Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

28/07/2014

1981. O tej drodze suchej i gorącej.

Dorastał w Grecji, na obrzeżach gorących Aten. Jego rodzice archeolodzy dorobili się pokaźnej gromadki potomstwa, a każdemu nadawali co raz to przaśniejsze imiona - Hera, Ares, Demeter. Bliźniakom, najmłodszym z rodzeństwa, nie mogło się upiec. Apollo i Artemida. Para nierozłącznych łobuzów. Nie raz jedno zaczynało chorować, gdy tylko drugie musiało gdzieś wyjechać. Wśród wzgórz i krzewów, w pyle dróg, upale, wietrze i morskiej wodzie beztrosko upłynęło im dzieciństwo. Szkołą nikt się tak bardzo nie przejmował, choć pieniędzy nie było wiele. Żyło się. Oddychało słonym wiatrem na werandzie gwarnego domku.

Bliźniaki były godne swoich boskich imion. Artemidy nie dało się utrzymać w domu poza nocą, a i te często spędzała na dworze. Apollo coraz częściej odłączał się od ich dotychczas wspólnych wypraw, już niemal znużony tym słońcem, gorącym piaskiem pod bosymi stopami. Gdy w szkole zaczęły się lekcje plastyki odkrył nowy świat. Zakochał się zapachu farb, w palcach lepkich od kolorów, w wiecznie poplamionych ubraniach, o które beształa go matka. Węglem i ołówkiem zapełniał zeszyt za zeszytem i tylko szkoły, klasy zmieniały się wokół niego. A przecież to jednak nie wystarczało.

Wreszcie był dorosły, wolny, mógł zrobić co tylko chciał, spełnić wszystkie marzenia. Przecież ten świat był dla niego, taki barwny, gorący, pełen życia, które musiał utrwalić na swoich płótnach. Młody, silny, pełen brawurowego zapału i odwagi, jakże mógłby nie podołać? Miał kieszeń oszczędności, plan, bilet na samolot i żywą miłość sztuki w sercu. Cóż mogło pójść nie tak?

Zanurzył się w dymie i blasku kolorowych świateł. Nowy Jork przytłaczał swym ogromem, ale przecież on miał plan. A jednak coraz trudniej było znieść niekończące się zmiany w barze. Ciasna klitka, w której mieszkał z innymi, więziła go. Nie miał już nawet ani gdzie, ani kiedy rozstawić sztalug. Dusiły go stosy rachunków i cyferki na koncie, które zdawały się nigdy nie rosnąć. A do czesnego w Nowojorskiej Akademii Sztuki było tak daleko. Zaciskał zęby, posyłał uśmiechy, starał się.

Grzech odwiedził go nad ranem, przybrany w barwne piórka i lśniący we wschodzącym słońcu makijaż. Wielu takich było w tym dziwnym kraju wolności i szaleństwa, a jednak Jake miał w sobie coś wyjątkowego. Poruszał się na swoich szpilkach z gracją baletnicy i nigdy niegasnącym ogniem w oczach. Miał pieniądze, uśmiech, wszystko, co chciał. Apolla zdobył w mgnieniu oka.

Bo i czemu miałby się opierać? Seks nigdy nie był czymś, co by pochłaniało jego myśli. Gdy ciało żądało ulgi, znalezienie partnera nie było problemem. Teraz zwyczajnie było ich więcej. Wybrednych, niezadowolonych, bogatych. Biznesmenów, którzy pragnęli zasmakować jego wdzięku, zagarnąć dla siebie uśmiech greckich bogów. Ich żon marzących o komplementach, o czułości choćby i sztucznej, o pilnie słuchającym uchu i silnym ramieniu. To było takie proste, wygodne. Miał pieniądze i przestronne mieszkanie na wysokim piętrze, najdroższe farby, najlepsze pędzle. Stać go było na płynne szczęście dawkowane dożylnie, gdy koszmary nie dawały mu spać. Mógł w spienionym jacuzzi zmyć brud nawracającej odrazy. W końcu to była tylko droga, nie ważne jak ciernista.




