Lee Yena
20.10.2004 roku — Korea Południowa, Changwon — studentka aktorstwa na K-Arts, 3 rok — dorywczo zatrudniona w małym teatrze w Daehangno, w którym jest czymś pomiędzy pomocą produkcyjną, a początkującą aktorką — obecnie na urlopie dziekańskim — pierwsze kroki w NYC w poszukiwaniu ojca — córka zmarłej 5 miesięcy temu pielęgniarki — wynajęty, od starszej kobiety, ciasny pokój w Queens - Elmhurst —jedynaczka— skromna i nieśmiała, choć przyjmuje, że do odważnych świat należy — powiązania — więcej
Nigdy nie należała do ludzi, którzy wchodzą do pomieszczenia i natychmiast zagarniają je dla siebie. Znacznie częściej najpierw obserwuje, słucha i potrzebuje chwili, by poczuć się swobodnie, choć już dawno nauczyła się, że nieśmiałość nie musi oznaczać braku odwagi. Świat, jak zwykła sobie powtarzać w chwilach zwątpienia, należy przecież do tych, którzy potrafią wyciągnąć po niego rękę, nawet jeśli przy okazji im drży.
Być może właśnie dlatego wybrała aktorstwo, choć nigdy szczególnie nie marzyła o kamerach, błysku fleszy ani twarzy spoglądającej z wielkich ekranów. Najlepiej czuje się na drewnianych deskach teatru, w ciężkim zapachu kulis, pośród niedopiętych kostiumów, porozrzucanych scenariuszy i nerwowego zamieszania ostatnich minut przed podniesieniem kurtyny.
Niewielki teatr w Daehangno, w którym dorabia pomiędzy zajęciami i nauką, z czasem stał się jej drugim domem; miejscem, gdzie bez większego zastanowienia zakasuje rękawy, kiedy trzeba coś przenieść, poprawić czy posprzątać, a pięć minut później potrafi siedzieć naburmuszona w kącie, jeśli ktoś nadepnie jej na odcisk. Dąsa się zresztą całkiem nieźle, choć zwykle przechodzi jej szybciej, niż chciałaby przyznać.
Lubi czarną kawę, późne powroty przez rozświetlone miasto i ten krótki moment ciszy na pustej scenie, kiedy widownia jeszcze niczego nie oczekuje od aktora. Czasem pali, niezbyt często, raczej wtedy, gdy myśli robią się zbyt głośne i nawet jako dorosła kobieta odruchowo zerka przez ramię, jakby jej matka mogła nagle pojawić się na drugim końcu ulicy i przyłapać ją z papierosem między palcami.
Teraz już nie może.
Od jej śmierci samotność przybrała dla Yeny zupełnie nową formę. Nie jest ciszą, którą wcześniej wybierała, ale świadomością, że nie ma już osoby, do której można zawsze zadzwonić bez konkretnego powodu; że mieszkanie w rodzinnym mieście nie jest już ich, choć dalej pozostało miejscem, do którego chciałaby wrócić. Yena radzi sobie z tym po swojemu, czasem dobrze, czasem tylko przekonująco udając.