Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

31/12/2024

Styczniowa lista obecności

Czas na styczniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 stycznia do 5 stycznia,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 stycznia włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

01/12/2024

Grudniowa lista obecności

Czas na grudniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 grudnia do 5 grudnia,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 grudnia włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

01/11/2024

Listopadowa lista obecności

Czas na listopadową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 listopada do 5 listopada,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 listopada włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

18/10/2024

2195. Lilith Monroe: Cień Chaosu


Lilith Monroe, już jako dziecko, czuła, że coś jest z nią nie tak, choć wtedy nie potrafiła tego nazwać. Żyła w świecie, który zdawał się oddychać nieustającym napięciem, jakby każdy oddech mógł sprowokować katastrofę. Przesiąknięte dymem papierosów mieszkanie pachniało alkoholem, stęchlizną i gniewem. Ojciec, Jack Monroe, stał się dla niej synonimem lęku. Kiedy wracał do domu, atmosfera w jednej chwili gęstniała. Lilith siadała w swoim pokoju na skraju łóżka, wstrzymując oddech, nasłuchując kroków, a potem głosu. Czy był to wieczór, kiedy wracał wściekły, wyładowując frustrację na wszystkich, czy może tym razem będzie cicho, jakby jego obecność nie miała żadnego znaczenia?

Każda godzina była loterią. Gdy Lilith miała sześć lat, zrozumiała, że cisza wcale nie jest oznaką bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie – często zwiastowała burzę, która mogła nadejść w każdej chwili. Jacka mogła sprowokować każda drobnostka: niedokręcona nakrętka od butelki, zapomniana zupa na piecu, Lilith po prostu będąca w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Nigdy nie wiedziała, co może wywołać kolejną falę przemocy. Jego głos stawał się coraz bardziej nerwowy, coraz ostrzejszy, aż w końcu wybuchał, rzucając przekleństwami i uderzając pięścią w ściany, meble, a czasami – w nią.

Matka Lilith, Elaine, była cieniem, który snuł się po domu. Nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie stawała w obronie córki. Była, ale jakby jej nie było. Jej apatia do życia odbierała Lilith wszelkie nadzieje na ratunek. Elaine siedziała przy stole z pustym wzrokiem, wpatrując się w okno, jakby w nim szukała ucieczki, której nigdy nie znalazła. W domu nie było żadnych rozmów, żadnych śmiechów. Miłość była słowem, które nigdy nie przeszło przez czyjeś usta, a bliskość fizyczna była zarezerwowana jedynie dla momentów przemocy.

Lilith szybko nauczyła się, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą. Nikt nie zareagował, gdy w szkole wracała do domu z siniakami ukrytymi pod długimi rękawami. Gdy nauczyciele widzieli jej zmiany nastroju – jednego dnia pełną energii, drugiego pogrążoną w milczeniu – tylko wzruszali ramionami. "To trudne dziecko," powtarzali. "Ma problemy emocjonalne." Ale nikt nie zastanawiał się, skąd te problemy się wzięły. Nikt nie szukał przyczyn, a tym bardziej nie próbował ich rozwiązać. Lilith była dla nich problemem, który należało ignorować; nie chcieli się nią zajmować, bo była zbyt skomplikowana. Jej zmienność była czymś, czego nie potrafili ogarnąć – jednego dnia pełna entuzjazmu i życia, rzucała się w wir aktywności, tylko po to, by kilka dni później, jak wciągnięta w bagno, tracić jakąkolwiek chęć do istnienia.

Już wtedy czuła, że coś jest z nią nie tak. Inne dzieci nie reagowały na życie w taki sposób, jak ona. Często siedziała w szkolnym korytarzu, obserwując innych, jakby była widzem w teatrze, gdzie wszyscy odgrywali swoje role, a ona nie znała tekstu. Patrzyła, jak śmieją się, rozmawiają, budują więzi, podczas gdy ona nie potrafiła nawet nawiązać rozmowy. Czasem próbowała się dopasować, udawać normalność, ale jej emocje były jak huragan – niekontrolowane, niszczycielskie.

Pierwszy raz, kiedy poczuła ulgę, to było po narkotykach. Miała piętnaście lat i czuła się jakby całe jej życie rozpadało się na kawałki. Szkoła stała się nie do zniesienia, jej rodzice stali się coraz bardziej obojętni, a ona sama czuła, że tonie w tym wszystkim. Znajomi ze szkoły, którzy podnieśli ręce w geście buntu przeciwko światu, przynieśli do klasy to, co wtedy wydawało się cudownym rozwiązaniem – marihuanę. Lilith patrzyła, jak przekazują sobie jointa, jak każdy z nich wydaje się na chwilę lżejszy, bardziej zrelaksowany. Kiedy przyszła jej kolej, nie wahała się. Zaciągnęła się głęboko, a dym wypełnił jej płuca, przynosząc ulgę, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyła.

Tamten moment zmienił wszystko. Poczuła, jakby ktoś wyciszył dźwięk w jej głowie, jakby wszystkie te wstrząsy, emocje, burze, które nosiła w sobie, nagle zniknęły. Przez chwilę, choć krótką, czuła się normalna. To był początek końca. Narkotyki szybko stały się jej jedynym wyjściem. W każdym momencie, kiedy gniew lub smutek zagrażały jej równowadze, sięgała po to, co mogło ją uciszyć. Marihuana, a potem kokaina. Kokaina była jak cudowne lekarstwo – nie tylko ją uspokajała, ale dawała jej siłę. Była pełna energii, potrafiła pracować godzinami, robić rzeczy, które wcześniej były dla niej nie do pomyślenia. Zmieniała się w kogoś innego, kogoś, kto nie miał problemów z nastrojami. Nagle była w stanie kontrolować swoje życie – tak jej się wydawało.

To poczucie kontroli było iluzją, a im bardziej Lilith się w nie wkręcała, tym głębiej pogrążała się w chaosie. Kokaina dawała jej skrzydła, ale kiedy działanie ustępowało, przychodziła ciemność. Depresja, którą znała od dzieciństwa, wracała z podwójną siłą. W tym stanie była w stanie położyć się na podłodze swojego pokoju i patrzeć na sufit godzinami, niezdolna do żadnego ruchu. Czuła, że wszystko, co robi, jest bez sensu, a jej życie nie ma żadnej wartości. W chwilach najgłębszego dołka zastanawiała się, czy to wszystko w ogóle ma sens. Myśli o śmierci pojawiały się jak nieproszeni goście, coraz częściej nachodząc ją w te bezsenne noce.

Równocześnie miała dni, kiedy wszystko zdawało się nabierać kolorów. W stanie manii Lilith była jak huragan. Mogła biegać przez całe miasto, rzucać się w nowe projekty, podejmować decyzje bez namysłu. Zakładała małe firmy, które z początku wydawały się sukcesem – pewnego dnia sprzedawała ubrania przez internet, drugiego planowała zostać organizatorką imprez. Ale z czasem każdy projekt porzucała. Entuzjazm gasł tak szybko, jak się pojawiał, a ona zostawała z niczym. W stanie manii mogła podjąć największe ryzyko, nie myśląc o konsekwencjach. Chciała więcej, szybciej, intensywniej – zawsze na krawędzi.

