aktualności

11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

08/03/2026

[KP] Welcome to my Brooklyn meltdown

Tamsin Passalis

Wiolonczelistka uzupełniająca w Orkiestrze Opery Metropolitalnej | gra tam, gdzie jej zapłacą
wdowa | 28 lat | mieszka w odziedziczonym mieszkaniu na Brooklynie


Mówili, że jest zdolna. 
Miała raptem dwanaście lat, kiedy wygrała pierwszy konkurs międzynarodowy. Bolały ją palce i było jej strasznie gorąco od świateł reflektorów i niewywietrzonej sali koncertowej, miała spękane do krwi usta.  Podszedł do niej i poklepał ją lekko po plecach swoimi długimi palcami, niskim głosem składając gratulacje jej matce, jakby to ona przed chwilą goniła samą siebie w Scherzo Goens’a, śpiewała przed śmiercią w Łabędziu Saint-Saëns’a i opowiadała historyjkę w Humoresce Dworzaka. Jakby to ona spędzała każdą wolną chwilę przy instrumencie, który wciąż ranił. 

Mówili, że ma przed sobą świetlaną przyszłość. 
Miała piętnaście lat, kiedy poklepał ją swoimi długimi palcami po ramieniu i powiedział, że jest jedyna w swoim rodzaju. Zdolna, pracowita i piękna. Inne niż wszystkie znane mu kobiety, dojrzalsza od nich znacząco i rozkwita niczym kwiat, kiedy tylko gra. Grała więc jeszcze więcej, byle tylko ją chwalił i całował, prosił, by mógł zostać jej tajemnicą.

Mówili, żeby się za bardzo nie spieszyła
Miała osiemnaście lat, kiedy założył na jej palec obrączkę trzęsącymi się, długimi palcami. Sam rok wcześniej skończył czterdzieści pięć i mówił jej, że to właśnie był znak, że powinien uklęknąć przez ukochaną kobietą i jej się oświadczyć. Jej matka im błogosławiła mówiąc, że ma szczęście, że trafiła na takiego mężczyznę i powinna całować ziemię, po której chodził. Całowała, ale chyba nie o to chodziło jej matce.

Mówili, żeby uciekała. 
Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Najpierw słowami o jej braku wartości a później dłonią o długich palcach, wprost w policzek, który chwilę wcześniej czule całował. Ubierał ją pięknie, dbał by zdrowo jadła i kazał dużo ćwiczyć, dużo grać, by była jeszcze lepsza, tylko później narzekał, że palce ma krzywe, zgrubiałe na końcach i kciuk zdeformowany, z dwoma niemal przezroczystymi, pożółkłymi naroślami w miejscu, gdzie skóra dotykała metalowych strun. 

Mówili, że im przykro. 
Miała dwadzieścia cztery lata, kiedy pochowała męża i ostatni raz widziała jego długie palce, które miały już nigdy więcej nie zacisnąć się zbyt mocno na jej nadgarstku. 

Teraz nie mówią już nic. 




Odautorsko
Cześć! Jesteśmy chętne i otwarte na wszystko. Spotkać ją można niemal wszędzie - od bankietu, po słaby bar z marnym jazzem, czy metro w środku nocy.
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pozdrawiam i zapraszam 



29 komentarzy:

  1. [Witaj i tutaj <3
    Smutna i bolesna historia, ale zgrabnie ujęłaś w tym całą przemianę jaka zaszła w kobiecie! Podoba mi się, jak opisałaś jej talent, wrażliwość i dobre serduszko, ale do diaska, czy musiała trafić na starego drania?! Ostatecznie dobrze, że została wdową i nie nosi już odcisków chudych palców... -,- Teraz mam nadzeję, że odetchnie i rozkwitnie na nowo! :D
    Udanej zabawy dla Was!]

    Emma / Lily

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry, podobnie jak Sol, jest mi bardzo miło, że mogę Cię przywitać także tutaj 🩵
    Miałam ciarki jeszcze podczas sprawdzania Twojej karty postaci, bo choć teoretycznie nie musiałam (sprawdzamy tylko kwestie techniczne), to kiedy już zaczęłam czytać treść, nie potrafiłam przestać. Biedna Tamsin :c Blogowa intuicja podpowiada mi, że okoliczności śmierci pana męża mogą okazać się co najmniej ciekawe i stąd mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zdradzisz nam co nieco na ten temat ;) I może to lepiej, że w końcu o Tamsin nikt nic nie mówi? W końcu dziewczyna może mieć święty spokój!
    Życzę udanej zabawy i wątków bez liku 🩵]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć!
    Przeczytałam kartę w okamgnieniu i miałam takie... ugh. Smutno mi. Sama pisałam, nie tak dawno zresztą, postacią, która doświadczała przemocy ze strony męża i wiem, że z jednej strony jest to ciekawy temat, a z drugiej dość ciężki. Na szczęście Tamsin jest już wolna i mam nadzieję, że nie maczała palców w tym, że pochowała męża. Życzę jej samych dobroci, chociaż wydaje mi się, że wcale nie jest jej łatwo funkcjonować w społeczeństwie.
    Zostańcie z nami jak najdłużej! ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń
  4. [O cholercia, mocna historia, lubię bardzo! Świetnie ją przedstawiłaś, a nie dość, że to, to jeszcze i zachęciłaś, żeby się dowiedzieć, co to się z tym chłopem zadziało. Jakbyście potrzebowały pana prawnika, a coś czuję, że takowy może lub mógł się przydać, to zapraszamy do kancelarii. Tymczasem życzę dobrej zabawy w Nowym Jorku! <3]

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  5. [O, milutko wiedzieć, że już kiedyś przez NYC się przewinęłaś i teraz skusiłaś się na powrót! Skoro tak, to tym bardziej musimy postarać się o to, aby Tamsin mogła rozwinąć skrzydła :) (Nie)cierpliwie czekam na post o panu mężu!
    Hm, hm, prawdopodobnie to z Maxine najprościej byłoby połączyć Tamsin ALE co powiesz na to, żebyśmy spróbowały wykombinować coś z Chrisem? Został mi u niego tylko jeden wątek, a nie lubię mieć u postaci tylko jednego wątku, więc z chęcią bym nad czymś pomyślała, nawet jeśli z tą dwójką nie będzie prosto i dlatego, jeśli masz ochotę, zapraszam na burzę mózgów już na maila :)
    P.S. W moim odczuciu właśnie ta scena była kluczowa dla całego posta, więc nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to właśnie ona zapadła Ci w pamięć, aż mam wzruszki 🩶]

    nadal cała trójca: MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  6. A kogóż my tu mamy? Pojawiam się z ogromnym poślizgiem, ale chyba taki już mam standard, niestety. Piękna Mara na zdjęciu, postać tragiczna w karcie, a koniec karty taki, że chciałoby się zapytać, co stało się z mężem Tamsin... Część mnie jednak nie chce pytać o to wcale, bo wystarcza mi w zupełności wiedzieć, że się od niego uwolniła. W jaki sposób? Nieistotne.
    Powiem szczerze, że chciałam do Ciebie wpaść z pomysłem na jakiś super wątek, ale nic konkretnego jak na złość nie przychodzi do głowy, bo ze strzępków o których myślę nie da się niczego zszyć. Może Tobie przychodzi na myśl coś mniej oklepanego niż to, że mogliby z Marco być sąsiadami? O ile w ogóle możemy Wam się do czegoś przydać.
    Cześć, witajcie w Nowym Jorku i bawcie się świetnie. <3


    MARCUS LOCKHART

    OdpowiedzUsuń
  7. [Bardzo dziękuję za te wszystkie komplementy! :) Tak, Nyx jest bardzo buntownicza, na pewno ten motyw przewinie się w jej historii wielokrotnie, haha.
    A co do karty — ta akurat nie jest zbyt skomplikowana, wbrew pozorom. Gdyby Cię kiedyś naszło, daj znać, chętnie pomogę w kodowaniu, choć uprzedzam, że jestem amatorką :D]

