Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

17/02/2015

2005. Dentysta sadysta.

Robiło się coraz jaśniej. Mlecznobiała mgła zaczynała się powoli rozmywać ukazując szare, kamienne nagrobki w otoczeniu ciemnych drzew. Nie miała pojęcia co robi na cmentarzu. Nieopodal dostrzegła liczne zgromadzenie. Odbywał się czyjś pogrzeb. Podeszła bliżej, ale nie rozpoznawała żadnej twarzy. Czuła się nieswojo. W końcu dostrzegła kogoś znajomego. Stał po drugiej stronie niewielkiej trumny, która nie była jeszcze zakopana. Z rozmyśleń wyrwała ją mowa pogrzebowa.
- Zebraliśmy się tu aby pożegnać starego przyjaciela Iana. – zaczął pracownik domu pogrzebowego. Usilnie próbowała przypomnieć sobie jakiegoś Iana aż zorientowała się, że to właśnie do Iana należała ta znajoma twarz, którą przed chwilą dostrzegła. Nie znała go za dobrze, ale przynajmniej kojarzyła, w przeciwieństwie do tej całej scenerii.
- Znali się od kiedy skończył dwanaście lat i choć ich początki bywały bolesne, to dzielnie służył mu przez resztę swojego życia, wielokrotnie radząc sobie z niejednym trudnym orzechem do zgryzienia. – dodał z żałobnym wyrazem twarzy mówca. W tym samym czasie poczuła na sobie dziwne spojrzenie Iana. Było intensywne i gniewne. Coś jednocześnie podpowiadało jej uciekać, ale i zostać by dowiedzieć się o co chodzi. Nie wiedziała dlaczego był na nią zły. W zaistniałej sytuacji można wręcz nawet stwierdzić, że śmiertelnie zły.
- Był jeszcze taki młody. – po chwili milczenia wydusił z siebie Ian. - Ale nie, chciałaś wymienić go na lepszy model. – dodał jadowicie aż przeszły ją ciarki. Wyraźnie czuła, że jego słowa są kierowane do niej. Obwiniał ją o morderstwo? Zmieszała się. Kompletnie nie mogła sobie przypomnieć tego, kto niby miałby stać się jej ofiarą. Przecież była niewinna. Prawda?
- Uznałaś, że się psuł i źle na mnie wpływał. Niby zaszło to tak daleko, że nic nie mogło go już uratować. Było za późno, a ja tylko dalej bym cierpiał. – powiedział ściszając swój przepełniony bólem głos. Zmarszczyła brwi w jeszcze większej dezorientacji. Nie znała jego znajomych. Jak i samego Iana. Nie wyglądało to jednak na jakiś żart. On był przeraźliwie poważny.
- Zabiłaś go! – krzyknął robiąc krok w jej stronę, a ona tym samym krok w tył. - Stał się taki siny. W dodatku nie chciałaś dać mi czasu by się z nim pożegnać. Bo niby dalej byłoby to dla mnie toksyczne. Stwierdziłaś, że tak łatwo można zastąpić starego przyjaciela czymś nowym, co nawet nie należy do mnie. Tamten nie chciał nic w zamian. On był prawdziwy, a za tą nową „przyjaźń” muszę jeszcze płacić. A ból nie minął. Nie mogę spać, nie mogę jeść. Mój drogi, drugi przedtrzonowcu… - rzekł z obłąkanym spojrzeniem robiąc kolejny krok w jej stronę by po chwili, nienaturalnie szybko znaleźć się tuż przed nią. Była zszokowana.
- Nie… To niemożliwe… - pokręciła głową. -  To jakiś koszmar. To nie miał być drugi przedtrzonowiec! Przecież kanałowo leczyłam pierwszego trzonowca! – odpowiedziała stanowczo. Nie mogła się przecież aż tak pomylić.
-  Jesteś pewna? – spytał patrząc na nią szalonym wzrokiem spode łba i otworzył buzię ukazując jej błąd. Jego twarz zaczęła niebezpiecznie szybko się do niej zbliżać stając się coraz większa i większa, aż miała wrażenie, że zaraz ją pochłonie i znajdzie się jak Pinokio z Dżepettem we wnętrzu wieloryba.
- Aaaaaa!!! – krzyknęła zrywając się z łóżka. – Durny koszmar. – skomentowała pomrukując i przenosząc wzrok na zegarek. – Durny, ale przynajmniej mnie obudził. – dodała widząc, że nie ma zbyt wiele czasu.

W korytarzu czekało już kilku pacjentów. Większość z nich widocznie nie śpieszyła się na fotel. Jeden z nadmierną uprzejmością przepuszczał drugiego byleby tylko odłożyć swoją kolej na później, jak gdyby chcąc dać sobie więcej czasu by być może pożegnać się z rodziną czy spisać testament. Wizyta u stomatologa u wielu wywoływała panikę. Zresztą często i słusznie. Czasem wyglądało to tak jakby dentysta wybierał się bardziej na ryby, naprawę samochodu czy remont mieszkania. Dziwne wiertełka, kleszcze, haki, skalpele, igły, oślepiająca lampa. Istny fotel tortur. Aż ciśnie się na myśl pytanie: „Czy oby wyjdę stamtąd żywy?”. Brakowało tylko jeszcze czegoś do skrępowania kończyn delikwenta by nie mógł ruszyć ani ręką ani nogą. Do tego oczywiście stomatolog – kwalifikowany kat w fartuchu z przyłbicą by krew nie opryskała jego twarzy.
Zaprosiła na fotel pierwszą osobę. Lary był młodym mężczyzną aktualnie przypominającym pandę bądź szopa pracza, który zapewne posiadał dwie wersje tego co mu się stało. Tą oficjalną i tą prawdziwą. Miał opuchniętą twarz i dwie śliwy pod oczami. Bardzo malowniczy widok, aż mienił się kolorami.
- Wiem co pani teraz sobie o mnie myśli. – wymamrotał stając się jeszcze bardziej czerwony. Widocznie był zawstydzony. Na jego miejscu pewnie nie czułaby się lepiej, a raz miała okazję przekonać się jak to jest mieć podbite oko. Mimo wszystko dobrze to wspomina, bo przeciwnik miał podbite i drugie do kompletu. Dzieci czasem lubią się tłuc, to je uspokaja. Z resztą nie tylko dzieci.
- Wątpię. – odpowiedziała z minimalnym uśmiechem. Właściwie to było jej go trochę szkoda.
- Przewróciłem się na chodniku… - zaczął, ale widząc iż jego historia nie brzmi jeszcze jak powinna zaraz się poprawił. – Szedłem sobie aż tu nagle patrzę płytka, a ona na mnie i w jedno oko i w drugie oko i… I w zęby. Może trudno w to uwierzyć, ale przed tym zajściem miałem ich więcej. – dodał sepleniąc, choć i tak bardzo dobrze sobie radził. Widząc jej rozbawione spojrzenie, a następnie minę, która wyraźnie poddawała wątpliwości ową opowieść westchnął poddając się.
- Wiem, ciężko w to uwierzyć, dlatego to ubarwię. Wydarzyła się bójka.
- Jak to mówi słynne powiedzenie: Gdzie dwóch się bije tam dentysta korzysta. – odparła z lekkim uśmiechem. Nie zamierzała go oceniać ani ciągnąć za język. Wolała obrócić to w żart, jak on.
- Właściwie było nas trzech. – dodał z szerokim uśmiechem ukazując swój problem. Rozchwiany górny siekacz przyśrodkowy, brak bocznego. Wyglądał doprawdy uroczo. Wiedziała tylko, że nie może się zaśmiać. Jego to z pewnością nie śmieszyło. Widząc jej minę zaraz przysłonił uzębienie wargami.
- Jeszcze lepiej. Wszyscy tu są? Powinnam wam podziękować, bo dajecie nam pracę. – rzuciła poklepując go po ramieniu, po czym zaczęła zakładać rękawiczki.
- Przykro mi, ale tylko ja. A więc to pani będzie dziś moim oprawcą? – rzekł już bardziej pewny siebie. Krótka rozmowa przeważnie pomagała się im uspokoić i rozluźnić, a to bardzo pomagało jej w pracy. Nie było bowiem nic gorszego niż przerażony pacjent. Tacy mogą zrobić wiele dziwnych rzeczy jak, na przykład ugryźć, a nie wiadomo czy był szczepiony. Stomatolog to w gruncie rzeczy nie jest taki bezpieczny zawód.
- Oprawcą? Robimy bez znieczulenia? – spytała z uśmiechem zabawnie poruszając brwiami. Wyglądała tak jakby naprawdę lubiła się pastwić nad tymi biednymi ludźmi. Wbrew pozorom nie sprawiało jej to przyjemności. Lary szybko pokręcił przecząco głową szukając na wszelki wypadek drogi, którą mógłby się ewakuować. Jeszcze nie było za późno. Jeszcze mógł wziąć nogi za pas.
- Dobrze. Proszę powiedzieć ‘Aaa…”. – poleciła by dokładnie obejrzeć zęby. Pacjent dostał znieczulenie. Rozchwianą jedynkę wprowadziła na swoje miejsce. Przymocowała ją szyną do stabilnie osadzonych zębów i rozpoczęła leczenie endodontyczne. Z dwójką było trochę gorzej. Lary nie znalazł jej po bójce. Jeśli znajdzie pod poduszką jakiś pieniążek może śmiało podejrzewać, że podwędziła go Wróżka Zębuszka. Mimo wszystko tą transakcję Ian raczej uzna za niezbyt udaną. Pozostawało mu więc wstawienie implantu bądź wybicie dodatkowo czterech zębów i częściowa proteza, która była tańsza. Mężczyzna wolał mieć jednak gest i więcej własnych zębów, co było do przewidzenia. Teraz musiał umówić się na kolejną wizytę. Jeszcze czterech pacjentów i była wolna.

Nie była pewna czy wyjazd do Nowego Yorku okaże się dobrą decyzją, ale zaczynanie czegoś nowego okazało się łatwiejsze niż pozostanie w starym. Przynajmniej czuła, że nie stoi już w miejscu, że ruszyła na przód, gdziekolwiek ten przód miał się znajdować. Każda zmiana była jak element domino, który przy lekkim skinieniu palca pociągał za sobą kolejny ciąg zdarzeń prowadząc do różnych dziwnych zakrętów.
Dajmy na to, zawsze chciała mieć psa, ale jej rodzinie nigdy to nie odpowiadało. Później tak bardzo przywykła do myśli, że zawsze będzie go chciała i nigdy nie będzie go miała aż ją porzuciła. Do czasu. Do czasu, kiedy pewnego deszczowego dnia była świadkiem potrącenia przez samochód pewnego sierściucha. Samochód nawet się nie zatrzymał. Po prostu odjechał. Pies żył. Podnosił głowę, ale nie mógł wstać. Podbiegła do niego. Nie miał obroży. Jego ciało w zetknięciu z jej zimną dłonią wydało się lodowate. To nie był dobry znak. Trząsł się. Skomląc marszczył skórę na nosie ukazując jednocześnie białe ząbki. Być może górę wzięło zboczenie zawodowe i właśnie to ją w nim urzekło, a może to te spojrzenie, które jednocześnie prosiło o pomoc i kazało trzymać się na dystans, często jak jej własne. To, że go tam nie zostawi było bardziej niż pewne.
- No już… - powiedziała w zmartwieniu marszcząc brwi. – Ty mnie nie dziabniesz, a ja… - pomijając już ten niezwykle interesujący monolog, po którym poczuła się odrobinę pewniej, ostrożnie wzięła go na ręce by zanieść go do weterynarza. Tam ku jej własnemu zdziwieniu dowiedziała się, że pies należy do niej i wabi się Batman, w co nawet papuga z gabinetu nie mogła na początku uwierzyć wydając z siebie skrzeczące, jakże pełne wątpliwości pytanie:
- Naprawdę?
Ale czy nie była już wystarczająco duża by spełnić swoje dziecięce marzenie samodzielnie? Tak więc od niedawna posiadała psa, który powoli zaczynał chodzić, wdrapywać się tam gdzie nie powinien, gryźć to co nie było przeznaczone do gryzienia, brudzić, gubić sierść i pożerać podejrzanie spore ilości żywności jak na swoje rozmiary. Ale jak to mówią, wrzód na tyłku, ale swój.
Pomału, wielkimi kroczkami przystosowywała się. Widziała tu kawałek przyszłości. Nie wiedziała jeszcze jak duży, ale dobrze jest widzieć cokolwiek, kiedy przeważnie błądzi się w ciemnościach.


