Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

22/04/2020

2143. Love me or just let me go

Styczeń, dwa tysiące dziewiętnasty rok

Zacisnął pięść i wymierzył ostry cios w treningowy worek.
— Wszystko w porządku, Dan? — Mike, kolega z pracy stał po drugiej stronie i trzymał porządnie worek bokserski. Przyglądał się przy tym uważnie brunetowi — chodzi o Sheilę?
Daniel wywrócił oczami, wymierzając jeszcze jedno uderzenie. Trenował, bo chciał pozbyć się tych myśli. Musiał się wyżyć, aby spróbować zachować spokój w domu. Gdyby nie ciężkie treningi, najpewniej w mieszkaniu ciągle trwałyby awantury. Nie było łatwo wyprowadzić mężczyznę z granic cierpliwości, ale jego małżonka miała do tego niesłychany dar. — Znowu się pokłóciliście?
Kolejny cios, tym razem chybiony.
— Kurwa — wydusił z siebie, opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Przetarł przedramieniem czoło z kropelek potu i na ugiętych kolanach, pochylił się delikatnie do przodu, biorąc przy tym głębokie, uspokajające oddechy. Dłońmi w rękawicach podparł się o kloana.
— Stary, spokojnie.
Daniel spojrzał tylko na niego i pokręcił lekko głową. Miało to oznaczać, że za chwilę uda mu się powiedzieć więcej. Musiał jednak w pierwszej kolejności uspokoić oddech i kołaczące serce. Po dwóch, może trzech minutach wyprostował się i spojrzał na Mike’a.
— Tego już się nawet nie da nazwać kłótnią — mruknął, niezbyt zadowolony z sytuacji panującej obecnie w jego małżeństwie.
Nie umiał nawet znaleźć odpowiednich słów, którymi mógłby przekazać koledze, co tak naprawdę czuje w tej chwili. Dopadało go zrezygnowanie i frustracja. Za każdym razem, kiedy robił cokolwiek, aby ratować tę relację… Dostawał mentalny policzek. Sheila zawsze potrafiła znaleźć powód, którym potrafiła zepsuć mu humor i odebrać całą energię do dalszych starań. Były momenty, w których miał serdecznie dosyć jej osoby.
— Na pewno przesadzasz — Mike spojrzał na Daniela — Sheila jest super laską. Mimo upływającego wieku, wygląda coraz lepiej. A to, że ma swoje humorki? Która z nich ich nie ma?
— Nie znasz jej prawdziwej wersji — mruknął, ściągając powoli bokserskie rękawice. Wszyscy powtarzali mu to samo: Sheila jest niesamowicie dobrą i piękną kobietą, poprzewracało ci się w głowie. — Cholera, Mike… To… Frustruje mnie — oznajmił, wiążąc komplet rękawic i przerzucając je sobie przez ramię. Trzymał sznurek pomiędzy palcami i wziął głęboki oddech — przy niej czuję się tak, jakbym każdego dnia umierał na nowo. Wysysa ze mnie całą energię. Wiesz, co będzie, jak wrócę do domu? Spojrzy na mnie. Nie zapyta nawet o to, jak minął mi dzień, jak było w pracy… Zrzuci natomiast tyradę tego, co musiała zrobić… Że z pewnością zostawiłem pieprzony kubek na stole, a księżniczka musiała wstawić go do zmywarki, że przez pół dnia leżała na kanapie oglądając netflixa, albo nowe panzokcie i na całe jej nieszczęście, musiała zrobić obiad — zarysował mniej więcej, jak z pewnością będzie wyglądał jego wieczór — nie chodzi mi o to, że ma zapieprzać w domu, żeby ten się błyszczał, ale… Nawet nie wyjdzie z psami, bo jej się nie chce, a za to będzie narzekała, że mam coś z nimi zrobić, bo cały dzień szczekają i jej przeszkadzają — mruknął. Wiedział, że Mike tego nie zrozumie. Czasami miał wrażenie, że nikt nie potrafił zrozumieć. Każdy patrzył tylko na to, że trafiła mu się naprawdę piękna kobieta. Owszem, jego żona była piękna, ale… Coś w ich życiu się zmieniło. Sheila się zmieniła. Nie była tą samą osobą, którą poznał podczas studiów. Była energetycznym wampirem, tyle, że nikt nie umiał tego dostrzec poza nim.
— Słuchaj, stary. Jeżeli tak ci z nią źle, ja się mogę nią zająć — Mike zaśmiał się durnowato. W Danielu natomiast zawrzała krew. I wcale nie chodziło tylko o to, że jego kumpel zamierzał przystawiać się do jego żony. Strasznie wkurwiał go fakt, że każdy z góry zakładał, że to z nim jest coś nie tak, bo z Sheilą z pewnością wszystko jest dobrze, że przecież kobiety mają swoje humorki, że przecież nie muszą robić wszystkiego, a on powinien pamiętać o wsadzeniu kubka do zmywarki. I pamiętał. Wystarczyło natomiast, aby raz tego nie zrobił, a blondynka była w stanie rozpocząć trzecią wojnę światową.
To w tym wszystkim sprawiało, że nie podjął żadnej decyzji, że nie potrafił zachować się stanowczo. Bał się, że w oczach kolegów będzie frajerem? Starał się za wszelką cenę odnaleźć w sobie miłość do Sheili, sprawić, aby uczucie, które kiedyś ich łączyło na nowo się rozpaliło, ale… Prawda była taka, że im bardziej się starał, im więcej było w tym niepowodzeń, coraz mniej chciał to ratować. Zwłaszcza, że nie widział żadnego zaangażowania ze strony swojej małżonki. Był gotów spełnić każde jej marzenie, najmniejszą zachciankę, ale w zamian dostawał jedynie kolejne pretensje.
Udało mu się po znajomości załatwić stolik w restauracji, w której tak bardzo chciała spędzić sylwestrową noc. Czy Sheila była szczęśliwa? Oczywiście, że nie. Stolik był w nie takim miejscu, w jakim sobie to wyobrażała, jedzenie było nie tak dobre, jak opowiadała jej koleżanka, a wszystko to oczywiście było winą Daniela…

