23/04/2019
2102.Takie chwile jak te, to nasze zwycięstwo
20/04/2019
2101. Ja, wybierając los swój, wybrałem szaleństwo
W jaki sposób przetrwałem do końca tego wielkiego kataklizmu, nie wiedziałem, ale jednego czułem się pewny - dalsze losy Troya Gueirna potoczą się znacznie spokojniej, bo nareszcie powinien mieć u boku kogoś, dla kogo warto przestać udawać nieśmiertelnego bohatera. Tylko czy on czasem nie był zwyczajnie zbytnim buntownikiem, by tak po prostu, z dnia na dzień, stać się przykładnym obywatelem ? Cóż... przynajmniej spróbuje, choć czeka go trudne zadanie.
***
- Cytat w nagłówku za utworem Tadeusza Micińskiego o tytule Samobójca
14/04/2019
[KP] Rebus in angustis facile est contemnere vitam

To może lepiej zapytać... Kiedy? W której ulotnej chwili Noah jest sobą samym, jest u źródła swej podmiotowości? Tu odpowiedź jest nieco bardziej konkretna, odnosi się do przelotnego wrażenia. Można bowiem dostrzec TO przez krótką chwilę, skromny ułamek sekundy, nim mężczyzna sam TO dostrzeże i wyprze się siebie z mocą tytana. Kiedy jego wiecznie nieobecne spojrzenie nabiera blasku? Gdy jego wzrok pada na te, którym nieba by uchylił, a piekło podarował jako podnóżek.
W takim razie pozostaje nam ostatnie pytanie - gdzie? On sam odparłby z kpiącym uśmiechem wymalowanym na ustach Ubi vita, ibi poesis. Możesz go spotkać w kawiarni, gdzie w spokoju siedzi w fotelu i popija swoją poranną kawę, a przed nim leży ukochane pióro i mały, powycierany notes. Możesz na niego wpaść w galerii sztuki współczesnej, gdzie kontempluje obrazy o absurdalnych kształtach i kolorach. Możesz go spotkać śpiącego na ławce w parku i malującego ściany kościoła. Może będzie to Chicago, może Paryż, Londyn, Wiedeń... a może Tokio lub Osaka? Może właśnie przemierza gołą stopą kolejną plażę lub rani sobie dłonie na ostrych skałach? Nie warto go gonić... zawsze znajdzie drogę do domu.
Zapraszamy do zabawy!!!
07/04/2019
[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy
Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.
Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.
Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.
I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony. a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już czternaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
Dziś ma już na koncie piętnastoletni wojskowy staż, dziewięć wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od 2019 roku mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
CCP PARAMEDIC
Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.
BASE JUMPING
Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór 
, pływanie i skoki z klifów
, a także freeflying
. Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.
Poprzednie karty: I, II, III, IV, V
[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy
Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.
Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.
Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.
I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony. a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już czternaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
Dziś ma już na koncie piętnastoletni wojskowy staż, dziewięć wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od 2019 roku mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
CCP PARAMEDIC
Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.
BASE JUMPING
Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór 
, pływanie i skoki z klifów
, a także freeflying
. Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.
Poprzednie karty: I, II, III, IV
[KP] Wszystkie bitwy naszego życia czegoś nas uczą, nawet te, które przegraliśmy
Zawsze, kiedy potrzebowałem ciszy, szukałem jej w lesie – w świecie dziesiątek zwierząt i tysiąca drzew, których zapach wielokrotnie przenikał materiał odzieży, dając się poczuć jeszcze w czterech ścianach rodzinnej chaty. W świecie, w którym nikt nie słyszał skowytu moich słabości, nie raczył mnie zbędnym politowaniem, gdzie nie musiałem liczyć przeklętego czasu, który tam, w kraju spowitym pyłem, zdawał się stać w miejscu. Ponieważ tam liczyło się go zupełnie inaczej – wybuchami, zapachem wsiąkającej w rozpaloną ziemię padliny i krzykiem. Najczęściej niewinnych. A kiedy pojawiała się sekunda ciszy; kiedy poza biciem własnego serca nie słyszało się niczego więcej, należało sięgnąć po broń, bo owszem – to była cisza, ale tylko przed burzą. Bo tam, w miejscu, w którym cierpienie liczy się ilością zakleszczonych w ciele kul, a wygraną ilością przytarganych za łachy zwłok, nie ma miejsca na ciszę. Ani na człowieczeństwo, bo o czym pomyślisz, kiedy staniesz przed lustrem oblany ludzką krwią? Dlaczego dziś jej tak mało.
