Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

24/10/2015

2019. I'll be good

________________________________________________

 Jaymes Young - I'll Be Good
________________________________________________

Sloan spojrzała z wyrzutem na kobietę, która uniosła się gniewem tylko dlatego, że nie patrzyła pod nogi i wpadała na każdego, kto nie usunął jej się przedwcześnie z drogi. Ramsey nie zamierzała ustępować i nie czuła się w obowiązku, aby przepraszać rozwścieczoną blondynę w wielkich okularach i obcisłej sukieneczce. Fakt faktem, kancelaria, w której doszło do całego zajścia, nie była stałym miejscem pracy Sloan, a właśnie furiatki, która domagała się jako-takiego szacunku od Niziołka w poprzecieranych spodniach i brudnych trampkach.
Śmieszna była sytuacja, w której ktoś wymagał od Sloan odrobiny uległości, ta wtedy puszyła się, unosiła dumą i zaklinała wszystkich, którzy chcieli ją w jakiś sposób pomniejszyć. Jej zasługi w kancelarii Leak&Stone nie były nagłaśniane, większość pracowników nie miała pojęcia, kim jest rozczochrana brunetka, zaledwie partnerzy tytularni i paru wspólników-udziałowców posiadało wiadomości na temat Sloan Ramsey. Była ich dorywczym śledczym, pomagała przy niewielu sprawach, ale jej usługi były niezawodne.
Blondyna nie miała o tym pojęcia.
Może dlatego nie czując żadnego respektu i nie obawiając się jakiejkolwiek kary, Sloan ominęła kobietę, która chwiała się na niebotycznych obcasach i ruszyła przed siebie, naciągając rękawy szarej, dresowej bluzy. Siedemnaste piętro, jak każde piętro w tym wieżowcu, było oszklone ze wszystkich czterech stron, a nieprzejrzyste ściany stawiano jedynie między kolejnymi gabinetami i salami konferencyjnymi. Czasami Sloan zastanawiała się, jak to możliwe, że nikt nie boi się stąpać tak blisko krawędzi. Ona sama nie ufała wysokim na prawie trzy metry oknom, dlatego nie podziwiała widoków, które rozpościerały się pod jej stopami. Teraz musząc przemaszerować po odcinku przy rzędzie takich okien, trzymała się jak najbliżej również szklanych drzwi do kolejnych pomieszczeń, dwa razy niemal narażając swoją buźkę na bezpośrednie z nimi zderzenie.
Wyróżniała się wśród pracujących tutaj osób, nie była wystarczająco elegancka, żeby uchodzić za tutejszego pracownika i nie była wystarczająco bogata, żeby być tutejszym klientem. Leak&Stone cieszyło się dobrą sławą w całym Nowym Jorku, aczkolwiek widmo reprezentowania szefa kartelu narkotykowego, a właściwie jego legalnych interesów, nadal ciągnęło się za spółką. Ramsey, jako osoba niepowiązana z firmą, miała znaleźć brudy na byłego klienta, aby pomóc prawnikom posadzić go za kratkami, ale ten wymykał się każdego dnia i każdego tygodnia.
Dzisiaj Sloan przybyła do kancelarii tylko po to, aby zdać suche sprawozdanie, które nie zawierało jakichkolwiek nowości. Kiedy mogła w końcu usiąść przed panną Leak, po prawicy pana Stone’a wcale nie czuła się pewniej, ale rzeczowo odpowiadała na każde zadane jej pytanie. Nie pozwalała sobie na lanie wody, po prostu bezbłędnie poruszała się po strzępkach informacji, które posiadała. Jej zleceniodawcy byli usatysfakcjonowani. Sloan raczej nie.


