Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/08/2014

1985. Take me home before the storm


I think of how to change myself 

Od najmłodszych lat uwielbiała rysować, wycinać i kolorować, jednak wtedy tak jak większość dziewczynek chciała zostać aktorką, piosenkarką albo weterynarzem, żeby móc leczyć koniki. 
Z czasem do artystycznych zajęć dodała jeszcze inne hobby czyli zabawę w piaskownicy - wraz z koleżankami z sąsiedztwa robiły babki z piasku, budowały ulice czy wykopywały doły tak głębokie, że wpadniecie do któregoś z nich groziło złamaniem nogi. Wtedy też Rosalie "na poważnie" zaczęła interesować się archeologią - szperała w różnych zakamarkach domu w poszukiwaniu starych przedmiotów i przeszukiwała niemal każdy kąt od piwnicy po strych, a nawet odwiedzała sąsiadów, by wypytywać ich o pamiątki z dawnych lat. Coraz więcej czasu spędzała nad książkami poświęconymi archeologii i historii, odwiedzała muzea w Seattle i marzyła o tym, że pewnego dnia wyprowadzi się z rodzinnego domu, żeby wziąć udział w wykopaliskach w Ameryce Południowej albo w Afryce. Niestety, niewiele osób pochwalało zainteresowania Rose. Rodzice dziewczyny, prawnicy z pokolenia na pokolenie, zaplanowali dla swoich dzieci zupełnie inną przyszłość w której nie było miejsca na wykopaliska, rysunki i, tym bardziej, romans z Indianą Jonesem. Spór o studia przerwała jednak wiadomość o ciąży nastolatki i jej wyjazd do Nowego Jorku, który miał być dla Rosalie i jej dziecka "krainą mlekiem i miodem płynącą". Długo tak było. 
Kierując się zdrowym rozsądkiem, dziewczyna porzuciła marzenia o archeologii i zdecydowała się na zupełnie inne studia - architektura pozwoliła Dawson rozwijać swój talent plastyczny, a także dała nadzieję na znalezienie dobrze płatnej pracy. Już od pierwszych miesięcy studiów wiedziała, że po otrzymaniu dyplomu i zdobyciu doświadczenia w zawodzie otworzy własną firmę, a gdy tylko pojawiła się możliwość stworzenia spółki z Sienną Wright, była przeszczęśliwa. Droga od pomysłu założenia biura architektonicznego do chwili jego uroczystego otwarcia była trudna i długa, wypełniona stosem dokumentów do wypełnienia i kolejkami do okienek w kolejnych urzędach, ale Rose z dumą patrzyła na tabliczkę "Dawson&Wright" przybitą do drzwi. 
Aż do kwietnia nic nie zapowiadało katastrofy. 


kwiecień 2014 

Rose, dyskretnie spojrzawszy na zegarek, założyła za ucho kosmyk włosów i wróciła do objaśniania klientowi szczegółów projektu. Była już trochę zmęczona, jednak pocieszała ją myśl, że tego dnia to ostatnie spotkanie. Obiecała sobie, że w końcu wyjdzie z pracy o normalnej porze, ostatnio pracowała bez wytchnienia, więc poprosiła Nicka, żeby przyjechał po nią, razem mieli pójść na obiad. Christopher Wood już kolejny raz korzystał z usług biura "Dawson&Wright", był właścicielem dobrze prosperującej firmy komputerowej, wcześniej Rosalie projektowała wystrój w nowojorskim biurze, a teraz przedsiębiorca otwierał filię swojej firmy w Filadelfii i również poprosił ją o pomoc.
 - Dziękuję, to chyba wszystko. Upewnię się czy dostaniemy gdzieś identyczne lampy i oddzwonię do pana w tym tygodniu - mówiąc to, brunetka uścisnęła dłoń Wooda i wstała, aby odprowadzić go do drzwi.
 - To ja dziękuję, już drugi raz mogę na panią liczyć - mężczyzna skinął głową w podziękowaniu, ale gdy już stał przy drzwiach położył dłoń na ramieniu Rosalie. - Może wybierze się pani ze mną na drinka? 
Kulturalny, przystojny i wykształcony, przed 40-stką - jeszcze rok wcześniej pewnie zgodziłaby się, jednak teraz kobieta nieznacznie cofnęła się, chcąc zachować dystans.
 - Przykro mi, ale nie mogę...
 - Nalegam! - ton głosu mężczyzny nagle się zmienił, nie był już sympatycznym klientem, ale wściekłym, nieprzyjmującym odmowy samcem. Dawson czuła, jak uścisk na jej ramieniu wzmacnia się, chciała się wyrwać i wybiec, jednak nie mogła. - Mnie się nie odmawia!
Wood spoliczkował kobietę, a popychając ją na biurko, szarpnął za guziki błękitnej koszuli Rose, a materiał rozerwał się z cichym trzaskiem. 
Nick odpowiednio wcześnie pojechał po Rosalie do pracy. Skończył zajęcia na uczelni, wyprowadził Jokera, żeby zwierzak nie zamęczył się sam w domu, doprowadził się do ładu i przyjechał. Niezbyt często odwiedzał to miejsce, ale się zdarzało. Właśnie miał sięgnąć po klamkę, kiedy usłyszał jakieś głosy ze środka. Widocznie Rose miała jeszcze jakiegoś klienta. Może nie powinien im przeszkadzać? Stanął pod drzwiami i próbował sobie wmówić, że nie podsłuchuje. Kiedy dotarły do niego dość jasne propozycje klienta, coś w nim zawrzało. Po trosze był jednak ciekawy reakcji Rosalie - raz, że był trochę zazdrosny do czego mógł się przyznać tylko przed samym sobą, dwa - wiedział, że dziewczyna czasami ma cięty języczek. Gdy tylko usłyszał jej krzyki, nie czekał dłużej, ale wpadł do pomieszczenia.
- Zostaw ją...- warknął, doskoczył do gościa i szarpnął go do tyłu. Nicholas nigdy nie należał do szczególnie bitnych typów, ale w tym wypadku był gotowy zareagować nieco bardziej zdecydowanie. Przyłożył na początek facetowi z pięści w szczękę, a potem stanął pomiędzy nim a Rosalie. 
- Wynoś się - mruknął.
Wood, nie spodziewając się ataku, nie zdążył się nawet obronić. Wydawał się oszołomiony siłą uderzenia, ale najwyraźniej nie zamierzał tak łatwo odpuścić.
 - Sukinsyn - otarłszy krew, Wood natarł na Nicholasa i zamachnął się z całej siły. Jego duma, podobnie jak śnieżnobiała koszula, musiała nieźle ucierpieć.
 - Nick! Dość tego! Przestańcie! - Dawson sama już nie wiedziała czy jest bardziej zdenerwowana czy może przestraszona. Upadając na biurko uderzyła się w łokieć, ale nawet nie czuła bólu.
Woon uchylił się przed uderzeniem, potem całym sobą pchnął faceta w tył. Słyszał jak Rose woła, ale w tej chwili to i jemu adrenalina uderzyła do głowy. Zaczęli się dość mocno szarpać. 
Wood był jednak niższy, chyba też źle ocenił Nicholasa jako przeciwnika, bo teraz musiał się przed nim bronić nie mogąc atakować. Udało mu się jednak odepchnąć od siebie Nicka.
 - Pożałujesz tego! Obydwoje pożałujecie! Zniszczę Ciebie i Twoją firmę! - zagroziwszy, cofnął się do drzwi i opuścił biuro tak szybko jak tylko mógł.
Woon z trudem powstrzymał się przed ponownym zaatakowaniem. Oddychał ciężko i czekał aż facet wyjdzie Po zamknięciu drzwi przystąpił do Rosalie.
- Nic ci się nie stało? - zapytał ze szczerą troską i niepewnie objął dziewczynę. Właściwie emocje, adrenalina ciągle w nim buzowały i nie mógł nawet określić, czy coś go boli, a już na pewno nie myślał o konsekwencjach, którymi tak odgrażał się były klient Rose.
Christopher Wood nie przystąpił do dokonania zemsty od razu. Widocznie potrzebował trochę czasu na wylizanie ran i odbudowę zdeptanego ego, jednak później przystąpił do ataku z całej siły. Biuro stopniowo zaczynało tracić klientów, a dziewczyny tłumaczyły to ogólnym kryzysem, jednak plotki o oszustwach i naciąganiu rozgłaszane przez Wooda najwyraźniej dotarły do wielu osób, bo kolejne kontrole coraz częściej pukały do drzwi. Ktoś, pewnie wynajęty przez niego, wybił szybę w samochodzie Rose i zostawił po sobie napisy "dziwka" wymalowane sprayem. Obraźliwe graffiti zrobiono też na budynku w którym mieściła się firma "Dawson&Wright" oraz na drzwiach. Po jakimś czasie do drzwi domu Rose i Nicka zapukała też policja, Woon został oskarżony o pobicie. Ciągle było gorzej. 
Rosalie przestała chodzić do pracy, prawie nie wychodziła z domu, tylko ubrana w dres i rozciągnięty sweter jak cień snuła się po pokojach. Niewiele jadła, prawie nie spała, bo w koszmarach śnił się jej Woods krzyczący "Pożałujesz tego!". Nie chciała narażać Rachelle, nie miała też głowy do zajmowania się dziewczynką, więc poprosiła Petera o opiekę nad nią - w dobrze strzeżonym apartamentowcu mała była bezpieczna. Dawson przychodziły do głowy najgorsze myśli - nie miała pracy, planów na przyszłość i pieniędzy, co więc jej pozostało? Przyjaciółki wiedziały, że coś się z nią dzieje, jednak nie opowiadała im o szczegółach zajścia. Inez, JJ i Sol miały swoje własne problemy, a Rose była przecież przyzwyczajona do tego, że zawsze radzi sobie sama. Było jej wstyd, że doprowadziła do takiej sytuacji.


