Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

31/01/2013

[1917] To była zła kobieta.



Szczupła, dosyć wysoka blondynka wyszła z samolotu do budynku lotniska, zsunęła z nosa okulary przeciwsłoneczne i poprawiła chustkę, którą miała owiniętą dookoła głowy. Skierowała kroki ku wyjściu – poza niewielką torebką nie miała ze sobą żadnego bagażu. Bo i po co? Miała wystarczająco pieniędzy, żeby kupić na miejscu potrzebne rzeczy, zresztą pobyt w Nowym Jorku według jej planów miał trwać maksymalnie tydzień.
Miasto wyglądało zupełnie inaczej niż Moskwa. Było bardziej – jakby to powiedzieć? – kanciaste i kwadratowe, a budynki przypominały makietę z kartoników, którą jej córka trzymała w rogu pokoju. Miszka Globenko miała dopiero – a może już? - cztery lata, uwielbiała zwierzątka i lalki. Jej ojciec – prawie czterdziestoletni Aleksiej pracował od świtu do zmierzchu, by jego żonie było jak najlepiej. Natomiast żona Aleksieja Globenko – Diebora – wsiadała właśnie do taksówki w jednym z najbardziej zatłoczonych miast Stanów Zjednoczonych, czego Aleksiej nie był w najmniejszym stopniu świadomy.
Pomimo ogromnych różnic między Moskwą Diebora Globenko poprosiła taksówkarza o pokazanie najciekawszych miejsc w mieście – zapłaciła przy tym suto rublami. Mężczyzna widząc obcą walutę postanowił być miły i uczynny. Turyści zawsze mieli walizki pełne szmalu. Tak więc Diebora w przeciągu całego popołudnia zwiedziła w taksówce niemal całe miasto, wydając przy tym niewiele ponad jedną dziesiątą tego, co miała, nie szczędząc przy tym napiwków. Ostatecznie kazała zawieźć się do najlepszego hotelu w Nowym Jorku. Tam zamówiła sobie pokój dla jednej osoby, kolację, którą miał osobiście przynieść kelner do jej pokoju, zapłaciła nawet jednej z dziewczyn do towarzystwa, żeby poszła w miasto i kupiła jej jedwabną koszulę nocną. Próbowała nie obnosić się z pieniędzmi, jednak nie mogła się powstrzymać przed wydawaniem tego wszystkiego. Nie miała nawet większych wyrzutów sumienia związanych z faktem, iż pieniądze w całości należały do jej męża, który ciężko pracował na dwie zmiany, by móc coś odłożyć. Nie mogła przyznać, że nie kochała swojej córki. Owszem, kochała ją. Ale miała dopiero nieco ponad dwadzieścia trzy lata, a ciągnął się już za nią wiecznie zmęczony, prawie stary już mąż, czteroletnia córka i widmo idealnej żony i matki. Tyle, że Diebora nigdy taka nie była. W wieku osiemnastu lat myślała, że cudownie jest mieć faceta z pieniędzmi, dużo starszego, który wszędzie ją zabierał i wszystko kupował. Była niemal pewna, że koleżanki zazdroszczą jej takiego życia. Tak było w Petersburgu – każdy dzień wydawał się idealny. Później wyjechała z Aleksiejem do Moskwy – miał tam dobrze płatną pracę, dzięki której starczało mu pieniędzy na zachcianki swojej młodej kobiety. Niewiele po tym, jak wspólnie osiedlili się w Moskwie okazało się, że Diebora jest w ciąży. Aleksiej był szczęśliwy, marzył o zostaniu ojcem. Jego przyszła żona nie była aż tak zachwycona. Była wręcz zrozpaczona. Wtedy też miała jeden, jedyny przebłysk świadomości w swoim życiu, przebłysk myśli, że coś jej się nie udało, że coś zepsuła, zrobiła nie po kolei, że w pewnym miejscu dokonała złej decyzji. Ale było już za późno. Urodziła dziewczynkę i udawała szczęśliwą, żyjąc z narastającym żalem do siebie i do całego świata.
W chwili obecnej Diebora Globenko miała dwadzieścia trzy lata i całe życie przed sobą. W odruchu tęsknoty za dawnym życiem – takim, które wiodła w Petersburgu zanim poznała Aleksieja – wróciła do rodzinnego miasta, nie mogąc doczekać się spotkania ze swoją dawną przyjaciółką, z którą od chwili wyjazdu do Moskwy nie utrzymywała kontaktu. W Petersburgu okazało się, że ktoś, na kogo oczekiwała z natchnieniem już od dawna tam nie mieszka. Z goryczą wysłuchała informacji o tym, że jej siostra z wyboru wyjechała do Szwecji, zmęczona życiem wśród tych samych, zniszczonych przez historię i państwo ludzi. Nie zwlekając ruszyła na lotnisko, kupiła bilet do Szwecji, szukając w Internecie miasta o nazwie Ystad. Kilka dni zajęło jej odnalezienie śladu po przyjaciółce. Gdy była już niemal u kresu spotkała Duńczyka – Larsa Erikssena. Okazało się, że studiował z jej znajomą psychologię, obydwoje, jako jedni z niewielu dotrwali do końca i zaliczyli wszystkie egzaminy. Powiedział, że do tej pory utrzymują ze sobą kontakt mailowy, bardzo chwalił i cenił byłą obywatelkę Rosji. Diebora poprosiła o informacje dotyczące miejsca jej pobytu. I tak oto znalazła się w Nowym Jorku. Lars Erikssen podał jej adres uczelni, na której pracowała jako wykładowca.
Diebora ciekawa była, jak jej ułożyło się życie. Pamiętała, jak przyjaciółka za każdym razem powtarzała jej, że miłość to bzdura, a jej niechęć do potomków widoczna była już z daleka. Była więc wykładowcą na uniwersytecie. To o wiele więcej niż niezaliczony kurs języka angielskiego i ukończenie obowiązkowej szkoły w Petersburgu. Być może Diebora miała żal do swojej przyjaciółki o to, że kiedy podejmowała decyzję o zaręczynach z Aleksiejem i wyjeździe do Moskwy ta nie przekonywała jej skuteczniej o swoich racjach. Mając osiemnaście lat nie mogła być w stanie dobrze ocenić sytuacji. Więc dlaczego jej najlepsza przyjaciółka, siostra z wyboru pozwoliła jej na to wszystko? To ona znała się bardziej na życiu i na facetach, dlaczego zgodziła się na to, by Diebora przyjęła zaręczyny od dużo starszego od siebie mężczyzny i wyjechała za nim do Moskwy?
Odpowiedzi na te pytania postanowiła poszukać następnego dnia po południu, dziś chciała się jeszcze trochę zabawić. Wyciągnęła z torebki swoją jedyną sukienkę, poprawiła makijaż i ruszyła do wyjścia. W recepcji zapytała o najlepszy klub w mieście, chciała się bardzo dobrze bawić, jak wtedy, kiedy miała osiemnaście lat.
Hotelowy samochód wysadził ją na ulicy, której nigdy w życiu nie widziała. Nieco zdenerwowana ściskając torebkę kierowała się w stronę neonowej nazwy klubu. Kierowca coś jej tłumaczył, zanim wysiadła. Powtarzał wciąż: „-No Panthera!”. Diebora, nie rozumiejąc ani słowa z jego paplaniny skierowała kroki ku niebieskiemu neonowi przedstawiającym dużego kota. Nie zwróciła uwagi na napis i zeszła w dół po obsypanych solą schodkach. Wewnątrz było już bardzo tłoczno, większość klientów klubu była mężczyznami, a pod ścianą, naprzeciw wejścia zrobiona była wielka, błyszcząca scena. Diebora usiadła przy barze i wodząc wzrokiem za niewiarygodnie szybką barmanką o niebieskich włosach zastanawiała się, co zamówić. Jedyne słowa, które znała po angielsku to ‘piwo’ albo ‘cycki’. W pewien sposób dogadała się z barmanką, która na dźwięk jej głosu nieznacznie się skrzywiła, zamówiła piwo i zapłaciła od razu. Odwróciła się twarzą do sceny i zobaczyła niemal nagą kobietę tańczącą na niej. W pierwszej chwili odruchowo odstawiła butelkę na blat baru i chciała wyjść, jednak opamiętała się szybko. Nigdy jeszcze nie była w barze ze striptizem. Być może powinna spróbować czegoś nowego? Odeszła od Aleksieja po to, by szaleć. Tak więc powinna to robić. Uśmiechnęła się do siebie głupkowato i podeszła do stolika, przy którym siedział samotny mężczyzna. Zmierzył ją wzrokiem, a w końcu wskazał fotel obok siebie. Diebora uśmiechnęła się pod nosem. Rozpoczynał się jej pierwszy romans w nowym mieście!

Jacqueline Anette Rosseau miała dziś straszne urwanie głowy. Na barze była zawsze sama, jednak dziś klienci dawali się we znaki. Nowa tancerka Zoey potrafiła przyciągnąć oko, dlatego też mieli dziś w klubie tłumy od chwili otwarcia. Od tygodnia wraz z małoletnim monterem zatrudnionym na stałe rozklejała po mieście plakaty z wizerunkiem roznegliżowanej Zoey, które miały ściągnąć klientów kusząc ciałem tancerki i darmowym wejściem do północy. Około jedenastej za barem stanął na dziesięć minut główny kierownik sali, Jacqueline miała dzięki niemu chwilę przerwy. Zapaliła dwa papierosy pod rząd, zastanawiając się, ile czasu potrzebuje to stado ogierów, by upić się do nieprzytomności. Zostało jej jeszcze kilka minut, dlatego wymieniła puste skrzynki na pełne i doniosła kilka butelek z zaplecza, czym zaimponowała po raz kolejny kierownikowi.
-O pierwszej dam Ci pół godzinki dla siebie. – Powiedział jej na ucho, starając się przekrzyczeć muzykę i wrzawę wewnątrz klubu. Jacqueline potrząsnęła głową na znak, że zrozumiała i wróciła za bar, obsługując najszybciej jak umiała. Rutynę przerwał kobiecy głos z rosyjskim, miękkim akcentem. Wspomniała czasy spędzone w mateczce Rosji, ale był to jedynie szybki przebłysk dawnych lat. Szczerze miała nadzieję, że te czasy nigdy nie wrócą. W Nowym Jorku było jej bardzo dobrze, tu pracowała i zarabiała sama na siebie, nikt nie wydzierał jej pieniędzy – a nawet jeśli chciał to zrobić na ulicy, to traktowała go paralizatorem – nikt nie pouczał, nie tłumaczył, co wypada, a czego nie. W Nowym Jorku wszystkie zasady i nauki były mało ważne, tak naprawdę to można było wsadzić je sobie w miejsce, gdzie kończył się kręgosłup. Szybko otrząsnęła się jednak z wspomnień o Petersburgu. Kobieta o rosyjskim akcencie powtarzała uparcie jedno słowo w odpowiedzi na każde jej pytanie, tak więc skonsternowana Jackie podała kobiecie piwo najczęściej zamawiane przez tutejszych i podała jej rachunek. Blondwłosa zapłaciła rublami. Jacqueline blisko było do całkowitej irytacji. Wcisnęła monety do kasy z ogromną siłą, mało nie urywając wysuwanej szuflady.
W klubie pojawił się Joseph Volkmann. Jacqueline od razu go rozpoznała i wodziła za nim wzrokiem, ciekawa, co robi tu detektyw. Mężczyzna usiadł samotnie przy stoliku, obserwując pustą jeszcze scenę. Barmanka korzystając z chwilowej wolności podbiegła do Josepha, pochyliła się nad jego uchem i wykrzyczała całą stertę obelg i złośliwości pod jego adresem.
-Złotko, jestem tu służbowo. – Odparł z szerokim uśmiechem, gładząc ją po policzku. Kobieta zrobiła się na chwilę czerwona ze złości.
-Co tak bardzo służbowego możesz tu dla siebie znaleźć? – Zapytała opryskliwie, wbijając paznokcie w obicie fotela, w którym siedział detektyw.
-Dostałem polecenie pilnowania niejakiej Zoey Dixon, zgłosiła nękanie przez jakiegoś faceta. Mam gdzieś jego zdjęcie… - Zaczął szperać po kieszeniach, jednak Jackie poklepała go po czubku głowy i wyprostowała się.
-Nie szukaj złotko, wierzę Ci. – Uśmiechnęła się i mrugnęła do niego zabawnie, kierując się za bar. Wiedziała dobrze, że Zoey była piękną kobietą, a w Nowym Jorku nie brakowało zboków.
Joseph wodził przez chwilę za nią wzrokiem, aż zniknęła w tłumie klientów. Zdawał sobie sprawę z tego, że miał wielkie szczęście spotykając się z panną Rosseau. Była wyjątkową kobietą, kochanką i przyjaciółką. Rozmyślania przerwało mu wejście na scenę jego klientki, Zoey Dixon. Była piękną kobietą, wiedziała, co zrobić z ciałem, żeby całe stado mężczyzn śliniło się na jej widok. Miała wielu wielbicieli, dlatego też kiedy pojawiła się w jego biurze nie był zdziwiony. Sława wiąże się z fanatykami nie posiadającymi granic. Dlatego też spędzał wieczór w klubie Panthera, gdzie dziwnym trafem pracowała jako barmanka kobieta, którą podświadomie kochał.
Kątem oka dostrzegł stojącą przy jego stoliku postać. Na początku myślał, że to kelnerka. Dopiero kiedy zaczęła mówić coś do niego w dziwnym języku zmierzył ją wzrokiem. Nie miał pojęcia, o czym mówiła, więc wskazał jej fotel obok siebie i uśmiechnął się z nutą politowania. Kobieta mówiła do niego żywo w swoim języku, jednak Joseph tylko potakiwał skinięciem głowy lub uśmiechem. Zastanawiał się, czego oczekuje od niego blondwłosa, wychudzona turystka. W końcu odpuścił sobie myślenie o nieznajomej i skupił się na pracy, śledząc wzrokiem Zoey Dixon śmigającą w różnych pozycjach po scenie.  

