Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

23/04/2019

2102.Takie chwile jak te, to nasze zwycięstwo



  nowa rzeczywistość
''Dopiero próbując wejść w relację z kimś nowym zauważamy jak nam inni nasyfili w głowach''

Czy gdybym wiedziała, że moja niedojrzała decyzja z przeszłości popchnie mnie w ramiona tego konkretnego mężczyzny zrezygnowałabym? Pewnie nie! Tamta Natalie marzyła o studiach i samodzielności; chciała się rozwijać, poznać inny kraj niż tylko Hiszpanię i przeżyć przygodę życia bez zbędnych ograniczeń. Dotykając zbyt gorący kubek z herbatą pozbawiłam się całego strachu; za parę godzin będę wolna jak ptak i znowu na mojej twarzy zagości niewymuszony uśmiech. Po raz ostatni spojrzałam na nasze ślubne zdjęcie; dzisiaj zniknie ono z ramki, bo ta dwójka młodych i szalenie zakochanych w sobie ludzi przestanie być małżeństwem. Potrząsnęłam głową, aby pozbyć się wrodzonej nostalgii i wsuwając stopy w dziesięciocentymetrowe szpilki wyszłam z mojego mieszkania. Gdyby nie moja przyjaciółka musiałabym założyć do obcisłej spódnicy znoszone białe adidasy, z którymi nie potrafiłam się rozstać, ale przez ostatni tydzień przychodziła do mnie, sączyła powoli czerwone wino i tłumaczyła mi zasady chodzenia w tych butach, bo ani ja, ani ona nie chciałyśmy zobaczyć moich zębów na lśniących płytkach. Pośpiesznie przestałam wpatrywać się w drzwi prowadzące do czterech ścian mojego sąsiada, z którym spędziłam jedną namiętną noc. Harvey Barnes znaczyłby może o wiele więcej, ale oboje byliśmy po przejściach; ja rozwodziłam się z mężem, on stracił żonę na zawsze i każdemu potrzebny był czas na zaleczenie ran. Gdyby moje serce oficjalnie nie zostało zajęte przez pewnego trzydziestoczteroletniego toksykologa, to biegłabym do pracownika wydawnictwa z radosną nowiną, którą usłyszę w trakcie rozprawy rozwodowej, a tak wiedziałam, że w zaparkowanym niedaleko samochodzie będzie czekał na mnie Troy, który po sześciu miesiącach nieobecności wróci do Nowego Jorku z misji charytatywnej w Strefie Gazy. Wreszcie będę mogła się do niego przytulić, pocałować i zobaczyć na własne oczy, że jest cały i zdrowy, chociaż podświadomie czułam, że ukrywał coś przede mną i po prostu nie chcąc mnie martwić, skłamał. Korzystając ze sprzyjającej pogody i równych chodników powoli kierowałam się w stronę gmachu, w którym zakończę moje małżeństwo z Milanem McVayem, walczącym o nowy początek w ośrodku zamkniętym, gdzie został przyjęty jako alkoholik. Może wspierałabym go do ostatecznego zakończenia leczenia, ale nie chciałam być dalej kobietą, która kocha za bardzo, akceptuje wady, złe traktowanie i wybór kolejnego piwa albo kieliszka wódki zamiast wspólnego wieczoru. Nie mogłam dalej dusić się w tym związku, dlatego po długich siedmiu latach zakończę to, co nieuniknione. Przekreślę grubą kreską wszystko, co robiłam w starym życiu. Więcej nie wrócę do wspomnień związanych z moją pierwszą pracą; gdyby nie Milan być może dalej rozbierałabym się podczas transmisji na żywo, którą mógł opłacić mężczyzna w każdym wieku. Było mi wstyd, ale w odpowiedniej chwili znalazł się on i uwolnił mnie z tamtego okropnego świata. Zawsze będę mu za to wdzięczna i już wiem, że tamta decyzja z przeszłości należała do tych najgłupszych, a przypominając ją sobie było mi wstyd do tej pory. 

