Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

27/07/2016

2033. You make me want to scream


dziewiętnasty maja 2015, Pittsburgh

Wiatr wzmagał się, szarpiąc jej długie, jasne kosmyki, obecnie splecione w opadającego na plecy warkocza. Słyszała tylko ciężkie, silne podmuchy, jakby głucha na pozostałe odgłosy otoczenia. Pomimo późnej wiosny na dworze było wyjątkowo chłodno, choć parę godzin wcześniej słońce raz po raz wychodziło zza chmur; teraz jednak niebo było zasnute ponurą szarością. Przyszło jej do głowy, że być może pogoda postanowiła zsynchronizować się z nastrojem – a za chwilę również kilka innych bliskich dziewczynie osób miało dołączyć do okrytego smutkiem grona. Na samą myśl o tym ze zdenerwowania ścisnęło ją w żołądku.
Ostrożnie usiadła na lodowatej ziemi, skąd była niewidoczna dla potencjalnych spacerowiczów, których przypadkiem coś wygnałoby w taką pogodę na zewnątrz, choć w wystarczającej odległości, by słyszeć, kiedy to wszystko się zacznie. Drżała na całym ciele, trochę z zimna, a trochę ze strachu, wciąż jakby niepewna tego, co zamierzała zrobić. Zbyt dobrze wiedziała, że jest już za późno: nie może się wycofać, nie teraz. Nie zmieniało to jednak faktu, iż do samego końca, jak również po wszystkim, niezależnie od podjętej decyzji, miałaby wrażenie, że postąpiła źle. Że powinna była wybrać tą drugą opcję.
Zacisnęła drobne, wyziębione dłonie w pięści i czekała niecierpliwie.

Jej serce przyspieszyło, kiedy usłyszała krzyk. To była Fanny; poczuła się nie fair wobec dziewczyny, skazując ją na dramatyczne odkrycie tylko dlatego, iż była pewna, że akurat wtedy będzie przechadzała się nad jeziorem. Nie mogła jednak zwrócić się w tym przypadku o pomoc do kogokolwiek, kogo znała lepiej – istniało ryzyko, że ktoś wykryje misternie uknuty plan. Zestresowana jasnowłosa ciaśniej otuliła się ramionami, jak gdyby za wszelką cenę chciała powstrzymać ciało przed rozpadnięciem na milion maleńkich kawałeczków. Nie ruszyła się z miejsca, nasłuchując uważnie i mając nieodparte wrażenie, że ziemia usuwa się jej spod nóg. Gwar narastał. Fanny musiała pobiec po kogoś, a wraz z nim zjawiło się na pewno sporo gapiów. Wyobrażała sobie ich wszystkich, a za nimi tłum zaintrygowanych dzieciaków. Coś boleśnie ukłuło ją w płuca. Wizja ta na nowo wzbudziła w niej tajone poczucie winy.
Widziała go, jak przepycha się między innymi uczniami; jego ciemna czupryna podskakiwała przy każdym kroku, kiedy tak spieszył, by zobaczyć na własne oczy to, o czym szeptało się w grupie. Widziała w jego oczach panikę, niemal namacalną – ten rodzaj strachu, który nakazuje działanie, kiedy jeszcze można się łudzić, że to wszystko nieprawda. Poczuła nieprzyjemny, duszący ucisk gdzieś w okolicy mostka na ułamek sekundy przed tym, nim usłyszała jego wrzask; przerażający, przecinający powietrze wrzask unosił się w górę, docierając do najgłębszych, najbardziej oddalonych dziur, wciskając się w każdą szczelinę. Spanikowana i zrozpaczona przycisnęła dłonie do uszu. Nie mogła, nie chciała tego słuchać i mieć potworną świadomość, że sama jest tego powodem. Nigdy przedtem nie słyszała, by tak krzyczał i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że taki odgłos może wydać tylko ktoś, dla kogo słowa i łzy to za mało, by uporać się ze swoim bólem. Było coś nieludzkiego w tym dźwięku: brzmiał jak płacz rannego zwierzęcia.

Uświadomiwszy sobie swoje położenie, jasnowłosa zerwała się z miejsca, starła z bladych policzków mokre ślady i zarzuciła na ramiona niewielki plecak. Poza czarnym, grubym zeszytem nie zawierał praktycznie nic: nie mogła zabrać ze sobą żadnych rzeczy osobistych. Cóż, będzie musiała zacząć wszystko od początku.


dwudziesty siódmy maja 2015, Nowy Jork, Brooklyn

Mieszkanie było niebywale ogromne.
Miało trzy sypialnie, wielką łazienkę, salon i przytulną kuchnię, w której zimą było ciepło, a latem panował przyjemny chłód. Ilekroć odwiedzała babcię wcześniej, zawsze napawało ją zdumieniem, jak osoba w wieku  tej uroczej staruszki może mieszkać samotnie w takim prawie-pałacu; a czy osoba w jej wieku mogła? Kocim chodem poruszała się po prawie dwustu metrach kwadratowych, czując się trochę, jak we śnie. Miała wrażenie, że każdy jej krok niesie się echem wśród tych ścian. Niewiarygodne. Szara i przeciętna Lilah Dewitt taką szczęściarą?
Mieszkanie pachniało babcią, tymi jej specyficznymi perfumami, których używała, mawiając, że tylko naprawdę starzy ludzie czują się na swoje lata; tymi ciastami, które tak nieustannie piekła, byleby tylko wnuki były zadowolone; tym swoim, niepowtarzalnym zapachem, który zawsze kojarzył jej się z ciepłem i bezpieczeństwem. Kiedy żyła, nie ukrywała swojej sympatii do Lilah i nieustannie wciskała jej coś do ręki: gdy miała kilka lat, były to dodatkowe cukierki lub ciasteczka, co z wiekiem zamieniło się na biżuterię, pieniądze i papierosy. Nie mogła sobie darować, że nie odwiedziła jej przed śmiercią, że była zbyt pochłonięta własnymi sprawami przez okrągły rok, że nawet nie znalazła ani jednej chwili, by do niej zajrzeć.
A teraz ten spadek, to mieszkanie.

Nikomu nie powiedziała. Rodziców i tak to nie interesowało, a przynajmniej nie wiedzą, dokąd przychodzić po pieniądze. Bo wiedziała, że byliby w stanie z tej swojej wioski dojechać aż tutaj, byleby coś wyżebrać. Wiedziała też, że na pewno by się ugięła. Nie chciała tego robić – po pierwsze, bo pieniądze były niejako tylko dla niej, po ukochanej babci, a po drugie: dla zasady. Oni nie dali jej w dzieciństwie nic, prócz darmowych dramatów, do których nie był potrzebny nawet ekran telewizora, więc dlaczego i czym miałaby się odwdzięczać?
Przed rodzeństwem z kolei zataiła cały fakt, bo to byłoby dość raniące, wiedzieć, iż najmłodsza smarkula otrzymała w prezencie takie ogromne mieszkanie, a oni muszą się gnieździć z rodziną w rozpadającej się klitce (Melanie) albo spać w wynajmowanych przez firmę przyczepach z innymi pracownikami (Caleb). Alyssa, być może przez to, że i ona do czegoś w życiu doszła, mając niesłychane szczęście, była najbardziej przychylna młodszej siostrzyczce, bo do tej pory nie miała o co mieć żalu. No właśnie. Do tej pory.

