Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/09/2025

[KP] Nie ten jest bogaty, kto posiada wiele, lecz ten, kto potrzebuje niewiele

Leonard George Allen
31 LAT / WINDSOR / PISARZ I KURATOR SZTUKI W MUSEUM OF MODERN ART / ROZWODNIK / JEDYNY OCALAŁY SPADKOBIERCA RODZINNEJ FORTUNY / NORA W GÓRACH CATSKILL / NATURYSTA / MARZENIE O POSIADANIU WŁASNEGO RANCZA ,,POPPY MEADOW RANCH'' NA CZEŚĆ ZMARŁEJ W POŻARZE SIOSTRY / LEKKO ZANIEDBANA TOYOTA LAND CRUISER Z LAT 90 / PACHNIE RUMIANKIEM I NUTĄ SZAŁWII / SPRZEDAJE DOMOWE PRZETWORY, MIÓD Z PRYWATNEJ PASIEKI ORAZ WŁASNORĘCZNIE PIECZONY CHLEB / KALIGRAFIA, FORTEPIAN I ŚPIEW / KOLOROWE SWETRY, RÓŻNE SKARPETKI I ŻÓŁTE TRAMPKI NIEZALEŻNIE OD POGODY / ,,WHERE THE FIRE SLEEPS'' USYTUOWANE NA PIERWSZYM MIEJSCU USA TODAY BEST - SELLING BOOKS

Szerokie ambicje, okraszone wielką fortuną, nigdy w przypadku Leonarda nie pokrywały się z wyznawanymi wartościami najbliższych członków rodziny Allen, której pozycja była ściśle usytuowana pośród najbogatszych obywateli Anglii. Ambicja nosi wiele kontrastujących ze sobą imion – zwykle tych kojarzonych z pozytywnym, wartym naśladowania obrazem człowieka. Rodzina Allen to czysty przerost formy nad treścią. Silne pragnienie zdobycia jak największych korzyści majątkowych dawno zboczyło u nich ze ścieżki szacunku względem innych. Leonard nigdy nie chciał być z tym w jakikolwiek sposób powiązany. Podczas gdy Anna i Henry Allen stołowali się w najbogatszych restauracjach świata, wybierali dla swych dzieci nowe samochody i zwiedzali coraz to dalsze zakątki kuli ziemskiej, Leonard znacznie bardziej cenił swój stary rower, nocne rozmowy ze służbą oraz zacisze ogromnego ogrodu, gdzie każdego dnia wnikliwie doglądał rosnących w nim kwiatów. Stronił od dużych, rodzinnych przedsięwzięć, zawsze szukając wymówki, by uciec daleko od tabloidów i plotek. Nazywano go głupcem, skończonym kretynem, a nawet osobą z bliżej nieokreśloną dysfunkcją psychiczną. Leonard od zawsze otwarcie przyznawał, że pieniądze lubią ciszę. Nienawidził przesadzonego konsumpcjonizmu i zachłanności. Odgradzał się od rodzinnych funduszy, stawiając na samodzielność i realizację własnych celów, odmiennych od tych, które usilnie próbowano mu narzucić. Jego ślub z członkiem domowej służby odbił się szerokim echem wśród miejscowej społeczności. Według wielu Leonard dotknął dna, zgorszył siebie i rodzinę, wiążąc się z kimś z niższych sfer. Padały nawet stwierdzenia, że ośmieszył imię rodziny Allen. Miłość w jego oczach była jednak bezcenna. Nie spodziewał się, że owa miłość okaże się podszyta chęcią bogactwa i czystą obłudą. Podczas gdy on zszywał już trzecią parę skarpetek, nie chcąc tak łatwo wymieniać ich na nowe, jego żona tonęła w fortunie, która nieustannie zasilała jego konto.

Minęły trzy lata, a on wciąż doskonale pamięta widok płonącego dworu, krzyki zaprzyjaźnionych sąsiadów i dźwięk strażackich syren. Nikt nie przeżył. Łącznie zginęło osiem osób, w tym ukochany pies Quick. Przyczyna pożaru do dziś nie została jasno określona, a krzywe, pełne oskarżeń spojrzenia na zawsze będą powracały w jego pamięci. Mimo oczyszczenia z zarzutów, dla wielu pozostał winny rodzinnej tragedii. W końcu wyglądał na takiego, który chętnie zgarnąłby całą fortunę dla siebie – zwłaszcza, że dzień przed tragicznym wydarzeniem pokłócił się z matką. Minęły dwa lata, odkąd wyjechał z rodzinnego Windsoru. Pozbył się bogactwa, sprzedał dwie firmy i zerwał wszelkie kontakty. Spalił za sobą wszystkie mosty, które mogłyby świadczyć o jakimkolwiek powiązaniu z rodziną Allen, choć nazwiska nigdy nie zdoła się wyrzec. Osiedlił się w domu z ogrodem, w spokojnym otoczeniu dzielnicy Todt Hill. Długo tworzył swoje miejsce, aby wreszcie czuć się w nim swobodnie i po prostu dobrze. Każdego ranka zaczyna dzień od filiżanki kawy zmielonej w ręcznym młynku, wsłuchując się w dźwięki okolicznej przyrody. Z miłością i oddaniem pielęgnuje kwiaty, warzywa i owoce. Ograniczył codzienne życie do minimum, świadomie wyrzekając się wielu technicznych udogodnień. W pełni zjednoczył się z naturą – chciał przestać biec bez celu, zaczął żyć skromnie.


