Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

28/04/2013

1938. Czasami zemsta bywa sprawiedliwością


Po co wyobrażać sobie utratę kogoś bliskiego? Po co odczuwać fikcyjny ból, który nawet nie może równać się z tym, co następuje po danym fakcie?  Po co przyzywać strach, rozgoryczenie, smutek i tęsknotę, skoro można żyć i cieszyć się każdym kolejnym dniem? Być może takie, a nie inne działanie pomoże nam w przygotowaniu się na chwilę, w raz z którą odchodzi osoba bliska, a z nią – część nas. Wychowywana w środowisku próżnych i pustych ludzi, wykształconych i bogatych, nie miałam zbyt wiele do powiedzenia. Uśmiechałam się, potakiwałam i obiecywałam, że pójdę śladami ojca, bo przecież zostałam do tego stworzona.
Nie zwracałam uwagi na błahostki, na uśmiechy, które posyłali mi rodzice, kiedy wracałam ze szkoły do sporych rozmiarów mieszkania na Manhattanie. Kiedy wściekła rzucałam torbę pod ścianę i ściągałam szybko buty, psiocząc na nauczycielkę angielskiego, bo zdążyła zadać już dwie prace do napisania, spoglądali na mnie rozbawieni, posyłając sobie dość znaczące spojrzenia, które rozumieli tylko oni. Nigdy nie traktowałam ich jako zakochanej pary. Byli moimi rodzicami, a jeśli okazywali sobie coś poza grzecznością, robili to wtedy, kiedy nikt nie widział.
Obracaliśmy się w świecie, który niszczył człowieka. Niszczył jego dobro, naturalność i prostotę. Z człowieka z nizin stawałeś się tytanem pracy, kolejnym uczestnikiem bezsensownego wyścigu szczurów. Brak sensu zauważałeś zbyt późno, kiedy dałeś wplątać się w demokratyczny ustrój, gdzie ponoć wszyscy są równi, odpowiadając wobec takich samych praw. Ludzie się burzą – dlaczego on ma więcej, niż ja? Inni zaś, kiedy dostają to, co sobie wymarzyli, na co zapracowali, chcą więcej, dlatego to nigdy się nie kończyło. Nigdy. Ludzie, którzy coś osiągnęli, nigdy się nie poddawali.
Moi rodzice robili tak samo – najpierw apartament na Manhattanie, potem duży dom na przedmieściach, w którym mogłoby mieszkać spokojnie dziesięć osób. Nie wchodziliby sobie w drogę. My tego nie robiliśmy. Żyliśmy według ustalonego planu. Czwartkowe wieczory spędzałam z ojcem, ucząc się gry w szachy lub wraz z jego znajomymi grając w pokera. Zdarzało się też, że oglądaliśmy filmy, przy którymi zaśmiewaliśmy się do upadłego lub zalewaliśmy łzami. Nie przykładałam wagi do tych wieczorów. Czwartek to czwartek, parę godzin spędzonych w towarzystwie ojca i tyle. Nie potrzebowałam więcej.
Nie zwracałam uwagi na uśmiechy, które mi posyłali. Żyłam w błędnym przeświadczeniu, z dziecinną wiarą w to, że nic się nie skończy. Że nie stracę żadnego z nich. Naleśniki podawane na śniadanie były rutyną, podobnie jak przesiadywanie z rodzicielką na kanapie i obgadywanie tej wrednej sąsiadki. Jakim cudem człowiek tak łatwo przyzwyczaja się do gestów? Do słów. Do sytuacji. Nie powinniśmy tego robić, nie powinniśmy się cieszyć z naleśników, nie powinniśmy cieszyć się z bliskości osób, które znamy od zawsze. Jesteśmy jednak naiwni, naiwni na tyle, że bierzemy wszystko to, co los podtyka nam pod nos.
A potem zabiera. Tracimy coś, co wpisywało się przez wiele lat w naszą codzienność.
Pamiętam, że chciałam wtedy krzyczeć.
Pamiętam, jak bolało.



04.01.2013
Szła niezbyt szerokim chodnikiem z betonowej wylewki, mijając mnóstwo kojców. Towarzyszyły jej wesołe szczeknięcia, jak i ostrzegawcze warknięcia. Mimo to, z uśmiechem przyglądała się każdemu psiakowi. Podczas wędrówki mogła pożegnać się ze wszystkimi podopiecznymi schroniska. Z tymi wesoło merdającymi ogonami, jak i tymi skulonymi w kącie. Przejście całej długości betonowej ścieżki stało się tradycją, jej drobnym, osobistym rytuałem, bez którego nie opuszczała tego miejsca. Dłonie wsunęła do kieszeni kurtki i zatrzymała się przy jednym z boksów.
— Cześć, Speedy — przywitała się z uroczym psiakiem, który szczeknął cicho w odpowiedzi. — Wrócę za kilka dni. Nie tęsknij za bardzo — dodała spokojnie, zaciskając palce na cienkiej siatce. Na skórze poczuła dotyk języka młodego zwierzęcia. Kolejne szczęknięcie. — Wrócę i zabiorę cię do domu, maluchu. Obiecuję. — Wyprostowała się i zerknęła w stronę furtki, którą musiała przekroczyć lada moment. Nie lubiła rozstawać się z psami, którymi opiekowała się jako wolontariuszka. Bywała tutaj na tyle często, że wszyscy znali ją i kojarzyli. Potrafiła spędzić wśród zwierząt cały dzień, nie odczuwając zmęczenia i braku towarzystwa ludzi. Każdy jednak mógł zauważyć, że uwagę dziewczyny przykuł młody, zaledwie pół roczny owczarek niemiecki, a właściwie jakiś mieszaniec. Był niepokorny, skory do figli i posiadał niewyzbyte pokłady pozytywnej energii. Speedy. Dostał to imię dwa dni po tym, jak porzuconego znaleźli go przy drodze stanowej.
Emily Thorne traktowała schronisko jak swój drugi dom, gdyby mogła, nie wychodziłaby stąd. Doskonale wiedziała, że nie może przygarnąć psiaka, bo rodzice byliby bardzo niepocieszeni z powodu jakiegoś futrzaka wałęsającego się po ich doskonałym, olbrzymim domu. Emily Thorne jednak nigdy nie łamała składanych obietnic. Choćby miała poruszyć niebo i ziemię, dotrzymywała zapewnień, które przecież padały jej z ust. Czasami były to niezbyt przemyślane słowa, niezbyt rzetelne obietnice, ale nawet z nich potrafiła się wykaraskać, wyjść na swoje i puszyć się jak paw przez kilka następnych dni.
— Emily. Musisz już iść.
Skinęła głową i odeszła od kojca, mrugając jeszcze do psiaka, który wrócił na swoje posłanie, nie przestając jednak merdać ogonem. Tamtego chłodnego, zimowego wieczoru nie przypuszczała, że pierwszy raz w swoim życiu złamie daną obietnicę. Nie przypuszczała, że zrezygnuje z czegoś, co sprawiało jej przyjemność, co pozwalało choć na parę godzin wyrwać się z tego durnego wyścigu szczurów, gdzie cały czas musiała być najlepsza.
— Idę, Stanley, idę — mruknęła w odpowiedzi, przechodząc obok mężczyzny, który przytrzymywał furtkę. — Powinnam pojawić się w poniedziałek. I wiesz co? Przygotuj Speedy’ego na pierwszy, dłuższy spacer. Chciałabym spróbować…
— Emily, idź już. Porozmawiamy w poniedziałek. Jest dziewiętnasta. Od dwóch godzin nie powinno cię tutaj być. — Uniósł palec w ostrzegawczym geście, bardzo chcąc, żeby dziewczyna zachowała milczenie. Widząc, jak brunetka tupie nogą i odwraca się na pięcie, prychając pod nosem, nie mógł się nie uśmiechnąć. Była pomocna, ale jej obecność czasami bywała męcząca. A przecież nie mógł jej tego powiedzieć. Za bardzo cenił sobie fakt, że co miesiąc wpłacała jakąś sumę na konto schroniska, że pojawiała się co najmniej cztery razy w tygodniu i dbała o część psiaków, które potrzebowały towarzystwa.