    Nyx Hackett

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy zostajesz fotografem ulicznym, z pewnością nie spodziewasz się, że któryś z twoich przyszłych współlokatorów zaproponuje ci przeprowadzenie sesji w budynku jednej z najsłynniejszych oper świata. Przez większość czasu żyjesz tak jakby nie obowiązywał cię żaden inny zegar od tego naturalnego. Chwytasz chwilę i robisz to często z ciekawością małego dziecka. A jednak zdarza się, że w całe to twoje niemal sielankowe współistnienie ze wszechświatem wedrze się ktoś, kto ten spokój przełamie. W przypadku Natty’ego była to Rosa, młoda pianistka, która jakieś dwa tygodnie wcześniej wprowadziła się to ich pełnego gwaru mieszkanka.
    - Och, chyba nie powiesz mi, że tak sławny artysta jak ty obawia się pstryknąć kilka fotek pracującym muzykom... – Zbliżała się do niego coraz bardziej tamtego wieczora, robiąc słodkie minki. – Tym bardziej, że to tylko zastępstwo. – Nie przejmując się widoczną na jego palcu obrączką podkreślającą wciąż niezwykle żywe uczucia do nieżyjącej małżonki, zaczęła muskać czubkami palców jego skórę w miejscu, w którym miał lekko rozpiętą koszulę. Rzadko zapinał wszystkie guziki, twierdząc że krępowały mu oddech, lecz akurat wówczas tego żałował. – Za tydzień, może dwa Bastian wróci z chorobowego i będziesz znów wolny niczym ptak. To jak będzie ? – Spytała, doskonale wiedząc, że choć ostatkiem sił usiłował opierać się jej niewątpliwym wdziękom, zwycięstwo miała w kieszeni. Zdradzało go własne, od dawna spragnione kobiecego dotyku, ciało.
    - Niech ci będzie, ale tylko ten jeden raz. – Mruknął, mając nadzieję, że wreszcie się od niego odczepi.
    I faktycznie, niemal natychmiast straciła nim zainteresowanie, biegnąc do telefonu, by poinformować zarząd Opery, że jej misja znalezienia tymczasowego fotografa została zakończona sukcesem.
    ***
    W ten oto sposób dokładnie w samo południe zaparkował swego staruszka nieopodal głównego wejścia. Chociaż zaparkował było w tym wypadku dużym eufemizmem, bo właściwie wcisnął go mocno nieprzepisowo w wąską dziurę jakże typową dla tak ogromnych miast, modląc się, by nie musiał później odbierać go z rąk straży miejskiej lub, co jeszcze gorsze, policji. Zapewne powinien po prostu poszukać innego postoju, ale i tak przyjechał niemal na ostatnią chwilę. Przeskakując po kilka stopni na raz, liczył więc na łut szczęścia.
    - Pan Morais ? – Siedzący za biurkiem portier obdarzył go uważnym spojrzeniem.
    - Zgadza się. – Potwierdził, wręczając mu, a jakże, prawo jazdy, bo dowód oczywiście wcisnął diabeł jeden wiedział gdzie.
    - W takim razie proszę za mną. – Poprowadził go przez przestronne korytarze.

    Natty [Jeszcze się rozkręcimy.]

    OdpowiedzUsuń
  9. [A ja bardzo chętnie wmieszałabym w coś Debbie, bo trochę brakuje mi u niej wąteczków, nie ukrywam. Tylko, że te cztery lata temu, gdy Tamsin owdowiała, Debbie jeszcze nie pracowała w policji. :(
    Ale! Mamy sporo punktów zaczepienia, bo obie mieszkają na Brooklynie, z tym że Debs wynajmuje klitkę z przyjaciółką, ale też na Brooklynie pracuje Debbie.
    Może Tamsin coś zgubi? Albo będzie miała podejrzenia, że jej coś ukradziono? Debbie byłaby wtedy prowadzącym taka drobną sprawę i może dziewczyny się spikną.
    Albo! Tamsin może być świadkiem bardzo nieprzyjemnego zdarzenia - pobicia, gwałtu, morderstwa. Co Ty na to? :D

    No i dziękuję, w imieniu swoim i Muminka, za docenienie bliźniaczek! :D

    P.S. To trzecia wersja tego komentarza, więc jeśli jestem odpowiedzialna za SPAM na Twojej skrzynce, to proszę o wybaczenie. ♥]

    Debbie Grayson🚓

    OdpowiedzUsuń
  10. Przechodząc przez obszerne korytarze, zastanawiał się kiedy dokładnie ostatnio miał zaszczyt przebywać w tak wykwintnym miejscu. Chyba było to podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia spędzonych z Alix. Niecałe dwa tygodnie przed jej śmiercią. Jak zwykle wyjechali na parę dni do jej rodziny, ponieważ ona musiała szybko wrócić do pracy. Tego wieczoru w Operze Garnier wystawiano Don Giovanniego.
    - To tutaj. – Z melancholijnych rozmyślań wyrwał go nagle głos portiera.
    Zanim zdążył się do końca otrząsnąć, podeszła już do niego młoda blondynka wylewająca z siebie chyba tysiąc słów na sekundę. Z oczywistych względów dużej części z nich nie był w stanie nawet zarejestrować, choć naprawdę się starał. Najchętniej powiedziałby jej, żeby trochę zwolniła, ale nie miał nawet kiedy się wtrącić. Zupełnie tak jakby oddech był jej zbędny. Co gorsza, domyślił się że skoro to ją właśnie oddelegowano jako pierwszą do rozmowy z nim, musiała zajmować jakieś ważne stanowisko. Prawdopodobnie organizatorki całej tej szopki. Cóż…w przeciwieństwie do niej już teraz raczej kiepsko widział ich współpracę. Gdyby tylko mógł, najchętniej po prostu, by jej podziękował i wrócił na ulicę, tam gdzie jego miejsce. Skoro jednak wcześniej dał się tak łatwo podejść Rosie, musiał przejść przez to piekło z uśmiechem na ustach. Najwyżej później czeka ich kilka sprzeczek. W sumie nic nowego. Mało który manager podzielał jego luźny sposób życia. Dawno zdążył zaakceptować niewygodny fakt, że najlepszym sposobem na przetrwanie w towarzystwie tego typu osób było zwyczajne uzbrojenie się w ogromne pokłady cierpliwości i dawanie się prowadzić im niczym lalkarzowi. Gdyby tak jeszcze lista miejsc, którą wcisnęła mu tuż przed przedstawieniem go reszcie zespołu nie była aż tak długa… Jeden szybki rzut okiem na pozycje na niej skreślone wystarczył, by uświadomił sobie z całą mocą, że jego wcześniejsze ambitne plany wyrwania się stąd choćby na parę godzin podczas weekendu właśnie legły w gruzach. Cóż, będzie musiał znaleźć jakieś zastępstwo, bo przecież biedne dzieciaki liczące na jego lekcje nie mogły się rozczarować. Bez tego nie miały łatwego życia.
    - Natale Morais, na co dzień streetphotographer. Miło mi poznać. – Odwzajemnił uśmiech Tamsin, ściskając lekko jej wyciągniętą dłoń. – Proszę się zbytnio nie przejmować. Postaram się dołożyć wszelkich starań, by nasza dzisiejsza sesja mimo wszystko przyniosła jak najlepsze efekty. W najgorszym wypadku zrobimy tylko kilka próbnych fotek, a resztą zajmiemy się jutro.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  11. Emma od razu polubiła Tammy, lubiła ją kiedy się poznały jako dzieci, kiedy się nie widziały i czasami pisały do siebie listy, kiedy znów spotykały w nastepne za szybko mijające wakacje i teraz. A teraz może szczególnie ją lubiła, bo czuła że jej obecność koi nerwy i obie będące po przejściach, rozumieją siebie nawzajem lepiej, niż próbowałby je zrozumieć ktoś, kto o trudach życia nie wie nic. Przy niej Emma wstydziła się trochę mniej, tego że nie ma studiów i zakończyła edukację na szkole średniej, a potem robiła mnóstwo szkoleń i certyfikatów z rozmaitych dziecin gastronomii. Trochę niej krępowało ją wspominanie, że nie zna swoich prawdziwych rodziców, a ci nieżyjący dali jej najwięcej miłości i najlepszy dom na świecie. Trochę lżej jej było na sercu, gdy Tammy nie patrzyła na nią z wiecznym współczuciem, bo była przecież niedoszłą żoną i niedoszłą wdową jednocześnie. I czuła się też niejako mniej winna tragedii, jaka miała miejsce w zeszłe lato, jakby pozwalała swoim myślom na chwilę odpocząć dzięki Tamsin.
    To co ceniła najbardziej, że obie się nie oceniały. Przyjmowały i akceptowały swoje wybory, decyzje, to jakie są. Mogły sobie porozmawiać szczerze i swobodnie, powierzyć sekrety, przyznać się do zmartwień i trosk, które im ciążą. Tammy była prawdziwą przyjaciółką i pomijając okoliczności, to gdy wróciła i wprowadziła się do mieszkania po sąsiedzku, Emma naprawdę się ucieszyła. Potrzebowała jej, kompanki, towarzyszki, kogoś z kim łączy ją coś dobrego, zarówno wspomnienia jak i prosta codzienność. Dzięki niej White uśmiechała się codziennie trochę więcej, niż poprzedniego dnia i bardzo jej to pasowało, bardzo się z tym uczuciem lekkości polubiła.
    - Nie martw się, Tammy, kupię ci nowe, większe o rozmiar - pocieszyła ją z rozbawieniem, obserwując jak ta bez zawahania pochłania kolejny kawałek. - Za tydzień robię duże zamówienie na tort cytrynowy, na pewno coś zostanie... - zasugerowała, jak zawsze gdy tak subtelnie zapraszała koleżankę do odwiedzin po godzinach pracy w cukierni, aby potestowały nowe smaki.
    Emma zamykała całe swoje życie obecnie w cukierni, a choć miała plan od zawsze zająć się tym zawodowo, nie tak to miało wyglądać. Przejęła interes za szybko, zbyt gwałtownie, nie tak, jak planowała, bo po śmierci mamy nie było czasu zastanawiać się nad niczym. Gdy sama wyszła z szpitala po tygodniach w śpiączce, musiała na szybko znów wskoczyć w życie i nie tracić kolejnego dnia. Musiała opłacić rachunki za mieszkanie i za lokal, musiała zadbać o to, by mieć co jeść, musiała... przetrwać. Po prostu pokonywać kolejne kartki w kalendarzu. Piec kochała, dbać o ludzi także i zarówno uśmiech, zadowolenie klientów, jak i kolejne zamówienia cieszyły, ale mimo wszystko White gasła. Nie pogodziła się z stratą, nie przebrnęła przez żałobę, nie odwiedziła nawet świeżych nagrobków na cmentarzu, bo w tle rozgrywały się kolejne trudne sprawy, które ją coraz mocniej tłamsiły. Nie mówiła o tmy, nie skarżyła się, przyjmowała z pokorą wszystko, co na nią spadało, wierząc, że zasłużyła. Sąsiedzi pozwalali jej zamykać mieszkanie na cztery spusty, ignorowali krzyki i dźwięk tłuczonych rzeczy, gdy Thomas się denerwował, ignorowali jej uciekające spojrzenie pełne wstydu, gdy wywalała z śmieciami nadmiarowe szklane butelki po alkoholach. Byli rozbici i każdy wokół sądził, że to wypadek sprzed roku tak się za nimi ciągnie, a przecież wszystko się zmieniło, a Thomas się nie zmieniał... Ale o tym nie mogła wspomnieć nikomu, a już szczególnie Tammy, która nie potrzebowała cudzych problemów.
    Usiadła naprzeciw niej przy małym stoliku, a w środku były takie dwa z dwoma krzesłami każdy, objęła w dłonie duży kubek z stygnącą aromatyczną herbatą i z uznaniem pokiwała głową. Sama jadła niewiele, a w cukierni niekiedy tylko próbowała kremów, czy są odpowiednio słodkie i nasycone docelowym aromatem, bo apetyt jej dawno temu przestał dopisywać.
    - To tylko placek drożdżowy z śliwkami, Tammy, musimy zadbać o podkręcenie twoich kubków smakowych - stwierdziła pogodnie, poprawiając rękaw bluzki, by materiał zasłonił obity nadgarstek.