sierpień 2014


Po kilku tygodniach marazmu z pomocą przyjaciół Rosalie powoli dochodziła do siebie. Problemy, których narobił jej Woods, nie znikały, ale kobieta w końcu wyszła z domu i przestała bać się własnego cienia. Firma była już tylko historią o niezbyt przyjemnym zakończeniu, ale Dawson starała się pozytywnie myśleć o przyszłości. Nezia dokarmiała ją, więc brunetka przestała wyglądać jak przysłowiowa śmierć na chorągwi, JJ zatrudniła ją jako tymczasową pomoc w swoim pubie, a Sol zabrała Rose i Rae na cudowne wakacje do Europy. Wszystko zdawało się układać.
 - Mamo, nie chcę wyjeżdżać - Rachelle stanęła w progu sypialni matki, a po chwili wahania wdrapała się na łóżko. Na dywaniku u jej stóp położył się Joker, biszkoptowy labrador. - Mam tutaj szkołę, koleżanki i kolegów, tata jest tutaj...
Rosalie, westchnąwszy, wrzuciła do walizki kolejny sweter. W myślach rozmowa z córką na temat wyjazdu zawsze wyglądała inaczej.
 - Kochanie, już Ci mówiłam. W Seattle jest babcia, dziadek i wujek Ian, nie tęsknisz za nimi? Możesz dzwonić do koleżanek, co jakiś czas będziemy przyjeżdżały w odwiedziny do nich i do taty - Rose usiadła na łóżku obok córki i pogłaskała ją po głowie. Znając Petera i jego szalonych rodziców, pewnie kupią "letni domek" w okolicach Seattle...
Decyzja o wyprowadzce z Nowego Jorku nie była łatwa, Dawson uwielbiała to miasto, wiązało się z nim wiele wspaniałych wspomnień, ale nie potrafiła dłużej w nim mieszkać. Była zmęczona, potrzebowała odmiany i zastrzyku energii - definitywnie skończyła z architekturą, chciała zacząć robić coś nowego. Może powinna spełnić dziecięce marzenie i wrócić do archeologii?
 - Przecież nie wyjeżdżamy na zawsze.

I will never disappear
for forever, I`ll be here  


__________________
Mam nadzieję, że nie wcisnęłam się nikomu w kolejkę. Post pisany na szybko, za co przepraszam, ale nie chciałam rozstawać się z Rosalie bez pożegnania i bez wyjaśnienia jej nieobecności. 6 lat z jedną postacią to jednak trochę długo, więc potrzebuję od niej odpoczynku. Może kiedyś Rosia Dawson wróci, ale na pocieszenie zostawiam Wam Matthew :) 
W poście wykorzystałam fragmenty wątku z Nickiem, chyba się nie obrazi :)

17/08/2014

1984. I want to

I want to be someone else or I'll explode
- Mam coś dla ciebie - tuż nad uchem usłyszała czuły głos Enzo. Powoli odwróciła się w jego stronę i posłała jeden z uroczych uśmiechów, którymi obdarowywała go zawsze, kiedy coś takiego mówił.
- Nie mogę się doczekać - mruknęła, wywracając oczami. Odsunęła się od niego i podeszła do regału z książkami. Przejechała wzrokiem po tytułach, aż w końcu wyciągnęła powieść Sitega Larssona "Zamek z piasku, który runął". Otwierając na odpowiedniej stronie, usiadła na łóżku, całkowicie ignorując przybicie chłopaka do pokoju.
- Nie zapytasz co to? - zapytał, a ta pokręciła przecząco głową.
- Pewnie znów jakiś łańcuszek, pierścionek, bransoletka albo inne coś, czego nie założę, bo nie lubię - stwierdziła, a palcem wskazała mu malutki kuferek, który stał na komodzie, a w którym mieściła się biżuteria, którą kiedykolwiek od niego dostała.
- Dostaliśmy zaproszenie na przyjęcie do moich rodziców i...
- Super. Powinnam być dumna, że twoja matka mnie zaprosiła? W sumie to robimy już postępy. Ostatnio nawet nie mogła na mnie patrzeć, a teraz mnie zaprasza... Może to ukryta kamera?
- Nie mogłabyś być troszkę milsza? Ona naprawdę się stara to naprawić - powiedział, delikatnie przejeżdżając dłonią po jej ramionach. Ta szybko strąciła jego dłoń i wygodniej usiadła na łóżku.
- Kiedy i gdzie? - zapytała, poprawiając na nosie czarne okulary.
- W ogrodzie, jutro - oznajmił, a ta kiwnęła lekko głową. - Muszę już iść. Do zobaczenia jutro - rzucił i przelotnie musnął jej usta. Martina natomiast zaraz po zamknięciu drzwi zaczęła czytać książkę.
Państwo Pirozzi nigdy za nią nie przepadali. Tak samo, jak ona za nimi. Niedawno stwierdziła, że nadają na innych falach i nie mogą złapać wspólnego rytmu. Matka Enzo potrafiła przyczepić się o byle głupotę. Widziała nieco roztrzepane włosy brunetki, od razu twierdziła, że kilka minut temu przestała zdradzać jej syna. Brak uśmiechu u Martiny uważała za zniewagę, a uśmiech za poniżenie godne służącej. Martina nie potrafiła tego zrozumieć. Kiedyś, z samego początku, starała się pokazać kobiecie z jak najlepszej strony. Wiedziała, że Enzo jest jedynakiem, a przez to ma bardzo silną więź z rodzicami. A idąc tym tropem oraz stereotypem, podejrzewała, że należy on do przysłowiowych mamusi synków. A to z kolei świadczyło, że zależało mu na dobrej relacji z matką, a jeśli jego dziewczyna nie podoba się kobiecie, to może dochodzić między nimi do kłótni. A jeśli są kłótnie, to z pozytywnymi relacjami można się pożegnać. Jednak teraz Martina wiedziała, że nigdy nie będzie idealną kandydatką na żonę, dla młodego Pirozziego. Nie była uroczą damulką z bogatymi rodzicami i pieskiem pod pachą. Jej styl życia nie odpowiadał bardzo wielu osobom. Całonocne imprezy, kilkudniowe wypady na koncerty rockowych zespołów, brak jakiejkolwiek organizacji i częste spóźnienia. Victtorię najbardziej denerwowały luzackie podejście do niektórych spraw, wybuchowość i szybka irytacja nastolatki. Laqueret potrafiła zdenerwować się z byle powodu. Była strasznie kłótliwą osobą, lecz nigdy nie mieszała się w sprawy innych. Potrafiła wyprowadzić kłótnię z powodu źle domkniętych drzwi, czy mocniejszego uścisku na klamce. Wiele jej nie było trzeba, naprawdę.

- Dzień dobry, czy to pani Martina Laqueret? - zapytał wysoki mężczyzna odziany w niebieski uniform. Brunetka pokiwała twierdząco głową. - Mam dla pani przesyłkę z Włoch - powiedział i pokazał jej spory karton. Przekrzywiła głowę lekko w bok i nieznacznie zmarszczyła brwi.
- Od kogo? - zapytała, a mężczyzna pogrzebał chwilkę w swoich papierach.
- Od pani Victtorii Pirozzi - odparł w końcu, a dziewczyna głośno westchnęła. Podpisała jakiś świstek, a następnie odebrała karton i weszła z nim do mieszkania. Rozejrzała się w koło, po czym usiadła na puchatym dywanie, który zakupiła sobie całkiem niedawno. Z niewielkiego stołu wzięła pilniczek do paznokci, którym poprzecinała taśmę trzymającą karton, aby ten się przypadkiem nie rozleciał. Otworzyła go, a przez jej ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz, kiedy zobaczyła jego zawartość. Zdjęcia z przyjęcia zaręczynowego, pudełko z pierścionkiem i jeszcze kilka drobiazgów, które zostawiła, bo nie miała czasu, aby je spakować. Wyciągnęła wszystko, a na samym spodzie kartonu znajdowała się koperta. Bez adresu. Widniało na niej tylko jej imię, wraz z nazwiskiem. Nieco się zdziwiła, lecz kiedy otworzyła kopertę i zobaczyła list, napisany odręcznie, a nie komputerowo!, zdała sobie sprawę, że nic dobrego jej dziś nie czeka. Rodzina Pirozzi było największym problemem w jej życiu. Gdyby nie oni, to miałaby normalne życie, z normalnymi problemami. 
Wzięła do ręki list i nieco się zdziwiła. Dopiero po rozwinięciu zdała sobie sprawę, że to nie był zwykły list.
- Lista rzeczy do zrobienia przed śmiercią - przeczytała głośno nagłówek, a na jej ustach pojawił się nieznaczny uśmiech. Jej obawy całkiem zniknęły, kiedy wstawała i szła po długopis, który leżał w jej "gabinecie". 
Powróciła na swoje poprzednie miejsce i wzięła się za wykreślanie punktów, które już zdążyła wykonać. Ze zdziwieniem odkryła, że zrobiła prawie wszystko ze swojej listy, o której już dawno zapomniała. Sądziła, że została ona wyrzucona, spalona i pogrzebana. Albo znalazł ją ktoś i pokazywał jej głupotę, bo niektóre z tych punktów były głupie, innym. 
Odwróciła kartkę na drugą stronę i odkryła, że jej lista się skończyła. Zamiast tego było tam jedno zdanie, którego nie zdążyła przeczytać, gdyż przerwało jej pukanie do drzwi. Westchnęła cicho, podnosząc swoje szanowne cztery litery z podłogi i idąc do drzwi, które lekko uchyliła, patrząc kto za nimi stoi. 
- Pani kot znów był u mnie pod drzwiami - powiedział starszy mężczyzna i wepchnął jej do rąk futrzaka. Ta spojrzała na niego, a potem na kota, którego zaczęła drapać za uszkiem. 
- Porozmawiam z kotem. Dam mu karę, czy coś - powiedziała, a widząc zdziwienie na twarzy sąsiada, zaśmiała się. - Coraz częściej ucieka. Koniec z bezstresowym wychowaniem - dodała, a sąsiad bez słowa odszedł. Ta znów się zaśmiała i spojrzała na swojego sierściucha. 
- Aż tak ci u mnie źle? - zapytała, patrząc na pysk kota. Ciekawe co by jej odpowiedział, gdyby potrafił mówić. Odstawiła zwierzę na podłogę, a sama wróciła na dywan. 
"Moje dni są policzone. Chciałabym Cię zobaczyć, razem z Enzo i osobiście przeprosić za wszystko. Mówił, że się pogodziliście, gratuluję." 

