając torebkę. — Mam coś dla ciebie. Nie wiem, przeczytaj, spal, wrzuć do niszczarki, cokolwiek. Zrobisz co uważasz. 
Po chwili wyciągnęła z torebki białą kopertę, którą zaadresowała do Jensena. Położyła ją na blacie stołu i przesunęła w jego kierunku. 
  — To… Wszystko — powiedziała. — A teraz muszę już iść. Taksówka na mnie czeka. Do zobaczenia, Jensen — uśmiechnęła się smutno, po czym odwróciła się i poszła do wyjścia. Jednak nim nacisnęła klamkę, to odwróciła się. Ten ostatni raz spojrzała przez ramię, chociaż nie wiedziała, co chciałaby ujrzeć. 
  Trzymał kopertę w dłoniach. I niby co miał z nią zrobić? Miał pewną świadomość, że może wszystkiego żałować, ale nie była ona wystarczająco mocna. Po prostu odrzucił kopertę na bok, wracając do swoich spraw. 
  Cokolwiek się w niej znajdowało - nie interesowało go. 
  Ze łzami w oczach nacisnęła klamkę i wyszła z pomieszczenia. Szybkim krokiem, przypadkiem popychając jakiegoś mężczyznę, który zaczął mruczeć coś o niewychowanej młodzieży, wyszła na zewnątrz. 
  — Jedźmy już — rzuciła w kierunku taksówkarza i zatrzasnęła za sobą drzwi.
  — Jessie… — Zachariasz spojrzał na siostrę i przesunął dłonią po jej policzku.
  — Jedźmy już, bo się spóźnimy. 

Port lotniczy Johna F. Kennedy'ego 

  Lotnisko jak zawsze było pełne ludzi. Wszyscy dookoła się żegnali. Niektórzy ze łzami w oczach, a jeszcze inni machali sobie tylko ręką, bo wiedzieli, że zobaczą się za jakiś czas. Cała piątka próbowała przepchać się do przodu. Zupełnie jak na złość dziś było tak wiele ludzi, że ledwo można było się poruszać. Naprawdę akurat dziś wszyscy musieli wyjeżdżać?! 
  — Przysięgam jeszcze jedna osoba na mnie wpadnie i się wkurzę — mruknęła Hannah pod nosem, kiedy jakiś facet potrącił ją ramieniem. Trudno było jej zliczyć ile razy już tak oberwała. Po twarzach przyjaciół śmiało mogła jednak stwierdzić, że nie tylko ona jest tym poirytowana. Każdy się gdzieś spieszył, nie? Wszyscy mieli samolot, taksówkę czy autobus do złapania. 
  Po cichu zastanawiała się też czemu ktoś powierzył jej wszystkie bilety. Jakby jeszcze była osobą odpowiedzialną na to miejsce. Zawzięcie szła przed siebie, ciągnąć za sobą cholernie ciężką walizkę i co jakiś czas poprawiając spadającą z ramienia torbę. I w tym momencie to była jej wina, bo zwyczajnie nie patrzyła przed siebie, kiedy zderzyła się z drobną blondynką. Automatycznie wypuściła z dłoni wszystkie bilety, a te rozsypały się po podłodze dookoła ich nóg. 
  — Przepraszam — wyrzuciła z siebie szybko kobieta. W tym samym momencie wraz z Hannah obie kucnęły, aby pozbierać bilety. — Jestem dziś strasznie roztargniona — dodała nieco drżącym głosem i słabo się uśmiechnęła.
  — Wszyscy tacy jesteśmy, dobra mam bilety. Każdy teraz niech pilnuje swoich — wymruczała, a swoje słowa kierowała do znajomych posyłając im przy tym znaczące spojrzenia. Każdy otrzymywał swoje bilety, a kiedy dotarła do biletu blondynki, aż krzyknęła. — Ojej! Jessie, zobacz Sydney! Joycelyne, mogę ci mówić Joycelyne? Ale Ci faaajnie, a na mnie czeka tylko nudne Los Angeles — westchnęła i wręczyła kobiecie jej bilet. 
  — Nie chcesz się zamienić, Joyce? — Jessie uśmiechnęła się niepewnie w kierunku blondynki. — Hannah da ci bilet do Los Angeles, a ty jej do Sydney. Im dalej od tej wariatki, tym lepiej — wyszczerzyła się wesoło, ale nie trwało to zbyt długo. Już po chwili oczy znów zaszły jej łzami. Mocniej ścisnęła dłoń Drake`a, jakby to miało jej w czymś pomóc. 
  — Chętnie bym się zamieniła. Miałabym wtedy bliżej do Nowego Jorku — odpowiedziała i na moment się zawiesiła. Przygryzła lekko dolną wargę, a następnie westchnęła cicho. — Przepraszam, ale… muszę się jeszcze z kimś pożegnać. Udanej podróży. 
Nikt jej już nie odpowiedział. Przez chwilę tylko obserwowali jak cofa się do miejsca z którego przyszła. Niewiele można było zobaczyć, ale na pewno wpadła w ramiona jakiegoś wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny. I jak widać nie tylko oni mieli tego dnia ciężkie pożegnania za sobą. 