    Emma 🍰

    OdpowiedzUsuń
  12. Debbie Grayson lubiła swoją pracę. Powiedziałaby to każdemu, nawet przypadkowemu mieszkańcowi, któremu wpadłoby do głowy, żeby ją o to zapytać. Debbie była zadowolona z decyzji, którą podjęła, cieszyła się, że odpuściła pracę przy ratuszowym biurku i przywdziała mundur. Służyła już niemal półtora roku. Długo dla samej Debbie, ale krótko dla innych policjantów, dla których wciąż była świeżakiem. Miała jednak doświadczenie, nawet te najgorsze, bo wynikające z postrzału. Ramię Deborah, w które została postrzelona na jednej z wieczornych akcji, niedawno wróciło do sprawności, jaka pozwalała Debbie na to, aby ta mogła znowu brać czynny udział w patrolach.
    Lubiła swoją pracę. Czasami jednak musiała to sobie powtarzać. Najczęściej wtedy, kiedy w dwunastej godzinie służby, gdy powinni zawijać się z Louisem na komisariat, zdać raporty i ruszyć na odpoczynek do domu, dostawali wezwanie na interwencję. Nie mogli odmówić.
    — Lubię swoją pracę — powiedziała na głos, gdy Hunt zawracał, aby jak najszybciej znaleźć się pod podanym im w komunikacie adresie. Milczał. Zbywał poniekąd Debbie, a ta wcale mu się nie dziwiła. Przywykła do ciszy w radiowozie, która przerywana była wtedy, gdy zaistniała taka potrzeba. Ich relacje i tak były o wiele poprawniejsze teraz, kiedy wróciła z długiego zwolnienia lekarskiego, ale ruda miała świadomość, że Louisowi wcale nie odpowiada to, z kim spotyka się Debbie.
    Pod wskazany adres na Brooklynie dojechali w mniej niż pięć minut. Był już wieczór, dochodziła godzina dwudziesta, ulice robiły się coraz mniej zakorkowane, a i na chodnikach pojawiało się mniej pieszych. Grayson wysiadła z wozu, włączyła kamerę przy kamizelce i usłyszała, że to samo zrobił Louis, gdy do jej uszu dotarło: rejestracja interwencji rozpoczęta. Spojrzała na niego, Louis skinął jej głową. Mieli szczątkowe informacje.
    Awantura. Alkohol. Dzieci.
    Debbie poszła przodem. Gdzieś między drugim a trzecim piętrem trafili na starszą kobietę, która wyzywała się z młodszą od siebie, wyraźnie pijaną kobietą, ta, stała u szczytu schodów na trzecim piętrze, trzymając się barierki. Młoda policjantka odnosiła wrażenie, że pojawili się z Louisem w ostatniej chwili, że w ostatnim momencie powstrzymali kobiety przed rzuceniem się sobie do gardeł.
    — Hej, hej, hej! — wyrwało się z gardła Louisa, a zaraz potem wykrzyczeli, że są z policji, podali swoje nazwiska i stopnie. Wszystko zgodnie z procedurami, wszystko utrwalane na nośniku danych przy kuloodopornej kamizelce.
    Potem krzyki kobiet przybrały na sile. Niektóre z drzwi do mieszkań, ulokowane na przeciwległych ścianach w długim korytarzu, otwierały się szeroko, inne tylko się uchylały. Do krzyków, plucia i prób szarpaniny, dołączyły inne głosy.
    Funkcjonariusze obie kobiety wprowadzili na jedno piętro, Louis przytrzymywał tę starszą, a Debbie… Debbie stała naprzeciwko tej młodszej, chwiejącej się na nogach. Chwyciła kobietę dopiero wtedy, gdy ta zdawała się nie kontrolować własnych członków i osuwać się po ścianie między dwiema parami drzwi. Grayson jej na to pozwoliła, ale w swojej asyście.
    — Halo? Jak się pani nazywa? — Debbie kucnęła przed nieznajomą, próbując dotrzeć do niej przez krzyki furiatki uspokajanej przez Louisa. — Mógłbyś zaprowadzić ją do jej mieszkania? — spytała w końcu, spoglądając na partnera przez ramię, bo rozdzielenie tych dwóch wydawało się być najrozsądniejsze. I musieli zrobić to tak, aby te nie musiały nawet na siebie patrzeć. Lubię swoją pracę. — Kto wezwał policję? Gdzie są dzieci? — pytała spokojnie, w liczbie mnogiej, próbując dotrzeć do sedna zgłoszenia, które miało przedłużyć ich zmianę.

    Debbie Grayson

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ha, ha, ha. Zapraszam! To bardzo miłe! :D ♥
    I tak, uwielbiam to zdjęcie, ale to był ciężki wybór, bo Damian ma tyle wspaniałych fotografii, że długo, długo wybierałam. Ale tak, jak mówisz - to konkretne robi wrażenie i chociaż o zaciskającej się pięści nie pomyślałam, to właśnie spojrzenie Damiana (Evana) jest tutaj niemal miażdżące, pozornie spokojnie. ;D
    A pewnie, że się odezwę! Jak szaleć, to szaleć!]

