Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

28/04/2018

2068. Won't you take me to Funkytown?

Zagubiona Owieczka i Ciasteczkowy Potwór
w kompletnie nowej odsłonie. Enjoy, kids!
     Trzeci dzień podróży. Trzeba dodać, że spontanicznej podróży. Panna Sullivan postawiła Sebastiana przed faktem dokonanym i praktycznie zmusiła go do przygody na stopa, która miała ich doprowadzić do samej Arizony. Kawał drogi, gdzie napotykali wiele ciekawych ludzi oraz miejsc. Trzeba też zaznaczyć, że czasami wpadały im do głów dziwne pomysły. Tak jak i dzisiaj, podczas przystanku w Indianapolis. Sebastian na dobrą sprawę nie miał bladego pojęcia, jak dziewczyna zareaguje na jego propozycję. Obserwował dokładnie wyraz jej twarzy, kiedy wydawała się analizować przez chwilę jego słowa. Dalej się uśmiechał, jakby miał nadzieję, że jego błagalne spojrzenie jakkolwiek podpowie rudowłosej, jak bardzo chętny jest na nocną wycieczkę bo podziemiach, tym bardziej, że widział w jej spojrzeniu pierwiastek niepewności.
— Ale mnie tam nie zostawisz? — zapytała w końcu niepewnie, zaciskając mocniej dłonie na jego rękach.
— Musiałbym być straszliwym draniem, aby zostawić w takim upiornym miejscu, tak uroczą i cudowną dziewczynę — odpowiedział szybko, nie będąc chyba do końca pewnym czy jej pytanie było w jakimkolwiek stopniu poważne. Nie powstrzymało go to jednak przed uśmiechnięciem się, a kiedy Ida kiwnęła głową na znak, że detektyw ma zaprowadzić ich do wejścia, poczuł jak dziwna fala podekscytowania przelewa się przez jego ciało. Spróbował jednak się uspokoić, aby przypadkiem nie zrobić swojej towarzyszce wstydu przy ludziach, którym najwyraźniej nie przeszkadzała tak późna godzina, skoro dalej kręcili się po mieście.
— Nie pożałujesz tego — stwierdził krótko, po czym dalej nie puszczając jej jednej ręki, zaczął oddalać się od placu z fontanną, ciągnąc ją za sobą.
Ruda dziewczyna odetchnęła głęboko, na początku nie będąc do końca przekonaną, co do pomysłu swojego towarzysza. Jednak z drugiej strony, sama myśl o zobaczeniu podziemi Indianapolis była ekscytująca.
— Nie? — zapytała, mocniej zaciskając palce na jego dłoni — A jak znajdziemy tam jakiegoś trupa, to co wtedy? 
Ufała mu. Ufała jak nikomu innemu, więc mimo wszystko grzecznie podążała za panem detektywem.
— Naoglądałem się w swoim życiu już tyle trupów, że chyba nic mnie nie zaskoczy — odpowiedział, kompletnie nie przejmując się tym, że komuś jego słowa mogłyby wydawać się w jakimś stopniu przejmujące. Murillo jednak przez wiele lat pracy zdążył przyzwyczaić się do widoku gnijących ciał, kości czy innych, niezbyt przyjemnych rzeczy. Cholera, w końcu sam niedawno padł ofiarą postrzału, więc czym było przy tym wszystkim kilka próchniejących kości? — Zresztą, z tego co mi wiadomo, katakumby w tym mieście wcale zbytnio katakumbami nie są. Kiedyś spełniały rolę magazynu. Ale... — zatrzymał się na chwilę, jednak dalej szedł przed siebie. Nie chciał w żadnym stopniu straszyć Idy, ale nie byłby sobą gdyby tego nie powiedział. — ...może ktoś, tak jak my, postanowił, że zrobi sobie ekscytującą wycieczkę, zgubił się w tych wszystkich pokręconych korytarzach i już nigdy nie ujrzał świata zewnętrznego?
Dziewczyna zmarszczyła brwi i szybko przywaliła mu w ramię z otwartej dłoni. Ona sama jakoś wolała sobie nie wyobrażać takich rzeczy, jednak to samo przychodziło. 
— A może ktoś, tak jak ty teraz mnie, zaciągnął tam dziewczynę i zgwałcił, a potem zabił? — mruknęła, zatrzymując się zaraz obok Murillo przy jakimś włazie, który wyglądał raczej jak zwykła studzienka.
— Czy ty sugerujesz, że byłbym do czegoś takiego zdolny? — odpowiedział pytaniem, odwracając zaskoczone spojrzenie w jej stronę. Nie był już do końca pewien, co z jej strony było poważnym pytaniem, a co sarkazmem lub ironią. Miał jednak cichą nadzieję, że to też był jeden z jej głupich żarcików, bo chyba sam nawet nie miał na swój temat tak złego zdania. A on, jak nikt inny, potrafił rujnować sobie samoocenę. — To było okrutne.
— Nie, ty! — oburzyła się, kręcąc lekko głową — Chodziło mi, że możemy takiego trupa tam znaleźć — dodała już nieco ciszej.
Wreszcie puścił jej dłoń i kucnął przed grubym, metalowym włazem, z łatwością podnosząc go do góry. Może nie był to najlepszy z jego pomysłów, lecz w tej chwili się tym nie przejmował. Nawet fakt, że w pewnym sensie łamie właśnie prawo, przeszedł zaraz obok niego lub skrył się gdzieś pod ekscytującą wizją zwiedzania tego miejsca. Szkoda tylko, że aby tam dojść będą musieli przejść kawałek obok spływających ścieków. Ale czego nie robi się dla dobrej zabawy.
— Panie przodem — wskazał dłonią na metalowe pręgi, które najwyraźniej stanowiły pewnego rodzaju drabinę, która pozwalała zejść na dół.
Sullivan przełknęła nerwowo ślinę i wychyliła się nieco do przodu, aby spojrzeć w dół. To wszystko nie wyglądało zbyt zachęcająco. Przynajmniej jej zdaniem.
— A wziąłeś latarkę? — zapytała, gdy już weszła na pierwszy szczebel drabiny – Bo moja została w plecaku – mruknęła, schodząc ostrożnie w głąb. 
— Mam telefon, który może nam służyć za latarkę — odparł, najwyraźniej dumny z faktu, że jego komórka była do tego zdolna. Chociaż zapewne gdyby nie Chauncey, który uświadomił mu jak działa jego telefon, dalej używałby go tylko do dzwonienia i wysyłania wiadomości. — Gorzej jak mi się rozładuje — dodał już nieco ciszej, mając jedynie nadzieję, że Ida tego nie usłyszy.
Schodząc coraz niżej, czuła jak chłodne powietrze dotyka jej odkrytej skóry i robi się, jakoś tak, nieprzyjemnie. W pewnym momencie, nadepnęła butem na coś lepkiego, przez co jej noga ześlizgnęła się z jednego pręta. Pisnęła głośno, spadając nagle kilka szczebli niżej. Odetchnęła głęboko, zaczynając się już całkiem nieźle obawiać tej całej wyprawy. Atmosfera wokół była upiorna, trzeba to było przyznać. A zapach stęchlizny wcale tego wrażenia nie rozwiewał.
Sebastian wychylił się do przodu, słysząc głośny wrzask dziewczyny i spróbował wypatrzeć jej ognistych włosów, jednak wszystko przesłaniała ciemność. Dopiero teraz poczuł jak coś ściska go w klatce piersiowej, kiedy jeszcze chwilę próbował znaleźć ją wzrokiem, aby upewnić się, że nic jej nie jest. Cóż, nie chciał aby przez jego głupi pomysł Idzie cokolwiek się stało.
— Żyjesz? — spytał, a jego głos rozniósł się echem, spadając na samo dno studzienki. 
— Tak!
Dopiero kiedy upewnił się, że Sullivan przeżyła swój upadek, westchnął gdy opuścił go ten nieprzyjemny strach i sam wreszcie zaczął schodzić po drabinie. Zasłonił za sobą pokrywę, aby nikt przypadkiem nie włożył nogi w otwór w chodniku i sprawnie zaczął kierować się w stronę dziewczyny, aby po kilku szczebelkach zeskoczyć, lądując na nogach niczym sam atleta. Może nie był najlepszy w biegach na długie dystanse, ale poza tym jego sprawność fizyczna nie należała do najgorszych.
— Boisz się szczurów? — zwrócił się do niej dopiero po chwili, jakby chciał się upewnić czy w przypadku napotkania tego małego stworzonka, dziewczyna będzie miała zamiar zacząć piszczeć. I chociaż sam nie przepadał za ich obecnością, tutaj mogli spodziewać się wszystkiego. Najprawdopodobniej nawet cholernych węży. W końcu byli w Indianie. Dziewczyna pokręciła jedynie przecząco głową. Szczury jej jakoś nie przeszkadzały, chociaż pewnie gdy, któryś otrze się niespodziewanie o jej nogi, to pewnie zacznie krzyczeć, bo po prostu nie będzie na to przygotowana. Naciągnęła czerwoną bandankę, którą miała pod szyją, na nos.
— Śmierdzi tu… — wymamrotała. 
Nie była może znowu taką księżniczką, która nie pójdzie z nim dalej, ale nie mogła powiedzieć, że czuje róże czy fiołki. 
— Cóż, trudno żeby nie śmierdziało, skoro zaraz obok nas płyną ścieki — wzruszył ramionami, wyciągając telefon, aby ten mógł jakkolwiek rozświetlić im drogę. Ruszył przed siebie, mając jedynie nadzieję, że dziewczyna idzie zaraz za nim. Nie chciał, aby któreś z nich się tutaj zgubiło. Wtedy mogliby mieć naprawdę niezłe kłopoty. — Nie przejmuj się, to niedaleko. Chyba.
Jednak Sebastian wcale się nie mylił, bo już po kilku minutach znaleźli ostry zakręt, który najwyraźniej prowadził do owych katakumb, bo beton został zastąpionym piaskiem, a szare ściany przeszły płynnie w stare, pomarańczowe cegły. Dobrze, że przez ten krótki czas nie zdążyli natknąć się na jakieś nieprzyjemne, podziemne zwierzątka, bo zapewne policjant zacząłby wtedy piszczeć wraz ze swoją towarzyszką.
— Mówiłem, że nie ma tu niczego, czego można by było się bać — odparł wreszcie, co chwila skręcając w inną stronę, jakby miał zamiar zwiedzić każdy centymetr tego ponurego miejsca.
— Jeszcze — wymamrotała pod nosem, bardziej do siebie, aniżeli do niego. Dzielnie za nim szła, co chwila jednak wzdrygając się, gdy nadepnęła na coś o dziwnej konsystencji. 
Starała się trzymać tuż za nim, aby przypadkiem nie skręcić w złe rozwidlenie. Jednak w pewnym momencie znieruchomiała, wyciągając przed siebie rękę. Złapała za krawędź kurtki Murillo, zmuszając go do zatrzymania się.
— S-s-słyszałam coś… — jęknęła przerażona. Pewnie, gdyby mieli nieco lepsze światło mógłby dostrzec jak dziewczyna pobladła. Grała niezłego chojraka, ale to było wcześniej. Teraz wcale nie było jej do śmiechu.
Szybko przybliżył wolną dłoń do swojej twarzy, aby zasłonić usta, z których chciał się właśnie wynieść donośny śmiech. Chociaż zapewne nie powinien tak bardzo naśmiewać się z nastawienia dziewczyny, w takiej sytuacji po prostu nie potrafił zachować się normalnie.
— Niby co takiego? — spytał, kiedy zdążył się już jako tako uspokoić, odwracając w jej stronę swoje spojrzenie. — Może to wojownicze żółwie ninja? — jego uśmiech szybko zbladł, kiedy do jego uszu również dotarły zagłuszone dźwięki. Trudno było właściwie określić czym były owe odgłosy. Z pewnością jednak, należały do ludzi lub do czegoś, co człowieka miało przypominać. Chociażby zjaw, w które przecież wcale nie wierzył. — Czy to możliwe abyśmy właśnie wprosili się na spotkanie jakiegoś kultu?
Dziewczyna przylgnęła do Sebastiana, mocno obejmując go rękami w pasie. Jak mieli ją zabić to razem z nim, nie odda się bez niego, ani też nie wyobrażała sobie, aby ona miała tutaj zostać sama. Zacisnęła mocno powieki, wtulając policzek w jego plecy. 
— Gdzieś ty mnie zaciągnął — powiedziała prawie ze łzami w oczach — To jakieś pierdolone duchy, opętają nas! Na pewno! — pewnie w takiej sytuacji nie powinna krzyczeć, ale nie potrafiła zapanować nad własnymi emocjami. 
— Duchy nie istnieją, moja droga — spróbował jakkolwiek przemówić jej do rozsądku, lecz to wydawało się wcale nie działać. Cóż, Murillo nigdy nie wierzył w tego typu bajki, a każde opowieści o zjawach traktował jako czyiś wymysł. W końcu, Sebastianowi trudno było uwierzyć nawet w owe opętania, chociaż wielu uważało, że coś takiego dzieje się naprawdę. On jednak sądził, że egzorcyści zmagają się jedynie z chorymi psychicznie ludźmi.
