Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/10/2021

2173. Still alive, but barely breathing

Been here before
It seems like I ain't ever leaving
Face on the floor
And I'm staring at the ceiling
Checking my pulse
Still alive, but barely breathing
Yeah, alive, but barely breathing

21 maja 2021 roku, Rockfield na Barbadosie

Aż za dobrze znał to spojrzenie, choć dziś niemym i rozpaczliwym wołaniem o pomoc obdarzyła go inna para oczu, niż czternaście lat temu. Na ułamek sekundy – pomiędzy jednym, a drugim mrugnięciem powiek – świat stanął w miejscu. Ucichły odgłosy burzy, urwał się ryk wzburzonego oceanu. Białe błyskawice przestały rozcinać w pół granatowe niebo, kuter wspiął się na grzbiet fali i przycupnął na jej szczycie. Dwa serca zamarły w męskich piersiach, przecząc naturze i kiedy zdawało się, że właśnie w ten sposób skończy się wszelakie życie, Jerome zamknął oczy.
Gdy je otworzył, świat ożył i zwalił mu się na głowę.
— Nie — szepnął do siebie, podczas gdy wkoło żywioł rozszalał się w apogeum mocy. — Nie tym razem — powiedział cicho, jeszcze przez kilka sekund trwając w odrętwieniu, aż nagły wyrzut adrenaliny pchnął go do działania i mężczyzna zablokował ster. — Kurwa, nie tym razem!
Zgasił silnik i wypadł z kapitańskiej budki wprost na śliski od wody pokład. Walcząc z porywami wiatru, dopadł w końcu do burty i zahaczywszy się ramionami, uwiesił się na niej całym ciężarem ciała. Choć deszcz siekący prosto w twarz zalewał mu oczy, przeczesywał wzrokiem wzburzoną toń, rozpaczliwie poszukując pośród fal znajomej sylwetki.
— Jaime! — krzyczał ile sił w płucach, mimo że zimna i słona woda wciskała mu się do ust. — Jaime! — Krztusił się i nawoływał dalej, wiedząc, że nie przekrzyczy huku oraz ryku burzy. I choć po kilku minutach zdarł sobie gardło i zachrypł, krzyczał dalej.
— Jaime, kurwa! Nie rób mi tego! — zawołał żałośnie mimo ściśniętego gardła i dokładnie w tym samym momencie uświadomił sobie, że niewiele dzieliło go od czegoś, na co nie odważył się czternaście lat temu ani on, ani tym bardziej jego ojciec.
Wtedy żaden z nich nie skoczył.
Do ust Jaime’ego wdarła się woda i chłopak przez chwilę poczuł się jeszcze bardziej bezradny niż przed sekundą, kiedy ogromna fala zgarnęła go z pokładu kutra. Ciało Moretti’ego coraz bardziej zapadało się w wodzie, która nie była już aż tak zimna. I kiedy wydawało mu się, że powierzchnia coraz bardziej się od niego oddala, kapok zaczął spełniać swoją rolę i powoli ciągnął go ku górze. Nie ma takiej opcji, wychowałem się w oceanie, pomyślał wojowniczo, marszcząc czoło. Zaczął sprawnie i energicznie poruszać rękami i nogami, przedostając się coraz wyżej i wyżej, raz po raz spychany przez prąd oraz fale. Nie zamierzał się poddawać. Przecież się nie utopi. Nie teraz, nie w takiej sytuacji, kiedy na kutrze znajdował się przerażony Jerome, nie, kiedy czekał na niego najlepszy przyjaciel i w ogóle nigdy.
W końcu udało mu się wyłonić na powierzchnię i nabrać powietrza do płuc. Zaraz też zaczął kaszleć, ponieważ znów poczuł w ustach wodę. Musiał jak najszybciej dostać się na kuter. Rozejrzał się szybko, dostrzegając, że ocean porwał go dość daleko. Nie czekając na nic, Jaime zaczął płynąć w stronę łodzi, nieustannie będąc targanym przez fale.
– Jerome! – zawołał głośno. – Po prawej!
Wiedział doskonale, jak jego przyjaciel stracił brata i miał też nadzieję, że Jerome nie zdecyduje się do niego skoczyć pod wpływem emocji i wspomnień.
Słaby dźwięk, niepasujący do wybrzmiewającej wokół kakofonii, musnął uszy wyspiarza. Mężczyzna szarpnął głową, zwracając się w prawo i wtedy dostrzegł pośród fal Jaimie’ego w pomarańczowym kapoku, który podskakiwał na wzburzonej powierzchni oceanu niczym mała boja.
Żył. I wciąż walczył.
— Jaime! — Jerome krzyknął z nową mocą i zaraz potem zawisł bezwładnie na burcie, bo też jego ciało, targane skrajnymi emocjami, zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Jednocześnie trzydziestolatek wciąż pozostawał bezradny; Moretti znajdował się za daleko, by mógł rzucić mu koło ratunkowe, a odpalenie silnika było ryzykowne. Gdyby chłopak, miotany na wszystkie strony przez szalejący żywioł, dostał się w pobliże pracującej śruby, nie miałby najmniejszych szans. Marshallowi nie pozostawało zatem nic innego, jak czekać, aż jego przyjaciel znajdzie się wystarczająco blisko i zdruzgotany tym faktem, z trudem nabrał powietrza w płuca, by krzyknąć znowu.
— Płyń! — ryknął, podejrzewając, że Jaime i tak go nie usłyszy. — Musisz podpłynąć bliżej! — wrzasnął, wykonując odpowiedni gest dłonią, a później nadludzkim wysiłkiem zapanował nad sparaliżowanym strachem organizmem i podźwignął się na nogi. Cały czas uczepiony burty, zaczął brnąć w stronę rufy i znajdującego się na niej koła.
Jaime próbował płynąć, nie wymachując przy tym bezsensownie rękami i nogami, żeby nie tracić sił. A tracił ich całkiem sporo. Walka z żywiołem była trudna i bardzo męcząca. Nie oznaczało to jednak, że chłopak zamierzał się podporządkować. Musiał znaleźć się jak najszybciej blisko kutra, dorwać koło ratunkowe i trzymać się mocno, póki znów nie znajdzie się na pokładzie z Jerome’em obok. I wydawało się to całkiem proste, ale wykonanie tego planu wcale nie miało takie być. Fale, prąd, deszcz, grzmoty i błyskawice. Jaime nie skupiał się na tym, że znajdował się w przerażającej sytuacji, ponieważ gdyby zaczął, możliwe, że to strach by go rozłożył na łopatki. Jego myśli biegały wokół łodzi i znajdującego się na niej Jerome’a. Musiał pokonywać kolejne metry, nie zważając, że mięśnie i stawy zaczynają go powoli palić, że serce wciąż bije z niesamowitą siłą, że aż bolało.
Wtedy ocean znów wciągnął go pod swoją powierzchnię. Jaime w ostatniej chwili złapał oddech, od razu też odpychając się rękami i nogami w górę. Tym razem kapok nie pomagał, a przynajmniej nie dawał rady w walce z wciągającą wodą. I Moretti zdał sobie nagle sprawę, że tracił siły. Próbował przedostać się wyżej pomimo bólu, jaki odczuwał w mięśniach, ale jego kończyny odmawiały mu posłuszeństwa. I również coś w jego umyśle pękło – Jaime był przerażony.
Nie walcz.
Usłyszał nagle i rozejrzał się dookoła. Nie zobaczył nikogo.
Odpuść sobie, daj spokój.
Jakby rozpoznawał ten głos, ale nie był pewny…
No już, przecież i tak powinieneś umrzeć dwanaście lat temu.
Jimmy…?
Jaime rozejrzał się ponownie, ale nie dostrzegł swojego brata. Później zdał sobie sprawę, że brakuje mu tchu. Zaczął coraz bardziej opadać w dół, a błyskawice stawały się coraz mniej widoczne. Jego powieki powoli się zamykały.
Już, w porządku, jeszcze trochę.
W momencie, w którym jego oczy się zamknęły, w uszach przestało szumieć, a on miał wrażenie, że dookoła panuje zupełna cisza, dostrzegł zamiast wody mnóstwo krwi. A w niej siebie i swojego starszego brata. Jimmy, proszę, nie!, to były jego krzyki.
Nagle Jaime drgnął i otworzył gwałtownie oczy. To nie Jimmy kazał mu zaprzestać walki, to nie był jego głos. To był głos Jaime’ego, jego własny, przepełniony wyrzutami sumienia.
W ciało Moretti’ego znikąd wstąpiła nowa energia i chęć do wydostania się z oceanu. Na nowo zaczął płynąć w górę.
Dasz radę, płyń, braciszku.
I teraz to był Jimmy.
Jaime wydostał się na powierzchnię, łapczywie nabierając powietrza do płuc. Jednocześnie odkrył, że znajduje się już niedaleko Jerome’a.
To już blisko.
Tym razem to był głos jego i Jamesa.
– Tutaj!
Przedzierając się ku rufie, Marshall nieustannie kontrolował, czy Jaime wciąż utrzymuje się na powierzchni. Przez zacinający prosto w twarz deszcz widział właściwie jedynie pomarańczowy kapok podskakujący na falach, lecz to właśnie ta mała, kolorowa kropka stanowiła jego ostatnią iskierkę nadziei, której rozpaczliwie się trzymał. I kiedy sam dotarł do celu, pochwyciwszy w dłonie koło, iskierka zgasła.
— Jaime? — rzucił cichutko, jakby chłopak stał tuż obok niego, a wokół nie szalała burza, która zaraz pożarła jego szept. — Jaime? — powtórzył, przeczesując wzrokiem ocean. Wzbierająca w nim rozpacz zdusiła krzyk rodzący się w jego wnętrzu i wyspiarz tylko stał, palce coraz mocniej zaciskając na śliskim od wody kole. Jego rozbiegane spojrzenie skakało po falach, ale już nigdzie nie widział przyjaciela i nagle poczuł, że przegrał. Po raz drugi przegrał z bezlitosnym żywiołem, będąc w jego obliczu niezwykle małym i bezsilnym.
Czy w obliczu tak druzgoczącej porażki można było jeszcze odnaleźć sens istnienia?
— Pamiętaj, nic złego się nie stanie.