***
— Dzwoniłaś, mamo? — spytała, siedząc w aucie swojej rodzicielki i zapinała pasy. Funkcja „głośnomówiący” była naprawdę wybawieniem dla Emily. Wsunęła kluczyk do stacyjki i przejrzała się w lusterku.
— Następnym razem, jak bierzesz mój samochód, pannico, masz mnie o tym poinformować. Wzięłam twój i co się okazało? Że w połowie drogi do miasta skończyło się paliwo. Dlaczego nic nie powiedziałaś? Gdyby nie miły pan, który mnie…
— Następnym razem cię poinformuję, mamuś. Przepraszam, nie chciałam spóźnić się do schroniska. Wracam do domu. Kupić coś na kolację?
            — Dla naszej dwójki, tata…
            — Tata zadzwonił i powiedział, że wróci bardzo późno. Nic nowego — prychnęła, odpalając silnik. Co prawda, jeździła jak wariat, ale nie lubiła cofać. Naprawdę nie lubiła tego robić. — Muszę kończyć. Dzisiaj chińszczyzna.
            I tyle. Tymi słowami zbyła matkę, od razu się rozłączając. Nie usłyszała słów, które wypowiedziała kobieta. Nie słyszała krótkiego „kocham cię”, nie miała okazji odpowiedzieć, bo była zbyt zajęta wybieraniem odpowiedniej knajpy.

***

            Wielki dom stojący na przedmieściach Nowego Jorku w sąsiedztwie podobnych sobie budynków, nie robił wrażenia na sąsiadach. Wszyscy żyli tutaj dość bogato, wszyscy mieli zadbane ogródki, które już wiosną były dumą mieszkańców okolicy. Państwo Thorne nie odstawali od reszty. Sporych rozmiarów garaż, a przed nim zwykle stały dwa auta, bo nie każdy miał czas, aby wjeżdżać i wyjeżdżać z garażu każdego dnia. Trawnik, który zwykle zielenił się i zapraszał, aby na nim przysiąść, teraz pokryty był szronem i nie zbudzał zaufania. Droga wyłożona brukowaną kostką lawirowała między krzewami i kwiatami, które były chlubą Elizabeth. Emily jedynie obojętnym spojrzeniem lustrowała skalniki, grządki i inne ozdoby, uważając je za zupełnie zbędne.
            Wjechała na podjazd, upewniła się, że wszystko jest w porządku i wyszła z auta, truchtem ruszając do drzwi. Ale nie tych frontowych. Ich używali tylko goście, ewentualnie kurierzy. Wolała tarasowe drzwi, prowadzące prosto do kuchni, gdzie podgrzewana podłoga robiła dobre wrażenie, zwłaszcza zimą. Nie lubiła wracać do pustego domu. Był wielki, ciemny i pusty. Nie zaszywała się wtedy w swojej sypialni, przynosiła co najważniejsze do saloniku łączonego z kuchnią i włączała telewizor. Czekała na rodziców.
            Tamtego wieczoru weszła do kuchni, odłożyła dwa pudełka z chińszczyzną na blat kuchennej wysepki i zniknęła na moment w przedpokoju. Wróciła bez wierzchniego okrycia i butów, z uśmiechem sunąc po ocieplanych kafelkach. Otworzyła oba pudełka i zdecydowała się na to z makaronem ryżowym z kurczakiem. Chyba z kurczakiem. Diabli wiedzą, skąd mają to mięso. Zrezygnowała z pałeczek dołączanych do zestawów na wynos i złapała za tradycyjny widelec, rozsiadając się wygodnie na kanapie. Była pewna, że rodzicielka niebawem wróci do domu, przywita ją jeszcze kilkoma zarzutami, których nie zdążyła wypowiedzieć przez telefon i zajmie się sajgonkami, śledząc losy bohaterów swojego ulubionego serialu.
            Jednak ulubiony serial Pani Thorne leciał już dwadzieścia minut, kiedy zaniepokojona Emily sięgnęła po telefon i wybrała telefon matki, przekonana, że ta siedzi u przyjaciółki i plotkuje w najlepsze. Usłyszała kilka sygnałów i liczyła na to, że Elizabeth odbierze. Zawsze to robiła. Zawsze miała przy sobie telefon. Była kobietą biznesu.
            — Telefon Elizabeth Thorne, zostaw wiadomość, oddzwonię najszybciej, jak będę mogła. Nagraj się po sygnale.
            Emily rozłączyła się i spojrzała z niedowierzaniem na wyświetlacz swojego telefonu. Był to pierwszy raz, kiedy natknęła się na pocztę głosową matki. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek ktoś nagrał się na skrzynkę tej kobiety, po której odziedziczyła sumienność. Wzruszyła ramionami i spróbowała jeszcze raz, potem drugi i trzeci. Poddała się. Westchnęła i nie rozłączyła się zbyt szybko, zastanawiając się, co mogłaby powiedzieć.
            — Nie wygłupiaj się, mamo. Kolacja jest zimna, jak lód. A „Gotowe na wszystko” już się skończyły. Wróć, bo za piętnaście minut zjem sajgonki — zagroziła i uśmiechnęła się, kręcąc z niedowierzaniem głową. Chyba nie przywykła do nagrywania się na skrzynki pocztowe. Odłożyła telefon i złapała za pilot, zmieniając kanał. Palce do tej pory zaciśnięte na urządzeniu, wyprostowały się, a pilot z niezbyt głośnym trzaskiem wylądował na jasnych panelach. Serce na moment się zatrzymało. Widok własnego auta, właściwie wraku na moście, powiedział jej tylko jedno. Nie miała czasu robić sobie nadziei, kiedy reporter szybko dodał, że kierowca nie żyje. Ona wiedziała, kto był kierowcą i szybko otarła wilgotny policzek wierzchem dłoni. Kolejne łzy płynęły jednak nieprzerwanie. 

***

Dziesięć minut wcześniej

            — Słucham? — Głos prokuratora Thorne’a jak zwykle brzmiał rzeczowo i konkretnie. Wcześniej zajadle przeklinający korki w centrum miasta, teraz szybko sunął ulicą prowadzącą przez przedmieścia. Chciał, jak najszybciej znaleźć się w domu i zrobić niespodziankę żonie i córce. Taki był jego zamiar od początku.
            — Detektyw Coyle z tej strony. Wydaje mi się, że nie mam dobrych wieścich…
            — Proszę mówić. Chodzi o sprawę tego mordercy? Nie może to poczekać do jutra? Śpieszę się do domu, detektywie.
            — Wyłowiliśmy z Hudson auto pańskiej córki. Nie żyje… — detektyw Coyle nie zdążył dokończyć zdania. Prokurator Thorne przerwał mu gwałtownie, zakazując udzielania jakichkolwiek informacji „tej przeklętej prasie”. Jego córka nie żyła. Szczerze wątpił, aby sama zjechała do mostu. Szczerze wątpił w to, że Emily może być tak nieodpowiedzialna.

***
            — Elizabeth!
            Emily poderwała się z kanapy na dźwięk głosu swojego ojca, zaraz po tym, jak upuściła pilot. Bała się. Drżała i usilnie starała się nie płakać. Ruszyła do sporego holu i zapaliła światło, stanęła twarzą w twarz z ojcem, który wyglądał teraz, jakby zobaczył ducha.
            — Tato…
            Wiedział. Nie musiała pytać. Wiedział o wypadku. Wiedział o tym, że matka wpadła w poślizg, spadając do rzeki. Wiedział. Podszedł tylko do niej i zamknął w objęciu silnych ramion, opierając podbródek na czubku jej głowy. Wpatrywał się przed siebie, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Wiedział więcej, niż mogło jej się wydawać. Ona znała tylko historię powtarzaną przez mass media. Historię, która szybko obiegła całe miasto. Nie wszyscy jednak byli w stanie przejmować się losem zmarłej kobiety. Wypadki zdarzały się codziennie.
            Ale ona nie zdawała sobie sprawy z tego, że był to wypadek. Nie miała pojęcia, że to ona miała być celem, że to jej śmiercią ojciec miał zostać zastraszony i zmuszony do zapłacenia sporych pieniędzy, aby odzyskać święty spokój. Celem, zupełnie przez przypadek, została jej matka. Emily Thorne nie potrafiła poradzić sobie ze śmiercią rodzicielki. Miała wrażenie, że ktoś pozbawił ją osoby, bez której nie umiała normalnie funkcjonować. Mimo wsparcia ojca, przyjaciół i krewnych, nie czuła nic. Serce, które przestało bić w momencie, kiedy dowiedziała się o Jej śmierci, przerodziło się w kamień, który niełatwo było skruszyć. Nie pozwalała na to. Uczyła się obojętności. Uznała, że lepiej być kimś, kto nie przejmuje się innymi, kimś, kto zamknie się w swoim świecie i choć na moment zapomni o uczuciach. 
            Nowojorska telewizja i prasa wydały w końcu oświadczenie.
„W wypadku, wieczorem czwartego stycznia bieżącego roku, zginęła Elizabeth Thorne. Pojazd wpadł w niekontrolowany poślizg. Rzecz miała miejsce na remontowanym moście, bez zabezpieczających barierek. Za przyczynę śmierci koroner podał utonięcie.”
            Nic więcej. Nikt nie drążył sprawy. I tylko parę osób w całym mieście wiedziało, że Elizabeth Thorne została postrzelona w trakcie jazdy. 


