Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/04/2014

1976. "I hurt myself today, to see if I still feel"


15.03.2014
"Tankowiec Morning Glory z ropą wartą 30 mld dolarów wyszedł w morze z portu As-Sidr - jednego z trzech portów, które zajeli uzbrojeni zwolennicy autonomii wschodniej Libii, domagający się większego udziału we wpływach z eksportu ropy. Jeszcze tego samego dnia a właściwie w nocy został ostrzelany przez jednostki libijskiej marynarki wojennej, którym wcześniej umknął dzięki złej pogodzie. Dzień później utracono z nim kontakt. Na pokład tankowca  pod dowództwem porucznika Schrivera weszli Navy SEALS i przejęli nad nim kontrolę. Podczas operacji nikomu nic się nie stało. Zgodę na nią wyraził prezydent Barack Obama, na wniosek Libii i Cypru. Do akcji doszło na wodach międzynarodowych - podał rzecznik Pentagonu. "
U.S Daily

***
Wczoraj jest inne niż dzisiaj. Jutrzejszy dzień będzie inny od dwóch pozostałych. Jednak coś będzie je łączyć. Każdy dzień będzie łączyła ona.
-Wczoraj było jakoś inaczej. Chłodniej.- takimi słowami przywitał piękną brunetkę, która usiadła obok na stopniu werandy.
-Tak, temperatura spadła o kilka stopni.- odparła patrząc w dal. 
-Mówię o nas.
-Nas już nie ma. Zapomniałeś?- w jego stronę padło chłodne spojrzenie, które nadawało smak tej wypowiedzi. 
-Chodzi mi o nasze rozmowy, o ten wczorajszy dzień.
-Coś Ci powiem. Jak wstajesz rano, patrzysz przez okno i widzisz słońce, to co sobie myślisz?
-Że będzie ładny dzień?
-A jak pada deszcz, wieje wiatr i jest szaro to w głowie siedzi raczej myśl, że dzień będzie do dupy. Stwierdzasz to już po pierwszych oznakach jakie widzisz, mimo, że do końca dnia zostało jeszcze dużo czasu. No chyba, że wstałeś o 17 bo chlałeś całą noc.- spojrzała na niego w momencie kiedy lekko się uśmiechnął. Właśnie ten uśmiech pokochała.
-Wczoraj od samego rana było między nami do dupy.- dodała
-Wyprostuj tą filozofię.
-Chodzi o to, że kiedy prosiłam o spotkanie, miałeś to głęboko, bo miło spędzałeś czas z tą swoją dobrą koleżanką. I nie chodzi mi o to, że...
-Ty się wczoraj ściskałaś na ławce z Kennedy'm i jakoś nic nie mówię.- przerwał niemal z wybuchem.
-Tak, wczoraj wleciałam mu w ramiona, masz rację. Bo potrzebowałam, żeby ktoś mnie po prostu objął nic nie mówiąc. Za pięć miesięcy będą ubierali mnie do trumny, może nawet sama sobie ten strój wybiorę! I przytuliłabym się obojętnie do kogo. Do Świętego Mikołaja nawet. - powiedziała i zamilkła na chwilę, czując, jak zaczyna drżeć jej głos. 
-Proszę Cię... - złapała dłoń mężczyzny a brązowe oczy wlepiła w jego twarz. 
-Bądź przy mnie przez te pięć miesięcy. Przyjeżdżaj kiedy Cię o to poproszę, nawet o drugiej w nocy. Zostawiaj wszystko i bądź obok. To tylko pięć miesięcy. Chcę je spędzić właśnie z Tobą. Jeśli trafię do nieba, to powiem wszystkim, którzy tam będą, że miałam niebo przed śmiercią, bo przez ostatni czas przytulał mnie anioł, którego kocham. A kiedy już umrę, nie płacz, nie rozmyślaj tylko baw się jakby jutra miało nie być. Uśmiechaj się jakbyś już więcej miał się nie uśmiechać, płacz ale tylko ze szczęścia, żyj z całych sił, żebyś nie żałował przed śmiercią, że nic w życiu nie zrobiłeś, kochaj jakbyś nigdy nie kochał.(...)
 Schriver często posuwa się do głupich, idiotycznych wręcz kroków. Mimo, tego iż później udaje mu się jakoś otrząsnąć i ogarnąć to zaraz znów traci równowagę. Często to głupie, pozbawione logiki i uczuć pomysły. Nazajutrz rano nie było go już w tym miejscu. Uciekł a kilka godzin później żółta taksówka podwiozła go pod kamienicę w której mieszka. Wszedł do mieszkania ostrożnie zamykając drzwi, zupełnie jakby bał się, że kogoś obudzi. Niepotrzebnie, bo mieszkanie od kilku miesięcy było puste. Wojskowy plecak postawił przy wejściu. Nie zdejmując butów na grubych podeszwach, ruszył wolnym krokiem w głąb lokalu. Pod wpływem jego ciężaru panele wygrywały cichą melodię, która przez moment kojarzyła mu się nawet z marszem pogrzebowym. Otoczyło go też delikatne echo i chłód jaki panował we wnętrzu. To wszystko. Pustka. Wchodząc kuchni zatrzymał się na chwilę w miejscu i zrzucił z siebie kurtkę. Kolejny pusty powrót do domu. Jedna z tych nocy, kiedy trudno poukładać myśli w głowie. Praca, rodzina, zdrowie, wszystko co istotne w hierarchii wartości, u niego porozrzucane bezsensownie gdzieś po kątach. Jeden wielki chaos. Życiowe rondo wyborów po którym wciąż kręci się w kółko, nie wybierając żadnego zjazdu. Mija tysiące znaków, które podpowiadają w którym momencie wrzucić kierunkowskaz i skręcić kierownicą. On jednak przez te wszystkie lata nie potrafił tego zrobić. Coś nie pozwala mu pojechać odpowiednią drogą. Strach? Lenistwo i wygoda? Bo przecież łatwiej jest jeździć tą samą drogą. Tylko co jeśli przyjdzie kiedyś taki moment, poczuje się zbyt pewnie, zapomni się na chwilę i wypadnie z tego ronda? Zatrzyma się na przydrożnym drzewie i wtedy nic nie będzie już w stanie zrobić. Uwięziony w rozbitym aucie swojego strachu, lenistwa i próżności. Wtedy otworzą mu się oczy i zobaczy odpowiedni zjazd. Niestety będzie już za późno. Jest świadomy całej tej sytuacji, ale nadal nic z tym nie robi. Jakby potrzebował nawigacji, która przecież jest, leży spokojnie w schowku przy siedzeniu pasażera, wystarczy tylko zatrzymać się, włączyć ją i obrać cel. Nawigacja pomoże mu dojechać, szybciej, czy wolniej. A kiedy już dotrze do tego celu ruszy w kolejną drogę i na pewno dojedzie do następnego ronda, gdzie znów tysiące zjazdów i drogowskazów. Oby tylko był mądrzejszy i szybciej wybrał odpowiedni zjazd, nadał wartość drodze i celowi, który znajduje się na jej końcu. Czasem zapomina, że wybierając jeden zjazd, drogi pozostałych mogą się złączyć. Ciągle pyta samego siebie "Jak to zrobić? Jak zjechać?" Właśnie... pyta, ale to nie oznacza, że szuka odpowiedzi. Może któryś z tysiąca mijanych codziennie autostopowiczów mógłby mu pomóc, ale on nadal woli podróżować sam. Nie jest na tyle ufny by wpuścić obcą osobę i razem z nią szukać odpowiedniej drogi, jak czyni to większość ludzi. Sam nie wie, co jest dla niego ważniejsze, co postawić na pierwszym miejscu, dla czego się poświęcić. Po raz kolejny uciekł, urywając kontakty. Znikł zupełnie tak, jakby nie był dla nikogo ważny, jakby nikt nie przejął się brakiem wieści o nim. Ethan nie był sentymentalny, choć może to swego rodzaju bariera. Kiedy ma możliwość zjazdu odbija i wciąż jedzie drogą, którą dobrze zna. Uciekł bez pożegnania więc nie miał go kto przywitać.

***

25/04/2014

1975. Believe yourself and look away from all that's right within you.


***

Joyce Jareau walczyła o życie, swoje i maleńkiego Williama. Biegła co sił w nogach przez zaśnieżony las, kurczowo przytulając do siebie kwilące niemowlę. Nie pamiętała jak tutaj się znalazła i gdzie właściwie była. Najważniejsze było to, że musiała uciekać co sił w nogach. Oni byli tuż za nią, słyszała ich głosy nawołujące ją do poddania się:
- Nie masz szans, JJ!
- Stój, JJ! Poddaj się! 
- To dla Twojego dobra!
Twarde gałęzie chłostały ją boleśnie po twarzy i ramionach, a bose stopy zapadały się w śniegu. Mroźne powietrze raniło płuca z każdym łapczywie złapanym oddechem. Z każdym przebiegniętym metrem czuła coraz wyraźniej, że nie ma szans. Oni są sprytniejsi, silniejsi i coraz bliżej. Zabiją ich  i ona nie będzie umiała obronić własnego dziecka. Wybuchnęła płaczem przepełniona świadomością przegranej, a wstrząsające nią spazmy wyraźnie spowalniały bieg. 
- Przepraszam Willy, tak bardzo Cię przepraszam - zapłakała Joyce, tuląc do siebie synka. W końcu straciła siły i opadła bezwładnie w zaspę, a William głośno zapłakał.
Oni tylko na to czekali. Kobieta i mężczyzna spojrzeli na siebie z satysfakcją i otoczyli leżącą JJ, która z całej siły próbowała osłonić dziecko własnym ciałem.
- No i na co Ci to było? - Spytała blondwłosa kobieta, a mężczyzna rozplątał siłą ręce Joyce, by jego wspólniczka mogła wziąć chłopca, który zanosił się tak silnym płaczem, że momentami się krztusił. Przekleństwa i wyszarpywanie się nie przynosiło żadnych rezultatów - mężczyzna wykręcił ręce Jareau do tyłu i przygniótł własnym ciałem tak mocno, że od silnego uścisku do trzasku kości dzieliło ich niewiele.
- Dlaczego mi to robicie? - Głos Joyce podszyty był rozpaczą i rezygnacją. Zerkała to na jedno to na drugie, nie rozumiejąc dlaczego ją to spotyka.
- Nigdy nie chciałaś być mamą, JJ. - Mężczyzna roześmiał się złośliwie. - Uznaj to za naszą przysługę. Znowu będziesz wolna, tak jak zawsze chciałaś być. Bez obowiązków. Szalona JJ, którą poznaliśmy. Udająca, że nie potrzebuje nikogo by być w pełni szczęśliwą.
- Kocham moje dziecko - zaprotestowała ruda próbując wyrwać się z rąk oprawcy. 
- W to nie wątpię. - Blondynka spojrzała na malucha, którego trzymała w ramionach. - Uroczy bobas. Różowiutki i pucułowaty. Jak małe zwierzątko. Jak tu go nie kochać. Lepiej Ci będzie bez niego. Wrócisz do starych przyzwyczajeń, znów będziesz żyć dla siebie i spełniać swoje plany. Zawsze chciałaś zwiedzić Europę, czy to się zmieniło?
- Cały czas to robię, dziecko nie ma nic do rzeczy!
- Tak Ci się tylko wydaje. Za piętnaście lat będziesz mieć do niego pretensje, że swoim pojawieniem się zniszczył Ci całe życie - skomentowała blondynka, a w jej prawej ręce błysnął kuchenny nóż
- Tak będzie lepiej! - zapewniła i nim Joyce zdążyła krzyknąć ostrze noża przejechało po szyjce chłopczyka, z rany trysnął strumień krwi, a brązowe oczy Willa zastygły w przerażeniu. Krople krwi malucha wylądowały na twarzy i ciele Joyce, a ta wrzasnęła rozdzierająco. Jej dziecko nie żyło, a Cailin i Carmine zaśmiali się z mściwą satysfakcją...