I thought I saw the devil, this morning
Looking in the mirror, drop of rum on my tongue
With the warning to help me see myself clearer
I never meant to start a fire,
I never meant to make you bleed,
I'll be a better man today 

Schodząc, a właściwie zjeżdżając windą do podziemnego garażu, nie myślała o niczym konkretnym. Była praktycznie wyprana z wszelakiej energii, a pogoda panująca na zewnątrz nie zachęcała jej do rozsiewania wokół siebie jakiejkolwiek dawki optymizmu. Powłócząc nogami, pociągnęła nosem, powstrzymując kichnięcie, które mogłoby jedynie zwiastować jesienne przeziębienie i uziemienie w łóżku na co najmniej dwa dni. Wiedziała, że czasami z chorobą nie da się wygrać, ale póki była na nogach powinna pozałatwiać jak najwięcej spraw, dlatego wyciągnęła z przepastnej torby kluczyki do niezbyt nowego samochodu i nacisnęła guziczek w pilocie, aby usłyszeć charakterystyczne piknięcie. Dojrzała też mrugnięcie tylnych świateł i szybko zlokalizowała swój wóz, wcale jednak nie przyspieszając kroku.
Kochany, aczkolwiek wymagający solidnej renowacji ford, towarzyszył Sloan już niemal osiem lat. Siedząc za jego kierownicą czuła się znacznie pewniej niż w tych wszystkich nowych i wypasionych autach. Obeszła auto, otworzyła drzwi od strony kierowcy i dopiero wtedy dostrzegła, że przednia szyba przy miejscu pasażera jest rozbita, a właściwie już w ogóle nie istnieje. Większe i mniejsze kawałki szkła leżały na fotelach, dywanikach i nawet na betonowym podłożu garażu.
Jedynym minusem posiadania starego auta był fakt, że nie miał wbudowanego alarmu. Sloan zmarszczyła czoło i zaklęła, szybko jednak doszła do wniosku, że stłuczenie nie wygląda na przypadkowe. Strzepnęła drobinki szkła ze swojego miejsca, torbę wrzuciła na tylne siedzenie, wcześniej wyciągając z niej telefon. Usiadła i zapięła pasy, wybierając numer swojego zaufanego mechanika – w końcu nie każdemu powierzyłaby prezent od ojca. Zdając krótką telefoniczną relację, oczywiście nieprawdziwą, poinformowała mechanika, że pojawi się u niego do czterdziestu minut. I choć jej głos brzmiał spokojnie, a ona wyglądała tak, jakby niczym się nie przejęła, to zaczynała powoli wpadać w panikę. Odkąd wsiadła do auta towarzyszył jej lęk, kłujący w piersi i ściskający żołądek. Wystraszyła się tym bardziej, jak dostrzegła białą kopertę na sąsiednim fotelu.
Rozerwała papier i wyciągnęła pocztówkę przedstawiającą popularne miejsca w Nowym Jorku. Statua Wolności zdominowała karteczkę niewielkiego rozmiaru. Odwróciła ją i westchnęła cicho, po raz pierwszy w życiu, a właściwie po raz pierwszy w swoje karierze, czując prawdziwy strach. Odpaliła samochód i wyjechała z garażu z piskiem opon, nerwowo spoglądając w wewnętrzne lusterko. Co jakiś czas zerkała na pocztówkę i na napis, na trzy słowa wypisane ładnym, ostrym pismem.
Skończ z tym.

My past has tasted bitter for years now,
So I will deny and face crazes just weakness
Or so I've been told.
I've been cold, I've been merciless
But the blood on my hands scares me to death
Maybe I'm waking up today 

