Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/12/2019

2122. Sometimes I feel like giving up but I just can't

w tytule In My Blood od Mendesa.
A to poniżej, to kontynuacja poprzedniej notki.

— Villanelle, musisz ze mną porozmawiać. — Starsza kobieta powiedziała spokojnie, poprawiając się wygodnie na kanapie. Chwyciła jedną z zielonych poduszek i wsunęła sobie za plecy, tylko na krótką chwilę odrywając spojrzenie od swojej pacjentki. Informacja, którą przekazała jej blondynka była niepokojąca, a milczenie z jej strony tylko wzmacniało te odczucie. — Rozumiesz, prawda? Nie możesz powiedzieć mi czegoś takiego i po prostu przerwać — oznajmiła spokojnym, łagodnym głosem — poza tym, wróciłaś do mnie. Chcesz o tym porozmawiać, inaczej wróciłabyś przecież do domu. Do męża i dzieci, prawda?
Wpatrywała się w młodą kobietę przez chwilę w milczeniu. Miała tak dużo pytań, które chciałaby wypowiedzieć na głos, ale ze względu na trwającą terapię, zwyczajnie nie mogła tego zrobić. Musiała pozostać obojętna, nie mogła wykraczać poza granice, które narzucała im zawodowa relacja. Nie mogła jej w żaden sposób oceniać, nie mogła mówić jej dokładnie, co powinna zrobić. Rola, którą odgrywała była konkretna i z pozoru prosta, chociaż nieprzywiązywanie się do pacjentów wymagało od niej naprawdę silnej woli. Brak zaangażowania nie był łatwy, zwłaszcza w takich przypadkach, jak ten.
— Ja… — blondynka wzięła głęboki oddech, drżącymi palcami sięgając guzików swojego płaszcza, aby ściągnąć go w końcu z siebie i przewiesić go przez oparcie fotela. Sama dziewczyna leniwie usiadła na nim i ułożyła ręce na swoich udach, mocno wciskając w nogi swoje palce, aby powstrzymać drżenie dłoni — nienawidzę jej, naprawdę jej nienawidzę. Chyba jeszcze do nikogo nie czułam, aż tak czystej nienawiści. Robi mi się niedobrze, kiedy o niej myślę — wydusiła z siebie, zamykając na chwilę oczy. Przełknęła z trudem ślinę i rozchyliła delikatnie wargi, aby ułatwić sobie w ten sposób oddychanie. — Nie wiem, skąd to wszystko się bierze. Nie rozumiem, dlaczego nagle przypominają mi się rzeczy, które… Które były dawno. Jestem tym zmęczona — powiedziała, wpatrując się w swoją psycholog — od tygodnia prawie cały czas boli mnie głowa, źle śpię i nie mogę się na niczym skoncentrować, nie rozumiem tego — powiedziała, biorąc głęboki oddech i nieśmiało zerkając na siedzącą naprzeciwko psycholog.
— Mówisz o mamie?
— O mamie? Nie… O mojej babci, tej od Charles’a.
— Babcia Swietłana? — Spytała, zerkając w swoje notatki.
— Tak… Wiesz, że ciągle dostawałam od niej pointy? Nieważne czy to były moje urodziny, święta, a to, że nie tańczyłam w ogóle nie miało znaczenia. Nie wiem czy chciała mnie tak zachęcić, czy pokazać, jak bardzo jestem beznadziejna. Jeżeli to pierwsze, to nie działało. Zdecydowanie nie działało. Drugą możliwość czułam bardziej…
— Mówiłaś, że przypominają ci się różne rzeczy. Jakie na przykład?
— Różne wspomnienia z dzieciństwa… Ostatnie wspólne święta z dziadkami — zagryzła delikatnie wargę, opuszczając spojrzenie z twarzy Honeywell — jak Charles poprosił, żebym przyniosła ciastka, których babcia nie pozwalała jeść… To… To przypomniało mi się, jak wyszłam dzisiaj z gabinetu. Jak poprosił, żebym napisała za niego list, albo jak babcia… Jak ona…
Wzięła głęboki oddech i zakryła twarz swoimi dłońmi, starając się uspokoić.
— Jesteś w stanie wskazać moment, w którym to się zaczęło? Kiedy zaczęły ci się przypominać te wspomnienia?
— Chyba tak — powiedziała zachrypniętym głosem, próbując sobie przypomnieć, kiedy wróciło pierwsze ze wspomnień — to było kilka dni po tym, gdy mój mąż próbował… Kiedy próbował się zabić, mówiłam ci, że skoczył… — szepnęła cicho — nie łączyłam tego, ale jak teraz o tym myślę to, to mogło mieć związek.
— Jak sobie radzicie?
— Całkiem… Dobrze. Zrobiłam dość spore przemeblowanie w domu, poprzekładałam rzeczy w szafkach. Wiesz, tak żeby mógł sam sięgnąć kubek i herbatę czy kawę — wyjaśniła marszcząc delikatnie przy tym nos i uciekając od głównego wątku — sypiamy na dole w pokoju dla gości i łóżeczka dzieci też są teraz na parterze. Arthur jest zawzięty, widać, że się bardzo stara i ma wolę walki. Wygląda na to, że on czuje się naprawdę dobrze. Nie ma jakiegoś załamania czy depresji, jest naprawdę świetnie. Na początku się trochę bałam, jak to będzie wyglądać, ale… Jest dobrze. Mam czasami wrażenie, że wcześniej jeszcze nie widziałam go tak często uśmiechniętego. Nie, że między nami cały czas było źle, ale… Ale jest jakoś tak inaczej, lepiej. To jest dziwne, ale chyba jesteśmy teraz bardziej dla siebie i bliżej siebie. Wiem, to brzmi pokręcenie, ale tak jest.
— Świetnie, to dobrze, że się nie załamał. A ty? Jak ty się trzymasz?
— Ja?
— Ty. Do tej pory powiedziałaś jak radzi sobie on i wy, ale ty? Jak ty się z tym wszystkim czujesz? Jak sobie radzisz?
Spojrzała na kobietę i wzruszyła delikatnie tylko ramionami. Nie radziła sobie tak dobrze, jak jej mąż. Ciągle się martwiła o ich przyszłość, zastanawiała się nad tym, kiedy będą widoczne pierwsze efekty rehabilitacji. Starała się traktować go normalnie, ale cały czas miała tę myśl, że jest przecież sparaliżowany, że potrzebuje jej pomocy, że najlepiej byłoby gdyby zamknęli się w domu i poczekali, aż w końcu będzie mógł stanąć na nogi. Była gotowa zrobić wszystko, o co tylko poprosi. Była na każde skinienie jego palca, ale on z kolei tego nie robił. Nie chciał jej pomocy, wszystko co tylko mógł zrobić samodzielnie, robił sam, a to tylko sprawiało, że czuła się jeszcze gorzej, bo chciała być mu potrzebna. Potrzebowała po prostu tego poczucia, że on jej naprawdę potrzebuje.
— Nie wiem… Też dobrze — mówiąc to, ponownie wzruszyła ramionami — czasami się martwię, że nie będzie lepiej… Chciałabym, żeby mógł stanąć na nogi, żeby mógł biegać z dziećmi… Nauczyć Theę jazdy na rowerku czy grać w piłkę z Matthew, żebyśmy mogli zimą chodzić z nimi na sanki, pójść na randkę na łyżwy, na lodowisko do Central Parku, żebyśmy po prostu mogli… — zagryzła wargi, czując jak w jej oczach zbierają się łzy.
— Spokojnie. Skoro lekarze mówili, że rehabilitacja przyniesie efekty to tak będzie. Zwłaszcza skoro mówisz, że Arthur się do tego przykłada — kobieta uśmiechnęła się ciepło i wychyliła się delikatnie do przodu, aby wyciągnąć dłoń na kolano dziewczyny i pogładzić je ostrożnie.
— To wszystko jest takie niesprawiedliwie, dlaczego na nas muszą spadać takie rzeczy? On już tak dużo wycierpiał, nie zasługuje na to wszystko — wyszeptała, wierzchem dłoni ścierając łzy z policzków — do tego byłam dla niego taka okropna przez długi czas, nie wiem, jak to wszystko wytrzymywał — załkała, biorąc głęboki, łapczywy wdech — chciałabym, żeby już teraz było po prostu dobrze, to znowu coś się dzieje, znowu znoszę na nas problemy…
— Villanelle, co ci się przypomniało tamtego dnia?
— Jak dziadek poprosił, żebym napisała za niego list… Ale nie zrobiłam tego. Kiedy się tylko zorientowałam, co to za list… — nieprzyjemny dreszcz przeszedł wzdłuż jej kręgosłupa, a w ustach zrobiło się sucho. Wspomnienia ponownie ją zalały.
— Była pani kiedyś w sytuacji, w której doskonale zna zakończenie, ale musi na nie czekać, bo do finału wciąż było trochę czasu? Coś jak film, którego zna się ostatnią scenę, bo życzliwy znajomy opowiedział spoiler. Nie zna się jeszcze całej historii, ale świadomość zakończenia sprawia, że wcale nie chcemy na to, tak długo czekać, a oglądanie nie sprawia tak dużej przyjemności, jakby było to wcześniej — powiedziała powoli, zastanawiając się nad tym, jak ma opowiedzieć to, co się stało — będąc w takiej sytuacji… W filmie można przesunąć nudne sceny czy momenty. Można go wyłączyć i po prostu żyć z wiedzą, jak się skończył. A w życiu? Kiedy wiesz, że i tak… Nie możesz nic zrobić prawda? Nie możesz pomóc… — wyszeptała cicho, czując, jak robi jej się gorąco. Rozpięła powoli dwa pierwsze guziczki od koszuli i rozchyliła ostrożnie na boki bawełniany materiał.
— Chyba… Chyba rozumiem — Honeywell spojrzała na blondynkę i zmarszczyła delikatnie brwi, zastanawiając się, co dokładnie młoda kobieta miała na myśli — powiedz coś więcej — poprosiła miękkim głosem. Oczywiście, że chciała się dowiedzieć, co konkretnie Villanelle Morrison miała na myśli wspominając o pomocy w samobójstwie, ale nie chciała jej do niczego przymuszać. Wolała stworzyć atmosferę, dzięki której kobieta poczułaby się bezpiecznie i sama ponownie wróciła do tematu, który tak bardzo zaniepokoił psycholog.
— Wiesz, pamiętam to trochę, jak przez mgłę:

Do pierwszego dnia wiosny było dokładnie dwadzieścia siedem dni. Końcówka lutego nie była już tak bardzo mroźna, a chociaż zima nadal trwała, stała się ona łagodna. W mieście nie było już tak niskich temperatur, a leżący na drogach śnieg topił się wraz z coraz częstszymi promieniami słońca, goszczącymi na błękitnym niebie.

Cały czas odwiedzała dziadków, kiedy tylko mogła. Wszyscy dobrze wiedzieli, że dni dziadka Charles’a były policzone, a dziewczynka za wszelką cenę chciała je wszystkie spędzić razem z nim. Zamierzała zapamiętać, jak najwięcej. Kolor jego oczu, błyszczące spojrzenie czy wesoły uśmiech, póki jeszcze mógł się uśmiechać w ten sposób.
— Nelle, to ty? — Usłyszała głos mężczyzny, kiedy tylko zamknęła za sobą drzwi od domu dziadków. Miała klucze i niemal codziennie po szkole wracała właśnie do nich. Wyciągnęła klucz z zamka i schowała do kieszeni plecaka. Zsunęła buty i ułożyła je starannie na szafce przeznaczonej na buty. Ściągnęła czapkę oraz kurtkę, powiesiła je na wieszak, a następnie chwyciła mop i starannie wytarła podłogę, bo babcia będzie zła, jeżeli zostawi bałagan.
— Tak, to ja — powiedziała wesoło, wchodząc do pokoju dziadka. Nie było w nim już łóżka, na którym zawsze leżał. Teraz mężczyzna leżał w szpitalnym łóżku, które zostało wypożyczone. Villanelle bardzo go nie lubiła. Z trudem się na nie wspinała i miała wrażenie, że materac był bardzo twardy i niewygodny — jakie masz dzisiaj życzenia, Charlie? — Zaśmiała się, odkładając swój plecak na pufie. Podeszła do mężczyzny i cmoknęła go w policzek na przywitanie.
— Dzisiaj mam tylko jedno, skarbie — powiedział powoli. Elle spojrzała zaciekawiona na swojego dziadka i wyprostowała się dumnie. Lubiła być potrzebna. Uwielbiała, kiedy o coś ją prosił, a ona mogła wykazać się, jako prawie dorosła i odpowiedzialna kobietka. — Musisz wziąć długopis i kartkę. Może książkę, żeby wygodnie ci się pisało — powiedział i spojrzał na jej plecak.
Dziewczynka nie czekała długo. Cofnęła się do pufy i odpięła główną przegrodę, aby wyciągnąć zeszyt, książkę i piórnik, z którego wyjęła tylko długopis. Wdrapała się na szpitalnego łóżko i rozsiadła wygodnie na końcu łóżka. Zgięła nogi w kolanach, a na udach ułożyła książkę i zeszyt na środku, skąd łatwo było wyrwać kartkę.
— Do kogo piszemy?
— Do babci.
— Mam napisać „Kochana Swietłano” czy masz dla niej swoje własne przezwisko?
— Nauczyłaś się w końcu cyrylicy?
— Umiem tylko napisać, że to jest okno i jak się nazywam — zmarszczyła delikatnie brwi, bo poczuła się źle z tego powodu. Powinna się była nauczyć rosyjskiego alfabetu już dawno temu, zamiast szukać wymówek i prosić rodziców, aby przekonali babcię, aby dała jej spokój. Gdyby jej posłuchała, teraz mogłaby spełnić w stu procentach prośbę ukochanego dziadka. — Przepraszam… Mam gdzieś rozpisane litery… Dam radę tylko musisz mi pomóc — powiedziała cicho, gotowa do prędkiego powrotu do pufy, aby wyciągnąć potrzebną kartkę z plecaka.
— Nie, nie trzeba. Skup się, skarbie, dobrze? To jest bardzo ważny list.
Brunetka pokiwała tylko głową i chwyciła porządnie długopis w swoje palce. Napisała datę oraz miejscowość i spojrzała na dziadka z uśmiechem, kiwając głową na znak, że jest gotowa.
— Kochana Swietłano — zaczął mówić, a dziewczynka zapisała słowa na kartce.

Kochana Swietłano, Nie potrafię odnaleźć wystarczająco pięknych słów, którymi mógłbym podziękować Ci, za wszystkie te wspólne lata. Wiesz, że nie lubię pisać listów. Dużo łatwiej byłoby mi porozmawiać z Tobą normalnie… Wiem, że nie powiedziałbym wówczas wszystkiego, co chcę Ci przekazać. Spędziłem z Tobą wspaniałe lata swojego życia, nie żałuję niczego… Oboje chyba pogodziliśmy się już z tym, że umieram, że…

Villanelle przerwała jednak pisanie i podniosła głowę, aby spojrzeć na swojego dziadka, kiedy usłyszała z jego ust sformułowanie mówiące o tym, że przedłużanie tego momentu oczekiwania, nie ma sensu.
— Nelle, dlaczego przestałaś pisać?
Wbiła tylko załzawione spojrzenie swoich ciemnych oczu w twarz dziadka i pokręciła przecząco głową.
— Nie mogę…
— Proszę tylko o jedną rzecz, kruszynko. To bardzo ważne.
— Ale ten list… To jest…
— Babcia ci mówiła, że dzisiaj musi wrócić później, prawda? Mówiła, że musisz podać mi dzisiaj lekarstwa?
Villanelle pokręciła tylko przecząco głową. Nie przypominała sobie, aby babcia coś wspominała o tym, aby to ona musiała dzisiaj podać dziadkowi leki.

— Villanelle…
Blondynka wzruszyła obojętnie ramionami. Domyślała się, o czym w tej chwili myślała jej psycholog. Pokręciła tylko głową i wbiła swoje spojrzenie w jej oczy.
— Nie podałam mu tych lekarstw… Ten list. Prosił, abym napisała jego pożegnanie i przeprosiny. Chciał, żebym… Prosił, błagał, żebym mu pomogła, ale… Ale nie mogłam — szepnęła zachrypniętym głosem. Odchrząknęła cicho i opuściła głowę w dół — wiesz… Szóstego dnia wiosny był jego pogrzeb, to było dokładnie trzydzieści trzy dni od tamtego dnia, kiedy prosił, żebym…
— Czekaj… Charles prosił, żebyś napisała dla niego list pożegnalny dla żony.
Pokiwała lekko głową.
— A później chciał, żebyś podała mu lekarstwa.
Ponownie skinęła twierdząco głową.
— Nie chciał dostać wymaganej dawki — wychrypiała smutno — chciał, żebym podała mu wszystkie tabletki z opakowania… Powtarzał, że jego życie jest żałosne, że nie może nawet sam przedawkować, bo nie może ruszyć dłońmi. Był zły i zdenerwowany. Pierwszy raz wdziałam go w takim stanie, krzyczał… — przerwała, aby wziąć głęboki oddech — nie wiem, skąd się w nim wzięło tyle siły, ale wrzeszczał wręcz na mnie, że babcia ma rację, że jestem beznadziejna, że nic nie potrafię zrobić prawidłowo, że nie potrafiłam się dla niczego poświęcić, że powinnam zrobić wszystko, o co prosił… A później płakał i przepraszał, prosił, żebym nie odchodziła, ale nie mogłam tam wtedy być, nie mogłam siedzieć i na niego patrzeć, bo wiedziałam, że on już więcej nie chciał żyć — powiedziała cicho, wciąż z opuszczoną głową w dół.