Im więcej sięgała po narkotyki, tym bardziej traciła siebie. Używki były jej sposobem na uciszenie chaosu, który nosiła w sobie, ale im dłużej uciekała, tym bardziej gubiła to, kim była. Czuła, że przeszłość była jak cień, który nigdy nie znikał, niezależnie od tego, jak daleko uciekała. Flint, ojciec, matka – wszystko to ciążyło na niej jak kamień. Nawet w Nowym Jorku, gdzie w końcu próbowała zacząć od nowa, te demony wracały.

 

*** 


Lilith obudziła się w swoim małym mieszkaniu na Brooklynie, zasłoniętym ciężkimi zasłonami, które nie przepuszczały światła. Mimo że nad miastem świeciło słońce, w jej sercu panowała ciemność. Leżała na łóżku, wciągając powietrze przesiąknięte zapachem dymu i alkoholu, wspomnienia z przeszłości wracając jak echo. Dzisiaj nie było łatwo – dźwięki miasta przenikały przez cienkie ściany, a ona wciąż czuła na sobie ciężar wszystkich lat, które przeżyła, każdy ból i każdą chwilę, gdy czuła się bezsilna.

Próbowała zebrać myśli, ale jej umysł był jak wir – chaotyczny i niekontrolowany. Myśli przelatywały jedna za drugą, jakby grały w jakimś szalonym wyścigu. „Dzisiaj wszystko będzie inaczej. Muszę zrobić coś wielkiego. Coś, co zmieni moje życie!” – powtarzała w myślach. Kiedy tak leżała, pamięć wracała do czasów, gdy jeszcze jako dziecko czuła ten niepokój. Tak wiele emocji narastało w niej przez lata, a teraz objawiały się jako niekończący się strumień energii. Była w stanie dosłownie poczuć, jak adrenalina pulsuje w jej żyłach, a każda myśl stawała się jak zaraźliwa melodia, którą pragnęła odtworzyć.

Podeszła do okna i zadrżała, widząc światło słoneczne wdzierające się do jej ciemnego królestwa. Nowy Jork tętnił życiem – tłumy ludzi, samochody, dźwięki muzyki i rozmów – wszystko to wypełniało ulicę jak intensywna paleta barw. Lilith marzyła, by być częścią tego wszystkiego, ale jednocześnie czuła, że jest tylko widzem, zamknięta w swojej głowie. Gdzieś w środku czuła potrzebę, by wstać, działać, by stać się kimś innym, kimś lepszym. „Zaraz założę nową firmę, zacznę sprzedawać swoje pomysły, zrobię z tego coś naprawdę wielkiego!” – krzyczała w myślach.

W tej chwili Lilith zaczęła gromadzić wokół siebie plany, marzenia i niespełnione ambicje. Mijały godziny, a ona rysowała na kartkach pomysły, zbierała inspiracje z internetu, tworzyła wizje, które tylko ona mogła zobaczyć. Była pełna energii, jak nigdy przedtem. „Muszę być zajęta, muszę działać, nie mogę się zatrzymać!” – myślała, ale gdzieś z tyłu jej umysłu tliła się obawa, że wszystko to może być tylko chwilowe, jak bańka mydlana – piękne, ale kruche.

Dopiero później, w chwilach ciszy, kiedy zapadał zmrok, a miasto wciągało w swoje ramiona błękitną noc, wkradały się myśli o przeszłości. „Czy to, co robię, naprawdę ma sens?” – zadawała sobie to pytanie, a echo jej dzieciństwa wracało z pełną mocą. Dzieciństwo pełne strachu, pustki, i bezsilności, które na zawsze odcisnęły piętno na jej duszy. W momencie, gdy myśli zaczynały się kumulować, a emocje wybuchały, wszystko, co zbudowała w ciągu dnia, znikało jak dym w powietrzu.

Lilith była w ciągłym ruchu, szukając sposobu, by uciec od tej burzy. Chciała czuć się silna, ale czasami lęk paraliżował ją jak lodowaty dreszcz. „Muszę przetrwać ten dzień,” powtarzała sobie, ale kiedy zapadała noc, jej umysł wciąż wracał do tego, co było – do Jacka, Elaine i do wszystkich tych momentów, kiedy czuła się jakby tonęła w swoim życiu. A jednak ten chaos, ten natłok myśli, sprawiał, że była żywa. W nowym Jorku miała wrażenie, że jest jak ten wulkan, który kipi wewnętrznie, gotowy, by wybuchnąć.

Kiedy budziła się w nocy, wciąż przerażona tym, co mogło się wydarzyć, nie mogła nie myśleć o tym, jak blisko była krawędzi. W momentach skrajnych emocji, w maniach, miała wrażenie, że jest u szczytu góry, gotowa do zjazdu. Ale każdego dnia, z każdą chwilą, lądowała znów w dolinie smutku, a przeszłość ciągle ciążyła jej jak nieodparty cień. Kiedy patrzyła w lustro, widziała tam kogoś, kto nieustannie walczył ze sobą – Lilith, która chciała być wolna, ale nie potrafiła uwolnić się od więzów przeszłości.

Każdy dzień był wyzwaniem, a każdy oddech przypominał o trudnej drodze, która ją czekała. Jednak dzisiaj, w sercu Nowego Jorku, czuła, że może wreszcie znaleźć dla siebie miejsce, w którym chaos przestanie być tylko obciążeniem, a stanie się siłą. „Dzisiaj zrobię to inaczej,” obiecała sobie, zamykając oczy i wdychając zapach miejskiego życia, pełnego obietnic i nadziei.

01/10/2024

Październikowa lista obecności

Czas na październikową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 października do 5 października,
do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 października włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

08/09/2024

2194. This is my last hurrah

18 marca 2022, Indian Wells, Kalifornia

 

