Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/06/2015

[2011] Hipotermia.


 „Rzuciłem wszystko na stół w grze o marzenia
Jestem szaleńcem, w którym jeszcze tli się nadzieja.” 


[1]


Światło, mrugnięcie, ciemność. Ból w brzuchu, ból głowy, ból w piersi. Rozmazane obrazy, różowe obrazy? Krew, no tak. Mnóstwo zaschniętej krwi na przyklejonej do ciała koszuli. I trochę na twarzy. Właściwie to nie był pewien skąd rana na głowie. Przypomniał sobie chwilę, w której został postrzelony. Przełknął ślinę i skupił wzrok na swoim brzuchu. Kule nadal w nim tkwiły? Jak dużo czasu minęło od postrzału? I gdzie właściwie był, do cholery?
Przeniósł wzrok na łańcuch, do którego przyczepione były kajdanki. Jego własne kajdanki na jego nadgarstkach. Jak do tego doszło?
Łańcuch ciągnął się do sufitu a później wracał na podłogę, gdzie kończył się na kostkach Huntera. Paskudna sprawa, jeszcze nigdy chyba się tak nie wpakował. Ostatnią rzeczą jaką pamiętał to wybuch w hotelu i ból w brzuchu, później chyba stracił przytomność albo pozbawiono go jej uderzeniem, tłumaczyłoby to ranę na głowie.
Pomieszczenie w którym się znajdował nie przypominało pokoju hotelowego, nie było w nim nic konkretnego, jedynie stary telewizor i skrzynka na narzędzia. Okno było zasłonięte, ale wydawało mu się że jest dzień. Sprawdził kieszenie spodni, ale brakowało w nich portfela i telefonu, o odznace i pistolecie nie wspominając. Pewnie leżały gdzieś w hotelu, albo ktoś mu je zabrał.
Może uda mu się sięgnąć do skrzynki z narzędziami? Mógłby wtedy uwolnić się z łańcucha. Spróbował się podnieść, jednak od razu opadł znowu na ścianę. Przynajmniej jedno się w miarę wyjaśniło – kule nadal tkwiły w brzuchu. Albo wyciągnięto je dosyć nieumiejętnie. Cholera. Rozpiął drżącymi rękoma koszulę, nie wiedząc czego ma się spodziewać. Koszula przyklejona była do ciała i przez chwilę oddychał głęboko, dobrze wiedział że musi ją odsłonić jednym szybkim ruchem i dobrze wiedział, że ból będzie ogromny. Zacisnął zęby i zerwał materiał razem z zaschniętą krwią, otwierając na nowo rany. Krzyknął, czując jak brzuch pali go z bólu. Z oczu pociekły mu łzy, których nie mógł, a nawet nie próbował powstrzymywać. Przeniósł wzrok na brzuch, by znaleźć rany wlotowe. Były dwie, jedna obok drugiej, obydwie po prawej stronie. Oddychając głęboko rozejrzał się jeszcze raz po wnętrzu pokoju. Nie było niczego, czym mógłby zatamować krwawienie. Pomyślał o swojej koszuli, że być może ona się nada.
Zanim zdążył ją zdjąć stracił przytomność.


Gdy ocknął się po raz kolejny nadal znajdował się w tym samym pokoju. Zmieniło się jedynie to, że nie miał na sobie koszuli, a obok stała butelka z wodą. Chyba z wodą. Sięgnął po nią i bez wahania wypił pół butelki. W tej chwili mógłby to być nawet kwas, powoli zaczynało mu być wszystko jedno.
Resztę wody zmarnował na opłukanie ran postrzałowych i twarzy. Ból nadal przeszywał każdy centymetr jego ciała. Oparł głowę o ścianę i znów odpłynął.


[2]


Poszukiwania Josepha Huntera utkwiły w martwym punkcie. Po przeszukaniu każdego skrawka hotelu nadal nie było wiadomo niczego konkretnego. Zlecono przeszukać go jeszcze raz, dokładniej i dopiero wtedy (dzień od wybuchu) znaleziono skrytkę pod łóżkiem w jednym z pokoi.
Odkryto w niej niewielką smugę krwi, którą dokładnie zbadano i stwierdzono że należy ona do detektywa Huntera. Sprawdzono pozostałe kamery i jeden z ludzi zauważył na nich faceta z workiem na zwłoki. Mężczyzna przykrył worek brudnymi szmatami i opuścił budynek nie niepokojony przez nikogo. Gdy to wykryto mijał już drugi dzień od wybuchu.


