Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

31/12/2012

|1908| And if your homesick, give me your hand and i'll hold it



Rozglądając się po dużym, przestronnym salonie nie docierało do niej, jaki odniosła sukces. Bała się uwierzyć w to, że nie jest wiecznie smutną osiemnastolatką, która pracować musiała w klubie ze striptizem, aby utrzymać rodzinę. Ba, nie wierzyła w to, że mimo krzywd jakie ją spotkały, potrafiła się uśmiechać, bez obrzydzenia spoglądać na swoje odbicie w lustrze. 
Kto by pomyślał?
Podeszła do oszklonej ściany, przykładając drobną dłoń do szyby i uśmiechnęła się delikatnie, gdy dotarło do niej, że nic się nie zmieniło. Nie od wczoraj. Ten sam widok, te same budynki, zatłoczone ulice, oświetlone dzielnice. Miała przed sobą Nowy Jork. Miasto, przez które cierpiała i miasto, dzięki któremu odnalazła szczęście. Uśmiech kobiety z sekundy na sekundę zdawał się coraz odważniejszy, coraz bardziej promienny. Po chwili uśmiechały się również oczy brunetki. 
I jak nie kochać tego miasta?
Kolejny rok dobiegał końca, jeden z intensywniejszych w jej życiu. Kiedy uświadomiła sobie jak bardzo była zabiegana, jak szybko udało jej się wkraść do wiecznego wyścigu szczurów, uśmiech nieco zrzedł. Zawsze obiecywała sobie, że będzie cieszyć się chwilą, że najwięcej radości przyniosą jej małe rzeczy, drobnostki, błahostki, na które normalnie nie zwróciłaby uwagi. I nie zwracała. Nie w tym roku. 
Zdołała zdusić gryzącą tęsknotę. Zdołała zapomnieć o najważniejszych ludziach. Tylko po co? Dla kariery? Dla coraz większych pieniędzy? Po cholerę były jej te pieniądze, kiedy nie mogła nic za nie kupić? Nie mogła dostać przyjaźni, bo była bezcenna, nie mogła pomarzyć o miłości, bo nie płaci się za nią kartą Master Card. Prychnęła, coraz bardziej rozeźlona przyglądając się swojemu niewyraźnemu odbiciu. Wzrostu jej nie przybywało, walczyła o to, aby kilogramów też zostało tyle, ile powinno. Nie chciała jednak za jakiś czas zauważyć tam zmęczonej kobiety, z siatką drobnych zmarszczek wokół oczu i pierwszym siwym włosem. Nie chciała być tą, która karierę przedłoży nad życie prywatne. I nie będzie miała z niego nic.
A czy miała jakieś życie prywatne?
Teraz, kiedy przyszło robić jej w głowie rozrachunek, podsumowanie roku, musiała zacząć się nad sobą użalać? Nie chciała tego. Przez tyle miesięcy znosiła wszelkie niedogody z wysoko uniesioną głową. Dlaczego miałoby się to zmienić? Usiadła w siadzie skrzyżnym i oparła łokcie na ugiętych w kolanach nogach, przymykając powieki. Ciemne włosy osunęły się na twarz, kryjąc nieco udręczone oblicze Sienny. Młoda kobieta odliczyła w myślach do trzech, planując kolejną wizytę u psychologa. Dotarło do niej, że przy braku przyjaciół, umawiała się na durną terapię, mającą pomóc jej w pozbyciu się stresu. Uspokojeniu, wykorzystaniu optymalnie wewnętrznej energii. 
I chyba zużyła ją do samego końca.
Westchnęła, tłumiąc ziewnięcie, jednocześnie otworzyła oczy. Na ponów, na jej bladej buzi pojawił się znany wszystkim Siennowaty uśmiech. Być może spędziła święta w gronie rodziny, to jednak nic nie cieszyło jej bardziej niż powroty prawdziwych najbliższych. Cicho się roześmiała, kiedy przypomniała sobie, jak kilka dni temu wpadła w księgarni na swoją żoneczkę. O, tak. Trzy butelki wina to zdecydowanie za mało, aby nadrobić stracony czas, ale przecież obiecały sobie, że już nigdzie nie uciekną, prawda? Nie mogła się też nie uśmiechnąć, kiedy przed oczami miała widok twarzyczki Silver wysuwającej się znad imponującego bukietu kwiatów za kulisami w jednym z teatrów. I wrócił Dan, i w końcu mogła się z nim napić, mogła się powydurniać, jakby nadal była dzieckiem. Wróciła też Narcisse. Siostrzyczka. Była też Rose - ona była zawsze i zawsze wspierała. 
Wrócili wszyscy.
Niepotrzebne było jej nowoczesne, drogie mieszkanie, kiedy miała całą gromadkę przyjaciół, kiedy mogła beztrosko wrócić do minionych lat. Nie musiała biec, nie musiała się nigdzie śpieszyć, aby odnaleźć szczęście na mecie, która przy nich nie wydawała się wcale tak blisko. Pozwoliła sobie na śmiech, znowu. Tym razem nie wyciszyła się zbyt szybko, jak dziecko, padła na podłogę i śmiała się do rozpuku, nie zwracając uwagi na płynące po policzkach łzy. 
I niech ktoś mi powie, że Sienna Wright jest normalna.


