Valentina Velázquez
Każdego ranka wychodzi na taras z filiżanką kawy, zanim jeszcze miasto zdąży na dobre się obudzić. Sprawdza, czy truskawki przetrwały noc, po czym podlewa miętę i rozmaryn, podśpiewując pod nosem hiszpańskie hity z lat 80. Nadaje imiona większości roślin i absolutnie nie widzi w tym niczego dziwnego. Później rozkłada matę tam, gdzie światło pada najłagodniej, i przechodzi do porannej jogi, odnajdując siebie na nadchodzący dzień.
Zanim zejdzie do pracowni, prawdopodobnie zdąży już gdzieś zgubić filiżankę. Ma zwyczaj zostawiać kawę lub herbatę w najróżniejszych miejscach, by później odnajdywać je w najmniej spodziewanym momencie — na parapecie, obok koła garncarskiego albo wśród stosów rozpoczętych książek. Z ceramiką bywa podobnie: jednego dnia pomysł na nową kolekcję spada na nią jak grom z jasnego nieba i zanim zdąży porządnie się nad nim zastanowić, pierwsze projekty są już gotowe. Kolejnego potrafi przez kilka godzin formować na kole dziesiątki kształtów, by ostatecznie większość z nich odłożyć na bok i pozwolić im odejść w zapomnienie. A następnego ranka zaczyna od nowa, jakby nic się nie stało.
W sklepie rozpoznaje stałych klientów po krokach. Wie, kto zawsze ogląda kubki z niebieskim szkliwem, kto przychodzi po prezent dla żony, a kto tylko zagląda do środka, zabijając czas. Zdarza jej się dorzucić do czyjegoś zamówienia małą ceramiczną zawieszkę albo własnoręcznie przygotowane kadzidło, choć później udaje przed samą sobą, że prowadzenie biznesu nie powinno polegać na rozdawaniu rzeczy za darmo.
W przerwach od pracy pomaga synowi sąsiadki z naprzeciwka bezpiecznie przejść przez ulicę w godzinach największego natężenia ruchu samochodowego, a później tłumaczy mu, jak zbudowany jest piec ceramiczny i dlaczego szkliwo potrzebuje odpowiedniej temperatury, żeby zamienić się w coś zupełnie innego, niż było na początku.
Podczas popołudniowego joggingu zawsze zatrzymuje się na pogawędkę ze starszym panem, który zwykle zajmuje swoje miejsce przy stole szachowym w parku i rozgrywa kolejne partie z wyimaginowanym przeciwnikiem. W drodze powrotnej kupuje bukiet ciętych piwonii w pobliskiej kwiaciarni, by następnego ranka ustawić go w witrynie atelier, oraz wstępuje do ulubionej włoskiej cukierni po pistacjowe cannoli.
Z podróży nie przywozi magnesów na lodówkę. Zamiast tego zbiera małe kamienie, grudki gliny i piasek, które później trafiają do podpisanych słoiczków stojących na półce w pracowni. Potrafi bez mapy znaleźć drogę przez obce miasto po drugiej stronie świata, ale wciąż zdarza jej się skręcić nie w tę ulicę, wracając do własnej pracowni.
Wieczorami, kiedy ostatni klienci znikają za drzwiami atelier, Valentina często wraca na dach. Czasami z książką, czasami z kieliszkiem wina bezalkoholowego, a czasami tylko z kocem przewieszonym przez ramię. Lubi obserwować, jak światła zapalają się kolejno w oknach sąsiednich kamienic, i zastanawiać się, ilu ludzi właśnie teraz robi coś zupełnie zwyczajnego, o czym nigdy się nie dowie.
Lata nie pisałam, więc miło wrócić. Val to cicha woda, dajcie się nam rozkręcić. Wizerunku użyczyła Tamara Strasser, a cytat to W.B. Yeats.
kontakt: jagodzianka.z.malinami@gmail.com