Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

26/05/2013

1941. My name is Haywood. Vivienne Haywood.


            Siwowłosy, ale wciąż zachowujący młodzieńczy urok mężczyzna ze złością strzepnął z rękawa marynarki niewidzialny pyłek i cisnął w swojego młodszego rozmówcę kopertą, której zawartość sprawiła, że cała krew odpłynęła mu z twarzy.
            - Jak to możliwe? – syknął przez zaciśnięte zęby, swój zarzut kierując w stronę towarzysza. – Jak to, cholera, możliwe?
Tamten pokręcił głową w niemym zaprzeczeniu, intensywnie wpatrując się w starannie wykaligrafowany napis umieszczony na odwrocie zdjęcia wydrukowanego na kartce formatu A4. „Pozdrowienia spod ziemi” krzyczały czarne literki, zupełnie nieświadome powagi sytuacji. Młodszy z mężczyzn ujął fotografię między palce i raz jeszcze spojrzał na uwiecznioną na niej postać. Przełknął głośno ślinę i zmiął papier w dłoni, starając się wymazać z pamięci obraz przeraźliwie bladej twarzy Johna, na której wyraźnie odcinał się nienaturalny, poszerzony za pomocą ostrego narzędzia groteskowy uśmiech. Odwrócił się na pięcie i zatrzasnął za sobą drzwi z zamiarem uzupełnienia dokumentacji.
„John Smith, zamordowany 19.03.2013r. Sprawca: Joker, jak dotąd nieuchwytny.”

***

            Szara mysz zatopiła zęby w znalezionym przed chwilą kawałku herbatnika, obserwując zza komody fruwające po całym pokoju ubrania. Wycofała się potulnie, ciągnąc za sobą ciastko, podczas gdy długowłosa kobieta przetrząsała szafę w poszukiwaniu odpowiednich ubrań. Zostawiła przygotowanie ich na ostatnią chwilę i była już o włos od spóźnienia się na najważniejszą rozmowę w jej życiu. Nie chciała wyglądać zbyt formalnie, dlatego odrzuciła białą bluzkę i czarną, ołówkową spódnicę, z drugiej strony niechlujny strój również nie mógłby jej pomóc. Ostatecznie zdecydowała się na czarne, dopasowane bryczesy, całkowicie ignorując ich pierwotne przeznaczenie, białą bokserkę i ciemny żakiet. Co prawda czuła się nie do końca pewnie, w zasadzie marzyła o przebraniu się, ale sekundnik tykał niemiłosiernie, przypominając jej o upływie czasu. Roztrzepała włosy palcami i w chwili, kiedy wyjmowała z torebki klucze, zawrócił ją dźwięk otrzymanej wiadomości. W pośpiechu zasiadła przed komputerem, by kilka sekund później zakląć siarczyście.
Z powodu przyczyn, o których poinformować Pani nie mogę, zmuszony jestem odłożyć nasze spotkanie na przyszły tydzień. W piątek otrzyma Pani szczegóły dotyczące dnia, godziny i miejsca.
Ot, naskrobana naprędce notka. Żadnego podpisu, żadnych przeprosin. Odrzuciła na bok laptop i opadła na łóżko, zasłaniając twarz poduszką, by zdusić krzyk złości. 

***

- Joker wodzi nas za nos, a bardzo tego nie chcemy. Pozwala nam uwierzyć, że wiemy o nim wszystko, daje nadzieje na pomyślność naszej akcji, by niedługo po tym wylać na nas kubeł zimnej wody. To już trzeci agent, który prawie go dopadł. Zawsze wysyła nam takie same zdjęcia. Ma świadomość, że nazywamy go Jokerem, bo kasuje wszystkie nasze asy, każdy cień przewagi i kurewsko go to bawi.
Czerwonowłosa kobieta splotła ramiona na piersiach i uniosła brwi, intensywnie wpatrując się w szarobłękitne tęczówki. Słuchała jego wywodu od dobrych piętnastu minut i nadal nie wiedziała, po co on jej o tym opowiada.
- Ale jaki to ma związek z moim szkoleniem? – spytała w końcu, nie dając po sobie poznać zniecierpliwienia. Ponad pół roku temu zgłosiła chęć odbycia szkolenia policyjnego. Od tego miała tylko zacząć, chciała zdobywać kolejne umiejętności, by w końcu zostać w pełni wykwalifikowaną agentką Secret Service. Została zaproszona na rozmowę wstępną, na biurku leżała teczka z jej dokumentami, a oni opowiadali jej o bandziorze, z którym nie mogli sobie poradzić.
- W walkę z Jokerem angażowaliśmy najlepszych, najlepiej przygotowanych, najsprytniejszych agentów. – W tym momencie podał jej trzy zdjęcia zwłok ułożonych w taki sam sposób. Każdy z mężczyzn miał rozcięte policzki, co czyniło jego uśmiech przerażająco bezdusznym. Vivienne udała, że nie wzruszył jej ten obraz i odłożyła fotografie na biurko. Mężczyzna tymczasem ciągnął: - Żaden z nich nie przeżył, każda z tych śmierci była jednakowo bezsensowna, bo żadnemu z nich nie udało się przekazać nam żadnych informacji.
- Nadal nie rozumiem – mruknęła zbita z tropu.
Mężczyzna oparł łokcie na biurko, wspierając jednocześnie brodę na zaciśniętych w pięści dłoniach. Jego twarz wyraźnie spochmurniała, choć do tej pory udawało mu się zachowywać ją bez jakiegokolwiek wyrazu. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, aż poczuła, że jej twarz zalewa się rumieńcem. Miała już serdecznie dość tej rozmowy.
            - Zawsze nosisz rozpuszczone włosy?
Poraziła ją absurdalność tego pytania. Po raz pierwszy od jakichś dwudziestu minut zwrócił się bezpośrednio do niej i mówił o niej, zamiast kluczyć wokół tematu morderstw i Jokera. Zdziwiona rozchyliła usta nie mając pojęcia, dlaczego zadał to pytanie i co powinna odpowiedzieć. Paliły ją policzki, bo momentalnie dotarło do niej, że w leżącej na biurku teczce znajduje się coś więcej niż przesłane przez nią dokumenty i wyniki badań lekarskich. Milczała, czując narastające napięcie. Mężczyzna zauważył jej zdenerwowanie i uśmiechnął się półgębkiem, kładąc dłoń na bladoniebieskim folderze.
            - Wiem o twoim tatuażu, wiem o twojej przeszłości, wiem o tym, co zro…
            - Więc po co ta cała szopka? – fuknęła zdenerwowana, gwałtownie podnosząc się z krzesła. – Po co ta paplanina, skoro od początku pan o wszystkim wiedział? Wystarczyło nie przysyłać mi zaproszenia na tę rozmowę, zrozumiałabym. Wiem, że za błędy trzeba płacić. Szkoda tylko, że tyle pieprzycie o resocjalizacji, a nie dajecie ludziom drugiej szansy.
Kobieta odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem zmierzyła w kierunku drzwi. Odruchowo sięgnęła dłonią za prawe ucho, przykładając opuszki do niewyczuwalnego tatuażu. Szczeniacki wygłup, ten malutki rewolwer właśnie zniszczył jej misternie ułożony plan. Nie była na siebie zła, sądziła, że każdy ma prawo do błędów. I dlatego nie zdecydowała się na usunięcie: miał przypominać jej o tym, jakich decyzji nie podejmować.
            - Chcemy, żebyś dla nas pracowała – usłyszała spokojny, pobrzmiewający rozbawieniem głos. Przystanęła i spojrzała za siebie, jej twarz wyrażała kompletną dezorientację.
            - Nie rozumiem..
            - Usiądź, wytłumaczę ci.
Posłusznie wróciła na wygodny, skórzany fotel i założyła nogę na nogę, patrząc na niego wyczekująco.
            - Bez owijania w bawełnę – ponagliła go, ostentacyjnie zerkając na wiszący nad jego głową zegar.
            - Wiemy, że należałaś do gangu. W zasadzie do gangu było wam daleko, ot, grupa szczeniaków ubzdurała sobie, że będą postrachem okolicy. – Chciała mu przerwać, jakoś się bronić, ale uciszył ją gestem dłoni. – Podobno zależy ci na czasie – przypomniał jej. – Zostałaś naznaczona, przeszłaś inicjację czy jak to tam nazywaliście, w każdym razie masz ten tatuaż. Z czasem rzeczywiście rozrastaliście się, rośliście w siłę i kiedy ktoś doszedł do wniosku, że możecie zaprowadzić własny porządek, zaczęłaś się bać, prawda? Handel narkotykami czy bronią, to jeszcze mogłaś znieść, ale kiedy w grę wchodziły morderstwa postanowiłaś się wycofać. Nie zmienia to faktu, że w twojej przeszłości znajdują się kryminalne rozdziały. I o to nam chodzi. – Znów uciszył ją ruchem dłoni, nie dopuszczając do słowa. – Naszych agentów gubiło to, że byli wyszkoleni. Każdy z nich był niesamowicie przebiegły, ale ich ruchy były do przewidzenia, były wystudiowane, powtarzalne, poprawne. Joker prędzej czy później orientował się, z kim ma do czynienia i ich likwidował. Jest nieufny, rzadko dopuszcza do siebie nowych ludzi. Wiemy o nim wszystko. Wiemy, jak się nazywa, do której szkoły chodzi jego córka, gdzie robi zakupy jego żona, gdzie jadają kolacje w jej urodziny, gdzie trzyma brudne pieniądze. Ale co nam z tej wiedzy, skoro nie mamy dowodów? Co nam po tym wszystkim? I tu wchodzisz ty. Wiemy, że skończyłaś z wyróżnieniem kurs gotowania, i to nie byle jaki.
            - Jest coś, czego o mnie nie wiecie? – prychnęła wzgardliwie, by ukryć rosnące zaciekawienie.
            - Czy to twój naturalny kolor włosów, na przykład – odparł sucho i Viv nie wiedziała, czy powinna się uśmiechnąć czy skrzywić. Dała mu znak, by kontynuował.
            - Nie przejdziesz szkolenia, żeby uniknąć błędów poprzedników. Każdy twój ruch będzie zagadką nawet dla ciebie, więc i on cię nie przejrzy. Będziesz pracować legalnie w jednej z restauracji, w których on bywa. Często wynajmuje tamtejszą ekipę na prywatne przyjęcia w swoim domu, czasem rezerwuje całą salę balową, którą będziesz obsługiwać. Znajdziesz sposób, żeby się do niego zbliżyć, ale pamiętaj, że może ci to zająć tydzień, miesiąc, rok czy nawet kilka lat. Nic na siłę, nie rób niczego podejrzanego, staraj się, żeby każde twoje posunięcie wydawało się naturalne. Tamten epizod z przeszłości tylko uwiarygodni twoją postać, rozumiesz? – W odpowiedzi z wolna skinęła głową, układając w głowie te wszystkie informacje. – Poza tym, ma słabość do pięknych kobiet – dodał, wygodniej rozsiadając się z fotelu. – Wykorzystuj wszelkie atuty, każdą sytuację. I co jakiś czas, nieregularnie, przesyłaj nam raporty. Nie korzystaj z domowego komputera, sprawozdania wysyłaj nam z kawiarenek internetowych, ze sklepów komputerowych, za każdym razem z innego miejsca. – Przesunął w jej stronę malutką karteczkę z adresem mailowym. – Nie będziemy spotykać się osobiście, w zasadzie będziesz żyła swoim życiem, pracą, przyjemnościami.
            - A co z pieniędzmi?
            - Wszystko, co zarobisz w restauracji i z prywatnych przyjęć jest twoje.
            - To chyba jasne, prawda? Pytam, w jaki sposób zamierzacie mi płacić.
Mężczyzna uśmiechnął się z zadowoleniem, mierząc ją spojrzeniem.
            - Czy mam to rozumieć jako akceptację?
Vivienne milczała przez dłuższą chwilę, po czym wstała i ruszyła w stronę wyjścia.
            - Do końca tygodnia dam znać.
Nie minęło pięć sekund, kiedy mężczyzna podniósł słuchawkę leżącego na biurku telefonu i, gdy usłyszał po drugiej stronie oddech, zakomunikował:
            - Wydaje mi się, że tym razem się uda. Nie, ja jestem pewien, że tym razem nam się uda.