Joseph ocknął się po raz trzeci, czuł się okropnie, jakby wypił beczkę piwa sam. Chwilę trwało zanim obraz dopasował się do wzroku, był on jednak nadal rozmyty i mężczyzna spróbował przetrzeć oczy ręką. Zauważył, że ma na nadgarstkach kajdanki. I nagle przypomniało mu się gdzie jest. Mruknął pod nosem coś niezrozumiałego, a głowa opadła mu na ramię. Przez chwilę myślał, że to tylko sen, że wypił za dużo. Ale nieodłączny ból przypomniał mu gdzie się znajduje i w jakiej dokładnie jest sytuacji.
Gdzieś w głowie widniał mu też wizerunek nagiego mężczyzny w rogu pokoju. Ale nie był pewien czy była to jawa, czy sen. Cała ta sytuacja była nieprawdopodobna. Jedno, czego był pewien to fakt, że jego życie leży w rękach jakiegoś świra. Przez chwilę zastanawiał się, czy to sprawka Christophera. Ale przecież ten został złapany kilka miesięcy temu po tym jak próbował zastrzelić Josepha i siedział w zakładzie psychiatrycznym. Uciekł? Hunter bardzo w to wątpił. Komu więc tak bardzo zależało na tym, by go zabić? A może ten ktoś wcale nie chciał go zabić? Bo przecież nadal żył, ledwo, ale jednak. Może był to jakiś stary wróg Josepha? Ktoś, kogo poszukiwał od dawna? Zbyt dużo myślenia dla tak ciężkiej głowy.
Zauważył nagle kroplówkę, do której był podłączony. To była kroplówka? Czy śmiertelna trucizna? Miał mętlik w głowie. Po co ktoś najpierw do niego strzela, a później próbuje go uratować? To wszystko było totalnie dziwne, nawet dla Huntera który widział już bardzo wiele podczas swojej kariery detektywa.
Kolejną rzeczą, którą zauważył, a której wcześniej chyba nie było to ogromna plama na ścianie. Wyglądała jak krew i ściekała powoli na podłogę tworząc bezładną kałużę wokół ciała kobiety. Joseph poczuł się tak, jakby ktoś zdzielił go kijem w głowę. Spróbował się podnieść, ale udało mu się tylko przewalić na bok z jękiem pełnym bólu. Powoli zaczął czołgać się w stronę ciała, może mógł jeszcze jej pomóc?
Rany na brzuchu znów się otworzyły. Joseph sunął powoli w stronę kobiety, zostawiając za sobą smugę krwi. Dzieliło ich od siebie już bardzo niewiele, przynajmniej do chwili, kiedy łańcuch się naprężył i nie pozwolił detektywowi na jakikolwiek ruch. Joseph szarpnął się niemal ostatkiem sił, jednak łańcuch ani drgnął. Mężczyzna obrócił się na plecy i wlepił wzrok w sufit.
- Sukinsyn! – Warknął jedynie, a bezsilność która na niego spłynęła przygniotła go do tego stopnia, że wyrwał zębami igłę z kroplówki wciśniętą w jego rękę i osunął się ponownie na podłogę, czekając na koniec.  


[3]


Mężczyznę z nagrania zauważono na kamerach z okolicznego sklepu, stacji paliw i postoju karetek. Wyraźnie widać było jak wchodzi do starej kamienicy. Zauważono go również na wcześniejszych nagraniach z hotelu. Pewnie było, że był on gościem i wycofał rezerwację o poranku, chwilę przed przybyciem do hotelu policji. Trzeba było działać szybko, od wybuchu minęły już trzy całe dni i pół czwartego, a kamienica była dosyć spora i nie było pewności, czy Joseph Hunter nadal tam przebywał i czy to w ogóle kiedykolwiek tam był.



Trzeba było przyspieszyć trochę wszystko, ale ten pieprzony detektyw wszystko utrudniał. Od trzech dni leżał jak kłoda i nie zwracał nawet na niego uwagi. Może powinien strzelić tylko raz? Albo uderzyć z zaskoczenia? Wszystko przez tych komandosów, zbyt szybko przyszli na jego piętro, musiał improwizować. Nie zdążył schować się gdzieś na początku holu i musiał skorzystać z awaryjnego pistoletu. W każdym razie dobrze, że go miał.
Z drugiej strony – miał plan co do Huntera, a tak wszystko poszło na marne. Była jeszcze szansa, że się obudzi. Dlatego zamontował mu kroplówkę. A później obserwował go w rogu pokoju. Tak, był wtedy nagi. Przecież cała sytuacja była tak ekscytująca!
Czekał tylko na moment, kiedy detektyw zauważy jego nowe dzieło. Tym razem wybrał kobietę, bo nie miało to już większego znaczenia. Miał już Josepha Huntera, a do tego cały czas dążył. Miał go i wiedział, że już nigdy go nie odda.



