LAVENDER WONG
6.06.1998 r., Guangzhou, Chiny; od szóstego roku życia związana z nowojorskim Chinatown ▪︎▪︎▪︎ właściwie Mei-Lan Wong ▪︎▪︎▪︎ pracuje w domu pogrzebowym rodziców The Wong House of Rest ▪︎▪︎▪︎ oficjalnie: tanatopraktorka i specjalistka od dekontaminacji miejsc zgonów, nieoficjalnie: sprząta ślady po wszelkich porachunkach ▪︎▪︎▪︎ po uszy w rodzinnych długach, które wydają się nie mieć końca ▪︎▪︎▪︎ uzależniona od papierosów ▪︎▪︎▪︎ mieszka z rodzicami w starym, ciasnym i rozpadającym się domu w Chinatown; na parterze działa rodzinny dom pogrzebowy, na piętrze mieszka jej rodzina, a ona zajmuje duszne poddasze ▪︎▪︎▪︎ ▪︎▪︎▪︎ relacje ▪︎▪︎▪︎ ...
SUBJECT ID: M-L-W-060698
Imię i nazwisko: Mei-Lan Wong
Znana jako: Lavender Wong
Data urodzenia: 06.06.1998 r.
Miejsce urodzenia: Guangzhou, Chiny
Obecna lokalizacja: Chinatown, Nowy Jork
Wykształcenie: biochemia, ukończona z wyróżnieniem
Rodzina:
Suyin Wong – matka,
Jian Wong – ojciec,
Chen Wong – starszy brat, ur. w 1990,
Lily Wong – młodsza siostra, ur. w 2003
Zadłużenie:
ok. 520 000 dolarów wobec prywatnego lichwiarza powiązanego z półświatkiem Chinatown,
hazardowe długi starszego brata, Chena Wonga, szacowane na ok. 180 000 dolarów
CEL POD STAŁĄ OBSERWACJĄ
Podejrzewana o regularne kontakty z osobami powiązanymi z półświatkiem Chinatown i nie tylko, raczej nie jest zamieszana bezpośrednio w nielegalne interesy.
Zaobserwowano wysoką skuteczność w usuwaniu śladów biologicznych i chemicznych.
Podmiot posługuje się co najmniej kilkoma fałszywymi dokumentami i regularnie przemieszcza się białym vanem bez logo, zarejestrowanym na firmę pogrzebową rodziny Wong.
Nie lekceważyć drobnej postury podmiotu; zaobserwowano wysoką zwinność, szybkość reakcji i ponadprzeciętną odporność na stres.
Telefon rozdzwonił się o 3:17 nad ranem tak głośno, że Lavender musiała się powstrzymać, aby nie rzucić komórką o pobliską ścianę. Było ciepło, zbyt ciepło. Dopiero zaczął się cholerny maj, a było już tak gorąco, że pociła się jedynie od przejścia z jednego kąta pokoju do drugiego. Nie dało się tutaj spać, jeść ani porządnie się wysrać, a mimo to nie chciałaby być nigdzie indziej. Wiecznie za mały dom rodzinny od zawsze był dla niej czymś pomiędzy schronieniem a pułapką. Wciąż nie mogła się jednak zdecydować.
Złapała za komórkę z ociąganiem i zmrużyła oczy, kiedy zobaczyła numer bez nazwy – klasyk. Zanim odebrała, sięgnęła po paczkę papierosów i zapaliła.
— Masz robotę — odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.
Nie przywitał się. Nigdy się nie witał. Nie wiedziała o nim niczego konkretnego, nawet nie znała jego imienia, dlatego nazywała go w myślach Ambasadorem Chujowych Poranków.
— Gdzie? — zapytała.
— Astoria. Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy.
— Ile osób?
Odpowiedziała jej cisza. Przez sekundę słyszała tylko własny oddech, szum miasta za oknem i ciche skwierczenie papierosa, który spalał się między jej palcami.
— Ciało? — dopytała.
— Zajęliśmy się tym.
Nie pytała o nazwisko. Nie pytała, kto zabił. Nie pytała o żadne szczegóły. W tej robocie od zawsze wyznawała jedną zasadę: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, choć w tym przypadku powinno się rzec: im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz.
— Klucz znajdziesz pod wycieraczką.
— Tylko amatorzy trzymają klucze pod wycieraczką — stwierdziła luźno, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Mężczyzna się rozłączył.
Jej biały van bez żadnego logo stał pod kamienicą, nie wyróżniając się jakoś bardzo, ot, kolejne duże auto w gąszczu wielkich samochodów. I oto właśnie chodziło; im mniej ludzi zapamiętywało jej twarz i w ogóle rejestrowało jej obecność, tym większa była szansa, że dożyje kolejnych urodzin. Bez żadnego pośpiechu dokończyła papierosa – czwartego, odkąd zadzwonił telefon, a potem schwyciła za czarną, dużą walizkę i wzięła się za robotę.
Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy. Klucze pod wycieraczką – zanim je złapała, sięgnęła po parę rękawiczek. Weszła do środka najciszej, jak się dało.
Wychwyciła wszystko, każdy szczegół: rozbity wazon pod ścianą, wodę wsiąkającą w dywan, połamane kwiaty, krew niechlujnie ozdabiającą podłogę i ściany. Dość ładny stolik kawowy ktoś przesunął o około pół metra; gdy przyjrzała się bliżej, dostrzegła pęknięcia w szkle i ślady po paznokciach. Obok kanapy leżała zakrwawiona poduszka z rozprutym szwem, jakby ktoś złapał ją w ostatnim, bezsensownym odruchu. Przy framudze zauważyła odprysk lakieru i cienką rysę w drewnie. Niżej, tuż przy listwie przypodłogowej, zebrała się ciemniejsza linia. Schyliła się, nie dotykając niczego, i przyświeciła latarką. Był tam kawałek szkła i ślad buta odciśnięty bokiem, ktoś musiał się poślizgnąć.
Zaciągnęła się powietrzem. Metaliczny zapach krwi mieszał się z tanim płynem do podłóg, papierosami i czymś słodkawym. Ktoś próbował tu posprzątać. Gdy zobaczyła mokry ręcznik rzucony pod zlewem, prychnęła z niedowierzaniem. Kto normalny próbował zetrzeć krew bawełną z Ikei?
Postawiła walizkę przy ścianie i otworzyła ją. Najpierw założyła ochraniacze na buty, była już w roboczych ubraniach, więc nie musiała się przebierać, i sięgnęła po lampę UV i kilka czarnych worków. Do sprzątania użyła swojego ulubionego płynu, który pichciła w ciasnej łazience na poddaszu i przelewała do matowej butelki bez etykiety. Śmierdział chlorem, alkoholem i taką chemią, że wykręcał nos i drapał w gardło, gdy odkręciło się korek.
Gdy kończyła robotę, zadzwonił telefon. Ekran wściekle się zaświecił i pokazywał numer mamy – i w tym momencie Lavender odebrałaby nawet wtedy, gdyby była po pas w gównie. Po prostu, kurwa, świetnie. Nikt nie ignorował połączenia od Suyin Wong. Nawet cholerny diabeł odebrałby telefon od tej kobiety.
— Mei-Mei, gdzie jesteś?
Lavender nienawidziła, gdy matka mówiła do niej w ten sposób, ale przestała już prosić ją o to, aby zwracała się do niej inaczej. Mei-Mei brzmiało jak imię taniej prostytutki, choć gdyby dłużej się nad tym zastanowić, obie zajmowały się chujową robotą.
— W pracy — odpowiedziała, przyciskając telefon ramieniem do ucha i zawiązując czarny worek. — Gdzie mam być?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, ta sama, w której Suyin Wong potrafiła zmieścić całe swoje rozczarowanie i troskę jednocześnie.
— O tej godzinie? — zapytała.
Lavender omiotła wzrokiem zakrwawioną smugę pod listwą przypodłogową.
— Ludzie nie umierają według grafiku, mamo.
— Tak, tak, to wola niebios — odparła. Lavender była pewna, że matka właśnie przewróciła oczami. — Ale pamiętasz, że masz dzisiaj randkę z tym uroczym chłopcem? To wnuk tej uroczej kobiety z warzywniaka, kojarzysz pewnie, taka niska, trochę gruba… no, ale chcę, żebyś dobrze wypadła. Bądź miła.
I to właśnie w tym momencie Mei-Mei żałowała, że to po niej nikt nie sprzątał. Wtedy ominęłaby ją randka, którą zorganizowała jej matka, i całe to swatanie, które zaczynało przypominać rodzinny projekt ratunkowy prowadzony z determinacją godną ewakuacji tonącego statku. Suyin Wong miała bowiem tę paskudną cechę, że gdy uznała coś za konieczne, ignorowała każdą odmowę. A ostatnio uznała, że jej córka potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale i mężczyzny.
Popełniłam kolejną zbrodnię i... tak pojawiła się Lav 😅 Mei-Mei jest specyficzna, ma spaczone poczucie humoru i uwielbia pakować się w kłopoty, ale tak ogólnie to pomoże i poratuje papieroskiem, więc się polecamy! PS Kartoteka się rozwija 🤭
📩 Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com
Hello sweetheart 💗
OdpowiedzUsuń