***

Dwie godziny później uwolniłam się z koszmaru, który mógłby trwać do mojego ostatniego oddechu, ale w porę się obudziłam, zrzuciłam te przeklęte różowe okulary i stojąc teraz nad wodą wrzucałam do butelki mój pierścionek zaręczynowy wraz z obrączką. Więcej nie dotknę dna i jeżeli jakiś facet stanie na drodze do mojego szczęścia, to nie skulę się i nie ucieknę w kąt. Będę walczyć o swoje. Mam dwadzieścia siedem lat i wszystko mogę zacząć od początku. Nie zrezygnuję z pracy w przedszkolu, z tłumaczeń języka hiszpańskiego i z bycia wolontariuszem fundacji zajmującej się osobami, które świadomie walczyły z uzależnieniami, zostawiając je w tyle. Dodatkowo do nowej rzeczywistości wprowadzę kilka zmian tak bardzo mi brakujących. Być może wrócę do modelingu. Być może zwiedzę długo wyczekiwaną Casablancę. Być może zmienię samochód. Być może zamieszkam w rodzinnej Hiszpanii. Jednak jednego byłam pewna; nie pozwolę na to, aby podczas kolejnej wizyty usłyszeć ponownie bolesne słowa z ust lekarza. Nie pozwolę mu na to, aby wypowiedział zdanie nie ma już całego roku, daję pani ostatnią szansę. Zostało mi cztery ewentualnie pięć długich miesięcy, podczas których muszę być szczera aż do bólu i nie budować niepotrzebnych kłamstw, które mogłyby wszystko zepsuć. Nadchodzi nowa Natalie Mariposa-McVay i w obecnej chwili nie zamierza żegnać się z miastem, które nigdy nie zasypia. Z radością wrzuciłam butelkę do wody i patrząc jak powoli się kołysze, wsiadłam do samochodu, gdzie zajęłam miejsce kierowcy i musnęłam wargi Troya, wspominając nasz pierwszy pocałunek. Chwilę później odebrałam wiadomość o zbliżającej się sesji do najnowszego magazynu kobiecego, otrzymałam kolejną odpowiedź z forum zagubieniwnowymjorku, rozczuliłam się na widok kolejnego obrazu Meredith Hastings, z którą urządzałam nasze mieszkania i dotykając dłoń bruneta wybrałam numer rodziców, informując ich o tym, że od dzisiaj nie mają zięcia, a więcej wytłumaczę im podczas zbliżających się wakacji. Byłam pewna, że mama pokocha mojego chłopaka jak własnego syna, a tata chwilę po marudzi, ale zaakceptuje mój wybór i jeszcze tego samego dnia poczęstuje bruneta nalewką domowej roboty. Oni nie ingerowali w moje wybory, lecz w kółko powtarzali ''nasz jedyny skarbie, rób tak, abyś to Ty była szczęśliwa''

- Kocham Cię, panie Gueirn. - powróciłam do namiętnego pocałunku wierząc, że teraz nie musimy się ukrywać, a ja poprzez rozwód przestałam być żoną jego pacjenta. Nie jestem już zakazanym owocem, a stałam się partnerką, z którą może dzielić wszystkie smutki i radości oraz wspólnie wychowywać dzieci jego zmarłej tragicznie siostry. 


Bądź światłem moich dróg,
gdy nieświadomie znów zatracam się bez pamięci,
prawdą, której z ust spisuję mapę słów.

***
W poście rządzą fragmenty utworów Kamila Bednarka, natomiast cytat znajdujący się pod miesiącem znalazłam na Bestach, więc nie wiem do kogo należy. Zapraszam do wyrażania opinii <3 

20/04/2019

2101. Ja, wybierając los swój, wybrałem szaleństwo

Ostatnie dni października, w podróży powrotnej z misji charytatywnej w Strefie Gazy

Jeszcze na początku tego roku nigdy nie powiedziałbym, że po czterech latach od rozstania z Lasair przestanę wreszcie snuć jakiekolwiek fantazje o  usłyszeniu od niej słów rozgrzeszenia za te wszystkie głupie żarty, jakimi ją raczyłem i odbudowaniu potężnego uczucia, które kwitło kiedyś między nami, a tu proszę,  siedzę wraz z dwójką niewidzianych przez ostatnie pół roku siostrzeńców w samolocie z Dublina do Nowego Jorku i głowę zaprzątniętą mam całkowicie myślami o Natalie, przygotowującej się do ostatecznego wyrwania się z toksycznego związku ze swoim małżonkiem. Właściwie w Ameryce powinienem stawić się już wczoraj w nocy, ale w rodzinnym Athlone zatrzymały mnie dłużej dwie ważne sprawy: po pierwsze za namową matki zakupiłem lekki, acz dystyngowany zestaw damskiej biżuterii z białego złota z dodatkami z jantaru (sam poczekałbym z podobnym prezentem przynajmniej do Bożego Narodzenia) w tym samym zakładzie jubilerskim, co poprzednio, a po drugie: z powodu nagłej strzelaniny, jaka rozpętała się tuż nad moją głową, gdy usiłowałem w warunkach polowych zatamować wartki strumień krwi wypływającej z rany po urwanej dziecięcej nodze, sam odniosłem parę na tyle poważnych obrażeń, że część z moich członków do tej pory odmawiała posłuszeństwa, w wyniku czego ojciec kategorycznie zabronił mi prowadzenia samochodu, twierdząc że o wiele bezpieczniej będzie, jeśli poczekam aż wróci ze służby i odstawi nas na lotnisko, bo lepiej będzie jeżeli spóźnię się na spotkanie z ukochaną (chyba jakimś cudem powoli przyzwyczajał się do myśli, że jako narzeczoną swego niepoprawnego synka będzie musiał niedługo zaakceptować kobietę będącą kiedyś żoną jego własnego pacjenta) niż spowoduję poważny wypadek drogowy. Zresztą to, że w ogóle jeszcze żyłem stanowiło li i jedynie zasługę wiernego Clamera, który, najwidoczniej zauważywszy napastnika, instynktownie przyjął pocisk na siebie, padając na miejscu w kałuży posoki z cichym, krótki piskiem. I tak oto po kilkunastu latach przez własną nadmierną heroiczność straciłem jednego z lepszych przyjaciół. 
Z trudem powstrzymywane gorzkie łzy trysnęły z moich oczu natychmiast po przestąpieniu progu namiotu dzielonego z pewnym Belgiem pełniącym głównie funkcję logistyka oraz zaopatrzeniowca i sączyły się aż do wschodu słońca, kiedy współczujący Morfeusz postanowił otoczyć mnie swymi ramionami.
W jaki sposób przetrwałem do końca tego wielkiego kataklizmu, nie wiedziałem, ale jednego czułem się pewny - dalsze losy Troya Gueirna potoczą się znacznie spokojniej, bo nareszcie powinien mieć u boku kogoś, dla kogo warto przestać udawać nieśmiertelnego bohatera. Tylko czy on czasem nie był zwyczajnie zbytnim buntownikiem, by tak po prostu, z dnia na dzień, stać się przykładnym obywatelem ? Cóż... przynajmniej spróbuje, choć czeka go trudne zadanie.