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  14. Christian na palcach jednej ręki mógłby policzyć telefony, które dostawał ze szkół, do jakich chodziła Abigail – bo tych na przestrzeni lat było co najmniej dwie, podstawowa i średnia. Pośród tych zliczonych na palcach jednej ręki telefonów ledwo dwa dotyczyły sytuacji na tyle poważnych, by któreś z rodziców musiało niezwłocznie stawić się w szkole. Ten, który odebrał przed kwadransem, był trzeci. Pani dyrektor, która osobiście pofatygowała się i wybrała numer Riggsa, na wstępie wyjaśniła, że Abigail jest cała i zdrowa, i że Chris absolutnie nie musi martwić się na wyrost, jednakże ze względu na to, co się wydarzyło, powinien przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Na pytanie Christiana o to, co się stało, odpowiedziała tylko, że była to kwestia nieporozumienia z innym uczniem i że wyjaśnią wszystko na miejscu, w jej gabinecie. Riggs, wyczuwając, że nie uda mu się pociągnąć jej za język, rozłączył się i skupił na tym, by przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Zwolnił się z pracy, z czym nie miał większego problemu, ponieważ wykonał swoją część roboty i z powodzeniem mógł zostawić zawodników New York Giants w rękach pozostałych trenerów, którzy doskonale znali rozpiskę na ten dzień i mieli zrealizować pozostałe zadania tak, by harmonogram został wypełniony w stu procentach. Dotarł na parking, wsiadł do samochodu i rozpoczął żmudną podróż do szkoły. Żmudną, bo choć poranne godziny szczytu minęły, przebicie się przez Nowy Jork o każdej porze dnia zdawało się być wyzwaniem, raz mniejszym, raz większym, ale zawsze wyzwaniem.
    Nie był zdenerwowany, nie był nawet zestresowany, a może jedynie lekko zaniepokojony. Abigail była cała i zdrowa, a to było najważniejsze. Ze wszystkim innym mieli sobie poradzić, prawda? Zachodził jednak w głowę, co takiego mogło się stać, że musiał stawić się w szkole? Abi była w ostatniej klasie, miała stałe grono szkolnych znajomych i nie była konfliktowym dzieckiem, tymczasem rozchodziło się o konflikt z innym uczniem. A może uczennicą? Zatrzymawszy się na czerwonym świetle, Christian zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie, czy jego jedyne dziecko w ostatnim czasie skarżyło się na coś związanego ze szkołą, ale jeśli Abigail marudziła, to ze względu na ilość nauki do egzaminów, a nie na koleżanki i kolegów. Pokręciwszy głową, ruszył, kiedy światło zmieniło się na zielone.
    O drogę do gabinetu dyrektorki musiał zapytać na portierni, bo choć mgliście kojarzył, gdzie ten się znajdował, dotąd nie miał potrzeby, aby w nim bywać. Jeśli zachodziła taka konizeczność, to Natalie wybierała się do szkoły, czy to na wywiadówki, czy to na szkolne kiermasze i to z tej prostej przyczyny, że on do niedawna mieszkał w Filadelfii, a raczej mieszkał zarówno w Filadelfii, jak i w Nowym Jorku, przy czym w tym drugim spędzał tylko weekendy. Pokierowany przez sympatycznego mężczyznę, pokonał korytarz, skręcił w prawo, a potem jeszcze raz w prawo i wtedy dostrzegł siedzącą pod ścianą, na jednym z kilku prostych krzeseł ustawionych w rzędzie, Abigail. Korytarze były puste, zajęcia trwały w najlepsze, przez co kroki Riggsa niosły się cichym echem i usłyszawszy je, osiemnastolatka od razu poderwała głowę, a na widok ojca poderwała się także z krzesła. Widząc to, Chris przyspieszył kroku, przez co spotkali się w połowie drogi.
    — Abi — tchnął, podczas gdy jego już nie taka mała kopia obiema rękoma złapała go za przedramię i zacisnęła wokół niego długie, szczupłe palce. — Co się stało?
    — Sama nie do końca wiem — odezwała się cicho, podczas gdy Chris uważnie lustrował jej sylwetkę wzrokiem. Musiał upewnić się, że rzeczywiście była cała i zdrowa. Na taką wyglądała, więc zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i wtedy spostrzegł, że blondynka wpatrywała się w niego z napięciem.
    — Jak to, nie wiesz?
    Abigail opuściła wzrok, oderwała prawą rękę od jego przedramienia i podrapała się po policzku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To było… dziwne. Jest taki jeden chłopak, Noah. Chyba jest w pierwszej klasie, nie jestem pewna, ale zauważyłam, że on, cóż… — Abigail poczerwieniała i zerknęła krótko na ojca. — Wygląda na to, że mu się podobam — przyznała cicho, wyglądając na odrobinę zażenowaną, a jednocześnie rozbawioną tą sytuacją. Zaraz jednak odchrząknęła, a lekki uśmiech czający się w kącikach jej ust zniknął. — W każdym razie dziś, na długiej przerwie śniadaniowej, na stołówce, Noah do mnie podszedł i ni z tego, ni z owego mnie pocałował — wyrzuciła z siebie jednym tchem. — A ja, jakoś tak, sama nie wiem, chyba bardzo się oburzyłam, bo… Akurat stałam w kolejce po jedzenie, miałam w ręce tacę i… Zdzieliłam go tą tacą w głowę…
      — Abigail…! — Chris nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
      — To był odruch!
      — Ile wy macie lat, żeby się tak zachowywać?!
      Osiemnastolatka opuściła głowę, przyciskając jedną dłoń do zaczerwienionego policzka, podczas gdy drugą wciąż ściskała przedramię Chrisa, jakby ten był jej ostatnią deską ratunku. W głowie nie mieściło mu się to, co usłyszał. Jedno i drugie zachowało się niedorzecznie, ale nie zamierzał rugać Abigail za to, że ta najzwyczajniej w świecie się broniła, bo ktoś nieproszony brutalnie wtargnął w jej przestrzeń osobistą. Riggs westchnął cicho. Gdyby był jedną z tych rozhisteryzowanych matek, z powodzeniem mógłby oskarżyć gówniarza o napaść na tle seksualnym. Na szczęście nią nie był, a i Abigail nie zachowywała się tak, jakby została jej zrobiona krzywda. Bardziej była przejęta tym, że chłopak oberwał od niej plastikową tacą na jedzenie, niż tym, że ten pocałował ją bez jej zgody. Swoją drogą Chris był ciekaw, jak mu się to udało?
      — Dobrze zrobiłaś — powiedział, przygarnął ją do siebie wolną ręką i uścisnął krótko. — Gdzie on jest?
      — Czeka w gabinecie dyrektorki. Nie wiem, które z nas będzie miało bardziej przechlapane…
      — Cóż, już ja o to zadbam, żeby przechlapane miał on. Możemy wejść do środka?
      Abi, co prawda bez przekonania, ale twierdząco pokiwała głową. Podeszli do drzwi gabinetu, Chris zapukał, a w odpowiedzi na przytłumione proszę nacisnął klamkę. Weszli do sekretariatu, który stanowił swoisty bufor między korytarzem, a gabinetem dyrektorki. Siedząca za biurkiem kobieta przywitała się i wskazała na znajdujące się po lewej drzwi.
      — Pani dyrektor czeka — dodała, na co Riggs skinął głową i wszedł do środka, prowadząc za sobą Abigail. Nie zdążył dobrze rozejrzeć się po wnętrzu, nie mówiąc nawet o zajęciu miejsca, kiedy ktoś jeszcze zapukał do drzwi sekretariatu, a chwilę potem do pomieszczenia weszła stosunkowo młoda kobieta i rozejrzała się nerwowo.
      — Pani Passalis, proszę do mnie — odezwała się pani dyrektor, zza postawnej sylwetki Christiana starając się pochwycić spojrzenie kobiety, której uwagę próbowała zwrócić. Zaraz po tym wskazała Christianowi i Abigail dwa krzesła ustawione przed biurkiem, za którym siedziała. Noah – bo to musiał być on – siedział na krześle pod ścianą, prostopadle do nich i nawet nie podniósł nisko zwieszonej głowy. Riggs strategicznie zajął skrajne krzesło, przez co Abigail po swojej lewej stronie miała ścianę gabinetu, po prawej ojca.