Tydzień po incydencie, który zaburzył jej codzienność, nadal zmagała się z katarem i bólem gardła, a mimo to odwiedziła matkę w dniu urodzin sześćdziesięcioletniej kobieciny, natrafiając w domu rodzinnym na młodszą, nieokiełznaną siostrę i starszego, wiecznie zajętego brata. Zjedli wspólny obiad, wszyscy dziwili się temu, że Sloan pojawiła się bez przekazania jej trzech zaproszeń; zwykle unikała rodzinnych spędów, a po śmierci ojca niemal kompletnie odizolowała się nawet od najbliższych krewnych. Teraz jednak, choć tego nie okazywała, cieszyła się, że może spędzić z bliskimi parę godzin.
Chciała z kimś porozmawiać, obarczyć kogoś swoimi obawami i problemami, ale spędzając ostatnich parę dni w domu, doszła do wniosku, że taka osoba nie istnieje. Owszem, miała znajomych, nawet paru stosunkowo bliskich przyjaciół, ale nikt nie miał pojęcia o tym, jak wygląda życie zawodowe Ramsey. Długo zastanawiała się nad tym, czy zawracać głowę matce, równie długo myślała o siostrze i bracie. Maggie odpadła niemal od razu, bo jako najmłodsza z rodzeństwa postrzegała świat przez różowe okulary, każdy problem wydawał jej się łatwy w rozwiązaniu, nie lubiła komplikacji, a niestety sprawy Sloan były skomplikowane. Adam – brat, który wiedział wszystko, był pochłonięty własnym życiem, rzadko kiedy odwiedzał młodszą siostrę, ale nadal to łączyła ich silna więź. Brunetka nie potrafiła jednak zrzucać na niego kolejnego ciężaru. To samo tyczyło się matki, która wiodła stosunkowo beztroskie życie wdowy na przedmieściach.
Po południu, kiedy siostra z matką umościły się na miękkiej kanapie z kieliszkami wina w dłoniach i szukały po kanałach telewizyjnych czegoś godnego ich uwagi, a Adam zaszył się w garażu, gdzie majstrował przy swoim motorze, Sloan poczuła się nieco wykluczona. Nie pasowała do towarzystwa na kanapie, nie miała czego szukać w przydomowym warsztacie brata.
— Mags… — zaczęła cicho, stając w przejściu między jadalnią a salonem. Oparła się ramieniem o framugę z ciemnego drewna i czekała cierpliwie na reakcję siostry. Blond włosa Ramsey spojrzała na Sloan i posłała jej szeroki uśmiech. — Chciałabym porozmawiać, Mags…
— Nie teraz, Sloanie, po serialu — odparła bez zastanowienia i oparła głowę o ramię matki, sącząc czerwone wino. Sloan westchnęła, ale nie była zdziwiona, w końcu zawsze to ona tak wszystkich traktowała, chłodno i niemal obojętnie. Nic nie mówiąc, zaszła do niewielkiego przedpokoju; bez zastanowienia ubrała buty, krótką puchową kurtkę i szalik. Złapała za kluczyki swojego samochodu. Spojrzała w dół, dostrzegając kudłatego psa matki, który trzymał smycz w pysku i spoglądał na nią błagalnie.
— I co się gapisz, futrzaku? — spytała i już miała zamiar kucnąć, kiedy psisko wypuściło smycz i po prostu zawróciło, kręcąc owłosionym tyłkiem. Sloan nie dowierzając własnemu szczęściu, wyszła z domu i pomaszerowała do własnego auta. Nim do niego wsiadła, rozejrzała się po okolicy. Zadrżała na samą myśl o tym, że mogłaby być śledzona, ale okolica, w której się wychowała, od kilkunastu lat pozostawała taka sama, nie licząc to coraz nowszych modeli aut na podjazdach nieogrodzonych ogródków.


I'll be good, I'll be good
For all of the light that I've shout out
For all of the innocent things that I've doubt
For all of the bruises that I've caused in the tears
For all of the things that I've done all these years
Yeah, for all the sparks that I've stomped out
For all of the perfect things that I've doubt 

— Cześć, tato — zaczęła cicho, siadając na lekko wilgotnej, a już z pewnością chłodnej trawie. Odgarnęła jesienne liście, które tłoczyły się wokół niej. — Chciałabym porozmawiać… — Rzuciła w eter, spoglądając na półokrągłą płytę nagrobkową.

ciąg dalszy nastąpi...


Dzięki, Karoline. ;)

18/10/2015

2018. Neque ulla est, aut magno aut parvo, leti fuga

Poniedziałek, wtorek, środa to dzień wolny, czwartek, piątek, sobota, niedziela. Praca, dom, szukanie pracy, załatwianie różnych formalności. I dalej nic, i ciągle bez zmian. Elaine skończyła edukacje cztery miesiące wcześniej i od tamtej pory nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. A właściwie nie umiała go szukać. Chodziła do starego, dobrego baru, brała na siebie możliwie jak najwięcej zmian, wracała do mieszkania wuja, które coraz częściej było puste, ponieważ mężczyzna wyjeżdżał na różne wystawy, wieczorki, pokazy.