Babcia chyba nie lubiła jej sióstr, tak się przynajmniej Lilah wydawało. Największym uznaniem cieszył się Cal, wyczekany chłopiec, ale z chwilą, gdy zaczynał rozrabiać i odwracać się od przychylnej mu staruszki, dobroć szybko się skończyła. Cóż było mówić, babcia ostro pilnowała swoich interesów, inwestując w tych, którzy, w jej mniemaniu, na to zasługiwali. A najmłodsza wnusia z jej wynikami w nauce zasługiwała z całą pewnością. Twarda z niej była kobieta, można by rzec: kobieta interesu, co to nie pozwoli sobą pomiatać i nie ma najmniejszego zamiaru wracać do kogoś, kto sobie tego nie życzy, niczym kopnięty przez właściciela pies.

Upodobała sobie najmniejszy, ciemny pokoik na końcu mieszkania. Miał granatowo-szare ściany, łóżko, na którym spokojnie mieściły się dwie osoby, a jego okna wychodziły wprost na przytulny park z tyłu budynku. Onieśmielona ogromem tego, co niespodziewanie otrzymała, przesiadywała w sypialni godzinami, obserwując przez szybę życie, toczące się po drugiej stronie, i tylko parę razy dziennie, dosłownie na kilka minut, wychodziła, by zaparzyć herbatę. Przerażała ją ta pustka, ten przepych, ta wszechobecna nowoczesność... Czuła się tak, jakby tak naprawdę wcale nie miała prawa tutaj być. Nierozerwalna więź łączyła to mieszkanie z jej babcią, więc Lilah nieustannie żyła w strachu, że nocą spotka na jednym z zakrętów ducha starszej pani.

Cicho, cichutko, cichuteńko.

Delikatnym krokiem przewędrowała z salonu do łazienki, a stamtąd do kuchni, gdzie usiadła, wpatrując się w widok za oknem. Nadal nie mogła, nie potrafiła w to uwierzyć. Jeszcze kilkanaście dni temu nie miała nic. Teraz mogła uchodzić za prawdziwą bogaczkę. Dotąd była zbyt oszołomiona, by zastanawiać się, co zrobi z odziedziczonymi pieniędzmi, ale teraz zdążyła już pojąć, że duma, ambicja i ośli upór nie pozwolą jej żyć na czyjś koszt – nawet, jeśli taka była jego ostatnia wola. Musiała dojść do czegokolwiek w życiu sama, nie podpierając się finansami, które spadły jej z nieba, bo inaczej nie da się tego nazwać. Nie chciała od nikogo pomocy. Potrafiła dać sobie radę sama.
Tylko dlaczego w takim razie czuła, że nieustannie musi to udowadniać?


jedenasty października 2015, Nowy Jork, Brooklyn

– Hej. – Poczuła ponaglające szturchnięcie w ramię, nieprzyjemnie wyrywające ją z i tak płytkiego snu. – Hej, Ginger. Obudź się.
– Mhmm... – mruknęła, nie otwierając oczu i przekręcając się na drugi bok. – J-ż... wst-ję.
– Taa, właśnie widzę – kobiecy głos nieprzyjemnie drażnił jej uszy. – Rusz wreszcie swój chudy tyłek z tego łóżka. Śpisz i śpisz od wczoraj rano. A tymczasem ktoś już drugi raz dobijał się do drzwi.
– Co ty mówisz? – Lilah oprzytomniała nagle, zrywając się z prowizorycznego posłania i przeczesując palcami potargane włosy. – To znaczy kto?
– A bo ja wiem? Wysoki taki, szatyn chyba, ciemne okulary. Tyle ci mogę powiedzieć.
– Otworzyłaś mu? – Dziewczyna, przerażona możliwym rozwojem wydarzeń, niespokojnie szarpnęła za klamkę, wychodząc na korytarz, po czym ruszyła w stronę drzwi.
– Co ty, chora? – Kobieta skrzyżowała ramiona na piersi, idąc za nią, podczas gdy na jej twarzy uraza mieszała się z rozbawieniem. – Przecież nie jestem głupia. Może to jakiś psychopata albo zboczeniec? Skąd ja miałabym to wiedzieć, hę?
– Dobra, już dobra – Lilah zerknęła na klatkę, upewniając się, że za drzwiami nikt nie stoi, po czym odetchnęła z ulgą. Choć może nie do końca. – Napijesz się kawy?
– Próbujesz wkupić się z powrotem w moje łaski kawą?
– A czemu nie? Lubisz kawę. Kawa chyba też ciebie lubi, jakaś taka spokojniejsza się stajesz i bardziej życiowa – spojrzała na nią z ukosa, miną zawodowego pokerzysty maskując uśmiech. 
– Nie pozwalaj sobie. 
– Nie będę. To zrobić ci kubek, czy nie?
– Zrób. Duży kubek. Albo dwa.


czternasty lutego 2016, Nowy Jork, Brooklyn, 00.24

– Śpisz?
– Nie. A ty śpisz?
– Nie śpię. Chyba nie mogę zasnąć.
– To próbuj, a nie, gadasz i gadasz. Dobranoc.
– Kiedy mi się nie chce spać.
– To idź pooglądaj telewizję. Dobranoc.
– Dziś Walentynki.
– Wiem. Dobranoc.
– Ależ jesteś marudna, kiedy się nie wyśpisz.
– Jeśli jeszcze nie zauważyłaś, właśnie próbuję nadrobić straconą noc, by nie być marudna i jutro.
– Dzisiaj.
– Co?
– Dzisiaj. Już po północy. Skoro nie wiesz, która jest godzina, skąd masz pewność, że trafiasz w dzień i faktycznie są te Walentynki?
– Ufam ci, choć to chyba błąd. Dobranoc.
– Nudziara.
– Amy, daj mi spać.
– No dobrze, już dobrze. Przypomnij mi, że rano mam się ciebie o coś zapytać.
– O co?
– Nie teraz. Dobranoc.
– Amy!


czternasty lutego 2016, Nowy Jork, Brooklyn, 12.17

– A co, jeśli... – zaczęła cicho Amy, wyraźnie się wahając. – Jeśli kocha się kogoś w t e n sposób, choć powinno się całkiem inaczej?
– Co masz na myśli?
– No wiesz. Kiedy na przykład brat kocha siostrę albo odwrotnie. Taka dziwna miłość. Chuj, że nieodwzajemniona, gorzej, że niestosowna.

Lilah przyjrzała się jej uważnie, długo, długo. Za długo. 

– Przecież ty nie masz rodzeństwa, Am.
– Taaaak... – panna James zarumieniła się delikatnie; prawie nic nie było widać, a jednak nie umknęło to uwadze jej towarzyszki. – Ani biologicznego, ani przyrodniego... Ale to tylko taki głupi przykład. Zapomnij, że w ogóle pytałam.
– Chodzi ci, że ktoś, z kim spędza się tyle czasu, co zazwyczaj z rodzeństwem i tak samo mocno zna jego słabości?
– Punkt dla ciebie – wyznała przygnębiona. 

Lilah milczała wymownie dłuższą chwilę. 