[Trochę tego wyszło, jak na mnie. Jakieś takie trzy zlepki. Nie wiem czy ktoś zdecyduje się to przeczytać, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że chociaż raz się uśmiechnie. Jak i przy piosence z Gandalfem w teledysku :D To taka mała odmiana po tym, co napisałam poprzednio. Tak więc, wielkie dzięki dla czytających. Niech moc będzie z Wami :)]

15/02/2015

2004. Przyszłość. Nigdy nie jest taka, jak sobie wyobrażaliśmy.

***

"Wszyscy myślimy że będziemy wspaniali. I czujemy się oszukani, gdy nasze oczekiwania nie zostaną spełnione. Lecz czasem nasze oczekiwania do nas nie dorastają. Czasem nasze oczekiwania bledną wobec rzeczywistości. Zaczynamy się zastanawiać czemu mieliśmy jakieś wyobrażenia, bo przez nie stoimy w miejscu. Bez ruchu. Oczekiwania to początek. Nasze życie zmienia to, czego się nie spodziewaliśmy."
Meredith Grey, "Grey's Anatomy"

***

Przyciasna kawalerka, którą wynajmowała Charlotte, składała się z małego przedpokoju, łazienki i pokoju z aneksem kuchennym. Niedużo przestrzeni, jednak wystarczająco dla jednej osoby. Jeszcze pół roku temu znajdowały się tam tylko meble kuchenne i łazienkowe, a teraz, dzięki inwencji twórczej Lotte, talentowi manualnemu jej i przyjaciół oraz bazarom z tanimi rzeczami, miała swoisty urok, całkowicie odpowiadający ekstrawertycznej osobowości lokatorki. Wśród wszechobecnej bieli ścian wyróżniała się jedna pomalowana na granatowo, a na niej widniała biała pięciolinia zajmująca jej centralną część i około 30% powierzchni. Wprawne oko muzyka z pewnością rozpoznałoby zapis utworu "We weren't born to follow" Bon Jovi'ego, jednak większość ludzi zapewne wzięłaby to za przypadkowy wzór. Pod ścianą Charlotte postawiła szafkę z kolekcją płyt i książek oraz sprzęt grający, który milkł tylko wtedy, gdy ta spała bądź była poza mieszkaniem, przez większość czasu odtwarzając utwory z gatunków od nordyckiego ambientu poprzez wszelkie odmiany metalu, rocka, na klasykach z lat 70 i 80 kończąc. Ubrań i butów Ruda na szczęście nie miała dużo, wiec spokojnie mieściła się w małej komodzie i większej dwudrzwiowej szafie, obok której wisiało wielkie lustro w złotej oprawie, może nieco zbyt barokowe i trochę tandetne, ale miało swój niezaprzeczalny urok i czar dawnych lat. Rozkładana kanapa znajdowała się naprzeciwko pięciolinii, a tuż przed nią niska ława, na której zazwyczaj panował totalny kobiecy rozgardiasz. Sporej wielkości okno dawało w dzień dużo naturalnego światła, a w nocy parapet był idealnym miejscem do siedzenia z lampką wina i obserwowania nieba, znaczy tej jego części, na którą pozwalał miejski smog. W gniazdku Charlotte nie brakowało mnóstwa zdjęć, na których były uwiecznione najpiękniejsze momenty jej życia, oraz pojedynczych pamiątek z wizyt w Polsce i Norwegii, których zawsze było jej mało. Kuchnia i łazienka zostały "odziedziczone" po poprzednim najemcy i ewidentnie potrzebowały remontu, jednak na razie Charlie nie mogła sobie na niego pozwolić. Zdawała sobie sprawę, że relatywnie niska cena najmu wiąże się z mocno średnim standardem.

13 luty 2015.

Pół-Polka, pół-Norweżka, wychowana w "Mieście Czarownic", tudzież "Krainie Węgorza - Naumkeag" jak nazwali Salem Indianie. Charlotte Inge, ochrzczona w rzymskokatolickiej, polonijnej parafii św. Jana Chrzciciela, niepraktykująca żadnej religii od pięciu lat, może nieco zafascynowana kultem Wicca ( jak większość dziewcząt urodzonych w Nowej Anglii), ewentualnie dla świętego spokoju przyznająca, że jest Satanistką (oczywiście nie jest to prawdą), dość często miała problem z określeniem swojej przynależności do jakiegokolwiek kręgu. W Polsce była zbyt skandynawska, w Norwegii przejawiała zbyt wiele cech polskich, a na Salem była za mało amerykańska. Jednak gdy z jej ust padało mało cnotliwe "kurwa mać" to jakoś wszyscy rozumieli, bez względu na język, którym na co dzień władali.
Nic więc dziwnego, że mówiła o sobie, że nie posiada żadnej narodowości i wciąż szuka swojego miejsca na ziemi. Od ponad 7 miesięcy próbowała sobie ułożyć życie w Nowym Jorku i jak na razie była od 13 dni szczęśliwie bezrobotna, trwoniąca coraz bardziej topniejące oszczędności i powoli wpadająca w panikę. Charlotte nie wiedziała [za to jej autorka już tak, cóż za wszechwiedząca osoba - przyp.aut], że ta sytuacja odmieni się już dwa dni później, po rozmowie kwalifikacyjnej w pobliskiej remizie strażackiej, gdzie zwolnił się wakat na stanowisku pracowniczki administracyjnej. Poprzedniczka zdecydowała się zbrzuchacić i zająć pilnowaniem płomienia w domowym ognisku, a nie bita w ciemię Ruda bez wahania pobiegła przez zaspy do remizy z rozwianym włosem, dokumentami aplikacyjnymi i zapałem, którym miała oczarować hipotetycznego pracodawcę. Jej pewność siebie nieco osłabła, gdy stanęła naprzeciwko komendanta Waltera Millsa, który budził respekt wysokim wzrostem, dojrzałym wiekiem, silną posturą i chmurnym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu. Na jego biurku, które aż przerażało idealnym porządkiem, stała ramka ze zdjęciem Millsa, jakiejś kobiety i dwójki nastolatków. Charlotte od razu wywnioskowała, że to rodzina mężczyzny i usiadła na wskazanym przez niego krześle.
- Proszę pozwolić mi się upewnić - zaczął Mills, lekko unosząc brew, gdy zerkał na jej CV. - Dlaczego naukowiec chce zostać pracownikiem administracyjnym w mojej remizie? - Spytał, bacznie obserwując rudowłosą kobietę, która zagryzła dolną wargę i uśmiechnęła się, jakby coś ją rozbawiło.
- Chciałabym móc powiedzieć, że to od zawsze było moim marzeniem, ale nie potrafię aż tak kłamać - odparła Rueslatten, postanawiając postawić na szczerość. W końcu Walter Mills zapewne cenił szczerość bardziej niż większość pracodawców, z którymi rozmawiała wcześniej. Tak przynajmniej chciała się łudzić do momentu, póki gość nie wyrzuci jej ze swojego biura. - Myślę, że w tym momencie potrzebuję odskoczni od laboratorium, zmienić środowisko i punkt widzenia. Co nie oznacza, że nie zamierzam nie starać się w nowej pracy, wręcz przeciwnie. Szukam czegoś, co będzie sprawiać mi autentyczną frajdę i nie powodować wypalenia po zbyt szybkim czasie - wyjaśniła, starając się siedzieć prosto i patrzeć komendantowi prosto w oczy. Czytała gdzieś, że to sprawia pozytywne wrażenie. Z drugiej strony nie wolno też przesadnie eksponować swojej pewności siebie, bo to może zostać odebrane jako arogancja. I weź tu bądź mądra, szukająca pracy kobieto! Ach, Charlotte miała szczerą nadzieję, że jej twarz nie przekazywała emocji, które urządzały jej mosh w głowie i powodowały nieopanowaną żądzę wypicia kieliszka mocnego alkoholu. Ok, nie kieliszka. Szklanki. Butelki. Całego wiadra. W sumie nieważne.
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z faktu, że Twoja pensja prawdopodobnie będzie niższa niż ta, którą otrzymywałaś w Instytucie? - Walter Mills nie spuszczał wzroku z kandydatki, bacznie obserwując jej reakcje. Sam nie wiedział, co chciał w niej dojrzeć. Była dość młoda, biła od niej szczerość i nie sprawiała wrażenie zmanierowanej, niechętnej do pracy księżniczki, która będzie przez 8 godzin pracy piłować paznokcie, siedzieć na Twitterze i lajkować głupie obrazki w internecie. Może i w tej dziewczynie było coś więcej, ale czy akurat on miał ściągać na siebie ( i całą remizę przy okazji) armageddon, jeżeli pomyliłby się co do tego dziewczęcia? Dobrze, tak naprawdę zawsze mógł ją wywalić z pracy na zbity pysk i posiniaczone kolana, bo był szefem. Władzą absolutną w remizie 72. Prawie Bozią.
- Jak widać nawet dobre warunki finansowe nie zatrzymały mnie tam, więc to nie jest najważniejsze. - Odpowiedź Charlotte była krótka i jasna w przekazie. Miała szczerze dosyć męczącej psychicznie pracy, z której wracała zbyt zmęczona, by mieć siłę na życie. A zmuszanie się do życia jeszcze nikomu nie wyszło na dobre. Z lekkim niepokojem obserwowała coraz większą niemoc, która zaczynała przejmować nad nią władzę. Gdy poczuła, że odechciewa jej się wychodzić do ludzi, musiała zacząć działać, by nie zamknąć się w układzie praca-mieszkanie-praca-mieszkanie.  
- Myślę, że sobie poradzę - dodała po chwili, przywołując na twarz pogodny uśmiech.
- Zaczynasz w poniedziałek o 8. - Walter Mills uścisnął jej dłoń. - I nie ciesz się tak, wcale nie powiedziałem, że będzie łatwo - uniósł brew z rozbawieniem, widząc nieumiejętnie skrywaną radość u przyszłej podwładnej. - Moi strażacy też nie należą do łatwych do zbycia - ostrzegł, wiedząc jaką falę żartów i zainteresowania zbudzi w remizie nowa osoba, do tego czwarta kobieta.
- Mogę zagwarantować, że nie poddam się szybko i będę godnym przeciwnikiem - zapewniła Charlotte i pożegnawszy się wyszła z biura. Ledwo zdążyła opuścić mury budynku, gdy rozsyłała pozytywne wiadomości do przyjaciół, którzy zapewnili, że wieczorem wpadną do niej i godnie opiją te zacne wieści.

- Charlie, dlaczego Ty masz tyle puszek po piwie? - Spytała Shelly D'Angelo, wysoka blondynka o przepięknych, falowanych włosach, które zawsze wzbudzały podziw i szczerą zazdrość u praktycznie każdej napotkanej kobiety. Shelly zdawała sobie sprawę, że jest piękna, jednak pozostawała normalną, sympatyczną dziewczyną, której tak naprawdę nie dało się nie lubić. W przeciwieństwie do jej rudowłosej przyjaciółki, która budziła dosyć mieszane emocje swoim mocnym charakterem i podejściem do świata. Rzeczona przyjaciółka na to pytanie roześmiała się i wciągnęła odrobinę drinka przez kolorową słomkę.
- Nils i Bam wpadli w zeszły piątek i wszystko opróżnili. Oczywiście zapomnieli po sobie posprzątać, a ja zapowiedziałam braciszkowi, że nie będę jego sprzątaczką. Miał wrócić i zabrać puszki. Jak widać do tej pory się nie pojawił - wyjaśniła, zerkając na zegar, wiszący na ścianie w kuchni. - Inez miała być o tej porze, nieprawdaż? - Spytała, a z pokoju rozległ się głos Cartera Donovana, który był bardzo zajęty pisaniem sms-ów.
- Właśnie napisała, że są korki, ale postara się być jak najszybciej. A Dominic przeprasza, że nie mógł dotrzeć, podobno bardzo trudny przypadek i nie mógł opuścić Waszyngtonu - poinformował, doczłapując się do kuchni. Carter wciąż wyglądał jak student pierwszych lat studiów, emanował chłopięcym urokiem i ekstrawagancją. Budził spore zainteresowanie dziewczyn i chłopaków, jednak gdy mógł to zawsze wybierał panów. Słynął z talentu plastycznego i dobrego gustu, chętnie się bawił i korzystał z uciech życia, ucieleśniając zasady, którymi niegdyś kierowała się bohema. Swoim nastawieniem wiele razy motywował Charlotte do działania i to w sumie on ściągnął ją do Nowego Jorku. Wiele mu zawdzięczała, on jej zresztą też.
- Dominic i jego trudne przypadki - westchnęła Shelly, wyciągając z piekarnika miniaturowe zapiekanki do przegryzienia. - On sam jest trudnym przypadkiem.
- Nie przesadzaj, to chirurg, robi co lubi, jest odpowiedzialny za ludzi - odpowiedziała Charlie, chuchając na chwyconą przed chwilą przegryzkę. - Gdybym moja pasja była moją pracą to też bym się tak zachowywała...
- Ty go ciągle bronisz - przerwał jej Carter, wybuchając śmiechem. Wpakował sobie do ust zapiekankę i dodał, nie przerywając jedzenia. - Kiedy w końcu ogarniecie się na tyle, by być razem?
- Powiedziałam Ci, że nie chcę psuć łączącej nas przyjaźni, nie będąc pewna jego uczuć - warknęła rudowłosa. - I nie mów, kiedy przeżuwasz - dodała, wzruszając ramionami. - To sprawia, że jesteś aseksualny odbiorze!
- Taaaa, aż zwiałaś do Nowego Jorku, żeby zapomnieć, a wciąż nie możesz sobie znaleźć lekarstwa. - Donovan przewrócił oczami, na co Shelly zgromiła go wzrokiem. Jako psycholog miała trochę inne zasady rozmowy z drugim człowiekiem.
- Być może dlatego, że nie szukam - skwitowała Lotte, biorąc od Shell szklankę z wódką z sokiem gruszkowym. - Jest mi dobrze samej.
- Trochę ściemniasz - stwierdziła blondynka, bawiąc się pierścionkiem zaręczynowym. - Poza tym musisz mieć z kim przyjść na mój ślub w sierpniu. Kiedy ostatni raz poznałaś jakiegoś faceta? Poza pracą?
- Goń się - Charlotte wytknęła język na blondynkę i pociągnęła Cartera za ramię do pokoju. - Film czeka! - Oznajmiła, chcąc zmienić temat i po chwili cała trójka siedziała wygodnie na kanapie, zaśmiewając się do łez. Kiedy dołączyła do nich Inez zasypując ich informacjami o pobycie w Phoenix, Charlotte już była pewna jednej rzeczy. Jako nastolatka myślała, że szczęście da jej bogaty mąż, gruby portfel i uwielbienie tłumów. Teraz, siedząc w przyciasnej kawalerce z grupką przyjaciół, popijając tani alkohol i jedząc pseudo ser pleśniowy z supermarketu, czuła się szczęśliwa.
Zwyczajnie szczęśliwa, a to uczucie było więcej warte niż luksusowy samochód. Było wręcz bezcenne, bo nie można było za nie zapłacić. Nie martwiła się tym, co przyniesie jutro. Nie miała na to najmniejszego wpływu. Liczyło się tu i teraz. Ona i najbliżsi jej ludzie, ich gromkie śmiechy i przekomarzanie się, pielęgnowane wspomnienia i fakt, że  miała pewność, że nigdy nie pozwolą jej utonąć...