[4]



Obudził go hałas. Nie był uporczywy, ale mówiono o nim, może właśnie to go obudziło. Z trudem podniósł powieki i zauważył, że ktoś przeniósł go znów pod ścianę i założył kroplówkę.
Hałas dobiegał z telewizora ustawionego na taborecie w miejscu, w którym wcześniej spoczywały zwłoki kobiety. Ciekawe co się z nimi stało. Przed telewizorem siedział mężczyzna. Był upaprany krwią i nagi, Hunterowi zrobiło się niedobrze. Ostatnie, co chciał widzieć po przebudzeniu to nagi facet wpatrujący się w skupieniu w telewizor. Niechętnie stwierdził też, że poprzedni obraz który pamiętał z owym mężczyzną nie był snem. Paskudztwo.
Kobieta z telewizora radosnym głosem obwieściła, że trwają nadal poszukiwania detektywa, który zaginął podczas akcji w jednym z podrzędnych hoteli Nowego Jorku. Jeśli faktycznie tak było, to powinni już go znaleźć. I ile dni minęło, do cholery od tej akcji w hotelu? Czuł się tak, jakby minęła wieczność.
Nagle mężczyzna poruszył się i zerknął przez ramię. Na jego twarzy pojawił się szaleńczy uśmiech, a Hunterowi zaschło w ustach.
- W końcu mamy czas, by się pobawić – powiedział nieznajomy chichocząc przy tym jak dziecko. Podniósł się z podłogi. Joseph odwrócił wzrok, nie miał zamiaru oglądać przed śmiercią gołego świra. – Nie krępuj się, kolego. Załatwimy to szybko i bezboleśnie, zresztą spodoba ci się, zobaczysz – ruszył w stronę Huntera, który zastanawiał się aktualnie dlaczego do cholery jeszcze nie umarł i czy jeśli bardzo się skupi to czy uda mu się umrzeć na zawołanie. Wolał nie tracić przytomności. Później musiałby się obudzić i żyć ze świadomością, że pieprzył go jakiś cwel.
Mężczyzna chwycił go za ramię, Joseph syknął z bólu. A później zadziałała adrenalina. Zrzucił z siebie rękę nieznajomego i kopnął go z całej siły obiema nogami. Ból w brzuchu odebrał mu dech w piersi, jednak zaraz się opanował. Przygotował się i w chwili, kiedy mężczyzna podszedł do niego ponownie poderwał się do góry i owinął łańcuchem jego szyję. Dla kogoś z zewnątrz wyglądałoby to śmiesznie, dwoje dorosłych mężczyzn szamoczących się niezgrabnie. Runęli na ziemię z impetem, łańcuch ograniczał ruchy Huntera, nie mógł więc utrzymać się na nogach. Nie puścił jednak uścisku na szyi mężczyzny. Tamten w przypływie złości sięgnął ręką za siebie i wcisnął palce w rany na brzuchu detektywa. Joseph wrzasnął z bólu, zaciskając mocniej pętlę na szyi oprawcy. Mężczyźnie coraz ciężej było złapać oddech, zbladł na twarzy, jednak nadal przepełniała go wściekłość i był pewien, że nie odpuści. Nie teraz, gdy był już tak blisko. Ostatkiem sił wyrwał się z uścisku i przeturlał na drugi koniec pokoju. W tym czasie Hunter stanął niepewnie na nogach i zwymiotował podpierając się o ścianę.
Nieznajomy wstał i przez chwilę oddychał łapczywie, a jego twarz nabierała zdrowych kolorów. Nie spuszczał wzroku z detektywa i w końcu ruszył biegiem w jego stronę, przygniótł go z całej siły do ściany. Hunter uderzył tyłem głowy o ścianę i jęknął cicho. Jego przeciwnik zastygł na chwilę w bezruchu, a później odsunął się na kilka kroków do tyłu. Patrzył zdziwiony na swoją pierś, z której sterczał nóż. Jego własny nóż, którym miał zamiar się zabawić. Upadł na kolana, wciąż niedowierzając. Pokonał go. Detektyw był jednak sprytniejszy. Pokonał go jego własną bronią. Upadł na twarz, a nóż który nadal tkwił w jego piersi przesunął się o kilka cali w lewą stronę, rozcinając serce mężczyzny. W ciągu kilku sekund nastąpił silny krwotok i śmierć.
Detektyw Hunter przez chwilę obserwował mężczyznę, a później wszystko rozpłynęło się w przyjemnej ciemności. Nie poczuł upadku, był już wtedy w błogiej nieświadomości.



