Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

24/02/2018

2059. I need a hope I can't deny



Piętnastolatek zamknął wieko, przesunął ze spokojem palcami po wierzchu obitym naturalną skórą. Klamry wskoczyły na miejsce, kiedy tylko do nich dotarł, zaledwie je muskając. Odetchnął, czując niewyobrażalną ulgę. Bolał go kręgosłup, chciał rozruszać kark, kiedy za swoimi plecami usłyszał ciche chrząknięcie. Nie odwrócił się, ponieważ doskonale wiedział, kto za nim stoi.
— Za krótko.
Ojciec. Mężczyzna, którego szanował równie bardzo jak nienawidził. Nie mógł na niego spoglądać bez odrazy, a zarazem bez strachu. Jednocześnie chciał się buntować i uciekać. W ostateczności nie robił nic. Podniósł się z klęczek. Otrzepał spodnie z pyłków, które tylko sobie wymyślił, byle mieć czym zająć zmęczone dłonie. Ich dom zawsze był perfekcyjnie czysty. Oni byli perfekcyjną rodziną. Ale tylko w mniemaniu innych, praktycznie obcych osób.
— Nieważne — odpowiedział cicho, ale był to najwyższy szczyt odwagi na jaki mógł się zdobyć, kiedy próbował przeciwstawić się sile, jaką emanował ojciec. Nastolatek w końcu odwrócił się do mężczyzny. Nie mógł unikać go wiecznie, a przecież wpojono mu, że rozmówcę powinien mieć przed oczami, a nie w dupie — co właśnie próbował i chciał zamanifestować.
Cooper pragnął buntować się przeciwko wszystkiemu, co tylko stawało na jego drodze. Nienawidził deszczu, wiatru i upału. Miał dość płaczliwego potakiwania matki, która zastraszona przez własnego męża nie była w mieście od paru lat. Miał dość wiecznie rozwrzeszczanej pięciolatki i naburmuszonego dwa lata młodszego brata. Przede wszystkim jednak miał dość ojca. Mężczyzny-góry. Górował nad wszystkimi, nad całą rodziną, całym domostwem. Nie mieli zwierząt, bo nad tymi, które Cooper przygarnął, ojciec się znęcał. Nie zapraszali znajomych, bo ojciec nie życzył sobie, aby ktoś oglądał jego bezpieczną przystań. Byli odizolowani na tyle, na ile przyzwalały minimalne normy społeczne. On, Jackson i Callie.
— Masz grać, dopóki nie powiem, że możesz przestać. Czego nie rozumiesz, synu? — mężczyzna zapytał ze spokojem. Zwodniczym spokojem. Cooper, który teraz nie spuszczał wzroku z twarzy ojca, zauważył burzę tlącą się w jego oczach i z każdą chwilą przybierającą na sile.
— Nie chcę. — Stanowcza odpowiedź chłopaka zaskoczyła go samego. Nieomal nie zachłystnął się powietrzem, kiedy tak stał, powoli uginając się pod ciężarem spojrzenia ojca, który był coraz bliżej syna. Dzieliło ich niespełna pół metra, gdy drzwi do pokoju Coopera skrzypnęły na nienaoliwionych zawiasach.
— Mama woła na obiad! — zawołała wesoło niewysoka dziewczynka, która buzię miała umorusaną sosem pomidorowym, a końcówki włosów nim posklejane. Nie przejmowała się napiętą atmosferą, bo prawdopodobnie nie miała pojęcia, co się dzieje w niewielkim pomieszczeniu. Nie miała możliwości, aby rozumieć. Nie była zdolna do tego, aby poprawnie dostrzegać i oceniać zachowania. Nie potrafiła jeszcze rozróżnić prawdziwego zła od równie prawdziwego dobra. Jej świat nie miał granic. Jej naiwność również.
Calliope była prawdopodobnie najpoważniejszą z pięt achillesowych ojca. Nie była chłopcem, była wpadką, była zbyt mała i zbyt głupiutka, według niego, aby stanowić zagrożenie dla jego porządku. Ojciec chrząknął. Odwrócił się na moment do córki i niedbałym gestem ręki przegonił ją. Po chwili usłyszeli jej pospiesznie kroki na drewnianych schodach.
— Po obiedzie dokończysz.
Niemal warknął, ale zaraz po tym jego twarz złagodniała. Cooper pozostał na miejscu. Nie ruszył się. Miał ochotę wyrzucić pierdoloną wiolonczelę za okno. Wybić pudłem szybę. A potem skoczyć zaraz za nią. Zamiast tego, założył za ucho niesforne włosy i zszedł na dół. Podniósł Callie na ręce, pozwalając jej udawać, że jest szybowcem. Jadalnię wypełnił jej perlisty śmiech, niepewny monolog Jacksona kierowany do ojca i mamrotanie matki. Podszedł do niej, wystawiła policzek, który musnął ustami, a ona szybko się odwróciła, tylko dlatego, aby jej mąż nie mógł dostrzec tego gestu.
Zdecydowanie byli dysfunkcyjni.

