Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

14/03/2018

2062. Masters of being fucked up


Królowa Katastrofy i Inspektor Gadżet

przedstawiają
Super szybką, spontaniczną notkę, gdzie każdy dostaje po twarzy, Sebastian nazywany jest od najgorszych i okazuje się niezbyt wspaniałomyślnym gliną, a Olivia wtrąca się w nie swoje sprawy, przez co kończy ze śliwą pod okiem oraz przykuta do słupa razem ze swoim partnerem. Enjoy!
Taksówkarz zatrzymał się przy wyjątkowo starej kamienicy, oddalonej od centrum miasta o jakieś dobre trzydzieści kilometrów. Sebastian rozejrzał się dookoła, wypatrując jakiejkolwiek żywej duszy, jednak jedyne co rzuciło mu się w oczy to miejscowe malowidła na budynku, ostrzegające każdego przed wejściem do środka. Westchnął, niezbyt pewien okolicy, do której właśnie dojechali. Przecież nie mógł się pomylić. To właśnie tutaj doprowadziły go wszelkie ślady i poszlaki, które zdążył zebrać badając całą sprawę. Kamienica pod którą podjechali stanowiła centrum terenu na którym poruszał się kartel narkotykowy, a do tego wszystkiego, ktoś niedawno dał im znać, że to właśnie tutaj widziano samochód, który pojawiał się przy najlepiej prosperujących miejscach zbytu.
— Jest pan pewien, że to tutaj? — spytał niepewnym głosem taksówkarz, jakby sam bał się stawać w tak opustoszałej okolicy.
Murillo kiwnął delikatnie głową, chociaż wcale nie był przekonany co do tego miejsca. Jednak wiedział, że musi je sprawdzić, nawet jeśli okazałoby się jedynie kolejnym, ciemnym zaułkiem ze zdechłymi szczurami i śmieciami sprzed dziesięciu lat. Miał zamiar powstrzymać krążący po Nowym Jorku gang. Ten, który sprzedawał te śmieci każdemu, kto nawinął im się na palec na zwykłej imprezie czy nawet ulicy. Tak, oni byli na tyle bezczelni żeby robić to pod samym nosem gliniarzy i uciekać, kiedy tylko nadchodziło niebezpieczeństwo. Kilka morderstw na koncie, pozbywanie się konkurencji, no i przemyt nielegalnych towarów, czyli wszystko to co powinien w swojej historii zawierać kartel narkotykowi. A przynajmniej tak to wyglądało w Nowym Jorku.
Wyciągnął z kieszeni czterdzieści dolarów i rzucił na siedzenie zaraz obok kierowcy, dziękując grzecznie za przejazd oraz dając mu do zrozumienia, aby resztę zatrzymał dla siebie. Sebastian pospiesznie wyczołgał się z samochodu, po czym ruszył w kierunku starej kamienicy, coraz bardziej obawiając się tego co tam znajdzie. A przecież istniały tylko dwie opcje. Albo nie znajdzie nic, albo coś co wreszcie pozwoli mu zakończyć tę cholerną sprawę.
Przełknął głośno ślinę, stając dokładnie przed drzwiami wejściowymi. Kiedy tylko miał nacisnąć klamkę, poczuł jak ktoś łapie go za ramię, przez co podskoczył w miejscu i pospiesznie się odwrócił, automatycznie cofając się w tył. Jednak drewno drzwi, najwyraźniej mocno przestarzałe, pękło pod jego ciężarem, otwierając przejście do środka. Murillo stanął na jednej nodze, gdy jego ciało zaczęło kiwać się w przód i w tył. I kiedy myślał już, że utrzyma równowagę, runął do tyłu, klnąc pod nosem jak na policjanta przystało. Wyraźnie zdenerwowany, zacisnął zęby i poprawił włosy, teraz pełne kurzu oraz drobinek drewna, po czym spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. W tej chwili naprawdę nie był zadowolony, że ją widzi.
— Co ty tu kurwa robisz? — spytał, wyraźnie wściekły i delikatnie niezadowolony przez fakt, że to przez młodą dziennikarkę wylądował na zimnym cemencie. — Jaja sobie robisz? I... Czy ty mnie śledzisz? Naprawdę tak bardzo zależy ci na dobrej historii do tego Twojego radyjka? Jestem bardzo zły i niepocieszony!
— Tak, Sebastian, jesteś moim całym, cholernym życiem — wywróciła oczami i pokręciła głową. — Nawet jeśli, ktoś z twoim doświadczeniem powinien się skapnąć, że śledzi go gówniara.
Pospiesznie wstał z miejsca, czując jak zimno podłogi powoli przeszywa jego ciało, sprawiając, że wszystkie włoski na ciele stanęły nagle dęba. Otrzepał się z kurzu, po czym zakaszlał niczym ten stary dziad, który powoli umiera od swojego papierosowego nawyku. Teraz kurz pomieszczenia był niemal wszędzie. Na jego kurtce, dżinsach, włosach, w nosie i w buzi. Westchnął, wyraźnie niepocieszony towarzystwem dziewczyny, po czym wyprostował plecy, próbując sobie wmówić, że wcale nie czuje bólu w kościach.
— Idź sobie, dobrze ci radzę — powiedział, zaraz odwracając się do niej plecami i wchodząc do środka kamienicy, przez dziurę, którą sam przed chwilą zrobił.
— Chciałbyś, co? Po moim trupie, panie policjancie — odpowiedziała pospiesznie, dając mu tym samym do zrozumienia, że nigdzie się nie wybiera.
Opuścił ramiona, zrezygnowany zachowaniem dziewczyny. Doskonale słyszał jak idzie za nim. Jak stawia cicho kroki, jakby bała się, że jeszcze ktoś ich usłyszy, chociaż przed chwilą Sebastian wywołał lawinę stukotu na całą okolicę. Naprawdę nie rozumiał jakim cudem ta dziewczyna jest tak zawzięta. Chociaż jej stan nie pozwalał na wiele, ona i tak robiła swoje, cały czas znajdując się w centrum wydarzeń, próbując pospiesznie wyłapać świeżą sensację, z którą mogłaby wreszcie spokojnie dać do radia coś swojego. W jakimś stopniu to rozumiał. W końcu to właśnie była jej praca. Jednak Sebastian i tak miał dziennikarzy już zwyczajnie dosyć. Ich ciągłego przeszkadzania, wtrącania się w nie swoje sprawy. Czasem zastanawiał się czy bez nich społeczeństwo żyłoby w chorym kłamstwie, czy może chociaż raz poczuliby się bezpiecznie we własnym mieście.