Zaraz znów skręcił, kierując się w stronę źródła dziwacznych odgłosów. Wiedział, że Ida najprawdopodobniej nie jest zachwycona faktem, że prowadzi ją do mniemanych duchów, jednak jak zwykle ciekawość zaczęła na tyle zżerać go od środka, że nie było teraz mowy o ucieczce. Miał zamiar dojść do tego, co tak bardzo ich wystraszyło.
Szli dużo wolniej niż wcześniej, bo ruda ani myślała puścić mężczyzny. Tak przynajmniej czuła się w miarę bezpiecznie, jeśli w ogóle można było to tak ująć. Przełknęła nerwowo ślinę, gdy za kolejnym zakrętem mogli dojrzeć, gdzieś w oddali tunelu, tlące się światło. Idzie coraz mniej to wszystko się podobało i miała ochotę już się wycofać, ale chyba było już za późno. 
— A skąd wiesz, że nie istnieją? — zapytała w końcu, wychylając się nieznacznie zza jego ramienia — A o to, to niby, co to jest? — szepnęła, widząc jakieś dziwne cienie przed nimi. 
Detektyw pospiesznie zahamował, zatrzymując się w miejscu, kiedy Ida wskazała na ciemne, stojące parę metrów przed nimi figury. Przełknął ślinę, kiedy wstąpił w niego mocny niepokój i wziął głęboki wdech. Nie miał bladego pojęcia jak miałby jej odpowiedzieć, dlatego po prostu zamilkł, nie ruszając się z miejsca, jakby bał się, że stojące przed nimi postacie zauważą jakikolwiek gwałtowny ruch. Zrobił wolny krok w tył, jednak w tej samej chwili usłyszał jak pod podeszwą jego buta, łamie się na pół, zapewne, kawałek drewna, którego hałas rozniósł się po całym korytarzu. Zacisnął powieki i pokręcił lekko głową, wyzywając siebie w głowie od najdurniejszych.
— Masz babo, kurwa, placek — wyszeptał pod nosem, kiedy cienie ruszyły w ich stronę.
— Brawo, idioto! — krzyknęła dziewczyna, idąca tuż za nim. 
— Tak, wiem, jestem idiotą, nie musisz mi tego uświadamiać! — odwarknął, odwracając się w jej stronę.
Ida w pewnym momencie złapała za kaptur jego sportowej kurtki, po czym ruszyła do ucieczki, co musiało wyglądać komicznie. Sebastian był zmuszony do tego, aby nieznacznie się pochylić i w takiej pozycji biec. Niestety, przez to nie mógł osiągnąć zbyt dużej prędkości. Nie chciała się odwracać, nie miała nawet takiej odwagi, a do jej uszu nawet nie dopuszczała krzyków za sobą. Była jakby odcięta od świata, starając się nie dopuszczać do siebie tego, co ktoś lub coś, za nimi wrzeszczy. Jednak Sebastian już po zaledwie kilku metrach zwolnił kroku, kiedy dotarło do niego, że dochodzące zza ich pleców krzyki, wcale nie należą do istoty nie z tej ziemi. Wreszcie zatrzymał się, łapiąc przy tym Idę za rękę, aby ta stanęła zaraz obok niego. Chociaż zapewne Sullivan nie była zachwycona jego postępowaniem. Murillo odwrócił się do niej plecami, aby jeszcze raz spojrzeć w stronę ciemnych sylwetek. Jedna z nich spokojnym krokiem zaczęła przybliżać się w ich stronę, a kiedy wyszła z cienia, pojawił się przed nimi mężczyzna w czarnej szacie i spiczastym nakryciu głowy, który przysłaniał również jego twarz, niczym kapeluszysko Ku Klux Klanu. I zapewne gdyby ubiór nieznajomego okazał się biały z czerwonymi dodatkami oraz znakiem owej organizacji, Sebastian pomyślałby, że znaleźli się w cholernej jaskini smoka.
— A wy dokąd? — usłyszeli donośny, lecz dosyć piskliwy, chłopięcy głos dochodzący zza czarnej chusty przysłaniającej twarz stojącej przed nimi postaci. Nieznajomy zachichotał, widząc przerażenie w oczach nowoprzybyłych, więc szybko ściągnął z głowy swoje nakrycie głowy, ukazując im twarz nie żadnego chodzącego trupa, a zwykłego, młodego mężczyzny. — Jak się tutaj w ogóle znaleźliście? Główne wejście jest zamknięte. Nieładnie tak się wpraszać na czyjeś spotkania.
Dziewczyna przełknęła nerwowo ślinę, mając wrażenie, że wszyscy tu zebrani byli w stanie to usłyszeć. Zacisnęła mocno palce na dłoni Murillo i pokręciła lekko głową.
— Przypadkowo… — mruknęła pospiesznie, choć dopiero po chwili zdała sobie sprawę z tego, jak idiotycznie to zabrzmiało. Raczej nikt nie trafiał tu przypadkiem, bo nie było to wcale takie proste. Mimo, że chłopak przed nimi wyglądał nawet i na młodszego od niej samej, jakoś nie było jej do śmiechu.
— Przypadkowo? — spytał nieznajomy, po czym zachichotał cicho, jakby nie chcąc pokazywać im w jak zabawnej sytuacji się znaleźli. Nawet jeśli w tym wszystkim zapewne najśmieszniejsze były ich miny, kiedy Ida ukrywała się za plecami Murillo, a detektyw spoglądał na młodego chłopaka mocno zmieszanym spojrzeniem. — Cóż, jeśli już tutaj jesteście... To możecie równie dobrze się nam do czegoś przydać. Kto by pomyślał? — wzruszył ramionami. — Ciemne podziemia, żadnych świadków i wy, moje dwa, słodkie cukiereczki.
— Przydać? Do czego niby przydać?! — wyrwało się z ust rudej dziewczyny, która mocniej wychyliła się zza ramienia detektywa. Szturchnęła go też nieco mocniej, aby ten w końcu się obudził i coś powiedział. W końcu obiecał jej, że będzie jej tutaj bronił, a teraz co? Zostawi ją na pastwę jakiejś sekty? — My już musimy iść, prawda? — zwróciła się do Sebastiana, a następnie spojrzała na młodego chłopaka — Nie musisz się kłopotać, znajdziemy wyjście. Poradzimy sobie. 
Murillo podskoczył w miejscu, kiedy tylko łokieć dziewczyny wylądował na jego boku, wyrywając go wreszcie z rozmyślań, gdy analizował dokładnie każde słowo, stojącego przed nimi młodego chłopaka. Odchrząknął głośno, jakby chciał oświadczyć wszystkim wokół, że ma zamiar włączyć się do tej małej konwersacji i już po chwili odwrócił wzrok w stronę nieznajomego, wbijając palec wskazujący w jego pierś.
— Lepiej uważaj co mówisz, młody. Tym bardziej przy cholernej glinie — oświadczył, kompletnie nic nie robiąc sobie z tego, że najwyraźniej jego towarzyszka po prostu chciała się stąd zabierać. On jednak był na tyle ciekawski, że miał zamiar się dowiedzieć, co się tutaj wyprawia.
— Prze-przepraszam, przecież my nie robimy nic złego. Mamy nawet pozwolenie na nasze spotkania w tym miejscu — młody podniósł ręce w poddańczym geście, a jego uśmieszek od razu spełzł ze smukłej, bladej twarzy. Rozejrzał się jeszcze dookoła, po czym spojrzał na detektywa pytającym spojrzeniem. — Nie wyglądasz zbytnio na policjanta...
— A czy obszerny facet, który najprawdopodobniej waży sto pięćdziesiąt kilogramów, stojący przy kasie z trzema paczkami pampersów, wygląda na policjanta?! — odpowiedział pytaniem, wyraźnie poirytowany stwierdzeniem nieznajomego. Ale to prawda, w jego śmiesznej, kolorowej kurtce, którą zabrała mu na podróż Ida, zapewne najpoważniej nie wyglądał.
— No dobra... Słuszna odpowiedź — odparł po chwili chłopak, dalej nie spuszczając w dół rąk.
Ruda założyła ręce na piersi i zmarszczyła brwi. Nie miała zamiaru tak tu stać i słuchać ich wymiany zdań. Prychnęła w końcu i wyrwała z ręki Sebastiana telefon z włączoną latarką. Sama nawet nie wiedziała skąd nabrała tyle odwagi, ale chyba z tej irytacji. Przepchnęła się w końcu przed mężczyznę i wyminęła chłopaka, ruszając przed siebie. Zostawiła ich w tyle, idąc dalej. Gdy robiło się za nią coraz ciemniej, jej krok stawał się coraz wolniejszy i mniej pewny. Gdy dotarła do kolejnego rozwidlenia, zagryzła dolną wargę i wychyliła się, słysząc z oddali śmiechy innych młodych ludzi. 
Nawet nie wiedziała kiedy ktoś zaszedł ją od tyłu. Zorientowała się dopiero w momencie, gdy poczuła czyjąś dłoń na swoich ustach. Najwyraźniej, ten ktoś chciał, aby nie zaczęła wrzeszczeć. Próbowała się wyrwać, ale była słabsza od swojego „napastnika”.
— A co to za zgubiona owieczka? — wyszeptał jej do ucha zupełnie obcy chłopak, który był identycznie ubrany jak ten poprzedni. Popchnął Idę lekko do przodu, zmuszając ją do ruszenia przed siebie, w kierunku dobiegających odgłosów. 
Serce waliło jej teraz jak oszalałe, co nie ułatwiało zachowania spokoju. Nie miała nawet pojęcia czy Murillo do niej dotrze, bo głupia przecież zostawiła go z tym drugim chłopakiem. Głosy stawały się coraz głośniejsze i wyraźniejsze, co sprawiało, że bała się coraz bardziej i zaciskała coraz mocniej powieki, jakby nie chcąc tego wszystkiego oglądać. W pewnym momencie nieznajomy pchnął ją mocniej do przodu, a ona upadła na zimny beton, pośród grupki zakapturzonych osób. Zapanowała cisza, a wszyscy wlepili swoje spojrzenia w rudą kobietę.
— Kto to? – zapytała pewna dziewczyna, robiąc krok do przodu. Kucnęła przed Sullivan i bezceremonialnie założyła kosmyk jej rudych włosów za ucho.
— Znalazłem ją jak węszyła — mruknął chłopak, który ją tutaj przyprowadził. 
— I co z nią zrobimy?
     Sebastian nie zauważył nawet, kiedy rudowłosa wyrwała mu z ręki telefon i przeszła zaraz obok nich, zbyt zajęty wymianą zdań z ich nowym znajomym. Jednak kiedy po chwili odwrócił się, by spojrzeć w stronę dziewczyny, jego serce momentalnie stanęło, gdy zdał sobie sprawę z tego, że Ida najwyraźniej gdzieś zniknęła. Jeszcze raz spojrzał wściekłym wzrokiem na młodego i chociaż miał ogromną ochotę, wymierzyć mu cios prosto w policzek, powstrzymał się szybko, nie chcąc wywoływać zbytniego zamieszania.
— I jak mam ją teraz znaleźć w tym pierdolonym labiryncie? — wzruszył ramionami, próbując szybko wymyślić coś, co pozwoliłoby mu ją namierzyć. — Kobiety...
— Mogę pomóc — odparł młody, znów powoli nabierając odwagi w towarzystwie detektywa.
— Ty już wystarczająco dużo zrobiłeś! — wykrzyknął, najwyraźniej obwiniając za wszystko stojącego przed nim chłopaka. Nie chciał zbytnio dopuścić do siebie myśli, że tak naprawdę była to jego wina. W końcu, gdyby nie jego głupi pomysł, nigdy by tutaj nie wylądowali, a Ida nie zgubiłaby się w tym przeklętym labiryncie. Lecz kiedy nic dobrego nie przyszło mu do głowy, uspokoił się, zerkając na nieznajomego. — Jaki masz pomysł?
Bez jakichkolwiek pytań szedł wolnym krokiem za chłopakiem, który teraz najwyraźniej próbował zaprowadzić go w miejsce, w którym mogła wylądować panna Sullivan. Nie miał zamiaru przez ten czas siedzieć cicho, jednak jego wszelkie pytania na temat inszego, dziwacznego spotkania w podziemiach, były najzwyklej w świecie unikane lub odpowiedzi okazywały się zbyt płytkie by cokolwiek z nich wywnioskować. Po chwili jednak, detektyw zaczął się zastanawiać, czy dobrze zrobił ufając nieznajomemu. Przecież równie dobrze mógł go teraz prowadzić do sali tortur, czy gdzieś gdzie będą próbowali zrobić z nim inne, nieciekawe rzeczy. W końcu tak tajemnicze grupy raczej wolały nie zostawiać świadków swoich poczynań. Ale równie dobrze, jego wyobraźnia mogła zaczynać powoli płatać mu figle.