Tak, wiem. Wiem, że zapomniałam o uczuciach. Ale na pewno pojawi się notka, która nie będzie tak informacyjna, jak ta, a bardziej skupi się na odczuciach Emily. Nie wiem, kiedy się pojawi, ale raczej powinna się pojawić, no. Wiem, że to kicha i w ogóle. Mam ochotę to usunąć, ale być może po prostu kiedyś to poprawię. Mam nadzieję, że nikt nie umrze czytając. 

25/04/2013

1937. Anioł nigdy nie upada. Diabeł upada tak nisko, że nigdy się nie podniesie. Człowiek upada i powstaje.



            Codziennie budziłeś się z poczuciem, że czeka Cię kolejny ciężki dzień z tą bandą przygłupów, których zaszczyciłeś określeniem swoich uczniów. Codziennie rano psioczyłeś na psa, który tak bezczelnie wyrywał Cię ze snu i obśliniał twoją twarz. Codziennie rano przekręcałeś się na drugi bok, chowając głowę pod poduszką, dopóki nie usłyszałeś tego cudownego dźwięku. Jej śmiech, który momentalnie zmieniał twój nastrój i miałeś chęć do życia. Podnosiłeś poduszkę, by spojrzeć na Jej twarzyczkę. Jasnobrązowe okalające jej buzię włosy i te czekoladowe oczy, w których się rozpływałeś i zapominałeś o wszystkim. Doskonale pamiętasz, jak to się stało, że leżała obok Ciebie i patrzyła na Ciebie z rozbawieniem. Miałeś wtedy dwadzieścia trzy lata. Byłeś na trzecim roku studiów. Byłeś młody, chciałeś poznawać świat, dlatego zgodziłeś się wyjechać na praktyki do Paryża. Opłaciło Ci się opuścić rodzinny Balford, bo to zmieniło Twoje życie na zawsze. Ona miała wtedy dwadzieścia lat. Młoda francuzka, która od razu zamotała Ci w głowie. Nie pamiętasz już, jak znalazła się na Twojej drodze, ale pamiętasz, jak bardzo się starałeś, by na Ciebie choć spojrzała. Młody byłeś, miałeś już wiele związków za sobą, ale dopiero, gdy zobaczyłeś ją zrozumiałeś, że tamte uczucia były błahe, ulotne, nietrwałe. Siedząc z nią w jednej z paryskich kawiarni, kiedy to zgodziła się wreszcie z Tobą umówić, zrozumiałeś, że spotkałeś tą jedyną, tą, z którą chciałeś spędzić resztę życia.
            Epicka miłość; tak mówili Wasi przyjaciele. Tak się też czułeś. Czułeś, że dzięki niej zmieniasz swoje nastawienie do świata. Dzięki niej stałeś się lepszym człowiekiem. Wyzwoliła w Tobie to co najlepsze. Akceptowała każdą Twoją wadę, każde Twoje spaczenie i nawyk. Odwdzięczałeś się tym samym. Tolerowałeś jej defekty i dziwne przyzwyczajenia. Ponadto, dzięki właśnie dzięki tych jej usterkom kochałeś ją jeszcze bardziej. Czasem specjalnie doprowadzałeś ją do ostateczności, by móc cieszyć oczy tą małą zmarszczką na czole, która pojawiała się jedynie wtedy, gdy się denerwowała. Kłóciliście się. Nie byliście przecież idealnie ze sobą współgrającą parą. Czasem ciche dni trwały krótko, a jedne ciągnęły się nawet tygodniami. Często nie mieliście czasu dla siebie, ale nawet to nie powstrzymało Cię do oświadczenia się jej. Przyjęła. Zaczęły się przygotowania. Zostawiłeś sprawy organizacyjne jej, przecież to ona z Was dwojga była tą ułożoną, perfekcyjną, a co najważniejsze spokojną, połówką. Ty byłeś jej kompletnym przeciwieństwem. Z trudem wcisnęli w Ciebie garnitur. Na swój własny ślub miałeś opory, by zawiązać krawat, ale Ona się uparła, wręcz Ci groziła, że nici ze ślubu, jeśli nie założysz tego przeklętego kawałka materiału. Była dobra w sztuce perswazji. Mogłaby sprzedawać w telezakupach i zachęcać ludzi do kupienia nawet najbadziewniejszego badziewa, a jednak spełniała się jako kwiaciarka. Nawet z czasem otworzyła swoją własną kwiaciarnię. Miało być pięknie. Mieliście żyć szczęśliwie. Planowaliście nawet dzieci. Wkręciłeś się, zafascynowałeś i uległeś urokowi raczkujących małych ludzi. Chciałeś mieć syna, ona córeczkę. To było jasne jak słońce, że sprzeczaliście się o płeć dziecka. Próbowała Cię przekonać do małych sukieneczek i kokardek. Za każdym razem śmiałeś się z niej, widząc jej ten cały entuzjazm. Uwielbiałeś patrzeć na nią, jak się śmieje. Jej śmiech był dla Ciebie najpiękniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszałeś w życiu. Chciałeś, by zawsze była szczęśliwa.
                Bóle głowy. Wymioty. Zmiany zachowania. Ataki. To wszystko zaczęło się tak nagle. Przyszło tak niespodziewanie, rujnując wasze szczęście. Zmiany w mowie. Problemy w zdolności poznawczych. Nie wiedziałeś co się dzieje. To nie była Twoja żona.  Martwiłeś się i cierpiałeś razem z nią. Nie potrafiłeś patrzyć, jak się męczy, jak to wszystko ją ogłupia i powoduje, że oddalaliście się od siebie. Pomagałeś. Tak bardzo jej pomagałeś, próbując, jak najlepiej załagodzić objawy. Nie mogłeś pozwolić, by tak szybko się poddała. Nie chciałeś zostać sam na świecie, bez swojego prywatnego słońca.  Egoistyczne myślenie, ale właśnie to pomagało Ci nie zwariować. Chodziłeś codziennie do szpitala, siedziałeś przy jej łóżku i wpatrywałeś się w nią, jak w obrazek, modląc się, by z tego wyszła. Modliłeś się, by po otworzeniu oczu rozpoznała Cię. Ściskałeś jej dłoń za każdym razem, gdy znowu miała ataki i zmiany nastroju. Byłeś przy niej cały czas, nie myśląc wtedy o konsekwencjach. O tym, co może się stać po tym, jak jej już nie będzie obok Ciebie. Nie zastanawiałeś się nad tym. Nie chciałeś o tym myśleć. Wolałeś myśleć pozytywnie, jak to Ciebie nauczyła. Próbowałeś doszukiwać się jasnych stron. Nie pisałeś czarnych scenariuszy. Ona z tego wyjdzie. Musiała wyjść.
                Zmieniłeś się. Diametralnie zmieniłeś podejście do świata Ciebie otaczającego. Nad Tobą zawisły czarne chmury, które uginały się pod ciężarem deszczu, który miał za chwilę na Ciebie spaść. Odsunąłeś się od ludzi. Straciłeś kontakt z przyjaciółmi, którzy próbowali Ci pomóc po stracie. Wyalienowałeś. Twoim priorytetem było to, by w ogóle wstać z łóżka. Codziennie budziłeś się ze świadomością, że dzisiejszy dzień znowu przeżyjesz według trwałego planu. Pobudka. Wyjście z psem. Praca. Powrót do domu. Wyjście z psem. Siedzenie w barze. Zacząłeś pić, ale nie słowo ‘alkoholizm’ nie mógł przejść Ci przez gardło. Nie dopuszczałeś do siebie myśli, że mogłeś się uzależnić. A jednak. Na początku wystarczała Ci tylko jedna szklanka przed snem. Teraz co wieczór ledwo wracasz do domu o własnych siłach. Wiesz, że powinieneś się opanować. Zmienić coś w swoim życiu. Powinieneś przestać żyć przeszłością, ale wszystko Ci o Niej przypomina. Puste miejsce obok Ciebie w łóżku. Niektóre produkty spożywcze, które lubiła i które dalej kupujesz, choć ich nigdy nie zjadasz. Ulubione miejsce na kanapie w salonie. Nawet pies, którego sama wybrała jako szczeniaka Ci o Niej przypominasz, ale nie masz serca go oddać. On daje Ci jakieś otuchy. Daje Ci powód byś wstał z łóżka, bo może się zlać na podłogę w akcie protestu. Fakt, co raz częściej wychodzisz z domu. Coraz częściej omijasz szerokim łukiem pobliski bar i coraz częściej uśmiechasz się do ludzi, jednak boisz się wrócić do życia w społeczeństwie. Boisz się, że znowu stanie się coś złego, upadniesz na samo dno, ale tym razem się nie podniesiesz. Owszem, możesz spróbować. Chcesz spróbować, ale nie sam. Nie w pojedynkę.
                     Poznałeś ją. Francuzka. Blondynka. Uśmiech. Śmiech. Oczy. To wszystko sprawiło, że zacząłeś do niej zagadywać. Nieśmiało, bo dawno nie miałeś styczności z kobietami. Jesteś jak dziecko we mgle, które na dodatek nie potrafi jeszcze dobrze chodzić. Stawiasz niepewnie kolejne kroki, by trochę się do niej zbliżyć. Patrzysz na nią. Tak samo, jak kiedyś patrzyłeś na Nią. Wpatrujesz się czasem zbyt nachalnie, ale nie powstrzymuje Cię to. Chcesz ją bliżej poznać, czujesz kiełkującą do niej fascynację, zaintrygowanie. Interesujesz się nią coraz bardziej, choć nie powinieneś. Relacja wykładowca-student powinna ograniczać się do jedynie formalnych rozmów. Fakt, nie jesteś jej nauczycielem, jednak to wciąż jest wbrew regulaminu, ale nie możesz się powstrzymać, by się do niej nie uśmiechnąć. Jak wtedy w Paryżu. Starasz się, by Cię zobaczyła, by na chwilę przestała patrzyć na Ciebie, jak na nauczyciela. To co, że jest młodsza? Że może odstraszać ją Twój wiek? To co, że może się w jakiś sposób brzydzić? Odpychasz od siebie te wszystkie obawy, że możesz polec. Czujesz się, jakbyś cofnął się w czasie i ponownie miał dwadzieścia trzy lata i znowu starał się zdobyć dziewczynę, która w jakiś sposób podbiła twoje serce i która, masz nadzieję, pomoże Ci wyjść z dołka i znowu odnaleźć chęć do życia.
 ________________________________________________________________________________
Tak bardzo ckliwie, tak bardzo dramatycznie, ale właśnie tak wyobraziłam sobie postać Gerarda i w taki sposób chciałam mu zbudować przeszłość. Dawno nie pisałam żadnej notki, więc za wszystkie błędy, niedopowiedzenia przepraszam najmocniej.
Czekam na wasze opinie :3