— Zdajesz sobie sprawę z tego, że to niebezpieczne? — spytał, dalej próbując otrzepać się z osiadłych na ubraniach drobinek kurzy. — Żeby nie było, że cię nie ostrzegałem
— Kpię sobie z niebezpieczeństwa — mruknęła, przywołując tym samym cytat ze swojej ulubionej bajki.
Stanął w jednej chwili, podnosząc rękę do góry, aby Olivia przypadkiem nie wpadła prosto w jego plecy. Usłyszał jak dziewczyna się zatrzymuje, kiedy roznoszący się po pomieszczeniu stukot butów ucichł w jednej chwili. Teraz jedynie brzęczący gdzieś w oddali wentylator zdawał się przeszywać ciszę tego miejsca. Sebastian skrzywił się w jednej chwili, kiedy do jego nosa dotarł specyficzny zapach siarki. Skręcił w pokój na lewo, skąd jak mu się wydawało, pochodził nieprzyjemny odór. Ostrożnie i wolnym krokiem przybliżył się do ramy drzwi i kiedy zauważył, przez małe, szklane okienko, że nie ma nikogo w środku, wszedł przy akompaniamencie otwieranej starej, metalowej blachy.
Nieprzyjemny zapach kumulujący się w małym pokoju od razu uderzył nozdrza. Sebastian przyłożył dłoń do nosa, wchodząc do pokoju i stając na samym środku. Rozejrzał się dookoła, zauważając pułki zasypane wszelkiej maści opakowaniami i butlami oraz stojące zaraz obok niego biurko. Skręcił w prawo, stając zaraz przed drewnianym blatem, na którym leżała zardzewiała skrzynka. Murillo bez chwili namysłu pociągnął za wieko, jednak zaraz zaprzestał wszelkich starań, kiedy tylko zdał sobie sprawę, że stojące przed nim pudło jest szczelnie zamknięte. Przeszukał wszystkie zakamarki biurka, jednak kiedy nic nie udało mu się znaleźć, Olivia stanęła zaraz obok niego, znów niemal przyprawiając go o zawał.
— Myślałam, że uczą detektywów jak radzić sobie z takimi zamkami. Chociaż nie, pewnie za każdym razem kazali po prostu wykopać drzwi, co? — spytała, uśmiechając się półgębkiem.
Niezadowolony, skrzyżował ręce na klatce piersiowej, dokładnie przypatrując się dziewczynie. Olivia wyjęła z kieszeni płaszcza wsuwkę, po czym sprawnie ją wyprostowała, tworząc z niej wystarczająco równy kawałek metalu. Wreszcie włożyła ją do zamka i chwilę ruszając nią we wszystkie strony, stała tak, próbując otworzyć stojącą przed nimi skrzynkę. Wreszcie jednak usłyszeli jak zamek przekręca się i pełna dumy dziewczyna, odwróciła się w jego stronę, uśmiechając się szeroko.
— Nieźle — powiedział Sebastian, otwierając pospiesznie skrzynkę. — W sensie jak na dziewczy... Okej, to nie jest fajne — detektyw skrzywił się zaraz po tym, kiedy zauważył co znajduje się w środku. — Obrzydliwe wręcz. Czego ja się właściwie spodziewałem...
— Czy to czyjś palec? — spytała dziewczyna, obserwując jak Sebastian bierze go do ręki.
— Owszem. I wiesz co, kobiecy do tego wszystkiego. Chcesz potrzymać?
— Wsadź go sobie w dupę najlepiej — odpowiedziała, wyraźnie niezadowolona jego zachowaniem.
— Tak mówiła do mnie niedoszła żona, kiedy krzyczałem z innego pokoju, że chcę banana do pracy. A naprawdę lubię banany. W każdym razie... — przerwał, wyciągając z kieszeni małą, foliową torbę. Wrzucił do niej palec, po czym zamknął ją pospiesznie i schował, jakby sam miał dosyć patrzenia na martwy kawałek ciała. — Chociaż mamy jakiś dowód.
— To jest chore — fuknęła dziewczyna, dalej przyglądając mu się z pewnym obrzydzeniem. — Jesteś chory.
Sebastian wzruszył jedynie ramionami, słysząc komentarz kobiety. Olivia oddaliła się od niego wolnym krokiem, zbliżając się do leżącej na przeciwnej ścianie półce, pełnej zardzewiałych narzędzi i przezroczystych worków. Skrzywiła się szybko, gdy poczuła dolatujący do niej zapach. Po chwili sunęła już palcem po drewnianym regale, zbierając żółty proszek wysypujący się z opakowań. Dokładnie mu się przyjrzała, sprawdziła dwoma palcami grubość ziarenek i przybliżyła go do twarzy, jakby chciała się przekonać czy nie znalazła przypadkiem źródła tego specyficznego zapachu. Zaraz jednak pospiesznie oddaliła dłoń, próbując zrzucić z palców resztki proszku.
— Co to je... — miała spytać, jednak Sebastian przerwał jej w odpowiedniej chwili.
— Siarka. Zapach było czuć już na korytarzu. Wiesz, to bardzo dobrze się pali — odpowiedział, podchodząc w jej stronę.
I kiedy chciał już wyjść z ciasnego pomieszczenia, do jego uszu dotarły niewyraźne rozmowy. Głębokie głosy odbijały się od ścian za drzwiami, z każdym krokiem nieznajomych stając się coraz bardziej głośniejszymi. Olivia miała już spytać detektywa o co dokładnie chodzi, jednak ten uciszył ją pospiesznie, przykładając palec do ust. Stali jeszcze chwilę w miejscu, kiedy Sebastian próbował wyłapać gdzie mniej więcej znajdują się nadchodzący nieznajomi. Szybko złapał dziewczynę za rękę, ciągnąc ją do ściany obok, gdzie nikt nie mógł ich zauważyć w małym okienku drzwi.
Murillo otworzył delikatnie wejście, próbując nie wywoływać przy tym żadnych, niepotrzebnych dźwięków. Wysunął głowę i rozejrzał się dookoła, aby upewnić się co mogło im zagrozić. Jednak usłyszane przed chwilą rozmowy ucichły jakby po drugiej stronie, co mogło wskazywać jedynie na to, że nieznajomi ominęli pokój, w którym znajdowali się intruzi. Sebastian odetchnął, wyciągając w tej samej chwili broń z kabury przy pasku. Odblokował naładowany już dawno pistolet, po czym otworzył szerzej wejście do pokoju, aby mogli wreszcie wyjść na korytarz.