Chłopak otworzył wreszcie potężne, szerokie drzwi, ukazując szerokie pomieszczenie wypełnione zapalonymi świecami, z których powoli zaczynał kapać wosk, brudząc tym samym podłogę i ściany. Stojąca pośrodku grupka ubranych na czarno ludzi odwróciła się w stronę nowoprzybyłych, tym samym ukazując siedzącą na ziemi Idę, która teraz wręcz trzęsła się z przerażenia. Sebastian też przestał w końcu rozumieć, co się tutaj wyprawia.
— Co jest kurwa? — spytał, rozkładając ramiona i przewracając wzrok na chłopaka, który go tutaj właśnie przyprowadził.
— No wiecie co! Tak traktować naszych gości? Zachowujecie się jak zwierzęta, gratulacje. Trochę szacunku, proszę — nieznajomy zwrócił się do swoich znajomych, którzy dalej stali okrążając wystraszoną rudowłosą.
— Szacunek do kogoś kto wbija się na czyjeś imprezy? I to bez zaproszenia? — zapytał jeden z nich, który najwyraźniej z całego grona był najbardziej odważny. Złapał rudowłosą pod ramię i zmusił ją do wstania z kolan – Dlatego uważam, że powinni zostać ukarani!
— U-ka-rani, u-ka-rani! U-ka-rani, u-ka-rani! — reszta grupy zgodnie zaczęła wykrzykiwać. Ktoś nawet uderzał długą laską o ziemię, robiąc przy tym nie mało hałasu. 
Ida czuła się w tym momencie, jakby przeniosła się do średniowiecza i musiała przyznać, że nie do końca orientowała się w tym, co też u licha się tutaj wyprawiało.
Sebastian zmarszczył czoło, kiedy jeden z przebranych złapał dziewczynę, lecz gdy chciał już ruszyć przed siebie, stojący obok niego chłopak, pospiesznie go zatrzymał, dając mu do zrozumienia, że lepiej będzie, jeśli spróbuje nie wtrącać się w nieswoje sprawy. Nie miał jednak zamiaru długo czekać. Wystarczyło kolejne, złe posunięcie, aby wszedł w sam środek ich okręgu, wyciągając dziewczynę z towarzystwa tych naprawdę dziwnych ludzi.
— No dobra — odpowiedział po chwili jego nowy znajomy, próbując uciszyć całą chmarę poprzebieranych. Sebastian przewrócił na niego przerażony wzrok, jednak ten kompletnie nic sobie z tego nie robił. — Jak chcecie. Ale ostrożnie. Nie chcemy, aby któreś z nich poskarżyło się, że robimy tutaj straszliwy bałagan — odwrócił się w stronę detektywa. — Spokojnie, nie będzie tak źle.
Ten, który przywlókł tutaj Idę, zsunął nieco kaptur z głowy, ale nie na tyle by wszyscy mogli ujrzeć jego twarz. Najwyraźniej wcale nie chciał zdradzać swojej tożsamości. 
— To co? Ja czekam na pomysły — popatrzył na wszystkich zgromadzonych, obracając się razem z Idą wokół własnej osi, prezentując zebranym „winną”.
— Zrzucić ją w dół diabelskiej studni!
— Nie, niech cierpi! Wrzućmy ją do jaskini Żmiji!
— Czy nie łatwiej będzie po prostu skrócić o głowę?
Sebastian przerażony przyglądał się całej wymianie zdań i nawet nie zauważył, kiedy nieznajomy ułożył dłonie na jego plecach, wpychając go w sam środek okręgu, aby wylądował zaraz obok swojej towarzyszki.
— Macie kolejnego do kolekcji!
— Cisza! — ryknął jeden z zebranych, który trzymał w ręku potężną, drewnianą laskę, a z jego kaptura wystawały długie, siwe włosy i równie biała broda. Wszyscy w jednym momencie odwrócili w jego stronę spojrzenia, razem z ofiarami całego tego spotkania. — Wasz gniew do niczego nie doprowadzi! Chcecie dla nich kary? Odpowiedniej? Niech bogowie zadecydują o ich losie — wzniósł wysoko ręce, wpatrując się w sufit ciemnego pomieszczenia. Kiedy jednak zauważył, że kula na jego lasce jest dalej czarna, mocno walnął w nią pięścią, aż wreszcie wydostało się z niej fioletowe światło. — Cholerne badziewie... — wyszeptał pod nosem, po czym znów wrócił do wsłuchiwania się w wolę bogów. — Potężni! Zadecydujcie o tych, co przeszkodzili nam świętowanie! O tych, co przeszkodzili nam w wychwalaniu waszej potęgi! O bogowie, przemówcie!
     Ida przełknęła nerwowo ślinę i ukradkiem złapała dłoń Sebastiana, aby choć trochę poczuć się bezpiecznie. Gdy tylko uda im się stąd wydostać, to sama ukróci go o głowę za ten pomysł z zejściem w podziemia miasta. Starała się opanować swoje myśli i wykorzystać moment, w którym cała uwaga została skupiona na ich duchowym przewodniku. Sama przez chwilę patrzyła na jego laskę, która najwyraźniej musiała być na baterie. W życiu nie uwierzy w to, że ten naprawdę łączy się z jakimiś bogami. Zmarszczyła brwi i popatrzyła wtedy na twarz Sebastiana. Pociągnęła go delikatnie za rękę, aby zmusić go do tego, aby na nią spojrzał. Gdy odwrócił spojrzenie od siwego mędrca, skinęła głową w kierunku, gdzie utworzyła się luka w kręgu, w całkiem dobrym miejscu, bo prowadzącym do wyjścia z tego ogromnego przedsionka. Mogli ryzykować ucieczkę, ale co jeśli ci wariaci ich złapią albo, co gorsza zgubią się w tym labiryncie?
Murillo nie był zbytnio pewien czy ucieczka to dobry pomysł. Rozejrzał się dookoła, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie mają innego wyjścia. Chociaż teraz wiedział już, że przebrani odgrywają po prostu jedno, wielkie, śmieszne przedstawienie i tak nie uśmiechało mu się dłużej tutaj zostawać. Dlatego zanim Ida zdążyła w ogóle pojąć, że brunet zgodził się na jej plan, pociągnął ją za sobą w stronę tunelu, który mógł ich stąd wyprowadzić.
— Łapać złoczyńców! — warknął siwy mędrzec, któremu najwyraźniej przerwali rozmowę z pradawnymi bogami i każdy z zebranych wyciągnął coś zza czarnych pasów, celując w uciekającą parę. — Nie mogą wydostać się stąd żywi! — odwrócił się w ich stronę, po czym skierował świecący czubek laski w rudą i detektywa, jakby miał zamiar wystrzelić w ich stronę fioletową błyskawicę. Zamiast tego jednak, kiedy nakazał innym strzelać, Sebastian poczuł jedynie jak coś potężnego, lecz miękkiego odbija się od jego pleców. Przystanął, nie zwracając uwagi na lecące w ich stronę pociski i przykucnął, aby zobaczyć co w niego uderzyło. Na ziemi leżał w kawałkach biały tort, przez co detektyw wziął do ręki odrobinę.
— Czekoladowy! — powiedział z pełną buzią, odwracając wzrok w stronę rudowłosej.
— Idioto! Chodź! — pociągnęła go za rękaw kurtki, bo chciała się stąd jak najszybciej wyrwać.
— Wiesz co? Wreszcie zacznę liczyć ile już razy dzisiaj nazwałaś mnie idiotą! — wykrzyknął w jej stronę, wyraźnie poirytowany zachowaniem rudowłosej.
Miała gdzieś to, że leciały w ich stronę pociski złożone tylko i wyłącznie ze słodyczy. Tak! Słodyczy! Wyglądało to cholernie groteskowo, ale przynajmniej ruda była pewna, że nie zginą podczas tego ostrzału. On jednak nie chciał tak szybko rezygnować z dobrego jedzenia. I chociaż najchętniej by tutaj został, próbując włączyć się do bitwy owymi pysznościami, Ida trzymała go tak mocno, że nie miał żadnej szansy, aby wyrwać się z jej uścisku. Zostało mu więc jedynie łapanie wolną ręką lecących w ich stronę babeczek oraz ciasteczek, które zaczął chować po kieszeniach kurtki.
     Biegła przed siebie ile sił w nogach, nie zastanawiając się nawet za bardzo, w którą stronę skręcić. Kierowała się intuicyjnie i nawet nie wiedziała kiedy znaleźli się pod drabiną. Nieważne czy była to ta sama, po której tutaj zeszli, ale ważne było to, że prowadziła na powierzchnię. Gdy Sullivan miała już zamiar kierować się na górę, Murillo zdecydowanie za głośno chrupnął ciastkiem z waniliowym nadzieniem, zapewne zwracając na siebie uwagę nie tylko każdego, ale i wszystkiego, co właśnie znajdowało się w ich okolicy.
— Jestem cholernie głodny, dobra? — spróbował się jakoś usprawiedliwić, pilnując przy tym, aby żaden ze słodyczy nie wypadł mu z ciasnych kieszeni. Jeszcze tego brakowało, aby po tym wszystkim stracił tak dobre pokłady jedzenia. — Może chcesz jednego? — zwrócił się do dziewczyny, zdając sobie sprawę z tego, że najwyraźniej uciekli na tyle daleko, że nie słyszeli już rozjuszonych krzyków nieznajomych.
— Lepiej chodź, Ciasteczkowy Potworze — mruknęła, po czym pociągnęła go za kaptur, gdy zaczęła wspinać się na górę. Gdy dotarła do śluzy, walnęła w nią, ale nie miała na tyle siły, aby ją unieść — Pomóż mi… — jęknęła, próbując ją podnieść. 
Dobrze, że Sebastian ją w końcu posłuchał i stanął o dwa szczeble niżej, po czym oparł się o jej ciało, by móc w końcu unieść wieko. Ruda tylko pokręciła lekko głową, widząc, że wszystko to robi z muffinką w gębie. 
— Tylko byś się nie udławił — powiedziała, a następnie ruszyła na zewnątrz specjalnie kręcąc mu tyłkiem przed samym nosem. Żeby na nią tak patrzył, jak na te wszystkie słodkości. 
— To byłoby słabe gdybym padł przez zadławienie się — odpowiedział, dalej trzymając się jedną ręką drabiny, a drugą zrzucając na sam dół papierek od babeczki. — W sensie... Jak na glinę — lecz zamilkł, kiedy tylko dotarło do niego, co wyprawia rudowłosa, próbując odwrócić zawstydzony wzrok od jej pośladków. Wreszcie jednak wygrzebał się z środka i stanął zaraz obok niej, z rumieńcami na policzkach, tylko przez to, co przed chwilą zobaczył. — Jak w ogóle możesz sobie tak ze mną pogrywać? Czy ty masz sumienie, dziewczyno?
— A ty je masz? Skoro wolisz takie wypiekane babeczki… Od jednej… — złapała go za kołnierz i szarpnęła tak, że zmusiła Murillo do tego, aby się nieznacznie pochylił i wyrównał swoją twarz z jej — Takiej, żywej… Którą masz zawsze na wyciągnięcie ręki — mruknęła i puściła go, po czym walnęła go z otwartej dłoni w ramię — A tak poza tym to nie wiem czy następnym razem dam się namówić na jakiś twój pomysł. Jeszcze przy tobie zginę, zobaczysz!
— No nie wiem czy tak zawsze... — wymamrotał do siebie, masując ramię, na którym jeszcze niedawno wylądowała dłoń Idy. — Zresztą, nigdy czegoś takiego nie powiedziałem! I wypraszam sobie! — wykrzyknął i zapewne gdyby plac wokół nich nie był całkowicie pusty, wiele spojrzeń właśnie by na niego padło. — Może moje pomysły są przeważnie do bani, ale nie zawsze. Ja się dzisiaj bardzo dobrze bawiłem. A jeśli już sobie wytykamy beznadziejne pomysły, to czy pomyślałaś kiedyś, że podróżując na stopa, możemy napotkać na pierdolonego kanibala?
Założyła ręce na piersi i popatrzyła na niego niby to obrażona.
— Ale od tego mam ciebie, nie? W końcu jesteś gliną — szturchnęła go lekko — Przy tobie powinna być bezpieczna, a wychodzi na to, że tracisz głowę przy tortach i ciastkach — wyrzuciła mu, jednak nie potrafiła się długo na niego gniewać, bo po chwili wybuchła śmiechem, zdając sobie sprawę z tego jak to wszystko komicznie brzmi — Lepiej już wracajmy, bo jeszcze ktoś nam ukradnie nasze plecaki.
Hejo, kochani! Mamy cichutką nadzieję, że dobrnęliście do końca, nawet jeśli troszkę przydługa wyszła nam ta noteczka. Ale najważniejsze, że bardzo przyjemnie nam się to dziwactwo pisało, więc oby równie fajnie się Wam ją czytało. W tytule shrekowe Funky Town, zdjęcia przerobione przez Martwą Duszyczkę, która cierpi, że ostatecznie niezbyt widać co jest na nich napisane, ale już ma dosyć po dwóch godzinach siedzenia w Photoshopie. W każdym razie, trzymajcie się, jeszcze raz wielkie dzięki za czytanie i wysyłamy moc tysiąca przytulasów!