– Milczysz. Oczywiście, sama też bym milczała. 
– Myślę.
– I co wymyśliłaś?
– Że w takim wypadku... chyba należy przestać ich kochać.
– To możliwe?
– Czy ja wiem? Raczej nie...


czternasty lutego 2016, Nowy Jork, Brooklyn, 23.12

Jej włosy były miękkie w dotyku, delikatne jak sieć pajęcza, ciemne – niby gorzka czekolada. Skórę miała w innym odcieniu, kontrastującym z przeraźliwie jasną karnacją swojej przyjaciółki. Ciało promieniowało ciepłem tak, że chociaż leżała na drugim końcu łóżka, i tak było jej gorąco.
Rozmyślnie nic nie mówiła, chociaż wiedziała, że Amy nie śpi. Po tym wszystkim, co dzisiaj wypłynęło na powierzchnię, czuła się jakoś nieswojo i obco. A jednocześnie całkiem przyjemnie było tak leżeć i milczeć, wiedząc, że drugiej stronie to nie przeszkadza. Męczyła ją jednak niepewność; bo tak naprawdę, czy którakolwiek z nich powiedziała coś wprost?
Nie. Nie powiedziała.

Lilah przewróciła się na plecy, wbijając wzrok w sufit i śledząc niewyraźne wzory na suficie. Mieszkanie znajdowało się na jedenastym piętrze, więc światła latarni nie docierały do zacienionej sypialni, którą sobie upodobała. Ciemność nie przeszkadzała dziewczynie. W ciemności łatwiej jest ukryć wiele rzeczy.
Na przykład uczucia.
– Lilah... – dobiegło ją z lewej strony.
– Tak, Am. Ja też.

26/07/2016

2032. Cholerni prawnicy


Nie, ja to rozumiem. Staram się wręcz zrozumieć wszystko - w każdym możliwym wariancie rozważyć wszystkie za i przeciw. Mimo to wciąż wydaje mi się, że nie jest to wystarczające. Wciąż gdzieś jest luka, w którą można włożyć dłoń i pomachać. Wciąż jest to coś, czego nie zauważyłam - zawsze jest jakimś mankament, którego nie udało mi się poprawić. Zupełnie tak, jakbym w każdej, nawet najprostszej sprawie była beznadziejnie zła. Tak się właśnie czułam - niewystarczająca. Albo głupia.
- Głupia… - rzucił, spoglądając na mnie tym swoim wzrokiem.
Jakim wzrokiem, Em? Jakie spojrzenie sobie możesz wyobrazić na tyle, że dasz radę przenieść je na kartki papieru? Nigdy nie widziałaś jego spojrzenia - nigdy nie byłaś na tyle odważna, żeby w takim momencie podnieść głowę i dać sobie powiedzieć w twarz cokolwiek. To wszystko zawsze było takie… Jednostronne. On coś mówił, a ty potrafiłaś tylko i wyłącznie stać z opuszczoną głową i kiwać nią w niektórych momentach. Może wkradło się tam coś w stylu bezsilności? Mogłaś to też nazwać lenistwem, brakiem wiary w siebie i swoje przekonania. Jednak nieważne jaką nadałaś temu nazwę - w głównej mierze bazowało to na tym, że się go bałaś. Nie potrafiłaś odpowiedzieć mu nawet na proste pytania, które mogłyby wyjaśnić Twój tok myślenia. Bo się bałaś. Nie wiedziałaś jak masz to powiedzieć, bo i tak zawsze było to niewystarczające. Zawsze Twój argument był słabszy i zdawałaś sobie z tego sprawę - więc po prostu zamykałaś grzecznie usta i darowałaś sobie wszelkie pogawędki. Mimo iż mówił, nie potrafił zmienić Twoich poglądów i racji. Ale nie mówiłaś mu. Przytakiwałaś nie dlatego, że tak jest łatwiej. Po prostu nie było innego wyjścia, albo go nie widziałaś. Czy kiedykolwiek jeszcze zobaczysz? Nie. Może to i lepiej.
Przy znajomych również nie byłaś sobą - szczerzyłaś z początku zęby, uśmiechałaś się całkowicie szczerze wspominając o tym, że niedługo zamieszkacie razem. Ma cudowny dom w centrum Manhattanu z hebanowymi meblami. Wszystkie krzesła i kanapy mają białe obicia. Ma pokój otoczony oknami, które dokładnie o tej i tej godzinie podnoszą się, wpuszczając do sterylnie wyglądającej sypialni pierwsze promienie słońca. W jego penthousie nie wyglądałaś jednak jak osoba. Nie jak prawdziwy człowiek, który ma swoje potrzeby, pasje, emocje. Byłaś swojego rodzaju dodatkiem do jego hebanowych mebli i świetnie wyposażonej kuchni. I wszyscy zapewne to widzieli. Jednak nie widzieli tego, co działo się za tą całą kurtyną. Stałaś i kiwałaś głową, gdy on…
- Jeśli chcesz stąd wyjść, to wynocha. Zamieszkaj z nim. Pracujcie za średnią krajową. Kupcie sobie po pięciu latach używany samochód. Wynajmijcie mieszkanie na Bronxie. Spłacajcie kredyty. Jeśli nie chcesz takiego życia, to odpuść.
Ale on w rzeczywistości nigdy nie powiedział Ci za ile pracuje - a co więcej, nigdy nie pytał o to Ciebie. Nigdy nie zapewnił Ci samochodu, kupionego w salonie i opłaconego z własnej kieszeni. Nigdy nie wynajął dla Ciebie mieszkania, nie wziął na siebie Twojego kredytu. Nigdy nie zrobił dla Ciebie niczego, co różniłoby się od życia, które opisał. Dlaczego więc mu zaufałaś? Brzmiał tak obrzydliwie opisując życie Twoich znajomych, przyjaciół. Ludzi, których cenisz. Brzmiał tak, jak gdyby używany samochód i średnia krajowa były wyznacznikiem idiotyzmu, beznadziejnego życia. Gorszego życia niż jego życie. Ale jak można nazwać życie, które w większym stopniu opiera się na niszczeniu żyć innych? Na bezustannym rozkazywaniu swoim bliskim, na traktowaniu swoich przyjaciół na pozór normalnie. Jak wspaniałe może być życie, które opiera się na manipulacji i wykorzystywaniu? Zastanawiałaś się nad tym, szczególnie gdy mówił Ci o tym, jak łatwo jest kogoś zmanipulować. Wtedy możliwe, że przez głowę przeszła Ci myśl o tym. “Czy on mógł zrobić to mnie”? Ależ skąd. Był kochany. Był wspaniałym facetem, który dbał o Ciebie. Walczył, niszczył innych, żeby zapewnić Ci prawdziwy, najwspanialszy byt. Który nie polega na kredycie, używanym samochodzie i pracy za średnią krajową. Tylko to były słowa… Wiedział, że boisz się swojej przyszłości i tego, co może w związku z nią nadejść. Wiedział, że czujesz presję po utracie rodziny. Wiedział o Twoim rodzeństwie, obowiązkach. O wszystkich marzeniach, które recytowałaś mu przed snem, gdy się dopiero poznaliście. Wtedy wydawało się to zupełnie inne. To wtedy zaczęłaś paplać swoim znajomym jak bardzo jesteś pewna tego uczucia. Jakim on jest wspaniałym facetem, który mógłby walczyć za Ciebie i przenosić góry. Który zrobiłby dla Ciebie wszystko. Ale on dobrze wiedział jak to działało - później poczułaś presję. Kiedy przestał być już tym księciem z bajki, nadal chciałaś go takim widzieć. A co więcej, chciałaś, by tak odbierali go inni. Ale to była Twoja wina - nie umiałaś go zrozumieć, pocieszyć. Opowiadał Ci o tym jak znajdował porzucone niemowlęcia. Jak znowu przyszedł na miejsce zbrodni, a tam była kobieta, która strzeliła sobie w głowę. Płyny z jej mózgu zajęły całą tapetę w ich kawalerce. W tym problem, Brad. Ty przychodziłeś na miejsca, w których ktoś już umarł.
Nigdy nie słuchałeś, gdy opowiadałam Ci o kobiecie, która straciła dziecko. Nigdy nie widziałeś ludzi chorych na nowotwór, którzy prosili o śmierć. Mieli dość natrętnej rodziny, zmuszającej ich do przyjmowania kolejnych dawek chemii. Widziałam, jak ulotne jest życie, Brad. Ale Ty nie słuchałeś mnie w żadnym stopniu. W naszej codzienności było miejsce tylko na Twoje opowieści - większe i mniejsze. Po jakimś czasie bałam Ci się opowiadać o swoich przemyśleniach, bo wiedziałam, że zobaczę tylko ponury ruch ramionami. Przewracasz oczami. Zawsze to samo. To ja byłam tą niewystarczającą częścią, która nie potrafiła zrozumieć. To ja. Ale to Ty ignorowałeś moje zwierzenia mówiąc, że masz swoje problemy.
- Nie mogę już tego słuchać. Kobieto, daj spokój. Ile razy mam mówić?! Nie. Chcę. Nie. Chcę. O. Tym. Słuchać.
Idiotyzm, prawda? Jednak ja nigdy nie miałam odwagi powiedzieć, że to idiotyzm. Nie byłam na tyle silna by powiedzieć, że mam tego dość. Nie jestem głupia. Zrozumiem jak powiesz to raz, bez przerw. Ale Ty na każdym kroku starałeś się zrobić ze mnie idiotkę. Kogoś, kto jest beznadziejny w każdym calu tego, co robi. Kogoś, kto nie rozumie, nie słucha, kogo nic nie obchodzi. Nasi wspólni znajomi przez jakiś czas mówili, że to złe. Wiedzą, w czym rzecz, że złe traktowanie. Jak Ty z nim wytrzymujesz? Jednak kiedy przychodziło co do czego, to stali i kiwali głową. Jak Emily mogła mu to zrobić?
Cholerni prawnicy.