***

- Cytat w nagłówku za utworem Tadeusza Micińskiego o tytule Samobójca

14/04/2019

[KP] Rebus in angustis facile est contemnere vitam





Noah Woolf
13 sierpnia 1988 r., Los Angeles

Kim jest Noah? Zabawne pytanie bez odpowiedzi. Aby takowa w ogóle zaistniała, Noah musiałby się choć na chwilę zatrzymać. Być przez chwilę kimś. Kiedyś dostała mu się w ręce książka (a właściwie jej fragment), w której padło pytanie o naturę bieguna. Stwierdził wtedy, że to słowo definiuje go tak dobrze, że aż mylnie. Bo czy naprawdę mógł o sobie powiedzieć, że należy do ludzi, "którzy zło oswajają ruchem"? Czy może jego życie jest jednak ucieczką? A może... to on jest stały, a cały świat wiruje w jakimś szalonym danse macabre?
To może lepiej zapytać... Kiedy? W której ulotnej chwili Noah jest sobą samym, jest u źródła swej podmiotowości? Tu odpowiedź jest nieco bardziej konkretna, odnosi się do przelotnego wrażenia. Można bowiem dostrzec TO przez krótką chwilę, skromny ułamek sekundy, nim mężczyzna sam TO dostrzeże i wyprze się siebie z mocą tytana. Kiedy jego wiecznie nieobecne spojrzenie nabiera blasku? Gdy jego wzrok pada na te, którym nieba by uchylił, a piekło podarował jako podnóżek.
W takim razie pozostaje nam ostatnie pytanie - gdzie? On sam odparłby z kpiącym uśmiechem wymalowanym na ustach Ubi vita, ibi poesis. Możesz go spotkać w kawiarni, gdzie w spokoju siedzi w fotelu i popija swoją poranną kawę, a przed nim leży ukochane pióro i mały, powycierany notes. Możesz na niego wpaść w galerii sztuki współczesnej, gdzie kontempluje obrazy o absurdalnych kształtach i kolorach. Możesz go spotkać śpiącego na ławce w parku i malującego ściany kościoła. Może będzie to Chicago, może Paryż, Londyn, Wiedeń... a może Tokio lub Osaka? Może właśnie przemierza gołą stopą kolejną plażę lub rani sobie dłonie na ostrych skałach? Nie warto go gonić... zawsze znajdzie drogę do domu.


https://images92.fotosik.pl/228/c8a77fd4a2608597.jpg https://i.imgur.com/pW0zT.jpg


Zapraszamy do zabawy!!!

07/04/2019

[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy

Reginald Patterson
Mówi się, że do wszystkiego można się w życiu przyzwyczaić – do zgiełku wielkiego miasta, w objęciach którego znalazłeś swój azyl; do pracy, którą pomimo dwunastogodzinnych dyżurów, wysysających niekiedy resztki sił, chyba naprawdę lubisz. Do widoku zmasakrowanych po ofensywie ciał, które wbrew pozorom nie śnią ci się po nocach, i do tego, że nierzadko musisz trzymać nerwy na wodzy, mimo że nie raz osiągają swoje apogeum. W tej branży można przyzwyczaić się również do przykrej świadomości, że twoim zadaniem jest pomóc, choć nie zawsze jesteś w stanie. Ale bez względu na wszystko, zawsze podnosisz się z kolan i idziesz dalej, bo gdziekolwiek byś nie był, wiesz, że nie zabierzesz tych historii ze sobą do domu. Ani ty, ani twoi koledzy nie bierzecie tego do siebie i mówiąc brzydko – przy ilości kadrów, jakie ujrzały wasze oczy, po prostu spływa to po was. Nie pozwalasz sobie na przeżywanie start; nie opłakujesz kogoś, kogo nie uratowałeś i bynajmniej nie dlatego, że śmierć jest ci obca. Po prostu nie możesz i duże prawdopodobieństwo, że już nie potrafisz.

Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.

Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.

Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.