"Kiedy przychodzi co do czego, wszyscy chcemy mieć kogoś bliskiego. Udajemy, że trzymamy dystans i że nie zależy nam na nikim. Kupa bzdur. Sami wybieramy sobie swoich bliskich, a kiedy już wybierzemy (...), trzymamy się w pobliżu. Bez względu na to, jak skrzywdziliśmy te osoby, warto dbać o tych, którzy z nami zostają, tylko o tych. Choć niektórzy są za blisko. Zdarza się jednak, że potrzebujemy, by ktoś naruszył naszą prywatność."
Meredith Grey, "Grey's Anatomy"


***
 

14/02/2015

2003. Kiedy byłem małym chłopcem to dostałem prętem po jajach

Note:  W tekście występują wulgaryzmy.

Kiedy byłem trochę starszy to dostałem prętem po jajach, łuhu!

- Kurwa, Bam, stop!  Bateria padła – powiedział Cole, uderzając wściekle w kamerę.  Bam, któremu właśnie wyszedł jeden z trudniejszych trików, rzucił deskorolką o ziemię.
- Jak to: „bateria padła”! – wykrzyczał.  – Przecież dopiero co ładowałem to dziadostwo!
- Nie wiem co się stało, brat, nie poradzę.  Będziemy musieli przełożyć nagrywanie na jutro.
- Jutro idę do roboty, jest wtorek – zauważył smutno szatyn.  – Dopiero w sobotę mam czas.  Niech to szlag, obiecaliśmy, że nowy film pojawi się w środę i jak zwykle wyszedł chuj.  Już nam się uzbierała setka subskrybentów, mamy więcej łapek w górę niż w dół i znów wszystko bierze w łeb.  Powiedz mi, stary, czy ja mam pecha?
- Nie wiem czy masz pecha, wiem natomiast, że w sobotę ja nie mam czasu, bo gramy koncert z chłopakami.  W niedzielę też nie mogę, bo będę odsypiał.  Więc nie wiem co zrobisz.
- Wyobraź sobie, że ja też – powiedział z przekąsem Bam.
- Zrób jakiegoś vloga, jesteś całkiem dobry w gadaniu przed kamerą.  Poza tym, twoje vlogi cieszą się niezłą popularnością na kanale, więc…
- Dobra, jebać to.  Idziemy na piwo?
- Okej, ale ty stawiasz, bo ja mam zero.
- Niech ci będzie – westchnął Bran.

Taak, wyszło jak zawsze.  Nie skończyło się na jednym piwie, skończyło się na siedmiu.  Na głowę.

Tak więc Brandon i Cole w okolicach nad wyraz późnej godziny (to była bodajże wpół do czwartej?) powoli zmierzali wężykiem do mieszkania pierwszego z nich.  Skutkiem tego było połowiczne dotrzymanie obietnicy wrzucenia filmiku na you tube.   Połowiczne głównie dlatego, że poniedziałek od kilku godzin był przeszłością, a samo nagranie ze skateboardingiem miało jedną wspólną cechę.  Brandona.

Około czterech godzin później bracia obudzili się (tylko dzięki staraniom budzika wygrywającego o siódmej trzydzieści ostry deathcore) leżąc jeden na drugim w trudnej do opisania słowami pozycji.  W każdym razie wskutek usilnej próby wstania z… (no właśnie, z czego?) wstania, Bam znalazł się na podłodze wśród sterty ubrań rozrzuconych na podłodze.  Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że pod ciuchami znajdowały się różne dziwne i kanciaste rzeczy, a w miejscu, gdzie wylądowała głowa szatyna leżały nowiutkie tracki do deskorolki.  Leżały fartem, bo dzięki temu chłopak (tak, tego człowieka nie da się określić słowem „mężczyzna”;  jest na to stanowczo za młody…  duchem) zdał sobie sprawę, że spóźni się do pracy, jeżeli szybko się nie ogarnie.
Kiedy demon czasu siedzi ci na ogonie i usilnie próbuje cię powstrzymać przed punktualnym dotarciem w jakieś miejsce, zwłaszcza na kacu, możesz być pewien, że za cholerę nie zdążysz.  Tak też się stało w tym przypadku.  Piętnaście po dziewiątej zdyszany i skrzywiony Bam wpadł do skateshopu.  Za kontuarem czekał Matt Bailey, jego szef.  Nie wiedzieć czemu facet uśmiechał się do Brandona.

- Stary, o co ci biega? – zapytał Bam słabym głosem, stając przy kontuarze.  – Wiem, spóźniłem się, ale to jeszcze nic nie oznacza.  Po prostu Cole był wczoraj u mnie i…
- Nie kończ, wiem – odparł Matt.  – W sumie, kto teraz tego nie wie?
- Czy ja o czymś nie wiem? – szatyn spojrzał z ukosa na szefa.
- Chyba tak – Bailey wyciągnął telefon, przejechał parę razy palcem po ekranie i pokazał zdziwionemu chłopakowi.  Okazało się, że był to filmik, dokładnie filmik z ostatniej nocy.  Oprócz braci Carter znajdowały się na nim jakieś trzy nieznane Brandonowi laski i basen na dachu jakiegoś wieżowca.  Powiedzieć, że byli roznegliżowani to jakby nazwać rekina rybką akwariową.  Dość dodać, że potwornie wiało, a temperaturę można było określić jako „w pizdu zimno”.  Na widok tego nagrania Bam otworzył szeroko usta.
- Kurwa, stary, jak to się stało?  - wyrzucił z siebie po dłuższej chwili.
- Nie wiem ile wczoraj wychlaliście, ale przybyło wam subów i lajków.  Co prawda całkiem sporo ludzi uważa to za dno, z czym sam się zgodzę, jednak wychodzi na to, że chyba wam się udało.
- Co się udało?!  I kto to w ogóle tam umieścił?!  Dzwonię do Cole’a - Bam szybko wyciągnął telefon i wybrał numer brata.  Streścił mu pokrótce całą sytuację i obiecał pojawić się w domu za pół godziny.
- Proszę, Matt, daj mi dzisiaj wolne, przysięgam, że odpracuję to w weekend – błagalnym tonem powiedział Bam, patrząc na swojego szefa wzrokiem szczeniaka.  Ten tylko roześmiał się w głos.
- Jasne, stary.  Ale uważaj następnym razem.
- Postaram się – rzucił jeszcze Bam, zanim wybiegł ze sklepu.

- No ja pierdolę, Cole, ja wiem, że my mamy słabe głowy, ale żeby aż tak?!
- Sądzisz, że ja mam pojęcie jak to się stało?  Też kompletnie nic nie pamiętam.  Obiecuję sobie, że nigdy więcej nie wypiję więcej niż jedno piwo, jeżeli nie będzie przy mnie chłopaków.
- Chrzanić to.  Teraz mamy większy problem na głowie.  Trzeba to cholerstwo usunąć.
- Racja, trzeba.  Ale patrz, z drugiej strony to nam przysporzyło fanów.  Spójrz na komentarze.  „Chłopaki, to było zajebiste!  Dawajcie jeszcze raz, to normalnie był hardkor!” – przeczytał Cole.
- „Jeśli myślicie, że to było śmieszne, to jesteście w dużym błędzie, imbecyle.  Teraz każdy myśli, że jak pokaże gołą dupę w internecie to jest fajny.  Zostańcie lepiej przy deskorolce i flash mobach, to wam zdecydowanie lepiej wychodzi” – Bam przytoczył drugi komentarz.  – Taak, nadal twierdzisz, że jest okej?
- No weź przestań.  Przecież nie jest tak źle.
- Jest.  Miały być fajne triki i pieprzone Jackassy, a wychodzi jak zawsze.
- Przecież masz Jackassy, oni dorobili się milionów na pokazywaniu gołej dupy.
- Ale powtórzyć ich sukces nie jest łatwo, głównie dlatego, że dwie takie ekipy to o jedną za dużo.
- Co ty pierdolisz, stary?  Chodziło ci o popularność, nie?  No to ją masz.
- Ale nie o taką, do jasnej cholery! – wrzasnął Bam, zrywając się z krzesła.  – Nie wiem jak ty, ale ja nie chcę, żeby mnie ludzie zapamiętali jako najebanego w trzy dupy idiotę, świecącego gołą kuśką przed kamerą.  Chcę zaistnieć, pokazując im, że nie trzeba być nagim, żeby być sławnym.  Przecież to nie na tym polega.
- Odnoszę niejasne wrażenie, że chyba nie zdajesz sobie sprawy na jakim świecie żyjesz.  Teraz nie liczy się talent, liczy się skandal.
- Tak?  To ja ci jeszcze udowodnię, że nie samą nagością i Minecraftem ludzie żyją.  Żebyś wiedział.

- Koleś, to było niesamowite!
- Ee, do mnie mówisz? – Bam zdziwiony rozejrzał się po sklepie.
- A widzisz tu kogoś innego?  Ten wasz ostatni filmik rozjebał system!
- Masz na myśli kompilację upadków? – dopytał Bam, patrząc niepewnie na rozentuzjazmowanego dzieciaka.
- Tak!  Najlepsze było to jak twój brat przydzwonił twarzą w rampę.  Albo to, jak najpierw wylądowałeś jajami na railu, a potem deska odbiła się od ziemi i jeszcze raz oberwałeś między nogi.  W ogóle zajebiste filmiki macie na kanale i kozacki z ciebie skater.  Wiesz, że dzięki twoim filmom w końcu nauczyłem się fifty-fifty?  - oczy Brandona coraz bardziej się rozszerzały.  – Nie chcę nic mówić, ale może mógłbyś zrobić jakąś instruktażową serię dla początkujących czy coś?  Bo wiesz, fajnie się ciebie ogląda i można łatwo zrozumieć co gadasz, nie?  Tak tylko sugeruję.
- Młody, wiesz, że to nawet niezły pomysł – Bam uśmiechnął się szeroko.  – Jak chcesz, to możesz do nas dołączyć jako model, czy coś w tym guście.  Przydałby się jakiś młodzik do tych filmików z instrukcjami.  Bo nie chcę cię wprost nazywać króliczkiem doświadczalnym.
- Ookej, super – chłopak rozpromienił się.
- Spoko.  Masz tu mojego maila – zaczął Bran, szybko skrobiąc adres na kawałku papieru – Napisz do mnie, to uzgodnimy szczegóły.
- Jasne! – nastolatek uradowany wyszedł tanecznym krokiem ze sklepu.

- I widzisz, Cole.  Mówiłem, że ci udowodnię? – powiedział sam do siebie Bam.

[Okej, ta notka wyszła beznadziejnie, ale tak mnie natchnęło, żeby ją napisać, więc jest :D Wiem też, że króciutka, ale mój mózg odmówił napisania dłuższej formy wypowiedzi :) Wprowadziłam w niej dwie postacie, które zgłosiłam właśnie do zakładki z wolnymi postaciami.
Każdą krytykę przyjmę na klatę, może się czegoś z komentarzy nauczę, kto wie :D To czerwone to je link :P Wesołych waleńtynek :)]

08/02/2015

2002. But I’ll always be invaded by you

31 stycznia 2015 roku, Phoenix
Dzień był pogodny. Słońce leniwie wspinało się po niebie, wędrując coraz wyżej i w miarę upływających minut świecąc coraz ostrzej, a także skutecznie podnosząc temperaturę powietrza, które powoli traciło zgromadzony przez noc, orzeźwiający chłód i stawało się coraz gęstsze, nie tak lepkie jak w letnie miesiące, ale równie ciężkie, zmuszające do upijania co jakiś czas kilku łyków wody w celu zwilżenia gardła.
Dochodziła ósma. Mimo weekendu Phoenix już dawno nie spało, gdzieś w dole szumiały samochody i stukały buty przechodniów, którzy jedynie nieco mniej spiesznie niż w tygodniu podążali w znanych tylko sobie kierunkach. Otwierały się pierwsze sklepy, kilka przecznic dalej zdążył powstać niewielki korek, ruszyła sprzedaż porannej gazety. Miasto, po leniwej pobudce, skutecznie wskakiwało na coraz wyższe obroty, by po kilku godzinach osiągnąć charakterystyczny dla siebie rytm, który miał ulec spowolnieniu dopiero w późnych godzinach nocnych.
Inez od rana bolała głowa. Obudziła się już z tępym bólem ulokowanym za oczodołami, niby niezbyt dokuczliwym, ale wciąż obecnym, na dłuższą metę drażniącym i rozpraszającym. Wiedząc, że ten stan prawdopodobnie będzie utrzymywał się do wieczora, zawczasu połknęła tabletki przeciwbólowe, licząc na to, że nieprzyjemne ćmienie, nasilające się przy intensywniejszym ruchu gałek ocznych, ostatecznie zupełnie niepostrzeżenie odejdzie w zapomnienie. Teraz, siedząc w kuchni i popijając ulubioną zieloną herbatę, której jeszcze nie nauczyła się dobrze parzyć, przyglądała się, jak złota kula sunie ponad szklanymi wieżowcami, odbijając się na ich powierzchni jasnymi, bolesnymi dla wzroku refleksami, lecz Inez zdawała się ignorować skaczące po jej twarzy zajączki, zapatrzona ślepo w jeden niesprecyzowany punkt zawieszony gdzieś w przestrzeni. Spojrzenie miała nieobecne, nieruchome, twarz ściągniętą w grymasie obrazującym zamyślenie, do wtóru z pionową zmarszczką przecinającą wysokie czoło, która stała się dowodem na wciąż towarzyszący jej ból głowy.
Obejmując kubek dłońmi, blondynka bezwiednie zaczęła stukać paznokciami o polakierowaną ceramikę, wspomnieniami wracając do innego poranka, łudząco podobnego do tego dzisiejszego, ale sprzed kilku miesięcy. Mimo iż kobiecie wydawało się, że od tamtego dnia minęło trochę czasu, wspomnienie było wyraźne i żywe, niemalże namacalne i już po chwili siedząca w kuchni Inez znalazła się w zupełnie innym miejscu – na zatłoczonym pomimo wczesnej pory lotnisku, wypełnionym szumem rozmów i komunikatów, turkotem kół walizek i tupotem tysiąca stóp.