***

Tego dnia nie zagrał już więcej. Nie zagrał przez najbliższe dwa lata, ze wstrętem spoglądając na skryty w futerale instrument. Nienawidził go już trochę mniej, ale nadal nie potrafił przemóc się do tego, aby go dotknąć. Miał wrażenie, że to jego wina, że to przez jego odzywki, niesubordynację i nonszalancję ojciec wściekł się na tyle, że jadąc z Jacksonem i matką do szpitala, nie był w stanie zapanować nad pojazdem w sytuacji kryzysowej. Cooper wiedział, że to nie ludzkie, ale z jednej strony odetchnął z ulgą, z drugiej zaś – czuł niewyobrażalne wyrzuty sumienia, zwłaszcza wtedy, kiedy spoglądał na młodszą siostrę.
Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale nad grobem ojca nie uronił ani jednej łzy i nie powiedział o nim nic dobrego. Był oszczędny w słowach nawet przesadnie, bo nad grobem ojca nie padło ani jedno. Nad grobem Jacksona zapłakał. Ale były to pojedyncze łzy, które szybko otarł. Znacznie więcej łez wylał w szpitalnej sali, gdzie wykonywano powoli wyrok na matce, jaki wydał na nią ojciec.
Alice miała już nigdy nie chodzić, Alice prawie cały czas spała, Alice próbowała nie oddychać, odmawiać przyjmowania leków i nie potrafiła spojrzeć na dwójkę swoich dzieci. Alice nie walczyła o nie z opieką społeczną, trafiła do domu pełnego podobnych jej ludzi. „Warzywek”, które z własnej woli nie podejmowały walki. Alice była boleśnie świadoma otaczającej ją rzeczywistości, rozumiała, co wszyscy do niej mówią, rozumiała, co oznaczają załzawione oczy coraz większej i piękniejszej córki. Rozumiała, ile poświęcić musiał syn, żeby wiedli w miarę godne życie, żeby wyrwać się z łap nadopiekuńczej ciotki. Alice rozumiała, że powinna być wdzięczna szwagierce. I była, ale nigdy tego nie okazała. Martwym spojrzeniem omiatała za każdym razem ich twarze, Coopera i Callie, dziwiąc się, że nadal są tacy ludzcy.
Tacy ludzcy, po tym, co ich spotkało.
Zostali bez rodziny. Złośliwy los zabrał im ojca, zabrał im brata i chciał zabrać także ją. Ale to nie los pozbawił ich matki. To była tylko i wyłącznie jej decyzja, i wszyscy doskonale o tym wiedzieli. Oceniali ją, choć nie mieli prawa.
Nie mieli prawa.
Alice straciła to, co w jej życiu było najważniejsze. Męża. I choć Noel nigdy nie okazywał czułości, nigdy nie pozwalał na to, aby poczuła się piękna i potrzebna, to kochała go. Miłością żywą jak ogień i wieczną. Wbrew wszystkiemu, co działo się w ich domu, pożądała męża do samego końca i tylko ze smutkiem oddawała mu swoje ciało, aby w prosty sposób, zupełnie nie myśląc o niej, dopełniał małżeńskich obowiązków. A potem cicho, na palcach, w długiej i brzydkiej koszuli wracała do swojej sypialni. Alice doskonale wiedziała, że jej życie nie było idealne, ale mogłoby być. Chciała tylko, żeby wrócił jej mąż. Nie potrzebowała Coopera i Callie, z biegiem czasu przestawała czuć do nich cokolwiek. Byli obcy. Nie znała ich.
Tak było łatwiej.