Maj, dwa tysiące dziewiętnasty rok

Rzadko odwiedzał swoją matkę, z różnych przyczyn. Jedną z nich była jego własna żona. Sheila i Isabel nie dogadywały się. Nie potrafiły znaleźć wspólnego języka, od samego początku ich znajomości. Kobieta raz, może dwa razy wspomniała synowi jeszcze przed jego ślubem, że Sheila się jej nie podoba i ma złe przeczucia co do tej dziewczyny. Młody mężczyzna był wtedy za bardzo zapatrzony w miłość swojego życia i nie dostrzegał wad, które posiadała. Nie zwracał na nie uwagi, nie myślał o nich i o tym, jaki mogą mieć wpływ na ich wspólną przyszłość.
Im dłużej ich związek wisiał w tym dziwnym stanie, Daniel potrafił cofnąć się wspomnieniami do przeszłości i dostrzec rzeczy, które wcześniej ignorował. Zachowania blondynki, które w tym momencie niesamowicie go drażniły, a wtedy wydawały się błahostkami. O niektórych z nich myślał, jak o okresie przejściowym. Coś na wzór: jak już zostaniemy rodziną, dojrzeje. Nie będzie zachowywać się w ten sposób. Nie zmieniła się. Teraz wiedział, że zachowania wpojone od najmłodszych lat nie znikają tak po prostu. Z pewnością nie wtedy, kiedy człowiek nie stara się zmienić. Początkowo naprawdę uważał, że powinien rozpocząć zmiany od siebie. Starał się, wkładał dużo energii i zaangażowania w to, aby uratować ten związek. Miał świadomość, że składali sobie przysięgę przed pastorem i właśnie ten fakt sprawiał, że nie mógł jej tak po prostu zostawić. Oznajmić, że to koniec i odejść. Nie byli dwudziestolatkami, którzy spotykali się zaledwie kilka miesięcy, czy rok. Oboje byli dojrzałymi, dorosłymi ludźmi. Daniel chciał zachować się właśnie w ten sposób. Dojrzale. Próbował, starał się i wciąż nic z tego nie miał. Czasami odnosił wrażenie, że Sheilę bawi jego zachowanie. To, że naprawdę cały czas mu zależy.
Siedział przy mahoniowym stole, na krześle obitym kwiecistym materiałem. Zawsze w domu matki czuł się nieswojo, a przecież nie powinien. Było to miejsce, w którym się przecież wychował, z którym wiązał wiele pozytywnych wspomnień. Nadmiar porozwieszanych wszędzie talizmanów, kolorowych sznurków i porozkładanych kamieni, przytłaczał go. Nie wspominając już o trajkotaniu starszej kobiety na temat magii przeznaczenia. Wziął głęboki oddech i oparł się łokciami o blat, spoglądając na swoją rodzicielkę. Wiedział, że nie będzie musiał dużo mówić. Znała go w końcu najlepiej na świecie. Dlatego za każdym razem mimo wszystko żałował, że odwiedza ją tak rzadko, że powinien robić to częściej i na dłużej.
— Coś cię gryzie synu — Isabel trzymała w swoich dłoniach sztućce. Skubała właśnie kawałek smażonego łososia w poszukiwaniu ości. — I wcale nie mam na myśli tego paskudnego swetra, który masz na sobie. Żona ci go kupiła?
Daniel zaśmiał się cicho, spoglądając na rękawki ciemnego materiału. Faktycznie nie należał do tych miękkich i przyjemnych.
— To sweter po tacie.
— Naprawdę? Jest okropny.
— Wiesz, że najpewniej to ty go wybierałaś, prawda?
Pokręciła głową, ale na jej ustach malował się uśmiech. Lubił to w swojej matce. Zawsze, nawet w najgorszych momentach potrafiła odnaleźć coś pozytywnego, a jej uśmiech za każdym razem był szczery. Tylko raz widział, gdy go wymuszała na swoich ustach i miał szczerą nadzieję, że taki moment nie będzie miał miejsca ponownie.
— To pewnie prezent od babci. Na pewno mu nie wybrałam takiego swetra. Twój ojciec przeokropnie wyglądał w granatowym. Zresztą, zupełnie tak samo, jak ty.
— Naprawdę wyglądam tak źle?
— Jeszcze gorzej! — Zaśmiała się, unosząc w końcu starannie oczyszczony z ości kawałek ryby i wsunęła go do ust, powoli przeżuwając. Kontrolnie, co jakiś czas przyciskając mięso do podniebienia. Daniel dokładnie znał cały proceder zjadania ryby przez matkę. Nigdy nie mieszała w takim przypadku mięsa z dodatkiem i warzywami. Ryba znajdowała się nawet na oddzielnym talerzyku, a każdy, nawet najdrobniejszy kawałek oglądała nawet po kilka minut. Powtarzała, że wszystko to było spowodowane jednymi wakacjami. Podczas obiadu ość stanęła jej w gardle, a kobieta nie umiała jej w żaden sposób wyjąć. Skończyło się wizytą w szpitalu i nieprzyjemnym pozbyciem się ciała obcego.
— Zapamiętam to… Nigdy złego słowa nie powiedziałem o twoich ubraniach.
— W przeciwieństwie do ciebie, twojego ojca i babci mam dobry gust. Przykra sprawa, Danny, że musiałeś się wdać w drugą część rodziny — wzruszyła ramionami, spoglądając na niego. Odłożyła widelec, opierając go o talerzyk i oparła łokieć o stół. — Mam ci postawić tarota?
Pokręcił przecząco głową. Nieważne, jak bardzo byłoby źle, na tę opcję nigdy się nie zgodzi. Nie wierzył w tę całą magię. Nie uważał, aby karty mogły mu podpowiedzieć, co powinien zrobić, czy przewidzieć w jakiś sposób przyszłość. Zawsze wyśmiewał matkę w tym temacie, ale nie dzisiaj, nie teraz. Po prostu pokręcił przecząco głową, czując, jak zaciska mu się gardło.
— Możemy usiąść na kanapie? Jak kiedyś… Wiesz, gdy miałem zły humor — wychrypiał, unikając spojrzenia prosto w oczy Isabel. Bał się, że się rozklei, a przecież nie chciał tego. Nie chciał jej martwić i dokładać problemów. Swoich własnych miała wystarczająco dużo, o czym przecież wiedział.
Isabel przechyliła lekko głowę, lustrując przy tym uważnie twarz syna. Od samego początku, gdy tylko stanął w progu domu, wiedziała, że coś jest na rzeczy. Nie chciała jednak wyciągać z niego informacji na siłę. Zawsze sam jej o wszystkim mówił, kiedy czuł się gotowy. Dlatego słysząc jego prośbę, sięgnęła serwetkę i przetarła ręce, a następnie odsunęła się od stołu i usiadła na kanapie, która znajdowała się z półtora metra od stołu. Oparła łokieć o bok mebla i wyprostowała nogi. Daniel po chwili siedział obok niej.
— Wiesz, że zawsze będziesz moim małym synkiem?
— Wiem, mamo — mruknął, uśmiechając się delikatnie. Poprawił się na kanapie i ułożył tak, że głowę opierał o jej kolana. Zgiął rękę i wsunął dłoń pod swój policzek, uginając kolana, aby w całości zmieścić się na meblu.
Isabel wplotła palce w jego włosy i delikatnie, kojącymi ruchami głaskała go po głowie, nucąc cicho spokojną melodię. Mężczyzna oddychał spokojnie, wsłuchując się w głos matki.
— Nie wiem, co zrobić z Sheilą — odezwał się po dłużej chwili milczenia.
— A co podpowiada ci serce?
Wzruszył lekko ramionami. To był ten największy problem. Nie umiał stwierdzić, czego tak naprawdę chce. Oboje byli względnie młodzi. Gdyby teraz zdecydowali się na rozstanie, każde z nich miałoby szansę ułożyć sobie życie raz jeszcze, na nowo, bez siebie.
— Sam już nie wiem. Starałem się to naprawić… Rozbudzić w sobie te same uczucia. W końcu obiecywaliśmy sobie, że będziemy razem zawsze.
— Czasami życie pisze dla nas inne scenariusze. Wiem, że się starałeś, synu…
— Nie chcę być tym złym — wyznał, przyznając się w końcu na głos do tego, co przez cały ten czas sprawiało, że nie podjął żadnej, konkretnej decyzji. Nie bał się opinii kumpli. Bał się tego, że w oczach innych ludzi momentalnie stanie się tym okropnym facetem, którzy porzucił żonę, który poszedł na łatwiznę i zamiast próbować naprawiać, wyrzucił i wziął nowe.
Tylko czy zostanie w związku na siłę i tylko przez to, że bał się złej reputacji, było dobrym rozwiązaniem? Męczył się strasznie. Czasami miał wrażenie, że oboje ledwo ze sobą wytrzymują, a później pojawiała się nadzieja na horyzoncie. Delikatna zmiana, która mogła zwiastować coś dobrego. Następnie była poczucie, że ona się świetnie bawi z okazji tego wszystkiego, rezygnacja i…Strach. Strach, który nie pozwalał mu podjąć ostatecznej decyzji.
— Wolisz być tym dobrym, czekać, aż to ona uzna, że was związek nie ma sensu, co przecież może trwać lata i… Naprawdę Danny chcesz po prostu czekać? Nie tak cię wychowałam — pokręciła głową, zatrzymując w końcu dłoń i przerywając głaskanie. — Nie zrozum mnie źle, Dan. Po prostu wkładałam serce w to, żebyś nauczył się podejmować trudne decyzje. Wiem, że ta nie należy do łatwych i to nie jest sprawa wyboru jutrzejszego obiadu, o którym zapomnisz pojutrze. Jako twoja matka nie mogę patrzeć, jak się męczysz i cierpisz.
— Nie chcę cię zawieść.
— To podejmij ostateczną decyzję.
Głos Isabel nie brzmiał w tym momencie przyjemnie. Może była zła, że nie potrafiła uchronić syna przed podjęciem decyzji o ślubie z tą konkretną kobietą. W końcu od początku miała, co do niej złe przeczucia. Nie chciała też za bardzo wyduszać na Danielu, co w ostatnim czasie konkretnego się działo. Widziała jednak, że jej syn stawał się innym człowiekiem i trwało to znacznie dłużej, niż ostatnie kilka miesięcy. Ułożyła dłonie na głowie mężczyzny i pchnęła ją delikatnie.
— Wstawaj. Kocham cię synku, ale musisz wziąć się w garść, a ja muszę dokończyć rybę.
Podniósł się do siadu i oparł plecami o miękkie obicie. Przyglądał się, jak kobieta wstaje i z powrotem udaje się do stołu. Sam sięgnął dłonią do kieszeni i wyciągnął telefon. Odblokował urządzenie i otworzył okno nowej wiadomości tekstowej, oczywiście kierowanej do swojej żony.