[Kłaniam się nisko i dziękuję za możliwość przybliżenia wam odrobinę postaci Apolla. Notka nie jest długa, ale w moim odczuciu nie było tu potrzeba wielostronicowej opowieści, bo prawdziwa historia tego pana ma się przecież dopiero zacząć, tu, na blogu.
Dziękuję wszystkim, którzy zmęczyli i mam nadzieję, że nie nacierpieli się zbytnio ;]




10/07/2014

1980. "Ja nie chcę wiele, ale nie mniej niż wszystko: żeby siedzieć na jerozolimskim ganku i nic nie rozumieć”

Kiedyś było inaczej.
Kiedyś marzenia były tylko częściowo w zasięgu ramion, a ich osiągnięcie zdawało się być celem całego życia. Celem ostatecznym. Spełnieniem.
Kiedyś każdy krok miał sens, jakieś większe znaczenie, konkretne intencje.
Kiedyś była łatwowierna, naiwna i lekkomyślna. Wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia, w uczciwość i w Powrót.
Kiedyś śpiewała wieczorami psalmy, opatrywała rany żołnierzy i pragnęła walczyć na froncie.
Kiedyś nie było lepsze. Było inne.

          Stała w oknie swojej pracowni i wyobrażała sobie, jak pięknie musi teraz wyglądać  jej kraj. Wrzosowiska na wzgórzu Golan, uprawy cytrusów na równinie Sharon, niekończące się pola zboża na nizinie Judzkiej. Jej kraj. Chciałaby tam wrócić, w zasadzie marzyła o tym. Wiedziała jednak, ze jest to niemożliwe, że teraz już tam nie ma dla niej miejsca, jej powrót zniszczyłby życie zbyt wielu osobom. A ona nie chciała niszczyć życia nikomu.

miesiąc wcześniej
          Rachel opadała z sił. Ten entuzjazm, który na tak długo jej starczył, chęci, których wciąż nie brakowało, i energia, która zwyczajnie się kończyła. Tommie miała wiele pomysłów, wspaniałe idee, niektóre dość górnolotne, plany, marzenia i całkowity brak organizacji. Sypiała po cztery godziny, by później cały dzień stać na nogach i jeść zamówione przez telefon dania w czasie krótkich i rzadkich przerw. Zdarzały się dni, gdy nie miała siły wracać do mieszkania i usypiała w pracowni, a wraz z pierwszymi promieniami słońca wrzucała stare opakowania po jedzeniu do toreb foliowych, bo miała przyjść jakaś klientka. Żyła konkretnie tym co tu i teraz, nie zważając na konsekwencje, dolegliwości, przyszłość nie zawartą w jej marzeniach i planach. Zapominała, tak najzwyczajniej, że przecież jest tylko człowiekiem a nie maszyną. Organizmem, który ma ograniczone możliwości, a nie najlepszą wersją idealnego człowieka. Kobietą, mającą swoje uczucia, a nie tylko istotą usiłującą przepracować, lub może raczej zapracować, je.
          Co więcej, cała ta rzecz nie rozchodziła się o to, że blondynka powinna wyjechać na dwa tygodnie gdzieś, gdziekolwiek, byleby odpocząć. Tu chodziło bardziej o jej podejście do samej siebie i swojego życia. Mówiąc wprost- uważała, że skoro ma 27 lat, to musi zrobić wszystko, dosłownie wszystko, by coś w swoim życiu osiągnąć. Miała coraz mniej czasu, czyż nie? W końcu zaraz skończy trzydzieści lat, stamtąd całkiem blisko do czterdziestki, a po chwili w oczach całego świata będzie zbyt stara na cokolwiek- tak wyglądała ta sytuacja w jej własnych oczach. Nie pomógł nawet Paul, który sprawdził, że Anna Wintour ma 64 lata, J. K. Rowling 48, a sama królowa Elżbieta II 88. Wciąż uważała, że jej życiowa szansa zbliża sie ku końcowi, trzeba więc ją wykorzystać maksymalnie- poprzez praktykę w teatralnej garderobie, tworzenie pierwszych własnych kolekcji, szycie dla klientów, bo jakoś zarabiać tez trzeba, i zaangażowanie w mniej lub bardziej przypadkowe projektowanie z Sol.  Mówiąc wprost Tommie była przemęczona i nie bardzo chciała cokolwiek zrobić, by to zmienić. Wyglądała właściwie jak śmierć, miała coraz mniej energii i zapału, a jednocześnie ani trochę nie odpuszczała. Takie błędne koło właściwie.
          Tego dnia kończyła pierwszą wersję sukienki druhny. Tak, niektórzy biorą śluby, kochają kogoś, są kochani przez innych, mają wielu przyjaciół i generalnie są szczęśliwi. Innym zostaje tylko dbanie o to, by szczęście tamtych na pewno wciąż trwało, i za taką osobę można uznać właśnie Tommie. Kończyła więc  prototyp fuksjowej sukienki , gdy spojrzała, całkiem przypadkiem, na drzwi do pracowni. Były zamknięte, jednak o framugę opierał się młody chłopak, trzymający ręce w kieszeniach spodni i obserwujący uważnie jej ruchy.