Zaparkowała samochód na podjeździe przed ich domem i powoli zgasiła silnik. Starała się przedłużyć moment wejścia do domu, jak tylko się dało. Wiedziała, że będzie musiała wszystko wyjaśnić swojemu mężowi. Wytłumaczyć, dlaczego terapia trwała zamiast standardowego czasu, prawie trzy razy tyle. To nie był jednak jej największy problem.
Wysiadła z samochodu i obeszła go, dookoła, aby otworzyć drzwi kierowcy i wyjąć z niego torebkę. Spojrzała na drzwi domu, biorąc głęboki oddech. Poprawiła sobie torebkę w dłoni i powoli zamknęła drzwi. Zamknęła kluczykiem samochód i skierowała się do wejścia. Miała wrażenie, że moment przejścia z podjazdu pod same drzwi trwał wieczność, a wsunięcie klucza do zamku było niesamowicie trudnym zadaniem, bo dłonie drżały jej bardziej, niż sama się tego po sobie spodziewała. Pchnęła delikatnie drzwi i weszła po cichu do środka. Odłożyła, jak zawsze torebkę na wąską komodę, rozpięła płaszcz i ściągnęła go z siebie, czując się tak, jakby za chwilę miała osunąć się na ziemię. Miała wrażenie, że dosłownie z każdą sekundą traci siły, co było absurdalne.
— Wróciłam — wyszeptała, bo nie wiedziała, co robi jej mąż i czy dzieci śpią. Poprawiła włosy, przekładając je na jedno ramię i weszła powoli w głąb domu, rozglądając się w poszukiwaniu swojego ukochanego. Musiała mu powiedzieć i poprosić o pomoc, ale przede wszystkim pragnęła schować się w jego ramionach, bo to w jego objęciach czuła się najbezpieczniej na świecie. Wzięła głęboki oddech, poprawiając spódniczkę, która podczas prowadzenia samochodu delikatnie się podciągnęła i zamiast na biodrach, obecnie znajdowała się na wysokości jej talii — Arthur? — odnajdując swojego męża w kuchni, podeszła do niego i uśmiechnęła się, naturalnie, niewymuszenie, ale wiedziała, że potrafił dostrzec w tym łuku smutek, a ona wcale nie chciała go przed nim ukrywać. Przeszli już razem dużo i Villanelle nauczyła się na wszystkich swoich błędach, że ukrywanie przed nim czegokolwiek, nie ma najmniejszego sensu — możesz mnie przytulić? — wyszeptała cicho, podchodząc bliżej niego i czekając, aż mężczyzna odwróci się do niej przodem, usiadła na jego nogach i od razu zarzuciła ramiona na jego kark. Schowała twarz w zagłębieniu jego szyi, zamknęła oczy i zaciągnęła się mocno jego zapachem.
— Co się stało, słoneczko? — Czuła, jak jego dłonie gładziły jej plecy. Kąciki ust delikatnie jej drgnęły, w tym z pozoru nic nieznaczącym geście czuła tak dużo miłości i wsparcia — zmartwiłem się, kiedy napisałaś, że terapia się przeciągnęła.
Pokręciła tylko przecząco głową, zastanawiając się nad tym, jak ma mu to wszystko powiedzieć.
— To było bardzo trudne spotkanie — szepnęła, prostując się powoli i odsuwając się na długość swoich rąk, aby spojrzeć na twarz ukochanego — rozmawiałyśmy o tak wielu rzeczach… O wielu trudnych rzeczach — rozluźniła uścisk na jego karku, aby jedną z dłoni ułożyć na jego policzku i delikatnie po nim przesunąć, nawet na krótki moment, nie odwracając spojrzenia od jego oczu — chyba… Nie, nie chyba… Potrzebuję prawnika — wychrypiała — i Honeywell mówiła, że powinnam porozmawiać z psychiatrą i na pewno będzie powołany biegły sądowy, ale nie wiem… Nie wiem, kto go wybiera, nie znam się na tym — szepnęła z trudem, czując tworzącą się w gardle gulę, utrudniającą powiedzenie czegokolwiek więcej.
Słuchał jej uważnie. Widziała, jak jego twarz się zmienia pod wpływem wypowiadanych przez nią słów. Nie dziwiła się temu w ogóle.
— Pomyślałam, że może… Brown, ale… Chyba nie dam rady… To… On jest trochę jak przyjaciel — wymamrotała niewyraźnie, ponownie przylegając do torsu swojego męża i zamykając powieki, mocno je przy tym zaciskając.
— Czekaj, Elle, powoli — nie przestawał sunąć dłońmi wzdłuż jej kręgosłupa, za co była mu naprawdę wdzięczna, bo to sprawiało, że się uspokajała — prawnika? Biegłego? Skarbie, musisz mi powiedzieć, co takiego się tam stało.
— Ja… — zaczęła, ale nie była w stanie wydusić z siebie w tym momencie nic więcej. Ponownie objęła jego kark i oparła się czołem o bark bruneta. Z pewnością słyszał jej płytki oddech i czuł drżenie ciała swojej żony — nie ugryzłam się w język — wyszeptała, bo w tej chwili nie była pewna, czy naprawdę chciała o tym mówić Honeywell. Kiedy zdała sobie sprawę z tego, jakie były konsekwencje opowiedzenia tego, co jej się przypomniało… — Wiesz mój dziadek… Tata Henry’ego, on był bardzo chory — powiedziała cicho, a następnie opowiedziała mężowi dokładnie to samo, co kilkadziesiąt minut wcześniej opowiedziała swojej psycholog.
— Byłam u nich krótko przed moimi czternastymi urodzinami… Mama mówiła, że dziadek w dniu urodzin ma wizytę u lekarza i po prostu nie będzie możliwości, żeby się spotkać — zmarszczyła lekko brwi — mieliśmy przyjechać na szybką kawę, ale dziadek poprosił mnie do siebie i przeprosił za tamten dzień, kiedy na mnie tak nakrzyczał, bardzo, bardzo mnie przepraszał… Dostałam wtedy od niego szkicownik — oddychała ciężko, czując, jak oczy zachodzą jej łzami, ale nie płakała. Momentami potrzebowała krótkiej przerwy na głęboki oddech, ale zaraz kontynuowała swoją opowieść — wracaliśmy już do domu, byliśmy praktycznie przy samym domu, ale zorientowałam się, że go nie wzięłam. Ani szkicownika od dziadka, ani pieprzonych point od babci… Boże, tak bardzo jej nienawidzę… — zakryła twarz dłońmi, bo tym razem potrzebowała nieco dłuższej przerwy na uspokojenie oddechu. Opowiadając tę konkretną historię swojej terapeutce, zachowała zimną krew, ale przy Arthurze… Emocje wzięły górę — kiedy weszłam na korytarz było tak dziwnie cicho, aż usłyszałam pytanie babci skierowane do niego, czy jest pewien… Powinnam wtedy pobiec po rodziców, powiedzieć im, ale nie mogłam się cofnąć, nie byłam w stanie, podeszłam za to do drzwi jego pokoju i… I widziałam, jak ją zapewniał, że jest pewien, że gdyby mógł, zrobiłby to sam i… I… I ona mu podała te tabletki, tak dużo tych tabletek, a ja…Krzyczałam, żeby je wypluł, żeby ich nie połykał, żeby przestał… Ale on je połknął — nie odrywała dłoni od ust, a łzy w końcu znalazły ujście z jej oczu — uderzyła mnie w policzek i powiedziała, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć, bo i tak nikt mi nie uwierzy, że ona jest starsza, że nigdy nie kłamała i to jej rodzice uwierzą i… Ona jest okropna — szepnęła, wpatrując się bez wyrazu w ciemne oczy swojego męża, czując jak robi jej się słabo, a żołądek momentalnie się skurczył na samą myśl o Swietłanie — robiła tak wiele niedobrych rzeczy… Ciągle tylko słyszałam, że ją zawiodłam, że do niczego się nie nadaję, że jestem beznadziejna, że nie potrafię nic zrobić dobrze, że tylko jej przeszkadzam i denerwuję, że rodzice znowu musieli mnie do nich przywieźć — wtuliła się mocniej w Arthura, mocząc mu koszulkę swoimi łzami — powtarzała, że jestem gruba, że powinnam przestać jeść i to nie dziwne, że nie chcę tańczyć, bo zwyczajnie jestem do tego za gruba i mam krzywe nogi — płakała, tracąc przy tym całkowicie kontrolę nad sobą. Nie zastanawiała się nad tym, że może swoją histerią obudzić dzieci, że jej płacz, może być słyszalny poza murami ich domu, bo w kuchni było uchylone okno. Potrzebowała w tej chwili wsparcia swojego męża, świadomości, że może się po prostu wypłakać w jego ramionach. Pragnęła, aby po wypowiedzeniu tych słów, nic się pomiędzy nimi nie zmieniło, a jednocześnie bała się, że Arthur może nie mieć zwyczajnie siły na jej kolejne problemy, których, jak się okazywało miała znacznie więcej, niż do tej pory mogło się wydawać.

— Musiałam złożyć doniesienie o popełnieniu przestępstwa — Honeywell spojrzała na swojego męża siedzącego przy stole w salonie. Miał rozłożony laptop i zawzięcie szukał jakichś informacji w sieci.
— Co takiego
— Ta dziewczyna, która wyszła i wróciła po kilkudziesięciu minutach — zdawała sobie sprawę z tego, że nie musiała dochowywać tajemnicy, bo to byłby przypadek rozmowy o pacjentach, sposób konsultacji, ale nie chciała tego robić. Naprawdę polubiła Villanelle i obawiała się o nią. Kiedy spotkały się pierwszy raz, nie miała pojęcia, że w życiu tej młodej dziewczyny mogło dziać się tak dużo… — mamy przełom, którego się nie spodziewałam — oznajmiła siadając obok i uśmiechając się słabo. To był bardzo ciężki dzień, przez który w dodatku zrobiła sobie zaległości. Lauren przesunęła wizyty trzech pacjentów, bo Honeywell nie chciała przerywać spotkania w takim momencie. Zwłaszcza, że nie miała pewności, czy pani Morrison przy okazji kolejnego spotkania, na pewno chciałaby kontynuować ten temat. Później zwyczajnie nie mogła pozwolić jej wrócić do domu, dopóki nie miała pewności, że ta się uspokoiła.
— Oczekujesz ode mnie w tej sytuacji czegoś konkretnego? — Spytał, odsuwając od siebie komputer i skupiając się całkowicie na swojej małżonce — może powinniśmy przyspieszyć trochę urlop?
— Powinniśmy go raczej przesunąć, nie mogę jej teraz zostawić — oznajmiła, układając dłonie płasko na stole — jest mi tak żal tej dziewczyny… Chciałabym zrozumieć, jak jej rodzice nie mogli tego wszystkiego zauważyć… Jak sobie pomyślę, że nasze dzieci mogłoby coś takiego spotkać, to zaciska mi się żołądek. Anthony, jak bardzo musieli być skupieni na sobie, aby nie dostrzec, że ich córka przeżywa taki koszmar i to… — opuściła głowę. Czuła się tego wieczoru, tak bardzo zmęczona, że ciężko było jej odnaleźć właściwe słowa do opisania tego, co czuła, chociaż normalnie, nigdy nie miała z tym problemu.
— Nie chcę, żebyś wzięła mnie, kochanie, za niewzruszonego. Jest wręcz przeciwnie, ale przede wszystkim ty jesteś dla mnie najważniejsza, dlatego muszę zapytać. Czy twoja relacja z tą konkretną kobietą nie przekroczyła pewnych granic?
— Anthony… Lubię ją, ale jestem tylko jej terapeutką — sama zaczynała się zastanawiać nad tym, co mówił jej mąż, ale czuła, że nie może w takim momencie zostawić kobiety całkiem samej.
— Powinniśmy być neutralni, wiesz o tym dobrze. Jesteś pewna, że to tylko terapia? Może powinnaś zastanowić się nad superwizją? Myślę tylko o twoim dobrze. Rozumiem, że możesz lubić tę kobietę, ale czy wasza relacja na pewno jest na stopie pacjent-terapeuta?
Kobieta utkwiła spojrzenie w swoich dłoniach i powoli pokiwała głową. Była pewna, że podczas terapii nie wykazała żadnych uczuć czy emocji względem pani Morrison. Budziła w niej sympatię, owszem. Czuła żal, że to wszystko musiało ją spotkać i nie potrafiła zrozumieć, jak jej rodzina nic nie zauważyła, ale… Nie powiedziała jej o tym, w gabinecie pozostawała neutralna. Wiedziała, że musi zachować obojętność i jedynie postarać się pomóc odnaleźć Villanelle właściwą drogę, a nie ją wskazać.
— Masz rację, to w końcu edukacja i rozwój dla mnie. Będąc w kontakcie z superwizjerem lepiej zrozumiem ten przypadek — uśmiechnęła się wstając powoli i ruszając w stronę kuchni, gdzie sięgnęła po kieliszek i otworzyła butelkę wina.


Villanelle nie pamiętała, że po pogrzebie Charles’a powiedziała swojej mamie o wielu trudnych sytuacjach z babcią Swietłaną, że od tamtego nie widywała już kobiety. Alison zareagowała stanowczo, gdy tylko usłyszała o znęcaniu się babci nad wnuczką, bo nie była w stanie określić tego w inny sposób. Nie pomyślała jednak o tym, że jej czternastoletnia córka potrzebuje pomocy specjalisty, nie myślała o psychologach. Wydawałoby się, że wystarczyła rozmowa i zapewnienie, że już zawsze będzie przy niej bezpieczna, a Swietłana nigdy więcej nie zrobi jej żadnej krzywdy.
Brunetka pamiętała jednak siarczysty policzek wymierzony przez staruszkę i słowa, mówiące o tym, że i tak nikt jej nie uwierzy. Coś jej też podpowiadało, że zrobiła bardzo źle, nie mówiąc od razu o tym, co zobaczyła, że nie pobiegła tamtego dnia od razu do rodziców, przez co czuła się współwinna i… Wyparła te konkretne wspomnienie, pozbyła się go z pamięci skupiając się jedynie na samym pogrzebie i świadomości, że dziadek był chory, że jego mięśnie z dnia na dzień przestawały działać.
— Przyszło pismo z sądu — wymruczała cicho, trzymając w dłoniach kilka kopert wyciągniętych ze skrzynki na listy. Spojrzała na Arthura i powoli ruszyła w stronę kanapy stojącej w salonie. Drżącymi dłońmi przekładała koperty, a kiedy mąż znalazł się obok podała mu tę konkretną, bo sama nie była w stanie jej otworzyć. Teraz docierało do niej, że to wszystko stało się naprawdę, że Honeywell wcale nie żartowała, a pierwsze rozmowy z prawnikiem również nie były tylko realistycznym snem.
— Zawiadomienie o terminie rozprawy sądowej — Arthur przeczytał nagłówek pisma, które wyciągnął z koperty. Odłożył je jednak na bok i chwycił obie dłonie swojej żony, a następnie przyciągnął je do swojej twarzy, aby złożyć na nich kilka krótkich pocałunków — słoneczko, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Słyszałaś, co takiego mówił Jeffords. Ta rozprawa to tylko formalność.
Zamknęła oczy i pokiwała tylko głową.
— Prawo jest po mojej stronie, a kiedy będę zeznawać i opowiem, jaka była Swietłana, ławnicy też będą po mojej stronie — wyrecytowała z pamięci to, co prawnik powtarzał jej kilka razy i z pewnością powtórzy jeszcze nie jeden raz — byłam tylko bezbronną, przerażoną nastolatką. Mam wyglądać w sądzie schludnie, ale nie przesadnie elegancko. W najgorszym wypadku dostanę wyrok w zawieszeniu, ale jeżeli trafi nam się dobry biegły to jest szansa na stu procentowy sukces — przełknęła ślinę i wychyliła się delikatnie, aby spojrzeć na list — czternastego stycznia o dwunastej — przeczytała, przenosząc spojrzenie na swojego męża — będziesz tam ze mną?
Spytała szeptem, ale jeszcze przed zadaniem pytania dobrze znała jego odpowiedź. Wiedziała, że nie zostawi jej samej w takim momencie.