***

Minęło pięć lat od tragicznego w skutkach wypadku. Cooper coraz rzadziej myślał o konsekwencjach, coraz rzadziej odwiedzał zarówno cmentarz, jak i matkę. Nie mógł jednak powstrzymać przed tym Callie. Miał wrażenie, że siostra, choć teraz zaledwie trzynastoletnia, próbuje to wszystko zrozumieć. Na co dzień była wesołym dzieckiem, jednak w każdy weekend ciągnęła niechętną ciotkę na cmentarz. Nadopiekuńcza siostra ich ojca nigdy nie miała stosownego podejścia do dzieci, dlatego otaczała ich przesadną opieką na każdym kroku. Cooper, już dorosły, czuł się z tym fatalnie. Nie miał jednak możliwości, aby wyprowadzić się i uciec od tłustych dłoni ciotki, którymi z satysfakcją gładziła jego włosy. Zadrżał na tę myśl.
Dom ciotki nie był duży, na piętrze znajdowały się dwie sypialnie, jedną z nich zajmowała ciotka, drugą Callie, Cooper sam wybrał nocowanie na kanapie w salonie, jakby usilnie starając się uświadomić kobietę, że to tylko chwilowe. Wiedział, że wieloma czynnikami okazuje brak wdzięczności dla kobiety, która wcale nie musiała przyjmować ich pod swój dach, a mimo to czerpał garściami z tego, co oferowała. Chłonął jej kuchenną wiedzę jak spragniona wody gąbka. Zadawał pytania i notował, gotował i w końcu osiągnął coś, czego nie osiągnęła nawet ona. Kończył kursy, na które ciężko pracował, dorabiając na wszelakie sposoby. Po ukończeniu szkoły, pracował na stałe w firmie kurierskiej, a mimo to chwytał się każdej możliwej fuchy. Czuł, że dzień wyprowadzki jest coraz bliżej. Musiał jeszcze tylko uświadomić co do swojego planu inne osoby. Musiał przekonać Callie, żeby poszła za nim – w końcu czuł się cholernie odpowiedzialny za własną siostrę. Musiał przekazać to wszystko ciotce, która na wieść o tym, że Cooper nie wróci na noc do domu, zaczynała panikować.
Nie wiedział, jak poradzić sobie z uderzającą do jego drzwi dorosłością. Nie chciał być taki, jak ojciec. Ani tym bardziej jak matka. Zdołał pogodzić się z myślą, że nie ma rodziców. Dzięki temu otworzył się na świat i poszukiwał nowych wzorców, ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe.
— Coop!
Głos nastolatki wyrwał go z zamyślenia. Drgnął. Ostatnio przyłapywał się na tym, że myślami uciekał zdecydowanie zbyt daleko.
— Śmierdzi. — Callie nie poddawała się, kiedy brat nie zareagował na jej uwagę. Trzepnęła go z otwartej dłoni w ramię. Drgnął znowu i w końcu spojrzał na brunetkę. I nagle, jakby obudzony z letargu, poderwał się z kuchennego taboretu, aby wyciągnąć kaczkę z piekarnika. W jego zamyśle miała być miękka i soczysta, a teraz jej skórka była intensywnie brązowa, w niektórych miejscach nawet czarna. Był zły. Brytfankę odłożył na blacie.
— Coś chciałaś? — spytał siostry, odciągając myśli od kolejnego kulinarnego niepowodzenia. Zerknął na zegar wiszący nad drzwiami prowadzącymi do niewielkiej jadalni. Za godzinę zaczynał fuchę u sąsiadów.
— Już nic. — Burknęła oburzona, bo wcale nie podobał jej się ton brata. — Ostatnio jesteś jakiś dziwny — dodała, mrużąc oczy. — Idę do Tanyi, ciocia wie, ale podobno wróci późno z pracy. Cześć!
I już jej nie było, a Cooper nie mógł nawet stosownie zareagować. Zdenerwowany na kaczkę, na siostrę i na cały świat, zaczął przeszukiwać dom w poszukiwaniu roboczych ciuchów.
— Jeszcze tylko trochę. Dasz radę — mruknął do siebie, kiedy z irytacją zauważył, że ktoś poukładał ciuchy w jego szafkach. Czuł się osaczony. Chciał w końcu móc robić coś, co przyniesie mu satysfakcję i coś, co będzie tylko jego.
Jeszcze tylko trochę, Coop…