Mówi się, że podobno w ludziach jest tyle samo dobra, co zła, mimo że ten aktualnie zepsuty świat kładzie pomiędzy nimi granicę – dla Ciebie istniała ona zawsze. Bo człowiek wybiera drogę świadomie i w taki sam sposób czyni, a nikczemne decyzje nie zasługują na miłosierdzie. Ale nie chodzi o nieprzemyślaną zemstę, bo ona zwykle nie zadowala – wystarczy determinacja, której pokłady nie pozwalają Ci się zatrzymać, a masz wystarczająco sił, by płynąć – i płyniesz, bo dobrze już wiesz, że utrata życia nie jest wcale najgorszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka.
Najgorsza jest utrata tego, po co się żyje.
Nauczono nas działać na zimno, bez emocji. Nie zastanawiać się, czy twój poszkodowany jest kobietą, dzieckiem czy dorosłym facetem. To była nauka na wagę życia. Niesamowicie pomogło mi to na zmianie w Afganistanie, szczególnie gdy byłem wzywany do rannych po wybuchu ajdików, bo zwykle była tam taka rozpierducha, że nie wiedziałem, który ranny umrze najszybciej. Obecny wokół strach, złość, bezradność – te uczucia naprawdę mogą cię blokować. To trudne, ale musisz o nich zapomnieć. Jeśli mówimy o udzielaniu pomocy na polu walki, to nie ma tam miejsca na emocje. Musisz działać zimno, jak profesjonalista, bo ratowanie życia braci jest twoim największym priorytetem. A uczucia? Owszem, one niestety przychodzą, ale później – gdy opadnie kurz. Bo żołnierz, z którym walczysz ramię w ramię, zawsze przyjdzie ci z pomocą, gdy zostaniesz ranny – opatrzy cię, wyprowadzi spod ognia nieprzyjaciela; zaryzykuje swoim życiem, by ratować twoje, a jeśli będzie naprawdę ciężko, zostanie przy tobie.
I to właśnie jego twarz stanie się ostatnim obrazem w twojej pamięci.
W rzeczywistości to, co naprawdę odróżnia CASEVAC od MEDEVAC, to fakt, że prowadząc CASEVAC, będziemy walczyć, aby dostać się do rannego, podczas gdy w ewakuacji MEDEVAC teren wokół poszkodowanego jest zabezpieczony. a także operacje CSAR. Combat search and rescue to operacje poszukiwawcze, przeprowadzane podczas wojny, żołnierzy znajdujących się w strefach walki lub w ich pobliżu. Inaczej: misje odzyskiwania personelu. Tej dziedzinie życia poświęcił całe swoje dotychczasowe istnienie – ukończył katorżniczy kurs Special Operations Combat Medic (SCOM) Kurs SOCM to 36-tygodniowy kurs instruktażowy, który koncentruje się na szkoleniu medyków wojskowych (68W) i Korpusu Marynarki Wojennej (HM). Kurs daje medykom umiejętności radzenia sobie z ratowaniem żołnierzy na polu walki, od ich małych obrażeń poprzez ewakuację. Posiadają również kwalifikacje w zakresie zaawansowanego wsparcia przedszpitalnego. Często wyszkolony medyk SOCM będzie bliski umiejętności lekarskich, ponieważ uczy się również zagadnień, które pozwalają mu zalecić odpowiednie metody leczenia w zdiagnozowanej chorobie. Ukończenie kursu SOCM uprawnia do wykonywania czynności jako krajowy EMT. Jest to jednak dopiero pierwsza połowa toku szkoleniowego medyków w stopniu 18D. Medycy Wojsk Specjalnych otrzymują bowiem dodatkowe