Siedziała w jednej z restauracji niedaleko Indian Wells Tennis Garden, naprzeciwko dawno niewidzianej przyjaciółki, która następnego dnia miała do rozegrania finał debla. A mimo to znalazła czas, by się z nią spotkać i porozmawiać w cztery oczy.
— Niedługo będzie okrągła rocznica — odezwała się blondynka.
— Wiem — ucięła od razu Whitney. Wzrok miała utkwiony w swojej ledwie nadpoczętej kawie.
We wrześniu mijało dziesięć lat od jej premierowego zwycięstwa w US Open. Dziesięć lat od dnia, w którym na zawsze odmieniło się całe jej życie.
— Przemyślałaś tę sprawę? Zamierzasz się pojawić w Nowym Jorku? — dopytywała Claudia.
Westchnęła cicho i przytaknęła. Tak naprawdę już od dawna pragnęła raz na zawsze zamknąć ten rozdział jej życia, ale brakowało jej odwagi by podjąć tę decyzję. Bała się, że jeśli wyjdzie ponownie na kort to wszystkie emocje powrócą do niej ze zdwojoną siłą i nie będzie w stanie ich opanować.
Nie wzięła rakiety do ręki od czasu przegranej w półfinale WTA Finals na początku listopada 2019 roku. Od tamtej pory wiele przeszła, natomiast z fizycznego punktu widzenia była już zdrowa. Dostała od lekarza zielone światło i mogła pożegnać się tak jak należy, podczas rywalizacji. W miejscu, od którego wszystko się zaczęło.
Niektórzy próbowali ją namówić, by wróciła na stałe do touru, ale Whitney wiedziała, że to niemożliwe. Wróciła do pełnej sprawności po wypadku, ale jej organizm nie wytrzymałby już tak intensywnych treningów jak wcześniej. Poza tym, nie widziała w tym sensu. Musiałaby od nowa szukać całego sztabu, a dopasowanie się z obcymi ludźmi zajęłoby czas. Nie lubiła robić czegokolwiek na pół gwizdka.
— Właściwie formalności załatwiłam już jakiś czas temu, więc to już pewne. Ale jeśli to ma się udać, będę potrzebować twojej pomocy — Po raz pierwszy podczas ich spotkania spojrzała Claudii prosto w oczy.
— Jasne, z przyjemnością. Co tylko chcesz — Claudia posłała przyjaciółce pokrzepiający uśmiech. Znały się od dziecka, przez wiele lat wspólnie trenowały i zdobywały największe trofea. Kiedyś obiecały sobie, że zawsze pozostaną przyjaciółkami, nieważne jak ich życie się potoczy. Chociaż kariera Whitney przedwcześnie dobiegła końca, a Claudia wciąż odnosiła sukcesy, bycie częścią wielkiego pożegnania utytułowanej koleżanki było dla niej wielkim zaszczytem.