23/04/2013

1936. Opowiedz mi swoją historię.


 2006

- Przedawkowała.
                Głośne przełknięcie śliny, wciągnięcie powietrza, zatrzymanie go w płucach. Powolne zamknięcie powiek, zaciśnięcie dłoni w pięści. Kolejny wdech, jedna łza, druga, trzecia i kolejne. Wilgotne ślady na bladych policzkach, zaciśnięta szczęka, napięte mięśnie.
                Zwykłe, banalne, powtarzane codziennie w telewizji czy radiu, wcześniej nie wywołujące w nim jakichkolwiek emocji słowo sprawiło, iż nagle coś w nim pękło. Coś, skrywane od bardzo dawna, czekające tylko na odpowiedni impuls, który umożliwi wybuch. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Zwęziło się pole widzenie, oczy zaszły mgłą, wszystko działo się w zwolnionym tempie. Bezwładnie osunął się na podłogę, opadł na zimną posadzkę niczym marionetka, której nitki zostały przerwane. Przerażający krzyk pełen bólu i nieopisanego smutku wydarł się z jego krtani, jednak nie poczuł ulgi. Wręcz przeciwnie, pojawiła się w nim niemoc, narastająca z każdą sekundą. Zaczęła wypuszczać swe macki w głąb jego duszy, oplatała każdy zakamarek jego rozchwianej świadomości. Zatracał rzeczywistość, zamykał się w sobie, wyłączał na bodźce zewnętrzne. Słyszał głosy, ale ich nie rozumiał. Czuł  szturchnięcia, lecz nie reagował. Nastała błoga ciemność.

2009

- Wyjeżdżam – powiedział, zakręcając butelkę z mlekiem. Przeniósł wzrok na mężczyznę siedzącego przy okrągłym stole i mozolnie stukającego w klawiaturę. Ten jedynie zerknął na niego i wrócił do wcześniej wykonywanej czynności, jak gdyby nic nie usłyszał. Brunet przytknął szklankę do ust i upił kilka łyków, uparcie wpatrując się w swoją starszą wersję.
- Nic nie powiesz? – zapytał w końcu, nie mogąc znieść dłuższej ciszy. Mężczyzna zdjął z nosa okulary, przetarł oczy i minimalnie uniósł kąciki warg do góry, spoglądając ponownie na swojego syna.
- Nie jestem zaskoczony twoją decyzją. I doskonale wiesz, że ją popieram. Co jeszcze chciałbyś usłyszeć? – odparł łagodnie, co znacznie kontrastowało z jego surowymi rysami twarzy. Brunet cicho odetchnął i uśmiechnął się szeroko, czując znaczną ulgę. Rozmowy o wyjeździe były dość częstym tematem w domu i teoretycznie rzecz biorąc wiedział, iż ojciec jest przychylnie nastawiony do jego pomysłu, a mimo to wciąż tkwiła w nim nutka niepewności. Została ona jednak zupełnie rozwiana w tejże chwili. Wystarczył ciepły ton i ten ledwo widoczny uśmiech, by zrozumiał, iż jego decyzja jest słuszna.
- Dziękuję, tato – szepnął, a oboje poczuli, że nie chodzi tu jedynie o zgodę na wyprowadzkę.