szkolenie po kursie SOCM i w drugiej jego części (Pipeline Training, trwającej kolejne 5 miesięcy) szkolą się z: medycyny nurkowej, fizjologii wysokości, opieki weterynaryjnej, medycyny holistycznej, ekstrakcji zębów, ortopedii i zaawansowanych czynności resuscytacyjnych. , a także kurs Tactical Combat Casualty Care (TCCC) Taktyczno-bojowa opieka nad poszkodowanym. Kurs TCCC jest specjalistycznym szkoleniem z zakresu szeroko pojętej medycyny pola walki. Jest ono obowiązkową częścią kursu SOCM. oraz PHTLS Kurs Prehospital Trauma Life Support – pourazowe wsparcie przedszpitalne – jest uznawany na całym świecie jako wiodący program kształcenia ustawicznego w zakresie przedszpitalnej opieki. Uczy podtrzymywania życia pacjenta urazowego przed dotarciem do szpitala. . Jego kariera w siłach specjalnych amerykańskiego wojska ciągnie się już jedenaście lat. W ciągu swojej służby na misje został wysłany dotychczas ośmiokrotnie, a czas, który łącznie spędził na ziemiach Bliskiego Wschodu sięga pięciu lat. Za osiągnięcia na froncie został odznaczony bojową odznaką piechotyCombat Infantryman Badge, CIB, jest wyróżnieniem nadawanym za bezpośredni udział w walce. Nadawana jest także medykom sił specjalnych za niezawodne działania ratunkowe pod ostrzałem i w czasie ofensywy. . Za zasługi został uhonorowany Medalem Ekspedycji Sił Zbrojnych, a także najważniejszym dla siebie odznaczeniem – Krzyżem za Wybitną Służbę. Aktualnie oczekuje na kolejne powołanie.
CCP PARAMEDIC
Podczas przerw między wojskowymi misjami, wciela się w rolę ratownika medycznego, ratując ludzkie istnienia w wielkiej, nowojorskiej metropolii. Stacjonuje głównie w HEMS, śmigłowcowej służbie ratowniczej i pogotowiu lotniczym, ze względu na posiadany certyfikat FP-C Certyfikat nadający tytuł ratownika lotniczego, zdobywany po kilkudniowym kursie uzupełniającym. Przeznaczony dla medyków sił specjalnych i ratowników krytycznych. oraz licencję CPL(H) Licencja pilota śmigłowcowego zawodowego, niezbędna medykom sił specjalnych. Licencja CPL dla śmigłowców pozwala działać jako pilot dowódca (PIC) lub drugi pilot w komercyjnych operacjach na śmigłowcach. Może być to praca w pogotowiu lotniczym (HEMS) lub praca w operacjach specjalistycznych. , które uprawniają go do latania helikopterem. Jako ratownik tej instytucji, współpracuje z wieloma nowojorskimi i okoliczynymi szpitalami. Zdarza mu się jeździć również w karetkach, ale wtedy najczęściej jako EMT straży pożarnej. Nigdy nie ukończył studiów medycznych – całą swoją wiedzę zdobył na mozolnych kursach, które pozwoliły mu zostać certyfikowanym ratownikiem AEMT CCP Kurs zaawansowanego technika ratownictwa medycznego oraz ratownika krytycznego, uczący zasad postępowania przedszpitalnego z pacjentem w stanie ciężkim. i rozpocząć tego typu karierę. Na miejskie ratownictwo medyczne zdecydował się tuż po przeprowadzce do Nowego Jorku, cztery lata temu, gdy po śmierci najlepszego przyjaciela, w tym wielkim mieście postanowił nauczyć się żyć na nowo.