— Jak na bufetową kawę, ta tutaj jest zaskakująco dobra. Powiedziałbym nawet, że lepsza niż te, które można dostać na całym lotnisku.
Czekająca na realizację swojego zamówienia Inez odwróciła się powoli, a jej wzrok padł na nienagannie wyprasowany kołnierzyk białej koszuli, spod którego miękko spływał cienki, ciemnogranatowy krawat. Zaciekawiona blondynka lekko uniosła głowę i teraz już mogła zobaczyć, kto był autorem skierowanych do niej słów. Przed sobą miała niewiele starszego od siebie mężczyznę, a przynajmniej tak jej się wydawało na pierwszy rzut oka. Nieznajomy uśmiechał się zaczepnie i Inez nie mogła nie odwzajemnić takiego uśmiechu.
— To dobrze się składa. Rzadko piję kawę, a jeśli już, to tylko najlepszą — stwierdziła i uśmiechnęła się wesoło, po czym ponaglona cichym chrząknięciem kasjerki, wyłuskała z portfela odpowiednią kwotę i zapłaciła. Portfel wrzuciła do przewieszonej przez ramię torebki i chwyciła tacę, na której spoczywała kawa w papierowym kubeczku i zamknięte w plastikowym pojemniku trójkątne kanapki z łososiem.
— Może się pan przysiądzie? — zaproponowała nagle, zerkając na stojącego za nią w kolejce mężczyznę i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę upatrzonego wcześniej wolnego stolika, z każdym krokiem coraz intensywniej zastanawiając się, co ją podkusiło.
Pochylona nad torebką, usłyszała jedynie szuranie odsuwanego krzesła, następnie zaś stukot układanej na stoliku tacy. Nie od razu uniosła głowę, a jedynie uśmiechnęła się pod nosem i dopiero kiedy upewniła się, że ma wszystkie potrzebne dokumenty, przewiesiła torebkę przez oparcie krzesła i wyprostowała się.
— I tak zamierzałem się przysiąść — stwierdził nieznajomy i dla odmiany uśmiechnął się łobuzersko, co z kolei samej Inez przywiodło na myśl zbuntowanego nastolatka.
— Tak? — rzuciła i nieznacznie uniosła brwi, nie kryjąc zaskoczenia. Zaraz jednak uśmiechnęła się lekko i wyciągnęła dłoń ponad stolikiem. — Inez, miło mi.
— Aiden — odparł, wymieniając z nią pewny uścisk dłoni. — I dokąd to się wybierasz, Inez? — zagadnął, jakby byli dobrymi znajomymi i otworzył wieczko swojej kawy. Przez tą krótką chwilę blondynka miała okazję mu się przyjrzeć, lecz nie zauważyła nic ponadto, co spostrzegła już w kolejce do kasy. Aiden był brunetem, z nieco roztrzepaną fryzurą, jakby od pewnego czasu zapominał odwiedzić fryzjera. Jego policzki pokryte były kilkudniowym zarostem, gdzieniegdzie poprzeplatanym nieco jaśniejszymi włoskami. Oczy zaś miał intensywnie niebieskie, jasne, barwy czystego, letniego nieba. Mimo białej koszuli, krawata i spodni wyprasowanych w kant wyglądał nieco niedbale; dorosły mężczyzna preferujący styl niegrzecznego chłopca, jak Inez ich nazywała. I pech chciał, że miała do takich mężczyzn cholerną słabość.
Tracąc zainteresowanie kawą, Aiden zerknął na Inez, a ona uciekła przed jego badawczym spojrzeniem, przysuwając bliżej siebie pojemnik z kanapkami.
— Do Nowego Jorku — wyjaśniła, starając poradzić sobie z plastikowymi zatrzaskami, bardzo charakterystycznymi dla tego typu pudełek.
— Popatrz, ja też. Lot numer 709? — spytał i widząc, że blondynka nie może poradzić sobie z pojemnikiem, bez słowa wyjął go z jej rąk i otworzył go z niespotykaną łatwością, jakby robił to nie codziennie, a co najmniej kilka razy w ciągu dnia.
— Tak, dokładnie ten. I dziękuję — powiedziała i uśmiechnęła się, kiedy Aiden podsunął jej już otwarte pudełko z kanapkami. — Może jeszcze zaraz się okaże, że mamy miejsca koło siebie? — rzuciła, nie kryjąc rozbawienia i teraz już otwarcie przyglądała się mężczyźnie, nie uciekając się do takich sztuczek, jak odwracanie wzroku. Bo niby po co miałaby to robić? Przez kilka pierwszych minut tej rozmowy rzeczywiście czuła się lekko skrępowana, co mogło tłumaczyć jej niechęć do utrzymywania kontaktu wzrokowego, lecz wrażenie to szybko uleciało i Inez zaczynała czuć się tak, jakby miała przed sobą dawno niewidzianego znajomego.
— Wątpię. — Aiden skrzywił się, bawiąc się wieczkiem z papierowego kubeczka na kawę. — Szczęście zwykle mi dopisuje, ale raczej nie aż tak bardzo — dodał jeszcze i uniósł wzrok na siedzącą naprzeciwko kobietę, która także pozbyła się wieczka i upiła pierwszy łyk gorącego jeszcze płynu.
— Rany, faktycznie dobra — przyznała Inez, kiedy już ostrożnie przełknęła, by się nie poparzyć i oblizała usta z pianki. — Bardzo dobra!
— Mówiłem. Co, nie wierzyłaś mi? — spytał brunet i posłał Inez niby to groźne spojrzenie, co spowodowało tylko, że blondynka pokręciła głową i zaśmiała się krótko.
— Co cię ciągnie do Nowego Jorku? — spytała wreszcie, chcąc zaspokoić ciekawość i sięgnęła po kanapkę, bo też czuła, że jeśli tego nie zrobi, to jej brzuch głośno i natarczywie zacznie domagać się zapełnienia.
— Praca. A ciebie? Bo stąd na pewno nie jesteś. Po pierwsze, schodzi ci skóra z nosa. Po drugie, póki co jesteś opalona na raczka. Ładny z ciebie raczek — stwierdził zupełnie bez owijania w bawełnę i uśmiechnął się niewinnie. Biła od niego pewność siebie, nie była ona jednak rażąca, jak zdarzało się w przypadku niektórych osób, które w ten sposób wszystkich odpychały. Aiden zaś przyciągał, co obecnie zarumieniona nie tylko z powodu opalenizny Inez już zdążyła poczuć na własnej skórze.
— Lecę po część moich rzeczy i wracam tutaj. Przeprowadziłam się tydzień temu. Z powodu nowej pracy.
— Czyli na stałe mieszkasz w Nowym Jorku, a na drugi koniec kraju wywiała cię praca? — upewnił się, przyglądając jej się badawczo. Czy on musiał być taki dociekliwy?
— Mhm… — mruknęła tylko, będąc właśnie w trakcie przeżuwania kęsa kanapki, swoją drogą bardzo dobrej kanapki, zbawiennie działającej na pusty do tej pory żołądek.
Nagle Aiden wstał, co było zaskakujące, bo swój kubek opróżnił zaledwie dopiero w połowie. Zerknął na zapięty na lewym nadgarstku zegarek, następnie z góry spojrzał na Inez, która z kolei przyglądała mu się z dołu, serwując mu pytające spojrzenie.
— Muszę już lecieć. Miło było cię poznać, Inez. Do zobaczenia — powiedział, uśmiechnął się i odwróciwszy się na pięcie, ruszył przed siebie.
— No cześć… — bąknęła blondynka, kiedy Aiden zdążył zniknąć w tłumie.

Umywszy kubek po herbacie, Inez zabrała się za sprzątanie. Odpaliła na laptopie ulubioną playlistę i zaczęła od szybkiego ogarnięcia sypialni, gdzie zwykle nie było dużo roboty. Cała zabawa zaczęła się przy pozostałych pokojach, zważywszy na to, że Leon i Kapelutek upodobali sobie ślizganie się na mokrych panelach. Śpiące do tej pory kocury wstały, kiedy tylko usłyszały szum wody nalewanej do wiaderka i aktualnie ganiały się po całym mieszkaniu, w zakręty wchodząc z takim poślizgiem, jakby całą noc oglądały Tokio Drift. Ciekawie wyglądał też start z miejsca, bardzo podobny do tego prezentowanego w kreskówkach, kiedy to, niekoniecznie kot, przez dłuższą chwilę przebierał łapami w miejscu, nie posuwając się ani o milimetr na przód. Tak, to było możliwe w codziennym życiu, Inez parokrotnie widziała to na własne oczy i musiała przyznać, że to komiczne.
W końcu Grant nie wytrzymała i mając dość smug na podłodze oraz latającego wszędzie futra, zamknęła koty w sypialni, po czym jeszcze raz zabrała się na wycieranie podłóg.

Siedząc na swoim miejscu przy małym, owalnym okienku, Inez rozejrzała się dyskretnie, lecz nigdzie w pobliżu nie zobaczyła Aidena. A już na pewno mężczyzna nie zajmował żadnego z miejsc obok niej, które po chwili zostały zajęte przez starsze małżeństwo. Grant westchnęła cicho i sięgnęła po przygotowaną wcześniej książkę, jednym uchem wysłuchując instrukcji stewardessy. Następnie, zgodnie z poleceniem zapięła pasy i wyjrzała przez okienko, przyglądając się, jak wraz z kołowaniem samolotu lekko zmienia się widoczny krajobraz. Jeszcze przed startem w głośnikach rozległ się głos pilota.
— Dzień dobry, z tej strony państwa pierwszy pilot — dało się usłyszeć, a głos lekko zniekształcony przez głośniki płynął dalej. Głos dziwnie znajomy, jak zdążyła zauważyć Inez i zmarszczywszy brwi, oderwała wzrok od okna, wsłuchując się uważnie w kolejne słowa i starając się skojarzyć, skąd ów głos zna. Myśl, że powinna potrafić przypisać go do konkretnej twarzy nie dawała jej spokoju.
— Mam nadzieję, że nikt z państwa niczego nie zapomniał, bo nie będę się wracał po zaginione dziecko czy małżonka. Życzę spokojnego i miłego lotu. Szczególnie uroczej blondynce siedzącej na miejscu numer trzydzieści siedem.
Komunikat pilota zakończył cichy trzask, kilku pasażerów rozejrzało się w poszukiwaniu tajemniczej blondynki, a Inez schowała twarz w otwartej książce, rumieniąc się już po raz drugi tego dnia.

Mimo niegdyś zaliczonego kursu gotowania kulinarne umiejętności Inez nie wspinały się na wyżyny. Wciąż spokojnie plątały się po dolinach, jedynie od czasu do czasu wspinając się na co łagodniejsze zbocza, z których z ulgą schodziły z powrotem na płaski teren, gdzie nie czekały na nie żadne niespodzianki i strome podejścia.
Stąd menu na dzisiejszą kolację było proste. Wręcz jednogarnkowe. Inez nie miała głowy do gotowania, nie dzisiejszego dnia, kiedy podejrzewała, że nie przełknie ani kęsa z tego, co przyrządziła.

Lot minął szybko, książka okazała się na tyle wciągająca, że Grant pochłonęła niemalże całą, od czasu do czasu jedynie robiąc sobie przerwę od lektury i ucinając krótką drzemkę.
W Nowym Jorku wylądowali w godzinach popołudniowych. Inez odebrała swoje bagaże i ruszyła w stronę postoju taksówek, lecz nim zdążyła opuścić lotnisko, ktoś położył dłoń na jej ramieniu.
— Co robisz dziś wieczorem? — spytał właściciel znajomego już głosu.