W końcu miała motywację do tego, aby nieco zwolnić, aby znowu napawać się każdą chwilą, aby nie marnować całych dni na pracę. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest odpowiedzialnym obywatelem, że musi płacić podatki, zarabiać, wyżywić siebie, wspomóc rodzinę, odwiedzić bliskich, jak co zimę – udać się do schroniska i zadbać o parę zwierzaków. Wiedziała o tym, ale kiedy miała okazję, odpoczywała. Nigdzie nie gnała, nie biegała jak opętana po Nowym Jorku, znowu zaczęła zwracać uwagę na sklepowe witryny, na mijanych ludzi. Coraz częściej na jej twarzy gościł ciepły, promienny uśmiech. 
Raźnym, nieśpiesznym krokiem przemierzała kolejne przecznice, czując delikatne ukłucie strachu. Jej serce biło na tyle szybko, że nieraz musiała przystanąć, aby się uspokoić i wmówić sobie, że to tylko zwykłe spotkanie. Najzwyklejsze w świecie. 
Tak bardzo zwykłe, że ostatnio dał ci do zrozumienia, że nie masz prawa pojawić się w jego życiu, a teraz?
Ignorowała złośliwy głosik w głowie, powtarzając w duchu, że nie umrze, że nie powinna paść na zawał w momencie, gdy go ujrzy. Obrazy, które zapamiętała, sceny wyrwane z okresu szczęśliwego dzieciństwa gronie dwójki rodziców były ostrzejsze, niż kiedykolwiek. Nawet wtedy, kiedy przyjechała do Salem, aby zobaczyć go osobiście. Wtedy zatrzasnął jej drzwi pod oczami, ona odeszła, pozwalając wspomnieniom wyblaknąć. Nie potrzebowała ich do szczęścia, dzień obecny był ważniejszy, niż zamierzchła historia. 
Dlaczego się stresujesz? Przecież to tylko historia… Boisz się, jesteś pewna, że będzie tak, jak ostatnio. A może to tylko okrutny żart?
Zatrzymała się przy przejściu dla pieszych mimo tego, że zielone światło dawało jej do zrozumienia, że powinna przejść póki może. Ale ona stała, obojętna na to, co dzieje się dookoła niej. Obce twarze mijały ją z niejakim zdziwieniem, czasami z łagodnym uśmiechem, głównie jednak bez jakiegokolwiek zainteresowania. Przymknęła oczy, a kiedy uniosła powieki, samochody włączyły się do ruchu, uniemożliwiając jej przejście. Cieszyła się z tego, cieszyła się, że nie może teraz ruszyć. Nie chciała.
Nogi jakby wmurowane w płytę chodnikową z każdą mijającą sekundą stawały się coraz mniej pewne, uginały się pod ciężarem właścicielki. Drżały, podobnie jak całe ciało Sienny. Wypuściła przytrzymywane powietrze z płuc i nabrała go na nowo, przepędzając tym samym wszystkie złe myśli.
Weź się w garść!
Przeszła, poprawiając rozwiewane przez wiatr włosy i skręciła w pomniejszą uliczkę, uśmiechając się delikatnie na widok znajomego szyldu. Pchnęła drewniane drzwi i znalazła się w przyjemnym, ciepłym wnętrzu niewielkiej kafejki. Zajmował miejsce pry okrągłym stoliku w rogu jasnej sali. Sienna skinęła głową, a on odwzajemnił gest. Dopiero wtedy młoda kobieta przekonała się o towarzystwie osoby trzeciej – czterolatki może, przy bliższym przyjrzeniu się dziewczynce można było śmiało porównać ją do Sienny. Te same oczy, odziedziczone po ojcu, ten sam nos i pełne usta. Jedyne czym się różniły  to włosy. Nieznana pannie Wright dziewczynka miała jasne, miodowe włosy, spięte w dwa niedbałe warkocze. 
Usiadła na wolnym miejscu. Nikt się nie odezwał. Spojrzała na swojego biologicznego ojca, które odwiedziła parę lat temu w Salem i westchnęła, tym samym przyciągając jego uwagę na siebie. 
— Sienna…
— Tato — powiedziała cicho na jego skromne powitanie i skinęła głową, nie odwracając od niego wzroku.
— Nie mogłem prosić o to twojej matki, ale… Moja druga żona zmarła dwa miesiące temu. Ja… Chodzi o to, że muszę wyjechać do Europy. Na jakiś czas, nie wiem dokładnie na jaki… To jest Susie. Susan. Moja córka. Ja… Sienna — chrząknął, nabierając nieco pewności siebie. Pewnie sądził, że jego śmieszne wyjaśnienia wzbudzą w młodej Wright współczucie. Nosiła inne nazwisko, została przez niego przepędzona, a teraz miała wykonywać jego prośby? — Potrzebuję twojej pomocy. Nie mogę zostawić Sue w bidulu…
— Gdzie jest bidul? — spytała w końcu blondyneczka, spoglądając na swojego ojca, który najzwyczajniej w świecie chciał pozbyć się balastu. Ufność, którą Sienna zauważyła w jej oczach, przypomniała jej ją samą. Nie miała pojęcia co Samuel Harper miał w sobie, że każdego jego dziecko darzyło go miłością bezwzględną, a potem zostało brutalnie odtrącane. 
— Dlaczego nie weźmiesz jej ze sobą? To twoja córka…
— Ty też nią jesteś! 
Jestem? Doprawdy? Prychnęła, kiedy właśnie takie myśli biły się po jej głowie. Spojrzała hardo na mężczyznę, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. Jej wzrok w końcu wpadł na blondynkę, która wystraszona gryzła słomkę z napoju. Dziewczynka spojrzała na nią błękitnymi oczyma i uśmiechnęła się niepewnie. 
— Nie wyjeżdżam jeszcze… W najbliższym czasie będę w Ameryce. Wyjadę prawdopodobnie na wiosnę, wtedy też… Sądziłem, że musicie się poznać, że się zgodzisz… Abigail wygoniłaby mnie na zbity pysk, tym bardziej Isaac. Zrozum mnie, Sienna… Nie mogę jej tam zabrać.
— Zadzwoń, kiedy będziesz wyjeżdżał.
Logicznym było, przynajmniej dla Sienny, że nie zostawi dziecka na pastwę losu, że nie pozwoli, aby ktoś teoretycznie z nią związany wylądował w domu dziecka, miał problemy z rozpoczęciem normalnego życia. Wstała, owinęła szczelniej szalik wokół szyi i skierowała się do wyjścia. Dotarło do niej zdanie wypowiadane przez dziewczynkę, wtedy odwróciła się za siebie i pozwoliła na to, aby jednak łza spłynęła po policzku.
— Kim była ta pani, tato?