I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
Reginald Patterson
Żołnierz elitarnej jednostki Zielonych Beretów, noszący rangę sierżanta majora w stopniu sierżanta dowodzenia (CSM). Wyspecjalizowany w wojskowej medycynie, w której uzyskał natowski tytuł MOS 18D.Ponieważ dana osoba może uzyskać wiele specjalności zawodowych, w celu określenia, jaka jest ich podstawowa funkcja w danym momencie, wykorzystuje się wojskową specjalizację zawodową – kod MOS. Kod 18D odpowiada stanowisku sierżanta medycznego sił specjalnych. Sierżanci sił specjalnych są uważani za najlepszych techników medycznych na świecie. Mimo że są szkoleni przede wszystkim z naciskiem na medycynę urazową, mają również praktyczną wiedzę z zakresu stomatologii, opieki weterynaryjnej, publicznej higieny, jakości wody i optometrii. W większości przypadków muszą być wykwalifikowanymi nurkami, spadochroniarzami i biegaczami wytrzymałościowymi. Do jego głównych zadań na froncie należy ratownaie życia rannych żołnierzy, a konkretnie: ewakuacja CASEVAC oraz MEDEVAC, MEDEVAC - ewakuacja poszkodowanego personelu z pola bitwy lub ośrodka opieki niskiego poziomu do ośrodka wyższego poziomu opieki. Postrzegana jako ewakuacja z zabezpieczonego, niezagrożonego miejsca. Nie wymaga pełnego uzbrojenia. CASEVAC – wiąże się z ewakuacją poszkodowanego personelu z pola bitwy, gdy obszar jest niezabezpieczony lub wciąż toczy się w nim walka. Wymaga uzbrojenia.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony.
a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już czternaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
Reginald Patterson
Wychował się w niewielkiej wiosce Barnardsville, ulokowanej w hrabstwie Buncombe u stóp Blue Ridge Mountains. Dorastał pod czujnym okiem dziadków i licznego wujostwa, które od lat prowadziło w Barnardsville farmę, specjalizującą się głównie w uprawie roślin: kukurydzy, dyń i jodły kaukaskiej, sprzedawanej najczęściej w okresie bożonarodzeniowym, ale również oferującą jazdę konną. Od najmłodszych lat angażowano go w pomoc przy gospodarstwie domowym, w którym nadal korzystano z tradycyjnych form uprawy, zaś zwlekanie się z łóżka skoro świt stanowiło nierozłączny element każdego dnia. Doglądanie siewek, układanie stogów siana, orka konna i wypas bydła opasowego, jako pierwsze nauczyły go twardej dyscypliny, niezbędnej dziś w zawodzie, który wykonuje. Mimo, że początkowo nikt nie brał na poważnie planów przyszłościowych Reginalda, żołnierzem chciał zostać odkąd pamięta i bynajmniej nie ze względu na ojca – ten jest bowiem konstruktorem lotniczym dla Eaton Corporation – ani matkę – ta pracuje w St. Joseph Hospital jako lekarz rodzinny. Od strony rodzicieli, zaparcie wróżących mu ustatkowane życie w zawodzie ekonomisty, nie otrzymał żadnego wsparcia w tej kwestii; matka do dziś nie chce słuchać o postępach zawodowych swej jedynej latorośli i już na samą myśl o jego świadomym igraniu ze śmiercią dostaje palpitacji serca. Jedynie dziadek – emerytowany logistyk wojskowy, obecnie stary farmer z Barnardsville – nielegalnie podjudzał w swym wnuku wolę służby, ku uciesze babki, która widząc ich szemrane interesy, zaraz z przyjemnością trzepała jednego i drugiego ścierą przez łeb. Była ponadto buforem między całą czwórką, bo jako jedyna potrafiła łagodzić ich kłótnie, a co najważniejsze, udawało jej się uspokoić matkę, gdy popadała w zbyt wielkie czarnowidztwo. Prawda jest taka, że to częściowo z mlekiem matki Reginald wyssał smykałkę do medycyny, mimo że początkowo nie zakładał, że trafi kiedykolwiek do oddziału ratującego życie na polu bitwy. Jako dzieciak z wypiekami na twarzy czytał o siłach specjalnych, Rangersach, Sealsach, i to służenie w ich mundurze składało się wtedy na jego marzenia. Pasję do medycyny wojskowej zaszczepił w nim dopiero pobyt w pierwszej jednostce 55th Medical Group, do której trafił po odbyciu unitarki w Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej, i do której został powołany jako zwiadowca, kierowca, sanitariusz. To właśnie w Forcie Bragg dowiedział się, że może połączyć oba te warianty – siły specjalne oraz medycynę. Służba dla 55 grupy zaowocowała możliwością wyjazdu do Sam Fort Houston w Teksasie na szkolenie medyka piechoty, które Reginald podjął bez zastanawiania. Po jego zakończeniu odbył praktykę w Brooke Army Center, szpitalu na terenie bazy, przyjaznym weteranom, gdzie najpierw pracował w strefie triażu – procedury umożliwiającej segregację rannych w wypadkach masowych – później zaś trafił na SOR, będąc odpowiedzialnym za pobieranie krwi, zakładanie wkłuć i podawanie leków. Po powrocie do Fortu Bragg i po zdaniu kursów SERE, zdobył upragniony wakat w Zielonych Beretach. Wtedy wyjechał na swoją pierwszą misję w Afganistanie, poznając na własnej skórze uroki piaszczystych rejonów, natomiast po powrocie do Fortu Bragg przystąpił do najbardziej wymagającego kursu SOCM, przechodząc na rodzinnej ziemi katorżniczą selekcję do medycznego oddziału. Jeszcze przed wyjazdem do Afganistanu jako główny medyk zespołu zadaniowego, wysłano go na praktyki do Tampa General Hospital na Florydzie, gdzie na oddziale intensywnej terapii zajmował się pacjentami z ranami postrzałowymi, poparzonymi lub po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Tam jeździł również jako paramedyk w karetce pogotowia i latał na pokładzie helikoptera.
Dziś ma już na koncie piętnastoletni wojskowy staż, dziewięć wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od 2019 roku mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
Reginald Patterson