***

JJ krzyczała długo, dopóki nie zerwała się przerażona ze snu. Jak w amoku wyskoczyła z łóżka i biegiem znalazła się w pokoju synka, który najzwyczajniej w świecie spał, nieświadomy tego, że jego mama prawie umarła ze strachu o jego małe życie. Długie, niewiarygodnie gęste rzęsy rzucały cień na policzki malucha, a maleńkie piąstki przytulał do buzi. Oddychał spokojnie i miarowo, prawdopodobnie nie dręczony przez żadne złe sny. Joyce pogładziła delikatnie miękkie włoski na jego główce i wyszła z pokoju prosto do kuchni. Powoli jej tętno wracało do normy, a oddech uspokajał się Nigdy nie przykładała większej uwagi do snów, nie analizowała ich i nie czytywała senników, które były dla niej tylko stekiem bzdur, tworzonych przez nawiedzone dewotki. Dlaczego Cailin i Carmine mieli chcieć zamordować jej dziecko? Oboje już nie żyli, a samo pojawienie się ich w takiej sytuacji było po prostu niezrozumiałe.
- Daj spokój JJ, wariujesz - mruknęła sama do siebie i upiła łyk wody mineralnej prosto ze szklanego dzbanka, stojącego na kuchennym blacie. Zegar wskazywał kilka minut po czwartej, o tej porze roku jeszcze nawet nie świtało. Złapała swoje odbicie w kuchennej szafce i przygładziła lewą dłonią rozczochrane włosy. Uświadomiła sobie, że cała koszula nocna lepi się od jej potu, a ręce wciąż dygocą w niekontrolowany sposób. Ten sen był niewyobrażalnie realny, a obraz Williama z podciętym gardłem wciąż stawał jej przed oczami i nie mogła wyzbyć się przerażenia. Odstawiła szklankę na kuchennym blacie i weszła do łazienki. Koszulę wrzuciła do kosza do prania, a sama weszła pod prysznic. Była w domu praktycznie sama, ale na łzy pozwoliła sobie dopiero, gdy ze słuchawki prysznicowej popłynął strumień wody, zagłuszający jej płacz. 

Dziecko było jej nieco dziecinną zachcianką. Chciała mieć dziecko od pierwszej chwili, gdy dowiedziała się, że pod jej sercem rozwija się nowe życie. Nie posłuchała wskazówek rozumu, który uparcie przekonywał ją, że nie da rady być samotną mamą, że zwyczajnie spieprzy sprawę i powinna albo się wyskrobać albo od razu po porodzie oddać dziecko do adopcji. Z niecierpliwością oraz wielkimi obawami oczekiwała dnia, gdy jej maluch pojawi się na świecie. Druzgoczące rozstanie z ojcem dziecka i sceptycyzm rodziny nie były w stanie zburzyć jej radości. Ciąża nie była jednak łatwym i przyjemnym czasem. Owszem, przyjaciele dbali o Joyce jak o szklaną figurkę, karmili i temperowali jej, zbyt jak się okazywało męczące, zachcianki. Byli na każde zawołanie, jednak nie można było wymagać by nie zostawiali jej ani na moment i zastępowali tego, który powinien być z Joyce.
W pewnym momencie zostawała sama w czterech ścianach i wtedy nie było przy niej nikogo. Nikogo, kto zapewniłby że będzie dobrze, że będą dobrymi rodzicami, że dadzą radę i wychowają wspaniałego człowieka. Jareau szczerze zazdrościła dziewczynom w szkole rodzenia, które przychodziły ze swoimi mężami/narzeczonymi/chłopakami. Widziała zaangażowanie wypisane na ich twarzach, gdy wysłuchiwali instrukcji w jaki sposób można ulżyć ukochanej podczas porodu.  Oczywiście, zawsze był z nią Jerry lub któraś ze wspaniałych przyjaciółek, nie opuścili jej w chwili porodu i wciąż mogła na nich liczyć, jednak tak naprawdę zawsze tkwiła i wciąż tkwi w tym sama. Ona i jej czternastomiesięczny dzisiaj syn, który z nieporadnej żabki zmienia się w rozumnego małego faceta, który codziennie potrafi zaskoczyć czymś nowym. JJ zdawała sobie doskonale sprawę, że niedługo będzie bardzo potrzebował męskiego wzorca, a nie oszukujmy się, przyjaciel-gej nim nie jest. Jeszcze niedawno myślała, że z czasem będzie lżej, że skończą się nieprzespane noce, wypełnione płaczem Willa i jej, gdy już kończył się zapas sił i słaniała się na nogach, a dziecko uparcie nie przestawało płakać. Czuła się wtedy jak najgorsza matka na świecie. Taka, która nie potrafi zaspokoić potrzeb własnego bobasa. Teraz już była pewna, że najgorsze dopiero przed nią. Nie chciała wychować Williama na nieporadnego maminsynka z kompleksami.  To ona jest mamą, której obowiązkiem jest nieustanny strach o dziecko i chronienie go za wszelką cenę. To ojcowie są od karkołomnych akrobacji, pierwszych jazd na karuzeli i innych sytuacji, w których Joyce zabiłyby wizje Williama ze złamanym karkiem. Poprawny męski wzorzec jest potrzebny każdemu dziecku by mogło wyrosnąć na wspaniałego dorosłego: pewnego siebie, bez żalu, o dobrym sercu i odwadze. Żadna, najlepsza matka na świecie nie zastąpi kochającego tatusia. Joyce znacznie częściej od pochwał słyszała krytykę i do dzisiaj nie mogła pozbyć się tego złośliwego głosiku w głębi jej umysłu, który nagle obudzony komentuje niemal każde poczynania i praktycznie nigdy nie są to pozytywy. Ciągle, mimo iż miała prawie 30 lat, czuła się jak wybrakowany egzemplarz i prawdopodobnie nigdy to się nie zmieni. Nie chciała tego samego dla Willa. Ojciec nie jest tylko potrzebny dziecku. Jest niezbędny do tego, by kochać jego matkę, by utwierdzać ją w przekonaniu, że jest piękna i kobieca. Całować, dotykać, przytulać, po prostu przy niej być, pomóc w zaakceptowaniu siebie i swojego ciała. Joyce dobrze pamiętała chwilę, gdy pierwszy raz spojrzała w lustro po porodzie. Widok w nim był gorszy niż przewidywania i zwyczajnie wybuchnęła płaczem. Wiedziała jak wygląda brzuch w pierwszym okresie po porodzie, jednak zobaczenie tego na sobie nie było łatwe. Powrót do formy kosztował sporo czasu, ćwiczeń i wyrzeczeń, jednak udało się. Ze wszystkim sobie dała radę. Zmieniła pracę, realizowała swoje plany, a mały nie wyglądał na nieszczęśliwego. Coś jednak nie dawało jej spokoju i sprawiało, że chwilami czuła ogromną pustkę i niepokój, której nie potrafiła niczym zapełnić. Tak jakby wkrótce miało się wydarzyć coś, co zredefiniuje jej życie na nowo.

***

17/04/2014

1974. Coś cicho skrobie w zamknięte drzwi

To przeszłość. Proszę, nie otwieraj ich. 