          -Zgubiłaś cama- Powiedział spokojnie, prostując się. Ona jeszcze przez dłuższą chwilę milczała, wpatrując się w niego niepewnie. Nie miała wątpliwości, kto to jest, nie dziwiło jej też to, jak ją odnalazł. Nie miała jednak żadnego, najmniejszego pomysłu na to, dlaczego tutaj jest.
          -Warkocz, ścięłam go gdy tu wróciłam- Odpowiedziała w końcu, stojąc wciąż w miejscu. To nie tak, że jego widok ją sparaliżował, po prostu nie bardzo wiedziała co ma zrobić, jak powinna się zachować. Gdy widziała go po raz ostatni byli w Izraelu, trwała wojna a oni byli niczym nieszczęśliwi kochankowie walczący o każdy kolejny dzień. Rachel i Joel, Joel i Rachel. Może bardziej kochankowie niż nieszczęśliwi, i walczyli, choć nie wyglądało to aż tak tragicznie. Później jej służba się skończyła, zostawiła szpital, w którym pełniła funkcję pielęgniarki i wróciła do Nowego Jorku, zaraz po tym jak nie potrafiła w żaden sposób dogadać się z matką. On tam został, po trzech latach skończył swoją służbę, wziął ślub. Co więc robił tutaj, bez słowa, ot tak stojąc sobie u niej w pracowni?
          -Nie cieszysz się, że tu jestem?- Przerwał w końcu ciągnącą się ciszę, jednocześnie wskazując kciukiem na drzwi, co miało sugerować, że może wyjść, jeśli tylko tego Tommie właśnie chce.
-Rachel…- Dodał jeszcze po chwili, niemal błagalnie.
           -Nie wiem, czy się cieszę, nie wiem dlaczego tu jesteś, nie wiem czy… Coś się stało z Shoshaną?- Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że coś mogło stać się jej przyjaciółce, przecież nie miała już od jakiegoś czasu żadnych informacji od niej. A kto byłby lepszym wysłannikiem, żeby ją o tym powiadomić, jeśli nie brat Shoshany?