— Przysięgam, gdybyśmy tak szybko dali się złapać, uznałbym to za najgorszą akcję w moim wykonaniu — oświadczył, stając na samym środku korytarza i wpatrując się w wychodzącą z pokoju dziewczynę. Opuścił ręce, rozluźniając całkowicie całe ciało. — A mało akcji wychodzi mi źl...
— Ty idioto! — wykrzyknęła zdenerwowana dziewczyna, wpatrując się w przestrzeń za jego plecami.
Zanim Sebastian zdążył się odwrócić, ktoś chwycił go od tyłu za gardło, tworząc na jego karku dźwignię i próbując zwalić go z nóg. Stojąca przed nim dziewczyna, zaczęła powoli oddalać się w tył, jednak kiedy tylko spojrzała w stronę wyjścia, pięść drugiego osiłka wylądowała na jej twarzy, tym samym powalając ją na ziemię. Murillo warknął wściekle, gdy Olivia odbiła się od zimnego betonu. Pospiesznie przybliżył dłonie w okolice ręki napastnika, bezskutecznie próbując wyrwać się z silnego uścisku. Dopiero gdy doszło do niego, że nie ma żadnych szans z siłą przeciwnika, wycelował swoim pistoletem ślepo w podłogę, mając jedynie nadzieję, że pocisk trafi w wyznaczone przez niego miejsce. Wystrzał przytłumił głośny krzyk stojącego za jego plecami osobnika. Nieznajomy pospiesznie rozluźnił mięśnie, kiedy cały ból w jednej chwili zaczął kontrolować się w okolicach jego prawej stopy. Sebastian rozdzielił dźwignię napastnika i oddalił się od niego o parę kroków, aby zauważyć jak ten podskakuje w miejscu na jednej nodze, kiedy próbuje zatamować dłońmi ranę na stopie.
— Pierdolony dupku! — wykrzyczał w stronę przestępcy, po czym odwrócił się za siebie, aby sprawdzić jak radzi sobie dziewczyna.
I chociaż był niemal pewien, że znajdzie ją dalej leżącą na ziemi, ta stała naprzeciwko swojego wroga w pozycji boksera. Podskakiwała jeszcze chwilę w miejscu, kiedy ten wolnym krokiem zbliżał się w jej stronę. Kiedy jednak był już wystarczająco blisko, Olivia wycelowała swoją nogą prosto w kroczę napastnika. Pewnie nieznajomy wiłby się teraz z bólu, gdyby w ułamku sekundy nie zatrzymał jej ciosu, chwytając tym samym dziewczynę za kostkę. Kowalewski spojrzała na niego ze zdziwieniem w oczach, a on, dalej uśmiechając się półgębkiem, rzucił kończyną w swoje lewo, znów odsuwając kobietę na bok.
Sebastian pospiesznie wycelował w jego stronę, mając go w tej chwili na muszce. Mężczyzna, zauważając jak detektyw mierzy do niego z broni, podniósł do góry ręce w akcie poddania się, jednak jego wyraźnie denerwujący uśmiech dalej objawiał się na okrągłej, pulchnej twarzy. Kiedy tylko Murillo zaczął powoli kierować się w jego stronę, zraniony w stopę osiłek wyskoczył zaraz obok niego, uderzając go prosto w prawy policzek. Sebastian pod wpływem siły uderzenia, odleciał kilka metrów w bok, przysuwając wolną rękę do swojej twarzy. I kiedy już miał znów powrócić do walki, nie zdążył nawet wyprostować pleców, kiedy poczuł jak twardy metal odbija się od jego czaszki. Nieprzytomne ciało padło na podłogę, pozostając w bezruchu. 
Dmuchnęła w przydługą, kręconą grzywkę, a gdy to nie przyniosło efektu, spróbowała odrzucić ją za pomocą samej głowy. Jedyne, co jej się przy tym udało, to przydzwonić potylicą w słup na tyle mocno, że zgrzytnęły jej zęby. Jęknęła cicho, gdy tępy ból rozlał się w miejscu uderzenia, żałując, że nie może nawet rozmasować skóry. Skute z tyłu dłonie w niczym nie pomagały, a i bezwładne ciało Sebastiana opadające z jednej strony na jej plecy też nie było zbyt wygodne w tej sytuacji.
— Obudź się, Inspektorze Gadżet — warknęła, trącając go łokciem w żebra, najpierw delikatnie, ale w następnego kuksańca włożyła więcej siły. Niepotrzebny był jej nieprzytomny facet, zwłaszcza, że w jej blond główce krystalizował się już plan ucieczki. — Kurwa, Sebastian, wstawaj! — powiedziała nieco głośniej i po raz kolejny uderzyła go w bok. Do jej uszu dotarł cichy jęk i odgłos gramolenia się, zapewne bliżej słupa, bo i tak nie mieli większego pola manewru. — Nareszcie księżniczka raczyła się obudzić — mruknęła bardziej do siebie, niż do niego i z ciężkim westchnieniem odchyliła głowę do tyłu. 
Była wściekła, choć to za słabe słowo na opisanie towarzyszących jej w tej chwili emocji. Miała ochotę roznieść to pomieszczenie w drobny mak, a sam wygląd piwnicy, w której się znaleźli, tylko potęgował to pragnienie. Żółto-brązowe, obdrapane ściany, metalowe drzwi, które powoli zjadała rdza, podłoga ze zwykłej betonowej wylewki, gdzieniegdzie ślady krwi, prawdopodobnie przeoczone podczas sprzątania. I smród. Niewyobrażalny smród, który wżerał się aż do wnętrza czaszki. Gdyby nie adrenalina, Olivia pewnie już dawno wymiotowałaby gdzieś w kącie.
Choć nie wykluczała, że wkrótce się to stanie, zważywszy, że hormon ucieczki powoli opadał. Do jej mózgu powoli docierały bodźce bólowe, z których istnienia dotychczas nie zdawała sobie sprawy. Czuła, jak z kącika warg sączy się krew, lewe oko nieznośnie pulsowało i mogłaby przysiąc, że zęby po prawej stronie stały się dziwnie chwiejne. Miała ochotę utłuc tych damskich bokserów, ale pozostało jej tylko dziękować wszelkim nieistniejącym bogom, że nie celowali w brzuch.
— Masz kluczyk do kajdanek? — spytała cicho, ale nie na tyle, by Sebastian jej nie usłyszał.
— Co się stało? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a Olivia wywróciła oczami. Nie było czasu na opowiadanie całej historii.
— Masz, czy nie? — ponowiła pytanie i zacisnęła zęby, by nie zacząć się na niego drzeć, żeby się ogarnął.