22/07/2016

2031. I won't be lost forever


do karty Josie, ale już!
 

Zainteresowanych zapraszam do dwóch poprzednich notek, które dotyczą życia Sloan.
Pierwsza i druga część. 

_________________________________


__________________________________


— Maggie! Na litość boską!
Sapała, dyszała i prychała jak umęczony po ciężkim biegu koń, a na dobrą sprawę przebiegła niespełna pół kilometra. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak cholernie się zestarzała i zaniedbała przez ostatnie pół roku. Wychudła, a to wcale nie prezentowało się ładnie, ramiona stały się obwisłe, brzuch wklęśnięty, a żebra widocznie i nieprzyjemnie wyczuwalne nawet przez najgrubszy sweter. Teraz, kiedy zatrzymała się na środku ścieżki dla amatorów sportu, oparła dłonie na biodrach i próbowała złapać oddech. Mogłoby to wyglądać komicznie, ale wcale nie czuła się rozbawiona. Łzy zbierały się w ciemnych, brązowych oczach, a zarumienione policzki przybierały raczej niezdrowy kolor. Pochyliła się i dopiero wtedy oddech zaczął wracać do normy.
— Sloan, Sloan, Sloan… — Maggie wybuchła gromkim śmiechem, kiedy podbiegła do starszej siostry i poklepała ją po plecach. Stała obok i czuwała nad jej bezpieczeństwem, chcąc się upewnić, że nie będzie musiała dzwonić po karetkę. — Nie rozumiem po co to wszystko. Nigdy ze mną nie biegałaś, a teraz? O co chodzi, Slo?
Sloan nie chciała się przyznać, ale po ostatniej rozmowie z wysłannikiem mafiozo nie czuła się na siłach, aby unikać rodziny bądź szperać w sprawach, w których nie powinna, choć zdarzały się momenty, kiedy otwierała nieodpowiednie maile o nieodpowiedniej zawartości. Niemniej, coraz częściej czytała o kradzieżach, napadach i atakach na wcale nieprzypadkowych ludzi. Wiedziała doskonale, kto jest sprawcą. Policja i prokurator również, ale nie mieli dowodów. Nie mogli nic zrobić, a mafia terroryzowała miasto, a właściwie tylko pewną część przedsiębiorstw i przedsiębiorców, którzy zagrażali ich własnemu interesowi. Ona miała dowody, ale była zbyt przerażona utratą młodszej siostry i matki. Fakt faktem, nigdy nie miała z nimi najlepszego kontaktu. Nie cieszyły ją wspólne babskie zakupy i wypady do SPA. Nie odczuwała radości z oglądania głupich romansideł w telewizji i unikała wieczornych wyjść do kina na kolejną, banalną komedię romantyczną. Różniły się, a różnice te pogłębiały jedynie tęsknotę za ojcem, który mógłby jej teraz pomóc. Zapewne doradziłby, co powinna zrobić.
Wyprostowała plecy, kiedy tylko udało jej się uregulować jako tako oddech, a serce nie waliło już jak oszalałe. Uśmiechnęła się do blondynki, która nadal wyglądała na niezwykle rozbawioną. Sloan lubiła zadawać pytania, ale nie lubiła udzielać odpowiedzi na pytania, które dotyczyły jej osoby.
— Co powiesz na zakupy?
Maggie prychnęła i pokręciła z niedowierzaniem głową. Mogła odnieść wrażenie, że kosmici podmienili jej siostrę i wcale nie byłoby to dziwne. I dziwnym nie byłby też fakt, że kosmici współpracowaliby z rządem Stanów Zjednoczonych. Byłoby to bardzo w stylu Sloan.
— Jeśli mnie złapiesz! — Maggie rozbawiona i tryskająca niezwykle młodzieńczą energią rzuciła się biegiem przed siebie, nie osiągając nawet zadowalającej prędkości, ale dla Sloan to było za wiele. Uniosła ręce do nieba i teraz to ona zaczęła się śmiać, siadając na środku ścieżki. Nic dziwnego, że po chwili stała się ofiarą wypadku rowerowego.
~*~

Opatrując obdarte kolano zastanawiała się, czy nachodzenie i natarczywe wkraczanie w życie młodszej siostry nie mogłoby zostać zakwalifikowane jako stalking. Ze skupieniem polewając skaleczenia wodą utlenioną, musiała co rusz odganiać namolnego psiaka, który za cel postawił sobie wylizanie całego specyfiku oczyszczającego rany. Myśli kotłowały się w głowie w cholernie nieprzyjemny sposób, słowa podwładnego wpływowego mafiozo zrobiły na niej wrażenie i choć w opinii bliskich, nielicznych osób uchodziła za nieustraszoną, teraz zaczynała bać się nawet własnego cienia, a o życie siostry modliła się każdego wieczoru. A trzeba zaznaczyć, że gorliwie wierzącą nigdy nie była.
Jedno było pewne — butna i rezolutna Sloan Ramsey miała plan. Ale plan ten miał status wysokiego ryzyka, jego realizacja musiała być skrupulatnie przemyślana, nic nie mogło zachwiać się w monstrualnej machnie zwanej wymiarem sprawiedliwości. Najważniejszymi czynnikami były współpraca i szybkość. Wszystkie organy musiały chcieć z nią współpracować i musiały uwierzyć jej na słowo, bo przedstawienie dowodów mogło nieść kolejną falę ryzyka, która zmieniłaby się w fiasko, które z kolei przyniosłoby śmierć małej Maggie. Sloan zakleiła ranę plastrem z opatrunkiem, po raz kolejny odsuwając pysk psiaka, który niezadowolony wymruczał coś, a potem ziewnął i bezpretensjonalnie rozwalił się na panelach.
Upał dawał się we znaki nie tylko ludziom, którzy chowali się w każdym miejscu, które oferowało cień i coś chłodnego do picia. Sloan z czułością podrapała pupila za uchem i sama padła na kapę, przymykając powieki. Na dobrą sprawę od kilku miesięcy nie mogła spać spokojnie, dlatego każdą drzemkę, która przychodziła znienacka traktowała jako zbawienie. Sen przyszedł szybko. Nie słyszała nawet szczekania psa.