23/12/2019

2121. Każdy ślad, który nie doprowadza nas do celu, mimo wszystko nas do niego przybliża


Gdyby ktoś kiedyś oznajmił Munirowi, że nadejdzie taki dzień, w którym nie będzie mógł przez jakiś czas podróżować i osiądzie na stałe w Nowym Jorku, najprawdopodobniej uznałby go za wariata i odszedł, zanosząc się szczerym śmiechem. A jednak rzeczywiście jego ciągłe narażanie własnego życia właśnie do tego doprowadziło, choć kiedy spadał z grzbietu tego nieujeżdżonego, narowistego ogiera prosto pod kopyta pędzącego przed siebie w dzikim przerażeniu wyrośniętego cielaka podczas kanadyjskiego rodeo, jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Przecież nie zdarzyło się to po raz pierwszy, więc nawet podczas przewozu karetką pogotowia do najbliższego szpitala żywił głęboką nadzieję, że najpóźniej za miesiąc wróci do zwykłej pracy. Czekało go jednak nie lada zaskoczenie, bo ciemnowłosy młody lekarz czuwający nad jego dalszymi losami stwierdził, że tym razem miał wielkiego pecha, bo oprócz wielu złamań , które przy dobrej opiece medycznej powinny się zrosnąć w trzy tygodnie, zwichnął sobie prawy staw barkowo-obojczykowy, więc po opuszczeniu murów kliniki czeka go długotrwała rehabilitacja. Może i nie miałby nic przeciwko chwilowemu odpoczynkowi od kontaktu z często zbyt wymagającymi turystami, gdyby nie dwa fakty: po pierwsze wielkimi krokami nadchodziły Święta Bożego Narodzenia, czyli okres, w którym mógł na nich najwięcej zarobić, a po drugie: odkąd tylko zjawił się znowu w Wielkim Jabłku zmuszony był zdecydowanie częściej wysłuchiwać żalów przybranej starszej siostry. W końcu, mając serdecznie dość tego stanu rzeczy, postanowił schować urażoną męską dumę do kieszeni i zatrudnić się jako kelner w Old Country Coffee, a że szybko znudziło mu się codzienne marnowanie cennych godzin w zatłoczonej komunikacji miejskiej, zaczął rozglądać się za bliżej położonym lokum do wynajęcia, którego pierwotny właściciel nie miałby nic przeciwko temu, by zamieszkał w nim razem ze wszystkimi pupilami. Na całe szczęście znalazł je zaledwie po kilku dniach wytrwałych poszukiwań. Może była to ciasna klitka jak na wymagania człowieka z czwórką sporej wielkości psów i kotem, ale przynajmniej nie musiał za nie przepłacać. Zresztą zakładał, że i tak prędzej czy później je opuści, toteż nie zamierzał narzekać.

***

Cytat w nagłówku pochodzi z kryminału Nóż autorstwa Jo Nesbø. 

03/12/2019

2120. I don't wanna hurt you but you live for the pain


I'm not tryna say it but it's what you became
You want me to fix you but it's never enough



Siedział na tarasie z łokciami wspartymi o uda. W jego dłoniach spoczywała butelka ze złocistym trunkiem. Obracał ją kilkakrotnie i czytał etykietę by znów obrócić szkłem. Siedział w domu swojego ojca. Czasem zastanawiał się, po co mu aż tak ogromna przestrzeń. Mieszkał tu tylko ze swoją żoną, a Gabriel za każdym razem kategorycznie odmawiał zajęcia jednej z sypialni. Ojciec upierał się, że zawsze znajdzie tutaj kąt dla siebie, ale Gabriel tego nie widział. To nie było jego miejsce, nie czuł się tutaj jak w domu. Miał wrażenie, że jest intruzem, który zakłóca spokój domowników, kolejnym problem który najlepiej byłoby wyrzucić za próg. Tutaj wszystko wydawało się takie perfekcyjne. Idealny dom z idealną rodzinką w środku. Gabriel nie wpisywał się w ten obraz. Był przeciwieństwem czegoś idealnego, przypominał raczej zepsucie w czystej postaci. Był wszystkim, czego jego ojciec nie chciał w swoim życiu: przeszłością i błędami, o których tak uporczywie starał się zapomnieć. Gdy usłyszał chrzęst szkła pod czyimiś butami, podniósł na chwilę wzrok.
— Nawet nie próbuj – mruknął kręcąc głową. Nie miał ochoty na pogawędki ze swoim ojcem, nie miał ochoty z nikim rozmawiać, bo to zawsze kończyło się tak samo. On wychodził na skończonego dupka, na egoistę, któremu na niczym nie zależy. Nikt go po prostu nie potrafił zrozumieć. Wszyscy wymagali od niego, by się zmienił, by bardziej się starał. Nikt jednak nie dawał z siebie tego samego.
— Powinieneś przeprosić Elen, ona tylko próbuje być dla ciebie miła, synu – zaczął mężczyzna. Gabriel prychnął i upuścił butelkę na ziemię. – Gabriel – starał się, by jego głos brzmiał poważnie i stanowczo, ale łamał się. Gabriel słyszał w nim rezygnację.
— Gdybyś zapomniał, miałem matkę, więc niech Elen w końcu zrozumie, że nie potrzebuję zastępstwa – warknął, podnosząc się z miejsca. — Poza tym dlaczego mam przepraszać za to, że jestem potworem? Nikt nigdy nie przeprosił mnie za zrobienie go ze mnie – dodał. Minął ojca zahaczając go barkiem. Nie miał ochoty ciągnąć tej bezsensownej rozmowy, która i tak do niczego nie prowadziła, jak zwykle zresztą. On się unosił, ojciec go upominał i koniec. Gabriel nie tego oczekiwał z jego strony. Chciał w końcu usłyszeć, że mężczyzna żałuje swoich wyborów, żałuje tego, co zrobił synowi. Nie, łatwiej udawać, że nic nigdy się nie stało, zwłaszcza że wszyscy wierzyli szanownemu prezesowi firmy, a nie dzieciakowi, który wyglądał, jak wyglądał.
— Nie jesteś potworem, synu, a jeśli tak sądzisz, są osoby, które mogą ci pomóc. – Gabriel roześmiał się, ale w jego głosie nie dało się wyczuć nuty wesołości. Znów zatrzymał gniewne spojrzenie na mężczyźnie, który niby był jego ojcem. Gabriel chyba nawet tego nie czuł. Nie widział w nim takiego ojca, jakim powinien być. – Widzę, że nie możesz otrząsnąć się po śmierci matki, pomimo tylu lat pielęgnujesz ten ból w sobie. Powinieneś porozmawiać ze specjalistą – ciągnął dalej, a gniew, który chwilę temu Gabe opanował, znów do niego powracał. Czuł jak zalewa całe jego ciało, jak wszelkie myśli odsuwają się od niego. Zwinął palce w pięści i zacisnął je tak mocno, aż paznokcie wbijały mu się boleśnie w ciało.
— To jest właśnie twój pieprzony problem! Nie słuchasz, nigdy tego nie robisz! Nie potrzebuję cholernego specjalisty – Z każdym kolejnym słowem jego głos drżał coraz bardziej i łamał się od nadmiaru gniewu i cienia rozpaczy. – Potrzebowałem ojca, wiele, wiele lat temu, a ty zjebałeś sprawę po całości, a nie każdy potrafi tak łatwo zapomnieć o błędach! Jesteś nikim dla mnie, nie jesteś ojcem, nie jesteś nikim ważnym. Jesteś cholernym tchórzem – wyrzucił z siebie po czym skierował się do wyjścia z domu. Przechodząc przez duży salon, w którym panował teraz nieład, zatrzymał się na chwilę, dostrzegając płaczącą na fotelu Elen. Ich spojrzenia na krótką chwilę skrzyżowały się.
— Oboje jesteście siebie warci – mruknął, po czym wyszedł, ignorując bałagan, którego narobił. Był cholernie wściekły, miał ochotę krzyczeć, aż zdarłby sobie gardło. Miał ochotę komuś przywalić, zgnieść kogoś na miazgę. Nie umiał poradzić sobie z furią, która rozsadzała go od środka. Nie zwracając uwagi na alkohol, który wcześniej wypił, wsiadł za kierownicę swojego samochodu. Miał teraz gdzieś, czy zatrzyma go policja, czy rozbije się na którymś zakręcie. Zdrowy rozsądek został zepchnięty w najciemniejszy kąt jego głowy. Wyjechał na drogę z piskiem opon. Włączył radio, które od razu podgłosił. Muzyka zagłuszała wszystko wokół niego, ale nie myśli, które dziko galopowały po jego umyśle. Zaciskał dłonie na kierownicy, nie myślał nad tym gdzie chciał jechać. Podświadomość sama skierowała go na obrzeża miasta, na opuszczone hangary. Widział kilka zaparkowanych wokół aut. Chwilę siedział w swoim i zastanawiał się czy wysiąść, czy odjechać. Był jednak zbyt wściekły, by zdobyć się na odjazd.
Wszedł do jednego z dużych budynków. Na różnych skrzynkach i innych przedmiotach siedziało kilka osób, skupieni byli na rozmowach, piciu i paleniu. Gabriela jednak interesowała grupka tłocząca się bliżej środka. To od nich dochodziły krzyki, gwizdy i wyzwiska. Podszedł najpierw do dwóch dziewczyn pijących wódkę, wyrwał jednej z nich butelkę i pociągnął kilka głębokich łyków. Zrzucił kurtkę z ramion i cisnął ją na ziemię. Przez chwilę jego ramiona drżały z zimna. Upił kolejne łyki, rozkoszując się pieczeniem w gardle. Wciąż przyglądał się grupie na środku, starając się zwalczyć nieodparte pragnienie dołączenia do nich. W końcu oddał butelkę dziewczynie o fioletowych włosach. Przelotnie na nią spojrzał, dostrzegł zbyt słodki uśmiech na jej okrągłej twarzy. Zignorował go i ruszył w stronę reszty. Stali w okręgu, otaczając dwójkę na środku. Blondyn górował nad rudowłosym chłopakiem. Był bardziej barczysty, miał długie ręce i wredny wyraz twarzy. Rudzielec przyjął na twarz kolejne ciosy. Miał ewidentnie złamany nos i rozwalony łuk brwiowy. Jego twarz zalana była krwią, która ściekała na błękitną koszulkę. Chłopak zatoczył się do tyłu i zderzył się ze ścianą ludzi. Ci jedynie pchnęli go do przodu, w wyniku czego nadział się na pięści blondyna. Kilka kolejnych ciosów trafiło w jego ciało i padł na ziemię jak długi. Wszyscy krzyczeli i wiwatowali na cześć zwycięzcy. Każdy zignorował omdlałego chłopaka, Gabs także. Adrenalina zaczęła buzować mu w żyłach, mieszając się ze złością, która nie chciała go opuścić. Przepchnął się do środka, odpychając kilka osób od blondyna. Sam do niego dopadł, bez słowa odwracając i celując pięścią w jego niemal zupełnie nie obitą twarz. Gabriel był znacznie wyższy od swojego przeciwnika, ale i sporo szczuplejszy. Nie myślał racjonalnie, kierował nim gniew i to on wyprowadzał kolejne szybkie ruchy.
Gabriel był w tym dobry, pamiętał dzień, w którym pierwszy raz trafił na takie miejsce. To James wprowadził go w ten świat, twierdząc, że to mu dobrze zrobi. Bił się bardzo często, był moment, że wraz z Jamesem robił to codziennie. Z początku obrywał, był głupim szczeniakiem, który porywał się na osoby większe i groźniejsze od siebie. Z czasem jednak szło mu coraz lepiej, aż w końcu zaczął wygrywać raz za razem i ludzie zaczynali się go bać. Jego gniew był tak ogromny i nieskończony, że nikt nie potrafił go zatrzymać. James był zadowolony bo wygrywał sporo gotówki na zakładach, a Gabriel pławił się w bólu, który sprawiał, że czuł że żyje. Po całym zamieszaniu był zawsze spokojniejszy i szybko nauczył się rozwiązywać problemy za pomocą pięści. Był w tym dobry, więc nie widział problemu. Zresztą nikt nigdy nie pokazał mu, że można inaczej. To był okres, gdy niemal otarł się o dno. Gdy codziennie wdział pijanego ojca, gdy niemal codziennie z jego ust słyszał, że to wszystko... że śmierć matki to jego winna, gdy codziennie od niego obrywał, bo po pijaku ojciec nad sobą nie panował. Gabriel chłonął to wszystko jak gąbka, nasiąkał tym, aż sam był lustrzanym odbiciem swego ojca. Później stawał się coraz gorszy, bo nie potrafił zawrócić. James mu w tym pomagał, wciągając go w coraz to nowszy bałagan.
Przed oczami Gabriela nie widniała twarz chłopaka, którego okładał pięściami. Widział twarz swojego ojca, widział wszystkie paskudne chwile ze swojego dzieciństwa. Śmierć matki, gniew ojca, puste butelki z alkoholem... Dość szybko pot i krew zaczęły mieszać się ze łzami. Kompletnie nad tym nie panował. Szumiało mu w uszach od nadmiaru wszystkiego. Nie dochodziły do niego żadne głosy. Był tylko on ze swoimi rozszalałymi myślami. Gdyby ktoś zechciał przyjrzeć się temu uważniej, dostrzegłby rozpacz zionącą od Gabriela. Jego wszystkie lęki i rozterki. W takich momentach był bardziej odsłonięty niż na co dzień. Nikt jednak, z tu obecnych nie był na tyle bystry. Poza tym nikt dobrowolnie nie chciałby pakować się w jego bagno.
Dość niespodziewanie poczuł kilka rąk na swoich ramionach, które wyrwały go z zamyślenia. Zaczął miotać się jak schwytane zwierzę, ale trzymało go dwóch facetów.
— Teraz tego pożałujesz – warknął jego rywal, którego Gabriel tak bardzo chciał zgnieść. Chłopak splunął krwią i skinął na kogoś ręką. Tłum nieco się rozstąpił, a przed Gabrielem stanął postawny szatyn. Znów zaczął się szarpać, licząc, że uda mu się wyrwać z uścisku. Na próżno. Zacisnął szczęki, szykując się na przyjęcie uderzenia. Trwało to kilka minut, może kilkanaście. Gdy było po wszystkim, leżał na chłodnym betonie, pozostawiony sam sobie. Nie przeszkadzało mu to. Ostatnim, czego teraz chciał to jakiegoś człowieka litującego się nad jego losem. Przekręcił się na plecy, krzywiąc się przy tym i klnąc. Czuł lepką krew na twarzy i koszulce, która kleiła mu się do ciała. Jednak największy ból odczuwał w okolicy brzucha i żeber. Nie dał rady się podnieść. Kręciło mu się w głowie, a ból wyginał jego ciało. Nie wiedział ile tak leżał i ile razy próbował podnieść się na nogi. Gdy zaczęło świtać, a pojedyncze promienie słońca wpadały do środka, znalazł w sobie na tyle siły, by wstać i dowlec się do auta. Nie powinien prowadzić, ale chciał dostać się na kampus, zmyć z siebie krew oraz kurz i paść do łóżka.

Hej! Po kilku nieudanych próbach w końcu jest :D Sama nie wiem co sądzić o tym poście, jest to fragment wyrwany z życia Gabriela. Mam nadzieję, że będzie się wam go przyjemnie czytało :) W tytule i cytacie Sofia Kalberg - Shameless. Dziękuję Rudej Paskudzie za pomoc z html i Los Angeles John Doe za poprawki <3

01/12/2019

2118. Aanima vilis


Wysiadł z pociągu i rozejrzał się niepewnie wokół. Część pasażerów ruszyła szturmem na najbliższe schody, pozostali rozglądali się na boki z równie niepewnymi minami jak Noah. W końcu wszyscy powoli przemieszczali się ku zejściu – stanie na peronie nigdy niczego sensownego nie przyniesie. Wraz z nimi i Noah podążył ku potencjalnemu światełku w tunelu i miejskiej wolności. 

Praga wywarła na mnie dobre wrażenie. Na dworcu – zwykłym i niezbyt nowoczesnym – zachowano fragment sufitu dawnego wystroju. Poczułem, że właśnie tego mogę się spodziewać – szacunku dla zabytków i dużej dawki historii. Nie zawiodłem się. Zabytkowa część Pragi jest obszerna i gdyby nie obecność nieprzebranych tłumów turystów, można byłoby się zanurzyć w atmosferze refleksji i podziwiać niezwykłe budowle. Masowość zabija klimat tego miejsca.
Gdybym miał powiedzieć, w czym zakochałem się w Pradze, powiedziałbym – w parkach.


https://images92.fotosik.pl/288/ba2c39bf9018605b.jpg https://images89.fotosik.pl/287/1a74af02aa7c1173.jpg

Noah zamieszkał w hotelu niedaleko stacji metra Můstek. Było to idealne miejsce dla kogoś, kto chciał łatwo wmieszać się w tłum. Ludzie przelewający się ulicą Na Můstku od placu św. Wacława ku Wełtawie, aby przejść się po moście Karola i potrzeć potężne figury świętych, których cudowne możliwości powinny już odmienić oblicze świata. Woolf zupełnie nie był zainteresowany tymi atrakcjami. Oczywiście planował wycieczkę po najważniejszych punktach starej Pragi, ale głównie ze względu na swojego bloga. Ludzie raczej nie chcieliby czytać o jakiego spacerach po wielkich blokowiskach i kupowaniu mrożonek.
 
https://images92.fotosik.pl/288/3ccb9a1e5455cb0f.jpg
Wełtawa robi łuk przez środek Pragi i wydaje się mu zupełnie nie przeszkadzać. Zrośnięte ze sobą przez wieki istnienia miasto i rzeka w pełnej symbiozie wydają się żyć własnym życiem, niezależnie od pomysłów mieszkańców. Siatki ulic, tramwajów i metra wtopiły się w hydronimiczny puls Wełtawy i jej odnóg. Ludzie są wszędzie, niczym mrówki w mrowisku…. Każdy biegnie w swoim kierunku, każdy z własną misją.
 