Dom był czysty jak nigdy wcześniej. Nawet pracownia wuja wskazywała na nietypową ingerencję sił nadprzyrodzonych. Dziewczynie udało się odbarwić część plam na podłodze i uporządkować ukończone obrazy. To najlepszy dowód na to, że El za wszelką cenę potrzebowała się czymś zająć. Po umyciu okien, przebraniu ubrań z szaf, uporządkowaniu starych notatek, wyczyszczeniu pracowni, upraniu wszystkiego, co miało jakiekolwiek ślady użytkowania, nie zostało jej zbyt wiele do roboty. Jedynie unikała gotowania – w końcu przygotowywanie jedzenia dla jednej osoby to marnowanie czasu i środków.

W konsekwencji tego wszystkiego głównie leżała i oglądała seriale. Niezbyt zajmujące zajęcie, ale pozwala myślom płynąć swobodnie, unikać przeszkód związanych z rzeczywistością i codziennością. Nie spotykała się zbyt często ze znajomymi. W pewien sposób czuła się zupełnie niepotrzebna. A wszystko to prowadziło do tego dziwnego otępienia umysłowego, podczas którego człowiek rozumie, że ma jakiś problem, ale nie ma ochoty go roztrząsać, a tym bardziej szukać rozwiązania.

A pewnego słonecznego dnia do tej klatki pasywności włamała się osóbka młoda, pełna wigoru i pasji... niekoniecznie właściwie ukierunkowanej. Elaine zapewne powinna zareagować, doprowadzić młodą do pionu.... a zamiast tego wskazała pokój jej ojca i powiedziała, że nie będzie się wtrącać.

Tego samego dnia dostała wiadomość o śmierci wuja i poczuła, że grunt usuwa się jej spod nóg. Patrzyła na obcą dziewczynę, która kręciła się po mieszkaniu i zupełnie nie rozumiała, co jej powiedzieć. W końcu wręczyła jej powiadomienie, które dostała od znajomego swojego chrzestnego. Po czym spakowała plecak i pojechała załatwiać formalności.

Elaine nie płakała, nie panikowała. Poczuła jednak, że wszystko zwaliło się jej na głowę, wszystko ją przytłaczało, a pierś ściskało coś tak mocno, że czuła duszności. Na powierzchni trzymało ją jedynie poczucie jakiejś bliżej nieokreślonej powinności wobec wuja, który opiekował się nią tyle lat. Może dlatego nie unikała tej odpowiedzialności? Czuła, że ten przykry obowiązek jest jakimś celem, jest ważny i warto mu się poświęcić. Próbowała nie myśleć o tym, co będzie później, choć wiedziała, że przyjdzie jej uzgodnić sprawy mieszkania. Lokal był własnością chrzestnego... więc kto otrzyma go w spadku? Prawdopodobnie jego córka, która jest dziwnym dzieckiem, cieniem człowieka i jak zjawa porusza się po pokojach. A tyle rzeczy należy uzgodnić, załatwić, zgłosić! Przewieźć ciało. Zorganizować pogrzeb, poinformować rodzinę i przyjaciół, galerie. Czy starczy jej na to pieniędzy? Czy wuj miał jakieś ubezpieczenie? Co z obrazami robić? Czy należy zadzwonić do byłej żony zmarłego? Te wszystkie pytania kotłowały się w głowie Elaine i zagłuszały smutny obraz rzeczywistości - nie miała czasu płakać.