      CHRISTIAN RIGGS

      Usuń
  15. Prawdę powiedziawszy ani przez sekundę nie martwił się o siebie. Owszem, jako wychowanek ulicy i bidula znacznie bezpieczniej czuł się na wolnych przestrzeniach niż zamknięty we wnętrzu ogromnego modernistycznego budynku, lecz dekada robienia fotek nauczyła go niemal akceptować niewygodny fakt jakoby przez część klientów postrzegany był jedynie przez pryzmat bezwolnej maszyny do pstrykania zdjęć. Wielokrotnie słyszał, że za ludzi takich jak on prawie całą robotę wykonuje aparat, podczas gdy inni artyści muszą się naprawdę namęczyć, by osiągnąć w swej pracy wymagany efekt, więc nie powinien narzekać. Ignoranci, nie zdawali sobie sprawy jak wiele czasu poświęcał przed udaniem się na sesję wyborowi odpowiednich soczewek, obiektywów, nasadek, filtrów i całego tego ustrojstwa. Nie wspominając już o należytym ich ustawieniu, przygotowaniu sali i późniejszej obróbce. Choć praca, którą wykonywał stanowiła zarazem jego pasję, podobne uwagi sprawiały, że niejednokrotnie zastanawiał się, czy aby rzeczywiście nie powinien zawiesić tego na przysłowiowym kołku. Wystarczyło jednak, że popatrzył w roześmiane twarze dzieciaków z zapartym tchem wyglądających go zza zakrętu, by odzyskać wiarę w sens tego, co robił.
    - Dziękuję za wskazówki. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Najlepiej od razu z nią porozmawiam. – Stwierdził, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu wspomnianej kobiety.
    Zazwyczaj najdłużej jak mógł, wykorzystywał promienie słoneczne, by następnie przerzucić się na specjalistyczne obiektywy do wykonywania zdjęć także po zmroku. Skoro jednak tym razem przyszło mu pracować w dużo bardziej komfortowych warunkach niż zwykle, nie widział sensu w dodatkowym obciążaniu już i tak ciężkiego plecaka kolejnym sprzętem. Te dwa tygodnie mógł się ostatecznie jakoś przemęczyć. Przynajmniej dopóki najbliższa kawiarnia z dobrą, mocną kawą nie znajdowała się o wiele przecznic dalej. Nie wyobrażał sobie bowiem, by miał przetrwać cały ten cyrk z profesjonalnym uśmiechem cały czas przyklejonym do ust bez dużej dawki kofeiny. A najlepiej jeszcze czegoś słodkiego.
    - Musiałabym poszukać w kantorku. – Wyraźnie usiłowała go zbyć. – Może na razie skorzystasz ze światła padającego ze sceny ? Poproszę techników, żeby skierowali więcej lamp na Tamsin i Andy. W końcu to je głównie później zarząd życzy sobie widzieć na plakatach.
    - Wspaniała wizja, naprawdę. – Odparł nieco sarkastycznie. – Tyle, że na miarę sesji modelingowej. Może od razu zainstalujecie tu wybieg i dacie im jakieś fosforyzujące fatałaszki ? – Ciągnął wciąż tym samym tonem. – Znam nawet…
    - Dobrze, już dobrze. Rozumiem. – Przerwała mu, a niej jej twarzy wykwitł wyraźny rumieniec. – Chodźmy już po te nieszczęsne lampy. – Podreptała przodem, zamaszyście uderzając szpilkami o podłogę. Niczym wojskowa orkiestra. Raz dwa. Raz dwa. W prawo zwrot. W lewo zwrot.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  16. Kiedy Emmę jako kilkulatkę państwo White przyjęli do siebie do domu, szybko zapomniała o tym, jak zimno jest w bidulu, jak trzeba się starać o uwagę, jak zawsze trzeba sie ładnie uśmiechać, aby otrzymać dobre słowo od dorosłego. Potem, z biegiem lat, myślała że było to naiwne, zbyt pochopne, bo adopcje dziecka w wieku wczesnoszkolnym często wracają i są cofane, ale nie... trafiła bardzo dobrze. Otrzymała dom, rodzinę i mnóstwo miłości, a także zrozumienia dla nieśmiałej, skrytej natury. Nigdy nie czuła się adoptowana tak właściwie, nigdy nie dano jej odczuć obcości, ale też nigdy nie czuła, że musi odnaleźć swoje prawdziwe korzenie. Jej życie i jej dom były na swoim miejscu, a ona nosiła prawidłowe, jedyne prawdziwe nazwisko z dumą. Jako nastolatka w liceum podjęła decyzje, że przejmie interes mamy, ale ostatecznie nigdy nie musiała się też nigdzie przepychać jak Tammy. Lubiła, gdy sprawy były proste, a życie nieskomplikowane, nie miała wielkich ambicji, a marzenia nie odlatywały wysoko nad ziemię, więc chyba Emma zwyczajnie była taka szara i zwyczajna, bez aspiracji na coś wielkiego. I może, tylko może, w tej jednej sprawie obrania ścieżki zawodowej, nie umiałaby zrozumieć presji czasu i starań przyjaciółki. W całej reszcie rozumiała ją nad wyraz dobrze.
    Rodzina i cukiernia był dla Emmy wszystkim, a teraz zostało jej tylko to drugie i to musiała podreperować, zaopiekować się lokalem, podbudować interes, włożyć wiele pracy i wysiłku, aby to co robiła jej mama przetrwało. Nie wiedziała tylko czasami, czy ma jeszcze siły. Zazdrościła tego Tammy, parcia do przodu, wytrwałości, cierpliwości, uporu, przekonania, że nie może się poddać. Emma poddać się bardzo chciała, a jednocześnie dławiła ją myśl, że zostaje z niczym. Mieszkanie po rodzicach było przyjemne, zagracone i bardzo zaniedbane, potrzebowało remontu, odświeżenia, a przede wszystkim siłowego wyzbycia się niechcianego lokatora, który właściwie mieszkał tam bezprawnie, tak samo jak bezkarnie i wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości znęcał się nad pasierbicą. Ale cukiernia... ona kochała kochać, to jedno przynosiło jej nie tylko zarobek, ale i radość. Nie chciała tego rzucać, ani zaniedbywać cukierni. Tylko czasami, w niektóre dni, było jej ciężej i trudniej niż w inne. I tych było ostatnio trochę więcej. A ona nie umiała walczyć, nie była taka jak jej przyjaciółka, która wytrwale czekała, aż w końcu odzyskała wolność i zyskała spadek i lekkość, bo kolejne dni nie były już tak ciężkie.
    Lubiła ich rozmowy, te uśmiechy, delikatność słów, to jak nic nie jest sztuczne, wymuszone i wystudiowane, a zarazem uważają na siebie nawzajem. Emma wiedziała, że Tammy wiele przeszła, że u niej tez nie wszystko było piekne i różowe, więc wspierała ją w wszystkim, co sobie planowała i co robiła. Tak czuła, że obie muszą mieć gdzieś oparcie i źródełko zrozumienia, że same dla siebie są zbyt małą podporą. Ale obawiała się zawsze tego, że przyjaciółka poruszy trudny temat związany z jej sytuacją, bo nie wiedziała wtedy, co odpowiedzieć. I co zrobić tak w ogóle, by sytuację odmienić.
    - Oj, Tammy... - posłała jej karcące spojrzenie, takie które było w całej wrażliwej Emmie zbyt surowe, zbyt srogie i nie pasowało do łagodnych rys, do jasnych oczu i miękkich palców, bo wczorajsza chińszczyzna była paskudztwem. - Nie chcę o tym słyszeć - cmoknęła i pokręciła głową z dezaprobatą, bo o ile obie były dorosłe, to jednocześnie żadna z nich nie umiała o siebie porządnie zadbać. Jedna odżywiała się karygodnie. Druga pozwalała się zastraszać. Może dlatego ta przyjaźń była tyle warta, bo obie były siebie warte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Wystarczyła kolejna chwila, by uśmiech z jej twarzy został całkiem wymazany. Lekko zacisnęła usta, lekko opadły jej ramiona, powieki zakryły kolor tęczówek i Emma dwie sekundy milczała, zaciskając dłoń na widelcu za mocno. Tammy widziała i wiedziała, a Ems nie chciała jej urazić, odpychając, czy kłamiąc. Obie na to nie zasługiwały. Ta propozycja i taka rozmowa nie odbywała się między nimi pierwszy raz, a jednak z każdym kolejnym, White było bardziej wstyd. Coraz mocniej uświadamiała sobie, że nie będzie w stanie zawsze chronić Thomasa i trzymać w sekrecie tego, co dzieje się w ich mieszkaniu, a jeśli wiedziała Tammy, niedługo może dowiedzieć się ktoś jeszcze. Ona nie była gotowa jeszcze rozmawiać.
      - To bardzo miłe z twojej strony, chętnie przygotuję śniadanie - kiwnęła głową, nie podnosząc jeszcze oczu i patrząc teraz na swoje zakryte częściowo rękawami dłonie, jakby to jej własne odruchy zasłaniania sie, były winne przyłapaniu, bo to ona kryjąc siniaki, zwracała na nie uwagę cudzych spojrzeń. - Tammy... nie musisz, wiesz o tym, prawda? - upewniła się tylko, bo nie chciała, aby przyjaciółka czuła jakikolwiek przymus i jakikolwiek obowiązek. Żadna z nich nic nie musiała.
      Wyprostowała się, wsunęła do ust kolejny kawałek drożdżowego placka, a potem spojrzała w kierunku pustej, szklanej gabloty, z której wszystko dzisiaj zeszło. Takich dobrych dni nie było dużo, ale właściwie doceniała każdy, a zamówienia w sieci mocno podciągały jej nie tylko budżet, ale zauważyła, że zyskiwała dobre opinie i darmową reklamę, a poczta pantoflową, dochodziło do poleceń, kolejnych zamówień i klientowska sieć się poszerzała sama z siebie, bez jej ingerencji.
      - Chciałabym tak dużo zmienić... - przyznała nagle cicho, mówiąc zbyt ogólnie, by dopasować te słowa do kontekstu ich rozmowy, ale pasowało to również tutaj, do wszystkich wątków, jakie poruszyły.


      Emma

      Usuń
  17. Debbie nie miała życiowych braków. Wychowała się w pełnej, szczęśliwej rodzinie. Miała mamę, która niemal całe swoje dorosłe życie poświęciła na wychowanie trójki pociech. Poważnego Michaela, roztrzepaną Deborah i uroczą, najmłodszą Madelaine. Nie wychowywała dzieci sama, bo w końcu miała do pomocy męża, który – choć pochłonięty bez wątpienia służbą, wpierw w nowojorskiej policji, następnie w DEA – każdy wolny wieczór poświęcał rodzinie, każde wolne popołudnie było czasem z dzieciakami, odnajdywaniem dla nich drogi, próbowaniem nowych rzeczy, smakowaniem życia tak, jakby było najlepszym rarytasem. Debbie nie miała braków, ale śmierć tego, który jawił się jako idealny, niezastąpiony opiekun, bolała. Grayson była już dorosła, gdy dowiedziała się o tym, że jej ojciec poległ na służbie. Dorosły był też Michael i tylko Maddie pozostawała dzieckiem. Miała już nim pozostać na zawsze, gdy objawy świadczące o tym, że była w spektrum, tylko uległy pogłębieniu.
    Dlatego Debbie tak żywo reagowała na krzywdę nieletnich. Nie wyobrażała sobie tego, aby ktoś nie mógł kochających rodziców. A potem przypominała sobie Iana i Louisa. Partnera życiowego i partnera w pracy – braci, których rozdzielił system. Dzieciaki, którym narkotyki odebrały rodziców. Debbie, odkąd na swojej drodze spotkała Iana Hunta, rozumiała coraz więcej rzeczy, ale na coraz mniejszą ich ilość dawała przyzwolenie. Nie podobało jej się to, kiedy dzieci cierpiały w wyniku błędów rodziców.
    Spojrzała w stronę, z której dobiegł ją kolejny, nieznany głos. Kucała przy ścianie, między nogami kobiety, która się osunęła i teraz bełkotała coś, co było nie tyle niezrozumiałe, co w ogóle nie przypominało słów.
    — Dzień dobry… — mruknęła, mrugając kilkakrotnie, jakby upewniała się, że młoda kobieta w dresach była prawdziwa. — Tamsin… — powtórzyła i już otwierała usta, żeby zadać jakieś pytania, kiedy niejaka Tamsin ją wyręczyła. Powiedziała i o kobiecie, którą za ramiona przytrzymywała funkcjonariuszka i o dziecku, którego Grayson szukała. — Dobrze, ale…
    Nie zdołała powiedzieć nic więcej, bo pani Passalis po prostu czmychnęła z klatki schodowej, a Debbie westchnęła ciężko. Spojrzała na pijaną kobietę, którą niemal odcięło, gdy straciła energię do kłótni.
    — Katherine O’Hara, tak? — powtórzyła, a Katherine skinęła głową i zaczęła coś bełkotać. Czasami ta paplanina nabierała kształtu i Debbie wyłapała z tego pojedyncze słowa, jak numer mieszkania, Noah, kot i coś o wódzie. Louis zniknął za drzwiami z panią Lutzman, która wydawała się być w lepszym stanie niż niejaka Katherine. Mimo to, Debbie chwyciła ją pod ramię i podprowadziła do uchylonych drzwi mieszkania, które było mieszkaniem kobiety. Śmierdziało tu alkoholem, a w zlewie w kuchni dostrzegła nieumyte talerze.
    — Jeszcze jedna interwencja i będziemy zmuszeni zadzwonić po pogotowie, a to wtedy wrzuci panią w maszynę systemu. Słyszy mnie pani? — Debbie nie owijała w bawełnę, ale to był przypadek, kiedy nie należało tego robić. — Dzisiaj pouczenie i mandat za zakłócanie miru domowego pozostałych sąsiadów — mówiła dalej, a potem przedstawiła jej opcję wniesienia oskarżenia przeciwko pani Lutzman i wiedziała, że Louis zrobi to samo. Prawa obywatelskie. Grayson wypisała bloczek, zapowiedziała, że jeszcze tu wróci i to nie koniec. To nie mógł być koniec, bo było jeszcze dziecko.
    Debbie zapukała do drzwi, za którymi zniknęła Passalis.
    — Funkcjonariusz NYPD – Deborah Grayson, jesteśmy tutaj z wezwania do bójki i zakłócania porządku, dostali zawiadomienie o poszkodowanym małoletnim. Interwencja jest nagrywana — pouczyła, kierując w końcu spojrzenie na tego, kto otworzył jej drzwi. — Rozumiem, że chodzi o dziecko pani O’Hara?