Jak wrócę, musimy porozmawiać, Sheila. 

Wiedział, że to nie będzie łatwa i krótka rozmowa. Wiedział też, że ta ostatnia szansa, którą chciał jej dać, będzie naprawdę ostatnią. Isabel miała rację. Musiał w końcu podejmować stanowcze decyzje i być w nich konsekwentny. Za dużo razy starał się przecież ten ostatni raz.


 w ogóle to zapraszam do Daniela, przyda mu się jakiś kumpel

20/04/2020

2142. Oh, I just wanna be fucking happy


                Szczęście ma różne oblicza. Może je powodować nowy liść na ulubionej roślinie. Szczęście może dać również zjedzenie ulubionego dania, podwyżka lub awans. Szczęście można odnaleźć w codzienności i odległych marzeniach. Dale Carnegie powiedział kiedyś: „Zachowuj się tak, jakbyś już był szczęśliwy, a zobaczysz, że faktycznie będziesz szczęśliwy”.
                Drobna blondynka szła jedną ze spacerowych alejek parku. Powietrze wyraźnie pachniało wiosną, a spacerowiczów takich jak ona, było naprawdę dużo. Davina tęskniła za przyjemnym ciepłem słońca, które ogrzewało ciało, pozbawione wielu, grubych warstw ubrań. Nie była typem dziewczyny, która kochała kolory. Nie przepadała za sukienkami i spódniczkami. Stawiała na wygodę, a według niej tę funkcję najlepiej pełniły materiałowe spodnie w ciemnym odcieniu i bluzki lub swetry w takim samym kolorze, co spodnie lub w czymś zbliżonym. Po dwuletniej żałobie, w jej szafie naprawdę ciężko było znaleźć coś kolorowego, wzorzystego i przynoszącego na myśl radość i swobodę. Kolorowe ubrania, które miała były już raczej niemodne lub zwyczajnie nie pasowały do obecnej sylwetki kobiety. Dzisiaj sięgnęła jednak śmiało po jedną z sukienek. Była prosta, z delikatnym przeszyciem na wysokości tali i sięgała odrobinę za kolano. Materiał był delikatny i zwiewny w kolorze brudnego różu. Rękawek był do łokcia, a góra kiedyś ściśle przylegała do ciała Davie. W przeszyciu zapięła ozdobny pasek, srebrny łańcuszek, a do tego odważyła się na wyższe niż zawsze buty – czółenka na stabilnym słupku. Sama nie potrafiła powiedzieć, dlaczego akurat dziś sięgnęła po takie ubranie, ale dla Daviny było niesamowicie ważne. Kupiła tę sukienkę na jedną z pierwszych randek z Brianem. Dziś miała ją na sobie i była to po prostu sukienka. Nie czuła się w żaden sposób źle, owszem, była czymś niesamowicie sentymentalnym, ale Davina mogła śmiało powiedzieć, że w końcu mogła ją na siebie założyć i nie myśleć tylko o tamtym wieczorze, o swoim mężu, o wszystkim, co było kiedyś. To było ubranie. Ładne i wygodne, które naprawdę lubiła i w końcu z pełną swobodą mogła je założyć. Z czystym sumieniem i głową wolną od zmartwień. I to było najpiękniejsze uczucie na świecie.
                Nie zapomniała o Brianie, nigdy o nim nie zapomni. W końcu, w pełni poczuła jednak, że to jest element przeszłości. A to, że będzie w czerpać pełnymi garściami, z teraźniejszości nie sprawiało, że jest złym człowiekiem. Teoretycznie wiedziała o tym od dawna, ale w praktyce pogodzenie się z pewnymi sprawami zajmowało więcej czasu. Od końcówki lata spotykała się przecież z kimś, już wtedy zaczynała czuć, że przeszłość to zamknięty rozdział, ale nie potrafiła się ot, tak od tego wszystkiego odciąć. Obecnie zamierzała stawiać jednak stanowcze kroki, bo ten pierwszy, jakim było spakowanie ubrań i innych rzeczy należących do niego, było dawno i to było zdecydowanie za mało. Przemalowanie ścian w mieszkaniu, w którym zamieszkali i, w którym mieli wspólnie tworzyć rodzinę, nie wystarczyło, aby czuła się w pełni swobodnie, spędzając tam czas z Ethanem – już nie tylko, jako kolegą.  Nie spodziewała się, że po tylu wspólnych filmowych wieczorach, że po tym, co przez te kilka miesięcy zdążyli zbudować, wciąż będzie czuła się dziwnie i nie w pełni komfortowo. Najgorsze było to, że nie potrafiła przez długi czas określić, co jest powodem niepewności, którą czuła. Rozwiązanie tej zagadki zajęło jej kilka długich miesięcy.
                Dziś było ważne nie tylko, dlatego, że włożyła sukienkę i nie wracała do przeszłości. Dziś było ważne, bo maszerowała przez park w stronę zejścia do metra. Była umówiona na oględziny mieszkania na wynajem. I czuła w kościach, że to jest najlepszy pomysł, na jaki mogła wpaść. Nie chciała w nieskończoność trzymać mężczyzny w niepewności, zwłaszcza że jej samej zależało przecież na poważnym związku z przyszłością. I tak samo, jak czuła, że mieszkanie uwolni ją, tak samo czuła, że Camber może być tym mężczyzną, z którym na nowo spojrzy odważnie w przyszłość. W końcu to dzięki niemu postanowiła tak doszczętnie rozliczyć się ze swoją przeszłością i zostawić ją w tyle.