Kiedy tydzień później stała nad grobem wuja w towarzystwie tej dziwnej dziewczyny, nie wiedziała, jakim cudem umknęły jej te dni od informacji od śmierci. Niby pamiętała wyraźnie każdą chwilę, każde zadanie, które przed nią stało, ale nie mogła przypomnieć sobie żadnej nocy, żadnego poranka. Jakby ostatnie siedem dni było ciągłą, bez przerw na sen i odpoczynek. A mimo to, nie czuła się zmęczona. Patrzyła na ludzi zebranych wokół wykopanego dołu w ziemi. Patrzyła na poważnych i wyraźnie smutnych przyjaciół chrzestnego, którzy stali tuż obok dwóch dziewczyn. Za nimi nieśmiało ustawili się znajomi z galerii, współpracownicy lub ci, którzy zwyczajnie cenili twórczość wuja. Przyszli z potrzeby serca, z szacunku dla człowieka, którego szanowali, lubili, może nie raz wypili z nim jakieś piwo, którego zmarły nigdy nie odmawiał. Za Elaine i Maeve było nieco pustej przestrzeni. Dopiero trzy metry dalej stała matka El, pani Eagle z mężem. Obok nich Lilianna, która dziwnie nie pasowała do tego obrazka. Może to wyraźne ślady łez wyróżniały ją na tle innych? Gdzieś tam niedaleko stali inni członkowie rodziny, którzy nie wyglądali na smutnych czy zatroskanych. Byli poważni i obojętni. Przyszli, ponieważ tego wymagał obyczaj, ceremoniał, a nie więzy krwi czy uczuć.

Pogoda sprzyjała. Pochmurne niebo nie straszyło opadami, a jedynie chroniło milczący tłum przed światłem radosnego słońca. Chłodne powietrze zmuszało do otulania się kurtkami i szalikami, sprawiało, że każdy jeszcze bardziej zamykał się w sobie, w nagromadzonym wokół szyi i twarzy materiale można było ukryć i smutek, i obojętność.

Ksiądz coś mówił. Elaine specjalnie go nie słyszała. Gdyby ktoś ją zmusił do uwagi, pewnie cała jej spokojna fasada rozsypałaby się w proch. Póki co, myślała o tym, że to dobrze, że dyrektor galerii zgodził się, żeby zorganizować skromny poczęstunek właśnie wśród obrazów, których wystawę otworzono zaledwie dwa tygodnie wcześniej. W końcu w mieszkaniu ci wszyscy ludzie by się nie pomieścili. Ciekawe, czy katering już wszystko przygotował. Może Elaine powinna być tam na miejscu i wszystkiego przypilnować? Ale kto zajął by się Maeve? Choć dziewczynka właściwie nie znała ojca. Nie miała okazji... nie mogła być smutna... mogła być wściekła lub rozgoryczona. Ale El jej nie znała, więc nie miała pewności, że kuzynka zachowa spokój. Poza tym... wuj nie chciałby, żeby jego dziecko było w takiej chwili samo, prawda? Nie mógł się nią opiekować, ale panna Eagle wiedziała, że zawsze tego żałował. Kiedyś nawet namalował obraz małej na podstawie jakiegoś zdjęcia. Może powinna dać to dziewczynie? W końcu jakaś pamiątka jej się należała... oprócz oczywistego spadku. Nie było to jednak wiele... i bardziej miało charakter polisy niż konkretnych pieniędzy.

Silni panowie powoli spuścili trumnę do dołu. Jak prosto, wręcz banalnie to wygląda. A w ziemi są robaki, wilgoć, brud... tak kończy człowiek? I co dalej? Ciemność? Czy temu człowiekowi tam na dole... robi to różnicę, to myślą ci ponad nim? Czy jakiekolwiek znaczenie ma to, co się dzieje z jego ciałem? To, kto przyszedł na jego pogrzeb i jak potoczy się życie bez niego? Pogrzeby, ceremonie, rytuały są dla żywych, żeby potrafili pogodzić się z rzeczywistością, zrozumieli, że na ich drodze też stanie śmierć... ale póki co życie musi toczyć się dalej swoim wolnym, okrutnym rytmem.

Elaine przetarła nerwowo oczy, które dziwnie zaczęły ją piec, choć ani jedna łza nie popłynęła po policzku. Chwilę później sypał się piasek na trumnę z jej dłoni. Coś uciekało między jej palcami. Ziemia? Czy poczucie bezpieczeństwa? Zamieniła kilka słów z księdzem. Podziękowała za ceremonię, otrzymała spojrzenie pełne współczucia. Uśmiechnęła się smutno i pojechała do galerii przed wszystkimi.