Ja wiem, że bez ładu i składu, a w dodatku krótko, ale jakiś wstęp musiałam skrobnąć. 

23/02/2018

2058. Home Sweet Home


2008, kwiecień, Filadelfia.


— Nie rozumiem co do mnie mówisz.
   Przewrócił oczami, dogaszając papierosa. Ich rozmowa miała wyglądać zupełnie inaczej. Nie potrafił sobie przypomnieć od jakiego czasu mówiła o tym, że chce stąd wyjechać, a teraz nagle nie potrafiła zrozumieć kilku prostych zdań. Jeszcze niecały tydzień temu planowała co zrobi po zakończeniu szkoły, a do tego zostało jej naprawdę bardzo mało czasu. Teraz musiała tylko podjąć odpowiednią decyzję, uświadomić rodziców i po odebraniu dyplomu wyjechać.
   — Mówię, że…
   — Wiem, że czym mówisz — przerwała mu. Ponownie wywrócił oczami, powoli zaczynając tracić cierpliwość. Wiedział jak jest, zdążył się przyzwyczaić. Do niej i do jej dziwnego charakteru, którego po latach jeszcze nie zdążył rozgryźć. — Tylko… Sam widzisz jak to wygląda. Nigdy nie pozwolą mi wyjechać. A już na pewno nie tak daleko i to samej.
   — Będziesz ze mną, prawda? A z tego co pamiętam to nie tak dawno twój ojciec mi mówił, że jestem jednym osobnikiem płci męskiej, któremu mógłby powierzyć swoją małą córeczkę. Myślisz, że teraz zmieniłby zdanie?
   — Myślę, że sobie to uroiłeś, albo cię podpuszczał — odparła. Westchnęła ciężko. Chciałaby pojechać, naprawdę bardzo by chciała, ale wiązało się to z wieloma problemami. Rodzice nie chcieliby jej puszczać tak daleko. Mimo, że by ich odwiedzała przy każdej możliwej okazji i przecież oni też by do niej zaglądali, jeśli będzie taka potrzeba. Poza tym jeszcze nie skończyła nawet osiemnastu lat. Miała całe życie przed sobą i… I co jeśli w Filadelfii czeka na nią przygoda życia? Jeśli zdecyduje się wyjechać to zostawi wszystko. Będzie musiała rozpocząć całkiem nowe życie w zupełnie nieznanym jej miejscu. Gdyby tylko Matt nie patrzył na nią tymi niebieskimi oczami pewnie już dawno by go wykopała i kazała znaleźć inną, która z nim pojedzie. Planowali to wspólnie, bo on też chciał zamieszkać w Nowym Jorku. I mogli to planować razem. Ich rodzice się znali i lubili, może nie będzie z tego tyle problemów ile Joyce myślała, że będzie. A jeśli… Naprawdę nie wiedziała co robić. Może po prostu tu zostanie i będzie żyła takim spokojnym życiem? To była dobra myśl.
   — Joyce, sama tego chcesz. Bardziej niż myślisz. Co będziesz tutaj robić po skończeniu szkoły? — spytał. Czy tego chciała czy nie musiała szczerze, sama przed sobą przyznać, że naprawdę nie ma pojęcia co takiego chciałaby robić. Zaraz skończy szkołę, a ona nie miała konkretnych planów. Chciała tylko stąd wyjechać. Wyjechać do Nowego Jorku.
   W odpowiedzi na jego pytanie wzruszyła ramionami. Siedziała chwilę z łokciami, które ułożyła na kolanach, a brodę oparła o dłonie. Wpatrywała się w popielniczkę, szukając jakiegoś dobrego rozwiązania. Rodzice się na wyjazd nie zgodzą, nie ma nawet o tym mowy, ale z kolei… Będzie pełnoletnia. I będzie mogła podejmować własne decyzje. Pewnie inaczej by zareagowali, gdyby jechała tam na studia, a tak naprawdę nie miała pomysłu co będzie tam robić. Na studia może w każdej chwili przecież dołączyć, to nie będzie problem. Pierwsze co by tam zrobiła to poszukała pracy. Jakoś trzeba będzie opłacić rachunki, czynsz, kupić jedzenie i coś dla siebie. 
   — Zastanowię się i dam ci znać, dobrze? Tylko… nie nastawiaj się zbytnio, okej? — poprosiła podnosząc wzrok na chłopaka i uśmiechnęła się lekko. Bardziej, niż pewne było to, że nie pojedzie. Była zbyt młoda na samodzielne mieszkanie. Zwłaszcza tak daleko od rodziców. I była ich jedyną córką, normalne, że się o nią martwili. — I przestań palić. Strasznie cuchniesz.