Hej hej, wracam na rejony, jedni się cieszą inni już trochę mniej, ale pomóżcie mi rozruszać Leonarda, to kochany chłopaczyna <3 Szukamy wszyskiego, co przyniesie nam ogrom dobrej zabawy, począwszy od miłości bez względu na płeć, a kończywszy na zakochanej w jego przetworach młodej sąsiadce. Fc: Harry Styles

28/09/2025

[KP] No matter what people tell you, words and ideas can change the world

 Uwaga ! Możliwe treści uznawane za niewłaściwe dla osób niepełnoletnich. Czytasz na własną odpowiedzialność. 

 Podkład: Seeb, Bastille - Grip

Natale Natty Morais
Data i miejsce urodzenia
24/12/1996, Porto (Portugalia)
Obecny zawód
Streetphotographer dorabiający na współpracy z agencjami modelingowymi i studiami filmowymi, czasem biorący również prywatne zlecenia
Języki
Angielski, portugalski (dialekt europejski) i romski
Nagrody
ReFocus Awards w kategorii Black & White Photo Contest z 2016 r., ND Awards z 2020 r. i The LensCulture Street Photography Awards z 2024
Alergeny
Cynamon i żurawina


Historia & opis
Nie tęskni za biologicznym rodzicami. Bo jakże tu tęsknić za parą ludzi, którzy oprócz genów, młodszej siostry i brata nie wnieśli do twojego życia praktycznie nic ? Matkę, owszem kojarzył. Była ponoć tą kobietą o długich kruczoczarnych włosach, która pojawiała się w rodzinnym obozie, gdy tylko zaszła w kolejną ciążę, a po urodzeniu dzieciaka zwyczajnie znikała. Ojciec z pewnością też jakiś musiał istnieć. Nikt jednak nie potrafił z całą stanowczością stwierdzić, który z licznych kochanków Kizzy mógłby nim być. Nauczył się więc żyć bez nich. Najważniejsze, że miał licznych wujków, ciotki i rodzeństwo. Ale w pewnym momencie zniknęli także jego zastępczy opiekunowie. Idylla nakazująca głęboko wierzyć, że Romowie, podobnie jak pozostałe mniejszości etniczne tego świata, zawsze trzymają się razem rozpłynęła się niczym przysłowiowa mgła, gdy miał zaledwie pięć lat. To właśnie wówczas starszyzna po raz ostatni podjęła próbę skontaktowania się z jego mãe. Zobowiązała się czekać na nich w Nowym Jorku, więc wybrali się w podróż za ocean. Tyle, że kobieta nigdy się nie pojawiła, a oni nie mogli już dłużej niańczyć za nią jej szkrabów.
Tak oto nagle stali się pensjonariuszami jednego z wielu amerykańskich domów dziecka. Nic nieznaczącymi zapiskami w grubych księgach sierocińca aż do momentu, gdy ktoś nie postanowiłby im wreszcie zaoferować nowego domu. Z maluchami poszło gładko, rodzice zastępczy pojawili się w przeciągu niecałego roku. Natale nie miał zaś aż tyle szczęścia. Przez wiele lat błąkał się od jednej familii do drugiej aż w końcu przyczepiono mu łatkę sprawiającego problemy wychowawcze i nienadającego się do procesu adopcyjnego. Faktycznie, zawsze wyróżniał się spośród innych dzieci swoją kreatywnością, chęcią eksploracji narzucanych granic oraz ekspresyjnością. Skazany na długotrwały pobyt w murach przytułku, coraz częściej uciekał poza nie. Początkowo były to tylko mało znaczące wypady, które i tak sprawiały, że wychowawcy nieodmiennie wpadali we wściekłość. Następnie zaczęły się pierwsze eksperymenty z alkoholem i dragami. W wieku szesnastu lat trafił z zatruciem na SOR i został oddelegowany na miesięczny detoks. Niedługo później, wykorzystując chwilową nieuwagę nauczycieli, podczas wycieczki do Muzeum Historii Naturalnej ukradł aparat z biura rzeczy znalezionych. I pewnie nikt by się o tym występku nigdy nie dowiedział, gdyby właściciel zguby zauważywszy jego brak, nie postanowił się po niego zgłosić jakieś dwa tygodnie po tym wydarzeniu. Tym razem skończyło się już na poprawczaku, z którego wyszedł dopiero jako młody samotny dorosły. Nie mając innego wyjścia, chwytał się rozmaitych prac dorywczych. Zaczynał od sprzątania w podrzędnym barze, po czym zatrudnił się kolejno jako barista i taksówkarz wodny, by ostatecznie postawić swoje pierwsze kroki w świecie sztuki jako performer ognia i drag queen w klubie nocnym. Po wielu perturbacjach zaistniał jako undergroundowy aktor występujący głównie na deskach teatrów ulicznych. Podczas jednego z przedstawień przypadkiem został zauważony przez łowcę talentów pracującego dla agencji modelingowej, a kilkanaście dni później miał już w ręku pierwszy kontrakt. Ciągły blask fleszy nigdy mu nie przeszkadzał, a stawka za te wygłupy była całkiem niezła, więc zapewne gdyby nie niespodziewana wygrana w ReFocus Awards z 2016 roku, najprawdopodobniej nadal rujnowałby sobie zdrowie stosując się do niestworzonych diet i próbując dogonić ciągle zmieniające się trendy modowe. Na całe szczęście obecnie ma już ten cały cyrk za sobą i, mimo serca wciąż obficie krwawiącego po stracie ukochanej, stara się patrzeć w przyszłość z uśmiechem na ustach.
Księga tajemnic
* Obywatel świata.
* Filantrop.
* Ponieważ urodził się w Wigilię, matka nadała mu imię oznaczające po włosku Boże Narodzenie.
* Zdarza mu się tworzyć rysunki za pomocą ołówka lub węgla, lecz zdecydowana większość z nich nigdy nie ujrzała światła dziennego.
* Wdowiec od stycznia 2025 r. Jego małżonką była francuska adwokatka po godzinach świadcząca bezpłatne usługi dla najbardziej potrzebujących mieszkańców Nowego Orleanu, Alix Fontenelle. Przeprowadzone po jej śmierci śledztwo wykazało, że prowadzone przez nią auto miało podciętą linkę hamulcową.
* Wciąż nie zdejmuje obrączki.
* Choć sam skończył jedynie technikum fotograficzne, od dnia zamordowania ukochanej samodzielnie kontynuuje ich wspólne dzieło udzielając bezpłatnych lekcji dla uboższych dzieciaków i z ogromną cierpliwością wysłuchuje ich historii, nie raz stając się dla nich kimś w rodzaju zastępczego opiekuna, wszędzie tam gdzie się akurat znajduje. Żywi bowiem szczerą nadzieję, że jego dobre rady starszego kolegi pomogą im kiedyś osiągnąć szczyty, o jakich on sam nie mógł w ich wieku nawet marzyć.
* Obecnie wraz z kilkoma innymi artystami wynajmuje apartament w dzielnicy TriBeCa. W przeciwieństwie do większości z nich jednak planuje za jakiś czas ruszyć w dalszą podróż.
* Ma heterochromię obszarową powodującą, że górna część jego oczu ma barwę brązową, a dolna zieloną.
* Fan miętowo-lawendowej herbaty oraz muzyki rockowej, heavy metalowej, bluesa i jezzu.
* Kierowca czarnego Jeepa Grand Cherokee z 2008.
* Opiekun Kavy (whippeta należącego dawniej do kłusowników) i Novy (seterki angielskiej odziedziczonej po ś.p. żonie)