    Debbie Grayson 🚓

    OdpowiedzUsuń
  18. Evan Roth w świecie wielkiej polityki jeszcze nie zaistniał, ale taki miał plan. Cel, który założył sobie po kilku dniach pracy jako asystent asystenta radnego miasta Nowy Jork. Poczuł to coś, co niektórzy byliby w stanie opisać tylko w zetknięciu z przeznaczeniem. Ten przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa młodego mężczyzny, który był gotowy na wszystko.
    Powoli wdrażał się w ten świat, który początkowo wydawał mu się duży, trudny i niezrozumiały. Tu nie chodziło o dobro ogółu, jakim było społeczeństwo poszczególnych okręgów. Chodziło o pieniądze, wpływy i władzę. Zaczynał to rozumieć z dnia na dzień coraz lepiej. Przestał być zagubionym chłopcem, który wieczorami wyładowywał się w pubach, a właściwie to pod ich murami. Był chłopcem, który za dnia nosił garnitur i kupował swoje pierwsze krawaty. Wieczorami zaś stawał się chłopcem, który po dniu ciężkiej pracy musiał odreagować. Już nie w pubach. Chodził do miejsc, gdzie nikt nie mógłby go powiązać z szefem – z Kevinem Rileyem, bo przecież to obiecał. Na tym polegała jego praca, w dbaniu o wizerunek radnego, więc i jego – skoro musiał pojawiać się u boku Rileya – musiał być nieskazitelny.
    Praca asystenta początkowo była pracą biurową, ślęczeniem nad aktami prawnymi, organizowaniem kalendarza, kontrolowaniem social mediów, a kiedy Roth wykazał się w prostych zadaniach, został dopuszczony dalej. Umożliwiono mu pojawianie się, więc się pojawiał. Na balach, bankietach, galach, aukcjach i innych uroczystościach, na których pojawiali się lokalni politycy i możni, od których zależało wiele, wiele rzeczy. Zawierał znajomości. Jedne z nich były korzystne i potrzebne, inne mniej. Kolejne zaś mógłby zaliczyć jedynie do kategorii przyjemnych i początkowo za taką uważał relację z Tamsin. Pojawiła się niespodziewanie, ale to dzięki niej pozbył się tego gniotącego go wrażenia, że nie pasuje do miejsca, w którym był. To dzięki niej poznał znacznie więcej osób niż mógłby zrobić to samemu i to dzięki niej zyskał fundusze na piknik rodzinny w dwunastym okręgu. Może dlatego pojawił się na pogrzebie Cartera Sullivana i osobiście składał kondolencje jego młodej żonie. Przyniósł bukiet lilii i białych róż. Trzymał się na uboczu, ale nie omieszkał potem napisać do wdowy. Wdowa. Zupełnie nie pasowało mu to określenie do osoby Passalis. Nie był przesadnie empatyczny, nie napisał do niej, bo chciał ją wesprzeć. Napisał do niej, bo sam czegoś potrzebował. Towarzystwa. Wejścia na elegancki bankiet, na którym asystent radnego nie miałby czego szukać, ale jednak wiedział, co chce tam znaleźć.
    Do tej pory nie był pewien, czy chce nazywać ją swoją przyjaciółką. Wiązałoby się to z pewnego rodzaju przynależnością, a tego Evan unikał. Nie powstrzymywało go to jednak przed pisaniem do Tamsin wtedy, gdy potrzebował towarzystwa. Najczęściej na eleganckich przyjęciach, bo miał pewność, że Passalis wie, jak się zachować i wie, jak wyglądać, a że prezentowała się zwykle nienagannie, to i samemu sobie nie odbierał przyjemności trzymania jej u swojego boku.
    Tym razem nie było inaczej. Krótki sms. Krótkie potwierdzenie. Na Brooklyn, pod znany sobie adres, podjechał swoim ciemnogranatowym BMW X3. Ubrany w klasyczny, czarny garnitur, pod którym miał białą koszulę, czuł się swobodnie. Czarna mucha leżała na kokpicie, czekając, aż dotrą na miejsce. Evan czuł się dobrze w eleganckich ciuchach, ale jednak stawiał też często na swobodę. Włosy miał zaczesane do tyłu, wystylizowane tak, że ani jeden niesforny kosmyk nie próbował wydostać się przed szereg.
    Niespecjalnie nastawiał policzek, ale pozwolił jej na ten gest, a potem prześledził spojrzeniem to, jak wyglądała. Wciąż trzymał jedną dłoń na kierownicy, drugą wspierając się o drzwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tamsin — odpowiedział na jej powitanie i uniósł brew. — Wiem. Nowy — przyznał bez skrępowania, bo garnitur faktycznie był nowy. Szyty na miarę. — Ty też ładnie wyglądasz — dodał, bo przecież wiedział, że się starała. I że lubiła te starania, a on lubił je doceniać.
      — Dzisiaj przyjemności. Głównie — odparł, bo to, że zamierzał na balu charytatywnym zdobyć haka na konkurenta swojego szefa, przemilczał. Na razie nie musiał jej zawracać tym głowy. — Dla ciebie same przyjemności — dodał i odpalił auto, powoli włączając się do ruchu.