~*~

                Mieszkanie znajdowało się w jednej z wielu kamienic w Lower East Side. Budynek nie wyróżniał się w żaden szczególny sposób w okolicy. Wykonany z czerwonej cegły jak wiele innych. Otoczony liściastymi drzewami z jednej strony, z drugiej pomiędzy budynkami utworzony był mały deptak z kamienia, na którym osadzone były ławki. Okolica sprawiała dobre wrażenie, gdyby nie ruchliwa ulica od frontu, można by poczuć prawdziwy spokój. To było coś, czego pragnęła. Dlatego kąciki jej ust drgnęły delikatnie. Nie widziała jeszcze wnętrza mieszkania, ale już czuła pozytywną energię i miała nadzieje, że w samym mieszkaniu będzie tak samo. Rozejrzała się dookoła, stojąc na deptaku pomiędzy kamienicami i uśmiechnęła się, biorąc głęboki oddech i odważnie patrząc na drzwi wejściowe.
                — Dzień dobry — usłyszała za sobą damski, przyjemny głos. Znała go już, rozmawiała z nią przez telefon. Była to pośredniczka z agencji.
                — Dzień dobry, pani Pereira — blondynka posłała kobiecie przyjazny uśmiech i wyciągnęła do niej dłoń, aby przywitać się z panią pośrednik.
                — Gotowa na oględziny? Gwarantuję, że mieszkanie na żywo spodoba się pani sto razy bardziej, niż na zdjęciach!
                Kobieta była towarzyska i otwarta. Potrafiła ciągnąć rozmowę nawet wtedy, kiedy wydawałoby się, że ta za chwilę umrze. Davina przekonała się o tym podczas wielu telefonicznych rozmów. Owszem, mogłaby poszukać mieszkania sama, ale uznała, że z pomocą dobrego pośrednika jest w stanie znaleźć nie tylko więcej mieszkań i to konkretnie takich, jakich kryteria podała podczas rozmowy, ale wierzyła również w to, że sama umowa będzie korzystna i porządnie stworzona. Dla Daviny to było najważniejsze.
                — Myślałam, że to niemożliwe. Na zdjęciach wyglądało cudownie. Dokładnie tak, jak opisywałam to, co chciałabym znaleźć.
                — No właśnie. Od razu pomyślałam o pani, gdy tylko je zobaczyłam. Miałam od razu pani twarz przed oczami! Niesamowite… Wydaje się, jakby wołało, aby pani się na nie zdecydowała. A to nie jest wcale tak często spotykane! Niech mi pani uwierzy, pracuję w zawodzie od ośmiu lat! — Trajkotała wesoło, ruszając w stronę drzwi wejściowych, które otworzyła z pomocą klucza, a następnie skierowała się do windy. — Jak mówiłam, budynek z zewnątrz jest stylizowany na starszy. Wewnątrz z kolei, jak sama pani widzi… Wszystko jest względnie nowe. Nie jest to wybudowane w zeszłym roku, czy dwa lata temu, ale właśnie dwa lata temu był tu gruntowny remont! Sama zresztą pani widzi… Czyste ściany, żadnych bohomazów, brudu… To też wiele świadczy o sąsiadach.
                Davina spojrzała na kobietę z uśmiechem. Wiedziała, że przebicie się z czymkolwiek w jej monologu będzie dość trudne. Nie zależało jej jednak na tym, w jakiś szczególny sposób. Chciała wysłuchać tego, co miała do powiedzenia. W końcu mówiła, prawdopodobnie, o jej przyszłym mieszkaniu. Wszystkie informacje w tej chwili były na wagę złota.
                — Okna również są wymienione, a elewacja jest na całym terenie czyszczona regularnie, co pięć lat. Czynsz nie jest bardzo wysoki, ale dochodzą koszty dotyczące wspólnoty. Z drugiej strony, dzięki temu okolica wygląda tak, jak wygląda. Jest czysto i schludnie, a nie oszukujmy się… Nie jest to luksusowa dzielnica, a przynajmniej nie ta część — mrugnęła do Daviny jednym okiem i sięgnęła do swojej torebki, aby wyciągnąć z niej telefon. Szybko coś w nim klikała, a następnie pokazała blondynce wyświetlone zdjęcie eleganckiego osiedla — to znajduje się dwie przecznice dalej. Widzi pani, Lower East Side jest naprawdę zróżnicowane, niemal każdy znajdzie coś dla siebie — oznajmiła z uśmiechem — mam naprawdę wielu zadowolonych klientów na swoim koncie, jeżeli chodzi o tę część Nowego Jorku. Jestem pewna, że i pani będzie zadowolona — dodała ze słyszalną dumą w głosie.
                — Jeżeli jest ładniejsze niż na zdjęciach… — Black uśmiechnęła się delikatnie, wpatrując się w mały ekran nad drzwiami windy. Nie mogła się już doczekać momentu, w którym zobaczy na żywo mieszkanie.
                — Gwarantuję, że widok z okien zaprze pani dech w piersi. — Powiedziała pewna siebie, a cierpliwość Daviny dobijała granic. Winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze, a starsza z kobiet poprowadziła w stronę mieszkania.
                Stała tuż na wprost dużego okna wychodzącego na zachód. Widok z szóstego piętra był niesamowity, a informacja o tym, że na dachu budynku znajduje się coś na wzór wspólnego, balkonu, z którego mogą korzystać mieszkańcy, sprawiła, że Davina nie chciała już opuszczać mieszkania. Salon był z aneksem kuchennym, ale całe pomieszczenie było przestronne.  Korytarz był stosunkowo mały, ale dość szeroko. Wchodziło się z niego wprost do salonu, a na obu ścianach mieściły się drzwi. Jedne do sypialni, w której była mała łazienka i garderoba, a drugie, po przeciwnej stronie do toalety. Zastanawiała się nad tym, czy nie będzie brakowało jej dodatkowego pokoju, ale tak naprawdę nie był on jej do niczego potrzebny. Wcześniej było w nim wiele rzeczy Briana, ale teraz zaczynała nowy rozdział w swoim życiu.
                — Chcę podpisać umowę — powiedziała, nawet nie zastanawiając się nad niczym więcej. Była pewna siebie i zdecydowana na to mieszkanie. Było idealne. Takie, jakiego potrzebowała. Kuchnia była zadbana, ściany były świeżo odmalowane beżowymi kolorami. Obie łazienki były świeżo wyremontowane i utrzymane w nowoczesnym stylu, co bardzo odpowiadało blondynce. — Najszybciej jak to możliwe. Chcę to mieszkanie — oznajmiła, spoglądając na panią Pereira.
                — Przekażę właścicielowi. Jest jedna para, która również była zainteresowana i chętna mieszkaniem. Tak naprawdę w tym momencie musimy czekać na decyzję właściciela.
                Blondynka przygryzła wargę, wpatrując się w starszą od siebie o kilka lat kobietę. Chciała je mieć. Czuła, że to jest właśnie jej miejsce, że to tutaj wszystko będzie dobrze.
                — Jestem gotowa na wyższy czynsz. Jestem zdeterminowana, pani Pereira, naprawdę chcę tu mieszkać.