「R」

Odautorsko

16/09/2025

[KP] I'll take my whiskey neat

MARCUS LOCKHART
urodzony 16 listopada 2000 roku w Mediolanie jako Marcello Tomassini ⸺ absolwent Columbia University School of the Arts na kierunku teatralnym ⸺ wschodząca gwiazda kina, okazjonalnie model ⸺ rozgłos zawdzięcza roli w The Fine Line: młodzieżowym serialu dramatycznym, który w roku 2022 roku bił rekordy oglądalności na Netflixie ⸺ wcielił się tam w głównego bohatera: wybitnie uzdolnionego studenta malarstwa, fałszerza obrazów zmagającego się z uzależnieniem od narkotyków ⸺ swoje pięć minut sławy wykorzystał odpowiednio, nawiązując znajomości w świecie filmu, co pozwoliło mu na udział w bardziej ambitnych projektach w konwencji dramatu ⸺ znany z naturalnego talentu, bezpretensjonalnego podejścia do gry i faktu, że nie zawsze trzyma się scenariusza ⸺ od pięciu lat prawny opiekun swojej dziesięcioletniej siostry, Claudii; w trosce o nią pieczołowicie chroni swoją prywatność ⸺ niechętnie rozmawia o swojej młodości ⸺ po przeprowadzce do Nowego Jorku, w wychowywaniu dziewczynki pomaga mu babcia ze strony matki ⸺ miłośnik jednośladów, właściciel Ducati Panigale V4 ⸺ do poczciwego Volvo wsiada tylko wtedy, kiedy mu się nie śpieszy, a śpieszy się często ⸺ fotograf amator i niespełniony malarz ⸺ bywalec barów z karaoke ⸺ więcej ⸺ powiązania

When I was 16 my senses fooled me
Thought gasoline was on my clothes
I knew that something would always rule me
I knew the scent was mine alone

Jest uosobieniem wolności ⎯⎯ nie cofa się przed niczym i nie ustępuje nikomu. Podlega wyłącznie własnym niepisanym zasadom oraz intuicji (swojemu menedżerowi jedynie od czasu do czasu, co potem odbija mu się czkawką). Doskonale wie, kiedy się ukorzyć, ale z reguły tego nie robi, chyba że może przynieść mu to zysk albo uratować skórę. Poczucie niezależności jest dla niego kluczowe, więc broni go zaciekle.