CCP PARAMEDIC

Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.

BASE JUMPING

Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór , pływanie i skoki z klifów , a także freeflying . Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.

Data i miejsce urodzenia:04/07/1985 r. Barnardsville, North Carolina, USA Miejsce zamieszkania:1-29 B 131 Street, Belle Harbor, New York Miejsce pracy:US Army Special Forces Funkcja:medyk bojowy Ranga:sierżant major medyczny Zawód dodatkowy:instruktor spadochroniarstwa, CCP Paramedic
autorsko

[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy

Reginald Patterson
Mówi się, że do wszystkiego można się w życiu przyzwyczaić – do zgiełku wielkiego miasta, w objęciach którego znalazłeś swój azyl; do pracy, którą pomimo dwunastogodzinnych dyżurów, wysysających niekiedy resztki sił, chyba naprawdę lubisz. Do widoku zmasakrowanych po ofensywie ciał, które wbrew pozorom nie śnią ci się po nocach, i do tego, że nierzadko musisz trzymać nerwy na wodzy, mimo że nie raz osiągają swoje apogeum. W tej branży można przyzwyczaić się również do przykrej świadomości, że twoim zadaniem jest pomóc, choć nie zawsze jesteś w stanie. Ale bez względu na wszystko, zawsze podnosisz się z kolan i idziesz dalej, bo gdziekolwiek byś nie był, wiesz, że nie zabierzesz tych historii ze sobą do domu. Ani ty, ani twoi koledzy nie bierzecie tego do siebie i mówiąc brzydko – przy ilości kadrów, jakie ujrzały wasze oczy, po prostu spływa to po was. Nie pozwalasz sobie na przeżywanie start; nie opłakujesz kogoś, kogo nie uratowałeś i bynajmniej nie dlatego, że śmierć jest ci obca. Po prostu nie możesz i duże prawdopodobieństwo, że już nie potrafisz.

Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.

Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.

Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.