Przyjęcie zaręczynowe wcale nie było takie fajne, jak jej się z początku wydawało. Pierwsze wrażenie naprawdę ją zaskoczyło. Spodziewała się kolejnego, nudnego spotkania bogatych snobów. A tu taka niespodzianka! Enzo po raz pierwszy od bardzo dawna ją czymś zaskoczył. Bez żadnego ale zgodziła się przyjąć oświadczyny, a na jej palcu wylądował złoty pierścionek z malutkim brylantem w kształcie serduszka. Co na niego patrzała, to uśmiechała się delikatnie. To był pierwszy pierścionek, który założyła z własnej woli i zapewne będzie nosiła, aby móc się nim chwalić na prawo i lewo.
Jednak z czasem jej "idealne" przyjecie zaczęło się zmieniać w zwyczajne przyjęcie dla snobów. Z początku starała się to zmienić, lecz potem doszła do wniosku, że raczej to się nie uda. 
Skrzywiona poszła do pokoju swojego narzeczonego, gdzie zamknęła się od środka. Pozamykała okna, zasłoniła rolety i udawała, że jej nie ma. Uprzednio poinformowała ojca, że idzie się położyć, bo "źle się poczuła". 
Położyła się na łóżku, a wzrok wlepiła w sufit. Była zmęczona, a złość mieszała się z radością. Co dawało dość komiczny efekt, bo z uśmiechem na ustach rwała kartkę papieru, którą wyciągnęła z drukarki, stojącej pod biurkiem. Odkąd tylko sięgała pamięcią rwanie kartek na miliony malutkich kawałeczków ją uspokajało. Tak było i tym razem. Choć teraz złość powracała za każdym razem, kiedy do jej uszu dochodził jakikolwiek odgłos z zewnątrz. 
- Laqueret, wiem, że nic ci nie jest - usłyszała głos Alaricka. Skrzywiła się, jakby zjadła kilka cytryn jednocześnie. Wstała i otworzyła mu drzwi. Starł, oparty ramieniem o framugę i parzył na nią uważnie. - To za ile ślub? - zapytał, a ta wzruszyła lekko ramionami. Wpuściła go do pomieszczenia, po czym zamknęła za nim drzwi. Poprawiła gorset od swojej czerwonej sukienki, bo przecież musiała się wyróżniać!, i usiadła na brzegu łóżka. 
- Nie wiem - odparła całkiem szczerze, a Alaric pokiwał głową ze zrozumieniem. Delikatnie objął ją ramieniem i zaczął gładzić po włosach. Jego nagły przypływ czułości sprawił, że dziewczyna zaczęła podejrzewać, że czegoś od niej chce. 
- Nie rób tego za szybko. Bo potem możesz tego żałować - mruknął cicho.
- Tak jak ty żałujesz ślubu z Anitą? - zapytała ostrożnie, a ten pokiwał twierdząco głową. Westchnęła cicho i nieśmiało musnęła go w polik. - Czemu się z nią nie rozwiedziesz? Potem może być tylko gorzej. - Położyła się na poduszce, która kiedyś wydawała jej się wygodniejsza.
- Wiesz... To nie takie proste. Mamy dziecko i chcemy mu zapewnić prawdziwą rodzinę.
- Trzeba było nie robić jej dziecka - mruknęła, a ten zaśmiał się. Również się położył i spojrzał w sufit. 

Martina bez żadnego zastanowienia skserowała sobie listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią, a następnie podarła kartkę, a na której znajdowało się tamto zdanie. Jej szczątki wyrzuciła do kosza na śmieci.
Będąc w kuchni, nalała do miski zimnej wody, którą zaniosła do salonu na dywan. Potem wróciła po zapaliczkę. Co prawda papierosów nie paliła, jednak czasami potrzebowała ognia. A zabawa z zapałkami jakoś jej nie interesowała. Z kartonu wyciągnęła pierwsze zdjęcie, które przedstawiało ją i Enzo podczas ich pierwszych, wspólnych wakacji. Nachyliła się nad miską z wodą i niewiele myśląc odpaliła zapalniczkę. Płomień powoli ogarnął zdjęcie.
Z każdym zdjęciem zrobiła tak samo. Z każdym kolejnym czuła się coraz bardziej wolna. Jakby ktoś odpinał jej ciężkie kajdany. Coraz szerzej się uśmiechała, a jej humor od razu się poprawił. Podejrzewała, że nic nie da rady go zniszczyć. Nawet jeśli Pirozzi wparuje do jej mieszkania i zrobi kolejną awanturę, o jakąś błahostkę.
Dopiero teraz, z wielkim zdziwieniem, odkryła, że Enzo zachowuje się prawie tak samo jak ona kiedyś. Wcześniej to ona prowokowała kłótnie i szybko się denerwowała. Jedyna różnica polegała na tym, iż ona nigdy nie podniosła na nikogo ręki. Przyznawała się do różnych, często bardzo niemiłych i obraźliwych przezwisk, ale nie do przemocy. Enzo był jej taką gorszą wersją.
Głośne pukanie do drzwi, wyrwało Laqueret z rozmyślań. Wstała z kanapy i podeszła do drzwi. Zaskoczona spojrzała na swojego kuzyna, który siedział na schodach.
 – Co ty tutaj robisz? – zapytała.
– Mogłabyś nie wymieniać tak często zamków. A nawet jeśli to dać mi klucz – odpowiedział, wstając z walizki i patrząc uważnie na Laqueret. Uśmiechnął się do niej dość niepewnie, a ona wywróciła oczami i oparła się o framugę. – Nie wpuścisz mnie? – spytał, widząc, jak jego kuzynka nie ma najmniejszego zamiaru się ruszyć z miejsca.
– To moje mieszkanie, więc nie muszę ci się tłumaczyć. Ponadto nie mam ochoty na twoje towarzystwo, więc byłabym wdzięczna gdybyś wrócił do żony. – Alaric jednak nie miał zamiaru się ruszać. Wpatrywał się się w brunetkę jakby oczekiwał od niej jakiś innych słów. Martina pozostawała nieugięta, czego można było się spodziewać po ostatniej kłótni.
– Anita ode mnie odeszła. Spakowała torby, zabrała Martina i poszła do tego francuzika – powiedział, na co brunetka wzruszyła lekko ramionami.
– Skoro poszła do kochanka, to masz wolne mieszkanie. Więc czemu jesteś tutaj? – zapytała, przeczesując palcami włosy.
– Bo dziś wróciła. Z tym Francuzem, bo go wywalili z mieszkania – odparł, z nikłą nadzieją, że Tina jednak zmieni zdanie i pozwoli mu zostać.
– Cały luty mieszkaliście w motelu. Może teraz zniżkę dostaniesz. Powodzenia – uśmiechnęła się i wszedłszy do mieszkania, zamknęła drzwi na klucz. 