2013

            Niedziela, dzień jak co dzień. Zbliżała się godzina trzynasta, a Landon jak zwykle usadowił się na kanapie z laptopem na kolanach. Veli zajął miejsce obok niego, zwijając się w jedną wielką puszystą kulkę. W rodzimych Helsinkach zbliżała się właśnie godzina dwudziesta, a by tradycji stało się zadość, Vaara jak co tydzień łączył się z tatą na Skype. Była to ich ustalona od dawien dawna pora, która pasowała im obojgu i sporadycznie zdarzało się by dzwonili do siebie w inny dzień, o innym czasie. Kliknął w zieloną słuchawkę i już po chwili w mieszkaniu rozległ się specyficzny dźwięk oczekiwania na rozmówcę. Po kilkunastu sekundach w okienku na ekranie pojawił się ojciec Landona, mężczyzna w średnim wieku o jasnych włosach, które były najprawdopodobniej jedyną cechą wyglądu, jaka ich różniła. Poza tym, byli niemal identyczni – to same czekoladowe spojrzenie, te same kości policzkowe, kształt nosa i ust.
- Hei – mężczyzna przywitał się, posyłając synowi ciepły uśmiech.
- Cześć tato. Co u ciebie? – zaczął brunet, przekrzywiając lekko głowę i włączając kamerowy obraz na cały ekran. Vaara nie wstydził się przyznać, iż szczerze tęsknił za rodzicem. Przeżyli we dwójkę zarówno dobre, jak i złe chwile, choć te drugie niestety bardziej dały im się we znaki. Wiele zawdzięczał swemu ojcu i dlatego kontakt z nim był tak ważny dla młodego Fina.  
Rozmowa toczyła się według niepisanego schematu – nowości z tygodnia ze strony ojca, potem relacja Landona. Kilka ploteczek z zimnego, rodzinnego miasta i pozdrowień od dawnych przyjaciół, które brunet przyjął z uśmiechem.
- Landon, mam do ciebie prośbę – zaczął mężczyzna siedzący po drugiej stronie ekranu w momencie, kiedy brunet już otwierał usta by zacząć się żegnać.
- Jasne, wal śmiało – odparł automatycznie, wzruszając lekko ramionami.
- Pamiętasz doktora Koivu?
            Zamarł. Nie sposób było zapomnieć o człowieku, który pomógł ci się wygrzebać z największego bagna, w jakie się wpadło. Landon zmarszczył lekko czoło i odstawił szklankę na stolik, zastanawiając się, do czego zmierza jego rodzic.
- Oczywiście, że tak – odparł wolno, jakby zastanawiając się pięć razy nad każdym wypowiedzianym słowem. – A o co chodzi?
- Spotkałem się z nim ostatnio. Pytał co u ciebie… Odpowiedziałem, że świetnie sobie radzisz – zaczął ostrożnie starszy z Finów. Brunet nie sądził, by na tym miała się ta rozmowa skończyć; jego ojciec wyraźnie do czegoś dążył, choć nie potrafił się do końca przemóc i wysłowić. Landon odmruknął coś niewyraźnego, umożliwiając tym samym dalsze kontynuowanie myśli ojca. Ten jednak jedynie westchnął i zagryzł wargi, drapiąc się po policzku.
- Coś jeszcze? – zapytał zniecierpliwionym tonem.
- Doktor uważa, że powinieneś… Powinieneś zgłosić się na kontrolę. Ma przyjaciela w Nowym Jorku, bardzo dobry psychiatra, z pewnością…
- Nie potrzebuję pomocy – uciął ostro. Wziął głębszy wdech by się uspokoić i powstrzymać złość, która już powoli zaczynała w nim buzować. – Wszystko jest dobrze, po co mam więc znowu o tym wszystkim opowiadać komuś obcemu?
- Proszę, Landon. Wierzę ci, ale chciałbym… Chciałbym mieć pewność, że wszystko jest w najlepszym porządku, że potrafisz o tym wszystkim mówić.
            Brunet wymruczał ciche przekleństwo pod nosem i przeczesał ciemne kosmyki smukłymi palcami. Wytłumaczenie ojca wcale mu się nie podobało, wiedział, że ta prośba musi mieć jakieś głębsze dno. Sam pomysł uważał za kompletnie idiotyczny i niepotrzebny, ale mógł się poświęcić dla ojca. Zrobiłby dla niego wszystko i mimo, iż wizja spotkania z kolejnym lekarzem ani trochę nie nastrajała go pozytywnie, zgodził się.
- Podaj mi jego imię, nazwisko i numer telefonu – powiedział po dłuższej chwili milczenia. Ojciec uśmiechnął się z ulgą, lecz Landona było stać jedynie na niewyraźny grymas.

*

            Doktor Fumey był mężczyzną dochodzącym pięćdziesiątki. Ciemnobrązowe włosy przyprószone były siwizną, zaś niebieskie oczy schowane za prostokątnymi okularami. Delikatny uśmiech błąkał się po jego twarzy, gdy witał się z Landonem, co zdecydowanie sprawiało, iż wyglądał na miłego osobnika.
Początkowo rozmowa przebiegała bardzo niewinnie. Pytania o przyjazd do Nowego Jorku, pracę, zainteresowania… Banalne, można by rzec. Brakowało kawy i widoku na ulicę, a wyglądaliby jak para nieznajomych osób, która zawierała właśnie nową znajomość. Niestety, sielanka się skończyła, gdy Fumey postanowił zejść na wrażliwsze tematy. Wyjaśnił, iż jako jego nowy lekarz uzyskał jego wcześniejszą kartę i mimo, iż doskonale znał jego historię, chciał usłyszeć ją z ust Landona.
- Nie chcę o tym rozmawiać – odparł brunet. Pogodny ton głosu, tak bardzo dla niego typowy, zmienił się diametralnie – był zimny, szorstki i beznamiętny.
- To część terapii.
- Terapię mam już za sobą.
- Najwyraźniej nie, skoro wciąż boisz się o tym mówić – uciął krótko lekarz, tym samym zatykając usta Landona. – Nie musisz się spieszyć, mamy dużo czasu.
            Wargi bruneta zacisnęły się w wąską linię. Przymknął powieki i przesunął palcami po skroni. Nie uśmiechało mu się przywoływanie tych wszystkich wspomnień. „Zrób to dla taty. Pokaż, że pokonałeś wszystkie lęki” powtarzał sobie w myślach, lecz mimo to poczuł ogromną gulę w gardle.
- Od czego mam zacząć? – spytał z trudem, spuszczając wzrok na swoje dłonie, splecione ze sobą.
- Najlepiej od samego początku. Opowiedz o Kellinie, twoim bracie – zaproponował spokojnie specjalista. Nieprzyjemne dreszcze przebiegły po plecach bruneta, a włoski na karku stanęły dęba. Przełknął powoli ślinę, rozpaczliwie rozglądając się po pomieszczeniu, jak gdyby w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do ucieczki. W końcu wziął jednak głęboki wdech i wbijając wzrok w podłogę zaczął opowiadać, z każdym słowem czując narastający ból.
- Kellin był dwa lata starszy. Świetnie się dogadywaliśmy, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Zdarzały się sprzeczki, to oczywiste, ale… Zawsze stanowił dla mnie wzór do naśladowania. Kiedy miałem czternaście, a on szesnaście lat, Kellin zaczął interesować się nielegalnymi wyścigami. Początkowo chodził tylko popatrzeć, ale po roku czasu sam brał w nich udział. Wiedziałem, że to niebezpieczne, powtarzałem mu to tysiące razy. Ale on wciąż prosił, bym go nie zdradzał rodzicom. Mówił, że to jego pasja, że to dobry trening, skoro chciał zostać kierowcą rajdowym – brunet urwał, pochylając się i zakrywając dłońmi twarz. Zacisnął zęby, starając się powstrzymać łzy napływające mu do oczu.
- Co działo się dalej? – usłyszał spokojny, wyważony głos mężczyzny. Miał ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że doskonale wie, co się stało i jaki jest cel w torturowaniu go tą rozmową, lecz najzwyczajniej w świecie zabrakło mu sił. Krótka wzmianka o bracie sprawiła, iż czuł się fatalnie słabo. Czując na sobie świdrujące spojrzenie, wyprostował się. Kiedy zaczął kontynuować, jego głos był cichy i drżący, a mimo to wypełniał każdy centymetr kwadratowy pomieszczenia.
- Był wrzesień, dwa tysiące piąty rok. Sobota jak każda inna. Kellin nie wrócił na noc, jak zwykle się ścigał. Wiedziałem o tym, ale dotrzymywałem tajemnicy, tak jak obiecałem. Było koło dziewiątej rano, kiedy zapukali do drzwi. Znaleźli… On… Wypadek. Nie dali rady mu pomóc – wydusił z siebie. Zacisnął palce na podłokietnikach, sprawiając iż pobielały mu knykcie.
- Proszę, kontynuuj.
            Minęła dłuższa chwila, nim Landon zdołał się ponownie odezwać.
- Matka z ojcem dowiedzieli się o wyścigach i o tym, że cały czas go kryłem. Tata przyjął to spokojniej. Mama nic nie mówiła, ale czułem, że obwiniała mnie o całe zajście. Przecież gdybym… Gdybym powiedział, może wybili by mu to z głowy? W domu stało się cicho… Mijały tygodnie i miesiące, a wciąż panowała grobowa atmosfera. Mama nie odzywała się. Zrezygnowała z pracy. Początkowo sądziliśmy, że to jej sposób przeżywania jego śmierci. Ale ona… Wpadła w depresję. Bardzo zaawansowaną. Zaczęło się od wizyt u psychologa. Potem były pigułki, aż w końcu szpital. Nie chciała widywać ani mnie, ani taty. Traktowała nas zupełnie jak obcych ludzi. Za każdym razem jak na mnie patrzyła widziałem… Widziałem w jej oczach, że mnie nienawidzi.
            Po paru miesiącach wypuścili ją do domu. Podobno nastąpiła poprawa, my jednak jej nie zauważyliśmy. Całymi dniami przesiadywała w sypialni. Nie jadła, nie wychodziła… Egzystowała, nie żyła. Musieliśmy pilnować, by łykała odpowiednią ilość tabletek, aby nie przesadziła. Zdarzało się, że zabieraliśmy ze sobą wszystkie leki, żeby będąc sama w domu, nic nie zrobiła. Mimo to znalazła na nas sposób. Nie wiem jak, ale odłożyła sobie jedno pudełeczko. Byłem w szkole, tata w pracy, minął ponad rok od śmierci Kellina. Wyszła do sklepu, kupiła wódkę i wróciła do domu. Wzięła… Wzięła wszystko, zapiła wódką. Wróciłem do domu, jak zwykle zastałem ciszę. Zajrzałem do sypialni, chciałem się przywitać. Ale ona leżała… Leżała i nie oddychała. Próbowałem coś zrobić, cokolwiek, dzwoniłem, próbowałem… Ale było za późno… Ona… - głos całkowicie mu się załamał. Łzy spływały jedna za drugą po jego policzkach, kapiąc na koszulkę i spodnie. Cała ta sytuacja pojawiła mu się przed oczami, przypomniał sobie każdy detal. Zakrył usta dłonią. Czuł się przytłoczony całą tą sytuacją. Niepotrzebnie zdecydował się na przyjście.
- Opowiedz, co wtedy czułeś, jak wszystko się dalej potoczyło?
            Landon nie chciał mówić. Chciał zniknąć, zaszyć się we własnej sypialni. Jakaś cząstka jego świadomości podpowiadała mu jednak, że skoro już odważył się otworzyć, musi dokończyć historię.
- Byłem… Czułem się winny. Nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Kellin, mama… Gdyby nie ja wciąż by żyli. Trafiłem do doktora Koivu. Były ciężkie chwile, ale ojciec mnie wspierał. Zostaliśmy przecież tylko we dwójkę, musieliśmy stać się dla siebie oparciem. Chociaż w tamtych czasach to on był opoką dla mnie. Zwykłe wizyty nie wystarczały, nie umiałem funkcjonować normalnie. Zachowywałem się trochę jak mama. Zamknąłem się we własnym świecie, wyłączyłem na bodźce zewnętrzne. Gdyby nie ten pobyt w szpitalu… Nie wiem czy dałbym radę z tego wyjść – przyznał cicho, ocierając wilgotne policzki wierzchem dłoni.
- Landon, odpowiedz mi szczerze już na ostatnie pytanie. Czy nadal czujesz się winny?
            W gabinecie zapanowała cisza, która trwała o wiele dłużej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Brunet wpatrywał się w swoje kolana, nie mogąc się odezwać.
- Landon, czy czujesz się winny? – powtórzył Fumey.
- Tak, ale nauczyłem się z tym żyć.