[5]




Policja przeczesała całą kamienicę i na najwyższym piętrze znaleziono zwłoki dwóch mężczyzn. Detektywa Josepha Huntera i Matthewa Crew, wielokrotnego mordercę i gwałciciela. - CNN

26/06/2015

2010. I forgot how it feels...

 Just please darling, stay with me, stay with me forever and I'll love you till I die

- I want your love - Let's break the walls between us! Don't make it tough - I'll put away my pride! - Wykrzyczał wskazując na swoją ukochaną siedzącą przy stole z dwoma pustymi kuflami. Spojrzenie zamglone zbyt dużą ilością promili odrywało się od owej panienki tylko wtedy gdy decydował się wykonać obrót lub inny ruch destabilizujący jego jeszcze pionową pozycję. Śpiewał, a raczej próbował śpiewać. Bowiem ten wszechmocny u góry zdecydował, żeby David zamęczał swoimi fałszami innych ludzi kiedy jest zbyt pijany, żeby zdać sobie sprawę jak bardzo jego głos wyniszcza bębenki. W gruncie rzeczy nie było tak fatalnie dopóki nie przestawał być trzeźwy, wtedy zamiast śpiewać bardziej się wydzierał, ale czy to miało znaczenie? Był zakochany, a miłość wszystko wybacza.
- You're my angel! Come and save me tonight. You're my angel! Come and make it all right. - Uśmiechał się szeroko. No spójrz na niego. Jest zakochany, jak głupiec ślepo zakochany. Wpatrywał się w niezmienny obiekt jego zainteresowania, aby przypadkiem komuś nie umknęło, że ta właśnie piosenka jest dedykowana dla jego Cynthii. Dla tej damy, która dzisiejszego wieczoru zdążyła upić jedynie kilka łyków piwa, kiedy pan Richardson przekroczył już dawno swoją dzienną dawkę.
Zakończył swój występ zgięciem się wpół wraz z gromkim aplauzem (zapewne klaskali dlatego, że w końcu skończył).  Na ich szczęście kapela zagrała skróconą wersje, w większości pomijając instrumentalną część, co z drugiej strony sprawiło, że było mniej przerw na odpoczynek, ale kto by o tym pamiętał, kiedy zaraz po nim na scenę wskoczył kolejny osobnik, którego David mało co nie zrzucił ze schodów kiedy chwiejnym krokiem staczał się na tylko powierzchownie bardziej stabilny grunt.

[...]

- Ja David biorę sobie Ciebie Cynthio za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. - Czy się wahał? Nie. Był pewny tego bardziej niż czegokolwiek w swoim życiu. Wiedział, że jeśli tylko zechcą razem przebrną przez każdy problem i nic nie będzie mogło ich rozdzielić. Nic. To szczęście przepełniające go od stóp do głów, a nawet rozpływające się dalej i wyżej. Łzy czające się w kącikach jej oczu mieniły się kolorami kościelnych witraży i to były tylko i wyłącznie łzy radości. Czego można było chcieć więcej? Miał miłość swojej ukochanej i nowe życie rozwijające się w niej. Na jego barkach układała się właśnie ogromna odpowiedzialność, ale z taką motywacją musiało mu się udać.
Ceremonia toczyła się swoim tempem ani na chwilę nie przestając otaczać ich swoją rozanieloną atmosferą, a może to para młoda roztaczała wokół siebie tą radość? Można wręcz było pomyśleć, że kościół był zbyt mały by pomieścić te płomyki rozpalające się w nich wciąż od nowa.
Obrączki. Pocałunek. Uściski rąk, gratulacje i więcej łez. I odjechali. W czarnej limuzynie machając swoim rodzinom. Tak jak w przypadku Cynthii pojawiła się cała rodzina, tak David w tłumie dojrzał jedynie swoją matkę i siostrę. Było zbyt wcześnie by się z tym pogodzić, oboje z ojcem zachowali się jak dzieci, nie potrafiąc ze sobą rozmawiać. Nie trzeba było tego tak zakańczać, a może rozpoczynać? Jednak z  potokiem słów w akompaniamencie krzyku nie było miejsca na racjonalne wyjaśnienia. Sprawy skomplikowały się tylko bardziej, doprowadzając do zaniku ich kontaktów.
Rodzice Cynthii jednak tylko pozornie wyglądali na zadowolonych. Trzeba było ładne się uśmiechać i prezentować jak przystało na państwo Evans, jednak ani jej matka ani ojciec nie popierali ich małżeństwa. Nie potrafili pojąć co też takiego ich córka widzi w tym chłopaczysku wiecznie z głową w chmurach, myślącego, że z tak przeciętnym pochodzeniem może odnieść sukces w biznesie.
Tą zakochaną parę nie łatwo było jednak powstrzymać, dopięli swego bez względu na to co zapowiedzieli im inni ludzie.