Wyszłam z wprawy albo się starzeję. Życzcie mi, żeby Viv żyła tak długo, jak Narcisse, albo i jeszcze dłużej! (;

23/05/2013

V. urodziny


 Administracja: Dzień dobry, witam panią serdecznie :D Czy NYC był pierwszym blogiem grupowym, na którym pisałaś?

Coleen: Hej, hej :) A tak się składa, że nie. Najpierw pisałam przez jakiś czas na blogu Ancient Roma (wieki temu, na jeszcze na dobrze sprawującym się Onecie). To ten blog zainspirował mnie do założenia czegoś własnego. I tak powstał NYC.

A: Tym samym odpowiedziałaś na pytanie, które było następne w kolejce. Chciałam się dowiedzieć właśnie, co zainspirowało cię do założenia bloga. Ale teraz mogę dopytać o szczegóły – miałaś już wtedy znajomych, których obecności mogłaś być pewna? I dlaczego Nowy Jork? 

C: Tak, było kilka osób, które od samego początku były ze mną na NYCu (jak na przykład James i Lea). Kilka z nich (poznanych między innymi właśnie na AR) dołączyło do nas później, ale tak naprawdę 98% autorów naszego grupowca to byli ludzie, których poznawałam po raz pierwszy.
Natomiast jeśli chodzi o tematykę, razem z kuzynką - współautorką New York College - chciałyśmy stworzyć miejsce, gdzie każdy mógłby się odnaleźć, z nieskończoną ilością perspektyw, gdzie autorzy mogli być kim tylko by chcieli. No, a Nowy Jork wydawał się idealny do tej roli ;)

A: Czyli można powiedzieć, że nie zaczynałaś od zera, miałaś już jakiś grunt, na którym mogłaś coś budować. Jak widać, wasze założenie stworzenia takiego miejsca, przyniosło skutek – przez NYC w ciągu tych pięciu lat przewinęło się i przewija nadal mnóstwo ludzi, część wraca, część jest zupełnie nowa. Czy kiedykolwiek przeszło Ci przesz głowę, że blog odniesie tak wielki sukces? Że każdy będzie go znał lub chociażby kojarzył?

C: W życiu! Blog zakładany był z nadzieją, że kilka osób do nas dołączy i niewielką grupą autorów będziemy w stanie tworzyć historie naszych bohaterów, ale nigdy nie podejrzewałam, że wkrótce będzie mi ciężko nadążać za wszystkimi nowymi postaciami! Wraz z pierwszym poleceniem na stronie głównej Onetu, bloga zaczęło dostrzegać coraz więcej ludzi i zanim się obejrzeliśmy, albumy zaczęły się rozrastać aż do momentu, w którym trzeba było tworzyć ich więcej, bo się autorzy przestali mieścić xD Bardzo pozytywnie wspominam te chwile ;)

A: Też pamiętam te czasy. Co prawda, początkowo byłam jedynie obserwatorem, ale po jakimś czasie i ja dałam się namówić. Nie wytrzymałam jedną postacią dłużej, dopóki nie wyprodukowałam swojej Sienny i nie wepchnęłam się w łaski Administracji ;P A czy Twoja przygoda na NYCu opiera się tylko na postaci Coleen? 

C: A gdzie tam ;P W karierze NYCowej mam za sobą całkiem sporo postaci, ale żadna z nich nie przetrwała tak długo, jak Coleen i żadna też nie doczekała się jakiejś bardziej złożonej historii. Niektóre mi się wypaliły, jedną zabiłam w opowiadaniu, ale moja pierwsza postać była wśród wszystkich innych jedyną kobietką.

A: Szkoda, że teraz Coleen mało można uraczyć na blogu, ale mam nadzieję, że wrócisz do nas kiedyś na dłużej i będziesz aktywna, w końcu parę osób na pewno się stęskniło. Właśnie, co do tych sentymentów, czy są jakieś wątki/historie/postaci, które do dzisiaj wspominasz z uśmiechem? A jeśli tak, to dlaczego, o ile można wiedzieć. 

C: Coleen wróci na pewno, jak tylko uporam się z sesją ;)
A konkretnych wątków i historii raczej nie mam, ale właśnie bohaterów NYCowych jest wiele takich, których wspominam z uśmiechem na ustach, albo nawet łezką w oku. Na NYCu poznałam naprawdę wspaniałych ludzi, których, mimo tego, że nigdy nie poznałam twarzą w twarz, uważałam za bliskich przyjaciół, dla których potrafiłam spędzać godziny przed komputerem, pisząc wątki, opowiadania i wymyślając nowe historie. Wielu z nich nigdy nie powróciło do nowych odsłon bloga, kilku z nich już nie ma wśród nas, ale wszystkich wspominam ciepło i nawet te małe kryzysy w naszej historii były warte przeżycia, bo nigdy nie zapomnę tego, jak autorzy NYCa potrafili stanąć za mną murem, gdy blogowi hejterzy zabrali sobie za punkt honoru usunąć nasz grupowiec z sieci.

A: Lecz mimo niepowodzeń, mimo tych „hejtów” i ataków na NYCa, nadal stoimy i dajemy sobie radę. Nie było ci ciężko oddać dowództwa innym osobom, które kontynuują twoje dzieło? Osobiście czuję się, że mam na barkach spore blogowe dziedzictwo i naprawdę nie chcę zawieść ciebie i oczekiwań blogerów. 