          -Nie, wszystko z nią w porządku. Chce wrócić na wojnę. Matka się nie zgadza, boi się że tym razem nie wrócimy, na pewno nie oboje.- On wciąż stał przy drzwiach, ona obok manekinu, trzymając w dłoni kilka szpilek. Zachowywali się trochę jak dwoje, może nie obcych sobie, ale obojętnych wobec siebie ludzi. Minęło sześć lat. Wiele się zmieniło, a oni już nie byli sobie bliscy.
         -Chcesz wrócić?- Nie dziwiło jej to, chciała nawet zapytać czy jego żona również, ale nie zrobiła tego. Bała się poruszać jej temat, bała się też odpowiedzi. Mogłaby się dowiedzieć, że Joel ma dzieci, że jest bardzo zakochany, albo w drugą stronę- nieszczęśliwy. Każda odpowiedź byłaby zła, każda wywołałaby w niej jakieś emocje.
          -Dlatego tu jestem. Muszę zrobić badania, zresztą nieważne. Wyglądasz strasznie.- Niespodziewanie dla samej siebie, dla niego chyba również, Tommie roześmiała się. Nie widział jej sześć lat- pierwszym, na co zwrócił uwagę było to, że ścięła włosy, drugim to, że wyglądała strasznie.
          -Tak wyglądają zwykli ludzie.
         -Nie, nie, wyglądasz inaczej, starzej. Jesteś niewyspana, głodna, zmęczona. I nie zaprzeczaj- Dodał od razu, widząc jak otwiera usta by zaprotestować.- Zostaw to, co robisz, idziemy na obiad. Gdzie jest najbliższa koszerna knajpka?
          Nieznacznie wzruszyła ramionami, niczym posłuszne dziecko odłożyła szpilki i wsunęła na bose stopy buty. Znał ją, pamiętał, wiedział że nie będzie z nim dyskutowała i że na pewno nie ma nic do jedzenia w mieszkaniu.
          -Nieważne, idź na górę, kupię coś i zrobię obiad.

Kiedyś było inaczej.
Kiedyś on był całym jej światem, ona jego wszechświatem.
Kiedyś sądzili że wojna skończy się ostatecznie, a oni będą mogli być razem. Szczęśliwi.
Kiedyś nie było jej niedoszłego narzeczonego i jego żony. Mieli siebie i to im wystarczyło za cały świat.
Kiedyś znajdywali radość w każdej wspólnej chwili, w każdej sekundzie. Mieli tego czasu niewiele i potrafili go docenić.
Kiedyś każdy jeden dotyk był dla nich intymny, czuły, upragniony.
Kiedyś nie było lepsze. Było inne.

          Będąc już w mieszkaniu odkryła niespodziewanie, że Shoshana napisała do niej ponad tydzień wcześniej. „Joel przyjeżdża, nie zrób nic głupiego” zdawało się być najważniejszym fragmentem wiadomości, której ona nawet nie zauważyła. Miała wrażenie, że wiele stało się za jej plecami. Joel wiedział, gdzie ma mieszkanie, nie był zdziwiony że nie wie, gdzie jest koszerna restauracja i nie wypytywał jej o nic. Podczas, gdy ona przez sześć lat ani razu nie zapytała przyjaciółki o jej brata, przeświadczona, że tak będzie lepiej, łatwiej, po prostu dobrze, on wiedział o niej wiele, może nawet wszystko. Tylko czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
          Miała zamiar trochę ogarnąć w mieszkaniu, usiadła jednak na chwilę na kanapie i usnęła. Nie wiedziała, ile czasu minęło. Gdy obudził ją Joel leżała w łóżku, za oknami ściemniało się powoli, mieszkanie było sprzątnięte a na stole stał gorący kreplach i wino koszerne. 
          Najpierw zaczęli rozmawiać bardziej przyjaźnie. Później otworzyli wino i coraz częściej w mieszkaniu rozbrzmiewał śmiech. Na koniec trzy butelki stały puste i wszystko było już jak dawniej.


          Gdy obudziła się rano, czując zapach świeżych bajgli, nie czuła wyrzutów sumienia. Nie miała ich też przez następne cztery dni, a nawet jeszcze dłużej. Gdy na lotnisku żegnali się zwyczajowym Baszana haba’a Bejeruszalaim, wymawianą zawsze na zakończenie Paschy obietnicą, nie sądziła że będzie miała te słowa w swoich myślach jeszcze długo. Kiedyś wierzyła w Powroty, jednak od pewnego czasu to zwyczajowe „w przyszłym roku w Jeruzalem” było dla niej tylko słowami bez pokrycia.