[...]
Czerwone światło? Ograniczenia drogowe? Nie było na to czasu! Wody jej odeszły! Boże, wody odeszły! Przecież ona rodzi, muszą zdążyć do szpitala. 
Nadszedł też czas na narodziny ich synka, noszonego pod sercem całe 9 miesięcy. Ileż to się oboje naczekali, przedzierając się wspólnie przez ból krzyża i różniste zachcianki. David nawet nauczył się gotować, choć jego małżonka zdolna była jeść czekoladową babeczkę zagryzając ją piklami twierdząc, że to wyśmienity podwieczorek o 3 nad ranem. W tym czasie firma transportowa rozwijała się energicznie jak regularnie podlewana roślina, czasami miewali krótkie dni suszy, ale na końcu wszystko zawsze wychodziło na prostą. Pomogło to Davidowi we własnoręcznym wykonaniu dziecięcego pokoiku i sprowadzeniu tam wszystkich potrzebnych rzeczy jak łóżeczko, ogrom zabawek, lampek i całej tej masy rzeczy, której nazw nie mógł spamiętać za pierwszym razem.
- Oddychaj kochanie, oddychaj. - Sam też musiał to robić dość regularnie, bo siła z jaką Cynthia zaciskała mu place na dłoni była niewyobrażalna. Gdyby mogła zapewne zmiażdżyłaby mu kości, ale w porę mały Nico zdecydował pojawić się na świecie.
Drobna istota trafiła w jego objęcia. Jak miał ją trzymać? Tak delikatną osóbkę. Jego syn, jego wspaniały, mały Nicholas. Uśmiechał się do dziecięcia jęczącego w tak uroczy sposób, że wydawało mu się, że mógłby słuchać go do końca dnia. Mały Nico uspokoił się jednak dopiero gdy trafił na ręce swojej mamy. Bicie jej serca było najpiękniejszą pieśnią w którą wsłuchiwał się przez całe 9 miesięcy, pomijając ten czas gdy spokojną i regularną melodię przerywała muzyka klasyczna i różne audio nagrania dla ludzi sukcesu. David chciał mieć pewność, że jego synek będąc jeszcze pod stałą opieką swojej mamy zakoduje sobie najważniejsze życiowe wartości i pozytywne myśli. I mimo tego, że jego małżonka na te próby przytknięcia słuchawek do jej brzucha miała ochotę zwijać się ze śmiechu i tak się nie poddał. Wierzył, że dzięki temu Nicholas będzie miał lepszy start i mógł będzie osiągnąć dzięki temu więcej wspaniałych rzeczy.
Chciał pod jego drobne stópki dać mu cały świat, bo kochał go ponad swoje własne życie, kochał go tak usilnie, że jeśli miłość można byłoby przemianować na coś namacalnego nie byłoby miary wystarczająco wielkiej. Czy był wystarczająco dobry? Czy nadawał się na ojca? Czy będzie godzien przyjąć to miano? Czy uda mu się ochronić tą niewinną istotę przed niebezpieczeństwem? Musiało mu się udać. Musiał podołać roli rodzica i miał zamiar zrobić to najlepiej jak potrafił.

[...]

Po tym wszystkim przez co razem przeszli, po pierwszych krokach Nicholasa, po jego pierwszych słowach, każdy moment nagrany na kamerze, dlaczego tak to się właśnie kończyło? Dlaczego po tych niezapomnianych chwilach, po czułych pocałunkach, po nocach spędzonych pod gwieździstym niebem, po kłótniach i godzeniu się, bo zawsze się przecież godzili, dlaczego? Dlaczego tak to właśnie się potoczyło, że stał tutaj, w czarnym garniturze i uwierającym krawacie słuchając wyroku. Odebrała mu dziecko, dom, samochód, firmę, pieniądze. Co się zmieniło? Co pchnęło ją do tego? Co stało się z tą roześmianą dziewczyną w której się zakochał? Dlaczego w jej oczach nie było już tego blasku? Dlaczego stała się tak oziębła? I dlaczego zabrać mu chciała największy jego skarb, tak bliski sercu - syna. Nie potrafił pojąć co właściwie się działo. W jednej chwili stracił wszystko co miał. Wszytko stawało się tylko wspomnieniem, tylko wyblakłą fotografią, którą w przyszłości będzie mógł wspomnieć i gorzko zapłakać. Został z niczym, tracąc nie tylko dobra materialne, tracąc cząstkę siebie. Jakby ktoś wyrwał mu szponami kawałek serca, nie zważając na to jak bardzo rozdziera to jego duszę. Stał tak bardzo bezsilny i patrzył jak kolejno odbierano mu jego życie. Mimo głęboko zakorzenionej wiary, że będzie lepiej, mimo powtarzanych sobie słów pokrzepienia, mimo składanych sobie obietnic, że nie może się poddać, to nadal było... przytłaczające, przenikliwie bolesne. Jak miał teraz żyć?