Doprawdy nie potrafiła zrozumieć do czego są potrzebne próby przed ślubem. Martina wychowała się w chrześcijańskiej rodzinie. Co prawda sama nie była zbyt wierząca, lecz robienie prób było dla niej głupie. Uważała, że wszystko powinno wypłynąć naturalnie, a tak będzie to odegranie roli. 
Spojrzała na swoją białą suknię, w której wyglądała jak księżniczka i skrzywiła się strasznie. Nienawidziła takich sukni. Ona chciała prostą, najlepiej z gorsetem, gdyż w takich czuła się najlepiej. Do tego dochodziły te paskudne buty... Białe czółenka na cholernie wysokiej szpilce. Bolały już ją od nich stopy, a każdy kolejny krok był porównywalny do kroku po rozbitym szkle. Zapewne nabawiła się odcisków, a jutro nie będzie mogła postawić ani jednego kroku. Już teraz miała z tym ogromną trudność. 
- Martino, pozwól tu na chwilę - powiedział ojciec Enzo, a brunetka powędrowała wzrokiem w stronę mężczyzny.  Uśmiechnęła się do niego niepewnie, a potem wolno zaczęła zmierzać w jego kierunku. Stopy bolały coraz bardziej, a ona walczyła z cisnącymi się do oczu łzami. Najchętniej wywaliłaby te buty do kosza na śmieci, który stoi niedaleko kościoła. 
- O co chodzi? - zapytała, siadając na ławce. 
- Co powiesz na białe róże zamiast lilii? - zapytał, a ta wzruszyła nieznacznie ramionami. Nie lubiła kwiatów. Czy to białych, czy to kolorowych. Na swoim ślubie w ogóle nie chciała kwiatów. Tylko balony. Dużo balonów. 
- Mi to wszystko jedno - odparła cicho, nerwowo rozglądając się po wnętrzu kościoła. To był kościół, a nie sala bankietowa. Z samego szacunku do Świętych nie powinno się stroić tego budynku. 
- To twój ślub, więc to ty powinnaś o tym zadecydować. 
- Czerwone róże - rzuciła, bez większego namysłu. - Skoro to ja mam decydować, to chcę czerwone róże. Krwistoczerwone róże - powiedziała, patrząc mężczyźnie twardo w oczy. Ten się nieco zmierzał i spojrzał na księdza, który uśmiechał się wesoło. Doprawdy uwielbiała tego człowieka. Był bardzo pogodnym, dość starym księdzem, który zawsze się śmiał. Dla niego nie miało różnicy, czy ktoś był wierzący, czy też nie. Czy ktoś chodził co niedzielę do kościoła, czy ktoś wyglądem przypominał samego Diabła. Uważał, że wszystkim trzeba pomóc i dla każdego być miłym. Martina nie pamiętała, aby kiedykolwiek mężczyzna był smutny, lub odmówił komuś pomocy. 
- Pamiętam, że nawet do komunii szłaś z wiankiem, w którym były czerwone róże, a nawet znalazła się czarna - zaśmiał się ksiądz, patrząc na brunetkę uważnie. - Prawie nic się nie zmieniłaś od tamtego czasu. Tylko nieco schudłaś - zauważył, a na ustach Tiny pojawił się wesoły uśmiech. 
- Czarne róże to przesada. Ale czerwone... Będą czerwone róże - powiedziała, patrząc Pirozziemu w oczy. Ten nieznacznie kiwnął głową, po czym odszedł do swojej żony. 
Kilka dni później wróciła do kościoła. Tym razem bez tej całej obstawy i w wygodnym ubiorze. 
Stanęła koło jednej z ławek, a wzrok utkwiła ołtarzu. Nie było czerwonych róż. Były za to białe lilie, które uwielbia Victtoria Pirozzi, a od których robiło się niedobrze.
Nie wiedziała, czy chce tego ślubu. Nie była pewna, czy chciałaby już do końca swoich dni żyć z Enzo. Jednak z drugiej wszytko było już gotowe. Stroje kupione, zaproszenia wysłane, sala i kościół wynajęte. Nic tylko czekać na odpowiednią datę. Już nawet kościół był wystrojony.
Gdyby był to musical, to właśnie w tym momencie zaczęłaby śpiewać, a po zakończonej piosence wiedziałaby już co robić. Jednak to nie był musical, a ona nie miała zamiaru teraz śpiewać. Co prawda uwielbiała muzykę, lecz nie chciała zrobić z siebie wariatki, jeszcze gorszej niż była.
Wyszła z kościoła i usiadła na ławeczce, przed nim. Nałożyła na nos okulary przeciwsłoneczne i spojrzała na słońce. Sierpień w tym roku był naprawdę piękny. Słońce świeciło od rana do wieczora, a ludzie coraz chętniej pozbywali się swoich ubrań.
- Co ty tutaj robisz? - zapytał Enzo, gdyż rozpoznała go po głosie. Spojrzała na niego, a potem na jego towarzyszkę. Uśmiechnęła się nieznacznie, wstając z ławki.
- Kto to jest? - zapytała brunetka, wskazując na towarzyszkę narzeczonego.
- Nie muszę ci się spowiadać. Co tutaj robisz?
- Ja również nie muszę ci się spowiadać - mruknęła, podchodząc do blondyna. Musnęła go delikatnie w polik, a kątem oka spojrzała na dziewczynę. - Burdel jest po drugiej stronie miasta. To grzech przyprowadzać tutaj ladacznice, kochaniutki - cmoknęła na sam koniec, po czym odwróciła się na pięcie i zaczęła iść w kierunku przystanku autobusowego.

 Z całą pewnością miała dla niego zbyt dobre serce. Była wściekła, za to, że tak ją potraktował i wystawił. Wiedziała, że powinna go kopnąć, a jeśli nie to chociaż załatwić mu pokój w motelu. Był jednak dużym chłopcem i stwierdziła, że sam sobie również poradzi. Wygoniła go raz i sądziła, że da jej spokój. Strasznie się zdziwiła, kiedy po raz kolejny zapukał do jej drzwi. Wydał jej się wtedy taki nieszczęśliwy... A ona miała zbyt miękkie serce, aby go po raz drugi wygonić.
Martina przebudziła się, kiedy ktoś wlazł bezczelnie do jej łóżka. Zaraz też poczuła czyjeś dłonie na swoim brzuchu i delikatne pocałunki na szyi.
– Anita... – mruknął cicho, a brunetka przekręciła się, by móc spojrzeć na swojego kuzyna.
– Nie jestem... – Zaczęła, jednak mężczyzna nie dał jej dokończyć. Zamknął jej usta pocałunkiem, nie zważając na jej protesty. Naparł na nią ciałem, aby nie mogła go zrzucić, a jej dłonie umieścił za głową, żeby nie mogła nimi ruszać. Każda próba poruszenia dłońmi kończyła się jeszcze mocniejszym ściskiem.
– Tęsknię za tobą, mała... – mruknął i zjechał pocałunkami na żuchwę dziewczyny.
– Alaric! – Powiedziała głośno. – Nie jestem Anita! – Dodała prędko i spojrzała mu w oczy. Wyczuwała od niego paskudny zapach alkoholu. To zapewne z jego winy Alaric tak się właśnie zachowuje. Wątpliwą było sprawą to, iż mógłby wywinąć taki numer, kiedy byłby trzeźwy. Spędziła z nim jednak cały wieczór i nie przypominała sobie, aby pił. Nie miała zresztą w mieszkaniu ani kropli alkoholu.
– Martina... – powiedział w pewnej chwili, jakby wyrwany z dziwnego transu. Spojrzał uważnie na brunetkę, a potem... Potem uśmiechnął się czule i przejechał dłonią po udzie i brzuchu. Zatrzymał się dopiero na piersi, którą lekko ścisnął. – Mam ochotę to zrobić odkąd zobaczyłem cię na twoich dziewiętnastych urodzinach – dodał puszczając pierś dziewczyny. Wsunął dłoń pod jej koszulkę, którą lekko podsunął w górę.
– Alaric do cholery! – krzyknęła i znalazłszy w sobie siłę, zdecydowanym ruchem szarpnęła dłońmi. Takiego ataku mężczyzna się nie spodziewał. Dlatego zaskoczony rozluźnił uścisk. Usiadł jednak okrakiem na jej biodrach.
– Jesteś dużą dziewczynką, kochanie... Nie zrobię ci krzywdy, a jeśli nie będziesz się kręcić, to nie będzie bolało – szepnął, pochylając się nad nią. Właśnie wtedy pożałowała, że w ogóle dopuściła go do swojego mieszkania. A także do swojego życia. W młodzieńczych latach byli najlepszymi przyjaciółmi. Wszystko robili razem i wskoczyliby za sobą w ogień, gdyby zaszła taka potrzeba. Martina sama nie wiedziała, kiedy coś się zaczęło psuć. Cienka nić porozumienia powoli się rwała. Teraz zerwała się do końca.
– Rozumiesz, że ja nie chcę?!
– Każda tak mówi. Jesteś wyjątkowa, ale akurat nie w tej sprawie.
– Co powie Anita? – Wiedziała, że nie powinna się na nią powoływać. Była jego najsłabszym punktem, lecz musiała się jakoś bronić! A dzięki temu Alaric zaprzestał swoich czynności. Patrzył tylko w jeden punkt, a jego wzrok, a także i mina, nic nie zdradzały. Korzystając z okazji brunetka wydostała się spod niego. Wyszła z łóżka i stanęła przy regale z książkami.
– Anita dla mnie nie żyje, więc nic nie powie – odezwał się w końcu i wstał z łóżka. Powoli zaczął iść w jej stronę. Nerwowo przełknęła ślinę i zaczęła oddalać się w stronę drzwi.
– Nie wiem, czym się denerwujesz. Czego się boisz. Przecież już to robiłaś.
Martina miała nad nim przewagę. Bowiem mężczyzna ledwo szedł. Nim dotarł do miejsca, w którym stała, już jej tam nie było. W biegu ubrała buty, zastanawiając się, gdzie mogłaby pójść. Kto by ją przygarnął w środku nocy? Nathaniel? Tak... Musi do niego iść. Był jej jedyną nadzieją, a przynajmniej jedyną, która przychodziła jej w tej chwili do głowy.
Idąc ciemnym parkiem dostawała wnet ataku paniki. Cały czas miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje.
Odwróciła się gwałtownie i wpadła wprost w ramiona Enzo.
– Jeszcze ciebie mi tylko brakowało! – krzyknęła, patrząc na mężczyznę.
– Uspokój się i nie rób niepotrzebnego hałasu. Chcę tylko porozmawiać.
– W środku nocy? To raczej nie jest normalna pora na rozmowę.
– Wiem, ale uważam, że powinniśmy porozmawiać. Spokojnie, jak normalni ludzie.
– Na to jest już za późno. Co ty tu w ogóle robisz?
– Idę do Martina. Anita go zostawiła i poszła na jakieś przyjęcie z tym Francuzem. A Alaric nie odbiera telefonu. Ty zresztą też nie, więc mały zadzwonił do mnie. – Brunetka wsunęła dłonie do kieszeni spodenek od swojej piżamy, lecz tam nie znalazła telefonu. Poczuła się strasznie głupio. Martin jej potrzebował, a ona zamiast udzielić mu pomocy, to stoi i nic nie robi.
– Idę z tobą – mruknęła w końcu, a Pirozzi kiwnął lekko głową. Ostrożnie objął ją ramieniem, a kiedy odskoczyła od niego, jakby ją czymś poparzył, westchnął cicho i ruszył przed siebie.
- Twoja matka przysłała mi list - powiedziała w pewnej chwili i zerknęła kątem oka na Enzo. Ten spojrzał na nią zaskoczony i stanął naprzeciw niej. 
- Jaki list? - zapytał.
- Przeprasza za swoje zachowanie, gratuluje nam tego, iż się pogodziliśmy i chciałaby zobaczyć nas razem. No i było coś o policzonych dniach. - Nie wiedziała, czy ma wierzyć, czy też nie w zaskoczenie, które wymalowało się na twarzy blondyna, który wpatrywał się w nią, jakby co najmniej zobaczył ufo.
- Że co?
- Nie udawaj, że nie wiesz. Nie mam zamiaru na te twoje gierki. Przekaż mamusi, że list dostałam, naprostuj jej sytuację, bo bidulka żyje w kłamstwie i powiedz, że nie mam zamiaru wracać do Włoch, aby się z nią żegnać. A teraz leć do niej, pożal się, czy coś. Ja idę do Martina, a ty się nie waż iść za mną.
- Chyba coś ci się pomyliło - warknął, przyciskając ją do drzewa. Brunetka spojrzała kątem oka na pobliską latarnię, jakby w tym szukała ratunku. To co zobaczyła, spowodowało, iż w jej głowie zrodził się pewien plan. Odepchnęła od siebie mężczyznę, a potem szybko oddaliła do mieszkania, w którym został mały Martin.
But you see, it's not me, it's not my family.
In your head, in your head, they are fighting.
With their tanks and their bombs,
And their bombs, and their guns.
In your head, in your head, they are crying.
In your head, in your head,
Zombie, zombie, zombie, hey, hey, hey.
What's in your head?
Zeszła z niewielkiej komody, w której trzymała wszystkie swoje potrzebne materiały do pracy i uśmiechnęła się szeroko. Otworzyła jeszcze laptopa i sprawdziła, czy wszystko działa. Działało! A ją coraz bardziej rozsadzała dumna.
Pukanie do drzwi. Drgnęła nieznacznie, po czym poszła otworzyć. Spojrzała na Pirozziego, który wepchnął ją do mieszkania. Wiedziała, że był wściekły. Nie wiedziała, co był powodem jego złości, lecz kiedy tylko otworzyła drzwi, zobaczyła, że aż z niego kipiało.
- Nie przedłużyli mi wizy! - powiedział, a szeroki i dość bezczelny  uśmiech.
Cały czas się uśmiechała. Nawet wielki siniak na policzku, obite żebra i krew sącząca się z ramienia nie starły tego uśmiechu. Spojrzała na niewielką kamerkę, którą zamontowała na szafie. Potem wolno doczłapała się do laptopa i sprawdziła, czy wszystko działa. Wszystko się nagrało, dzięki czemu miała dowód, którego nie dało się w żaden sposób obalić.
Zmęczona opadła na łóżko, zawinęła się kocem, a potem zasnęła.
Dwa dni później obudziła się w białej sali. Rozejrzała się, czując się, jakby ktoś przejechał po jej ciele samochodem. Powoli odwróciła głowę w lewą stronę i nieco się zdziwiła, kiedy zobaczyła na krzesełku Alarica.
- Co ty tu robisz? - zapytała cicho, a mężczyzna delikatnie pogładził ją po włosach. Najchętniej to ściągnęłaby jego rękę, lecz nie miała sił się ruszać.
- Czuwam, aby cię nie dobili - mruknął i zaczął bawić się kosmykiem włosów brunetki.
- Kiedy stąd wyjdę?
- Nie wiem.