*** 

  Przy bramkach jak zawsze było zamieszanie. W końcu jednak udało im się przez nie przedostać. Każdy po kolei wkładał swój bagaż, wyjmował z kieszeni przedmioty przez które mogli zostać zatrzymani. Pierwsze i bez problemu przeszły dziewczyny, a chwilę później dołączyli do nich Tyler i Drake. 
  — Zachariasz szybciej — pospieszył go Tyler spoglądając na przyjaciela, który szarpał się ze zdjęciem butów. Przewrócił oczami i usiadł na własnej walizce. Zapowiadało się na to, że sobie trochę na niego poczekają. 
  — No już! — mruknął rudowłosy, pozbywając się butów, które dodatkowo przechylił, aby pokazać, że na pewno nic w nich nie ma. — Co jeszcze? — zapytał, patrząc na resztę przyjaciół, którzy wyglądali, jakby powstrzymywali się od śmiechu. Wsadził buty do specjalnego koszyka, czekając na werdykt. 
  — Bramki! Zachariasz, bramki! — krzyknęła Hannah, mając ochotę popukać się w czoło. 
  Chłopak przeszedł zgodnie z poleceniem przez bramki. Ledwo przeszedł, a światełko zamieszone nad nimi zaczęło świecić się na czerwono i piszczeć, dając znać obsłudze, że coś jest nie w porządku.
Nie obyło się bez “przemacania”. Pozostała czwórka miała niezły ubaw, kiedy Zachariasz musiał stać w lekkim rozkroku i z rozłożonymi rękami, a w tym czasie pracownik lotniska go obmacywał w sprawdzeniu czy nie ma wszystkiem ze sobą niebezpiecznych przedmiotów. Nikomu też nie chciało się wierzyć, że Zachariasz mógłby cokolwiek próbować przemycać. Niezwykle niebezpiecznym przedmiotem okazały się być korony islandzkie, które sobie wymienił i chyba jak na złość dostał same monety. Zachariasz został oficjalnie “oczyszczony” z zarzutów i miał już do nich iść, kiedy woreczek w którym były monety po prostu mu pękł, a pieniądze rozsypały się po całej podłodze, robiąc więcej zamieszania, niż przeszukiwanie rudego.
  — No na nową drogę życia, Jessie i Jensena! — zaśmiał się, zbierając część monet. Jessie zatrzymała się w półkroku. Uniosła głowę w górę i rozejrzała się uważnie po lotnisku, starając się wypatrzeć w tłumie znajomą blond czuprynę.
  Tylko, że Jensena na lotnisku nie było, a w stronę Zachariasza poleciały oskarżycielskie spojrzenia i nikt nie poleciał, aby pomóc mu pozbierać monety, które rozsypał. 
  — Chodźcie, znajdźmy sobie jakieś siedzenia i poczekajmy dopóki jeszcze możemy być razem — wtrącił Tyler. Może nie przyjaźnili się z Jessie, ale wystarczająco dużo o niej wiedział i szanował na tyle, aby nie pozwolić na to, żeby tu stała i czekała na kogoś, kto jej nie chciał. 
  — To dobry pomysł — Zachariasz przytaknął, najwyraźniej nawet nie zdając sobie sprawy z błędu, jaki zrobił. Objął siostrę ramieniem i poprowadził w kierunku trzyosobowej kanapy. — Zmieścimy się — stwierdził. 