Nie potrafi zdystansować się od pewnych spraw, oprzeć się dreszczom tnącym ciało błyskami dewiacyjnej wręcz ekscytacji; instynktownie pojawia się tam, gdzie może nabawić się nowych, świeżych blizn, zupełnie jakby je kolekcjonował ⎯⎯ zbierał jedna po drugiej z jakąś niejasną, naglącą potrzebą, palącą brudną duszę od podszewki. O ile na chłodno zdarza mu się ją powściągnąć, uchylić się od problemu i odejść, tak pod wpływem gwałtownych uczuć jego rozsądek topnieje, ustępując porywom gorącego temperamentu odziedziczonego po ojcu.

Mimo, że otacza się ludźmi, niewielu z nich dopuszcza blisko siebie, nikomu nie dając się poznać tak naprawdę. Z wrodzoną lekkością chwyta niesforną granicę między fabrykacją a czuciem i modeluje ją przed światem wedle zachcianek, co czyni go tym, czym jest nie tylko na ekranie, ale także poza nim.

Wybitny kłamca, który nie tylko wybitnie kłamie, ale przede wszystkim z nanometryczną dokładnością mimikuje wszystko, co jest stanie zobaczyć lub usłyszeć. To z kolei sprawia, że niemożliwym jest określić, kiedy składa siebie od nowa, a kiedy odtwarza projekcję skrojoną na miarę potrzeby. Żeby się do kogoś zbliżyć, musiałby się otworzyć ⎯⎯ na swoje emocje, na swoją przeszłość, na innych oraz na to, że nie wszyscy chcą mu zaszkodzić. Musiałby się otworzyć, on natomiast nie otwiera się wcale, sprawiając jedynie takie wrażenie. I może kłamie, a może tylko miesza półprawdy w mistrzowskim spektaklu, którego miarą są oddechy, nie cięcia.

Marcus obserwuje, wyciąga wnioski, a potem gra. Buduje od podstaw całe osobowości, następnie serwuje je innym według tego, co chcą w nim zobaczyć. Jak lustro odbija sobą cudze pragnienia, by osiągnąć zamierzony efekt; robi to już tak długo, że zgubił siebie po drodze i nie jest pewien, czy w ogóle chce jeszcze siebie odnaleźć.

Baby, now and then
Don't you just wanna wake up, dark as a lake?
Smellin' like a bonfire, lost in a haze?
Cześć! Wizerunku użyczył Tim Burton's movie wannabe Lorenzo Zurzolo, w karcie Arsonist's Lullabye w duecie z Too Sweet, reszta to ja. Nie wiem, który raz już tu jestem, ale chyba nie będę mieć od Was spokoju, a Wy ode mnie i Marcus też go mieć nie będzie.
Brzydko faworyzuję, wybaczcie!

08/09/2025

2199. Did I disappoint you?

Take a seat, but I'd rather you not be here for what could be my final form
Stay your pretty eyes on course
Keep the memories of who I was before

Zwykle Linda czekała na niego przed domem. Ian zatrzymał Cadillaca na wysypanym żwirem podjeździe i popatrzył na ganek, rozświetlony przez reagujące na ruch lampki. Lindy nie było. Nie stała na ostatnim z trzech stopni prowadzących na podjazd, nie opierała się o balustradę, paląc papierosa i nie siedziała na jednym z ogrodowych foteli. Nie zrobiła kroku w jego stronę, który robiła zawsze, kiedy tylko cichł chrzęst żwiru pod kołami Cadillaca, żeby usiąść na tylnej kanapie i poprosić o rundkę wokół osiedla.
Ian wyłączył światła, ale nie zgasił silnika. Popatrzył po piętrowym domu. We wszystkich pomieszczeniach na parterze paliło się światło, ale za tkanymi grubo firankami nie przesunął się żaden cień. Piętro pozostawało ciemne i kiedy Ian popatrzył wyżej, a potem przesunął wzrokiem po oknach, w jednym z pokoi dostrzegł ruch zasłony. Odpiął więc pas i rozsiadł się wygodniej. Ktoś był w domu i ktoś wiedział o tym, że przyjechał. Może była to Linda.
Dzwoniła do niego w co drugi czwartek, przez co w co drugi piątek Ian przyjeżdżał pod jej dom z paczuszką amfetaminy. Zawsze pięć gramów, nie mniej, nie więcej. Linda miała schemat, którego skrupulatnie się trzymała, jakby to, kiedy bierze było jedyną rzeczą w jej życiu, nad którą miała kontrolę. Ian przywoził jej te pięć gramów, robili rundkę wokół osiedla, po czym Linda płaciła i wysiadała, by celebrować kolejny weekend bez dzieci, które co dwa tygodnie, od piątkowego wieczora do poniedziałkowego poranka, spędzały czas z ojcem, a byłym mężem Lindy. Gdyby Linda przesadziła z alkoholem, ponieważ z amfetaminą nie miała jak przesadzić, zawsze mogła doprowadzić się do porządku przed powrotem dzieci ze szkoły. I zawsze jej się to udawało, ponieważ Linda trzymała się schematu.
Do dziś.
Po piętnastu minutach Ian zgasił silnik i wysiadł z Cadillaca. Podeszwy jego adidasów chrzęściły na żwirze w ten sam, przyjemny sposób, co koła samochodu. Ian lubił ten dźwięk, dlatego szedł powoli, ale miał do pokonania ledwo trzy metry. Postawił stopę na tym samym schodku, na którym często stała Linda, pokonał dwa kolejne i wszedł na ganek. Zerknął na balustradę, z lekko wytartą białą farbą od częstego opierania się na niej i na ogrodowe fotele z wysiedzianymi poduszkami. Popatrzył na drzwi, na umiejscowiony po lewej stronie przycisk dzwonka. Zapukał, głośno i kilkukrotnie. Nie miał zamiaru tego pukania powtarzać.
Linda otworzyła mu po minucie. Pociągnęła drzwi do siebie i zatoczyła się wraz z nimi. Złapała się skrzydła drugą ręką i szerzej rozstawiła nogi, by złapać równowagę.
— Ian? — rzuciła cicho i popatrzyła na niego, najpierw z szeroko rozwartymi, brązowymi oczami, potem z lekko zmarszczonymi brwiami i rozchylonymi wargami.
— Dzwoniłaś wczoraj.
— Dzwoniłam. Wczoraj — powtórzyła za nim, uwiesiwszy się na drzwiach, które przytrzymywała. Głowa opadła jej nisko, broda prawie dotknęła piersi. Blond włosy posypały się na twarz. — No tak — mruknęła w końcu, podniosła głowę i przymknąwszy powieki, uśmiechnęła się słabo do stojącego dwa kroki przed nią Iana, który tego uśmiechu nie odwzajemnił. Nigdy nie odwzajemniał uśmiechów Lindy. Teraz, z dłońmi wciśniętymi w kieszenie jeansów, tylko na nią patrzył. I czekał.
— Plany mi się trochę zmieniły, wiesz — kontynuowała Linda odrobinę bełkotliwie, ale wciąż na tyle wyraźnie, że Ian nie musiał się wysilać, żeby ją zrozumieć. — Thomas się rozchorował. Jelitówka. Nie mógł zabrać dzieci na weekend — westchnęła i opadające na oczy włosy zaczesała do tyłu, rozchyliła też powieki i zogniskowała wzrok na Huncie. Znowu się uśmiechnęła. — Zapomniałam dać ci znać.
Ian zdążył zrobić krok w tył i odwrócić się bokiem do Lindy, kiedy ta złapała go za łokieć, mocno wbijając palce w jego skórę, podczas gdy przed sekundą ledwo stała na nogach.
— Zaczekaj.
W tym, jak go złapała, było coś, co sprawiło, że tym razem Ian uśmiechnął się pod nosem. Wyrwał łokieć, spojrzał przez ramię na Lindę. Stała przed drzwiami, wciąż z wyciągniętą ręką, kołysząc się lekko na boki zgodnie z tym, jak kołysał się świat przed jej oczami.
— Przywiozłeś towar?
Ian zszedł z ganku, podszedł do samochodu. Ze schowka po stronie pasażera wyjął pięć gramów amfetaminy i wrócił do Lindy, która zdążyła opuścić rękę i teraz spoglądała na niego z cieniem wstydu, ale jej brązowe oczy błyszczały w znajomy dla Iana sposób.
— Ile płacę? — zapytała, kiedy wzięła woreczek z jego ręki. Zawsze o to pytała, a on zawsze odpowiadał jej tak samo.
— Tyle, ile zawsze.
Linda uśmiechnęła się z zadowoleniem. Skinęła głową. Znała ten schemat. Wycofała się do wnętrza domu, nie zamknąwszy za sobą drzwi, więc Ian widział, jak grzebie w torebce i jak wyciąga z niej portfel, a z niego gotówkę. Złożyła banknoty, podeszła do Iana i podała mu je. Zdziwiła się, kiedy Ian zaczął je liczyć. Nigdy tego nie robił.
— Za mało.
— Naprawdę? — rzuciła i zachichotała, przyłożywszy dłoń do ust, a potem czknęła. Popatrzyła na Iana, który widział, jak to rozbawienie, które nagle ją ogarnęło, równie nagle znika z jej oczu. Linda wycofała się, wzięła portfel, który tym razem odłożyła na szafkę obok torebki i sięgnęła do jego wnętrza. Jej dłoń zatrzymała się nad przegródką z banknotami, palce zadrżały.
— Ile brakuje?
— Trzysta dolarów.
Linda z portfelem w jednej dłoni i trzema banknotami w drugiej wróciła do Iana.
— Mam dwieście pięćdziesiąt. Zapłacę resztę następnym razem, dobrze?
— Nie, nie dobrze. — Ian popatrzył na banknoty, ale nie wziął ich z ręki Lindy. — Trzysta. Znasz zasady — przypomniał jej i popatrzył na kieszeń dresowych spodni, które Linda miała na sobie, a do kieszeni których schowała amfetaminę. Kobieta cofnęła się o krok, zachwiała. Ramieniem podparła się o otwarte drzwi.
— Ian, proszę — odezwała się cicho. — To tylko pięćdziesiąt dolarów.
— To tylko pięć gramów.
W Ianie było coś, co przerażało Lindę. Nigdy mu o tym nie powiedziała i nigdy nie dała niczego po sobie poznać, ale po każdej rundce wokół osiedla, kiedy Ian odjeżdżał, a ona zamykała za sobą drzwi, jej ciałem wstrząsał zimny dreszcz. Nie do końca wiedziała, czym było to coś, co kazało jej się bać własnego dilera. Ian był spokojny i Ian był miły. Dzwoniła w co drugi czwartek, a on przyjeżdżał w co drugi piątek, punktualnie o dwudziestej pierwszej. Dlatego na niego czekała, niezależnie od pory roku. Piętnaście minut wcześniej wychodziła na ganek i zapalała papierosa. Czasem przysiadała na ogrodowym fotelu, czasem opierała się o balustradę. Czasem stała na ostatnim stopniu schodków, kiedy już wypaliła i zgasiła fajkę w stojącej na parapecie popielniczce. Przez te dwadzieścia minut, w które objeżdżali osiedle, ona mówiła, a on słuchał. Czasem jej nawet odpowiadał, jednym lub dwoma słowami, ale nie modulował przy tym głosu. Był przesiąknięty tym cholernym spokojem, którego Lindzie tak często brakowało i to było nieludzkie. To, że Ian był tak spokojny, że aż obojętny. Obojętny na to, co mówiła Linda, chyba że przy nim nazywała swoje dzieci potworkami. Patrzył wtedy na nią we wstecznym lusterku, ale nawet wtedy w jego ładnych, piwnych oczach nie pojawiała się iskierka życia. Tylko to, że przeniósł wzrok z drogi na nią, coś zdradzało. Ten ruch, szybki i zdecydowany, bo nie odbywający się wbrew jego woli. Pełen premedytacji. A przy tym tej obojętności, ponieważ Linda nie miała dla niego znaczenia.
Linda nie miała dla niego znaczenia. Nie miało dla niego znaczenia te pięćdziesiąt brakujących dolarów. Ale dla Lindy znaczenie miało to pięć gramów, ciążące jej w kieszeni dresów.
— Zaczekaj — szepnęła, wycofała się i chwiejnie poszła na górę po schodach, które Ian widział ze swojej perspektywy. Odprowadził Lindę wzrokiem, gotówkę schował do tylnej kieszeni spodni i czekał. Nie na Lindę, a na brakujące pięćdziesiąt dolarów.
Kiedy pięć minut później Linda schodziła po schodach, mocno trzymając się drewnianej poręczy, szedł za nią chłopiec. Na oko sześcioletni. Niewiele brakowało, a zacząłby deptać jej po piętach.
— Mamo, to moje kieszonkowe! Mamo!
Ian najpierw ich usłyszał, dopiero po chwili zobaczył. Linda zeszła ze schodów, ruszyła korytarzem w jego stronę. Chłopiec, uczepiony jedną ręką jej białego t-shirtu, szedł tuż za matką. Wlókł się w zasadzie. Powłóczył nogami, zapierał się, próbował ją zatrzymać, ale nawet pijana Linda miała więcej siły. I determinacji.
— Masz — warknęła, wciskając pięćdziesiąt dolarów w dłoń Iana. — Nie wstyd ci? — wycedziła przez zęby, obejmując drugą ręką syna, który na widok Hunta przylgnął do jej boku. Jakby po drodze na górę Linda zabrała nie tylko pieniądze syna, ale też porzuconą wcześniej godność.
— Ja mam się wstydzić?
Linda chciałaby, żeby Ian roześmiał się jej w twarz. Żeby na nią nawrzeszczał. Nawet, żeby ją uderzył. Chciała, żeby zrobił cokolwiek, ale Ian nie zrobił niczego. Zadał tylko to jedno pytanie, patrząc przy tym nie na Lindę, a na jej sześcioletniego syna i głos mu przy tym nawet nie zadrżał. Drżała za to Linda, lekko, ale wyczuwalnie dla syna, który tulił się do jej boku, patrząc na patrzącego na niego Iana. Linda obejmowała chłopca mocno, tak jak mocno zaciskała palce drugiej ręki na paczuszce w kieszeni spodni.
Ian popatrzył na banknot, obrócił go w palcach. Na banknot patrzył także chłopiec, tymi dużymi, brązowymi oczami, takimi samymi, jak u Lindy. Włosy też miał jasne, lekko kręcone, ale nieco inne od Lindy. Linda musiała swoje rozjaśniać i prostować.
Ian popatrzył na chłopca. I schował banknot do tej samej kieszeni spodni, do której wcześniej schował resztę.
— Jedź już, Ian — poprosiła Linda, a Ian akurat tę jej prośbę zamierzał spełnić.
— Miłego weekendu, Lindo — powiedział, tak jak mówił jej zawsze, kiedy wysiadała z Cadillaca, ale dziś nie postępowali według schematu, który znała Linda, a na który Ian przystał. Dziś Linda nie traciła kontroli nad tą jedną rzeczą, nad którą starała się panować. Dziś Linda zaczynała rozumieć, że nigdy tej kontroli nie miała.
Zwykle Ianowi odpowiadał trzask zamykanych przez Lindę drzwi Cadillaca. Teraz odpowiedziała mu cisza i Ian nie miał nic przeciwko temu, by tak pozostało. Odwrócił się, zszedł z ganku i ruszył do samochodu. Żwir znowu przyjemnie chrzęścił pod jego stopami, kiedy stawiał długie kroki. Wcisnął przycisk na breloku kluczyka, światła Cadillaca zamigały. Ian zatrzymał się przy drzwiach, ale żwir nie przestał chrzęścić. Robił to teraz pod małymi, odzianymi w tenisówki stopami.
Sześciolatek wyrwał się matce. Biegł do Iana, a kiedy dobiegł, uderzył go pięścią w udo. Potem kopnął w łydkę. Zamachnął się przy tym tak mocno, że po tym kopnięciu się przewrócił. Upadł pupą na żwir, podparł się rękoma. Kamyki wbiły mu się w dłonie.
— Sam, nie!
Linda krzyknęła, wyrwała się ku chłopcu, ale upadła po zrobieniu trzech kroków. Zaplątała się we własne nogi, upita eleganckim prosecco, które zaczęła sączyć już po obiedzie, skoro to jej były miał odebrać dzieci ze szkoły. Zamiast tego zadzwonił, że jest chory, a Linda z kieliszkiem w dłoni i połową opróżnionej butelki musiała prosić o przysługę matkę. Teraz leżała na ganku, a kiedy podparła się i podniosła głowę, to Ian kucał przy jej dziecku.
— Nienawidzę cię — powiedział Samuel cicho. Patrzył na Iana. Po zaczerwienionych policzkach ciekły mu łzy. Z lewej dziurki nosa leciała woda, zbierała się nad górną wargą. Jeden jasny loczek przykleił się do spoconego czoła. — To przez ciebie mama jest taka. Dajesz jej coś. Dajesz jej coś, przez co ona taka jest — wytknął i oblizał tę zasmarkaną, górą wargę. — Nienawidzę cię.
Ian się nie odezwał. On i Sam patrzyli na siebie jeszcze przez chwilę. Linda nawoływała syna, jednocześnie próbując się podnieść, ale jej krzyki nie docierały ani do chłopca, ani do dilera.
Hunt wyciągnął ręce, złapał sześciolatka pod pachy. Był przy tym tak zdecydowany, że Samuel, choć odruchowo się skulił, pozwolił mu na to. Nie wyrywał się. Ian postawił go na nogi, obrócił tyłem do siebie i żeby było mu wygodniej, przyklęknął na żwirze. Dłonią otrzepał pupę chłopca z brudu i drobniejszego żwirku, a kiedy spodenki były względnie czyste, znowu go obrócił, tym razem przodem do siebie. Bynajmniej nim nie szarpał. Trzymał go za ramiona, prowadził jego ciało pewnie, ale z nienachalnym wyczuciem i Sam poddawał się tej pewności. Kiedy już był zwrócony przodem do Iana, ten złapał go za łokcie, pociągnął ku sobie jego ręce, obrócił dłonie wierzchem do góry. Przytrzymując je, obejrzał najpierw lewą, potem prawą. Kamyki raczej były przyklejone do jego skóry, niż w nią wbite, więc Ian otrzepał także dłonie Samuela. Ten skrzywił się, spodziewając się bólu i to faktycznie trochę bolało, a po kamykach na jego dłoniach pozostały czerwone wgłębienia.
Przytrzymując Samuela za nadgarstki, Ian ponad jego głową popatrzył na ganek. Linda gramoliła się na kolana.
— Puść mnie. — Sześciolatek zaprotestował, spróbował się wyrwać. Dopiero teraz, kiedy poczuł, że przy tym obcym człowieku, którego nienawidził, nie powinien czuć się pewnie. Nie widział matki. Nie widział tego, jak upadła. Jak teraz z trudem się podnosiła.
— Zaraz.
Ian złapał go mocniej. Obserwował Lindę. Chwytając się balustrady, stanęła na nogi. Mocno pochylona, trwała tak przez chwilę, podczas gdy Sam znowu spróbował się wyrwać.
— Puść mnie!
Linda wyprostowała się. Podciągnęła wyżej dresowe spodnie, drżącymi dłońmi wygładziła przybrudzony, biały t-shirt. Przeczesała palcami włosy, odgarnęła je do tyłu, zaczesała za uszy. Odetchnęła głębiej i dopiero wtedy podniosła głowę.
Ian klęczał, trzymał Samuela za nadgarstki. Chłopiec mu się wyrywał, szarpiąc drobnym ciałem.
— Sam! — zawołała Linda i wtedy Ian go puścił. Samuel wystrzelił w stronę matki tak, że mało co, a znowu by się wywrócił. Przeciął podjazd, kamyki strzelały na boki spod jego stóp. Wbiegł na ganek, wpadł w szeroko rozłożone ramiona Lindy. Te, które były pewne i bezpieczne. Te, które zobaczył jako pierwsze, kiedy Ian go puścił i Samuel się obrócił.
Ian podniósł się z kolan, otrzepał spodnie. Wsiadł do Cadillaca, wykręcił z podjazdu i odjechał. Odetchnął dopiero, kiedy żwir przestał chrzęścić pod kołami samochodu.


Please, don't let them see me

Sprawdziłam. Ostatnio pisałam notkę dwa lata temu, więc bądźcie dla mnie wyrozumiali. Dla Iana też możecie tacy być ♥
Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Twenty One Pilots - The Line. Znowu (w karcie też jest), bo ta piosenka idelanie pasuje mi do Iana.

06/09/2025

[KP] Your life is your story. Make it a masterpiece

Andrea Wilson
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // od 23 lat w LA // wymiana studencka na Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego; reżyseria i produkcja // jedna z wielu - adoptowana // córka najwspanialszej Helen Wilson i niezastąpionego Georga Wilsona // metr sześćdziesiąt // na youtubowym kanale "Andrea Singcelli" wrzuca covery popularnych piosenek, do których kręci i montuje teledyski, nie ujawniając przy tym swojego wizerunku.
Och, Andy...
Wie tylko tyle, że urodziła się w Nowym Jorku. Nigdy nie poznała swoich biologicznych rodziców i nigdy nawet nie chciała o nich słyszeć. Jako kilkudniowe niemowlę została oddana pod opiekę rodziny zastępczej, w której została aż do teraz. Uważa się za prawowite dziecko swoich rodziców. Szcześcioro rodzeństwa, z którym się wychowała, uważa za jedyne słuszne rodzeństwo. Zna ich wszystkich na pamięć. Ich oczy, nosy, usta, twarze, a nawet płatki uszu czy kolor skóry i widoczne pieprzyki. Każde z nich jest inne i każde z ich siódemki jest na swój sposób wyjątkowe. Jednak Andy nie może oprzeć się wrażeniu, które towarzyszy jej całe życie, że czegoś jej brakuje. Że w całej wieloelementowej układance brakuje tego jednego, małego puzzelka, którego nie ma ani pod dywanem, ani w pysku niesfornego psa.
Andrea od dziecka chwytała kadry. Goniła za nimi ze starym aparatem, w którym nieustannie trzeba było wymieniać rolki z taśmą. A kiedy pomyślała o zostaniu aktorką, bardzo szybko okazało się, że nawet rola drzewa w szkolnym przedstawieniu wiąże się dla niej ze zbyt wielką tremą. Andy, jeśli tylko może, unika publicznych wystąpień, świetnie za to czuję za kamerą lub w studio, gdzie może całą produkcję złożyć w jedno, epickie dzieło, a warunki pracy znacząco różnią się od domowego chaosu.
Bawi się obrazami, kreuje wizje swiata idealnego, a jednocześnie nie zapomina o tym, że ci, którym zawdzięcza wszystko, czekają na jej pierwszy sukces. Z trudnym do wyjaśnienia uczuciem pustki, wszystko robi z myślą o rodzicach, chcąc im się odwdzięczyć za szansę na naprawdę dobre życie.
code by EMME

04/09/2025

[KP] You're sweeter than a peach

Maxine Riley
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 24 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie // I
But you don't know the life of a showgirl
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
code by EMME

[KP] What's the lie, what's the truth

Maxine Riley
urodzona 13 kwietnia 2002 roku w Nowym Jorku, USA // 23 lata // studentka Columbia University School of the Arts // ostatni rok programu magisterskiego na scenopisarstwie i reżyserii // jedynaczka // córka radnego New York City Council z okręgu 12, Kevina i gospodyni domowej na pełen etat, Lucy, a dawnej rozchwytywanej prawniczki // metr sześćdziesiąt w kapeluszu // niski wzrost nadrabia bezkompromisowym podejściem do życia // w wolnym czasie rysuje fanarty do obejrzanych filmów i seriali, które publikuje na swoim Instagramie
What to believe in my life
Maxine ma zupełnie zwyczajne życie. Takie, w którym nic nie będzie mogło jej zaskoczyć. Poukładane i przewidywalne. Może dlatego zaczęła układać w głowie scenariusze, których końca często nie potrafi przewidzieć ona sama; które zaskakują, skoro życie jedynaczki i wzorowej uczennicy tego nie robi. Max bynajmniej to nie przeszkadza. Lubi swoje poukładane i przewidywalne życie, w którym podąża od jednego do drugiego punktu, które skrupulatnie sobie wyznacza i lubi pisać scenariusze, które zaskakują już nie tylko ją, ale także wykładowców oraz kolegów i koleżanki ze studiów. I te scenariusze wcale tak bardzo nie stoją w kontraście do życia Maxine, bo są poukładane i przemyślane, a także rozpisane co do każdego punktu, ale przy tym mają w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co w dokumencie tekstowym tylko Max potrafi złapać, a potem spiąć początek i koniec zgrabną klamrą, tym samym dając odbiorcom satysfakcję, a co w życiu nadal wymyka jej się z rąk. Nie potrafi spiąć początku z końcem i choć się stara, nie czuje satysfakcji. Ponieważ tak naprawdę, to nie Maxine pisze najbardziej zaskakujące scenariusze, a życie.
code by EMME

01/09/2025

Wrześniowa lista obecności

Czas na wrześniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1września do 5 września,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 września włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.