Stojąc przed lustrem, Inez wygładziła na sobie luźną, błękitną sukienkę i przyjrzała się sobie krytycznie, nieco niezadowolona ze swojego wyglądu. Włosy nie układały się tak, jak powinny, zbyt napuszone po szybkim myciu i suszeniu suszarką. Kreski na powiekach wydawały się nierówne, mimo że spędziła nad nimi pół godziny, co rusz nasączając waciki płynem do demakijażu i zmywając eyeliner, przez co nabawiła się tylko nieładnie zaczerwienionych oczu. Sukienka tu i tam raziła dziwnie układającą się fałdką. Zacięte przy goleniu kolano piekło lekko, rzucając się w oczy nieestetycznym strupkiem. Lakier z jednego paznokcia odprysnął i nie było czasu na poprawki, gdyż wybiła osiemnasta i Inez usłyszała pukanie do drzwi.
Sfrustrowana, niezadowolona, rozdrażniona i zestresowana zamknęła za sobą drzwi do sypialni, przeszła do niewielkiego hallu i otworzyła, witając gościa z taką miną, jakby właśnie została skazana na ścięcie.
— A co to za naburmuszona mina? — Aiden bezbłędnie odgadł, że coś jest nie tak, nie pomógł nawet wymuszony uśmiech, który wyjątkowo Grant nie wyszedł i przypominał raczej nieładny grymas. Tymczasem mężczyzna wszedł do środka, odłożył na szafkę butelkę wina i chwycił blondynkę za podbródek, tym samym zmuszając ją, by na niego spojrzała. Kiedy uciekła wzrokiem gdzieś w bok, cmoknął z niezadowoleniem i Grant powoli, wyraźnie się ociągając, wreszcie spojrzała na bruneta.
— Co jest, piękna? — ponowił pytanie, wpatrując się w nią uważnie i przenikliwie. W takich momentach nienawidziła tych wpatrujących się w nią niebieskich oczu, spojrzenia żądającego natychmiastowej odpowiedzi, wzroku czułego na najmniejszy grymas i wyłapującego najsubtelniejsze nawet kłamstwo.
— Głowa mnie boli — odparła wreszcie, nie do końca mijając się z prawdą, bo choć tabletki pomogły, to wciąż czuła, że coś jest nie tak i że ból gotowy jest w każdej chwili ponownie zaatakować.
— Coś mi tu ściemniasz. Ale niech ci będzie, przynajmniej na razie — stwierdził Aiden i wciąż nie puszczając jej podbródka, musnął jej wargi i uśmiechnął się pod nosem, czując zapach słodkich perfum. Nie zwlekając, odsunął się nieco, chwycił odstawione na bok wino, drugą ręką złapał dłoń kobiety i pociągnął ją za sobą do salonu, doskonale znając układ mieszkania i wiedząc, gdzie powinien się kierować. Butelkę postawił na stoliku, a sam opadł na kanapę, oczywiście ciągnąć za sobą blondynkę, która nie miała wyjścia i roześmiała się, ufanie opadając na kolana mężczyzny, który natychmiast objął ją ramieniem i poprawił się tak, by im obojgu było wygodnie.
— Co słychać? Podpisałaś już umowę z tą firmą, nad którą pracowałaś? — spytał, palcami sunąc po karku blondynki. Inez zaś ułożyła głowę na ramieniu Aidena i przymknęła powieki, zastanawiając się, kiedy przejść do sedna sprawy i poruszyć temat, na którym najbardziej jej zależało. Czuła, jak żołądek zawiązał się w supeł, czuła ten nieprzyjemny i znienawidzony uścisk w dołku, widziała, że ułożone na kolanach ręce trzęsą się lekko. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma.
— Tak jakby. To znaczy, już się z nimi na to umówiłam, na następnym spotkaniu. Także załatwię to i będę miała wszystko z głowy, zostanie mi tylko drobna papierkowa robota — wyjaśniła i przygryzła dolną wargę, kompletnie nie wiedząc, jak skierować tą rozmowę na właściwe tory. Chcąc jednak jak najszybciej mieć ją za sobą, ostatecznie postanowiła nie owijać w bawełnę.
— A później będę mogła wracać do Nowego Jorku.
— Wiem — odparł brunet, tonem dziwnie lekkim i pewnym, i co zabawniejsze, nie powiedział nic więcej. Grant zamarła w niepewnym oczekiwaniu i głośno przełknęła ślinę, uparcie milcząc. Czuła się przy tym coraz bardziej nieswojo, coraz bardziej przestraszona i mimo że to Aiden był sprawcą tego strachu, przylgnęła do niego mocniej, szukając schronienia i mając nadzieję, że zaraz wszystko minie.
Zawsze tak było, kiedy się sprzeczali czy kłócili. Jak do tej pory jeszcze nigdy o rzeczy niesłychanie ważne, ale prędzej czy później różnice zdań pomiędzy dwójką zupełnie różnych osób wychodziły na wierzch i dochodziło do spięć, czasem z błahych powodów, ale jednak. Wtedy Inez, choćby nie wiadomo jak wściekła i rozżalona, zawsze marzyła tylko o tym, żeby już było dobrze. Obojętnie, kto zawinił, obojętnie kto powiedział o jedno słowo za dużo, ona całą sobą chciała zażegnać konflikt i zwykle nie potrafiła gniewać się długo, zwykle też pierwsza wyciągała rękę, nawet jeśli to Aiden zawinił. Przybita z jego powodu, chciała, żeby to także on, nikt inny, odegnał jej smutki, przytulił i powiedział, że już wszystko dobrze i żeby nie kłócili się o głupoty, bo on nie lubi się z nią kłócić.
— I? — nie wytrzymała w końcu, przerywając ciszę, która zawisła między nimi.
— Co i? Mam ci powiedzieć, co będzie, jak wrócisz do Nowego Jorku?
— Tak.
Aiden westchnął i Inez drgnęła niespokojnie, lecz nagle mężczyzna chwycił ją pewnie i przesunął ją tak, że teraz siedziała obok, z nogami przewieszonymi przez jego nogi, zmuszona do obserwowania jego twarzy, czego miała nadzieję uniknąć. Nie lubiła patrzenia sobie w oczy przy tego typu „poważnych” rozmowach, choć rzekomo dorośli ludzie właśnie tak powinni robić. Nie lubiła i unikała tego jak ognia, bo zwykle nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, nie potrafiła przedstawić swoich myśli tak, jakby tego chciała i przez to milczała jak zaklęta, od czasu do czasu wymamrotawszy coś niezrozumiałego.
— Wrócisz do Nowego Jorku na stałe, bo już kiedyś mi to powiedziałaś — oznajmił, pozwalając blondynce spuścić głowę i przebierać między palcami materiał sukienki. — A ja mam dla ciebie dwie odpowiedzi, w zależności od tego, jak odpowiesz na jedno moje pytanie. Odpowiesz?
— Tak.
— Znajdziesz dla mnie miejsce w szafie?
— To jest to pytanie? — spytała Inez, unosząc głowę i spoglądając na Aidena z lekkim niedowierzaniem, nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi, a raczej zastanawiając się, czy on właśnie brzydko z niej sobie nie żartuje.
— To znajdziesz czy nie?
— Znajdę, ale co to ma do rzeczy? — spytała podejrzliwie, walcząc z uśmieszkiem, który chciał wkraść się na jej usta.
— Ano to, że jak ty wrócisz do Nowego Jorku, to ja będę mógł porozmawiać z szefem, może będzie mi w stanie załatwić jakieś przeniesienie, żeby się obyło bez zwalniana i szukania nowej pracy, w końcu to te same linie lotnicze, a ja zamiast w Phoenix wolne dni spędzałbym w Nowym Jorku i dlatego potrzebuję miejsca w szafie. Twojej szafie. Bo nigdzie przede mną nie uciekniesz. No, może udałoby ci się uciec na Alaskę, tam jest zdecydowanie za zimno, miałbym poważne obiekcje przed przeprowadzką… — Aiden wzdrygnął się na samą myśl, po czym posłał Inez wesoły, beztroski uśmiech, wpatrując się w nią i chyba oczekując jakiejś reakcji, bo kobieta milczała, jedynie usta miała lekko rozchylone, jakby zdziwiona tym, co właśnie usłyszała.
— Czyli ty chcesz zamieszkać ze mną w Nowym Jorku? — wydukała wreszcie, chcąc upewnić się, że wyłapała z radosnej paplaniny to, co najważniejsze.
— Chcę. Ale nie wiem kiedy uda mi się wszystko pozałatwiać, z pracą i nie tylko. Ale chcę. I mogę, prawda?
— Możesz! — zawołała, dopiero teraz w pełni pojmując sens tego, co się właśnie wydarzyło i co Aiden powiedział. Strach zniknął, rozpłynął się jak mgła pod wpływem silnych podmuchów wiatrów i odszedł w zapomnienie, zupełnie tak, jakby nigdy go nie było. Zamiast się bać, Inez roześmiała się wesoło i dziwnym trafem nie potrafiła się uspokoić.
— A co tak ładnie pachnie? Bo skoro mamy już za sobą tą najgorszą część dnia, której tak bardzo się bałaś, to mogę wreszcie powiedzieć, że jestem cholernie głodny. I nic nie jadłem przed wyjściem. Bo miałaś zrobić coś dobrego. A to tak ładnie pachnie i przypomina mi, że jestem taki głodny… Głodny…
Aiden podniósł się, przekręcił i całym ciężarem swojego ciała położył na Inez, która, przygnieciona, nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Brunet za to mógł w spokoju powtarzać wprost do jej ucha jak bardzo jest głodny, przy okazji ignorując wszystkie próby wydostania się Inez. Bo tak było zabawnie. Bo ona na przemian denerwowała się i śmiała głośno. A on lubił ją rozśmieszać.

* * * 

8 lutego 2015 roku, Nowy Jork
Nowy Jork powitał ją niską temperaturą i lekko prószącym śniegiem. Inez ciaśniej opatuliła się płaszczem, czując jak chłód przenika aż do kości, lecz nie zraziła się, za to raźnym krokiem ruszyła przed siebie, uśmiechając się od ucha do ucha z wiadomych tylko sobie powodów. Za sobą ciągnęła walizkę na kółkach i choć była ona wyładowana po brzegi, Grant nie odczuwała jej ciężaru, nie przejmując się takimi błahostkami.
Nim wsiadła do taksówki, głęboko wciągnęła w płuca mroźne powietrze, by następnie wypuścić z ust obłoczki pary i uśmiechnąć się jeszcze szerzej. Tęskniła, tak bardzo tęskniła, nawet jeśli to pół roku tak szybko minęło. A teraz wreszcie była w domu.

05/02/2015

2001. Portret rodziny Moore.

Peter, stojąc na środku lotniska z dwiema walizkami, torbą oraz plecakiem, stwierdził, iż powinien kopnąć w tyłek i zarzucić bagażem swoją narzeczoną, gdy tylko ta znajdzie się na miejscu. Co to w ogóle był za pomysł, że sam miał zabrać wszystkie rzeczy, a ta pobiegnie odebrać bilety? Najdziwniejsze było to, że jeszcze przed jakąś godziną ta koncepcja była w jego oczach całkiem słuszna i nawet miała sens. Teraz, gdy został stratowany przez tłum, ubrudzony czekoladowym betonem przez jakiegoś chłopca i omal osikany przez psa, mógł z łatwością stwierdzić, że pomysł był zwyczajnie do bani.
Laqueret i Moore naprawdę nie mogli narzekać na swój czas wolny – nie tak dawno, bo przed świętami, wybrali się do Włoch, do rodzinnego miasteczka dziewczyny. Tym razem również kierowali się do Europy, a konkretniej do Norwegii, gdzie rodzice Petera od lat spędzali zimowe miesiące w swoim pięknym apartamencie dla snobów. Chłopak uważał, że to najwyższy czas, by przedstawić swoją narzeczoną rodzicom i swoją drogą, był tym poważnie zestresowany. Mimo, że gdy tylko zadzwonił ze szczęśliwą nowiną, odpowiedź brzmiała „nareszcie, synku, to w takim razie kiedy wpadacie, bo ja bla bla bla”, to nie mógł się uspokoić. Sama myśl o przeciskaniu się przez zaspy napawała jego serce trwogą, co tu dopiero mówić o skonfrontowaniu się z rodzicami.
- No nareszcie, maratończyku – mruknął chłopak, rzucając blondynce pod nogi jej torbę. Nie czuł się bynajmniej winny, jako że dźwigał jeszcze więcej bagażu, a Martina wprost uwielbiała go wykorzystywać do takich prac.
Laqueret jednak nie zamierzała nosić swojej torby - uważała się za kobietę i... Przecież nie powinna nosić! Zresztą, w jej obecnym stanie noszenie ciężarów nie było wskazane. Właściwie to ten stan towarzyszył jej od urodzenia, więc już od tamtych chwil niczego ciężkiego nie nosiła.
- Peterku, bądź dobrym narzeczonym i pomóż mi!  - Usta wygięła w uśmiechu. Poprawiając torebkę na ramieniu, przelotnie cmoknęła narzeczonego go w policzek. - Wiesz przecież, że nie mogę nosić ciężkich rzeczy.
- Jedynym powodem, dla którego robisz ze mnie tragarza,  to jest twoje lenistwo. Bierz lżejszą torbę i mniejszą walizkę, i to już!
Zaraz potem złapał swoje rzeczy, pokazując blondynce język, po czym ze śmiechem ruszył do przodu, w poszukiwaniach jakiegoś sklepu, gdzie mógłby się zaopatrzyć w coś czekoladowego. Słyszał jak zrezygnowana Martina wlecze się za nim, zapewne przeklinając go solidnie w myślach.

***

Miejsca w samolocie wybrali sobie dość niefortunne, bowiem zostali wciśnięci pomiędzy starszą panią z pieskiem, która łypała na nich groźnym spojrzeniem, a małego dzieciaka, przez cały czas skubiącego rąbek bluzki Laqueret. Peter po pierwszej godzinie nasłuchał się wykładu o jego tunelu w uchu, a także o tatuażach, został wyzwany od grzeszników i wrzucony do piekła. Martina śmiała się za każdym razem, gdy starsza pani – w gwoli ścisłości, Margaret – zaczynała następny pouczający morał dla młodzieży. Trzeba było oddać jej sprawiedliwość, że dzielnie wychowała piątkę dzieci oraz pochowała dwójkę, natomiast małe miała pojęcie o realiach otaczającego ją świata. Moore już trzy razy zabierał się za zagłuszenie jej monologu jakąś starą płytą Artic Monkeys, ale za każdym razem, gdy miał włożyć słuchawki, Margaret zaczynała mówić.
- Powiedz mi, synu, po co ci to? – zapytała, zresztą chyba po raz czwarty, pokazując palcem na jego dziurę w uchu. Wyraz jej twarzy ukazywał zniesmaczenie. Martina natomiast miała niezły ubaw z tego wszystkiego, a starsza pani była według niej naprawdę przezabawna, choć cały czas się powtarzała.
- Mogę pogłaskać pieska? - zapytała w pewnej chwili, nie dając odpowiedzieć Peterowi na pytanie.
- Nie! On nie lubi grzeszników i bezbożników! – krzyknęła Margaret, a część pasażerów zwróciła spojrzenia w ich stronę. Laqueret z niego zabawnym wyrazem twarzy cofnęła rękę, położyła ją na oparciu i niemal jęknęła, zauważając, iż zostało on wysmarowane czekoladą przez małego chłopca, przez to jej ulubiony, kremowy sweterek zmienił barwę na rękawie.
- Peter... Proszę przypomnij mi, jeśli kiedykolwiek będę chciała mieć dziecko, o moim kremowym sweterku, dobrze? – zapytała przez zaciśnięte zęby.
- Bez ślubu i dzieci?! Co to się teraz porobiło? Dzieci powinny się rodzić po ślubie, a nie przed! Trzeba żyć zgodnie z zasadami etycznymi i moralnymi!
- Tak też żyjemy, jesteśmy szczęśliwym małżeństwem od lat czterech, mamy już trójkę dzieci, w tym jedną parę bliźniaków. Dobrze się trzymamy jak na ludzi przed trzydziestką, prawda?
Moore jak do tej pory wcale się nie odzywał, Margaret idealnie sobie dawała radę bez niego, ale teraz po prostu już nie wytrzymał – czuł, że jeśli czegoś nie powie, zaraz wybuchnie jej śmiechem w twarz. Jednocześnie bał się, że zaraz zostanie wręcz zasypany kolejnymi morałami, których już nie zniesie. Nikt by się tego nie spodziewał, ale kobieta po wysłuchaniu Petera wydawała się być w pełni usatysfakcjonowana, a nawet spojrzała na nich z uśmiechem, rzucając kilka miłych słów w kierunku Mirindy. Pieska mogli już głaskać, ile tylko zechcieli, a i dostali po miętowym cukierku.