***

  — To… To naprawdę koniec? — Jassemine Merrick, choć teraz już Cavanaugh, spojrzała na pozostałych, jakby wciąż w to nie wierząc. 
  — Chyba tak… — mruknął Zachariasz, robiąc krok w kierunku Hannah. — To… Na mnie już czas — powiedział, wyciągając ręce w kierunku brunetki. 
  Hannah wypuszczała co jakiś czas powietrze z płuc, nie miała ochoty się z nikim żegnać. Jessie leciała do Chicago, a Rudy wybywał, aż na Islandię. Wszyscy się rozlatywali w różne strony. Brunetka uśmiechnęła się słabo do Zachariasza i przysnęła bliżej wpadając mu w ramiona. Dopiero teraz chyba do niej docierało, że to naprawdę się dzieje. A jeszcze nie tak dawno wszyscy się świetnie bawili na festiwalu w Vegas. 
  — A może jednak jebnąć tym wszystkim i lecimy gdzieś wszyscy razem? — mruknęła cicho brunetka. To na pewno byłaby wtedy przygoda życia. — Moja babcia ma spory dom pod Paryżem. Pomieści nas wszystkich.
  — Mieszkałam we Francji. Starczy mi — mruknęła Jessie, dokładnie w tym momencie, w którym Zachariasz odsuwał się od Hannah. Wyciągnął ręce w jej stronę i mocno ją do siebie przyciągnął. — Ponadto muszę zająć się Maxem. Tym razem to moja kolej — dodała, wtulając nos w ramię drugiego brata. 
  — Uważaj na siebie, Jessie. 
  Nikomu nie uśmiechało się pożegnanie. Nawet jeśli nie żegnali się na zawsze, to było im mimo wszystko ciężko. Hannah była zaskoczona jak szybko przywiązała się do Tylera i Drake, których wcześniej przecież nawet nie znała, a teraz miała ich w gronie najbliższych przyjaciół. Albo znajomych. Jak kto wolał. 
  Mimo wszystko, najgorszy moment dopiero miał nastąpić. Wszyscy powolnymi krokami szli w kierunku swoich terminali. Jessie, która do tej pory jeszcze się trzymała, zatrzymała się gwałtownie. 
  — Ja… Ja nie mogę — powiedziała dość twardo. — Muszę… Jensen na pewno przyjdzie. A jak nie przyjdzie, to polecę następnym samolotem. 
  — Zwariowałaś? Jessie, pojawiłby się wtedy już dawno. Od Simple na lotnisko nie jest, aż taki kawał czasu. Poza tym ma twój numer telefonu. Mógł zadzwonić. 
  — Nie! On na pewno przyjdzie. Muszę na niego poczekać. — Jessie odwróciła się na pięcie z zamiarem odejścia. — Dobrze wie, że nie odebrałabym telefonu. 
— Tylko sobie zaszkodzisz bardziej, Jessie. Wiesz, że on się nie pojawi. Daj spokój, zaraz odlatujemy. 
  — Nie. Nie lecę. On tutaj przyjdzie! — zawołała, starając się przepchnąć między Drake`m, a Tylerem.
  Drake podświadomie wiedział, że nie będzie w stanie przemówić swojej przypadkowej-żonie do rozumu. Nie mógł powiedzieć, że rozumie przez co przechodzi, ale widział zbyt wiele w ostatnim czasie. Poza tym jak tylko poznał tego całego Jensena, to czuł, że coś z nim jest nie tak. Tym bardziej teraz nie mógł jej pozwolić na to, aby tutaj została. Wycierpiała wystarczająco mocno. 
  — Jeśli w to wierzysz to jesteś naprawdę głupia rzucił mierząc brunetkę uważnie wzrokiem. 
  — Nie jestem głupia, Drake. I to wszystko moja wina. Cała ta chora sytuacja, to moja wina. Muszę to wyjaśnić z nim. Jak go nie będzie, to polecę następnym… — powiedziała, starając się przepchnąć koło Tylera. Jednak zatrzymała się wpół kroku. — Ty też uważasz, że on nie przyjdzie? 
  — Jesteśmy prości w obsłudze, Jess. Wie, że ci na nim zależy, a gdyby czuł to samo… Przyjechałby tu, a raczej zatrzymał jeszcze w Simple. Przestań tracić czas. — powiedział Tyler i westchnął cicho. Miał wrażenie, że wszyscy wyjeżdżając stąd z jakimiś problemami. Jednak chętnie wziąłby problemy Jessie, gdyby to oznaczało, że nic się tamtego dnia nie wydarzyło. — Bierz swoją walizkę i pakuj tyłek do samolotu, albo zaciągnę cię tam siłą i będziemy jeszcze bardziej skłóceni, niż do tej pory.
Jessie nic nie odpowiedziała. Powoli odwróciła się i mocniej chwyciła rączkę walizki. Niczym w transie ruszyła przed siebie. Jej zachowanie było niepokojące, ale w pełni zrozumiałe w świetle ostatnich wydarzeń. 
  Na zakręcie, ten ostatni raz, spojrzała przez ramię. Ale Drake i Tyler mieli rację. Jensena nie było, więc musiała zacząć żyć z dala od niego. 