C: Oj tam, daj spokój ;P Razem z Inez odwalacie kawał świetnej roboty i nie masz pojęcia, jak wdzięczna Wam jestem za przejęcie NYCa. Gdyby nie Wy, blog pewnie zostałby zamknięty. Wiele razy nad tym myślałam, zanim Pinezka zaoferowała swoją pomoc, ale za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie mogłabym tak po prostu zamknąć NYCa, bo za bardzo mi na nim zależało i za bardzo się przywiązałam. Teraz mogę być spokojna, że blog, mimo wszystko, przetrwa, a przynajmniej do czasu, gdy jeszcze będą ludzie chcący na nim pisać, bo chyba najgorsze jest już za nami, co? ;)

A: Oczywiście, NYCek tętni życiem, autorzy świetnie się bawią, dołączają nowi i o dziwo, ku dziwnej blogspotwej tendencji, naprawdę jest z kim u nas pisać. A teraz z nieco innej beczki. Można zauważyć, że na początku notki nie były zbyt obfite, sporo blogerów zaczynało tam dopiero pisać. Zauważyłam, że teraz osoby początkujące nie mają łatwego startu, bo od razu wymaga się od nich tego, do czego my – starsze pokolenie – dochodziliśmy miesiącami, latami i wieloma blogami. Czy i ty odkryłaś, że dzięki właśnie NYCowi i innym blogom, poprawiłaś swoje umiejętności?

C: Totalnie! Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie zaczynać pisać w dzisiejszej erze, gdzie wszyscy zakładają, że jeśli się pisze na blogu, to trzeba w tym mieć już nie wiadomo jakie doświadczenie, idealną interpunkcję, umiejętność pisania płynnych, lekkich dialogów i wielowątkowej fabuły. To właśnie dzięki blogom grupowym i tym osobistym zaczęłam mniej więcej kształtować swój styl. Nauczyłam się naprawdę wiele przez te lata blogowania, a ta nauka wyszła nie tylko z nieustannego ćwiczenia swoich umiejętności w wątkach, ale także od innych blogerów, którzy, te kilka lat temu, wydawali się jacyś tacy bardziej przyjaźni i pomocni, ale może to tylko mój punkt widzenia.
Nie chcę teraz wyjść na hipokrytkę, bo przecież zdarzało się nie raz, że na NYC nie przyjmowałam kandydatów ze względu na ich kiepski warsztat pisarski, ale na swoją obronę powiem tyle, że ta decyzja zależała nie tyle od umiejętności, co od zaangażowania, inwencji twórczej i choć odrobiny staranności. Bo jeśli ktoś wysyłał mi tekst długości połowy strony A4 w Wordzie, składający się w większości z dialogów zbudowanych z kilku zdań prostych, to albo odsyłałam takich ludzi z kwitkiem, albo prosiłam o ulepszenie ich pracy.

A: Gdyby zaistniała idea Wielkiego Zlotu NYCowców, jak na nią byś zareagowała? Byłabyś skłonna pojawić się na takim spotkaniu?

C: Pomysł ambitny i na pewno wielu NYCowców chętnie skorzystałoby z okazji poznania ludzi, z którymi dzieli się te same zainteresowania, których poznało się poprzez prowadzenie wątków pomiędzy naszymi postaciami. Problem byłby tylko z ustaleniem miejsca spotkania. Przecież na blogu piszą osoby nie tylko z całej Polski, ale także spoza niej. Ja osobiście nie miałabym raczej możliwości się na takim spotkaniu pojawić ze względu na to, że mieszkam w Anglii, ale na pewno popierałabym powstanie takiego projektu i chętnie przeczytałabym później sprawozdanie z takiego zlotu ^^

A: I tak już wymęczyłam cię w znaczącym stopniu, dlatego teraz chciałabym Cię spytać o to, czy masz do dodania coś od siebie? Chcesz przekazać coś autorom? Wyrazić radość z piątej rocznicy istnienia bloga? 

C: No oczywiście, że się cieszę, że nasz blog przetrwał aż pięć lat ;)Chciałabym, żeby NYC istniał jeszcze kolejne pięć w tej samej, rodzinnej atmosferze i z wspaniałymi autorami napędzającymi go. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, a Tobie Sienno dziękuję za wywiad ;)

Opinie:

„Na NYC jestem od daaawnaaa, a dokładnie od sierpnia 2008 , bo wtedy na blogu pojawiła się moja pierwsza, niezwykle naiwna i głupkowata postać. I zaczęła się niezwykła przygoda, którą kontynuuję po dziś dzień. JJ to moja 3 postać, wydaje mi się, że najbardziej dojrzała i przemyślana, ale nie o tym chcę napisać. Co mi dał NYC? Pewność, że warto pisać i się doskonalić. Posty mojej pierwszej postaci były beznadziejne pod względem stylu, teraz jest duuużo lepiej, na pewno to spora zasługa bloga ;) Ponadto ludzi,wymienię tutaj Kathie/Jackie, Coleen i Nathana, bo to z nimi najmocniej się zżyłam ( Taaaak, oni nawet wiedzą kim jestem w realu ;)), Charliego i Jonasów ( pamiętacie ich? xD), Leę, Rosalie, Sol, Inez, teraz też Emily. Przez te wszystkie lata NYC stał się prawdziwą rodziną, która trwa, pomimo przeciwności. Wszyscy pamiętamy takie tygodnie, gdzie nikt nie dołączał, nikt nic nie pisał. Parokrotnie było blisko zawieszenia, ale jak widać co ma wisieć nie utonie ;) Teraz jestem już teoretycznie dorosłym i odpowiedzialnym ludziem i nie mogę przesiadywać na blogu dniami i nocami, ale i tak codziennie zaglądam, co parę dni poodpisuję. To coś jak uzależnienia. Nieee.. Źle powiedziane. NYC to pasja, hobby. Kochani, w te 5 urodzinki bloga życzę wszystkim wytrwałości i weny. Long life New  York College”

Joyce "JJ" Jareau

"NYC był moim pierwszym blogiem grupowym i wszystko wskazuje na to, że pozostanie także ostatnim. Pamiętam, że niedługo po dołączeniu wyjechałam na wakacje, a kiedy wróciłam... Był tu taki ogrom ludzi, że uciekłam i na powrót zdecydowałam się dopiero po paru miesiącach. I tak sobie tutaj siedzę do dziś, bo nigdzie nie ma takiej atmosfery i nigdzie nie znajdzie się autorów zawsze gotowych do prowadzenia wątków. Właśnie to mi się w NYCu podobało, że nawet kiedy było źle, była ta garstka osób pisząca między sobą. Że na tyle zżyliśmy się z tym miejscem, ze u mnie osobiście pojawiają się wyrzuty sumienia, kiedy nie mogę się odezwać przez dłuższy czas. Spędziłam tu kawał mojego blogowego 'stażu', jakby nie patrzeć... Sama się sobie dziwię, że minęło już te 5 lat. Kiedy to zleciało?! W przeciągu tych 5 lat wielu autorów się przez NYC przewinęło, wielu zostało... Do dziś pamiętam niektóre wątki i postacie, tak było miło. Dlatego, moi drodzy, dziekuję Wam za to, ze jesteście. Że możemy się razem dobrze bawić już przez tak długi czas i mam nadzieje, że spędzimy ze sobą kolejne 5 lat!"

Inez Grant


To by było na tyle, aby pokazać, że przez te pięć latek wiele osób do bloga się przywiązało. Osobiście życzę mu jeszcze wielu lat i sukcesów.
Jeśli idzie o wątek grupowy, który miał być zorganizowany - nie traćcie nadziei, prawdopodobnie odbędzie się, ale musimy z tym poczekać na Inez.

Ktoś chce coś dodać? Napisać coś od siebie, a może ma spóźniony zapłon i jakieś pytanie mam przekazać Coleen? Piszcie, nie bójcie się :)