W poniedziałkowy poranek zjawiła się w biurze matrymonialnym Nathaniela Parnella. Bez pukania weszła do jego gabinetu i usiadła mu na biurku. Ten spojrzał na nią zaskoczony, na co ona tylko słodko zacmokała.
- Wyjedziesz za mnie? - zapytała, patrząc jak zdziwienie mężczyzny rośnie. - Mam listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. I na tej liście jest ślub. W piątek wróciłam ze szpitala. Chcę szybki ślub, bo mogę nie dożyć dnia jutrzejszego.
- Jesteś walnięta, Laqueret. Pomyślę nad tym, a ty wracaj do pracy. 

15/08/2014

1983. Wypowiedz moje imię i uratuj mnie przed ciemnością.



      Posiadanie własnego ogrodu miało swój niepodważalny urok zwłaszcza w letnie wieczory, kiedy zmęczeni upałami ludzie cisną się w pubach i parkach, a Ty, jako właściciel kawałka ziemi, możesz relaksować się w spokoju i zaciszu czterech ścian żywopłotu. Joyce ukołysała marudzącego Willa do snu, wyłączyła telefon komórkowy i usiadła na ławce wyłożonej poduszkami w ogrodowej altanie, dzierżąc w dłoni pokaźny kieliszek czerwonego, półsłodkiego wina, pochodzącego z przebogatych zasobów winiarni Sol. Było już po dwudziestej drugiej, za niecałe dwanaście godzin miała odebrać wyniki badań. Strach wyżerał jej dziurę w głowie i zmuszał serce do szaleńczego tempa, co potęgowało uczucie kompletnego braku sił. 

"Kręcę się w kółko w ciemnościach,
przenika mnie światło gwiazd.
Udręczone, mechaniczne serce
bije póki piosenka trwa.

Niech ktoś zapali światło,
strach mnie paraliżuje,
niech ktoś sprawi, bym poczuła się żywa i uwolni mnie ..."
(Lindsey Stirling & Lzzy Hale - Shatter Me)

Ruda nie wątpiła w to, że coś jej dolegało. Nie była ani ignorantką ani idiotką. Zdrowy człowiek nie czuje się tak, jakby w każdej chwili mogło zabraknąć mu sił. Jeżeli nie jest to nowotwór złośliwy to przy dobrym leczeniu wróci do zdrowia w ciągu paru tygodni, jeżeli spełni się czarny scenariusz to… Nawet nie mogła o tym spokojnie myśleć, tym bardziej że przez praktycznie całe życie cieszyła się doskonałym, mocnym zdrowiem. Znosiła wyniszczające diety ( które i tak nie dawały pożądanych efektów), beznadziejne odżywianie, pracowała po kilkanaście godzin na dobę, często nie spała przez kilkadziesiąt godzin z rzędu, dużo piła i imprezowała, a jednak wciąż wszystko było w porządku. Na tyle, że mogła bez problemu oddawać krew w punktach krwiodawstwa, oddać ojcu kawałek wątroby, zarejestrować się jako dawca szpiku i urodzić zdrowe dziecko. Teraz posypała się w ciągu zaledwie paru tygodni. Uciążliwe bóle głowy, mdłości, krwotoki z nosa, nagła utrata sił do tego stopnia, że nie mogła złapać oddechu, a każdy ruch wydawał się przeszkodą nie do pokonania. To zbyt wiele jak dla osoby, która nienawidziła okazywania własnej słabości i bycia skazaną na pomoc innych, nawet najbliższych ludzi...
Tak, nagle okazało się, że Joyce Jareau nie jest niezniszczalna. Wręcz przeciwnie, podlega takim samym prawom jak inni ludzie. Gdyby była sama, wtedy znosiłaby tę całą groźbę śmiertelnej choroby dużo łagodniej. Teraz, gdy w jej życiu był Will, Jake i przyjaciele, było jej niewyobrażalnie ciężko. Nie chciała nikogo skazywać na życie z powoli umierającą Joyce. Nie oszukujmy się, na raka się umiera. Ruda nie znała osoby, która z tej choroby wyszłaby obronną ręką. Wszyscy umierali, jedni szybciej, inni później, pozostawiając straumatyzowanych bliskich, którzy trwali przy nich do ostatniej chwili, widząc jak zmieniają się z pełnych życia i energii ludzi w cierpiące kościotrupy nie poznające nikogo wokół siebie. Sama przeszła przez piekło, gdy odchodziła jej babcia i nie mogła przyjąć do wiadomości, że to samo mieliby przechodzić jej ukochani. Przed oczami stanęła jej wizja kilkuletniego Williama, który wskazuje na zdjęcie JJ i pyta babcię „Kim jest ta pani?”, bo czy tak maleńkie dziecko zapamięta ją na całe życie?
Joyce zalała się łzami, gdy koszmarne wytwory jej wyobraźni, jeden po drugim, zaczęły bombardować jej umysł. Zaczęła rozliczać swoje życie, czego nie udało się jej dokonać, ile lat zmarnowała na samobiczowanie i co zrobiłaby inaczej, gdyby czas dałby się cofnąć. Niestety, nie wyglądało na to, by powrót do przeszłości i naprawienie pewnych spraw było możliwe. Było tylko tu i teraz i przyszłość, którą nagle przykryły ciemne chmury. Wszystkie plany, które optymistycznie snuła, nagle zniknęły w odmętach mrzonek i złudzeń, ustępując miejsca rozpaczy i przerażeniu. Wciąż jednak tliła się w sercu Rudej iskierka nadziei, że nie wszystko stracone, przecież całkowita diagnoza nie została jeszcze postawiona. Przecież wcale nie musiała być ciężko chora. Podobną sytuację przeżyła jako nastolatka i wtedy wyszła bez szwanku. Czyżby jednak miała się spełnić zasada: "Co się odwlecze to nie uciecze?"

Czuła się jakby wpadła w ruchome piaski i miała przed sobą wyciągniętą dłoń ratownika, jednak nie mogła jej schwycić, coraz mocniej opadając w dół. Piasek uniemożliwiał jej poruszanie się, zatykał nos i usta, czyniąc oddychanie heroicznym wysiłkiem. Ręka wciąż była w tym samym miejscu, jednak złapanie jej już było niemożliwe...


"Jestem tylko marzycielem- przez całe życie śnię. 
Jestem tylko marzycielem, który śni o lepszych dniach."

(Ozzy Osbourne - Dreamer)

      Minęło kilkadziesiąt długich minut walki z samą sobą, zanim głowa JJ opadła bezwładnie na poduszkę. Ocknęła się ze snu dopiero, gdy elektryczna niańka, którą ze sobą przyniosła, zaalarmowała, że Willy nie śpi. Zszokowana swoim zaśnięciem Joyce zerwała się i po omacku pobiegła do domu, w międzyczasie potykając się o jedną z zabawek syna i boleśnie uderzając kolanami o schodki na tarasie. Z załzawionymi z bólu oczami dokuśtykała do pokoju dziecięcego na piętrze domu i wzięła w ramiona płaczącego chłopczyka. William przeżywał chyba ostatnio spory kryzys, bo o ile jako noworodek i niemowlak był pogodny i nie drący się bez potrzeby wniebogłosy, o tyle po ukończeniu czternastu miesięcy zaczął się zachowywać tak, jakby wstąpił w niego  jakiś demon. Wymagał ciągłej uwagi, nie spał nocami, płakał z byle powodu, dając popalić mamie i wszystkim dookoła. Joyce przypuszczała, że zwyczajnie zaczął przejawiać jej charakterek, którym dręczyła rodziców w dzieciństwie, doprowadzając ich na okrągło do szewskiej pasji. 
Tym razem Will również „nie zawiódł”, marudził, popłakiwał i popiskiwał żałośnie prawie do trzeciej w nocy, dając Joyce tylko dwa krótkie momenty nerwowego snu. Nic więc dziwnego, że ta, na trzęsących się jak galareta nogach, doczłapała się w końcu do swojego łóżka i opadła twarzą w poduszkę, zapadając w twardy sen, z którego zerwał ją pulsujący i nachalny dźwięk budzika. 