— Mam. Na dupie — wymamrotał Murillo. Czuła, jak porusza ich nadgarstkami, zapewne, żeby sprawdzić, jak bardzo byli w tej sytuacji bezradni.
— Wyjmiesz go, czy sama mam to zrobić? — rzuciła nieco ostrzej niż zamierzała i odepchnęła się nogami od ziemi, by przysunąć się jeszcze bliżej słupa i przycisnąć do metalu całe plecy. Przy okazji sięgnęła dłońmi do tyłu, przygotowując się na małą porcję gimnastyki związanej z wyjmowaniem kluczyka. — Jeśli myślisz, że nie zrobię tego tylko dlatego, że będę musiała przy okazji cię zmacać, to się grubo mylisz. Lojalnie cię ostrzegam — mruknęła.
Wygięła się, gdy sięgnął dłońmi do kieszeni spodni. Zabolały ją pociągnięte nieco zbyt gwałtownie ramiona, ale nie pisnęła nawet słówkiem. To nie był dobry moment na granie wrażliwego dziewczątka.
— Współpracuj — warknął mężczyzna, a Olivia prawie zakrztusiła się powietrzem z oburzenia.
— Zamknij twarz. Gdybyś nie był ofiarą losu, nie bylibyśmy tutaj! — jęknęła, ale posłusznie dała pociągnąć swoje posiniaczone już nadgarstki jeszcze bardziej. Chwilę później usłyszała ciche kliknięcie, a jej ręka opadła bezwładnie na posadzkę. Po następnych kilku sekundach to samo stało się z drugą ręką. Blondynka odetchnęła głęboko i rozmasowała obolałe przeguby.
— Gdybyś nie była głupia, nie byłabyś głupia — fuknął brunet i Olivia odwróciła się gwałtownie, patrząc ze złością na jego, jak się okazało, kolana. Chyba szybko wrócił do żywych, skoro teraz stał nad nią, wyciągając dłonie, żeby pomóc jej wstać. Kowalewski skorzystała z okazji i zaraz potem otrzepywała materiał spodni z kurzu. Tak, spodni, nie kurtki, bo kurtki została pozbawiona przed przykuciem jej nadgarstków do nadgarstków policjanta. Liczyła, że kiedy się wydostaną adrenalina zrobi swoje i nie będzie odczuwała takiego zimna, jakie sobie wyobrażała. 
O ile w ogóle się wydostaną. 
— Ile ty masz lat, pięć? — mruknęła i skierowała swe kroki pod ścianę, gdzie spojrzała w górę na niewielkie okno.
— No, więcej niż ty. Przynajmniej na tyle, że ogarnąłem podstawowe działanie antykoncepcji — prychnął, a Kowalewski po raz kolejny zmierzyła go zniesmaczonym i urażonym spojrzeniem.
— Czy ty czasami milczysz? Poza tymi przypadkami, kiedy jesteś nieprzytomny...
— Nie. Ale się nie przyzwyczajaj. Jeśli wyjdziemy stąd żywi, sam cię ukatrupię i nic już nie usłyszysz.
W odpowiedzi wywróciła jedynie oczami i po raz kolejny spojrzała na niewielkie okienko. Przez chwilę zastanawiała się, co z tym zrobić, aż w końcu podeszła do słupa, obok którego wciąż leżały kajdanki i bez wahania rzuciła nimi mocno, zbijając szybę. Hałas rozszedł się po pomieszczeniu, a w obecnych warunkach jego natężenie można było spokojnie porównać ze startującym samolotem. Usłyszeli w oddali kroki i jednocześnie spojrzeli na zardzewiałe drzwi.
— Podsadź mnie! Szybko! — pisnęła, a gdy Sebastian uformował ze swoich rąk podnóżek, bez wahania oparła na nim stopę i wciągnęła się za niewielki parapet. Znalazłszy się na zewnątrz, podała ręce brunetowi, żeby pomóc mu się wydostać, ale jedyny efekt był taki, że wypuściła ze świstem powietrze i wytrzeszczyła oczy. — Ja pierdolę, Murillo, masz zakaz jedzenia serników — jęknęła i spróbowała jeszcze raz.
— Jak upuszczą ze mnie krwi, będę lżejszy, nie martw się — prychnął, gdy wydostał się na zewnątrz.
W tym samym momencie metalowe drzwi się otworzyły, a barczyste osiłki wpadły do pomieszczenia.
Z braku innych opcji, Kowalewski i Murillo rzucili się do ucieczki, zostawiając za sobą siarczyste przekleństwa mężczyzn.
Wbiegłszy w ciemny przesmyk między dwoma budynkami, Olivia oparła dłonie na swoich kolanach, pochylając się tym samym do przodu i oddychając głęboko. Do kondycji olimpijki było jej daleka, zwłaszcza, że ze sportem od zawsze była na bakier, ale adrenalina napędzała ją na tyle, że nie czuła się jeszcze, jakby miała za chwilę paść na zawał.
Wrzasnęła, gdy do jej uszu dotarł huk pierwszego wystrzału, zaś spojrzenie padło na żebra po prawej stronie Sebastiana, gdzie materiał koszuli w mgnieniu oka stał się zdecydowanie ciemniejszy, niż był w oryginale. 
Brunet jedynie zamrugał i znowu rzucił się do ucieczki, a nie mając innego wyjścia, dziewczyna ruszyła za nim.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim zgubili dwóch osiłków i znaleźli się na niego bardziej ruchliwej ulicy. W pierwszej chwili umknął jej uwadze nawet fakt, że Sebastian oparł się o stojący najbliżej budynek i osunął się po nim, zostawiając na zimnej, szarej ścianie krwawy ślad.
A potem wszystko przyspieszyło. Dopadła do niego, zaciskając drobne, trzęsące się dłonie na obydwu ranach, wlotowej i wylotowej. Prosiła przechodniów, żeby ktoś im pomógł, ale widząc ich stan zapewne twierdzili, że mają do czynienia z przestępcami i po prostu szli dalej. W końcu ktoś jednak zobaczył w Olivii przerażoną dziewczynę, a nie seryjną morderczynię i wezwał karetkę. A nawet dwie, choć nie czuła się jak osoba, która potrzebuje jakiejkolwiek pomocy medycznej.
To Sebastian jej potrzebował. Już, teraz, natychmiast.
— Nie zasypiaj! — wrzasnęła, słysząc w oddali syreny i potrząsnęła mężczyzną, jednak na tyle, by nie uszkodzić go bardziej.