***

- Trójkę dzieci w tym bliźniaki? - zapytała Martina zaraz po opuszczeniu samolotu, po czym parsknęła cichym śmiechem. Całą drogę to w sobie kryła, aż w końcu mogła go o to zapytać. - Czy ja o czymś nie wiem?
Moore wzruszył ramionami, szczerząc się do niej wesoło, bo w końcu przez to udało im się uczynić pozostałe godziny lotu czymś przyjemniejszym, niż tylko wysłuchiwaniem ciągłych morałów. Przeszli przez odprawę i dość szybko udało im się opuścić lotnisko. Martina stanęła pośrodku chodnika, założyła ręce na wysokości piersi, wskazując na dziwne napisy na budynku lotniska, gdy obok niech przystanęła taksówka.
- Peter... Na pewno jesteśmy w Norwegii?
- Jestem pewien – powiedział, pakując się z nią do samochodu. Nie mógł być bardziej pewny, bo śniegu napadało mu już chyba i do bokserek, cały jego płaszcz się lepił, a włosy wyglądały tak, jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Podał kierowcy adres, który dziewczyna kazała mu zapisać już kilka dni temu, by bez potrzeby nie czekali na lotnisku. – Denerwujesz się?
Blondynka spojrzała na niego, a potem na swój brzuch.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - mruknęła cicho, zapinając pas bezpieczeństwa. - A co jeśli mnie nie polubią? W końcu nie jestem tak idealna jak... - w porę ugryzła się w język.
Martina odwróciła głowę w drugą stronę, aby nie widzieć Petera, natomiast on spoglądał na nią bez żenady, kręcąc przy tym głową i uśmiechając się sam do siebie. Objął dziewczyną ramieniem, po czym pocałował ją w czubek głowy.
- Nie masz najmniejszych podstaw, żeby sądzić, że cię nie polubią.

***

Po rodzicach chłopaka można było się spodziewać wszystkiego – naprawdę wszystkiego – toteż mała impreza niespodzianka nie wydawałaby się czymś dziwnym, gdyby oczywiście nie było to w samym środku odmrażającej tyłki Norwegii i gdyby nie zjechała się prawie cała rodzina. Wujkowie, ciotki, kuzynki, kuzyni kuzynów z rodzicami, dziadkowie cioci kuzynki od strony ojca czy córki przyrodnich sióstr wujków od strony mamy. Jednym słowem, ogromny dom był cholernie pełny ludzi, którzy koniecznie chcieli poznać wybrankę Petera. Jakby obchodziło ich cokolwiek poza jedzeniem, alkoholem i dobrą zabawą na stoku przez najbliższy tydzień.
- Jak się macie? – zapytała matka chłopaka z pretensjonalnym, udawanym brytyjskim akcentem, po czym wycałowała ich policzki, jednocześnie smarując dwójkę czerwoną szminką. Kobieta była ledwie po pięćdziesiątce, natomiast duża suma na koncie rodzinnym pozwalała na wrażenie, iż jest o wiele młodsza. Emerytowana aktorka.
Peter zsunął płaszcz, zabrał kurtkę od dziewczyny i wrzucił je na którąś z półek w szafie, bo wszystkie wieszaki były już zajęte. Skinął w kierunku Martiny z uśmiechem. Ta natomiast rozejrzała się wkoło, nie mając pojęcia, co się tutaj tak właściwie wyprawia. Sądziła, że będą sami. Ona, Peter i jego rodzice. Ewentualnie Aileen, choć tak naprawdę nie przypominała sobie, aby dziewczyna wybierała się ostatnimi czasy do Norwegii. Całego domu ludzi się nie spodziewała i pierwszej chwili zrobiło jej się niedobrze, przez co zbledła straszliwie.
- Dzień dobry... - mruknęła cichutko, mocno ściskając dłoń narzeczonego.
- Dzień dobry, słońce! Myrtle, możesz już zacząć podawać obiad, nasi młodzi zajechali do domu! – I z tymi słowami kobieta wyfrunęła z przedpokoju, przecinając je niemal w kilka sekund, co jakiś czas potykając się lub wpadając na ludzi kręcących się wokoło.
- Peter... Czemu tu jest tylu osób? – jęknęła Laqueret, kiedy tylko zauważyła, iż kobieta się nieco od nich oddaliła.
- Nie mam pojęcia.
Kiedy tylko znaleźli się w salonie, zostali wręcz zaatakowani przez resztę rodziny, a pytania „kiedy się poznaliście”, „długo jesteście razem” oraz komentarze typu „jaka piękna z Was para” jeszcze przez kilka następnych dni huczały im w głowie. Mama Petera nie mogła napatrzeć się na pierścionek zaręczynowy na palcu Martiny, natomiast jego ojciec wdał się z nią w długą dyskusję na temat Rembrandta, którego obraz aktualnie zdobił jadalnie apartamentu. W gruncie rzeczy, rodzice prawdopodobnie od początku założyli, jak muszą traktować Laqueret, żeby jej nie przytłoczyć, natomiast nie pomyśleli, że czterdzieści osób z rodziny może to zrobić za nich.
O siedemnastej podali kolację. Po prawej stronie Petera siedzieli jego rodzice, a Martina niestety siedziała na przeciwko, wciśnięta pomiędzy obie siostry jego matki, straszliwe plotkarki.
- Jesteś w ciąży? – rzuciła jedna z nich od niechcenia i jakby nigdy nic, dalej zajadała się zupą z grzybów matsutake.
Martina spojrzała na zupę i o mało co nie zwymiotowała. Z nerwów kolejny raz zrobiło jej się niedobrze, a zapach znienawidzonych przysmaków tylko to potęgował. Sięgnęła po jedno winogrono, którym o mało co się nie udławiła, słysząc pytanie jednej z ciotek.
- A wyglądam jakbym była? - zapytała i wymownie spojrzała na swój brzuch. Aż tak bardzo to nie przytyła. - Nie. Na dzieci przyjdzie jeszcze czas. Póki co mamy dwójkę już nieco odchowanych i to nam wystarczy - zapewniła i spojrzała na Petera. Gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno by nie żył, dokładnie w tej chwili leżałby trupem, a jego kończyny byłyby w całkiem innych kątach pokoju, zwłaszcza, że właśnie był zajęty zabawianiem jednej ze swoich małych kuzynek i nawet nie zwracał na nią uwagi.
- Nie jesteście zbyt długo razem, czy to nie za szybko na oświadczyny? – zapytała druga z nich. Chyba powzięły sobie za misję doprowadzenie dziewczyny do pasji. Na szczęście od odpowiedzi uratował Martinę ojciec Moora, który właśnie wstał, by coś powiedzieć. Chociaż „uratował” to chyba niezbyt dobre stwierdzenie.
- Chciałbym poinformować wszystkim o czymś, o czym wszyscy chyba doskonale już wiedzą. Jakiś czas temu mój syn oświadczył się swojej dziewczynie i za ich szczęście chciałbym wznieść toast!
Wszystko byłoby w najzupełniejszym porządku, ale właśnie w tej chwili zdarzyły się trzy rzeczy: po pierwsze, zupa z grzybów nie przyjęła się zbyt dobrze i siedmioletnia dziewczynka zwymiotowała wprost na koszulę Petera, po drugie, pies rasy alaskan malamut, przez wszystkich znany jako Alfred, wpadł do domu i rzucił się prosto na stół, a po trzecie, przez ogólne zamieszanie ojciec Petera fiknął do tyłu, upadając prosto na lewą rękę. Chłopak czym prędzej ruszył w kierunku łazienki, wszyscy goście powstawali, pies latał po pokoju jak szalony, a spod stołu dało się słyszeć „ręka złamana, halo, czy ktoś pomoże mi wstać, halo!”. Martina przeżyła bardzo wielki szok. Nie za bardzo wiedziała, co powinna robić - ratować koszulę Petera, ratować jego ojca czy ratować jedzenie przed psem. Z otwartymi oczami i ustami wpatrywała się w to całe zamieszanie i dopiero kiedy jako-tako się uspokoiła, znalazła dla siebie idealne miejsce. Zajęła się głaskaniem psa, aby ten nie narobił więcej szkód. Zwierzak chyba ją polubił, choć możliwe, że to ze względu na to, że pachniała niczym wędzonka, z którą miała styczność, ponieważ misa z sosem upadła na jej spódnicę.

***


- To była katastrofa – zawodziła matka Petera. Paliła papierosa za papierosem, za nic mając sobie fakt, że połowa ludzi przy stole dalej je śniadanie. – W dodatku tatuś złamał rękę!
Na szczęście dla Moora i Laqueret, większość ludzi wyniosła się jeszcze w wieczór imprezy, każdy do hoteli lub innych apartamentów w tym samym mieście, toteż przy następnym śniadaniu zasiadali tylko oni, rodzice chłopaka, kilka ciotek oraz wujków i cała zgraja dzieci. Nastroje jednak po się pozmieniały, każdy miał ubaw z wypadków poprzedniego dnia.
Martina usiadła przy stole, rozejrzała się wokoło i przesiadła się bliżej Petera, po czym delikatnie ścisnęła go za kolano.
- Czy do jedzenia są przyczepione jakieś sznureczki? Wiesz, jajka to wezwanie psa, majonez i dziewczyna w różowym zaczyna wymiotować, sałatka i nagle ta kobieta pyta o ślub...
- To by było genialne! – wykrzyknął chłopak z uśmiechem. Zaraz zabrał się za górę omletów, którą sobie już naszykował na talerzu, a na którą nie mógł się wprost napatrzeć – bita śmietana, sos czekoladowy, lody waniliowe i wszystkie dodatki, jakie tylko dało się jeszcze zmieścić na talerzu.
- Martina, kochanie, mam nadzieję, że nie pomyślisz, że jesteśmy kompletnie szurnięci – powiedziała matka Petera, uśmiechając się z delikatnym zakłopotaniem. Taka znowu nie emerytowana aktorka. Ojciec chłopaka w dodatku roześmiał się tak serdecznie, że wzbudził zainteresowanie całego stołu, włącznie z pokojówkami, które gdzieś tam przemykały korytarzami.
- Powiedz, powiedz, synowo, czy wczorajszy wieczór nie był przezabawny?
Peter wzruszył ramionami, spoglądając na Laqueret przepraszająco – cóż nie mógł nic poradzić na to, że miał naprawdę zakręconą rodzinę, jeśli słowo „zakręceni” to nie za mało.
- Synowo? - powtórzyła cicho, śmiejąc się pod nosem. - Było zabawnie. Macie państwo naprawdę wspaniałego psa... - przyznała, odgarniając niesforne kosmyki włosów, a w tej samej chwili państwo Moore roześmiali się, spoglądając na Petera. Psa, a nie syna? Skubnęła kawałek omleta z lodami z talerza Petera, to był jej taki dziwny zwyczaj, podkradania mu jedzenia. - Jesteście państwo naprawdę zabawni i wspaniali. Moi rodzice są... Poważniejsi.
- Ciesz się, że jeszcze nie poznałaś mojej babci – mruknął Peter, upijając sporego łyka Chardonnay, a Martina spojrzała na niego z przerażeniem.
- Babci?

Martina&Peter

04/02/2015

[2000] Ile trzeba tego zeżreć, żeby nie chcieć umrzeć?


„Hipotermia,
Zimny wiatr owiewa ślad po niespełnionych marzeniach,
Gdzieś tam głęboko na dnie mojego zmarzniętego serca,
A ja nie umiem znaleźć w sobie światła, nawet w świetle dnia.”

[1]


Candy była bardzo rozrywkową dziewczyną. Nie było w tym nic dziwnego, miała piękne ciało, długie blond włosy i duże cycki. Jednym słowem: była piękna. A najpiękniejsze było w niej to, że po kilku drinkach wychodziła z niej puszczalska zdzira, która za darmowy alkohol i parę groszy robiła praktycznie wszystko. W gruncie rzeczy nikogo nie obchodziło to, czym zajmowała się Candy, gdzie mieszkała, czy może miała jakąś rodzinę albo faceta. Liczyły się tylko duże cycki, tyłek i mini sukienka, którą zawsze na sobie miała. Przynajmniej wtedy, kiedy nie była pieprzona w kiblu.                
                Candy miała bowiem kilka życiowych zasad, których od zawsze starała się przestrzegać. Nie chodziła do łóżka z dzieciakami, to po pierwsze. Była to chyba najważniejsza zasada, zwłaszcza że sama miała dopiero dwadzieścia lat. Nie chciała nigdy brać narkotyków. Wydawało się jej, że uczciwie przestrzega tej zasady. Trudne, szczególnie jeśli się imprezuje w takim trybie. Ostatnia zasada? Nigdy nie zadawać się z psiarzami.
                I gdyby tylko Candy nie złamała ani jednej ze swoich zasad tego wieczoru, to wydarzenia które miały miejsce później byłyby jedynie fikcją.