Około godziny trzeciej Zoey uszykowana była już do wyjścia i czekała na Josepha Volkmanna. W jego towarzystwie czuła się bezpiecznie. Pokątnie dowiedziała się, że detektyw służył kiedyś w jednostce RAF-u, co pociągało ją w nim bezgranicznie. Lubiła silnych facetów. Takich, którzy potrafili o nią zadbać i w potrzebie uratować z opresji. Być może zatrudniła Volkmanna nie tylko po to, by bronił jej przed nachalnymi pijaczynkami? Pytanie to pozostawiła bez odpowiedzi, zdawała sobie bowiem sprawę z tego, że detektyw Volkmann zadurzony był bez reszty w barmance Jackie, którą Zoey polubiła od pierwszego ich spotkania w klubie.
Tancerka zastanawiała się jedynie, kim w takim razie była kobieta towarzysząca Josephowi niemal cały wieczór. I właściwie – dlaczego Jackie na to nie zareagowała. Jacqueline była typem kobiety, który nie dawał sobie wejść na głowę, ani zabierać swoją własność. Pomimo swojego wzrostu była silną kobietą, nie potrzebowała kogoś takiego jak detektyw, by czuć się bezpiecznie. Zoey odchrząknęła i spuściła wzrok. Nie miała ochoty patrzeć dłużej na odbicie lustrzane kobiety, która bała się własnego cienia, a nie wstydziła się rozbierać w klubie.
Zoey usłyszała cichutkie pukanie do drzwi, które po chwili uchyliły się. Zza czerwonych, pikowanych drzwi wychyliła się niebieska głowa barmanki.
-Można? – Pomimo późnej pory i zmęczenia Jacqueline nadal się uśmiechała, a jej ruchy były energiczne i pełne. Zoey skinęła głową, odwzajemniając uśmiech. – Joseph musiał odebrać telefon, za chwilę będziemy mogli wyjść. – Dodała obserwując swoje odbicie w dużym lustrze umieszczonym w garderobie striptizerki. Przez króciutką chwilkę Jackie zamarzyło się takie lustro i taka garderoba. Później jednak przypomniała sobie, dlaczego tu stoi i dlaczego jest tu Volkmann, co przyczyniło się do szybkiej zmiany zdania.
-Znasz tą blondynkę, która siedziała z Josephem? – Zapytała niespodziewanie Zoey, zerkając z zaciekawieniem na Jacqueline.  Ta zamyśliła się na chwilę, starając się sobie przypomnieć twarz kobiety.
-Wiesz, że chyba nie? – Jackie myślała jeszcze przez chwilę intensywnie. – Raczej nie, to jakaś turystka, w ogóle nie zna laska języka. Wydaje mi się, że to Rosjanka. – Podrapała się po karku. – Swój pozna swego. – Dodała ciszej. W tym czasie w drzwiach ukazał się detektyw Volkmann.
-Witam moje panie. – Uśmiechnął się pod nosem. – Auto już czeka, zapraszam. – Wskazał tylnie wyjście z lokalu, gdzie zaraz za drzwiami zaparkowane było czarne mitsubishi galant rocznik 96. Obie kobiety wsiadły szybko do samochodu, który był prawie nowym nabytkiem Josepha. Mężczyzna co jakiś czas zerkając w lusterko wsteczne spokojnie dojechał do mieszkania Zoey, pod drzwiami której siedział na krzesełku czarnoskóry mężczyzna czytający gazetę. Volkmann przywitał się z nim uściskiem dłoni, następnie sprawdził mieszkanie striptizerki, zostawił numer prywatnego telefonu i życzył dobrej nocy.
-Co powiesz na szklaneczkę whisky? – Zapytał, gdy zbiegali po schodkach na chodnik. Jacqueline bez namysłu przystała na pomysł, więc od razu pojechali do niej. Mieszkanie Zoey Dixon znajdowało się jedynie kilka ulic za kamienicą, w której mieszkała Jackie.
Gdy tylko naleźli się w mieszkaniu kobieta wskoczyła pod kołdrę, próbując rozgrzać zmarznięte ciało. Joseph wyciągnął spod stolika otwartą już butelkę Jacka Danielsa i nalał sobie do jednej ze szklanek stojących od jakiegoś czasu na blacie stołu. Dwie szklaneczki później dołączył do Jackie, opowiadając na jej życzenie o czasie spędzonym w jednostce RAF-u. Zasnęli oboje nad ranem, zmęczeni pracą i obowiązkami, które wlekły się za nimi i nie chciały puścić. 

Detektyw podwiózł ją na uczelnię – położyła się zbyt późno i tak też wstała. Jednym z wielu plusów spotykania się z Josephem było między innymi to, że od czasu do czasu podwoził ją lub odbierał z pracy. Miała nadzieję, że dzisiejszy dzień będzie odrobinę luźniejszy, miała już dosyć pracy do chwili, aż padnie na twarz.
Niemal biegnąc korytarzami budynku zdała sobie sprawę, że wcale się nie spóźniła – lepiej – była na czas. Brakowało jej jedynie papierosa, którego nie zdążyła zapalić rano, jednak postanowiła odłożyć to na przerwę między wykładami. Z pokoju wykładowców wyciągnęła klucze do odpowiedniej sali, wpuściła studentów do środka i zajęła miejsce przy swoim biurku. Czekały ją ponad dwie godziny obserwowania i tłumaczenia malowania martwej natury. Miała jednak nadzieję, że studenci szybko załapią tak prosty temat, dlatego też z miejsca zabrała się za układanie na paterze świeżych owoców, które kupiła po drodze.
-Zajmiemy się dziś martwą naturą, jeśli daliście sobie radę z rzeźbą, to to nie będzie dla was niczym specjalnym. – Uśmiechnęła się pod nosem, ukazując tym swój nadzwyczaj dobry humor. Studenci wzięli to za dobry znak, dzięki temu zabrali się za przygotowywanie stanowisk i urywane rozmowy szeptem na mniej lub bardziej ważne tematy.
Rozpisała na tablicy kilka punktów, do których powinni się stosować, następnie rozparła się wygodnie w fotelu, walcząc z ochotą położenia nóg na biurku. Wyciągnęła z torebki niewielki szkicownik i sama zabrała się za rysunki, by w razie co udowodnić niedowiarkom, że ‘się da’. Przez salę przewinęło się kilku interesantów i studentów, którzy mieli oddać zaległe prace w ostatnim terminie. Pół godziny przed końcem zajęć do pracowni wślizgnęła się wysoka, szczupła blondynka w butach na wysokim obcasie. Widać było, że buty są niewygodne, albo że kobieta nie umie w nich chodzić, dlatego też wywołało to lekkie rozbawienie w pannie Rosseau. By dłużej trwać w dobrym nastroju ukradkowo obserwowała kobietę, siedząc nadal na swoim miejscu. Gdy ta znalazła się już niedaleko biurka Jacqueline zmarszczyła brwi, jawnie obserwując kobietę. Zdawała sobie sprawę, że gdzieś już widziała blondynkę, jednak nie mogła sobie przypomnieć. Dopiero jak usłyszała jej rosyjski akcent przypomniała sobie, że obsługiwała ją poprzedniej nocy w klubie. Zapamiętała dobrze jej twarz – kobieta doprowadziła ją niemal na skraj nerwicy, w czym zdawała się być lepsza niż studenci, których uczyła. Kobieta wymówiła kilka słów łamaną angielszczyzną, przez co Jackie znów skoczyło ciśnienie. Czego to głupie stworzenie od niej chciało? Wydawało się być wszędzie, gdzie tylko obracała się Jacqueline.
-Mogę w czymś pomóc? – Rzuciła płynnie po rosyjsku, mając już dosyć rozmów i katowania się półsłówkami. Chciała wyjaśnić, w czym tkwi problem i odesłać blondynkę do diabła. Gość rozpromienił się, słysząc ojczysty język. Kobieta wyrzuciła z siebie potok słów, których Jackie nie zdążyła nawet wyłapać. Powtórzyła więc swoje pytanie powoli, odkładając z impetem szkicownik na biurko. Blondynka rozpłakała się i objęła szyję panny Rosseau, której było to całkowicie nie w smak. Studenci wybałuszali oczy na tą scenę, co jeszcze bardziej irytowało wykładowczynię, bo zamiast jej pomóc, patrzyli tylko bezczynnie.
-Jackie! – Wykrzyknęła blondwłosa kobieta, podskakując przed obliczem Jacqueline. Ta zaś spuściła wzrok na buty, by odrobinę się opanować. Dłonie jej się trzęsły ze złości. Nienawidziła osób takich, jak owa blondynka. Szczęśliwych, rozradowanych dzieci słońca. Postarała się opanować złość i skołatane nerwy, dopiero po chwili więc chrząknęła.
-Kim jesteś i co robisz na moim wykładzie? – Zapytała w swoim ojczystym języku, wyczekując pochmurnie odpowiedzi.
-Nie pamiętasz mnie? – Odparła blondynka. – Jestem Diebora Globenko, twoja najlepsza przyjaciółka! – Miała zamiar znów rzucić się na szyję zszokowanej Jacqueline, jednak ta odepchnęła ją szybkim gestem.
-Nie rozumiem, Diebora Globenko, która wyjechała jak idiotka ze starszym od siebie facetem i urodziła mu durne jak matka dzieciary? – Wycedziła przez niemal zaciśnięte zęby panna Rosseau, spoglądając na pokrywające się purpurą oblicze kobiety.
-Jackie, ja już rozumiem, wszystko rozumiem, odeszłam od Aleksieja! – Wykrzyknęła z nadzieją, że poprawi to opinię, jaką Jacqueline miała o niej. Nawet jeśli miała taką nadzieję, to wcale nie pomogła ona uzyskać czegokolwiek w oczach dawnej przyjaciółki poza jeszcze większą pogardą.
-Jesteś jego żoną, urodziłaś mu dziecko … - Wykrzyknęła Jackie, przestając panować powoli nad słowami, które wypływały z jej ust. Mruknęła pod nosem kilka brzydko określających przybyłą kobietę słów, po czym sięgnęła do torebki po paczkę papierosów.
-Cooper! – Rozejrzała się po studentach, którzy nagle wrócili do malowania martwej natury. Chłopak o owym imieniu wyjrzał zza swojej palety, unosząc pytająco głowę. – Za dwadzieścia minut macie koniec wykładów, gdybym nie zdążyła wrócić, to do końca tygodnia macie przynieść mi dzisiejsze prace, a Ty zamkniesz salę i przyniesiesz mi klucz. – Nigdy nie wychodziła z wykładów, by zapalić, ale tym razem marzyła jedynie o tym, by na chwilę zapomnieć o pani Globenko, która zaszczyciła ją odwiedzinami po kilku latach ciszy.
Kiedy niemal biegła korytarzem w stronę głównego wyjścia słyszała towarzyszący jej stukot czarnych, kiczowatych kozaczków, których właścicielka nie zamierzała chyba opuścić Jacqueline ani na moment. Powietrze było orzeźwiające i chłodne, w każdym razie nie było już mroźne i nie szczypało w policzki. Jacqueline odpaliła papierosa, a w jej ślad poszła pani Globenko, która niegdyś zarzekała się, że rzuci palenie dla męża i dziecka.
-Ty nic nie rozumiesz. – Odezwała się szeptem Diebora, próbując rozjaśnić nieco sytuację. – Aleksiej cały czas pił do nieprzytomności, powiedział mi, że chce odrobiny własnego życia! A przecież w małżeństwie nie ma podziału na moje i twoje! – W oczach Diebory pojawiły się łzy. – Dlaczego mi nie powiedziałaś wtedy, przed wyjazdem, że to zły pomysł? – Wyrzuciła z siebie szybko, zaciągając się dymem tytoniowym.
-Słucham!? Byłam pierwszą osobą, która Ci to odradzała! – Głos Rosseau urósł do krzyku, kobieta obróciła się twarzą do byłej przyjaciółki. Była na nią wściekła. Kto tak robi? Wyszła za faceta, którego ponoć kochała, a teraz zwala winę na kogoś innego, bo w życiu zapomniała sobie przypadkiem pożyć? – Zresztą … Zawsze byłaś nieodpowiedzialna i nie potrafiłaś walczyć o swoje. Wszystkiemu ulegałaś, a później bałaś się przyznać przede mną do błędu. Jesteś żałosna.  – Dodała już nieco spokojniej, rozkoszując się palonym papierosem.
-Dlaczego do mnie nie pisałaś? Miałam tyle problemów, a żadnej osoby, z którą mogłabym o nich porozmawiać. – Mruknęła po chwili ciszy Diebora, odpalając drugiego papierosa.
-To Ty uciekłaś z Petersburga w wieku osiemnastu lat z facetem, a teraz, kiedy masz prawie dwadzieścia trzy przylatujesz tu i zostawiasz rodzinę. – Odparowała szybko Jacqueline, nie pozostając dłużną Dieborze. Ta zaś zamilkła, po raz pierwszy od wyjazdu zastanawiając się, czy zrobiła dobrze. Chciała spotkać przyjaciółkę i z nią porozmawiać, potrzebowała tylko rozmowy. Spodziewała się, że wszystko inaczej się potoczy. Że będą chodzić po klubach, upijać się i puszczać, bo o tym właśnie marzyła. O chwili zapomnienia.
-Mieszkam w Hotelu Giraffe w pokoju 2329. Jeśli chcesz, to możesz wpaść wieczorem. Spędzę tu jeszcze kilka dni. – Rzuciła na odchodne Diebora Globenko, wyrzucając do połowy spalonego papierosa na trawnik. Jacqueline nie żegnając się z nią wślizgnęła się do wnętrza uczelni, zastanawiając się, co robią jej studenci i jak, do cholery odnalazła ją była przyjaciółka.