Nahuel pojawił się obok niego tak niespodziewanie, że Jerome drgnął i wypuścił z rąk koło ratunkowe, które upadło na pokład u jego stóp.
— Też wypadłem z kutra, prawda? — skomentował całkiem trzeźwo nagłe zmaterializowanie się zmarłego brata. — To jakieś ostatnie, pośmiertne podrygi mojego mózgu, tak?
— Nie — zaprzeczył Nahuel i uśmiechnął się pobłażliwie. — Nazwałbym to raczej atakiem paniki. Weź się w garść, Jerome — ofuknął go i otwartą dłonią klepnął starszego bruneta w plecy. — I patrz — dodał, celując palcem prosto w ocean. Marshall zamrugał, pokręcił głową, a potem podążył spojrzeniem za palcem brata i wtedy coś pomarańczowego zamajaczyło przed jego oczami.
— Tutaj!
Usłyszał, lecz nie potrafił nadać temu wołaniu sensu. Jego odrętwiałe ciało stało się nieznośnie ciężkie, serce rozpaczliwie tłukło się w piersi, a płuca paliły od braku powietrza i dopiero teraz Jerome zdał sobie sprawę z tego, że wsparty o burtę, od dobrych kilku minut nie potrafił złapać oddechu i tylko poruszał ustami jak wyrzucona na brzeg ryba.
— Tutaj!
Jego mięśnie rozluźniły się pod wpływem nagłego impulsu i powietrze wpadło w drogi oddechowe mężczyzny z takim impetem, że pociemniało mu przed oczami i zakręciło się w głowie.
— Jaime! — krzyknął i rzucił się po koło, które przesunęło się po szarpanym falami pokładzie kurta. Chwycił je ze wszystkich sił, dopadł do burty i szybko ocenił dzielącą ich odległość. Jaime był blisko, bliżej niż ostatnio. Dokładnie w takiej odległości, by wyspiarz mógł wykonać celny rzut. A miał tylko jedną próbę.
— Łap! — zawołał i zamachnął się, lecz zamarł. Jedna próba. To była tylko jedna próba i ich ostatnia szansa. To od niej wszystko zależało. — Łap, kurwa! — krzyknął raz jeszcze, jakby ta kurwa miała dopomóc jemu w dobrym rzucie, a Morettiemu w złapaniu koła, po czym zebrał wszystkie pozostałe mu siły i rzucił.
Koło frunęło nieznośnie długo, nawet pomimo tego, że trzydziestolatek wziął poprawkę na wiatr. W końcu jednakże opadło na fale, ba!, uderzyło przy tym o ramię chłopaka! Wystarczyło tylko, że ten wyciągnie ręce.
— Jaime, nie spierdol tego — poprosił Jerome cicho, resztkami silnej woli pozostając przy zdrowych zmysłach i w bolesnym napięciu oczekiwał na to, co nastąpi.
Jaime patrzył jak Jerome rzuca mu koło ratunkowe. Słyszał go jakoś pomimo hałasu, jaki wokół nich panował. Oczywiście, że zamierzał to, kurwa, złapać i nie spierdolić. Chociaż fale znów chciały go zabrać pod powierzchnię, Jaime za nic nie dawał za wygraną. Miał poczucie, że Jimmy jest tu gdzieś obok i mu kibicuje z całych sił. Przecież nie mógł się poddać. Nie, kiedy Jerome tam na niego czekał. I wręcz oczekiwał, że Jaime zaraz znów pojawi się na pokładzie. Moretti nie zamierzał go zawieść. Obserwował jak koło leci w jego kierunku. Woda próbowała zmienić jego pozycję, przez co chłopak oberwał w ramię, ale to nie zdezorientowało go; złapał mocno koło, owijając dookoła rękę. Kiedy wyczuł, że może, wciągnął koło przez głowę. Okej, dobra, myślał gorączkowo, choć próbował się właśnie uspokoić. Jest nieźle, Jaime, tylko spokojnie, teraz wystarczy, że popłyniesz w stronę kutra.
Dawaj, braciszku, przecież pływasz doskonale.
Jaime mógł przysiąc, że zobaczył Jimmy’ego, który uśmiechał się do niego pokrzepiająco. Jego też przecież nie mógł rozczarować.
A więc płynął, póki starczyło mu nowych sił.
Jerome, zobaczywszy, jak Jaime przekłada koło przez głowę, a następnie płynie w jego kierunku, pozwolił, by nogi się pod nim ugięły. Upadł na kolana, w dłoniach kurczowo ściskając linkę przymocowaną do koła i przez kilka sekund nie mógł otrząsnąć się z zachwytu nad tym, jak ta naprężała się i stawiała opór pod wpływem ciężaru ciała jego przyjaciela.
Nic złego się nie stanie.
Wraz z odzyskaną wiarą, w wyspiarza wstąpiły nowe siły. Podźwignął się i zaparł nogami o reling, a później zaczął ciągnąć linkę, tym samym holując młodszego bruneta do kutra. Kiedy Jaime znalazł się wystarczająco blisko, naprowadził go w pobliże stalowych szczebli przymocowanych do boku kutra, po których chłopak mógł wspiąć się na pokład.
Dzieliły ich teraz ledwo dwa metry i zdawało się, że świat znowu się zatrzymał. Tym razem jednakże można było odnieść wrażenie, że centrum burzy przetoczyło się dalej. Wiatr uspokoił się i ciężkie krople nie zacinały pod ostrym kątem, a uderzały leniwie o blaszaną łódź. Rozkołysany ocean powściągnął swój gniew i zaborcze fale powoli, powolutku wypiętrzały się z coraz mniejszą werwą. Czyżby najgorsze już było za nimi?
Marshall obwiązał się liną w pasie i kiedy wychylił się za burtę, zobaczył, że Jaime zaciska dłoń na pierwszym ze szczebli. Nie zwlekając, wyciągnął do niego rękę i obiecał sobie, że nie popełni tego samego błędu, co czternaście lat temu, kiedy palce młodszego brata jedynie prześlizgnęły się po jego dłoni.
Jaime poczuł malutką ulgę, kiedy poczuł, jak Jerome zaczyna ciągnąć go w swoją stronę. Nie znaczyło to jednak, że teraz Moretti sobie odpuści. Nie, nie mógł przecież zostawić wszystkiego na jego głowie. Jeszcze miał w sobie resztki sił i zamierzał je wykorzystać do końca. Musiał znaleźć się jak najszybciej na pokładzie.
W końcu udało mu się wyciągnąć rękę i mocno zacisnąć palce na metalowym szczeblu. Jeszcze trochę, jeszcze kawałek, dajesz, myślał, wyciągając drugą rękę na wyższy szczebelek. Spojrzał w górę, a kiedy zobaczył Jerome’a wyciągającego do niego dłoń, przez twarz chłopaka przebiegł nikły uśmiech. Będzie dobrze.
Wspinał się, uważając na śliską powierzchnię. W końcu wyciągnął rękę i mocno złapał dłoń przyjaciela. I w tym momencie poczuł ogromną ulgę. Nie znajdował się jeszcze bezpiecznie na kutrze, ale samo to, że mógł trzymać Jerome’a za dłoń, wiele mu dawało. Uścisk był mocny i bezpieczny pomimo tego, że obaj byli cali przemoczeni.
Ostatecznie Jaime przekroczył barierkę i upadł od razu na deski. Oparł się i oddychał ciężko. Udało się. Spojrzał na przyjaciela; musiał się upewnić, że i z nim wszystko w porządku.
Marshall wciągnął przyjaciela na pokład z całych sił; tych, które jeszcze mu pozostały. To sprawiło, że kiedy Moretti upadł na deski, naprężone ciało wyspiarza pozbawione przeciwwagi zachwiało się i również Jerome skończył, leżąc na pokładzie kutra. Zdołał jeszcze tylko podciągnąć się na rękach i oprzeć o burtę, po czym spojrzał na ciężko oddychającego chłopaka i uśmiechnął się pod nosem.
Jaime był bezpieczny. I to właśnie dopiero w tym momencie, kiedy miał co do tego stuprocentową pewność, zdjął go obezwładniający strach.
Wpatrywał się w sylwetkę przyjaciela, lecz tak naprawdę jej nie widział. Nie widział niczego, ponieważ nagle miał przed oczami wyłącznie czerń, jakby niespodziewanie otoczyła go nieprzenikniona ciemność i choć mrugał intensywnie, by ją rozgonić, nie docierał do niego choćby najcieńszy promień światła. Był sam pośrodku niczego, osadzony w zimnej pustce i miał wrażenie, że jego życie się skończyło. Wreszcie, tak po prostu się skończyło, bo ubywało go już dużo wcześniej, po kawałku, wraz z kolejnymi śmierciami, których doświadczał. Nahuela. Lionela. I Jaime’ego.
Ale przecież Jaime żył! Leżał na wyciągnięcie ręki, tuż przed nim! Więc dlaczego go nie widział? Dlaczego jego jedyną towarzyszką była ciemność, a po nim samym pozostało tylko marne echo dotychczasowej egzystencji? Może to wszystko mu się przewidziało? Może oszukał go własny umysł, desperacko uciekając przed agonią, która teraz wreszcie go dopadła i pozbawiła resztek nadziei? Pozostało mu tylko umieranie. Ciche i samotne.
Zapomniał, że powinien oddychać i kiedy spróbował to zrobić, od wysiłku tylko zapiekły go płuca. Palący ból objął całą jego klatkę piersiową, kiedy mięśnie i przepona to kurczyły się, to znowu rozluźniały, próbując tym sposobem wtłoczyć powietrze do układu oddechowego, lecz uniemożliwiały im to zimne palce strachu zaciśnięte na krtani wyspiarza. Uścisk był bezlitośnie mocny i nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że właśnie tak miało się to skończyć.
Serce gorączkowo tłukło się w piersi mężczyzny, rozpaczliwie pompując krew do najważniejszych organów, aż zakręciło mu się w głowie od jej przesytu. Na skórę wystąpił zimny pot, w polu jego widzenia pojawiła się czerwona łuna. Czuł, jak treść żołądka podchodzi mu do gardła, ale zgrabiałe palce wciąż tam były i żelaznym uściskiem obejmowały jego szyję. Nic nie mogło wedrzeć się do środka i wydostać na zewnątrz, a jedynym wyjściem pozostawała autodestrukcja. Bo cóż innego mógł zrobić w obliczu tych wszystkich, małych i dużych śmierci? Nie zasługiwał na życie; nie takie, w którym żerował na innych niczym pasożyt, potrzebując do przeżycia kolejnych ofiar. Jeśli jego życie miało tak wyglądać; być niezliczonymi małymi i dużymi śmierciami, to nie chciał żyć.