25/04/2018

10 urodziny NYC – organizacyjnie

Drodzy Absolwenci oraz Pracownicy!

Dyrekcja New York College ma zaszczyt zaprosić Państwa na Bal Charytatywny oraz Zjazd Absolwentów, które odbędą się 23 maja 2018 roku na hali sportowej należącej do college’u. W programie przewidziane są występy artystyczne uczniów NYC, licytacje, loteria oraz przegląd szkolnej kroniki (dokładny program wydarzenia dostępny na stronie internetowej New York College). Czas podczas Balu będą umilali Państwu nasi wolontariusze, u których będą mogli Państwo zakupić dowolną ilość losów na loterię. Pieniądze ze zbiórki zostaną przeznaczone na modernizacje wymagających odświeżenia zabudowań campusu.

Obowiązuje strój wizytowy! Mile widziane osoby towarzyszące!

Po więcej informacji zapraszamy do kontaktu pod adresem mailowym:
nyc.vol.2@gmail.com

Dyrekcja New York College

18/04/2018

2067. He’s out his head, she's out her mind...

Adam Buckley & Olivia Kowalewski
present
story of the most fucked up relationship on this planet


Co to za maszyna? Duża, nie wyglądała zbyt fajnie. Miała takie szerokie skrzydła, jak ptak i dużo schodów na górę. Mama trzymała dziecko i opierała je na swoim biodrze, w wolnej dłoni dzierżąc małą walizkę. Sama siadła przy oknie i posadziła córkę na siedzeniu obok. Było ciasno, wyciągając nóżki, dotykała bucikami oparcia przed nią. Podobało jej się to, więc z głośnym śmiechem zaczęła kopać.
– Oliwia, bądź grzeczna – usłyszała głos swojej mamy i chwilę jeszcze kopała, a potem przestała. Maszyna powoli wypełniła się innymi ludźmi, mama zapięła jej pasy i spytała, czy nie za ciasno. Dziewczynka pokręciła głową i rozejrzała się. Wnętrze wyglądało trochę jak autobus, ale miało więcej siedzeń. I w autobusie nie chodzą miłe panie, pytając, czy wszystko w porządku. Autobus nie jedzie też tak szybko.
– Mamo, uszy – wymamrotała dziewczynka, bliska płaczu, gdy samolot szybko wzniósł się w górę, a ona przestała słyszeć. Mama wyjęła z kieszeni rozpuszczalną gumę truskawkową i dała swojej córce. Mimo tego, że nie czuła się najlepiej, wrzuciła prostokącik do buzi i wszystko przeszło jak za dotknięciem różdżki. Ale Oliwia już wiedziała, że nie lubi tej dużej maszyny. Bała się wysokości, bała się tego trzęsienia. Nie mogła się doczekać, aż mama weźmie ją na ręce i pojadą do domu.
Ale to nie jest dom. Budynek z czerwonej cegły, identyczny, jak wszystkie wokół. Z niewielkim podjazdem, chodnikiem i numerem 364 po prawej stronie od drzwi. Dziewczynka owinęła sobie wokół palca materiał sukienki, obserwując uważnie jak jej mama płaci taksówkarzowi za postawienie na niewielkich schodkach dość sporych walizek. Trzy walizki. To wszystko, co mają.
– Podoba ci się, kochanie? – zapytała kobieta, kucając przed pięciolatką. Ta natomiast rozejrzała się wokół. Po lewej gruby pan wychodzi z domu i idzie do auta. Naprzeciwko mała dziewczynka i większy chłopiec, ona robi babki z piasku w niewielkiej piaskownicy, on bezwstydnie trzyma się płotu i patrzy na Oliwię, która wytknęła mu język i odwróciła się z powrotem do matki.
– Gdzie jest nasz dom? – spytała cicho i wbiła wzrok w ściskany w drobnych paluszkach materiał sukienki.
– Tutaj. Tutaj będziemy mieszkać, wiesz? Mamusia dostała fajną pracę, za tydzień pójdziesz do szkoły i poznasz dużo dzieci. I nauczysz się nowego języka. Fajnie, co? – Helena uśmiechnęła się szeroko a oczy jej rozbłysły.
– A gdzie Kamil i Konrad? Oni nie będą tu mieszkać? – wymamrotała, chociaż wiedziała, że jej przyjaciół tu nie będzie. Nie będą ciągnąć się na sankach zimą i leżeć na ulicy, patrząc w niebo.
– Nie, córeczko. Ale na pewno znajdziesz nowych przyjaciół – stwierdziła matka i podniosła się, po czym otworzyła drzwi domu i wniosła po kolei walizki. Dziewczynka w tym czasie odwróciła się do stojącego naprzeciwko chłopca, który zrobił zeza i groźną minę. Sama zrobiła podobną i kolejny raz wytkneła mu język. Chłopiec odwrócił się do drugiej dziewczynki, coś powiedział i się roześmiał. Oliwia nic z tego nie zrozumiała. Ciemnowłosa spojrzała w kierunku, który wskazał jej brat i również podeszła do płotu, a potem pomachała blondynce i uśmiechnęła się szeroko. Blondynka nic nie zrobiła, jedynie wciąż nawijała na palec wskazujący materiał jasnej sukienki. A potem poszła w ślady Heleny i zniknęła we wnętrzu nowego domu.

Jeszcze nie wiedziała, że w tej kraciastej spódniczce, granatowej kamizelce i białych podkolanówkach będzie chodzić przez najbliższe kilka lat. Potem zastąpią je inne, podobne, ale większe. Zmieni się jedynie herb szkoły naszyty na sweterku i białej koszuli pod sweterkiem. Zaparła się nogami, gdy matka ciągnęła ją do szkoły oddalonej o zaledwie pół kilometra.
– Ja nie chcę! Chcę do domu! – krzyknęła dziewczynka i poczuła, że po policzkach spływają jej łzy. Bała się. Wiedziała, że wszyscy mówią w języku, którego nie zna. Umiała tylko się przedstawić i policzyć do dziesięciu. Będą się z niej śmiać. Ona tego nie chciała.
Helena wzięła ją na ręce i otarła mokre policzki. I po prostu ruszyła dalej, nie zwracając uwagi na zachowanie córki. Nauczy się. Wszystkiego się nauczy. Małe dzieci łapią w lot, nieprawdaż?
Oliwia usiadła w ławce obok dziewczynki, która tydzień temu robiła babki z piasku. Dziewczynka uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej dłoń.
– Cześć, jestem Amelia. A ty jak masz na imię? – spytała, ale Oliwia nic nie zrozumiała. Jedyne, co wychwyciła, to znajome My name is, którego nauczyła ją matka.
– Mam na imię Oliwia – odpowiedziała i uścisnęła dłoń ciemnowłosej. Jeszcze nie wiedziała, że ta dziewczynka zmieni jej życie. Nie miała pojęcia, co stanie się za kilka lat. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że wypowiadając zaledwie kilka słów w nieznanym jeszcze sobie języku, rozpoczyna bieg historii, od której nie ma już odwrotu.

– Oddaj! – krzyknęła, niemal płacząc. Umiała już dość sporo, bez problemu dogadywała się z dziećmi sąsiadów. Amelia była kochana, Adam cały czas ją denerwował. Dokuczał, wyśmiewał z kolegami, zabierał zabawki. Teraz trzymał w górze lalkę barbie i patrzył na Olivię z uśmiechem, kiedy ta podskakiwała, by sięgnąć jego ręki i odebrać swoją własność. Amelia wydawała się niezainteresowana sytuacją, dalej ubierała swoją lalkę i nawet na nich nie patrzyła.
– Bo co, znowu się poskarżysz? – spytał chłopiec i roztrzepał jej włosy. Dziewczynka czuła, jak gardło zaciska się jej ze złości, a do oczu napływają łzy.
– Nie – wymamrotała, wiedząc, że znowu by się z niej śmieli. Nie chciała dawać im ku temu powodu. Nie lubiła Adama i Toby'ego. Byli najgorsi. – Jesteś wstrętny! Oddaj! – krzyknęła ponownie i zaczęła bić małymi piąstkami w jego klatkę piersiową.
– Nie – odpowiedział, odpychając ją od siebie i wybiegł z pokoju siostry, dzierżąc w dłoni lalkę. Olivia wybiegła za nim, ale zrezygnowała z próby dogonienia go. On szybko biegał, wspinał się po płotach i drzewach. Ona też próbowała, ale nie wychodziło. Jeszcze bardziej ją tym wkurzał. Dlaczego umiał, a ona nie? Dlaczego cały czas się popisywał?
Uśmiechnęła się do samej siebie i pobiegła do pokoju Adama. Rozejrzała się po nim, aż w końcu wzięła maskotkę w kształcie robota, która leżała na łóżku. Adam nazywa go Rcośtam. Olivia wiedziała, że to postać z jego ulubionego filmu, dlatego chwyciła właśnie tę maskotkę. Zbiegła na dół, niemal potykając się o własne nogi i wpadła do kuchni, gdzie przy stole siedziała mama, ciocia i wujek. Pili coś śmierdzącego i głośno się śmieli. Helena jednak przestała, uważnie obserwując, jak jej córka podstawia sobie krzesło, by stanąć na nim i sięgnąć do zlewu, gdzie odkręciła zimną wodę.
– Co się dzieje? - spytała ciocia Kathy. – Co robisz, Olivia?
Ale Olivia nie zareagowała. Przez chwilę patrzyła na ściskaną maskotkę i zbliżyła ją do strumienia wody.
– Adam! - krzyknęła nieco piskliwie i popatrzyła ze złością na chłopca, który pojawił się w wejściu do kuchni, śmiejąc się głośno. Ale śmiech zamarł mu na ustach, gdy dostrzegł maskotkę R2D2 zaledwie centymetry od wody. – Oddaj lalkę! – zażądała dziewczynka. W tym czasie mama wywróciła oczami i zagłębiła się w rozmowie z ciocią i wujkiem. – Oddaj albo go zmoczę!
– Nie zrobisz tego! – warknął chłopiec i również rzucił jej spojrzenie pełne złości. Często tak na siebie patrzyli.
– Zakład? – spyta Olivia i w tym samym momencie wcisnęła głowę robota pod wodę. W mgnieniu oka cały materiał nasiąkł. Widziała, jak Adam rzucił lalkę na podłogę i ruszył po swoją własność. Dopadł do Olivii i zrzucił ją z krzesła, wyrywając jej zabawkę. Szybko wycisnął wodę i wyszedł, a blondynka rozmasowała obolałe pośladki, po czym wstała, zgarnęła barbie i wróciła do pokoju Amelii.
– Nienawidzę cię, smarkulo! – krzyknął Adam i trzasnął drzwiami.
– Ja ciebie bardziej! – odkrzyknęła Olivia i wytknęła mu język, chociaż wiedziała, że on tego nie zobaczy.
– Ja ciebie zawsze bardziej plus trzy do twojego bardziej! – usłyszała przytłumiony głos i szybko wpadła do pokoju Amelii. Chwyciła szczotkę do włosów i wybiegła na korytarz, następnie otworzyła drzwi Buckley'a i rzuciła prosto w jego głowę trzymanym w dłoni przedmiotem. I uciekła, bo wiedziała, że za chwilę się pobiją.

– Mamo, nie – warknął nastolatek, niemal po raz kolejny postawiony przed faktem dokonanym. Wyjazd do wesołego miasteczka planowali już od tygodnia, wszyscy jego koledzy mieli się pojawić, właściwie cała klasa zdołała przekonać swoich rodziców, żeby w ten właśnie dzień wyrwać się z miasta. A mama właśnie mu oświadczyła, że zabiera ze sobą Amelię i Olivię. Czternastolatek ciągający za sobą dwie smarkule, kolejna atrakcja, jakby wokół było ich mało.
– Bez gadania, Adam. Dziewczynki nie będą Ci przeszkadzały, masz tylko mieć na nie oko –usłyszał z wnętrza samochodu, który niemalże od razu ruszył i zostawił go na środku drogi z dwiema wystrojonymi w sukienki dziewczynkami. Zrobił się aż czerwony ze złości, szczególnie, kiedy kawałek dalej zauważył dwóch największych łobuzów w klasie, bezczelnie się z niego nabijających i wiedział, że prędko nie dadzą mu spokoju. Chwycił siostrę jedną ręką, a Olivię drugą i nie zważając na to, że próbują się wyrwać, odciągnął je na bok, by schować się w tłumie.
– Nie będę się wami zajmował – warknął, zatrzymując się dopiero, kiedy znaleźli się w mniej uczęszczanym miejscu, gdzieś między gabinetem luster, a budką, w której można było wygrać pluszaka po strąceniu wszystkich puszek. – Macie tu zostać i czekać aż wrócę – nakazał, grożąc im wyprostowanym palcem. I o ile Amelia pokiwała głową, jak zawsze wpatrzona w brata, o tyle Olivia pokazała mu język i ciągnąc przyjaciółkę ze rękę, ruszyła w tłum, po drodze mocno nadeptując mu na stopę. I tyle było z jego stanowczości i dobrej zabawy. Kowalewski zawsze wiedziała, jak mu wszystko utrudnić i zrobić na złość, nawet, jeśli początkowo sama nie miała na coś ochoty.
Ruszył pędem za nimi, zanim zdążyły się oddalić i zniknąć mu z pola widzenia.
– Mama mówiła, że macie mnie słuchać! – krzyknął, a odwrócili się wszyscy poza tymi, które powinny to usłyszeć. Olivia tylko zerkała czasem przez ramię, nie kryjąc zadowolonego uśmiechu pełnego wyższości. Zatrzymując się przed domem strachu, domyślił się, że ich nie powstrzyma, więc niechętnie przyłączył się do nich. To nic, że wychodząc, cała trójka śmiała się w najlepsze, zupełnie jakby jeszcze chwilę temu nie darli ze sobą kotów.

Stojąc w oknie swojego pokoju, czekał, aż skończy jeść kolację. Helena bardzo dbała o to, by siadały razem i chociaż w ten sposób spędzały ze sobą czas, skoro Olivia była zbyt zajęta bieganiem po dworze, by dotrzymać towarzystwa matce. Robił to każdego dnia. Po powrocie do domu wpadał jak burza na górę i siadając na szerokim parapecie, czekał, aż dziewczyna pojawi się po drugiej stronie. Naprawdę lubił ten ich mały rytuał, o którym nie powiedzieli nikomu. Koledzy pewnie by go wyśmiali, gdyby się dowiedzieli, że przyjaźni się z dwunastolatką, dlatego wspólne spędzanie czasu było mocno ograniczone, choć nie oznaczało to, że w ogóle się z nią nie pokazywał. Zazwyczaj zabierali ze sobą Amelię i pozwalał im kręcić się za sobą, choć nigdy nie wciągał ich w tematy, którymi sam zaczął się zajmować.
Wyciągnął rękę na przywitanie i pomachał jej, kiedy z książką zasiadła przed swoim oknem. Niczego więcej nie potrzebowali, jedynie tej świadomości, że druga osoba jest na tyle blisko, że jedynie dzielące ich szkło było przeszkodą.