Wieczór ze szklaneczką szkockiej i paczką Marlboro na balkonie pod kocem był czymś wspaniałym, dlatego też Jackie nie zamierzała się stamtąd ruszać, nawet w nagłym przypadku. Miała dziś wolne, klub ze striptizem przechodził niewielki remont, polegający głównie na odświeżeniu ścian i wywietrzeniu papierosowego dymu. Miało to trwać łącznie tydzień, a perspektywa relaksu i odpoczynku wpływała bardzo dobrze na resztę personelu, nie tylko na barmankę.
Pomimo godzin wieczornych powietrze nie ochłodziło się zbyt wiele, dlatego kobieta ubrana była tylko w szary dres z przeceny i dodatkowo otuliła się kocem. Co jakiś czas przychodził potowarzyszyć jej Zwłoki, jednak czując dym tytoniowy i słysząc psie zawodzenie prychał pogardliwie i chował się w mieszkaniu pod kołdrą.
Drzwi balkonowe uchyliły się mocniej i na balkonie pojawił się Joseph Volkmann niosący ostrożnie dwa kubki z kawą. Jacqueline spojrzała na niego lekko zdziwiona, jednak szybko doszła do wniosku, że tego dnia już nic jej nie zaszkodzi. Nie wiedziała jeszcze jednak, jak bardzo się myliła.
-Zaskoczona moim widokiem? – Zapytał detektyw, siadając obok na płaskiej poduszce. Postawił kubki na kafelkach podłogowych i uśmiechnął się pod nosem. – JJ mnie wpuściła, a twojemu kotu niemal udało się mnie tym razem obsikać. – Słysząc to kobieta roześmiała się i potrząsnęła głową.
-Zwłoki naprawdę Cię lubi, chce tylko zaznaczyć swoje terytorium. – Powiedziała cały czas uśmiechając się pod nosem Jackie. – Ale wiesz, nie uwierzysz, kto mnie dzisiaj odwiedził. – Jej uśmiech nieco przygasł, a już chwilę później opowiedziała detektywowi o spotkaniu z byłą przyjaciółką. Wspomniała również o okolicznościach, w jakich się rozstały i jak to wszystko wpłynęło na wyjazd Jackie z rodzimego kraju. Usłyszawszy wszystkie szczegóły Joseph milczał przez chwilę, wpatrując się w ciemniejące, nowojorskie niebo.
-Wydaje mi się, że powinnaś ją odwiedzić. – Powiedział w końcu, upijając trochę letniej już kawy. – Bądź co bądź, byłyście przyjaciółkami przez kilka lat, niezależnie od tego, jak się rozstałyście i co kto powiedział lub zrobił. – Słysząc to Jackie nadymała policzki, nie chcąc przyznać racji mężczyźnie. To ona zawsze była tą mądrzejszą połową w tym związku, Diebora była jedynie bezmyślnym, głupiutkim stworzonkiem. – Zatrzymała się w Nowym Jorku? Mogę Cię podwieźć. – Dodał po chwili, uśmiechając się przy tym szelmowsko. Jacqueline nie odzywając się słowem wrzuciła peta do słoiczka z wodą specjalnie po to tam postawionemu i podniosła się z podłogi. Narzuciła na siebie tylko kurtkę, w szarym dresie też dobrze wyglądała.
Zeszli razem do auta, następnie Volkmann pognał ulicami miasta kierując się do Hotelu Giraffe. Na miejscu oznajmił, że na nią poczeka. Jackie z ociąganiem wysiadła z auta, zapaliła jeszcze papierosa i dopiero wtedy wślizgnęła się do wnętrza. Od razu pomyślała, że nie pasuje tutaj ani trochę, wszyscy goście ubrani byli elegancko, ona zaś miała na sobie tylko sprany dres. Porzuciła jednak szybko te myśli i skierowała się do recepcji, by zapytać o pokój 2329. Okazało się, że trzeba było wjechać windą na osiemnaste piętro, pójść do końca korytarza i w prawo. Tak też zrobiła. Zapukała cicho do drzwi pokojowych i wślizgnęła się do środka. To, co zastała w pokoju przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Zapakowane walizki leżały koło łóżka, włączony telewizor wypluwał z siebie miliony obrazów i dźwięków, a wiszące pod sufitem ciało Diebory chwiało się w lewo i prawo. Usta miała otwarte w okrzyku przerażenia, a pasek, którym owiniętą miała szyję wpił się gładko w jej ciało. Westchnęła pod nosem, a ból wypełnił jej duszę.
-Diebora, Ty głupia, głupia dziewucho. – Wyciągnęła z kieszeni telefon i zadzwoniła do Josepha. Zaskoczony mężczyzna zgodnie z poleceniem przyszedł do pokoju numer 2329. Zdziwiony tym, co zobaczył wykonał kilka telefonów, a następnie przytulił mocno Jackie, z której oczu płynęły nieprzerwanie łzy.     
_________
Dla Blondyny, której los był inspiracją.
Szkoda, że tego nie czyta, może by ciut zmądrzała.

27/01/2013

1916. Życie to jeden wielki bałagan


-Alex! Alex wracaj tu w tej chwili!- Oho, James chyba był wściekły. Jak każdego roku, miesiąca, dnia, godziny. No z tym ostatnim to może i przesada, ale On zawsze był wściekły, przecież na młodszą siostrę można gniewać się za wszystko, prawda? Ale przejdzie mu, zawsze przechodzi. Pogniewa się, pokrzyczy, będzie wydzwaniał, a rano spyta, czy też chcę kawy. Kiedyś pewnie dosypie mi arszeniku, albo coś innego, ale póki co ten pomysł mu do głowy nie wpadł. Jeszcze. 
-Alex, słowo daję, jeśli teraz wyjdziesz to nie masz gdzie wracać!- Taki matczyny czasem się robił. Ona tak samo zawsze krzyczała. Wiele razy obiecała, że jak zrobię to to i jeszcze tamto to mogę sobie szukać nowego miejsca zamieszkania. A, o dziwo, zrobiłam jeszcze więcej, niż sobie wyobrażała, że zrobić można, a wyprowadziłam się jedynie z mojej własnej woli .
-Też Cię kocham!- Krzyknęłam tuż przed zamknięciem drzwi, przez co nie słyszałam kolejnych jego gróźb bez pokrycia. I tak byłam spóźniona, i tak dostanę ochrzan i tak… Tej ostatniej z myśli nie dokończyłam, bo zbiegając po schodach straciłam równowagę i prawie spadłam. Na szpilkach wyjątkowo łatwo jest stracić równowagę podczas zbiegania ze schodów, potwierdzam. 

Na powitanie w klubie dostałam kolejne ostrzeżenie, że jeszcze raz i wylecę. Prawda była taka, że tak długo, jak moje spóźnienia nie przekraczały pół godziny to mogłam spać spokojnie. W końcu to ja, od jakiegoś czasu, byłam wizytówką tego klubu. Niska ruda z kolorowymi tatuażami- to ludzie kojarzyli z tym miejscem.  Bylam też jakby ostatnim stałym punktem. Szef chwytał się każdej możliwości, jeśli chodziło o jego upadający biznes, dlatego też klub stawał się powoli typowym klubem dla mężczyzn. Ale to, co on sobie wymyślał, ze mną miało niewiele wspólnego. Jak każdego wieczoru przysiadłam na stołku, stojącym na niewielkiej scenie i śpiewałam. Mając dosłownie gdzieś wszystkie problemy, jakie mnie otaczały. To było dla mnie niczym terapia, niczym oczyszczająca moc.

Na świecie istnieją tylko dwa rodzaje skutecznej terapii. Śpiew jest pierwszą z nich i nikt nie wmówi mi, że jest inaczej. Całkowite zapomnienie, zatracenie się, uporządkowanie emocji, to wszystko można było osiągnąć tylko przez śpiew. Druga z terapii jest moim autorskim pomysłem i wątpię, by ktokolwiek z was wpadł na to. Sygnał dźwiękowy pojazdów uprzywilejowanych. Karetka, policja, straż pożarna, wszystkie wydają czasami te fantastyczne dźwięki, które  przeszywają serce i duszę na wskroś, które poruszają każdy najmniejszy nerw. Początkowo można odczuć nawet niezły strach, ale po kilku minutach stają się tak nieziemsko uspakajające, że warte jest to każdej sumy pieniędzy.
Istnieje jeszcze trzecia terapia, ale ta jest dostępna tylko dla nielicznych. Trzeba być już naprawdę porządnie kopniętym, żeby widzieć uspakajającą moc  w mazaniu kartki na różne kolory. Ale tak, da się to osiągnąć.
Jeśli kiedykolwiek, w tym lub przyszłym życiu, nawet jeśli zostanę żółwiem (nie wierzę w reinkarnację, ale trzeba się zawsze ubezpieczać na każdą możliwą sytuację) będą chcieli zesłać mnie do psychiatryka, to zapamiętajcie, że nie uznaję żadnej innej terapii . Żadnego bezsensownego opowiadania o moim życiu obcym mi ludziom- naprawdę, wystarczy, że muszę opowiadać o wszystkim bratu.

Wydaje wam się, że nie można być tak całkowicie sobą? Ależ można, jak najbardziej. Robię to, co lubię, nienawidzę tych, którzy są idiotami aż do bólu i zawsze mówię to, co myślę. Nieszczerość i tajemnice? To nie ja, chyba ze od tego zależy czyjeś życie. Ale tak było tylko raz, jeden maleńki raz w moim życiu, i chyba nie warto powracać do tego dziś. Nie żyję przeszłością, bo szkoda mi mojej teraźniejszości. A przyszłość… Niczego nie planuję, to i tak nie ma żadnego sensu. Życie to tak wielki bałagan, że za nic go nie uporządkujesz, nie warto się nawet starać.

Ludzie mówią o mnie różne rzeczy. Jedni twierdzą, że jestem nienormalna, inni uważają, że wręcz urocza. Są tacy, co uciekają przede mną na drugą stronę ulicy i tacy, co lgną do mnie niczym koty. Są również i ludzie, dla których jestem jak istota, która uciekła z cyrku. Inni jednak mnie podziwiają.

W jednym jednak mają zupełną rację- ludzie mnie nienawidzą lub kochają, nikt kto mnie pozna nie przechodzi obok mnie obojętnie.

[w sumie ta nota też stała się jednym wielkim bałaganem. Witam i przepraszam za nieskładność, ale chciałam zacząć od noty, co by do siebie zachęcić choć troszkę :) Jednocześnie uprzedzam też, że miałam długą przerwę w pisaniu, ale postaram sie szybko wbić w rytm ]

26/01/2013

1915. Panta rhei.


Zielona powierzchnia pola, dwóch mężczyzn w białych strojach i jednostajnie wydawane dźwięki wydobywające się z ich gardeł. Oraz uderzenia piłki o napięte linki rakiet tenisowych. Czyż to nie cudowny widok? W końcu obaj usiedli na ławce obok kortu i podali sobie ręce.
- Znowu wygrałeś, braciszku. – Zauważył wesoło starszy. Obaj byli szczupli, ale umięśnieni, mieli ciemne włosy i coś delikatnego w rysach twarzy.
- Oczywiście. – Odparł młodszy. – Nigdy nie wygrasz, jeśli nie nabierzesz wytrzymałości. Za szybko się męczysz i poziom twojej gry drastycznie spada. – Uśmiechnął się do brata. Wypił butelkę wody, a potem nakrył twarz ręcznikiem. Przez chwilę milczeli, żeby starszy zaczął nowy temat.
- Więc wyjeżdżasz? Nick… Po co? – Zapytał. Młodszy odkrył materiał i spojrzał na niego.
- A co mam robić, wspaniały Jonathanie? I tak będziesz mnie utrzymywał do końca życia. – Zauważył. – Przynajmniej nabiorę doświadczenia. W końcu studia to nie wszystko.
- Przyznaj się, że po prostu unikasz siedzenia w domu. Mogłeś iść na którąkolwiek uczelnię w Wielkiej Brytanii, ale ty wybrałeś Sorbonę z tą swoją głupią wymówką, że u nas nie ma takiego kierunku. To oczywiste, że wybrałeś coś najgłupszego na złość rodzicom. – Ton starszego brata nie wyrażał złości, ale żal.
- Masz rację. Nie chce siedzieć w tym przepychu, który mi się nie należy, który przypadnie tobie. – Odpowiedział wprost. – Choć i tak zamierzam Cię wykorzystać, ponieważ inaczej umrę z głodu w zimie. – Dodał niefrasobliwie. Brat w odpowiedzi jedynie pokręcił głową, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę.
- John. – Spojrzał na niego poważnie. – Przecież nie wyjeżdżam na całe życie. Poza tym możesz mnie odwiedzić w wolnej chwili, gdy się stęsknisz. – Nick uważał, że jego brat czasami jest zbyt ckliwy jak na głowę rodziny, którą miał kiedyś zostać. W końcu jednak był starszy i wybrał takie studia, jakie wskazali mu rodzice, więc spływała na niego ich łaska. Nick był wolną duszą, nie lubił zbędnych ograniczeń, a pieniądze wykorzystywał przede wszystkim do zaspokajania własnych potrzeb.
Młodszy z Woonów naprawdę nie lubił siedzieć w domu. Chyba, że akurat nad czymś pracował. Wtedy zamykał się w biblioteczce i znikał z radarów. Pracował. Podejmując się prowadzenia seminarium w nowojorskim college’u miał 28 lat, podwójny tytuł magistra i kilka publikacji na koncie. Zajmował się literaturą, a przede wszystkim twórczością średniowieczną. W tym celu skończył filologię angielską, polską, kursy literatury włoskiej. Znał też biegle francuski i łacinę. Marzył o poznaniu jeszcze kilku innych języków, ale na razie zaczął naukę niemieckiego.
Zaproszenie do Stanów przyjął entuzjastycznie. Oznaczało to poznanie świata, nowe znajomości, doświadczenia, a także dostęp do nowych źródeł bibliotecznych. Nic go nie trzymało w Anglii. Ze swoją dziewczyną rozstał się dwa miesiące wcześniej i do tej pory nie znalazł nikogo na jej miejsce. Nie żeby traktował przedmiotowo płeć przeciwną! Lubił mieć kogoś. W końcu ludzi nie da się kupić.
Jego rodzina była nieco dziwna. Ojciec, Anglik, sędzia był raczej surowy w wychowaniu, ale dobry człowiek. Jego głową wadą było wyrośnięte poczucie obowiązku względem… wszystkiego i wszystkich. Matka, Polka, lekarka o złotym sercu, ale zaangażowana w wykonywanie swojego zawodu. I John. Starszy brat Nicka, porządny i posłuszny. Skończył prawo. Nick wydawał się nie pasować do nich z tym swoim życiem w chmurach, a mimo to świetnie dogadywał się z bratem. Często wyjeżdżali razem w góry lub po prostu grali w tenisa.
Gdy Nick rozpakowywał swoje rzeczy na łóżku, w kawalerce niedaleko kampusu nowojorskiego college’u, wyjął piłeczkę od tenisa i roześmiał się do siebie. Nie wiedział, kiedy brat mu to podrzucił, ale tylko udowodnił, że jest ckliwym chłopczykiem rodziców.
Następnego dnia po wylądowaniu na kontynencie amerykańskim młody Woon wybrał się do najbliższego pubu. Miał jeszcze trzy dni do umówionego spotkania na uczelni i  zamierzał wykorzystać ten czas do aklimatyzacji. Usiadł przy barze i zamówił sobie whisky. Zrobił łyka dla posmakowania i rozejrzał się po pomieszczeniu. Głupio siedziało się samemu, ale cóż poradzić? Za kilka dni pozna innych pracowników, potem studentów. Pojawienie się nowego wykładowcy w drugim semestrze powinno zostać zauważone przynajmniej przez ludzi należących do instytutu historii literatury.
Po dopiciu swojej szklaneczki, poczuł, że właściwie nie ma co z sobą zrobić. Wstał i ruszył na zwiedzanie miasta. Było jeszcze wcześnie, a Nick wyspał się w ciągu dnia, kiedy musiał odpokutować zmianę strefy czasowej.
Przez tydzień cierpiał z powodu nieprzespanych nocy i dużej ilości pracy. Przygotowywał dokumenty, tematy zajęć, gromadził materiały i próbował poznać kampus i innych prowadzących. Zakolegował się z kobietą pracującą nad religijnością tekstów dawnych, ale ciągle brakowało mu czegoś… nie wiedział jednak czego.