— Nie wygłupiaj się. — Nie widział Nahuela, lecz go słyszał. Jego głos, tak znajomy, wybrzmiewał zewsząd i wypełnił ciemność, która już nie była pusta.
— Nie uratowałem żadnego z was. Ciebie. Lionela. Jaime’ego. Nie dam dłużej rady. Nie zniosę więcej. Kto będzie następny? Jeśli mogę wybrać, wybieram siebie.
— Jaime żyje i ma się całkiem dobrze, a ty spanikowałeś, gałganie. No już, przestań odstawiać ten cyrk i wracaj tam, gdzie twoje miejsce.
— Jaime… żyje?
— Tak. Mówiłem, że wszystko będzie dobrze, ale ty jak zwykle nie chcesz słuchać. No już!
Głos huknął i wstrząsnął jego ciałem, uderzając w nie zewsząd i przenikając przez nie, jakby cielesna powłoka nie stanowiła dlań żadnej przeszkody.
Jerome rozwarł szerzej oczy, które nagle zaczęły widzieć, zachłysnął się powietrzem, a potem osunął się na pokład i zdążywszy jedynie podeprzeć się rękoma, zwymiotował. Na przemian to łapał powietrze, to walczył z torsjami, a jego ciałem raz po raz wstrząsały silne dreszcze. Trwało to dobrych kilka, jeśli nie kilkanaście minut, aż całkowicie wyczerpany podniósł głowę i napotkał zniecierpliwione, ale też zaniepokojone spojrzenie przyjaciela.
— Wystraszyłeś mnie — wytłumaczył słabym głosem i uśmiechnął się blado, bo strach o życie Jaime’ego był tak wielki, że jego umysł i ciało poddały mu się zupełnie. Musiał dopuścić i przepuścić ten strach przez siebie, bo inaczej by sobie z nim nie poradził. Był zbyt wielki, by zdusić go w sobie czy zamieść od dywan, zbyt przejmujący, by przejść nad nim do porządku dziennego. A przeżycie tego strachu było jak ciche i samotne umieranie, choć nie kończyło się śmiercią. Nie jego. Nie Jaime’ego. Nie teraz.
Jaime łapał powietrze, próbując się uspokoić. Serce wciąż waliło mu od adrenaliny, strachu i wysiłku. Miał kompletnie dość i chciał jak najszybciej znaleźć się na lądzie, gdzie nie będzie groził im sztorm, ogromne fale i prąd wody, który usilnie starał się zatrzymać go pod wodą. A przede wszystkim Moretti nie chciał już więcej oglądać Jerome’a przerażonego i sprawiającego wrażenie, jak ten strach totalnie go obezwładnił.
Jaime nagle poczuł, że to wszystko jego wina; to on chciał płynąć kutrem i to on wpadł do rozszalałej wody, więc to on był przyczyną tego strachu. Już nieważna była groza, którą on sam odczuwał ani to, że w pewnym momencie, kiedy znajdował się pod wodą, chciał się poddać.
– Jerome? – zaczął chłopak, obserwując przyjaciela. Nie wyglądał najlepiej. – Jerome? – spróbował raz jeszcze nieco głośniej. – Cholera jasna! – Jaime przybliżył się i nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Marshall wyglądał jakby owładnęła nim panika. A przecież wszystko było dobrze! To znaczy, nie znaleźli się jeszcze bezpiecznie w porcie, ale oni obaj siedzieli z powrotem na łodzi, a burza powoli ustępowała. – Dobra, tylko mnie nie znienawidź – mruknął, zaciskając palce w pięść. Był gotów przywalić Jerome’owi prosto w twarz, kiedy mężczyzna nagle odwrócił się i zaczął wymiotować.
Okej, okej, pomyślał Jaime i znów opadł ciężko na deski kutra. To jest normalna reakcja, jest dobrze…
– Ja ciebie wystraszyłem? – prychnął Moretti i pokręcił głową. No dobra, Jerome miał więcej racji. – Ale ty mnie też, przed chwilą. Byłem gotów ci przywalić w tę twoją śliczną buźkę – uśmiechnął się słabo.
Później zamilkł. Miał mętlik w głowie, ale naprawdę nie chciał się teraz tym zajmować. Dał też chwilę przyjacielowi, żeby odpoczął. A jakiś czas później zza ciemnych chmur zaczęły majaczyć promienie słońca.
– Oho, chyba nam się udało, co? – zażartował trochę mrocznie.
— Chyba tak — odparł Jerome, a potem po prostu położył się na pokładzie i przekręcił na plecy. Miał siłę wyłącznie na spoglądanie w niebo, po którym wciąż mknęły ciemne chmury, lecz pojawiało się pomiędzy nimi coraz więcej jaśniejszych prześwitów, aż po pokładzie kutra nieśmiało zaczęły tańczyć złote, słoneczne plamy. Kiedy jedna z nich padła wprost na oczy wyspiarza i oślepiła go, Jerome westchnął i przymknął powieki. Dopiero po kilku kolejnych minutach w jego umyśle, wycieńczonym jeszcze bardziej niż ciało, zaczęła kształtować się pierwsza od paru chwil klarowna myśl.
— Jak się czujesz? — spytał i przekręcił głowę, by móc swobodnie spojrzeć na przyjaciela. — Nic ci nie jest? Nie poobijałeś się? Musisz zdjąć te przemoczone ciuchy — zarządził, choć i na nim samym nie pozostała sucha nitka. Zdawało się, że w miarę tego, jak mówił, jego umysł, po dość gwałtownym wyłączeniu, nabierał właściwego sobie rozpędu.
Marshall z trudem wstał i nim wyprostował się do końca, podparł się ręką o kolano. Drugą wyciągnął ku Jaime’emu. Chłopak naprawdę musiał zdjąć te przemoczone ciuchy, a przy okazji trzydziestolatek chciał go dokładnie pooglądać i sprawdzić, czy młodszy brunet na pewno był w jednym kawałku.
— Przepraszam — zaczął, nim jeszcze Jaime chwycił jego dłoń. — To nie powinno było się wydarzyć. Tak bardzo cię przepraszam…
Jaime odchylił głowę do tyłu i spojrzał stęskniony na przebijające się słońce. Cudowny widok. Westchnął głęboko, czując, jak jego serce w końcu zachowuje normalny rytm bicia, a kocioł w głowie się uspokaja. Po chwili spojrzał na Jerome’a i uśmiechnął się lekko.
– Dobrze, w miarę. Żyję… - choć było blisko, aby jednak się utopił. – Nie poobijałem. Czuję się sponiewierany przez ocean, ale nie jest źle. Wykaszlałem też chyba całą wodę… mam nadzieję – zaraz też na siebie spojrzał. Faktycznie, musiał zdjąć z siebie ubrania, ale Jerome również musiał się rozebrać. Słońca na pokładzie pojawiało się coraz więcej, więc jeśli rozłożą ciuchy, to powinny w miarę szybko przeschnąć.
Jaime obserwował Jerome’a, jak ten się podnosi, a potem pokręcił głową.
– Nie przepraszaj. Nie masz za co. Naprawdę – spojrzał mu w oczy, a potem westchnął cicho. Złapał go mocno za dłoń, a potem też się podniósł, opierając się o burtę za plecami. – To ja przepraszam. To mi się zachciało rejsów rybackimi kutrami – prychnął na siebie. – Przepraszam, że cię na to wszystko naraziłem. Byłeś… przerażony i… wiem, o czym myślałeś – dodał ciszej.
Tak, Jerome myślał o tym, w jaki sposób przed czternastoma laty zginął Nahuel. Dziś jeszcze raz przeżył ten koszmar, z tą jednakże różnicą, że zdołał wyrwać się z jego szponów – Jamie, choć wyczerpany, stał teraz przed nim o własnych siłach, cały i zdrowy.
Żywy.
Nie było takich słów, które mogłyby opisać to, co w tym momencie czuł Jerome. Jak bardzo był zdruzgotany i jednocześnie wdzięczny, jak bardzo wstrząsnął nim strach i sparaliżowała go myśl, że może stracić najlepszego przyjaciela tak samo jak stracił młodszego brata. Teraz spoglądał na Morettiego i wiedział, że wbrew temu, co kiedyś mu powiedział, nie podniósłby się po jego śmierci. Nie udźwignąłby tego ciężaru, nie tym razem, jakby podjął decyzję w momencie, w którym sylwetka młodszego bruneta zniknęła pod falami. Bo choć w żaden sposób nie przyczynił się realnie do śmierci brata, ani też do tego, że Jaime wypadł z kutra, to…
To zawsze będzie nasza wina.
Kiedy Jaime się podniósł, wyspiarz nie puścił jego dłoni. Trzymał ją nawet teraz, kiedy przypatrywał mu się uważnie, jednocześnie będąc pochłonięty własnymi myślami i kiedy chłopak skończył mówić, nie odezwał się. Zamiast tego zamknął przyjaciela w żelaznym uścisku ramion, tak mocnym, że z ich mokrych ubrań ciurkiem popłynęła woda.
Wtedy też słońce wspięło się na nieboskłon wystarczająco wysoko, by znaleźć się nad uciekającymi za horyzont burzowymi chmurami i rozświetlić okolicę. Złote rozbłyski zatańczyły na pomarszczonej powierzchni oceanu i cały kuter zalał złoty blask, obejmując promieniami również dwójkę ocalałych przyjaciół.
To zawsze będzie nasza wina. Ale tę winę można udźwignąć. Może nie pogodzić się z nią, ale zaakceptować jej obecność. Wina. Ból. Zawsze z nami będą. Ale nie możesz się w nich rozsmakować. Masz prawo żyć dalej. Z ciężarem. Z wiszącym nad tobą cieniem. Ale masz prawo żyć dalej i nikt ci tego nie odbierze, chyba że ty sam się na to zdecydujesz. I proszę, nie chcę, żeby to była twoja ostatnia decyzja. Oni nie mogli wybrać, prawda? Ale my możemy i nie powinniśmy tego zaprzepaścić.