— Zamknij twarz — wymamrotał, ale nie była pewna, czy to właśnie te słowa padły z jego ust, zanim głowa opadła luźno na ramię. 
— Wstawaj, Gadżet, kurwa mać! Nie zostawiaj mnie! — wyjęczała, a piekące łzy przesłoniły jej wzrok. Zdążyła przyzwyczaić się do jego obecności w swoim życiu i ani myślała dawać teraz umierać jednej z niewielu tak bliskich jej osób. Choć w myślach czasami życzyła mu, żeby przejechała go ciężarówka lub żeby ktoś z kolegów detektywów spuścił mu potężny łomot, nie przewidziała, że wszechświat odbierze te prośby na poważnie.
Poddając się coraz większej panice, kolejny raz potrząsnęła Sebastianem, tym razem na tyle mocno, że otworzył oczy i spojrzał na nią nieprzytomnie.
— Możesz przestać mną potrząsać, uszanuj moją ostatnią prośbę.
— Nie waż się znowu mdleć, bo nawet w piekle będę cię za to dręczyć! — warknęła i uniosła nieznacznie jedno ramię, by otrzeć z twarzy łzy. Charakterystyczne sygnały karetki rozbrzmiewały coraz bliżej i mimo, że Olivia z całego serca nienawidziła tego dźwięku, nie mogła być bardziej szczęśliwa.
Gdyby mogła, wpadłaby razem z sanitariuszami na blok, ale ktoś, nie zarejestrowała kto, zatrzymał ją tuż przed wejściem, zamykając w uścisku swoich silnych ramion. Wciąż cała się trzęsła, głośno płacząc, ale to akurat w tym momencie zdawało się do niej nie docierać. Nie wiedziała też, że całe ręce, ubranie i część twarzy pokryte miała krwią. Nie swoją, ale ten obraz po wszystkim i tak miał prześladować ją zarówno w snach, jak i na jawie.
Ten ktoś, kto do tej pory przyciskał jej ciało do swojego ciała, po jakimś czasie zaprowadził ją do sali segregacji, gdzie pielęgniarka zajęła się rozciętą wargą i podbitym okiem. Ten ktoś po założeniu dwóch szwów i odkażeniu pozostałych ran przykrył ją kocem, pytając, czy wszystko w porządku.
Ale Olivia nie umiała odpowiedzieć. Potrafiła jedynie siedzieć i wbijać nieobecne spojrzenie w przeciwległą ścianę. Czas tym razem zdawał się zatrzymać. A ruszył w momencie, gdy ten ktoś powiedział, że będzie dobrze.
Wszystko go bolało. Każdy kawałek skóry, każda kończyna. Nie chciał otwierać oczu, będąc niemal pewnym, że nawet samo podniesienie powiek przeciągnie przez całe ciało falę bólu. Ostatecznie jednak postanowił nie słuchać zdrowego rozsądku, przez co ujrzał śnieżnobiały sufit oraz jasną lampę, która raziła w oczy nieprzyjemną, zimną poświatą. Spróbował podnieść dłoń, chcąc przetrzeć zmęczony wzrok, jednak kiedy tylko miał pociągnąć ją w stronę twarzy, coś zatrzymało go w miejscu. Jeszcze raz szarpnął dłonią. Znów nic. Podniósł delikatnie głowę, by dojrzeć, że prawa ręką przyczepiona jest do stojącej zdecydowanie za daleko kroplówki. Spanikował jednak dopiero, kiedy zauważył wbitą w żyłę igłę. Zacisnął zęby, podniósł pospiesznie plecy i pociągnął drugą dłonią za przezroczystą rurkę, odczepiając się od worka z płynem. Igła jednak dalej pozostawała w jego ręce. Cholera, a przecież Sebastian Murillo nienawidził igieł.
Jedna z pielęgniarek szybkim krokiem przekroczyła próg pokoju najnowszego pacjenta, słysząc na korytarzu hałasy dochodzące zza drzwi. Spojrzała na Sebastiana, lekko zaskoczona i zmierzyła go dokładnie, jakby sama chciała wydedukować co mężczyzna tak właściwie próbuje zrobić. Dopiero kiedy wyrwał ze swojego ciała kolejną rurkę, kobieta podeszła do niego i złapała za ręce, próbując go powstrzymać. Murillo podniósł wściekły wzrok, gdy ta stanęła zaraz obok niego.
— Proszę pana — zaczęła pielęgniarka, jednak zaraz przerwała, kiedy detektyw spróbował wyrwać się z jej uścisku. — Proszę pana! Proszę się uspokoić! Potrzebuje pan tej kroplówki.
Kiedy jednak usłyszał jej głos, szybko przyłożył dłonie do uszu i zaczął coś podśpiewywać pod nosem.
— Nic nie słyszę — odpowiedział śpiewnie i dopiero gdy pielęgniarka zdjęła z niego swojego ręce, postanowił przejść do rzeczy. — Wyjmijcie mi to coś z ciała, bardzo proszę.
— Kiedy nie możemy tego zrobić, bo...
— Mam to gdzieś czy możecie, czy nie możecie — Murillo robił się coraz bardziej czerwony ze wściekłości. Naprawdę chciał się pozbyć tych igieł. — Nie chcę tego w sobie, a jako obywatel Ameryki, mam swoje prawa!
— Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, że został pan postrzelony? — spytała kobieta, wyraźnie zirytowana jego zachowaniem. Złożyła ręce na piersiach, wpatrując się w niego złowrogim spojrzeniem. — Ledwo pan przeżył, więc chyba lepiej nie marnować pracy naszych lekarzy na marne!
— Pf, ledwo... — wyszeptał Sebastian, kręcąc oczami. — Zwykłe draśnięcie...
— Pan chyba siebie nie sły...
— Zresztą — przerwał jej, podnosząc do góry palec wskazujący. — Nikt się mnie nie pytał o zdanie czy w ogóle chcę być ratowany.
Pielęgniarka ścisnęła dłonie w pięści i zamknęła oczy, najwidoczniej próbując zatrzymać falę napływającej furii. Podskoczyła parę razy w miejscu, po czym wydała z siebie coś podobnego do dźwięku frustracji. Sebastian spojrzał na nią lekko zaskoczony i powoli opuścił palec, jakby bał się, że jakikolwiek gwałtowny ruch, włączy odliczanie do wybuchu stojącej przed nim bomby. 
— Dobra, wiesz co? Okej — powiedziała pielęgniarka i podeszła do pacjenta, aby zaraz wyrwać mu z dłoni igłę przy niewyobrażalnej sile.