      Evan Roth 💼

      Usuń
  19. Nie pierwszy raz traktowano go niemal równie bezosobowo co zwykły element krajobrazu. Na początku kariery zawodowej zdarzało mu się za to nawet obrażać. Często po takim obcesowym wskazaniu mu jego właściwego miejsca wśród towarzystwa lądował w podrzędnych knajpach, pochylony nad kuflem piwa z miną świadczącą o głębokim zamyśleniu, z którego lepiej było go nie wyrywać. Znajdował się wówczas w nastroju nieprzysiadalnym. Lata praktyki sprawiły jednak, że nabrał wreszcie należytego dystansu do świata i nauczył się kontroli nad własnym wybujałym ego. Owszem, nadal w tego typu sytuacjach słyszał jego dzikie wrzaski, ale były już one znacznie cichsze niż dawniej. Jakby dochodziły z najgłębszych zakamarków duszy. Takich, do których rzadko dochodziło jakiekolwiek światło.
    - Dziękuję. – Chwycił lampy, zapisując sobie w głowie, by następnego dnia przynieść własny sprzęt. Tutejszy swoje najlepsze lata musiał mieć niestety dawno za sobą, bo zanim przestał doprowadzać go niemal do oczopląsu swoim ciągłym miganiem minęło ładnych kilka minut. Swoją drogą ciekawe jak długo zdążyły już przeleżeć w tym nieszczęsnym składziku ? Najwyraźniej ich stały fotograf niezbyt przejmował się zrzędzeniem muzyków, stosując lampę błyskową tak często jak tylko uznał to za niezbędne. On jednak postanowił być względem nich nieco bardziej wyrozumiały, wychodząc z założenia, że skoro Tamsin od samego początku naciskała na jej wyłączenie, to najwidoczniej musiała mieć ku temu ważny powód. Najwyżej później poprosi ją o jego wyjaśnienie.
    Póki co zajął miejsce na jednym z niższych balkonów w taki sposób, by szerokokątny obiektyw obejmował możliwie największą połać sceny. Przed włączeniem przycisku nagrywania sprawdził jeszcze raz, czy aby na pewno pamiętał o usunięciu z obiektywu specjalistycznego filtru do wykonywania czarno-białych zdjęć. Podczas swojej codziennej pracy korzystał głównie z nich, lecz zleceniodawcy zarządzający takimi miejscami jak Metropolitan Opera nieodmiennie woleli stawiać na nowoczesność, uznając że monochromatyczna fotografia jest już po porostu passe. Cóż, jak to mówią klient nasz pan.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  20. Tammy była dobrą przyjaciółką i nawet jeśli Emmę otoczyłaby cała grupa bliskich osób, a ona sama nie czułaby się samotna i przytłoczona rzeczywistością, z którą sobie nie radziła, to i tak nie zmieniłaby tej opinii. Tammy była, obecna kiedy trzeba, empatyczna, rozumiejąca i nie komentująca. Emma wiedziała, że obie dobrze rozumieją sytuację, ale ceniła wysoko to, że nie padają komentarze, pouczenia i dobre rady, o które nie prosiła. Chyba sama nie była gotowa, by cokolwiek robić, za bardzo się bała i za bardzo wstydziła, by wyjść do świata i powiedzieć wprost, że ma problemy.
    - Przecież nie mamy windy - zauważyła z rozbawieniem, a od tych wymijających i pozornie pogodnych pogaduszek, które miały być idealnym rozproszeniem dla prawdziwych trosk, delikatne rumieńce już zaczęły pogłębiać się na jej zwykle bladej twarzyczce. Potrzebowała takich spotkań i takich rozmów, czegoś co odciągnie jej myśli, co pozwoli jej odetchnąć i przestać się martwić, czy drzwi do mieszkania nie będą zamknięte od środka i będzie zmuszona zanocować na tyłach cukierni, albo jeszcze gorzej - Thomas będzie w gorszym nastroju, zaczepny i wulgarny.
    Emma miała dużo szczęścia w życiu i teraz uwierzyła, że musi za to odpokutować Wyszła z domu dziecka w wieku szkolnym, to naprawdę cud. Znalazła, a właściwie dostała prawdziwy dobry dom i cudowną rodzinę, to kolejny cud. Michael za którego miała wyjść, był wspaniałym, pogodnym i czułym facetem, on też był jej cudem. Miała naprawdę wszystko, o czym człowiek może marzyć, czego kobieta może chcieć w życiu i gdy doszło do wypadku, nie mogła obudzić się w nowej rzeczywistości. Zimnej i cichej, bez śmiechu i rozmów, bez ramion wokół siebie. Nie to było najgorsze, bo przecież z czasem zaczęła się oswajać z samotnością. Najgorszy był Thomas, który nie tylko się awanturował, on zaczął jej wpajać, że wypadek i strata wszystkich to jej wina. Uwierzyła i pozwoliła się stłamsić, a teraz nie widziała żadnego rozwiązania i żadnego wyjścia z tej sytuacji. Nawet nie próbowała, bo skoro była winna, to na to zasłużyła. ktoś musiał być winny, a skoro ona wybrała trasę na letni festiwal i przez nią wyjechali później... to było oczywiste.
    Gdy Tammy podzieliła się swoimi sekretami, zdradzając tylko tyle, ile uznała za słuszne, Emma przestała sama zapewniać, że wszystko jest w porządku, że w upał długi rękaw jej nie przeszkadza, a podkrążone oczy to wynik niewyspania bo szukała nowych przepisów. Przestała kłamać i kryć się za pozorami, nie miała na to ani sił, ani ochoty, ale przede wszystkim jej przyjaciółka nie zasługiwała na takie krętactwa. Obie wiedziały, co to wszystko oznacza i chyba ciche zrozumienie dawało White więcej wsparcia, niż współczujące spojrzenia, jakie rzucali jej sąsiedzi mijani na ulicy pod bramą. Przyjmowała więc to, co chciała i mogła jej dać Tamsin, jednocześnie nie przestając sie mierzyć z tym, co ją dręczy.
    Uniosła brwi i zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując śmiech. Była chuda i smutna, nie miała za bardzo ładnego ciała, bo od wyjścia z śpiączki wciąż brakowało jej witamin i uzupełnienia niedoborów, przez co jej skóra nie była promienista i wystawały jej wszystkie kości, które mogły wystawać, a ponadto od wypadku zostały jej blizny, więc w ogóle nie patrzyła na siebie w kategoriach kochanki, lub w ogóle osoby atrakcyjnej dla kogokolwiek. I ona miałaby ogrzać Tammy łózko? Sama chyba nie wierzyła już w żadną miłość, za to w przypadku przyjaciółki, wręcz przeciwnie - miała wrażenie że pewnego razu się zakocha, mocno i szalenie i jej świat zabarwi się na nowo. Bardzo jej tego życzyła. Aby pokochała siebie i pozwoliła komuś również siebie pokochać.
    - Czy właśnie zostałam zdegradowana z przyjaciółki na one night stand? - podchwyciła, wbijając widelczyk w ostatni kawałek ciasta, aby dokończyć swój kawałek. - Czy może to awans? - uśmiechnęła się rozbawiona i spuściła wzrok na swoje kolana, na ciasto, które trzymała przed sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Naprawdę nie wiedziała, jak rozmawiać o tym co się dzieje w jej domu, co robi i jak zachowuje się wobec niej Thomas. Nie umiała powiedzieć, jak ją to boli, jak się boi każdego dnia i jak w ogóle czuje się sama z sobą. Nie wiedziała, co zrobić i czy w ogóle coś można. Czuła się jak w potrzasku, bezsilna i bezwolna.
      - Tammy... - podjęła po chwili, zaciskając palce na jej dłoni, a potem powoli wyswobadzając się z uścisku i wycofując. - Nie mogę. To mój dom - powiedziała po prostu. Dla niej mieszkanie, w którym zalągł się rozgoryczony wdowiec po jej mamie to nie były tylko ściany, tam dostała rodzinę i szansę na inne życie niż to po zakładowym wychowaniu. Tam odmienił się jej los, choć może odmienił się ledwie na kilka lat. Nie mogła i nie chciała stamtąd uciekać, nie chciała tego porzucać, postanowiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie czekać. Czekała więc, aż coś się samo zmieni, aż Thomas się zmieni, a najlepiej odejdzie sam. - Ale dzisiaj chętnie u ciebie przenocuję - dodała jeszcze na koniec, bo teraz było już za późno, aby wracać do domu bez szans na awanturę. Emma była tym naprawdę zmęczona.



      Emka

      Usuń
  21. Tammy była silniejsza, była może też bystrzejsza od Emmy, bo widziała świat nie przez mgłę, mrzonki i piękne choć kruche nadzieje, ale dostrzegała cały jego syf. Przyjaciółka najwidoczniej potrafiła nad nim przejść do porządku dziennego, albo go wymazać, lub zignorować albo nawet przekuć w swój sukces, podczas gdy Emma po prostu jak piórko kierowane lekkim wiatrem, pozwalała się nieść biernie przez wszystko, co los rzucał jej pod nogi, ba! co rzucał w nią! I nigdy się nie buntowała, nie kłóciła, nie wyrażała sprzeciwu. Przyjmowała pokornie wzloty i upadki, starając się być po prostu szczera i sprawiedliwa w swoich postępowaniach. taka była od zawsze i taka miała pozostać... zbyt łagodna, cicha. Łatwa do ogrania przez życie.
    Obie przeszły swoje trudności, ale niekiedy White wydawało się, że ona nie przerobiła swoich lekcji. Nie stała się bardziej odporna i wytrwała na ból i porażki, na zawody i wyzwania. Obserwowała Tammy i widziała, jak ta każdego dnia idzie z wysoka podniesioną głową, podczas gdy sama opuszczała ramiona coraz niżej. Nie umiała znaleźć w sobie ducha walki, choć to właśnie tego potrzebowała. Iskry, aby wzniecić płomień.
    Thomas w jej życiu była od dawna. Zanim jeszcze umarł jej tata, ten który z mamą zabrali ją z bidula, zawsze wspierał ich rodzinę, jako bliski przyjaciel obojga państwa White. Gdy jej mama opłakiwała męża, wspierał ją i małą Emmę, był troskliwy, pomocny, wspierający i nie narzucał sie, nie pchał od ich życia, ale mogły na niego liczyć. Naturalnie on i mama Emmy się do siebie zbliżyli, potrzebowali bliskości, ciepła i w końcu wzięli ślub w urzędzie, a niedługo po tym Thomas się wprowadził, zajmując z jej mamą starą sypialnię rodziców. Zawsze był dobry, czuły, wyrozumiały i szlachetny. Emma mu ufała, choć nigdy nie zastąpił jej taty, ale po wypadku zmienił się tak drastycznie, że ona... nie poznawała go. Był obcy. Zimny, okrutny i zawistny. Podły. Obwiniał ją o wszystkie swoje straty i porażki, a ona wiedziała, że musi mieć rację, bo wszystko co robił, to wyraz bólu i tęsknoty, smutku. On również stracił bliską, ukochaną osobę.
    Uśmiechnęła się rozbawiona tymi próbami przekupstwa, choć obie wiedziały, że spędzenie nocy w łóżku Tamsin to nie tylko luksus, a prawdziwy zaszczyt i Emma się nie oprze. Nie rozpychała sie, nie kręciła, nie chrapała, więc nie musiała się wstydzić, że rano przyjaciółka będzie niewyspana, bo jej przeszkadzała w odpoczynku. I wolała to zdecydowanie bardziej od pozostania na noc w cukierni, a zresztą... obie wiedziały, że Emma potrzebuje odetchnąć.
    - Tu też jest moje serce - powiedziała miękko, nie chcąc, aby ta rozmowa nadal szła w kierunku, w jakim zmierzała. Tammy nie musiała jej rozumieć, ale Emma kochała mieszkanie po rodzicach, miała tam mnóstwo wspomnień, pełno jeszcze niespełnionych marzeń, które wierzyła, że kiedyś się spełnią. Jeszcze wszystko mogło się przecież odmienić. Thomas... on mógł się zmienić, lub odejść sam, na pewno to się kiedyś wydarzy. Ona zwyczajnie tylko czekała.
    Podniosła się i zgarnęła puste kubki i swój talerzyk. Skinieniem wskazała, aby przyjaciółka za nią poszła na zaplecze cukierni, gdzie chciała tylko umyć naczynia, po czym mogły się zbierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Jutro mam zamiar porobić dużo bez i makaroników, więc nie obudzimy się o czwartej, a o piątej czterdzieści... Postaram się szybciutko wyjść, żebyś mogła dospać - oznajmiła łagodnie, myjąc w głebokim zlewie naczynia po ich deserze. - Zgarniesz mogą torbę i płaszcz? - poprosiła, bo rzeczy zostawiła na drugim końcu długiego pomieszczenia na pojedynczym krześle. Wszystko w cukierni było stare, trwałe i solidne, a Emma uwielbiała to miejsce za spokój i przewidywalność. Tutaj każdy dzień był jak rytuał, w którym umiała się odnaleźć bez wahania i lęku.
      Gdy Tammy łapała za plecak, z bocznej kieszonki wyleciała mała poskładana kilkukrotnie karteczka. Ulotka konkursu na wypieki weselne dla młodych przedsiębiorców. Emma skupiała się na cukierni, ale nie próżnowała, interesowała się tym, co w trawie piszczy, choć nie zawsze miała czas, czy odwagę, by sama się gdzieś pokazać.