– 1 –

– Szefie? Można? – spytała Inez, wsunąwszy głowę w szparę między drzwiami i framugą. Uprzednio oczywiście zapukała, lecz nie doczekawszy się odpowiedzi, zdecydowała się nacisnąć klamkę, mając nadzieję, że nie przeszkodzi swojemu przełożonemu w niczym ważnym. Ray White był zapracowanym człowiekiem, zawsze dopinał wszystko na ostatni guzik jeszcze przed ostatecznym terminem, lecz potrafił też znaleźć czas dla swoich pracowników i kiedy tylko znajomy głos wyrwał go z zamyślenia, uniósł głowę znad przeglądanych właśnie papierów i zawiesił wzrok na twarzy blondynki.
– Pewnie. Wejdź, Inez – rzucił pogodnym tonem, stuknął plikiem kartek o biurko i schował je do szarej teczki, by odłożyć ją na kupkę innych jej podobnych. Kobieta zaś weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i nie czekając na zaproszenie, rozsiadła się na krześle stojącym naprzeciwko biurka pana White’a. Ray był szefem, jakiego niejeden mógłby Inez pozazdrościć. Niezwykle ludzki i wyrozumiały, jednocześnie potrafił utrzymywać ze swoimi podopiecznymi zdrowe stosunki nie wychodzące poza granicę relacji pracownik – szef, dzięki czemu całe pogotowie, nad którym Ray sprawował pieczę, wiedziało na czym stoi, każdy znał swoje miejsce i wiedział, na ile może sobie pozwolić. Ci, którzy mieli ochotę sprawdzić, na ile pan White jest wyrozumiały dość szybko przekonywali się o tym, że ich szef to faktycznie szef a nie kumpel od wypadów na piwo.
– Co cię do mnie sprowadza, moja droga? – zagadnął, opierając łokcie na blacie i splatając ze sobą dłonie, tym samym lekko pochylając się w stronę ratowniczki. Blondynka nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc ten nieco ojcowski gest, po czym odchrząknęła cicho i szybko przeanalizowała w głowie to, co miała do powiedzenia. Cały poprzedni wieczór spędziła na zastanawianiu się, co dokładnie dziś powie i jak ubierze swoje myśli w słowa, by całość wypadła dość konkretnie. Teraz zaś z lekkim przerażeniem odkryła, że jej przemowa gdzieś się ulotniła, jak to zwykle bywało w stresujących sytuacjach. Nie mogła jednak zerwać się z krzesła i uciec z gabinetu, nawet jej to na myśl nie przyszło, bo też chciała mieć to z głowy. Odetchnąwszy głęboko, zerknęła na szefa i posłała mu blady uśmiech.
– Bo widzi pan, wraz z Nowym Rokiem weszły przepisy, które jasno określają, że będąc nosicielką nie mogę pracować jako ratownik medyczny. Wcześniej nie było o tym mowy w żadnych kodeksach ani innych takich, więc de facto nie wiedział pan, co ze mną zrobić i zdecydował, że przy zachowaniu dużej ostrożności mogę dalej pracować, ale teraz… – urwała i jako że jej wzrok zaczął plątać się gdzieś w okolicy jej kolan, to pozwoliła sobie teraz zerknąć na pana White’a. Widząc, że ten przygląda jej się uważnie, kontynuowała. – Mamy już kwiecień, a ja dalej pracuję. Co w świetle nowych przepisów jest niezgodne z prawem. A pan jeszcze mnie nie zwolnił, ani nie zrobił niczego, co wskazywałoby na to, że chce pan to zrobić. Zatem…
– Inez, pozwól, że ci przerwę. – Ray uniósł dłoń w przepraszającym geście i odchylił się, by nieco wygodniej ułożyć się na swoim obrotowym fotelu. Milczał przez moment, nie odrywając wzroku od blondynki, po czym oblizał usta i potarł dłonią przyprószone siwizną wąsy, jakby te nagle zaczęły mu przeszkadzać. – Długo zastanawiałem się, co z tobą zrobić i szczerze powiedziawszy, do dziś tego nie wiem. Czytałem te wszystkie druczki i doskonale wiem, co jest tam napisane… – mruknął i spojrzał na nią z lekkim wyrzutem, jakby zarzucała mu brak kompetencji, lecz nijak tego nie skomentował. – Po prostu… Nie potrafię od tak cię zwolnić, nawet z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia, byś miała czas znaleźć nową pracą i tak dalej. Nie potrafię, bo wiem, że to, co cię spotkało nie było w żadnym stopniu twoją winą, a wręcz przejawem tego, za co wszyscy cię tutaj uwielbiamy. Jak miałbym tak dokopać człowiekowi, który zapominając o sobie i chcąc pomóc, tak bardzo na tym ucierpiał? Pewnie wydaje ci się, że jako szef nie powinienem mieć z tym większego problemu. I tu mnie masz – rzucił i zaśmiał się krótko. – Może i zbytnio się z wami nie spoufalam, ale też jestem człowiekiem, wiesz? I uważam, że to wszystko jest cholernie niesprawiedliwe. – W tym momencie zamilkł. Nie wspomniał nic o tym, że odpowiednie urzędy już zaczynały wisieć mu nad głową. Że to, co miało nastąpić było nieuniknione i że przychodząc tutaj, Inez nie zdawała sobie sprawy z tego, jak niewiele czasu dzieliło ją od tego, by usłyszeć od niego, że musi ją zwolnić. Blondynka chyba jedynie przyspieszyła bieg wydarzeń i tak już lecących na łeb, na szyję.
Lekko przetłoczona tą przemową, Grant zamrugała kilkakrotnie, jakby jej oczy zaszły mgłą, przez co pan White stał się dziwnie niewyraźny. Zaraz jednak to wrażenie minęło i Inez przesunęła wzrokiem po sylwetce szefa, dłuższą chwilę poświęcając jego pochmurnej minie.
– Panie White’a, ja chciałabym się zwolnić – oznajmiła wreszcie. Uniosła lekko kąciki ust, robiąc dobrą minę do złej gry, po czym mimo wszystko opuściła głowę i przygryzła dolną wargę, teraz w pełni zdając sobie sprawę z tego, że już nie ma odwrotu. I decyzja ta, przypieczętowana przez wypowiedziane na głos słowa, po raz pierwszy mocno ją zabolała.
– Przemyślałaś sobie to wszystko? – spytał mężczyzna, którego zmarszczki na czole w jednej chwili bardzo się pogłębiły. Teraz to Inez spojrzała na niego z lekkim wyrzutem, jakby Ray wątpił w jej zdrowie psychiczne.
– Pan nawet nie wie, jak długo o tym myślałam. Właściwie od stycznia po głowie chodziło mi tylko to. I fakt, że to wszystko tak się ciągnęło wcale nie był przyjemny. Dlatego tutaj jestem. Skoro i tak mam zostać zwolniona, chcę, żeby to się wreszcie stało. Tu i teraz. Tak, przemyślałam sobie wszystko i tak będzie najlepiej – wyjaśniła, siląc się na uśmiech. Kochała tą pracę i nawet kiedy była pewna swego, nie było jej łatwo.
– Dobrze, rozumiem. – Ray westchnął i poruszył się niespokojnie w swoim fotelu. – Chciałem chociaż w zamian zaproponować ci jakieś inne stanowisko, dlatego tyle to odwlekałem. Ale niestety nie mogę niczego ci zaproponować, mamy pełno.
– Teraz to ja rozumiem – rzuciła i mimo wszystko zaśmiała się krótko. – Ale to nawet lepiej. Wie pan, muszę jakoś ruszyć do przodu, coś zrobić z życiem. A to będzie doskonały pretekst – stwierdziła i mrugnęła porozumiewawczo do pana White’a, mając nadzieję, że może pozwolić sobie na taką poufałość.
Może nie powiedzieli sobie zbyt wiele, ale chyba żadne z nich nie miało nic więcej do dodania. Dziwnym trafem Ray White akurat w tej sytuacji doskonale rozumiał Inez Grant, a ta z kolei liczyła właśnie na to zrozumienie, które otrzymała. Stąd nie musieli nic więcej sobie mówić. Niczego więcej wyjaśniać, prosić czy przepraszać. To wszystko wisiało między nimi w powietrzu, na tyle wyraźne, by mogli uśmiechnąć się do siebie w zrozumieniu i poczuciu, że rozstaną się bez niedomówień, za to usatysfakcjonowani, każdy na swój sposób.
– Zgodnie z przepisami obowiązuje cię okres trzymiesięcznego wypowiedzenia, ale rozumiem, że chciałabyś to przyspieszyć? – W odpowiedzi kobieta jedynie skinęła głową. – Dobrze. Wystarczy, że przyniesiesz mi taki zgrabny dokument, że zwalniasz się z dniem tym, a tym i za porozumieniem stron będziemy mogli to załatwić od ręki.
Uśmiechając się troszeczkę chytrze, troszeczkę niewinnie, Inez wyciągnęła z torby teczkę, a z niej wsadzony w foliową koszulkę odpowiedni dokument, który podała mężczyźnie. Ray, nieco zaskoczony, uniósł brwi, ale przyjął papier z jej rąk i przyjrzał mu się uważnie. Następnie kazał jej nieco poczekać i opuścił gabinet, udając się do swojej sekretarki. Po dwudziestu minutach wrócił, położył przed blondynką niezbędne dokumenty i poprosił o ich podpisanie. Po kolejnych kilku minutach zakończyli wszelkie formalności.
Wstali niemalże jednocześnie, co po raz kolejny wywołało uśmiech na twarzy Grant. Pan White obszedł biurko i wyciągnął w jej stronę dłoń, a była już ratowniczka medyczna uścisnęła ją z prawdziwą przyjemnością.
– Mam nadzieję, że będziesz nas odwiedzać?
– Oczywiście, aż będziecie mieli mnie dość! – odparła, lekko potrząsnęła ręką pana White’a, po czym uwolniła dłoń z jego uścisku i zebrawszy swoje rzeczy z krzesła, ruszyła do wyjścia. Nacisnęła już klamkę, kiedy z usta Ray’a padło ostatnie pytanie.
– Inez, poradzisz sobie?
– Poradzę, niech się pan nie martwi. Dziękuję i do widzenia – odparła na tyle rozczulona, że chciała wyjść stąd jak najszybciej, byle tylko starszy mężczyzna nie zobaczył jej zasnutych łzami oczu.
– Do widzenia. I ja też dziękuję.
Kiedy blondynka zamknęła za sobą drzwi, Ray White podszedł do okna i oparł dłonie na parapecie, by zerknąć na zapuszczony ogródek znajdujący się na tyłach pogotowia. Niechętnie, ale jednak musiał w duchu przyznać, że będzie brakowało mu tej naładowanej po brzegi pozytywną energią kobiety, której wszędzie było pełno.
Sunąc korytarzem, Inez pośpiesznie otarła oczy chusteczką, uważając, by nie rozmazać przy tym tuszu. Skierowała się od razu w stronę wyjścia, nie mając zamiaru się żegnać. Może właśnie zamknęła pewien rozdział w swoim życiu, ale nie oznaczało to, że nie zamierzała do niego wracać. Będzie przecież utrzymywać kontakt z tymi ludźmi, będzie się z nimi spotykać, gdyż nie zamierzała dać im spokoju. Nie będzie jedynie z nimi pracować. Nie będzie nosić czerwonego uniformu, nie będzie pędzić karetką na sygnale. Nie będzie już ratować ludzkiego życia.
– Cholera, to naprawdę się stało… – szepnęła do siebie, kiedy już zdała na portierni kluczyk do opróżnionej parę minut temu szafki. Jakby nieco nieprzytomna, ruszyła wreszcie do głównych drzwi, kiedy nagle ktoś położył dłoń na jej ramieniu i obrócił ją w swoją stronę.
– Inez? Co to za markotna mina? – Keith, przedstawiciel medyczny często kręcący się po szpitalu wpatrywał się w nią niemalże tym samym badawczym wzrokiem, co jeszcze pan White przed chwilą.
– Zwolniłam się – palnęła bez namysłu i wzruszyła ramionami, chcąc jedynie dotrzeć do domu, by móc w spokoju to przetrawić. Nie miała zamiaru rozkleić się akurat tutaj, gdzie kręciło się pełno ludzi.
– Zwolniłaś? – powtórzył za nią i pokręcił lekko głową. Kołnierzyk jego koszuli tarł o szyję z cichym szelestem. Sięgnąwszy do wewnętrznej kieszeni marynarki, Keith wyciągnął prostokątny kartonik i wręczył go Inez. – Zadzwoń do mnie, jak nieco ochłoniesz, dobrze? – poprosił, uśmiechnąwszy się lekko. Nie spuszczał przy tym wzroku z kobiety, przez co ta lekko zmarszczyła brwi i po chwili uciekła spojrzeniem. Oczywiście przyjęła jego wizytówkę, teraz to w nią się wpatrując i studiując uważnie każdą literę.
– Dobrze, ale po co? – spytała wreszcie, spoglądając na niewiele starszego od niej mężczyznę. W skrojonym na miarę garniturze prezentował się wspaniale, a wrażenie to dotykowo potęgował roztaczający się wokół niego zapach dobrej wody kolońskiej. Widać było, że mu się powodzi.
– Zobaczysz. Muszę już iść, także trzymaj się. I pamiętaj, zadzwoń! – Na odchodne lekko poklepał ją po plecach i zniknął za rogiem, nim Inez zdążyła odpowiedzieć. Po raz kolejny w przeciągu pięciu minut wzruszyła ramionami i wrzuciła wizytówkę do torebki, pozwalając kartonikowi zginąć w jej czeluściach. Wreszcie wolna i przez nikogo niezagadywana, opuściła budynek pogotowia przylegający do szpitala i ruszyła w długą drogę do domu.
Szła, nie wiedząc tak właściwie, dokąd idzie. Jej myśli błądziły w wielu różnych kierunkach, a ona czuła coraz większy żal i smutek. Kochała swoją pracę. Każdy dwunastogodzinny dyżur kończyła zmęczona, ale też niesamowicie zadowolona i usatysfakcjonowana. A teraz, z dnia na dzień, to się skończyło. Czym miała teraz wypełnić te wszystkie dni? Co robić, jak znaleźć sens? Zaraz jednak Inez porzuciła te ponure rozważania, które poszły w zdecydowanie złym kierunku i zabrnęły za daleko. Owszem, zamierzała pozwolić sobie na nieco sentymentalny wieczór, na smutek i żal, ale tylko tego jednego, jedynego wieczora. Już teraz towarzyszyła jej myśl, że podjęła tą decyzje świadomie i nie bez powodu. Że przecież chciała ruszyć na przód, pchnąć swoje życie i pozwolić mu się toczyć. A to, utrata pracy, to był tylko krok ku lepszemu, nie w tył. I właśnie tak musiała myśleć, tego się trzymać i pamiętać, że to wszystko po to, by później było lepiej.
Pod swoją klatką zatrzymała się już z lekkim uśmiechem, który nie zrzedł nawet na myśl o tym, że to nie koniec wrażeń na ten jeden dzień.