Sebastian pisnął zdecydowanie za głośno. Złapał się za zranioną dłoń, próbując powoli rozmasować miejsce bólu. Kobieta odeszła od łóżka, powoli kierując się w stronę drzwi.
— A reszta? — spytał Sebastian, kiedy ta była już przy wyjściu. Nie dostając żadnej odpowiedzi, spojrzał zaraz w dół, zauważając, że ma na sobie jedną z tych szpitalnych koszul. Westchnął głęboko, po czym krzyknął, mając nadzieję, że usłyszy go pielęgniarka stojąca na korytarzu. — I czy mogę dostać piżamę, w której nie będę świecić tyłkiem?
— I tak nie ma na czym oka zawiesić — stwierdziła Olivia, przekraczając próg pomieszczenia. Z nią nie było tak źle, jak z Sebastianem. Jedynymi pamiątkami po feralnej zabawie w detektywa był blednący siniak pod okiem i wciąż piekąca, rozcięta warga. Nie wspominając o obrazach, które wciąż ją prześladowały. Wszędzie widziała krew policjanta, a zanim zmyła tę prawdziwą z rąk, minęła dobra godzina. Ubrania natomiast nadawały się wyłącznie do wyrzucenia. Tak samo, jak jej zwichrowana psychika. — Wyglądasz, jak gówno — skwitowała i postawiła na stoliku zawiniątko, które ze sobą przyniosła, po czym usiadła na niewygodnym krześle obok łóżka.
— Ty tak zawsze wyglądasz — odgryzł się mężczyzna, a Olivia uśmiechnęła się szeroko. Może i doprowadzał ją do szału takimi komentarzami, ale cieszyła się, że w ogóle je słyszy.
— Jak będziesz niegrzeczny, to nie dostaniesz sernika — spojrzała przelotnie na zawinięte w papier ciasto, a potem spoważniała. — Jak się czujesz?
— Jak ktoś, kto zarobił kulkę — odpowiedział, wzruszając ramionami. — Nie powiem, że bywało gorzej, ale nie jest tragicznie.
— Cieszę się, że nie umarłeś — westchnęła w końcu, choć przyszło jej to z niemałym trudem. Kowalewski nie była najlepsza we wszelkiego rodzaju wyznaniach, dlatego nie dopuszczała do siebie ludzi. Ale, szczerze mówiąc, gdyby miała poznać Sebastiana jeszcze raz, zapewne wplątałaby się w taką samą relację. Lubiła tego faceta, mimo że był niesamowicie wredny i uszczypliwy, a uzyskanie od niego jakichkolwiek informacji na interesujące ją tematy graniczyło niemal z cudem. 
— Cieszę się, że nie dałaś mi umrzeć — usłyszała w odpowiedzi i uniosła brwi, gdy poczuła jego palce na swojej dłoni. Nie przywykła do takiego zachowania z jego strony, ale odwzajemniła uścisk i uśmiechnęła się lekko, choć w tym uśmiechu nie było wesołości. Mimowolnie zaczęła się zastanawiać jak by to wyglądało, gdyby jednak karetka przyjechała za późno; czy byłaby w stanie jakoś sobie poradzić, gdyby brunet umarł jej na rękach. Gdyby nie odzyskał przytomności, kiedy go o to prosiła...
Chrząknęła i wyprostowała się, rozwiewając tę miłą, a przez to niepokojącą, atmosferę.
— Nie rób tego więcej. Dziwnie się czuję — mruknęła i wzdrygnęła się. Z ulgą zauważyła, że Sebastian zrobił to samo.
— Dawaj mi sernik, kobieto — zażądał, a blondynka prychnęła, wywracając oczami, po czym położyła na jego kolanach paczuszkę. Przez chwilę przyglądała się, jak odwija papier, a następnie mruczy pod nosem i po raz kolejny się uśmiechnęła. 
Przekręciła się na krześle, by pogrzebać w torbie zawieszonej na oparciu krzesła i wyjąć z niej telefon. Szybko znalazła w aplikacjach dyktafon i wyprostowała się, zakładając nogę na nogę.
— A teraz z wdzięczności za to, że gnałam po to ciasto aż na Bronx, odpowiesz mi na kilka pytań — oznajmiła, a Murillo jęknął głośno, choć dźwięk był nieco zniekształcony przez jego usta zapchane sernikiem.
Ale odpowiedział. Nie miał innego wyjścia. A Olivia, szczerząc się triumfalnie stwierdziła w myślach, że w końcu wygrała tę ich małą zabawę w „pytanie-nieodpowiedź”.
Hope the cringe didn't kill you!

06/03/2018

2060. Siła rodzi się z przymusu, a umiera z wolności.


Nie wiem, ile tygodni upłynęło, zanim przestało mi przeszkadzać to miejsce. Zobojętniłem się na przebywanie ciągle w zimnych czterech ścianach, chrapanie niejakiego pana Charlestona z łóżka po drugiej stronie celi i na strażników, którzy więcej sentymentu mieli do wyrzucanych przez siebie opakowań po papierosach, niż do zamkniętego w izolatce bez powodu dwudziestolatka. Ze wszystkich niedogodności najbardziej przytłaczała mnie bezczynność i ten nieustający natłok myśli, któremu nie mogłem dać upustu w żaden sposób. Siadałem wieczorami z nogami zaplecionymi w precel i dłubiąc palcami i tak już wyskubaną poduszkę, zastanawiałem się nad swoim położeniem. Gdzieś tam, poza murami tego budynku, podejmowano decyzje mogące zaważyć na całym moim dotychczasowym życiu, a jedynym moim w tym udziałem było bierne oczekiwanie na werdykt. Coraz śmielej dochodziłem do wniosku, że nie czeka tam na mnie nic, ani nikt, kto wierzyłby w moją niewinność. Tym bardziej, że sam przestawałem w nią wierzyć. Patrząc na swoje dłonie, dostrzegałem na nich jedynie plamy krwi, brud, którego nie sposób było wyczyścić i palce zaciskające się na rękojeści noża. Choć nie mogłem tego zapamiętać. Czy byłbym w stanie skrzywdzić Alice? Moją Alice? Wracałem do tego wieczoru setki razy, usiłując prześledzić swoją drogę pomiędzy szpitalem, a domem; poprzez odwiedzony przy okazji supermarket i sąsiadkę z mieszkania piętro niżej, która zwymyślała mnie za głośne trzaskanie drzwiami. Utkwiły mi w pamięci banalne szczegóły i potrafiłem je odtworzyć jak przy oglądaniu ich na filmowych migawkach. Wszystko aż do momentu rzucenia swojej teczki na kanapę w salonie i zapadnięcia się w fotelu z filiżanką zupełnie już ostygłej kawy w dłoni. Nie mogłem przebić się dalej. Próbowałem podsuwać samemu sobie potencjalne scenariusze, koncentrowałem się na nich z całych sił jednak żaden nie zamierzał okazać się prawdziwym. Wypierałem tą noc ze swojej pamięci i pozostawały niewyjaśnioną zagadką powody, dla którego tak się działo. Zobaczyłem coś, czego nie powinienem zobaczyć, czy może zrobiłem coś, czego nie powinienem był robić? Ta niepewność powoli doprowadzała mnie do obłędu.