– Mama idzie! – krzyknął tuż po tym, jak dziewczyna nieudolnie próbowała zaciągnąć się papierosem. Nie znał skuteczniejszego sposobu na zapełnienie płuc trującym dymem, a ten działał nawet na największych chojraków. Olivia wzięła głęboki oddech, a widząc jak Adam zanosi się śmiechem, trzepnęła go w ramię, jednocześnie wyrzucając ledwie ruszonego fajka na ziemię i przydeptała go nogą.
– Pieprz się, Buckley – warknęła na niego, rzucając przy okazji niezadowolone spojrzenie mówiące, że jeszcze mu się za to odwdzięczy. Odpowiedział jej wyzwaniem w oczach i znów roześmiał się, samemu bez problemu dostarczając teraz już potrzebną nikotynę do organizmu. Potrzebował też kilku innych rzeczy, ale nigdy nie robił tego przy niej, Emmie, czy przy siostrze. Najwidoczniej dragi nie wytrąciły mu jeszcze reszty szarych komórek, skoro miał w sobie na tyle przyzwoitości, by nie przeciągnąć ich na złą stronę, choć sam stał już tam obiema nogami. Za plecami miał kumpli, którzy jeszcze nie do końca akceptowali obecność trzech smarkuli w swoim gronie, więc dystansowali się, co chwilę podśmiewając się z czegoś pod nosem, jednak nie dbał o to. Choć gdyby Amelia nie była złem koniecznym, pewnie szybko by ją stąd wykopał, mimo że jako siostra była całkiem znośna. Machnął na nie jedynie ręką i wrócił do kolegów, niemal natychmiast zanosząc się śmiechem razem z nimi.

– Co znowu chcesz mi zrobić? – spytała powoli, kiedy Adam popchnął ją na kanapę w salonie. Nikogo nie było, więc nawet nie miałby jej kto przybiec na ratunek, gdyby Buckley'owi odwaliła szajba. Czuł na sobie jej spojrzenie, gdy z tajemniczym uśmieszkiem krzątał się po kuchni, przygotowując popcorn. Postawił miskę na jej kolanach, a sam podszedł do telewizora. – Adam, nie będę oglądać z tobą żadnych chorych rzeczy. Aż tak źle jeszcze ze mną nie jest – mruknęła, wrzucając sobie do ust trochę przetworzonej kukurydzy. Chłopak jedynie rzucił jej przez ramię spojrzenie sugerujące, żeby się uciszyła. Miała ochotę spytać, czy nie woli spędzać wieczoru z ludźmi w swoim wieku, bo co niby mógł robić z czternastolatką, ale posłusznie zacisnęła wargi i uśmiechnęła się ironicznie.
– Lubisz fantastykę, no nie? – spytał, siadając obok. Olivia kiwnęła głową i uniosła pytająco brwi. – A long time ago, in a galaxy far, far away... powiedział, zanim napis pojawił się na ekranie i posłał dziewczynie szeroki uśmiech. – Zachowaniem w stosunku do mnie przypominasz trochę Leię, a ja Solo – stwierdził nagle.
– Że kogo? – mruknęła, nie odrywając spojrzenia od telewizora.
– Zobaczysz...

Powietrze zdawało się drgać na jej ciele. Każdy milimetr skóry odczuwał lekkie podmuchy wiatru. Gwiazdy delikatnie falowały, granatowe niebo przyćmiewało swoim pięknem wszystko inne. Zaraz jednak to samo zrobiła dłoń, którą wyciągnęła przed siebie. Miała ochotę płakać z zachwytu nad tym, co widzi. Świat był cudowny.
Przekręciła się na bok i popatrzyła na Adama. On też był piękny. Jego włosy i twarz zdawały się wręcz iskrzyć, a rozciągnięte w uśmiechu usta sprawiły, że jej serce gwałtownie przyspieszyło. Nie wierzyła, że można się tak czuć. Ale właśnie się czuła. Wspaniale i lekko, jakby unosiła się na chmurze. Gdzieś z tyłu głowy miała świadomość, że to tylko wpływ narkotyków, że za kilka godzin ten stan minie, więc... Więc chciała skorzystać z tego tak bardzo, jak tylko mogła.
– Co jest, Księżniczko? Podoba ci się? – usłyszała, a jego głos od tej chwili był jedynym dźwiękiem, który pragnęła słyszeć przez całą noc.
– Powiedz coś jeszcze – szepnęła i przymknęła powieki, ale okazało się to złym pomysłem. Bodźce wzrokowe dawały zdecydowanie więcej przyjemności, niż ciemność przed oczami.
Roześmiał się, a z gardła Olivii wyrwało się ciche westchnienie.
– Widzisz? A tak się bałaś krzywej fazy – ponownie zaniósł się śmiechem, a Kowalewski, nie mogąc się powstrzymać, wyciągnęła rękę w kierunku jego twarzy. Śmiech zamarł mu w gardle, gdy obserwował zbliżające się do jego ust palce. – Co robisz, Liv?
– Dotykam cię – odparła bez wahania i przesunęła opuszkami po jego dolnej wardze. Była miękka i przyjemna w dotyku. Na tyle przyjemna, że dziewczyna zapragnęła więcej. Zapragnęła jego. Dlatego uniosła się z trawy i przerzuciła nogę przez jego biodra, by usiąść na nim okrakiem. Pochyliła się, a potem, nie pytając o zgodę, pocałowała go. Potrafiła docenić urodę Adama, ale nigdy nie patrzyła na niego pod tym kątem. Był jej przyjacielem, nikim więcej i naprawdę nie rozumiała, dlaczego to zrobiła. Ale to, co oblało jej ciało w momencie, gdy ich wargi się zetknęły było tak przyjemnym, wręcz nieziemskim uczuciem, że nie chciała się od niego odsuwać. W tamtym momencie oddałaby wszystko, żeby to trwało wiecznie.
– Liv, jesteś naćpana – wymamrotał, odsuwając się od niej i mierząc zmartwionym wzrokiem jej twarz. Ale pod tym zmartwieniem Olivia dostrzegła pragnienie i tyle jej wystarczyło, by ponownie dotknęła jego ust swoimi. A seks, pomimo początkowego bólu, był tak cudowny, że chciała więcej i więcej.

Zapukał trzy razy i dostrzegł w ciemności, że otworzyła oczy. Spojrzała na okno i musiała zasłonić usta dłonią, by nie zacząć krzyczeć. Kiedy serce się uspokoiło, zsunęła się z łóżka i otworzyła jedno skrzydło, a Adam wgramolił się do środka i popatrzył na nią oczami, które teraz nie były szare, a niemal całkowicie czarne. A potem ujął jej twarz w dłonie i wymusił na ustach pocałunek. Odsunął się, gdy nie doczekał się żadnej reakcji.
– Co jest? – spytał, jak gdyby nigdy nic.
– Już nie zapytam, co ci odwaliło, że wchodzisz do mnie przez okno w środku nocy, bo widzę, że jesteś na prochach – zaczęła, próbując się wyswobodzić. W końcu cofnęła się o krok i splotła ręce na klatce piersiowej. Adam przybrał podobną pozę i zmarszczył brwi. Czuł, jak narasta w nim złość, ale jeszcze tłumił ją w sobie. – Dlaczego mnie całujesz?
Roześmiał się, ale ten śmiech nie był wesoły, a szyderczy.
– Aha, czyli jak ty się naćpasz, to możesz robić, co ci się tylko podoba, ale jak ja oczekuję tego samego, to jesteś zdziwiona – warknął i przysunął się do niej na tyle, że zetknęli się ciałami. – Fajnie było – wychrypiał i z satysfakcją obserwował, jak jej nagie ramiona zaczyna pokrywać gęsia skórka. – Mam dla ciebie propozycję, Liv. Taką nie do odrzucenia – mruknął wprost do jej ucha i przygryzł je zębami. Chciała się odsunąć, ale nie potrafiła tego uczynić. Po jej ciele rozchodziły się przyjemne dreszcze z każdym oddechem Adama muskającym jej skórę.
– Jaką? – spytała cicho wbrew sobie i oparła dłonie na jego biodrach. Buckley uśmiechnął się triumfalnie.
– Zróbmy z naszej przyjaźni lody śmietankowe, a z seksu polewę truskawkową. Lody są lepsze z polewą, Księżniczko – wyszeptał, a chwilę później odrzucał na parapet koszulkę, w której dziewczyna spała. I oboje wiedzieli, że robią coś skrajnie głupiego, ale pragnienie było zbyt silne, by je zwalczyć.

Każdy kolejny raz był coraz przyjemniejszy i coraz bardziej potrzebny. Każda biała kreska, każda mała, kolorowa tableteczka, każdy mach sprawiał, że czuł się dobrze, wręcz fantastycznie, jakby nie działały na niego żadne ograniczenia. Wyjęty spod prawa, zdolny do wszystkiego, z zapałem sprawdzał swoje możliwości. Niczym młody bóg, poddawał się próbom, które, gdyby nie odrobina szczęścia, pewnie dawno by go zabiły. Drink w jednej dłoni, w drugiej kilka pigułek, a między wargami dopalający się papieros. Może nie chciał, żeby tak wyglądało jego życie, może zwyczajnie odnalazł swój sposób na dobrą zabawę, tylko, cholera, nikt tego nie rozumiał.
Jedna kreska, druga, trzecia. Adam wzbija się w powietrze, prawo ciążenia na niego nie działa, nic go nie trzyma, nic go nie obchodzi. Czwarta i zaczyna robić się niebezpiecznie. Trochę pieprzy mu się w oczach, czasami potyka się o coś, czego w rzeczywistości nie ma. Piąta sprawia, że skacze, pełen euforii. Nie wie co się dzieje, dziwaczna muzyka gra w jego głowie, nikt poza nim jej nie słyszy. Dobry towar. Zielona tabletka na pamięć, różowa na dobrą zabawę i biała, żeby nie było kaca po whisky, którą je popije. Zagryza mocno zęby, nie czuje krwi spływającej z jego wargi. Sam ją sobie rozciął, choć pewnie o tym nie wie. Ręce nie chcą go słuchać, nogi powoli też się uniezależniają. Siada, mimo że nie na to miał ochotę. Coś nim rzuca od środka, nie pozwala skupić wzroku. Serce bije chyba szybciej niż powinno, ale może to tylko mocny bit lecący z głośników.
– Księżniczko? Chyba nie wrócę dziś do domu – rzuca w pustą przestrzeń.
To wszystko dzieje się w Twojej głowie, Buckley.

– Nienawidzę cię – warknął, a ona zamknęła oczy. Wiedziała, że tak nie myśli. Że jego ciało po prostu cierpi katusze, a on w ten sposób chce dać temu upust. I rozumiała to, ale jego słowa i tak bolały.
– Możesz nawet chcieć mnie zabić – odparła i usiadła na podłodze obok łóżka, po czym przetarła zimnym, mokrym ręcznikiem jego spocone czoło. Przymknął powieki i westchnął, czując chociaż chwilową ulgę. Gdyby Helena i jego rodzice wiedzieli, że zamiast mieć oko na siedemnastoletnie Mel i Olivię, to Olivia opiekuje się nim, prawdopodobnie już by nie żył. Co prawda, od dawna planowali wykorzystać ten tydzień na detoks, ale nie spodziewał się, że będzie tak źle. – Nie wyjdę stąd, póki nie minie najgorsze – dodała nieco ciszej i odsunęła się, gdy Adam zaczął wymiotować do stojącej obok łóżka miski. Nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo. Nikt też nie mówił, że będzie tak okropnie. Czuł, jakby płonął od środka, jakby gotowały mu się trzewia, a to, co z nich pozostało, pragnęło wydostać się przez gardło. A kiedy już myślał, że to koniec, przychodziła następna fala, która zginała go w pół. Już nie chciał być czysty. Obiecał, ale to było dla niego zbyt wiele. A jej wzrok był najgorszy. Pełen politowania, jakby stała mu się wielka krzywda. Sam to sobie zrobił, sam powinien to znosić.
– Byłoby Ci lepiej beze mnie – westchnął, odwracając twarz w drugą stronę.