– 2 –

Inez spędziła w domu zaledwie dwie godziny. I choć miała czas na zjedzenie obiadu, nie potrafiła niczego przełknąć. Rozmowa z szefem przy tym, co miało ją teraz czekać była jedynie lekką rozgrzewką. Wiedziała, że lepiej się nie przygotuje, że nagle nie nabierze odwagi, zatem wychodząc z założenia, że najlepiej jest mieć wszystkie nieprzyjemne rzeczy jak najszybciej za sobą, ubrała się i zbiegła na dół. Tam jeszcze na moment przystanęła i przygryzła dolną wargę, jakby się wahając, lecz kiedy drzwi klatki schodowej zamknęły się za jej plecami z niezbyt dokuczliwym trzaskiem, ruszyła w stronę postoju taksówek.
Kilkanaście minut później stanęła pod drzwiami mieszkania Gregory’ego. Nim zapukała, odetchnęła głęboko, modląc się w duchu do wszystkich znanych sobie bogów, by Mii nie było w domu. Co prawda pora dnia wskazywała na to, że dziewczynka powinna być jeszcze w przedszkolu, ale kto wie, może dzisiaj wróciła do domu wcześniej? Bowiem gdyby tuż po tym, jak Inez weszłaby do środka i do jej nóg przykleiłaby się Mia, kobieta bez wątpienia by skapitulowała. W obecności córki Grega nie potrafiłaby poruszyć tego tematu, który akurat bez wątpienia dziś chciałaby poruszyć. Nie, kiedy wpatrywałyby się w nią ufne oczy Mii, w miarę jej słów wyrażające jedynie coraz większe rozczarowanie.
Wreszcie zapukała, najpierw zdecydowanie za cicho, później nieco głośniej, niezbyt gotowa na to, co miało nastąpić.
Walker po raz kolejny miał podjąć ważne decyzje. Nie był na to gotowy, chociaż miał już trzydzieści lat, nadal nie czuł się osobą, która może, a nawet musi, decydować nie tylko o swoim życiu. Rano odprowadził Mię do przedszkola, na krótką chwilę pojawiając się w remizie, aby przedyskutować kilka spraw z komendantem. Obawiał się reakcji mężczyzny, ale ten spoglądał na niego nie bez zaskoczenia. Obiecał nawet wykonać kilka telefonów na Florydę, przekonać się, czy panują tam dobre warunki dla jednego z lepszych strażaków. Greg nie pracował w zawodzie zbyt długo, ale był uparty jak osioł i właśnie ta cecha nie pozwalała mu się poddawać.
Po powrocie do sporego mieszkania, przywitał szczekającą psią kulkę i usiadł przy wysokim barku, bawiąc się telefonem. Spoglądał tęsknie na butelkę drogiej whisky, którą na urodziny sprezentowali mu bracia z remizy. Wiedział, że alkohol pomógłby mu na pięć, może na siedem minut, ale potem znowu musiałby zmierzyć się z rzeczywistością. Numer Inez miał na szybkim wybieraniu, ale nie zdecydował się, aby wybrać odpowiedni klawisz i zadzwonić do blondynki.
Słysząc pukanie do drzwi, prędko zagłuszone przez jazgot młodego psa, wstał i po prostu je otworzył, nogą powstrzymując Lucky przed wybiegnięciem na klatkę schodową. Zdziwił go widok blondynki, ale szybko wpuścił ją do środka, pozwalając też suczce na obskoczenie swojej przyjaciółki.
– Właśnie miałem dzwonić.
Na widok mężczyzny serce Inez mocniej zabiło w piersi. Cholera jasna, niby dokładnie sobie to wszystko przemyślała, zatem dlaczego tak reagowała? Nie powinna, najzwyczajniej w świecie nie powinna, ale to byłoby zbyt proste, prawda?
Przekroczywszy próg, posłała Gregory’emu blady, nieco wymuszony uśmiech.
– Widzisz, już nie musisz – odparła, siląc się na lekki ton, po czym nim jeszcze się rozebrała, zajęła się głaskaniem Lucky, gdyż inaczej suczka nie dałaby jej spokoju. Wreszcie psina nieco się uspokoiła i już po niej nie skakała, dzięki czemu blondynka mogła ściągnąć płaszcz. Kiedy go odwiesiła, nie czekając na zaproszenie, zeszła po dobrze sobie znanych dwóch schodkach i ruszyła w głąb salonu, krzyżując ręce na piersi. Nie usiadła, za to obróciła się na pięcie i przesunęła wzrokiem po sylwetce mężczyzny, do którego wciąż coś czuła. Coś, co jednak nie było tym, czym powinno i Inez uświadomiła to sobie już jakiś czas temu z niemałym bólem.
– Zwolniłam się – rzuciła w pewnym momencie, nagle, bez zbędnego wstępu. I tak jak jakoś zdołała wykrztusić z siebie te dwa słowa, tak teraz się zacięła, jedynie wpatrując się w bruneta i czekając na jego reakcję. Nie powiedziała mu jeszcze najważniejszego, lecz chwilowo nie była w stanie.
Oddalili się do siebie i to wcale nie było dziwne, obydwoje mieli długie, wyczerpujące dyżury, spędzali ze sobą mniej czasu niż powinni. Greg nie miał już siły, aby tłumaczyć Mii, dlaczego Inez ich nie odwiedza. Nie miał też sił próbować wybrać taki dzień, w którym będą wolni i wypoczęci.
– I co dalej? – spytał cicho, również schodząc po dwóch schodkach, aby dotrzeć do kuchni i wyciągnąć dwie wysokie szklanki. Stojąc przy lodówce, z której wyciągał sok, spojrzał na blondynkę. – Mogłabyś ze mną wyjechać.
Inez nie wiedziała o tym, że otrzymał ofertę pracy w Coral Springs. Potrzebowali tam strażaków, a ona przydałby się w oddziale ratunkowym. W Nowym Jorku nic, oprócz wiecznie oddalającej się Grant, go nie trzymało. Wszyscy stopniowo i dziwnie bezboleśnie uciekali z jego życia. Na Florydzie miał szansę na to, aby zacząć coś nowego, nie wracać do przeszłości.
– Wyjechać? Z tobą? – spytała, posyłając mężczyźnie badawcze spojrzenie. W jej głosie nie było słychać zarzutu i ignorancji, jakby Greg właśnie zaproponował jej coś śmiesznego i kompletnie niedorzecznego, za to Inez wydawała się zaciekawiona, a już na pewno bardzo zdziwiona. To dlatego zignorowała jego wcześniejsze pytanie, jakby nagle stało się mniej ważne. Teraz informacja o tym, że ona także zamierza wyjechać, zeszła na drugi plan. Problem w tym, że Inez planowała jedynie krótkie wakacje, zaś ze słów Grega można było wywnioskować, że chodzi mu o coś większego.
– Na Florydę – oznajmił spokojnie, chociaż nie był pewien, ile czasu zdoła być jeszcze opanowanym. Pytanie Inez nie były drażniące, drażniące było podejrzenie jej odmowy. Ich historia na pewno nie była usłana płatkami róż, a już na pewno nikt im nie pomagał. Greg też nie należał do mężczyzn, którzy potrafią obchodzić się z kobietami, daleko mu było do typowego romantyka, co Grant mogła odczuć.
– Dostałem tam pracę, w ekipie ratunkowej. I mieszkanie.
Postawił ją przed faktem dokonanym. Do dzisiejszego wieczora miał wykonać telefon i podjąć ostateczną decyzję. Podjął ją już jakiś czas temu, nawet nie pomyślał o tym, aby przedyskutować sprawę z kobietą.
Inez w zrozumieniu powoli skinęła głową, wciąż trawiąc właśnie podane jej na tacy fakty. Cóż, i ona podjęła kilka decyzji bez konsultacji z mężczyzną i teraz, wciąż obejmując się ramionami, małymi krokami ruszyła w jego stronę. Nienaturalne było dla niej, że stali od siebie tak daleko, jakby już teraz instynktownie wyczuwali, że wyrósł między nimi mur nie do przebycia, a oni swoimi słowami dokładali do niego więcej cegiełek.
– Też zdecydowałam, że wyjadę – oznajmiła, kiedy stanęła po drugiej stronie kuchennego blatu i szybko przesunęła wzrokiem po twarzy Grega. Drogiej jej twarzy. – I co zabawniejsze, też na Florydę… – mruknęła i parsknęła krótko, co było marną imitacją śmiechu. Chwilę wcześniej zdążyła spuścić wzrok i przyglądała się teraz szklankom wyciągniętym przez mężczyznę.
– Z tym że w moim przypadku będą to krótkie wakacje. I wiem, że po nich będę chciała wrócić do Nowego Jorku. A kiedy już wrócę… Nie będę potrafiła stąd wyjechać, Greg. Mam tutaj wszystko, co najważniejsze – powiedziała, chcąc jeszcze dodać, że wszystko co najważniejsze oprócz niego, ale ugryzła się w język. Nie to do niego czuła, by móc mu to powiedzieć, a nie chciała egoistycznie zostać przy nim tylko po to, by go nie zranić. Choć akurat to raczej nie byłoby przejawem egoizmu, prawda? Za to małym egoizmem z jej strony była decyzja, którą musiała podjąć w tak krótkiej chwili.
– Będę mogła pożegnać się z Mią, zanim wyjedziecie? – spytała niepewnie, cicho, bojąc się spojrzeć na Grega. Głos lekko jej zadrżał, lecz szybko nad nim zapanowała. Z nim też chciała się pożegnać, chciała zrobić coś, dzięki czemu mogliby rozstać się bez wrażenia, że wyrósł między nimi mur. Mur tak namacalny, że stojąc tak, Inez wręcz czuła bijący od niego przenikliwy chłód i za wszelką cenę chciała go skruszyć. Byle tylko to tak nie wyglądało, jak zapowiadało się, że będzie wyglądać. Dlatego drgnęła niespokojnie, jakby gotowa zrobić jakiś ruch, lecz w ostateczności poczekała, aż Greg odpowie.
I on skinął głową. Bo co innego miał robić? Zamknąć Mię w złotej klatce i chronić przed każdą utratą bliskiej osoby? Dziewczynka nie ukrywała, że polubiła ratowniczkę i chciała spędzać z kobietą jak najwięcej czasu. W tej kwestii znowu nawalił Greg, bo nie mógł dać córce tego, co chciała mieć. Sam pragnął, aby ta sytuacja skończyła się inaczej, ale przecież nie mógł zmusić Inez do wyjazdu.
Wakacje na Florydzie. Uśmiechnął się jedynie pod nosem, ledwo unosząc kąciki ust, choć zapewne to nie był uśmiech napawający optymizmem. Zaciskał dłonie w pięści, próbując pokonać rosnącą w nim złość, chociaż nawet nie był pewien, na co i na kogo był zły. Na swój czy na jej wyjazd? Na siebie czy na stoicki spokój Inez? Może na odrobinę zdziwienia, które prezentowała? Może był zły na swoją bezradność, bo kiedy zaczynał rozumieć, że życie nie musi być samotną walką o przetrwanie, los dowcipnie zabierał mu kruchą osobę, przy której paradoksalnie czuł się bezpiecznie.
Nie chciał być tym, który przekaże Mii, że Inez nie zgodziła się z nimi pojechać. Mała Walkerówna wiedziała o wyjeździe, w szkole kupiono jej nawet kilka książek na dobry start w nowej palcówce. To miał być jej ostatni tydzień, po świętach mieli być już na Florydzie. Być może postępował egoistycznie, ale tylko Inez mogła odpowiedzieć dziewczynce, czy ratowniczka z nimi pojedzie czy też nie.
– Będziesz mogła. A dzisiaj, jeśli chcesz… możesz wziąć Lucky i odebrać małą ze szkoły. Ucieszy się ze spaceru – zauważył cicho. Jednym haustem wypił zawartość szklanki, drugą pozostawił na blacie. Wolałby, żeby zamiast soku pomarańczowego, było tam coś innego.
– Dobrze – odparła krótko, po czym spojrzała na Grega i poczuwszy nagły ucisk w dołku, zmarszczyła brwi. – Ale nie chcę się żegnać w taki sposób, wiesz? Bo ty też to czujesz, prawda? Nie, nie chcę się tak żegnać – dodała cicho, mając nadzieję, że Greg zrozumie, co ma na myśli. I nagle, kierowana silnym impulsem, obeszła kuchenny blat i stanęła tuż obok mężczyzny. Zerknęła na niego niepewnie, po czym przysnęła się jeszcze bliżej, wciskając się pomiędzy niego a murek odgradzający kuchnię od salonu. Po raz kolejny tego dnia nie było już odwrotu, zatem Inez wyciągnęła ręce, objęła bruneta i mocno do niego przylgnęła, nie chcąc, by rozstali się w poczuciu winy i żalu. Nie potrafiłaby stąd wyjść mając wrażenie, że poprzez tą rozmowę oddalili się od siebie tak bardzo, że na zawsze o sobie zapomną i już nigdy ze sobą nie porozmawiają. A ona wbrew pozorom chciała wiedzieć, kiedyś, w przyszłości, co słychać u niego i u Mii, jak się mają, czy sobie radzą. To dlatego stała teraz z twarzą wtuloną w koszulkę Walkera, stała i trzymała go mocno, chcąc, żeby zrozumiał. I żeby to pożegnanie było takie, jakie być powinno, jakie mogła dać sobie nawzajem dwójka dorosłych ludzi. Bo tak jak wcześniej blondynka potrzebowała zrozumienia szefa, tak teraz po cichu liczyła na to, że Gregory także ją zrozumie. I to było dla niej najważniejsze, nie praca, nie perspektywa wyjazdu, a to, w jaki sposób się rozstaną.
Greg w ogóle nie chciał się żegnać, ale wiedział, że to konieczne. Podjęli decyzje, każdy związaną ze swoim życiem, a fakt, że tego nie skonsultowali, mógł oznaczać tylko to, że się od siebie oddalali. Nie miał jej za złe decyzji o porzuceniu pracy, ani tym bardziej wyjeździe na wakacje. Ona miała zostać w Nowym Jorku, wśród swoich przyjaciół i kotów. To on wyjeżdżał, zostawiał za sobą ich burzliwe spotkania.
Objął kobietę, mocniej przytulając ją do siebie. Jedną dłoń ułożył w dole jej pleców, drugą wplótł w jasne włosy, lekko je gładząc. Rozumiał, przynajmniej starał się zrozumieć, co chciała przekazać mu Inez.
– Będziesz dzwonić?
– Będę – odparła i oderwała się od Grega. Po chwili zastanowienia wspięła się na palce i lekko pocałowała go w policzek, następnie zaś odsunęła się i gwizdnęła cicho na Lucky. Suczka przybiegła czym prędzej i zaczęła plątać się przy nogach Inez, kiedy ta przeszła przez salon, pokonała dwa schodki i sięgnęła po wiszącą na wieszaku smycz. Ubrawszy się, zapięła suczkę i zawiesiła wzrok na mężczyźnie, wciąż stojącym w tym samym miejscu.
– Trzymaj się, Greg – powiedziała ciepło i uśmiechnęła się lekko, robiąc to po raz ostatni tylko i wyłącznie dla niego. Po raz ostatni też przesunęła wzrokiem po jego sylwetce, dłuższą chwilę poświęcając twarzy. Twarzy, z której starała się wyczytać coś, co pozwoliłoby jej odejść w spokoju, lecz Greg zawsze był skryty. Dopiero kiedy kąciki jego ust drgnęły i uniosły się nieśmiało, blondynka odetchnęła i odwróciła się, by wyjść, już spokojna. Chwilę później cicho zamknęła za sobą drzwi.