Budynek miał ograniczony przepływ światła i świeżego powietrza. Blaszane ściany i dach szybko nagrzewały się, sprawiając, że wewnątrz było jak w saunie. Śmierdziało ludzkim potem, szczynami, dymem nikotynowym i alkoholem. Głośne, rubaszne głosy rozdzierały jej uszy. Ocknęła się, podnosząc lekko głowę. Zesztywniały kark, do którego kleiły się mokre od potu włosy, ograniczał jej ruchy, a co za tym idzie — pole widzenia. Wszystkie mięśnie piekły, w ogóle nie czuła siłą ściągniętych do tyłu rąk. Sznur nieprzyjemnie wpijał się w kostki unieruchomione przy nogach twardego, drewnianego krzesła. Odkaszlnęła, co tylko spotęgowało suchość w podrażnionym gardle. Otworzyła oczy, a wszystko wokół było zamazane, jakby za mgłą. Próbowała wziąć głębszych wdech, ale nawet tak prosta, bezwarunkowa czynność przychodziła z bólem.
— Budzi się! Szefie, mamy ją! — krzyknął jakiś mężczyzna. Z tonu jego głosu można było wywnioskować, że jest niezwykle zadowolony z tego, co zaanonsował pozostałym. Zaraz za nim wszyscy zebrani zaczęli się śmiać. Musiało być ich około dziesięciu, co wywnioskowała po ciężkich krokach na wylanej betonem posadzce. Do jej uszu dotarł także charakterystyczny dźwięk przeładowywanego pistoletu. Dopiero teraz poderwała głowę, prostując się na tyle dostatecznie, aby spojrzeć w twarze swoich oprawców.
Dumni, wielcy i eleganccy. Łyse głowy niektórych świeciły w bladym świetle dwóch jarzeniówek, włosy pozostałych były zaczesane do tyłu i wyglądały jak potraktowane brylantyną. Mieli garnitury, wypolerowane buty, skórzane paski i drogie zegarki. Ściągali właśnie marynarki i podwijali rękawy białych koszul. Zapięci niemal pod samą szyję nie kryli wyrazu zadowolenia, a po ich czołach i policzkach spływały strużki potu. Oczy przepełnione nienawiścią i pogardą spoglądały na nią, usta wyginały się w parszywych uśmiechach.
— Taki mały ptaszek… — zaczął jeden z nich. Najniższy, najelegantszy. Pan Brasi. Poznała go od razu. Wiedziała, że to on. Wytatuowane „B” na szyi potwierdzało tylko jej spekulacje.
Splunęła, kiedy zaczął podchodzić bliżej.
— A tak bardzo zaszkodził — wychrypiała, nagle przestając odczuwać jakikolwiek strach. Nie miała obaw i nie miała wątpliwości. Wiedziała, że zaraz umrze. I będzie to piękna śmierć. Godna.
Poruszenie wśród mężczyzn nie uszło jej uwadze. Ich uśmiechy były coraz to paskudniejsze. Przepychali coś do przodu, podwali między sobą jak kukłę, która nie jest do niczego potrzebna. Drobna, blond włosa dziewczyna klęczała teraz przed Sloan. Kobieta poznała kręcone włosy, delikatne ramiona i złoty łańcuszek z przepiękną zawieszką. Miała dokładnie taki sam. Prezent od rodziców na osiemnaste urodziny.
— Wypuśćcie ją! Ona nic nie zrobiła! Wypuść…
Łzy płynące po policzkach nie robiły na nikim wrażenia. Maggie podniosła głowę. Uśmiechnęła się. Jej uśmiech różnił się od ściany parszywych grymasów tuż za nią. Pistolet przystawiony do jej potylicy pojawił się tam w ułamku sekundy. Równie szybko wystrzelił, a huk wypełnił pomieszczenie, uszy i myśli.
Krzyczała. Krzyczała. Próbowała zagłuszyć to, co zobaczyła. 

Krzyk przeszył ciszę panującą w niewielkim mieszkaniu na szóstym piętrze w podstarzałej, ale zadbanej kamienicy. Sąsiedzi byli przyzwyczajeni do wrzasków, które towarzyszyły na ich poziomie od przeszło czterech miesięcy. Początkowo dobijali się do drzwi i próbowali dojść przyczyny rozchwiania sąsiadki, która zwykle bywała zamknięta w sobie, ale sprawiała wrażenie sympatycznej. Teraz też nie zareagowali. Jones oglądał mecz hokeja i tylko zmarszczył czoło, kiedy do krzyku doszło głośne psie szczekanie. Pani Mellie z naprzeciwka oderwała się od garnka z domowym dżemem i westchnęła, żałując, że ściany są tak cienkie. Hilary z trójką dzieciaków nawet nie przerwała zabawy. Nikt nie zerwał się z miejsca, bo nikt nie widział w tym sensu. Namawianie na wizytę u psychiatry stało się zbyt namolne.
Holmes szczekał, a kiedy Sloan otworzyła oczy i poderwała się do pozycji siedzącej, wylizał niemal całą jej twarz. Robił to do momentu, w którym kobieta nie uśmiechnęła się i nie przytuliła do futrzastego, miękkiego karku.
— Masz rację. Pora na spacer, Holmes.
Wychodząc przed budynek nie zauważyła ciemnego, błyszczącego od nowości auta, w którym siedziała dwójka podejrzanych mężczyzn. Idealne kopie tych, których znowu wyśniła. Otworzyła drzwi starego forda i odchyliła fotel od strony pasażera, wpuszczając Holmesa na tylne siedzenie. Lubiła spacerować nieco poza centrum, dlatego wpierw musieli opuścić zatłoczone ulice.
Kolejny z rzędu sen, który według niej był proroczy, pozbawiał ją resztek normalności i umiejętności racjonalnego myślenia. Bała się coraz bardziej, spała coraz mniej, a decyzji nadal nie potrafiła podjąć. Plan, który obmyśliła nie był idealny, ale był jakimś planem. Mogła go zrealizować albo opuścić miasto, tym samym odcinając się od najbliższych i wiodąc zupełnie inne życie w zupełnie innym miejscu. Kochała Nowy Jork, do tej pory przynosił jej ukojenie, a znajome miejsce były azylem. Lubiła też bycie sobą i swoją, nie zawsze bezpieczną pracę. Dopóki na każdym rogu nie wpadała na kogoś, kto wyglądał podejrzanie. Bała się prawie każdego mężczyzny, który wyglądem pasowało do stereotypowego mafiozo.
Niespiesznie truchtając po wysypanej kamieniami ścieżce starała się nie tracić z oczu owczarka, który biegł znacznie szybciej od niej, ale co chwilę wracał, aby upewnić się, czy właścicielka nadal jest z nim. Było źle. Z trudem łapała oddech, w końcu zrezygnowana przeszła do zwykłego marszu. A z nieba lunął deszcz. Rozłożyła tylko bezradnie ręce i zaczęła się zastanawiać, w którym momencie przegrała swoje życie. W którym miejscu jej ciekawość i zawziętość sprawiły, że zdążyła zaprzedać duszę diabłu i pozostawać na łasce człowieka, który nie znał takiego słowa?
~*~ 

