Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

25/10/2020

[KP] The older I get the more that I see

Charlotte Lester

Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała się przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadal momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko się dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej się wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby się w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment, na który świadomie się zdecydowała kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości, w której okazało się, iż jest samotną matką. Może nie do końca samotną, ponieważ zyskała nieocenią pomoc przyjaciela, który ratuje ją od tego, by nie zapakowała walizek i nie wyleciała do Anglii. Czułaby się wtedy jak przegrana, ponieważ Nowy Jork stał się dla niej domem, który sama dla siebie wybrała - siebie i swojej córki. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - od płaczu, pieluch, czy organizacji każdego dnia tak, by ze wszystkim się wyrobić. Tęskni za całkowitą wolnością, ale jednocześnie spogląda z czułością na śpiącą w jej ramionach Aurorę. Ten mały człowiek stał się dla niej najważniejszą osobą na tym świecie. Nawet, gdy snu ma jak na lekarstwo, kocha ją całym sercem i nie zmieniłaby swojej decyzji, którą podjęła, dowiądując się o ciąży. Zaczeła nowy rodział, lądując na dnie z kubłem zimnej wody wylanej na głowę, lecz wiedziała, że z pomocą da radę stanać na nogi. Nie pierwszy, nie ostatni raz.... Teraz czuje, że nareszcie ma pełnie władzy na sterem, choć nie zawsze jest w stanie przewidzieć przeszkodzy na swojej drodze. Niekóre poturbują jej statek, po innych przepłynie nawet nie zdając sobie z nich sprawy, jednak nie pozwoli, by któraś zatrzymała ją na dłużej. Ma dla kogo wlaczyc, ma też wsparcie, więc niczego więcej jej nie potrzeba.
NC

24/10/2020

[KP] Sometimes the dreams that come true are the dreams you never even knew you had.

Charlotte Lester
Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy! Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem,ale - niestety - spłoszona pytaniem prawda na okamgnienie skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone.
Urodzona 19.11.1995 r
pochodzi zSouthhampton
z Zawodugrafik
HobbyKrav maga/podróże
niedługo zostanie mamą
cactus

[KP] To się nie zdarza, żeby cokolwiek było tak, jak już było

Imię Charlotte Nazwisko Lester Data i miejsce urodzenia 19.11.1995 r. Southampton (Anglia) Zawód Grafik w agencji reklamowej/Przyszła mama Zainteresowania Krav Maga/Podróże
Idzie o to, że człowiek, który w głębi siebie nie kryje niespodzianki, z reguły nie bywa interesujący. Tylko jak wiele niespodzianek człowiek jest w stanie udźwignąć? Czy jedna to za mało, a pięć to zbyt wiele? Może to nie o ilość się rozchodzi, a jakość? Czy jest więc jakaś miara jakości skrywanych przed światem sekretów? Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te i wiele innych pytań, a człowiek przy narodzinach wcale nie dostaje od losu księgi z instrukcją pod tytułem "Jak żyć by było dobrze". Ba, żaden z rodziców też nie jest wstanie spisać takowej przed ukończeniem pełnoletności przez swą latorośl. Trzeba więc uczyć się z dnia na dzień, potykając się często o własne błędy i podejmując złe decyzje. Z czasem jesteśmy w stanie zrozumieć, że nawet one nadają kolorytu naszej rzeczywistości. Charlotte myślała, że po przylocie do Nowego Jorku życie doświadczyło ją wystarczajaco, by z wysoko podniesioną głową przyjąć to, co czaiło się jeszcze za rogiem. Nie do końca była w błędzie, lecz wcale nie okazała się nieomylna w tej kwestii. Była pewna, że jest wstanie funkcjonować w Wielkim Jabłku bez bliższych relacji, jedynie spełniając swoje marzenia o zostaniu grafikiem. Los okazał się przewrotny, stawiając na jej drodze osoby, które przedarły się przez mury starannie ustawione wokół niej. Miała wiele powodów, by się nimi otoczyć, a mimo to wpuściła ich do swej codzienności. Tylko na moment, na chwilę, a ci bez skrupułow rozgościli się w jej sercu na dłużej. W najmroczniejszych dniach swego życia nie myślała, że to właśnie przez zerwanie kilku więzów odważy się wrócić do Anglii. Bardzo długo robiła dobrą minę do złej gry i nawet udało się jej oszukać samą siebie, aż w końcu coś w niej pękło. Nie potrafiła przywołać uśmiechu, nawet tego, który był tylko i wyłącznie maską przed klientami. Idąc na imprezę, wcale nie czerpała z tego radości, a po kolejnej odmowie ze strony rekruterów miała zwyczajnie dość. Wiedziała, że musi coś zmienić, inaczej znów znajdzie się na równi pochyłej. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, zdała swe wymarzone mieszkanie, wyrobiła Biscuitowi paszport i kupiła bilet do domu. Była to najtrudniejsza decyzja od lat, ponieważ nie miała pojęcia, czy na miejscu nie stanie twarzą w twarz z bratem - z którym nadal nie rozmawiała. Strach ma wielkie oczy? W przypadku Lotty miał przeogromne, gdy zapukała do lekko odrapanych białych drzwi. Znała je tak dobrze, że pewnie bez problemu namalowałaby każdą znajdujących sie na nich rysę. Wychowała się za ich progiem, więc czemu nagle czuła się tu tak obco? Wszystkie obawy prysnęły niczym bańka mydlana, gdy wyrósł przed nią siwiejący mężczyzna, do którego z dumną zawołała Tato, wróciłam!. Nie wiedziała, jak wiele ma na swoich barkach do momentu, gdy te silne ręce ją objęły i zadziałały niczym wehikuł czasu - ona znów miała kilka lat, a on mógł ochronić ją przed całym złem tego świata. Po kilku dniach unikania odpowiedzi na pytanie Co sie stało? Dlaczego nic nie mówiłaś? zdobyła sie na odwagę, by wyznać rodzicom prawdę na temat tego, jak początkowo radziła sobie za wielką wodą. Wiedziała, że nie chce ich dłużej okłamywać, i choć nie wdawała się w szczegóły, oni wydawali się wyłapywać każdy detal. Ich reakcja była mniej burzliwa niż Christophera, jednak zarówno pan jak i pani Lester potrzebowali czasu, by się oswoić z przedstawionymi przez córkę rewelacjami. Przez dobrych kilka tygodni praktycznie ze sobą nie rozmawiali, a nawet posiłki każde jadało osobno. Gdy nastąpił przełomowy moment, blondwłosej spadł ogromny ciężar z barków, jakby na nowo odżyła. Powinna to wiedzieć te kilka lat temu, że rodzice się od niej nie odwrócą, powinna, a jednak wtedy stchórzyła. Tak bardzo chciała udowodnić, że może spełnić swoje marzenia, że na własne życzenie odcięła się od nich. Dni, tygodnie, a nawet miesiące mijały i wydawało się, że Charlotte wcale nie zamierza opuszczać rodzinnego domu. Znalazła nawet dorywczą pracę, by nie siedzieć na utrzymaniu rodziców. Z pomocą ojca oraz ich starej jak świat furgonetki przezwyciężyła swoją fobię przed poruszaniem się na czterech, czy też dwóch kołach. Osiągnęła spokój do momentu, aż jej brat również postanowił odwiedzić Southampton. Nadal nie potrafił jej zrozumieć ani z nią spokojnie porozmawiać. To był ten kopniak, którego potrzebowała, by wrócić do Nowego Jorku i zacząć wiele rzeczy od początku. Nim wyleciała z Anglii, zostawiła dość długi list dla brata z wyjaśnieniem - takim, jakie kilka miesięcy wcześniej sprezentowała rodzicom - oraz udało jej sie znaleźć nowe mieszkanie w Wielkim Jabłku. Skontaktowała się również z byłem szefem Paulem, ponieważ potrzebowała jakiegoś tymczasowego źródła dochodu w Nowym Jorku. Na jej szczęście mężczyzna dobrze pamiętał, jak pracowita z niej jest barmanka, więc bez oporów zgodził się powitać ją w skromnych progach swego lokalu. Czas gnał jak szalony, ale ona również nie zwalniała tempa w poszukiwaniu swej wymarzonej pracy. W końcu się udało, niemal rok po tym, gdy wyleciała do Southampton, została grafikiem w jednej z większych agencji reklamowych. Powrót do domu zdecydowanie postawił ją na nogi, a odkrycie kilku niespodzianek przed najbliższymi sprawiło, że już wcale nie musiała się zmuszać do uśmiechania. Cieszy się, że wróciła do tej miejskiej dżungli, bo wie, że to właśnie tutaj jest jej miejsce - przynajmniej na razie. Znów uczestniczy w zajęciach z krav magi, czasem nawet w zastępstwie trenerów. Na pewno nie przegapi okazji do szaleństwa na parkiecie w dobrym towarzystwie. Charlotte Lester nadal jest optymistyczną, szaloną, czasem ironiczną czy mściwą blondwłosą dwudziestokilkulatką, jedynie z większym bagażem doświadczeń, który postanowiła częściowo zostawić za wielką wodą. Take my hand through the flames. - it's worth it!
była tancerka w klubie Go-Go - absolwentka asp – królowa parkietu – była barmanka – starsza siostra - dawny rudzielec – samotna dusza w morzu nieznajomych – właścicielka Biscuita – świeżo upieczony kierowca jednośladów - w Anglii spędziła ponad pół roku

                       update powiązań 28/12/2020
                            update zdjęć 8/2/2021


Witamy się z Lotta po raz drugi! Zniknęła na trochę z Nowego Jorku, ale mamy nadzieję, że znajome duszyczki chętnie znów się spotkają na rum z colą, a nowe nie będą się wahać, by poszaleć tu, czy tam ;) Serdecznie z byłym rudzielcem zapraszamy <3 Cytaty w karcie z "Mistrza i Małgorzaty"

[KP] It's choice - not chance - that determines your destiny.