18/05/2013

1940. Podejrzany ochroniarz.


To, co w tej chwili robiła nie oznaczało, że jest małą, ciekawską istotką. No dobrze, może troszkę. Jednak głównie chodziło jej o bezpieczeństwo przyjaciółki, tak? Tylko i wyłącznie dlatego nie odstępowała brata na krok, mówiąc mu jaki to on jest cudowny. Wszystko, żeby tylko przekonać go do pomocy. Przecież on również lubił pannę Thorne. Chodziło o sprawdzenie tylko dwóch nazwisk, nic więcej. To na pewno nie zajęłoby mu dłużej niż kilka minut…
- Amy, powtarzam ci po raz setny. W żadnej firmie ochroniarskiej nie pracuje ‘Samuel Davis’, przykro mi – dodał, kiedy wyszukiwarka nie pokazała żadnych wyników. Panna Knight miała na kolanach teczkę, w której leżała już jedna kartka dotyczącą pana Smitha. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu, zielone oczy, skończona akademia, czarny pas w karate. Bla, bla, bla. Nic innego, jak totalny świeżak. Jednak przynajmniej istnieje w rejestrach. W przeciwieństwie do drugiego pana, który wydał się podejrzany Amelce, kiedy tylko zobaczyła go po raz pierwszy.
- Może jest policjantem? Albo żołnierzem? – spytała zerkając na brata. Tak, mężczyzna musiał mieć do niej słabość, inaczej nigdy by się na to nie zgodził.
- Mogę sprawdzić w naszej bazie danych, ale do wojskowych rejestrów nie mam dostępu – wyjaśnił ponownie sunąc palcami po klawiaturze. – Jest jeden Samuel Davis, lat pięćdziesiąt osiem, emerytowany krawężnik – dodał po chwili patrząc na dane personalne.
- W sensie… pracował w drogówce? – spytała dla jasności, bo jakoś slogan brata był ciągle dla niej niejasny. Zresztą, ochroniarz Emy na pewno nie miał sześćdziesiątki na karku, nie przesadzajmy.
- Amy, nie mam innych możliwości. Pracuję w policji, a nie dla jakiegoś federalnego zespołu, nic innego dla ciebie nie znajdę – wyjaśnił rozkładając ręce w geście poddania. Dziewczyna westchnęła bezgłośnie. Przecież jakoś musiała się dowiedzieć, kim jest człowiek, który spędza z przyjaciółką tyle czasu. A jak to jakiś psychopata? Gwałciciel? Morderca? Amelia może i miała swoje manie prześladowcze, ale kobiecą intuicję też posiadała. A z tym gościem ewidentnie było coś nie w porządku.
- Odgrzejesz obiad? Ja poszperam sobie w starych gazetach – powiedziała uśmiechając się lekko. Wujek Google, plus policyjne archiwa mogły zdziałać cuda, czyż nie?
- Jasne. Masz dziesięć minut i blokuję dostęp. Co za dużo to nie zdrowo, młoda. – Mężczyzna zaśmiał się i odstąpił siostrze krzesło, samemu wychodząc do kuchni.
Amelka położyła teczkę na biurku i przygryzła delikatnie dolną wargę. Od czego by tu zacząć? Spojrzała na literki i jakby w obawie tego, co znajdzie, powoli zaczęła wystukiwać hasło ‘Samuel Davis’. Dopiero po kilku sekundach dopisała ‘agent’. Nie wiedziała dlaczego. Przecież nie miała pewności, że to w czymś pomoże.
A jednak.
Panna Knight czując jak jej serduszko zaczyna bić zdecydowanie szybciej, przeglądała strony, sunąc wzrokiem po tekście i patrząc na zdjęcia, które dość często wyskakiwały. Niewyjaśnione morderstwa, agresywność, gangi. Agent z podwójną twarz, tak o nim pisali. Dopóki Amelka nie znalazła jeszcze jednej wzmianki w starym New York Timesie wszystko było okej, teraz jednak zaczęła drukować nagminnie zdjęcia i artykuły. Pośpiesznie wrzuciła wszystko do teczki i kiedy minęło dziesięć minut, nie było jej już w mieszkaniu brata.