Wystarczył jeden telefon by poderwać go na nogi. Kurtka, kluczyki do auta rodziców, myśl że ojciec pewnie go zabije, buty i wrażenie, że stało się coś cholernie niedobrego. Ostatnio nie układało się najlepiej. On chciał być wolny, ona się denerwowała o wszystko. Niczym małe dziecko krył się z tym, że chodzi do kolegów trochę przyćpać, odkąd rzucił szkołę trochę mu się nudziło. Teraz też był na gazie, dopiero wrócił, ale miał to gdzieś.
Szpital był blisko, na szczęście nic go nie zatrzymało. Żuł już trzecią gumę, trochę z nerwów, trochę żeby zabić zapach z ust. Jeszcze nie wiedział co się stało, ale szedł do sali, w której miała leżeć. Szedł, zastanawiając się, czy w ogóle powinien w takim stanie, po tym jak się wczoraj pokłócili. Ale przyjaźń ważniejsza. Nadal są przyjaciółmi, prawda?
Minął jej matkę na korytarzu, zmierzyła go spojrzeniem jednocześnie współczującym i gardzącym. Pewnie znowu coś zrobił, pewnie znowu go za coś obwinia. Nie wysłał Olivii do szpitala, to nie była jego wina.
– Hej, mała. Co się stało? – zapytał od progu i zasiadł na samym końcu szpitalnego łóżka, żeby nie wyczuła, żeby nie zauważyła. Oczy miała smutne, czerwone jakby płakała. Jego też były czerwone, ale od czego innego.
– Straciłam dziecko, Adam. Nasze dziecko... – wymamrotała, z ledwością powstrzymując łzy cisnące się do oczu. W końcu nie wytrzymała, ale chyba nie zwrócił na to uwagi.
– Jakie dziecko, Liv? Przecież nie byłaś w ciąży, zabezpieczaliśmy się – odezwał się, starając się zachować względny spokój. W środku jednak wszystko się gotowało, kiedy pomyślał o tym, że to tylko taki chwyt. Kumpel opowiadał mu, jak dziewczyna chciała wkręcić go w dziecko, na siłę przy sobie zatrzymać kiedy przestało się układać. U nich też nie było już tak fajnie, częściej się kłócili i gdyby nie seks, to pewnie dawno by się rozstali. Niepotrzebnie mówił jej o tym, że chyba wyprowadzi się do Londynu. – Nie wiem co robisz, ale radź sobie z tym sama. Trzeba było chociaż to dziecko urodzić, jeśli chciałaś mnie zatrzymać – warknął, podnosząc się z miejsca. Nie chciał spędzić tu nawet chwili dłużej. Myślał, że są przyjaciółmi, że bez względu na wszystko jakoś sobie poradzą. Wyszedł kręcąc głową i mamrocząc coś pod nosem. Coś, co brzmiało jak „cholera”, „dość” i „spierdalam” powiedziane jednocześnie.

Zniknął każdemu z pola widzenia. Zaszył się w tej melinie pod miastem, która właściwie była mieszkaniem jednego z kolegów. Lubił użyczać jej w celach zapewnienia sobie rozrywki. I pewnie spał gdzieś pod stołem, bo rzadko to miejsce opuszczał. Minęło kilka dni, zanim skończył się alkohol i dragi, a nie znalazł się nikt, kto zapewniłby dostawę. Buckley chyba w międzyczasie zgubił telefon, a może go sprzedał, a może zwyczajnie wyrzucił, więc wracając do domu nie wiedział kompletnie nic. A wracał już trzeźwy, bo te kilka godzin marszu pozwoliło mu się ogarnąć. I chyba wtedy to zrozumiał.
Ostatnie kilkaset metrów biegł, by jak najszybciej znaleźć się pod jej oknem. Musiał ją przeprosić i błagać o przebaczenie. Obiecywał sobie, że nie przestanie, póki mu nie wybaczy. Zachował się jak skończony kretyn. Sam nie potrafił uwierzyć w to, że potraktował tak jedyną osobę, która w niego wierzyła. Zdziwił się, kiedy nie zastał zapalonego światła. Mimo wszystko wdrapał się na piętro i zapukał w szybę, mając nadzieję, że tylko śpi. Kiedy pojawiła się przed nim jej matka, stracił równowagę i spadł na chłodną trawę pokrytą już wieczorną rosą.
– Nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy, pieprzony ćpunie! Nie chcę Cię więcej widzieć! A Ty więcej nie zobaczysz jej! – wydzierała się Helena Kowalewski, a on na jednej nodze kuśtykał do domu naprzeciwko. Pewnie tam też nie chcieli go widzieć, ale może uda mu się przemknąć do swojego pokoju niezauważonym.
– Chciałem Ci tylko powiedzieć, że Cię kocham – wyszeptał, układając dłoń na oknie w swoim pokoju. Tym samym, przy którym siadał, by przyglądać się jej, kiedy odrabiała lekcje. Czasami podnosiła na niego wzrok i posyłała mu promienny uśmiech, który był swego rodzaju obietnicą, że już za chwilę się zobaczą. A teraz mieli się już nie zobaczyć nigdy.

Jedną dłonią owinęła się szczelniej swetrem, a drugą splotła palce z jego palcami. Nie zwracała uwagi na zaciekawione spojrzenia sąsiadów, którzy znali ich praktycznie od zawsze. Plotki szybko roznosiły się po Gravesend, bo choć nie było szczególnie małe, sąsiedztwo stanowiło bardzo hermetyczną grupę. Najpierw widziała poruszające się firanki w oknach, gdy pod domem Buckley'ów zaparkował czarny Mercedes, potem Adam wzbudzał sensację swoim wytatuowanym ciałem, bo chyba przez rok większość mieszkańców się od niego odzwyczaiła, a Olivia... Olivia była po prostu Olivią i sama jej obecność sprawiała, że przechodząc obok dwóch nastolatek, usłyszała szydercze szepty. Zacisnęła jedynie zęby i wywróciła oczami. Nie chciała do tego wracać. Nigdy więcej nie chciała wracać do tego, co się wtedy stało.
– Mam tego dość. Na nic mnie już nie namówisz, Buckley. Nigdy – warknęła, a Adam puścił jej dłoń, by objąć ją ramieniem i pocałować w czubek głowy.
– Nie zwracaj uwagi. Za tydzień zapomną, że w ogóle tu byliśmy – zauważył, uśmiechając się do niej.
– Tak czy inaczej, pieprzę taki urlop – skwitowała, wsuwając rękę do tylnej kieszeni jego dżinsów.
– Nie wierzę – usłyszeli po swojej prawej stronie i odruchowo spojrzała w tym kierunku, żeby opieprzyć delikwenta za tak jawną bezczelność. Była w stanie zdzierżyć szepty, ale nie to. Miała powyżej uszu tego wyjazdu. Chciała wrócić do Nowego Jorku, gdzie większość ludzi jej nie znała. – Kowalewski i Buckley razem. Cud bożonarodzeniowy przyszedł w tym roku trochę wcześniej – stwierdził mężczyzna, podchodząc do nich. Zamknął za sobą bramkę i uśmiechnął się dobrodusznie. Zresztą, jakiego uśmiechu spodziewać się po księdzu.
– To nie sprawka Boga. Truł, truł, aż wytruł – stwierdziła Kowalewski i poczuła wbijający się między żebra palec. – Ała, za co?! Przecież to prawda – prychnęła oburzona i rozmasowała obolałe miejsce.
– Chyba na odwrót – odparł takim samym tonem, a ksiądz się roześmiał.
– Chodźcie, opowiecie mi co i jak – i odwrócił się, ruszając w kierunku niewielkiego kościoła, na który Kowalewski zawsze patrzyła z niechęcią. Nie to, żeby religia w jakikolwiek sposób jej przeszkadzała, bo rozumiała to, że ludzie potrzebowali w coś wierzyć, ale nigdy nie pałała do tego miejsca zbytnią sympatią. Do księdza, który wiele razy próbował pomóc jej znajomym również. – No, już już! – krzyknął jeszcze przez ramię.
– Ale... Ale przecież spłoniemy – odezwała się w końcu, ale mężczyzna już zniknął za drzwiami.
– Chodź, będzie z głowy – mruknął Adam i zrobił kilka kroków do przodu, a Olivia, jako, że wciąż go obejmowała, nie miała innego wyjścia, niż pójść razem z nim. Po chwili milczenia pochylił się nad jej uchem i skubnął je zębami. – Później nagrzeszymy za wszystkie czasy – wymruczał, a blondynka uśmiechnęła się, czując dreszcze przebiegające po plecach. Wyciągnęła dłoń, by wyprostować mały palec.
– Obiecujesz? – spytała z rozbawieniem. Cóż, nigdy nie zdarzyło jej się wykorzystywać pinky swear do czegoś takiego.
Adam roześmiał się i splótł swój mały palec z jej palcem.
– Obiecuję – wyszeptał i spoważniał, wypuszczając dziewczynę z objęć. Kowalewski czuła się nieco niepewnie w tym miejscu, ale z cichym westchnieniem weszła głębiej. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że Buckley nie idzie obok ani nawet za nią i zatrzymała się, odwracając w jego stronę i unosząc pytająco brwi.
– Co się stało? Świętość stanęła ci w gardle? – rzuciła wesoło, ale uśmiech szybko zniknął z jej twarzy. – Jezu, Adam, chyba nie jesteś opętany, co?
Pokręcił jedynie głową i przełknął ślinę, wpatrując się w nią bez mrugnięcia oczami. Powoli do niego podeszła, zastanawiając się, czy nie poprosić znajomego księdza o odprawienie egzorcyzmów.
– Po prostu... Zastanawiam się – wymamrotał, gdy zatrzymała się kilkanaście centymetrów od niego i popatrzył na nią z góry. – Wiesz, kiedyś... – zaczął, ale urwał, a Olivia czuła, że ręce robią jej się lodowate z jakiegoś irracjonalnego strachu. – Liv, znam cię prawie od zawsze i kocham cię od wielu lat – podjął ponownie, a Kowalewski mimowolnie cofnęła się o krok. Nie miała pojęcia, do czego to zmierza i nie była pewna, czy chce je mieć. – Ratowałaś mi tyłek, pomagałaś, zawsze przy mnie byłaś, kiedy wszyscy inni nie chcieli mieć do czynienia z kimś takim – kontynuował i przysunął się nieco, chwytając jej zimne dłonie w swoje. – Dzięki tobie wszystko miało sens, a kiedy zniknęłaś... Zniknęło też moje życie, Księżniczko. I nawet w snach nie marzyłem, że kiedykolwiek mi wybaczysz. Ale powiem ci, o czym marzyłem, za każdym razem, gdy po twojej ucieczce tędy przechodziłem. Wyobrażałem sobie, że stoję tam – wskazał palcem na ołtarz. – A ty idziesz w moim kierunku w cholernie księżniczkowej białej sukience, która ani trochę by do ciebie nie pasowała – roześmiał się cicho i uniósł jedną dłoń, by pogłaskać Olivię po policzku opuszkami palców. A potem powoli opadł na jedno kolano i spojrzał w górę na jej twarz. – Wiem, że nie masz kiecki, ja nie mam pierścionka, nie mówiąc już o obrączkach i pewnie nie taki ślub chciałaś, ale... Ale wyjdź za mnie, Liv. Tu i teraz. Wyjdź za mnie, proszę – ostatnie słowa wyszeptał, a Kowalewski przymknęła na chwilę powieki i ścisnęła mocniej palcami jego palce. To nie był dobry pomysł. Wręcz przeciwnie, był cholernie zły, bo potrafili się ranić jak nikt inny, znając za dobrze swoje słabe punkty. Ona miała dopiero dwadzieścia dwa lata, w dodatku kilka tygodni temu straciła najważniejszą osobę w jej życiu i wciąż nie do końca poradziła sobie ze śmiercią córki. On spodziewał się dziecka obcej dziewczyny i wciąż starał się wyjść na prostą po wszystkim, co go spotkało.
Radzili sobie tylko wtedy, gdy byli razem. Nie musieli nic mówić, nie musieli się, pytać, czy wszystko okej, powtarzać, że życie jakoś się ułoży. Wystarczyło, że po prostu byli. I choć ich przeszłość pozostawiała wiele do życzenia, a Olivia jeszcze niedawno przelewała swoje uczucia na jego zupełne przeciwieństwo...
Pokiwała w końcu głową. I tyle, nic więcej. Po prostu, otworzyła oczy i skinęła, a Adam uśmiechnął się delikatnie i pociągnął ją w swoją stronę, by objąć ramionami w pasie i wtulić twarz w jej brzuch.
– Wyjdę za ciebie, Solo – wychrypiała w końcu i pogłaskała jego włosy, uśmiechając się do samej siebie.
– No, to szybciej, nie mam całego dnia – oznajmił ksiądz, a Olivia zerknęła na niego przez ramię.
– To już niekulturalne – skwitowała, ale posłała mu wesoły uśmiech.
– Gdyby nie mój brak kultury, prawdopodobnie musielibyście się umówić na jakiś termin – stwierdził i zarzucił na kark trzymaną w rękach stułę. Machnął dłonią do kogoś znajdującego się za drzwiami zakrystii, a przed ołtarzem pojawiła się starsza, pulchna kobieta oraz jeszcze starszy i jeszcze pulchniejszy mężczyzna. Olivia podejrzewała, że to ktoś w rodzaju kościelnych, ale nie była pewna. Zresztą, nawet nie przyszło jej do głowy, by pytać. – Przykro mi, ale nie załatwię wam lepszych świadków, a ktoś się musi podpisać – dodał z rozbawieniem, a pulchna kobieta spojrzała na niego oburzona. – Chodziło mi o to, że się nie znacie... A zresztą, nieważne. Zapraszam państwa młodych.
Stanęli przed ołtarzem, trzymając się za ręce i patrząc sobie nawzajem w oczy, a gdyby nie to, że ksiądz swoją osobowością zdawał się być wszędzie, pomyślałaby, że są tu zupełnie sami. Bez problemów, bez cholernie trudnej przeszłości.
Siwiejący mężczyzna owinął ich dłonie stułą i otworzył czarną książeczkę na odpowiedniej stronie.
– Rozumiem, że nikt z obecnych nie ma nic przeciwko i może zamilknąć na wieki – zaczął duchowny, a cała czwórka zgodnie pokręciła głową. – Wstęp i rozwinięcie, załóżmy, że było kazanie, jesteście czyści, bo odpuszczam wam wasze lekkie grzechy, jakoś to ogarnę w papierach... – mamrotał jakby do samego siebie, przebiegając wzrokiem po tekście, po czym spojrzał na Olivię z uśmiechem. – A teraz piękne zakończenie. Czy ty, Olivio Kowalewski, bierzesz sobie tego Adama Buckley'a za męża i przysięgasz mu miłość, wierność i uczciwość oraz że go nie opuścisz aż do śmierci?
– I że pozwolę mu tworzyć ze mną przyszłość – dopowiedziała, przypominając sobie wieczór na balkonie i obietnicę, którą mu wtedy złożyła. – Tak – szepnęła, uśmiechając się i przygryzła dolną wargę, by zwyczajnie się nie rozpłakać.
– Piękny początek pięknego zakończenia – powiedział ksiądz i przeniósł swoje spojrzenie na Adama. – Czy ty, Adamie Buckley, bierzesz sobie tę Olivię Kowalewski za żonę i przysięgasz jej miłość, wierność i uczciwość oraz że jej nie opuścisz aż do śmierci?
– Oraz że nigdy jej nie zranię – westchnął, ściskając mocniej jej dłoń. – Tak – dodał, również się uśmiechając.
– No i piękne zakończenie pięknego zakończenia – podsumował mężczyzna, śmiejąc się do samego siebie. – Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Od tej chwili łączy was święty sakrament małżeństwa. Możesz pocałować pannę młodą – zwrócił się do Buckley'a, ale nie było to konieczne, bo zanim skończył zdanie, ramiona Adama oplatały Olivię w pasie, unosząc ją kilkanaście centymetrów nad ziemię, a jego usta niemalże miażdżyły jej wargi w chciwym pocałunku. Nie chcąc być dłużna, objęła szyję mężczyzny i odwzajemniła ten pocałunek równie chciwie. – Skonsumujecie związek później, nie chcę tego oglądać – mruknął ksiądz, a Olivia roześmiała się w usta Adama i odsunęła się od niego nieznacznie.
– Przepraszamy – odparła i pomachała nogami w powietrzu, żeby Buckley ją postawił.
– A teraz zapraszam na trochę papierologii – dodał duchowny, całkowicie rujnując tę piękną chwilę.
A niedługo później wyszli z tego małego, uroczego kościółka usytuowanego w mieście, w którym tyle wspólnie przeżyli i z którego oboje uciekli. Spletli ze sobą małe palce, uśmiechając się. Teraz było dobrze. I oby tak zostało.