— Nie powinieneś być trochę bardziej… Entuzjastyczny? — pan Charleston przekręcił się na swoim łóżku, którego metalowe ramy zaskrzypiały i grzmotnęły głucho o ścianę. Maleńkie pomieszczenie tonęło w półmroku, a ustawiona w przeciwległym kącie szafa przypominała bardziej bezkształtną plamę, niż konkretny kształt. Za drzwiami odbijały się echem kroki rosłego strażnika, bardziej zainteresowanego swoim telefonem, niż przydzielonymi na tę noc obowiązkami — Jutro wypuszczają cię do domu.
Whitlock spojrzał na niego spode łba, podciągając swoje kolana jeszcze bliżej brody. Siedział tak skulony już od pewnego czasu, a pozycja ta dawała mu złudne poczucie bezpieczeństwa. Był otępiały.
— Wolałbym zasnąć — mruknął, nie odrywając wzroku od punktu zawieszonego gdzieś w przestrzeni przed sobą. Wpatrywał się w niego z taką intensywnością, jakby z nicości zamierzał wyłowić podpowiedzi dla targających nim wątpliwości i obaw. Nic takiego jednak się nie wydarzyło — Nie mogę zasnąć.
— Jesteś tkliwy jak dziecko — starszy, w przeciwieństwie do Geralda siwiejący już mężczyzna ożywił się nieco i dźwignął się na poduszce, by siadając oprzeć się plecami o ścianę. Jego bystre oczy zdawały się jarzyć błękitem w ciemności — Albo to, że tu siedzisz, jest jednym wielkim nieporozumieniem, albo jesteś skończonym socjopatą.
Pan Charleston nie wyobrażał sobie bowiem, że obsesyjna tęsknota za domem może połączyć się w jednym człowieku z kamienną twarzą i monotonnym tonem głosu, nieważne czy mówiącym o rodzinie, czy o mrugającej bez przerwy jarzeniówce.
— Skończony socjopata brzmi dobrze. Trzymaj się tego, że jestem skończonym socjopatą.
— Twoja narzeczona naprawdę wiedzie z tobą bajkowe życie. Jak jej było na imię? Felicity?
Po raz pierwszy tego wieczora Whitlock wykazał minimum zainteresowania rozmową. Drgnął i tym drgnięciem wyrwawszy się z odrętwienia, wbił podejrzliwe spojrzenie we współosadzonym.
— Nie przypominam sobie, żebym wspominał ci o jej imieniu.
— Nie musiałeś. Powtarzasz je przez sen prawie każdej nocy, a nikt nie powtarza przez sen imienia swojego psa albo rybki.
— Jesteś niesamowicie błyskotliwy.
Faktem było, że Gerald nie sypiał najlepiej już od kilku lat, a trzy miesiące spędzone w areszcie niemal zupełnie pozbawiły go tego przywileju. Przymykał oczy na godzinę lub dwie, przewracał się z boku na bok i w przypływie bezradności dłubał paznokciami ukruszoną tuż przy jego głowie ścianę. Był nieprzytomny, ciągle nieobecny, a krótkie drzemki sprowadzały na niego koszmary, które choć męczyły go w nocy, rano nie pozwalały się odtworzyć w pamięci. Czuł, że oskarżenie o zabójstwo paradoksalnie sprowadziłoby na niego więcej spokoju niż perspektywa powrotu do domu, w którym mógł zastać puste cztery ściany i nikogo wśród nich, kto czekałby na niego z utęsknieniem.
— Siedzę tu już trzeci raz — pan Charleston zsunął się na krawędź swojego łóżka i przysiadł na nim pochylony niczym rzeczoznawca lub mistrz zdradzający tajemnice swojego rzemiosła. Jego głos przybrał konspiracyjny, niski ton — Kiedy zwolnili mnie stąd ostatnim razem, okazało się, że moja żona zdążyła ułożyć sobie życie na nowo i dziwnym zbiegiem okoliczności zapomniała uwzględnić w tych planach mnie.
— Do czego pijesz?
— Może ty też posiadasz nieaktualne informacje o swojej narzeczonej — mężczyzna machnął pogardliwie ręką — One wszystkie są takie same.
Whitlock wyprostował powoli obolałe nogi i równie powoli wygrzebał się ze swojego azylu. Wiedział, że słowa te padły z ust rozgoryczonego i rozczarowanego życiem człowieka, nie mającego wokół siebie nic, o co zamierzałby jeszcze walczyć, a jednak poruszyły czuły punkt jego świadomości. Ten najbardziej podbity strachem i najczarniejszymi scenariuszami, który coraz częściej przejmował kontrolę nad jego myślami.
— Wszystkie, na które trafiłeś — sprostował, choć nie wiedział, komu bardziej to sprostowanie miało służyć; Charlestonowi, który wpadał coraz śmielej w zgryźliwy nastrój, czy jemu samemu – by nie pozwolić się sprowokować — Felicity jest…
— Inna? Nie dość, że tkliwy, to jeszcze naiwny jak dziecko. Dla takich jak my życie kończy się dokładnie tutaj, w tych murach. I przestań, do diabła, kręcić mi się przed nosem.
Kroki Geralda odbijały się echem od ogołoconych ścian, gdy ten krążył pomiędzy drzwiami, a ustawionym w rogu celi biurkiem; zrobiło mu się duszno, oddychał coraz ciężej i miał wrażenie, że za moment zwali mu się na głowę cały sufit. A co, jeśli Charleston miał rację? Jeśli odebrał komuś życie tylko dlatego, żeby jego dobiegło końca w więzieniu stanowym gdzieś na drugim końcu kraju? I dlaczego wszystkie jego słowa zaczęły wybrzmiewać nagle niepodważalną prawdą?
— Przestanę, jeśli ty przestaniesz drążyć ten temat.