Następnego dnia Noah wstał rano i wyszedł zjeść śniadanie w jednej z pobliskich knajp. Miał ochotę na chwilę luksusu i napisanie nowego wpisu na bloga. Jego plany zostały szybko pokrzyżowane. Gdy tylko otworzył komputer, zaatakowała go lawina elektronicznej poczty. Część wiadomości wymagała natychmiastowej reakcji. Tak ze słodkich planów twórczej ekspresji utonął w biurokratycznym świecie oświadczeń, pozwoleń i obietnic. Dokończył śniadanie w towarzystwie tych i innych nieprzyjemności, gdy kątem oka zauważył coś po drugiej stronie ulicy. Coś? Lepiej byłoby powiedzieć kogoś, choć twarz ukryta była pod kapeluszem. I to nikogo nie zaskakiwało – dzień był słoneczny, co zapowiadało wysokie temperatury bliżej południa. Tak… lato w Europie to coś zupełnie nieprzewidywalnego…. Ale jednak z tym kapeluszem było coś nie tak, bo Noah zdecydowanie, choć bez pośpiechu, zgarnął swoje rzeczy do torby, przerzucił ją przez ramię, a na stole zostawił opłatę za śniadanie. Niby spokojnie, a jednak pewnie ruszył ku Rytířskej, następnie przez Perlovą i Uhelny Trh do Michalskiej. Z niej spokojnie skręcił w lewo, potem znowu w prawo i znalazł się na Jilskiej. Długo jednak nią nie szedł, ponieważ skręcił w Złotą, a z niej wprost w tłum idący Husową w stronę Klementinum. Tam jednak nie dotarł, gdyż odbił w prawo, zmierzając prosto na Plac Staromiejski. Tak. Noah nie był w Pradze po raz pierwszy. Co prawda jego poprzednia wizyta w tym mieście była krótka i miała charakter całkiem przypadkowy, ale Woolfowi wiele nie trzeba było, żeby odnaleźć się w nowym miejscu. Tak teraz dość sprawnie podążał uliczkami, z którymi zapoznał się poprzedniego wieczora, gdy ślęczał nad mapą Google. Kiedy dotarł na plac, przemknął się obok krążącej policji. Panowie wyglądali niegroźnie. Ich głównym zadaniem było przepędzanie bezdomnych spod fontanny i okolic kościoła św. Mikołaja.  
Noah skierował swoje kroki ku restauracjom po drugiej stronie placu. Zwolnił i wszedł między stoliki, jakby zamierzał się przysiąść. Niemniej wyszedł bocznymi drzwiami, minął łazienki znajdujące się po lewej stronie prześwitu między lokalami i wstąpił na schodki kościoła Najświętszej Marii Panny przed Tynem. Znalezienie tej świątyni dla niektórych jest sporym wyzwaniem, ale wycieczki Azjatów za swoimi sprawnymi przewodnikami docierają do niej bez przeszkód. Ich też głosy zapełniały mury gotyckiego kościoła. 
Woolf usiadł po prawej stronie w ławce. Wyglądał trochę tak, jakby się modlił. Nie rozglądał się wokół po strzelistych oknach, nie podziwiał wysokich sufitów, a zapatrzony w ołtarz spoglądał ze spokojem przed siebie. W rzeczywistości jednak oczekiwał. Przez pierwsze pięć minut był zupełnie spokojny. Ochłonął już po marszu wąskimi uliczkami zabytkowej Pragi. Kiedy jednak kolejne sekundy przemknęły niepostrzeżenie, zaczął się martwić. Czyżby zgubił swój ogon? Co prawda nie bez powodu zrobił spacer naokoło, ale… nie cały ogon miał mu odpaść. Jeden włos miał mu pozostać, jeden samotny… bez reszty niepotrzebnych kłaków.
Wtem poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Drgnął i spojrzał w górę. Potem uśmiechnął się krzywo i przesunął nieco, aby zrobić miejsce towarzyszowi.
– Już myślałem, że w końcu kopnąłeś w kalendarz, dziadku – rzucił złośliwym tonem, a mężczyzna odpowiedział mu tylko cichym prychnięciem.
– Nieznośny jak zawsze…  – mruknął Gregory Woolf z przekąsem. 
 
https://images92.fotosik.pl/287/466e55fddf38ed15.jpg Jednym z najbardziej znanych współczesnych artystów praskich jest David Černy – ekscentryczne rzeźby zwracają uwagę, zbierają tłumy wokół siebie i wywołują śmiech, zdziwienie lub oburzenie. Przyznam jednak, że widząc je… otrzymałem tylko to, czego się po nich spodziewałem. Nic więcej. Nie zachwycił mnie ich prześmiewczy charakter. Prawdziwą perełkę znalazłem przypadkiem. Niby pomysł nienowy, a jednak coś niesamowitego było w tym spotkaniu z rzeźbą (rzeźbami?). Może dlatego, że nie podszedłem tam wprost z ulicy. Schodziłem spokojnie parkowymi ścieżkami Małej Strany, gdy nagle ukazał mi się On. Choć „ukazał” to niewłaściwe słowo… Wpadłem między niego niespodziewanie, a kilkorgu turystów prosto w kadr. Oto on: Pomnik Ofiar Komunizmu.

Pierwszy raz Noah zobaczył dziadka, gdy miał dziesięć… może jedenaście lat. Nie wiedział wtedy, że miał do czynienia z najstarszym Woolfem. Był w domu z ojcem, podczas gdy mama udała się z Jen do fryzjera. Ktoś zadzwonił do drzwi, a ponieważ tata właśnie podgrzewał sobie i synowi obiad, to chłopak pobiegł i otworzył zasuwkę.
– Dzień dobry! Kim pan jest? – zapytał wesoły dzieciak.
– Ja do Jacka…. Jest może w domu? – zapytał dziwny człowiek o owalnej twarzy – chudy i ciemnowłosy.
– Tata? Tak…  – potwierdził niefrasobliwie Noah i zawołał głośno:
– Tato! Jakiś pan do ciebie!
Po krótkiej chwili do przedpokoju wyszedł Jack. Podszedł bliżej, a potem przyspieszył kroku.
– Nie nachodź mnie w domu! – rzucił z wściekłością i zatrzasnął przed gościem drzwi. Następnie obrócił się do syna. – Nigdy, ale to nigdy nie wpuszczaj go do domu, Noah. Nigdy nie pozwól, żeby zbliżał się do ciebie lub Jen. Jesteś za nią odpowiedzialny!
Słowa taty  zapadły chłopcu w pamięć i gdy kilka dni później zobaczył tego samego mężczyznę naprzeciwko swojej szkoły, wrócił do domu okrężną drogą. A kiedy kilka lat później próbował zagadać do Jennifer, Noah odciągnął siostrę i zabrał ją na lody.
 
https://images89.fotosik.pl/287/c338eeeea034010b.jpg 
Jedną z atrakcji kulinarnych Pragi stały się w ostatnim czasie trdelniki – pieczone ciastka z cynamonem, wanilią czy innymi dodatkami. Ich zapach kusi zmęczonych przechodniów, przyciąga amatorów słodkości, ciepłych przekąsek i zimnych smakołyków. Jedną z bowiem popularniejszych wersji tych walcowatych wypieków jest tdelnik z owocami, lodami i bitą śmietaną. Obezwładniająca dawka kalorii, których trudno sobie odmówić. 

 



Kolejny raz Noah ujrzał mężczyznę kilka dni po pogrzebie ojca. Młody Woolf poszedł odwiedzić swojego rodziciela na cmentarzu. Zamierzał posprzątać wokół nagrobka, jakby to miało w jakikolwiek sposób pomóc któremuś z nich – zmarłemu lub żywemu. Nim jednak najmłodszy Woolf dotarł do płyty nagrobnej, zauważył stojącego przy niej człowieka. Mężczyzna ten, dziwnie znajomy, stał w bezruchu nad grodem Jacka, a gdy Noah zbliżył się wystarczająco, by rozpoznać podejrzanego mężczyznę, ten obrócił się do chłopaka i zlustrował go uważnie wzrokiem.
– Nie jesteś do niego podobny, Noah. I pewnie nigdy nie będziesz…. – pokręcił głową. – Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy.
I odszedł. Bez słowa współczucia czy zrozumienia, dla cierpiącego chłopaka. Noah jeszcze długo zastanawiał się, czego nieznajomy mógł od niego chcieć i jakie znaczenia miały jego słowa. W końcu młody Woolf uznał, że byłby to zapewne tylko brednie pijaka, którymi nie należy się przejmować. Mimo tak racjonalnego postawienia sprawy, niepokój w Noah rósł…. Aż pewnego dnia ponownie spotkał Gregorego Woolfa.
 
Gdybym miał wskazać miejsce w Pradze, które warto odwiedzić z partnerką, zasugerowałbym Wyszehrad. Oczywiście nie jest to miejsce wolne od turystów, ale wyraźnie większość z nich to Czesi. Poza tym przychodzi tam wiele rodzin z dziećmi i par, ponieważ można rozłożyć w parku kocyk i odpocząć. A jeśli chce się zaimponować swojej sympatii wiedzą, można podejść do jednego z wielu punktów widokowych przy murze otaczającym teren i opowiedzieć kilka słów o mieście. Pokazać panoramę miasta i popisać się wiadomościami. Można to samo zrobić na cmentarzu, ale mimo wielu sław tam spoczywających, atmosfera raczej nie sprzyja romantycznym uniesieniom.
Miało to miejsce w małym miasteczku we wschodniej Francji. Noah pracował na laptopie przy stoliku jednej z kawiarni. Aby zyskać nieco więcej cienia do pracy w to słoneczne popołudnie, Woolf wybrał sobie jeden z lokali ukrytych przed ognistą kulą gazową pod osłoną majestatycznego łuku triumfalnego przy wejściu na Plac Stanisława, którego centralnym punktem był pomnik polskiego króla – Stanisława Leszczyńskiego. Noah ślęczał wytrwale nad esejem z literatury. Decyzja, żeby pójść na studia okazała się szaloną. Nie tylko zupełnie odwykł od regularnego uczenia się, to jeszcze system edukacji europejskiej zupełnie nie przystawał do tego, co chłopak zapamiętał ze szkoły. Niemniej brunet pierwszy raz od dawna czuł, że zależy mu na czymś godnym pochwały, że wreszcie robi coś, z czego ojciec mógłby być dumny. Gnany tą myślą Noah czytał kolejne linijki napisanego samodzielnie tekstu, poprawiał błędy i pilnował, żeby żadna nieuważna omyłka nie wkradła się do pracy, która nagle stała się dla niego bezcennym skarbem. Kiedy następnego poranka zanosił gotowy esej do profesora, czuł się tak, jakby oddawał część swojej duszy. Nie wiedział wtedy jeszcze, że słowo pisane stanie się jego prawdziwym i jednym towarzyszem na wiele lat…
Tymczasem jednak stał w obliczu wyzwania, co pozbawiało go świadomości tego, co dzieje się wokół. Niemal nie zauważył, że ktoś dosiadł się od stoliczka obok, a tym bardziej nie zastanawiał się, czy jest w centrum zainteresowania przybyłego. Noah błądził palcami po klawiaturze, starając się uporządkować rozbiegane myśli. Niekiedy podnosił głowę, a wtedy można było wyłapać jego nieobecne spojrzenie i całkowite zamyślenie. Z tego słodkiego stanu wyrwał Woolfa miękki, kobiecy głos.
– Proszę pana…. Ten pan obok chciałby postawić panu kawę. Czy przyjmie ją pan? – zapytała usłużnie. Woolf spojrzał w górę swoimi pełnymi zdziwienia oczami, a następnie obrócił się w stronę nieznajomego, który postanowił poczęstować go kawą. Zdziwienie chłopaka wzrosło, gdy rozpoznał w mężczyźnie tego dziwnego człowieka, który pojawiał się co kilka lat, a jego wizyty były puste, nic niewarte i krótkie jak przebłysk. Noah powoli skinął głową. Od lat męczył go niepokój, ale i ciekawość związane z tą osobą.
Nieznajomy uśmiechnął się, wstał i przesiadł się do młodszego. Kelnerka znikła, by przynieść zamówienie. Mężczyźni przez chwilę patrzyli się na siebie, ale to Noah pierwszy przerwał ciszę.
– Kim pan jest? – zapytał, a napięcie słychać było w jego głosie.
– Twoim dziadkiem, Noah. Jestem Gregory Woolf.  Miło mi cię wreszcie poznać. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, ale w tym uśmiechu nie było nic, co mogłoby wzbudzić zaufanie w młodym Woolfie.
 
https://images91.fotosik.pl/285/7309db11969a3aba.jpg
Zwiedzanie miast europejskich przypomina mi czasem odchylanie okładki zeszytu, z którego uczeń chce ściągnąć na teście. Spacerując po nowoczesnych miastach, mijając nowoczesne udogodnienia, człowiek podąża ku przeszłości, chce zajrzeć do tego, co już było, sprawdzić, czy może dobrze zapamiętał odpowiedź... Przepisywać właściwe rozwiązanie. Niestety nie widzi całości, co może prowadzić do jeszcze większego błędu. To, że coś wygląda nieskazitelnie, powinno być zastanawiające. Jakim cudem to przerwało, a coś innego nie? Może wcale nie jest tak, że przetrwało to najlepsze, a jedynie to, co było z gruntu rzeczy złe, tchórzliwe i nikczemne? A może to tylko zabawa szalonego zegarmistrza, który wybiera, czy w tym miejscu ma stać zamek czy pusta dziura w ziemi – jedyny ślad dawnej cywilizacji.
Oh! Jakie piękne wejście na Hradczany!
 

To pamiętne spotkanie w Nancy odbiło się na późniejszych relacjach z Noah z Gregorym. Nie zostali kompanami. Nie zbudowali też bliskiej relacji. Nauczyli się za to od siebie wiele i przeżyli niejedną groźną sytuację. Przypominali bardziej dwóch bohaterów serialu o Dzikim Zachodzie niż wnuka i dziadka. Noah też nigdy nie wybaczył mu zostawienia swojej rodziny na pastwę losu. Ich relacja ograniczała  do czerpania korzyści i wyciągania się z kłopotów, gdy trzeba było. Nie dzwonili do siebie, nie pisali bez potrzeby. A Noah nikomu nie wspominał o tym, że znalazł zaginionego przed laty dziadka. Gregory jednak w ostatnim czasie wyraźnie się postarzał i zaczął coś przebąkiwać o powrocie do Stanów Zjednoczonych. Spotkanie w Pradze w ogóle nie zaskoczyło Noah. Gregory potrafił pojawić się w każdym miejscu w Europie i fakt, że nadal miał pozwolenie na wjazd do każdego kraju, był chyba jakimś błędem rzeczywistości.
Rozmowa w kościele Najświętszej Marii Panny była jednak inna niż pozostałe. Pierwszy raz uzgodnili miejsce i czas kolejnego spotkania. I wiedzieli, że obaj dotrzymają terminu.
 
https://images91.fotosik.pl/287/065f6fda77d761e4.jpg
Mój pobyt w Pradze powoli dobiega końca. Zobaczyłem chyba wszystkie opisywane w moim przewodniku miejsca i kilka takich, dla których nie starczyło papieru. Zmęczyli mnie turyści, zafascynował wszechobecny impresjonizm, rozkochałem się parkach. Jest ich tak wiele! Przemawiają do mnie również wysepki na Wełtawie. Gdyby ludzie nie byli takimi brudasami (to chyba pewna stała niezależnie od kraju), można byłoby miło odpoczywać na brzegu rzeki. Urzekły mnie stare uliczki, nauczyłem się pić piwo do każdego posiłku i już wiem, jak przeliczać te całe korony. Tymczasem to moje pożegnanie z Czechami. Już wkrótce zapowiem, dokąd dalej poniosą mnie nogi….