      Dwie godziny później wyszła z recepcji szpitala trzymając w ręku białą kopertę z wynikami badań. Bez zastanowienia rozdarła papier, w panice rozłożyła kartkę i powiodła wzrokiem po tekście, napisanym czarnym drukiem, czcionką niemal identyczną do tej, które były używane w maszynach do pisania. Chwilę później ugięły się pod nią nogi i w ostatniej chwili usiadła na murku, oddychając ciężko.

Nie stwierdzono obecności komórek nowotworowych.

Wyrok śmierci tymczasowo odroczony.

Kilka godzin później wyszła już z gabinetu lekarskiego z zaplanowanym leczeniem niedokrwistości megaloblastycznej, przyrzeczeniem parotygodniowego wypoczynku i zadbania o swoje zdrowie.
- To jednak nie umierasz? - Jerry, siedzący za kierownicą jej samochodu, uśmiechnął się, bezczelnie szczerząc zęby do wsiadającej właśnie Joyce. 
- Przepraszam, że Cię rozczarowałam. Nie bój się, nie wszystko jeszcze stracone. Mam wyniki badań krwi jak styrana życiem staruszka i czuję się jakby tir we mnie uderzył. - Ruda przewróciła oczami i zapięła pas. - Dlaczego nie mogę prowadzić własnego auta? - Spytała, zerkając na wyświetlacz telefonu.
- Bo nie dalej jak przedwczoraj spadłaś z drabinki na zapleczu, po tym jak zakręciło się w głowie. Nie chcę ryzykować tego na ulicy. Skutki będą poważniejsze niż obite plecy i kilka butelek zbitej wódki - mruknął blondyn i przeniósł dłoń z kierownicy na dłoń JJ. - Naprawdę mi ulżyło, Rudzielcu - powiedział ciszej, bo pewnych rzeczy nie musieli sobie mówić po tylu latach przyjaźni. 
- Mnie również, uwierz mi - odparła Joyce, opierając się wygodniej o zagłówek fotela. - Chyba powinnam poinformować wszystkich, których przeraziłam widmem swojej śmierci, nieprawdaż? - Uśmiechnęła się lekko, a Jeremy parsknął śmiechem:
- Cóż, pewnie dziewczyny już wybierały Ci sukienkę do trumny, a Jake rozmyślał o kolejnej dziewczynie, która miałaby go wyleczyć z żałoby po Tobie.
- To nie jest śmieszne, pedale. - JJ walnęła blondyna pięścią w bok, a ten tylko się roześmiał, dodając gazu na ulicy. - W pewnym momencie naprawdę spanikowałam i chyba mnie emocje poniosły. Nawet nie wiesz jak mi głupio, że tak zestresowałam wszystkich dookoła. Nie wiem jak to teraz rozegrać, żeby wszystko wróciło do normy.
- Dobrze, to świadczy o tym, że jednak jesteś normalnym człowiekiem. A o nas się nie martw, jak tylko pokażesz nam wzorowe wyniki badań to przestaniemy świrować. Przynajmniej do momentu, gdy znowu czegoś nie odwalisz. A pewnie nastąpi to całkiem niedługo. Nie potrafisz żyć spokojnie, Rudzielcu.
- To nie moja wina, że zachorowałam, nie przesadzaj.
- Twoja - potwierdził Jeremy, zmieniając piosenkę w samochodowym odtwarzaczu.
- Tak myślisz? - Joyce uniosła brew w geście powątpiewania w słowa przyjaciela, ale Jerry zignorował to zachowanie.
- Tak, ale nie umieraj mi tutaj.
- W Twoim nudnym towarzystwie to będzie niemal awykonalne.
- Złośliwa jędza.
- Sfochowany gejzer.


***
W pierwotnej wersji tej notki Joyce miała zostać zmieniona w kałużę krwi po uderzeniu przez pijanego kierowcę. Jednak znam litość :D

06/08/2014

1982. Myśli zabrudzone przeszłością.



Ostatnio miała wrażenie, że jak łapie się gdzieś paskudne przeziębienie, złośliwe choróbsko, tak ją prześladować zaczął pech. Pech do kwadratu. Podczas wypadku drogowego, kiedy w zimie autobus wpadł w poślizg, a ona była jednym z jego pasażerów, nabiła sobie jedynie kilka siniaków. Tam poznała żółnierza o ujmującym uśmiechu, który był tak sympatyczny i ciepły, że łamał wszelkie wyobrażenia na temat mundurowych, jakoby byli oni szorstcy i zimni w stosunku do innych ludzi. Wtedy raźno Sol porwała się do wybijania okien w autobusie, gotowa pomóc innym, choć sama tylko nabałaganiła i nasypała sobie za kołnierz skrawków grubej szyby nieudolnym waleniem plastikowym młoteczkiem w okno. Wtedy jak zwykle pchałą się w kłopoty, na dodatek z uśmiechem na ustach. Podczas wypadku na przełomie marca i kwietnia tego roku, przygniotła ją belka  w remontowanym teatrze podczas próby z zespołem i ucierpiała na zdrowiu, na sprawności, a prócz bólu i opatrunków, jej kariera została brutalnie zakończona. Wtedy jej życie wywróciło się do góry nogami i tylko Jared, który po zniknięciu zjawił się znikąd w szpitalu, oświadczając się, potrafił postawić ją na nogi, by się nie chwiała. Wtedy nie było czasu na załamywanie, zresztą miała przy sobie silną podporę a i mimo rozpaczy, jaką budził w niej zakaz lekarzy powrotu do baletu i diagnoza będąca wyrokiem, działo się też wystarczająco, by odwrócić jej uwagę od własnej tragedii. Wspólne marzenie i plany sprawiły, że Sol na nowo uwierzyła w siebie i porzuciła żałobę za sceną i baletem. Choć jej uśmiech widocznie zbladł, a w oczach nie pojawiały się te figlarne iskierki, odnalazła siebie na nowo. Wtedy przynajmniej tak myślała.
Dwa miesiące temu znów przeżyła wielki zawrót. Nie było wypadku, tym razem się obyło bez tak drastycznych wydarzeń. Tylko świerzy narzeczony zniknął, a wtedy dziewczyna zupełnie się załamała. Uciekła z miasta, by nie chodzić ulicami, którymi spacerowała z Murphy'm. Uciekła z mieszkania, gdzie wciąż było pełno  rzeczy tamtego człowieka, od którego pierścionek jako symbol miłości i przysięgi wierności zsunęła z palca zaledwie kilka dni temu wraz z powrotem do miasta. Uciekła od wspomnień, od bólu, tęsknoty, bo wierzyła, że czeka ją coś stabilnego, coś pięknego. Kiedyś. Może. Prawdopodobnie miała po prostu zwyczajne marzenie, takie jak każdy. Bo tylko w filmach młode kobiety co rusz prowadzą płomienne romanse, ulegają wypadkom i zawsze znikąd nadchodzi pomoc, najczęściej w postaci uosobionego Apolla. A w życiu tak na prawdę to co stałe, co pewne przynosi poczucie szczęścia i bezpieczeństwa. Dla niej przynajmniej, tym, co sprawi jej radość było nie żadne szaleństwo, tylko spokój  i ktoś obok. Mimo niemal ćwierć wieku na karku, chyba niczego się nie nauczyła, pozostając wciąż niepoprawną romantyczką. I choć wiedziała, że świat się nie zawalił, bo szansa na spełnienie tego marzenia nie pękła, a czasu ma jeszcze wiele, by ułożyć sobie życie, tak samo jak szansę ma na znalezienie miłości na tyle silnej, by przetrwała, to jednak w tej jednej chwili czuła, że nic nie jest w stanie sprawić, że się uśmiechnie.
Wróciła kilka dni temu i starała się jak najmniej przebywać w mieszkaniu.  Obecnie jej samoocena bardzo spadła, sądzić nawet była gotowa, że nie jest warta zapamiętania i uwagi. Poszukując wyjaśnień dla zniknięcia byłego narzeczonego – bo już nikim innym nie mógł być dla niej, w jej głowie pojawiało się na prawdę wiele scenariuszy. Niektóre żałosne, a niektóre wręcz tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne. Na początku prócz tęsknoty, rozpaczy, bólu i żalu, czuła strach, obawiając się, że biedny Murphy mógł ulec wypadkowi i dziać się z nim mogło nie wiadomo co. Powoli jednak budziła się jakaś gorycz. A koniec końców jednak, zawsze winy doszukiwała się w sobie. Pamiętałą przecież ostatnie dni, kiedy był, kiedy byli razem, jak patrzył na nią bez uśmiechu, gdy świerzo po wypadku, Sol musiała zjawiać się u rehabilitantki dwa razy w tygodniu, a później nie można jej było nawet przytulić, całe ciało miała tak obolałe i słabe.W mieszkaniu powoli zmuszała się, z płaczem wiążącym gardło, pakować powoli rzeczy Jareda. Musiała się oczyścić, swoje życie z tej tęsknoty i bólu. I powoli jej się udawało, choć najwięcej musiała sobie poukładać nie na półkach, a w sercu i w głowie. Skończyło się jednak to wielkie porządkowanie na tym, że z łazienki wyniosłą jego szczoteczke i maszynkę do golenia i wrzuciła do koszyczka, w którym trzymał karty pamięci, pendrivy i inne swoje pierdoły. Odwiedzała przyjaciół, nadrabiając wiele tygodni milczenia, bo i sama nie wyjaśniła, że znika i że podróżuje miedzy Francją i Włochami w ramach zajęcia się czymś innym, niż smarkaniem w kolejne chusteczki i nie wiedziała też nic, co się dzieje u nich. Przesiadywała kilka godzin w winiarni u zmartwionych i zaniepokojonych rodziców, którzy- zwłaszcza matka, podsuwali jej ciągle coś do jedzenia, komentując jak zeszczuplała, aż pod oczami pojawiły sie niezdrowe sine cienie. Z złamanym sercem zagubiła gdzieś siebie, karmiąc się powietrzem i smutkiem.
Gdy zapadało późne popołudnie, wymrznięta wracała z parku, gdzie na ławce przesiadywała na współ przysypiając dobre z trzy, cztery godziny. Czując zdrętwienie w kończynach, wspinała się po schodach, szurając stopami ociężale, zupełnie jakby nie była baletnicą, choć na wymuszonej emeryturze przez zdrowie. Zatrzymywała się pół piętra niżej, by odetchnąć i znaleźć klucze zanurzone w torebce bez dna. Kondycja już nie ta sama, szybciej brało ją zmęczenie, a to wcale nie przez brak treningów. Popadła w apatię i tylko patrzeć, jak anemia się pojawi z niedożywienia i braku snu i doskonale o tym wiedziała, potzrebowała tylko czasu. Czas leczy wszystko. 