____________________
No, to zarys historii Landona mam już za sobą. Czekam na słowa krytyki :3

21/04/2013

1935. Tworzysz swoje życie, wiesz?

Weź do ręki kredkę. Ale nie tę. Niebieska z pogryzioną końcówką będzie w sam raz.
Narysuj kreskę. Taką długą przez całą kartkę. Na niej, tak bliżej prawej  strony, narysuj siebie. Nie musisz być dokładny. To tylko szkic. Szybkie pociągnięcia kredką. Kreski tworzące człowieka to jedyne czego od Ciebie wymagam.
Potem przekręć kartkę o 180 stopni i powtórz czynność. Widzisz dwie postaci? Wyobraź sobie, że to jesteś Ty w teraźniejszości i przeszłości. Z przeszłości, do której już nie wrócisz, ale która zmieniła Twój świat.
Świat, który jest teraz dziwny i niezrozumiały. Zupełnie nie taki jakbyś chciał żeby był.
Wróć do pierwszej postaci. Dorysuj coś co ma dla Ciebie największą wartość. To może być wszystko. Nuta, pióro, ciastko. Możesz napisać słowo lub dorysować człowieka. Tylko pamiętaj. To musi być coś naprawdę istotnego. Coś z czego nie możesz zrezygnować.
Nie wybieraj kilku rzeczy. Możesz naszkicować jedną. Niech będzie to coś za czym najbardziej byś tęsknił gdybyś to stracił.
Pomyśl przez chwilę. Nie musisz się spieszyć.
Pozwól, że zgaszę Ci światło żebyś lepiej się skupił. Księżyc daje wystarczająco dużo  blasku.
Wymyśliłeś już?
Nie mów co narysowałeś. To jest Twoja indywidualna sprawa. Nie zdradzaj tego nikomu.
Przypatrz się temu co powstało. Czy w przeszłości też miałeś to coś, co tak bardzo wielbisz? Nie? To jak wyglądało twoje życie? Nie, nie mów! Narysuj... Na tym kawałku z przeszłości, proszę. Widzę, że jest tam człowiek z grymasem na twarzy. To przypadek? Oczywiście, że nie. To nigdy nie jest przypadek. Nie byłeś szczęśliwy w dzieciństwie?
Dlaczego przerwałeś? Czyżbym zgadł, że nie cieszyłeś się z każdego dnia? Nie przejmuj się mną. Ja zawsze dostrzegam szczegóły. Potrafię rozgryźć wszystkich. Nie myśl, że jesteś wyjątkiem.
No! Rysuj dalej. Miałeś kota? A nie. To chyba pies, prawda? Był Twoim przyjacielem? Tym najbliższym? A dlaczego nie narysowałeś innych ludzi? Zaciskasz wargi? Nie ma się czego obawiać. Przecież jestem tutaj, bo tego właśnie potrzebujesz.
Oczyszczenia.
Ludzie się od Ciebie oddalili? Ty od nich? Nie zaciskaj tak tej ręki na kredce! To Twoja ulubiona, przecież nie chcesz jest złamać. Narysuj to co Cię gnębiło, a z czym się zmierzyłeś.
Niech to się znajdzie na środku kartki. Tak, tak właśnie tam. Hmmm, dużo się działo. Prawie nie masz miejsca. Naprawdę tyle przetrwałeś? Twoja kartka się zapełnia. Historia jest właśnie na niej. Tworzysz swoje życie, wiesz?
Idziemy dalej?
W takim razie narysuj siebie na odwrocie papieru. Jak się widzisz? Co chcesz robić? Albo nie! Lepiej napisz. Wybierz pojedyncze słowa. Masz całą kartkę. Kariera? Dzieci? Choroba?
Tylko trzy? Nic więcej? A może? Nie? To dużo wyjaśnia. Skupiasz się na tym co najważniejsze. Dotrzesz do celu? Oczywiście, że tak. Przecież na odwrocie masz swój życiorys,a w nim tyle przygód. Jesteś silnym człowiekiem, ale tego nie dostrzegasz. Ciekawe dlaczego. Może to wina innych osób. Znowu to spojrzenie. Musieli bardzo Cię zranić. No nie patrz tak. Jestem tutaj żeby Ci pomóc. Sam mnie przysłałeś.
Co oznacza ten znak zapytania na kartce? Nie wiesz kiedy mnie wezwałeś? Serio? Nie pamiętasz kiedy wzywałeś pomocy? A kiedy powtarzałeś, że chcesz wiedzieć czy inni mają tak samo? Nic nie pamiętasz? Achh. Dobrze. Zaraz Ci wyjaśnię.
Wczoraj wieczorem,kładąc się do łóżka zadawałeś sobie różne pytania. Bałeś się poznać odpowiedzi, ale musiałeś wiedzieć, więc błądziłeś dalej. W końcu zmorzył Cię sen, jednak Twoje rozmyślania nadal były obecne. Śniłeś o tym...
Miałeś niespokojny sen. Ciągle się wierciłeś i rzucałeś niezrozumiałe frazesy. I wezwałeś mnie.
Długo się nie zastanawiałem. Przecież jestem częścią Ciebie i nie mogę tak przejść obojętnie. Powiem Ci coś tylko nie powtarzaj tego dalej. Będę mówił wolno i szeptem, żeby nikt nie podsłuchał: Jestem Twoim sumieniem, Twoją rozwagą i Twoją duszą... Jestem Tobą.
Dlaczego tak mi się przyglądasz? Nie widzisz podobieństwa? Daj spokój! Przecież musisz to widzieć. Jestem Tobą! Bardziej opanowanym, ale jednak...
Przeszedłem, aby Cię przekonać, że nie wszystko spieprzyłeś. Że masz całe życie przed sobą. Kurde, możesz rozdać karty jak chcesz! Nie daj się pokonać w swojej własnej partii!
Przeszłość była nieprzyjazna? Przyjaciele Cię zawiedli? Straciłeś kogoś bliskiego? Ból nadal jest odczuwalny? Zagryź zęby i maszeruj dalej. Jesteś żołnierzem. On się nie poddaje.
Napisałeś do czego dążysz i naszkicowałeś swoją dolę. Teraz Ty wybierasz jak to skończysz. Ja nie mogę decydować za Ciebie. Tylko pamiętaj...
Przemyśl to...
Tak dokładnie...
Decyzji nie cofniesz....