Emily Thorne może i była osobą nie tyle co podejrzliwą, ale na pewno ciekawską. Może dlatego próbowała za wszelką cenę wyciągnąć od ojca parę informacji, a kiedy ten milczał jak zaklęty, marudziła Davisowi, bo Smith zdawał się o niczym nie wiedzieć. Co prawda, przed ojcem nie mogła się przyznać do tego, co już wiedziała. Była przekonana, że wtedy Samuel mógłby zniknąć, a jak na razie był jedynym, pewnym źródłem informacji, które należało jako-tako szanować. Dziewczyna przez swoją ciekawość na pewno znajdzie się kiedyś w kłopotach, na pewno bliżej jej będzie do piekła, ale przynajmniej odkryje tajemnice, które przed nią ukrywano.
Naprawdę nie lubiła, kiedy ktoś zatajał przed nią ważne rzeczy. A śmierć matki spokojnie do tych ważnych rzeczy mogła się zaliczać. Ale jak już wcześniej wspomniano, Emy nie należała do grona ludzi, którzy są bardzo, bardzo podejrzliwi i w każdym człowieku szukają tego, co złe, jakąś lukę w całym. Nie, nic z tych rzeczy. Nie dopatrywała się w swoim ochroniarzach kogoś, kim nie byli.
Nie raz i nie dwa po jej głowie przechadzały się myśli o tym, że Davis nie jest zwykłym ochroniarzem, chyba nawet się go o to spytała. Oczywiście – jasnej odpowiedzi nie dostała. Ale nie szpiegowała, nie doszukiwała się drugiego dna. Ufała mu, podobnie jak ufała Smithowi i po trochu swojemu ojcu, który przecież ich zatrudnił. A pewna była, że nie ściągnął ich z ulicy. Pewnie bałby się do takiego Sama podejść w centrum miasta. Ufała im. Wiedziała, że oboje byli skłonni do tego, aby osłonić ją przed każdym złoczyńcą i przed każdą rzeczą, która mogłaby jej zaszkodzić. Nie podobało jej się to. Nie chciała, żeby się poświęcali. Zwłaszcza kiedy nie znała całej prawdy.
Co? Kto? Jak? Gdzie? Dlaczego zabito jej matkę?
Przez te pytania nie spała zbyt spokojnie w nocy, czasami w ogóle nie spała, częściej jednak budziła się z krzykiem. Naprawione drzwi, które niedawno Davis wyważył mocnym kopnięciem, traktowane były już delikatniej; nie wpadali też do jej sypialni z bronią. Ale zawsze – zawsze, kiedy budziła się z wrzaskiem, któryś po chwili był obok i próbował ją uspokoić.
  I jak tu im nie ufać?
Nie miała jednak pojęcia, że Amelia szpera w policyjnych archiwach, że sprawdza ludzi, którzy przecież gotowi są oddać swoje życie za jej przyjaciółkę. Po co to robiła? Po co prześwietlała ochroniarzy. Ochroniarzy potrzebnych do tego, aby panienka Thorne pozostała cała i zdrowiutka? Ha, ona już o tym wiedziała, zaprzestała swoich ucieczek – przynajmniej po części. Nie wynajdywała okazji na siłę, ale jeśli taka się zdarzyła… Dlaczego miałaby z niej nie skorzystać?
Nie odbiegajmy jednak za bardzo od tematu. Skupmy się na Emily, która tego wieczoru siedziała na kanapie w salonie i gawędziła ze Smithem, który próbował coś ugotować. Ochroniarz i kucharz w jednym… Fajnie by było, ale Smith po prostu przejął się słowami Amy o zdrowym, domowym jedzeniu i próbował zagonić Emy do kuchni, ale… Bądźmy szczerzy, była to rzecz niemożliwa, dlatego Thorne śledziła przygody w ostatnim odcinku dziewiątego sezonu Grey’s Anatomy i odpowiadała na pytania mężczyzny.
Nie spodziewała się wizyty kogokolwiek; nikogo nie zapraszała. Nie chciała. Teraz nigdy nie była sama, więc chciała chociaż skorzystać z tego, że jest przy niej jedna osoba. Smith, może nieco marudny facet, ale w gruncie rzeczy jej nie przeszkadzał. Szkoda tylko, że około dwudziestej, po zjedzonej kolacji, zastąpił go Davis.
Davis nie chciał rozmawiać z Emily i zbywał jej pytania, ale ona wiedziała, że kiedyś pęknie, ot i wszystko jej wygada. Słysząc dzwonek do drzwi, dziewczyna spojrzała dość wymownie na Samuela, który nadal siedział na kanapie i patrzył w podobny sposób na Thorne.
Amy sporo nauczyła się od brata. Na przykład tego, że jeśli wie się ciekawe rzeczy o danym człowieku, nie można dać tego po sobie poznać. Trzeba być oczywiście dobrym aktorem, ale przecież Amelka potrafiła to i owo. Inaczej z matką, która była z zawodu psychologiem, nie dałoby się żyć pod jednym dachem.
Zapewne dlatego, kiedy panna Knight zatrzymała swój wzrok na wielkiej postaci ochroniarza starała się niczego nie dać po sobie poznać. Owszem, miała nadzieję, że w mieszkaniu będzie Smith, ale co poradzić? Najwyżej będzie rozmawiać z przyjaciółką szeptem. I włączą głośno muzykę. Cokolwiek, żeby tylko zagłuszyć ważne fakty, które być może nie spodobają się panu Davisowi. W końcu kto lubi, kiedy mówi się o człowieku dość… nietypowe rzeczy.
- Cześć – powiedziała wesoło i weszła do mieszkania omijając ochroniarza. Już wiedziała, że nie będą jej przeszukiwać, ani wciskać pod prysznic. Była przyjaciółką Emily, tak? Miała zielone światło, ot co. Dlatego przez chwilę nie zwracała uwagi na depczącego jej po piętach, podejrzanego Samuela.
- Mam sprawę niecierpiącą zwłoki – oznajmiła z lekkim uśmiechem podchodząc do dziewczyny i łapiąc ją za rękę. Pociągnęła lekko w swoim kierunku, żeby Emy wstała z kanapy. Chciała skierować się oczywiście do pokoju panny Thorne, bo tam mogłyby w miarę spokojnie porozmawiać.
- Będę jej mówić o pryszczach na tyłku, więc lepiej zostań tutaj. Uwierz mi, nie chcesz tego słuchać – powiedziała bardzo przekonująco do pana Davisa.
To śmieszne, ale wręcz czuła ciężar torby, w której ukryta była teczka. A w teczce… O tak, niespodzianka. Domyślała się, że Emily albo w ogóle nie zwróci uwagi na dostarczone materiały, albo będzie próbowała użyć ich jako karty przetargowej, czegoś, co będzie działało na jej korzyć. Oczywiście Amelia nie będzie tego popierać, ale co z tego? Panna Knight mogłaby się zacząć martwić, bo jej przyjaciółka zmieniła się nie do poznania. Nawet jeśli potrafiła znaleźć w niej dawną Emy, to ciągle pojawiało się coś, co pokazywało drugą naturę dziewczyny.
Emily się zmieniła, to racja. Ludziom pokazywała raczej się w masce rozpieszczonej dziewczyny, która ma głęboko w czterech literach to, co myślą o niej. Przynajmniej starała się, żeby tak było. Bo nadal pamiętała sytuację, kiedy Davis po prostu nią potrzasnął i powiedział, że ma dorosnąć. Czuła się wtedy chyba lekko upokorzona, ale przede wszystkim zaskoczona.
Wzruszyła ramionami, pomachała ochroniarzowi, które odprowadził je spojrzeniem i wbiegła po schodach na pierwsze piętro, siadając od razu na dużym łóżku. Remont pokoju planowała od dłuższego czasu, ale na razie zdążyła ustalić z Rosalie zaledwie parę szczegółów, więc wyglądał tak samo, jak parę lat temu.
Uniosła lekko brew, słysząc, jak Amy zaczyna opowiadać, jak pokazuje jej teczkę. Jak mówi, więcej i więcej, a Emily patrzyła tylko na nią z lekko rozchylonymi ustami, ale po chwili szybko się otrząsnęła. Miała myśleć racjonalnie, prawda? Więc myślała. Za nic w świecie nie chciała teraz wierzyć w przyjaciółce. W końcu jej życie było w rękach mężczyzny, który teraz siedział pewnie w salonie i pił piwo.
- Głupoty gadasz, Amy. Jakieś manie prześladowcze… Weź się uspokój. Nie wiem, kto ci w ogóle pozwolił włamać się do akt policji! Po co to robisz? – prychnęła cicho, przyglądając się chodzącej tam i z powrotem przyjaciółce.