Nie powiedziała nikomu z przyjaciół o śmierci wuja. Nie chciała litościwych pocieszeń. Czuła pustkę. Wcześniejsza bezczynność została zastąpiona pustą aktywnością. Podczas jednej z fal wątpliwości, które przeżywała wielokrotnie wciągu ostatnich kilku dni, myślała o tym, żeby powiedzieć o wszystkim Mattowi, ale potem zrozumiała, że pewnie błagałaby mężczyznę, żeby dał znać Patrickowi o wszystkim. Potrzebowała brata tu i teraz. Ale to byłoby niebezpieczne. Z resztą rozsądny Matt pewnie i tak by jej odmówił, a El tylko miałaby do niego głupie pretensje, choć w duszy by się z nim zgadzała. Dlatego przemilczała całą sprawę. A do galerii pojechała taksówką.

Poczęstunek odbył się prawie bez komplikacji. Ktoś tam powiedział kilka słów za dużo, ktoś się oburzył, ale większość czasu goście oglądali obrazy i te szkice, które Elaine zdecydowała się pokazać. Tych drugich nie było zbyt wiele, ponieważ Eagle chciała, żeby większość z nich została intymną sprawą jej chrzestnego. A może chciała zachować go tylko dla siebie? Ukryć przed innymi część wspomnień? Może dlatego, że umieściła na tej prowizorycznej wystawie własnego portretu, który wuj wykonał dla niej, kiedy szła do college'u? Ale nie umieściła też obrazu Maeve. Uznała, że dziewczyna sama powinna zdecydować, co należy z nim zrobić... Choć El chciała jej dać już po tym wszystkim. Gdy będą same.

Elaine przechadzała się między ludźmi i jak przewodnik opowiadała o niektórych obrazach, o tym jak powstawały. Znajomi zmarłego kiwali wtedy ze zrozumieniem głowami albo uśmiechali do tych dobrych wspomnień i dodawali coś od siebie. A potem poważnieli i składali El kondolencje, które dziewczyna przyjmowała ze spokojem i sztuczką wdzięcznością. W końcu wszyscy wiedzieli, że często pomagała wujowi, dbała o niego, gdy wpadał w twórczy szał, popychała go, gdy zbliżał się czas wystaw... Znali ją z widzenia lub słyszenia i teraz chcieli jej powiedzieć, jak bardzo cenili zmarłego. Niektórzy pytali o Maeve, ale El pomijała to wzruszeniem ramion.

Z rodziny tylko kilka osób podeszło, żeby porozmawiać z Elaine, za co dziewczyna była wdzięczna niebiosom. Nie wiedziała, co mogłaby im powiedzieć. Nie chciała stawać twarzą w twarz ze swoją matką. Bała się, że ktoś ją oskarży o to, że nie zadbała o wuja w dostatecznym stopniu, choć przecież oni wszyscy sami go opuścili. Ale ona powinna..! Jak mogła nie wiedzieć, że z jego sercem było tak źle? Ale przecież ludzie każdego dnia umierają na zawał! Tego nie da się przewidzieć. Ale mogła wysłać go na badania. Mogła zapytać, czy dobrze się czuje, mogła zadzwonić do niego, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku... mogła z nim pojechać.

Kiedy wreszcie wszyscy wyszli, Elaine z pomocą kilku osób z galerii zabrała się za porządki. Część rzeczy należało spakować i zabrać ze sobą, inne miały zostać na miejscu i wzbogacić wystawę. Wszystko wymagało obejrzenia, zatwierdzenia, zabezpieczenia... Jednak sił nie brakowało. El działała jak robot, wykonywał kolejne zadania i nie chciała usiąść ani na chwilę. Udawała, że nie widzi zatroskanych spojrzeń. Była zdecydowana, energiczna, prężna. Mówiła krótkimi, precyzyjnymi zdaniami. Nikomu nie patrzyła w oczy.