Przed pierwszymi zajęciami zdecydował się zrelaksować. W końcu to on jest prowadzącym i to studenci powinni czuć przed nim respekt, prawda? Problem w tym, że nie zawsze tak jest, o czym sam doskonale wiedział. W końcu nie tak dawno to on był po drugiej stronie biurka. Do tej pory zdarzyło mu się kilkakrotnie referować coś na konferencji, ale to co innego. Pocieszał się myślą, że na seminarium jednak przychodzą zwykle osoby, które chcą coś wiedzieć, a nie po to, żeby odwalić jakiś przedmiot. Na liście miał piętnastu chętnych. To i tak więcej niż oczekiwał przyjmując posadę. Możliwe, że z pięć osób jeszcze zrezygnuje. Ważne, żeby zostało przynajmniej pięcioro. Inaczej odniesie osobistą porażkę. Raz, dwa, trzy i wchodzimy! Czas zacząć nowy etap.

[To tak, żeby było wiadomo kim biedny pan Woon jest. :) Mam nadzieję, że zostanie to przychylnie przyjęte, choć nie da się nazwać tego dłuższym tekstem. Zatem oficjalnie...
Witam wszystkich i zapraszam do wątków!]

25/01/2013

|1914| Balzac.




Brązowy dodge challenger sunął stałą prędkością drogą stanową numer 395 w promieniach zachodzącego słońca. Do celu pozostał jeszcze kawał drogi, chociaż mężczyzna siedzący za kierownicą samochodu prowadził już kolejny dzień, robiąc jedynie przerwy na toaletę, czy papierosa. On sam nie palił, ale paliła kobieta, która aktualnie spała na siedzeniu pasażera z opartą o szybę głową. Nie była jego dziewczyną, aczkolwiek chciała nią być. Corey zgodził się zabrać ją ze sobą, ale niczego nie obiecywał. Z góry powiedział jej, że gdy dotrą do Nowego Jorku ich drogi się rozejdą i tylko jeśli będzie miała kłopoty, to będzie mogła się z nim skontaktować.
Taki już był. Nie miał wobec nikogo zobowiązań i nie chciał ich mieć. Tak było lepiej. Bezpieczniej. Czuł dług wobec jednej jedynej osoby, o której z nikim nie chciał rozmawiać, bo też nikogo nie powinny obchodzić jego sprawy prywatne i to, jak sobie z nimi radzi. Był sam jeden sobie panem i to on wyznaczał granice.
Co do granic – nie posiadał ich. Mógł zrobić wszystko i niczego się nie bał. Czasem budziło się w nim coś na kształt sumienia. Dlatego tylko zabrał Michelle. Na wyścigach była jego pilotem – kierowała nim i wymyślała, jak obejść zasady. Cenił jej profesjonalizm i to, że nie okazywała uczuć jak reszta dziewczyn, które poznał na wyścigach. Zabierał je do łóżka, a rano mówiły, że chcą zostać i wyznawały mu miłość. Nie czuł wobec nich zobowiązań, dlatego uśmiechał się przyjaźnie i wychodził. Michelle była inna. Jednak i ją w końcu dopadły hormony. Głównie dlatego zdecydował się wyjechać. Chwilę przed odjazdem przyszła do niego pijana niemal do zgonu i prosiła, by zabrał ją ze sobą, bo jeśli on wyjedzie to już nic nie będzie jej trzymać w tym mieście. Widząc jej stan i słysząc bełkot uśmiechnął się tylko i wpuścił do auta.
A teraz jechał do Nowego Jorku, do miasta, w którym mieszkała Bonnie, a w którym nie był od ponad trzech lat. Do wyjazdu zmusiły go palące wyrzuty sumienia, które były nie do zniesienia, gdy patrzył na Bonnie. Jak męczyła się z ubraniem kurtki, gotowaniem, które kochała i w chwili, kiedy odchodził od niej narzeczony. Bez zbytniego namysłu wsiadł w auto i odjechał na północ, nie zastanawiając się nad tym, że samotna Bonnie po jego wyjeździe będzie jeszcze bardziej samotna. Czasem zastanawiał się, czy powinien coś zrobić, jakoś spróbować to naprawić. Zawsze jednak kończyło się to butelką wódki i treningiem do rana.
Rozmyślania przerwał mu nieznaczny ruch na siedzeniu pasażera.
-Cholera jasna. – Usłyszał ciche słowa przekleństw, a później całą ich wiązankę, gdy Michelle ułożyła się w pozycji całkowicie siedzącej i przytomnej. – Gdzie jesteśmy? – Zapytała pocierając czerwony policzek.
-Całkiem niedaleko Nowego Jorku. – Odparł z uśmiechem Corey, skupiając się na drodze.
-Kiedy zrobimy przerwę? – Zapytała szukając jednocześnie pod nogami butelki z wodą, którą położyła tam wcześniej. Corey skręcił szybko na stację benzynową, Michelle niczego się nie spodziewając uderzyła głową w boczne drzwi, po czym zasyczała wściekle. – Mam kaca, kretynie. – Wycedziła, masując obolałe miejsce. Corey uśmiechając się łobuzersko wyszedł na zewnątrz, żeby zatankować. Owiał go momentalnie chłodny, wieczorny wiatr zwiastujący śnieg. Marzył o dużym, pustym parkingu i małym torze przeszkód. W czasie, kiedy on tankował i robił niewielkie zakupy Michelle odeszła kawałek i zapaliła papierosa. Zdążyła wsiąść do środka i trzęsąc się z zimna sięgnąć po koc, kiedy wrócił. Podał jej parującą mini-pizzę i czteropak napoju energetyzującego, który był dla niego jak woda.
-Pasuje Ci kolejna noc w aucie, czy wymagasz hotelu? – Zapytał zapuszczając silnik dodge’a. Michelle przełknęła gryza pizzy, myśląc przez chwilę intensywnie.
-Jak dla mnie może być i kolejna noc w aucie. – Odparła wyciągając z opakowania puszkę napoju. – Chcesz też? – Zapytała patrząc na niego mętnym wzrokiem. Corey zaprzeczył ruchem głowy.
-Zostaw na rano, przydadzą się. – Wyjechał na drogę, szukając miejsca, gdzie mogliby się przespać kilka godzin. Niewiele dalej za stacją paliw dojrzał duże centrum handlowe. Postanowił postawić tam auto i odpocząć, rano mieli być już w Nowym Jorku.
Zaparkował w rogu parkingu nieopodal budynku, uprzednio robiąc trochę hałasu jazdą rajdową po betonowej płycie. Gdy tylko wyłączył silnik zasłonił okna specjalną matą i zamknął auto od środka. Michelle rozbudziła się trochę, więc nie zamierzała iść spać, ani dać spokoju kierowcy. Ostatecznie jednak nieczuły i niechętny do rozmów Corey rozłożył fotel i nakrył się bluzą, co zniechęciło Michelle do dalszych prób nawiązania z nim kontaktu. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła wyjeżdżając z nim. To był tylko pijacki impuls i nuta zazdrości, że mógłby teraz być z inną. Była na siebie wściekła. Corey traktował ją niemal jak siostrę, a po jej wybuchu uczuć nawet nie chciał z nią rozmawiać, nie mówiąc już o wygłupianiu się tak, jak mieli to w zwyczaju wcześniej. W czasie, kiedy dla niego pracowała jako pilot nie spali ze sobą ani razu, pomimo tego, że Corey miał opinię miejskiego podrywacza. I niespodziewanie okazało się, że zakochała się w nim. Chciała jak najdłużej przeciągnąć trasę do Nowego Jorku, wiedziała bowiem, że tam ich drogi się rozejdą. Co stało się z tą bezuczuciową Michelle, lekceważącą zaloty i idiotyczne teksty? Prawie popłakała się ze złości i bezsilności. Zarzuciła na ramiona koc, zabrała z deski rozdzielczej paczkę Marlboro i wyszła na dwór, zatrzaskując delikatnie drzwi. Nie chciała budzić kierowcy, bo wtedy byłby jeszcze bardziej wściekły. Otuliła się szczelnie kocem tak, że wystawały jej spod niego tylko nogi, blond głowa i dłoń przystawiona do ust z papierosem. Miała ochotę na mały spacer, ale bała się, że wyskoczy gdzieś z krzaków sadystyczny morderca, dlatego też spaliła szybko, chwilę potuptała w miejscu, wietrząc się z papierosowego zapachu, za którym Corey nie przepadał. W końcu wróciła do auta, zamknęła od środka drzwi i zapadła w błogi sen.

Corey Carpenter obudził się o świcie, kiedy pierwsze samochody pracowników centrum handlowego zaczęły zjeżdżać się na parking. Nie budząc Michelle poszedł kupić świeżą gazetę i kilka ciepłych bułek. Zamówił do tego dwie sałatki na wynos, po czym wrócił do auta. Zanim jego towarzyszka obudziła się zdążył przejrzeć oferty mieszkań do wynajęcia w Nowym Jorku, zjeść sałatkę i dwie bułki, wypić puszkę napoju energetyzującego. Dopiero wtedy ostatecznie się dobudził, chociaż spacer w bluzie po mroźnym powietrzu działał podobnie. Zanim zdjął maty ochronne z szyb zadzwonił jeszcze pod jeden z podanych w gazecie numerów. Dogadał z właścicielem warunki wynajmu i miesięczną cenę dzierżawy, a następnie wykonał jeszcze jeden telefon, rozmawiając w ten sam sposób z kobietą, która zgodziła się za niską cenę wynająć mu niewielką kawalerkę. Obydwa adresy zanotował wraz z podstawowymi informacjami, jedną kartkę włożył do paczki z papierosami Michelle, drugą zostawił sobie. Chwilę później zapuścił silnik dodge’a i ruszył w dalszą trasę.
Blondynka spoczywająca na fotelu pasażera obudziła się dopiero dwie godziny później, kiedy znajdowali się na obrzeżach Nowego Jorku. Zdenerwowana tym poprosiła o przerwę na papierosa. Corey w tym czasie wypił energy drinka i wyrzucił puszkę przez okno.
-Gdzie Cię wysadzić mała? – Zapytał gdy zaczęli zbliżać się do centrum. Michelle na te słowa spięła się i zaczęła się jąkać.
-Nie mogę zostać z Tobą? – Wyjąkała z nutą paniki w głosie. Corey słysząc to westchnął pod nosem.
-Rozmawialiśmy przecież o tym. Wszystko było jasne, na wszystko się zgodziłaś. Więc po co te bezsensowne rozmowy? – Mruknął dociskając mocniej pedał gazu. Nie zamierzał dłużej o tym rozmawiać, dlatego kierował auto pod adres jednego z wynajętych mieszkań. Gdy znaleźli się na miejscu zaparkował na chodniku i patrząc przed siebie uśmiechnął się.
-Nie do zobaczenia Michelle. – Powiedział spokojnie Corey, czekając aż kobieta opuści auto. – Nie zapomnij Marlboro. W środku jest coś dla Ciebie. – Michelle nie mogła nic z siebie wydusić. W końcu jęknęła przeciągle.
-Raczej ‘do zobaczenia’.
-Nie, Michelle. Ja tylko sprowadzam kłopoty. Więc jeśli jeszcze kiedyś mnie spotkasz to wiedz, że je masz. – Kobieta nie ociągając się więcej cmoknęła szybko kierowcę w policzek i wysiadła z auta, zabierając ze sobą koc i paczkę papierosów. Gdy tylko zamknęła za sobą drzwiczki auto ruszyło z piskiem opon, unosił się za nim jedynie siwy dym i zapach spalonych opon. Patrzyła za nim, póki nie zniknął jej z oczu. A później wyciągnęła papierosa i usiadła na schodkach budynku, zastanawiając się, co dalej.   

Gdy tylko zainstalował się w nowym mieszkaniu pod numerem 707 wykonał kilka telefonów do starych znajomych, dzięki którym miał wrócić do gry. Do południa miał już pełen zestaw ubrań z pobliskiej galerii handlowej, należało jeszcze kupić na złomie kabinę do auta, które chciał sam poskładać. Kilkakrotnie odrzucił połączenie od Michelle, nie miał ochoty na babskie mazgaje.
Znużony przespał się kilka godzin, a gdy się przebudził zaczął poważnie zastanawiać się, czy powrót tutaj to dobry pomysł. Impulsywnie zbiegł na dół i ruszył samochodem w centrum miasta. Znalazłszy poszukiwaną kamienicę zatrzymał się po drugiej stronie obok dużego transportera tak, by nie był za nadto widoczny. Spędził tam resztę dnia. Gdy po schodach zbiegła niewysoka, piękna kobieta wyprostował się na siedzeniu, ściskając mocno dłońmi kierownicę. Bonnie Carpenter wyprowadzała dużego owczarka niemieckiego, który ciągnął ją w sobie tylko znanym kierunku. Odruchowo wyskoczył z auta i w pewnej odległości z kapturem na głowie szedł za kobietą, patrząc jak wygłupia się przy każdej możliwej okazji z Balzac’em. Zawsze dziwił się, dlaczego nazwała tak psa. To nazwisko pisarza, nie imię dla psa. Ale Bonnie wiedziała lepiej, dlatego Corey nie protestował więcej.
Gdy znalazł się w parku, mając Bonnie w odległości stu metrów, Balzac zatrzymał się i zaczął nawąchiwać. Kobieta przystanęła na chwilę – nie była w stanie zmusić silnego psa do dalszego spaceru. Pies momentalnie pociągnął ją w stronę, z której przyszli. Mało brakowało, a Bonnie poślizgnęłaby się na chodniku. Owczarek niemiecki ujadał wściekle, wbijając wzrok w Carpentera. Ten jednak miał kaptur na głowie i stał ukryty w cieniu drzew. Odruchowo chciał podbiec po siostry i pomóc jej z wyrywającym się psem. Ostatecznie jednak odwrócił się na pięcie i ze wzrokiem ostrym, jak opadający topór maszerował szybkim tempem do auta. Nienawidził siebie za swoje zachowanie. Bonnie zasłużyła na coś więcej. Na więcej niż brat – kretyn, bojący się spotkania i uciekający od poczucia winy.  Zasłużyła na więcej …      

***
uf, w końcu skończyłem notę, więc Corey oficjalnie jest mieszkańcem NY :)
Dla Joyce, która jest wyjątkowo bystrą dziewczynką. :D

20/01/2013

1913 cząstka snu

Na umilenie czasu i snu: The Smiths.