          Stała w pracowni, wpatrując się w betonowy Brooklyn. Była rozdarta. Chciałaby wrócić do Izraela, wrócić na wojnę. Wiedziała, ze sytuacja w jej kraju nie naprawi się, nie w najbliższym czasie, czuła też obowiązek, by w tych wydarzeniach uczestniczyć. Była jednak świadoma również tego, że nie poleci tam. Nie teraz, nie za rok, nie za pięć lat. Zniszczyłaby życie Joela, jego żony, ich rodziny. Namieszałaby, nieproszona weszłaby w środek ich małżeństwa. Nagle zaczęła rozumieć ludzi, którzy pragną przyjechać do Jerozolimy, spędzić tam Paschę, wrócić do Ziemi Obiecanej, a jednak żyją w rozdarciu, z dala od marzeń.
          Gdyby wojna się skończyła już dawno, gdyby nie miał żony, gdyby tu nie przyjechał, gdyby nie zostawał u niej na noce, gdyby nie zaszła w ciąże. Jest taka żydowska pieśń- Dayenu, śpiewana zawsze podczas Paschy. Wychwalają wtedy Pana za wszystko, co im dał, za całe wyzwolenie, wyprowadzenie z Egiptu, i mówią, że nawet, gdyby któregokolwiek z elementów tego wyzwolenia zabrakło, to to by im wystarczyło. Byliby wdzięczni za to, co otrzymali, bo to i tak byłoby więcej, niż na to zasługują. Tak się teraz czuła, poza tym, że nie odczuwała radości i wdzięczności.  Gdyby tylko zabrakło jednego z tamtych elementów, albo właśnie jeden z nich się spełnił- mogłaby wrócić, mogłaby tam jechać.

          
          Jeśli Jahwe istnieje i karze ludzi za ich błędy, to właśnie ją ukarał. 


[to w zasadzie jest pierwsza część, chyba. Druga powstanie w trakcie wakacji gdzieś, o ile powstanie. Tekst kopiując się z worda częściowo skopiował się tak jak był tam (patrz odstępy i akapity), a częściowo nie. Ze trzy razy go sprawdzałam i poprawiałam, ale zapewne i tak coś jest nie tak.
Jeśli komuś sie chciało dotrzeć aż tu, to jestem po wrażeniem, serio, i dziękuję z całego mego serca.
A no i cytat w tytule, jak to u mnie zwyczajowo, z wiersza. Tym razem "Zielony wiersz" Władysława Broniewskiego]

07/07/2014

1979. Moore nie lubi ketchupu.

Peter obudził się pewnego dnia i uznał, że to najwyższy czas, by zrobić coś konstruktywnego ze swoim życiem, toteż wstał z łóżka i wyruszył na poszukiwanie sensu wszystkiego. Znalazł go w kuchni na blacie, więc rozsiadł się wygodnie na podłodze i przez następne kilka minut rozkoszował się jego smakiem. Wczorajsza pizza nie jest może jakimś rarytasem, ale o ósmej rano w niedziele można ją uznać za coś znaczącego, tak jak i sens życia. Prawda?

No dobra, może to słabe tłumaczenie, ale porozmawiaj o czymś poważnym z dorosłym facetem, który co dwa tygodnie farbuje odrosty. Szczerego powodzenia.

- Zjadłem – rzedł nagle Peter z miną zwycięzcy i ruszył się z zimnej podłogi, by móc powlec się do łazienki, zrucając po drodze wszystkie części swojego ubioru (składały się na nie jedynie bokserki w gwiazdki i czerwony ręcznik narzucony na ramiona w roli peleryny). Chciałby powiedzieć, że powinien przestać imprezować w soboty, ale to by chyba znaczyło, że się starzeje, nie?

Cóż, lepiej skończyć własną imprezę, grając dla wszystkich koncert na ukulele. Problem w tym, że on ani nie posiadał tego pieprzonego ukulele, ani tym bardziej nie potrafił na nim grać. I jestem pewna, ze Moore nawet nie jest w stanie teraz powiedzieć, jak to cholerne ukulele wygląda.