Jest i część druga notki pisanej wraz z Mamą Muminka, z którą świetnie się pisze 😉
Dziękujemy wszystkim, którzy przeczytali i pierwszą część, i drugą. Nie jestem dobra w podsumowaniach, więc… Mamy nadzieję, że się podobało ♥
Jeszcze raz dziękujemy za komentarze pod częścią pierwszą! Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Welshly Arms - Save Me From the Monster in My Head.

24/10/2021

2172. Come and save me from the monster in my head

Where do I go?
Where do I go when I'm feeling out of control?
And I'm staring at my demons
How do I know that you'll be here when I need ya?
'Cause right now I really need ya

I'm not strong enough to catch my breath
Come and save me from the monster in my head
'Cause I need you here
You keep me safe
You keep me safe and sound


21 maja 2021 roku, Rockfield na Barbadosie

To był kolejny słoneczny dzień w Miami. Jedenastoletni już za chwilę James Moretti wyskoczył z łóżka i zaraz poszedł do pokoju młodszego brata. Otworzył drzwi jak szeroko i nie przejmując się tym, że Jaime śpi, od progu zaczął wołać, że pora wstawać. Były wakacje, koniec lipca, a Jimmy nie lubił marnować czasu. Wszędzie było go pełno i chciał wszystko zobaczyć i być wszędzie. Jak teraz, kiedy najchętniej dobudzałby brata, jednocześnie chcąc być już w jadalni i zajadać się śniadaniem.
– No, wstawaj! Mam pomysł, co dzisiaj będziemy robić! – Jimmy doskoczył do wysokiego łóżka Jaime’ego. – To będzie super wyprawa, zobaczysz. Tylko musimy się przygotować.
Mówiąc „przygotować”, miał na myśli zjeść śniadanie, spakować napój do plecaka, wziąć rowery i wyruszyć w małą podróż.
– Przecież już wstaję – Jaime podniósł się na łóżku, a potem ziewnął przeciągle.
– Chodźmy – ponaglał James.
Jakiś czas później po zjedzeniu grzanek i wypiciu zimnego soku, a także po zrobieniu porannej toalety, bracia Moretti wyruszyli w poszukiwaniu kolejnej przygody. Jednakże widząc, że oddalają się coraz bardziej od miasta, a zbliżają się ku bagnom i mokradłom, Jaime poczuł niepokój. To właśnie on był tym rozsądniejszym (jak na dziewięciolatka) bratem, choć był młodszy.
– To chyba nie jest dobry pomysł, Jimmy, powinniśmy zawrócić – odezwał się, zrównując się rowerem z rowerem brata.
– Przestań, jeszcze kawałek – James uśmiechnął się do niego tajemniczo.
– Ale tam są aligatory…
– No właśnie.
I faktycznie, kilka minut później bracia zsiedli z rowerów i skierowali się w głąb mokradeł. James nie dał się przekonać, że powinni czym prędzej stąd uciekać. I nagle natknęli się na malutkiego aligatora.
– James… - Jaime złapał brata za łokieć.
– Zobacz, jaki słodki. Weźmy tego aligatora do domu – zaproponował śmiało Jimmy.
– Co? – Jaime spojrzał na brata z szeroko otwartymi oczami. – Oszalałeś?! Po pierwsze, to dzikie zwierzę, drapieżnik! Po drugie, nasza mama by chyba dała nam szlaban na całe życie. A po trzecie, tu gdzieś na pewno jest jego mama i będzie chciała nas zjeść! Nie chcę być zjedzony przez aligatora! Idziemy, Jimmy! – złapał mocniej łokieć brata i pociągnął za sobą.

Weźmy tego aligatora do domu…
Jaime otworzył oczy i westchnął. Uśmiechnął się lekko, na swój sen i wspomnienie jednocześnie. To było jedno z ostatnich z Jimmy’m, jakie wspólnie udało im się stworzyć. Oczywiście aligatora do domu nie wzięli i na szczęście po drodze nie natknęli się na żadnego większego. Mimo że tamtego południa Jaime czuł strach, to wspominał to z ciepłem. Może dlatego, że tamta sytuacja odwzorowywała całego Jamesa?
Moretti wstał w końcu z łóżka, spojrzał na rozciągający się za oknem ocean, a potem poszedł do kuchni, mając nadzieję zastać tam Jerome’a.