— Musimy porozmawiać. — W niewielkiej, cichej i z pewnością niezatłoczonej cukierni dosiadła się do mężczyzny w średnim wieku, który prezentował się całkiem, całkiem, a szyty na miarę garnitur tylko podkreślał jego atuty. W bluzie z kapturem, który miała naciągnięty na głowę i w okularach przeciwsłonecznych nie wyglądała jak ktoś, z kim mężczyzna lubi spędzać czas. Właściwie wyglądała jak człowiek przeciwko któremu facet lubił pracować i wnosić oskarżenia. Przyciągnęła do siebie talerzyk z torcikiem bezowym, ale nawet nie tknęła wypieku. Odstawiła go dalej, aby nie kusił ani jej, ani jego.
Mężczyzna wydawał się być nie tyle zdziwiony, co zniesmaczony jej zachowaniem, ale wzruszył ramionami i tym samym dał jej znać, że jest gotów jej wysłuchać, choć znudzone spojrzenie mówiło co innego. Wiedział, że w życiu niewiele może go zaskoczyć.
— Jest pan prokuratorem.
— Owszem. I co to ma do rzeczy? — Głos miał przyjemny, ciepły. Idealnie nadawałby się na spikera radiowego.
— Nie skończyłam. Wiem, że od paru lat ciągnie się za panem sprawa rodziny Brasi. I wiem, że wsadził pan z kratki nie tego, co trzeba. Mam dowody i zanim pan zechce coś powiedzieć, muszę zaznaczyć jedno… Oddam je tylko wtedy, kiedy zagwarantuje pan ochronę. Mnie i mojej rodzinie. Program ochrony świadków. Obiecuję, że…
— Jesteś śmieszna, żeby negocjować ze mną w ten sposób. Ty i dowody? Pewnie jesteś kolejnym żądnym afery pismakiem. Uwierz mi, nie jesteś pierwszą, która przychodzi tutaj z podobnymi żądaniami i domniemanymi dowodami. — Skrzyżował ręce przy piersi i pokręcił lekko głową. — Słuchaj, moja panno, jeśli to wszystko co masz do powiedzenia…
— Niech pan poczeka. — Wyciągnęła z plecaka teczkę, ale nie podała mężczyźnie całej. Wybrała jedną z kilkudziesięciu kartek dowodów, które zdobyła dzięki pomocy Slasha. Przesunęła nią po blacie stolika i rozejrzała się nerwowo dookoła. Jeśli jej plan nie wypali, umrze jeszcze dzisiaj. Doskonale o tym wiedziała. Zapewne, jako niechciany szkodnik, była obserwowana.
Czytał, wodził wzrokiem po kartce i z każdą chwilą był coraz bardziej zdziwiony. Zerkał na młodą kobietę i musiał stwierdzić, że część z tego, co mu przedstawiła, pokrywała się z tym, że zdołał sam zbadać i potwierdzić. Nie miał pojęcia, kim była siedząca przed nim kobieta, ale miał wrażenie, że jako jedyna przynosiła mu konkrety. I cholernie się bała. Bo kiedy ściągnęła okulary, jej oczy świadczyły o jednym. O strachu. Pieprzonym strachu. Wpatrywał się w nią z niedowierzaniem, kiedy radosne „Somewhere over the rainbow” zagłuszyło ciszę.
— Mamo… Mamo! Uspokój się, proszę! Mamo… — Sloan odsunęła telefon od ucha, spoglądając na mężczyznę. Teraz oprócz strachu w jej oczach gościła również furia. Czysta, piekielna wściekłość. — Musi zawieźć mnie pan do domu.
Wstała. I nie czekając na odpowiedź lub jakiekolwiek protesty, opuściła cukiernię zatrzymując się przy czarnym lexusie. Żałowała, że dostała się tutaj metrem i nie miała pod ręką starego forda. Nie zdziwiłaby się też, gdyby prokurator nie zdecydował się na pomoc, ale ten składając kartkę, ruszył w jej stronę. I tylko cicho spytał o adres.

Przedmieściami wstrząsnęła tragedia. Tłum gapiów zbierał się pod jednym z tych perfekcyjnych domów z perfekcyjnym, idealnie skoszonym, cudownie zielonym trawnikiem. Ambulans stał na podjeździe, a przy chodnika dwa zaparkowane radiowozy. Ktoś robił zdjęcia, bo rozbłysk się flesz. Funkcjonariusze grodzili działkę żółtą taśmą, kiedy czarny lexus podjechał pod wskazany przez Sloan adres. Wybiegła z auta, przeciskając się między sąsiadami, którzy nieprędko zdali sobie sprawę z jej obecności, a kiedy to zrobili, przepuszczali ją, przestając się nawzajem przekrzykiwać. Po prostu milkli, cofali się i opuszczali głowy.
Zauważyła matkę siedzącą na jednym z czterech schodków, które prowadziły na niewielką werandę. Obok niej stała młoda policjantka. Funkcjonariuszka próbowała pocieszyć kobietę, poklepywała ją po ramieniu, coś mówiła, ale po policzkach niedoświadczonej policjantki płynęły łzy. Sloan, ignorując krzyczącego za nią prokuratora, wbiegła do domu, skierowała swoje kroki do kuchni, niemal nie wdeptując w kałużę krwi.
Zwykle pełne blasku oczy Maggie były pozbawione jakiekolwiek życia. Wpatrywały się w nią, a na bladych ustach zastygło rozpaczliwie wołanie. Sloan zaczęła krzyczeć.
Krzyczała. Próbowała zagłuszyć to, co zobaczyła.

Trzy miesiące później…
Parterowy dom na strzeżonym osiedlu zdawał się być spełnieniem marzeń. Dwie duże sypialnie, salon i kuchnia, otwarta przestrzeń, basen na podwórku i wyschnięta trawa przed domem. Intensywne słońce Florydy dawało popalić nie tylko ludziom. Holmes wybiegł tuż przed nią, pobiegł przywitać się z sąsiadem, który codziennie rano z uporem maniaka podlewał kawałek trawnika. Pomachał do niej, stojąc nadal w szlafroku, a kobieta odmachnęła gazetą, po którą przed chwilą się schylała.
— Piękny mamy dzień, prawda, Rosie? — zawołał, wolną ręką głaszcząc domagającego się pieszczot owczarka. Śmiał się. Był taki beztroski.
Przefarbowana na jasny blond, ze sporymi już odrostami, dwudziestoośmioletnia Rosemary Stone przywołała na usta promienny uśmiech. Nadal uczyła się tego, jak nie być cholerną Sloan Ramsey. Zaśmiała się, choć nie był to śmiech, którego chciała słuchać. Przeczesała włosy, odgarniając je z twarzy.
— Lepszy od poprzedniego! — Rosie odpowiedziała z uśmiechem, dopełniając codziennego rytuału i zawołała psa, znikając w głębi domu, do którego rzadko kiedy wpuszczały z matką światło słoneczne. Trzasnęły drzwi, oparła się o nie i westchnęła. Upuściła gazetę na stertę gazet sprzed kilku dni.
— Lepszy od poprzedniego… — powtórzyła. Podeszła do okna w salonie i powoli odsłoniła roletę, a promienie słońca zalały jasne i przestronne, niekompletnie umeblowane wnętrze.
Nie miała siły krzyczeć.