   Jutrzejsze wczoraj minęło tydzień temu, a on znowu ledwo oddychał. Budzik, który zostanie lada chwila odłączony od respiratora baterii, nie dzwonił, nie tykał, nawet sapanie nie było jego. Czerwony lakier matowiał, metalowe wskazówki nie błyszczały jak dopiero-co-naoliwione. A szkoda, taki młody był!
   Ale nie płacze, dzielny. Nie opłakuje straty rodziny, pracy, życia. Czy dla niego to też jest koniec? Może wierzy w reinkarnacje? Albo nie wierzy w nic, czeka na nicość. Przecież nie będzie widział tak wiele z tego, czego nie chce: bo nie będzie nic. Ateista, nie wierzy w życie po wyjęciu baterii. Niedowiarek, czy mędrzec? Przecież ma takie dobre opinie wśród innych, tak wielu ufa mu bezgranicznie, a ich wskazówki podążają za nim, gdziekolwiek by się nie pojawił.
   Chce to wszystko zaprzepaścić?

   Kiedy już odwiedzisz odmęty śmietnika niewiele jest cię w stanie zaskoczyć. Czy to samoczyszczący się kot, czy to nielegalny imigrant z Armenii, który wraz z ściągnięciem spodni ściągnął całą swoją rodzinę do małej klitki niżej. Tak czy inaczej - to przykry widok. Dobrze, że wyjęto baterie.

   Zamykając się na większość bodźców, bo miał nadzieję jakoś przyjemnie i spokojnie przeżyć ten morderczy poranek, starał się ogarnąć jedynie wzrokiem pobojowisko.
   Obrzydzenie do samego siebie poganiaczem najszybszym.

   Skoczył z piętra ostatniego - mały, przedpotopowy budynek. Przytłaczający w swej niedokończonej budowie, niechętny do wprowadzenia zmian: wszystko bez sensu. Boląca, poszarpana brakiem czułości i czasem konstrukcja wypierała jeszcze gdzieniegdzie dostrzegalne fragmenty oryginału, świetności dawno przebrzmiałej. Nie chciała się bawić, odklejana niczym mięso od kości przez rzeźnika - szybko, efektywnie, brutalnie.

   Ale lot był piękny.

   Nocne niebo było pięknie przytłaczające, z całym swym brakiem odoru śmieci, koszem rozrzuconych niby to losowo gwiazd i nieskazitelnym mruczeniem, które było najbliższą formą ciszy w tym mieście. Rzeka, czy też raczej uczłowieczony zbiornik wodny, który był tutaj najbliższy dzikiej wodzie niesplamionej człowiekiem; pozwoliła dzisiaj bawić się kochankowi, który szumem swoich liści chował jej ciche piski.
   Rozburzone korony drzew wyganiały ptaki, plącząc się między sobą gałęziami i psując plany uciekającym kłębom rudych igieł. Brak harmonii odbił się w resztkach lodu, chociaż te przypominające wodolubne ryby pierzaste skrzydła nie były tak ciche, jak wytresowane przez drogie mamki dzieci, którym głos został odebrany chwilę po narodzinach. Armia cichych szaleńców z gazem pieprzowym w przedszkolu, nożami w szkole i bronią automatyczną na studiach. Pokojowo nastawione społeczeństwo.
   Nie był van Goghiem, choć jego niebo też było niespokojne, pośród tak wielu niedomówień i  pozornie źle rozłożonych przypadków. Wszystko było zaplanowane, gdzieś-tam, na pewno. Czy inaczej pasowałoby tak dobrze?
   Tym razem mogło być inaczej, choć było już i tak zupełnie różnie od poprzednich starań, płaczów i jęków, ochryple cichych w tak hałaśliwej codzienności. Czego innego można by się spodziewać, po krainie tak pięknej, jak brutalnej?
   Przecież to dla tego brutalnego ciosu na końcu każdej drogi w nią właśnie się wyrusza. Marzenia są piękne, tak nierealne jak i śmieszne dla sceptyków kryjących się za każdym z rogów niezajętych przez miejscowe i zamiejscowe działaczki praw pieniądza. Pilnują swoich inwestycji, same będąc inwestycjami. Koło się nie zamyka, zanim nie uformuje się w wielką, otaczającą cały świat epidemię. Potem może łaskawie opatulić dłonie białymi rękawiczkami i pozwolić sobie na areszt domowy.

   Zielony kot przeskoczył swoje fluorescencyjne granice, przy prychnięciach tworząc kolejne puste szklane butelki. Chciałoby się mleczka, kochanie? O nie, nie ma! Ten twój przyjaciel, błękitny wieloryb, co to sunie tam, nad nami, całą porcję zatrzymał dla siebie. Obdarowuje tylko swoich wybranych: gwiazdy, małe dzieci, kochanki. Na co ty liczysz, słoneczko? W świecie tak pełnym latających dywanów nie ma przeszkód, nie ma obowiązków, ani przywilejów większych nad te, które sam tworzysz. Nie łudź się, nie zostaniesz nikim wielkim, a tym bardziej łodzią.
   Nocne sklepy pełne cynamonu otwierają się, kusząc ciasteczkami i pomarańczą. Czyż nie jest to kwintesencją życia, przepięknie nucącego do snu? Wystawy kolorem złota rozświetlają nocne błękity, ultramaryny i tłumią indygo, które przemycają turkusowe ślimaki. Wygrywa mały wróg, cichym zwycięzcom nie pozostaje nic innego, jak zamknąć się w swym milczeniu jeszcze głębiej, choćby i tylko po to, by nie rozpocząć swych niecnych knowań raz jeszcze, a potem kolejny. Okupowane wierzby płakały za swymi, których już nigdy nie odzyskają. Podgryzanie korzeni nie było niczym innym, niż migreną stojącej na głowie matrony. Szczury kryły się w purpurze, uciekając przed złotem ze swoimi obryzganymi nieczystościami pyskami. Łatwiej było ukryć kłamstwa w ciemnościach, gdzie przenikające do szpiku kości spojrzenie łatwiej można było oszukać. O, zapach wanilii.

   Lądowanie było obdarte z klasy.
   Jak zwierzątko futerkowe.

   Oczy nie otworzyły się od razu po tym, jak już wróciła świadomość zakończenia odwiecznie powtarzającego się cyklu. Przecież wciąż czuć zapach słodki, duszący - w dodatku tak cudownie blisko! Czy to nie było odpowiednie wynagrodzenie dla słodkich tortur, cierpień, niekończących się historii? Pragnienie, aby dokończyć tego, co rozpoczął Piaskowy Dziadek nie mogło powstrzymać nowego wcielenia budzika pozbawionego baterii kosztem innej małej bomby energii.
    Ani powoli powracającej świadomości.
    Nic jednak nie powstrzymało jednak ręki, reagującej na bodźce szybciej, niż jakikolwiek inny członek śmiałby przyznać.
   I ktoś wreszcie wyskoczył z okna, budzikiem.



Aż wstyd, że tak krótko.

17/01/2013

1912.Przeszłość, teraźniejsość i przyszłość.

Czego potrzebowałam?
Może ukojenia i chwili spokoju.
Czego pragnęłam?
Miłości i samorozwoju.
Czego się bałam?
Że wróci do tego pokoju.


To dla mnie na prawdę trudne chwile. Wiem, że jesteś w pobliżu, że mnie wspierasz.
Czuję Twoją obecność, Twój oddech pieszczący moją szyje. Słyszę Twój głos, który cicho szepcze, że będzie dobrze.
Mam Ci uwierzyć?
Tyle razy mnie skrzywdził, tyle razy sprawił, że nienawiść przysłoniła mi wszystko inne.
Jesteś w stanie mnie przed nim obronić?
Jak niczego innego, boję się, że znowu zapuka do moich drzwi, że przez niego znowu będę musiała uciekać.
To nie jest dobry ojciec, teraz już to wiesz.
Mówiłam Ci o nim wiele razy i sam też mogłeś się o tym przekonać. To przez niego się wyprowadziłam, to przez niego trafiłam tam gdzie trafiłam, jeszcze w Detroit. Byłam kim byłam, stałam się kim stałam.
Teraz jestem tutaj w Nowym Jorku. Słońce właśnie zachodzi. Metaforyczna ciemność zapada nad miastem. Ginie strach dnia, rodzi sie strach nocy. Siedzę na podłodze w salonie, obok mnie leży książka, którą jeszcze chwilę temu czytałam. Na zewnątrz, charakterystyczny dla tego miasta zgiełk.
Owijam się szczelniej kremowym swetrem. Podkurczam nogi i patrzę, ale nie widzę. Zawieszenie między niebem a ziemią. między światem przyziemnym a fantazją.
Jak często możesz mnie taką oglądać!
Cicha muzyka rozbrzmiewa w ciemnym pokoju. Smutne dźwięki, każą mi myśleć. Nie dają spokoju. Wbijają się w podświadomość.
Myśl Crystal! Co było? Co jest?

Co jest dla Ciebie najważniejsze?
Bliskich szczęście i pisanie.
Co jest dla Ciebie najłatwiejsze?
Przyszłości roztrząsanie.
Co jest dla Ciebie najprzyjemniejsze?
W łodzi fantazji kołysanie.


Ogarnia mnie melancholia. Uwielbiam w sobie ten stan. Kreuje wtedy nowy, lepszy świat. Tworzę, wymarzone miejsce. Ostatnio często się tam pojawiasz. Wkradasz się do moich rozmyślań. Nieproszony. Jednak potrzebny. Bez Ciebie nie ma całości.
Słyszę dźwięk telefonu, patrzę na wyświetlacz. Uśmiecham się. Rozglądam się po pokoju, szukając Cię wzrokiem. Gdzieś tutaj jesteś. Schowany, przyczajony. Czekasz na odpowiedni moment żeby podejść. Odbieram telefon, ciekawa Twojej gry.
-Tak, kochanie?
Cisza. Nikt nic nie mówi, tylko Twój oddech. Regularny wdech, a potem wydech. Raz po raz. Rozłączasz się.
Co mam o tym myśleć?
Spoglądam z uniesioną brwią na komórkę. Nic się nie dzieje.
Przenoszę wzrok na białe meble, jasne kolory dodatków. Na ściany obwieszone obrazami. To wszystko jest nasze. Nasze miejsce w tym świecie. Przepełnione magią Meksyku. Mojego małego światka, w którym znalazłam ukojenie.
-Gdzie jesteś?- pytam w przestrzeń.
Słychać tylko kojące dźwięki Birdy. Sfrustrowana, podnoszę się z podłogi.
A było tak przyjemnie!
Staje na sztywnych nogach i znowu przyglądam się mieszkaniu. Odnoszę wrażenie jakby od ostatniego razu minęły godziny a nie sekundy. Słońce tak szybko znika za budynkami.
Wysuwam jedną stopę i idę po brązowych panelach. Mijam kanapę, jej delikatna faktura mnie rozczula. Mogłabym zatopić się w tym doznaniu na wieczność. Idę jednak dalej. Mijam stół, w naszej udawanej jadalni. Cztery wysokie krzesła każde z takim samym rzeźbieniem. Mijam obrazy na ścianie. Monterrey, Detroit, Nowy Jork. Miejsca z mojego życiorysu.
Co będzie kiedyś?

Z kim iść przez życie bym chciała?
Odpowiedź wydaje się oczywista.
Z kim na wyżyny szczęścia wzleciała?
Ta osoba wydaje się nierzeczywista.
Z kim na kawałki rozleciała?
Postać ta jest przejrzysta.


Staje w kuchni. Ręką posuwam po zimnym metalu zlewu. Łapię go na chwilę. Przymykam oczy. Chłód. Tego mi było trzeba. Biorę głębszy wdech. Odwracam się i zmierzam prosto do sypialni. Otwieram drzwi. Widzę kolejne drzwi. Prowadzą do garderoby. Jednak nie skupiam na nich dłużej uwagi. Przyglądam się Twojej postaci. Siedzisz na środku łóżka. Patrzysz na mnie. Uśmiechasz się.
-Czekałem na Ciebie. - mówisz, a wyraz twarzy masz taki, jakbyś cierpiał katuszę, bo tak długo szłam. -Chodź tutaj.
Klepiesz, wskazując mi miejsce obok siebie.
Nagle znikają wszystkie moje myśli. Zostaje tylko teraz. Ty i ja. Zamknięci w czterech ścianach.
Jaki masz plan?
Idę w Twoją stronę. Wolnym krokiem zbliżam się do Ciebie. Bezgłośnie pytam co teraz.
-Siadaj. -mówisz krótko. Robię to. Opuszczam ciało na łóżko. Przesuwam nogi na pościel. Podpieram się rękoma i przybliżam do Ciebie.
Nie mogę się nie uśmiechnąć. Widzę, że i Ty to robisz.
Siedzimy więc razem, na tym łóżku, szczerząc się jak wariaci.
A potem, niespodziewanie Twoje wargi opadają na moje. A ja nadal się uśmiecham. Wplątuje dłonie w Twoje ciemne włosy. Przyciągam bliżej do siebie.
Nie liczy się przeszłość, przyszłość czy teraźniejszość gdzie nie ma Ciebie.
Twoje ręce krążą gdzieś po moich plecach.
Wiem, że mnie nie zostawisz. Że nie pozwolisz skrzywdzić.

~~*~~
Droga mamo,
Nie pisałam do Ciebie od kąt mój samolot opuścił się na nowojorską płytę lotniska. Przyszła pora to zmienić.
Moje nowe mieszkanie jest już urządzone. Wszystko stoi na swoim miejscu za sprawą pewnej wspaniałej kobiety, którą poznałam już wcześniej, a która sprawiła, że białe ściany i pustka, pachną teraz rodzinnym domem.
Może jakiś pomysł aby jej podziękować?
Jeśli chodzi o sprawy sercowe to musisz wiedzieć, że wszytko jest w jak najlepszym porządku. Drake, nie trzymał długo urazy a i ja nie dałam mu ku temu powodu. Niesamowicie cieszę się, że mogę z nim kontynuować to co zaczęliśmy tak dawno temu, a co...mój ojciec... prawie zniszczył.
Muszę Cię także poinformować, że nie będę spędzała samotnie nocy, bo On postanowił zadbać o moje bezpieczeństwo. O mój pogodny dzień.
Może i noc?
Przepraszam. Chyba w te rejony nie powinnam się zagłębiać. A na pewno nie listownie.
W szkole, jak w szkole. Wszystko toczy się swoim stałym rytmem. nie mam zaległości, może nawet jestem ponad program. Pytania i zadanie nie stanowią dla mnie żadnego problemu.
Na pracę także nie narzekam. Nadal piszę artykuły o życiu. Referaty i felietony. Coraz częściej dostaje zlecenia na wywiady i recenzje.Nie wiedziałam, że to może być takie satysfakcjonujące. Uszczęśliwiam ludzi jednym słowem, a oni dają mi nowe pomysły,  nowy materiał na kolejne historię.
Nadal piszę, tak do szuflady, i tak na poważnie. W tej kwestii się nie zmienię, bo i jak walczyć z naturą?
Jestem szczęśliwą, młoda kobietą, która znalazła swoje miejsce w tym wielkim mieście.
A co u Ciebie? Czy w rodzinie wszyscy zdrowi? Jak w pracy?
Koniecznie napisz. Albo zadzwoń. Albo przyjedź.
Całuję.