Charlotte Lester
19 Listopada 1995 Southhampton (Anglia) Grafik w agencji reklamowej Od pięciu lat w NY Krav Maga/Podróże Powiązania Dodatkowe Historia
Long story short...
Od najmłodszych lat przejawiała oślą upartość, która to nie pozwalała poddać sie w połowie obranego celu. Nie raz, nie dwa wplątała sie przez nią też w kłopoty, jednak miała najbliższych, na których zawsze mogła liczyć. Była - i nadala momentami jest - optymistką z głową pełną szalonych pomysłów, która, nauczona doświadczeniem, nie zapomina stąpać twardo po ziemi. Zaczynając swoją przygodę w Nowym Jorku, musiała odbić się od dna, złamać wiele swych zasad, a dumę oraz wstyd schować głęboko do kieszeni. Każdy kolejny taniec na rurze, każdy kolejny trening krav magi i kolejny drink kształtowały ją na nowo. Nie była już tylko Lottą, która wiecznie chciała tworzyć kolorowe prace, która znajdowała inspiracje gdzie tylko sie dało, ale stała się kimś, kto nie bał się samemu rzucać wyzwania. Może czasem faktycznie igrała z ogniem, ale nie sparzyła się jeszcze na tyle mocno, by z tego zrezygnować. Każda jedna kłoda pod jej nogami doprowadziła ją do tego miejsca i choć czasem chciało jej sie wyć z bezsilności czy frustracji, nie cofnęłaby sie w czasie, by cokolwiek zmienić. Nie sądziła, że los będzie dla niej takim srogim nauczycielem, który w najmniej oczekiwanym momencie postanowi ją nagrodzić. Po kilku latach zrozumiała, że nie jest w stanie funkcjonować bez bliskich dusz, bez osób, które nie będą pytać, co się stało, ale po prostu będą. Nauczyła się też, że przyjaźń to ciężki kawałek chleba, gdy nie jest darowna pod postacią brata od urodzenia. Wie też, że jej się poszczęściło, bo odnalazła w tej miejskiej dżungli ludzi, za którymi bez wahania wskoczyłaby w ogień. Jeśli chodzi o nieco inne związki, to niestety eksperyment na który świadomie się zdecydowała, kilka miesięcy wcześniej, krótko mówiąc nie wypalił. Dość szybko musiała przejść z trybu planowania przeprowadzki do rozpakowywania pudeł w swoim starym mieszkaniu i rzeczywistości w której okazało się, iż będzie samotną matką. Ma czasem takie dni, gdy pragnie uciec - nie tyle od zobowiązań, co wymknąć się na imprezę, zatracić się w muzyce i nie musieć uważać na to, czy ten drink na pewno jest bezalkoholowy. Tęskni za wolnością, ale jednocześnie bardzo długo zwlekała, by przejść z wymarzonej pracy grafika na urlop macierzyński. Rudowłosa jeszcze na pewno nie raz się potknie i nie raz potrząśnie tym szaro-burym światkiem. W końcu żyje się raz, a gdy życie rzuca ci pod nogi kłody, można z nich zbudować domek na drzewie, bo czemu nie? Gdy natomiast na horyzncie pojawia się wpadka... kto wie, co z tego wyniknie!
...and shorter
Przyszła mama – była tancerka w klubie Go-Go – absolwentka asp – królowa parkietu – była barmanka – starsza siostra – samotna dusza w morzu nieznajomych – właścicielka Biscuita – kierowca jednośladów – miała pół roczną przerwę od Nowego Jorku – aktualnie uczęszcza na różnego rodzaju zajęcia, by jakoś wypełnić wolny czas
code by EMME

13/10/2020

2152. Can you hear me screaming "Please don't leave me"

Loving and fighting Accusing, denying
I can't imagine a world with you gone
The joy and the chaos, the demons we're made of
I'd be so lost if you left me alone

13 sierpnia 2016

Nie pamiętała ostatnich dziesięciu dni.
Dzisiejszy dzień bez pomocy najbliższych byłby katastrofą. Budzik ustawiony na siódmą nie był w stanie jej ściągnąć z łóżka, w zasadzie to udawała, że go nie słyszy. W łóżku było bezpiecznie, ciepło i tylko tam chociaż przez parę chwil mogła udawać, że wszystko jest w porządku, bo wiedziała, że gdy tylko otworzy oczy, cały koszmar powróci. Dziś za to wszystko było nie tak - sukienka za bardzo ją opinała i miała wrażenie, że widać każdą jedną fałdkę. Buty, choć jej ulubione i chodziła w nich często teraz przy każdym kroku obcierały, brakowało jeszcze chwili, aby szpilka jednak wbiła się w pięty. Włosy miała za bardzo ściśnięte i idealnie ułożony kok teraz ciągnął, ale starała się na te drobnostki nie zwracać uwagi. Makijaż robiła w pospiechu, nie zwracając uwagi na to, aby był wykonany poprawnie. I wcale nie był. Dziś to jednak wcale nie było coś, czym zamierzała się przejmować. Dopiero w kościele ktoś zorientował się, że nie pomalowała rzęs w lewym oku i cicho zwrócił na to uwagę, jakby naprawdę brak tego cholernego tuszu do rzęs teraz był największym problemem z jakim się borykała.
Cała ceremonia oraz pochówek zlewały się w jedno. Lynette i Jonathan szli obok niej, mama podtrzymywała ją za ramię, jakby miała za moment się przewrócić, co w tej sytuacji było całkiem prawdopodobne. Przez cały czas tępo wpatrywała się przed siebie z nadzieją, że to wszystko to koszmar, z którego zaraz się przebudzi, a wszystko w końcu wróci do normalności. Cały czas mijała znajome twarze, jednak nie potrafiła do nich dopisać imion. Z tyłu głowy cały czas słyszała cichy głosik, który kazał się jej ogarnąć. Nie mogła spędzić reszty życia w takim stanie. Z osobami, które nad nią skaczą i głaszczą po głowie byle delikatnie, bo w końcu w każdej chwili będzie mogła się rozlecieć. Nie była jedyną osobą, która teraz cierpiała. Widziała twarze jego rodziców, Marcel i Christine również przeżywali śmierć, już drugiego ze swoich dzieci. Nikt nie miał sił wybierać odpowiedniego koloru trumny, nikogo nie obchodziło z jakiego będzie drewna i jakim materiałem będzie wyłożona w środku. To wszystko nie miało przecież żadnego znaczenia tak naprawdę. Nie ważne co by wybrali, nic nie zwróci Mattowi życia. Żaden garnitur, żadna trumna dębowa, sosnowa czy jeszcze inna nie sprawi, że wszystko wróci na swoje miejsce i będzie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nie chciała się z nim żegnać, nie była gotowa na to, aby powiedzieć ostatnie żegnaj i spróbować ułożyć sobie życie bez niego. W głębi siebie wiedziała, że kiedyś będzie musiała w końcu zrobić ten pierwszy krok naprzód, ale nie dziś. Nie jutro, nie za tydzień. Wzięła do dłoni odrobinę ziemi, dopiero w momencie, gdy zbliżyła się do wykopanego grobu i wrzuciła ziemię na trumnę po raz pierwszy w tym dniu poczuła na policzkach łzy.
To te ciche uderzenie ziemi o wieko trumny sprawiło, że dotarło do niej, że Matthew odszedł.
I już nie wróci.