            - Nigdzie się włamałam… Jeff mi pozwolił… To nie są moje manie prześladowcze! Czyste fakty, Emy. Spójrz, dziennikarzom udało się upublicznić bardzo dużo artykułów, do których pisali sprostowania. Co oczywiście jest normalne, robili wszystko, żeby nie wylądować przed sądem. Ale to, co napisali i tak obiegło cały świat. Na przykład… - Tutaj Amelka przekartkowała kilka stron. – Pięć lat temu, na terenie Kolonii, niejaki Samuel D, agent pracujący dla rządu, cytuję ‘złamał powszechnie panującą zasadę i rzucił się na konsula chronionego immunitetem konsularnym. Mężczyzna został dotkliwie pobity i eskortowany do szpitala. Sprawa pozostaje w toku.’. Dla jasności, owy agent nie został skazany. Tutaj masz zdjęcie, które zostało usunięte z sieci, ale wciąż pozostało w bazie policyjnej. – Panna Knight podała Emy kartkę papieru, na której widniała fotografia zakrwawionego mężczyzny. – Następne, ‘Niesubordynacja agenta rządowego, grozi mu sprawa dyscyplinarna. Samuel D. oskarżony o świadome zagrożenie życia drugiego człowieka. Agent skatował mężczyznę i gdyby nie trójka innych ludzi, polityk niewątpliwie by zmarł.’. Artykuł umieszczony trzy dni później głosił ‘Sprawa postępowania dyscyplinarnego została umorzona. Agent oczyszczony z zarzutów.’. Świadkowie zmieniali swoje zeznania, rozumiesz? Tylu ludzi widziało, co się działo i nagle zmieniali zdanie? Pomyśl, Emily. Ale natrafiłam na coś jeszcze… - Amelka poszukała odpowiedniego artykułu. – To zaniepokoiło mnie najbardziej. ‘Rok 2012, Stambuł. Cemal Taspinar, wieloletni członek mafii tureckiej, prowadził firmę importerską, zameldowany w Stambule; spędził w więzieniu dwa lata za pobicia i handlowanie narkotykami. Mark Nielsen, handlarz narkotykami w Berlinie i Hamburgu; odsiedział dwa lata za kierowanie organizacją przestępczą. Obaj zginęli podczas akcji policyjnej. Zginął również jeden z agentów. Niewytłumaczalny atak Samuela D. na jednego z członków tureckiego gangu pozostawił pytanie, po której stronie stoi agent pracujący dla rządu. Mężczyzna zabił z zimną krwią długoletniego członka gangu, Aslana Kurtiza, zaraz po tym, gdy został złapany przez innego funkcjonariusza.’. Chyba nie myślisz, że była to obrona własna…
            Amelka, która do tej pory chodziła po pokoju w końcu opadła na łóżku i podała teczkę Emily. W środku mogła zauważyć mnóstwo fotografii, które wcale nie pokazywały przystojnego mężczyzny. Ukazywały wariata, psychopatę z twarzą, na której widać było czystą wściekłość. Kilka razy przewijały się zdjęcia jeszcze z innym facetem w towarzystwie dwóch psów, ale przeważnie obaj mężczyźni ukrywali twarze. Sporo zdjęć przedstawiało też Davisa trzymanego przez kilku funkcjonariuszy policji i zabieranego, niczym przestępcę. Tak, Amelka naprawdę zaczęła się martwić.
- Po co mi to mówisz, Amelia? Żebym zaczęła bać się człowieka, który mnie pilnuje? Nigdy nie zrobił mi krzywdy, rozumiesz?! – prawie krzyknęła, oburzona postawą Amy. Nie miała pojęcia, dlaczego tak reaguje. Jasnym było, że powinna stanąć po stronie przyjaciółki i poprzeć jej wywody na ten temat, ale nie potrafiła. Umiała tylko bronić Davisa. Przecież… Przecież stanął tuż przed nią, kiedy jakiś tam zamachowiec chciał wylać żrący kwas na jej buzię. Zasłonił ją swoim ciałem. Być może jej ojciec mu za to płacił, ale nie musiał tego robić. Mógł nie zdążyć, a zrobił wszystko, żeby ją ochronić.     - Słyszałam też, że przyczynił się do jakiegoś karambolu na stanowej… - mruknęła jednak po chwili ciszy, kiedy przypomniała sobie słowa jakiegoś znajomego Samuela, wtedy kiedy ochroniarz zabrał ją w pewne miejsce, aby odgonić koszmary, aby poprawić jej humor. Nie był złym człowiekiem. – Był agentem, z tego co mówisz. To jego praca – wzruszyła ramionami. – Przestań szukać, Amy. Narażasz się.
Nie chciała, żeby jej przyjaciółka mieszała się w to wszystko. Ona mogła, ona już była zamieszana, chociaż nawet o tym nie wiedziała, że to członkowie tego tureckiego ganku przyczynili się do śmierci jej matki. Westchnęła, nawet nie spoglądając do teczki, chociaż kątem oka dostrzegła jedno zdjęcie. Samuela w otoczeniu policjantów, doprowadzających go do jakiegoś miejsca. Zamknęła oczy i nawet schowała głowę pod poduszką.
- Praca? Chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz – powiedziała od razu broniąc się. – Emy, jeśli był agentem to powinien pomagać, a nie zabijać ludzi, rozumiesz? Rzucał się na już schwytanych kryminalistów, tak się przecież nie robi! Prawo jest jedno i dla wszystkich – mówiła, nawet nie zwracając uwagi, że cytuje jakiś film. Nie zauważyła nawet, że znowu stoi… Po chwili opadła na najbliższe krzesło przy biurku i spojrzała na swoje dłonie. Przecież chodziło jej o bezpieczeństwo Emy. Dlaczego jej ojciec zatrudnił człowieka, który… jest psychopatą. Najciemniej pod latarnią? Śmieszne.
- Czekaj… Narażam się? – podniosła głowę namierzając postać przyjaciółki. – A więc sama wiesz, że coś jest nie tak – powiedziała. Bo niby dlaczego miałaby się narażać szukając kilku informacji? A może Davis zabije ją zaraz po tym, kiedy wyjdzie z pokoju? Nie, tak chyba nie będzie.
- Nie chce, żeby coś ci się stało… - zaczęła po chwili. – Emy, ja wiem jak to jest, kiedy ktoś próbuje cię skrzywdzić. Wiem jak to wszystko działa w kryminalistycznym świecie i wiem, że Jeff do tej pory nie może sobie tego wybaczyć. Dlatego ten Davis… Porozmawiaj z ojcem. Zrób cokolwiek.
            - Davis nie jest osobą, która może zrobić mi krzywdę – zauważyła spokojnie. – Narażasz się, Amy. Mieszasz się w sprawy mojego ochroniarza, za niedługo możesz trafić na coś, co…
Urwała, bo przecież Amelia nie wiedziała o tym, że pani Thorne została zamordowana. Amelia nie wiedziała nic, więc Emily nie mogła nic powiedzieć. Głupio wypaliła z tym narażaniem się dziewczyny. Właśnie miała Jeffa, a Jeff zrobi wszystko, aby jego siostrzyczka była bezpieczna, dlatego nie powinien jej w ogóle dopuszczać do tej sprawy.
- W jakiej bajce ty żyjesz? Prawo nigdy nie było i nie będzie takie samo dla wszystkich – mruknęła cicho. – Prawo zazwyczaj budzi chęć zemsty, która bywa bardziej sprawiedliwa… - znowu urwała. Nie powinna tyle mówić. Powinna się zamknąć. To, że ona chciała się zemścić, nie oznaczało, że musiała wciągać w to Knight. Przysunęła teczkę do siebie i spojrzała na Amelię. – Zajmę się tym – machnęła zdjęciem Davisa, dając do zrozumienia przyjaciółce, że na pewno tego nie zostawi. Teraz, kiedy miała materiały, Samuel będzie musiał udzielić jej odpowiedzi i łatwo się nie wywinie. Co to, to nie.
- To nie jest usprawiedliwienie, na którego zabija się innych ludzi z zimną krwią. Ja nie zostałam ukarana i czuję się z tym cholernie źle, ale co ty możesz o tym wiedzieć. Nie, co ja gadam, przecież ty wszystko wiesz najlepiej – wypaliła znowu wstając. Miała tego wszystkiego dość. Nie wiedziała, dlaczego Emy zachowuje się tak dziwnie. Może, gdyby znała chociaż część prawdy to byłoby to choć małym usprawiedliwieniem.
- Wiesz co, jak wróci moja siostra to niech do mnie zadzwoni – dodała jeszcze nieco smutniej i wyszła z pokoju dziewczyny.
Mogła mieć tajemnice, dlaczego nie. Przecież już nie była dawną, twardą Emily. Panna Thorne się zmieniła. Amelka starała się nie zwracać na to uwagi, ale tym razem wręcz musiała to przyznać. Chciała wszystko załatwić sama? Proszę bardzo.
Emily obserwowała poczynania Amelii i uważnie słuchała jej słów. Musiała się tak zachowywać, bo nie zamierzała wciągać w to kolejnej osoby. Zresztą, prawdopodobnie istniało ryzyko, że osoby, które przebywają w towarzystwie Thorne, jak i jej ojca, mogą być narażona na niebezpieczeństwo, dlatego milczała. Wzruszyła jedynie ramionami, ale nie zrobiła nic poza tym, kiedy przyjaciółka wychodziła. 
Słyszała jednak, jak z trzaskiem zamykają się drzwi wejściowe. Wtedy też, zgarnęła teczkę pod poduszkę, zginając jedno jedyne wydrukowane zdjęcie i chowając do kieszeni spodni. Zeszła na dół, odnajdując Sama w salonie.
- Davis, musimy pogadać... 