17/04/2018

2066. Co obchodzi cię jak korzystam z szaleństwa – bez czy w pasach bezpieczeństwa…

W rolach głównych: John Daniels & Amelia Buckley

     Sam nie wiedział jakim cudem dał się namówić Boltonowi na to, aby zgodzić się na propozycję postawioną przez jego własnego agenta. Zawsze stronił od jakichkolwiek kampanii reklamowych, a teraz zgodził się na bilbordy, które miały wisieć w całym mieście? Ba! Ponoć najnowsza kampania bielizny Calvina Kleina miała obejmować cały kraj. Jakoś sobie tego nie wyobrażał, ale skoro już się zgodził? To chyba nie miał innego wyjścia, jak pojawić się o umówionej godzinie w studiu, w którym mieli mu robić zdjęcia. 
Jego partnerka, o której nawet nie miał bladego pojęcia, kręciła się nerwowo po studio, oczekując na rozpoczęcie się sesji. Zjawiła się w umówionym miejscu nieco wcześniej i po godzinie spędzonej w rękach wizażystki oraz fryzjerów, była już w pełni gotowa do pracy. Amelia, bo tak też miała na imię, nigdy w życiu nie przypuszczała, że jej portfolio zostanie zauważone przez przedstawicieli pracujących dla Calvina Kleina. Jej nazwisko nie figurowało na żadnej liście sławnych modelek, a jej doświadczenie opierało się jedynie na kilku sesjach dla niewielkich butików w Anglii. Na ogół potępiała tego typu komercję, ale słysząc sumę wynagrodzenia za udział w sesji, nie była w stanie odmówić. Z pieniędzy oferowanych za prezentowanie swojego ciała na bilbordach i w reklamach, spokojnie mogła opłacić czynsz; w dodatku z kilkuletnim wyprzedzeniem. Nie chciała być ciężarem dla brata, a bycie twarzą najnowszej kolekcji, dawało ogromną szansę na finansową stabilizację nie tylko dla siebie, ale także i dla niego.
     John podpisał kontakt już kilka tygodni temu, ale jakoś nie miał czasu, aby bardziej skupić się na tym, co w nim było zawarte. Początkowo myślał, że będzie na tej sesji solo. Dlatego był zszokowany, gdy po zrobieniu fryzury, wysmarowaniu ciała oliwką, zaprowadzono go na plan zdjęciowy. Tam wszyscy już byli gotowi. Wraz z fotografem, fryzjerami, wizażystkami i innymi. W końcu dostrzegł nieznajomą dziewczynę. Wyróżniała się z tłumu, bo mimo wszystko nikt poza nimi nie był rozebrany.
- No, nareszcie! – krzyknął na jego widok mężczyzna z aparatem w ręku, wymachując nim to tu, to tam. Ewidentnie jego aparycję można by było zaliczyć do tych bardziej dziewczęcych. Brunet przełknął nerwowo ślinę, ale podszedł nieco bliżej, choć jego kroki były dość niepewne. Nie była to dla niego zbyt komfortowa sytuacja. Modelka uśmiechnęła się pod nosem, widząc jak podąża w jej kierunku. Amelia podpisując kontrakt doskonale wiedziała, że w sesji będzie brał udział także jakiś mężczyzna, ale nijak jej to nie przeszkadzało. Swobodnie czuła się w towarzystwie płci przeciwnej, nawet jeśli miała na sobie jedynie kusą bieliznę. Przytakując posłusznie na krzyki i wskazówki fotografa, zbliżyła się nieco do swojego partnera. Mrugnęła do niego porozumiewawczo, chcąc jakkolwiek dodać mu otuchy. Miała wrażenie, że w przeciwieństwie do niej, chłopak jest nieźle zestresowany i nie czuje się zbyt komfortowo w takiej intymnej sytuacji. 
- Spokojnie, to tylko kilka głupich fotek - uśmiechnęła się, obserwując jak dwóch mężczyzn wnosi na plan sporych rozmiarów kanapę. Najwyraźniej w głowie producenta aż roiło się od różnych koncepcji i będą musieli sporo eksperymentować, zanim zadowolą wymagającego i najlepszego w Stanach Zjednoczonych fotografa.
- Dla kogoś to tylko kilka głupich fotek, a dla mnie jakiś totalny kosmos – mruknął pod nosem, chyba nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że powiedział to na głos. 
- W kosmosie też chyba może być fajnie, prawda? - uśmiechnęła się do niego, unosząc do góry głowę i pozwalając wizażystce na dokonanie kilku ostatecznych poprawek.
Brunet westchnął tylko na jej słowa, po czym wyciągnął dłoń do nieznajomej, uśmiechając się nieznacznie. 
– Może… Ale skoro mamy razem pracować to chyba wypada mi się przedstawić. John, John Daniels – skinął lekko głową, po czym spojrzał na kanapę, która już znalazła swoje miejsce na planie.
- Amelia - przedstawiła się i uścisnęła delikatnie jego dłoń. 
– Będziesz musiała mi wybaczyć brak profesjonalizmu, ale to będzie mój pierwszy raz – przyznał szczerze, przeczesując palcami swoje nadzwyczaj krótkie włosy. 
Dziewczyna miała nadzieję, że z każdą minutą chłopak będzie czuł się coraz lepiej i współpraca z nią nie okaże się dla niego męczarnią. Wysłuchując w skupieniu kilku uwag fotografa, usiadła na brzegu kanapy, gestem zapraszając do siebie Johna.
- Kamera i ja nie gryziemy, bez obaw - zaśmiała się, leniwie się przeciągając i poprawiając paski od wyjątkowo kusej bielizny.
- Nie wątpię – przyznał nieco rozbawiony.
Wyraźnie było widać, że sportowiec jest spięty i będzie potrzebował czasu, aby oswoić się z nową sytuacją. Podszedł do niej bliżej, po czym usiadł na kanapie. Póki, co nie wyglądali jak para w miłosnym uniesieniu, co niby mieli przedstawić na zdjęciu reklamowym. Jakoś totalnie nie mógł sobie póki, co tego wyobrazić. Nie był gejem, nie miał też problemu z kobiecą bliskością, jednak sztuczne jej wywołanie mroziło mu krew w żyłach. 
- Podejdźcie do siebie bliżej, no… Już, już – ponaglał ich fotograf, ale tak szybkie tempo wcale Danielsowi nie ułatwiało. 
- Po prostu zapomnij o tym, że jesteśmy na planie. Poczuj się tak, jakbyśmy byli tutaj kompletnie sami - wyszeptała mu na ucho, delikatnie pochylając się w jego stronę. Zależało jej na tym, aby mieć to wszystko jak najszybciej za sobą i starała się jak mogła, aby John przestał być aż tak spięty. Jeśli będzie się czuł tutaj niekomfortowo, będą musieli spędzić na planie zdjęciowym nawet i miesiąc, a to nijak jej się nie uśmiechało.
- Podobno jesteś sportowcem...- westchnęła, zdecydowanym ruchem popychając go do tyłu - A oni raczej nigdy nie są zbyt długo prawiczkami - zaśmiała się i zgodnie z zaleceniami fotografa, usiadła nad nim okrakiem.
Pokręcił z rozbawieniem głową, a jego ręce samoistnie wylądowały na jej biodrach. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie tak szybko zapomni o tym, że mimo wszystko, nie są tutaj sami, a fotograf latał tu i z powrotem, a flesze dawały im po oczach. Roześmiał się jednak na jej uwagę, spoglądając jej uważnie prosto w oczy.
- Kompletnie nie wiem skąd masz takie informacje… 
- Nie wiem, sportowcy zawsze kojarzą mi się z seksem w szatni. Lubię dopingować...różne dyscypliny - zaśmiała się, układając się wygodniej na jego klatce piersiowej. Nie miała dużego doświadczenia w modelingu, ale kamera i tak ją kochała i nie musiała się zbytnio z niczym wysilać. Dziękowała w duchu za odziedziczoną w genach fotogeniczność i odwagę w działaniu. - Wyglądasz na bardzo grzecznego chłopca, a fotograf pewnie nie spocznie, dopóki nie wyciągnie z ciebie mrocznej natury... - dodała rozbawiona, zadziornie przejeżdżając swoimi długimi paznokciami po jego klatce piersiowej.
- O tak! Tak! – w tle było słychać ekscytujące okrzyki pana fotografa, który najwyraźniej był w swoim żywiole – John, patrz na nią z pożądaniem. Więcej seksu, więcej seksu!
Brunet tylko prychnął, uśmiechając się pod nosem, bo okrzyki pana zniewieściałego nieznacznie wytrącały go z osiągniętego wcześniej skupienia. Jednak odetchnął i powrócił spojrzeniem na twarz dziewczyny. Musiał przyznać, że była ona cholernie atrakcyjna, a w tej bieliźnie niesamowicie ponętna. Chyba te skrawki materiału spełniały swoje zadanie.
- A twoim zdaniem myślisz, że taką posiadam? – zapytał, uśmiechając się zawadiacko, ale wcale nie miał zamiaru pozostawiać ją w tej niewiedzy. Złapał mocniej jej biodra, po czym przerzucił ją tak, że już po chwili dotykała plecami miękkiego obicia kanapy. Zgarnął jej włosy z twarzy, po czym przysunął się do niej jeszcze bliżej, tak że ich nosy prawie się stykały. Chyba ta gra zaczynała mu się podobać. 
- Myślę, że twoja natura jest o wiele bardziej mroczna, niż ten zniewieściały facet jest sobie w stanie wyobrazić - zaśmiała się pod nosem, obejmując go w pasie i błądząc dłonią na wysokości jego odcinka krzyżowego. Widziała, że John znacznie się ośmielił i sama dała się zaciągnąć w tą nieco dziwną grę.  - Mam nadzieję, że nasze zdjęcia nie spowodują zbyt wielu wypadków - uśmiechnęła się zadziornie, zmysłowo zagryzając wargę. W kontrakcie była wzmianka o licznych bilbordach, więc nie zdziwiłaby się, gdyby ta światowa marka miała wykupione miejsca reklamowe przy najbardziej ruchliwych ulicach.
- Oby… - szepnął, po czym zacisnął mocniej swoje palce na pośladku dziewczyny. Z każdą kolejną chwilą robiło mu się coraz bardziej gorąco i nie potrafił nad tym zapanować, choćby nawet próbował. Nawet nie wiedział kiedy ich wargi złączyły się w namiętnym pocałunku, a otoczenie przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Miał gdzieś to, że wśród nich była armia ludzi, że ktoś coś ciągle gadał, a wokół ciągle błyskało się światło fleszy. Nie usłyszał nawet tego, gdy zniewieściały fotograf zaczął krzyczeć, że mają to, i że koniec pracy. Nie spodziewał się nawet, że to wszystko nie trwało chwili, a kilka godzin. Kto by pomyślał, że rozluźnienie się może zająć aż tyle czasu. Ustawianie, pudrowanie nosa i smarowanie ciała oliwką. Nie wiedział nawet kiedy wokół nich zapanowała zupełna ciemność, a ludzie zaczęli krzątać się w popłochu. 
- Myślisz, że tak im się to spodobało, że aż wywali z wrażenia korki? – brunetka zaśmiała się, odkrywając się od niego dość niechętnie, kiedy wokół zapanował mrok. Sama nie wiedziała, kiedy straciła kontrolę i całkowicie się mu poddała. Zapomniała o fotografach i biegających wokół nich operatorach, czując się tak, jakby faktycznie znajdowali się w budynku zupełnie sami. Przez cały czas obejmowała nogami jego biodra, a jej nierówny oddech zdradzał, jak bardzo pragnęła kolejnych pocałunków. - Masz ochotę na małą ucieczkę z tej rycerskiej wieży? - zaśmiała się, muskając wargami jego rozpaloną klatkę piersiową i wsuwając dłoń za gumkę jego bokserek. 
Daniels przełknął nerwowo ślinę, ale nie przestawał się uśmiechać, gdy Amelia posuwała się coraz dalej. Jednak musiał zachować jakąkolwiek trzeźwość umysłu. Dlatego też złapał jej nadgarstki i podniósł się z kanapy razem z dziewczyną. 