You left, so quickly disappeared, leaving me as fool, regretting things I did. 



A więc stosując się do tradycji oto jest mój twór, pokazujący nieco z życia Davida i wyjaśniający mam nadzieję nieco dokładniej jak to się stało, że jest tu gdzie jest. Mam nadzieję, że się spodoba i przepraszam za to przykre zakończenie, ale niestety tak to się Davidowi życie pokruszyło, ale nie tak permanentnie! Mam w planach jeszcze co najmniej jeden post.

24/06/2015

[2009] Winda.


Kolejny odcinek z tych brzydkich, chyba przegiąłem trochę z fabułą.


[1]


            Kilkudniowy urlop Huntera dobiegł końca, co dobitnie obwieścił telefon o czwartej nad ranem. Odwiedził dwa miejsca zbrodni zanim słońce na dobre pojawiło się na niebie, aż w końcu zaszył się w małej knajpce z kanapkami na szybkie śniadanie. Dawali paskudną kawę ale wcale go to nie dziwiło, ciężko było dostać dobrą kawę w Nowym Jorku, nie stojąc po nią w kolejce dłużej niż kwadrans. Zanim zdążył wziąć drugi łyk rozdzwonił się telefon. Kolejne wezwanie. Tym razem do starego hotelu w paskudniej dzielnicy.
            - Nie dadzą człowiekowi zjeść, kurwa – burknął pod nosem, wrzucając jednocześnie ledwo nadgryzioną kanapkę do śmietnika.
            Na miejsce dotarł wyjątkowo szybko, chyba przyzwyczaił się już do nowojorskiej komunikacji zwłaszcza że jadąc na miejsce zbrodni złamał z dziesięć przepisów. Na szczęście nie pracował w drogówce i mógł się łatwo wymówić pokazując odznakę. Czasem musiał skłamać, ale miał to opracowane do perfekcji i przeważnie udawało mu się uniknąć kontroli.
            Hotel wyglądał jak stary burdel, idealne miejsce do kręcenia horrorów. Hunter widział już sporo takich miejsc. Szkoda tylko że sprawy, które musiał rozwiązywać nie były jedynie kiepskim scenariuszem filmu. Już sam hol budynku powodował ciarki na plecach, wysokie kwiaty w dużych doniczkach, pusta recepcja i długi, czerwony dywan na którego końcu „stała” winda. Stłoczeni przy niej policjanci dreptali w miejscu, szepcząc niemrawo między sobą.
            - Co tu się dzieje? – Hunter zbiegł po pięciu schodkach, które dzieliły go od reszty ekipy i rozejrzał się po zebranych. Z tłumu wyłonił się jego partner, Johnny.
            - Wezwałem cię, bo mamy tu mały kłopot…
            - Gdzie zwłoki?
        - No bo właśnie to jest ten problem… - W odpowiedzi Hunter uniósł jedną z brwi, oczekując jakiegoś wyjaśnienia. – Bo jeszcze nie ma zwłok.
         - Jak to nie ma? – Zapytał Joseph po dłuższej chwili ciszy. – To po cholerę mnie tu wzywacie? Zdążyłbym zjeść śniadanie i wypić kawę w spokoju i … - monolog przerwał mu brzęczyk oznaczający przybycie windy. Wszyscy spojrzeli na drzwi, które powoli się rozsunęły. Johnny i kilku innych policjantów zbladło, a Joseph zaczął przedzierać się bliżej.
            - Co to jest, kurwa… - mruknął, obserwując wnętrze windy upstrzone krwią prawie po sam sufit, by w końcu zawiesić wzrok na nieruchomej papce leżącej na podłodze. A najgorsze było to, że papka również go obserwowała. Hunter przełknął ślinę, a obok ktoś zwymiotował.


[2]