I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
Reginald Patterson
Żołnierz elitarnej jednostki Zielonych Beretów, noszący rangę sierżanta majora w stopniu sierżanta dowodzenia (CSM). Wyspecjalizowany w wojskowej medycynie, w której uzyskał natowski tytuł MOS 18D.Ponieważ dana osoba może uzyskać wiele specjalności zawodowych, w celu określenia, jaka jest ich podstawowa funkcja w danym momencie, wykorzystuje się wojskową specjalizację zawodową – kod MOS. Kod 18D odpowiada stanowisku sierżanta medycznego sił specjalnych. Sierżanci sił specjalnych są uważani za najlepszych techników medycznych na świecie. Mimo że są szkoleni przede wszystkim z naciskiem na medycynę urazową, mają również praktyczną wiedzę z zakresu stomatologii, opieki weterynaryjnej, publicznej higieny, jakości wody i optometrii. W większości przypadków muszą być wykwalifikowanymi nurkami, spadochroniarzami i biegaczami wytrzymałościowymi. Do jego głównych zadań na froncie należy ratownaie życia rannych żołnierzy, a konkretnie: ewakuacja CASEVAC oraz MEDEVAC, MEDEVAC - ewakuacja poszkodowanego personelu z pola bitwy lub ośrodka opieki niskiego poziomu do ośrodka wyższego poziomu opieki. Postrzegana jako ewakuacja z zabezpieczonego, niezagrożonego miejsca. Nie wymaga pełnego uzbrojenia. CASEVAC – wiąże się z ewakuacją poszkodowanego personelu z pola bitwy, gdy obszar jest niezabezpieczony lub wciąż toczy się w nim walka. Wymaga uzbrojenia.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony.
a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już czternaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
Reginald Patterson
Wychował się w niewielkiej wiosce Barnardsville, ulokowanej w hrabstwie Buncombe u stóp Blue Ridge Mountains. Dorastał pod czujnym okiem dziadków i licznego wujostwa, które od lat prowadziło w Barnardsville farmę, specjalizującą się głównie w uprawie roślin: kukurydzy, dyń i jodły kaukaskiej, sprzedawanej najczęściej w okresie bożonarodzeniowym, ale również oferującą jazdę konną. Od najmłodszych lat angażowano go w pomoc przy gospodarstwie domowym, w którym nadal korzystano z tradycyjnych form uprawy, zaś zwlekanie się z łóżka skoro świt stanowiło nierozłączny element każdego dnia. Doglądanie siewek, układanie stogów siana, orka konna i wypas bydła opasowego, jako pierwsze nauczyły go twardej dyscypliny, niezbędnej dziś w zawodzie, który wykonuje. Mimo, że początkowo nikt nie brał na poważnie planów przyszłościowych Reginalda, żołnierzem chciał zostać odkąd pamięta i bynajmniej nie ze względu na ojca – ten jest bowiem konstruktorem lotniczym dla Eaton Corporation – ani matkę – ta pracuje w St. Joseph Hospital jako lekarz rodzinny. Od strony rodzicieli, zaparcie wróżących mu ustatkowane życie w zawodzie ekonomisty, nie otrzymał żadnego wsparcia w tej kwestii; matka do dziś nie chce słuchać o postępach zawodowych swej jedynej latorośli i już na samą myśl o jego świadomym igraniu ze śmiercią dostaje palpitacji serca. Jedynie dziadek – emerytowany logistyk wojskowy, obecnie stary farmer z Barnardsville – nielegalnie podjudzał w swym wnuku wolę służby, ku uciesze babki, która widząc ich szemrane interesy, zaraz z przyjemnością trzepała jednego i drugiego ścierą przez łeb. Była ponadto buforem między całą czwórką, bo jako jedyna potrafiła łagodzić ich kłótnie, a co najważniejsze, udawało jej się uspokoić matkę, gdy popadała w zbyt wielkie czarnowidztwo. Prawda jest taka, że to częściowo z mlekiem matki Reginald wyssał smykałkę do medycyny, mimo że początkowo nie zakładał, że trafi kiedykolwiek do oddziału ratującego życie na polu bitwy. Jako dzieciak z wypiekami na twarzy czytał o siłach specjalnych, Rangersach, Sealsach, i to służenie w ich mundurze składało się wtedy na jego marzenia. Pasję do medycyny wojskowej zaszczepił w nim dopiero pobyt w pierwszej jednostce 55th Medical Group, do której trafił po odbyciu unitarki w Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej, i do której został powołany jako zwiadowca, kierowca, sanitariusz. To właśnie w Forcie Bragg dowiedział się, że może połączyć oba te warianty – siły specjalne oraz medycynę. Służba dla 55 grupy zaowocowała możliwością wyjazdu do Sam Fort Houston w Teksasie na szkolenie medyka piechoty, które Reginald podjął bez zastanawiania. Po jego zakończeniu odbył praktykę w Brooke Army Center, szpitalu na terenie bazy, przyjaznym weteranom, gdzie najpierw pracował w strefie triażu – procedury umożliwiającej segregację rannych w wypadkach masowych – później zaś trafił na SOR, będąc odpowiedzialnym za pobieranie krwi, zakładanie wkłuć i podawanie leków. Po powrocie do Fortu Bragg i po zdaniu kursów SERE, zdobył upragniony wakat w Zielonych Beretach. Wtedy wyjechał na swoją pierwszą misję w Afganistanie, poznając na własnej skórze uroki piaszczystych rejonów, natomiast po powrocie do Fortu Bragg przystąpił do najbardziej wymagającego kursu SOCM, przechodząc na rodzinnej ziemi katorżniczą selekcję do medycznego oddziału. Jeszcze przed wyjazdem do Afganistanu jako główny medyk zespołu zadaniowego, wysłano go na praktyki do Tampa General Hospital na Florydzie, gdzie na oddziale intensywnej terapii zajmował się pacjentami z ranami postrzałowymi, poparzonymi lub po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Tam jeździł również jako paramedyk w karetce pogotowia i latał na pokładzie helikoptera.
Dziś ma już na koncie piętnastoletni wojskowy staż, dziewięć wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od 2019 roku mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
Reginald Patterson

CCP PARAMEDIC

Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.

BASE JUMPING

Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór , pływanie i skoki z klifów , a także freeflying . Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.

Data i miejsce urodzenia:04/07/1985 r. Barnardsville, North Carolina, USA Miejsce zamieszkania:1-29 B 131 Street, Belle Harbor, New York Miejsce pracy:US Army Special Forces Funkcja:medyk bojowy Ranga:sierżant major medyczny Zawód dodatkowy:instruktor spadochroniarstwa, CCP Paramedic
autorsko