— Tak sobie myślę — Charleston puścił uwagę towarzysza mimo uszu — Że szczwany z ciebie egoista, Whitlock. Zabiłeś kogoś lub nie, sam nie jesteś tego pewien. Jesteś albo mordercą, albo w najlepszym razie obłąkańcem, a i tak masz nadzieję na to, że świat się nad tobą ulituje.
— Skąd w tobie tyle jadu?
— Jadu? Nie, to nie jad. To doświadczenie i dobre rady przyjaciela, który niejedno już widział i niejedno przepracował. Trzęsiesz się od pierwszego dnia, kiedy cię tu zamknęli. Nie łatwiej byłoby pogodzić się z kilkoma faktami? Spójrz na mnie. Wiem, że system mnie zeżre i wyrzyga. Nie martwię się o to, że moją kobietę obraca w tym momencie czwarty z kolei ochotnik, a rodzinę skreśliłem podobnie, jak…
— Coś ty powiedział? — Gerald zatrzymał się wpół kroku i zwrócił się ku starszemu mężczyźnie spojrzeniem pełnym niedowierzania. Niedowierzania i gniewu. Bańka, którą otaczał się pieczołowicie w minionych miesiącach pękła nagle, a wszystkie świry, od których próbował się tym oddzielić, spętały go ciasno i zaczęły przejmować nad nim kontrolę. Sam nie wiedział, czy miota nim bardziej złość, ostatek zdrowego rozsądku czy bezwzględna, podświadoma obawa, że to wszystko mogło okazać się prawdą. Egoizm, ślepe zaufanie, nadzieja na to, że wszystko można było jeszcze uporządkować. Nadzieja bez pokrycia. Zimny dreszcz przeszył jego plecy i spłynął z nich do każdego zakamarka jego ciała podobnie jak nienawiść, którą obdarzył w jednej chwili zmęczoną, pomarszczoną twarz Charlestona.
Jego palce zawinęły się w pięść, choć wcale ich nie kontrolował. Mięśnie napięte do granic możliwości znalazły dla siebie jedyny sposób, w który mogły sobie ulżyć. I zrobiły to.
— Oszalałeś?! — siła uderzenia niemal zwaliła Charlestona z łóżka. Splunął na podłogę i nim zdołał chwycić swój obity, obolały policzek, poczuł kolejny, równie silny cios po drugiej stronie twarzy. Pociągnął nosem, sapnął i odchrząknął głośno, nim poderwał się na równe nogi i odepchnął od siebie Geralda tak, że ten padł plecami na przeciwległą ścianę. Widział, że Whitlock stracił nad sobą panowanie, a zaślepione afektem oczy mężczyzny mrużyły się dziko jak u napastnika czającego się na swoja ofiarę w zaroślach. Nastąpiła chwila ciszy, przerywana głębokimi oddechami i świstem powietrza przedzierającego się przez zaciśnięte zęby. Kilka sekund, nim taniec rozpoczął się na nowo. Tym razem Charleston nie pozostawał Geraldowi dłużny.
Szarpali się, miotali sobą nawzajem po meblach, ścianach, okładali pięściami na oślep. Słychać było wrzaski, jęk i dźwięk rozdzieranych drelichowych koszul, rozciągniętych i zachlapanych krwią z pękniętej brwi. Połamane krzesło grzmotnęło o podłogę, w powietrze wyleciały sterty notatek zebranych w rogu biurka. Świsty, trzask i przekleństwa, które przenikały się w jednostajny, nieskończony chaos.
Drzwi do celi otworzyły się i w tym samym momencie walczący ze sobą mężczyźni wypadli na zimny korytarz, na jego wyłożoną linoleum podłogę, tuż pomiędzy otaczających ich z każdej strony strażników. Zostali rozdzieleni, każdy pociągnięty ku przeciwległemu końcowi bloku, wleczony po ziemi i na wpół przytomny, jednak ciągle rozpalony gniewem.
— Ty mały sukinsynu! — Charleston krzyczał i powtarzał ciągle te same przekleństwa, podczas kiedy Gerald osunął się bezwładnie po nogach ciągnącego go za koszulę strażnika. Czuł piekący ból w skroni i strużkę gorącej krwi spływającej po jego policzku i szczęce. Próbował pozbyć się metalicznego posmaku z ust, kaszląc i plując na samego siebie w żałosnej, upokarzającej niemocy. — Nie spieszy ci się na wolność, co panie Whitlock? — ten szyderczy ton głosu rozbrzmiewał mu w głowie na długo po tym, jak trafił do więziennego medyka i został wepchnięty do kolejnej, dusznej celi. Zupełnie sam, obolały i posiniaczony zastanawiał się nad tym, jak niewiele potrzebował do tego, aby stać się zupełnie innym człowiekiem. Skoro nie zapanował nad sobą teraz, czy istniało ryzyko, że… Nie zapanował nad sobą półtora roku temu? Ta myśl sprawiła, że kolejne dni zdołał spędzić na granicy świadomości, leżąc na wznak i powtarzając jak mantrę imię, które nie mogło należeć ani do psa, ani do rybki.
Chwila zapomnienia kosztowała mnie kolejne dwa tygodnie zmarnowane w tym przeklętym miejscu. Nie rozmawiałem z nikim w stołówce, unikałem towarzystwa w świetlicy i zniszczyłem kolejne dwie poduszki, wpatrując się każdej nocy w popękany sufit. Wstyd mi było przed samym sobą, że tak łatwo dałem się sprowokować. I to komu! Człowiekowi, który choć żył, to całe życie miał już za sobą. To co mówił, nie było zupełnie pozbawione sensu, ale musiałem wierzyć, że po powrocie do domu znajdę chociaż namiastkę swojego dawnego świata. Minęło wiele czasu od chwili, gdy siłą wywlekli mnie z naszego mieszkania i zatoczyłem krąg, zatrzymując się ponownie przed tymi samymi drzwiami. Drzwiami, za którymi słyszałem dźwięczny śmiech biegających po salonie dziewczynek i cichą krzątaninę dobiegającą z przylegającej do niego kuchni. Strach sparaliżował moje ciało i zacisnął się nieprzyjemnym skurczem na moim żołądku. Wiedziałem, że nic nie jest w stanie dodać mi teraz odwagi i nic nie jest w stanie zapewnić mnie, że po drugiej stronie czeka mnie coś więcej, poza odrzuceniem. Przytuliłem skroń do chłodnej framugi i zapukałem, błagając los nie o potwierdzenie swojej niewinności, a jedną, jedyną szansę na wytłumaczenie kłamstwa, niedopowiedzenia, na którym próbowałem budować swoje życie od nowa.