 - Co to było, do kurwy nędzy? – Powtarzał Johnny, który nadal był blady jak ściana. A całkiem niedawno można powiedzieć że „przywykł” do miejsc zbrodni. Po tej mielonce z twarzą z pewnością znów będzie miał problemy. Joseph był wściekły, pomimo tego że nie dotyczyło to jego, a Johnny nie był jego przyjacielem. Ale był przydatny. Często wykonywał rzeczy, na które Hunter nie miał czasu lub ochoty, chociaż nie można było tego nazwać brudną robotą. To Joseph odwalał sam.
Był pełen podziwu dla właściciela hotelu, kiedy zadał mu już wszystkie pytania, które chodziły mu po głowie. Od jakiegoś tygodnia zablokowane były drzwi na ostatnie piętro, więc schodami nie można się było tam dostać. Wyglądały tak, jakby były zaspawane. CHOLERA. ZASPAWANE. KURWA. Czy ktoś w ogóle ma pojęcie, co się tu dzieje? Jak ktoś ze spawarką mógł zostać niezauważony przez nikogo?
Została więc tylko winda. Która była sprawdzana przez techników. Gdyby zapytał, czy może z niej skorzystać to obrzuciliby go tylko pogardliwym spojrzeniem, nie przerywając pracy.
Z drugiej strony, jeśli góra była odcięta i to coś zabito na ostatnim piętrze, a dopiero później wsadzono to do windy… No tak, cała winda była koszmarnie upierdolona, więc ktoś, kto to zrobił musiał zmielić ciało w jej wnętrzu. Czyli równie dobrze mógł zrobić to na którymkolwiek piętrze, przebrać się, zejść na dół i przyglądać się wszystkiemu pijąc kawę.
Kurwa.
Hunter przetarł dłonią twarz, rozpisując sobie wszystko w notatniku. A jeśli morderca nadal był na najwyższym piętrze? Joseph z pewnością miał zamiar wybrać się tam osobiście i sprawdzić każdy pierdolony pokój. Niestety przybyli komandosi, których przysłał jego szef i musiał chować się za ich plecami jak dzieciak. Zajęli się każdym piętrem, mieli szukać … maszynki do mielenia mięsa? Gdy im o tym mówił, to większość z nich miała miny niedowiarków, a kilku z nich wzdrygnęło się tylko.
Sam Hunter zaczekał jednak na ekipę z piłką do metalu, która miała rozpieprzyć drzwi na najwyższe piętro i wpaść tam z hukiem, demolując wszystko po drodze. Dlatego też ekipa ta była najliczniejsza. Nie dało się po cichu rozwalić drzwi, które były przyspawane do futryny. Jakby nie mogli montować drewnianych. Bach i po sprawie.  
Pojawili się w końcu. Około piętnastu ludzi w kombinezonach, kamizelkach i innych pierdołach, z ciężką piłą do metalu. Zanim się zorganizowali przeglądając mapy budynku Joseph zdążył wypić kawę i powygniatać papierowy kubek w bliżej nieokreśloną masę. Było to jednak o wiele ciekawsze od podsłuchiwania komando. Większość z nich była jedynie tępymi mięśniakami, ich dowódca miał trochę oleju w głowie chociaż może nie do końca, trzymając w ekipie totalnych debili trzeba być największym głupkiem powierzając im swoje życie. Zresztą, Johnny też nie był najmądrzejszy. Hunter westchnął pod nosem i ruszył w stronę zgrupowania komandosów.
- Kiedy ruszamy? Gość pewnie zdążył ukraść poszewki z całego hotelu, zrobił sobie z nich linę i spuścił się po niej na ulicę – mruknął ze znużeniem, czego za chwilę pożałował widząc wściekłe spojrzenia zamaskowanych mięśniaków.
- Dobra chłopaki, bo pan detektyw się niecierpliwi. Jazda na górę, a ty najlepiej trzymaj się z tyłu jeśli już koniecznie musisz z nami iść – grupka ruszyła w stronę schodów, a Hunter podreptał posłusznie za nimi, kręcąc głową z politowaniem. Był prawie pewien, że sprawcy już tam nie ma. Niestety, tak to właśnie wygląda. Wyciągnął z kabury pistolet i ruszył za pościgiem.


[3]


Właściwie to nie mógł powiedzieć, że nie lubił detektywa Huntera. Nie mógł też powiedzieć, że go lubił. Stanowił dla niego w pewnym sensie wyzwanie. Pomimo licznych artykułów i zachwytów nad detektywem on uważał go za półgłówka. No i może faktycznie trochę go nie lubił. Ale to tylko i wyłącznie dlatego, że ten nie doceniał jego pracy. Hmm, złe określenie. SZTUKI. Joseph nie znał się na jego sztuce i nie potrafił oddać mu uznania za te cuda, które robił.
Jak komuś mogły się nie podobać całe ściany spryskane … krwią płynącą pod wysokim ciśnieniem? Za każdym razem wychodził inny wzór, wszystko zależało od tego, pod jakim kątem ustawiało się ofiarę i w którym miejscu wbito jej sztylet. Właściwie to nie zawsze korzystał z tych samych narzędzi. Miał ich mnóstwo, a niektóre były tak fascynujące, że nie mógł opanować radości przy ich używaniu. Być może wyglądał wtedy jak wariat, ale nie był świrem. Był artystą.
Od dłuższego czasu miał pewien plan. Nudziły go już kobiety, przeważnie miały mało „farby” i szybko się poddawały, przez co dzieło nie wychodziło tak jak powinno. Dzieci też odpadały, brzydził się nimi.
Zmienił typ ofiar nie tylko ze względu na ilość i ciśnienie krwi. Mężczyźni interesowali go również pod innym względem, z mocno zaciśniętą obrożą na szyi i nożem na jajach robili się naprawdę ulegli. A to chyba kręciło go najbardziej. Niestety problemem było to, że facetów ciężej było łapać. Na szczęście stary patent z tabletkami nadal działał.
Nigdy nie wybierał gejów, brzydził się nimi. Wolał zwykłych facetów, bardziej go pociągali.
Dlaczego obrał sobie na cel Josepha Huntera? Hmm… Bo go chciał.
Chciał widzieć, jak błaga o życie, jak posłusznie wykonuje jego zachcianki, a ostatecznie jak krew z jego tętnicy spryskuje płótno, które przygotował już dawno temu.
Musiał najpierw jednak przyciągnąć go w jakiś sposób, dlatego też wymeldował się z hotelu i zabrał wszystkie potrzebne rzeczy do małego pokoju w kamienicy obok. A później wrócił tam z kilkoma przyrządami, miał plan do wykonania!