Zastanawiając się, o czym ta głupia narratorka mówi i o czym będzie ta głupia notka, nasz blondwłosy bohater zajął się myciem zębów. Najpierw musiał tę szczoteczkę znaleźć i… Jestem tolerancyjna dla głupoty ludzkiej, ale niech mi ktoś odpowie na pytanie: jak można nie wpaść na to, że szczoteczka do zębów znajduje się w pieprzonym kubku na szczoteczki do zębów, który niezmiennie od kilku lat zajmuje to samo miejsca na półce?

- Cicho bądź – burknął Peter niezbyt przyjaźnie, spoglądając w górę i zapewne starając sobie wyobrazić moją twarz na suficie. Nie współpracujemy zbyt dobrze, jak na właścicielkę postaci na grupowcu i ową postać, bo jak mogłoby być to możliwe, skoro właścicielka myśli, iż jej postać jest debilem? Nie świadczy też o mnie zbyt dobrze fakt, że, no cóż, ja go wymyśliłam.

Po kilkuminutowym wpatrywaniu się w notatnik na telefonie (nienawidzę tego cholerstwa) doszłam do wniosku, że o tym właśnie ten post będzie, o kompromitujących faktach z życia pana Moora, które będę wymyślać na bieżąco, zajadając się chipsami i dobrze się bawiąc, bo przecież mam takie interesujące życie.

Złotowłosa w tym momencie tak się roześmiała, że niemal udusiła i pastą, i szczoteczką do zębów.

Zaczynamy! Peter Moore, lat ma dwadzieścia-coś (nie jestem pewna dokładnie, bo zmieniałam mu już wiek milion razy), urodziny ma jakoś na początku roku (chyba w marcu, zapytajcie Rosie, bo tego też nigdy nie pamiętam). Ma ciemne włosy (naturalnie), jest chudy i wysoki, a poza tym jest tak ładny, jak aktor/piosenkarz/ziemniak, który aktualnie mi się podoba, więc nie twierdzę, że jest absolutnie-hiper-turbo-umieram-trzymaj-mnie-bo-lecę-mega piękny, bo nie zawsze w gust trafię. Teraz ma skośne oczy i tlenione włosy i ponoć wygląda jak ciotka Elaine (musi mieć piękną ciotkę *wink*). Podobno ma jakieś tatuaże, ale nigdy nie zdecydowałam się jakie, więc uznajmy, że ma pufka pigmejskiego na plecach, tego w wersji różowej, najlepiej na prawym pośladku. Gdy przybył do Nowego Jorku, zaczął studiować iberystykę, a to tylko dlatego, by móc podrywać gorące Hiszpanki na wakacjach w Europie, potem poszedł na psychologię, a skończył jako barman w miejscu, do którego przychodzili tylko transwestyci i znajomi transwestytów. Moore został właścicielem baru tylko przez kaprys - wkurzał go jego szef, więc zdecydował się, iż wykupi to cholerne miejsce. Dave, bo tak gość się nazywał, odszedł z mnóstwem kasy w kieszeni, a inteligentny Peter został z pubem, do którego najczęściej zaglądali jego pracownicy. Pierwszy remont, trochę reklam i zdołał jakoś podtrzymać biznes, a po kolejnym remoncie i włożeniu jeszcze większej ilości pieniędzy mógł w stanie powiedzieć, że kwota zakupu się zwróciła. Dwukrotnie! Całkiem niedawno wpadł na szalony pomysł, co by przerobić swe alkoholowe przedszkole w istna burleskę, ale potrzebowałby tylu ludzi mądrzejszych od niego, aby ten pomysł zrealizować, że trochę się boi.

- Zamknij się! – wykrzyknął Moore, tym razem dość wkurzony, pokazując bardzo niemiłe znaki z wnętrza swego prysznica. Chyba mu przeszkadza, że go wymyśliłam. Nie mogę wytrzymać, tak to pięknie brzmi.