Mężczyzna, który odwiedził go we śnie, miał znajome rysy twarzy. Jerome był przekonany, że kiedyś już go spotkał, lecz w żaden sposób nie potrafił przypomnieć sobie jego imienia ani też wskazać, gdzie mogli na siebie wpaść. Jednocześnie jakby nie dziwił go fakt, iż doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że śni oraz że stojący nieopodal jego łóżka mężczyzna był łudząco podobny do niego samego. Miał ciemną karnację o złotym odcieniu i ciemno brązowe, falowane włosy, luźno puszczone na ramiona. Jego twarzy co prawda nie zdobiła gęsta broda, ale pokrywał ją ciemny, kilkudniowy zarost. Wydawał się też być przynajmniej o kilka lat młodszy od samego Jerome’a, choć jego bystre spojrzenie zdawało się kryć w sobie głęboką mądrość i… smutek?
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy tak przypatrywali się sobie w milczeniu, do świadomości wyspiarza wdarł się szarpiący nerwy dźwięk. Początkowo kapanie było na tyle ciche, że Marshall nie zwrócił na nie uwagi, lecz z czasem coraz więcej kropel uderzało o drewnianą podłogę w nierównym rytmie. Z każdym pojedynczym kapnięciem trzydziestolatek stawał się coraz bardziej rozeźlony, aż zaczął rozglądać się nerwowo w poszukiwaniu źródła wwiercającego się w uszy dźwięku i wreszcie to u stóp zjawy dostrzegł powiększającą się kałużę. Niewiele z tego rozumiejąc, popatrzył po mężczyźnie, tym razem skupiając się nie na jego znajomej twarzy, a sylwetce i dostrzegł, że jego ubranie przesiąknięte było wodą. Jeansowe spodnie sięgające mu kolan były ciemne i ciężkie od jej nadmiaru, koszulka zaś przykleiła się do torsu i nawet długie włosy wisiały smętnie wokół jego twarzy, poskręcane w mokre strąki, na co wcześniej Jerome nie zwrócił uwagi.
Raz jeszcze ich spojrzenia się spotkały i tamten uśmiechnął się nieśmiało, a Marshall wreszcie zrozumiał, z kim ma do czynienia.
— Nahuel… — szepnął drżącym głosem i cokolwiek zdecydowałby się zrobić, nieznana siła przygwoździła go do łóżka. Wyspiarz stracił władzę nad ciałem i zdawało się, że nawet głos nie był mu posłuszny, bo kiedy otworzył usta, nie uleciał z nich żaden dźwięk.
— Nie bój się. — Nahuel uśmiechnął się szerzej, zbliżył się i przysiadł na skraju łóżka. Pościel jak i materac natychmiast zaczęły przejmować wodę z jego ubrań, przez co Jerome poczuł wilgoć podpełzającą do jego nóg, w nozdrza zaś uderzył go znajomy, słony zapach oceanu. — Nie takiego mnie zapamiętałeś, prawda?
— Byliśmy wtedy dziećmi…
— Ale czy nie tak mnie sobie wyobrażałeś, kiedy zastanawiałeś się, jak mógłbym teraz wyglądać? — spytał i rozłożywszy ramiona, spojrzał po sobie, po czym uśmiechnął się z zadowoleniem wywołanym jakoby osiągniętym efektem. — Mnie się podoba. Ale ten zarost strasznie drapie — zauważył i podrapał się po policzku. — I pomyśleć, że kiedyś nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie będę mógł zacząć się golić…
— Co ty tu…?
— Co ja tu robię? — przerwał mu z przekornym uśmiechem. — Odwiedzam we śnie starszego brata.
— Kiedy już dawno mi się nie śniłeś…
— Ponieważ życie nieubłaganie pędzi na przód, Jerome. Dla mnie czas się zatrzymał, ale nie dla ciebie. Choć podoba mi się ta sztuczka — przyznał z rozbawieniem i przesunął dłonią po twarzy, opuszkami palców badając krótkie, kłujące włoski. Miał ciało dorosłego mężczyzny, ale jego miodowe oczy upstrzone złotymi plamkami błyszczały jak wtedy, gdy miał jedenaście lat. — Przychodzę ci powiedzieć, żebyś wreszcie przestał się zadręczać. Minęło przecież już tyle lat… Jerome… — powiedział z łagodną przyganą. — Prawda jest taka, że nie mogłeś wtedy niczego zrobić…
— Gdybym szybciej zareagował… Mocniej cię złapał!
— Nie — zaprzeczył Nahuel i potrząsnął głową. — To niczego by nie zmieniło. Ale dzisiaj sobie poradzisz. Dzisiaj zdążysz — zapewnił go.
— O czym ty mówisz?
— Zobaczysz, nic złego się nie stanie. Zaufaj mi. A teraz trzymaj się, Jerry! Muszę już iść.
— Co? Nahuel… Nahuel, nie!
Obudził się z krzykiem zamarłym na ustach i strużką zimnego potu spływającego po plecach. Wziąwszy łapczywy, drżący oddech, zaczął gorączkowo rozglądać się po sypialni w poszukiwaniu młodszego brata, a kiedy go nie znalazł, zaczął wypatrywać choćby znaku świadczącego o jego ulotnej obecności. W pokoju wciąż było ciemno i tylko blade światło księżyca oraz gwiazd rozjaśniało mrok. Jerome przesunął dłońmi po pościeli i zamarł, po swojej lewej stronie natrafiwszy na mokrą plamę.
— Nahuel? — odezwał się cicho, mnąc w palcach wilgotny materiał, aż powiódł wzrokiem dalej i zatrzymał spojrzenie na szafce nocnej. Tuż przy jej brzegu leżała wywrócona szklanka; resztki wylanej wody skapywały na podłogę, przez co tuż przy łóżku wykwitła mokra plama.