[4]


Na klatce prowadzącej na pierwsze piętro odłączyła się od nich dwójka komandosów, mieli pewnie zabezpieczać drzwi. Te niezespawane.
W powietrzu czuło się napięcie wzrastające z każdym stopniem, wszyscy nagle zrobili się dziwnie nerwowi.
Kiedy stanęli przed drzwiami na najwyższe piętro została ich już tylko szóstka, łącznie z detektywem który trzymał się na uboczu. Podczas gdy komandosi rozcinali drzwi on myślał o zebranych informacjach. Niewiele tego było, a nic nie trzymało się kupy. Czuł się prawie tak, jakby zbierał gołymi rękoma papkę z windy, a ona przeciekałaby mu między palcami. Ohyda.
Nagle coś wpadło mu do głowy. Kto powiadomił policję o zabójstwie, skoro ciało pojawiło się w chwili, kiedy wszyscy byli już w budynku? W windzie nie było kamer, więc nikt nie mógł zobaczyć tego na monitoringu. Świadkowie? Przecież nikt nic nie widział. I nagle go olśniło. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie.
Komandosi zdążyli wejść do głównego holu i minąć kilka pokoi, a detektyw jedynie przekroczył próg. I wszystko stało się w jednym czasie. Gdzieś pomiędzy nogami komandosów wybuchł granat ogłuszający, mięśniaki zwalili się szybko na ziemię, a na końcu z ociąganiem zrobił to Joseph trzymając się jedną ręką za pękającą mu głowę, a drugą przyciskając do brzucha, z którego trysnęła krew. No pięknie, ktoś zniszczył jego ulubioną, białą koszulę. A te dwa cholerne naboje zniszczyły mu flaki.
Upadł na twarz krzywiąc się przy tym z bólu zanim z mroku korytarza wyłoniła się samotna postać z niewielkim pistoletem i niebieskimi nausznikami dla robotników.


[5]


Johnny czuł, że zaraz zemdleje. Wszyscy na dole usłyszeli głośny huk i podwójny wystrzał z pistoletu, nie wiadomo było co się tam do cholery stało, kamery wysiadły w chwili wybuchu, a ta najbardziej oddalona była zepsuta.
Nikt nie dawał znaków życia do chwili, kiedy zebrano garstkę komandosów z poprzednich pięter, którzy mieliby sprawdzić co właściwie się stało.
A gdy dostali się na górę to stwierdzili tylko drobne obrażenia u swoich kolegów. I obecność dużej plamy krwi na dywanie. A w końcu brak jednej z osób. Wszyscy zaczęli patrzeć po sobie ze strachem, jednak niczego to nie zmieniało. Josepha Huntera tu nie było i nikt nie wiedział co się z nim stało.


Być może gdyby działała którakolwiek z kamer to ktoś mógłby zauważyć jak zamaskowany mężczyzna wkłada rannego w plastikowy worek na zwłoki i odciąga do jednego z pokoi. Dalej mogliby się tylko domyślać, w pokojach nie było monitoringu. Z pewnością jednak nie wpadliby na to, że pod łóżkiem i dywanem znajdują się małe drzwiczki do pomieszczenia, w którym zmieściłby się człowiek.
Tam właśnie umieszczono plastikowy worek, przy czym najpierw zaklejono dokładnie usta mężczyzny, tą samą srebrną taśmą izolacyjną związano mu ręce za plecami i nogi w kostkach. Zamknięto drzwiczki, położono dywan i przesunięto łóżko.

W chwili, kiedy do tego pokoju dostali się komandosi wszystko wyglądało normalnie. Pokój był pusty, więc ruszyli dalej.