- Chyba już zrobiliśmy swoje, więc może nikt nie zauważy? – roześmiał się pod nosem i cały czas trzymając ją za rękę, pociągnął ją w kierunku garderoby, a przynajmniej tak mu podpowiadała intuicja. Tylko pytanie czy faceci takową posiadają? Amelia czuła się niczym nastolatka, która wymyka się z chłopakiem, aby uciec przed rodzicami. Z tego, co krzyczał fotograf udało mu się złapać kilka gotowych do obróbki ujęć i miała nadzieję, że nie będą musieli już wracać na plan. Praca z Johnem była bardzo przyjemna, ale wolała zostać z nim sam na sam, a nie całować się na oczach kilkudziesięciu osób. 
- Mam nadzieję, że masz dużo miejsca w samochodzie - zaśmiała się w końcu i oblizując wymownie wargi, rozglądała się po pomieszczeniu w poszukiwaniu swoich rzeczy. A to nie było takie proste zważając na fakt, że na hali nie było okien. Wszędzie panowała dosłowna ciemność, a nie półmrok. Samo dotarcie do garderoby zajęło im dobre kilka minut. A znalezienie ciuchów? John wolał nawet o tym nie myśleć.
- Myślisz, że będą mieli nam za złe, że sobie przywłaszczymy tą bieliznę? – zapytał ze śmiechem, bo naprawdę nie sądził, by kazali im ją oddawać, choć pewnie nie należała do najtańszych. W końcu przy takiej kampanii i tak już kręciły się ogromne pieniądze. - A co do samochodu, to muszę cię rozczarować. Limuzyny zaoferować nie mogę – przyznał rozbawiony, zakładając przez głowę swoją koszulkę, która po oliwce nieciekawie kleiła się do jego skóry. Jednak na prysznic będzie musiał nieco poczekać. – Ale zapewniam, że oboje się zmieścimy. Tylko czy masz jakiś pomysł dokąd uciekamy? – zapytał, podnosząc swój telefon, by poświecić nieco Amelii, aby mogła spokojnie się ubrać. Łuna światła z komórki ułatwiała jej nieco poszukiwania i zgrabnym ruchem narzuciła na siebie swoje ubrania. Nie uśmiechało jej się paradowanie przed ludźmi w samej bieliźnie, nawet jeśli za kilka dni będzie ją w niej 'podziwiać' całe miasto. Wrzuciła do torebki kilka rzeczy osobistych, które wcześniej porozrzucała po pomieszczeniu i uwiesiła się na szyi Johna.
- Nie wiem, zabierz mnie gdzieś. Jeśli chcesz, możemy uciec nawet na koniec świata - podskoczyła nieco do góry, lądując na plecach chłopaka i oplatając go nogami w pasie. Przez cały czas buzowały w niej pobudzone wcześniej przez jego namiętny pocałunek hormony i wciąż nie była w stanie trzeźwo i racjonalnie myśleć. Lubiła działać spontanicznie i miała nadzieję, że faktycznie uciekną gdzieś razem w szalone miejsce.
Mężczyzna sam nie wiedział gdzie podział się spokojny i ułożony Daniels, który już od lat nie był skory do takich szaleństw wręcz z obcymi dziewczynami. Ostatni raz skończył się tragicznie i to trochę go blokowało, jednak dzisiaj miał zamiar totalnie o tym wszystkim zapomnieć. W końcu jeszcze nikt nie umarł od odrobiny wariactwa. Roześmiał się, gdy Amelia wskoczyła mu na plecy. Złapał ją pod kolanami i ruszył przed siebie. O dziwo, na hali nie panował już mrok, ale najwyraźniej nikt nawet nie zwrócił na nich uwagi. Wyszli niepostrzeżenie i skierowali się prosto do jego auta. Czarny Mustang grzecznie czekał na parkingu, jednak już niedługo. Musiał się chwilę zastanowić nad tym, gdzie mogliby się wybrać, aby to było według niej szalone. Należeli do dwóch różnych światów i John wiedział to od samego początku. Dlatego też miał niezłą zagwozdkę.
- A może choćby drobna podpowiedź by mi ułatwić zdecydować? Ciężko mi rozgryźć twoje preferencje – przyznał szczerze, układając już rękę na skrzyni biegów. Uśmiechnął się pod nosem, ruszając w końcu w miasto.
Panna Buckley rozsiadła się wygodnie na siedzeniu pasażera, cały czas przyglądając mu się z zadziornym uśmiechem. Odnosiła wrażenie, że chłopak nie często pozwalał sobie na taką spontaniczność i tym bardziej cieszyła się, że miała okazję zaserwować mu choć odrobinkę szaleństwa.
- Zabierz mnie gdzieś, gdzie nie ma ludzi i jest dużo zieleni - rzuciła zagadkowo, smyrając go paznokciami po ręce, którą trzymał na skrzyni biegów. Miała ochotę uciec nieco od zgiełku miasta i zapewnić im tym samym trochę prywatności. Uwielbiała naturę i to właśnie na jej łonie czuła się zawsze najlepiej.
- Najlepiej, żeby była tam też woda, bo to będzie świetny pretekst, żeby znów zrzucić z siebie te niewygodne ubrania - zaśmiała się, ściągając bluzkę i rzucając ją na tylne siedzenie. Szyby w samochodzie były na tyle przyciemniane, że nie musiała się obawiać o wścibski czy karcący wzrok innych ludzi. Daniels przełknął ślinę, podobnie jak na początku. Jednak tym razem nie tyle, co był zdenerwowany, a po prostu brunetka wiedziała, jak działać na facetów. Pokręcił lekko głową, wmawiając sobie w myślach, by jeszcze nad sobą panował, choćby przez czas podróży, która dłużyła mu się niemiłosiernie i to wcale nie za sprawą korków. Po prostu miał ochotę już wyskoczyć z tego auta i mieć wszystko gdzieś, tak jak na tamtej kanapie.
     Po kilkudziesięciu minutach w końcu dojechali na najbliższą polanę za miastem. Nieopodal można było też dostrzec mały zbiornik wodny, ale czy Daniels był przekonany do kąpieli w połowie kwietnia? Niekoniecznie, ale jak szaleć, to szaleć. Wysiadł w końcu z Mustanga i popatrzył niepewnie na Amelię, nawet nie śmiąc myśleć, co też jej chodziło po głowie. Nie był głupi, to prawda, ale jednak jakieś hamulce jeszcze posiadał.
Dziewczyna wysiadła zadowolona z samochodu, rozglądając się wokół i podziwiając widoki. Cieszyła się, że podróż w końcu dobiegła końca i mogli razem zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Ich ciała i głowy wciąż były rozgrzane, więc taki powiew chłodu zdecydowanie im dobrze zrobi.
- No nie stój tak, chodź - pociągnęła go za sobą za rękę, zatrzymując się dopiero na środku łąki. Niestety nie mieli szczęścia do pogody i zamiast słonecznego nieba, powitały ich w tym małym raju jedynie ciemne, zwiastujące deszcz chmury. - Zamknij oczy, wysłuchaj się w muzykę natury i daj się temu ponieść - uśmiechnęła się rozpromieniona i nie czekając na jego reakcję, zgrabny ruchem porwała go do tańca.
Popatrzył na nią jak na wariatkę, ale po chwili roześmiał się, kręcąc z rozbawieniem głową.
- Muzykę natury powiadasz… - powiedział, obejmując w pasie, a po chwili obracając się wraz z nią. Sam nie wiedział nawet kiedy wylądował razem z Amelią w dość wysokiej już trawie. Starał się jej nie przygnieść swoim ciężarem, dlatego sam przekręcił się na plecy, ciągnąc za sobą brunetkę.
- Widzisz, odrobina szaleństwa jednak nikomu jeszcze nie zaszkodziła - zaśmiała się, siadając nad nim okrakiem. Wokół panowała zupełna cisza, a przez to, że polana znajdowała się daleko od głównej drogi, mogli liczyć na pełną dyskrecję i chwilę prywatności. Nie wiedziała na ile chłopak jest sławny, ale skoro ludzie od C.K zatrudnili go w swojej kampanii, zdecydowanie musiał być akurat na topie. Ostatnie więc, czego było im trzeba to jakieś artykuły w gazetach i sensacja poparta jego nazwiskiem. Dlatego też cisza, która im towarzyszyła, uspokoiła Danielsa. Pozwoliła mu się rozluźnić i ponieść chwili. Jednak nadal był wyczulony na wszystko wokół i chwilami musiał się opanować by niepotrzebnie się zrywać, gdy usłyszał jakiś nowy odgłos natury. 
W pewnym momencie, z pobliskich krzaków dobiegł jakiś niepokojący dźwięk. Tak, jakby ktoś lub coś się tam skrywało. Dlatego też, oboje znieruchomieli, szukając jedynie wzrokiem ciuchów, które były już wokół nich porozrzucane. Ktoś zbliżał się w ich kierunku na tyle szybko, że nie byli w stanie narzucić na siebie wszystkich ubrań. Amelia odruchowo porwała koszulkę Johna, naciągnąć ją zgrabny ruchem przez głowę. Działała zupełnie nieświadomie i nijak nie pomyślała o tym, że pozbawia go tym samym jednej z części garderoby. Musiał zadowolić się jedynie spodniami, które i tak leżały zbyt daleko, aby zdążył je wsunąć na nogi. Nie mając pojęcia, czy za krzakami czai się jakiś człowiek, czy być może jakiś groźny dzik, schowała się za plecami Johna, oplatając dłońmi jego szyję i kładąc głowę na jego nagim i jeszcze rozgrzanym ramieniu. Ruda długa kita, prześwitywała gdzieś między źdźbłami trawy. Daniels uniósł nieznacznie brwi, starając się być jak najciszej, co nie było takie proste przy tak nieunormowanym oddechu. Nawet nie chciał sprawdzać czy lis, na którego teren najwyraźniej weszli, ma wściekliznę.
- Robimy szybki odwrót… - szepnął jej na ucho, uśmiechając się pod nosem, choć rozbawieniem mieszał się lekki strach. Wzrokiem zlokalizował swoje spodnie, których jeszcze nie zdążył ubrać i rozplanował już sobie trasę ucieczki do samochodu. Wreszcie złapał dłoń dziewczyny i podniósł się, aby ruszyć biegiem do auta, aby szybko się stąd ewakuować. Po drodze złapał za dolną część swojej i jej garderoby. Amelia uwielbiała zwierzęta, ale widząc strach w oczach Johna, pozwoliła mu złapać się za rękę i poprowadzić w kierunku samochodu. Chłopak najwyraźniej obawiał się, że zwierzak ma jakąś wściekliznę i go czymś zarazi, a nie mógł pozwolić sobie jako sportowiec na żaden uszczerbek na zdrowiu. Naciągnęła niżej koszulkę i roześmiała się, kiedy udało jej się w końcu dotrzeć na miejsce pasażera.
     Jeśli ktoś ich jakimś cudem widział, musiał mieć z tego wszystkiego naprawdę niezły ubaw. Niewinny lisek skutecznie popsuł zmysłowy nastrój i chyba żadne z nich nie miało już aż takiej ochoty na seks. Poczekała cierpliwie, aż John założy spodnie i zaraz po tym jak ruszył z polany, sama także narzuciła na siebie pozostałe części garderoby. Z głupkowatym uśmiechem wymalowanym na ustach, zatopiła się wygodnie w fotelu, szperając pod siedzeniem rękoma. Liczyła, że uda jej się wydostać jakąś butelkę wody, albo chociaż puszkę coli, ale zamiast tego natrafiła na pogięte zdjęcie. Zamarła, widząc kogo przedstawia znaleziona przez przypadek fotografia. John i ciężarna Olivia, w objęciach, w dodatku wyglądający na naprawdę szczęśliwą parę. Spojrzała ukradkiem na siedzącego obok mężczyznę i wszystko zaczynało się powoli układać w całość. Daniels był sportowcem, a przyjaciółka zaczęła chodzić nagle na mecze hokeja, w dodatku w bluzie Rangersów. Nie miała żadnych wątpliwości, że facet, z którym omal się przed chwilą nie przespała, był ojcem utraconego przez Olivię maleństwa. Był także człowiekiem, którego jej brat nienawidził i od którego nieźle kiedyś oberwał. Na domiar złego, jutro cały świat, w tym wspomniana powyżej dwójka, będą mieli okazję podziwiać jej prawie nagie ciało, w zmysłowej i jednoznacznej pozie z Danielsem. Gorzej już być chyba naprawdę nie mogło...

Za uszczerbki na zdrowiu, po przeczytaniu tej notki, serdecznie przepraszamy :)