Siedząc zwinięta w kłębek na kanapie, patrzyła na jedno z zaledwie kilku zdjęć, których nie odesłała. Mijał już trzeci miesiąc od jej poworotu do miasta i już wiedziała, że wszystko się zmienić musi. Palcem muskała szybkę w ramce, gdzie została umieszczona wspólna chwila z Jaredem. Minęło już tyle tygodni, wystarczająco wręcz, by zaczęła się wybudzać z tego stanu... marazmu. Zaczęło ją to wręcz męczyć, zaczęła dokuczać jej gorycz. Czy tylko ona ma płakać, cierpieć i myśli mieć zabrudzone przeszłością? Czy Jared też to przeżywa? Czy odszedł i zaczął nowe życie? Może z inną? Moze tylko ona tak naiwnie trwa jakby ostatkiem sił oczekując pukania do drzwi, jeszcze nie czując się wolna do końca, bo zniknięcie jednej strony, nie oznacza dla drugiej definitywnego końca? Znikanie to była niepewność, a niepewność, była najgorsza. Gdy nie wiedziało się nic, a spekulacje mogły daleko mijać się z prawdą.
Po jego zniknięciu, dwa miesiące blisko spędzała na wyjazdach po Europie. To była ucieczka. Miała zamiar tam wrócić, lecz nie po to, by uniknąć wspomnień. Potrzebowała wakacji. Odpoczynku i relaksu. Potrzebowała wyjazdu, takiego z prawdziwego zdarzenia, jak to zwykle planuje się, robiąc listę co trzeba zabrać, co zakupić, koniecznie włączając w listę olejek do opalania, torbę plażową, klapki, bikini i nowe letnie sukienki! Zupełnym przypadkiem zaplanowała taki wyjazd z przyjaciółką, u której również zaszło tyle zmian, że obydwie teraz wyglądały jak worki kości obleczone w skórę. Sol było wstyd, czuła żal do samej siebie, że egoistycznie zamykając się w swojej skorupce, zaniedbała przyjaciół, których też mogło spotkać coś złego, mogli przeżywać nieprzyjemności, własne mniejsze lub większe tragedie. Nie myślała o nich wcale, użalając się nad sobą. JJ doskonale to nazwała, wtedy Sol "lubowała się w własnym dramacie". A przecież facet, czy jest, czy go nie ma, nie staje się dla kobiety całym światem. Jest jego częscią, ważną, o ile miłość nie jest najważniejszą, ale nie przysłania jej wszystkiego, nie odbiera rozumu i tego, że sama stanowi centrum dla samej siebie. Była głupia. I ślepa.  I zachowałą się banalnie, jak bohaterki romantycznych komedi. Wstyd.
Długo nie mogła się zebrać,  by zacząć pakować jego rzeczy. Prace przyniesione z biura, ubrania, płyty, książki, gitarę nawet. Wolała uciekać z mieszkania, swojego, które sama z pomocą Rose tak ładnie urządziła, niż wziąć się w garść. Aż wreszcie któregoś dnia, zapominając o tym wszystkim, po spotkaniu z kimś, kto jakby naturalnie i bez wysiłku umiał wywołać znów uśmiech na jej twarzy, wróciła do siebie wcześniej. Zapomniała o tym, że przychodzi do mieszkania tylko późnym wieczorem, by iść prosto do łóżka, zbyt zmęczona, by ogarniać wszystko wokół. Stanęła na środku salonu i jakby zaskoczona spoglądała na rzeczy, których było za dużo, jak na jedną osobę mieszkającą w tych kątach. To był impuls, chwyciła w rekę najpierw koszulkę przewieszoną przez krzesło, potem kilka kartek zostawionych na stoliku pod oknem i powoli, jakby nieświadomie, zaczęła wszystko składać. Zamiast jednak do szuflad, na półki, na wieszaki w szafie, do worków, które rwała bez złości, a z dziwnym spokojem. I nie myslała wtedy o niczym. Ani o tym, że jest zła, że smutna, pełna żalu, ani o tym że tęskni, ani nie gdybała co by było gdyby, ani też nie zastanawiała się, co też teraz moze robić Jared. Po prostu skupiła się na składaniu równiutko w kostkę ubrań, układaniu obok siebie płyt, wiązaniu w rulony projektów architektonicznych, zakręcaniu je w tuby, tubki i składaniu w teczki. Przyszło to tak samo z siebie i Sol wcale nie bolało. Tylko zmęczyło, bo zajęło kilka godzin, nim wynalazła ulubione kubki Jareda wśród naczyń, wyprzatała kosmetyki mężczyzny z łazienki, drobnostki i to, co najbardziej dokuczało – wspólne zdjęcia. 
Jedno z takich zachowała. Nie mieli ich wielu, nie wywoływała wszystkich, nie miała miejsca, gdzie je poustawiać, czy zawiesić. I tak większość znajdywałą się na kartach pamięci w aparatach mężczyzny, które także były już poskładane w torby i ustawione przy ścianie. Nigdy też nie zastanawiała się, czemu zniknął, nie zabierając niczego, bardziej skupiając się na powodzie, na motywie zniknięcia. Kłamałaby mówiąc, że ten związek był nieudany. Jak zwykle to bywa, mieli wiele pięknych, radosnych chwil, po drodze jakieś nieporozumienia, kilka kłótni. Ale była z nim szczęśliwa i kochała go. Dlatego chyba tak bolało jego zniknięcie, bo Sol wierzyła w nich i to, co mówił Jared o wspólnej przyszłości. Zresztą to było to czego chciała, rodzina. W ramce, która trzymała w dłoniach, śmiała się do rozpuku, próbując wyrwać narzeczonemu, który ją łaskotał. Pamiętała ten moment, byli na pikniku, to ona porwała go z biura, w którym mógł przesiadywać całe dnie. To było przed wypadkiem, kiedy śmiała się i wygłupiała jak dziecko i nie przejmowała komentarzami, ze czas spoważnieć, bo tak już nie wypada. Nigdy nie należała do osób, które uchodzą za dojrzałe, bo choć głowę miała na karku, należała do osób nad wyraz pogodnych, empatycznych, którym szkoda czasu na smutki. Jakiż to przekorny los, ostatnio głównie się smuciła przecież.


Stała pod blokiem żołnierza, którego poznała w zimie, podczas wypadku. Śmiał się pod nosem z jej prób wybicia szyby, a gdy ta runęła i odłamki posypały się na nią, prosił łagodnie, by się odsuneła i nie robiła sobie krzywdy. To co wydarzyło się w przeciągu ostatnich trzech dni, sprawiało, że Sol miała na prawdę wielki mętlik w głowie. A jedyną osobą, która mogła na to zaradzić wydawał się jej ten mężczyzna. Nadal nie rozumiała, jak to robił, że czas dla niej znajdował, pojawiał się jakby znikąd i to w najmniej spodziewanym momencie. Jak w szpitalu po jej wypadku, gdy dowiedział się o tym nie wiadomo skąd i jak. Albo pod drzwiami jej mieszkania, gdy wróciła do NY. On po prostu pojawiał się, nie znikał, był dla niej i kiedy potrzebowała milczał, albo rozmawiał. Jakby znał ją lepiej, niż ona samą siebie.
Trzy wypadki – poślizg autobusu, belka przygniatająca ją do desek i zniknięcie Jareda. Trzy miesiące ucieczki. Trzy miesiące rozpaczy. Trzy dni podczas których zebrała się w sobie, oczyściła życie z byłego narzeczonego i zamkneła rozdział, zakończyły się dla niej szokiem takim, jaki by przeżyła, doświadczając trzęsienia ziemi. Trójka zdecydowanie nie była jej szczęśliwą liczbą. W każdym z tych okresów i wydarzeń, pojawiał się porucznik, który prawdopodobnie nieświadomie prócz wsparcia, dawał jej jeszcze więcej, niż sama oczekiwała, a czego chłonna teraz po zranieniu była, jak nigdy wcześniej.
Podniosła oczy na wysoki wieżowiec, licząc okna od góry, by odszukać w szeregu szybek lśniących w ginącym za chmurami słońcu te konkretne, należące do mieszkania mężczyzny. W tym wszystkim najgorsze było to, że zupełnie nie chciała nikogo wodzić za nos, ani dawać płonnych nadziei, a wydawało jej się, że sama się tym ostatnim poddając, robi coś nieodpowiedniego.  Bo ten ktoś, kogo chciała znów zobaczyć, stawał jej się coraz bliższy, w nim szukała wsparcia, jemu nie bała się zaufać, z nim chciała rozmawiać. Nie stanowił żadnego zastępstwa, po wizycie w Seattle, jakby rozdział z Jaredem został zamknięty. Zresztą, nie mogło być inaczej, nie po tym, co się tam wydarzyło, co zobaczyła. A jednak, czuła się źle, nie przyznając się przed Schriverem, że nie jest dla niej przyjacielem tylko. Nigdy nie był. Z początku tylko znajomym, z którym uciekła przed przesłuchaniami z wypadku. Później serdecznym kolegą, który odwiedzał ją niemal codziennie w szpitalu. A następnie, przeskoczył niewyobrażalny dystans ich dzielący i nagle, znikąd, wbrew zasadom wszelakim, mógł stać blisko, mógł ją objąć, pocałować w czoło, złapać za rękę i Sol czuła się z tym doskonale. Nie chciała robić żadnego kroku wstecz, nawet parłaby do przodu. Tyle że relacja między nimi, której nie umiała nazwać, bo w tym wszystkim przeszkodę stanowił nieobecny już, ale jakby nadal będący obok Jared, była czymś wyjątkowym, a ona własnymi wyobrażeniami, nie chciała niczego psuć. I męczyło ją to bardzo. Bo na takie nie wiadomo co, niepewność, niedomówienia porucznik zupełnie nie zasługiwał. I czuła się z tym podle. Zwłaszcza, że to przy nim i dzięki niemu, zamkneła za sobą ostatnie niedomkniete drzwi.