~*~

                Uśmiechnęła się wesoło, łapiąc dłoń mężczyzny i splatając ze sobą ich palce. Uniosła spojrzenie, aby zatrzymać je odrobinę dłużej na jego twarzy, a kąciki ust drgnęły jej mocniej.
                — Wspólne zakupy meblowe to bardzo poważny krok — oznajmiła z powagą w głosie. Radośnie błyszczące oczy blondynki sprawiały jednak, że mężczyzna nie powinien się niczego obawiać. — Nie martw się, za wszystko zapłacę sama — zaśmiała się wesoło, widząc jego minę. Podejrzewała jednak, że bardziej ubolewał już nad samą wizją tych zakupów i spędzeniu kilku godzin w sklepie. Davina nie przepadała za zakupami. Nie była pod tym względem stereotypową kobietą, która mogłaby spędzać w sklepach całe dnie. Wszystko się zmieniało, jeżeli chodziło o urządzanie wnętrz. Kochała to. Świetnie się przy tym bawiła, a przy dobrej zabawie, czas zawsze gnał. Nieco bezwiednie potrafiła, więc spędzić w nich naprawdę kilka godzin. Najważniejsze jednak było to, że nie była na siebie zła. Nie uważała tego czasu za zmarnowany, bo naprawdę czerpała z tego radość.
                — Bardziej mnie przeraża myśl, jak dużo czasu tutaj spędzimy — powiedział, rozglądając się po pomieszczeniu, które wydawało się nie mieć końca — czego w ogóle szukamy?
                — Trochę… Ostrzegałam, żebyś zarezerwował sobie kilka godzin — ścisnęła mocniej dłoń i przyspieszyła odrobinę kroku — w zasadzie wszystkiego… Nie zależy mi na jakichś wyszukanych meblach. Wolę, żeby były proste. Dodatkami sobie wszystko dopełnię — poinformowała, również się rozglądając. Na swojej liście, na pierwszym miejscu miała łóżko i kanapę. To były dwie rzeczy, które po prostu musiała mieć. Kuchnia urządzona przez właściciela była w porządku, nie wymagała żadnych zmian. Potrzebowała też stołu i minimum dwóch krzeseł. Szafy i komody, a do tego szafki pod telewizor i jakiś kawowy stolik… Lista była długa, ale Davinie wcale nie zależało na tym, aby kupić od razu wszystko. Wręcz przeciwnie, takie zakupy działały na nią kojąco, mogłaby, więc spokojnie przyjeżdżać tu przez kilka dni z rzędu. Drugą sprawą było to, że nie chciała sobie momentalnie zagracić mieszkania. Wiedziała, że gdyby kupiła od razu wszystko, co było konieczne, w pomieszczeniach panowałby harmider. Kartony, folie… Walałyby się na pewno wszędzie, a tego chciała uniknąć. Stopniowe meblowanie w takim przypadku brzmiało niczym plan idealny.
                — Nie martw się, mam dzisiaj dla ciebie cały dzień.
                — Świetnie. W takim razie pokażę ci dzisiaj coś wspaniałego — spojrzała na niego, a następnie przystanęła. Puściła dłoń mężczyzny i wyciągnęła ręce w stronę jego szyi. Ułożyła na niej dłonie i stając na palcach, przyciągnęła odrobinę mężczyznę do siebie tak, aby schylił się do jej twarzy — jesteś za wysoki, to przeszkadza w spontanicznych pocałunkach — zaśmiała się cichutko, a następnie dość nieśmiało musnęła jego warg. Nie lubiła okazywać czułości w miejscach publicznych, ale w tej chwili była tak podekscytowana wszystkimi zmianami, zachodzącymi w jej życiu, że ten jeden niewinny pocałunek to nie było nic złego.
                — Już nie mogę się doczekać — wymruczał w odpowiedzi, a Davina tylko szerzej się uśmiechnęła, ponownie splatając ze sobą ich palce.
                — Jestem pewna, że w ogóle się nie spodziewasz…
                — Masz rację, mam pustkę w głowie.
                — I dobrze! — Zaśmiała się wesoło — wiem, że nie lubisz niespodzianek, ale musisz się do nich w końcu przyzwyczaić — dodała, patrząc na niego z czułością — i to naprawdę nie będzie nic strasznego. Będzie miło. Zobaczysz.
               
~*~

                — Musisz mi zaufać — oznajmiła, machając Ethanowi przed twarzą apaszką.
                — Ufam, ale…
                — Jak ufasz, to nie ma żadnego, ale — oznajmiła i nie czekając na jego reakcję, wyciągnęła się w jego stronę i obwiązała mu oczy miękkim materiałem — zaczekaj — dodała, zaciskając materiał i upewniając się, że nie powinien nic widzieć. Odpięła pas bezpieczeństwa i wyszła z samochodu Cambera, aby obejść go i otworzyć mu drzwi. — Odepnij pas. Wysiadamy — ścisnęła mocno dłoń blondyna i kontrolowała, aby nic mu się nie stało. Wyjście z samochodu nie stanowiło jednak dla niego żadnego problemu.
                — Davie, co ty wymyśliłaś…
                — Zobaczysz — uśmiechnęła się — zamknij samochód — dodała, gdy zatrzasnęła drzwi. Kiedy światła zamigały, informując o zamknięciu, nie puszczając jego dłoni, poprowadziła go ostrożnie w stronę wejścia do kamienicy.
                — Gdzie jesteśmy?
                — Uważaj, cztery stopnie przed nami — poinformowała, ignorując jego pytanie. Kiedy weszli na klatkę schodową, ruszyła w stronę windy. Nie miała pojęcia, co na nowe mieszkanie powie Ethan. W gruncie rzeczy powinien się cieszyć, bo teraz mieli do siebie nieco bliżej. Zaczęła się jednak zastanawiać, czy nie będzie na nią obrażony, że nic mu nie powiedziała… — Jesteśmy w windzie, zaraz będziemy na miejscu — wcisnęła odpowiedni guzik. Mimo wszystko nie mogła się doczekać jego reakcji. Była ciekawa tego, co powie.
                Chwyciła dłoń mężczyzny i kiedy winda zatrzymała się na odpowiednim miejscu, ruszyła pod odpowiednie drzwi. Na jej twarzy cały czas malował się uśmiech. Nawet wtedy, kiedy sięgnęła kluczy i otworzyła drzwi, a na twarzy Ethana pod apaszką dostrzegła delikatnie zmieszanie. Nie przejmowała się jednak tym. Pociągnęła go delikatnie w głąb mieszkania.
                — Możesz ściągnąć apaszkę. Chyba, że mam ci pomóc? — Spytała i nie czekając na jego odpowiedź, podeszła bliżej, sięgając dłońmi do delikatnego materiału — jest pięknie, prawda?
                Patrzyła na blondyna z wesołym uśmiechem na twarzy, uważnie mu się przy tym przyglądając. Widziała, jak marszczył brwi i rozglądał się dookoła.
                — Co to za miejsce?
          — Moje nowe mieszkanie — oznajmiła, okręcając się wokół własnej osi. Była nim zachwycona, było po prostu idealne… Najlepsze, jakie mogła sobie wymarzyć — no powiedz, że jest piękne — podeszła, delikatnie szturchając go łokciem w bok — najpiękniejsze?
                — Dlaczego nic nie powiedziałaś?
                Blondynka spojrzała na mężczyznę i uśmiechnęła się delikatnie. Sama dokładnie nie wiedziała, dlaczego kompletnie nic mu nie powiedziała. To było chyba coś, co musiała zrobić całkiem sama, aby skutecznie odciąć się od swojej przeszłości.
                — Po prostu… Czułam, że muszę to zrobić sama.
                — Pomógłbym ci ze wszystkim. Davie… — Podszedł do niej i objął ją, układając swoje dłonie na tali kobiety. Zadarła lekko głowę, aby spojrzeć na twarz Ethana i uśmiechnęła się.
                — Przecież mi pomagasz… Sama nie poradzę sobie z zakupami z ikea — zaśmiała się, układając ręce na jego dłoniach — ale to nie koniec niespodzianek — dodała i odwróciła się w jego ramionach, plecami do niego, tak aby swobodnie mogła ruszyć do sypialni, cały czas przyciskając ręce Cambera do swojej tali. — Musisz poznać Pana Tuptusia.
                — Pana Tuptusia? — Powtórzył za dziewczyną, unosząc wysoko brew. Davina tylko się uśmiechnęła szeroko i pokiwała energicznie głową.
                — Tak, Pana Tuptusia — potwierdziła. Puściła go i kazała mu poczekać przy drzwiach prowadzących do sypialni. Sama weszła do środka, aby wyciągnąć stworzenie z klatki i wróciła do korytarza, trzymając w swoich ramionach ciemnego królika; Pana Tuptusia.  — Tuptusiu to jest Ethan. Ethan to jest Pan Tuptuś. Będę musiała mu później zbudować coś na wzór zagrody.
                Camber spojrzał na blondynkę i pokręcił głową. Na jego ustach pojawił się uśmiech, a Davina wiedziała już, że z pewnością polubią się z Panem Tuptusiuem.
                — Jest kochany prawda? Jak się już oswoi, będziemy musieli poznać go z Thorem — oznajmiła, posyłając mężczyźnie szeroki uśmiech.