BASE JUMPING
Wieloletnia pasja, która doprowadza jego rodzinę do obłędu, i która stała się jego całkowitym uzależnieniem tuż po ukończeniu kursu MFF Military Freefall Training. Zaawansowany kurs spadochroniarstwa, nadający tytuł skoczka spadochronowego. , który był niezbędny do zostania medykiem sił specjalnych. Szerokopojęty BASE jumping łączy w sobie wszystko to, co pozwala mu oderwać się od rzeczywistości i oddtajeć w ten specyficzny sposób – wspinaczkę i skoki z gór 
, pływanie i skoki z klifów
, a także freeflying
. Ten sport pozwala mu oczyścić się z wszelkich negatywów i odzyskać wewnętrzną harmonię, dlatego jest mu szczególnie bliski.
Wychował się w niewielkiej wiosce Barnardsville, ulokowanej w hrabstwie Buncombe u stóp Blue Ridge Mountains. Dorastał pod czujnym okiem dziadków i licznego wujostwa, które od lat prowadziło w Barnardsville farmę, specjalizującą się głównie w uprawie roślin: kukurydzy, dyń i jodły kaukaskiej, sprzedawanej najczęściej w okresie bożonarodzeniowym, ale również oferującą jazdę konną. Od najmłodszych lat angażowano go w pomoc przy gospodarstwie domowym, w którym nadal korzystano z tradycyjnych form uprawy, zaś zwlekanie się z łóżka skoro świt stanowiło nierozłączny element każdego dnia. Doglądanie siewek, układanie stogów siana, orka konna i wypas bydła opasowego, jako pierwsze nauczyły go twardej dyscypliny, niezbędnej dziś w zawodzie, który wykonuje. Mimo, że początkowo nikt nie brał na poważnie planów przyszłościowych Reginalda, żołnierzem chciał zostać odkąd pamięta i bynajmniej nie ze względu na ojca – ten jest bowiem konstruktorem lotniczym dla Eaton Corporation – ani matkę – ta pracuje w St. Joseph Hospital jako lekarz rodzinny. Od strony rodzicieli, zaparcie wróżących mu ustatkowane życie w zawodzie ekonomisty, nie otrzymał żadnego wsparcia w tej kwestii; matka do dziś nie chce słuchać o postępach zawodowych swej jedynej latorośli i już na samą myśl o jego świadomym igraniu ze śmiercią dostaje palpitacji serca. Jedynie dziadek – emerytowany logistyk wojskowy, obecnie stary farmer z Barnardsville – nielegalnie podjudzał w swym wnuku wolę służby, ku uciesze babki, która widząc ich szemrane interesy, zaraz z przyjemnością trzepała jednego i drugiego ścierą przez łeb. Była ponadto buforem między całą czwórką, bo jako jedyna potrafiła łagodzić ich kłótnie, a co najważniejsze, udawało jej się uspokoić matkę, gdy popadała w zbyt wielkie czarnowidztwo. Prawda jest taka, że to częściowo z mlekiem matki Reginald wyssał smykałkę do medycyny, mimo że początkowo nie zakładał, że trafi kiedykolwiek do oddziału ratującego życie na polu bitwy. Jako dzieciak z wypiekami na twarzy czytał o siłach specjalnych, Rangersach, Sealsach, i to służenie w ich mundurze składało się wtedy na jego marzenia. Pasję do medycyny wojskowej zaszczepił w nim dopiero pobyt w pierwszej jednostce 55th Medical Group, do której trafił po odbyciu unitarki w Centrum Szkolenia Obrony Przeciwlotniczej, i do której został powołany jako zwiadowca, kierowca, sanitariusz. To właśnie w Forcie Bragg dowiedział się, że może połączyć oba te warianty – siły specjalne oraz medycynę. Służba dla 55 grupy zaowocowała możliwością wyjazdu do Sam Fort Houston w Teksasie na szkolenie medyka piechoty, które Reginald podjął bez zastanawiania. Po jego zakończeniu odbył praktykę w Brooke Army Center, szpitalu na terenie bazy, przyjaznym weteranom, gdzie najpierw pracował w strefie triażu – procedury umożliwiającej segregację rannych w wypadkach masowych – później zaś trafił na SOR, będąc odpowiedzialnym za pobieranie krwi, zakładanie wkłuć i podawanie leków. Po powrocie do Fortu Bragg i po zdaniu kursów SERE, zdobył upragniony wakat w Zielonych Beretach. Wtedy wyjechał na swoją pierwszą misję w Afganistanie, poznając na własnej skórze uroki piaszczystych rejonów, natomiast po powrocie do Fortu Bragg przystąpił do najbardziej wymagającego kursu SOCM, przechodząc na rodzinnej ziemi katorżniczą selekcję do medycznego oddziału. Jeszcze przed wyjazdem do Afganistanu jako główny medyk zespołu zadaniowego, wysłano go na praktyki do Tampa General Hospital na Florydzie, gdzie na oddziale intensywnej terapii zajmował się pacjentami z ranami postrzałowymi, poparzonymi lub po poważnych wypadkach komunikacyjnych. Tam jeździł również jako paramedyk w karetce pogotowia i latał na pokładzie helikoptera.