~~*~~
Kochana Monic,
Jak dawno Cię nie widziałam! Nawet nie masz pojęcia, co przeżywam.
Sama wśród tłumu... Może nie sama.
Przeprowadzka się udała. Do tego mam nowego lokatora... Wiesz-co-to-znaczy-prawda?
Nie mogę się doczekać kiedy mnie odwiedzisz, albo kiedy ja odwiedzę Ciebie. Tak wiele miesięcy...
Pamiętam, że w ostatnim liście wspominałaś coś o problemach z matką. To coś poważnego? Można Ci jakoś pomóc? Powiedz koniecznie!
Jestem niesamowicie szczęśliwa, bo wreszcie znalazłam spokój. Nadal piszę. Do gazety i dla siebie. Nie mogę się doczekać kiedy prześlę Ci swoje prace. Na Twoją szczerą opinię zawsze można liczyć, a już nie wiele zostało do zakończenia tej książki, którą zaczęłam jeszcze w Detroit.
Czuję się jakby to było tysiące lat temu.
Opowiedz mi co u Ciebie. W naszym malutkim Detroit wszystko dobrze? Jak studia? Czekam na odpowiedź.
Ściskam.

*************
Co na temat notki? Sama nie wiem. Pomieszanie z poplątaniem, czyli cała ja. ;D

13/01/2013

[1911] W drodze do nowego życia.

     Obudziła się wyjątkowo późno, jak na rannego ptaszka. Kiedy tylko otworzyła oczy, obróciła się na plecy i przeciągnęła mrucząc przy tym cicho. Uśmiechnęła się sama do siebie i poleżała jeszcze chwilę w pościeli. Nie wiedziała dlaczego ten dzień wydawał jej się taki przyjemny, w końcu dopiero się zaczął. Ale pomimo tego, że wyjątkowo miała ochotę poleniuchować to wyszła z przyciągającego łóżeczka i skierowała się do kuchni, żeby zaparzyć kawę. W pomieszczeniu nie było nikogo, więc doszła do wniosku, że rodzice już są w pracy. Bo gdzie indziej mieliby być? Kiedy włączyła też radio trafiła akurat na wiadomości. Cóż, spiker radiowy oznajmiał właśnie, że trwają kolejne zamieszki w Afganistanie, tym razem na tyle poważne, że w przeciągu kilku godzin, było wiele strat w amerykańskim wojski. Kolejnym newsem był jakiś wypadek. A mianowicie w Niemczech jest w tej chwili największy karambol świata, co Alessy zbytnio nie zdziwiło. W końcu tamtejsze autostrady są wyjątkowo dziwne. Dużo wypadków, mało trupów. Kiedy jednak usłyszała słowa mężczyzny ‘A teraz wracamy na A5, największe złomowisko Europy’ mimowolnie się zaśmiała, choć było to nie na miejscu. Usprawiedliwiała się tym, że rozbawiły ją słowa, a nie całe zdarzenie.
     Wypiła kilka łyków kawy i uciekła pod prysznic, by chwilę później wybrać odpowiedni strój… na dzień wolny. Tak, zmęczona lataniem od pracy dorywczej do następnej, Alessa Cascio postanowiła, że przez jeden dzień będzie odpoczywać. Może nawet zrobi sobie domowe SPA? Mogłaby to robić oczywiście częściej, ale była jaka była i tego nie zmieni. Wolała łapać się różnych zajęć i czym prędzej wyrwać się z tego mieszkania.
     Już miała wyjść do pobliskiego sklepu, żeby zaopatrzyć lodówkę na kilka kolejnych dni, kiedy zadzwonił telefon domowy. Nie zdziwiło ją to, że ktoś z nieznanego jej numeru dzwoni na domowy, bo była prawie całkowicie pewna, że to któryś z klientów jej ojca lub matki. Zdarzało się to na tyle często, że była do tego całkowicie przyzwyczajona. Tutaj rozwód i podział majtku, tam znowu kieszonkowiec i jakiś inny adwokacina.
     - Halo? – odebrała jednocześnie szukając w torebce portfela.
     - Dzień dobry, generał Michael Gosseu. Rozmawiam z… - usłyszała szelest papierów.
     - O  co chodzi? – zapytała zdziwiona prostując się. Generał? Dobre żarty.
     - Czy pani ojcem jest John Baker? – dopytywał oficjalnym tonem owy generał.
     - Nie? – odpowiedziała tym razem bardziej pytaniem. - To musi być pomyłka. Mój ojciec jest prawnikiem, więc jeśli potrzebuje pan porady prawnej… - mówiła automatycznie wpatrując się w ścianę przed sobą.
     - Nie, przepraszam. W takim razie to pomyłka, nie chciałem niepokoić. Do widzenia. – Mężczyzna szybko się rozłączył, a Alessa usiadła na krześle. Jakiś generał miał właśnie przekazać jakiejś córce złe wieści. Tego była pewna i nagle humor uleciał z niej, jak z puszczonego wolno balonika. Musiała zająć się czymś przyjemnym, żeby starać się zapomnieć. A może miało to coś wspólnego z porannymi wiadomościami? Co by zrobiła, gdyby ktoś próbował przekazać jej tak koszmarne informacje? Jak by się czuła?
     Alessa pokręciła głową. Bardzo łatwo zaczynała myśleć o smutnych rzeczach i łączyć się w cierpieniu z innymi.

     Zawsze lubiła patrzeć na mapy i globusy. Nigdy nie opanowała (i już pewnie tego nie zrobi) tej całej skali, poziomic czy jeszcze innych, dziwnych informacji odnośnie terenoznawstwa. Zapamiętała tylko tyle, że mech na drzewach rośnie od strony północnej. Chyba. To zapewne dlatego ma bardzo kiepską orientację w terenie. Nie pomagało jej oczywiście to, że przeprowadzała się już sześć razy, przemieszczając się po Stanach Zjednoczonych od jednej części do drugiej. Mimo to, patrzyła na najróżniejsze państwa i wyobrażała sobie, że wyrusza w długą podróż - w nieznane. Ahoj, przygodo!
     Afryka, Czad. Od jakiegoś czasu naszło ją pragnienie , żeby nauczyć się języka hausa. Zupełnie nie wiedziała, skąd taki pomysł. Ba, nie potrafiła usprawiedliwić się przed samą sobą. Czad. Czytała, że było to jedno z najbiedniejszych i najbardziej skorumpowanych państw na świecie. Czuła się silną osóbką, jednak doskonale wiedziała, że miało to swoje granice. Nie wytrzymałaby tego widoku. Kiedy ona miała dom i praktycznie wszystko czego zapragnęła, tamtejsze dzieci nie miały praktycznie nic. To było nie w porządku.
     Szwecja, Fjällbacka. Tak, tak. Naczytała się skandynawskich kryminałów i pięknych opisów tamtejszej przyrody i teraz ubzdurała sobie, że tam pojedzie. Kolejne miejsce na jej magicznej liście, które bardzo pragnęła odwiedzić. Kiedy znalazła dane z dwutysięcznego dziesiątego roku, dowiedziała się, że mieszkańców w położonej sto sześćdziesiąt pięć kilometrów od Oslo miejscowości jest dokładnie osiemset pięćdziesięciu dziewięciu. Nawet nie mogła sobie tego wyobrazić. Za to oglądając zdjęcia domków, łodzi, była zachwycona.
     Irlandia, Waterford. Wszystko zaczęło się od konkursu tańca, który oglądała w pewien nudny wieczór. Jedna z par zaprezentowała irlandzki taniec, a Alessa od razu rzuciła się do komputera, żeby poczytać, co ciekawego jest w tym państwie. Wybór padł na takie, a nie inne państwo zupełnie przez przypadek. Układając sobie malutki plan zwiedzania, na pierwszym miejscu umieściła muzeum, w którym będzie mogła zobaczyć kolekcję unikalnych przedmiotów dokumentujących ponad tysiąc lat historii Waterford. Czyż to nie było wspaniałe?
     Sunęła palcem przez mapę, wcale nie przejmując się tym, że zachowuje się troszeczkę jak mała dziewczynka. To ją odprężało, pozwalała swoim myślom spokojnie błądzić. Zatrzymała się dopiero, kiedy jej opuszek natrafił na Hiszpanię. Tak, tam już była i zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ciągle chciała tam wracać, poznawać jeszcze nie odkryte przez nią cuda tego kraju. Barcelona, Madryt, Saragossa - to już znała, zagłębiając się w najbliższe wioski. To chyba te mniejsze miasteczka, gdzie nie roiło się od turystów, zrobiło na niej największe wrażenie.
     - Alessandro! Zejdź proszę - usłyszała miły, ale dość stanowczy głos swojego ojca. Westchnęła cicho zamykając atlas. Musiała wrócić do rzeczywistości. Kochała 'tatusia', ale to jemu wiecznie nic nie pasowało, on chciał dyktować jej, co ma robić. Miał gotowy plan odnośnie jej przyszłości. A panna Cascio robiła wszystko, żeby w końcu wyjść na swoje, żeby odciąć się od wpływowego środowiska. Nie chciała pieniędzy rodziców, nie chciała, żeby ludzie znali ją jako 'córkę tego małżeństwa'.
     Marcello Cascio, który urodził się i wychował we Włoszech miał wpojone (wklepane) zasady postępowania. Wpływowy adwokacik, który nawet po domu w gorące dni chodzi w garniturze. Gabinet na drugim piętrze, do którego nikt nie miał wstępu, sąsiadował z dużą biblioteczką i pokojem Alessy. Dziewczyna musiała jeździć do Włoch przynajmniej na dwa tygodnie do rodziców Marcella. Robiła to też dlatego, że pomimo fanatycznych poglądów dziadków, bardzo za nimi tęskniła. Oni przynajmniej cieszyli się na jej widok, a nie oczekiwali samych sukcesów.
     A Alicia?  Dość wcześnie pożegnała się ze swoimi rodzicami, ale nie zmieniło to faktu, że wyrosła na prawdziwą damę, znającą swoje walory i lubiącą się podobać. Pomimo czterdziestki na karku, nadal świetnie się prezentowała i oczywiście tego samego oczekiwania po swojej córce. Okulary, które zakładały przeglądając papiery nadawały jej służbowego wyglądu, a mocno upięty kok na sali rozpraw pokazywał, że mają do czynienia z silną osobą.
     Wesoła rodzinka.
     Chcąc nie chcąc, musiała zejść na dół. Już na schodach wiedziała, że mają gościa. Te śmiechy, serdeczność. Alessa musiała bardzo się skupić, żeby tylko nie pokazać niesmaku malującego się na jej twarzyczce. Zmusiła się, żeby stworzyć maskę uśmiechu, nawet jeśli był on sztuczny. Wiedziała, że i tak nikt nie zwróci na to uwagi. Ważne, żeby dobrze się zaprezentować.
     - Alessandro, spójrz kto nas odwiedził. - Ojciec dziewczyny objął ją ramieniem, ale był to gest tak bardzo daleki, że miała ochotę się wyrwać. Powstrzymała się jednak, chociaż czuła się bardzo nieprzyjemnie.
     Jej oczka mogły teraz obserwować wysoką postać w garniturze, z przyklejonym, szelmowskim uśmiechem i bukietem róż w lewej ręce.
     - Pamiętasz Jonathana, prawda? Studiuje prawo i niedługo zatrudnię go w mojej kancelarii na staż - powiedział bardzo dumnym głosem Marcello, patrząc na chłopaka wręcz z uwielbieniem. Alessa chyba nigdy nie została obdarowywana takim spojrzeniem przez ojca. A nie, wróć. Została. Jak przyniosła ojcu list z dobrej uczelni. Uśmiech znikł jednak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, kiedy zobaczył jaki kierunek wybrała.
     Dziewczyna była zmuszona wysłuchiwania samych superlatyw o studenciku. On zaś stał z tymi kwiatami i potakiwał, widać było, że jest w siódmym niebie, choć oczywiście udawał skromnego. Skąd tacy ludzie się biorą?! Panienka Cascio starała się teraz nad sobą zapanować, bo zdała sobie sprawę do czeka zmierza Marcello.
     - Będzie naprawdę świetnym prawnikiem, już ja się o to postaram - dodał jeszcze klepiąc Jonathana po ramieniu.
     - Tak? - powiedziała nagle Alessa odsuwając się od ojca. W jej oczach pojawiły się pioruny, nie była już w stanie stać i pozwalać ojcu na to, co robił. - W takim razie się z nim ożeń - dodała, jakkolwiek miałoby to zabrzmieć. Ominęła zdziwione towarzystwo i wyszła z mieszkania. Nie przejęła się tym, że nie ma ze sobą ani portfela, ani telefonu. Wyszła jak stała, a że chwilowo była wciekła na tatuśka musiała jakoś ochłonąć.
     Zapomniała nawet o nieszczęsnym telefonie. Teraz była tak wkurzona, że bała się swoich możliwości. A jak zacznie kopać jakieś kosze na śmieci i aresztuje ją policja pod pretekstem wandalizmu? Przecież ona nigdy nie była nawet w komisariacie!
     Zatrzymała się w pół kroku, kiedy zauważyła porzuconą na chodniku gazetę. Podniosła ją sprawdzając datę, a kiedy tylko upewniła się, że jest dzisiejsza, zaczęła przewracać strony. Natrafiając na ogłoszenia o pracę, więc zaczęło sunąć palcem z góry na dół. Znalazła trzy oferty, których warunki spełniała. Musiała tylko znaleźć jakiś telefon.
     Tym razem z uśmiechem na ustach ruszyła do wynajmowanego przez znajomą mieszkania. To Alessa zazwyczaj pomagała innym, ale teraz sytuacja na chwilkę się odwróciła. Potrzebowała pożyczyć telefon i zadzwonić pod trzy numery. Znowu będzie mogła odłożyć pieniądze na wynajem czegoś własnego. Będzie samodzielna i szczęśliwa. Jednak wychodziło na to, że nici z wolnego dnia. Trudno, ot co.
   