Noah przeszedł alejką między nagrobkami i stanął przed tą właściwą płytą. Z cichym westchnieniem stwierdził, że wokół wyrosło już wiele nowych grobów. Woolf potarł palcami płytę.
– Cześć, tato… Jen sobie radzi. Ten jej facet chyba jest w porządku. Przynajmniej w sprawach fundamentalnych się zgadzamy… I pewnie byś go polubił. Na pewno się nią zaopiekuje lepiej ode mnie. Tak… wydaje się wystarczająco rozgarnięty, żeby za nią nadążyć. A u mnie? Też dobrze…. Chociaż pewnie nie wszystko byś pochwalił. – Noah zamilkł i odetchnął. Krótki raport złożony. Reszta może pozostać niedomówieniem. A jednak mężczyzna nie odszedł. Stał spokojnie niczym pogrążony w zadumie członek rodziny nad grobem bliskiej osoby. Nie było widać, że uważnie nasłuchuje i na coś czeka.
Kiedy do jego uszu dotarł dźwięk, którego tak bardzo mu brakowało, drgnął i wyraźnie się rozluźnił. Zrobił krok w bok, a na jego miejscu stanął człowiek już w podeszłym wieku, którego siwizna walczyła o przetrwanie z przeważającymi siłami łysiny. Ubrany elegancko z kapeluszem dopiero co zdjętym z głowy, dodającym mu ekscentrycznego wyrazu. Oczy mężczyzny był zaś żywe i przebiegały po wszystkim bystro i z uwagą. Mimo lat nadal potrafiły przyciągać i hipnotyzować. Widać, że nie był to człowiek, którego łatwo zaskoczyć.
– Nienawidził cię, wiesz? – odezwał się Noah. Gregory skinął twierdząco głową.
– Tak…. Dał mi to kilka razy do zrozumienia – odparł spokojnie mężczyzna.
– Trudno go winić…  – mruknął wnuk.
– I ty mi to wypominasz? – usłyszał kpiącą odpowiedź dziadka. Noah nie odpowiedział. Stali przez chwilę i wpatrywali się w nagrobek. Młodszy Woolf był świadomy tego, że jego własne zamiłowanie do podróży, ryzykanctwa i spontaniczności genetycznie pochodziło od stojącego obok przodka.
Po chwili starszy mężczyzna ponownie się odezwał:
– Potrzebuję jakiejś sali. Najlepiej żeby była wystawowa, ale konferencyjna też wchodzi w grę.
Noah skinął głową.
– Da się załatwić – mruknął.
–  Naprawdę nie chcesz się przyłączyć? – nie po raz pierwszy zapytał wnuka Gregory.
– Już ci mówiłem, chcę żyć spokojnie… Możliwie jak najszybciej chcę wyjść z tych wszystkich przekrętów i zacząć żyć normalnie i przeciętnie – powiedział rozdrażnionym tonem. Dziadek odpowiedział mu cichym prychnięciem.
– Nudny się robisz…. No nic. Nie będę naciskał. W każdym razie wpadnij chociaż.
– Nie… to dzień ślubu Jennifer. Nie mógłbym jej wystawić – wyjaśnił. Gregory spojrzał na niego z ciekawością. Nigdy nie dopytywał o wnuczkę. Nie dlatego, że nie była tego godna – po prostu z opowieści Noah wynikało, że jest to osoba w pełni kierująca się sercem, a to oznaczało, że nie byłaby w stanie zbudować z Gregorym relacji na jego zasadach.
– Hmmm…. Może wyślę jej jakiś prezent? – mruknął.
– Nie istniejesz dla niej…  – przypomniał mu Noah.
– Nie powiedziałeś jej o mnie? Oj, ty mój hultaju – zaśmiał się Gregory. – To nie wyślę…. Albo wyślę na gwiazdkę. Opowiesz jej o mnie, prawda? W końcu dobrze byłoby, żeby wiedziała o tamtym…
Noah poruszył się nerwowo i spojrzał na dziadka, a w oczach młodego Woolfa błysnęła niebezpieczna iskra.
– Chyba nie zamierasz….? – urwał.
– Oczywiście, że tak! A niby po co to wszystko robię? – udał głębokie zdziwienie. Noah nie znajdował na to odpowiednich słów. Wiedział niewiele o podejrzanych interesach dziadka, ale wystarczająco dużo, żeby nie dopytywać. Niewiedza jest często błogosławieństwem. A w przypadku ludzi pokroju starego Woolfa to nawet gwarant bezpieczeństwa w razie starcia sądowego lub mniej oficjalnego rozrachunku. W to, co Gregory kombinował w Nowym Jorku, Noah nie zamierzał się angażować pod żadnym warunkiem. Wszelkie zapewnienia dziadka, że będzie to jego ostatni przekręt i dlatego musi być pełen rozmachu i pompatyczności, ale z pełnymi pozorami wszelkiej legalności, tym bardziej nie zachęcały wnuka do podjęcia inicjatywy w tej sprawie. Wiedział jedno: Gregory chciał zarobić dość kasy, żeby żyć spokojnie do śmierci.
– A o sobie jej powiesz? – podjął temat Gregory. Noah spojrzał na niego przelotnie.
– Tak… już wkrótce – zapewnił. 

Nieznany filantrop otwiera Fundację „Auxilium” na rzecz utalentowanych plastycznie dzieci. Już dziś w Art Auction House & Gallery odbędzie się aukcja, z której dochód zostanie przeznaczony na stypendia dla uczniów szkół podstawowych. Te nowo odkryte talenty jeszcze zachwycą świat. Do nabycia w trakcie spotkania będą dzieła sztuki, rzeźby, pamiątki po znanych artystach i celebrytach, między innymi marynarka Michaela Jacksona czy złote spinki Harrisona Forda. Aukcja rozpocznie się o 20.00, następnie obędzie się poczęstunek, podczas którego pojawić się ma niesamowita niespodzianka! 

Noah ostatni raz spojrzał na ogłoszenie i westchnął. Poprawił krawat, chwycił marynarkę i wyszedł z mieszkania. Nie chciał się spóźnić na ślub własnej siostry.
[Za graficzne opracowanie noty odpowiada cudowna i niezawodna Black Dreamer. Dziękuję!]

23/11/2019

2117. Queen of rain and the broken lines

 Notka pisana z porywem serca, od kilku miesięcy, a więc nie mogła być krótsza. Serdecznie dziękuję za każdy przeczytany wers - wciągającego stąpania po historii! 
Udźwiękowienie: Dua Lipa & Martin Garrix: Scared to be lonely oraz Roxette: Fading like a flower; It Must Have Been Love; Queen of rain; Things Will Never Be The Same.







It was great at the very start
Hands on each other
Couldn't stand to be far apart
Closer the better


Czy wiesz jak to jest stać nad przepaścią? Kroczyć po cienkiej linie, całkowicie samotnie, stawiając krok za krokiem, tylko po to, by przedostać się na drugą stronę, nierzadko bawiąc się z losem w ten sposób w ciuciubabkę? Czy wiesz jak to jest, kiedy nagle oddech zamiera ci w płucach, serce przestaje bić, a przed oczami pojawia się ciemność?
Jeden zły ruch, a nie będzie już odwrotu.
Nie możesz się zatrzymać. Musisz kroczyć przed siebie, bo pozostanie w takiej sytuacji na dłużej tylko skraca twój czas na ratunek. Zastanawiasz się, zaledwie przez ułamki sekund, bo nie potrafisz przecież użyć czarodziejskiej różdżki, żeby wskazówki zegara poruszały się wolniej. Myślisz — wytężasz umysł tak bardzo, że zmuszasz go do pracy na najwyższych obrotach. Aż boli cię każda tkanka, kiedy z całych sił powstrzymujesz się przed podjęciem złej decyzji, choć nie masz żadnego pojęcia, która — tak naprawdę — będzie tą właściwą. Pozostaje ci jedynie cofnąć się (lecz czy nie będzie to marnotrawstwo?) lub iść dalej, nie będąc pewnym, czy ów lina na pewno wytrzyma kolejny ciężar. Czy nie przeciągniesz tej struny, która tylko z wierzchu wydawała się żelazna, w rzeczywistości będąc tak kruchą, iż rozerwałaby się nawet przy intensywniejszym nacisku. Walczysz ze sobą, ze swoimi demonami na plecach i aniołami nad głową, nie mogąc się w pełni skupić. Ciągle słyszysz w uszach wwiercający się w samą duszę szum, w pewnym momencie zamieniający się w truciznę i roztaczający ją po całym organizmie. I jeśli nie odważysz się spróbować, umrzesz na samym środku, dokładnie pośrodku niczego. Nie wrócisz do pewniejszej, choć boleśniejszej przeszłości — bo nie da się odwrócić tego, co już się stało, można to jedynie w pamięci przeżywać raz jeszcze — ani nie zaczniesz gnać w nieznane, w dalszym ciągu szukając odpowiedzi. Nie przekonasz się, czy cała dotychczasowa podróż była cokolwiek warta, jeśli ugniesz się i padniesz na kolana przed strachem, jaki goni cię od dobrych paru miesięcy. I nie dowiesz się też — co może być, w zasadzie, z tego wszystkiego najgorsze — kim jesteś. Z czego się składasz. Czego potrzebujesz. Co chcesz widzieć każdego ranka, a przy czym zasypiać każdej nocy. Nie przekonasz się o tym i nie posmakujesz prawdziwej egzystencji, jeśli tak po prostu zmarzniesz w czeluści, która pochłonie cię w minucie, nie pozostawiając po tobie nawet rozdmuchanego przez wiatr prochu. Nikt nie będzie o tobie pamiętał, ponieważ zrobiłeś wszystko, by stać się kojarzonym, ale w dalszym ciągu kimś obcym. Nikt nie zapłacze nad twoim grobem, którego, szczerze mówiąc, nie będzie. Bo wciąż będziesz tylko chodzącą marą, nieco bardziej rozgrzanym trupem, z rozerwanym na kawałki sercem, wypaloną duszą i dogasającym umysłem. A wszystko to stanie się tylko dlatego, że nie potrafiłeś wybrać. I — w efekcie — zrezygnowałeś też z samego siebie.
Bo ile można uciekać przed sobą?


Make-believing we're together,
that I'm sheltered by your heart.
But in and outside I've turned to water
like a teardrop in your palm.


Sierpień,  2019 rok, Nowy Jork

Lato w Nowym Jorku było zaskakujące. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie tę porę roku w Wielkim Jabłku, spodziewając się raczej dużo niższych temperatur, niż takich, jakie występowały w jej rodzinnym Los Angeles. Doskonale pamiętała, jak w upalne dni chowała się z bratem pod największym drzewem, gdzie zawsze panował delikatny chłód. Matka przynosiła im wtedy świeżą lemoniadę, z całą masą kostek lodu, stawiając dzbanek na małym szklanym stoliku. Obydwoje z Noah dopadali do szklanek, wyrywając sobie z rąk większe naczynie. Wywoływało to w rodzicielce tylko głośne westchnienie i po chwili serię skarceń, a całą sytuację musiał ratować ich ojciec, zawsze pozostający odrobinę z boku. Był tajemniczy; zawsze pomocny, wyciągający do kogoś dłoń jako pierwszy, przepraszający nawet za coś, co nie było jego winą. Doskonale potrafił słuchać, był najlepszym przyjacielem, jakiego można było sobie wymarzyć. Prawdziwy bohater dla takiej małej dziewczynki, jaką była Jen. I nawet po latach, kiedy wszystko między Edith a Jackiem się zmieniło, panna Woolf w dalszym ciągu widziała w nim swoją opokę, kogoś, za kim nie sposób było nie tęsknić. To nic, że dzieliło ich mnóstwo mil — wciąż chętnie latała do Nowego Jorku, gdzie mogła odwiedzać również brata, za którym tęskniła notorycznie każdego dnia, coraz bardziej. Przyzwyczaiła się do nowej sytuacji (rozwód rodziców przecież nie mógł się równać z klęską żywiołową, prawda?), chociaż z początku bywało naprawdę trudno. Ale czy mogło być cokolwiek ważniejszego dla dziesięciolatki na tyle, aby stanęło na drodze między nią, a ukochaną rodziną?
Lecz Jack miał również swoją drugą twarz. Tą skrytą, przyczajoną, o której nie mówiło się zbyt wiele, bo też nie było okazji, żeby ów temat poruszać.
Jako prawnik, a dokładnie mówiąc adwokat, wiele razy miał do czynienia z podejrzanymi ludźmi. Był bardzo inteligentny, oczytany, sprytny, a także miał dziwny talent do spostrzegania, po czyjej stronie naprawdę leży wina, umiejętnie doprowadzając do skazania faktycznego winowajcę. Po pewnym czasie jego zdolności stały się zauważalne dla coraz większego światka, również tego bardziej niebezpiecznego, a nazwisko Woolf sławne w danych kręgach. Przez to jednak zaczął być jeszcze większym niż do tej pory samotnikiem, zamkniętym w sobie człowiekiem, bardziej cichym i milczącym, niż podkreślającym własną obecność. Lecz dzięki temu zyskał także miano jednego z lepszych w branży, dodatkowo gromadząc na koncie w banku coraz to większe sumy. Nigdy nie obnosił się z własnym bogactwem, chcąc prowadzić życie takie, jak do tej pory — bez przepychu, drogich bibelotów, skupiając się tylko na tym, co jest w tym wszystkim najważniejsze.
I gdy tak patrzył na swoją przeszłość oraz to, do jakich wyrzeczeń zmuszona była jego żona, śmiał się głucho w duszy, chociaż było w tym więcej gorzkiego żalu, niż uznania i dumy.


In a time when the sun descends alone
I ran a long long way from home
To find a heart that's made of stone



Wigilia, 1987 rok, Los Angeles

W pewnej rezydencji od samego rana krzątały się gosposie, kamerdyner doglądał, czy wszystko jest już gotowe, poprawiając nawet krzywo położone sztućce. Ogromne, kilkuramienne świeczniki zdobiły środek stołu, a obłożone były gałązkami świerku i przyklejonymi do nich bombkami, oczywiście drogimi i z najwyższej półki. Choinka, prawie pięciometrowa, sięgająca do samego sufitu, ustawiona była w holu, naprzeciwko głównego wejścia. Goście musieli czuć przecież zachwyt i zdumienie od samego progu, czując w nozdrzach docierające zapachy wykwintnych dań i porozwieszanych na drzewku piernikach. Nawet marmurowe posadzki, w kolorze kości słoniowej, lśniły niczym lustro, aż można było się w nich przejrzeć. Kate bowiem dbała o każdy, nawet najmniejszy szczegół, doniośle dając znać służbie, jeśli coś jej się nie spodobało. Dlatego też ganiała swojego męża do jego pracowni, by wyciągnął najlepsze i najczęściej nagradzane fotografie, oprawiając je w specjalne pozłacane ramki, żeby zaproszeni celebryci mogli zatrzymać się przy nich na chwilę i z teatralną fascynacją rozprawiać o ich sensie przy lampce wina o wyrafinowanym smaku. Wszystkie podobne rzeczy wystawiane były na monumentalnym kominku, gdzie była modelka pozwalała swoim córkom wywiesić dwie drobne skarpety bożonarodzeniowe, choć miały już one ukończone te magiczne osiemnaście lat. Było to dla niej jednak na tyle urocze — a zdarzało się to naprawdę rzadko — że element ten stał się częścią corocznej tradycji.
Gdy dochodziła godzina dwudziesta, krzesła stały od stołu w idealnej odległości, dębowe kanapy pokryte jedwabiem zostały odkurzone, a srebrna i kryształowa misa z owocami spoczęły na osiemnastowiecznej ławie, pani Jones zeszła z piętra po schodach w długiej czarnej sukni, mającej przy ramionach bufki, a na szyi diamentową kolię, wszyscy obecni w pomieszczeniu wstrzymali oddech. Mimo czterdziestu dziewięciu lat wyglądała na co najwyżej trzydzieści pięć, zachowując wciąż młodość i energię, jaką pozazdrościć jej mogła niejedna nastolatka. Wystarczyło jedno spojrzenie wydobywające się spomiędzy czekoladowych tęczówek, aby osoba przykuwająca jej uwagę poczuła się niepewnie, lub by serce przyspieszyło momentalnie, skacząc niemal do gardła z podekscytowania. Kate Jones była perfekcyjną gwiazdą gal i przyjęć, żywiącą się pochlebstwami i złudzeniami. Stworzyła własny szklany dom, w  którym pełno było intryg, knowań i iluzji idealnej, obrzydliwie bogatej rodziny.
Inaczej było z panem tejże rezydencji. Michael Jones od zawsze przypominał typowego, głęboko pochłoniętego przez artystyczny świat fotografa, który dostrzegał sztukę dosłownie wszędzie, gdzie się tylko odwrócił. Miał doskonałe wyczucie stylu, smak, w jakim zakochał się Waszyngton, a potem cała Północna Ameryka. Szybko stało się o nim głośno także w Europie i Australii, gdzie przebywał jednorazowo po kilka miesięcy. Trafił przez to na nieszczęsne salony, choć wcale nie było mu do nich śpieszno. Ale to tam właśnie poznał swoją przyszłą żonę, będącą wtedy jeszcze początkującą modelką, pozującą dla krnąbrnych i zapatrzonych w siebie “artystów”... Zupełnie takich, jak ona sama.
Co ich więc połączyło? Świat bogaczy wciąga, bardzo szybko uzależniając od siebie wszystkie delikatne dusze, nie mające na tyle samozaparcia, by się od niego wyzwolić, czy nawet nie dać się mu ponieść. Kiedy jednak spędza się tyle czasu z kobietą, która była przecież żywym utożsamieniem bogini seksu i marzeniem wielu innych mężczyzn, nie dało się obok tego wszystkiego przejść obojętnie i samoistnie zrezygnować z tworzenia własnego, unikatowego królestwa.
W pewnym momencie więc Michael stał się jednym z nich, rozkoszując się trucizną, jaka rozlewała się po jego żyłach przez te wszystkie lata, zamieniając go wreszcie w więźnia złotej klatki, jaką też sobie sam zbudował.
Dlatego też, choć był od swojej wybranki o pięć lat starszy, przypominał dużo bardziej człowieka grubo po pięćdziesiątce, z posiwiałymi włosami, ale jednocześnie wciąż zachowującego przystojną twarz i pozostałe kształty wziętego, przed laty do cna prawdziwego fotografa.
— Och, gdzie jest mój mąż? Gdzie jest moja córka? — zawołała Kate, rozglądając się po salonie.
— Szykuje się — odparł Michael, który zjawił się tuż po niej. Usiadł na wygodnym meblu, całkowicie bagatelizując zakaz żony dotyczący nie ruszania niczego, co mogłoby się pognieść, do czasu nadejścia pierwszych gości. — Pewnie wciąż słucha tego rozkrzyczanego zespołu z różami i bronią w nazwie i próbuje udawać, że chwilowo jest niewidoczna dla świata.
— Ha! Nigdy jej się to nie uda. Nie z tą fryzurą. Chociaż… Nigdy nie będzie potrafiła przykuć na sobie uwagi, tak jak ja. Tylko jedna może być królową. A ona nigdy mi nie dorówna — przewróciła oczami i machnęła dłonią, krzywiąc się wyraźnie. Nie cierpiała tej mody na stroszenie włosów, skórzane kurtki i przylegające do ciała lateksowe spodnie, którymi zachwycały się wszystkie młode panny, przy okazji wzdychając do “mężczyzn” przypominających lalki. Jak one mogły? Całkowite bezguście!
Mężczyzna spojrzał na szatynkę spode łba, pokręcił głową i zasłonił oczy dłonią, nie mogąc zrozumieć, jak Kate mogła wyrażać się tak o własnej córce. Pomimo tego, iż sam zaczynał powoli przestawać zwracać uwagę na cokolwiek, co działo się w tym domu, to jednak gdzieś w głębi serca wciąż tliła się ta iskierka normalności, błagająca o pomoc przed całkowitym wygaśnięciem. On jednak skutecznie zagłuszał ją każdego dnia, skupiając się tylko na swoich pasjach, jakimi były kolejne odkrycia naukowe i dwa psy rasy Corgi, którym poświęcił całą nową serię zdjęć. Ewidentnie zapomniał o tym, kim kiedyś był.