______________________
Tym samym Sloan zostaje zesłana na przymusowy urlop fabularny.
Mam nadzieję, że kiedyś do niej wrócę.

14/07/2016

2030. Nie potrafię


[...] Wykąpała go jeszcze raz. Polewała jego ciałko zimną morską wodą. Zmoczyła mu włosy, uważając, żeby mu się nie nalało do oczu. Nie okazał, że to przyjemne, ale też nie protestował. Cicho leżał w jej ramionach, pozwalając się myć.
Annie wiedziała, że w końcu się obudzi z odrętwienia. Jego umysł nadal był zajęty przetwarzaniem tego, co się stało, tego, czego żaden człowiek nie powinien być świadkiem, a już z pewnością nie małe dziecko. Żaden pięciolatek nie powinien być zmuszony do rozstania z tatą, ale nie miała wyboru. Ucieczka okazała się w tej sytuacji jedynym wyjściem, ale cena, jaką musieli zapłacić, była wysoka.
Sam kochał ojca. Nie znał go od tej strony co ona, nie przeżywał takich rzeczy. Dla niego tata był bohaterem bez skazy. Uwielbiał go i właśnie dlatego tak trudno jej było dokonać wyboru. Jeśli w ogóle miała jakiś wybór.
Mimo to bolało ją, że Sam nie będzie miał ojca. Bo niezależnie od tego, co Fredrik jej zrobił, dla syna był ważny. Może nie ważniejszy niż ona, ale jednak. Sam już go nie zobaczy. 
Wyciągnęła synka z wody i –

Dziecko zapłakało nagle, demonstrując niesamowitą siłę młodych płuc. Ostry, przenikliwy dźwięk oderwał jej wzrok od drobnych liter na stronie. Zamglonym wzrokiem rozejrzała się po pokoju, nieprzytomnie, dochodząc do wniosku, że potworny hałas dochodzi gdzieś zza drzwi. Jęknęła tylko przeciągle, przecierając oczy, przekrwione od chronicznego niewyspania i niechętnie przekręciła się na drugi bok. Nie miała zamiaru wstawać – n i e  c h c i a ł a  tego robić. Wytężyła słuch, starając się ignorować płacz, a licząc na to, że usłyszy dobrze znany rytuał: skrzypnięcie materaca, ciche westchnienie, potem szuranie za dużych pantofli o podłogę, wreszcie cudowny, kojący nerwy odgłos – wyciszenie wycia, jak gdyby ktoś magicznym sposobem skręcił głośność i intensywność dźwięku.
Mała jednakże płakała cały czas, przeciągle i nieprzerwanie, raz po raz wytrącając swoją młodą matkę z równowagi. Zignorowała ją, mając cichą nadzieję, że może jednak babcia wstanie do dziecka (jak zresztą robiła co noc, a przedtem nawet kilka razy w ciągu nocy), sprawdzi, czego jej potrzeba i załatwi to sama, nie budząc ukochanej wnuczki. Wiedziała, że robi źle i nieraz widziała w oczach starszej pani błysk zawodu przemieszanego z wyrzutem, ale nie umiała sobie z tym poradzić. Zdawała sobie sprawę, że absolutnie nie nadaje się na matkę Julie. Nigdy nie lubiła dzieci. Denerwowały ją; były takie głośne, a im starsze, tym więcej przestrzeni zajmowały; wszędzie wlazły, wszystkiego musiały dotknąć swoimi lepkimi palcami, i ilekroć się ubrudziły, odczuwały nagły przypływ miłości do każdego w promieniu dwóch kilometrów i ruszały w stronę tych biednych osób, chcąc podzielić się swoim szczęściem. Śliniły smoczki, śliniły palce, pluły i rzygały, bawiły się jedzeniem i ogólnie robiły wszystko to, co niewymownie działało jej na nerwy.
Nie chciała urodzić tego dziecka.

Nie mogła zrozumieć, dlaczego uległa wówczas własnej matce, z którą nawet nie mieszkała, a która ani razu nie przyszła choćby pomóc. Dlaczego nie zdecydowała się wziąć pieniędzy od matki Lucasa i pozbyć się Julie... kiedy jeszcze mogła.
Nie kochała jej. Nie potrafiła jej pokochać.
Złościło ją bezsensowne gadanie starszych pań na ulicy czy w kawiarni, że instynkt macierzyński zaczyna działać w momencie, gdy dasz kobiecie dziecko, nawet, gdy owa kobieta ma piętnaście lat i nawet jeszcze nie myślała o zakładaniu rodziny. Za każdym razem miała ochotę wykrzyczeć im w twarz, jak niewiele rozumieją, uświadomić, że życie wcale nie jest takie proste, jak im się wydaje i... i że niektórzy ludzie tak naprawdę nie powinni się zbliżać do niemowląt.
Na przykład ona.

Po raz kolejny spróbowała się wyłączyć i zignorować dobiegający z sąsiedniego pokoju dźwięk, koncentrując się na treści czytanej książki.


[...] położyła na ręczniku rozłożonym na pomoście. Jej ojciec mawiał, że słońce ma dobroczynny wpływ na ciało i na duszę. Istotnie, ciepłe promienie wydawały się wręcz zbawienne. Nad ich głowami krążyły mewy. Annie pomyślała, że gdy Sam poczuje się lepiej, będzie lubił je obserwować.


Przerwało jej nieśmiałe pukanie do drzwi. Po chwili w niewielkim otworze ukazała się zatroskana twarz babci, wyraźnie wyrwanej ze snu. W jej oczach odbijały się setki nocy, nieprzespanych od jedenastu miesięcy nocy, i niema prośba, by wreszcie dano jej odpocząć.
– Opal, kochanie... – zaczęła cicho, niepewnie, jak gdyby bała się nakłaniać dziewczynę, by zajęła się własnym dzieckiem. – Mogłabyś wziąć Julie do siebie? Miałam ciężki dzień, chciałabym... się przespać.
Rudowłosa z kamienną twarzą przytaknęła i zwlokła się z łóżka, marząc o tym, by pościel nie zdążyła wystygnąć do jej powrotu. Babcia z wyraźną ulgą udała się do swojej sypialni; Opal natomiast skierowała kroki do zabałaganionego salonu, gdzie od prawie roku stało drewniane łóżeczko jej córki.

Przez chwilę w głowie zamajaczyła jej myśl, że przecież kiedyś w domu dziadków panował nienaganny porządek. Na stoliku leżały bielusieńkie serwetki, obrusy były odprasowane, a w wazonikach stały pachnące, świeże kwiaty. Tutaj nikt nie doszukałby się zakurzonej półki czy niedomytego okna, ba! nawet w piwnicy wszystko ułożone było schludnie, w określonym porządku.
Poczuła coś na kształt smutku, nieprzyjemnego ukłucia w sercu, niespodziewanie zdając sobie sprawę, jak bardzo przyczyniła się do nieporządku, który objął w swoje posiadanie chyba wszystkie pokoje, poza sypialnią babci i dziadka. Zwyczajnie nie mieli sił sprzątać, skacząc non stop koło niemowlęcia, które wymagało dwudziestoczterogodzinnej opieki. A oni przecież nie byli już pierwszej młodości. Opal zachciało się płakać. Niezależnie od tego, jak bardzo próbowała, po prostu nie umiała wykrzesać z siebie ciepłych uczuć dla tego dzieciaka. Wszystko przy małej robiła machinalnie i tylko wtedy, gdy jej kazano; kiedy brała ją na ręce odczuwała tylko ciężar, którego niedługo przy swojej drobnej posturze nie da rady udźwignąć; nie wiedziała, w co i jak miałaby się z nią bawić, skoro ona ledwie potrafi w miarę zrozumiale porozumiewać się z otoczeniem. I nie próbowała się łudzić, że z wiekiem cokolwiek ulegnie zmianie – bo nawet, jeżeli nauczy się być dla Julie matką, nigdy nie nauczy się jej naprawdę kochać.