Gdy wracała do domu, patrzyła przez okno i zastanawiała się, czy zastanie tam tę dziewczynę. Miała nadzieję, że kuzynka nie ucieknie, nawet jeśli dowiedziała się wuj przepisał mieszkanie Elaine. Zdaniem panny Eagle postąpił rozsądnie – chrześnicy zapisał to, co było jej najbardziej potrzebne: dom. A córce zostawił dorobek, który pewnie jeszcze jakiś czas będzie sam na siebie zarabiał i zbierał pieniądze, do których pewnego dnia Maeve dostanie dostęp – ten dzień to jej dwudzieste piąte urodziny. Tymczasem zbiorami miał dysponować przyjaciel artysty z drobną pomocą Elaine. Chodziło głównie o prywatne zapiski i rysunki mężczyzny, które nie miały wartości rynkowej. Należało je przechować – może kiedyś będą stanowiły wartość materialną, a nie tylko sentymentalną, choć tę właśnie El ceniła najbardziej. Obrazami zajmował się przyjaciel, który miał znacznie więcej doświadczenia od Eagle. Tym, co dziwiło dziewczynę, był fakt, że wuj przygotował wszystko na ewentualność swojej śmierci. Czy wiedział, że jego serce jest słabe i może umrzeć? Jeśli tak... czemu nic nie powiedział? Przecież mogła mu pomóc, może żyłby dłużej. Może...

Weszła do domu. Paczkę z jedzeniem, które zostało z poczęstunku, zostawiła w kuchni, zaś ogromny i ciężki karton z różnymi materiałami zaniosła na poddasze. Rozejrzała nie po pomieszczeniu, które nie tak dawno wysprzątała. Będzie mniej pracy... i łatwiej było przygotować wystawę. Wzrok Elaine spoczął na fotelu, na którym wuj siadał, kiedy skończył jakiś obraz, ale chciał jeszcze na patrzeć, żeby mieć pewność, czy wynik go satysfakcjonuje. Zwykle wstawał i coś poprawiał, dorabiał lub dopracowywał, żeby potem znowu zasiąść na swoim ulubionym miejscu. Dziewczyna uśmiechnęła się mimowolnie. Podeszła do wysokiej szafy i wyjęła obraz Maeve. Postawiła go na sztaludze. Będzie musiała go potem pokazać. Czy kuzynka jest w domu? El nie zauważyła światła w pokoju, w którym spała dziewczynka. Była bardzo samodzielną nastolatką.

Elaine usiadła w fotelu i odetchnęła głęboko. Trzeba będzie coś zrobić z tym pomieszczeniem. Czy powinna zachować charakter pracowni? Czy może jakoś przerobić ten pokój? Zerknęła na drzwi, jakby miał przez nie przejść wuj i z tym swoim dowcipkowatym uśmiechem i powiedzieć, że El zaraz ubrudzi te swoje fatałaszki w jakiejś farbie, węglu czy emulsji. Pociągnęła nosem i odruchowo przetarła oczy. Tym razem nadgarstek był mokry. Po jej policzkach spłynęły łzy. Płakała otwarcie i prawdziwie, ale w ciszy. Nie krzyczała, nie rozpaczała. Płakała za człowiekiem, który po prostu był obok. Nigdy nie narzucał się ze swoją pomocą, ale zawsze przyjmował ją pod swoje skrzydła. Który często chodził z myślami w chmurach, nie pamiętał o rachunkach, zakupach, porządkach, ale nie zapominał o jej urodzinach. Który nie bał się trudności i zawsze pozostawał sobą, a problemy ukrywał za maską uśmiechu, smutek odpędzał żartem. W ciszy wspominała człowieka, który był jej duchem opiekuńczym. Który już więcej nie zapyta, o to, kto będzie jej mężem czy też El chce przygarnąć kota.... choć oboje wiedzieli, że żaden kot by z nimi nie wytrzymał. Za wujkiem... jej prawdziwą rodziną.


14/10/2015

[KP] Zaire - IV

They said I’d be nothin’.
So I became everything


ZAIRE
Carter Zaire Crawford
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 28 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio. Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów. Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek. Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią. Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.