*** 

Ze znajomościami Claudii znalezienie sparingpartnera oraz fizjoterapeuty dla Whitney, który miał jej pomóc w przygotowaniu do US Open nie było szczególnie trudne. Chciała wrócić tylko na ten jeden turniej, więc nie potrzebowała trenera od tenisa. Nie chodziło o wynik, wygrana również jej nie groziła. Liczył się sam start i to, by nie zrobić sobie krzywdy.
Kiedy na krótko przed rozpoczęciem turnieju media obiegła informacja, że Whitney Barrera otrzyma dziką kartę do głównej drabinki US Open w singlu, w sieci zadrżało. Nikt się tego nie spodziewał. Dziennikarze sportowi niedowierzali, podobnie jak kibice. Wrogowie drwili. Czego ona szuka? Tak czy inaczej, bilety sprzedały się jeszcze szybciej niż zwykle. Każdy chciał się przekonać na własne oczy, czy rzeczywiście wystąpi i co takiego pokaże.
Wyszła na kort Arthura Ashe’a – największy kort na świecie, przy aplauzie tysięcy ludzi zgromadzonych na trybunach. Tak jak to robiła wielokrotnie w swojej karierze. Znała ten obiekt jak własną kieszeń. Wróciła do domu. Tu zdobyła zarówno pierwszy jak i ostatni wielkoszlemowy tytuł. Tu poznała miłość swojego życia, której już nie ma. Tu miało się to ostatecznie zakończyć. Na zawsze.
Tego co się stało, chyba nikt nie był w stanie przewidzieć. Kompletnie niespodziewanie Whitney wygrała z rywalką z czołowej setki rankingu, w dodatku w dwóch setach z wynikiem 6:4, 7:5. Zaskoczyła tym nie tylko kibiców, ale i samą siebie. Brakowało jej sporo dawnej mocy i szybkości reakcji, jednak wciąż miała w sobie „to coś”. Pamięć mięśniowa nie zniknęła.
W pomeczowym wywiadzie ledwie mogła sklecić chociaż jedno sensowne zdanie. Ciągle nie wierzyła w to, że zdołała wygrać mecz, po tym wszystkim co przeszła i to nie z byle kim, bo z zawodniczką, z którą już kiedyś grała. Spojrzała w kierunku swojego boksu, gdzie siedziała jej matka, trzymając na kolanach jej córkę, a potem w niebo. Otarła z twarzy łzy i dopiero wtedy dokończyła rozmowę.
— To miał być ostatni mecz w mojej karierze, ale wygląda na to, że… spotkamy się jeszcze raz. Nie zamierzam się wycofywać. Dziękuję wam bardzo za wsparcie i do zobaczenia wkrótce — powiedziała do widowni na koniec, otrzymując w odpowiedzi gromkie brawa.
W drugiej rundzie na Whitney czekała o wiele trudniejsza przeciwniczka – dwudziestoletnia wiceliderka rankingu Grey McBryer, która miała na swoim koncie wygraną w Wimbledonie. I była nową podopieczną Luisa Barrery. Ze wszystkich możliwych opcji, los połączył akurat te dwie tenisistki. Tuż po rozlosowaniu drabinki wszyscy fani tenisa ostrzyli sobie zęby na to starcie i doczekali się.
Whitney nie zamieniła z ojcem ani słowa odkąd stało się jasne, że nie wróci do zawodowego sportu. Ich ostatnia rozmowa wciąż jednak rozbrzmiewała w jej głowie, tak samo żywa jak wtedy. „Jestem trenerem, a ty jako sportowiec jesteś nic nie warta. Nie jesteś mi już więcej potrzebna.”, „Gdybyś mniej rozczulała się nad sobą i ciężej ćwiczyła, wyszłabyś z tego i wciąż mogłabyś grać.”. „Może lepiej by było, gdybyś zginęła w tamtym wypadku razem Prestonem.”.
 Minęli się w stołówce podczas śniadania w dniu meczu i jedynie wymienili krótkie spojrzenia, ale żadne z nich się nie odezwało. Whitney jako pierwsza odwróciła wzrok. Kiedyś pracowali razem, jeździli po całym świecie w ramach tenisowego touru, a obecnie każde z nich wiodło swoje własne życie tak, jakby drugie nie istniało. Jakby wcale nie byli najbliższą rodziną.
Na meczu drugiej rundy między Grey, faworytką do zwycięstwa w turnieju, a Whitney, trybuny wypełniły się do ostatniego krzesełka. Wiele osób chciało zobaczyć to historyczne starcie pomiędzy przyszłością, a przeszłością amerykańskiego tenisa spod skrzydła „trenera wszechczasów” Luisa Barrery.
Spoglądając na swoją rywalkę, Whitney widziała siebie sprzed lat. Miały podobne warunki fizyczne, z jedną różnicą – Grey była leworęczna. Podobnie jak Whitney w jej wieku, wyglądała na stuprocentowo skoncentrowaną na celu, czyli wygranej. Była pewna siebie i wyniosła. Ambitna młoda sportsmenka, marząca o rzeczach wielkich. Whitney nie znała Grey, nie wiedziała skąd pochodzi i jaka jest na co dzień , dlatego nie oceniała jej wyboru dotyczącego trenera. Pod względem warsztatu nie mogła trafić lepiej. Mogła tylko mieć nadzieję, że Grey otaczała się dobrymi ludźmi, którzy nie pozwolą jej zginąć w świecie zawodowego sportu.
Chociaż starała się ze wszystkich sił, nie była w stanie dorównać niesamowicie dysponowanej Grey McBryer i przegrała z nią 6:1 6:2 w niecałą godzinę. Mimo to cała uwaga publiczności oraz organizatorów skupiła się właśnie na niej, nie na zwyciężczyni. Nigdy nie lubiła być w centrum zainteresowania, ale tym razem, poczuła niewielką satysfakcję.
— Whitney. Na początku chciałabym powiedzieć, że dobrze widzieć cię wśród nas całą i zdrową. Wszyscy znamy twoją historię, wiemy, że dużo przeszłaś, dlatego cieszymy się, że wróciłaś. Nowy Jork się za tobą stęsknił — zaczęła wywiad prowadząca.
— Dziękuję. Ja też stęskniłam się za tym miastem i tymi kibicami. Zawsze ciepło mnie przyjmowaliście i jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam przed wami wystąpić jeszcze jeden razy — Pomachała w stronę trybun, na których wybuchła jeszcze większa wrzawa. — Ostatnie trzy lata były dla mnie naprawdę bardzo trudne i z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie w najgorszym momencie mojego życia, za to, że każdego dnia dajecie mi siłę, by iść do przodu. Gdyby nie wy, nie byłoby mnie tutaj.
Na twarzy Whitney pojawiły się łzy wzruszenia. Wymownie zerknęła w kierunku ojca, siedzącego w boksie Grey. Nie łatwo jej było o tym mówić, tym bardziej przed publicznością. Od wypadku upłynęło sporo czasu. Zdołała dojść do siebie pod względem fizycznym, aczkolwiek w jej głowie wciąż panował chaos. Nie potrafiła się pogodzić z tym, co straciła. Musiała natomiast robić dobrą minę do złej gry. Dla córki, która jej potrzebowała.
— Twój mąż i trener, pochodził stąd, z Nowego Jorku, dlatego chciałabym, byśmy wszyscy uczcili zmarłego Prestona Jamesa minutą ciszy.
Stała przed mikrofonem z całej siły próbując nie bawić się nerwowo palcami. Miała chwilę na uspokojenie się i unormowanie oddechu.
— Whitney. Dwunastokrotnie wygrywałaś turnieje wielkoszlemowe, w tym czterokrotnie tutaj, na tym korcie. Jesteś mistrzynią olimpijską. Jako druga kobieta w historii osiągnęłaś Złotego Wielkiego Szlema. Które z tych osiągnięć jest dla ciebie najważniejsze? — kontynuowała prowadząca.
— Każdy turniej to zupełnie odrębna historia, więc trudno je jakkolwiek do siebie porównać. Nigdy nawet nie podejrzewałam, że mogłabym aż tyle osiągnąć, dlatego każdy z nich jest wyjątkowy na swój własny sposób. Nie jestem w stanie wybrać jednego najważniejszego.
— Rozumiem — Kobieta uśmiechnęła się— Nie martw się, nie będziemy cię długo trzymać, ale mamy jeszcze jedną niespodziankę dla ciebie.
Whitney spojrzała na ekran, na którym zaczął się wyświetlać film z fragmentów jej meczów, finałowych meczów, a dokładnie ze zwycięskich piłek mistrzowskich, zapewniających tytuły wielkoszlemowe. Łatwo można było dostrzec, jak na przestrzeni lat zmieniała się jej reakcja. Na początku padała na ziemię w euforii, pojawiały się łzy, a potem już tylko dyskretnie zaciśnięta pięść i nic więcej.
Pomiędzy urywkami wmontowane zostały części wywiadów z trzema największymi rywalkami, z którymi przyszło jej się zmierzyć; Rosjanką Alexeevą, Czeszką Barankovą i Brytyjką Hamilton. Każda z nich wypowiadała się o niej w bardzo ciepły sposób, który wzruszył Whitney do łez. Zakryła usta dłonią, wnioskując, że to nagrania z okresu po wypadku, bo pojawiały się życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
Nie spodziewała się zobaczyć czegoś takiego. Na długie miesiące całkowicie odcięła się od internetu, od całego zewnętrznego świata. Czuła wsparcie ze wszystkich stron, jednak nie miała pojęcia o jego rzeczywistej skali.
Zawsze była postrzegana jako ta, która nie ma koleżanek w szatni, jako ta, która nie przepada za rywalkami. Co prawda rzadko się z nimi integrowała, ale to nie znaczyło, że ich nie szanowała. Jako najlepsza tenisistka była izolowana od reszty, głównie przez ojca. Powtarzał jej, że nie powinna zadawać się, czy spoufalać ze swoimi przeciwniczkami.
Dlatego nie sądziła, że chociaż pokonywała każdą z nich wielokrotnie i nieraz wysoko, traktowała chłodno, ale profesjonalnie, one będą wypowiadać się o niej w tak bardzo przyjacielskim tonie.
— Dziękuję bardzo. Ja… nie wiem co powiedzieć — wydusiła po krótkiej przerwie. Ukryła twarz w dłoniach, słysząc jeszcze głośniejsze owacje z trybun. Chciała się chociaż na chwilę schować przed ich wzrokiem i przed wszędobylskimi kamerami.
— Nie musisz nic więcej mówić. Panie i panowie, Whitney Barrera!
Ostatni raz pozdrowiła kibiców. Ostatni raz zabrała swoje rzeczy z ławki i opuściła kort, po drodze podpisując kilka zielonych piłek. Ostatni raz przeszła się korytarzem. Już nigdy tego nie zrobi. Tym razem, na pewno i definitywnie skończyła sportową karierę. Miała być niekwestionowanie najlepszą tenisistką w historii. Odeszła jako „tylko” wybitna.

01/09/2024

Wrześniowa lista obecności

Czas na wrześniową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 września do 5 września, do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 września włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.

25/08/2024

2193. All of me changed like midnight

AKT I: Obietnice

• lipiec •

Kilkanaście pierwszych sekund po przebudzeniu było ulubioną porą dnia Erin Hawthorn. Beztroskie, leniwe chwile, pozbawione jeszcze strachu i stresu, nieskażone lękiem, boleśnie nieświadome tego, że zaraz dopadnie je szara rzeczywistość. Ilekroć jej mózg zaczynał pracować na nieco wyższych obrotach, beznadziejność sytuacji spadała na nią momentalnie, chwytając długimi pazurami i trzymając tak mocno, że Erin nijak nie potrafiła jej od siebie odsunąć. Od blisko trzech miesięcy ani jednej nocy nie przespała spokojnie, co odbijało się na ciemnych cieniach pod jej oczami i wyrazie wiecznego zmęczenia na twarzy. Pozornie nic się nie zmieniło; różnicę było jednak widać w jej gestach i w jej spojrzeniu, w postawie człowieka niosącego na swoich barkach ogromny ciężar. Czasami, gdy zaglądała w lustro, czuła nieprzyjemny dreszcz. Nigdy nie przypuszczała, że cholerna niepewność może być aż tak zabójcza. Patrzyła sobie prosto w oczy, dostrzegając ten ich matowy błękit, choć jeszcze niedawno lśniły jak dwa szklane kamienie, i zastanawiała się, czy to możliwe, żeby wypłakać z tęczówek cały pigment. A jeśli tak — to czy można go potem odzyskać?
Schudła, bo mało co jadła, najczęściej po prostu o tym zapominając, w dzień przeglądała odpowiedzi na ogłoszenie o zaginięciu, nocami śniła koszmary. Koledzy z pracy byli dla niej bardzo mili, usiłując ją nieco dokarmiać, pocieszać albo rozweselać, ale wszystkie te próby rozwiewały się jak dym w zestawieniu z miażdżącą wnętrzności niepewnością. Nie miała przyjaciół, żeby móc zwierzyć się komuś ze swoich zszarganych nerwów czy z tego, że na każdy dźwięk telefonu umiera z niepokoju. Jej przyjaciółką zawsze była Esther i teraz to do niej miała ochotę pójść, wypłakać się na ramieniu — problem polegał na tym, że to właśnie jej nieobecność spowodowała takie obrażenia. Miała bliższe relacje z dwiema koleżankami z pracy, Alex i Zoe, a czasami wydawało jej się, że mogłaby naprawdę zaprzyjaźnić się z Alex. Ale w tej trójce to nie Zoe była na doczepkę, tylko właśnie Erin. Nigdy nie angażowała się w bliższe znajomości z powodu ogromnej obawy przed odrzuceniem, i w takich chwilach jak ta, była zmuszona liczyć wyłącznie na siebie.
Martwiła się też o Mayę, która praktycznie przestała mówić, na równi z tym, że przestała się też uśmiechać, i chociaż naprawdę chciała pomóc, zwyczajnie nie wiedziała jak. Tak właściwie nie potrafiła zajmować się dziećmi. A to w dodatku było dziecko o ciemnych włosach i ciemnych oczach jej siostry, tej zaginionej siostry, której brak zdawał się wręcz fizycznie boleć. Czasami, kiedy nie mogła w nocy spać, zastanawiała się, co zrobi, jeżeli Esther już się nigdy nie odnajdzie. Chciałaby móc odpowiedzieć, że bezsprzecznie zaopiekuje się Mayą, ale tak naprawdę ona sama wciąż jeszcze potrzebowała opiekuna, który poprowadziłby ją za rękę przez niektóre meandry dorosłości. Czuła się zdecydowanie za młoda na to, by podejmować dojrzałe decyzje i dokonywać rozsądnych wyborów. Okres dzieciństwa obfitował raczej w obowiązki godne kogoś, kto trochę już wiedział jak żyć, a nie chudej, znerwicowanej kilkulatki, która po powrocie ze szkoły chowała się w szafie i modliła się, żeby zniknąć. Dopiero pobyt u ciotki uświadomił jej, jak to jest być naprawdę dzieckiem, i wcale nie chciała tego miłego okresu kończyć. A jednak gdzieś ktoś postanowił za nią, że musi jak najszybciej dorosnąć.
Wydawało jej się, że życie nie wróci na właściwe tory dopóki Esther się nie odnajdzie. Nie miała najmniejszego pojęcia, jak żyć bez siostry u boku. Nigdy nie miały dużej rodziny, ale miały siebie nawzajem, a teraz Erin czuła się bezgranicznie samotna, tym specyficznym rodzajem samotności, który najczęściej ogarnia w tłumie innych ludzi.
W pierwszych tygodniach po zaginięciu siostry wciąż była naładowana adrenaliną, gotowa do działania tu i teraz, z umysłem pracującym w szaleńczym tempie, byleby tylko się czegokolwiek dowiedzieć. Jednak im dłużej to trwało, tym bardziej wysysało z niej jakąkolwiek wolę życia. Doszło do tego, że w pewnym momencie wychodziła tylko do pracy, resztę czasu zabijając bezmyślnym oglądaniem głupich programów w telewizji. Miała w sypialni opuszczone rolety, jakby ciemność pozwalała jej skryć się bezpiecznie w swoich ramionach; owinięta kocem jak naleśnik, leżała bezwładnie i nieruchomym wzrokiem gapiła się w ekran. To Ruby musiała odprowadzać Mayę do szkoły i ją odbierać, a przecież miała też swoją pracę, w której powinna się pojawiać. Jakiś czas temu domowy porządek został przywrócony i dzieliły się opieką nad sześciolatką mniej więcej po równo, ale Erin czuła niekiedy, że tylko jeden krok dzieli ją od ponownego osunięcia się w czarną rozpacz. Starała się jednak koncentrować na przetrwaniu, na tu i teraz, zamiast błądzić myślami, roztrząsać wszystkie a jeśli…? i tworzyć nierealne scenariusze. Działała mechanicznie, wręcz robotycznie, ale przynajmniej robiła, co do niej należało.
Brak działań ze strony policji frustrował ją i kłuł niczym wbita w oko drzazga, ale śledztwo na własną rękę również nie wykazało wiele więcej. Podejrzenia Erin wciąż i wciąż wracały w kierunku Coltona Wayne'a byłego chłopaka siostry; chociaż od sześciu lat nie byli już razem, on nadal wykazywał na jej punkcie niezdrową obsesję. Poza tym był w ogóle typem człowieka, przy którym nie sposób było zaznać spokoju; kręcili się wokół niego podejrzani znajomi, załatwiali jakieś szemrane interesy — treść tychże jednak nigdy jej szczególnie nie interesowała. Wiedziała o nim dosyć, by dla własnego dobra trzymać się z daleka, a zarazem dosyć, by móc otwarcie podejrzewać go o niecne zamiary. Erin nieraz próbowała samą siebie przekonać, że te podejrzenia wynikają ze zwykłej niechęci, ale coś jej mówiło, że kryje się w tym wszystkim jakieś drugie dno.
Ilekroć spotykała Coltona gdzieś na mieście, starała się go unikać, schodzić z drogi, iść w prawo, zamiast w lewo, głównie z obawy, że jeśli znajdzie się zbyt blisko niego, niechybnie drania zamorduje. Podsunęła policji ten trop, używając określeń, które zwykle bywają w takich sprawach zapalnikiem (były chłopak, konflikt, ojciec Mayi, agresywny bandzior), ale była niemal pewna, że nawet pobieżnie go nie sprawdzili. A przecież podjęła się pewnego ryzyka — gdyby wiedział, że ktoś nasłał na niego policję, od razu wiedziałby także kto. Mogła tym samym ściągnąć na siebie jego gniew, a miała świadomość, że nikt, kto padł ofiarą tego gniewu, raczej nie wychodził z takiej potyczki bez szwanku. Boże, jak ona go strasznie nie znosiła. Zresztą — z wzajemnością. Nie można było odmówić mu urody i nawet tego szczególnego rodzaju charyzmy; siłą rzeczy nawet nienawiść nie oślepiała Erin na tyle, by przestała dostrzegać to, co prawdopodobnie pociągało jej siostrę. Według niej samej był jednak synonimem trującego owocu, miłego dla oka i zgniłego w środku.
Któregoś lipcowego popołudnia, siedząc na parapecie i wpatrując się w złote promienie słońca, Erin Hawthorn obiecała sobie, że odkryje, co się stało z Esther — choćby miała wydrzeć tę prawdę spod ziemi.



AKT II: Oskarżenia

• lipiec/sierpień •

Natarczywe dzwonienie do drzwi, połączone z czymś, co brzmiało jak walenie w nie pięściami, wyszarpnęło ją ze snu tak gwałtownie, że potrzebowała chwili, by uspokoić rozszalałe serce. Zerwała się z łóżka, narzuciła na siebie cienką koszulę, sięgającą jej do połowy uda i w tak ukrytym negliżu zbliżyła się nieufnie do drzwi. Ostrożnie przyłożyła do nich ucho, usiłując wyłapać jakieś fragmenty rozmowy, albo przynajmniej głos któregoś z intruzów, ale, na jej nieszczęście, nic nie usłyszała. Zajrzała przez wizjer i zadrżała. Najciszej jak tylko potrafiła wycofała się do kuchni, w duchu błogosławiąc, jak i przeklinając fakt, że była sama w domu. Na korytarzu dojrzała bowiem Coltona Wayne'a we własnej osobie, razem z drugim mężczyzną, którego nie znała. Żaden z nich nie sprawiał wrażenia, jakby przyszedł tu na przyjacielską pogawędkę. Walenie do drzwi było coraz bardziej intensywne i Erin, z sercem w gardle, zaczęła się gorączkowo zastanawiać, gdzie zostawiła telefon. Nie miała zamiaru dzwonić na policję — po ich podejściu do sprawy Esther kompletnie straciła do nich zaufanie — ale świadomość, że mogłaby ściągnąć chociaż któregoś z kolegów z pracy odrobinę ją uspokajała.
— Otwieraj, suko! — ryknął Colton, z całej siły wciskając dzwonek, jakby mógł w ten sposób zmusić ją, by go wpuściła. Starając się poruszać tak bezszelestnie, jak tylko umiała, przeszła do sypialni i zaczęła przetrząsać pokój w poszukiwaniu telefonu. — Wiem, że tam jesteś! Otwieraj, kurwa, albo wyważę te pieprzone drzwi!
Wiedziała, że Colton potrafi być niebezpieczny, ale nigdy dotąd nie poczuła tak bezpośredniego zagrożenia z jego strony. Czasami przyglądał się jej jak jastrząb, który zamierzał upolować mysz, a czasem rzucał w jej stronę zawoalowane groźby, jednak nie posunął się jeszcze do fizycznego ataku. Esther ostrzegała ją parę razy, że lepiej go nie drażnić, ale ona naiwnie zbywała to ostrzeżenie kpiącymi uwagami. Teraz po raz pierwszy pożałowała, że nie posłuchała siostry. Okazało się, że wcale nie była tak nieustraszona, jak dotąd sądziła.
Miała wrażenie, że jeszcze chwila, a drzwi naprawdę ustąpią przed wściekłym mężczyzną i wówczas nie pozostanie jej nic innego, jak ratować się ucieczką. Co mogło być nieco utrudnione, jako, że mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze. Nie uśmiechało jej się skakać z takiej wysokości i ryzykować złamania, ale równie mocno nie uśmiechała jej się konfrontacja z agresywnym Coltonem i jego towarzyszem. Zwłaszcza w obliczu potężnej budowy tego drugiego. Nigdy nie była siłaczką, a te tygodnie zaniedbywania posiłków sprawiły, że wyglądała mizernie i słabo, i tak też się czuła. Wiedziała doskonale, że w bezpośrednim starciu z napastnikami będzie od razu na przegranej pozycji.
Niespodziewanie walenie ustało, a po chwili rozległ się dźwięk wyłamywanych z zawiasów drzwi. Erin osunęła się po ścianie, z okrągłymi ze strachu oczami i spróbowała przesunąć się w stronę szafy — ostatniej deski ratunku. Mogła się tylko modlić, żeby jej nie znaleźli; a to i tak dawało większy ułamek nadziei na przetrwanie, niż pozostanie na widoku. Liczyła na to, że pobieżnie przeszukają mieszkanie i sobie pójdą.
Sekundy wlokły się w nieskończoność. Słyszała stukot ich butów w zetknięciu w podłogą i starała się nawet nie oddychać, żeby nie zdradzić swojego położenia. Chodzili po wszystkich pokojach. Docierały do niej strzępki rozmów, z których nie potrafiła niczego wywnioskować, i przewracanie jakichś rzeczy, może książek, a może roślin. Któryś coś stłukł. Erin miała wrażenie, że serce bije jej tak głośno, że zaraz je usłyszą. Zastygła jak marmurowy posąg, słysząc kroki tuż obok siebie. Nastała złowroga cisza. W następnej chwili Colton wyszeptał do niej:
— Jeszcze raz zajdziesz mi za skórę, a naprawdę tego pożałujesz.
Dobrze wiedział, gdzie się ukryła i bawił się wyśmienicie, igrając z jej strachem.
— Jesteś małą, wścibską suką, a takie jak ty nigdy nie kończą dobrze. Zapamiętaj to sobie, Erin. Żebyś później nie mówiła, że cię nie ostrzegałem.
Dobiegł ją odgłos oddalających się kroków i wredny śmiech Coltona, po czym wszystko ucichło.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, zanim odważyła się wysunąć głowę z szafy, ale kiedy już to zrobiła, kolana odmówiły jej posłuszeństwa i roztrzęsiona skuliła się na podłodze. Strach z wolna ustępował jednak miejsca wściekłości. Jakim prawem ten pieprzony idiota wdarł się do jej mieszkania, kto mu pozwolił tu łazić, grzebać w szafkach, zachowywać się jak u siebie? Na samą myśl o tym, że dotykał tych wszystkich rzeczy, zrobiło jej się niedobrze. Miała ochotę natychmiast zacząć je szorować, a najlepiej całkiem się ich pozbyć. Wiedziała, że przez dłuższy czas będzie widziała odciski jego wstrętnych łap, jakby ktoś je tam namalował.
Z niejakim trudem podniosła się na nogi i poddała mieszkanie dokładnym oględzinom. O dziwo nie doznało większych szkód. W kuchni leżała stłuczona szklanka, w salonie przewrócona doniczka i kilka podeptanych książek, ale spodziewała się czegoś znacznie gorszego. Największy problem stanowiły drzwi — jeżeli chciała ukryć ten żałosny incydent przed ciotką (a taki właśnie miała zamiar), musiała działać szybko. Szczęśliwy traf chciał, że jeden z kolegów w pracy zajmował się po sąsiedzku takimi rzeczami, toteż Erin wybłagała u niego niemal natychmiastową wizytę, a sama, wciąż jeszcze lekko drżącymi dłońmi, zaczęła sprzątać bałagan. Wcisnęła koledze jakiś kit o głupim dowcipie byłego chłopaka, podziękowała wylewnie i wręczyła mu butelkę whiskey w zamian za dyskrecję.
Odetchnęła z ulgą, kiedy sobie poszedł. Drzwi wyglądały na nieuszkodzone, więc przy odrobinie szczęścia powinna zdążyć ogarnąć resztę, zanim Ruby wróci z pracy, i cała sprawa rozejdzie się po kościach.
Nigdy nie była strachliwa, ale musiała przyznać, że na wspomnienie tych kilku minionych chwil przechodził ją dreszcz. Tym ważniejsze było, żeby ani ciotka, ani Maya (a już zwłaszcza ona) nie dowiedziały się, co tu zaszło. Z udawanym spokojem doprowadziła mieszkanie do porządku, starannie zamknęła drzwi, a potem połknęła garść tabletek przeciwbólowych i poszła się położyć. Pękała jej głowa.
Zwinęła się w kłębek na łóżku, owinięta szczelnie pościelą. Pomimo panującego na zewnątrz upału, ona wręcz drżała z zimna. Nie potrafiła się wyłączyć, przestać obracać w myślach wydarzeń tego poranka, krok po kroku analizując, co się właściwie stało i jak zapobiec temu w przyszłości. Kilka razy zapadła w niespokojny, krótki sen; śniła o złamanych obietnicach i złowieszczych ostrzeżeniach, ale głównie leżała bez ruchu, intensywnie myśląc. Nie doszła jednak do żadnych godnych uwagi wniosków i to martwiło ją najbardziej.
Ruby zajrzała do niej po powrocie z pracy, ale Erin wymówiła się przeziębieniem, więc ciotka zostawiła ją w spokoju. Właściwie nie kłamała, naprawdę źle się czuła. Po prostu z innej przyczyny.
Spała kiepsko, gorzej niż zwykle. Przyśniła jej się Esther, która dokądś biegła. Przyśniła się jej Maya, sześcioletnie dziecko leżące w kałuży krwi. A potem Colton. Stał tylko i na nią patrzył. Z trudem powstrzymała się, by nie wrzeszczeć, kiedy otworzyła oczy. Pomyślała o jego ostrzeżeniu. Czy pod pożałujesz mogło się kryć widmo śmierci? A jeśli tak, czy była w ogóle szansa, że zabije ją szybko i w miarę bezboleśnie?
Wolała udawać nawet sama przed sobą, że nie zna odpowiedzi.



AKT III: Ofiary
• sierpień •

To się zdarzyło pod koniec sierpnia, gdy życie jako-tako przyzwyczaiło ją do nowej rzeczywistości. Ponad czteromiesięczna nieobecność Esther, choć wciąż bolesna i pełna niepewności, nie była już tak szokująca, jak przez te pierwsze tygodnie. Dziwiło ją nawet czasami, że Ziemia wciąż kręci się wokół słońca, i złościło, bo zaginięcie siostry było dla niej niemal równoznaczne z końcem świata — lecz okazało się, że dotyczyło to wyłącznie jej świata. Życie toczyło się nadal w tym samym rytmie. Chodziła do pracy, Ruby chodziła do swojej wtedy, gdy Erin miała wolne, bo w okresie wakacyjnym któraś musiała opiekować się Mayą. Ta z kolei wciąż wydawała się nieobecna. Próbowały zabierać ją na wycieczki, do kina albo do zoo, gdzie Erin postarała się o niespodziankę w postaci karmienia fok, ale mała ciągle była milcząca i przygaszona. Na szczęście nauczyciele byli na tyle wyrozumiali, że pozwalali jej podawać odpowiedzi na kartkach — miała nadzieję, że w nadchodzącym roku szkolnym nadal będą to akceptować, bowiem przez wakacje nie poczyniły żadnych postępów. Siódme urodziny Mayi nadeszły i minęły. Jakoś żadna z nich trzech nie miała szczególnej ochoty na świętowanie. Poza tym wszystko było jak zwykle; wydawać się nawet mogło, że tej rodziny nie dotknęła żadna tragedia.
Zaczęła się szkoła i Erin odetchnęła z ulgą. Ciężko było patrzeć na Mayę, która wyglądała, jakby uszło z niej życie, lecz równie ciężko było jej współczuć, gdy ona sama wcale nie cierpiała mniej z powodu tej straty. Nie wiedziała, jaki rodzaj miłości jest pomiędzy rodzicem i dzieckiem, ale wiedziała, że dla niej Esther zawsze była kimś najważniejszym na świecie. Nagły brak takiego człowieka nie był lekkim otarciem na sercu. Raczej tępym nożem wbitym w sam jego środek.
Czuła się winna, że nie potrafi wziąć się w garść i pomóc siostrzenicy przejść przez to wszystko. Ale sama potrzebowała kogoś, kto by ją pocieszył, uspokoił, kto byłby wsparciem. Ruby nigdy nie nadawała się na pocieszycielkę i Erin dobrze ją rozumiała. W głębi duszy czuła mroczną pustkę. Nie istniało bowiem określenie na człowieka, który kiedyś miał rodzeństwo, a teraz nie. Czy mógł wciąż jeszcze nazywać się bratem (lub siostrą), chociaż brata (lub siostry) już nie było? Czy od tej chwili stawał się jedynakiem?
Nie potrafiła wyobrazić sobie, jak będzie wyglądała przyszłość. Maya była jeszcze dzieckiem, ale za kilka lat stanie się nastolatką. Ruby nie robiła się młodsza, a życie Erin przypominało w tym momencie wieżę z byle jak ułożonych klocków, taką, która w każdej chwili groziła zawaleniem. Nigdy zresztą nie planowała się zakochiwać, wychodzić za mąż, mieć dzieci. A takiej sytuacji, w jakiej się aktualnie znajdowała, w ogóle nie brała pod uwagę. Nie była w stanie przewidzieć, jak dalej potoczy się ich historia. W duchu błagała los, żeby Esther odnalazła się cała i zdrowa, nie tylko ze względu na Mayę, ale również na siebie.
To się zdarzyło pod koniec sierpnia, po południu, kiedy przyszła odebrać siostrzenicę ze szkoły. Na korytarzu panował taki sam rozgardiasz jak zwykle i Erin nieodmiennie była wdzięczna, że skończyła podstawówkę wiele lat temu. Nie wspominała dobrze tego okresu, a wrzaski i piski przywoływały wspomnienia zasmarkanego dzieciństwa, które najchętniej wyparłaby z pamięci. Uśmiechnęła się krzywo pod nosem, idąc prosto pod drzwi, gdzie klasa Mayi miała lekcje. Już z daleka dostrzegła kilka dziewczynek, z którymi mała bawiła się najczęściej, ale jej samej nigdzie nie było widać. Rozejrzała się dookoła, szukając dziewczynki wzrokiem, jednak Mayi nie było.
— Erin? — zdziwiła się pani Awberry, wychowawczyni, stając w drzwiach klasy. — A co ty tu robisz?
— Przyszłam po Mayę — odpowiedziała z wahaniem, marszcząc brwi. Czyżby coś jej się pomieszało?
— Ależ… Mayi nie było dzisiaj w szkole — odparła kobieta, poprawiając ciężar trzymanych w dłoniach książek. — Nawet się nieco zdziwiłam, ale wiem, jaka jest sytuacja i… Erin?
Bo Erin już biegła w kierunku wyjścia, spanikowana jak nigdy, z sercem w gardle bijącym tak mocno, że miała ochotę je wypluć. Mgła strachu przesłoniła jej oczy, więc na oślep wybrała numer ciotki i gorączkowo błagała ją, by odebrała.
— Odprowadzałaś rano Mayę do szkoły, prawda? — wydyszała do słuchawki, czując, jak uginają się pod nią kolana. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą poczuła się jeszcze gorzej. Trzęsły jej się ręce i ściskało ją w żołądku. — Ruby… ona zniknęła.
Przed oczami przesuwały się jej obrazy z dnia, w którym zniknęła Esther; z dnia, w którym ktoś napisał pod ogłoszeniem: Wiem, co się stało z twoją siostrą, kazał jej przyjść do Central Parku, a chociaż spędziła tam cztery godziny, nikt się nie pojawił; z dnia, kiedy policjanci co chwilę wymieniali porozumiewawcze spojrzenia nad jej głową, słuchając, co miała do powiedzenia; kiedy to ostatecznie trzasnęła drzwiami komisariatu i już nigdy tam nie wróciła. Czuła się jakby na nowo przeżywała ten sam pieprzony koszmar.
Tym razem nie zaangażowała policji. To Ruby zgłosiła zaginięcie, a policjanci z okolicy natychmiast podjęli się poszukiwań — w końcu chodziło o dziecko. Trwało to całą noc, godziny zdawały się ciągnąć jak całe lata, a ona siedziała nieruchomo w kuchni, piła jedną kawę za drugą i rozważała, czy to, co ukryła przed ciotką, mogło mieć jakiś związek ze zniknięciem Mayi.
Telefon zadzwonił nad ranem i Erin, która nie zasnęła nawet na moment, odebrała błyskawicznie. Nie na takie wieści czekały. A jednak były przeznaczone dla nich.
Niewiele pamiętała. Brała garściami leki przeciwbólowe i uspokajające, i właściwie nie wychodziła z łóżka. Utkwiły jej w głowie jedynie fragmenty pogrzebu, mała trumna i morze kwiatów. I tłum nieznajomych, przyciągniętych przez tę makabrę, rozgrywającą się niemalże na ich oczach. Smutne oczy kontra smutne oczy. Niedowierzanie kontra lęk, jakby pech był zaraźliwy jak wirus i mógł zniszczyć życie kolejnej rodziny.
— Erin, cholera, co z tobą? Erin!
Otworzyła nieprzytomne, mokre od łez oczy, patrząc prosto w zaniepokojoną twarz Ruby, która trzymała ją za ramiona. Nie była pewna, co się właściwie stało. Prześladowały ją mgliste wspomnienia czegoś potwornego, czegoś, co nigdy się nie powinno wydarzyć… I nagle to — świadomość.
— Więc… to był sen — szepnęła sama do siebie, z dziwnym uczuciem w sercu, połowiczną ulgą i paraliżującym strachem. Za oknem właśnie wschodziło słońce.
— Erin. Znaleźli ją. Znaleźli Mayę.

23/08/2024

[KP] you were my crown, now I'm in exile


Madeleine Quinn

Madeleine Avalon Quinn ♤ urodzona 13.09.2003, córka pilota linii American Airlines, po wielu latach od tajemniczego zaginięcia uznanego za zmarłego, i wiecznej szefowej, która nigdy nie daje za wygraną ♤ studentka medycyny, która być może zbawi kiedyś świat (a może go zniszczy) ♤ apartament dzieli z matką, ojczymem, dwiema siostrami: przyrodnią i przybraną, oraz kocicą Vitą ♤ trzyletnia przerwa w życiorysie, której nie potrafi niczym zapełnić ♤ powiązania

——— I have this thing where I get older but just never wiser
Midnights become my afternoons———

Pierwsze wspomnienia są niewyraźne, jak kiepskiej jakości fotografie, miejscami powycierane i oprószone kurzem. Żywe są tylko zapachy. Kolory już dawno wyblakły, dźwięki nie brzmią tak czysto. Świat wówczas był prosty — im mniej się wie, tym mniej się o tym myśli — a życie biegło sobie leniwie, drocząc się z promieniami słońca i zostawiając za sobą echo dźwięcznego śmiechu.
Potem przychodzi nic, a jest to nic w najprawdziwszym tego słowa znaczeniu; okrutne i przerażające nic; bez światła i ciemności, bez hałasu i ciszy. Bez słów, bez wrzasków i bez milczenia. Bez szczęścia i bez smutku, jak więzienie zbudowane w próżni. Coś tkwi pod spodem — wie o tym, lecz nie wie co to. Chciałaby odkryć prawdę, a zarazem boi się tego, co mogłaby odkryć. Nie bez powodu ta część życia zniknęła, zamknęła się szczelnie w skrzyni, do której nikt nie ma dostępu. Czasem niewiedza bywa mniej zabójcza, niż fakty, z którymi trzeba się zmierzyć. A raz odgrzebanej prawdy nie da się z powrotem pochować.
Smutki maskuje czarnym humorem, a lęki wściekłością, wrzącą pod powierzchnią jak wulkaniczna lawa i wybuchającą w najmniej odpowiednich momentach. Jest pełna sprzeczności, pełna marzeń i pełna emocji, które stara się schować, bo nie okazując uczuć nie okazuje się również słabości. Nie można jej zamknąć w konkretnych ramach, ukształtować wedle własnych zachcianek, choć mimo wszystko rzeczywistość cały czas usiłuje to zrobić. Najchętniej spaliłaby świat i na tych zgliszczach zbudowała swoje życie na nowo.

——— Sometimes I feel like everybody is a sexy baby
And I'm a monster on the hill ———

22/08/2024

[KP] I find myself runnin' home to your sweet nothings

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 23 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania ● Instagram

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV; V; VI

[KP] Excellent fun 'til you get to know her

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania ● Instagram

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV; V

[KP] You know what they say, you can’t help who you fall for

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV

[KP] You had to make your own sunshine

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka trzeciego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III

[KP] All of me changed like midnight

Now I'm in exile, seeing you out
I think I've seen this film before

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka drugiego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II