[Nic ważnego w sumie, ale nie chciałam, żeby rok 2012 w moim wydaniu był zupełnie bezpłodny na NYCu. Błędy mogą się tam znaleźć. Za wygląd tej notki, brak akapitów i w ogóle - nie odpowiadam. Nie mam siły. 
 Życzę wszystkim dużo, dużo szczęścia w nadchodzącym roku, spełnienia marzeń i ogromnej ilości weny! :*]

13/12/2012

1907. Many nights we pray with no proof anyone could hear.


    Minęło dziewięć miesięcy od powrotu Maxa do Nowego Jorku. To tutaj osiadł na stałe, ponieważ otrzymał kontrakt w New York Rangers, ale także miał sentyment do tego miasta – przez wspomnienia. Od marca miasto zdążyło okryć się białym puchem, który mężczyzna naprawdę lubił, czuł że zbliżają się święta i obiecał sobie, że tym razem spędzi je pogodnie. Kto by pomyślał, że te święta będą inne od poprzednich, on z pewnością nie.
Uśmiechał się cały czas pod nosem, stukając palcami o kierownicę swojego auta i uważając na inne samochody na drodze. Jechał właśnie do swojego przyjaciela, o którym nigdy nie zapomni mimo, że nie może go zobaczyć czy napić się razem z nim herbaty. Wiedział i tak, że Daniel zawsze go wysłucha i choć nie może tak naprawdę doradzić, to chwila refleksji nad jego nagrobkiem zawsze sprawiała, że brunet wybierał odpowiednie rozwiązanie problemu, tak jakby starszy kolega i tak nad nim czuwał, i mówił, co jest najlepsze. 
Wysiadł z auta i poprawił na szyi gruby szalik, który w tym momencie miał osłaniać go przed lodowatym wiatrem. Zmrużył oczy i naciągnął na swoje bujne loczki kaptur grubej kurtki, by ochronić się przed dużymi płatkami śniegu, które właśnie spadały z nieba. Odetchnął głęboko, po czym ruszył doskonale mu znaną ścieżką, bo przecież już tyle razy tu bywał. Zatrzymał się dopiero przed dość dużą tablicą w ziemi, a następnie kucnął, by zetrzeć z niej śnieg. Jego czekoladowym oczom ukazał się wypiaskowany napis, który znał na pamięć – milimetr po milimetrze, literkę po literce i cyferkę po cyferce.

DANIEL RYDER
14.02.1987  - 12.11.2009
NIE PŁACZ NAD MOIM GROBEM.
MNIE TAM NIE MA. JA NIE UMARŁEM.

    Nie pamiętał nawet kto wymyślił taką inskrypcję. Nie wnikał w to nawet za bardzo, przynajmniej nie trzy lata temu, ale kto by pomyślał, że po tylu latach te zdania odkryją swój prawdziwy sens.
- Cześć, Stary… - mruknął, wstając na równe nogi i popatrzył na kwiaty, które zamarzły przez te ostatnie mrozy. Jednak, coś mu się tu nie zgadzało, było ich za dużo. Kucnął z powrotem – No, powinieneś mi się przyznać, kto cię tu jeszcze odwiedza – odparł i wziął między palce jasny płatek białej róży, która wyjątkowo dobrze się zachowała – Wiesz? Próbowałem znaleźć kontakt do Irmelin, chciałem dowiedzieć się, co tam u niej, ale nic… Kompletna pustka, w żadnym szpitalu albo nie chcą mi dać informacji, albo o niej nie słyszeli. Nie uważasz, że to dziwne? – zmarszczył brwi, a w pewnym momencie usłyszał skrzypiący śnieg pod czyimiś stopami. Był to znak, że ktoś się do niego zbliża. 
- Witam? – zapytała zaskoczona kobieta w średnim wieku, ubrana w najmodniejszy płaszcz w tym sezonie. Zdjęła z oczu przeciwsłoneczne okulary, choć mieliśmy środek zimy. Brunet uniósł nieznacznie swe brwi i wstał, po czym odwrócił w kierunku kobiety.
- Dzień dobry… - mruknął jedynie, nie bardzo wiedząc z kim ma w tym momencie do czynienia. Rodzina Daniela znikała w dziwnych okolicznościach przez, co był wręcz pewien, że nie może być to nikt z nim blisko spokrewniony.
- Wiedziałam, że w końcu wpadnę na kogoś z rodziny pana Rydera – uśmiechnęła się kącikiem swoich krwiście czerwonych warg i wyciągnęła w jego kierunku swą smukłą dłoń, wcześniej zsuwając z niej skórzaną rękawiczkę – Amanda Hopkins, prywatny detektyw. Zaintrygowała mnie historia Ryderów, dlatego zajęłam się tą całą sprawą.
Chłopak z każdą chwilą stawał się coraz bardziej podejrzliwy, nie miał pewności czy nieznajoma mówi prawdę. No dobrze, ta rodzina nie należała do najnormalniejszych, ale… To nie znaczy zaraz, że ktoś tak po prostu ma prawo do tego, by grzebać w jej przeszłości. Umarli, nie ma – koniec.
- Przykro mi, ale ja pani nie pomogę, bo nie uważam by było o czym rozmawiać, do widzenia… Tu nie ma żadnej sprawy do rozwikłania - odparł, nie przestawiając się nawet i nie dając powodów do tego, by ona teraz zainteresowała się nim. Choć zdawał sobie sprawę z tego, że nie problem jest go odnaleźć, zwłaszcza teraz, gdy jest osobą publiczną. Uprawia sport, który jest popularny w Ameryce, gra w renomowanej drużynie, pierwszym składzie i środku sezonu, który naprawdę doskonale się zaczął. Wystarczyło włączyć wiadomości sportowe by natknąć się na jego zdjęcie i nazwisko, a reszta dla dociekliwej pani detektyw to żaden problem. Max przeklął pod nosem i wsiadł od razu do samochodu.
- No, Stary… Tobie nawet teraz ludzie nie chcą dać spokoju. Czasami myślę, że chyba ktoś faktycznie specjalnie rzucał ci kłody pod nogi… - mruknął pod nosem i odpalił silnik swojego Jeepa, po czym ruszył z piskiem opon – Początkowo sielankowe życie, utrata dziecka, głupi motor, amnezja, wyjazd Eli, całkiem dobry okres z Irmelin, potem kryzys w jej ciąży, dzieci, pojawienie się jakiejś dziewczynki, niby kuzynki, a w między czasie przynosząca milionowe zyski firma, ale… Musiał się pojawić ten pieprzony samolot… Nie za dużo jak na jedno życie? – pokręcił głową – Jeżeli Irm gdzieś tam jest i twoje dzieci żyją to wtedy się uspokoję, wiesz Stary? – tak, mówił do siebie. Jeżeli zwracał się do Daniela zawsze mówił do siebie na głos, nie zwracając uwagi na to, że z boku mogłoby to po prostu dziwnie wyglądać.
    Będąc już w swoim apartamencie wyrzucił na stół pocztę i odłożył torbę z zakupami. Jego uwagę przykuła dość duża koperta. Otworzył ją i ku jego zdziwieniu w bąbelkowym opakowaniu była jakaś płyta. Usiadł na kanapie i wsadził ją do odtwarzacza w swoim laptopie.
Samoistnie odpalił się jakiś dość krótki filmik, a na czarnym ekranie pojawił się biały napis: 27 listopad 1992 rok. Ewing niedaleko Nowego Jorku.
Mężczyznę zatkało, szybko zatrzymał odtwarzanie i złapał za kopertę, jednak na papierze nie było żadnego adresu zwrotnego, a nie sądził by coś takiego wysłała mu matka. Gdzie ona? Była beztalenciem elektronicznym i ledwie, co potrafiła obsłużyć przeglądarkę internetową by sprawdzić sobie pocztę. No ale dobrze, wróćmy do rzeczywistości. Brunet odetchnął głęboko i wcisnął ponownie przycisk „play”, czekając na rozwój wydarzeń.
Pięcioletni chłopczyk biegał w ogródku, który zasypany był świeżym śniegiem, który zapewne spadł zaledwie dzień wcześniej.
- Tato! Tato! – wrzeszczał w niebogłosy, uśmiechając się szeroko i podskakując wesoło.
Mężczyzna, który był z nim, lepił właśnie wielkiego bałwana. Mały Daniel był tak pochłonięty maratonem wokół białego ogródka, że nie zauważył bałwana i wpadł na niego z impetem.
- Daniel! – pan Joseph roześmiał się, widząc swojego syna przypominającego śnieżny posąg – I z bałwana nici.
- Teraz ja jestem bałwan! – mały uniósł do góry ręce, pokazując obklejone śniegiem rękawiczki.
- I renifer czerwononosy – mężczyzna wziął blondyna na ręce i podszedł do osoby, która kręciła to wszystko – Z wujka Philla też trzeba zrobić bałwana!
Można było usłyszeć śmiechy całej trójki, jednak obraz został zamazany przez kulę śnieżną, która wylądowała na obiektywie.
Kolejne ujęcie miało miejsce już w domu, w kuchni, gdzie blondwłosa kobieta gotowała zapewne kolację.
- Jesteśmy!
- Uważałeś na niego? – kucharka odwróciła się tyłem do blatu.
- Bardziej niż na siebie – oświadczył z dumą pan Ryder (którego Max już wcześniej rozpoznał), nie zwracając najmniejszej uwagi na pięciolatka, który nie zmieścił się przez niego w drzwiach i walnął czołem o ich framugę, wywołując przy tym niemały huk – Nie wal w nic głową, patrz jak chodzisz… – zwrócił się ojciec do syna, a mały jedynie zmarszczył brwi, trzymając się za czoło.
- Właśnie widzę – Rita, matka Daniela, roześmiała się.