***

  Myślał nad tym czy powinien przeczytać list od Jessie. 
  Przez pierwszą godzinę go ignorował, a przez następne pół czytał i nie tyle bił się z myślami, co po prostu zastanawiał co powinien w tej sytuacji zrobić. Zdał sobie sprawę z tego, że ma coraz mniej czasu, kiedy dostrzegł, że jeszcze trochę i Jessie na dobre może zniknąć z Nowego Jorku. Rzucił wszystko, wsiadł w samochód z zamiarem powstrzymania jej przed wylotem. Po tym co przeczytał nie liczyło się to, że narobiła głupst w Vegas. Każdy miał jakieś na koncie, a on… jakby powiedział jej wcześniej o Masonie i Monice byłoby wszystko w porządku, być może. Mógł się zastanawiać nad tym co by było gdyby, ale prawda była taka, że takie myślenie niczego nie zmieni. Kiedy dotarł na lotnisko miał wrażenie, że wszystko jest już stracone. Dostrzegł tablicę odlotów i miał jeszcze trochę czasu, niewiele. Wiedział, że bez biletu nie dostanie się za bramki. Dlatego kupił pierwszy lepszy bile, który kosztował o wiele więcej, niż powinien, ale nie zwracał na to teraz uwagi. Przebicie się przez bramki było naprawdę trudne, ale nie bawił się w uprzejmego mężczyznę. Przepchał się przez kilka osób, co oczywiście spotkało się z niezadowoleniem z ich strony, ale to nie miało teraz znaczenia. 
  Ale kiedy odnalazł odpowiedni terminal…
  — Nie, nie nie — jęknął. 
  Mógł tylko stać i patrzeć jak Jessie, która w liście - który okazał się być w zasadzie listem miłosnym - wyznała mu wszystko co czuła, odlatuje w kierunku nowego życia. 
Dla niego było już za późno.

  — Wiedziałam, że przyjedziesz.