Dwadzieścia minut później Jerome zszedł na dół. Do wschodu słońca pozostawały dwie godziny, aczkolwiek tuż przy linii horyzontu już teraz można było dostrzec, jak noc niechętnie ustępuje pola porankowi. Wyspiarz przetarł oczy palcami i wszedł do kuchni, gdzie drgnął na widok przyjaciela.
— Myślałem, że jeszcze śpisz — zwrócił się do Jaime’ego, przyłożywszy dłoń do tłukącego się w piersi serca i pokręcił głową, walcząc z wewnętrznym rozedrganiem. Sen wciąż pozostawał wyjątkowo świeżym w jego pamięci i Marshall nie mógł odpędzić się od wrażenia, że zaraz zza któregoś rogu wyskoczy rozradowany Nahuel. — Kawy? — zaproponował, od razu sięgając ku elektrycznemu czajnikowi. Miał cichą nadzieję, że kofeina na dobre przepędzi nocne mary.
Jaime spojrzał na Jerome’a, przyglądając mu się uważnie. Znali się już na tyle długo, aby bez problemu zauważyć, że coś się stało.
– Nie mogłem spać. Zresztą, niedługo i tak wyruszamy, nie? – uśmiechnął się lekko. – I nie, dzięki, nie chcę kawy. Wystarczy mi herbata.
Podszedł do kuchennego blatu i przygotował dla siebie kubek. Na rejs kutrem umówili się już dawno temu, ale dziś w końcu nadszedł ten czas. Jaime był podekscytowany, choć może nie bardzo było to po nim widać. Może to ze względu na jego sen, a może na to, że i Jerome wyglądał jakoś inaczej. Może też coś mu się śniło?
– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu, opierając się o blat i spoglądając na przyjaciela. – Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.
— Bo poniekąd właśnie tak było — przyznał Jerome i westchnął ciężko, uznawszy, że nie było większego sensu w zatajaniu prawdy przed przyjacielem. — Nahuel mi się śnił — wyjaśnił i oderwał wzrok od kubka, do którego nasypał kawy, by móc przenieść spojrzenie na chłopaka. — Dawno już nie miałem takich snów — dodał, tym razem mimo wszystko nie wspominając o tym, że nocna mara odwiedziła go w niespotykanej dotąd formie i kształcie. To głównie ta zmienna tak bardzo wybiła wyspiarza z rytmu; raczej nie byłby tak rozbity, gdyby nawiedził go jeden z dotychczasowych koszmarów, które zdążył już dość dobrze poznać, tymczasem ten sen… Był inny, niż wszystkie.
Dopiero kiedy woda w czajniku się zagotowała, trzydziestolatek uświadomił sobie, że przygotował o jeden kubek za dużo. Szybko się zreflektował i schował go z powrotem do szafki, a następnie zalał wrzątkiem zarówno swoją kawę, jak i herbatę dla Morettiego, którą po chwili podsunął chłopakowi.
— Jeśli chcemy zdążyć na wschód, za pół godziny powinniśmy wypłynąć — poinformował, tym samym sugerując, że nie musieli bardzo się spieszyć. Zdążyli przygotować wszystko jeszcze w dniach poprzedzających rejs i dziś pozostało im jedynie dotarcie do portu, który od domu Jennifer i Jerome’a dzielił kilkunastominutowy spacer.
Jaime uniósł brew wyżej, kiedy usłyszał, że Jerome’owi przyśnił się jego zmarły brat.
– Mnie się śnił Jimmy – przyznał, krzyżując ręce na piersiach. Wbił wzrok w podłogę. – Jeden z jego ostatnich dni, kiedy uznał, że chce mieć aligatora w domu. – Uśmiechnął się lekko. – Pamiętasz, opowiadałem ci o tym. – Zerknął na przyjaciela. Stąd właśnie zabawkowy drapieżnik na grobie Jamesa. – Może przyśnił ci się Nahuel, bo jesteś w domu? – zasugerował, a potem przyjął kubek od Jerome’a. – Jasne, zaraz się ogarnę i będziemy mogli wyruszać. – Uśmiechnął się.
Chwilę później Jaime zniknął w łazience, aby wyjść z niej po kilkunastu minutach. Był już też odpowiednio ubrany, więc wystarczyło coś przegryźć przed wyjściem. Moretti wziął ze sobą telefon, wiadomo, chciał porobić zdjęcia, może nagrać jakiś filmik, który mógłby potem pokazać bliskim.
Niedługo później panowie opuścili dom Marshallów i skierowali się do portu. Jaime starał się nie podskakiwać z podekscytowania. Dobra, pływał na jachtach, ale na kutrze rybackim? Nigdy nie miał ku temu okazji, a teraz proszę bardzo!
– Kiedykolwiek chciałeś być rybakiem? – zagadnął Jaime, kiedy zbliżali się już do docelowego miejsca.
Zaskakującym było, że im obydwu, dokładnie tej samej nocy, przyśnili się zmarli bracia i gdyby Jerome miał szansę dłużej się nad tym zastanowić, prawdopodobnie zrobiłby wszystko, aby on i Jaime dzisiaj nie wypływali. Może była to wina niewyspania, a może po prostu trzydziestolatek nie chciał wyjść na przewrażliwionego zgreda i postanowił nie roztrząsać tego osobliwego zbiegu okoliczności. Zamiast tego pośpiesznie wypił gorącą kawę, by kilkanaście minut później wraz z przyjacielem raźnie kroczyć wzdłuż wybrzeża.
Nim odpowiedział na jego pytanie, parsknął cichym śmiechem.
— To nie kwestia „chcenia” — podkreślił, tym samym tłumacząc swoje wcześniejsze rozbawienie. — Od małego wiedziałem, że będę pływał razem z ojcem i że kiedy on już nie będzie mógł tego robić, to ja przejmę interes — wytłumaczył i zerknął krótko na młodszego bruneta, po czym powrócił do obserwacji drogi przed nimi. Im bliżej portu się znajdowali, tym Rockfield wyraźniej budziło się do życia i takich jak oni, zmierzających co prawda do pracy, a nie na przyjemną wycieczkę, można było spotkać po drodze coraz więcej.
— Teraz pałeczkę pewnie przejmą bliźniacy. Albo chociaż jeden z nich — dodał po dłuższej chwili milczenia. Jaime miał okazję poznać ich poprzedniego wieczora i najprawdopodobniej zdążył zauważyć, że ta dwójka większość rzeczy robiła razem. Marshall jednakże spostrzegł, że im starsi byli jego bracia, tym częściej mimo wszystko się rozłączali i choć ich bliźniacza więź była silna, każdy z nich potrzebował przestrzeni na wyłączność, by zbudować własną tożsamość, bo ileż można było występować w liczbie mnogiej, zawsze z bratem u boku?
— Już prawie jesteśmy — odezwał się i wskazał dłonią na rysujące się przed nimi zabudowania. Tutaj również charakterystyczny, drażniący nozdrza zapach ryb i wilgoci stawał się intensywniejszy. Wystarczyło, że przeszli jeszcze kawałek i ich oczom ukazały się pierwsze kutry, zacumowane wzdłuż kei. Ten należący do Marshallów wciąż krył się wśród pozostałych łajb, choć mieli dotrzeć do niego w przeciągu kilku minut.
Jaime spojrzał na przyjaciela, wysłuchując jego historii.
– Właśnie dlatego pytałem o „chcenie” – zaśmiał się cicho pod nosem, choć może było to nie na miejscu. – Mówisz, że wiedziałeś, że przejmiesz interes, ale to nie jest równoznaczne z tym, że chciałeś to zrobić – zauważył. – No i skoro teraz mają to zrobić bliźniacy…
Moretti zamyślił się na moment. Może on i Jerome pochodzili z różnych światów, to jednak rozumieli się w wielu kwestiach.
– Kiedy zmarł Jimmy, a raczej już później po jego śmierci, wiedziałem, że nie będzie już rozmowy o tym, który z nas ma przejąć rodzinną firmę – odezwał się w końcu. – Myślałem, że to ja będę musiał ogarniać te wszystkie sprawy związane z zarządzaniem, handlem, dystrybucją i tym wszystkim innym. I tak naprawdę nie wiem czy to, że nie muszę tego robić i mogę zająć się swoją antropologią sądową wynika z tego, że Jimmy nie żyje, czy może po prostu… moi rodzice uznali, że mogę robić to, co chcę – wzruszył ramionami. Nie miał zamiaru ich o to pytać, a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Późniejszym raczej też nie.
Jaime spojrzał na rosnący przed nimi port rybacki i uśmiechnął się lekko. W końcu udało im się dotrzeć do kutra Marshallów i może faktycznie nie wyglądał on jakoś super nowocześnie, ale i tak robił wrażenie na chłopaku. Bo okej, niby nic takiego, ot, zwykła łajba do łowienia ryb, ale jednak miała coś w sobie. Jakkolwiek to nie brzmiało.
– A mogę spróbować coś potem złowić? – zapytał Jerome’a, kiedy obaj wdrapali się już na pokład, a odcumowana łódź zaczęła wypływać na pełny ocean.
Wyspiarz tylko roześmiał się serdecznie, kiedy przyjaciel wytłumaczył mu sens pytania o zostanie rybakiem i fakt, że Jerome zinterpretował je na swój sposób jedynie dobitnie świadczył o tym, że trzydziestolatek nigdy nie zastanawiał się nad swoją przyszłością i związanymi z tymi możliwościami. Zamierzał przyjąć to, co przygotował dla niego los, bez zbędnego roztrząsania, dlaczego jego życie miało wyglądać akurat tak, a nie inaczej. Pod tym względem Marshall zawsze był prostym człowiekiem, który nie wykłócał się z tym, co zostało zapisane w gwiazdach.
Ich rozmowę kontynuował dopiero, kiedy obydwoje znaleźli się na pokładzie kutra rybackiego.
— Jeśli nie ja, interes pewnie miałby przejąć Nahuel… — rzucił zdawkowo podczas krzątania się to tu, to tam, lecz zaraz po wypowiedzeniu tych słów zatrzymał się i porzucił dotychczas wykonywane czynności, by posłać Moriettemu znaczące, acz ciężkie spojrzenie. Jerome więcej niż rozumiał, co też chodziło chłopakowi po głowie i choć jego rozterki były zupełnie naturalne, starszy brunet nie chciał, by nad czekającą ich wyprawą wisiało ponure widmo. Sam, kiedy tylko zajął się przygotowaniem kutra do wypłynięcia z portu, wreszcie odsunął od siebie myśli o śnie, który nawiedził go tej nocy.
— Łap! — zwołał ze śmiechem, rzucając Jaime’emu cumę, by i ten mógł zająć czymś ręce, a tym samym odciążyć głowę. — I zwiń — polecił z lekkim uśmiechem, by niedługo potem odpalić silnik.
W czasie wyprowadzania kutra z portu Jerome nie mówił wiele, a właściwie nie odzywał się wcale. Widoczność miał tylko taką, na ile mrok rozpraszały portowe lampy, więc skupił się na przyrządach i obserwacji otoczenia, i dopiero, kiedy wypłynęli na ocean, z jego czoła zniknęła pionowa zmarszczka świadcząca o silnym skupieniu.
— A zwiniesz później sieci? — odpowiedział pytaniem na pytanie, wyraźnie rozbawiony i skinieniem głowy wskazał za siebie. Na rufie znajdował się wał, na który nawinięta była sieć i żeby ją zrzucić, wystarczyło nacisnąć jeden z przycisków na prostej konsoli sterowniczej. Zwinięcie jednakże nie było już takie proste, szczególnie, gdy połów był udany.
— I jak ci się podoba? — zagadnął, kiedy obydwoje stali przy sterze. — To nie luksusowy jacht, co? — zażartował, musząc mówić głośniej, tak by jego słowa nie zaginęły przy terkocie silnika i pluskocie wody, którą ciął dziób.
Jaime wykonał wszystkie polecenia, jakie miał dla niego Jerome. Uśmiechał się do siebie pod nosem, raz po raz unosząc wzrok na kolejne elementy kutra. Obserwował też przyjaciela, jak ten sprawnie prowadzi łódź przed siebie.
– Oczywiście, że zwinę sieć – prychnął, gdy znalazł się bliżej Jerome’a. – Kiedy tylko pokażesz mi, jak to się robi – wzruszył ramionami i zaśmiał się pod nosem.
To, że pływał na jachtach czy statkach nie znaczyło, że potrafił łowić ani za pomocą wędki, ani tym bardziej za pomocą profesjonalnej sieci na profesjonalnym kutrze rybackim. Tak na dobrą sprawę nie wiedział kompletnie nic, oprócz tego, że przed nimi rozpościerał się ładny widok. Co prawda słońce jeszcze nie zaczęło muskać horyzontu, ale to nieważne. Księżyc i gwiazdy robiły robotę.