– 3 –

Kiedy odbierała Mię z przedszkola, myślała, że pęknie jej serce. Dziewczynka tak bardzo ucieszyła się na jej widok, że Inez gotowa była rzucić wszystko i zapomnieć o swoich planach. Opamiętała się jednak, na tyle szybko, na ile tylko było to możliwe i niedługo potem zdała sobie sprawę z tego, że rozmowa z małą blondyneczką będzie jeszcze trudniejsza niż ta, którą niedawno odbyła z jej ojcem. Jak miała wytłumaczyć dziecku, dlaczego dwoje dorosłych ludzi podjęło takie, a nie inne decyzje? Jak miała wytłumaczyć, że to wszystko nie jest takie proste? Ostatecznie zaczęła mówić, obserwując spuszczoną ze smyczy Lucky, która to podbiegała do swojej małej pani, to odbiegała, chcąc zachęcić ją do zabawy, lecz Mia ignorowała suczkę. Swoimi wielkimi oczami wpatrywała się w Inez, spijając każde słowo z jej ust, aż wreszcie opuściła głowę i pociągnęła nosem. W tym momencie blondynka zawahała się po raz drugi. Przykucnęła przed Walkerówną i ułożyła dłonie na jej ramionach.
– Mia, słońce. To nie tak, że cię zostawiam i zapominam. Rozmawiałam już z twoim tatą. Będę dzwonić, będę was odwiedzać. Ciebie, tatę… I Lucky – dodała z lekkim uśmiechem, kiedy psina wcisnęła się między nie, domagając się uwagi. Mia nie odpowiedziała, spojrzała jedynie na Inez, po czym wyciągnęła w jej stronę dłoń.
– Chodźmy do domu – poprosiła, zatem kobieta ujęła jej rączkę i poprowadziła w stronę mieszkania Grega. Resztę drogi przebyły w milczeniu, nieco krępującym. Inez co chwilę otwierała usta, by coś powiedzieć, lecz szybko je zamykała, za każdym razem lekko kręcąc głową. Wreszcie znalazły się pod drzwiami mieszkania, które Grant opuściła zaledwie dwie godziny temu. Tam też Mia stanęła i wyciągnęła ręce, a Inez podniosła ją i mocno przytuliła.
– Obiecujesz, że będziesz dzwonić i nas odwiedzać? – spytała cicho, opierając brodę na ramieniu Inez.
– Obiecuję. Będę za wami tęsknić, wiesz? – rzuciła drżącym głosem, ledwo panując nad łzami. Dlaczego to wszystko musiało być takie trudne? Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo i Inez doskonale o tym wiedziała.
– Ja też będę tęsknić.
Stały tak jeszcze przez chwilę, przytulone, aż Lucky zaczęła skrobać łapą w drzwi. Wtedy Inez postawiła Mię na ziemi, poczekała, aż ona i suczka wejdą do środka, po czym pomachała dziewczynce, która spoglądała na nią przez coraz mniejszą szparę między zamykającymi się drzwiami a framugą. Wreszcie, na chwilę przed tym, nim się zamknęły, Mia posłała jej szeroki uśmiech, a później zniknęła za zamkniętymi drzwiami. Inez zaś ruszyła w drogę do domu.
Już wcześniej zadzwoniła do Sienny i opowiedziała jej o wszystkim. Opowiedziała o tym, że zwolniła się z pracy, o rozmowie z Gregiem i decyzji o wyjeździe na krótkie wakacje. Właściwie mówiła nieprzerwanie przez kilkanaście minut, podczas gdy po drugiej stronie telefonu Sienna milczała, słuchając jej uważnie. Aż wreszcie blondynka spytała, czy może Si miałaby ochotę zaopiekować się Leonem i Kapelutkiem podczas jej nieobecności?
Umówiły się na wieczór i ledwo Inez zdążyła wejść do domu i się rozebrać, rozległo się pukanie do drzwi.
– Cześć, wchodź – powiedziała z uśmiechem, bądź co bądź nieco bladym i wpuściła przyjaciółkę do środka. Kiedy tylko przekręciła zamek, przytuliła się do niej mocno, nie zważając na to, że Sienna nie zdążyła jeszcze ściągnąć płaszczyka.
Kiedy jakiś czas temu Sienna usłyszała dobrą nowinę o kilku randkach Inez z niejakim Gregorym, tryskała energią i radością podobną do tej, którą charakteryzowała się w tamtym czasie blondynka. Wspierała ją, telefonicznie doradzała, co ratowniczka powinna ubrać i wiecznie kontrolowała poczynania swojej żonki. Była jednak zabiegana, większość czasu przesiadywała w biurze, a kiedy znalazła parę wolnych minut, pędziła do swojej córeczki, próbując też przebywać z Gabrielem. Pęd życia w wielkim mieście był wykańczający, mimo to kobieta czuła, że się spełniła, że osiągnęła wiele punktów, które wcześniej wytyczyła sobie na własnej ścieżce. Była szczęśliwa i chciała, aby szczęśliwa była też Inez.
Wracając prosto z pracy, znalazła się pod drzwiami dobrze znanego jej mieszkania. Wchodząc do środka, uważnie przyglądała się kobiecie, ale nie zdążyła wypowiedzieć ani jednego słowa, kiedy Inez do niej przylgnęła. Uśmiechnęła się pod nosem niemal z rozczuleniem i typowym, nieco matczynym odruchem, przesunęła dłonią po plecach blondynki.
– Wakacje dobrze ci zrobią… – stwierdziła cichutko. Opieka nad kotami zdawała się nie być niczym wymagającym, dlatego nie miała przeciwwskazań, kiedy zgadzała się nimi zająć.
– Mam taką nadzieję – odparła cicho Inez, jeszcze przez kilka chwil nie odsuwając się od Sienny. W końcu jednak ją puściła, tym samym pozwalając kobiecie się rozebrać. I podczas kiedy jej żonka ściągała wierzchnie odzienie, Inez przyglądała jej się z uśmiechem. Cieszyła się, że Si żyła teraz tak, jak od początku chciała.
– Napijesz się czegoś? – spytała i nie czekając na odpowiedź, chwyciła przyjaciółkę za rękę i pociągnęła ją do kuchni. – Moje sierściuchy nie są zbyt wymagające. Mam wykupiony pobyt na dziesięć dni, więc w tym czasie nie powinny wejść ci na głowę. Wystarczy, że raz dziennie dasz im jedzenie z saszetki i uzupełnisz miskę z suchą karmą, kiedy ta będzie się kończyć. W sumie to mają do niej dostęp cały czas, więc jak dostaną coś z puszki raz na dwa dni, to nie zginą. Miseczka z wodą stoi w łazience. Nie pytaj. Po prostu raz piją prosto z kranu, raz z miseczki. Do tego sprzątanie kuwety i to chyba na tyle… – mruknęła. W czasie swojego wywodu zdążyła posadzić Siennę na znajdującym się w kuchni taborecie, sama zaś zabrała się za robienie herbaty.
– Jeśli miałabyś ochotę, to możesz się z nimi pobawić. Pewnie będą cię nieco męczyć, kiedy będziesz przychodzić… Ale jak się nie pobawisz, to też nie zginą – oznajmiła i zdmuchnęła z twarzy zbłąkany kosmyk włosów, tym samym kończąc swoją przemowę. Inez popadała w słowotoki z dwóch powodów; kiedy miała dobry humor lub kiedy się denerwowała. Teraz, tak dla odmiany, była ewidentnie podenerwowana.
Sienna ze skupieniem malującym się na twarzy słuchała żonki, która niemal z pasją opowiadała o swoich futrzakach. Nie ukrywała też, że zajmowaniem się kociakami Inez będzie dla niej przyjemnością, bo sam Gabriel na razie nie zgadzał się na prośby i marudzenia kobiety, która używała już wszelkich, nawet tych mocnych, argumentów. Nie zgadzał się ani na psa, ani na kota, a przecież Wright dbała tylko o prawidłowy rozwój ich córeczki.
– Maddie chętnie będzie przychodzić tutaj ze mną – odpowiedziała spokojnie, nadal się uśmiechając. Wygodnie umościła się na taborecie, zakładając nogę na nogę i wycelowała palec wskazujący lewej dłoni w plecy Inez. Niemal oskarżycielsko, chociaż blondynka na pewno nie mogła tego widzieć. – Jak zareagował twój piękniś? Nawet nie zdążyłam go poznać… – westchnęła, opuściła rękę i oparła się o ścianę.
– Jak zareagował? Greg jest dość… specyficzny. Trudno wyczytać z jego twarzy jakiekolwiek emocje, zawsze skrzętnie je ukrywa. Na pewno był zdenerwowany, jak ja, ale starał się tego po sobie nie pokazywać… Ogólnie cała ta nasza rozmowa była spokojna. I mam nadzieję, że nie przestaniemy się do siebie odzywać jak obrażeni nastolatkowe – stwierdziła i zaśmiała się cicho. Woda w czajniku elektrycznym już się zagotowała, ale nagle Inez skrzywiła się na widok dwóch kubków.
– Chrzanić herbatę. Mam wino, napijemy się? – spytała, posyłając Siennie chytry uśmieszek. Alkohol był teraz tym, czego potrzebowała, by nieco się rozluźnić. – I dziękuję, że zaopiekujesz się kotami. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła – przyznała i posłała przyjaciółce ciepły uśmiech. I nie chodziło tutaj tylko o kocury, ale też o jej pokrzepiająca obecność.
– Zawsze trafiałaś na dość… specyficznych facetów – zauważyła, pozwalając sobie nawet na lekki grymas, który z pewnością nie był pokrzepiający. Uśmiechnęła się jednak szybko i ochoczo pokiwała główką, kiedy Inez tylko wspomniała o winie. Picie słodkich trunków było już ich małą, niepisaną tradycją. W gruncie rzeczy poznały się pijane i razem wylądowały w śniegu, musiały podtrzymywać relację w podobny sposób; przynajmniej Wright była takiego właśnie zdania. – Wiesz, że nie musisz dziękować. Jak przyjedziesz, to podrzucę ci na dwa dni Maddie. – Wyszczerzyła się w uśmiechu. Jej i Gabrielowi też należały się wakacje, a dwuletnia już dziewczynka dawała im nieźle w kość.
Inez nie miała nic przeciwko temu. Miała wprawę w opiekowaniu się dziećmi, w końcu większość jej przyjaciółek miała już swoje pociechy. Czyżby w ten sposób chciały ją nieco przeszkolić? Inez jednak dłużej się nad tym nie zastanawiała. Porwała butelkę wina i pociągnęła Siennę do salonu.
Kilka godzin później dwie żony leżały razem na kanapie i wcale nie było im ciasno. Chichocząc, poruszyły kolejny niezbyt mądry temat, na stoliku zaś zamiast jednej butelki wina stały trzy.


– 4 –

Blondynka zerknęła na stojące pod drzwiami walizki, a następnie na wiszący na ścianie zegar. Do przyjazdu zamówionej wcześniej taksówki, która miała zawieść ją na lotnisko, miała jeszcze godzinę, zatem postanowiła obejść całe mieszkanie, przy okazji rozglądając się po nim uważnie, dzięki czemu mogła sprawdzić, czy wszystko spakowała. Koty jakby wyczuwały, co się święci, bowiem chodziły za swoją panią krok w krok, przy każdej możliwej okazji ocierając się o jej nogi. Parę razy Inez potknęła się to o jednego, to o drugiego, niemalże się wywracając, lecz sierściuchy nic sobie z tego nie robiły i dalej plątały się u jej stóp. Może miały nadzieję, że jeśli doprowadzą do upadku kobiety, ta ucierpi na tyle poważnie, że z nimi zostanie? W końcu nikt inny nie głaskał tak dobrze jak ona i nikt inny nie nakładał tak szczodrze jedzenia do miski.
Poprzedni dzień był dla Inez na tyle wyczerpujący, że po zajrzeniu do każdego pokoju, a także do łazienki i kuchni, z głośnym westchnieniem opadła na kanapę w salonie i przymknęła oczy, jakby już na nic więcej nie miała siły. Nie, nie czuła się zmęczona fizycznie, a psychicznie i było to o niebo gorsze. Grant wydawało się, że cała jej pozytywna energia została brutalnie wyssana z duszy, która, na pewien sposób wysuszona, skurczyła się. Tak jak wcześniej przypominała ona dorodne, czerwone jabłko, tak teraz była zasuszonym i lekko nadgniłym owocem, nijak nieprzypominającym swojego pierwowzoru. Dlatego teraz Inez tym bardziej była przekonana, że decyzja o wyjeździe była słuszna. Potrzebowała odpoczynku, potrzebowała ciszy i spokoju, a także zupełnie innego otoczenia nie tylko po to, by naładować akumulatorki, ale też by przemyśleć wszystko, co do tej pory się wydarzyło. Co wczoraj się wydarzyło. Dzisiaj, w tej chwili nawet nie miała siły do tego wracać. Była zbyt rozkojarzona, zbyt przybita i zaaferowana pakowaniem. Mimo to cały wczorajszy dzień, od momentu w którym wstała, do chwili, w której położyła się spać spoczywał na jej barkach i ciążył, ciążył tak bardzo, że blondynka mimowolnie skuliła się na kanapie i ze świstem wypuściła powietrze z płuc. Wiedziała, że jeszcze będzie miała czas na przemyślenia. Bardzo dużo czasu, może aż za dużo? Cięgle jednak uparcie powtarzała sobie, że tego potrzebowała. Że musiała podjąć kilka decyzji, by wreszcie ruszyć naprzód i miała ogromną nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku decyzje te okażą się dobre. Szczerze? Teraz nie była tego pewna. Nie miała pojęcia, czy postąpiła słusznie, słuchając cichego wewnętrznego głosiku, który pchał ją w kierunku zmian. Nie wiedziała, czy głosik ten, tak bardzo nieśmiały, miał rację. Postanowiła jednak mu zaufać i postawić wszystko na jedną kartę. A w przeciągu kilku najbliższych dni zamierzała się z tego wszystkiego rozliczyć, nie z kimś, a sama ze sobą, przed sobą jako świadkiem.
Zerknąwszy na zegar, podniosła się z kanapy, ciężko, jakby przybyło jej lat i… kilogramów. Ktoś znajomy, kto zobaczyłby ją w takim stanie na ulicy, mógłby jej nie poznać. Przygarbiona, blada, wypompowana z energii życiowej wyglądała kompletnie jak nie ona. Tyle wydarzeń, które posypały się na nią jak domino, to było za dużo nawet dla samej Inez Grant. Długo jednak nie zamierzała trwać w takim stanie, bowiem to nie depresja była jej celem. Musiała jedynie to wszystko przetrawić i pozamykać w odpowiednich szufladkach umysłu, jak już zamykała wiele rzeczy. Ale nie teraz. Teraz była zbyt zmęczona. Później. Na miejscu. Tak, jak powinno być to zrobione. Dokładnie i skrupulatnie, by już nie mieć wątpliwości co do słuszności pewnych decyzji.
Po raz ostatni pogłaskała Leona i Kapelutka, którzy zdążyli ułożyć się na kanapie i na szczęście na niej zostali. Inez nie miałaby serca odganiać ich, gdyby poszli za nią do przedpokoju i również za nią chcieliby wyjść na korytarz. A do tego te kocury były zdolne i na dodatek w czasie takich prób strasznie nieustępliwe.
Ubrawszy się, chwyciła w dłoń walizki, w tym także bagaż podręczny i wyszła, by starannie zamknąć za sobą drzwi. Tak, jak jeszcze niedawno świadomie i starannie zamknęła za sobą kilkoro drzwi prowadzących do tych etapów jej życia, do których już nie wróci, celowo gubiąc tych kilka kluczy.