— Czy ktoś widział moją książkę?
Małżeństwo obejrzało się za siebie, dostrzegając w rozsuwanych drzwiach młodszą z córek. Edith urodą przypominała matkę, jeśli zaś chodziło o charakter, nie był on zbliżony do żadnego z rodziców. Może jedynie niektóre cechy odziedziczyła po ojcu, lecz zarówno ona, jak i jej siostra, zdecydowanie odstawały od szablonowego środowiska, w jakim się obracały.
Kate zmierzyła wzrokiem brunetkę, unosząc wysoko brwi.
— Edith! Co się stało z twoją suknią?! — jęknęła, opierając opuszki na swoich skroniach. — To była perła od Coco Chanel! Co ty z nią zrobiłaś!
— Wymagała odświeżenia — wymamrotała dziewczyna, patrząc na dół ubrania, który był pocięty w szerokie pasy, a w talii sukienka została przepasana grubym, skórzanym paskiem. Uwielbiała pokazywać, że nie jest porcelanową kukłą, którą chcieli z niej zrobić. Buntowała się, stawiała na swoim, choć wciąż po części była uległa toksycznej rodzicielce. Nie mogła żyć pełnią życia, wiecznie czując na swoich barkach śledzący ją wzrok Kate. — Teraz wygląda lepiej.
— Jak ty się pokażesz gościom!
— A jeśli już o nich mowa… Jack też przyjdzie.
Niezręczna cisza zapanowała w salonie, przez co tykanie antycznego zegara spotęgowało się znacznie, przełamując chłód i pustkę, jaka ziała ze spojrzenia pani Jones.
Kate ułożyła dłonie w pięści, powstrzymując się przed nadchodzącym atakiem furii.
— Nie.
— W takim razie mnie też nie będzie — Edith odwróciła się na pięcie, kierując się w stronę wyjścia. Tym jeszcze bardziej rozzłościła matkę, która ruszyła za nią w pogoń, mocno łapiąc za przedramię.
— Nigdzie nie idziesz!
— To jeszcze się zdziwisz! — warknęła, próbując wyswobodzić się z jej uścisku. Wtedy w holu pojawił się Michael, przyglądając się całemu zajściu. Obrazek ten przypominał mu scenę sprzed paru lat, kiedy to Helen zachowywała się w podobny sposób. Była mniej niepokorną duszą, niż młodsza Jonesówna, lecz sama również pragnęła decydować o własnych wyborach, co nie było w tej rodzinie takie oczywiste i proste.
Kate złapała córkę za włosy, zaciągając ją z powrotem do salonu, ale w pewnym momencie poślizgnęła się, potrącając akurat idącego z tacą kieliszków kamerdynera. Całe szkło spadło na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Edith w locie zderzyła się z jednym z odłamków, przez co po chwili z jej dłoni zaczęła płynąć krew. Opadła bezwiednie na posadzki, sycząc z bólu i zaciskając zranione miejsce. Od razu podeszła do niej jedna ze służących, próbująca przyjrzeć się nacięciu. Pan Jones nawet o milimetr nie ruszył się z zajmowanego miejsca, ponieważ za bardzo przyzwyczajony był do takich sytuacji, przez co nie wywoływały w nim już one żadnych emocji. Kate zaś stała nad córką oddychając ciężko.
— Zapomnij o nim! Więcej się z nim nie zobaczysz!
— I co? Zrobisz to samo, co z Helen? Też mnie wydziedziczysz?! — krzyknęła, biorąc od pracownicy ręcznik, którym owinęła dłoń. — Czy ty zawsze musisz postawić na swoim? Nie potrafisz zrozumieć, że nie dla każdego liczą się pieniądze, że są też inne wartości w życiu? Kim ty, do cholery jesteś, żeby zarządzać moim życiem?! — wbiła w nią swój przepełniony złością i żalem wzrok, chociaż w środku czuła olbrzymią bezradność. Serce rozrywało się dziewczynie na pół; mimo wszystko kochała rodziców, ale nie mogła pozwolić na to, by zniszczyli ją i przemienili w aktorkę ich własnego przedstawienia, w którym udziału brać nie miała zamiaru.
Przygryzła mocno dolną wargę, spuściła wzrok i westchnęła ciężko.
— Wstydź się. I nie waż się więcej mówić o swojej siostrze. Dla mnie już nie istnieje — wycedziła przez zęby beznamiętnym tonem, prostując się i poprawiając suknię. — Nie będziesz spotykała się z kimś bez przyszłości, kto nie ma ani grosza przy duszy. Co ty sobie myślisz, dziewczyno?! Że będziemy narażać dobre nasze nazwisko dla publicznego pośmiewiska? Bo sobie córka Jonesów wybrała bękarta bez grosza przy duszy! Początkującego prawnika, który pewnie daleko nie zajdzie. Phi, jesteś śmieszna! — prychnęła, a potem zaśmiała się szyderczo, odwracając się od niej i idąc do salonu.
— Jestem w ciąży.
Kate myślała, że zaraz dostanie zawału. Cała aż zbladła, a krew, jeśli w ogóle jakakolwiek pozostawała jeszcze w tym zimnym na wskroś ciele, odpłynęła z jej głowy, przez co przed oczami miała jedynie ciemność.
— Co? — wydukała po paru sekundach, w tym momencie spoglądając na męża. Który, nawiasem mówiąc, wreszcie się chyba czymś przejął.
Odwróciła się z powrotem w jej stronę, podchodząc kilka kroków bliżej.
— Co ty powiedziałaś?
— Jestem w ciąży. Będę miała dziecko. Jack jest ojcem.
Wymierzyła siarczyste uderzenie w policzek Edith. Tak mocne, że młoda dziewczyna aż się zakołysała.
— Na Boga, Kate! Co ty wyprawiasz! — wrzasnął Michael, ruszając się z miejsca i podbiegając do córki. — Już całkowicie ci rozum odjęło?! — warknął, pomagając Edith wstać. W tym samym momencie rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Kamerdyner, cały roztrzęsiony, podbiegł je otworzyć. Również zbladł, gdy zobaczył przed nimi Jacka.
— Przepraszam… Najmocniej Pana przepraszam, ale to nie jest dobry moment… Musi Pan iść… — wyszeptał, próbując ratować i tak patową sytuację. Młody Woolf zmarszczył jednak tylko brwi i przedarł się do środka, natychmiast rzucając się w stronę ukochanej.
— Rany, Edith, co się stało, co tu się dzieje?! Nic ci nie jest? Kochanie? — dopytywał, biorąc dziewczynę w swoje ramiona i przytulając ją mocno do siebie. Przez dłuższą chwilę nie spoglądał nawet w stronę jej rodziców, skupiając się tylko i wyłącznie na swojej wybrance.
— Jack, powinniśmy wyjść… — wymamrotała, zerkając nieśmiało na matkę. — Nie jestesmy tu mile widziani…
Są takie momenty w życiu, kiedy trzeba podjąć wspomnianą wcześniej decyzję, która zaważyć może na całej przyszłości i mieć konsekwencje nawet w kolejnych pokoleniach. Zrobić krok, którego piętno odciśnie się na tyle mocno, by nawet i sto lat po pewnych wydarzeniach dzieci z danego domu rodziły się ze znamieniem, jakie wypalać ich będzie doszczętnie każdego dnia i każdej nocy, prześladować w marzeniach i szarych codziennościach, nawet o tym nie wiedząc. I nie będzie się  dało tego cofnąć. Choćby próbowało się wszystko zmienić, zacząć od nowa, jeszcze raz. Nie będzie się dało zmienić przeszłości.
Oddychała ciężko, a jej wzrok płonął niemal ogniem piekielnym, wyrwanym prosto ze zgorzkniałego, przesiąkniętego zgnilizną serca. Pięści zaciskały się coraz bardziej, a ciało się trzęsło.
— Jak teraz wyjdziesz, nigdy więcej nie wrócisz — wycedziła przez zęby Kate, wręcz morderczymi odczuciami oblewając sylwetkę Woolfa. — Albo to teraz skończysz, albo znikniesz jak siostra — dodała, tym razem do Edith. To nie musiała się długo zastanawiać. Wyprostowała się, otrzepała sukienkę, zrobiła kilka kroków do przodu by stanąć twarzą w twarz z matką. Uśmiechnęła się pod nosem, a potem zaczesała kilka kosmyków za jej ucho, gdy kula w gardle zaczęła się rozrastać. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuła w sobie takiej odwagi wymieszaną z niepewnością, czy to wszystko jej się śni, czy może jawa postanowiła sobie z niej szyderczo zakpić.
— Przykro mi, że nie potrafisz już czuć szczęścia. I jeszcze bardziej mi przykro, że nie wiesz, czym tak naprawdę jest miłość — wyszeptała, przygryzając mocno dolną wargę. Mierzyła się z nią na spojrzenia jeszcze przez kilka sekund, które zdawały się trwać całą wieczność. A potem, po dostrzeżeniu całkowitej pustki w oczach Kate, popatrzyła na ojca, by się z nim pożegnać. Mała łza spłynęła po jej policzku, bo chyba tylko tego jeszcze żałowała — że nie potrafiła uratować Michaela przed tą całą klęską. I nawet nie żywiła już do niego żalu. Wiedziała, że przesiąkł doszczętnie trucizną.
Jack nie mówił nic. Wiedział, że to już dalej nie miało żadnego sensu. Wiele razy wcześniej próbował załagodzić ten irracjonalny konflikt, który zżerał wszystkich po kolei. Może tak po prostu było lepiej?
— Możesz mi podać płaszcz? — zapytała kamerdynera, ogromnie walczącego z tym, żeby nie zamienić się w jedną wielką fontannę. Skinął jedynie głową i pobiegł po odzienie, pomagając dziewczynie się w nie ubrać. Ręce mu drżały, a usta wykrzywiały się w widocznym grymasie. Wiedział jednak, że to było właściwe rozwiązanie. Że może dzięki temu zacznie żyć inaczej. Normalnie.
— Proszę na siebie uważać, panienko…
Uśmiechnęła się pod nosem, całując go czule w policzek. A potem… Potem złapała za rękę swojego przyszłego męża, z którym miała w kolejnych latach doczekać się dwójki dzieci i mając jeszcze wtedy nadzieję, że los się faktycznie i do niej uśmiechnie. Bo ile można być nieszczęśliwym…?
Nie obejrzała się już ani razu. Po prostu wyszła. Zniknęła, nigdy więcej nie stawiając w tym domu ani jednego kroku. Zamknęła za sobą całkowicie drzwi przeszłości, rozpoczynając kolejny etap. Zupełnie inny, składający się z całej gamy emocji, sytuacji i przeżyć, wcale nie tych najlepszych. Ale jedno musiała przyznać — i tak było to zdrowsze, niż pozostanie w trumnie przyszykowanej przez matkę.
Głucha cisza zapełniła pomieszczenie, ale taka aż wwiercająca się w uszy. Wszyscy milczeli, nie mogąc się poruszyć. Co tu się właściwie wydarzyło?
Michael nie mógł uwierzyć, że sytuacja sprzed paru lat się powtórzyła. Jak mogło się to stać i z drugą córką? Stał tak pogrążony i sparaliżowany, jedynie mrugając. Kate zaś przełknęła z trudem, wbijając spojrzenie w zamknięte drzwi wejściowe. Wzięła głęboki wdech, pokręciła głową i skierowała się do salonu.
— Posprzątajcie to. Zaraz przyjdą goście.
— A panienka…? — zapytała jedna ze służących, ściskając w dłoniach zakrwawiony kawałek materiału. Wtedy Kate przystanęła tuż przy kominku, patrząc na dwie świąteczne, rozwieszone skarpety.
— Nikogo takiego tu nie ma. I nigdy nie było — odparła w końcu z trudem, dłoń umieszczając na cienkim sznurku, na którym zawieszone były ozdoby. I ją zaczęło w końcu otaczać coś niezrozumiałego; czyżby wreszcie pojawił się ból? — A teraz do pracy, mamy do przejścia święta — dodała beznamiętnym tonem, chwytając mocno skarpety i wrzucając je do płonącego ognia.
I tak zerwała się pierwsza lina.

Jack i Edith przemierzali ulice, nie mając pojęcia, dokąd teraz się udać. Wdrapali się więc na sam dach jednego z wyższych budynków, dzięki czemu mieli przepiękny widok na roztaczające się wokół nich miasto, które nigdy nie zasypia.
Dziewczyna westchnęła głośno, opierając dłonie o betonową barierkę.
— Co my teraz zrobimy, Jack…? — zapytała cicho, spoglądając na ukochanego. Ten, choć jego samego trawiła przeokropnie ta niewiedza, objął ją ciasno ramionami, układając dłonie na brzuchu brunetki, a brodę opierając na jej ramieniu.
— Nic. Będziemy żyć. Tak po prostu, dalej. Nasza historia się przecież nie skończyła. Dopiero się zaczyna — wyszeptał prosto do jej ucha, gładząc palcami materiał sukienki. — Kocham cię i to jest najważniejsze. Reszta już się poukłada. Tak po prostu już musi być. A ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, że mogę cię mieć i być tutaj z tobą. Jesteś dla mnie wszystkim, Edith. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I musisz wyjść za mnie, bo inaczej zaraz skoczę z tego dachu i się zabiję, jeśli…
— Czy ty mi się właśnie oświadczasz? — mruknęła zdumiona, odwracając się do niego przodem. — Naprawdę tego chcesz?
— Nie pragnę niczego bardziej! Obudź się, dziewczyno. To wszystko jest tylko dla nas. Inni mogą o tym tylko pomarzyć… — dodał, ponownie odwracając ją w stronę miasta, by jeszcze raz zerknęła na te wszystkie światła. — One płoną tylko dla naszych oczu. I tak długo, jak się świecą, tak będziemy trwać. Razem. Nawet, gdyby miał się skończyć świat, a Nowy Jork w końcu zasnąć. Ale ja chcę się przy tobie budzić każdego dnia. I tyle mi teraz wystarczy… Już nigdy nie będziemy sami.
Edith uśmiechnęła się krótko, zamykając oczy i opierając się tyłem o ciało bruneta. Zacisnęła mocno dłonie na jego rękach, próbując już o tym wszystkim nie myśleć.
Odpowiedź była w tym momencie zbędna. Doskonale wiedział, że się zgodziła. Bo czy mogłoby być inaczej?


Is it just our bodies?
Are we both losing our minds?
Is the only reason you're holding me tonight
'Cause we're scared to be lonely?
Do we need somebody
Just to feel like we're alright?
Is the only reason you're holding me tonight
'Cause we're scared to be lonely?



Michael patrzył na oddalającą się kobietę, jak kiedyś sądził — miłość jego życia. Teraz nie wiedział, co do niej czuje. Czyżby aż tak się pomylił? Co przy niej jeszcze robił? Dlaczego nie wybiegł za córką, obiecując jej, że wszystko będzie dobrze? Że jej pomoże? Dlaczego stał, tak po prostu, i nic nie zrobił? Co go opętało? Czy Kate naprawdę była aż tak zła, do szpiku kości…?

Too much time, losing track of us
Where was the real?
Undefined, spiraling out of touch
Forgot how it feels


All the messed up fights
And slamming doors
Magnifying all our flaws
And I wonder why
Wonder what for
It's like we keep coming back for more


A może po prostu stał się dokładnie taki, jak ona? Może nie potrafił już inaczej? Wsiąkł w ten obłudny świat, samemu pragnąc go bardziej? A może… Może kochał ją wciąż, chorą i bezsensowną miłością, która krzywdziła innych, a od której nie potrafił się uwolnić? Może byli po prostu siebie warci…
Pozostając w pałacu ociekającym złotem, kłamstwami, fałszem i ciszą.     
Lecz nigdy nie zapomniał.