Ja decyduje? Taki mały człowiek jak ja? Czy istoty ludzkie mają w ogóle coś do powiedzenia? Czy możemy się mierzyć z siłami natury?
Tak dużo rzeczy się zdarzyło. Od tych najprostszych jak rozlane mleko dzisiaj rano, albo tych trochę gorszych jak kłótnia ze znajomą. Albo tych najstraszniejszych. Śmierci. 
Człowiek nie ma szans wygrać. 
Nigdy.
Pytanie powinno brzmieć, jak spędzi swoje życie, aby potem nie musiał żałować. Albo cierpieć. Jak pokieruje życiem. 
Tego chciałam nauczyć i na to wskazać.
To jest lekcja, którą odebrałam od życia- zawsze, ale to zawsze robić wszystko tak aby mieć drogę ewakuacji, aby przyszłość była ciekawsza. 
Co z tego, że zmarł mi chłopak, a moja rodzina mieszka kilka tysięcy kilometrów dalej. To nie jest ważne. Liczy się to, że mam po co żyć. Mogę jeszcze żyć,a  skoro tak...to powinnam z tego korzystać.       

(Nie ukrywam, że pierwsza część notki jest lepsza. Pochodzi z mojego prywatnego bloga, a to co niżej to tylko połączenie z mętlikiem życiowym Crystal. )

20/04/2013

1934. Imbirowa dziewczyna w krainie pomyłek. [Część II]

          Z pubu, o dosyć szemranej, ale jednak jakiejś opinii, do nocnego klubu ze striptizem. To się nazywa błyskotliwa kariera. Jeszcze tylko brakowało tego, by JJ biegała z gołym biustem i tyłkiem  po scenie i wiła się jak rasowy kociak w skąpej bieliźnie wokół zebranych panów, toczących ślinę jak stado mastiffów. Na szczęście na razie jej rola ograniczała się do kelnerowania, ale ogólną atmosferę samczej żądzy dało się wyczuć na kilometr. W zaczepkach słownych, lubieżnych spojrzeniach i jednoznacznych gestach. Nic więc dziwnego, że Joyce szła do pracy niechętnie, a na samą myśl o 8 godzinach w "Laleczkach ze snu" dostawała mdłości i nadzwyczaj często pozwalała sobie na wypalenie skręta przed pracą, by w miarę pozytywnym nastroju znieść swoją zmianę. Dzięki owemu "wspomaganiu" stawała się bardziej towarzyska i uśmiechnięta, co doceniali nie tylko klienci, obdarzając ją hojnymi napiwkami, ale też samo kierownictwo lokalu. To nie zmieniało faktu, że Jareau planowała uciec z tego przybytku jak najszybciej.

19 kwietnia 2013, godz. 23.45, "Laleczki ze snu"

          Tutaj rytm zmiany nigdy się nie zmieniał. Bieganie pomiędzy stolikami, uśmiechy, zalotne teksty, będące obowiązkiem kelnerki, roznoszenie alkoholi, puste rozmówki z klientami, od czasu do czasu pacyfikowanie bardziej rozochoconego towarzystwa. Nudy na pudy, cycki i tyłki. Joyce była właśnie zajęta rozmową z dwójką mężczyzn w garniturach, kiedy do lokalu weszła grupka panów. Pięciu panów, gwoli ścisłości. A na widok jednego z nich JJ omal nie zapadła się pod ziemię, bo widok Carmine'a Dwighta w "takim" miejscu to już był koniec świata. Król moralności, pan i władca na włościach, mister idealny, prawy mężczyzna i w ogóle marche perfection. Cóż mogło go sprowadzić do taniego lokalu ze striptizem? To tak kłóciło się ze standardowym obrazem mężczyzny, że Jareau stanęła jak wryta, jednocześnie z przerażeniem oczekując momentu, gdy ich wzrok się spotka. "Laleczki ze snu" to nie było idealne miejsce dla Joyce, szczególnie jeśli porówna się to z jej wcześniejszymi ambicjami. Z zamiarem chwilowego ukrycia się na zapleczu, chyba tylko po to by odwlec konfrontację w czasie, kobieta wycofała się w głąb lokalu, jednak rzadko jej w tym zakresie dopisywało szczęście, bo jak na zawołanie Carmine obrócił się w jej stronę... Zrobił wielki oczy i stanął jak słup, nie do końca pewien czy wzrok go nie myli. Nie widział JJ od prawie dwóch miesięcy i nigdy by nie przypuszczał, że spotka ją w striptizerni. Dosłownie zapomniał języka w gębie. Już dosyć kompromitujący był fakt, że on tutaj przebywał, ale żeby Joyce? Spuścił ją z oczu na parę tygodni, a ta dała się pokroić i zatrudnić w najgorszym chyba możliwym miejscu dla kogoś takiego jak ona. Zamierzał do niej podejść, porozmawiać, ale Joyce nagle jakby otrząsnęła się z szoku i zniknęła z sali, a jego samego zagadali kumple, z którymi przyszedł. 
- Dwight, pijesz coś? - Tommy klepnął go po ramieniu, a mężczyzna tylko przytaknął, mając nadzieję, że Jareau wkrótce wróci. I wróciła, po jakichś dziesięciu minutach. Na jej twarzy nie malowała się już nawet odrobina zakłopotania czy zaskoczenia. Wręcz przeciwnie, emanowała z niej pewność siebie i wręcz zuchwalstwo. Wypatrzyła go w tłumie i posłała wyzywające spojrzenie, mówiące "I co Ty na to?", po czym lekko i z gracją podeszła do stolika, przy którym siedział, co wywołało wybuch radości u jego mocno podpitych towarzyszy.
- Podać coś, panowie? - Spytała z czarującym uśmiechem. - Carmine, nadal pijesz Highlandera? - Zwróciła się do znajomego, a ten bez słowa skinął głową. Pozostali również złożyli zamówienia, a Joyce zniknęła w tłumie ludzi.
- Skąd Ty ją znasz? 
- Miałeś ją, Dwight? 
- Szału nie ma, ale skubałbym jak reksio szynkę.
- Zamknijcie mordy - zażądał Carmine, po czym wstał z krzesła i skierował się w stronę baru, gdzie na drinki czekała JJ.
- Co Ty tutaj robisz, Joyce? - Spytał, chwytając ją za ramię i odwracając w swoją stronę, na co ta nieomal nie dostała zawału.
- A jak myślisz? - Spojrzała na niego. - Przecież nie rozbieram się. - Uniosła kącik ust w nieco złośliwym uśmieszku, jednocześnie kładąc szklanki na tacy.
- To nie jest miejsce dla Ciebie. - Ton bruneta nie pozostawiał wątpliwości co do jego opinii w sprawie zarobkowania Joyce. Ta tylko prychnęła zbulwersowana. Za kogo on się uważał? Pojawiał się jak gdyby nigdy nic i rościł sobie prawa do pouczania. Pieprzony ideał.
- Wyjaśnijmy sobie pewną rzecz - Jareau wzięła tacę na ręce. - Skoro masz takie dzikie chęci do naprawiania młodzieży to zostań wychowawcą w poprawczaku. Ćpuny, złodzieje, mordercy, młodociane prostytutki; będziesz miał zajęcie - zapewniła ruszając w stronę stolika, zerkając na Dwighta, który szedł obok niej. - Ode mnie się raz na zawsze odczep. Jak widać sobie doskonale radzę bez Twoich nad wyraz opiekuńczych skrzydełek niespełnionego anioła stróża, jasne? Ja tutaj zostaję i tyle, to mój wybór, mam prawie trzydzieści lat do jasnej cholery.
- Po moim trupie, JJ...
- Reanimacja dobrze Ci zrobi.
- JJ!
- Nie rób scen, ok? - Joyce zmroziła go wzrokiem. - Wracaj do swoich kumpli i dobrze się baw. Za chwilę na scenę wyjdzie Amy, świetna laska, popatrz sobie i nie przeszkadzaj mi w pracy - rozkazała.
- Nie skończyliśmy tego tematu - zapewnił Carmine i przywdziawszy na twarz uśmiech usiadł obok swoich kumpli, którzy przywitali ich radosnymi, niezbyt górnolotnymi tekstami i nieskrępowaną swobodą. Joyce podała im drinki i puściwszy oczko, z szelmowskim uśmiechem podeszła do innych stolików, a na scenie, zgodnie z jej zapowiedzią, pojawiła się piękna, czarnowłosa Amy. Pełna czaru i wdzięku, niespiesznie poruszała się do muzyki, rzucając zebranej publiczności powłóczyste spojrzenia zza gęstej firany sztucznych rzęs. Przyciągała wzrok jak magnes, a JJ miała wrażenie, że wraz z jej pokazaniem się, wszystkie inne kobiety w pubie przestawały być widoczne, tak jakby narzucono na nie potterowskie peleryny-niewidki. Nic dziwnego, Amy była wysoka i posągowo piękna, z długimi, czarnymi jak nocne niebo włosami i oczami w kolorze kwiatów chabru. Była też diabelnie inteligentna, uwodzicielska i wysportowana, co niemalże z biegu uczyniło ją główną gwiazdą lokalu. Żadna z reszty tancerek nie miała takiego brania jak Amy, toteż musiała występować niemal codziennie, często po 3-4 razy, jednak nie narzekała. Miała jasno sprecyzowany cel - zarobić na czesne w New York Academy of Dramatic Arts. Planowała jeszcze poniżać się przez jakieś pół roku i czmychnąć, mając nadzieję, że żaden z nauczycieli tejże szkoły nie zapuszczał się w pobliskie tereny. Amy w iście hollywoodzkim stylu wykonała swój pieczołowicie przygotowany układ i po głośnym aplauzie i zebraniu napiwków zniknęła zza sceną, a spragnieni mężczyźni zasypali kelnerki zamówieniami na kolejne alkohole. JJ biegała od stolików do baru i z powrotem, nie omijając również tego przy którym siedział Dwight z kumplami, ale ani z jego ani z jej strony nie padły żadne słowa. Nadrabiali to koledzy mężczyzny, którzy za każdym razem zaczepiali ją nieszkodliwymi, chociaż niezbyt inteligentnymi, tekstami. Ta znosiła godnie ich zaczepki, odpowiadając mniej więcej na podobnym poziomie, co wywoływało grymas zniesmaczenia na twarzy Carmine'a. W pewnej chwili o mały włos a przywaliłby jednemu ze swoich towarzyszy, który spytał, czy praca tutaj obejmuje również usługi na wynos, na co JJ, by załagodzić sytuację, obróciła całość w żart i pospiesznie wróciła do pracy. Kątem oka zaobserwowała, że wesoła ekipa pod silnym wezwaniem zebrała się i pospiesznie opuściła lokal, więc Joyce odetchnęła z ulgą i na spokojnie przetrwała resztę zmiany, mając nadzieję, że to już koniec przygód na dziś. Po zamknięciu pubu wypiła drinka, zabrała rower i wyszła zza bramę, gdzie czekał na nią Dwight, opierając się plecami o mur.
- Nudzi Ci się? - Spytała rudowłosa, zerkając na niego z zaciekawieniem, na co ten wzruszył ramionami.
- Nie lubię tego miejsca, JJ - stwierdził od niechcenia i uniósł brew. Joyce pokręciła głową z rozbawieniem.
- Nie musisz tutaj przychodzić, nie ma obowiązku konstytucyjnego szlajania się po burdelach i oglądania cycków na scenie. Poza tym chodź, nie chcę tutaj stać do rana, spać mi się chce - powiedziała i skręciła w lewo.
- Wiesz  o czym mówię, Joyce. - Carmine wyrównał z nią krok, by iść obok. - Miałaś być analitykiem, zawsze Ci powtarzałem, że masz precyzyjne ręce i duszę pasjonata w tej dziedzinie. Co się stało po drodze?
- Stanęłam twarzą w twarz z rzeczywistością. - Nie widzieć czemu, na twarzy Joyce pojawił się uśmiech. - Poza tym praca tutaj jest tylko tymczasowa i czysto zarobkowa. Dobrze tutaj płacą. Odbiję się od dna i na pewno  poszukam czegoś innego, zapewniam. Nie skurwię się za pieniądze, bez obaw.
W odpowiedzi Dwight przewrócił oczami i wskazał na blok kilkadziesiąt metrów dalej.
- Wejdziesz na drinka? - Spytał. - Chyba mamy sporo do nadrobienia.
- Jasne, ale nie licz na to, że będą usługi na wynos. - Przypomniała mu uwagę jednego z jego kumpli, na co brunet omal nie oderwał sobie głowy przy pacnięciu ręką w czoło.