   — Dopiero ci zaczęło to przeszkadzać? — zapytał z łobuzerskim uśmieszkiem na twarzy — pogadaj z rodzicami, mała. I nie daj im sobie wejść na głowę. Nikt za ciebie życia nie przeżyje.
   Wiedziała doskonale, że Matt ma rację. Rozmowa z rodzicami mogła jakoś załatwić sprawę. Może jeśli przedstawi im wszystkie zalety tej wyprawy to przestaną się tak o nią martwić? I przecież z Filadelfii do Nowego Jorku nie było wcale tak daleko. Dwie godziny drogi. Patrząc tylko na mapie wydawało się, że to daleko. Dojechaliby tam nawet pociągiem! Joyce nie chciała przez resztę życia chodzić po kawiarni mamy i zbierać zamówienia. To było dobre na okres szkolny czy wakacje. Po wyjściu Matta długo myślała nad tym wszystkim. Notesie rozpisała czego może potrzebować na taki poważny wyjazd. Miała sporo zaoszczędzonych własnych pieniędzy, na początek na pewno wystarczy. Zanim nie znajdzie jakiejś pracy, nawet tej słabo płatnej. No i mieli wynajmować razem przecież mieszkanie. 
   Była naprawdę pełna nadziei, że to się uda. 
~*~
   — Chyba sobie żartujesz — rzucił Jonathan spoglądając na córkę. Joyce opierała się o blat kuchenny, bawiąc się frędzlami od spódnicy. Wiedziała, że to się tak skończy. — Słyszałaś ją?
   — Aż za wyraźnie.
   Skąd wiedziała, że to się tak skończy? Zaciskała mocno usta, aby nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby żałować. Czemu nie mogli zrozumieć jej planów? Długo rozmyślała nad rozmową z Matthew. I w końcu podjęła konkretną decyzję — jedzie do Nowego Jorku. Szkoda tylko, że rodzice nie wyglądali na chętnych do zrozumienia jej. Nie mogla tutaj zostać, nic nie czekało na nią w Filadelfii. Nie chciała spędzić całego życia pracując w kawiarni mamy, to było dobre jako dorywcza praca, ale nie na zawsze. Na samą myśl o parzeniu codziennie kawy — robiło się jej niedobrze. 
   — Porozmawiam z Bree, może wybije mu ten durny pomysł z głowy — powiedziała Lynette. Choć z drugiej strony chciała bardzo córce pomóc w ukształtowaniu życia, ale jednak Nowy Jork był daleko, a w dodatku miała jechać tam z Matthew. Oczywiście, lubiła chłopaka, był bardzo miłym, ale nie ufała mu na tyle, aby powierzyć swoje jedyne dziecko.
   — Nikt z nikim nie będzie rozmawiał! — Zaprotestowała głośno. — Chcę tam pojechać i tam pojadę, mam odłożone pieniądze, zapewnione mieszkanie i znajdę jakąś pracę, żeby się utrzymać. Poradzę sobie.
   Nikt nie wątpił w zaradność dziewczyny. Chodziło tu o zwyczajny rodzicielski strach. Joyce była ich jedynym dzieckiem, dzieckiem, którego nie chcieli stracić. Ale jednocześnie nie chcieli jej ograniczać i obiecali sobie, że nie będą córki powstrzymywać, kiedy będzie chciała spełniać swoje marzenia. To naprawdę była skomplikowana sytuacja. 
   — Uważam, że temat jest zakończony. Teraz masz szkołę, przed tobą ostatnie egzaminy, nie złożyłaś nawet podania na żaden uniwersytet, masz o czym myśleć, a ten Nowy Jork to beznadziejny pomysł. Jeśli Matt chce – niech jedzie sobie sam.
   — Ale tato…
   — Koniec, Joycelyne. Nie będziemy o tym więcej rozmawiać. Ten temat jest zakończony.
   W nadziei, że jej mama coś powie spojrzała na nią. Lynette również nie wyglądała na chętną do tego, aby dalej prowadzić tą rozmowę. Matt był przecież przyjacielem rodziny od lat, tak samo jak jego rodzice! Wszyscy znali się, aż za dobrze. Nie potrafiła zliczyć ile razy zostawała sama z Matthew, ukrywał ją, kiedy zaliczyła pierwszego kaca, wymyślał alibi, kiedy chciała wyjść na imprezę do koleżanki i był niczym starszy brat, którego nie miała, a teraz nagle się okazywało, że wcale nie jest taki godny zaufania jak myślała! To naprawdę było śmieszne, ale nie miała zamiaru się poddać. 
   Dla niej to był dopiero początek.