                „Nasze szczęście zależy od nas samych”, a Davina dobrze już wiedziała, że Arystoteles miał rację. W tej chwili była naprawdę szczęśliwa, a wszystko to było zasługą jej własnych działań. I odrobiny farta, że to akurat Camber wszedł kiedyś do cukierni, w której pracowała, a później odwiedził tę cukiernię jeszcze kilka razy…


Dziękuję przede wszystkim Ice Queen, za możliwość wykorzystania Ethana.
I tak, sama jestem w szoku, że to takie lekkie i zwykłe, patrząc na moje upodobanie do dramatów... Ale i na to przyjdzie czas ;)

19/04/2020

2141. The man is gone and mama says she cannot live without him


Stała przed lustrem w czerwonej sukience. Kupiła ją za premię świąteczną z Walmarta w zeszłym roku i, nic nie mówiąc Paulowi, schowała do szafy Samuela. Materiał kończył się tuż za jej kolanami, rozluźniał przy biodrach i ściśle opasywał jej piersi. Patrzyła więc uważnie, badając każdy milimetr swojego ciała. Zakręciła się na pięcie, patrząc jak sukienka podniosła się i opadła zaraz po tym, gdy zatrzymała się w miejscu. Lubiła swoje odbicie. Tę wysoką, szczupłą i zgrabną kobietę, jej brązowe oczy podkreślone przez delikatne cienie do powiek oraz bordową szminkę na ustach. Nie szykowała się na żadną szczególną okazję, a zwykłe wyjście po zakupy. Makijaż był więc całkowicie zbędny, jednak Maddie desperacko próbowała znaleźć sposób na wypełnienie obietnicy danej bratu, że ‘zadba o siebie’. Próbowała już kilkakrotnie. Stroiła się, malowała, ale za każdym razem, gdy przekraczała próg domu, słyszała jego głos jasno i wyraźnie.
– Gdzie idziesz? – pytał zawsze, stając w przejściu. – Wyglądasz jak dziwka.
Ubrana w szorty, w samym środku lata. Dłuższą sukienkę. Bluzkę na ramiączkach. Obcisłą spódniczkę. Niezmiennie, jego odpowiedź była taka sama.
– Paul, tam jest ciepło, ugotuję się w czymś innym… - tłumaczyła się, lecz posłusznie odsuwała na krok, nie chcąc go prowokować.
– Żartujesz sobie. – Śmiał się kpiąco. – Wracaj się.
– Błagam cię…
– Powiedziałem, wracaj się.
Jego głos nie znał sprzeciwu. Chwytał ją za ramię z całej siły, jakby tym jednym uściskiem pragnął pokazać jej cały gniew, jaki odczuwał. Czasem jego palce zostawiały siniaki skrzętnie ukrywane pod swetrami i bluzami, jakie kazał jej nosić. Ciągnął ją aż do samej sypialni, po czym bezwiednie rzucał o łóżko.
– Przebieraj się, już! – wrzeszczał, otwierając szafę i wyrzucając z niej wszystkie ubrania, jakie należały do kobiety. – Ty mała kurwo – syczał przez zaciśnięte zęby, gdy już połowa jej własności znalazła się na podłodze. – Jeszcze raz coś takiego założysz, to cię stłukę na kwaśne jabłko… przyznaj się, że się migdalisz z tym swoim byłym kochasiem! Zwykła suko…
Początkowo bała się jego gwałtownych ruchów i podniesionego głosu, gróźb, których nigdy nie wypełnił. Z czasem jednak odniosła wrażenie, że jego słowa słyszała wyłącznie z daleka, niby zza tafli wody. Dźwięki odbijały się od niej i powracały do Madeline dziwnie zniekształcone, wyciszone. Zupełnie jakby oglądała to, co działo się przed jej oczyma, jednocześnie będąc poza swoim ciałem. Stała gdzieś obok, przyglądając się tej scenie nie jako jej uczestnik, lecz jako uważny obserwator. Pamiętała to uczucie z czasów, gdy poświęciła swoje życie innej chorej miłości do czarującego i niezwykle inteligentnego lekarza. I choć po zniknięciu Sebastiana emocje i wydarzenia nabrały na intensywności, a Hesford obawiała się powrotu do dawnego letargu, to przywitała owo uczucie z otwartymi rękoma.
Czasem jednak nawet ten epizod szału nie zaspokajał wściekłości Paula.  Wtedy szukał ją po całym mieszkaniu, zwykle skulonej w pokoju Samuela czy Cecilii. Gdy osiągał swój cel, przyciskał ją do podłogi i gwałtownym ruchem zdzierał z niej ubranie. Niekiedy mimowolnie jego paznokcie zostawiały rany na jej plecach czy brzuchu. Ale zacięcia nie bolały ani trochę tak bardzo, jak upokorzenie. Widziała uśmiech satysfakcji malujący się na jego twarzy, kiedy opuszczała mieszkanie, zakrywając każdy milimetr swojego kobiecego ciała.

Paul zniknął, ale jego słowa wciąż dudniły w jej uszach. Stawały się coraz głośniejsze, im dłużej patrzyła na swoje odbicie. Suka. Kurwa. Idzie się puszczać. Nie miała sił, by dłużej z nimi walczyć. Gwałtownym ruchem przetarła swoje usta, by szminka niechlujnie pokryła część jej policzka. Dysząc wściekle, otworzyła górną szufladę komody, wyjęła z niej nożyczki i rozcięła materiał nieszczęsnej czerwonej sukienki. A później, kawałek po kawałku, rozerwała ją na strzępy. Gdy obejrzała swoje dzieło, kilkadziesiąt poszarpanych fragmentów tkaniny leżących u jej stóp na wzór modernistycznej abstrakcji, stwierdziła, że to jej nie wystarcza, więc po raz kolejny wzięła do ręki ostre narzędzie i bez wahania pozbyła się kilku centymetrów włosów, blond fal wcześniej opadających na jej ramiona. Dopiero wtedy mogła spojrzeć w lustro bez wstydu, który zastąpiło obrzydzenie.
– Tego właśnie chciałeś, prawda?