[2]


                Joseph Hunter należał do osób, które nie przepadały za „podawalniami wódki”. Nawet po dużej ilości alkoholu, a może nawet głównie po takiej dawce rozglądał się po lokalu, szukając wszędzie morderców, ofiar i złodziei. W głowie tworzyły mu się historie, w których na zapleczu lokalu barman zabijał przypadkową dziewczynę, naćpany chłopak znika w łazience, gdzie po chwili znajdują zwłoki, a bramkarz stojący przy wejściu tłucze pijanego nastolatka butelką.
                Wolał więc unikać takich miejsc, by nie wpaść w paranoję. Niestety, tym razem nie miał po prostu wyjścia. Cały wieczór zastanawiał się, kto wpadł na tak durny pomysł i zorganizował imprezę pracowniczą w zwykłym lokalu, bez żadnego planu, ot tak sobie. Pewnie wpadła na to nowa trupiarka, wyglądała na stałą bywalczynię takich miejsc. O dziwo, wszyscy byli zachwyceni i zapijali się na umór whiskey i zwykłą wódą. Joseph w ciągu kilku godzin wysączył jedynie jedną butelkę piwa, obserwując ludzi, jak miał to w zwyczaju.
                - Przynieść ci następne piwko? – Usłyszał po raz kolejny damski głos przy swoim uchu, od którego miał ciarki na plecach. Nie, nie z podniecenia. Był wściekły na tą kobietę. Dlaczego? Lubił Caroline, starą trupiarkę. Ufał jej, jak chyba nikomu na tym pieprzonym wydziale. A ta wredna kokietka bez najmniejszych skrupułów wykopała Caroline z posady. Za to miał pić kolejne piwo?
                - Nie, dzięki – odburknął pod nosem, po czym wstał z kanapy i ruszył do baru. Szkoda, że klienci nie zdawali sobie sprawy z tego, że ta rozbrykana gromadka to niemal cały skład, który powinien bronić ich przed mordercami i psychopatami. A jeśli wszyscy są napierdoleni, to kto się zajmie bezbronnymi ofiarami?
                Nikt nawet nie pomyślał o tym, by zaprosić tu Caroline. Ostatnie spotkanie z ekipą. Z DOBRĄ ekipą.
                Rozjuszony Hunter usiadł przy barze i zamówił piwo. Nie miał zamiaru wracać do współpracowników, wolał wypić jeszcze jedną butelkę i niepostrzeżenie wymknąć się do mieszkania.
                - Mogę coś dla ciebie zrobić?
                - Odpieprz się, Addison – warknął, zaciskając dłoń na zimnej butelce piwa.
                - Addison? Mam na imię Candy – mężczyzna zmarszczył brwi i odwrócił się do posiadaczki perlistego śmiechu, którym kobieta zaszczyciła go po swoich słowach. Na pierwszy rzut oka wyglądała na dziwkę. Niestety, przypominała mu też kogoś, a samo wspomnienie ukłuło go boleśnie gdzieś tam, w sercu, albo w podświadomości.
                - Wybacz Candy, ale nie jestem zainteresowany – Hunter upił spory łyk piwa, zostawił na blacie gotówkę i skierował się do wyjścia. Nie miał najmniejszej ochoty na przepychanki słowne z Addison, na oglądanie pijanych stróżów prawa, ani tym bardziej na dyskusje z Candy, która wyglądała jak jego była żona.

                Resztę wieczoru Hunter spędził leżąc na materacu i próbując sobie przypomnieć choć jedną miłą chwilę, którą spędził z Leą. Niestety, bezskutecznie.

[3]


Ekipa policyjna nawet przez chwilę nie zwróciła uwagi na nieobecność Huntera. Nie zwróciła też uwagi na Drou idącego do damskiej toalety.

[4]


Christopher Montgomery od samego początku uważał Huntera za nieudacznika. Już od pierwszej chwili, kiedy z udawanym uśmiechem ściskał jego kłamliwą łapę wiedział, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. I miał rację.
                Przez lata obserwował, jak ten śmieć niszczy jego siostrę. Widział, jak każdego dnia ulatuje z niej życie. Ostatecznie to on musiał się nią zająć, bo pieprzony pan detektyw uciekł, gdy zrobiło się ciężko. To on wiózł Leę do szpitala po śmiertelnej dawce tabletek, to on zmieniał opatrunki na rękach po kolejnym podcinaniu żył, to on patrzył, jak lekarze zakładają jej kaftan i wiozą do psychiatryka.
                I co z tego, że po roku wróciła do domu, niby odmieniona? Christopher nadal musiał się nią opiekować i oglądać ten wrak, którym była kiedyś jego siostra. On, dzieciak. Miał dopiero osiemnaście lat, a widział już wiele, zbyt wiele.
Kiedyś, jak był młodszy, mógł jedynie przyglądać się wszystkiemu. A teraz przyszedł czas, by wziąć sprawy w swoje ręce. Nikt nie będzie bezkarnie krzywdził jego siostrzyczki. 


[5]



Victor miał za sobą cholernie ciężki dzień. Zmiana otoczenia, całkowita zmiana dziennych rytuałów, spędzanie wielu godzin z upierdliwą i pedantyczną Addison. Fakt, było to dopiero niespełna kilka dni, ale miał już szczerze dosyć tej laski, nie rozumiał jej fenomenu, ani powodu, dla którego chciała z nim pracować. Na początku cieszył się ze zmian, jednak w tej chwili miał już dosyć ciągłego opieprzania i poprawiania. Był dobry w tym, co robił, a to, czy podczas sekcji palił papierosa albo jadł kanapkę to już wyłącznie jego sprawa. Może i był bałaganiarzem, ale w pracy był najlepszy.
                Drou miał wady, jak każdy. Miał słabość do papierosów, alkoholu i pięknych kobiet. Był jednak niegroźny. O ile można tak powiedzieć o facecie, który jednym sprawnym cięciem może wypruć ci flaki.
                Całe dnie spędzał więc w pijalniach alkoholu, oczywiście jeśli nie był w pracy. Owszem, przychodził czasem pijany do roboty, ale nie miało to żadnego wpływu na jakość pracy. Lubił też czasem załadować w kanał, ale co z tego? Był cholernym ekspertem od pieprzonych zwłok. Dobrze wiedział, na co może sobie pozwolić i nikt nie powinien wpieprzać się w jego życie. A już zwłaszcza nie Addison Brown, która nie widziała niczego, poza czubkiem swojego nosa.
                Nie ucieszył się na wieść o imprezie pracowniczej. Miał zamiar spędzić całe popołudnie w pobliskim pubie, popijając spokojnie zimną wódkę. Nie chciał jednak wyjść na ostatniego gbura, bo nie był nim. Tak więc załadował sporą dawkę mety, wypił kilka kieliszków i w dobrym już nastroju ruszył na spotkanie.   

                Addison strasznie cieszyła się na myśl o imprezie pracowniczej. Bo to ona ją organizowała. A jak wiadomo, wszystko, za co się brała było idealne. Tak więc zrobiła sobie dzień wolny w pracy, nie miała zamiaru śmierdzieć trupem tego wieczoru, wykonała parę telefonów i przejechała się do kilku lokali osobiście. Znalazła jeden taki, który miał dodatkową, nieco ukrytą przed klientami salę. Była nieduża, wyglądała bardziej jak wnęka. W każdym razie mogli spokojnie odciąć się od reszty klienteli nie rzucając się w oczy.
                Potrzebowała też dnia wolnego z zupełnie innej przyczyny. Miała dosyć fanaberii Drou. Wszędzie wciskał ten swój pusty łepek, z którego wiecznie sterczał wymiętolony papieros. W całej kostnicy nie śmierdziało już trupem, ale Vicem, czasem zastanawiała się, kiedy ostatni raz brał prysznic. A może to te ubrania? Brr, wolała się w to nie zagłębiać, na samą myśl miała odruch wymiotny. Wściekała się, kiedy przypadkiem jej dotykał, albo łapał za rękę. To jak dotyk oślizgłej meduzy podczas kąpieli w morzu.
                Już od pierwszego dnia zastanawiała się, co strzeliło jej do głowy, że poprosiła o Vica. Przecież go znała, wręcz doskonale. Wiedziała, jakie ma nawyki, wady i zalety. I mimo to nadal chciała z nim pracować. Cóż, przede wszystkim wolała jednak pracować z Josephem. Był młody, utalentowany, przystojny … Nie to co Vic. Nie to co inni faceci. Miał w sobie to coś, co zmusiło ją do przejechania tak długiej drogi, by tylko uścisnąć jego dłoń. Niestety, skończyło się właśnie na tym. Bo z jakichś niewiadomych powodów Hunter – jeśli już się odzywał – to burczał pod nosem i warczał na nią, z czego wywnioskowała, że prawdopodobnie zalazła mu czymś za skórę. A tak bardzo liczyła na bliższe relacje, trochę ciepła. Niestety detektyw Hunter był nieugięty, co postanowiła zmienić na imprezie pracowniczej. Kobiety miały te swoje ukryte sposoby.
                Szczególnie, jeśli chciały przy okazji wkurwić byłego chłopaka. Ciekawe, czy uda się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

[6]


                Christopher nigdy nie był dobrym chłopcem. Już od samego początku sprawiał wszystkim mnóstwo problemów. Miał jednak swoje zasady, swój honor i był uparty, co nie wróżyło dobrze.       Drogę do Nowego Jorku pokonał samochodem. Wynajął na kilka dni opiekunkę, która miała pilnować Lei, po czym ukradł samochód i ruszył w drogę. Oczywiście, że nie miał prawa jazdy, z nim byłoby o wiele nudniej. Na miejscu odnalazł Huntera, co nie było zbyt trudne. Pracował w wydziale morderstw, kilka godzin w samochodzie zdało egzamin. Nie miał zamiaru go śledzić, bardziej podobała mu się kobieta, która za nim wyszła. Widział ich kłótnię, więc postanowił ruszyć za nią. Spędziła cholernie nudny dzień, więc gdy wszedł za nią do kolejnego baru, w którym z tego co usłyszał planowała imprezę pracowniczą postanowił zostać i napić się czegoś. Mógł poczekać, bo był prawie pewien, że Hunter się zjawi. Wypił więc spokojnie kilka piw i zajął miejsce w najciemniejszym rogu sali.
                Nudził się straszliwie, postanowił więc poderwać jakąś panienkę. Był teraz w Nowym Jorku, więc wypadało zaszaleć. W oko wpadła mu głupiutka blondynka, która siedziała w barze niemal tak długo jak on. Rzucała się w oczy, bo pomimo wczesnej pory była nieźle pijana i zaczepiała mężczyzn ze szklaneczką w dłoni. Większość swoich drinków rozlewała po podłodze, ku konsternacji barmana. Ale o dziwo nie zwrócił jej uwagi, biegał tylko co jakiś czas ze szmatą, klepiąc ją w tyłek. Christopher postanowił postawić jej drinka. Przyszła za nim do stolika, sącząc przez słomkę wódkę z colą. Chłopak uśmiechał się tylko, czekał na chwilę, kiedy pigułki, które dorzucił jej do drinka zaczną działać.
                Zbliżał się już wieczór, ucieszył się, kiedy zobaczył sporą grupę ludzi zajmujących miejsca po przeciwnej stronie lokalu. Jedną z tych osób był Joseph Hunter, zasrany detektyw.
                - Może pójdziemy do mnie, Candy? – Zapytał swojej towarzyszki, uśmiechając się do niej łobuzersko. Candy zmierzyła go wzrokiem, po czym po prostu roześmiała się.
                - Słoneczko, ile ty masz lat? Piętnaście? Z dzieciakami nie sypiam – odparła rozbawiona. – Dzięki za drinka, ale na mnie już pora – śmiejąc się głośno odeszła w kierunku baru, pozostawiając dygoczącego z wściekłości Chrisa przy stoliku. Poza tym, wpadł jej ktoś inny w oko, ktoś, kto uciekł właśnie od swoich przyjaciół i stał samotnie przy barze.
                - Mogę coś dla ciebie zrobić? – Zapytała kokieteryjnie, wypinając pierś.
                - Odpieprz się, Addison – usłyszała w odpowiedzi, na co zareagowała jedynie melodyjnym śmiechem.

[7]


Był wściekły. Na tą dziwkę, która go olała. Na Huntera, który spierdolił. Na samego siebie, że niczego dziś nie zrobił. Jak inaczej mógłby wytłumaczyć krew na swoich dłoniach i koszuli? Umył szybko ręce, ubrał bluzę. Już miał wychodzić, kiedy drzwi raptownie otworzyły się i stanął w nich jakiś mężczyzna. Był nawalony jak szmata, a Chris działał szybko. Uderzył mężczyznę w twarz, a później wstrzyknął mu dawkę narkotyku.
Gdy tylko opadł z sił położył go na kobiecie i zabrudził jego dłonie krwią. Mężczyzna wyglądał jak menel. Miał skórzaną kurtkę, długie włosy i zniszczoną cerę. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że zgwałcił i brutalnie zabił piękną kobietę. Pijany i naćpany. Zadowolony Chris wyszedł niepostrzeżenie z łazienki, następnie z lokalu. Kiedy był przy wyjściu usłyszał przenikliwy, damski krzyk. Wzdrygnął się tylko i wyszedł na zewnątrz.