[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy

Reginald Patterson
Medyk bojowy i sierżant medyczny sił specjalnych dla US Army Special Forces. CCP Paramedic w Śmigłowcowej Służbie Ratownictwa Medycznego. Instruktor spadochroniarstwa.
Mówi się, że do wszystkiego można się w życiu przyzwyczaić – do zgiełku wielkiego miasta, w objęciach którego znalazłeś swój azyl; do pracy, którą pomimo dwunastogodzinnych dyżurów, wysysających niekiedy resztki sił, chyba naprawdę lubisz. Do widoku zmasakrowanych po ofensywie ciał, które wbrew pozorom nie śnią ci się po nocach, i do tego, że nierzadko musisz trzymać nerwy na wodzy, mimo że nie raz osiągają swoje apogeum. W tej branży można przyzwyczaić się również do przykrej świadomości, że twoim zadaniem jest pomóc, choć nie zawsze jesteś w stanie. Ale bez względu na wszystko, zawsze podnosisz się z kolan i idziesz dalej, bo gdziekolwiek byś nie był, wiesz, że nie zabierzesz tych historii ze sobą do domu. Ani ty, ani twoi koledzy nie bierzecie tego do siebie i mówiąc brzydko – przy ilości kadrów, jakie ujrzały wasze oczy, po prostu spływa to po was. Nie pozwalasz sobie na przeżywanie start; nie opłakujesz kogoś, kogo nie uratowałeś i bynajmniej nie dlatego, że śmierć jest ci obca. Po prostu nie możesz i duże prawdopodobieństwo, że już nie potrafisz.

Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.

Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.

Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.

I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
Reginald Patterson
Medyk bojowy i sierżant medyczny sił specjalnych dla US Army Special Forces. CCP Paramedic w Śmigłowcowej Służbie Ratownictwa Medycznego. Instruktor spadochroniarstwa.
Żołnierz elitarnej jednostki Zielonych Beretów, noszący rangę sierżanta majora w stopniu sierżanta dowodzenia (CSM). Wyspecjalizowany w wojskowej medycynie, w której uzyskał natowski tytuł MOS 18D.Ponieważ dana osoba może uzyskać wiele specjalności zawodowych, w celu określenia, jaka jest ich podstawowa funkcja w danym momencie, wykorzystuje się wojskową specjalizację zawodową – kod MOS. Kod 18D odpowiada stanowisku sierżanta medycznego sił specjalnych. Sierżanci sił specjalnych są uważani za najlepszych techników medycznych na świecie. Mimo że są szkoleni przede wszystkim z naciskiem na medycynę urazową, mają również praktyczną wiedzę z zakresu stomatologii, opieki weterynaryjnej, publicznej higieny, jakości wody i optometrii. W większości przypadków muszą być wykwalifikowanymi nurkami, spadochroniarzami i biegaczami wytrzymałościowymi. Do jego głównych zadań na froncie należy ratownaie życia rannych żołnierzy, a konkretnie: ewakuacja CASEVAC oraz MEDEVAC, MEDEVAC - ewakuacja poszkodowanego personelu z pola bitwy lub ośrodka opieki niskiego poziomu do ośrodka wyższego poziomu opieki. Postrzegana jako ewakuacja z zabezpieczonego, niezagrożonego miejsca. Nie wymaga pełnego uzbrojenia. CASEVAC – wiąże się z ewakuacją poszkodowanego personelu z pola bitwy, gdy obszar jest niezabezpieczony lub wciąż toczy się w nim walka. Wymaga uzbrojenia.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony.
a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już jedenaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
Reginald Patterson
Medyk bojowy i sierżant medyczny sił specjalnych dla US Army Special Forces. CCP Paramedic w Śmigłowcowej Służbie Ratownictwa Medycznego. Instruktor spadochroniarstwa.

CCP PARAMEDIC

Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, cztery lata temu, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.

BASE JUMPING

Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór , pływanie i skoki z klifów , a także freeflying . Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.

Reginald Patterson
Medyk bojowy i sierżant medyczny sił specjalnych dla US Army Special Forces. CCP Paramedic w Śmigłowcowej Służbie Ratownictwa Medycznego. Instruktor spadochroniarstwa.
04/07/1985 r. Barnardsville, North Carolina, USA
· dziś: 1-29 B 131 Street, Belle Harbor, New York
· medyk bojowy dla US Army Special Forces
· ratownik medyczny, instruktor spadochroniarstwa