W każdym razie, jeśli chodzi o pieniądze, ten debil ma się całkiem dobrze, toteż wejdźmy w mniej szczęśliwe rejony jego życia, takie jak kobiety, do których unikania Peter ma niesamowity talent. W swoim życiu Złotowłosa była w kilku związkach, w tym żaden nie zakończył się Happy Endem.

Pierwsza nazywała się Shatze (wymyśliłam to imię, ale podobno pisane przez „ch” znaczy cos w stylu „kochanie” po niemiecku, więc słabo u mnie z neologizmami) i była pieprznięta. Miała długie blond włosy, zielone oczy, mega ciało, ale to wcale nie z tego powodu można ja było nienawidzić. Była też właścicielką paskudnego charakteru, scenariusz jej życia mógł być inspirowany filmem „Wredne dziewczyny”, czy jakąś inną tępa komedią tego rodzaju. Przyjechała tylko po to, by namieszać w związku Moora z Rose, ale tak dobrze jej to wyszło, że obrażona wróciła do domu.

Nadmienię, iż nie wymyśliłam żadnych kolejnych dziewczyn (i mi się nie chcę tego robić), ale załóżmy, że jakieś miał tu i tam, żeby nie robić z niego aż takiej ofiary lasu (jaką jest).

Potem pojawiła się Rosie Dawson, która miała czarną emo-grzywkę. Peter wtedy tez miał emo-grzywkę, więc w sumie co za różnica, skoro oboje wyglądali jak idioci? Moore przespał się na kanapie w jej mieszkaniu w pierwszy dzień, gdy się poznali (nie pamiętam po co), dał jej całusa (nie pamiętam po co), a potem jest wielka dziura w mej pamięci i są razem (nie pamiętam po co). Robili głupie rzeczy. Spędzili sylwestra w Norwegii, gdzie ludzie prawie ich nie zabili. Peter dał Rosie walniętego psa na jakąś okazję, którego nazwali Joker i który tym samym stał się jedynym mężczyzną nienależącym bezpośrednio do rodziny, do którego pozwolił Rachelle się zbliżyć. Moore oświadczył się Rosalie podczas gdy ona zamiatała mieszkanie (chyba mu to nie przeszkadzało). Dał jej pierścionek, który jego matka licytowała kilka godzin i którego poprzednią właścicielka była Marilyn Monroe. Peter do tej pory sądzi, ze nikt nie wygląda lepiej od Rosie o szóstej nad ranem, bez makijażu i piżamie z kotami. Było im razem bardzo dobrze, ale Moore potem chyba zapomniał, że Rose lubi maliny, a nie narkotyki, a Dawson się pomylił jej mąż z jakaś kobietą i wszystko poszło. Bardzo daleko. I nie wróciło.

Ej, naprawdę Moore przeżył kiedyś próbę samobójczą. Można to wytłumaczyć jedynie tym, że wtedy znów miał emo-grzywkę.

Co śmieszne, para dogaduje się lepiej teraz, niż w momencie, gdy jeszcze byli małżeństwem. Razem wychowują Rae, która jeszcze nie ma pojęcia, iż Peter nie jest jej ojcem i przez najbliższy czas z pewnością nie będzie o tym wiedziała. Moore nie wyobraża sobie jednak życia bez Rachelle i rozpieszcza ją, jak tylko może. Zresztą, to co Peter aktualnie ma na głowie to też jest inwencja twórcza małej Rae – po prostu za bardzo im się spodobało malowanie kolorowymi farbami wszystkiego, co było w zasięgu ich łap, a szczególnie włosów tego idioty. Kupił więc dzień później worek farb do włosów i… Spróbujcie teraz policzyć te kolory na jego głowie (są blade, bo chyba się już trochę sprały).

Teraz wybiorę (wymyślę) kilka cudownych faktów z życia pana Petera Moora (który wykąpany zasiadł przed telewizorem z butelką ziemnej wody i udaje, że coś tak pospolitego jak kac nie jest w stanie go złamać).