08/10/2015

Powiązania

Ian Hunt
Ian
chłopak
“I jeśli Ian kochał Debbie, a podejrzewał, że właśnie tak było, to kochał ją po swojemu. Ponieważ nikt nie pokazał mu, ani tym bardziej nie nauczył go, jak powinno się kochać. Być może za tym, co Ian mógłby powiedzieć Debbie, a za tym, co czuł do Debbie, stało co innego – w rozumieniu każdej innej osoby, niż w rozumieniu Iana. Nie wiedział tego. Dlatego nie odezwał się już i poprzestał na uśmiechaniu się do Debbie, ponieważ to wychodziło mu samo i bez zastanawiania się, co się za tym kryło.”
Louis Hunt
Lou
partner z radiowozu
“Louis Hunt siedział obok Debbie, czując wciąż ból rozchodzący się po plecach i barkach, pamiątkę po minionej nocy, której intensywność wytrąciła go z równowagi bardziej niż niejedna interwencja na Brooklynie. Oparł łokieć na kolanie i przez chwilę wbił spojrzenie w podłogę sali odpraw, starając się zamknąć w sobie wspomnienia, które wciąż do niego wracały. Jim, wypadek, rozpacz, samotność, które nigdy naprawdę go nie opuściły. A teraz, z tą rudą dziewczyną u boku, miał poczucie, że życie próbuje z niego zakpić, podsuwając mu kogoś tak energicznego, tak upartego, że wbrew wszystkiemu zaczynał zmiękczać.”
Maddie Grayson
Mad
młodsza siostra
“[...]bo przecież Maddie nie była głupia, ale jednocześnie June Grayson robiła wszystko, aby po śmierci głowy rodziny, jej najmłodsza pociecha nie wychodziła sama do ludzi, co tylko ją osłabiało, ale nikt i nic nie mogło przemówić matce Debbie do rozsądku.
— Maddie jest… — zaczęła. — Moja siostra jest w spektrum. — Mruknęła krótko. — Od śmierci ojca stała się praktycznie nieprzystosowana do życia wśród ludzi. — Wyjaśniła. — Nigdzie nie wychodzi sama. A tłum, hałas ją przerażają.”
Mike Grayson
Mikey
starszy brat
“[...]Był też Mike. On troszczył się w inny sposób — zabierając się na imprezy, korzystał też na tym on, kiedy mógł porzucić szyty na miarę garnitur i dopasowany krawat.”
“Przeturlała głowę na poduszce. Mike. Posłała blady uśmiech w odpowiedzi na zatroskane spojrzenie starszego brata. To jego pewnie tam widziała przed chwilą. Na pewno.
Mike wszedł w głąb sali, a zaraz za nim pojawił się Louis, który tylko skinął głową i zamknął drzwi, dając rodzeństwu odrobinę prywatności. Nie rozmawiali jednak zbyt długo. Michael poinformował ją o tym, że matka wpadnie jutro, kiedy załatwi dla ich Maddie odpowiednią opiekę.”
June Grayson
mom
mama
“— Ja tam nigdy nie byłam — przyznała Maddie i dopiero teraz obejrzała się przez ramię na swoją siostrę. — Sama nie mogę, a mama nie chce. — Mówiła nadal, a ruda tylko przesunęła dłonią po policzku. To prawda. W jej mieszkaniu na Brooklynie był tylko Mike. Debbie celowo nie zapraszała tam rodzicielki i Maddie. June uwielbiała panikować i nadal nie pogodziła się z myślą, że jej starsza córka jest policjantką i że zdecydowała się na to po śmierci ojca. A mieszkanie na Brooklynie było mieszkaniem młodej policjantki i jej przyjaciółki. Tam nie było miejsca na żałobę, w której nadal, mimo upływu czasu, pogrążony był ich dom rodzinny.”
Mitch Grayson
dad
tata
“— Mój tata zginął na służbie… — zaczęła cicho, cichutko. Może jej nie dosłyszał. — Zastrzelili go. — Przyznała. Bez energii. Uciekła spojrzeniem od przystojnej twarzy Iana, ale nie puszczała jego dłoni. Chciała czuć ciepło bijące od jego ciała. Poczuła jednak, że do jej oczu napływają niechciane łzy. Minęło już ile? Pięć? Sześć lat? Odkąd straciła ojca, a nadal miała wrażenie, że to więcej niż nieleczona rana. Przecież dlatego wstąpiła do policji.”