Metro jak zwykle było zatłoczone. Maddie znalazła kawałek miejsca dla siebie i dzieci pomiędzy starszą, czarnoskórą kobietą a grupą rozgadanych nastolatków. Ubrana w bluzę z logo Hunter College i luźne dżinsy, czuła, jak pot spływał po jej plecach. Cecilia cały czas lustrowała ją wzrokiem, co chwilę gaworząc wesoło. Sprawiała, że Hesford na moment zapominała o braku świeżego powietrza. Sammy natomiast zajmował się posyłaniem min w kierunku staruszki. Upewniając się, że maluchy znalazły sobie coś do roboty na czas podróży, zaczęła rozglądać się po wagonie w poszukiwaniu znajomych twarzy. Teraz oprócz szczupłego, brodatego blondyna  z kręconymi włosami, wypatrywała również krótko-obciętego, umięśnionego mężczyzny z delikatnym zarostem. Był to swoisty rytuał, jaki odprawiała za każdym razem, gdy wychodziła z domu. Zapamiętywała ludzkie twarze, uparcie doszukując się w nich podobieństw do swoich oprawców. Badała ich rysy, kształt sylwetki, a nawet głos, i dopiero po tak uważnej obserwacji przenosiła wzrok na kolejnego podejrzanego. Czasem zdarzało się, że wpadała na mężczyzn podobnych do Sebastiana czy Paula.  Mogli dzielić kolor oraz ułożenie włosów lub styl ubierania. Wtedy nie potrzebowała brakujących dowodów. Odruchowo zbierała się do ucieczki. Nieważne, czy znajdowała się w metrze, supermarkecie czy w przychodni. Opuszczała spotkania, spóźniała się lub wychodziła wcześniej, ale nigdy nie żałowała. Nic nie było ważniejsze od bezpieczeństwa jej i dzieci.
Tym razem na szczęście obyło się bez większych problemów. Maddie wysiadła z metra i stanęła przy ścianie, by zaczerpnąć powietrza. Musiała uspokoić rozszalałe serce, którego rytm przyspieszył znacznie, gdy rozglądała się po wagonie niczym zwierzę wyczekujące drapieżnika gotowego pożreć je przy pierwszej możliwej okazji. Była zmęczona takim życiem, ciągłym strachem przed duchami przeszłości. Ale wiedziała, że ucieczka to warunek przetrwania, jeżeli nie jest się w stanie walczyć. To podstawowe prawo dotyczące każdej istoty żywej, włączając ludzi, którzy, pomimo umiejętności abstrakcyjnego i logicznego myślenia, byli targani przez zwierzęce instynkty.

Bez reguł, bez przepisów, codzienność stawiała przed kobietą coraz to nowe wyzwania. Zrobienie zakupów zajmowało jej dwa razy więcej czasu, ponieważ Madeline nie mogła się zdecydować na żaden z produktów, uparcie zastanawiając, czy tak naprawdę lubiła cebulowe chipsy, czy kupowała je tylko ze względu na Paula. Wiedziała, że gdy wróci do domu, nie spotka jej kara, nawet jeśli podejmie błędną decyzję. Co więc miało ją spotkać? W jej głowie nieustannie toczyła się bitwa pomiędzy podświadomością przygotowującą się na walkę a niegroźną rzeczywistością. Myśli męczyły ją do tego stopnia, że kiedy ostatecznie udało jej się załatwić najważniejsze sprawy w ciągu dnia, nie miała sił na przyjemności czy zabawy z dziećmi. Kładła się, nieraz zapominając o prysznicu, lecz odkąd Paul odszedł, nie spała zbyt dobrze. Godzinami przerzucała się z boku na bok, szukając wygodnej pozycji. Budziła się natomiast już przed świtem.
Nie rozumiała tego. Nie wiedziała, dlaczego jej zmęczony umysł nie pozwolił jej na chwilę odpoczynku. Za każdym razem, gdy zmrużała oczy, ogarniał ją dziwny strach, potężniejszy niż fizyczne i psychiczne wycieńczenie. Strach, który powtarzał, że powinna mieć się na baczności, że musi przygotować się na jego powrót, dowiedzieć, jak minął mu dzień w pracy, zdać mu sprawozdanie, powiedzieć dokładnie, z kim się widziała, z kim rozmawiała, czy spoglądała na jakichś mężczyzn, ile wydała na zakupy, co do centa. Musiała przygotować sobie perfekcyjne kłamstwo, satysfakcjonujące jego ciekawość i nauczyć się, jak siedzieć cicho niczym posłuszne dziecko, wypełniając wszystkie polecenia. Była pusta bez jego wskazówek.
Mówili, że będzie ci lepiej bez niego, że dopiero teraz ułożysz sobie życie, mówili.
Zaniepokoiła się, nie czując w powietrzu zapachu alkoholu, który, choć nieraz przyprawiał ją o wymioty, stanowił nieodłączną część jej codzienności. Przewróciła się na drugi bok, dłonią szukając jego ciała, ale znalazła jedynie wygniecioną, zimną pościel. Przetarła oczy, otwierając je nieco. Pragnęła zbadać otoczenie. Upewnić się, że mężczyzna zostawił jej jakąś wiadomość, coś, co utwierdziłoby ją w przekonaniu, że jest cały i zdrowy, ale gdy tylko jej zamroczony snem umysł odzyskał swoją sprawność, uświadomiła sobie, że na dobre zakończyła rozdział swojego życia, w którym Paul grał główną rolę.
Alarm wściekle wskazywał godzinę czwartą, ale mimo że słońce nie zdążyło jeszcze uraczyć wszystkich swoją obecnością na horyzoncie, Madeline wiedziała, że dłuższe leżenie w łóżku nie miało większego sensu.
Kawa się nie zmieniła. Bez niego czy z nim, stanowiła początek jej dnia, strzepywała resztki snów z powiek. Bulgotanie wody w czajniku, para osiadająca na kafelkach, gorzki zapach wypełniający całą kuchnię i kubek z logiem fabryki, w której pracował Paul. Jednak zamiast rozmyślać o planach na poranek, Maddie skupiła całą swoją uwagę na stercie naczyń piętrzących się na blacie kuchennym. Nie potrafiła znaleźć w sobie siły, by wstać i uporać się z bałaganem, jednocześnie przypominając sobie, że gdyby Paul wszedłby teraz do mieszkania, z pewnością zwyzywałby ją od nieudacznic życiowych. Choć zwykle robiła wszystko, by uchronić się od podobnych incydentów, to tęskniła za jego wrzaskiem. Tęskniła za jakąkolwiek reakcją, za zwykłym ‘spierdalaj’ wysyczanym przez zaciśnięte zęby.
Odruchowo spojrzała na ekran telefonu. Zero nieodebranych połączeń. Zero wiadomości. Nie zdziwił jej ten widok, ostatecznie zablokowała jego numer, ale wciąż pojawiała się w niej nieracjonalna nadzieja, że jego obsesyjna chęć powrotu przebije się przez wszelkie zabezpieczenia. A co jeśli wcale nie zamierzał wrócić? Wyssał z niej całą energię niczym pasożyt i zostawił bez krzty tęsknoty, gdy stała się wybrakowana, pusta, tymczasem wyznaczając sobie nową ofiarę? Nie potrafiła znieść tej myśli. Poświęciła dla niego całe dwa lata swojego życia i pragnęła łudzić się, że ich trująca, niezdrowa miłość również dla niego stanowiła centrum wszechświata.
Kątem oka spoglądała na opakowanie mirtazapiny stojące na jednej z półek. Jedna tabletka przed snem, powiedział lekarz, lecz Madeline nie posłuchała. W swojej chorej głowie nie miała obowiązku stosować się do poleceń osób, które nie były Paulem. Co więcej, ignorowanie porad doktora posiadało wyższy cel – Hesford oszczędzała pigułki na czarną godzinę, na moment, w którym wyzbędzie się ostatniej nadziei, jaka podtrzymywała ją przy życiu i zbierze się na odwagę, by się pożegnać.
Wzięła do ręki jedną z tabletek i przyjrzała się jej dokładnie. Przejechała palcem po szorstkiej teksturze lekarstwa, po czym językiem dotknęła jego wierzchu, czując jak gorzki proszek rozpływa się w jej ustach. Na moment zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że zasypia. Nieznośne myśli, które do tej pory nie opuszczały jej umysłu, stały się coraz bardziej niewyraźne, aż w końcu zniknęły jak fale ginące w bezmiarze oceanu. Zniknęła też ona sama. Jej napięte mięśnie rozluźniły się, głowa opadła, bezwładne ciało zsunęło się z krzesła, uderzając o podłogę, lecz nie czuła już bólu, wyłącznie spokój.
– Mama? – usłyszała cichutki głos syna, który skutecznie wybudził ją z transu.
Spojrzała na jego rozespaną twarz, przeklinając się za swoje wcześniejsze myśli.
– Miałeś zły sen, słoneczko? – zapytała, biorąc chłopca na ręce i tuląc go do siebie z całych sił, jak gdyby robiła to po raz ostatni.  – Chodź, posiedzę z tobą, zaśniesz raz dwa – odparła, zanosząc synka z powrotem do jego pokoju. 
Pomieszczenie wypełniała ciemność i tylko przez przestrzeń pomiędzy parapetem i żaluzją do środka wdzierały się pierwsze promienie słońca. Maddie położyła na wpół śpiącego chłopca i opatuliła go kołdrą. Widząc jednak, jak Sammy ponownie wpada w objęcia Morfeusza, postanowiła, że nie będzie dłużej męczyć go swoją obecnością. Podniosła się więc i zaczęła iść w kierunku wyjścia, gdy malec znów otworzył swoje zmęczone oczy i wymamrotał:
– Smutna mama?