    - Ktoś próbuje mi o tobie przypomnieć, ale kto? – chłopak zmarszczył brwi i zamknął laptopa. Coraz mniej mu się to wszystko podobało, ale postanowił jeszcze poczekać. Póki, co nie miał punktu zaczepienia, a wynajem detektywa byłoby zbyt proste, prawda? Podrapał się po policzku i spojrzał na zegarek.
- Cholera! – przez to wszystko stracił poczucie czasu i zupełnie zapomniał o treningu, co zdarzyło mu się naprawdę pierwszy raz w życiu. Zerwał się na równe nogi i złapał szybko za torbę, po czym zbiegł na dół by tylko zdążyć dojechać na czas na lodowisko. Pewnie gdyby ktoś nad nim nie czuwał dzisiaj spowodowałby jakiś poważny wypadek, ale na szczęście nic złego się nie stało.
Wieczorem rzucił klucze od mieszkania na blat w kuchni i pierwsze, co zrobił usiadł do komputera. Nawet na treningu nie potrafił się skupić.
- Niemożliwe byś żył… Takie cuda się nie zdarzają – mruczał pod nosem, przeszukując cały Internet w poszukiwaniu nazwisk ofiar z dwunastego listopada dwutysięcznego dziewiątego roku. Nazwiska stu trzydziestu ośmiu ofiar znalazł w końcu na jednej ze stron poświęconej tej katastrofie. Przeglądał ją kilkakrotnie i coraz więcej niejasności pojawiało się wokół śmierci Daniela.
- Niemożliwe, niemożliwe… - mruczał i kręcił głową – Fuck! – walnął pięścią w blat, ale szybko tego pożałował. 
- Ja rozwikłam tę zagadkę… - wymamrotał i popatrzył na stronę, gdzie wyświetlało się nazwisko „Amanda Hopkins” wraz z kontaktem.