     Zamknęła za sobą drzwi najciszej, jak potrafiła i zsunęła z nóg trampki. Chciała równie dyskretnie przedostać się do swojego pokoju, żeby uniknąć rozmowy z rodzicami, ale kiedy tylko dostrzegła zapalone światło w kuchni, straciła wszelkie nadzieje. Była na tyle dużą dziewczynką, żeby znaleźć w sobie siły na odważne stawienie czoła problemom, prawda? Kiedy jednak w grę wchodziły rozmówki między ojcem, a córką cała odwaga z niej spływała. Zastanawiała się, co było tego powodem. Gdyby jej ojciec był Hiszpanem, też miałby taki charakterek? A może uśmiechałby się na lewo i prawo i zabierał swoją córeczkę do kina, żeby spędzić z nią trochę czasu, świetnie się bawiąc?
     Stawiała właśnie swoją stopę na pierwszym schodzie, kiedy usłyszała znajomy głos.
     - Alessandro, pozwól do nas. - Dziewczyna wywróciła oczami, ale skierowała się do nieszczęsnej kuchni. Spojrzała najpierw na matkę, a dopiero potem na ojca, siedzącego tuż obok. Ona opadła zaś na krzesło na przeciwko rodziców. Wsunęła kosmyk włosów na ucho i czekała. Raczej nie wołali jej, żeby posiedzieć sobie w ciszy. A szkoda.
     - Gdzie byłaś? - zapytał ojciec dość surowo. Alessa ucieszyła się widząc, że Alicia trąca go łokciem. Czasami była matce wdzięczna za to, że starała się panować nad sytuacją.
     - U znajomej z uczelni - odpowiedziała mimo wszystko, kładąc dłonie na swoich kolanach. Teraz wyglądało to jak przesłuchanie przestępcy przez dwóch komisarzy. Smutne, ale prawdziwe.
     - Twoje dzisiejsze zachowanie... - zaczął Marcello, ale panienka Cascio od razu mu przerwała.
     - Przeprowadzę się - oznajmiła. - Jestem właśnie na dobrej drodze, żeby mieć stałą pracę. Odkładam kasę na pokój, potem wynajmę coś większego. Nie mogę mieszkać z wami do końca życia, bo prędzej się pozabijamy. I tato - zaczęła spoglądając na ojca. - Im wcześniej zrozumiesz, że nie będziesz planować mojego życia, tym lepiej.
     - Alessandro...
     - Nie. Kocham was, ale nie mogę tak dłużej żyć. I przykro mi, że nie będę światowej sławy prawnikiem - dodała ciszej. Wyszła z kuchni zanim zdołali ją zatrzymać. Zdawała sobie sprawę, że jeszcze musi tu mieszkać, bo nie znajdzie niczego tak szybko, jakby chciała. Zdawała sobie sprawę, że kiedy już Marcello przetrawi dzisiejsze informacje, to jutro będzie jej suszyć głowę w każdym możliwym momencie i nie da jej spokoju przez najbliższe dni. Mimo wszystko cieszyła się, że udało jej się powiedzieć to, o czym myślała wiele razy. Musiała coś zmienić. Może i małymi kroczkami, ale lepsze one, niż nic. Alessandra Cascio musiała dać sobie radę.

_________________________________
Zdaję sobie sprawę, że tekst najlepszy nie jest, ale to takie wprowadzenie i lekkie scharakteryzowanie postaci ;) następny post na pewno będzie ambitniejszy.

08/01/2013

[1910] Zabić to za mało.



Z pięknego snu o ptaszkach i motylkach brutalnie wyrwał Jacqueline dzwonek telefonu. Krzywiąc się i mrużąc oczy przed wypalającym oczy światłem dziennym kobieta sięgnęła po telefon, przeklinając dyrektora uczelni. Zanim zdążył wypowiedzieć jakiekolwiek słowo wtrąciła swoje zdanie.
-Panie – zrobiła niedługą przerwę, bo w myślach dodała ‘ku*wa’ – dyrektorze. Jest zbyt wcześnie, bym była w stanie rozpatrywać pańskie problemy. Wykłady zaczynam dziś dopiero po południu, więc spotkamy się na uczelni. – Mówiąc to wyciągnęła z paczki papierosa i rozejrzała się za zapalniczką.
-Panno Rosseau, dzwonię do pani w sprawie, którą chciałbym pilnie przedyskutować w moim gabinecie. Czy w trakcie godziny będzie pani w stanie znaleźć się na uczelni? – Po jego słowach nastąpiła chwila ciszy, w trakcie której Jackie wymyślała miliony obrzydliwych określeń na właściciela tego całego bajzlu.
-Taa… Pasuje. Do zobaczenia. – Mruknęła w końcu do słuchawki i rozłączyła się, trzęsąc się ze złości. Narzuciła na bieliznę koszulę, następnie wyszła na balkon, gdzie znalazła na parapecie zapalniczkę. Odpaliła papierosa, starając się rozbudzić szare komórki, by przygotowały gotowe pyskówki, którymi powinna odpierać ataki słowne dyrektora.
-Zabić to za mało. – Powiedziała w końcu głośno, paląc powoli. Po chwili namysłu wyrzuciła papierosa przez balkon i zniknęła we wnętrzu pokoju, szukając czystych ubrań w rażących kolorach. Miała nadzieję, że chociaż tym zdenerwuje dyrektora.

Droga na Uniwersytet ciągnęła się w nieskończoność, Jackie nienawidziła metra. Pełno tam było brudasów i zboków, którzy mogli czegoś od niej oczekiwać. Już dawno zawiodła oczekiwania wszystkich, przede wszystkim rodziców, dlatego też nosiła w torebce paralizator, który już nie raz i nie dwa uratował jej tyłek. Przez chwilę zatęskniła za mateczką Rosją, gdzie większość populacji była zbyt pijana, by zaczepiać na ulicy kogokolwiek. No, poza Rumunami. Oni wiecznie żebrali na ulicach o łatwe pieniądze czy jedzenie. Dla Jacqueline byli jedynie nierobami i leniuchami. Jeżeli ona potrafiła na siebie zarobić, to każdy inny też mógł.
Dostała wiadomość, jednak zważając na to, że znajdowała się w metrze olała to i udawała, że to nie jej telefon. Kilka krzesełek obok siedział chłopak w kapturze dziwnie zerkający na nią zza materiałowej zasłonki. Nie zastanawiając się dłużej wysiadła na następnym przystanku i zdecydowała się resztę drogi pokonać pieszo. Po drodze wymyśliła całą masę wymówek i zapaliła papierosa, rozglądając się za jakimś Starbucks’em.
Na swoje nieszczęście żadnego nie było pod ręką, więc pokonała szybko kilkanaście marmurowych schodków i wślizgnęła się do wnętrza budynku uniwersytetu. Na korytarzach było cicho, tylko kilku studentów siedziało na parapetach szkicując coś lub słuchając muzyki na słuchawkach w zamyśleniu.
Bez pukania weszła do sekretariatu, puszczając oczko do nowej sekretarki, która nadal nie rozumiała obsługi telefonu i funkcji przełączania rozmów na inny telefon. Jacqueline potrząsnęła głową z politowaniem i wślizgnęła się do pokoju dyrektora przez uchylone drzwi. Mężczyzna wycierał papierową chusteczką stalowy krawat, na którym tkwiła plama z kawy. Mało brakowało, by roześmiała się pod nosem.
-Panna Rosseau, proszę usiąść. – Wskazał miejsce naprzeciw swojego. Kobieta usiadła w oczekiwaniu. – Doszły mnie słuchy, że studenci napisali petycję z prośbą o zmianę nauczycielki malarstwa na, cytuję, „mniej sukowatą”. Czy wie pani, o czym mówię? – Kobieta oniemiała, wbijając przez chwilę tempo wzrok w twarz dyrektora. Momentalnie jednak otrząsnęła się i zrobiła czerwona ze złości, myśląc nad mądrą i złośliwą ripostą. W końcu wymyśliła.
-Z przykrością muszę stwierdzić, że kompletnie nie rozumiem takiego postępowania. Jeżeli moi studenci są na tyle słabi, że nie potrafią sobie poradzić na moich zajęciach, to chyba powinni zmienić kierunek studiów. Wiele z nich stara się usilnie pokazać, że coś potrafią, jednak efekty są dosyć mierne. Jest pan w stanie podać mi nazwisko osoby, która wystąpiła jako prowodyr tego zjawiska? – Uśmiechnęła się, zaciągając z gracją włosy za ucho.
-Nie jestem pewien, panno Rosseau, czy powinienem. Jeśli okaże się, że wyciągnie pani pewne konsekwencje od osób, które były w to zamieszane, to wtedy zostanie podkopany mój autorytet, a tego bym nie chciał.
-Nie chodzi mi o konsekwencje. – Odchrząknęła. – Zależy mi jedynie na poznaniu osoby, która tak bardzo mnie nie lubi. – Ponownie się uśmiechnęła, zastanawiając się, co zrobi z osobą, która napisała petycję do władz uczelni.
-Mam nadzieję, że pozostanie to między nami, panno Rosseau. Pan Smith nie byłby zachwycony, gdyby do końca roku akademickiego byłaby pani wobec niego wrogo nastawiona.
-A więc to Cooper Smith? – Uniosła brew, mając przed oczami twarz akademickiego podrywacza i imprezowicza. Za grosz talentu, wiecznie robi dobrą minę do złej gry. – Czy to wszystko, dyrektorze? Chciałabym jeszcze wyskoczyć na kawę i przygotować się do wykładów, zanim będę musiała je rozpocząć.
-To by było na tyle, mam nadzieję, że zmieni się stosunek pani do studentów i odwrotnie. Nie chciałbym rozmawiać z panią na ten temat ponownie. Myślę, że sprawa została rozwiązana. – Jacqueline podniosła się i uścisnęła wyciągniętą dłoń mężczyzny.
-Oczywiście, do zobaczenia. – Powiedziała na zakończenie, zerkając mimochodem na zegarek. Mijając siedzącą za biurkiem sekretarkę Wendy uśmiechnęła się do niej i wyszła na korytarz. Do wykładów pozostało jej nieco ponad dwie godziny. Postanowiła iść na kawę i przygotować tematy do kolejnych zajęć, a w międzyczasie zastanowić się nad dalszym losem Coopera. Osobiście nie tolerowała tego chłopaka, jednak starała się to ukryć, by nie czuł się poszkodowany odgórnie.
Spacerując z papierosem natrafiła na niewielką kawiarnię z ogródkiem, co bardzo jej przypasowało. Przyniosła sobie popielniczkę, zajęła miejsce w wiklinowym fotelu pod parasolem, wyciągnęła ze szmacianej torby potrzebne notatniki, zeszyty i laptopa w czarnej, matowej obudowie. W tym czasie dotarła do niej kelnerka. Zamówiła więc mocha latte i dwa croissanty, szukając w torbie długopisu. W pierwszej kolejności sprawdziła wiadomości na poczcie, przez które przypomniała sobie o smsie, którego dostała w metrze. Wyciągnęła zatem telefon i sprawdziła, kto tym razem miał do niej interes. Wiadomość była od Josepha Volkmanna. Chciał się z nią jak najszybciej spotkać, wyjątkowo dziś przestępcy wiedzieli, że chce wziąć dzień wolny i przestali rabować, bić i mordować. Odpisała mu krótko samym adresem kawiarni i schowała telefon do kieszeni. Zabrała się szybko do oceniania prac teoretycznych swoich studentów. Większość z nich nie miała pojęcia, o czym pisze, co wywołało u niej lekką konsternację. Odpaliła więc papierosa robiąc sobie małą przerwę.
Nadal tkwiła jej w głowie głupkowata petycja trzydziestki stłamszonych studentów, zdawała sobie sprawę, że nie może puścić płazem tego wybryku. Rozmyślania przerwał jej detektyw Volkmann, który zajął miejsce naprzeciw.
-Jak idzie edukacja przyszłych pokoleń? – Jego uśmiech był tak szeroki, że Jackie miała głupie wrażenie, że mężczyzna zje zaraz cały świat i nawet tego nie zauważy. Rzuciła mu spojrzenie spod byka, wydmuchując dym z płuc.
-Moi studenci to idioci. – Burknęła zamykając laptopa. Do stolika wróciła kelnerka z zamówieniem.
-Podać coś dla pana? – Zapytała z uśmiechem nie mniej szerokim niż ten na twarzy Josepha.
-Rozpuszczalną z cukrem i mlekiem. – Mruknęła Jacqueline, nie patrząc nawet w jej stronę. Kelnerka nieco się speszyła.
-Dokładnie tak. – Dodał Joseph puszczając oczko młodej kobiecie. Jacqueline schowała w tym czasie laptopa, by następnie zmiażdżyć detektywa wzrokiem.
-Panie lowelas od siedmiu boleści… - Zaczęła złośliwie, mając ochotę zetrzeć uśmiech z twarzy mężczyzny. Najlepiej pięścią. Butem też mogłoby być. - … po cholerę zawracasz mi głowę? – Wyciągnęła ze sterty prac tą napisaną przez Coopera Smitha i otworzyła na pierwszej stronie, udając brak zainteresowania detektywem.
-Mam dziś dzień wolny i chciałbym Cię zabrać w wyjątkowe miejsce, coś na kształt randki. – Jacqueline parsknęła śmiechem czytając pierwszy akapit rozprawy o rzeźbie. – Nie masz ochoty wyrwać się na trochę? – Dodał lekko zmieszany Volkmann.
-Za niecałe dwie godziny, panie Volkmann, mam wykłady. Przeciągną się do 16. O 20 muszę być w klubie, gdzie zatrzymają mnie do 3. Co pan na to? – Odparła zaczepnie, na chwilę podnosząc wzrok. Mężczyzna przez moment siedział w milczeniu, obserwując kelnerkę niosącą mu kawę.
-W takim razie od godziny 16 do 20 masz wolne. – Powiedział zamyślony, upijając łyk kawy. – Co powiesz na spacer po Central Parku i małą wycieczkę na Statuę Wolności? – Jackie uniosła nieco brew.
-Aleś Ty romantyczny. – Odparła z uśmiechem, wyciągając papierosa. Rozejrzała się po ulicy, co miała w zwyczaju. Życie nauczyło ją, że trzeba zawsze uważnie się rozglądać, wtedy nigdy nikt nas nie zaskoczy. A nawet jeśli, to miała pod ręką paralizator, zaś naprzeciw niej siedział uzbrojony glina. – Możesz odebrać mnie z uczelni. – Odparła w końcu, wypuszczając kółeczka z papierosowego dymu. – W mieszkaniu muszę być najpóźniej o dziewiętnastej. – Dodała rozkoszując się ciepłym latte. Joseph uśmiechnął się nieznacznie znad swojego kubka.