________________________________
Za pomoc w pisaniu powyższego posta, a także za cierpliwość i zrozumienie dziękuję bardzo mojej żoneczce, Legalnej Brunetce.
Po opublikowaniu z czystym sumieniem wysyłam Inez na urlop, macie szansę nieco od niej odpocząć, ale nie martwcie się, bardzo szybko wrócę :)

14/04/2014

1973. Umrę Ci kiedyś. Oczy mi zamkniesz. I wtedy- swoje smutne, zdziwione, bardzo otworzysz.

Najdroższy,
Minęło już niemal pół roku od kiedy nagle odszedłeś, a ja aż do tej pory nie potrafiłam wydobyć z siebie głosu. Tak jak wtedy, gdy bez słowa wstałeś od stolika, a ja milczałam wpatrując się w ciebie z niedowierzaniem, tak aż do teraz nie umiałam powiedzieć ci choć jednego słowa.
Na szczęście nie stawałeś na mojej drodze.
Zraniłeś mnie. Zostawiłeś mnie wtedy, gdy potrzebowałam cię najbardziej. Postanowiłeś zniknąć, gdy nie miałam nikogo poza Tobą. Wydawało Ci się, że wiesz lepiej niż ja, co będzie dla mnie dobre. Ale wiesz co? Myliłeś się. Myliłeś się we wszystkim, w każdym jednym swoim słowie, w każdej swojej decyzji. Byłeś w błędzie a ja aż do teraz nie miałam dość siły, by Ci o tym powiedzieć. Po części bałam się ciebie zranić, ale czy można zranić człowieka który tak bezdusznie rani innych? Czy można żałować kogoś, kto odcina się całkowicie i nie żałuje tego przez nawet najkrótszy moment? Zapewne zgodzisz się ze mną, choć, niech cię szlag, z Tobą nigdy nic nie wiadomo. 
Chcę byś wiedział, że jestem szczęśliwa. Mogliśmy być szcześliwi razem, ale jestem szczęśliwa sama. Tak, tęsknię za Tobą, ale jednocześnie tak bardzo Cię przeklinam w moich myślach.
Czy nie mogłes odejść wcześniej? Nie mogłeś mnie zostawić, gdy byłam silna, pewna swych decyzji? Zrobiłeś to w najgorszym możliwym momencie- wtedy gdy odeszłam od matki a przyjaciele zostawiali mnie kolejno, patrząc na mnie jak na wariatkę. 
Zastanawiam się teraz, co takiego było we mnie, co takiego było w niej, że postanowiłeś to zrobić. Dlaczego zaprosiłeś mnie na kolację i wtedy, gdy ja sądziłam że chcesz mi zaproponować wspólną przyszłość, Ty powiedziałeś po prostu "Rachel, to koniec". Jak gdybyś chciał byc tak bardzo oficjalny i poważny, ale tym sposobem zraniłeś mnie jeszcze mocniej. Wszyscy, którzy mnie dotąd zostawiali, robili to dlatego, że byłam Rachel a nie Tommie, żydówką a nie "normalną" dziewczyną. Czy musiałeś i Ty tak odejść?
Patrzyłam jak odchodzisz prosto w jej ramiona, jak gdyby wasza przyszłość, wasz związek, wasza miłość, nie mogła czekać ani chwili. Chciałeś mi pokazać, że jest w Twoim życiu ktoś o tyle ważniejszy niż ja? Udało się.
Są to moje pierwsze słowa od pół roku nie tylko dlatego, że nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Nie chciałam nic ci mówić. Wiem, ze czekałeś na to. Czekałeś az zaczne krzyczeć, wpadnę w szał, wyklnę cię, aż zacznę robić piekło- w moim lub w Twoim życiu. Nic takiego nie nadeszło. Przez te pół roku nie usłyszałeś ode mnie jednej litery.
Nic więcej też już ode mnie nie usłyszysz. Kochałam cię całym moim sercem, nie potrafię tego jednak obrócić w nienawisć. O ileż byłoby prościej! Ale nie, myślenie o Tobie wywołuje we mnie niesamowity smutek, sprawia że łzy napływają do moich oczu a serce na krótką chwilę przestaje bić. Nie chcę o Tobie myśleć. Chce żyć, istnieć całą sobą, chce czuć ze moje serce bije.
Kocham Cię, choć o wiele prosciej byłoby gdybyś był mi całkowicie obojętny. Moze kiedys, za rok, dwa, za pięć lat lub dziesięć. Ale nie dziś. Dziś chcę byś był szczęśliwy, pozwalam Ci odejść, raz na zawsze pozwalam Ci odejść z mojego życia. Nie pół roku temu, dopiero dziś. 
Nienawidzę tego, że wciąż cie kocham.
Tommie

Przez chwilę patrzyła na kartki zapisane nierównym pismem, chaotycznym tekstem pełnym kłamstw. W końcu jednak zakleiła kopertę i wręczyła meżczyźnie, który zabierał od niej zapakowane pudło. Podziękowała,  zamknęła za nim drzwi, po czym osunęła się po nich na podłogę.
Kiedyś chciała zadać mu wiele pytań. Miała tak wiele wątpliwości, nie sądziła jednak by zasługiwał na jakiekolwiek jej słowo. Teraz coś sie zmieniło, pękło w niej, sprawiło że chciała odgrodzić się od przeszłości grubą kreską. Skończyło sie na tym, ze wysłała mu pudło pełne pamiątek po nim i kopertę pełną kłamstw.
Czy tęskniła? Cały czas. Często płakała tez po nim w poduszkę, szczególnie wtedy, gdy zostawała sama z butelką wina (warto zaznaczyć, ze nie musiała wypić całej, by targały nią wszelkie smutki, połowa w zupełności wystarczała). Zdarzało się, że wydawało jej się, ze gdzieś go widzi, uciekała wtedy wzrokiem, czasami przechodziła na drugą stronę ulicy. Ale już go nie kochała, nie tak jak kiedyś. Tęskniła za przyzwyczajeniem, jakie w niej wyrobił, za wspólnymi wieczorami i nocami a także za tym uczuciem, że w domu czeka na ciebie ktoś, do kogo możesz się przytulić, kto zawsze cię wysłucha i znajdzie rozwiązanie, gdy Ty nie potrafisz sobie poradzić.
Jeszcze tego samego wieczoru, gdy siedziała z butelką pustą w połowie, zastanawiała się, czemu napisała mu, że go kocha. Nie mogła bowiem wiedzieć, ze w tej samej chwili, na drugim końcu miasta trwa kłótnia, że jej byłym-prawie-narzeczonym targają uczucia i wątpliwości a ona jest w tej sytuacji  najbardziej wygrana. Bo ona była od tego wszystkiego już wolna.

36364 minuty później
Od pewnego czasu dni stały się zdecydowanie za krótkie a sen był nielubianym przymusem. Połączenie projektowania, szycia, praktyki w teatrze (przy kostiumach, rzecz jasna) i planowania szycia estradowego było zadaniem trudnym i pracochłonnym, ale tego właśnie Tommie zawsze chciała. No dobrze, może nie dosłownie tego, ale chciała szyć, tworzyć, wyrażac siebie ubierając innych. A teraz dostała na to szansę, wiele różnych szans, postanowiła więc wykorzystać to w pełni. Co prawda coraz cześciej zasypiała w pracowni a nie w mieszkaniu, musiała tez zwiększyc częstotliwośćć mówionego "przepraszam", gdy dźgała szpilkami, ale czy miała na co narzekać? No moze na brak czasu, ale kto by sie tym przejmował, gdy narzeczony zrobił au revoir a (podobno) przyjaciele stwierdzili że nie chcą jej znać? Można  to nazwać życiem niemal idealnym, szczególnie gdy zwraca się uwagę na charakter i upodobania Tommie. Nie byłoby więc błędem powiedzenie, ze dostała to, o czym zawsze marzyła, gdyby nie fakt, ze marzeń unikała.
Poprzedniego wieczoru, a moze raczej nocy, pracowała do późna, kończąc projekt, o którym przypomniała sobie dosłownie w ostatniej chwili. Zamówiona sukienka pochłonęła ją jednak bez reszty, więc o tym, jak bardzo jest zmęczona, przekonała się dopiero wtedy, gdy nie miała siły podnieść się z beli materiału, na której na chwilę się położyła. Czy był więc jakiś sens w tym, żeby wstawać i iść piętro wyżej, do własnego, zimnego łóżka? Nim zdążyła sobie na to pytanie odpowiedzieć już drzemała, więc rozważania poszły w niepamięć.
Jedną z rzeczy, jakich Tommie nienawidzi z całego serca są niespodziewane pobudki. Słońce wpadające niemrawo przez okno, zapach świeżej kawy czy delikatny męski głos- to potrafiła wybaczyć czy nawet polubić, niewiele jednak więcej.  Łatwo więc można sobie wyobrazić jej emocje, gdy o godzinie bardzo wczesnej, szczególnie dla osoby, która spać poszła bardzo późno, słyszy mocne, męskie kroki. Zacisnęła mocno oczy, za nic w świecie nie chcąc ich otworzyć, i święcie wierzyła, ze jej nie widać. Toż to ona taka mała, cicha, leżąca w materiałach- kto by ją tam mógł dostrzec?
-Tommie, wróciłem- Usłyszała jednak nad swoim uchem zbyt dobrze jej znany głos i cały plan skrywanej obecnośi poszedł się, no właśnie.
-Możesz więc równie dobrze juz wyjść- Wymamrotała tylko, wciąż nie otwierając oczu. Mogłaby być ślepa i głupia, i tak by pojęła że ktoś postanowił udawać, ze nie zranił jej dogłębnie.
-Daj spokój, mała,  nie będziesz się chyba na mnie obrażać, przecież mnie kochasz- Dotknął dłonią jej policzka, nieświadom tego, że ona ma ochotę odwrócić głowę i odgryźć mu choć jeden palec. Tak, była zmęczona i wkurzona, choć zdawałby się, że taka mała i urocza to na pewno taka byc nie może.
W końcu się podźwignęła, otworzyła oczy, usiadła i posłała mu swój najpiękniejszy, najbardziej wymuszony uśmiech w życiu.
-Skoro już tu jesteś, to możesz wyjsć, zabrać ze sobą tą walizkę, zamknąć za sobą drzwi i więcej nie wracać- Odparła wskauzjąc dłonią na drugą stronę pomieszczenia.
-Tommie, jesteś zmęczona, może pójdziemy na górę...
-Widzę że zbyt rozwlekam moje komunikaty. Wypierdalaj.- Jej wyraz twarzy wciąż sie nie zmieniał, choć utrzymanie uśmiechu kosztowało ją wiele wysiłku. Mężczyzna, z bliżej nieokreślonym wyrazem twarzy (coś między szokiem, złością, zmieszaniem i wahaniem) wstał i ruszył w kierunku drzwi. Po chwili jednak się zatrzymał i spojrzał na blondynkę.
-Może jednak...- Nie dane mu jednak było dokończyć zdania, bowiem Tommie chwyciła leżący tuż obok niej but na wysokiej szpilce (chwała Bogu za ten bałagan w pracowni) i cisnęła nim w mężczyznę, który oberwałby prosto w twarz, gdyby się nie schylił. Zrozumiał jednak w końcu o co tu właściwie chodzi i wyszedł z pomieszczenia, zostawiając wściekłą Tommie samą sobie.
Miała tak wielką ochotę pociąć coś nożyczkami, rwać materiał gołymi rękami lub wywalić coś przez okno i obserwować jak rozwala komuś głowę. To byłaby piękna czerwona plama na chodniku.