    Kilka tysięcy, albo i więcej, kilometrów dalej na innym kontynencie, jednak bardzo podobnym, bo również zasypanym śniegiem:
- Oto pańskie wyniki, dużo lepsze od poprzednich. Tu ma pan także receptę na karbamazepinę – uśmiechnęła się czarnowłosa lekarka i popatrzyła na blondyna, który nigdy nie wydawał się jej szczęśliwy, ba… Nigdy nawet się nie uśmiechał w jej towarzystwie – Wraca pan do kraju? 
- Dobrze pani wie ile razy próbowałem wsiąść do samolotu i ile razy się wycofywałem, więc… Nie, nie wiem – odparł jedynie i wziął swoją receptę, po czym wyszedł z gabinetu.
Tak, jest jednym z czterdziestu dwóch osób, które przeżyły, jednak leżał w śpiączce przez okrągły rok, w dodatku jako bezimienny. Po wybudzeniu przechodził dwuletnią, ciężką rehabilitację ruchową, ale także i psychiatryczną. Zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciele uważali go za zaginionego, jednak nie wiedział o tym, że oni go pochowali, a przynajmniej tak im się zdawało, że to jego ciało leży w grobie. Jednak… Takie pomyłki się zdarzają, choć wszyscy byśmy sobie życzyli, by tak się nie działo. Mężczyzna także zabronił lekarzom z kimkolwiek z jego bliskich się kontaktować. Chciał to zrobić sam, dlatego też poprosił o numer telefonu do pewnego bruneta.
    Siedział właśnie w swoim hotelowym pokoju, stukając palcem o blat biurka i przykładając słuchawkę do ucha.
- Słucham? – usłyszał w końcu po drugiej stronie doskonale mu znajomy głos i zawiesił się, kompletnie nie wiedział co powiedzieć, jednak w końcu się przełamał.
- Dzień dobry… E… Nie, dobry wieczór? – palnął się otwartą dłonią w czoło, zupełnie zapominając o różnicy czasowej – Cholera…
Najwidoczniej rozmówca również zamarł, bo słychać było jedynie niespokojny oddech.
- D-Dan? Tam u góry są telefony? – jęknął przerażony, co mogło wydawać się komiczne, ale to było pierwsze, co przyszło Maxowi do głowy.
- Nie… Wracam do domu – odparł nieco ciszej.
- Co? Ale jak? Zmartwychwstajesz? Ktoś cię wskrzesi, jak smocze kule w Dragon Ballu?
- Max, nie… Ja żyję do cholery, ja żyłem. Ja wiem, że to nie do wiary, ale… To nie rozmowa na telefon […]

[Dawno nic nie pisałam, więc... Wszelkie błędy proszę mi wybaczyć, muszę wejść znów w wprawę. No i witam ponownie, na nowej platformie]

12/11/2012

People


https://images92.fotosik.pl/374/46a0d6fcebc1f235gen.png

Jennifer Woolf-Marshall
Siostra, która goniła za nim, aby kiedyś on podążył za nią. Słodki osiołek, dla którego wiele by zaryzykował, żeby była bezpieczna.
Learn to do it


https://images90.fotosik.pl/374/f8c93ec5019d3e20gen.jpg

Jerome Marshall
Szawagier, z którym chętnie wyskoczyłby na piwo, gdyby ten nie próbował go pobić, gdy tylko Noah znajdzie się w zasięgu ciosu.
Na drodze tej


https://images90.fotosik.pl/374/581117bb2d031da5gen.jpg

Charlotte Lester
Dziewczyna, która za często się z nim zgadza, żeby zdołali się choćby zaprzyjaźnić. Doskonały kompan w zabawie, lekturze i podróży.
Druha we mnie masz


https://images90.fotosik.pl/374/678c5f2390738e55gen.jpg

Villanelle Morrison
Kobieta-przypadek. Nigdy nie wiadomo, kiedy się zjawi i kto komu tym razem pomoże. Dowód na to, że niektóre ścieżki po prostu muszą się przecinać.
Kilku kumpli


https://images91.fotosik.pl/373/3deaf383b4766099gen.jpg

Jaime Moretti
Chłopak, który jest dowodem na to, że przeszłości nie da się zamknąć w małym pudełku i schować na dnie szafy. Za to jako ziarenko może wykiełkować i zakwitnąć niczym piękny kwiat.
Marzenie mam


https://images92.fotosik.pl/374/5f4423f93cf4c121gen.jpg

Zoey Carter
Kobieta-zagadka.
Hakuna Matata


https://66.media.tumblr.com/a6db100555e505eb56318f26ccfdf44b/0f227dddbc56756c-04/s500x750/350cdae20228a7e9a19fdbdfffeae2e8ac31198b.jpg

Ida Kavanagh
Kobieta, która należy do przeszłości, mogła być przyszłością, a teraz jest niewiadomą. Dowód na to, że ten Woolf ma jednak uczucia.
Ani słowa


Dodatkowe

Urodził się w Los Angeles, szkołę skończył w Nowym Jorku. Studia podejmował kilkukrotnie – między innymi w San Francisco i Nancy. Chociaż zarabia na sprzedawaniu dzieł sztuki i pisaniu, to w życiu nie uciekał od brudnych robót – kopania dołków na budowach, przewalania siana w stajniach i czyszczenia rynien. Wierzy, że jedne, co go ogranicza, to jego własna wyobraźnia, a ta bez trudu obejmuje cały świat.
      Czym więc jest wolność? Moc, by żyć tak, jak się chce.
      – Marcus Tullius Cicero

Powiązania


Jennifer Woolf-Marshall

Siostra, która goniła za nim, aby kiedyś on podążył za nią. Słodki osiołek, dla którego wiele by zaryzykował, żeby była bezpieczna.

Jerome Marshall

Szawagier, z którym chętnie wyskoczyłby na piwo, gdyby ten nie próbował go pobić, gdy tylko Noah znajdzie się w zasięgu ciosu.

Jaime Moretti

Chłopak, który jest dowodem na to, że przeszłości nie da się zamknąć w małym pudełku i schować na dnie szafy.

Charlotte Lester

Dziewczyna, która za często się z nim zgadza, żeby zdołali się choćby zaprzyjaźnić. Doskonały kompan w zabawie, lekturze i podróży.

Reyes Castanedo

Przyjaciółka, rywalka i wyzwanie. Kobieta, na którą wpada w najmniej oczekiwanych momentach i która budzi w nim te dobre uczucia. Nieznajoma, przy której pozwala sobie na słabość.

Zoey Carter

Kobieta o dwóch twarzach, kompanka w zabawach, towarzyszka w przygodach, która wie, że na niektóre pytania nie ma odpowiedzi.