Tematem wykładów w klasie była po raz kolejny rzeźba. Modelem został niewielki hipopotam-skarbonka z otwartym pyskiem. Od przeszło pół godziny studenci babrali się ze swoimi kawałkami gliny. Niestety – efekt był żenujący. Większość z nich na swoich stanowiskach miała bezmyślne papki w niczym nie przypominające hipopotama, a właściwie nawet czegokolwiek. Jacqueline klęła w myślach, zastanawiając się jednocześnie, czy jej uczniowie to sześcioletnie dzieciary, a jej zajęcia mają poziom najmniejszy z możliwych.
Ostatecznie postanowiła ulepić własnego hipopotama, by udowodnić, że się da. Zapakowała więc sprawdzone już prace do teczki, by potrzymać studentów jeszcze trochę w niepewności, a następnie wzięła trochę masy i znalazła sobie wolne stanowisko na końcu sali. Zgrabnymi ruchami zaczęła kształtować figurkę, skupiając się najpierw na pysku. Kilku uczniów zerkało z zaciekawieniem w jej stronę, kilku innych miażdżyło wściekle pięściami swoją glinę.
-Panie Smith. – Powiedziała w momencie, kiedy pozostały jej do ulepienia nogi i tył. Student podniósł skupiony wzrok ze swojego zniekształconego hipopotama, rozglądając się za wykładowcą. W końcu dojrzał kępkę niebieskich włosów wśród ramion kolegów. Profesor Rosseau była dla niego jedynie maleństwem, które próbowało być groźne i straszne. Nie przepadał za nią, dlatego podpuścił bezmózgich kolegów z wykładów, by podpisali się pod petycją. Swoją drogą – ciekawe, co z nią zrobią.
-Tak, pani profesor? – Uśmiechnął się do niej prowokacyjnie, wycierając ręce w brudną, roboczą koszulę w kratę. Kilka osób się przesunęło, by Jacqueline mogła widzieć Coopera. Kobieta nie przerywała rzeźbienia w glinie, dzięki czemu papka coraz bardziej przypominała zwierzę.
-Proszę mi powiedzieć, jak ocenia pan swoje prace z malarstwa i rzeźby. – Powiedziała spokojnie, obmywając ręce wodą, a następnie gładząc grzbiet hipopotama. Cooper na chwilę zamyślił się, a w końcu ponownie szeroko uśmiechnął.
-Wybitne one nie są, ale nie należą też do chłamu, tak myślę. – Odparował pusząc się z dumy. Jacqueline parsknęła śmiechem.
-Prace większości z was należy do chłamu. – Powiedziała spokojnie Jacqueline, skupiając wzrok na swojej rzeźbie. – Uważam również, że jeśli nie dajecie sobie rady, to powinniście zmienić kierunek na pedagogikę. Albo zacząć pracę w podrzędnej garkuchni na zmywaku. – Ciche rozmowy studentów urwały się, wszystkie bowiem oczy skierowały się na profesor Rosseau. – Czytałam wasze prace z rzeźby. Większa część oblała, pan Smith również. Jego praca została sprawdzona dwukrotnie, przeze mnie i przez mojego znajomego profesora z uniwersytetu w Ystad. – Skończyła swoją figurkę zwierzaka, umyła ręce i wróciła na środek klasy. – Na za tydzień proszę przygotować prace z architektury antycznej. Mam na myśli wszystkie rzeźby, płaskorzeźby, teatry, dosłownie wszystko, co zostało określone przez współczesnych mianem ‘antyk’. Mam nadzieję, że odechciało wam się pisania petycji. Temat dla was przygotował profesor z Ystad, który chętnie zajmie moją posadę. To nie przelewki. – Skłamała, robiąc poważny wyraz twarzy. Widząc zrozpaczone miny studentów uśmiechnęła się w duchu na moment, jednak ostatecznie westchnęła cicho. Wskazała wyciągniętą ręką drzwi. – Cooper Smith, proszę za mną. – Gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, Jacqueline usłyszała lamenty studentów, dla których wykonanie wielu z prac było wręcz niemożliwymi. Aczkolwiek zasługiwali na karę. Cooper Smith szedł za nią w milczeniu. Nie wiedziała dokładnie, co ma zamiar z nim zrobić. Przebiegła jej przez głowę myśl, że być może powinna zachęcić swoich studentów do jeszcze większych starań. Zastanawiała się, czy nie są oni już zniechęceni wysokim pułapem zadań i wykładów, który im ustaliła. Osobiście nigdy nie była na wykładach z malarstwa z perspektywy ucznia, dlatego też nie była pewna, czy jej zajęcia są w stu procentach idealne. W zamyśleniu wyszła na zewnątrz, drapiąc się po karku.
-Panno Rosseau, co my tu robimy? – Zapytał niepewnie Cooper Smith, który nadal za nią podążał, a o którym zapomniała. Spojrzała na niego, skupiając się na jego pełnej napięcia twarzy. Westchnęła ponownie.
-Szluga? – Zapytała wyciągając z kieszeni paczkę Marlboro. Student wybałuszył oczy i zmarszczył automatycznie czoło. Jacqueline wyciągnęła dla siebie papierosa zaraz po tym, jak Cooper wziął jednego. Oparli się o grubą, betonową, pokrytą gdzieniegdzie mchem balustradę i palili w ciszy, patrząc gdzieś w dal. Spokój przerwał chłopak, odchrząkając.
-Dlaczego pani to robi? Za chwilę zostanę wyrzucony ze szkoły? – Zapytał nieco nerwowo, starał się to ukryć, ale słabo mu to wychodziło. Jacqueline uśmiechnęła się pod nosem.
-Przestań pieprzyć Smith, przyszliśmy tu zapalić. – Odparła zadowolona, zaciągając się dymem papierosowym.
-To nie jest jakaś głupia podpucha? – Zapytał jeszcze raz, do końca niepewny co do słów pani profesor.
-Zamknij się i udawaj, że masz przechlapane. – Mruknęła na koniec i wyrzuciła peta na trawnik, następnie wślizgnęła się do wnętrza. Wychyliła głowę przez szczelinę w drzwiach. – Idziesz? – Zapytała z figlarnym uśmiechem. Chłopak wyrzucił niedopałek i podążył za nią. Na jego twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Jacqueline Anette Rosseau nie była chyba aż tak straszną suką, jak do tej pory mu się wydawało.

Wracała do domu pieszo, co chwila rozglądając się po okolicy. Od dłuższego czasu mieszkała w Nowym Jorku, jednak pierwszy raz znalazła ulicę wypełnioną tak pięknymi budynkami i tak słabo zatłoczonymi knajpami. Sama niejako w jednej pracowała, dlatego wiedziała jak ciężko jest napić się ze znajomymi w przepełnionym pubie. Zebrała z lokali kilka wizytówek i wsunęła je do tylnej kieszeni spodni, miały tam czekać na wolny wieczór spędzany z Joyce lub Josephem lub z obydwojgiem. Niecałą godzinę wcześniej odebrała wiadomość od byłego komandosa. Na rogu szóstej zdarzył się wypadek, kilka postrzałów, dwa przypadki śmiertelne. Gliny wezwała jakaś przestraszona turystka. Głupiutka. Nie wiedziała, że nią gangi zajmą się później.
Tak więc Jackie była wolna co najmniej do godziny dziewiętnastej, później musiała wyjść z mieszkania, by zdążyć do Pantery – taką bowiem nazwę nosił klub ze striptizem, w którym była barmanką. W tygodniu przez lokal przewijały się tłumy samotnych lub żonatych mężczyzn w przedziale od dwudziestu pięciu do czterdziestu lat. Wypijali hektolitry wódy i piwska, a później bez oporów wciskali pod bieliznę tancerkom pieniądze. Ostatecznie około trzeciej nad ranem po lokalu przechadzał się ochroniarz – kupa mięśni – Tylor Hurt. Wypraszał śpiących na stolikach umierających, pijanych mężczyzn, a także tych jeszcze w pełni sił, wciskających się na scenę i zaczepiających tancerki. Taylor lubił Jacqueline, uważał, że jest śmiesznie malutką istotką i nie wiedział, jak ktoś tak niski potrafi tak odważnie odpierać zaloty pijanych nowojorskich podrywaczy. Przeważnie zaglądał do baru w chwili, kiedy skończyły się wejściówki, a klientela była jeszcze na chodzie i nie robiła głupich numerów wymagających interwencji Taylora. Pochodził z Toronto i często wspominał o latach spędzonych na siłowni i na wybrzeżu. Zawsze to coś innego niż historie z mateczki Rosji. Postanowiła, że postawi dziś Taylorowi drinka i namówi do kolejnych opowieści o surfingu.
Spacerując ulicami miasta myślała o tym, jak wypełnić czas wolny. Ostatecznie wyciągnęła z portfela wizytówkę galerii i wykonała telefon. Arabella cała w skowronkach przywitała się i zaprosiła ją na wystawę, dodatkowo poprosiła o przyniesienie jej swoich prac, może coś nada się do najbliższej wystawy. Jacqueline obiecała, że ją z pewnością odwiedzi w czasie wolnym od zajęć na uniwersytecie. Miała wobec niej dług wdzięczności, to dzięki Arabelli przyjęli ją do pracy jako wykładowca. Dlatego też czasami podrzucała jej swoje prace na wystawę, które Bella sprzedawała i zostawiała dla siebie połowę zysku.
Kierując się w stronę kamienicy, w której mieszkała myślała o czymś, co mogłaby namalować i podrzucić Arabelli. Wbiegła szybko na swoje piętro – każdy potrzebuje odrobiny ruchu – i po otwarciu zamka wślizgnęła się do mieszkania. Joyce nie było, jedynie Zwłoki kręcił się gdzieś po pokojach, słyszała jak drapie o meble.
Zawiesiła kurtkę na wieszaku w przedpokoju i poszła do kuchni w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. W lodówce znalazła pojemnik z musztardą, stary, spleśniały ser i puste opakowanie po maśle. Fakt faktem ona jak i Joyce rzadko jadały w domu. Więcej czasu spędzały na mieście, dlatego często również na mieście chodziły zjeść coś śmieciowego. Nie przepadała za śmieciowym jedzeniem – mówiła tak o barach szybkiej obsługi i ich daniach pokroju hamburgera – aczkolwiek często była na nie skazana. W jednej z szafek znalazła płatki kukurydziane. Nasypała sobie trochę na dłoń i z całą paczką zniknęła w swoim pokoju.
W przeciągu dwóch godzin sprawdziła resztę zaległych prac, zrobiła szkic i notatki do obrazu, który miała przekazać Arabelli i przygotowała temat następnych zajęć. Zjadła przy tym prawie całe opakowanie płatków. Zwłoki przez pewien czas mrucząc spał jej na brzuchu, jednak w końcu uciekł na balkon, gdzie stała jego kuweta. Ułożyła prace alfabetycznie na półce – lubiła mieć porządek w papierkowej robocie. Włączyła jeszcze laptopa i odpisała na maila od kolegi ze studiów z Ystad. Duńczyk pisał o zaletach pracy w ich zawodzie. Był psychologiem z krwi i kości, umiał rozwiązać nawet najbardziej zawiłe problemy ludzkie. Dlatego mailowała z nim od pewnego czasu, warto było mieć jakiegoś przyjaciela po drugiej stronie oceanu w przypadku, gdyby Nowy Jork okazał się totalną klapą.
Zerknęła na zegarek i doszła do wniosku, że czas najwyższy zbierać się do pracy na drugą zmianę. Za niewiele ponad godzinę klub powinien być otwarty, a bez barmanki nie mogło to dojść do skutku. Dlatego wskoczyła do kabiny prysznicowej na szybką kąpiel, poprawiła makijaż i ubrała się stosownie do miejsca pracy. Krótka czarna spódniczka ledwo zakrywała jej tyłek, a dekolt jej czarnej koszulki sięgał niemal do samej ziemi. Na nogi wsunęła trampki do kostki – wygoda przede wszystkim. W końcu miała kilka najbliższych godzin spędzić na nogach za barem.
Spakowała do torebki kilka niezbędnych rzeczy, dosypała Zwłokiemu karmy w małą miseczkę i śpiesznie wyszła. Po drodze zapaliła papierosa. Klub mieścił się cztery ulice dalej, jednak postanowiła być dziś w pracy trochę wcześniej. Napisała wiadomość do Josepha z pytaniem, jak idzie w śledztwie i małym wejściem pod budynkiem przebiegła na tyły klubu. Główne wejście było jeszcze zamknięte, otwarcie było dopiero za niecałą godzinę. Będąc już w środku przyniosła kilka butelek z alkoholem za bar, uszykowała szklanki i podstawki, przetarła blat baru i przysunęła jeszcze kilka skrzynek z piwem. Lubiła mieć wszystko pod ręką, a szef lubił jej profesjonalizm i szybkość, z jaką obsługiwała klientów. Przewiązała sobie przez biodra niewielki, czarny fartuszek z logiem klubu, na koniec tylko ustawiła równo krzesełka stojące po drugiej stronie. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno, personel był już w komplecie. Z sali zniknęły sprzątaczki i szef, został jedynie główny kierownik i dwójka ochroniarzy. Tancerki miały osobny pokój – garderobę, w której przygotowywały się do występów. Kierownik szybko jednak zniknął, musiał odebrać dostawę alkoholu na zapleczu. Trzech młodych chłopaków nosiło skrzynki, uśmiechając się figlarnie do barmanki. Jacqueline jednak nie była zainteresowana tego typu facetami, więc szybko się nimi znudziła. Gdy tylko zniknął kierownik i dostawczak wyszła tylnym wyjściem na dwór, by jeszcze zapalić przed pracą. Dołączył do niej Taylor w czarnym uniformie ochrony i słuchawką w uchu. Mit słuchawki został obalony – ochroniarz wcale nie łączył się z szefem, ani ze swoim mózgiem – po prostu słuchał na tej jednej słuchaweczce muzyki. Odpalił papierosa, zasypując kobietę stertą żartów z Toronto. Jackie co chwila parskała śmiechem, przez co musiała zapalić jeszcze jednego.
Przez drzwi wyjrzał kierownik.
-Idę otworzyć, Jackie, jak skończysz to zapraszam za bar. – Uśmiechnął się do najmniejszej kobiety w całym personelu klubu i wrócił do środka. Jacqueline skończyła papierosa i wyrzuciła niedopałek gdzieś niedaleko.
-Zabawmy się! – Zawołała w końcu, puszczając oczko do Taylora wyrzuciła ręce w górę i wślizgnęła się do środka.

    _______________ 

 Dla J., którego pijackie smsy inspirowały mnie w pisaniu.