Even when we know it's wrong
Been somebody better for us all along
Tell me, how can we keep holding on?
Holding on tonight
'Cause we're scared to be lonely



Sierpień, 2019 rok, Nowy Jork

Przechadzając się uliczkami cmentarza zastanawiała się, ile jeszcze może się zdarzyć. Ile będzie w stanie znieść? Co przyniosą kolejne miesiące? Czy uda jej się wreszcie porozumieć z  bratem, na którego tak długo polowała? I co wtedy powie matce? Edith przecież tak bardzo chciała, by wrócił do domu…
Stanęła nad grobem ojca, zaraz przyklękając tuż obok. Wzięła głęboki wdech, uśmiechnęła się delikatnie, odrzuciła włosy do tyłu i położyła dłoń na kamieniu, sunąc nią w dół.
— Cześć, tato. Dawno się nie widzieliśmy — zaczęła, palcami drugiej dłoni bawiąc się źdźbłami trawy. — Przepraszam, że nie przychodziłam, ale… Wiesz, jest w końcu parę spraw… Tego akurat nie muszę ci tłumaczyć — zaśmiała się cicho i pokręciła głową. Wtedy trochę spoważniała. — Ktoś się pojawił w moim życiu. To ktoś bardzo ważny. W zasadzie, to znaliśmy się już jakiś czas, ale… To niesamowite — otworzyła szerzej oczy i poprawiła pozycję. — Zakochałam się, wiesz? Tak naprawdę. Tak całkowicie i… To jest naprawdę to. Mężczyzna mojego życia, wyobrażasz sobie? Przepraszam, ale musisz mu trochę ustąpić miejsca — dodała szczerząc się szeroko i przyciągając do siebie nogi, by objąć je ramionami. — Nie sądziłam, że coś takiego mnie spotka. Na pewno nie w tym roku… Zaręczyliśmy się. Naprawdę! To wszystko dzieje się tak szybko… Ale niczego nie żałuję. Naprawdę niczego — przyznała z iskrami w oczach, oddychając lżej. — To chyba ktoś taki, no… Ktoś, kim była dla ciebie mama na początku. Pamiętam, jak opowiadałeś, jak między wami było… Chociaż nie. Przepraszam, ale nie obraź się. Między nami jest inaczej — zmarszczyła brwi, opierając podbródek na kolanach. — Wierzę ci, że to wszystko było prawdziwe. Że tak mocno się kochaliście. Postawienie się babci musiało wiele kosztować — westchnęła, przypominając sobie pewną opowieść. — Ale mam wrażenie, że to, co jest między mną, a Jeromem (bo tak ma na imię), jest dużo prawdziwsze. I nie sądzę, by tak mi się tylko wydawało teraz, kiedy jesteśmy jeszcze w sobie tak mocno zakochani. Bo… U nas nie będzie żadnego  jeszcze. Jestem pewna, że u nas trwa to już. I nie wyobrażam sobie bez niego życia. W tym chyba jesteśmy podobni, hm? — uniosła jedną brew, zerkając na nagrobną płytę. — Obym tylko miała trochę więcej szczęścia… Wiem, że mi tego życzysz, tato. Wiem, że akurat ty chcesz tego na pewno… — zmarszczyła brwi, stając się nagle smutną i zamyśloną. — Nie można odpuszczać prawdziwej miłości, prawda? Trzeba zrobić wszystko, by ją przy sobie zatrzymać. Walczyć do samego końca. Tego mnie przecież uczyłeś. Nie ważne, co będzie dalej. Miłości nie można odrzucić… Tym bardziej taką. Jedyną i tak niesamowitą. Która już nigdy się nie powtórzy… Dzięki której nauczyłam się oddychać. Dzięki niemu naprawdę zaczęłam żyć, tato. I stałam się prawdziwie wolna. Spojrzałam na siebie inaczej. Wreszcie zaczęłam siebie dostrzegać. Nawet o czymś takim nie śniłam  — dodała, patrząc w dal. Zupełnie tak, jakby wypatrywała horyzontu swojej przyszłości, na którą teraz już czekała z otwartymi ramionami, chcąc przytulić ją i ucałować, a potem dbać o nią do końca swoich dni. Pielęgnować niczym najrzadszy kwiat, ale nie pod szklaną kopułą, a na bezkresnej, wysłanej wiarą i szczęściem łące. Takiej, na jaką ów roślina zasługiwała. Niesplątaną żadnymi sznurkami, w celu dodatkowego podtrzymywania. Sama musiała nabrać właściwych kształtów. Dojrzeć by roztaczać woń słodkich, prawdziwych, naturalnych odczuć. I nie była potrzebna do tego żadna linka… Która przecież mogła się w końcu zerwać. A natura nie potrzebowała wzmocnień — sama potrafiła się bronić. I właśnie w ten sposób nadawać sens życiu człowieka. Ten, którego nie dało się rozerwać.
I właśnie taka była ich miłość — nie dało się jej zatrzymać; biegła szybko i rosła bujno. Nawet bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać…
— Obiecuję, że będę szczęśliwa. Że będę próbować. I się nie poddam. Nawet, gdybym miała być bardzo cierpliwa. I postaram się wytłumaczyć to wszystko mamie… Chociaż nie wiem, czy coś do niej dotrze. W końcu dla mnie jest zupełnie inna… Ale teraz muszę walczyć o Jerome’a. I o to, by tu został. Aż się boję myśleć, co będzie za kilka miesięcy. Jak jeszcze zaskoczy mnie życie?

I will try, I just need a little time
To get your face right out of my mind
To see the world through different eyes
Every time I see you oh I try to hide away
But when we meet it seems I can't let go
Every time you leave the room I feel I'm fading like a flower


Fading like a rose
Fading like a rose
Beaten by the storm
Talking to myself
Getting washed by the rain
It's such a cold cold town
Oh, it's a such cold town



Listopad, 2019 rok, Nowy Jork

Jesień też potrafi być idealną porą na wspomnienia. Może nawet lepszą, niż wczesna wiosna? Opadające z drzew liście symbolizują przemijający czas, a ich kolory mogą przywodzić na myśl wszystkie sytuacje, od tych ognistych po przesyconych nadzieją, jakie zdążyło się przeżyć. Chłód oplatający przez nieco mocniejszy wiatr czasem przecina kości, a czasem czesze jedynie włosy, powodując w głowie szum. Nierzadko chciałoby się od tego uciec, ukryć w ciepłym i bezpiecznym schronieniu, a potem po prostu przeczekać. Stać nie robiąc nic, po prostu patrząc. A może i nawet zamykając oczy, wyobrażając sobie coś znacznie lepszego, daleko stąd. Miejsce, w którym marzą znaleźć się wszyscy, gdzie troski i zmartwienia nie dotykają człowieka. Gdzie nie trzeba zmierzyć się z bolącą prawdą, wykonać trudne zadanie. Czasem i zwykła rozmowa może wywoływać na ciele ciarki, zwłaszcza wtedy, gdy nie wiadomo, jak zareaguje na pewne wieści druga osoba, a finał spotkania może być wręcz nieobliczalny. Czy więc lepiej byłoby się cofnąć? Lub tak po prostu zatrzymać pośrodku niczego?
Już zostało ustalone, że to nie ma sensu. I nie ma żadnego odwrotu od tego, co nadejść musiało. Czy się tego chciało, czy nie. Nie dało się biegu zdarzeń zatrzymać. A jedynie mieć nadzieję, że świat nie skończy się zaraz za rogiem, po zderzeniu z inną rzeczywistością. Bo przecież każdy ma swoją własną.
Dawno jej tu nie było. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz przechadzała się tymi ścieżkami. Ile to już minęło lat? Do czego to wszystko doprowadziło?


In that big old house
there are fifty beds
and one of them leads to your soul.
It's a bed of fear,
a bed of threats,
regrets and sheets so cold.
All I knew your eyes so velvet blue,
I've been in love before, how about you?
There's a time for the good in life…



Rozglądała się po wszystkich nagrobkach, szukając tego jedynego. Wreszcie weszła w wąską alejkę, pośród drzew, robiąc kolejne kilkanaście kroków i stając przed białym, gładkim kamieniem. Westchnęła bezgłośnie, ściskając w dłoni białą lilię. Uśmiechnęła się krzywo, zmarszczyła brwi, po czym pochyliła się, by położyć roślinę na ziemi.
— Witaj, Jack — szepnęła, prostując się. Przez dłuższą chwilę po prostu patrzyła, nawet o niczym nie myśląc. Zrobiła usta w dzióbek, następnie schowała dłonie do kieszeni, rozglądając się dookoła. Może nie powinna tutaj przychodzić? — To Jen tak o ciebie dba, czy Maybel wciąż żwawo cię dogląda? — zażartowała, przyglądając się każdemu kawałkowi nagrobka. Był czysty, niemal lśniący. Jakby był postawiony dopiero wczoraj. — A może ktoś inny też cię odwiedza…? — dodała, spuszczając głowę. Zamknęła oczy i zasłoniła twarz dłońmi, kręcąc delikatnie głową. — Może chociaż ty wiesz, gdzie jest nasz syn? Boże, co może się z nim dziać… — mruknęła, przenosząc dłonie na kark. — Nigdy sobie tego nie wybaczę, Jack. Co ja właściwie zrobiłam? Dlaczego akurat tobie? — zmarszczyła czoło, patrząc na niebo. — Przecież dobrze wiesz, że nigdy bym go nie skrzywdziła. To mój Noah! Dlaczego tak strasznie mnie nienawidzi? Błagam cię, daj mi znać, jak mam odzyskać syna… — jęknęła, siadając na murku. Czuła ogromną niemoc, jej serce pękało na pół, a niematerialne kolce przebijały duszę Edith, nie pozwalając myśleć o niczym innym. — Jak mam to wszystko zmienić? Wierz mi, że nie potrafię przejść do porządku dziennego… Minęło już tyle lat, a ja dalej nie potrafię… Jack, gdzie jest nasze dziecko?! — dodała łamiącym się głosem, ścierając łzy z policzków. — Zrobiłabym dla niego wszystko. Naprawdę wszystko. Już tak długo czekam… Dlaczego Jen go jeszcze nie znalazła? — westchnęła, odchylając głowę do tyłu. — Nawiasem mówiąc, mam się z nią dzisiaj spotkać. Ma chłopaka, wiesz? Ale pewnie ci już o tym mówiła. Podobno jest szczęśliwa. Tak słyszałam. Nie mamy za bardzo ze sobą kontaktu… — mruknęła, rozglądając się na boki i nie bardzo wiedząc, jak to wszystko wyjaśnić. — Może chociaż ją spotka inny los? Jak myślisz, Jack? Czy to jest w naszej rodzinie możliwe? Czy kobiety z mojej linii potrafią nie niszczyć tych, których kochają najbardziej? — rzuciła w stronę kamienia, wyciągając z kieszeni chusteczkę. Przetarła nią twarz, chwilę wpatrując się w zmoczony materiał. — Żałuję, że to wszystko się stało. Żałuję, że nie potrafiliśmy załatwić tego inaczej. Brakuje mi ciebie, Jack. Naprawdę za tym wszystkim tęsknię. A teraz jest już za późno… Wiesz, że to ten dzień? Dokładnie dzisiaj wzięliśmy rozwód.
Została tam jeszcze kilka minut, a potem niespiesznie wstała, szykując się do drogi powrotnej. Jednak w którymś momencie zatrzymała się, obróciła na pięcie i jeszcze raz podeszła do nagrobka, kucając przy nim. Złożyła pocałunek na swoich dwóch palcach, po czym przytknęła ich opuszki do zimnej płyty.
— Mam nadzieję, że tam ci jest lepiej. Spokojniej. I że już nie czujesz bólu. Nawet nie wiesz, jak byś się nam wszystkim tutaj przydał… Trzymaj się, Jack. I mam nadzieję, do zobaczenia.



Lay a whisper on my pillow,
leave the winter on the ground.
I wake up lonely, there's air of silence
in the bedroom and all around.

Touch me now, I close my eyes and dream away.



A potem odeszła, pozostawiając za sobą zimne miasto umarłych, zasnute mgłą i obsypane różnokolorowymi liśćmi. Kolejne spadały za nią, z każdym kolejnym krokiem, tworząc charakterystyczną ścieżkę. Kobieta płakała, nie mogąc uspokoić swego rozedrganego serca, kiedy wszystkie wspomnienia nagle zaczęły uderzać w nią z całą mocą, nie pozwalając głęboko oddychać.
— Wybacz mi za wszystko, co ci zrobiłam. Wybacz, że to wszystko skończyłam. Wybacz mi, proszę, że to wszystko się stało. Błagam, pomóż mi to wszystko naprawić… Może nie jest jeszcze za późno?


It must have been love but it's over now.
It must have been good but I lost it somehow.
It must have been love but it's over now.
From the moment we touched 'til the time had run out.



Niebo, które do tej pory było dosyć przejrzyste, pokryło się całe chmurami, z których zaczęły spadać ciężkie jak ołów krople. Siekały twarze przechodniów, moczyły ubrania do suchej nitki, atakowały wszystko, co spotkały na swojej drodze. Nagle zrobiło się ciemno, a mrok przykrywał każdą możliwą przestrzeń, utrudniając ludziom dostrzeżenie czegokolwiek. Nawet najsilniej świecące latarnie nie były w stanie przebić się przez tę ścianę czerni, jaka oblała Wielkie Jabłko. A to, co wydawało się dobre, znikało w tle, robiąc miejsce smutkowi, przygnębieniu, wyjącej z głodu pustce i totalnemu rozbiciu.
Właśnie to teraz czuła. Dokładnie tak samo, jak wiele lat temu, gdy postanowiła zboczyć z drogi, by iść inną, już nie wspólną ścieżką. Zrobić błąd, który odcisnął swoje piętno na kolejnym pokoleniu. I którego już nie dało się wymazać. A znalezienie dobra w tym wszystkim przychodziło niesamowicie ciężko, wręcz było to niemożliwe. I choćby nawet prosto w twarz Edith świeciło słońce, ona by tego nie dostrzegła. Wciąż pozostając w deszczu wspomnień.
I tak zerwała się druga linia.


It's time to place your bets in life,
I've played the loser's game of life,
dream about the sun you queen of rain.    
     