____________________________
Amy Knight & Emy Thorne

12/05/2013

V. rocznica bloga - organizacyjnie

Witajcie!
W tym roku obchodzimy piąte urodziny, dlatego chcemy wam nieco urozmaicić te dni, przybliżyć może nawet historię NYCa i takie tam.
Planuję dodać dwie urodzinowe notki, w których pojawi się kilka ciekawostek. W jednej z nich na pewno będzie wywiad z Założycielką NYC - Coleen, dlatego jeśli chcecie, abym zadała jej jakieś konkretne pytania - piszcie tutaj.
Kilku autorów poproszę też o napisanie krótkiej "opinii" na temat bloga.

Pojawił się też pomysł, aby zorganizować z okazji urodzin wątek grupowy. 
Chciałyśmy się najpierw spytać, czy macie może jakieś pomysły na tematykę wątku, a może nawet i na formę w jakiej ma być prowadzony?

Zapraszamy do wyrażania swojej opinii pod tym postem.

03/05/2013

1939. „You are the best romance I’ve never had”


    Samotność. Pewnie znasz to uczucie, kiedy mimo otaczających cię ludzi, czujesz się nawet bardziej samotny niż gdybyś był sam. Ludzie mijają cię, ignorują i odchodzą. Ogarnia cię pustka, której nie sposób zapełnić. Dlaczego? Bo oni nie akceptują kogoś, kto wychyla się poza margines. Każdy, kto choć trochę się wyróżnia i ma własne zdanie, kto nie da sobie wmówić byle czego, jest traktowany jako potencjalne zagrożenie, osobę, z którą nie warto się zadawać. W dobie klonów sławnych gwiazdeczek, sztucznych uśmiechów i ogólnej fałszywości, prawda i szczerość często mylona jest z arogancją, bo kto w tych czasach potrafi jeszcze nie zgubić się wśród tłumu, wyłamać się i iść pod prąd? Ludzie chodzą na skróty, nie lubią stawiać czoła problemom, nie potrafią zrozumieć innych od siebie, a nawet nie próbują. Po co się nimi przejmować? To ich problemy, nie będę się wtrącać – pomyśli zdecydowana większość. Jednak chyba odbiegłam trochę od głównego tematu, więc może wrócimy się trochę wstecz?
    Tego właśnie doświadczyła, kiedy w szkole nikt nie potrafił wyłamać się i powiedzieć głupiego „cześć”. Może miała pecha, że trafiła akurat do tego prywatnego liceum, gdzie poziom tolerancji sięgał poniżej zera. Tutaj wyjątkowość tępiło się tak, by nauczyciele nie mieli o niczym pojęcia, bo ich w gruncie rzeczy nie obchodziło, jak wyglądają uczniowie, póki nie pojawią się w szkole całkowicie roznegliżowani. Cały rok znosiła docinki, ignorując oprawców lub czasem odcinając się równie ostro, by zamknąć na jakiś czas niewyparzone buźki całej reszcie. Gdyby nie była dziewczyną, już od dawna nosiłaby ślady licznych bójek. Na szczęście „koleżanki” miały na tyle oleju w głowie, by nie zbliżać się do potencjalnie niebezpiecznej i agresywnej buntowniczki. Póki trzymała się na uboczu i nie odbiła żadnej z nich chłopaka, miała spokój od damskich wyzwisk. Najgorsza była szkolna elita, uważali się za najlepszych, więc żeby podreperować swoje i tak bujne ego, musieli trochę pośmiać się z innych, czyż nie? Tylko kto by się spodziewał, że taki odmieniec może mieć własne zdanie, ba, wyrazić je na głos i jeszcze się odgryźć tak, by zabolało?  Trafiła kosa na kamień, mówi się w takich sytuacjach. Sytuacja rodem z komedii romantycznych dla niestabilnych emocjonalnie nastolatek. Już się domyślacie, co zaszło?
    Nadeszła druga klasa liceum a wraz z nią, pełno niespodziewanych wydarzeń, których konsekwencje ciągną się za nią do dzisiaj. Miało być spokojniej, wielu zrozumiało już, że głupimi tekstami nic nie wskórają, a ona nauczyła się żyć w samotności. Miała brata. Aaron zawsze był dla niej wsparciem, kiedyś bronił jej przed rodzicami, potem nauczył jak radzić sobie z natrętami. Cichy anioł stróż, który wspomagał ją w trudnych sytuacjach. Tylko, gdzie tutaj scenariusz z filmu? Ano, los zgotował jej ciekawą niespodziankę w osobie nowego ucznia. Doszedł do jej klasy, rozsyłając wszystkim swój promienny uśmiech, od którego dziewczynom miękły nogi. Całkowicie przekonany o swojej wartości, od razu wydał się podejrzany. Dosiadł się do niej, chociaż jeszcze dwie ławki były wolne, a co najmniej kilka innych osób zachęcało go do wstąpienia w „lepsze” grono. Czemu to zrobił? Zapytany, odpowiadał, że spodobały mu się jej fioletowe włosy. Był to pierwszy komplement z ust płci przeciwnej, jaki usłyszała. Gdyby nie ostrzeżenia brata i trochę oleju w głowie, pewnie zdobyłby jej sympatię samym tym stwierdzeniem. Trafił jednak na ciężki orzech do zgryzienia.
    - Nie musisz być miły – stwierdziła, mimowolnie zakładając kilka kosmyków za ucho.
   - Ale chcę, naprawdę są świetne – odpowiedział, a w błękitnych tęczówkach zatańczyły wesołe iskierki.
    Spojrzała na niego podejrzliwie, szukając jakiś oznak tego, że się z niej nabijał, ale nie znalazła ich. Przewrażliwiona była, odkąd zdążyła usłyszeć już kilka nieprzyjemnych zaczepek ze strony innych chłopaków. Jakimś dziwnym trafem, temu jednemu nie chodziło wcale o to, by jej dogryźć. To już samo w  sobie kazało jej zachować czujność.
    - Czemu dosiadłeś się akurat do mnie? – zapytała, wiedziona ciekawością. Mało kto spędzał z nią czas dobrowolnie, tak to już wyglądało.
    - Bo chciałem cię poznać – powiedział, tak po prostu, unosząc jeden kącik warg w przyjaznym uśmiechu.
    Zmierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, jakoś ciągle nie potrafiąc uwierzyć jego słowom. W sumie, nie wyglądał na typowego chłopaka z „elity”, który chciałby się dowartościować, dokuczając innym. Był raczej tym pewnym siebie typem świadomym własnej wartości.
    - Nie jestem dobrym materiałem na koleżankę – mruknęła, ale nawet nie włożyła w to tyle chłodu, ile by chciała. Odwróciła od niego wzrok, próbując skupić się na temacie omawianym przez nauczyciela.
    - Jakoś ci nie wierzę – usłyszała rozbawiony szept przy swoim uchu.
    - To uwierz – odrzekła zimno, ale chłopak nie dał się nabrać.
    Był to najbardziej irytujący typ człowieka, jaki przyszło jej poznać. Niemal nie zwracał uwagi na jej złośliwości czy krótkie odpowiedzi, zarażając swoim nonszalanckim uśmiechem, który z czasem polubiła. Właśnie tak, pomimo niezbyt obiecującego startu, zwykła znajomość przerodziła się w przyjaźń. Rak wychyliła się nieco zza swojego muru, a potem nie wiele już brakowało, by ją zza niego wyciągnąć. Została wyrwana ze swojego małego światka i porwana w całkowicie inny, pełen śmiechu i tych błękitnych oczu. Alan – tak miał na imię. Kiedy już bliżej się poznali, okazało się, że sam nie jest taki święty. Ich rozmowy pełne były niewielkich złośliwości i dogryzek, a rozumieli się lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Dzięki niemu otworzyła się na ludzi, zdobyła przyjaciół, zaczęła cieszyć życiem. Mówią, że pasja łączy ludzi – jakże trafne to stwierdzenie było w tym przypadku. Połączyła ich właśnie wspólna pasja, razem tańczyli i upadali. Zabawne, że wystarczyła jedna osoba, by wszystko zmienić.
    Oczywiście nie mogło być wiecznie kolorowo i radośnie. Po trzech latach nauki tańca na rurze, Aaron otworzył klub i poprosił siostrę o przysługę. Zgodziła się, bo jak mogłaby odmówić? Jakiś czas potem rzuciła studia. Zaczęła występować, a to wcale nie spodobało się chłopakowi. Przyjaźnili się, mówił, że będzie ją we wszystkim wspierał, ale tego nie chciał zaakceptować.
    - Myślałem, że bardziej się szanujesz – warknął na nią pewnego razu, gdy mu o tym powiedziała.
    Zmrużyła powieki, kiedy poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca.
    - Co ci w tym przeszkadza? – zapytała chłodno, zakładając ręce na piersiach.
    Spojrzenie, które jej posłał, pełne było gniewu i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła określić.
    - Jeszcze się pytasz?
    Zmarszczyła brwi, nie bardzo wiedząc o co może mu chodzić. Powiedziała już, że nie ma zamiaru się rozbierać więc, czy mógł być… Nagle otworzyła szerzej oczy i uśmiechnęła się lekko złośliwe, kiedy doznała olśnienia.
    - Czyżbyś był zazdrosny? – Uniosła jedną brew, a chłopak założył ręce na piersi i spojrzał jej twardo w oczy.
    - Oczywiście – odparł po prostu, bez cienia krępacji.
    Przez chwilę milczeli, a Rak próbowała sobie przyswoić nową informację. Czy miał prawo być zazdrosny? Byli przyjaciółmi, podobno.
    - A jeśli zatańczę dzisiaj dla ciebie? – Uśmiechnęła się lekko, unosząc jeden kącik warg.
    Zmiękł, ten uśmiech zawsze tak na niego działał i ona doskonale o tym wiedziała. Spojrzał na nią podejrzliwe, szukając oznak jakiegoś podstępu, jednak nie doszukał się takowego.
    - Zależy jak zatańczysz – odpowiedział, odwzajemniając znaczący uśmiech.
    Zrobiła, jak postanowiła. W klubie zebrał się spory tłumek, by zobaczyć pierwszy występ, który miał należeć tylko do niej. Zgodnie z obietnicą, zadedykowała go mu. Gwar ucichł nieco, gdy w klubie rozbrzmiały pierwsze nuty wolnej piosenki, która zdawała się pobudzać zmysły. Dla niej świat przestał istnieć wraz z pierwszym ruchem, kiedy pozwoliła muzyce swobodnie płynąć przez swoje ciało. Chłód metalu był dla niej jak zastrzyk adrenaliny, słodka obietnica rozkoszy i namiętności, jaką okazywała tylko przez taniec. Była bardziej niż świadoma palącego spojrzenia, które tylko nakręcało ją jeszcze bardziej. Nie spieszyła się, powoli przechodząc z jednej pozycji do drugiej, wpasowując się niemal idealnie w muzykę, co zostało nagrodzone zbiorowym westchnięciem. Chciała, by wyszło spokojnie i zmysłowo. Chciała, by nie mogli oderwać wzroku, kiedy odrzuci włosy i spojrzy mu w oczy, dostrzegając w nich namiętność, której nigdy u niego nie widziała. Tamtego wieczoru zwykła przyjaźń przerodziła się w coś zupełnie innego.