– A podoba mi się – przyznał Jaime i uśmiechnął się. – Może nie masz tu basenu ani baru z drinkami, ale nie ma źle, co? – zażartował. – A tak na serio, to ja jestem zachwycony – niby mówił poważnie, ale przyłożona dłoń do mostka nie wyglądała już tak poważnie. – To może kiedyś ja ciebie zabiorę na wycieczkę luksusowym jachtem – zacytował jego słowa i spojrzał na przyjaciela.
Niedługo później przed nimi zaczęło ukazywać się słońce. Jaime obserwował jego wschód w różnych miejscach na świecie i każde z nich – wschodów – było piękne. Zaraz też wyciągnął telefon i faktycznie zaczął fotografować widoki. I filmować płynącą przed siebie łódź.
— Nie mam basenu? — prychnął oburzony, a następnie zatoczył ręką szerokie koło, tym gestem obejmując rozpościerający się wokół nich ocean. Po chwili spojrzał na Jaime’ego i zaśmiał się cicho, a kiedy chłopak porzucił żartobliwy ton i przyznał, że faktycznie bardzo mu się podobało, Jerome sięgnął dłonią do jego ramienia i lekko zacisnął na nim palce, przez kilka chwil nie cofając ręki.
— Trzymam cię za słowo — odparł, ponieważ tak jak Moretti nigdy nie płynął kutrem rybackim, tak luksusowe jachty były kompletnie obce Marshallowi.
Gdy młodszy brunet sięgnął po telefon, wyspiarz zgasił silnik, zamierzając pozwolić, by łódź dryfowała po wyjątkowo spokojnym oceanie. Nie zamierzał przecież skupiać się na panowaniu nad sterem, kiedy przed nimi rozpościerały się takie widoki! Opuścił więc kapitańską budkę i stanął przy dziobie, opierając się wygodnie o burtę, dzięki czemu mógł spoglądać wprost na wschodzące słońce.
W tej pozie załapał się nawet na kilka zdjęć, aż finalnie wyjął komórkę z rąk przyjaciela i pstryknął mu kilka fotek. Po chwili też zagonił Jaime'ego pod burtę, tak by wschód mieli za plecami i wyciągnął rękę z telefonem, by zrobić im całą serię śmiesznych selfie.
Dopiero gdy opuszczał dłoń, jego oczy wyłapały niepokojący widok.
— Chyba będziemy musieli nieco wcześniej skończyć naszą wyprawę… — mruknął i lekko szturchnął przyjaciela w bok, a kiedy już przyciągnął jego uwagę, skinieniem głowy wskazał w stronę majaczącego w oddali lądu. To właśnie po tamtej stronie, na linii horyzontu rysowały się wypiętrzone chmury i zdawało się, że wprost na Rockfield prze czoło burzy, wyjątkowo czyniąc to nie znad oceanu.
Jaime patrzył zachwycony na widoki dookoła, głównie podziwiając pojawiające się słońce. Powoli wychylało się zza horyzontu i móc oglądać to na oceanie… wow, po prostu wow. Co prawda Jaime namawiał Jerome’a, żeby faktycznie w ramach odwdzięczenia się ten zabrał go w taki rejs, ale Moretti nie spodziewał się, że będzie to takie doświadczenie. Takie, czyli wspaniałe. Zdecydowanie będą musieli to powtórzyć. Może właśnie na luksusowym jachcie? Może Jaime będzie musiał odezwać się do kuzynostwa i zapytać, czy nie pożyczą… Jego rodzice już dawno temu sprzedali swój. No dobra, będzie musiał się wziąć w garść i zagadać do kogo trzeba.
Tymczasem starał się robić najlepsze śmieszne miny do zdjęć, jakie tylko przychodziły mu do głowy. Chyba obcowanie z aparatem, będąc właśnie po tej stronie, wychodziło mu coraz lepiej. Chyba… Wciąż nie przepadał, ale nie było tragedii.
Jaime spojrzał na przyjaciela, a potem powiódł wzrokiem w kierunku, w którym patrzył Jerome. Nie podobały mu się te ciemne chmury i… cholera, czy tam właśnie błysło?
– Jasna cholera – mruknął Jaime. – Nie mogło jeszcze zaczekać? Tak godzinę? – jęknął i cofnął się bardziej na środek łodzi. – Dobra, wracajmy, może jeszcze uda nam się zdążyć wrócić na spokojnie… to znaczy, w miarę spokojnie.
Ale chociaż panowie wyruszyli od razu z powrotem w stronę portu, chmury zdawały się być coraz bliżej i bliżej nich. I Jaime’emu bardzo się to nie podobało. Raz znajdował się na jachcie, kiedy nadciągnęła burza, ale na szczęście nie było wtedy źle. Teraz miał nadzieję, że i tym razem obejdzie się bez problemów i żaden ze sprzętów nie znajdzie się poza burtą.
Również Jerome nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. W trakcie robienia zdjęć przypomniało mu się, że w niedużej ładowni powinny znajdować się wędki i tak jak zarzucenie sieci, a później jej zwinięcie zajęłoby im zdecydowanie zbyt wiele czasu, tak już na zamoczenie spławików na pewno mogliby sobie pozwolić. Jednakże nadciągające znad lądu, ciemne chmury całkowicie zweryfikowały jego plany i trzydziestolatek nawet nie napomknął o wędkach, tylko od razu stanął za sterem i obrał kurs na port.
Nie sposób było uciec przed burzą, kiedy parło się prosto na nią. Wyspiarz mógł się gimnastykować i stawać na głowie, by wyciągnąć ze starego kutra tyle węzłów, że aż cała blaszana łajba trzęsła się i trzeszczała, ale i tak czarna ściana chmur nieustannie piętrzyła się przed nimi, gotowa zwalić się wprost na nich. Niebo raz po raz przecinały błyskawice, a nad ich głowami przetaczały się głębokie grzmoty, które aż rezonowały po kościach. Mimo tego ocean wciąż pozostawał niewzruszony nadciągającym niespodziewanie żywiołem; burza była jeszcze wystarczająco daleko. Może miało im się udać?
Niedługo potem o szyby kapitańskiej budy zaczęły rozbijać się pierwsze, ciężkie krople, a w kuter uderzył mocniejszy podmuch wiatru i łódź zaczęła lekko podskakiwać na tworzących się falach.
— Jaime — odezwał się Jerome, namierzając przyjaciela wzrokiem. Spojrzenie miał chmurne i ciemne niczym niebo nad nimi. — Załóż kapok i zostań tutaj — nie tyle poprosił, co rozkazał, mając nadzieję, że burza nie będzie zbyt silna i będą bezpieczni w blaszanej nadbudówce.
Dzisiaj zdążysz, odezwał się Nahuel w jego głowie i w dół kręgosłupa Marshalla spłynął zimny dreszcz, a na jego czoło wystąpił pot.
Jaime od razu poszedł za Jerome’em, chcąc się schronić przed deszczem. Wciąż liczył na to, że jakoś uda im się dotrzeć do portu, zacumować i schować się gdziekolwiek. Jednakże chmury nie pozostawiały złudzeń; burza miała ich dopaść wcześniej niż chłopak chciałby przypuszczać.
Moretti nie przepadał za burzami w mieście, a co dopiero na oceanie. Grzmoty wzbudzały w nim niepokój. W Nowym Jorku, będąc w mieszkaniu, mógł pozasłaniać okna, położyć się w łóżku lub usiąść na kanapie, robić cokolwiek innego, byle nie skupiać się tylko na żywiole poza czterema ścianami budynku. Tym razem musiał pomóc przyjacielowi. W jakiś sposób.
Chwilę później Jaime spojrzał na Jerome’a, a potem pokiwał głową i założył kapok. Sięgnął też po drugi i podał go Marshallowi.
– Co mogę zrobić? – zapytał w końcu. Wtedy, na jachcie podczas burzy, był dzieckiem, więc mógł tylko się schować i tyle. Ale teraz? Może było dla niego jakieś zadanie? Jak na przykład schowanie czegokolwiek gdziekolwiek? Przymocowanie czegoś? Na zewnątrz nie było jeszcze tak źle, więc wyjście poza małe pomieszczenie ze sterem nie powinno być groźne.
Jednakże chwilę później fale zaczęły robić się coraz większe i Jaime złapał się mocniej uchwytu od kapoków. Nie było dobrze.
— Po prostu mocno się czegoś trzymaj, dobrze? — powiedział starszy brunet, posłał przyjacielowi krótkie spojrzenie i na moment oderwawszy dłonie od steru, wciągnął kapok na grzbiet.
Jerome już nie łudził się co do tego, że uda im się dotrzeć do portu przed burzą i porzuciwszy tę resztkę nadziei, której kurczowo się trzymał, skupił się na tym, aby nie zboczyć z obranego kursu. Ledwo kilka minut później deszcz siekł tak, że można było pomyśleć, iż to fale zalewają kuter i obmywają szyby. Te jednakże nie były jeszcze na tyle wysokie, by wedrzeć się za burty i zmyć pokład, a sam wyspiarz liczył na to, że wiosenna burza nie okaże się na tyle silna, by aż tak wzburzyć ocean. I choć spienione bałwany nie wypiętrzały się wysoko, były wystarczająco duże, by kuter rybacki podskakiwał i chwiał się na boki, przez co Marshall musiał mocno zaprzeć się nogami o podłoże i tym silniej zacisnął palce na sterze.
— Jeszcze trochę! — zawołał, starając się przekrzyczeć ryk burzy i pracującego na najwyższych obrotach silnika. — Ani mi się waż wychylać na zewnątrz! — Spojrzał na Jaime’ego i przez ułamek sekundy doświadczył czegoś dziwnego. Rysy twarzy chłopaka niespodziewanie zafalowały i zmieniły się, a oczom Marshalla ukazał się Nahuel.
Zaufaj mi.
Trzydziestolatek szarpnął głową i zamrugał, a kiedy rozchylił powieki, przed sobą znowu miał Jaime’ego. Niemniej jednak żołądek podszedł mężczyźnie do gardła i silny niepokój ścisnął mu serce, utrudniając oddychanie. Jego myśli mimowolnie zaczęły krążyć wokół wydarzeń sprzed czternastu lat i choć ogarnął go paniczny strach, wiedział, że za wszelką cenę nie może doprowadzić do czegoś podobnego, inaczej… Nie poradziłby sobie z przygniatającym poczuciem winy. Nie tym razem.
Jaime starał się mocno trzymać czegokolwiek, ale fale, które szarpały łodzią, nie pozwalały mu na większą stabilność. Grzmoty i sama burza już go tak nie przerażały jak to, że znajdowali się na oceanie, do portu mieli jeszcze kawał drogi (istniało też ryzyko, że łajba Marshallów mocno się poobija w samym porcie), a oni znajdowali się w niebezpieczeństwie. Moretti starał się uspokoić i nie panikować. Chciał zachować trzeźwy umysł i nie sprawiać więcej kłopotu Jerome’owi niż miał właśnie na głowie.
Chłopak nie miał zamiaru wychodzić na zewnątrz. Obaj musieli zostać tutaj, gdzie było najbezpieczniej.
Nagle Jaime dostrzegł ten ogromny strach w oczach przyjaciela. Kiedy tylko obaj zrozumieli, że zbliża się burza, a oni znajdują się na oceanie na rybackim kutrze, starał się odsuwać od siebie myśli o tym, jak Jerome stracił brata. W tym momencie nie mógł dłużej tego robić. Jaime doskonale zdawał sobie sprawę, o czym myśli teraz Jerome.
– W porządku – zaczął chłopak, może trochę za cicho jak na hałas, który ich otaczał. – Wszystko będzie dobrze.
W momencie, w którym Jaime wyciągnął dłoń, aby położyć ją na ramieniu przyjaciela, tym samym chcąc spróbować go chociaż odrobinę uspokoić, łajbą mocno szarpnęło. I wszystko potem potoczyło się bardzo szybko; drzwi od kapitańskiej kabiny się otworzyły, Jaime stracił równowagę, a jego palce ześlizgnęły się z uchwytu. Nim którykolwiek z mężczyzn zdążył się zorientować, Jaime wypadł z kabiny, uderzając boleśnie plecami o barierkę przy brzegu pokładu. W oczy momentalnie wpadły mu krople deszczu, przez co chłopak mocno zacisnął powieki. Dookoła słyszał grzmoty, szum wiatru i deszczu, a także uderzające o kuter fale. Jaime prawie automatycznie złapał pod łokcie barierkę. Nie ma mowy, pomyślał, otwierając też ponownie oczy. Zdążył spojrzeć jeszcze na Jerome’a, nim z jego lewej pojawiła się ściana wody. Kurwa. Fala zmiotła go, a Jaime poczuł jak wpada do oceanu i ogarnia go zimno oraz ciemność.
Jerome zdążył tylko zawołać imię chłopaka, wpatrując się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą widział Moretti’ego, a gdzie teraz ziała przeraźliwa pustka, nim porywisty wiatr wepchnął mu zdławiony krzyk z powrotem do gardła.