~*~

Dom należący do Marcela i Christine Dooley mieścił się na przedmieściach Filadelfii. Był to typowy amerykański dom z ogromnym ogrodem, nawet z basenem z tyłu i białym płotem, który oddzielał dom od sąsiedniej posiadłości. Było to spokojne miejsce, o które się zabijano. Dom Dooley’ów zwykle był radosny. Młode małżeństwo wprowadziło się tu chwilę po ślubie, a niedługo później powitali na świecie pierwsze dziecko. Matthew przez kilka lat był oczkiem w głowie młodej pary. Po sześciu latach od wprowadzenia się do domu, który przez cały ten czas dzielnie remontowali, ściany domu wypełnione były nie jednym dziecięcym śmiechem, a dwoma. Do rodziny dołączyła młodsza siostra, która prędko stała się ulubienicą młodego Dooley’a. Od lat Conshohocken było dobrą dzielnicą. Taką, do której zło nie sięga. Większość rodzin była tu szczęśliwa, nikt tak do końca nie wiedział co dzieje się za zamkniętymi drzwiami u sąsiadów, jednak nie było też nigdy sytuacji, które wskazywałyby na to, że ta codziennie uśmiechająca się sąsiadka skrywa mroczny sekret. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim, niecałe osiemset metrów od domu państwa Dooley wprowadziła się kolejna rodzina i w tamtym czasie nie podejrzewali, że w przeciągu następnych piętnastu lat ich losy zwiążą się na długie lata.
Dzisiaj jednak ich dom nie był wypełniony śmiechem. Przechodziła przez niego duża ilość osób, wszyscy coś przynosili; od lazanii po ciasta, znalazło się nawet parę butelek alkoholu. Słychać było zapłakane babki, starsze ciotki, ciągle ktoś składał kondolencje, jeszcze inni opowiadali sobie, jakim cudownym i odnoszącym sukcesy mężczyzną był Matthew. Jak bardzo niesprawiedliwie było to, co się wydarzyło. Kręcili się znajomi z liceum, niektórzy przyjechali jeszcze z Nowego Jorku, aby uczcić pamięć Matthew. Joycelyne za nich wszystkich była wdzięczna, za ich obecność. Tylko oni nie potrząsali jej dłońmi, nie zostawiali na policzku perłowej szminki po masie pocałunków, jakby te cokolwiek miały zmienić. Dom wypełniała masa różnych, mieszających się ze sobą zapachów. Zapach potraw i ostrych, mocnych perfum się ze sobą mieszkał tworząc nieprzyjemną mieszankę, od której kręciło się w głowie.
Półtora roku temu siedziała na tej samej kanapie, którą zajmowała teraz. Na skórzanej kanapie było widać ślady po tym, gdy z rozpaczy wbiła w nią paznokcie. Gotowa była znów to zrobić i teraz, jednak zamiast tego siedziała w ciszy, wpatrując się w kominek przed nią. Ludzie nadal rozmawiali, wszyscy współczuli, ale nikt nie był w stanie sprawić, aby poczuła się lepiej. Drgnęła czując na swoim kolanie cudzą dłoń. Z trudem przekręciła głowę natrafiając wzrokiem na swojego ojca, który nie musiał nic mówić. Sam pewnie nawet nie wiedział, czy istnieją odpowiednie słowa na to, aby cokolwiek blondynce powiedzieć. Co mówi się komuś, kto w przeciągu niespełna dwóch lat stracił dziecko i narzeczonego? Jest mi przykro? To niesprawiedliwe i nie powinno się wydarzyć? Wszyscy wiedzieli, że to jest niesprawiedliwie i że nie powinno się wydarzyć. Powinni być tutaj we trójkę, Adeline i Matthew. Adeline skończyłaby w czerwcu rok. Może byłaby taką samą blondyneczką, jaką była Joyce, a może miałaby burzę ciemnych loków, tak jak Matthew. Wiedziała, że byliby szczęśliwą rodziną. Taką, jak z obrazka. Idealną. Jednak idealne wyobrażenie Joycelyne o rodzinie runęło półtora roku teraz, a to, co pozostało z jej wiary w idealizm dziesięć dni temu zniknęło już na dobre.
Nie chciała tu przed wszystkimi się rozklejać. A była blisko, a może raczej była bliska tego, aby wybuchnąć, ileż można było słuchać z ust znajomych z liceum, którzy opowiadali, jaki był cudowny, choć wcale go nie znali? Widzieli go ostatni raz kilka dobrych lat temu, nie wiedzieli jakim mężczyzną się stał, jak świetny był w swojej pracy i ilu ludziom pomógł. Mieli niewyraźne wspomnienie roześmianego chłopaka z liceum, który pomagał starszym ludziom przejść przez ulicę i przepuszczał ich w kolejce w sklepie, ale w żaden sposób nie mogło się to równać z tym kim Matthew tak naprawdę był.
— Chcesz stąd wyjść? — Głoś Jonathana dobijał się do blondynki jak zza grubej szyby. Spojrzała na niego i kiwnęła tylko głową. Obawiała się, że gdyby się odezwała, to rozpłakałaby się na miejscu. Ojciec pomógł jej wstać i oboje przeszli przez drzwi tarasowe. Ogród był przepiękny, choć w żaden sposób nie mógł równać się z tym, którym zajmowała się Lynette, jej mama. Było tu jednak cicho, spokojnie. Nie było starych ciotek, które skakały dookoła piejąc o ogromnej stracie. — Przynieść ci coś, słońce? — Garść xanaxu, może?
— Joy…
— Nie, wszystko jest w porządku — skłamała. Usiadła na huśtawce, leżały na niej rozłożone poduszki, wzięła jedną z nich i wtuliła się w nią. — W zasadzie to nie jest…
— Wiem, kochanie.
Pod wpływem ciężaru Joycelyne i Jonathana huśtawka głośno zaskrzypiała. Delikatnie się kołysali. Sierpień był tego roku piękny, było gorąco, ale nie duszno. Wiał teraz lekki wiaterek, który dawał ochłodzenie po długim dniu. Normalnie byłaby zachwycona pogodą, może chciałaby zjeść kolację na ogrodzie, teraz ciężko było jej dostrzec te drobne rzeczy, które zawsze uważała za piękne.
— Chciałabym, żeby to się skończyło… ta szopka, ci ludzie — urwała czując ogromną gulę w gardle, która nie pozwoliła mówić jej dalej. Nie miała prawa nikomu zabraniać być w żałobie, mieli w końcu spore rodziny i wielu znajomych, nie mogła tylko nic poradzić na to, ile fałszu dziś tu widziała.
— Możemy zawsze uciec. Chciałabyś?
Wahała się, choć bardzo chciała. Zdawała sobie sprawę, że nie powinni uciekać i wychodzić, była tym wszystkim przytłoczona i czuła się tragicznie. W odpowiedzi skinęła jedynie głową. Jonathana nie czekał wcale długo, tylko chwycił dłoń córki. Wyszli bramką omijając wchodzenie do domu, od razu wsiadając też do samochodu. Cofając, blondynka zauważyła przed drzwiami własną matkę ze zdezorientowanym i zaniepokojonym wyrazem twarzy. Nie chciała, aby się martwiła i tylko podniosła dłoń do góry krótko jej machając.
Bladego pojęcia nie miała, gdzie wywoził ją ojciec. Liczył się przede wszystkim fakt, że nie była już w tamtym domu. Rozpuściła włosy, potrzebowała ulgi od uciskającego ją koka. To była niewielka rzecz, a w dziwny sposób sprawiła, że Joy poczuła się lepiej. Jechali w ciszy niemal przez pół godziny, byli w Filadelfii, jednak teraz nie rozpoznawała tych miejsc.
Nawet po zaparkowaniu nie rozglądała się, aby rozpoznać miejsce. Szła po prostu obok ojca, jak kilkuletnie dziecko, które bało się, że nagle się zgubi.
— Poznajesz?
Wszędzie biegały dzieciaki i było głośno. Dopiero teraz zaczęła dopuszczać do siebie to, co działo się dookoła niej. Poznawała to miejsce, aż za dobrze. Skinęła głową w odpowiedzi. Oczywiście, że poznawała to miejsce. Została na zewnątrz, zajmując dla nich stolik. Wszystkie były białe, miały białe krzesełka i tylko serwetki na stolikach były kolorowe. Niemal każdy stolik miał inny kolor. Siedziała wpatrując się w niebieską serwetkę, czując chęć, aby ją porwać na mniejsze kawałki. Potrzebowała zająć czymś ręce, ale nim zdążyła podjąć decyzję o wyjęciu jednej wrócił ojciec z tacą, na której było pełno jej ulubionych słodkości.
Słaby uśmiech pojawił się na twarzy blondynki, kiedy postawił przed nią pucharek zapełniony karmelowymi oraz miętowymi lodami z bitą śmietaną i skrojonymi w mniejsze kawałki owocami kiwi.
— Wiem, że to nie pomoże ci za bardzo, ale…
— Jest świetnie. Dziękuję — powiedziała spoglądając na niego z wdzięcznością. Może wcale nie czuła, że jest świetnie, ale wiedziała, że chciał dobrze. I o wiele bardziej wolała być w ich ulubionej lodziarni niż w domu Dooley’ów i słuchać tych wszystkich ludzi, którzy tak naprawdę nie wiedzieli nic. Na dziś miała już całkowicie dość słuchania, jaka to świetna była z nich para, jakie to nieszczęście ją spotkało. Lody wcale nie pomogą, ale mimo to zanurzyła łyżeczkę w zimnym deserze.

~*~

Powrót do Nowego Jorku był trudny.
Przekroczenie progu wspólnego mieszkania jeszcze trudniejsze. Nie sprzątała tu od dnia wypadku. Wszystko nadal leżało na swoim miejscu, nawet ta cholerna kolacja. W powietrzu unosił się nieprzyjemny zapach, bała się zaglądać do kuchni. Nie wiedziała co mogłaby znaleźć na stole, na którym zostawiła przecież pozostałości kolacji. Zaraz za blondynką weszła jej mama, gdyby nie obecność Lynette nie przekonałaby się do tego, aby tu wrócić. Do miejsca, które dzieliła z Matthew. Do ich łóżka, wspólnej przestrzeni. Miejsca, które było wypełnione nim. Tuż po przekroczeniu progu na szafce w przedpokoju stało ich wspólne zdjęcie. Doskonale pamiętała ten dzień, byli w Central Parku po raz pierwszy, a raczej to ona tam była pierwszy raz. Miała na nim osiemnaście lat, pstro w głowie i bladego pojęcia, jak bardzo zakocha się w swoim przyjacielu.
— Zajmę się kuchnią.
Głos Lynette wyrwał ją z zamyślenia. W odpowiedzi tylko skinęła głową, nie chciała na nią niczego zrzucać. Sama powinna się tym wszystkim zająć, dziś jednak nie potrafiła. Wciąż było dla niej za wcześnie Rzuciła dość cicho, że pójdzie się wypakować i zamknęła się w sypialni. Torbę z własnymi rzeczami zostawiła przy szafie i przysiadła na łóżku po stronie, na której spał mężczyzna. Od trzeciego sierpnia nikt tu nie leżał. Przesunęła dłonią po poduszce, na której, gdyby się przyjrzeć mogła znaleźć parę włosów mężczyzny. Odrobinę trzęsącymi się dłońmi wyjęła telefon. Bała się wejść na pocztę głosową, choć wiedziała, że w końcu musi to zrobić. Możliwe, że było za wcześnie, że nie powinna się zmuszać, ale skoro już była w mieszkaniu, to lepszej okazji nie znajdzie. Odetchnęła głębiej, długo wpatrując się w komórkę. Zupełnie, jakby liczyła na to, że samo się włączy. Wystarczyło kilka kliknięć.
Tylko tyle.

— Joyce?
Mężczyzna spodziewał się tego, że – znowu – trafi na pocztę głosową. Resztkami sił powstrzymał się przed przewróceniem oczami, przecież i tak tego nie będzie widziała. Ale będzie wiedziała, ona czuje w kościach, kiedy to robisz. Matthew pokręcił głową, ale nie rozłączył się. Minęło wystarczająco wiele czasu, a raczej minęło go tyle, aby byli w stanie znowu ze sobą rozmawiać. Kończył się lipiec, lato trwało w pełni. Miesiąc temu mogli obchodzić narodziny córki, termin wyznaczony przez lekarza też powinni spędzić razem. Tymczasem on był w Nowym Jorku, a Joyce siedziała w Filadelfii, do której uciekła chwilę po pogrzebie Adeline. Ich narzeczeństwo stało pod znakiem zapytania od dłuższego już czasu i tak naprawdę przez te miesiące widywali się rzadko, a blondynka przy każdej okazji wyjeżdżała z Nowego Jorku. Jakby nawet na niego nie mogła patrzeć.
— W końcu odsłuchasz tę wiadomość i… stoję na promie Rockaway, wiem, że nie lubisz i twierdzisz, że nie ma tu ładnych widoków, ale ja go lubię i… Brakuje mi cię cholernie, Joyce. Wiem, że tyle się działo — przerwał robiąc głębszy wdech — ale to już trzy miesiące. Chciałbym, żebyś wróciła już do domu. Do mnie i do Nowego Jorku. Nie powiem, że to co się stało to nic, bo oboje dobrze wiemy, jak bardzo nasz Adeline zmieniła i… i że nie powinno tak być. Po prostu… po prostu wrócić do domu, dobrze? Wciąż jesteś moją narzeczoną, wciąż mamy przed sobą ślub i całe życie do spędzenia, wciąż możemy mieć rodzinę. Może nie w tym roku ani w przyszłym, może potrzebujemy kilku lat, aby znowu spróbować. Wiem, że też tego chcesz.
To był długi monolog. Chodził po pokładzie promu, opierając się o barierki, słuchając fal i mew, ignorował ludzi dookoła. Przebywanie na promach go uspokajało, czuł się na nich dobrze. Nie przeszkadzało mu to kołysanie, które wielu ludzi doprowadziło do rewolucji żołądka. Matthew je uwielbiał.
— Tęsknię za tobą, blondi. Bardzo. Więc, może mogę przyjechać w weekend i cię zabrać? Chciałbym wiedzieć na czym stoimy, tyle tylko, Joyce. Po prostu… nie wiem, odbierz w końcu i się odezwij, dobrze?
Minęło już ponad pół godziny, ale wraz się nie rozłączył. Nie potrafił i nie chciał. Przez większość czasu głównie milczał. Czasem wtrącał coś o widokach, specjalnie denerwując tym blondynkę, bo doskonale wiedział, że nie lubi tego konkretnego promu, tak po prostu i bez powodu.
— Powinnaś tutaj być. Wracaj już do mnie. I do zobaczenia.

Odłożyła telefon na łóżko. Nawet nie wycierała łez, które jak wściekłe spływały jej z twarzy na szyję i dekolt. Przez ten niecały miesiąc zdążyła zapomnieć już jak brzmiał ton głosu mężczyzny, jak się zmieniał, gdy nazywał ją blondi. Jak wiele by dała, aby w tamtym roku nie zmarnowali tych trzech miesięcy, aby nie uciekała przed nimi, bo ich całe życie się posypało. Wzięła głębio wdech, przetarła oczy. Nie była gotowa, aby pogodzić się z tym, co się stało i wiedziała, że minie jeszcze masa czasu, zanim to się stanie, ale wiedziała, że ma przy sobie odpowiednie osoby, które jej pomogą ten okrutny czas przetrwać.
I na ten moment to jej w zupełności wystarczyło.

Każdemu wytrwałemu rzucam winem lub ciasteczkami, co wolicie. Długo we mnie siedziało, aby jakoś ten moment z historii Joy opisać, a i tak nie opisałam tego tak, jak chciałam. Mam nadzieję, że dało się to jakoś przeczytać i szczególnie mocno was nie zanudziłam. :) 
W tytule, jak i w samej notce Chord Overstreet. 

10/10/2020

2151. Cause if we don't leave this town, we might never make it out.

It's better to feel pain, than nothing at all

The opposite of love's indifference

So pay attention now

I'm standing on your porch screaming out

And I won't leave until you come downstairs

So keep your head up

  

      Nieumiejętność rozpoznawania znajomych twarzy zwana inaczej prozopagnozją jest w rzadkich przypadkach wynikiem zaburzeń genetycznych lub, częściej,  uszkodzeń neurologicznych w okolicy płatów skroniowego i potylicznego. Podobne uszkodzenia mogą powstać jako konsekwencja traumatycznego uszkodzenia mózgu lub neurodegeneracji, do jakiej dochodzi na przykład w demencji. Jednak Madeline Hesford nie przypominała sobie, żeby ostatnimi czasy uderzyła się w głowę (rzecz jasna oprócz napadu dokonanego przez Paula, ale to miało miejsce jakieś kilka tygodni temu) lub zauważyła kłopoty z pamięcią, lecz mimo to, zerkając na swoją twarz odbitą w lusterku, nie mogła nie ulec wrażeniu, że patrzyła na zupełnie obcą osobę. 

        Przestała o siebie dbać. Włosy spięła w wysoki kok, by choć odrobinę ukryć fakt, że nie myła ich od dobrego tygodnia. Jej policzki były aż nazbyt wydatne, tak samo jak większość kości w jej wychudzonym ciele. Przez większość dni nie miała apetytu, a jeśli nawet orientowała się, że powinna coś zjeść, stawiała na łatwe dania z mikrofalówki. Gotowanie  należało dawniej do czynności, jakie sprawiały jej wiele przyjemności, lecz ostatnimi czasy nie potrafiła znaleźć w sobie wystarczającej motywacji, by wyjść z łóżka, nie mówiąc już o wycieczce do supermarketu, planowaniu przepisów i staniu przy kuchence przez godzinę dziennie. Ubywało jej z dnia na dzień, z minuty na minutę, pożarta przez to wielkie miasto, dopóki nie został z niej tylko marny,  wypluty cień. Jej skóra postarzała się przynajmniej o kilka lat. Nie wiedziała, czy to kwestia nieodpowiedniej diety, wypalania paczki papierosów dziennie, nerwów, czy każdej z tych rzeczy po kolei, ale nie przypominała już tej zdrowej i żywiołowej dwudziestokilkulatki. Jednak w porównaniu z bitwą, jaka na co dzień toczyła się w jej głowie, można pokusić się o stwierdzenie, że jej wygląd stanowił tylko nieznaczny ułamek ruiny, do jakiej zdążyła się doprowadzić. 

        – Zie jedziemy? – zapytał znudzony Sammy, gdy zabawa gumowymi dinozaurami przestała go bawić.

        Maddie ze znużeniem podniosła głowę, by móc spojrzeć na odbicie synka w przednim lusterku. Chłopiec wyglądał za szybę, uważnie obserwując otaczający go krajobraz. Nie chciała mu odpowiadać. Ignorowanie go czyniło z niej złą matkę, ale nie miała energii, by udawać, że było inaczej. Bo choć kochała swoje dzieci najbardziej na świecie, nie wiedziała, jak im tę miłość okazać. Nie dawała Cecilii ostatniego całusa przed snem, nie zachęcała Sama do zabawy i nie protestowała, gdy tamten spędzał kolejne godziny przed ekranem telewizora. A potem leżała w łóżku w środku nocy, przewracając się z boku na bok, z rozrywającym od środka poczuciem winy, ponieważ nie była matką, jaką pragnęła być. Jaką była dawniej. Ale zwyczajnie nie potrafiła dać z siebie czegoś, czego sama nie posiadała. A ostatnio zdawała się zapomnieć, jak to jest czuć. Cokolwiek. Począwszy od smutku, aż po radość. W miejscu emocji pozostała tylko pusta. Ziejąca niczym pustka. Zwykłe nic. 

        – Do Mahone Bay – odparła ostatecznie, bez entuzjazmu.

        – Mayone Bay? 

        – Nie, Sam, do Mahone...

        Nie skończyła. Nie miała już siły. 

        – Dlugo jesce? Muse siku – zapowiedział Sammy, desperacko chcąc zwrocić uwagę swojej mamy. 

        Maddie westchnęła, zerkając na ekran telefonu, który służył jej za nawigację. Dziesięć godzin. Dokładnie tyle czasu miała trwać ich dalsza podróż, rzecz jasna, nie licząc przerw na wyjście do toalety, przystanków na stacjach benzynowych czy w przydrożnych restauracjach. Odkąd wyprowadziła się z rodzinnego domu, nie opuściła stanu Nowego Jorku nawet na kilka dni. Wszystko, czego potrzebowała, znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Poza tym była zbyt pochłonięta życiem z dnia na dzień, by zdać sobie sprawę, że należała jej się chwila odpoczynku. Wyjazd do innego kraju, mało - innego stanu,  kojarzył jej się ze zbędnym stresem, nerwowymi przygotowaniami, ganianiem po mieszkaniu w poszukiwaniu zaginionej pary skarpetek i dawno niewidzianej zabawki, o której jej syn  przypomniał sobie na godzinę przed wyjściem. Decyzja o opuszczeniu miasta nie przyszła jej więc z łatwością i zapewne, gdyby czuła, że mogła jej zapobiec, zrobiłaby to. Jednak Nowy Jork nie pozostawił jej wyboru. Zgubił ją gdzieś pośrodku tłumu obcych ludzi, dusił spalinami, przytłaczał wieżowcami, dopóki nie zostawił jej bez dostępu do tlenu. Bo wiedziała, że przy każdm zakręcie czekało ją zagrożenie, a obietnica lepszego jutra okazała się zwykłą bujdą. Musiała uciekać, bo wiedziała, że w przeciwnym wypadku nie wyjdzie z tej bitwy w jednym kawałku. A ostatnia dawka nadziei, jaka w niej została,  kazała jej walczyć. Walczyć o swoje życie, które ostatnimi czasy tak często chciała sobie odebrać. 

        Mahone Bay było niewielkim, malowniczym miasteczkiem położonym w Nowej Szkocji, w Kanadzie. Stanowiło całkowite przeciwieństwo brudnego i zatłoczonego Nowego Jorku. Ciche, z zaledwie garstką mieszkańców, było kwintesencją wszystkiego, czego Maddie potrzebowała w tamtym momencie. Ceny również nie zwaliły jej z nóg, dzięki czemu kobieta nie czuła się aż tak winna, prosząc brata o wsparcie finansowe. Bez trudu znalazła tanie AirBnB, prowadzone przez z pozoru uroczą staruszkę, gdzie miała spędzić kolejne tygodnie, zapominając i ucząc się, jak żyć na nowo.

        – Mamo, siku! – oznajmił Sam, tym razem znacznie głośniej niż poprzednio, orientując się, że jego rodzicielka nie zamierzała udzielić mu odpowiedzi w najbliższej przyszłości.

        – Dobrze, Sammy – odparła zmęczonym głosem. – Za jakieś dziesięć minut będziemy mijali jakąś knajpę, to zjedziemy, ok? – Zmusiła się do uśmiechu.

        Jej odpowiedź zdawała się usatysfakcjonować chłopca, ponieważ tamten zamilkł i zwrócił swój wzrok ku rozciągającemu się przed jego oczami pustkowiu. 

        Zostawili za sobą wysokie budynki, zagubionych turystów i wrzeszczące taksówki. Hałaśliwe bilbordy i szklane ściany ustąpiły miejsca niekończącym się polom, dzikiej roślinności i czystemu, świeżemu powietrzu. Nowy Jork znikał na ich oczach, a wraz z pojawieniem się tabliczki, która żegnała ich ciepło i zachęcała do szybkiego powrotu, Maddie mogła odetchnąć pełną piersią. Wiedziała, że była bezpieczna. Zostawiła swoją przeszłość na granicy, patrząc tylko, jak tamta nieudolnie próbowała dosięgnąć ją swoimi mackami.

        Pierwszy lokal z brzegu przypominał raczej rozpadającą się spelunę niż miejsce, gdzie mogliby zjeść porządne śniadanie. Widząc jednak, jak Sam wiercił się w swoim siedzeniu, wolała nie kusić losu. Nie martwiła się tutaj o jego potrzebę skorzystania z toalety, w końcu założyła mu pieluszkę przed wyjściem, lecz o potencjalny wybuch płaczu. Chęć pójścia mu na rękę w każdym aspekcie nie świadczyła dobrze o jej umiejętnościach wychowawczych, Madeline była tego w pełni świadoma, lecz strach przed tym, że straci nad sobą kontrolę, słysząc jego krzyki, pozostawał silniejszy niż jej pragnienie bycia dobrą matką. 

        Po wycieczce do łazienki, która wyglądała co najmniej tak, jakby stała się prawdziwym domem dla różnorakich kultur bakterii, Hesford wraz z dziećmi zajęła miejsce przy okejonym zeschłą gumą do żucia stoliku. 

        – Kawy? – zapytała bezceremonialnie starsza kelnerka, spoglądając na Maddie ze skwaszoną miną. 

        – Tak, poproszę – odrzekła, podając jej swój kubek, po czym podziękowała skinieniem głowy, gdy naczynie wypełniło się po brzegi.

        – Ja tez poploszę – wtrącił się Sammy i, tak samo jak wcześniej jego mama, przysunął kubek bliżej pracownicy restauracji.

        Kobieta bez wahania przechyliła termos, by obsłużyć swojego małego klienta.

        – Sam jednak podziękuje – zaprotestowała Maddie, ruchem dłoni powstrzymując kelnerkę, która najwyraźniej albo nie zdążyła się jeszcze obudzić, albo została wypruta z wszelkiej motywacji do sumiennego wykonywania swoich obowiązków.

        Orientując się, że serwowanie kawy trzylatkowi należało do średnio inteligentnych pomysłów, wzruszyła ramionami i zniknęła za ladą, zostawiając ich samych. Nie zależało jej na tym, by zadowolić gości restauracji. W końcu nadzorował ją człowiek, który tak czy inaczej ignorował potrzeby swoich klientów, serwując im przestarzałe posiłki odgrzewane w mikrofalówce, a mimo to jakimś cudem udawało mu się pchać biznes do przodu. Niby dlaczego ona miała się starać, skoro nikt nie stawiał jej podobnych wymagań?

        Przetworzenie całej sytuacji zajęło Maddie dłuższą chwilę. Patrzyła to na swojego syna, to na oddalającą się kelnerkę i nie mogła uwierzyć, że przez jej zaspanie, Sammy omal nie spróbował napoju bogów po raz pierwszy i to zdecydowanie przedwcześnie. Chłopiec spoglądał na swoją mamę spod przymrużonych powiek, ze zmarszczonymi brwiami. Robił tak zawsze, gdy coś przeskrobał. Jego przydługa blond grzywka opadała na jego oczy, a w kącikach ust pojawiły się urocze dołeczki. Wyglądał zabawnie i rozkosznie na raz, przypominając Hesford, jak bardzo go kochała. I chyba właśnie dlatego zaczęła się śmiać.

        Wystraszyła się tym czystym, niewymuszonym dźwiękiem, płynącym prosto z jej przepony. Zasłoniła dłonią usta, by móc mu zapobiec. Kąciki jej warg podniosły się do góry i mimo wysiłku, nie potrafiła ich zmusić, by powróciły do poprzedniej pozycji. Dopiero wtedy zrozumiała, co działo się z jej ciałem. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni śmiała się tak beztrosko. Jakby wszystko dookoła przestało mieć znaczenie. Jej ciało drżało, lecz już nie ze strachu, a oczy zaświeciły naturalnym blaskiem.  Liczyło się tylko to, że w tej krótkiej chwili, w nagłym przebłysku radości, przypomniała sobie, że istniało jeszcze coś poza przytłaczającą pustką.

        Sam, widząc reakcję swojej mamy, również roześmiał się głośno. Cecilia po chwili także dołączyła do ich dwójki, racząc wszystkich swoim niewinnym, dziecięcym chichotem. Na moment byli rodziną prosto z obrazka, z wymalowanymi uśmiechami i wyszczerzonymi zębami. Tą, do której wzdychali inni, marząc, by ich życie choć odrobinę bardziej przypominało życie tej nieznajomej, idealnej rodziny z knajpy na brzegu drogi.

***

        Gdy dojechali na miejsce, było już srogo po północy. Maddie wyjęła z samochodu śpiącą Cecilię i na wpół śpiącego Samuela, po czym zapukała do drzwi z nadzieją, że właścicielka nie poddała się i nie zasnęła, czekając na jej przybycie. Fakt, dzwoniła do niej podczas ostatniego postoju, przepraszając za to, że jednak się spóźni, ale nie miała pewności, czy tamta zrozumiała, o jak dużym spóźnieniu mówiła. Jej wątpliwości zostały jednak rozwiane, gdy usłyszała kroki dochodzące z wewnątrz, a po chwili stanęła przed nią niewysoka kobieta, na oko przed siedemdziesiątką.

        – Pani Francis Woods? – spytała niepewnie, ramieniem podtrzymując chłopca, który najwyraźniej uznał, że nic nie stoi mu na przeszkodzie, by spać na stojąco.

        Odpowiedź, jaką uzyskała, nieco różniła się od jej oczekiwań. Staruszka podeszła o kilka kroków bliżej i bezceremonialnie objęła ją swoimi grubymi ramionami, po czym odrzekła z wyraźnym entuzjazmem:

        – Ty musisz być Maddie! Cieszę się, że dojechaliście bezpiecznie! I witamy w Mahone Bay! Poza tym mów mi Francis, jestem już wystarczająco stara, a przez takie dodatkowe 'pani' mam wrażenie, że już dawno powinnam leżeć sześć stóp pod ziemią! 

        Odsunęła się jednak, gdy tylko zauważyła, jak ciało Hesford napięło się do granic możliwości. Maddie nie lubiła dotyku. Przypominał jej o tym, że była bezbronna, że wystarczyło jedno podniesienie dłoni, by ją posiąść. Ale mimo wyuczonej reakcji jej organizmu, nie dała po sobie poznać zakłopotania, jakie mimowolnie poczuła. Ostatecznie wiedziała, że kobieta miała czyste intencje, a nie każdy uścisk oznaczał nadchodzące zagrożenie.

        – Zapraszam do środka – dodała, już nieco spokojniej, lecz z niegasnącą radością. – Musicie być bardzo zmęczeni! Nie byłam pewna, czy zamierzacie coś zjeść, zanim pójdziecie do łóżek, więc upiekłam maślane tartaletki na  slodką kolację. Ale najpierw zaprowadzę was do pokoju, zebyś mogła zostawić gdzieś swoje walizki. Poza tym chyba nie zapytałam... – Kucnęła, by znaleźć się na wysokości chłopca. – Jak ten mały dżentelmen ma na imię? 

        Samuel na moment otworzył oczy, zdając sobie sprawę, że pytanie było skierowane właśnie do niego. Uśmiechnął się leniwie i jak na dżentelmena przystało, podał jej swoją drobniutką dłoń.

        – Jestem Sammy, a ty?

        – Jestem ciocia Francis, miło mi cię poznać! A twoja młodsza siostrzyczka? 

        – Nazywa się Cecilia, i duzo śpi, i caly czas płacze – podsumował, przewracając przy tym oczami, wyraźnie zmęczony po spędzeniu u jej boku ostatnich kilkunastu godzin.

        Kobieta wybuchnęła śmiechem.

        Pachniała jak większość staruszek - na maści i wypieki. Miała na sobie długą, staromodną sukienkę w czerwone kropki, a jej siwe z nutką fioletu włosy kręciły się niekontrolowanie. I biło od niej ciepło. Ciepło płynące z miłości do świata, niezniszczonej przez lata doświadczeń. Ciepło, jakie biło również od jej własnej matki. 

        Helen Hesford, choć odeszła niespodziewanie, zostawiła na świecie czwórkę w pełni przygotowanych do życia dorosłych. Nauczyła ich jak kochać i jak cierpieć. Była przy nich, gdy wyfrunęli z rodzinnego gniazda, zanim pochłonął ich ten wielki, niemożliwy do zgłębienia świat. Ale mimo osiągnięcia pełnoletności, Maddie czasem czuła się jak dziecko. Dziecko, które potrzebowało matki. Istniało tak wiele pytań, których nie zdążyła jej zadać, wiele tajemnic, jakich nie była w stanie posiąść na własną rękę. A im starsza się robiła, tym dosadniej zdawała sobie sprawę, jak mało wiedziała. Jednak nie miała już okazji, by wsiąść w samolot i zjawić się w ich rodzinnym domu w Buffalo, ponieważ na chwilę obecną ich dom stał pusty. Nie mogła też wykręcić jej numeru i usłyszeć jej głos po drugiej stronie słuchawki. Pozostały jej tylko wspomnienia, zatarte przez wadliwą pamięć i właśnie te wspomnienia pozwoliły jej znaleźć podobieństwo pomiędzy matką, a panią Francis. Nie w wyglądzie, nie w sposobie bycia, ale w tym cieple, które sprawiało, że po raz pierwszy od wielu tygodni, Maddie czuła się spokojna.

        Ich pokój był mały, lecz wystarczający. Oprócz łóżek, szafy i komody, które, choć miały swoje lata, nadal wyglądały na porządne i spełniały swoje zadanie, znajdowała się tam również niewielka biblioteczka z romansami dla niespełnionych kobiet w średnim wieku i obszerny, staromodny fotel. Ale co najważniejsze, okno w ich sypialni wyglądało na rzekę. Nie na ruchliwą ulicę, nie na olbrzymie budynki, ale na rzekę. Gwarantowało lokatorom niewzruszoną ciszę, do której Maddie w żadnym stopniu nie była przyzwyczajona. Nie przywykła do braku krzyków, głośnej muzyki czy klaksonów rozpędzonych samochodów i choć przez pierwsze kilka nocy przewracała się z boku na bok, z czasem nauczyła się, jak zasypiać, wsłuchując się w dźwięk własnego oddech. 

        Dni mijały im na spacerach po mieście, jedzeniu lodów na śniadanie, karmieniu kaczek i eksplorowaniu placów zabaw, którymi Sammy zdawał się nudzić nad wyraz szybko, bez przerwy porównując je do tych w Nowym Jorku. Jednak, mimo że Mahone Bay nie oferowało aż tylu atrakcji, co Wielkie Jabłko, Madeline zdała sobie sprawę, że potrzebowała tego wyjazdu. Miasteczko w Nowej Szkocji dało jej czas i przestrzeń, by nauczyć się, jak żyć na nowo. Wiedziała, że tak trzeba. Dla siebie. Dla całej ich trójki.

        Nikt cię tutaj nie znajdzie, mówiła do siebie z coraz większym przekonaniem, gdy wchodziła do nieco bardziej zatłoczonego centrum handlowego. Jesteś tu sama, powtarzała, przechodząc przez próg domu, nie musisz się bać, dodawała i zaczynała wierzyć w swoje słowa. To tylko wiatr, szeptała, gdy w środku nocy budził ją nieznaczny szmer.  Ale droga do zdrowia nie była tak prosta. Gdyby zwykła ucieczka za miasto okazała się skutecznym antydepresantem, ludzie nie popełnialiby samobójstw. A jednak, prawie pięćdziesiąt tysięcy osób rocznie w samych Stanach odbierało sobie życie. Także, choć racjonalna część umysłu Maddie coraz częściej dawała o sobie znać, głębszy, nielogiczny strach nie opuszczał jej na krok, siejąc zamęt w jej umyśle i odbierając tę nikłą nadzieję, że jej przyszłość malowała się w nieco jaśniejszych barwach. 

        Tamtej nocy obudził ją ten sam strach.

        Miała sen, znajomy sen. Ten, który prześladował ją już od kilkunastu tygodni. Sen, w którym traciła oddech. Budziła się mokra od potu, łapczywie próbując nabrać powietrza w płuca, ponieważ przed chwilą jego ręce zacisnęły się wokół jej szyi. Tak kurczowo, tak silnie, tak przeraźliwie, że nie mogła się ruszyć, zmuszona, by patrzeć  prosto w jego wściekłe, szalone oczy. On nie patrzył na nią jak na człowieka, tylko jak na padlinę, ciesząc się, gdy za każdym kolejnym naciskiem odbierał jej resztki życia. Resztki godności. Czuła wyraźnie jego zapach. I jego śmierdzący alkoholem oddech. Czuła nawet, jak kropla jego potu spadła na jej czoło. Czuła też, że umiera.

        Rozejrzała się po pokoju, by upewnić się w przekonaniu, że to tylko sen. Pozorne zagrożenie zniknęło, odpływało wraz z każdym swobodnie wziętym oddechem. Sammy spał tuż obok, chrapiąc w najlepsze, a Cecilia przewróciła się na drugi bok w swoim łóżeczku. Jednak Maddie nie czuła się dobrze. Gdy podniosła się do pozycji siedzącej, zorientowała się, że zawartość żołądka podeszła jej do gardła. W odpowiedzi na reakcję jej ciała, zerwała się na równe nogi i pobiegła w kierunku łazienki, by zwrócić resztki ledwie tkniętej kolacji. Nadeszła chwilowa ulga i Hesford wiedziała, że tylko jedna rzecz mogła jej ją pogłębić. 

        Odkręciła kran, by napełnić wannę, po czym sięgnęła do swojej kosmetyczki i wyjęła z niej paczkę tanich golarek. To już kolejna w tym tygodniu, pomyślała, rozrywając plastikowe opakowanie. Zrzuciła z siebie nocną koszulę, tym samym ukazując swoje chude, kościste ciało, pokryte kilkunastoma bliznami. Brzydziła się nim, dlatego po krótkim spojrzeniu w lustro, odwróciła się tyłem do własnego odbicia, by następnie wejść w sam środek parzącej wody, pozwalając by ból w zetknięciu z gorącem zabrał jej strach. Powstrzymała początkową chęć ucieczki, czekając, aż jej skóra przyzwyczai się do temperatury i zaczerwieni. Kilka głębokich oddechów, które brała z nadzieją, że powstrzymają ją przed tym, co miała za chwilę zrobić. Nie pomogły. Nigdy jej nie pomagały, więc wzięła do ręki golarkę, przyglądając się jej uważnie.

        Nikt nie znał jej małej tajemnicy. Nikt nie wiedział, że tylko ból przypominał jej o tym, że nadal żyła i jednocześnie tylko on pomagał jej nad chwilę oderwać się od wszystkiego, co działo się w jej głowie. Oddawał jej kontrolę - to ona wybierała, kiedy go zadać, a kiedy odebrać. Czuła, że przynajmniej w tym aspekcie zwyciężała. Żyletka nie była szczególnie ostra, ale w zetknięciu ze skórą spełniała swoją rolę. Maddie nie musiała długo czekać, zanim z nowo powstałej rany zaczęła sączyć się krew.

        – Maddie, wiem, co tam robisz, wyłaź już stamtąd – zawołała pani Francis, nie znosząc sprzeciwu.

        Nie spodziewała się jej, a już na pewno nie spodziewała się takiej prośby. W końcu była gościem, na dobrą sprawę mogła sobie siedzieć w łazience, jak długo tylko chciała. Ale coś w jej głosie sprawiło, że w ekspresowym tempie zakończyła kąpiel, ubrała się, a zranienie wysuszyła papierem toaletowym, by następnie otworzyć drzwi.

        – Coś się stało? – zapytała niepewnie, z zamiarem użycia typowej wymówki i szybkiego powrotu do łazienki.

         Jej rana, choć drobna, nadal krwawiła.

        – Oddaj to najpierw.

        – Co? 

        – Oj Maddie, słonko, nie udawaj że nie wiesz, o co mi chodzi! Tę golarkę. 

        Hesford patrzyła na nią bez słowa. Pani Francis uśmiechała się do niej niezwykle pogodnie, ale jej słowa jasno wskazywały na to, że poznała jej małą tajemnicę. Nie było sensu się dłużej ukrywać. Maddie nieśmiało podała jej ostry przedmiot, patrząc, jak kobieta pozbywa się go w koszu na śmieci.

        – Polecam też wyrzucić resztę paczki... a zamiast tego... – tutaj otworzyła jedną z szuflad niewielkiej komody stojącej w korytarzu, by wyjąć z niej gumkę recepturkę. – Masz to. Założ na rękę. Jak będziesz czuła się tak źle, jak dzisiaj, to spróbuj z niej strzelić. Podobno pomaga. A teraz chodź do salonu, w szafce na rogu znajdziesz plastry, załóż jakiś zanim wda się zakażenie.  Ja tymczasem zrobię nam herbatkę – zaproponowała i objęła ją ramieniem w troskliwym geście, by zaraz zaprowadzić ją do pokoju.

        Nie bała się jej. Choć najwyraźniej staruszka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, w jaki sposób Maddie radziła sobie z własnym cierpieniem, nie czuła wobec niej odrażenia ani strachu. Ludzie tak często woleli nie brudzić się czyimś bólem psychicznym. Gdy ktoś chorował na grypę czy zapalenie płuc, ustawiali się w kolejce do pomocy. Widzieli jasne i wyraźne objawy, dla których istniała tylko jedna prawidłowa interpretacja. Nikt nie mówił im, że powinni wziąć się w garść, przestać dramatyzować i wyolbrzymiać. Za to jeśli cierpiał czyjś umysł, wycofywali się, niezdolni do tego, by zrozumieć, że choć na zewnątrz wszystko zdawało się być w porządku, to w środku gniła czyjaś dusza.

        Ale Pani Francis nie bała się zgnilizny, która nagromadziła się w środku Maddie. Nie zrobiła jej kazania, nie krzyczała, nie groziła, że wezwie pogotowie, ale też nie omijała tematu. Po prostu postawiła przed nią kubek z gorącą herbatą i usiadła obok z uśmiechem podobnym do uśmiechu jej matki, sprawiając, że po raz pierwszy od bardzo dawna Maddie poczuła się jak normalny człowiek.

        – Skąd... pani wiedziała? – podjęła wreszcie Hesford, gdy cisza zaczęła jej przeszkadzać.

        W jej oczach nadal tkwiła nuta niepewności, ale też niespotykany dotąd spokój, jakby wreszcie znalazła coś, czego tak bardzo potrzebowała.

        – Mam swoje sposoby. – Zaśmiała się cicho. – A tak na serio, to było wiele sygnałów. Gdy tutaj przyjechałaś, to wyglądałaś jak siedem nieszczęść, jakbyś nie miała sił, by o siebie zadbać. Wtedy czułam, że coś jest nie tak, ale wolałam nic nie mówić, żeby cię nie wystraszyć. Poza tym cały czas mnie przepraszasz, za rzeczy, na które wielu nie zwróciłoby uwagi.  Słyszę czasem, jak płaczesz w nocy. A potem zamykasz się w łazience na jakąś godzinę, czasem dwie. Nie, nie, wcale cię nie szpieguję, po prostu słabo sypiam. - wyjaśniła szybko. - No, może poza jedną rzeczą. Przez przypadek, gdy wynosiłam śmieci, zauważyłam w koszu dość dużo zakrwawionych chusteczek. Ale przysięgam z ręką na sercu, to był przypadek.

        Mówiła o koszmarze, jaki przeżywała Maddie, ale jej gesty, ton głosu i wybór słów sprawiały, że ów koszmar zaczął przypominać zwykły sen. Taki, który wciąż budzi cię w nocy, ale już bez krzyku, bez potu, bez szaleńczego oddechu. Taki, po którym można z powrotem wrócić do łóżka. 

        Pani Francis na moment podniosła się z fotela. Podeszła do dużej, drewnianej komody i wyjęła z niej album ze zdjęciami. Jej uśmiech, choć nadal wyraźnie widoczny, przygasł nieco. 

         – Otwórz, śmiało, słonko – zachęciła Maddie, siadając obok niej na sofie. – To zdjęcia mojego syna. 

        Jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna w średnim wieku, obok którego stał nastoletni chłopak. Maddie wywnioskowała, że ten młodszy musi być wnukiem pani Francis. Oboje wyglądali na szczęśliwych. Pozowali do zdjęcia z wypiętymi piersiami, ich stopy zatopione w piasku, obmyte przez przypływ morskiej fali.

        – Jest pani z nim blisko? – zapytała, podnosząc wzrok na staruszkę, niezupełnie rozumiejąc powód, dla którego zebrało jej się na wspominki.

        – Byłam – poprawiła ją. – Tony... odebrał sobie życie, piętnaście lat temu. Wtedy... wtedy niczego nie zauważyłam. A on umiał tak dobrze udawać, oj Maddie! Mówił, że miał wszystko pod kontrolą, że poradził sobie z rozwodem z żoną, że był szczęśliwy... kiedy... kiedy się dowiedziałam – Westchnęła. – Cały mój świat runął. Mówię ci, Maddie, dla matki nie ma większej tragedii niż pochować własne dziecko. Zadręczałam się latami, bo... gdybym wiedziała, na co patrzeć, czego szukać, Tony mógłby żyć. Dlatego nie chcę, by twoich rodziców spotkało coś podobnego. 

        Madeline przez chwilę przyjrzała jej się uważnie i, nie bojąc się już, przytuliła ją do siebie.

        – Powinnaś tu zostać, słonko. Jeszcze na jakiś czas. Wiesz, w tej cukierni na St James Way, szukają kogoś do pomocy. Znam właściciela, mogłabym mu szepnąć kilka dobrych słów na twój temat. Przynajmniej dopóki nie poczujesz się lepiej. Ja z chęcią zajmę się twoimi pociechami.  I nie przejmuj się czynszem, po prostu... po prostu wyzdrowiej, dobrze?

        Przyjęła ofertę. Bez zastanowienia. Miała jedno życie i coraz częściej zaczynała wierzyć w to, że było ono warte ratowania. 

***

 

        Praca w cukierni okazała się skutecznym elementem rozproszenia od roztargnionych myśli, a w dodatku pozwoliła na naukę nowych umiejętności. Maddie lubiła piec, a co za tym szło, korzystała z każdej możliwej okazji na podglądanie cukierników i piekarzy w akcji. Nie była przy tym szczególnie dyskretna, co ostatecznie wyszło na jej korzyść, ponieważ jeden z pracownikow zaproponował, że z chęcią podzieli się z nią szczegółami swojego zawodu.

        Mieszkańcy misateczka przyjęli ją jak swoją. Stali klienci zwracali się do niej po imieniu, tak samo jak sprzedawczynie w pobliskich sklepach, a pani Francis nakazała, by Maddie zwracała się do niej per ciocia. Choć jej pobyt w Mahone Bay nie trwał nawet trzech miesięcy, zdążyła poczuć się częścią tej niewielkiej społeczności. Znała już na pamięć każdą uliczkę, każdy zakamrek i każdą tajemnicę tego miejsca. Nieznane zniknęło, a wraz z nim znikał też jej strach. Stopniowo, powoli, uczyła się, jak go kontrolować. I nawet gdy tamten budził ją w środku nocy, niespodziewanie, jak złodziej, wiedziała, co robić. Przychodziła do kuchni, zaparzała herbatę i czekała. Staruszka zwykle dołączała do niej po kilku minutach, zbudzona gwizdaniem czajnika. Nie miała nic przeciwko. Tak czy inaczej cierpiała na bezsenność, a obecność Maddie sprawiała, że po raz pierwszy od wielu lat czuła się potrzebna. 

        Opowiadały o życiu, o codziennych trudnościach, ale też o nieco mniej przygnębiających sprawach, takich jak nowe premiery w kinie, na które warto pójść, bo jakiś przystojny aktor grał w nich główną rolę. Każda z nich wnosiła do codzienności drugiej życiodajny pierwiastek. Maddie zauważyła, że jej strach zmniejszał się niespodziewanie, gdy dzieliła się nim z kimś innym, a pani Francis zaczęła traktować ją jak swoją córkę. Jakby właśnie tak miało być. Jakby takie było ich przeznaczenie.

        Ale Madeline wiedziała, że życie w idyllicznym miasteczku nie jest jej dane, bo choć całą sobą pragnęła zostać tam na zawsze, jej dzieci potrzebowały rodziny. Sammy bez przerwy opowiadał wszystkim, jak bardzo nie umie się doczekać, aż pozna swoich nowych kuzynów, pójdzie do przedszkola i udekoruje swój pokój w nowym mieszkaniu. Nie mogła odebrać mu tych radości, dlatego coraz częściej nosiła się z zamiarem spakowania walizek i powrotu. Tylko zrobienie tego ostatecznego kroku okazało się najtrudniejszym zadaniem.

        Musimy spakować walizki i zapewne wysłać pocztą całą tonę rzeczy, które kupiłam podczas pobytu, bo wiadomo, kobieta nigdy nie może mieć zbyt wiele, myślała, na tyle cukierni pakując ogromne zamówienie dla  kolejnego klienta. Ktoś zamówił sto pączków z nadzieniem bananowo karmelowym. Średni wybór przekąsek na imprezę, stwierdziła Maddie, kończąc już kolejną paczkę. Choć uwielbiała ten smak całym sercem, wiedziała, że niewiele osób dzieliło jej miłość to tak przeraźliwie słodkich przysmaków.

        Oprócz samego pakowania, po powrocie czekało ją szukanie pracy. Wiedziała, że po tym, jak nawrzeszczała na jednego z klientów, a następnie dostała ataku paniki, mogła pomarzyć sobie o kontynuowaniu kariery w zawodzie opiekunki społecznej. Powrót do Walmarta należał do jednej z alternatyw, ale Maddie wątpiła, czy da radę utrzymać się w Nowym Jorku z tak marnej pensji.

        – Maddie, chodź no tutaj. Bo ten facet się niecierpliwi – odparła Martha, leniwie opierając się o framugę drzwi prowadzących do kuchni. 

        – Jak zamówił sto pączków, to musi sobie poczekać. Niech sobie postoi, i mówię to z troski o jego zdrowie, Martha. Bo jak to wszystko zeżre, będą go musieli na taczce wozić - zażartowała, śmiejąc się przy tym głośno. - Pomożesz mi to zanieść? – zapytała zaraz, gdy udało jej się zamknąć już ostatnie z opakowań. – Mam nadzieję, że dobrze wyliczyłam. 

        Kobieta kiwnęła głową i wzięła do ręki kilka opakowań. Maddie poszła w jej kroki. Piętrzące się paczki pełne pączków, które trzymała w swoich ramionach, skutecznie ograniczyły jej pole widzenia. Na szczęście znała drogę do głównej części cukierni na pamięć.

        – Dzień dobry – przywitała się grzecznie. – Musi pan mieć przed sobą naprawdę dużą imprezę - skomentowała, kiedy ostatecznie udało jej się położyć paczki na ladzie i przyjrzeć bliżej nieznanemu klientowi.

        Ale tajemniczy klient okazał się kimś zupełnie innym, niż przypuszczała.

        – L...Luke? Co ty... co ty tutaj robisz? – zapytała niepewnie, lecz na jej twarzy pojawił się wyraźny uśmiech.

        Cieszyła się, że go widzi. A jego obecność z kolei przypomniała jej o tym, jak bardzo tęskniła. Za nim, za rodziną, przyjaciółmi. Za Nowym Jorkiem.

        A Nowy Jork tęsknił za nią. Wystarczyła nuta perfum i ten głos, by mężczyzna odwrócił się z uśmiechem. Zignorował oczywiście wszystkie paczki z pączkami, za to oparł się łokciami o blat. Miesiąc może w wirze pracy potrafił zniknąć, ale trzy? Najważniejsze, żeby nie było już czwartego.

        – Wróć ze mną do domu. Wróćcie – poprawił się szybko, pamiętając o małej, ale wspaniałej części Maddie. - W przeciwnym razie, zamówię ich jeszcze pięćset – obiecał i otworzył pierwsze z brzegu pudełko, żeby wgryźć się w puszystego pączka. Po pierwszym gryzie tej słodyczy wiedział, że prędzej czy później dostanie cukrzycy. Ale teraz to nie miało znaczenia. Przyszłość przecież można było zmienić.

        Przez chwilę jeszcze nie dowierzała własnym oczom. Nie przypuszczała, że Luke jest w stanie przejechać taki kawał drogi, by ją zobaczyć. Jeśli jego obecność miała nie przekonać jej do powrotu, to była już straconym przypadkiem.

        – Jesteś szalony, wiesz o tym, Luke?  – Roześmiała się głośno, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Poza tym... za godzinę zamykamy i raczej zabraknie nam tych pączków, więc chyba nie dajesz mi większego wyboru, prawda?    



Tytuł sponsoruje The Lumineers.

***

Wiem, że ta notka jest przeraźliwie długa! I z góry przepraszam za tę długość wszystkim, którzy zdecydują się ją przeczytać. No i jestem wdzięczna poza tym, mam nadzieję, że przynajmniej miło wam upłynął ten czas.Po prostu trudno mi było zmieścić tak długi okres czasu na kilku stronach
Co najważniejsze, dziękuję Divine Colt za udzielenie mi postaci Luke'a i napisanie tego ostatniego, lecz najbardziej uroczego akapitu w całej notce <3
Trzymajcie się ciepło tej jesieni!