Zatrzymała się wpół kroku, lecz cały czas pozostawała zwrócona do niego plecami, z nadzieją, że chłopiec znudzi się czekaniem na jej odpowiedź. Pragnęła chronić go przed całym światem. Gdy Paul wracał z baru w środku nocy, zazwyczaj znajdując sobie jakiś powód do awantury, najpierw biegła do pokoju synka, wkładając na jego uszy słuchawki z relaksującą muzyką. Dopiero później wkraczała w sam środek ognia, nieudolnie próbując uspokoić rozszalałego partnera. Pragnęła chronić go przed samą sobą. Ukrywała całą niemoc, jaką czuła, kiedy po raz kolejny jej próba ocalenia rodziny spełzła na niczym.  Jednak mimo zatkanych uszu i otartych łez, dzieci Madeline Hesford nie pozostawały obojętne, stając się zapomnianymi ofiarami. Bo przecież jeszcze nie rozumiały skomplikowanych relacji dorosłych prawda? Lecz trzęsące się ciało mamy, jej zaczerwienione oczy, zabawki rzucone o ścianę mówiły same za siebie.
Sammy nie posiadał jeszcze wystarczającego zasobu słownictwa, by wyrazić wszystko, co sprawiało, że w swoich dziecięcych, niewinnych snach zawsze znajdował się na przegranej pozycji. I dopiero tamtego ranka sylaby ułożyły się w zgrabną całość, uświadamiając Maddie, że jej syn cały czas czekał na odpowiedź.
– Tak, smutna, kochanie – wyszeptała, siadając obok chłopca i przyciągając go do siebie. – Ale mamusia ma ciebie i twoją siostrzyczkę, i razem damy sobie jakoś radę.
Uśmiechnęła się szczerze. Po raz pierwszy, odkąd Paul odszedł. Zawsze wydawało jej się, że na jej barkach spoczywał cały świat. Nie prosiła o pomoc, polegając wyłącznie na resztkach własnych sił, których zasoby zmniejszały się za każdym razem, gdy Burnley tak uparcie wmawiał jej, że jest niczym.  Ale patrząc w niebieskie oczy swojego syna, czuła spokój. Nie myślała już o człowieku, który go spłodził. Nie myślała też o człowieku, który nieudolnie próbował go wychować. Myślała o przyszłości. O tym, że choć każdego ranka czuła paraliżujący strach, niepewna, czy uda jej się wstać z łóżka, to musiała walczyć, bo miała dla kogo.
Włosy syna pachniały truskawkowym szamponem, gdy złożyła delikatny pocałunek na czubku jego głowy.  Chłopiec położył się na kolanach matki i choć jego maleńki łokieć wpijał się w jej udo, to za wszelką cenę nie chciała psuć tej chwili. Dłonią gładziła jego ramię ubrane w bawełnianą piżamę z kolorowymi niedźwiadkami. Nie zdążyła nawet zauważyć, gdy oddech, który czuła na swojej skórze, wyrównał się, a ruchy drobnego ciała malca ustały. Siedziała tak do samego poranka, dopóki Samuel nie zbudził się w odpowiedzi na płacz swojej młodszej siostry. Siedziała, chroniąc całą sobą najcenniejszego skarbu, jaki posiadała.
***
Pomieszczenie pachniało starymi książkami i kurzem, którego drobinki unosiły się w powietrzu. Meble idealnie pasowały do zapachu stęchlizny, niezmieniane od czasów, gdy kobieta otworzyła swoją praktykę. Madeline siedziała na musztardowej kozetce skrzypiącej za każdym razem, kiedy Hesford wykonała jakikolwiek, nawet drobny ruch.  Lekarka jednak nie zwracała większej uwagi na dźwięki wydawane przez przedmioty w jej przestarzałym gabinecie. Uśmiechała się i spoglądała na swoją pacjentkę zachęcająco.
– Może zechce pani opowiedzieć mi coś o sobie, pani Hesford? – zaproponowała, spuszczając okulary na czubek nosa.
Doktor Chester miała na oko sześćdziesiąt lat, lecz nie próbowała się odmłodzić poprzez farbowanie włosów czy nowoczesne ubrania. Poniekąd jej osoba i jej biuro stanowiły jedną całość. Nosiła gruby sweter, modny może w latach dziewięćdziesiątych i obszerne, czarne spodnie. Na jej kolanach spoczywał pusty notes, aż proszący się o zapisanie historii życia pacjentów.
Maddie nerwowo tłamsiła w swoich dłoniach materiał kurtki. Poczuła, jak strużka potu spłynęła po jej szyi, a jego kropelki osiadły na czole. Wyciągnęła więc chusteczkę z paczki ustawionej na stoliku obok i przetarła nią skórę. Cisza stawała się coraz cięższa, wręcz utrudniała oddychanie, lecz kobieta nie miała odwagi jej przerwać. Nie chciała przemówić, ponieważ wtedy jej myśli stałyby się jawne i realne. Póki tkwiły w jej głowie, nie mogły nikomu zagrozić. Wiedziała jednak, nie potrafiła podnieść się już o własnych siłach. Dostała od losu ostatnią już szansę, by uratować siebie i własną rodzinę od swoich chorych pragnień i marzeń. Nabrała więc powietrza w płuca i odparła:
– Jestem ofiarą przemocy domowej… i nie mam pojęcia, kim jestem poza tym.


Cytat w tytule z Ibeyi - The Man is Gone, a pod tytułem z The Dumplings - Kocham Byc z Tobą.
Jak witać w życiu Maddie zaszły dość diametralne zmiany. Razem przygarniemy kogoś, kto zechce skleić jej złamane serce. 
Dziękuję serdecznie Mamie Muminka za pomoc z formatowaniem!