1. Gdy miał sześć lat próbował obciąć na łyso swoją opiekunkę, starszą panią Lee, która przysnęła, znudzona opowieścią z pewnością bardzo dla niego znaczącą. Gdy kobieta opadła ma miękką kanapę w domu letniskowym Moorów, Peter zakradł się do kuchni, zwinął nożyczki i odciął starszej pani jej długi, siwy warkocz. Do tej pory jego ojciec po kilku szklaneczkach whisky, usiłuje nabrać jego małych kuzynów, że służba w ich domu letniskowym co jakiś czas widzi biały warkocz czający się gdzieś po kątach.

2. Peter kocha filmy przeznaczone dla kobiet. Nikomu by się nie przyznał, ale kiedy pierwszy raz oglądał Pamiętnik, dostał takich spazmów, że zdecydował się nigdy więcej tego filmu nie włączać. Ma też unikatową umiejętność – jest w stanie tak wymodelować swój głos, by wejść w ten sam ton, którym posługiwała się Kate Winslet w Titanicu. Jestem pewna, że pamiętacie ten moment, „Jack, Jack, Jack”, zaraz przez tym, gdy Jack odłączył się od przedmiotu sporu fanów, czyli drzwi szafy, i opadł na dno. Moore jest w tym mistrzem, potwierdzam.

- To, co piszesz, nawet nie jest śmieszne – rzekła Złotowłosa, w mych myślach obracając głowę z wyrazem zdegustowania i zatapiając spojrzenie w bardzo brzydkich paniach na jakimś teledysku na MTV. Tak, też jestem zaskoczona użyciem słów „teledysku” i „MTV” w jednym zdaniu.

- To w takim razie podaj mi jakieś śmieszne fakty z twojego życia, wytworze mojej wyobraźni – rzekłam ja do samej siebie, wypisując właśnie te słowa na klawiaturze. Boże, czy tylko ja czytając, mam wrażenie, że jestem bohaterką Incepcji?

- Po pierwsze, jestem inteligentny – powiedział Peter i zamilkł, bo nie dam mu już się więcej odezwać, skoro ma się kompromitować przed większa publiką.

3. Gdy skończył trzynaście lat, jego matka wysłała go na obóz piłkarski dla dziewcząt, bo źle przejrzała ofertę, ale Peter był tak chudy i miał tak małą buźkę, że z łatwością nauczycielka wzięła go za dziewczynę. Co śmieszne, kobieta później twierdziła, iż wzięła Moora za taką typową chłopczycę, więc czy tym samym nie nazwała go… Chłopcem? Kwestia sporna, ale do tej pory sądzę, iż musiało być cos z nim nie tak, skoro nie zorientował się, ze na obóz piłkarski oprócz niego jedzie jeszcze czterdzieści dziewięć dziewcząt. W każdym razie sprawa by na pewno nie wyszła na jaw, gdyby Peter nie zdecydował się wziąć prysznica w łazience, przy wszystkich dziewczynach. Fakt ten tłumaczy tylko to, iż on… Naprawdę nie wiedział, że zaszła jakaś pomyłka.
- Okej, dość! – krzyknął Moore, już kolejny raz tego dnia, i sprawiając, że poczułam lekkie wyrzuty sumienia. Smutno mi, że może ktoś naprawdę przeczyta tę notkę i zmarnuje tyle czasu, by robić coś konstruktywnego, dostając w zamian jedynie kłótnie osoby z małym IQ. Biorąc pod uwagę sposób, w jaki napisałam poprzednie zdanie, ja jestem osobą, Peter jest małym IQ.

Muszę się wytłumaczyć dość zwięźle i szybko, bo mam niewiele czasu. Jest po północy, a mi się nudziło i napisałam tę notkę, z małą pomocą wytworu mojej wyobraźni, czyli facetem, o którym wiem tylko tyle, że jego twarzy użycza jakiś koleś z koreańskiego zespołu i że jest bardzo głupi.

Tak, jak wcześniej pisałam, bawiłam się idealnie. Chipsy zjedzone.

Z wyrazami szacunku dla wszystkich tych, którym chciało się to czytać,
Adrianna i Peter.

- A tak w ogóle to sama jesteś głupia!