_______________________
Muszę napisać jedno- nie potrafię pisać szczęśliwych not. Neutralnych też. Nie chcę robić z Tommie ofiary życiowej, muszę więc nad tym popracować, ale chyba będzie mi to szło opornie. 
Choć muszę przyznać, ze nawet mi się podoba to, co mi tu właściwie wyszło, a co :)
Och i na koniec- nie potrafie znaleźć imienia dla byłego faceta T., bo żadne nie jest tak uroczo dupczaste, pozostaje więc chwilowo bezimienny :D 
I tytularny cytat Od Tuwima z wiersza "Inne" :)

12/04/2014

1972. Another day in paradise

— Masz ogień…?
W pierwszej chwili w ogóle go nie usłyszał. Wzdłuż piątej alei przemknął wóz strażacki na sygnale. Zagłuszył wszystko, łącznie ze świszczącym piskiem młota udarowego, którego właściciel wykuwał obszerną dziurę w betonie, aby umieścić w niej kolejny czerwony znak z zakazem postoju. Naliczył ich już siedem, ale najwyraźniej władze miasta uznały, iż przyda im się ósmy. Odkąd rok temu zarząd szpitala wypowiedział wojnę parkującym na miejscu postoju karetek kierowcom, liczba sterczących przed tylnym wejściem pojazdów systematycznie spadała. Choć nadal zdarzali się i tacy, którzy uparcie ignorowali jaskrawą tabliczkę z zakazem. Teraz też zaparkowanych było tu parę aut, z pewnością nienależących do żadnego pracowników placówki. Stał akurat przy pięknym, nowym BMW, z tablicami rejestracyjnymi z Waszyngtonu. Może w stolicy mieli inne przepisy, ale tu za utrudnianie życia lekarzom i ratownikom mogła być tylko jedna kara. Schylił się, i lekkim kopniakiem opryskał błotem biały lakier samochodu, wzdłuż drzwi kierowcy. Odłamki ze skutego betonu zabrzęczały o przednią szybę, wpadając w szparę na wycieraczki. Ktoś się bardzo zdziwi, gdy spadnie deszcz, a on zapragnie ułatwić sobie widoczność. Wizyta w salonie? Co najmniej pięćset dolarów w plecy, jak nie więcej…
Czując szarpnięcie w okolicach nogawek spodni zerknął w dół. Tuż przy zsypie siedział pomarszczony mężczyzna, łypiący na niego groźnie z pode łba. Wyciągnął w jego stronę kościsty palec, stukając nim wymownie w filtr sterczącego z ust wypalonego peta. Zmrużył lekko zamglone ślepia, zupełnie jakby miał ochotę nagadać mu do słuchu, ale doszedł do wniosku, iż szkoda na to cennego czasu.
— Pytałem się, czy masz ogień, dzieciaku — wychrypiał.
Uśmiechnął się pobłażliwie w odpowiedzi, przekrzywiając lekko głowę.
— Mam parę koców na wydaniu i zniżkę na całkiem znośne klopsy w stołówce. Może być…?
Z góry wiedział, jaka będzie odpowiedź. Krzywy uśmiech pomarszczonego nieznajomego nie zrobił na nim większego wrażenia. A na pewno nie takiego, jak zrobiłby jeszcze parę lat temu, gdy pierwszy raz przekroczył próg izby przyjęć, lądując w przedsionku piekła. Tak nazywali tutejszą urazówkę. Kiedyś wydawało mu się to grubą przesadą, lecz szybko zmienił zdanie, po pierwszym w życiu, ledwo przetrwanym dyżurze. Była wtedy zima, temperatura spadła do minus dwudziestu stopni, a w telewizji trąbili o nadciągającej zamieci śnieżnej. Stał dokładnie w tym samym miejscu, w którym był teraz – oparty o filar nieopodal tylnego wejścia na izbę przyjęć, tuż przy postoju karetek. Schowany pod daszkiem szczękał zębami z zimna, paląc jednego papierosa za drugim. Dusząc się zarówno natłokiem nowych obowiązków jak i dymem został zaczepiony przez krążącego w pobliżu bezdomnego. Chciał, żeby się z nim podzielić. I zrobił to, ale prócz papierosa zaproponował mu jeszcze kawę z automatu obok… i już nigdy w życiu, w przeciągu jednej minuty nie miał okazji nauczyć się tylu nowych wyzwisk. Bezdomny zniknął, zostawiając go z prostym wnioskiem. Nie próbuj zrozumieć nikogo, kto mieszkałby w tym mieście zbyt długo.
— Pielęgniarze mają zniżki w stołówce…? — zakpił mężczyzna.
Na czole pojawiła mu się mała, niebieska żyłka
— Czy ja ci wyglądam na pielęgniarza?
Nieznajomy wzruszył niedbale ramionami, kierując puste spojrzenie na ekipę robotników, walczących z poplątanymi kablami przewodów elektrycznych. Najwyraźniej mało obchodziło go to, kim była osoba, od której zamierzał wyłudzić trochę ognia. Ze wschodu zawiał chłodny wiatr. Wprawił w ruch ciężkie chmury, a z kolei one zasłoniły na moment mgliste słońce. Nawoływania z prawej strony zmusiły go do odwrócenia się w bok, aby zerknąć, co się dzieje. Gdzieś z daleka zamrugały mu niebieskie światła karetki. Właśnie na to czekał.
— I tak miałem rzucić... — mruknął wreszcie, podsuwając mężczyźnie opróżnioną do połowy paczkę papierosów. W środku zagrzechotała plastikowa zapalniczka. — Koce i klopsy nadal aktualne — dodał, choć nie zamierzał sobie robić nadziei. Obdarty nieznajomy wyszczerzył żółte zęby w półuśmiechu mającym imitować wdzięczność i jeszcze coś… ach tak. Brak zainteresowania. Równie dobrze mógł powiedzieć, aby spływał, bo on doskonale sam sobie poradzi. Proszę bardzo. Miał, co robić.
Odepchnął się od zimnego filaru, rozcierając skostniałe ramiona. W radiu zapowiadali ponowne ochłodzenia, ale to nie przez rześkie powietrze czuł napięcie w barkach. Powinni już dawno wymienić te materace w dyżurkach, inaczej nici ze znajomości układu kostnego człowieka – co by nie zrobił i tak nie zapobiegnie bólowi pleców, a akurat tego rodzaju atrakcje wolałby odłożyć na późniejszą starość. Potruchtał w kierunku parkującego na podjeździe ambulansu. Zza rozsuwanych drzwi wyłoniła się pielęgniarka i zahukany stażysta. Wyglądał na wygłodniałego. Czyżby klopsy były złym pomysłem…?
— Gdzie masz plakietkę?
Zerknął zaskoczony najpierw na ciemnoskórą pielęgniarkę a później na własną pierś. Odciągnął na bok materiał granatowej, wygniecionej koszulki, ze zdumieniem dostrzegając brak identyfikatora.
— Musiałem zostawić w szafce… — mruknął. Po chwili uniósł wzrok na trzęsącego się z zimna stażystę. Uśmiechnął się chytrze. — Młody, mógłbyś…?
Chłopak, wyglądający jakby dopiero co wylazł z piaskownicy, zaszczękał zębami. Nie był pewny, czy chciał mu coś powiedzieć, czy też była to zwyczajna reakcja organizmu na solidną dawkę zimna, ale po chwili odwrócił się na pięcie i posłusznie podreptał w kierunku, z którego przyszedł. Kobieta zmierzyła go surowym, acz typowo matczynym spojrzeniem, jakim zwykle zaszczycało się rozbrykane, małe dzieci.
— Proszę, proszę… ktoś tu nam się ładnie rozpanoszył...
— Daj spokój. Wiesz ile się napracowałem, aby mieć szansę to kiedyś powiedzieć? — uśmiechnął się szerzej. — Poza tym, przyda mu się trochę ruchu na rozgrzewkę — dodał.
Pielęgniarka wywróciła oczami, a on zatarł z zapałem zimne dłonie. Gdy drzwi karetki odskoczyły na bok, poczuł jak tętno mu przyśpiesza a wycie młota udarowego traci na sile. Ze środka wyskoczyła drobna ratowniczka, a w ślad za nią jej kolega. Jednym sprawnym, wyćwiczonym ruchem wyciągnęli nosze z pacjentem, rozstawiając je z trzaskiem na betonowym podjeździe. Od razu zrobiło mu się cieplej.
— Sarah Hudson, lat siedemnaście. Wypadek motocyklowy. Nieprzytomna, zaintubowana na miejscu.  Podejrzenie pęknięcia śledziony i wstrząśnienia mózgu. Złamane dwa żebra oraz poważne zmiażdżenie prawej stopy. Jechała z chłopakiem na motorze. Stracił przyczepność i przewrócił się przy prędkości pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Ciśnienie początkowo niskie, teraz dziewięćdziesiąt na sześćdziesiąt po podaniu litra płynów.
— Nie jechała w kasku…?
Ratowniczka pokręciła przecząco głową. Odebrał od niej kartę, pchając nosze do przodu. Nim jednak dotarli na izbę przyjęć, drzwi rozsunęły się, a na podjeździe pojawił się starszy mężczyzna, z pierwszymi oznakami siwych włosów, wplecionych w okolice skroni. Spodziewał się go tutaj ujrzeć. Szef urazówki zawsze czuwał, a już na pewno wtedy, gdy przywożono mu nowych pacjentów. Podbiegł żwawo w ich kierunku, spotykając się z nimi w połowie drogi. Skrzywił się lekko, gdy chłodny wiatr dmuchnął mu prosto w twarz.
— Widzę, że konkurencja nie śpi…
— Poradzę sobie — oświadczył od razu na wstępie.
Mężczyzna namyślał się jedynie przez krótką chwilę. Nie wyglądał na specjalnie zdumionego takim a nie innym obrotem sprawy. Młodzi zawsze chcieli się wykazać. Zwłaszcza ci, którzy zostawiali na korytarzach szpitala połowę swego życia. Zwłaszcza on. Wreszcie uniósł powoli obydwie dłonie, tym samym dając mu zielone światło. Mógł działać, jednak nie oznaczało to, iż zostawi go samego sobie, bez żadnego nadzoru. Chwycił nosze z drugiej strony, pchając je energicznie w kierunku urazówki.
— Rose, wezwij Allena — zwrócił się w kierunku pielęgniarki. To była ta chwila, ten moment, dla którego warto było zarwać każdą pojedynczą noc, zaciągając niebotycznie drogi kredyt na studia medyczne, który będzie spłacał jeszcze przez długie, długie lata. Dziś jednak wcale się tym nie przejmował. Teraz nie było to w ogóle istotne. Czuł, że był we właściwym miejscu i o właściwym czasie. Jeszcze do niedawna zmagał się z wątpliwościami, czy kiedykolwiek uda mi się odnaleźć wewnętrzny pokój z samym sobą. W chwili obecnej wiedział, iż nawet, gdy waliło się i paliło, miał wszystko pod kontrolą. Panował nad sytuacją. — Trzeba zamówić krew. Badania podstawowe, grupa krwi, CT głowy, szyi i prawej stopy. I chcę mieć pod ręką gotową salę operacyjną. Zamów ją, i powiadom Garrica. Tylko błagam, niech to nie będzie trójka…
Kobieta skinęła lekko głową, kwitując jego ostatnie zdanie wymownym wzniesieniem oczu.
— Hej, wiesz, że zgubiłeś swój identyfikator, kowboju…? — z drugiej strony noszy uśmiechała się do niego ta sama drobna ratowniczka, która zaledwie parę sekund temu przedstawiła mu historię pacjentki. Dlaczego wcześniej nie zwrócił na nią uwagę? Zapamiętałby te urocze dołeczki. A może nie… czasem bywał żałośnie ślepy, gdy pochłaniała go praca.  — Następnym razem mogę nie dać wiary i odmówić ci przekazania poszkodowanego.
Odpowiedział podobnym, zaczepnym uśmiechem.
— Postaram się, aby ten następny raz przebiegł równie gładko, jak dzisiaj — obiecał, nie zwolniwszy kroku. Właśnie w tej samej chwili zza drzwi wybiegł zdyszany stażysta, machając w dłoni smyczą z białą plakietką. O mały włos, a zderzyliby się z nim, powodując kolejny wypadek. Przekazał nieopierzonemu młodzikowi kartę pacjenta, puszczając nosze przodem. Personel zniknął na urazówce, a on zwolnił na moment, aby założyć identyfikator. Na tle sygnatury szpitala zabłyszczało imię i nazwisko Christophera Harrisa.
— W porządku…? — wyciągnął plakietkę w stronę ratowniczki, która przekazawszy z partnerem pacjenta w ręce lekarzy, mogła już odrobinę zwolnić obroty. Zerknęła na niego z ukosa, ponownie posyłając w jego kierunku rozbrajający uśmiech.
— Bardziej niż w porządku.
Zniknęła wewnątrz budynku, zostawiając go na podjeździe z głupkowatym półuśmieszkiem na twarzy. Zapowiadał się całkiem przyjemny dzień. A przynajmniej tak podpowiadała mu intuicja. Nabrał w płuca porządny haust przesiąkniętego smogiem oraz zanieczyszczeniami powietrza, szykując się do stoczenia ciężkiej batalii o odratowanie stopy siedemnastoletniej dziewczyny. Nim jednak wpadł na izbę przyjęć, zostawiając za plecami szary podjazd i huk remontu, zerknął w stronę filaru, o który opierał się niespełna dwie minuty temu, czekając na przyjazd ambulansu. Pomarszczony mężczyzna wyparował niczym kamfora, ale na stojącym w poprzek białym BMW pojawiła się wielka, czarna rysa pośrodku maski. Otaczający go zewsząd robotnicy chyba nie mieli wątpliwości, iż to jeden z odprysków asfaltu uszkodził drogi samochód, a teraz głowiąc się debatowali nad wybrnięciem z tej kłopotliwej sytuacji. Wreszcie wzruszyli lekko ramionami i odeszli, udając, że nic się takiego nie stało.
Tak. To zdecydowanie był dobry dzień.