Ledwo dotarła do kawiarni, gdzie umówiła się z córką. Nie widziały się od dobrych kilku miesięcy i jedynie, co Edith wiedziała, to to, że Jen kogoś ma i że zostaje na stałe w Nowym Jorku. Gdy o tym usłyszała, przeraziła się. Jak mogła znaleźć Noah, siedząc tylko w jednym miejscu? Czy było to w ogóle możliwe?
Otworzyła szybko drzwi, zaczesując kilka kosmyków za ucho, które również ociekały wodą. Nie wzięła ze sobą parasola, więc przypominała boginię wyciągniętą prosto z morza, bądź też wielką kostkę lodu, który powoli zaczynał topnieć. Oba te określenia pasowały do niej idealnie.
Rozejrzała się po sali, próbując dostrzec blondwłosą dziewczynę. Jednak ona zrobiła to pierwsza; panna Woolf wstała i podeszła do wejścia, wciąż będąc w płaszczu. Również dopiero co przyszła.
Niepewnym krokiem zbliżyła się do brunetki, chowając dłonie w kieszenie. Wzięła głęboki wdech, zmarszczyła brwi i uśmiechnęła się blado.
— Cześć, mamo… — wymamrotała, spoglądając na nią delikatnie przechyloną głową. Kobieta zdjęła z siebie przemoknięte ubranie, odwieszając ja na hak. Potem stanęła naprzeciwko córki, głównie przyglądając się jej twarzy. Było w niej coś innego… Dziwnie znanego, ale zapomnianego. Te iskry, to spojrzenie…
— Witaj, Jen — odparła, rozciągając nieco kąciki ust. — Usiądziemy? — zaproponowała, nie do końca wiedząc, jak się zachować. Czuła jakąś obcość, tak samo, jak dwudziestoparolatka, która utrzymywała się między nimi, powiększając dystans. Jennifer tylko skinęła głową i wzruszyła ramionami, prowadząc ją do wcześniej wybranego stolika. Obie przy nim usiadły, spuszczając głowy. Wtedy też kelner przyniósł zamówienie dziewczyny, stawiając filiżankę i parujący czajnik na blacie.
— A dla Pani?
— Kawę poproszę. Czarną, zwykłą — odpowiedziała Edith, rzucając mu miłe spojrzenie. Jen przyglądała się temu uważnie, poruszyła niespokojnie brwiami, a następnie oparła o stół łokcie, by złączyć w powietrzu dłonie. Poczekała, aż mężczyzna odejdzie, by podjąć próbę rozmowy z matką. Przecież po to się tutaj spotkały, prawda?
— Nie mówiłaś, że będziesz w Nowym Jorku… — zaczęła, nalewajac sobie do filiżanki naparu. Brunetka odchrząknęła, nieco się wyprostowała i przejechała dłonią po szyi.
— Jakoś tak wyszło.
— Czyli jak zwykle — odparła sucho, odkładając dzbanek. Kobieta zmarszczyła brwi, uważnie się jej przypatrując.
— Wszystko w porządku? — zapytała, mają wrażenie, że coś się zmieniło.
Nagle cię to obchodzi? Pomyślała, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Konflikt był i tak już zbyt duży, więc nie chciała go pogłębiać. Wręcz przeciwnie — miała nadzieję (choć w tym przypadku było to głupie), że matka coś zrozumie. Cokolwiek. Że raz się przejmie i zachowa się tak, jak by to było, gdyby chodziło o Noah.  Wtedy by przecież poruszyła ziemię i niebo…
— Powiedzmy — odpowiedziała w końcu, chwytając porcelanę. Zacisnęła usta, obserwując pojawiające się na wierzchu cieczy okręgi, powstające pod wpływem drżeń rąk blondynki. — Jest coś, o czym muszę ci powiedzieć…
— Masz kogoś, wiem — mruknęła, skinieniem głowy dziękując kelnerowi za kawę, którą właśnie przyniósł. Złapała za ucho naczynia, przykładając je sobie do warg.
— Nie kogoś. Mam narzeczonego, mamo. Jestem z nim od kilku miesięcy. Za kilka tygodni bierzemy ślub. W zasadzie… Za tydzień. Czas szybko leci — powiedziała szorstko, upijając łyk herbaty i również obserwując swoją rozmówczynię. Jedna brew podskoczyła ku górze, kiedy Edith zamarła, z trudem przełykając gorącą kawę, którą akurat miała w ustach. Zakaszlała, zrobiła wielkie oczy, położyła obie dłonie płasko na stole, próbując pozbierać myśli. Zabrakło jej słów, dosłownie. W końcu potrząsnęła głową, opadła na oparcie krzesła i zmierzyła Jen spojrzeniem. Dalej czuła, że coś jest nie tak.
— Gratuluję… — wydukała. — Coś jeszcze?
Jennifer miała ochotę parsknąć jej prosto w twarz, ale jedyne, co zrobiła, to uśmiechnęła się pod nosem, odłożyła filiżankę i skrzyżowała palce swoich dłoni, pochylając się nad stołem.
— Ma na imię Jerome i chciałby cię poznać. Jest w naszym mieszkaniu. Bo mieszkamy razem — dodała, czując narastający strach. Powoli zmierzała do tego, co głównie chciała wyjawić. Co było celem całego tego spotkania. Ale tak cholernie się tego bała… Spuściła wzrok, analizując w głowie wszystkie pojawiające się zdania. Których użyć? Które były najbardziej logiczne?
W międzyczasie Edith przełożyła nogę na nogę, poprawiając marynarkę i spodnie. A Jen, nie wiedząc, co zrobić, po prostu wstała i zdjęła wreszcie płaszcz, tym samym pokazując już sporych rozmiarów brzuch. Trzęsła się cała, ale za żadne skarby nie chciała tego po sobie pokazać. Stała tak, tuż przy matce, czekając, aż ta się jej znów przyjrzy. I kiedy to już zrobiła, zdumienie Edith przerosło wszelkie wyobrażenia; brunetka aż złapała się mocniej krzesła, gdy jej serce zaczęło kolejny raz tego dnia pędzić jak szalone. Gorąc przelewał się z gardła do głowy, potem szybkim uderzeniem przedostawał się do reszty tkanek. Tysiące myśli i wspomnień oplatały jej duszę i umysł, stawiając ją znowu w centrum wydarzeń lat 80-tych, kiedy postanowiła zmienić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Tępo wpatrywała się w brzuch córki, który ta objęła dłońmi. Aż otworzyła szerzej usta, czując ciarki na całym ciele.
Oddech blondynki zaś przyspieszył. Świat zakręcił się wokół niej, krew się zagotowała, a nogi zmiękły przez co myślała, że zaraz zemdleje.
— Czternasty tydzień. Nie spodziewałam się tego. Nikt się nie spodziewał. Tak, mamo. Będę miała dziecko — przyznała, marszcząc brwi i czekając, ciągle czekając, aż rodzicielka coś zrobi. Dlaczego, do cholery, wciąż się nie ruszyła? Dlaczego tylko patrzyła? Czemu nie okazała żadnych uczuć? Dlaczego ciągle milczała?! Czemu chociaż raz nie potrafiła pokazać, zwłaszcza w takiej chwili, że z nią jest? Że mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło, jednak będzie mogła liczyć na jej pomoc? I dlaczego, kurwa, Jen się łudziła, że tym razem będzie inaczej?
Łzy zaczęły napływać do oczu panny Woolf, gdy tak mijały kolejne minuty, a świat nagle jakby stanął w miejscu. Wszystko ucichło, były tylko one dwie — kobiety, które były sobie tak bliskie, a jednocześnie tak obce i dalekie, jak dwie planety w układzie słonecznym. Niepotrafiące ze sobą egzystować, nie raniąc się nawzajem. Chociaż, czy aby na pewno działało to w obie strony…?
— Nic nie powiesz? — mruknęła młodsza, powoli tracąc cierpliwość. Wtedy Edith jakby coś zaczarowało — zamrugała kilka razy, czując się niesamowicie ciężko. Jakby przebiegła kilkanaście mil w kilka minut, przy okazji zabierając całe zło świata ze sobą i zarzucając je sobie na plecy. Czy właśnie działo się dokładnie to samo, co ponad trzydzieści lat temu? Czyżby jej zmarły były mąż właśnie dawał jej szansę na odkupienie? Czy to jest ta szansa, o którą tak błagała, chociaż spaliła za sobą niemal wszystkie mosty? Czy role się odwróciły i teraz to ona trzymała asa w rękawie, czy inną magiczną kartę, dzięki której mogła zmienić los ich wszystkich?
— Moja Jen jest w ciąży… — wyszeptała niemal niesłyszalnie, przez co blondynka dostrzegła jedynie ruchy jej ust i jakiś szelest. Edith podniosła wzrok na twarz dziewczyny, zupełnie nie wiedząc, co się dzieje. Czy ów los sobie kpił? — Jesteś w ciąży… — powtórzyła głośniej, zasłaniając usta dłońmi. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. — Moja córka będzie miała dziecko — ciągnęła, wstając. Dotknęła nieśmiało dłoni panny Woolf, co dawało wrażenie porażenia prądem. Obie nie potrafiły określić tego, co się właśnie między nimi działo, ale… Jen miała wrażenie, jakby następował przełom, jakby gdzieś daleko na niebie chmury przecierały promienie słońca, a deszcz powoli ustawał. Czyżby nareszcie dotarło do nich światło?
Nie spodziewała się tego. Nawet nie śniła o tym, że matka powie do niej cokolwiek w ten sposób. Ciepły, pozbawiony oczekiwań. Czysty i prosty. Z odrobiną radości. Że wreszcie i ją zauważy. Dlatego też obserwowała ją w milczeniu, kiwając jedynie głową.
— To… tego... tego chłopaka…?
— Tak, Jerome jest ojcem — odpowiedziała, przygryzając dolną wargę. — Mamo, naprawdę go kocham. Kocham nad życie. Jest dla mnie wszystkim, wszystkim co istnieje… Ja już bez niego nie istnieję. Słyszysz, co mówię? Rozumiesz? — zapytała w momencie, gdy łzy spływały już lawinowo po jej policzkach. — Wiesz, co mam na myśli?
Wiedziała aż za dobrze. Jak mogłaby nie wiedzieć? Kiedy przeżywała dokładnie to samo. I właśnie to sprawiło, że wróciły najlepsze, ale i najgorsze momenty w jej pamięci, przesycone mnóstwem emocji, słów, urywków, które zbudowały drogę do miejsca, w którym się we dwie właśnie znajdowały. Czy to naprawdę była ich szansa…?
— Chłopiec czy dziewczynka? — spytała cicho, nie odrywając wzroku od brzucha. Nie ważne było to, że inni klienci kawiarni patrzyli się na nie już od dłuższego czasu; znajdowały się poza światem. Gdzieś poza granicami, przeszłością i całą jej trucizną. W miejscu, gdzie mogły zacząć od nowa. O ile dostrzegą kiełkujące, ledwo widoczne światło, cieplejszy oddech mieszający się z zimnym i siarczystym wiatrem, splatającym się ze zlodowaciałym deszczem.
— Jeszcze nie wiemy. Ale raczej chłopiec. Tak czuję. Właściwie jestem pewna… — mruknęła, uśmiechając się delikatnie. — Będziemy mieć syna…! — dodała ze szczęściem w głosie, a jej twarz aż pojaśniała. Jen zdecydowanie znajdowała się już po tej drugiej stronie, na suchym i rozpromienionym lądzie, podając dłoń swojej matce. Lecz, czy ta będzie chciała się jej chwycić?
— Syna — powtórzyła, również się uśmiechając. Zostanie babcią! To takie inne, te wszystkie uczucia… Lekkość wdarła się przez oczy Edith do jej wnętrza, wietrząc je i zamiatając kurz przeszłych dni, torując drogę prosto do serca, by i ono mogło bić żywiej, zacząć pompować nową, czystą krew. I już prawie się to udało, gdy nagle…  — Syna — powiedziała chłodniej, poważniejąc. Zmarszczyła brwi i opuściła dłonie, a dwudziestoparolatka aż się wyprostowała, ze strachem przyglądając się jej.
— Mamo…?
— Syna — wydukała, wbijając wzrok w twarz córki. — Jen, czy znalazłaś mojego syna? Czy wiesz, gdzie jest Noah? Błagam, powiedz mi, czy masz z nim jakiś kontakt — jęknęła, ziejącą pustką i goryczą istnienia zatrzaskując szybko okno, przez które jeszcze chwilę temu weszła nadzieja. Wyrzuciła ją daleko za szybę, chowając się do kąta ciemności i pozwalając, by smolisty deszcz opluwał przezroczyste szkło, za którym kryło się prawdziwe życie. Panna Woolf nie mogła na to patrzeć. Właśnie skruszyły się w mak wszystkie wizje lepszej przyszłości, na jakie sobie pozwoliła. Dlaczego to zrobiła?!
Myślała, że serce jej zaraz pęknie. I co miała teraz zrobić?
— Ja… — zaczęła, przełykając z trudem. — Ja… — powtórzyła, patrząc na Edith ze zrezygnowaniem i ogromnym poczuciem niesprawiedliwości. Nie potrafiła nawet w tej chwili objąć umysłem tego, co się właśnie stało. Czy została totalnie odrzucona? Czy może po prostu wystarczyło wyjawić całą prawdę, żeby móc jednak przyciągnąć do siebie brunetkę, aby ta została już w jej rzeczywistości, naprawiając zło, jakie do tej pory wyrządziła? Miała zdradzić brata, którego, tak, faktycznie znalazła, a w dodatku zaczęła z nim naprawiać relacje? A który pałał ogromem nienawiści do ich rodzicielki i nie chciał nawet o niej słyszeć? O co w tym wszystkim w ogóle chodziło? Co miała zrobić i dlaczego to na niej spoczywała ta pieprzona decyzja! Czy w ten sposób sprawi, że Edith na nowo stanie się jej prawdziwą matką? Czy może to nic nie zmieni, a przy okazji straci ponownie również Noah? I dlaczego znów nie potrafiła myśleć o sobie, balansując pomiędzy wyjściem gorszym i złym? — Dlaczego nie potrafisz patrzeć na świat też z tej lepszej strony?
I dlaczego w ogóle mnie w tym nie widzisz? Ani nie słyszysz?


Losing you
things will never be the same
can you hear me call your name?
if we changed it back again
things would never be
In your hand



Odsunęła się od niej czując, że zaraz całe powietrze uleci z płuc. Koszmar znowu rozpoczynał się od nowa, nakręcając wszystkie złe myśli do jeszcze większego działania. Kości i mięśnie zamieniały się w kamień, w ustach panowała susza, zupełnie przeciwnie do tego, co działo się z oczami. Te tonęły pod falami uderzającej furii, dokładnie takiej samej, jak przed laty. Bo nie tylko Edith Woolf miała swoje demony; czy jakikolwiek człowiek potrafił się ich pozbyć?
Szybkim krokiem weszła do łazienki, której drzwi otworzyła  z trzaskiem, również w podobny sposób je za sobą zamykając. Była wściekła. Wściekła i rozbita na kawałki, pozbawiona już wszelkich wątpliwości. Miała wybór: być albo nie być. Co miała wybrać? To tak, jakby ktoś kazał jej decydować, czy woli zrezygnować ze wzroku czy słuchu. A przecież bez jednego i drugiego ciężko było funkcjonować. Cała się trzęsła, policzki aż się zaróżowiły, przypominając teraz płatki wcześnie dojrzewającej róży. Jen wiedziała, że znajduje się w potrzasku, z którego nie potrafi uciec. Że obietnica będzie na niej ciążyć już do samego końca, jeśli nie przerwie tego wszystkiego raz a dobrze. Ale czy potrafiła? Czy tym właśnie miała kogoś skrzywdzić?
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Było rozmazane; ból głowy nasilił się, przez co nerw wzrokowy również na tym ucierpiał. Zrobiło jej się niedobrze. Odkręciła kurek z zimną wodą, wkładając pod nią dłonie, aby choć trochę się ochłodzić. Potem zaczęła liczyć do dziesięciu. Przymknęła powieki i chciała odetchnąć głębiej, ale zamiast tego gardło ścisnęło się blondynce niemożliwie mocno, wyciskając z niej łzy, płynące tą samą drogą, co wcześniej. Oparła się rękami o umywalkę, nachylając się nad nią. Nic z tego nie rozumiała. A może rozumiała aż za dobrze? W końcu cykl powtarza się co roku tak samo; najpierw drzewa pączkują, trawa wzrasta, by wśród niej małe żyjątka mogły znaleźć dom. Poczuć się bezpiecznie. Potem przychodzi lato, wszystko tańczy w rozkwicie, radując się życiodajnym słońcem. A potem… Następuje jesień, kolorowe liście spadają z drzew i choć cieszą swoją barwą, tak naprawdę powolnie obumierają, tylko utrzymując pozory. Bo kto powiedział, że piękno jest jedynie czyste? Że drogie antyki cieszą się tylko dobrą historią? Albo, że życie w pałacu usłane jest różami bez kolców,  w dodatku pieszczącymi stopy, a ludzkie uśmiechy są zawsze szczere? Wtedy nawet słońce nie jest się w stanie przedrzeć przez ciemność i pustkę, ani uratować wiecznie wędrującego przybysza, któremu się wydawało, iż wreszcie odnalazł raj. A może to były tylko pomalowane bramy piekieł?
Silny uścisk przeszył jej brzuch, co potrząsnęło dziewczyną i sprowadziło ją na ziemię. Otrzeźwiała, wzięła głęboki wdech, prostując się. Uniosła głowę i przełknęła, ścierając z policzków łzy. Postać w lustrze stała się bardziej wyrazista, przynajmniej na kilka sekund. Wtedy też światło zaczęło przenikać przez małe okno, wbudowane wysoko w ścianę, odbijając się od przejrzystej tafli i trafiając prosto w twarz Jen, co ją początkowo oślepiło. Odwróciła się bokiem, spoglądając na mały otwór, który zapełniał się zgniłymi, poszarzałymi liśćmi. Ewidentnie nadchodziła zima; wszystko cichło i zamieniało się w kamień. Potem przeniosła wzrok na drzwi, wahając się chwilę. Ostatecznie nacisnęła klamkę  i wróciła do głównego pomieszczenia, gdzie czekała na nią jej matka. Cała zapłakana, w równie nienajlepszym stanie. Dwudziestoparolatka podeszła do niej, położyła swoją dłoń na jej ramieniu, nic nie mówiąc. Edith uniosła głowę, wbijając spojrzenie w córkę.
— Jen… Przecież obiecałaś…
Serce już nie zadrżało. Ona podjęła decyzję. i uświadomiła sobie, od czego tak naprawdę uciekała. Przez co uciekała. Dokąd uciekała. I czego w rzeczywistości szukała. I nawet słońce, gwiazdy i cały wszechświat nie był w stanie jej pomóc. Bo przecież świat nie mógł się zatrzymać. A przeszłości nie dało się zmienić. I od pewnych rzeczy uwolnić. Tak już po prostu jest. I zawsze się już będzie niewolnikiem czyichś pragnień, dopóki nie wypełni się przeznaczenia. Przynajmniej ta część egzystencji stała się oczywista... I cholernie bolesna. Jakby bluszcz owinął się wokół jej ciała i w sekundzie na strzępy rozerwał. A nadchodząca zima przykryła jedynie to wszystko śniegiem zapomnienia.

Lay it down
pull my heart to the ground
time's getting cold now
the leaves all turn hard and blue
And I know
when I gaze to the sun
no place to hide
I got nowhere to run from you
away from you


Zmarszczyła brwi, przyglądając się pogodzie oraz będąc niewzruszoną na to, co się stało. Jak długo można być nieszczęśliwym? Chociaż tylko sekundy dzieliły ją od wypowiedzenia decyzji, która zmieni jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Kim zdecyduje się być? W którą stronę iść?
Wiatr tańczył na zmianę z deszczem, a gdzieś między nimi zaczęła pojawiać się tęcza — rzadkie tutaj zjawisko. Czy to właśnie była ta chwila? Czy to właśnie była jej szansa?
Obiecała, że będzie odważna. Że będzie próbować. Że się nie podda. Czy wystarczył tylko krok...?

Ruchy dziecka zaczęły być coraz bardziej wyraźne. Jennifer Woolf poczuła je, więc mimowolnie położyła na swoim brzuchu dłoń, spoglądając w dół. Potem jeszcze raz popatrzyła na matkę i zrobiła krok w tył, wciąż jednak będąc blisko. Balansując między dwoma światami, alternatywnymi rzeczywistościami, prawdą i kłamstwem… Sobą. I przyszłością kogoś jeszcze.
Czy znamię zaczęło piec?
Wahała się. Ale wzięła głęboki wdech, otworzyła usta i…


All I knew
was the scent of sea and dew
but I've been in love before, how about you?
There's a time for the good in life,
a time to kill the pain in life,
dream about the sun you queen of rain
   


Czy zerwie się trzecia linia?
I wtedy On stanął w drzwiach. Człowiek, od którego to wszystko się zaczęło. Otworzył drzwi, przechodząc przez próg i łamiąc tym samym wszystkie zasady. Przeszedł przez salę, dochodząc prosto do ich stolika. Obie aż usiadły, nie mogąc uwierzyć w to, kogo widzą.
Czy to był sen? Czy jawa tak z nich drwi?