- Jestem z policji, przepuśćcie mnie – szepty urwały się, zapanowała nieznośna cisza. Addison zakrywała usta dłonią, ktoś zwymiotował. – Zabierzcie go na komendę, jest nawalony jak szmata. I wezwijcie jakiegoś koronera, najlepiej Caroline. W coś ty się wpakował, Drou …

Vic obudził się w celi. Miał ogromnego kaca, czuł się jak rozgnieciona puszka. Z poprzedniego wieczoru niewiele pamiętał, film urwał mu się niecałą godzinę po tym, jak rozpoczęli imprezę. A później były już jedynie niewyraźne obrazy i urywki, które nie miały ze sobą nic wspólnego i nie wnosiły niczego nowego. Pewnie wsadzili go tu dla żartu, albo po prostu był tak napruty, że potrzebował wytrzeźwiałki. Miał nadzieję, że szef, który właśnie wchodził do celi wytłumaczy mu, o co w tym wszystkim chodzi.
- Drou, do cholery! Coś ty odpierdolił! – Mężczyzna widząc zdumioną minę Vica przetarł jedynie dłonią czoło. – Będziesz oskarżony o morderstwo tej pieprzonej dziwki! Pamiętasz coś z wczoraj w ogóle, czy byłeś tak najebany, że urwał ci się film?
- Jakiej dziewczyny, kurwa, ja niczego nie zrobiłem! Przestańcie sobie robić ze mnie jaja i wypuśćcie mnie, to już nie jest śmieszne!
- Myślisz, że mi jest kurwa do śmiechu? Znaleźli cię wczoraj w kiblu ze zwłokami, byłeś cały upierdolony w jej krwi. Drou, do cholery, nie będę w stanie tego zatuszować! Pieprzone hieny z wiadomości trąbią o tym od rana!
- Ale ja niczego nie zrobiłem! A już zwłaszcza nie zabiłem jakiejś pieprzonej dziwki! – Szef rzucił mu sprawozdanie z miejsca przestępstwa.
- Myślisz, że mnie to bawi? Pod nosem elity policji zamordowano i zgwałcono dziewczynę. Media nie zostawiają na nas suchej nitki. Czy pamiętasz coś? Nawet najdrobniejszy szczegół może nam pomóc.
- Nie będzie takiej potrzeby, Danielu – obaj odwrócili się, słysząc damski głos. Do celi wślizgnęła się Caroline, o ile można było powiedzieć to o kobiecie, która była grubo po pięćdziesiątce i utykała na jedną nogę. – Victor jej nie zgwałcił, a już wątpię, żeby zabił. Zrobiłam badania DNA, wykluczyły one Victora jako gwałciciela. Sugeruję więc obejrzeć dokładnie nagrania z wczorajszego wieczoru, bo morderca wciąż jest na wolności – zrobiła krótką przerwę dla nabrania powietrza. – I daj kilka dni wolnego swojej nowej koronerce, bo zachowuje się jak zbity kot – szef przeniósł wzrok z Caroline na Vica. I bardzo długo go obserwował.
- Caroline, jeśli chcesz, to proszę, żebyś zajęła swoje stanowisko pracy. Nie na kilka dni, na stałe. Nie powinienem cię przenosić, wybacz. Addison niech weźmie sobie urlop, a ty Drou spieprzaj do domu i nie wychodź, do chwili rozwiązania sprawy. I sprowadźcie tu cholernego Huntera!

[8]


                Joseph spędził kilka godzin na analizowaniu nagrań z wieczoru. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wiedział, kim była ta dziewczyna. Zaczepiła go tego wieczoru przy barze, tuż przed wyjściem. Miała na imię Candy? Była taka młoda, kurwa. Jedyną pozytywną wiadomością w tym wszystkim było to, że Victor był niewinny. Nie lubił go, ale gdyby jednak to on zabił, to cały jego wydział byłby pod lupą, a kilku ludzi wyleciałoby na pysk. Kolejnym pozytywnym aspektem było to, że Caroline wróciła na swoje stanowisko i to prawdopodobnie na stałe. Była naprawdę miłą osobą. Nigdy niczego nie przeoczyła, pomimo swojego wieku była szybka i dokładna, zawsze miała gotową odpowiedź i ripostę na zaczepki Josepha. Mógł z nią pożartować i udawać że ją podrywa, przynosząc jej czasem pączka do kawy. Trochę jak taka ekscentryczna ciotka, która z jednej strony cię przeraża, a z drugiej intryguje, dlatego wiecznie u niej przesiadujesz.
                Faktycznie, na nagraniach widać było wyraźnie, jak jakiś dzieciak wchodzi za Candy do łazienki, później widać nawalonego Vica jak wpada do toalety, a już w następnej chwili wychodzącego dzieciaka, który ogląda się nerwowo za siebie. Dziwne, bo ten dzieciak wydawał się Hunterowi z jakichś powodów znajomy. Przejrzał wcześniejsze zapisy i okazało się, że Addison przyszła z nim do pubu. Albo on przyszedł za nią, bo ją śledził. Kurwa, musiał do niej zadzwonić, a była to ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę.
                Idąc do biura zastanawiał się nad twarzą tego dzieciaka. Czy przesłuchiwał go kiedyś? Może widział go kiedyś na komendzie? A może po prostu znał go już dużo wcześniej?
                Nagle zatrzymał się w pół kroku. Myśli, które przemknęły mu przez głowę zmroziły go do szpiku kości. Czy …? Czy ten dzieciak to …? Zawrócił i wpadł do pokoju techników jak tornado.
                - Znajdźcie mi jego twarz, najbardziej wyraźne ujęcie, jakie się kurwa da – warknął, a jego dłonie nagle zaczęły się trząść. W głowie myśli buzowały mu jak wulkan podczas erupcji i niewiele tylko brakowało, żeby tak jak lawa w wulkanie mózg wypłynął mu uszami. Powtarzał sobie tylko w kółko „to nie ty, prawda?” i okłamywał sam siebie, choć tak naprawdę dobrze wiedział, kim jest morderca. Technicy pokazali mu powiększoną twarz dzieciaka. Jego oczy, łobuzerski uśmiech i rysy twarzy, które Hunter tak bardzo kiedyś kochał.
                - Kurwa! Kurwa! Kurwa! – Wrzasnął i zrzucił z biurka stos papierów.
                - Szefie, nooo… Będziemy musieli to układać przez najbliższy miesiąc …
                - Sorry, Mike.

                Nie miał zielonego pojęcia, gdzie szukać Chrisa. Mógł być wszędzie i nigdzie. Może już dawno wyjechał z miasta. A może popełnił samobójstwo i leży już w kostnicy, podczas gdy on rzuca się jak popieprzony. A może jednak się mylił? Może powinien zadzwonić do jego siostry? Nie, tego chyba nie powinien robić. Rozmowa z Leą mogłaby wszystko pogorszyć. Kurwa, ta sprawa była chyba jeszcze gorsza od tej, którą wtedy rozwiązywał. Skoro nie potrafił znaleźć dzieciaka w środku pola, to co dopiero teraz miał powiedzieć? Jak znaleźć cholernego gówniarza w tej pieprzonej metropolii?
                Kurwa, to wszystko to jego wina.
                A co, jeśli …?
                … jeśli Chris znajdzie się sam?
                Może wcale nie musiał go szukać? Może to Chris szukał jego? Może był tu cały czas, w jakimś aucie na parkingu, albo w restauracji naprzeciwko? Nie zastanawiając się zbyt długo poszedł do gabinetu szefa poprosić o dyskretną obserwację dla siebie. Być może był to fałszywy trop, ale nic innego przecież nie miał. Musiał zaryzykować i spróbować.

                Cholerna zima. Christopher pocierał skostniałe dłonie, chuchając na nie co jakiś czas dla rozgrzania. Był ciepło ubrany, ale samochód szybko się chłodził, nawet w ciągu tych kilku sekund, kiedy wychodził na zewnątrz, by zapalić papierosa. Nie palił w środku nie dlatego, że chciał zadbać o auto. Nie miał zamiaru po prostu siedzieć cały dzień w tym smrodzie. I tak było już źle. Od kilku dni nie brał prysznica, w baku kończyło się paliwo, a on nadal nie zrobił niczego w kierunku udupienia Huntera.
                Zastanawiał się, czy nie pójść może do restauracji i nie zamówić sobie gorącej herbaty i czegoś do jedzenia. A jeśli wtedy Hunter wyjdzie, a on tego nie zauważy?
                - Kurwa – syknął pod nosem, co wyglądało dosyć żałośnie, jeśli ktoś by się temu przyglądał. Wsiadł powrotem do auta i skulił się na przednim siedzeniu. Wyciągnął ze schowka pistolet, który zabrał pobitemu dzieciakowi. Miał tego dosyć, brakowało mu ciepłego jedzenia, siedzenia przed telewizorem i spędzania czasu na nie robieniu niczego produktywnego. Te nudne poranki, krótkie rozmowy z Leą o pogodzie i kwiatkach, które musi posadzić wiosną. Uśmiechnął się pod nosem. Kochał swoją siostrę, to chyba oczywiste. Była dla niego mentorką, nauczycielką i przyjaciółką. Wiedział, że zawsze może zwrócić się do niej po pomoc. Ścisnął mocniej broń, którą trzymał cały czas w dłoni. Bo chyba przez chwilę zapomniał, kurwa, dlaczego tu jest. Spojrzał na budynek, w którego drzwiach pojawiły się dwie osoby. Jedna z nich za chwilę miała umrzeć.
                Chris narzucił kaptur kurtki na głowę i wyszedł z auta, chowając za plecami glocka dziewiętnastkę.

[9]


                Wszystko działo się jak na zwolnionym filmie. Zbyt wolno, wszystko, kurwa, zbyt wolno. Joseph zbiegał po schodkach, które wydawały się nie mieć końca. Za nim w drzwiach stał szef Daniel, nie wiadomo właściwie po co. Przecież wszystko powiedzieli sobie w jego gabinecie.
                Zbyt późno zauważył oblodzone stopnie i idącą w jego stronę postać. Właściwie to wszystko wydarzyło się w jednej chwili. W jednej sekundzie Christopher wyciągnął broń i nacisnął spust, Daniel wydał z siebie bliżej nieokreślony jęk, a Hunter po prostu poślizgnął się na jednym ze środkowych stopni.
                Wszystko, co zaszło później działo się już automatycznie, jakby poza świadomością detektywa. Policjanci wybiegający z dużego radiowozu i biegnący w kierunku Christophera, dzieciak celujący ponownie do Huntera, Daniel wciągający w pośpiechu kamizelkę kuloodporną.
                Nagle wszystko przyspieszyło i Hunter zobaczył nad sobą głowę szefa, usłyszał też krzyki chłopaków z patrolu i wrzaski Chrisa. Daniel pomógł Josephowi wstać. Poza kilkoma siniakami chyba nic mu nie było, nie licząc pieprzonej dziury w nowej kurtce. Na szczęście kula jedynie drasnęła bark, nie stało się przy tym nic wielkiego. Detektyw zszedł (już teraz powoli i ostrożnie) na dół i popatrzył na zatrzymanego dzieciaka. Skuli go już i zabrali broń, klęczał na śniegu, mokry i dyszący jak koń po gonitwie. Chris podniósł głowę i spojrzał Hunterowi głęboko w oczy. A później zabrali go do środka.
Hunterowi zrobiło się słabo. Wzrok Christophera wywołał u niego dreszcze, nagle poczuł się, jakby owiał go bardzo mroźny wiatr. Chris to dzieciak, ile trzeba mieć w sobie nienawiści, by zrobić coś takiego? Od jak dawna kumulowało się w nim to wszystko? Ta szaleńcza nienawiść, która spowodowała te wszystkie wydarzenia. Hunter poczuł oddech diabła na karku. Mężczyzna schował się za pobliskim samochodem i zwymiotował. Wiedział, że to on do tego doprowadził. Czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby pewnej wiosny, kilka lat temu nie wszedł do pieprzonej biblioteki? Potrzebował wtedy jedynie materiałów do nauki, tak jak piękna, blond włosa dziewczyna ze ślicznym uśmiechem, która była zbyt niska, by sięgnąć do najwyższej półki. Boże, gdyby wtedy nie podał jej tej książki, to czy nigdy nie poznałby Lei Montgomery? Czy mieszkałaby spokojnie w małym miasteczku w Kanadzie, jako wspaniała nauczycielka i kochająca żona jakiegoś faceta? Jakiegoś faceta, a nie Josepha Huntera? I czy te wszystkie wydarzenia, które były wtedy nieuniknione, dni, które pędziły na oślep, by ostatecznie doprowadzić do katastrofy, czy to wszystko miałoby miejsce? Hunter zwymiotował ponownie.

[10]


                Po kilku dniach śledztwo Candy zostało zamknięte. Christopher Montgomery przyznał się do gwałtu i morderstwa. Opowiedział również o roli, jaką miał pełnić w tym wszystkim Victor Drew, koroner mógł więc wrócić do pracy. Przede wszystkim jednak mówił o Josephie. Psycholog sądowy stwierdził, że chłopak jest niepoczytalny i wymaga opieki psychiatry. Sąd umieścił go w ośrodku psychiatrycznym w pobliżu jego rodzinnego miasta. Lea Montgomery nie pojawiła się na sprawie sądowej, przebywała aktualnie w szpitalu po kolejnej próbie samobójczej.
                A detektyw Joseph Hunter? Wziął kilka dni wolnego, draśnięty bark i obite plecy dokuczały mu bardzo. Aczkolwiek mniej chyba niż rany na umyśle i smutek, zawód. Miał dużo czasu do namysłu, odwiedzało go jednak mnóstwo współpracowników, nie mógł więc narzekać na nudę. Zwłaszcza, gdy przychodziła Caroline, przynosząc ze sobą lukrowane pączki.   

____________
Wybaczcie rzucanie mięsem, no ale inaczej się nie dało ;)
Tytuł i cytat – Zeus, no i podziękowania dla Heleny Donaldson, bo to już druga nota, która powstała po części dzięki niej ;) 
I wybacz, Neziu, że trochę przed czasem, ale nie ukrywam, że mi się spieszyło ;)