Freedom is the right to tell people what they don't want to hear. - George Orwell


Edith Klara Woolf

4 marca 1968r. — Los Angeles — niedoszła pisarka i stewardessa — obecnie pedagog w podstawówce — rozwódka — była troskliwa siostra — ukochana matka dla Jen, znienawidzona rodzicielka dla Noah — wygrana z rakiem — zawód rodziców — samotniczka — pełna życia — uśmiech w dzień, nocą łzy — kocha kwiaty — nowy rozdział czas zacząć — żyj tak, by nie żałować ani jednego minionego dnia — fanka Virginii Woolf — zacznijmy wszystko jeszcze raz

Jack Kelvin Woolf

urodzony 18 sierpnia 1964r. w Nowym Jorku — zmarły 20 grudnia 2006r. tamże — utracony ojciec — były mąż — prawnik — przeprowadzka dla miłości do Los Angeles — powrót po 16 latach do Nowego Jorku, bo miłość się skończyła — dla córki na odległość, dla syna tuż obok — najlepszy przyjaciel Noah — oczko w głowie przyjaciółki swojej matki — kochał muzykę — planowana śmierć — sekret: również chorował — sekret nr 2: zostawił coś przed śmiercią..

Michael Douglas Jones

27 czerwca 1933r. – Los Angeles – tajemniczy dziadek – małomówny mąż – podobno ojciec, tak mówią geny – zatopiony w świecie fotografii – ceniony artysta – miłośnik dobrego wina i serów – płynie w nim Europejska krew – dorobił się małej fortuny na autorskich zdjęciach – z żoną nie rozmawia, bo nie chce się kłócić woli z nią spędzać czas w łóżku – wciąż (bardzo) aktywny seksualnie – filantrop – fan Discovery i psów rasy Corgi

Kate Joanna Jones

25 maja 1938r. — Waszyngton — kobieta kometa — okropna babka — wyrodna matka a teraz jeszcze marnotrawna — utyskliwa żona — ale dobra kochanka — zakonserwowana przez drogie kremy z odchodów kanarka — Los Angeles to los szczęścia — była modelka — przez wiele lat nie potrafiła wybaczyć córkom ich życiowych wyborów, więc odcięła im dopływ gotówki (swoją miłość również) — królowa parkietu i licznych gal — manipulantka i egoistka — zazdrość to jej trzecie imię

Patricia Woolf

urodzona 7 lipca 1946r. w Nowym Jorku — zmarła 7 stycznia 1997r. tamże — porzucona kobieta — samotna i troskliwa matka — feralny wypadek — przyjaciółka niczym siostra — wiązanie końca z końcem — ekspedientka w sklepie z ubraniami — babcia z opowiadań — piękny głos — jeszcze piękniejsze wyobrażenie świata — nieodbyte wyprawy — dom oazą spokoju i przytułkiem dla ulicznych kotów

Gregory Woolf

19 kwietnia 1946r. — Chicago — nieodpowiedzialny tatuś — ożenił się i zwiał — hazardzista — za młody na dziecko — marzenie o lepszym życiu, ale gdzie indziej — miał być nauczycielem albo dziennikarzem — słuch po nim zaginął — kobieciarz, handlarz i flirciarz — podróżnik — sprytny i bezkompromisowy — ładne oczy, brzydkie serce — oszust

Maybel Anderson

21 października 1936r. — Nowy Jork — najlepsza przyjaciółka matki Jacka — mobilny monitoring Jen — kobieta o złotym sercu — szwaczka — wiolonczelistka — uzależniona od pchlego targu — samotna starsza pani — nigdy się nie poddaje — zadziorna i porywista — ale też z manierami — czarny humor i angielskie herbaty — kochaj ją mocno, nienawiści się bój — wielkie powroty Noah marnotrawnego — mistrzyni graciarni

11/11/2012

Nici



James Moretti


starszy brat | pewny siebie | otwarty | piłka nożna | weźmiemy tego aligatora do domu | zabawny | odważny | jesteś moim młodszym bratem, ochronię cię | nie żyje | nie powinienem pozwolić Ci tam iść, nie powinieneś umrzeć…
And if I only could,
I'd make a deal with God,
And I'd get him to swap our places…




Jerome Marshall


bohater | odważny | waleczny | odbicie w krzywym zwierciadle | opiekuńczy | łażenie po gzymsie jest spoko, ale skok na bungee z zabezpieczeniem i instruktorem już nie? | Jesteś moim bohaterem, moim przyjacielem, moim… bratem?...

Take me from the dark, from the dark
I ain't gonna make it myself...




Noah Woolf


zabawny | tajemniczy | intrygujący | dobry i opiekuńczy | podróżnik | pisarz | lep na kłopoty | wiecznie w drodze | uciekinier | może wiemy o sobie niewiele, ale chyba zauważyłeś, że mam pociąg do niebezpiecznych i nieodpowiedzialnych zachowań, prawda? | Nigdy bym nie pomyślał, że my… Ale nie żałuję, ponieważ dzięki Tobie czuję się naprawdę szczęśliwy.

Got what I want, but now I'm scared…
What if we ruin it all and we love like fools?
And all we have we lose?




Villanelle Morisson


koleżanka od projektu | mama, żona, studentka | ambitna | zorganizowana | powierniczka | chcę wygrać ten konkurs, daję z siebie sto procent i oczekuje tego samego od ciebie | Myślę, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi, co Ty na to?

Do you want to build a snowman?
Come on, let's go and play!




Jennifer Woolf-Marshall


tajemnicza | zdeterminowana | kochająca | szczera | trochę podróżniczka | czułam spokój, mogłam lepiej oddychać… I poczułam też wolność | Dlaczego sprawiasz, że mam ochotę Ci wszystko powiedzieć?
Deep in the forest under the fog
Armies surround us waiting for dark
Wearing their iron masks like shield...




Carlie Wheeler-Hesford


radosna | zabawna | empatyczna | pomocna | bajki Disney’a | posiadaczka niezwykłego zwierzaka domowego | cukier i słodkości | niespodziewane to jest samobójstwo na torach, a nie świnka na smyczy | Dzięki Tobie mogę się naprawdę wyluzować!
Tonight, we are young
So let's set the world on fire
We can burn brighter than the sun!