    Nic nie powiedział, ale jego wzrok mówił sam za siebie. Zaproponował, że ją podwiezie, ale koniec końców wylądowali w jego mieszkaniu, nie miała zamiaru siedzieć w swoim pokoju, kiedy jej brat prawdopodobnie kogoś sobie sprowadzi. Nieco bardziej zdenerwowana niż zwykle podążała za nim w głąb mieszkania i choć była tam już wiele razy w ciągu tych paru lat, tym razem czuła się dziwnie podekscytowana. Chłopak chwycił ją za dłoń i pociągnął w stronę jednego z pokoi, dobrze wiedziała którego.
    - Alan, czy ty… - Chciała jakoś zaprotestować, obronić się przed tym co oczywiste, ale nie zdołała nic więcej powiedzieć.
    Została przyciśnięta do drewnianych drzwi, a chłopak znalazł dla niej o wiele lepsze zajęcie od mówienia, nakrywając jej wargi swoimi. Napięcie, które nimi targało, osiągnęło swoje wyżyny, a z gardła dziewczyny wyrwało się ciche westchnięcie. Kiedy przesunął palcami po jej rozpalonej skórze, zadrżała pod delikatnym dotykiem, a on poczuł dreszczyk satysfakcji, gdy zdał sobie sprawę, że potrafi doprowadzić jej silne ciało do drżenia. Zabawne jak jeden impuls potrafił doprowadzić człowieka niemal do granicy, którą przekroczyli tamtej nocy.
    Mogłoby się zdawać, że lepszego scenariusza życie nie mogło im wymyślić. Przyjaźń, która z czasem zamieniła się w piękne uczucie, łączące ich bardziej niż cokolwiek innego. Ktoś mógłby powiedzieć, że byli dla siebie niemal stworzeni. Wiecie jak to jest, kiedy jedna osoba wpływa na drugą tak, że oboje chcą być lepsi dla tej właśnie osoby? Scenariusz jak z bajki, który przydarzył się naprawdę. Tylko, że w życiu nie ma szczęśliwych zakończeń, zwłaszcza jeśli wszystko układało się prawie cały czas ładnie i pięknie. Oczywiście nie licząc niewielkich kłótni i cichych dni, które przeżył chyba każdy. Jednak plusy bez minusów nie istnieją, zawsze musi pojawić się jakiś negatyw, który nie raz potrafi wszystko zepsuć. Wystarczył jeden wyjazd, rozłąka na dwa tygodnie, by wszystko się posypało.
    Rodzinne wakacje, świetna sprawa, jeśli lubisz swoją rodzinę. Znów nasłuchała się, że nie ma przyszłości, bo zrezygnowała z zostania astrofizykiem. Idealny początek wakacji. Skończyła już dwadzieścia cztery lata, a oni ciągle próbowali ją pouczać i mówić, jak powinna żyć. Nawet co do Alana mieli jakieś ale, chociaż byli już ze sobą dwa lata, a przyjaciółmi byli jeszcze na długo przedtem. To akurat jest zabawne – znając kogoś taki szmat czasu można się spodziewać, że wie się o nim już niemal wszystko, a potem okazuje się, w jakim błędzie byliśmy, myśląc w ten sposób. Tylko Włochy okazały się być pozytywnym aspektem tego wyjazdu, bo jak się później okazało, kiedy wróciła, wszystko się zmieniło.
    Gdy postawiła stopę w mieszkaniu, niemal w podskokach wbiegła do pokoju, by wszystko zostawić, przebrać się i wybiec, odprowadzana przez zdziwiony wzrok brata. Miała już po dziurki w nosie przytyków rodziców i jedynym czego chciała, to znów znaleźć się blisko chłopaka. Z uśmiechem na ustach wkroczyła do jego mieszkania. Powinien się był jej spodziewać, zostawiła mu wiadomość jeszcze zanim wylatywali z Włoch. Nigdy nie spodziewałaby się tego, co tam ujrzy, a co rozłamało jej serce na dwie równiutkie połówki. Gdy tylko zobaczyła, jak chłopak leży na łóżku z jakąś nieznaną jej blondynką w bardzo jednoznacznej pozie, poczuła, jakby ktoś wbił jej sztylet w plecy i przekręcił nim kilka razy, by na sam koniec wyszarpnąć i zostawić bliznę, która nigdy się nie zagoi.
    - A więc tak się zabawiasz, gdy mnie nie ma? – odezwała się chłodno, zakładając ręce na piersi.
    Jedyne czego teraz pragnęła, to uciec i pozwolić łzom na swobodne spłynięcie po jej bladych policzkach, ale nie potrafiła się odwrócić. Szatyn nagle oderwał się od dziewczyny i spojrzał na nią z szokiem wymalowanym w oczach. Odskoczył od blondynki jak oparzony, zdając sobie sprawę z tego, co właśnie zrobił.
    - Rak, ja… - zaczął, ale zamilkł równie szybko, kiedy uniosła dłoń.
    - Tylko nie mów, że to nie tak jak myślę – syknęła. Jej morderczy wzrok spoczął na przestraszonej dziewczynie, która pewnie dopiero teraz domyśliła się, kim była fioletowo włosa. – Miłej zabawy życzę – dodała jeszcze chłodno i wybiegła z mieszkania.
    Nie chciała dłużej słyszeć jego głosu, który wołał za nią jeszcze przez chwilę, zanim nie zdołała wtopić się w tłum przechodni i ukryć w jakiejś uliczce. Uczucie, jakby ktoś rozerwał ci serce na miliony drobnych kawałków, wcale nie było przyjemne. Niemal uniemożliwiło oddychanie, ściskając w klatce najgorszym bólem, jakiego można doświadczyć. Beznadziejność, jaka ogarnęła wtedy jej umysł, była gorsza niż cokolwiek co zdołała do tej pory przeżyć. Świadomość, że nie była dość dobra, bo nawet nie warta tego, by na nią poczekać. Myśl, że przecież mogła się tego spodziewać po kimś tak rozchwytywanym. Wszystko zwaliło się na nią w tym krótkim momencie. Pewnie nie wytrzymał presji otoczenia – prychnęła pod nosem, próbując jakoś powstrzymywać płacz. Miała ochotę krzyczeć i łkać jednocześnie, zaszyć się w jakimś ciemnym kącie i nigdy nie wyjść. Wiedziała, że zbytnia wrażliwość kiedyś ją zgubi, a wtedy niewiele już do tego brakowało. Gdyby nie miała choć trochę oleju w głowie, pewnie zostałaby siedzieć w tej ciemnej uliczce, a nocą znaleźliby ją jacyś niezbyt przyjemni osobnicy. Zadzwoniła po brata, a on nawet nie pytał co się stało, tylko przyjechał i zabrał ją do domu.
    - Powiedz tylko słowo – zaczął, wyraźnie wściekły. Nikt nie miał prawa krzywdzić jego małej siostrzyczki.
    - Nie, sama to załatwię – szepnęła, kreśląc dziwne szlaczki na szybkie samochodu.
    Kilka następnych dni spędziła w swoim pokoju, z muzyką puszczą tak głośno, że nawet sąsiedzi zaczynali się upominać, by trochę to przyciszyła. Ćwiczyła, całymi dniami doskonaliła już dopracowane techniki, uczyła się wszystkiego, czego była w stanie. Ratowała się jedynym, co jeszcze jej pozostało, bo przez taniec mogła wyrazić wszystko to, czego nie potrafiła ubrać w słowa.
    Aaron był wściekły, kilka razy już jej mówił, że ten idiota przychodził niemal co noc do klubu, bo do mieszkania nigdy by go nie wpuścił. Klientów ubyło, bo i główna atrakcja nagle zniknęła, nie mogąc poradzić sobie z nieznośnym uciskiem w klatce piersiowej. W końcu jednak musiała wrócić, weszła na scenę, witana oklaskami. Spojrzała mu w oczy, te które kiedyś tak kochała, a jej wzrok jasno mówił „patrz, co straciłeś”. Zatańczyła tak, jak jeszcze nigdy wcześniej, bo przelała w swoje ruchy wszystko to, co teraz nie pozwalało jej normalnie funkcjonować. Złość, bezsilność, smutek i żal, bo tancerz nie powinien myśleć, tylko czuć. Przez cały jej występ nikt nie się odezwał, nikt nie odważył się nawet szepnąć, by na sam koniec oklaski mogły zabrzmieć donośniej niż kiedykolwiek.
    Zeszła ze sceny, odprowadzana bardzo jednoznacznym spojrzeniem. Teraz zrozumiał, ale przecież było już za późno. Spotkała kogoś, jeszcze zanim poszła zatańczyć. Czekał na nią zaraz przy barze, gdy już wróciła z garderoby w pełni ubrana. Nikt ważny, nic do niego nie czuła, ale stwierdził, że może jej pomóc. Skorzystała. Syglądał na typowego złego chłopca, w skórzanej kurtce i zmierzwionych, czarnych włosach. Domyślił się już, na kim chciała się odegrać. Wyszli razem z klubu, a gdy tylko zobaczył, że chłopak za nimi podąża, przyciągnął dziewczynę do siebie. Zdołała jeszcze kontem oka zobaczyć zdziwioną minę Alana, a już po chwili została zajęta przez wymagające wargi nieznajomego. Poddała się. Dziecinna ciekawość kazała jej sprawdzić, czy będzie zazdrosny, czy choć trochę mu zależało, by się tym przejął. Gdyby wtedy zdawała sobie sprawę z konsekwencji tego czynu, nigdy nie zgodziłaby się na propozycję nieznajomego, który wyglądał co najmniej podejrzanie.
    Została brutalnie odciągnięta, a już po chwili usłyszała trzask łamanej kości. Nieznajomy trzymał się za nos, a między jego palcami ciekła krew.
    - Nie waż się jej tknąć – warknął szatyn, mierząc go wzrokiem.
    - Nie zabronisz mi – syknął tamten i wtedy rzucił się z pięściami na chłopaka.
    Gdyby mogła, gdyby potrafiła, pewnie jakoś by zainterweniowała, ale mogła tylko krzyczeć, by się uspokoili. Nic to nie dało. Chciała jakoś ich powstrzymać, jednak i wtedy została brutalnie odepchnięta, a jej głowa uderzyła o beton. Ostatnim, co usłyszała, był wystrzał – ktoś miał przy sobie broń, ale wtedy już  nie zdołała się nad tym zastanowić, bo ogarnęła ją ciemność.
    Dziś już wiedziała, nieznajomy okazał się kryminalistą, a ona straciła jedyną osobę, którą pokochała i którą zawsze uważała za przyjaciela. Co gorsze, straciła ją podwójnie, a poczucie winy nigdy nie dawało o sobie zapomnieć i pojawiało się zawsze w najbardziej nieodpowiednim momencie. Żyła ze świadomością, że przez nią zginął człowiek, którego, pomimo zdrady, przecież kochała. Czy byłaby w stanie pokochać znów? Pewnie tak, ale przez ten incydent znów schowała się za swoim murem i nie dopuszczała do siebie prawie nikogo. Nie wie czy jej wrażliwa dusza byłaby w stanie przetrwać kolejną stratę, bo chociaż wydaje się być twarda jak mało kto, są to tylko pozory. Jednak, kto dzisiaj nie idzie na skróty i próbuje obejść nawet najwyższy mur? Pokonać przeszkody, które innych przerastają?
    Samotność. Nauczyła się z nią żyć. Obdarzy cię przyjaznym półuśmiechem, ale jej dusza będzie krzyczeć. Usłyszysz ją?
    Jeden tatuaż na lewej łopatce, pamiątka, która zawsze będzie przypominać.

Then I lost it all.
Who can save me now?


***

[Eh, nie potrafię zawrzeć całej historii w jednej notce, ale chciałam ją opisać w całości, więc wyszło, jak wyszło. Pewnie nastrzelałam byków, jeśli wyłapiecie błędy, proszę o wytknięcie. Gratuluję tym, którzy dotrwali do samego końca.]