Spojrzała na dzwonek, gdy już stanęli pod drzwiami. I patrzyla na przycisk, nie na drzwi, nim te się nie uchyliły.
Była tu pierwszy raz. Jared znał jej rodziców, odwiedzał ich w winiarni, w domu. Jej nigdy nie zabrał do Seattle, a ona nigdy nie poznała rodziców Murphy'ego. Wiedziała, że nie ma on najlepszych kontaktów zwłaszcza z ojcem, który nigdy nie był w pełni zadowolony z syna i wymagał od niego zawsze więcej. Może gdyby była tu z mężczyzną, który miał włosy ciemniejsze i w tym domu dorastał, czułaby zdenerwowanie i tremę przed przyszłymi teściami. Ale oni już nimi nie byli, a ona powoli zaczynała w głowie budować dystans, barierę, tarczę ochronną, by nie czuć żadnej zażyłości z obcymi. Bo to byli obcy ludzie, łączyła ich jedna osoba, która w przypadku rudej należała do przeszłości.
Na Ethana nie patrzyła. Czuła na sobie jego wzrok. I wiedziała, że gotów jest ją złapać, gdyby padła trupem na widok, który pokazał jej się przed oczami. Bo otworzyła im nie starsza pani, nie starszy pan, a młoda kobieta, może nieco, ale niewiele starsza od Sol. Jedną dłoń oparła o framugę, przestrzegając wejścia do wnętrza domu. Drugą położyła na brzuchu. Była w ciąży.
Sol wzrok przesuneła z dzwonka na ten brzuch właśnie i czuła jak krew odpływa jej z twarzy, a kolana się uginają. Zadrżała, ale mocniej zacisnęła palce na kartonie i tylko zachwiała się przez chwilę, lecz ustała.
 - Jared Murphy - zaczęła i odebrało jej mowę na chwilę. - Znasz go? - spytała wprost.
       To nie była siostra bruneta. Ruda znałą Michelle. To mogła być kuzynka, ktoś kto gościł w domu jego rodziców, sąsiadka, która podeszła pożyczyć szklankę cukru, albo mleka. To być mógł ktokolwiek. A jednak nasuwała się jedna myśl. Najczarniejsza.
 - Przywiozłam jego rzeczy, które zostawił w NY. Zniknął trzy miesiące temu. Jestem... byłam jego narzeczoną - dostała słowotoku, chciała z siebie wszystko wyrzucić i mówiła szybciej, szybciej, niewyraźnie, choć składnie. - Nie mam z nim kontaktu od tamtego czasu. Nie wiem gdzie jest. Nie wiem nawet, czy żyje. Chcę to tylko zostawić. I oddac pierścionek. To podobno pamiątka rodzinna. Chce go oddać jego rodzicom do rąk włąsnych - mówiła i nie widać było, by była wystraszona, załamana, ale jakaś taka... pogodzona z faktami? Nie, nawet nie. Spokojna, zdystansowana, nie chłodna, ale wcale nie jakaś specjalnie wylewna i przyjacielska. Trudno byłoby odgadnąć, jak ona sama się teraz w tej chwili czuje.
         Schyliła się, postawiła karton przy progu i spojrzała po raz pierwszy w oczy dziewczynie.
 - Mogę wejść? 


Ucieszył ją grzmot, który usłyszała za plecami. Sama czuła się tak, jakby w środku niej coś dudniło. Słońce już schowało się za chmurami, które choć nie ciemne, nie burzowe, były ciężkie i sprawiły, że powietrze zmieniło się z rześkiego, na parne, duszne. Ostatnim razem gdy tu była, przyszła z prośbą o podwózkę na lotnisko, gdy wybierała się do Seattle. A że koniec końców prócz szofera dostała towarzystwo i wsparcie w tej jednodniowej podróży... Kolejny raz porucznik pokazał jej, że stać go na wiele dla kogoś, kogo darzy sympatią. Jakżeby jednak chciała, by ta sympatia stałą się czym innym... Te myśli, do których jeszcze niedawno wstydziła się przyznać, których nawet do siebie nie dopuszczała, spychała w najdalsze zakątki w głowie, dobijały się do niej i wreszcie Sol zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie tylko patrzeć w okno i myśleć o tym, co było. Bo żyła tym, co było tu i teraz i widziała ludzi, którzy byli przy niej i do nich się przywiązywała i tych kochała. Może była naiwna, lekkomyślna i niczego się nie nauczyła. Ale nie chciała się chować w swojej skorupce i nic nie czuć. Przede wszystkim nie chciała nic nie czuć.
Wchodząc po schodach, odgarniała z twarzy mokre kosmyki. Deszcz zerwał się nagle i choć od bramy dzieliło ją kilka metrów, mimo że podbiegła ten niewielki dystans, krople zmoczyły ją do tego stopnia, że kolorowa, zwiewna letnia sukienka przyległa do ciała, a włosy oblepiły ramiona szyję i plecy, okrywając ją w  miedziany płaszcz. Zupełnie jej to nie przeszkadzało, jak i chłód od kamieni stopni, które pokonywała powoli. Nie miała zamiaru się cofnąć, najwyżej przesiedziałaby ulewę tutaj, nim nie ustąpi i się nie rozjaśni na powrót, gdyby mężczyzny nie było w mieszkaniu. W końcu tu przyszła, nie miała się czego obawiać z jego stronu. Raczej z swojej włąsnej.
Przypomniała jej się jej własna reakcja, jak go powitała, widząc pod swoimi drzwiami. Nie zrobiło jej się głupio, nie poczuła wstydu, ani zażenowania, że na widok twarzy porucznika uśmiechnęła się po raz pierwszy szeroko i szczerze i rzuciła mu na szyję, jak wariatka trochę. Wtedy zareagowała intynktownie, bez namysłu. I możliwe, że tak właśnie powinno być. Bez krępacji, bez analizowania, co powinno być, a co jest. Gdy stanęła pod jego drzwiami, kichneła krótko, bo nos ją zaswędział, może to z jakiegoś dziwnego niepokoju, który pojawił się nagle i zniknął i zapukała. Raz, później drugi i gdy otworzył drzwi zaschło jej w gardle. Przyszła tu, bo tak, bez konkretnego powodu. Nie miała nawet przy sobie obiecanego mu wina w drodze powrotnej z Seattle, by móc wyjaśnić, że to to jest powodem jej przyjścia. Chciała tu być i go zobaczyć, to wszystko. Czy to było aż tak skomplikowane?
- Cześć – rzuciła tylko i zamiast wprosić się do srodka, albo chociaż zagaić rozmową na progu, zawróciła i zaczęła schodzić po schodach. - Ach.. - coś sobie przypomniała, zatrzymała się, zawróciła i znów podeszła wyżej i stanęła pod drzwiami. - Masz szczęście, nie musisz mi pomagać w sprzątaniu mieszkania, poradziłam sobie z tym w godzinę! Chyba wpadłam w jakiś trans sprzątania, klątwa Kopciuszka z obsesją porządku, czy coś, bo wszystko lśni – znowu monolog, słowotok, niedobrze się działo. - Znów gdy skończyła, nabrała powietrza i zawróciła, schodząc z cztery stopnie w dół. I znów cofnęła się, pokonała je na powrót w przeciwnym kierunku i stanęła naprzeciw niego przy drzwiach. - Poprosiłam nawet jednego stolarza żeby mi wydrążył wzory w meblach i w kuchni i w salonie i w komodzie w sypialni, znalazłam wzór, będzie pięknie, kiedy będzie gotowe, pokażę ci – obiecała i nabrała powietrza, chcąc coś dodać. Zamiast tego jednak, mrukneła coś do siebie i znów skierowała się ku schodom w dół.
Nie zapowiadało się tym razem, by dostała kolejnego olśnienia i miała zawracać. Prawdę powiedziawszy zeszła już do półpiętra, pokonując te nieszczęsne wydeptane i zamoczone przez jej ubranie stopnie i dopiero zatrzymała się, gdy barierka z wyższych schodów zasłoniła ją niemal całą, aż musiała unieść głowę, by spojrzeć na Ethana.
 - A umówisz się ze mną?



[hahaha! Natchneła mnie na koniec reklama... czegoś tam, jak w barze laska dostaje słowotoku do barmana, który jej się podoba <3 to właśnie w stylu Soluszki ;)
błędów co nie miara, moje programy edytorskie fiksują, a blogspot ze mną walczy :( ]