10/11/2012

Wierności i przebaczenia ucz się od psa

Biscuit


Adoptowany, futrzasty przyjaciel, który bez wysiłku skradł jej serce.



01/11/2012

Without you my world would be just empty

Little Sunshine / Aurora Rory Lester
Biscuit
Emmescodes

I can't drown my demons, they know how to swim.

Początek


Rozwinięcie:

2. I've been screaming, I've been crying, but you don't hear me
3.We built an empire we thought was never ending - paradise is lost?



Poprzednie odsłony rudowłosej:

1. Karta 21 Maj 2019 - 20 Października 2019
2.Karta 20 Października 2019 - 15 Marca 2020
3.Karta 15 Marca 2020- 22 Października 2020
4.Karta 24 Października 2020 - 11 Lutego 2021
5.Karta 11 Lutego 2021 - 3 Lipca 2021
6. Karta 3 Lipca 2021 - 5 Grudnia 2021
7. Karta 5 Grudnia 2021 - 16 Lutego 2022
8.Karta 16 Lutego 2022 - 06 Listopada 2022

A dreamer on the road, no map, just all those stars

I never backed away, I played where I could play
Data i miejsce urodzenia19 Listopada 1995, Southhampton (Anglia) WykształcenieAbsolwentka ASP na kierunku grafika Aktualne miejsce zatrudnieniaAgencja reklamowa Poprzednie stanowiskaTancerka w klubie go-go | barmanka HobbyKrav maga | Podróże Miejsce zmieszkaniaNowy Jork od pięciu lat (aktualnie mieszkanie na przedmiesciach) PrywatnieMama Aurory (ur. 20 Listopada 2021); dziewczyna Jeroma Marshalla UmiejętnościPosiada prawo jazdy zarówno na samochody osobowe, jak i motory Zwierzętaadoptowała kundelka imieniem Biscuit
Let's get ice-cream together!

We don't have to make friends


Jerome Marshallaka. Sunbeam
Promień słońca na burzowym niebie | Najlepszy przyjaciel  Najcenniejsza dusza


Oh our hearts are unafraid
We're making our own fate 
We don't need to wait 
We're a phoenix rising 
From the ashes fighting

Nadal nie wiem, czy nasze spotkanie w tamtym barze to był czysty przypadek. Chciałeś ukarać winnego, a sam zebrałeś baty i darmowe piwo! Cieszę się, że jakimś trafem odnaleźliśmy się w tym betonowym mieście, ponieważ okazujesz się być całkiem skutecznym lekarstwem na smutki i troski. Wiem, że trochę mi zajęło, by uświadomić sobie, że mam w Tobie przyjaciela. Osobę do której mogę zadzwonić w środku nocy, by napić się razem rumu lub wyrwać w środku dnia na nurzące zakupy. Nie spodziewałam się, że los postanowi nas po raz kolejny tak mocno doświadczyć; że oboje znajdziemy się na rozdrożu, wspierając się niczym dwójka ślepców w ruszeniu do przodu. Niezaprzeczalnie nadal jesteś moim najlepszym przyjacielem, jednak to nie jest jedyny sposób na opisanie naszej relacji. Zacząłeś znaczyć dla mnie o wiele więcej, choć wcale tego nie planowałam. Boję się wkładać to w jakiekolwiek, sztywne ramy... Ale odkąd pozwoliłam sobie na dopuszczenie do głosu tych wszystkich uczuć poczułam ulgę, poczułam szczęście i pewność, że pomimo ryzyka obraliśmy odpowiedni kierunek. Obiecuję, że nie ucieknę, obiecuję, że nasz domek z kart będzie o wiele stabilniejszy!


Remember - Pinky swear!
We will built our new house of cards
Altogether, Rory, you and me
Colin Rogers aka. Miś
Błąd więcej niż jednej nocy | Biologiczny ojciec Aurory


And I don't talk shit about you on the internet 
Never told anyone anything bad '
Cause that shit's embarrassing,  (I thought) you were my everything

Jesteś specyficznym człowiekiem i do tej pory nie żałowałam, że się poznaliśmy. Byliśmy do siebie podobni, może zbyt podobni? Niemal stuprocentowa wolność jest tym, czego oboje potrzebowaliśmy by normalnie funkcjonować i nie udusić się w tym mieście nieskończonych możliwości.  Były momenty, gdy chciałam Cię ukatrupić, ale znacznie więcej było tych, które ciężko wymazać z pamięci, nawet gdy teraz nie przywołują już uśmiechu na ustach. Wiesz dziękuję Ci za to, że mogę tulić do siebie moją córkę i za pokazanie, że jestem zdolna do otwarcia serca na tak silne uczucie jakim jest miłość, naprawdę dziękuje. Nie umiem jednak ukryć tego, że miałam nadzieję, iż już żadne z nas nie będzie musiało uciekać. Ani Ty, ani ja nie spodziewaliśmy się, że los tak nas połączy. Wydaje mi się, że po prostu nie byliśmy gotowi na związek ze sobą. Czasami uświadomienie sobie, że kogoś się kocha to jednak za mało, by coś miało szansę przetrwać próbę codzienności. Mimo naszego rozstanie nie sądziłam, że wyjedziesz...

You finished our little adventure!
So don't waste my time i don't have 
And don't try to make me feel bad

Anthony Lesteraka. Tatuś
Bezpieczna przystań nawet na najbardziej wzburzonym morzu |Tata


I know you were there for me
I know I disappointed you
But I'll always be your little girl

Mam nadzieję, że kiedyś wybaczysz mi to, ze tak długo ukrywałam fakt, że wcale tak świetnie sobie nie radzę. Kocham Cię tatusiu i dziękuję, że starałeś się zrozumieć, że znów mogłam poczuć się bezpiecznie. Przepraszam, że znów musiałeś mnie żegnać na lotnisku i ukrywać tą jedną łzę, która spłynęła po policzku. Obiecuję, że będę sie regularnie z Wami kontaktować! Jesteście z mamą zawsze mile widziani, ale błagam! - uprzedzajcie o swoim przylocie.