______________________________________________________________

            Pisałam to z myślą o starych czasach, gdy zamiast dzisiejszych kart postaci publikowało się króciutką notkę wstępną, mającą na celu przybliżyć odrobinę innym współautorom naszego bohatera. Mam dziwne wrażenie, że muszę sobie jeszcze wiele przypomnieć, bo nie jestem do końca zadowolona z tego, co stworzyłam. Wyszłam z wprawy. Chciałabym móc lepiej ujmować w słowa własne myśli – może, jeśli uda mi się wytrwać wystarczająco długo, przypomnę sobie, o co w tym wszystkim chodziło. Na razie prezentuję Wam skromny początek, mając nadzieję na dalszy rozwój zarówno weny jak i historii Chrisa :)
                Nazwa rozdziału zaczerpnięta z tytułu piosenki Phila Collinsa.

09/04/2014

1971. Piasta koła

Cicho zamknęła drzwi i przekręciła zamek. Dochodziła dziewiętnasta – niespełna godzinę temu skończyła dwunastogodzinny, wyczerpujący dyżur, lecz nie czuła się zmęczona. Wiedziała, że tej nocy nie będzie potrafiła zasnąć. Każdy miał czasem takie noce, kiedy te wszystkie złe myśli wypełzały z zakamarków umysłu i otaczały człowieka niczym stado hien padlinę, wyszarpując żółtymi zębami kawały ociekającego krwią mięsa. 
  Przez chwilę stała nieruchomo, przyglądając się mieszkaniu, przez które przewinęło się tyle osób i skrzywiła się mimowolnie. Było tutaj zbyt pusto, zbyt cicho, jakby ona sama nie mogła należycie wypełnić tych czterech ścian. Nie podobało jej się tutaj, nie chciała tu być, lecz mimo to zsunęła ze stóp skórzane kozaki i ruszyła w stronę kuchni. Ktoś przecież musiał nakarmić koty. 
  Wyłożywszy jedzenie do misek, wróciła do przedpokoju i ściągnęła płaszcz, by następnie pozbyć się nieco drapiącego w szyję szalika. Znowu przystanęła, opierając dłoń o wyłożoną jasną boazerią ścianę, lecz nie udało jej się złapać myśli, która rozbłysła jej w głowie jasno niczym samochodowy reflektor, a następnie zgasła, pozostawiając po sobie jedynie irytujące mroczki niepozwalające o niej zapomnieć, ale też nienaprowadzające na jej trop. 
  Obróciwszy się, przeszła do salonu i z westchnieniem opadła na kanapę, wbijając wzrok w lakierowany blat niewielkiego, sięgającego kolan stolika. Do jej uszu dolatywało tykanie zegara, dolatywał też terkot pracującej lodówki, w który zaczęła wsłuchiwać się z niejakim zainteresowaniem, aż do momentu, w którym poprzedzony lekkim brzęknięciem terkot ten nie ustał. Było tu cicho, za cicho, nie podobało jej się tutaj, nie chciała tu być. Chciała za to, bardzo chciała, znajdować się teraz gdzie indziej, gdziekolwiek. „Życie to koło, jego jedynym zadaniem jest się toczyć i zawsze wraca do punktu wyjścia.” Inez musiała swoje koło pchnąć, by wreszcie mogło znowu zacząć się toczyć. 
  Wiedziała, że już od dłuższego czasu gromadziły się nad nią czarne chmury. Że zmiany w pewien sposób zostaną wymuszone niezależnie od niej, lecz nie chciała siedzieć i czekać z założonymi rękoma; chciała się na to przygotować, by nie otrzymać ciosu, lecz zrobić unik i skierować go na właściwy tor. Chciała, by ten cios był jak para poruszająca tłokami dawnych kolejek, by nie zwalił jej z nóg, a pchnął wagonik, w którym siedziała i pomógł jej się rozpędzić. Znała siebie na tyle dobrze, iż wiedziała, że nie będzie to proste. Może tego po sobie nie pokazywała, ale zwykle wszystko aż za bardzo przeżywała, przejmując się nawet drobnostkami, jak zatem miała znaleźć siłę na to, by po ewidentnej porażce jak gdyby nigdy nic ruszyć dalej? Musiała jednak to zrobić, potrzebowała tego. Dlatego musiała się przygotować. 
Stukając palcami o udo, poczuła, jak pod jej rękę wciska się koci łepek. Uśmiechnęła się na widok Leona i pozwoliła mu wejść na kolana, a także wiercić się dość długo, by móc stwierdzić, że najwyższy czas obciąć mu pazury. Kiedy kocur wreszcie się ułożył, jej dłoń machinalnie zaczęła go głaskać, a sama blondynka zdawała się nie zauważać, że spod jej palców ulatują tumany sierści. Tak, musiała się przygotować, nie tylko na to, co miało nastąpić, ale też do tego, co zamierzała zrobić później. Nie chciała zastanawiać się czy aby na pewno jest to właściwie; wystarczyło, iż podświadomie czuła, że bez tego się nie obejdzie. Jej życie stało w miejscu, koło się nie toczyło, a ona stała w samym centrum tego wszystkiego i aż za dobrze widziała, że bez jej pomocy ten mechanizm nie drgnie. Że koło się nie obróci. 
– Już niedługo – mruknęła do Leona, posyłając mu blady uśmiech. W odpowiedzi kot zmrużył złote ślepia i wydał z siebie długi pomruk, by następnie znowu zacząć miarowo mruczeć. Kapelutek gdzieś się zawieruszył. Zapewne spał smacznie, nie kwapiąc się zbytnio, by zainteresować się swoją panią i Inez wcale nie miała mu tego za złe. 
  Odchyliwszy głowę, oparła ją na zagłówku kanapy i zamknęła oczy. 
Doskonale wiedziała, czego chce od życia i zamierzała w najbliższym czasie to zrealizować. Zresztą, wszystko sprowadzało się tylko do jednego. Żeby wreszcie pchnąć to cholerne koło. Zatem dlaczego miała jedynie czekać? Tym bardziej, że to wszystko ciągnęło się już niesamowicie długo. Czarne chmury gromadziły się, wisiały nad nią, coraz bardziej spiętrzone, coraz bardziej nabuzowane. Ogromne masy ocierały się o siebie z nieprzyjemnym metalicznym zgrzytem, napięte, na granicy wytrzymałości, spęczniałe i przeładowane. A Inez siedziała i potulnie czekała, aż nad jej głową rozpęta się burza, jakiej świat nie widział. Czekała, aż spadnie na nią ulewa tysiąclecia, aż wokół niej zaczną uderzać pioruny. Czekała spokojnie, cierpliwie i dopiero niedawno jedynie wpadła na pomysł, by się na to przygotować. I nic więcej. W tym momencie doszła do wniosku, że coś tutaj jest ewidentnie nie tak, jak być powinno.  
  Zmarszczyła brwi i uniosła głowę z zagłówka, wzrok wbijając w rude futerko. Bok Leona unosił się i opadał coraz wolniej w miarę tego, jak kot zasypiał na jej kolanach. Wreszcie wydał z siebie długi, przeciągły i wibrujący pomruk, by w ten efektowny sposób przestać mruczeć i zasnąć na dobre. W tej chwili blondynka nie miała serca zrzucać go z kolan, ale też czuła potrzebę działania i wiedziała, że długo nie usiedzi w miejscu. Potrzeba ta urosła w niej nagle, od razu do niebotycznych rozmiarów, dokładnie w tym samym czasie, w którym ratowniczka zdała sobie sprawę z tego, że wszystko robi na opak. Że jedynie rozmyślając o swoim życiu, tak naprawdę niczego z nim nie robi. Że nie sztuką jest siedzieć na kanapie i gdybać. Sztuką jest z tej kanapy wstać i wziąć sprawy w swoje ręce. A ona już za długo stała z boku, jedynie się przyglądając i czekając, aż być może wydarzy się coś ciekawego. Nie, musiała wreszcie wejść w środek i kręcić się wraz z tym cholernym kołem. 
  – Przepraszam, grubasie… – mruknęła i delikatnie zsunęła Leona ze swoich kolan. Kot oczywiście się obudził, spojrzał na swoją panią z lekkim wyrzutem, po czym jak gdyby nigdy nic zwinął się w kłębek i kontynuował drzemkę, w której przed chwilą mu przeszkodzono. Inez zaś wstała, strzepała ze spodni ilości sierści wskazujące na to, że Leon już dawno powinien wyłysieć, po czym przeszła do sypialni i wygodnie rozsiadła się przed laptopem, mając zamiar posprawdzać to i owo. Zamierzała też jutro z samego rana wybrać się do pracy, mimo iż miała wolne. Podświadomie czuła, że im szybciej zacznie działać, tym lepiej, gdyż nie zdąży się wycofać. A przecież właśnie tego chciała, prawda? Z zaciętą miną przeglądała kolejne strony, niektóre dodawała do zakładek, inne niemalże od razu zamykała. Czego szukała, wiedziała tylko ona sama i na razie nikt nie miał się o tym dowiedzieć. Swoje zamiary chciała jak najdłużej utrzymać w tajemnicy, by przypadkiem pod czyimś wpływem nie zmienić zdania, mimo że teoretycznie to ona sama powinna wiedzieć, co jest dla niej najlepsze. A kiedy po kilku godzinach skończyła, zamknęła laptopa i odchyliwszy się, z cichym westchnieniem opadła na plecy.
  Może Inez jeszcze tego nie zauważyła, ale koło jej życia drgnęło nieśmiało i powolutku zaczęło się toczyć. 

__________________________________
Taki to zapychacz, zero akcji, zero czegokolwiek. Po prostu zapychacz, mały wstęp do właściwej noty, przed którą musiałam się nieco rozkręcić. Dlatego powstał i mam nadzieję, że choć trochę nadaje się on do czytania i mnie za niego nie zjecie.
Motyw koła zaczerpnięty z „Doktora Sen” Kinga. 
Tak teraz patrzę, że na blogu wydaje się krótsze niż w Wordzie, zatem to też mi wybaczcie.