Spojrzała na nią, taką zasmarkaną i czerwoną od płaczu, czując narastający niesmak. Mała podniosła załzawione oczy i w końcu przestała ryczeć. Opal niepewnie uniosła ramiona i przestąpiła z nogi na nogę, jak gdyby nie wiedziała, co powinna z nią zrobić. Miała wrażenie, jakby opiekowała się obcym dzieckiem. W końcu, wiedziona raczej chwiejnym doświadczeniem, niż intuicją czy instynktem, schyliła się i z niejakim trudem wzięła córkę na ręce.
Było tak cicho, tak spokojnie. Napięte nerwy dziewczyny rozluźniły się nieco; mała istota w jej ramionach także wydawała się bardziej odprężona. Czując, jak chłodne powietrze owija się wokół jej kostek, Opal bez namysłu zaniosła dziecko do swojego pokoju i wpełzła z nim pod kołdrę. Julie nie płakała – wpatrywała się z nią jakby z zainteresowaniem, chociaż Moore nie była pewna, czy w tym wieku cokolwiek mogłoby ją na tyle pochłonąć, by umilkła. Nigdy nie przejrzała żadnej z kupionych przez babcię książek, nie grzebała w internecie, szukając informacji o prawidłowym rozwoju noworodków, o żywieniu, o opiece. Teraz, leżąc we własnym łóżku z własnym dzieckiem, rudowłosa poczuła się tak niepewnie, jak gdyby właśnie stała na krawędzi urwiska i rozważała możliwość skoku w dół. Przez moment zapragnęła obudzić babcię i poradzić się jej w tej kwestii.
– Nie rycz – uprzedziła, nie siląc się na miły ton, kiedy tak podejrzliwie obserwowała córkę. – Nie chcę tego słuchać.
Boże, staję się podobna do własnego ojca, przeszło jej przez myśl, a był to impuls nagły i nieprzyjemny, tak, że Opal przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Przecież nikomu nie życzyła wychowywania się w rodzinie, jaką sama miała. Nie chciała skazywać kolejnego pokolenia na takie same przeżycia. Tyle się przecież mówi, że krzywdzone dzieci zmieniając się w złych dorosłych... O powielaniu schematów...
Moore przestraszyła się tego, co też wyczynia ze swoim dzieckiem. Ale dopóki leżało cicho, jej wzrok z powrotem wędrował do książki.

Codziennie po południu, kiedy odbierała Maję z przedszkola, starała się pospacerować, żeby chłopcy odetchnęli świeżym powietrzem. Przy okazji ona zażywała ruchu. Wózek dla bliźniąt to całkiem niezły przyrząd gimnastyczny, a gdy się jeszcze doda platformę, na której w drodze powrotnej stała Maja, pchanie go stawało się prawdziwym wyzwaniem.

Mała chlipnęła nagle, wytrącając Opal z rytmu i wywołując na jej twarzy nieprzyjemny grymas. Z prawdziwą niechęcią przyjrzała się dziecku, przypominając sobie nagle te pierwsze noce po powrocie do domu, ten nieustanny płacz i ją samą, z całych sił przyciskającą poduszkę do uszu, byleby się od tego odciąć. I zatroskaną minę babci, niepewnej, czy powinna na to pozwalać. I jak w końcu i tak się na to godziła, bo żadna siła nie była w stanie skłonić dziewczyny do wzięcia Julie na ręce. Jaka czuła się zmęczona, choć przecież całymi dniami leżała tylko w łóżku. Jak kiedyś, gdy były same w domu, córka wyła, wyła i wyła, a ona nie mogła się przemóc, by zrobić cokolwiek, co mogłoby jej pomóc. Nie potrafiła choćby nakarmić, zabawić, zająć. Nie chciała tego umieć. Wydawało jej się, że między nimi wyrasta wielki mur, niewidzialna, ogromna bariera, której nie da rady przekroczyć.
– Przestań – poprosiła, zniecierpliwiona, nie mając ochoty po raz kolejny wysłuchiwać porcji wrzasków. Dziwaczny odgłos, jakby miauczenie bezbronnego kociątka, tylko przybrało na sile. Opal zacisnęła pięści, z całych sił powstrzymując się, by nie potrząsnąć dzieckiem jak lalką. Szybkim ruchem złapała za telefon, otwierając okienko wiadomości.

Myślisz, że powinnam ją oddać do adopcji?

Przygryzła wargę, odcinając się od uciążliwego dźwięku i zastanawiając się nad tym, co napisała. Nie była pewna, czy umiałaby to zrobić, teraz, kiedy już tyle ludzi wiedziało o małej. Z drugiej strony miała niemal stuprocentową gwarancję, że jeśli ją zatrzyma, komuś stanie się krzywda. Czuła do siebie żal, że nie potrafi inaczej, ale po prostu taka była. Nie nadawała się na matkę i nigdy nie będzie się na nią nadawać.

Nadal to samo?, brzmiała sucha odpowiedź, w której nie wyczuwała ani odrobiny współczucia. Zacisnęła zęby.

To samo, odpisała. Chyba po prostu nie umiem jej kochać, a nie chcę zawieść w przyszłości.

Jeśli oddasz, to niby nie zawiedziesz?

Przestań, Luke. Sama biję się z myślami.

Pomyśl, jak Ty byś się czuła, gdybyś wiedziała, że matka Cię nie chce.

Tak, ale... Jej ręka zawisła nad klawiaturą telefonu. Przyszło jej do głowy milion możliwości, by dokończyć tą wiadomość. "Ale tak będzie lepiej". "Nie potrafię inaczej". "Oszczędzę jej cierpień."

Tak, ale z drugiej strony: jak Ty byś się czuł, mieszkając z taką matką, która Cię nie chce?, napisała w końcu. Ja jeszcze mogę dać jej szansę na nowe życie, ona mnie nawet nie zapamięta... 

Zamyśliła się głęboko, spoglądając niepewnie na leżącą pod nią Julie. Zasnęła w końcu, zmęczona, być może głodna albo spragniona miłości; dziecko, którego nie chciała, którego nie potrafiła pokochać, a któremu pomóc mogła tylko oddając je obcym ludziom. Dobrze wiedziała, że powinna tak była zrobić od razu i nie rozumiała, dlaczego zwlekała. Nie pamiętała już, kto ją na to namówił. Matka? Babcia... ?
Opal skasowała napisaną wiadomość, zastępując ją znacznie krótszą.

Rozumiem.
___________________________________________
dziękuję za dobrnięcie do końca. c:
(tutaj był pewien nieufny dopisek, ale został usunięty. :D)
dłuższe pochyłe fragmenty zostały zaczerpnięte z "Latarnika" cudownej Camilli Läckberg.