Grace Lesteraka. Mami
Ciepły uśmiech w najmroźniejszych dniach |Mama


I know that I'm little girl for you
I know you love me to the moon and back
Remember I love you more Mami

Dziękuję, że mnie wysłuchałaś i przytuliłaś kiedy nawet nie myślałam, że tego potrzebuję. Nie zadawałaś zbędnych pytań i nawet starałaś się krzywo nie patrzeć, gdy wypijałam o ten kieliszek za dużo. Zawsze taka byłaś pełna troski, zrozumienia i chęci niesienia pomocy. Byłam pewna, że w Anglii wszystko sobie poukładam, jednak świat znów wywrócił mi się do góry nogami. Sama zostałam mamą, dasz wiarę? Czy Ty też byłaś tak przerażona i szczęśliwa jednocześnie?

Christopher Lester aka. Protector
Najbliższa dusza | Młodszy Brat


I promise that one day I'll be around
I'll keep you safe
You'll never be alone

Jesteś moją bratnia duszą, dosłownie i w przenośni. Nadal jesteś moim najlepszym przyjacielem, ukochanym bratem i obrońcą przed całym złem tego świata... Tylko, że ja już jestem duża - ba, zawsze byłam starsza od Ciebie. Teraz, gdy dowiedziałeś się o mnie wszystkiego wiem, że potrzebowałeś czasu, by sobie to poukładać. Rodzice też go potrzebowali. Cieszę się, że znów możemy być ze sobą szczerzy i mieć w sobie wsparcie. Wiem, że jesteś najlepszym wujkiem na świecie, chociaż uważaj, bo masz konkurencje!

I miss you. You crazy creature.
It's so nice to have you here
Let me be honest with you one more time

Carlie Wheeleraka. Ginger Power
Zaprzyjaźniony rudzielec |Pozytywna towarzyszka podczas długich przerw


I'm sorry I forget about you!
Let's go to LA, talk till sunrise and drink coffe once a week
Let's run the world together as Ginger Power

Studia w Nowym Jorku to było spełnienie moich najskrytszych marzeń i Ty dobrze o tym wiesz. Nie raz zdarzało nam się rozmawiać o zajęciach, ponarzekać na wykładowców, czy natłok egzaminów. Z Tobą zawsze rozmawia się lekko, jakbyśmy znały się od lat i nigdy ta znajomość miałaby się nie skończyć. Dziękuję za każda długą przerwę, czy kilkugodzinne okienko spędzone w parku lub na kawie. Przepraszam za to, że zapomniałam jak blisko jesteś. Mam nadzieję, że na stałe zagościmy w swych codziennościach.

Wanna be my friend for real?
Yes? Then let's start right now!
No? You will change your mind.

Noah Wolf aka. Cudak
Tajemniczy nieznajomy | Idealny kompan do rozmów, podróży i szaleństwa na parkiecie

I want to go, go without a map
Far away, away, I won't get trapped
By the sound, a town, the sun beats down

Los bywa przewrotny, ponieważ kto by przypuszczał, że to akurat Ciebie dane mi będzie spotkać na kilka dni przed pierwszą wyprawą w nieznane. Wydawałeś się niewzruszony tym co opowiadał tamten facet o swych podróżach do odległej Azji, wydawałeś się wiedzieć lepiej, choć nie powiedziałeś tego na głos. Dałeś mi kilka rad, porozmawialiśmy o wszystkim i o niczym zgadzając się niemal w każdej kwestii. Spotkanie z Tobą było kojące, lecz nie przypuszczałam, że nasze drogi skrzyżują się po raz kolejny... i kolejny. Nie pamiętam nawet, czy podziękowałam za to wino i taniec, ale jeśli nie to dziękuję! Chciałabym powiedzieć, że był to niezapomniany wieczór, lecz niestety mam małe luki w pamięci. Liczę, że nasza wspólna wyprawa dojdzie do skutku i nie dane mi jej będzie wymazać alkoholem. Nie wiem o Tobie prawie nic, Ty o mnie równie niewiele, ale tak jest wygodniej. Dryfujmy na powierzchni niedomówień, by nie utonąć z odkryciem bagażu doświadczeń.

Let's go holiday!
Just remember - sky is the limit
And we can always try to fly!

Michael Rivers i Thomas Wilson
Michael - Najlepszy trener i partner sparingowy| Thomas - Magik za barem

We're nothing more than friends
You're not my lovers, more like a brothers
You can always count on me!

Poznałam Was na różnych etapach swojego życia i w różnych okolicznościach, ale oboje staliście się częścią niewielkiego grona przyjaciół. Może nie mówię tego głośno, ale uwielbiam Was za to, że mogę być zawsze sobą. Gdy sie spotykamy nie liczą się żadne problemy, czy smutki, ponieważ jest tu i teraz, zabarwione adrenaliną lub wymyślnymi drinkami. O nic nie wypytujecie, jesteście i oferujecie to w czym jesteście najlepsi - wycisk na macie oraz dobre nawodnienie po.

Party is not over!
Just remember - I'll kick your ass
And after that we can drink something delicious
Patrick Parkeraka. Gnida
Błąd jednej nocy| Młody developer hobbystycznie uprzykrzający życie innym

You are noone to me
It was only one night
Believe me, now I hate you

Od początku postawiłam sprawę jasno - jedna noc i nic więcej. Będąc za barem wykonywałam swoje obowiązki będąc miłą dla klientów, w tym i dla Ciebie. Dlaczego za punkt honoru postawiłeś sobie zdobycie czegoś, co nigdy nie będzie Twoje? Myślałam, że niżej nie możesz upaść po wyzwaniu mnie od najgorszy, ale nie! Ty postanowiłeś postawić poprzeczkę jeszcze wyżej i zaatakować moich przyjaciół. Wiedz, że przekroczyłeś cienką, czerwoną linię i teraz sprawię, że tego gorzko pożałujesz. Jeszcze nie wiem jak, ale nie martw się pomysłów mi nie brakuje.

It is not over!
I'll come and get you
You will regret messing with my friends