Koniec części pierwszej

Wszystkim tym, którzy przebrnęli przez pierwszą część naszego opowiadania, serdecznie dziękujemy i mamy nadzieję, że nabraliście ochoty na częsć drugą, która pojawi się wkrótce ♥ Ace, pisanie z Tobą to prawdziwa przyjemność ♥ Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Welshly Arms - Save Me From the Monster in My Head.

17/10/2021

2171. Każda mijająca minuta to kolejna szansa, aby coś zmienić

 Podkład: Imagine Dragons - Thunder 


Mówią, że każdy musi kiedyś dorosnąć. Mają rację. Na niektórych z nas ten etap czeka tuż za rogiem. Tajemniczy wędrowiec zwany powszechnie losem wyciąga ręce jeszcze zanim zdążymy oficjalnie osiągnąć pełnoletność odbierając nam rodziców oraz dalszych opiekunów. Jakby sprawdzając, czy poradzimy sobie bez nich. Czy jesteśmy na to wystarczająco silni. Jeśli nie, to trudno. Już do końca swoich dni będziemy skazani jedynie na wegetację. Osobistość ta jest wielkim egoistą. Nie troszczy się o nic innego niż własne dobre samopoczucie. A to nad wyraz często dopisuje jej najbardziej, gdy uda jej się po raz kolejny zakpić z ludzkich wysiłków.

Inni mają jednak trochę więcej fartu. To ci z nas, którzy urodzili się i wychowali w pełnej, kochającej się rodzinie. Ci nie wiedzą co to prawdziwe nieszczęście. U swego boku mają zawsze kogoś bliskiego, komu mogą się zwierzyć ze swoich problemów i poprosić o radę bez obawy, że zostaną wyśmiani.

Wydawałoby się, że na tym podziale moglibyśmy skończyć naszą historię, nieprawdaż ? Mamy przecież sieroty i dzieci wspierane przed ukochane osoby. Czegóż chcieć więcej ? A jednak jest na tym globie jeszcze jedna grupa, do której należą nieliczni wybrańcy, którzy mieli niewątpliwi zaszczyt przyjść na świat w wyjątkowo majętnych familiach. Ci nie tylko mogą liczyć na pomoc ze strony krewnych, ale także całego grona służby i przyjaciół. Już od czasów starożytnych wiadomo przecież, że tam, gdzie pieniądze, tam zawsze znajdzie się ktoś chcący podzielić się swoją wiedzą. Nie zawsze oczywiście w słusznej sprawie, ale chwilo pozwólmy sobie o tym zapomnieć. Odpływamy bowiem coraz bardziej od głównego nurtu tej opowieści.   

Jej tematem przewodnim jest Archanioł Papanikolaou. Przed laty został on skazany na wieczne potępienie przez swoich własnych przodków wywodzących się właśnie z tej ostatniej frakcji. A to wszystko dlatego, że nieco za ostro odprawił swoją starszą siostrę, gdy odwiedziła go w celu poinformowania o śmierci ojca. Powinien ją potraktować nieco mniej brutalnie, to prawda. Ale czyż można jednoznacznie przekreślać kogoś jedynie na podstawie czynów dokonywanych w przepływie złych emocji ? Z pewnością nie. Przecież każdy z nas ma prawo do pomyłek i przebaczenia. Tym bardziej, kiedy postanowi się zmienić tak jak to niedawno uczynił Grek. Może zrozumienie tamtego zachowania zajęło mu prawie dekadę, ale chyba za najważniejsze należy uznać, że wreszcie mu się to udało. Szczególnie, że jednocześnie praktycznie porzucił swoje dziecięce marzenia o karierze sławnego muzyka, zamieniając gitarę na mundur strażacki. W końcu ten pierwszy zawód wymagał od niego stałych podróży dookoła świata, a jego zaledwie trzyletni synek jeszcze przez wiele następnych wiosen będzie potrzebował męskiego wzorca do naśladowania. Zresztą i tak miał na swoim koncie kurs nurka zawodowego, więc czemu miałby nie wykorzystać nabytych podczas niego umiejętności w służbie innym ? Oczywiście nie wepchnął swego ukochanego instrumentu do szafy na zawsze, nie zrozummy się źle. Wciąż go wyciąga, ale znacznie rzadziej niż wcześniej. Mianowicie tylko wtedy, gdy ma dzień wolny od służby, a jakiś zespół lub pojedynczy artysta zaproponuje mu jednorazowe wspólne granie. 



***


Cytat w nagłówku pochodzi z nieoglądanego przeze mnie, hiszpańsko-amerykańskiego filmu pt. Vanilla Sky.

11/10/2021

Oświadczenie

Drodzy Autorzy i Goście,

w odniesieniu do wczorajszych wydarzeń, które miały miejsce na naszym blogu, głownie w przestrzeni Shoutboxa, Administracja pragnie poinformować, że w żadnym przypadku nie zgadza się na taką formę załatwiania spraw. Od lat walczymy o to, żeby NYC był w sieci przestrzenią wolną od jakichkolwiek przejawów hejtu, w której ludzie chcący spędzać wolny czas, będą spędzać go miło i produktywnie, w poczuciu szacunku i sympatii. Wszystkie zdajemy sobie sprawę z tego, że każdy ma prawo do wyrażenia swojej opinii, zgłoszenia zastrzeżeń i zwrócenia uwagi na jakieś niedogodności. W odpowiedniej zakładce figuruje adres e-mail, pod którym można się z nami kontaktować. Natomiast w kwestiach dotyczących danego autora na blogu prosimy uprzejmie o kontaktowanie się bezpośrednio z nim. Jesteśmy tu dla Was, dlatego jeżeli potrzebujecie wsparcia w rozwiązaniu jakiegoś konfliktu – służymy pomocą.

Pragniemy również zaznaczyć, że nigdy nie wyrażałyśmy zgody na używanie cudzej pracy bez odpowiedniego kredytowania autora. Nie jesteśmy w stanie przejrzeć całej zawartości Internetu wzdłuż i wszerz, dlatego też przepraszamy wszystkich Autorów i odwiedzających bloga za te niedogodności. Szablon na blogu został już odpowiednio oznaczony. Dołożymy także wszelkich starań, aby podobne sytuacje nie miały miejsca w przyszłości. Ponownie prosimy o to, aby w przypadku zauważenia czegoś, co godzi w jakiekolwiek zasady, narusza czyjeś prawa bądź jest zwyczajnie obraźliwe, zgłaszać się na administracyjny adres e-mail – shoutbox nie jest odpowiednim narzędziem do tego typu działań.