Dziś ma już na koncie trzynastoletni wojskowy staż, osiem wyjazdów na misje, jedno naręcze uratowanych żyć i drugie naręcze tych, których ocalić się nie udało mimo całkowitego zaangażowania. Dotychczas mieszkał w Barnardsville, pomagając w rodzinnym interesie; w Nowym Jorku bywał zaś okresowo, odwiedzając tu dobrego kolegę – od czterech lat mieszka w nim na stałe. O jego przeprowadzce do Nowego Jorku zdecydowała śmierć najlepszego przyjaciela, który poległ na froncie podczas ratowania oddziału. Mimo to, regularnie odwiedza rodzinną farmę, gdzie wujostwo przyjmuje go z szeroko otwartymi ramionami, przy okazji stale namawiając do powrotu na stare śmieci. Jego kontakt z rodzicami, a szczególnie z matką, pozostawia wiele do życzenia – wciąż mieszkają w Asheville, a ich relacje przypominają zgliszcza po ogromnym pożarze. Nie było ich przy nim, gdy dorastał i nie ma ich przy nim teraz. Jeżeli przyjdzie dzień, kiedy wybaczy im porzucenie, to będzie to prawdopodobnie ten dzień, w którym sam wybierze się na tamten świat.
Ponad to jest fanem aktywnego wypoczynku: pieszych wędrówek
, spływów górskich i późnych nocy spędzanych na dachu swojego domu. Jego ulubionym miejscem na ziemi, poza Barnardsville, jest Meksyk i Wyspy Żółwie. Małe meksykańskie wioski, z naciskiem na rejon Michoacán, są głównym celem jego podróży, aczkolwiek poza wakacjami, jeździ tam również w ramach wolontariatu – jako medyk wziął udział w powstaniu w Cherán, wspomagając rannych. Grywa na gitarze i podśpiewuje, choć rzadko o tym wspomina. W jego rodzinie królują kapelusze
, bo wszyscy je noszą oraz jazda konna, bo wszyscy ją uprawiają, włącznie z zawodowym reining'em
, w którego dziedzinie Reginald zyskał kiedyś kilka medali. W rodzinnej wiosce zawsze czeka na niego wierny przyjaciel: Sueno
. Mocno przepada za yerba mate oraz herbatą, a z kuchni najczęściej sięga po meksykańską. Rozmawia po hiszpańsku; zna podstawy arabskiego. Nie sięga po kolorowe drinki, a alkohol najlepiej smakuje mu w czystej postaci – w pierwszej czwórce ulubionych trunków mieści się tennessee whisky oraz burbon, mezcal i tequila. Niekiedy pojawia się w barze u swojego przyjaciela, pomagając mu w obsłudze gości; woli mniej tłoczne puby, niżeli popularne lokale. Posiada tatuaże
, które są dla niego bardzo znaczące. Mierzy metr osiemdziesiąt osiem wzrostu. Porusza się motocyklem
lub niezawodnym pickupem
. Południowiec wychowany w rodzinie zgodnej z poglądami Skonfederowanych Stanów Ameryki.
Poprzednie karty: I, II, III