      [dziewczyny są super kochane! wzruszają mnie obie!]

      Emka 🍰

      Usuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. W otulonym przyjemnym półmrokiem pokoju cisza przetaczała się od ściany do ściany, przerywana szmerem dwóch oddechów. Żar wciąż kłębił się w pościeli, a powietrze przesycone było wspomnieniem upojnych chwil, których widmo Marcus wciąż czuł pod skórą, raz po raz rozlewające się ciepłym dreszczem po rozprężonym ciele. Zeszło z niego całe napięcie oraz stres minionych dni, głowę miał wciąż lekką i mimo, że na jego skórze ciagle skraplało się zmęczenie, pokrywając ją cienką, lśniącą warstwą potu, nie przeszkadzał mu wcale chłodny, wieczorny wiatr wlewający się do pomieszczenia przez uchylone okno. Było po prostu przyjemnie, on natomiast ani myślał się ruszyć — przynajmniej przez kilka dobrych minut, chcąc nacieszyć się tym stanem chwilowej błogości, na który pracował w pocie czoła, starając się, żeby Tamsin osiągnęła ten stan pierwsza, więcej niż jeden raz. Jak przystało na kogoś o włoskich korzeniach, Marcus miał w sobie dużo ognia, zatem nie sprawiało mu trudności wzniecanie go w innych, szczególnie biorąc pod uwagę, że spełnienie drugiej strony zawsze przedkładał nad własne. Z doświadczenia wiedział, że im więcej da od siebie, tym więcej będzie mógł potem wziąć, a brał dużo, bo był z natury zachłanny.
    Całkowicie zrelaksowany, podłożył ramię pod kark i uważnie przyjrzał się wstającej Passalis, bezwstydnie pociągając ciemnym spojrzeniem wzdłuż miękkich linii kobiecej figury, naświetlonych przez łunę nocnego miasta opalizującą za szybą. W negliżu była jak wizja, którą jeszcze parę lat temu mógłby z powodzeniem przelać na płótno, tonąc w jego koszulce wyglądała jeszcze lepiej, więc uśmiechnął się leniwie pod nosem i jakby bardziej wtopił w materac. Uśmiech ten tylko się poszerzył, kiedy powiedziała mu, że się spisał, łechtając skutecznie jego ego. Nie istniało w końcu dla mężczyzny pochlebstwo większe niż zaspokojona kobieta.
    Nie odsuwając się od niej, pozwolił by pomruk satysfakcji zawibrował na dnie jego gardła i wsiąkł w tę pieszczotę, ale nie mogła tak go komplementować, jednocześnie oczekując, że nie zareaguje na skok testosteronu wywołany pochwałą. Nagle zmotywowany, opuszkami długich palców pociągnął wzdłuż jej ramienia, później przez bok szczupłej szyi, ostatecznie owijając dłoń wokół gardła, przytrzymując Tamsin w miejscu bez użycia faktycznej siły. Chwyt nie był ciasny, ale wymowny na tyle, by nie cofnęła się, kiedy przejął kontrolę, smakując jej mocniej i głębiej. Wystarczająco intensywnie, by poczuła to dokładnie tam, gdzie był jeszcze niedawno, a gdzie chciał żeby znów go jej zabrakło. Gorącym językiem przesunął po jej dolnej wardze; nie skorzystał jednak z zaproszenia oferowanego przez uchylone usta. Zamiast tego przeciągnął pocałunek zębami ku sobie, po czym cofnął na tyle, by uchwycić jej wzrok.
    — Nogi się pod Tobą nie uginają, więc spisałem się niewystarczająco — skomentował, wypuściwszy ją z ręki dopiero teraz, choć zrobił to niechętnie, kciukiem ocierając się o krzywiznę żuchwy.
    Przez moment miał nawet ambicję, żeby wprosić się pod ten prysznic, ale ciężkość ciała do pary ze sztywnością sfatygowanych mięśni skutecznie odwiodła go od tego pomysłu. Poza tym, gdyby Tamsin go tam chciała, z pewnością dałaby mu o tym znać, bo zdążył poznać ją na tyle, by wiedzieć, że nie należała do nieśmiałych kobiet.
    Cofając się na poduszki, przeciągnął się w ślad za Passalis, a potem znów pociągnął za nią spojrzeniem aż do progu łazienki. Korzystając z momentu wytchnienia, ułożył się wygodnie na materacu, zakrywając oczy ramieniem i przez kilka minut wsłuchiwał się w szum wody.
    Nawet nie zauważył, kiedy sen wkradł mu się pod powiekę, co było nietypowe, bo z reguły nie zasypiał łatwo, o ile nie miał ze sobą swoich tabletek, a przecież ich nie miał, bo nie planował nadużywać gościnności bardziej, niż sobie na to dotychczas pozwolił.
    Przespał też spokojnie całą noc, co również mu się zdarzało, ale dla równowagi przebudził się bardzo wcześnie, na długo zanim wstało słońce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku był zdezorientowany. Otulało go ciepło, niemalże zbyt duszne, bo przez ostatnie lata zdążył odzwyczaić się od dzielenia z kimś łóżka na dłużej niż wymagały tego potrzeby ciała, mimo że kiedyś robił to często, bo tak jak Tamsin miał za sobą dłuższą relację, która zakończyła się fiaskiem i tak jak Tamsin, nie planował tego powtarzać ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Najlepiej nigdy, biorąc pod uwagę, że sens jego życiu wytaczać będzie jego młodsza siostra, której chciał zapewnić jak najlepszy start.
      Obecność drugiego ciała obok zmieszała go, nim zdążył sobie przypomnieć gdzie jest i z kim. Jego pierwszym instynktem było opuścić mieszkanie po cichu, aczkolwiek po chwili przypomniał sobie, że nie ma już siedemnastu lat, a kobieta obok nie jest przypadkową nieznajomą na jeden raz, więc takie wyjście byłoby bardziej niezręczne, aniżeli nadchodzący poranek.
      Postanowił się zatem rozgościć. Stąpając lekko, by nie zbudzić Passalis, poszedł wziąć prysznic, długi i gorący, przynosząc ulgę zbolałym mięśniom, potem zaś przeszedł do kuchni, decydując w spokoju napić się kawy dla rozbudzenia. Koszulki nie założył, zbyt rozgrzany kąpielą, poza tym nigdy nie lubił naciągać ubrań na wilgotne ciało. Trzymając w dłoni parujący kubek, zainteresował się wreszcie swoim telefonem, z ulgą stwierdzając, że nikt nie chciał od niego niczego ważnego. Wczoraj Claudią zajmowała się Lydia, więc nie musiał się o nią martwić, natomiast reszta nie była na tyle istotna, żeby zrywać się z miejsca.
      W normalnych warunkach wyszedłby pobiegać, jak zwykle nad ranem, ale nie mógłby wrócić nie przerywając tym snu wciąż śpiącej błogo kobiecie i z tego powodu tym razem sobie darował.
      Ciało domagało się jednak ruchu, więc po dłuższym namyśle dźwignął się od stołu, kierując się do lodówki. Przejrzał też pobieżnie szafki, z zadowoleniem stwierdzając, że ma pod ręką wszystko, żeby przygotować naleśniki. Nie był pewien, kiedy Tamsin się obudzi, dlatego postawił na coś, co można było z powodzeniem zjeść na zimno albo też zwyczajnie odgrzać na patelni, jeśli zajdzie taka potrzeba.
      Przygotował wszystko na blacie, a potem zabrał się do pracy, zadowolony że znalazł jakieś zajęcie dla rąk.

      MARCUS LOCKHART

      Usuń