17/05/2018

2072. There are so many people, so why I still feel like I'm alone.


         Wielu głowiło się nad znaczeniem snów i ich interpretacją, chociaż najczęściej obrazy były wynikiem marzeń, lęków, nadziei, słabości i wspomnień. Te ostatnie niekoniecznie zaliczały się do przyjemnych, a wtedy ich klasyfikacja była prosta - koszmary. Najgorsze były te, w których człowiek nie był świadom, że śni, i całym sobą przeżywał wydarzenia jedno po drugim. Serce rozrywało się na strzępki, a organizm po przebudzeniu był wyczerpany. Gdyby śniący mógł na tym panować, na pewno wybrałby przedwczesną pobudkę, aniżeli przeżywać coś przykrego raz po raz.
         Krople deszczu przemoczyły jej ubrania do reszty, a głód dawał o sobie znać kolejnymi falami bólu w okolicach brzucha. Kurczowo trzymała się ręki brata, jedynej nadziei i rodziny, jaka jej pozostała na tym świecie. Oboje przemierzali ulice Nowego Jorku w poszukiwaniu schronienia, lecz to wcale nie było łatwe zadanie.
- Silas, jestem głodna - odważyła się szepnąć, chociaż wiedziała, że i on od dwóch dni nie jadł zbyt wiele. To, co ludzie wyrzucali do śmieci, nie zawsze nadawało się do spożycia, a żadne z nich nie chciało się pochorować.
- Wiem, Mars, zaraz coś znajdę. - Ucałował ją w czubek głowy, zostawiając w zaułku, by ukraść   coś do jedzenia.  
        Nagle krajobraz wokół uległ zmianie, a Marsha nie miała już jedenastu lat, a osiemnaście. Razem z bratem i Victorem siedziała w salonie ich wielkiego mieszkania, wykłócając się na temat tego, co zamówić na kolację. Każde z nich miało inny pomysł na to, co powinno trafić do ich żołądków przed imprezą. 
- Pizza - mruknęła już po raz dziesiąty i wstała z kanapy. Odwróciła się do dwójki najważniejszych w jej życiu mężczyzn i posłała im powalający uśmiech.
-  Mars - niemal równo jęknęli tamci, to prawda, że jej wybór był do przewidzenia, bo ostatnio na nic innego nie miała ochoty.
- Ja chcę pizzę, a wy jedzcie, co dusza zapragnie - wzruszyła ramionami, ruszając do pokoju, by  ubrać się odpowiednio na wyjście do klubu. 
        Kobieta znajdowała się między tłumem ludzi, wijąc się w rytm muzyki, a alkohol wyczuwalnie wpływał na jej postrzeganie świata. Tym razem miała już dwadzieścia lat, a w klubie była kompletnie sama, jeśli nie licząc zgrai nieznajomych. Zbuntowała się bratu, wychodząc na tę imprezę, ponieważ ostatnio sprawy gangu nie były zbyt kolorowe. Kolejne wydarzenia następowały po sobie w przyśpieszonym tempie. Atak, krew, bólu i powrót do domu.
- Mars, co Ci się stało? Do cholery, kto się odważył... - Silasa nie dało się powstrzymać zapewnieniami, prośbami czy groźbami. Pragnienie zemsty całkowicie przysłoniło mu zdrowy rozsadek. Wybiegła za nim, ale ktoś ją powstrzymał. Nie widziała twarzy, a następne, co ujrzała, to tłum ubrany na czarno, zebrany wokół wykopanego dołu.
- Nie! - krzyknęła.
       Poderwała się na łóżku, zlana potem, nie do końca pewna, czy nie krzyczała przez sen. Przetarła dłonią czoło, starając się uspokoić rozszalałe tętno. Nie było to najłatwiejsze zadanie, toteż postanowiła poradzić sobie w najskuteczniejszy sposób: kilka łyków whiskey, a do tego zimny prysznic. Ostatnio nie przespała spokojnie ani jednej nocy, o czym świadczyły coraz większe cienie pod oczami. Nie wiedziała, dlaczego te sny znów zaczęły ją nawiedzać. Od kilku lat nie śniła w ogóle, a teraz Morfeusz postanowił się  pobawić jej kosztem. Dłonie drżały, gdy nakładała na ciało płyn do kąpieli. Musiała czymś zająć myśli, by nie wspominać śmierci brata, ponieważ to nadal sprawiało ból. Radziła sobie z życiem, gdy nie wracała do tego, co się wydarzyło. Tak było łatwiej.  
      Godzinę później siedziała w salonie tatuażu, popijąc drugą kawę, by nie usnąć na stojąco, a na jej ustach jak zwykle gościł lekko drwiący uśmiech. Zamieniła kilka słów ze współpracownikami, a klientów wsłuchała podczas sesji, gdy byli na tyle wylewni w trakcie zdobienia ich ciał. Przetrwała do końca zmiany, nie szukając oparcia w procentach, które są zdolne uciszyć wspomnienia. Nie chciała wracać do pustego mieszkania, dlatego też po zamknięciu udała się do miejsca, gdzie łatwiej było zebrać myśli. Dostęp na dachy wielu budynków w Nowym Jorku był dla każdego, kto wiedział, gdzie szukać drabiny lub schodów. Ona miała w tym niemałe doświadczenie. Chciała być bliżej gwiazd, mimo iż zdawała sobie sprawę, że tutaj poza księżycem nie ujrzy nic więcej.  Położyła się wygodnie na ciepłej bluzie, która teraz pełniła funkcję koca. Wyciągnęła dłoń do góry i zacisnęła ją w pieść, jak gdyby coś złapała.