20 kwietnia 2013, godz. 9.20

JJ otworzyła jedno oko, by skonfrontować przeczucie z rzeczywistością. Granatowa pościel i przytulny pokój urządzony w stonowanych barwach. Nie pokój Joyce. Przerażona otworzyła drugie oko i rozejrzała się, w panice usiłując sobie przypomnieć jak i kiedy się tutaj znalazła. Fakt, że miała na sobie męską koszulkę z krótkim rękawem wcale jej nie pocieszał.
- Dzień dobry, JJ, wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. - W drzwiach pokoju pojawił się Carmine Dwight, ubrany w przetarte dżinsy i koszulkę. Jego starannie zazwyczaj ułożone włosy, teraz były w uroczym nieładzie, co nadawało mu młodszy, bardziej zawadiacki wygląd. Uśmiechał się szelmowsko, a Joyce w jednej chwili zdała sobie sprawę w jakiej znalazła się sytuacji.
- Nie jestem pewna czy nie wolałabym żebyś był duchem -wydusiła z siebie i w akcie buntu nakryła się kołdrą po czubek głowy. Odpowiedział jej tylko donośny śmiech mężczyzny i skrzypnięcie łóżka, kiedy ten się na nim położył.
- JJ, nic się między nami nie stało, nie pamiętasz? - Carmine uniósł brew i z rozbawieniem obserwował sporą wypukłość pod kołdrą, którą była Jareau. Słysząc te słowa, dziewczyna odkryła połowę twarzy.
- Nie pamiętam? - Bardziej spytała niż stwierdziła. I znów Dwight wybuchnął śmiechem, przy okazji wzburzając dłonią jej włosy.
- Zastanawiam się czy się nad Tobą poznęcać czy od razu powiedzieć prawdę - stwierdził zaczepnie, za co oberwał poduszką w twarz. - Hej, jednak wcale nie jesteś tak bezbronna jak wczoraj - zaśmiał się i oddał "cios",  co zapoczątkowało nieskrępowaną bitwę, okraszoną dużą ilością śmiechu oraz pisku, jednak tylko w wykonaniu Joyce.
- Mam Cię - stwierdził triumfalnie Wright chwytając JJ za nadgarstki i przytwierdzając je do materaca. Popatrzył na jej zarumienioną z wściekłości twarz. - Nie masz tak mocnej głowy jak Ci się wydaje, padłaś jak dziecko. Aż żal byłoby Cię wykorzystać - zapewnił, chociaż nieco żałował, że tak ją znietrzeźwił. W końcu zwyczajnie mogło jej to zaszkodzić.
- Tak? - Joyce uniosła brew, jednak wszelkie próby wydostania się spełzły na niczym. - To dlaczego mam na sobie Twoją koszulkę, hę?
- Uparłem się, że będziesz nocować u mnie, wzięłaś prysznic, dostałaś moją koszulkę, a kieliszek później nie byłaś w stanie utrzymać pionu - wyjaśnił jej, ale wciąż wisiał nad nią, bez chęci na szybką zmianę pozycji.  -Ile pamiętasz?
- Wszystko do momentu, gdy otworzyłeś drugą butelkę, potem wszystko mi się zamazało.
- To i tak nieźle. Masz kacora? Jakoś nie widać.
- Mam, ale dobrze się kamufluję, zleź ze mnie, bo Ci skopię jądra i będziesz śpiewał jak rasowy eunuch - warknęła JJ, czując że żołądek zaraz wyskoczy jej nosem, a Carmine odpuścił i uwolnił jej ręce.
- Jednak jesteś wredna - westchnął i wstał na nogi. - Chodź, trzeba Cię dobrze nakarmić, schudłaś ostatnio.
- Nie podlizuj się, ja nic nie jem, będę umierać. - JJ przewróciła się na bok ze szczerym przetrwania najgorszych dolegliwości, na co gospodarz mieszkania zaśmiał się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi...