Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

08/08/2026

[KP] Z braku świeżych idei odgrzewa się stare i to z boczkiem

 Seth Weston

Trzydziestojednoletni taksówkarz i współwłaściciel Ear me out, założonego razem z bratem w 2019 roku. Boi się żab, notorycznie gwiżdże, choć właściwie tylko Ring of Fire Johnny'ego Casha, i nie potrafi zasnąć, jeśli gdzieś w pokoju tyka zegar. Ma organiczną alergię na rutynę i kontaktową na cynamon. Nienawidzi chodzić pod krawatem i ten zakłada tylko w sytuacjach podbramkowych, znaczy się, jak robota każe albo mama poprosi żeby się wystroił.
 
Kredyt studencki brzmiał jak zapisy na sznur, szef dyszący w kark i klepanie excela od dziewiątej do siedemnastej podobnie. Zresztą, co taki pryszcz po szkole średniej z mlekiem pod nosem wiedzieć miał na temat swojej przyszłości? A no tyle, że zobowiązać to się może co najwyżej do rodzinnego obiadu raz w miesiącu i to wciąż z asteryskiem w postaci jeśli oczywiście nie zapomni. Wybrał taksówkę, bo akurat zobaczył ogłoszenie, duże drukowane litery i zielone banknoty. Łatwy szmal z napiwków, kawa ze stacji benzynowej i tyle swobody, ile mieści się za kierownicą żółtego wozu to całkiem niezły start dla takiego wyrostka, tym bardziej, że do stracenia nie miał nic. Szybko odkrył, że tylne siedzenie to bilet w pierwszym rzędzie do prywatnego teatru offowego, gdzie program zmienia się z każdym kursem. Seth słuchał. Patrzył. Chłonął. A potem wykorzystał to w czymś znacznie ciekawszym.

Od siedmiu lat aktywnie działa w Ear me out i obecnie wcielić potrafi się w każdego. Może przyjechać na wesele jako fikcyjny plus jeden albo urządzić scenę zazdrości na życzenie, może aferować się przy niezrównoważonym szefie, podrywać nieznajomych i robić za karka w obstawie. Nauczył się rzewnie płakać na zawołanie i wcale nie widać, że to sztuczne, jego łzy są tak samo przezroczyste i mokre, jak te prawdziwe. Najbardziej lubi jak dostaje zlecenie grupowe i wejść może w rolę wraz z bratem, bo co dwie improwizacje to nie jedna, no i zabawa jakby przedniejsza. Tego zapału nie potrafi zostawić w domu, kiedy wsiada za kierownicę i czasami, gdy dopada go znudzenie, zaczyna sobie pozwalać: wymyśla historię o samotnym ojcostwie albo zerwanych zaręczynach – tak dla jaj, żeby sobie pobajdurzyć i wciska ją niewinnym pasażerom jak przeterminowane cukierki. Seth lubi, gdy coś się psuje. Rutyna gasi go jak peta na dworcu i każda okazja by z niej wyjść, przyjęta zostaje z entuzjazmem, nawet jeśli rozsądniejszy człowiek popukałby się w głowę. 

Papierkową robotę czy wymianę oleju potrafi odkładać w nieskończoność, gubiąc przy okazji wszystkie kwity, ale jak trzeba to w środku nocy zawiezie kogoś na lotnisko albo otworzy słoik ogórków. W sytuacjach kryzysowych zachowuje spokój, bo adrenalinę traktuje jak witaminę C i wierzy, że trzeba ją suplementować. Słyszał, że emocje smakują najlepiej duszone i marynowane, ale póki co testuje tę teorię.
 
Dzień dobry i cześć! W tytule Lec, na focie Adam Driver. Szukamy brata i może znerwicowanego księgowego, ale przygarniemy właściwie wszystkie mniej lub bardziej skomplikowane powiązania. Dawno nas w blogosferze nie było, ale nadzieja jest taka, że to jak jazda na rowerze, więc oby nam nie wypadł łańcuch. Mailowo można się odezwać na: niecierpek.himalajski@gmail.com

17 komentarzy:

  1. [Cześć! Podejrzewam, że zmyślone historie Setha potrafią być nawet ciekawsze od tych, które sprzedają mu Ci bardziej rozgadani pasażerowie 😁 Bardzo przyjemna do czytania karta, Seth też wydaje się być bardzo przyjemny - ciekawe tylko, ile osób rzeczywiście go zna i czy czasami sam się nie gubi w tym, co udawane i zmyślone, a co prawdziwe.
    Życzę udanej zabawy na blogu, a gdybyś miał/a ochotę, to zapraszam do siebie na burzę mózgów 😉

    P.S. Chyba tak trochę jest z tym pisaniem na blogach. Ciężko zapomnieć ]

    Tamsin Passalis i Ivan Voronin

    OdpowiedzUsuń
  2. [Hej! Bardzo lekko czytało się mi kartę, a Seth został przedstawiony w taki sposób, że chyba nie da się go nie lubić 😊Świetny pomysł na biznes z tym wcielaniem się w różne role, musi mieć przez to niezwykle ciekawe życie 😃 Udanej zabawy na blogu!]

    Theodore Lannister

    OdpowiedzUsuń
  3. [Dzień dobry, cześć i czołem ☺️ Fajnych macie tych braci, co jeden, to lepszy 😉 Bez wątpienia ciekawie byłoby zobaczyć ich w duecie, kiedy bawią się w najlepsze, w przeciwieństwie do towarzystwa, przed którym odgrywany jest ich spektakl, bo zakładam, że taki szef, na którego się wrzeszczy, nie jest zadowolony 😉
    A że Seth dodatkowo może ćwiczyć sobie w taksówce, to już w ogóle wybornie.
    Myślę, że z tym blogowaniem, to faktycznie jak z jazdą na rowerze, a gdyby łańcuch spadł, to pomożemy 😉 Albo założymy go z powrotem, albo poprowadzimy ten rower, coś się wymyśli 😉
    Życzę udanej zabawy z wątkami, które nie dają spać po nocach!]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  4. [Absolutnie przewspaniały! Z takim Sethem to jesteśmy za pan brat! Strzeżcie się, wrogowie Uszatków, bo każde wasze złe słowo gotowi usłyszeć nawet z najgłębszej oddali. Okej, ear me out, czas coś napsocić. Tylko żeby pani matka (i siostra może też) się nie dowiedziała, bo pętla krawata zaciśnie się na szyi.]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  5. [Duszone i marynowane emocje brzmią jak przepis na nerwicę!
    Seth jest cudowny, a w pakiecie z Lenem jeszcze cudowniejszy. Świetnie dobrałyście wizerunki, uszy i Ear me out stanowią wyjątkowo przebojowe połączenie! ♥
    Mam nadzieję, że bracia Weston zagoszczą w naszym Nowym Jorku na dłużej. Bawcie się dobrze! :)]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  6. [Bardzo bawi mnie to - w pozytywnym znaczeniu - jak wszyscy nazywają Maxine uroczą, gdzie ona jak najbardziej taka jest, ale w pierwotnym założeniu nie taka miała być jej cecha przewodnia ^^ Sama mi się stała taką uroczą misią pysią, więc postanowiłam jej w tym nie przeszkadzać ^^
    Ja myślę, że możesz nawet jechać z pisaniem ;) Gdyby miało mi się zwolnić miejsce na wątek, to przybędę, ale na razie muszę ostrożnie z wątkami, bo niedawno miałam kryzys i się wyeksploatowałam, chciałabym teraz przez jakiś czas tego nie powtarzać ^^']

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  7. [Ojej! Jaka ciekawa koncepcja na postać! Jestem trochę ciekawa, jak mu idzie to płakanie na zawołanie! ^^ Życzę dobrej zabawy, a sama trochę poluję na wątki, więc jeśli byłaby ochota, to serdecznie do nas zapraszam ;)]

    Tonya

    OdpowiedzUsuń
  8. [No tak - podatki. Chociaż rachunki też brzmią groźnie. A co do wątki, to myślę, że burza mózgów. Tonya jest raczej imprezową i aktywną osobą, więc dość łatwo ją spotkać]

    Tonya

    OdpowiedzUsuń
  9. [To teraz zastanawiam się, co mu może zagrażać! XD]

    Tonya

    OdpowiedzUsuń
  10. Zakręciłaby się łza w oku matuli, gdyby zobaczyła nie jednego, nie trzech, lecz dwóch swych syneczków w koszulach bielących się jak obłoki, przyobleczonych w czerń garniturów i z krawatami związanymi u gardła. W końcu! W końcu tak eleganccy.
    I jeszcze łza nie zdążyłaby porządnie wyschnąć, gdy wzruszenie przeszłoby we wściekłość – a niechybnie by przeszło, gdyby tylko poznała prawdziwy powód, stojący za tymi odświętnymi strojami. To ładnie, że towarzyszą w ostatniej drodze starszego człowieka, mniej ładnie, gdy udają tegoż człowieka synów! Jej dzieci, owoce żywota i krew z krwi, bezwstydnie podszywające się pod potomków jakiegoś typa obcego. Haniebne.
    Dobrze więc, że nie wiedziała – i nigdy, ale to nigdy nie miała się dowiedzieć. Len skrywał w sercu niezliczone pokłady miłosierdzia; nie dopuściłby do tego, by mama poznała Ear Me Out. Im mniej słyszysz, tym lepiej śpisz.
    Len ostatnio prawie nie sypiał.
    Złożyło się na to kilka spraw, zawodowo-prywatnych, ale kwestia Mortimera wcale nie pomagała. Kto by pomyślał, że tak to się potoczy. Wszystko wyglądało na niemal rutynowe zlecenie, chociaż tym fajniejsze, że przecież do odegrania wespół z bratem. I to jeszcze faktycznie w roli braci, chociaż narodzonych z innych ludzi niż w rzeczywistości.
    Bowiem stary Mortimer miał zero synów, więc oni nie siedli i nic nie jedli – a tak strasznie chciał pokazać sąsiadom, że właśnie, że nie, jakichś ma. Starszego, Scotta, i młodszego, Mikeya, którzy to wyjechali do Idaho i tam odnosili sukcesy. Ale w końcu nadszedł ten dzień, w którym ukochani potomkowie przyjechali w odwiedziny do ojca.
    Zlecenie obejmowało pięć spotkań, w trakcie których Seth i Len – choć w tym przypadku bardziej Scott i Mikey – mieli pokazywać się z jak najlepszych stron różnym znajomym Morty’ego, który pęczniał z dumy, chwaląc się swoimi synami. Był dziwny, to prawda, ale też całkiem zabawny; wydawało się, że z całej sytuacji czerpał niemalże tyle samo funu, ile Westonowie. Prawie, bo sam nie dostawał za to kasy, tylko ją wydawał.
    Pierwsze trzy spotkania poszły dobrzy. Morty był zachwycony, a jego sąsiedzi – względnie nowi, bo w Nowym Jorku nie mieszkał od tak dawna, od paru lat zaledwie; co to jest w obliczu wieczności? – pod wrażeniem. Czwarte też przebiegało miło, aż do czasu. W pewnym momencie Mortimer zaczął kłócić się z którymś ze swoich kolegów, a potem dostał zawału, a jeszcze potem wziął i umarł.
    Piąte spotkanie zamieniło się w pogrzeb i stypę. Len, stojąc u boku brata swego – pod chórem, jak poganie! – wpatrywał się ponuro w kropielnicę. Nie zanurzył w niej rąk; nie z powodu strachu przed święconą wodą, a bardziej zarazkami. Kto wiedział, co do niej ludzie poznosili? Niewyraźne odbicie falowało na misie, zamieniając go w rozdygotanego człowieczka, który z każdą chwilą coraz bardziej traci kontury.
    Tak się czuł. Naprawdę było mu przykro. Stąd w ogóle obecność w kościele, na cmentarzu i finalnie – na stypie odbywającej się gdzieś pod Nowym Jorkiem, w zajeździe, który najlepsze lata miał już dawno za sobą.
    Len stał sztywno. Czuł, jak pętla absurdu zaciska im się na szyjach – przyjmowali kondolencje od sąsiadów za faceta, którego znali od paru tygodni, choć jednocześnie przecież całe życie. W końcu Scott i Mikey dłużej nie istnieli.
    Chyba czas spierdalać z powrotem do Idaho.
    Nagle od stołu pod ścianą odkleiła się postać w głębokiej żałobie, której wcześniej nie widział.
    – Jak miło – oznajmiła tonem, który w ogóle nie brzmiał miło. Łatwo to usłyszeć, gdy ma się takie uszy jak Westonowie. – Nie spodziewałam się, że mój brat miał tak młodych znajomych.
    Len uśmiechnął się – uprzejmie, ale niezbyt szeroko; nie wypada śmiać się na stypie! – i szturchnął Setha łokciem w żebra.
    – Ależ tak – odparł gładko. – Pomagaliśmy w drobnych pracach wokół domu i, cóż, bardzo się zżyliśmy. Byliśmy dla niego niemal jak... jak synowie, prawda? Śmieszna historia.

    Brat Uszatek

    OdpowiedzUsuń
  11. [Chciałabym poznać kogoś takiego w prawdziwym życiu. Seth jest naprawdę oryginalną postacią, a jednocześnie tak naturalną, że ja z przyjemnością chodziłabym do niego ze słoikami ogórków. Gina też. :) Bardzo chętnie skorzystam z zaproszenia! Giny pewnie nie stać na wożenie się taksówką, bo musi dbać o oszczędności, ale gdyby skorzystała z niej pewnego razu i zapomniała, gdzie dokładnie mieści się jej nowe lokum, to mogłoby być całkiem ciekawie. Ale przy okazji i tak podpytałaby o robotę na taksówce, bo czemu nie? Ewentualnie może wesprzeć w czymś znerwicowanego księgowego i pozachwycać się owcami (i kozą!) o pięknych imionach. Burza mózgów? Dziękuję bardzo za powitanie! :)]

    Gina Roberts

    OdpowiedzUsuń
  12. Tylko siebie macie, tak czasem wołała matka, w ich dzieciństwie, gdy akurat popadali w zażarte kłótnie – ze sobą albo pozostałym rodzeństwem. Bywały dni, że brzmiało to nie najgorzej. Bywały dni, że brzmiało to jak najstraszniejsza z gróźb, zazwyczaj jednak – Len był bardzo wdzięczny, że ze wszystkich ludzi wszechświat akurat Setha dał mu na brata.
    Brat zawsze pomoże i podrzuci koło ratunkowe. Cóż z tego, że niektóre spośród tych kół zrobiono chyba z betonu, więc jeśli właśnie dryfowało się na otwartym oceanie, po schwyceniu takiego schodziło się na dno. Jednak nawet i w takich wypadkach – zanim woda naleje się do płuc, brat cię wyciągnie. Jeśli trzeba, to za uszy.
    Pomysł Setha z wjechaniem na sumienie siostry Morty’ego był doskonały, ale gdyby Lenny się do niego przyłączył, zapaskudziłby własne. Mikey jednak nie miał tego problemu, bo Mikey w ogóle niewiele miał rozterek etycznych.
    – Taaak – potwierdził, niemiłosiernie rozciągając samogłoskę. – Choć nam o niej też nie wspominał – dodał z lekką konsternacją, zwracając się do Setha vel Scotta. Mówił o siostrze Mortimera w trzeciej osobie, nic sobie nie robiąc z tego, że ta stoi tuż obok. – No, ale o nas powinien. Był nam jak ojciec. – Tu znowu łypnął na kobiecinę.
    Mike prawdopodobnie urodził się na księżycu – na pewno nie słońcu, bo za mało gorącej krwi w nim płynęło – co wyjaśniało nie tylko alternatywne spojrzenie na grawitację, ale również sposób, w którym komunikował się z ludźmi. Czasem szło gładko. Innym razem nietakt brał obcesowość pod ramię i w somnambulicznym stylu wkraczał na scenę, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni.
    – Jak ojciec? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Mój brat? Czy my mówimy o tej samej osobie?
    – No. – Mike wzruszył ramionami. – Ciężko pomylić pogrzeby, jak był jeden tylko.
    Seth zdążył się w tym czasie obrócić – po kolejną kanapkę. Len zazdrościł z całego serca. Po pierwsze, też chciałby coś zjeść, ale żołądek miał tak ściśnięty, że mimo narastającego powoli głodu, za nic w świecie nie zdołałby niczego przełknąć. Kiedy w końcu zdoła, nadejdzie chyba uczta stulecia. Po drugie, też chciałby zachować szybkość ruchów i reakcji. Mike jednak taki nie był.
    Gdziekolwiek by nie poszedł, otaczała go senność – krążyła niczym obłok, otulając go przy każdym geście. Ledwo wstawał z łóżka, a powieki znów ciążyły mu snem. Nawet mówił, jakby wyłaniał się właśnie z gęstej mgły albo otoczył struny głosowe cienką, niebieskawą bibułką. Po ziemi bardziej sunął niż chodził, niezbyt wysoko unosząc stopy, więc co kilka kroków szurał po posadzce. Tylko kiedy czymś za bardzo się ekscytował i podniecał, nabywał z nagła gwałtowniejszych przyruchów.
    – Chłooooooooooooooooooooooooooooooooooooooopcy!
    Po sali poniósł się sopran rejestru gwizdkowego, choć w tym momencie to nawet zbliżający się do rejestru gwizdkowego ultradźwiękowego. Dobrze to ukrócić, zanim wszystkie psy z okolicy się zlecą. To sąsiadka – zwana przez synów Morty’ego sąsiadką Pućką – właśnie podchodziła. Zignorowała krewną Mortimera i od razu przytuliła Mike’a, a odwróconego Scotta poklepała po plecach.
    – Och, Mikey, och, Scottie! – wykrzyknęła, rozszlochana. – Jak wy sobie radzicie?
    Zanim którykolwiek zdążył odpowiedzieć, Pućka odsunęła się o krok, wyciągnęła z torebki chusteczkę i bardzo głośno wydmuchała w nią nos. Czasem rozpacz i żałoba przejawiają się szlachetnym a melancholijnym wpatrywaniem się w sufit, wyrugowaniem z umysłu wspomnień śmiechu, zasuniętymi czarnymi kotarami i gniewnym spojrzeniem spod potarganej na wietrze czuprynie. Czasem to jednak głośne, śmieszne ludzkie wydzieliny, żenujące a człowiecze.

    Lenny

    OdpowiedzUsuń
  13. Serce małego Lenny’ego było zrobione z plasteliny.
    Tak mu powiedział kiedyś brat – ale nie Seth, tylko ten głupi. Miękki jesteś, zakrzyknął kiedyś do najmłodszego, jak plastelina. Kilkuletni wówczas Lenny zamarł; tego samego poranka zjadł potężny kawałek Play-Doh, a że akurat wybrał sobie czerwony – wszystko stało się jasne.
    Między żebrami przestało mu bić serce, a zaczął miękki kawałek plasteliny, jeszcze z odciskami dziecięcych paluchów.
    Serce dorosłego Lena było miękkie, choć bardzo trafnie ukrywał je przed światem – miał na sobie marynarkę, pod marynarką koszulę, pod nią podkoszulek i dopiero pod tymi wszystkimi warstwami skórę. Pod skórą miał mięśnie, pod mięśniami żebra, a za żebrami, schowane najgłębiej, miękkie serce z czerwonej plasteliny.
    Jak każda miękka rzecz – była podatna na okoliczności. Naciśnięta z lewej, ustępowała w prawo. Ściśnięta z dwóch stron, robiła się cieńsza. Ogrzana, miękła jeszcze bardziej. Ujmowana w cudze dłonie, zaczynała przyjmować ich kształt.
    A jeśli ktoś trzymał na niej palec odpowiednio długo, zostawał ślad – bez rozróżnienia na palce sympatyczne i niesympatyczne. Pućka z pewnością była Lenowi niesympatyczna, ale niezależnie od uczuć, którymi darzył ją na co dzień, nie mógł przecież jej odepchnąć.
    Słowa Setha – choć dla niej Scotta – przyjęła z jeszcze większym szlochem i znów wpadła w objęcia tego, którego nazywała Mikeyem. Łzy wsiąkały w koszulę Lena, który delikatnie pogładził kobietę po plecach. Wcale tego nie chciał. Pućka miała dwie cechy, pół na pół, w pięćdziesięciu procentach irytująca, w pięćdziesięciu procentach głośna, ale jej rozpacz i troska były szczere… Też przynajmniej w pięćdziesięciu procentach.
    Len z lekkim zirytowaniem podniósł wzrok znad głowy Pućki i wymienił porozumiewawcze spojrzenia z bratem. Dobrze więc. Jeden na jeden. Albo – jeden przeciwko jednej. Nie miał wątpliwości, że Seth doskonale spacyfikuje siostrę Mortimera, przecież takie pańcie często jeździły taksówkami. Pućki rzadziej.
    – T-tak – wymamrotała niewyraźnie, choć wciąż piskliwie. – T-to takie przykre, że akurat kiedy przyjechaliście… Tak mało mieliście czasu, och, Mikey!
    Mikey nie stałby w takiej pozie, uświadomił sobie Len, więc ugiął kolana i rozpłynął się w ramionach Pućki, jakby właśnie stracił kilka kości. Głowa opadła mu na bok, ramiona zwiotczały, a powieki przymknęły się do połowy.
    – Stary chyba zrobił nam na złość – powiedział sennie. – Siedzi pewnie teraz na górze i zadowolony liczy nasze gluty.
    Pućka wydała z siebie coś między załkaniem, śmiechem a beknięciem; Len tymczasem patrzył, jak plecy Setha maleją z każdym jego krokiem. Ciekawe, jaką magię teraz odpali. To był sprytny ruch, bardzo mądre posunięcie, choć Lenny żałował, że tak go porzucił i zostawił na pastwę głośnej sąsiadki Morty’ego. Nie dość, że osierocony, to teraz i odrodzeństwowany. Na bezbraciu i Pućka bliźnia.
    Nie, aż tak miękkiego serca to jednak nie miał.
    Odsunęła się w końcu i zaczęła osuszać oczy chusteczką. Spoglądała w tym samym kierunku, którego jeszcze przed chwilą wypatrywał Len – jej czujne oczy kogoś innego jednak szukały. Czy siostra Morty’ego wyczuła to spojrzenie? Powinna. Było tak palące, że tylko ktoś nieczuły mógł je zignorować.
    – To wasza ciotka? – ni to zapytała, ni to stwierdziła Pućka. Jej głos brzmiał czysto, kompletnie już nienosowo. – Straszna suka. Jak wasz ojciec kiedyś złamał biodro, przyszła do niego z jedzeniem. A potem zabrała kilka misek, bo niby były jej. Czego ona chce od Scottiego?
    Len zerknął. Scottie wyglądał na zgnębionego. Siostra Mortimera stała bokiem. Mógł obserwować jej napiętą sylwetkę, sztywny kark i rękę, którą wymachiwała, chyba coś tłumacząc. Mortimer też często przemawiał za pomocą ust i dłoni.
    – Nie wiem, dawnośmy się nie widzieli – odpowiedział ostrożnie.
    – O, czemu? – Pućka wywęszyła dramę. – Coś nie tak? Nie przepadaliście za sobą? Czy może miała problem z waszym ojcem? – pytała słodko.
    – Dystans i tak w ogóle – odparł niejasno. – Nie byliśmy blisko.
    – To przez waszą matkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, kurwa. Przestąpił niepewnie z nogi na nogę, choć najchętniej to dałby nogę i w długą. Pućka potrafiła produkować pytanie za pytaniem, bez wytchnienia, aż człowiek tracił czujność – sprawiała wrażenie, że sama paplanina tak ją satysfakcjonuje, że nie wyczekuje odpowiedzi. Było to złudne. Taka taktyka. Zasypać słowami jak śnieg lawiną, a potem patrzeć, jak człowiek próbuje wydostać się z zaspy, od mrozu zaczerwieniony. Odporność wtedy słabnie. Może coś się wymsknąć.
      Mikey uśmiechnął się sennie. Pućka nie wytrzymała i uszczypnęła go w policzek.
      – To skomplikowane – odmruknął.
      – Patrz, jak się gapi, lampucera. Jakby was pierwszy raz na oczy widziała.
      – W pewnym sensie tak jest. – Wzruszył ramionami. – Zmieniliśmy się w końcu. Przez te lata.
      Pućka się rozpogodziła – zrobiła charakterystyczną minę, którą ludzie często przybierają na widok czegoś słodkiego. Kociaczków. Szczeniaczków. Dzieciątek, jeśli są dzieciolubni. Ptysiów, jeśli są łasuchami. Taką samą, którą zrobiła tamtego wieczoru, gdy wpadła z wizytę do Mortimera. Scott i Mikey wspominali wtedy z ojcem stare dzieje, oglądając albumy ze zdjęciami.
      Zdjęciami oczywiście spreparowanymi przez Setha i Lena; znajomy grafik ulepił im wspomnienia. Kolażował zdjęcia Mortimera sprzed trzydziestu lat i zdjęcia braci z czasów, gdy byli chłopcami.
      Na jednym Mortimer obejmował kilkuletniego Mikeya na plaży, choć w rzeczywistości trzymał wtedy pod pachą dmuchanego delfina. Na innym Scott siedział mu na kolanach przy torcie, wycięty z fotki z własnych siódmych urodzin. Były wakacje, święta i pierwszy dzień szkoły. Po prostu – wszystko. Świetnie się wtedy bawili z Sethem, wymyślając coraz durniejsze anegdoty, a wzruszona Pućka przykładała rękę do serca. Morty pęczniał z dumy.
      – Ach, tak – powiedziała, połykając jeszcze rozczulenie. – No, to uważajcie, bo ona pazerna. Ponoć… – Pućka ściszyła głos do teatralnego szeptu – już w kościele pytała o spadek.
      Cholera. Wieść o spadku spadła na niego jak coś ciężkiego z nieba. Na pewno nie manna.
      Ale zaraz. Przecież to żaden problem. Mortimer nie mógł nic przepisać Mikeyowi ani Scottowi, bo Mikey i Scott nie istnieli. Lenowi i Sethowi tym bardziej nic nie groziło. Sąsiedzi przecież nie dowiedzą się, co dokładnie komu przypadło, więc kłamstwo o fikcyjnych synach nie wyjdzie na jaw.
      Testament nie był jawny. I chyba nie czytało się go na stypie. Co nie?

      Lenny

      Usuń
  14. – Spadek? – powtórzył nieprzytomnie Mikey. – Jaki spadek?
    Len, wpatrzony w plecy Setha i rozognioną Gryzeldę, zabrzmiał nieuważnie – tym lepiej dla roli, bo Mikey rzadko kiedy utrzymywał skupienie na dłużej. Zanim jednak posłyszał odpowiedź Pućki, spadło na niego pytanie rzucone męskim, choć wysokim, głosem.
    – Michael?
    W oddali ogień Gryzeldy nie ustawał; gesty jednak miała tak zamaszyste, jakby to nie ogień, a duch Bernsteina w nią wstąpił. Wcisnąć do dłoni batutę i zaraz Seth-Scott gotów jej głębokim głosem wszystko wyśpiewać, a chór płaczek tylko się do niego dołączyć.
    – Michael? Scott?
    Len oderwał wzrok od ucha brata i podążył za głosem, który wpadał do jego własnego. Stypa była dziwna, ale Michaela Scotta się na niej nie spodziewał – czy zrobi przemowę? Ogłosi upadłość? Dopiero kuksaniec w bok od Pućki uświadomił go, co tu się właśnie rozgrywa.
    – Mikey! – przywołała go do porządku.
    – Aaa, taaaaaaak – odparł przeciągle, aż nie wiadomo, czy to mówi, czy to ziewa. Głupia sprawa, tak nie zareagować na swoje imię. Problem w tym, że od kiedy włożył na siebie rolę Mikeya, nikt w życiu nie nazwał go pełnym imieniem. Dobrze, że opieszałość pasowała mu do osobowości. – Michael, teoretycznie, Mikey, praktycznie. A bo co?
    Stojący przed nim mężczyzna miał dwie nogi, ale chyba z siedem stóp – znaczy, tyle właśnie mierzył, tak na oko. Na ucho zresztą też, bo głos dobiegał z góry. I od pięt po szyję powleczony był w lejącą się czerń, kępka włosów na czubku głowy nie odbiegała kolorem. Tak samo jak i teczka, którą trzymał pod pachą. Drżącą dłonią poprawił na nosie prostokątne okulary, nie wiadomo tylko po co, bo leżały prosto.
    Kogoś mu przypominał.
    – Dzień dobry – przywitał się grzecznie, a potem odchrząknął. – Bardzo mi przykro z powodu straty. Moje kondolencje. A pański brat…?
    Pauza złowrogo zawisła. Mikey mrugnął raz i drugi, przekrzywił głowę w lewo, potem też w prawo. Zakończenie zdania nie nadeszło.
    – Tak, dziękuję – podziękował. Był wdzięczny, że miał brata. – To Scott.
    – Tak, wiem. – Poczerniały poczerwieniał na policzkach i znów poprawił okulary. Śmiesznie, bo choć ręka do nosa szła cała, mostek między szkłami popychał palec środkowy. – O niego pytam. Czy znajdziemy go tutaj?
    – Jak poszukamy. – Mikey wzruszył ramionami. – Co się dzieje?
    Boże, wreszcie, coś zaskoczyło! Słuchał uważnie, a jednocześnie w głowie kręciły się trybiki, kręciły, zbliżały do siebie i znów oddalały, aż w końcu ząbek zahaczył o ząbek i mechanizm zadziałał. Z wielu obrazów przewijających się w umyśle Lena wyłoniło się właściwie. Już wiedział, z czym ten facet mu się kojarzył.
    To krytyk kulinarny z Ratatuja, Anton Ego! Może rzeczywiście lepiej, jakby trafił na Setha/Scotta – mogliby wspólnie podebatować nad jedzeniem. Z drugiej jednak strony, z ich dwojga to akurat Len bardziej przypominał Remy’ego, choć nie krył się pod czapką. Pod czapką to może, przynajmniej czasami, powinien skryć uszy, zbyt charakterystyczne i charakterne by na co dzień je przegapić.
    – O ważną sprawę – powiedział Anton. – Bardzo mi przykro, że w tak bolesnych okolicznościach, ale nie idzie panów złapać w inny sposób. Musimy pogadać o testamencie.
    Pogadać? Raczej – musimy spierdalać. Do Idaho, pod czapkę kucharza albo do domu mamy. Gdziekolwiek bądź, byleby dalej. Nawet do Szkocji, założyć w kilcie kult. Tak mi dopomóż Szkot.
    – Scott – mruknął Mikey. – Chyba obaj jesteśmy potrzebni, nie? To go znajdę, a potem ten. Pana znajdziemy.
    Westonowie odnaleźli się wzrokiem i posłali sobie porozumiewawcze spojrzenie – tyle że każdy chyba zrozumiał coś innego. Połączenie nie było telepatyczne, a szkoda. Sytuacja za to była patologiczna, też szkoda. Trzeba znaleźć z niej wyjście.
    Len znalazł najpierw wyjście z pomieszczenia, a potem z całego domu, gdzie na ganeczku czekał Seth z talerzem pełnym kanapek i innych cudeniek. Cud to teraz by się przydał i to taki niekulinarny. Len capnął wcześniej puszkę wody kokosowej, więc kiedy teraz przycupnął obok brata, przetaczał ją w dłoniach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto w ogóle zapewnił taki napój na stypie? Poczuł lekkie trzęsienie pod ziemią. To pewnie Morty właśnie przewracał się w grobie.
      – Pakuj wszystko do ust – rzucił Len, upewniwszy się, że nikt ich nie podsłuchuje. – Albo bierz na wynos. Zwiewamy. Złapał mnie jakiś sztywniak i chce gadać o testamencie, a Pućka wcześniej gadała, że niby siostra Morty’ego wypytuje o spadek. Dom wariatów. Już lepiej było w pogrzebowym.

      Lenny

      Usuń
  15. Kanapka zniknęła w paszczy Setha.
    Gdy Lenny był mały, myślał czasem, że starszy brat samym ziewnięciem byłby w stanie zdmuchnąć całe sady. Podczas festynu kręciły się jabłuszka zawieszone na sznurkach – kto szybciej je zje bez rąk użycia, temu przybędzie energii do życia. Jeden kęs Setha był większy niż trzy Lenowe, och, już na starcie szanse stracone! Tak było wtedy, ale różnica wieku robiła swoje. Dzisiaj może by wygrał, ale – już się w to nie bawił.
    Nawet jednak Seth nie zdoła otworzyć paszczy tak szeroko, żeby połknąć za jednym zamachem Pućkę, Antona Egona i Gryzeldę. Ach, Gryzelda! Ona to na pewno potrafi gryźć. Dogryzaniem dała już niezłą próbkę.
    – Co ty – odpowiedział Len. – Oby Morty chuja to zabrał ze sobą do grobu. Nie chcę nawet o tym myśleć.
    Co stary Mortimer w ogóle takiego miał? No, mieszkanie – to zdecydowanie było coś, nawet jeśli niespecjalnie imponujące. Dwupokojowe i z balkonem, a nawet małym ogródeczkiem, mogło być coś warte. Jego zawartość już mniej; Morty był kolekcjonerem, ale na próżno liczyć, że cokolwiek z tego było cenne. Klasery z unikalnymi znaczkami? Niespotykane numizmaty? Albo chociaż poskładane modele samolotów? Oczywiście, że nie. Morty miał same śmieci, pudełka na pudełka i przedwieczne siateczki, szpargały wylewające się zewsząd i z każdej szpary. Niczego nie chciał wyrzucać, bo wszystko mogło się przydać.
    Może to Gryzelda odziedziczy – i poczuje rozczarowanie porównywalnego do tego, jakie Len kiedyś przeżył, gdy wreszcie ujrzał kawałek ziemi, przez który skłóciło się pół rodziny. Pole, zwykłe pole, choć zdecydowanie nie do popisu. Zgniła trawa, piach bez humusu i spróchniałe deski sypiącego się baraku. Wszystko w kiepskim stanie. Stanie Nowego Jorku.
    W stanie Ohio z kolei noga Lena nie postanie – przynajmniej w najbliższym czasie.
    – Hohoho, jesteśmy z Idaho, Scott – poprawił brata. – Zmywajmy się.
    A mówiąc bez ogródek – trzeba było stąd spierdalać. Len przeskoczył przez balustradę, a potem wkroczył do ogródka, do którego furtkę otworzył mu Seth. Podążał wydeptaną ścieżką i to tak całkiem dosłownie, bo drogi nie były wyłożone kamyczkami czy deskami, tylko ktoś je sobie wychodził, wychodził, aż teraz odznaczały się między trawami i wiadomo było, o co chodzi.
    – Weź się nie wygłupiaj – mruknął. – Jakie bieganie!
    Pućka mogła ich zauważyć, ale tak właściwie – co ich to obchodzi? Ukrywanie się byłoby bez sensu. Ruszenie galopem – miało jeszcze mniej logiki.
    Len przez chwilę obserwował łopatki Setha, poruszające się pod marynarką, i włosy zawijające się nad uchem, a potem przyspieszył, wyminął brata i puścił się biegiem, choć za gnanie w półbutach każdy szanujący Stravarz by go zrugał. Zostawił Setha w tyle, aż koszula załopotała.
    – Frajer – dorzucił, spoglądając przez ramię.
    Do auta dopadł pierwszy – i mógłby do niego pierwszy wpaść, gdyby miał tylko kluczyki. Wcale ich nie zgubił, leżały grzecznie w wewnętrznej kieszeni marynarki, od kiedy Seth mu je przekazał.
    Kiedy brat znalazł się u jego boku, Len był niemal tak biały jak własna koszula.
    – Zostawiłem marynarkę w środku – przyznał się. – Włamujemy się?
    Kurwa, po co on ją zdejmował! A. Właściwie to wiedział, po co – bo został w roli, a Mikey na pewno długo by nie wytrzymał w takim ubraniu. Masz babo placek; może Seth przynajmniej zwinie sobie jakiś kolejny, gdy wrócą. Oby bez rodzynek.

    Lenny

    OdpowiedzUsuń