10 lat wcześniej
           Biegła ile sił w nogach, śmiejąc się tak głośno, że niemal brakowało jej tchu. Za sobą słyszała tylko jakieś nic nieznaczące wyzwiska, a z przodu śmiech brata. Gdy policjanci w końcu zrezygnowali z pościgu, we dwoje znaleźli 'tajemne' wejście na dach. Przychodzili tu odkąd w squacie brakowało momentami miejsca do spania. Teraz, chociaż mieli mieszkanie, to i tak przy dobrej pogodzie spędzali noce na dachu.
- Mars, coś Ty im powiedziała? - zapytał Silas, gdy złapał oddech, ponieważ cały ten pościg rozpoczął się niespodziewanie, gdy spacerowali po Central Parku. Nie wiedzieć kiedy blondynka rozwścieczyła funkcjonariuszy do tego stopnia,  że przez piętnaście minut nie chcieli dać im spokoju.
- Nic - wyszczerzyła zęby niczym pięciolatka zadowolona z psikusa, którego wywinęła.
- Młoda, ja przez Ciebie padnę na zawał - powiedział mężczyzna, dramatycznie łapiąc się za serce, i położył się na ziemi.
- Księżniczko, nie dramatyzuj - zaśmiała się, zajmując miejsce obok niego. Uwielbiała te momenty, gdy ani gang, ani nic innego nie miało dla nich znaczenia, a tylko to, że mieli siebie i chwilę spokoju. Nie mówiła tego głośno, ponieważ myślała, że brat by ją wyśmiał za bycie zbyt miękką. Myliła się, lecz nie dane jej było się o tym przekonać.
            Gdy zapadł zmrok, Marsha chciała już wracać do domu, lecz mężczyzna ją powstrzymał.
- Jeszcze chwila. Popatrz na gwiazdy - powiedział nieco melancholijnym głosem, co było do niego niepodobne. Dziewczyna, zbita z tropu, wytężyła wzrok, lecz sklepienie nadal pozostawało czarne.
- Co Ty, do cho.lery, bredzisz? Nic nie widać. - Przewróciła oczami, ponawiając próbę wstania, lecz tym razem powstrzymała ją ręka brata.
- Wyciągnij dłoń do góry... o tak - zademonstrował, nawet nie zerkając, czy wykonała jego prośbę. Zrobiła to nieco niechętnie.
- A teraz zaciśnij dłoń, jakbyś coś złapała. Trzymaj mocno! - Nagle pojawił się nad nią z tym swoim głupkowatym uśmiechem. Już miała go siłą od siebie odsunąć i rzucić kilka kąśliwych uwag, ale on przemówił pierwszy.
- Masz w dłoni cząstkę naszej mamy. Wiem, że Ci jej brakuje, ale pamiętaj, ona zawsze będzie o tam. - Palcem wskazał niebo. 
- Gdy będziesz czuła się samotna lub mnie przy Tobie nie będzie, pamiętaj, że cząstki tych, którzy odeszli świecą na nieboskłonie. Sposobem, by nadal byli blisko Ciebie, jest wyciągnięcie ręki i złapanie ich na moment. - Rozwichrzył jej włosy, psując tę chwilę, a Mars natychmiast go z siebie zrzuciła. Mruknęła coś pod nosem, idąc przodem w kierunku schodów. Szła tak, by Silas nie zauważył, że nadal nie rozluźniła pięści. 
- Czemu znów jestem sama? - mruknęła, patrząc na pięść i jak gdyby oczekując odpowiedzi, która miała nigdy nie nadejść. Powoli odwracała dłoń pod różnymi kątami, zastanawiając się, jakim cudem nadal w to wierzyła.
- Jesteś beznadziejnym bratem. Mieliśmy lecieć do Vegas, podbić  świat i razem się paskudnie zestarzeć, a teraz co...- Wypuściła powietrze ze świtem, w tym samym momencie rozluźniając uścisk. Wiedziała, że musi iść dalej, nawet jeśli sny przypominały jej o przeszłości. Uśmiechnęła się szeroko sama do siebie, wyglądając niczym obłąkana, a następnie w pośpiechu opuściła dach. Kilka przecznic dalej była impreza, której po tym trudnym okresie nie mogła przegapić. Znów kołysać się w rytm głośnej muzyki, być częścią czegoś większego, to jest to, czego potrzebowała teraz, zaraz!


[Oto mały wstęp do historii Marshy. Nie jest idealnie, nie do końca jak zaplanowałam, ale ktoś mi kiedyś powiedział, że czasem nad postaciami nie można zapanować ;) A ja w pełni się zgadzam i notka z dedykacją dla Tej własnie osóbki!]