Wychował się w niewielkiej wiosce Barnardsville, ulokowanej w hrabstwie Buncombe u stóp Blue Ridge Mountains. Dorastał pod czujnym okiem dziadków i licznego wujostwa, które od lat prowadziło w Barnardsville farmę, specjalizującą się głównie w uprawie roślin: kukurydzy, dyń i jodły kaukaskiej, sprzedawanej najczęściej w okresie bożonarodzeniowym, ale również oferującą jazdę konną. Od najmłodszych lat angażowano go w pomoc przy gospodarstwie domowym, w którym nadal korzystano z tradycyjnych form uprawy, zaś zwlekanie się z łóżka skoro świt stanowiło nierozłączny element każdego dnia. Doglądanie siewek, układanie stogów siana, orka konna i wypas bydła opasowego, jako pierwsze nauczyły go twardej dyscypliny, niezbędnej dziś w zawodzie, który wykonuje. Mimo, że początkowo nikt nie brał na poważnie planów przyszłościowych Reginalda, żołnierzem chciał zostać odkąd pamięta i bynajmniej nie ze względu na ojca – ten jest bowiem konstruktorem lotniczym dla Eaton Corporation – ani matkę – ta pracuje w St. Joseph Hospital jako lekarz rodzinny. Od strony rodzicieli, zaparcie wróżących mu ustatkowane życie w zawodzie ekonomisty, nie otrzymał żadnego wsparcia w tej kwestii; matka do dziś nie chce słuchać o postępach zawodowych swej jedynej latorośli i już na samą myśl o jego świadomym igraniu ze śmiercią dostaje palpitacji serca. Jedynie dziadek – emerytowany logistyk wojskowy, obecnie stary farmer z Barnardsville – nielegalnie podjudzał w swym wnuku wolę służby, ku uciesze babki, która widząc ich szemrane interesy, zaraz z przyjemnością trzepała jednego i drugiego ścierą przez łeb. Była ponadto buforem między całą czwórką, bo jako jedyna potrafiła łagodzić ich kłótnie, a co najważniejsze, udawało jej się uspokoić matkę, gdy popadała w zbyt wielkie czarnowidztwo. Prawda jest taka, że to częściowo z mlekiem matki Reginald wyssał smykałkę do medycyny, mimo że początkowo nie zakładał, że trafi kiedykolwiek do oddziału ratującego życie na polu bitwy. Jako dzieciak z wypiekami na twarzy czytał o siłach specjalnych, Rangersach, Sealsach, i to służenie w ich mundurze składało się wtedy na jego marzenia. Pasję do medycyny wojskowej zaszczepił w nim dopiero pobyt w pierwszej jednostce 55th Medical Group, do której trafił po odbyciu unitarki w Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej, i do której został powołany jako zwiadowca, kierowca, sanitariusz. To właśnie w Forcie Bragg dowiedział się, że może połączyć oba te warianty – siły specjalne oraz medycynę. Służba dla 55 grupy zaowocowała możliwością wyjazdu do Sam Fort Houston w Teksasie na szkolenie medyka piechoty, które Reginald podjął bez zastanawiania. Po jego zakończeniu odbył praktykę w Brooke Army Center, szpitalu na terenie bazy, przyjaznym weteranom, gdzie najpierw pracował w strefie triażu – procedury umożliwiającej segregację rannych w wypadkach masowych – później zaś trafił na SOR, będąc odpowiedzialnym za pobieranie krwi, zakładanie wkłuć i podawanie leków. Po powrocie do Fortu Bragg i po zdaniu kursów SERE, zdobył upragniony wakat w Zielonych Beretach. Wtedy wyjechał na swoją pierwszą misję w Afganistanie, poznając na własnej skórze uroki piaszczystych rejonów, natomiast po powrocie do Fortu Bragg przystąpił do najbardziej wymagającego kursu SOCM, przechodząc na rodzinnej ziemi katorżniczą selekcję do medycznego oddziału. Jeszcze przed wyjazdem do Afganistanu jako główny medyk zespołu zadaniowego, wysłano go na praktyki do Tampa General Hospital na Florydzie, gdzie na oddziale intensywnej terapii zajmował się pacjentami z ranami postrzałowymi, poparzonymi lub po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Tam jeździł również jako paramedyk w karetce pogotowia i latał na pokładzie helikoptera.
Dziś ma już na koncie trzynastoletni wojskowy staż, osiem wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od czterech lat mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
Ponad to jest fanem aktywnego wypoczynku: pieszych wędrówek , spływów górskich i późnych nocy spędzanych na dachu swojego domu. Jego ulubionym miejscem na ziemi, poza Barnardsville, jest Meksyk i Wyspy Żółwie. Małe meksykańskie wioski, z naciskiem na rejon Michoacán, są głównym celem jego podróży, aczkolwiek poza wakacjami, jeździ tam również w ramach wolontariatu – jako medyk wziął udział w powstaniu w Cherán, wspomagając rannych. Grywa na gitarze i podśpiewuje, choć rzadko o tym wspomina. W jego rodzinie królują kapelusze , bo wszyscy je noszą oraz jazda konna, bo wszyscy ją uprawiają, włącznie z zawodowym reining'em , w którego dziedzinie Reginald zyskał kiedyś kilka medali. W rodzinnej wiosce zawsze czeka na niego wierny przyjaciel: Sueno . Mocno przepada za yerba mate oraz herbatą, a z kuchni najczęściej sięga po meksykańską. Rozmawia po hiszpańsku; zna podstawy arabskiego. Nie sięga po kolorowe drinki, a alkohol najlepiej smakuje mu w czystej postaci – w pierwszej czwórce ulubionych trunków mieści się tennessee whisky oraz burbon, mezcal i tequila. Niekiedy pojawia się w barze u swojego przyjaciela, pomagając mu w obsłudze gości; woli mniej tłoczne puby, niżeli popularne lokale. Posiada tatuaże , które są dla niego bardzo znaczące. Mierzy metr osiemdziesiąt osiem wzrostu. Porusza się motocyklem lub niezawodnym pickupem . Południowiec wychowany w rodzinie zgodnej z poglądami Skonfederowanych Stanów Ameryki.
odautorsko