2008, czerwiec, Filadelfia 
   Wreszcie nadszedł ten czas. 
   Wszystkie egzaminy zaliczyła wręcz śpiewająco, choć rodzice nadal nie byli zadowoleni faktem, że dziewczyna nadal nie wysłała żadnej aplikacji, to nie mówili o tym. Nie licząc tych spojrzeń, które jej rzucali, kiedy któraś kuzynka się chwaliła, gdzie wysłała podanie. Joycelyne miała na siebie zupełnie inny plan, który jak dobrze pójdzie – wypali. Od samego rana była zdenerwowana, czarna toga leżała przygotowana na łóżku. Trudno było jej uwierzyć, że właśnie dziś kończyła szkołę. Zamykała za sobą ten rozdział i rozpoczynała zupełnie nowy. Nie mogła się już go doczekać. 
   Chwilę później w jej pokoju pojawiła się mama. 
   — Jeszcze nie gotowa? 
   — Szykuję się — odparła i cicho westchnęła. To naprawdę się działo. — Trochę się boję — wyznała. 
   — Czego? Kochanie, wszystko będzie w porządku — zapewniła pewnym siebie głosem. Usiadła obok blondynki i objęła ją ramieniem. Farbowane, rude loki połaskotały dziewczynę w twarz, co wywołało u niej lekki uśmiech. Nie pamiętała mamy z blond włosami, farbowała je na rudy od kiedy pamięta. Ale pasował jej ten kolor. O wiele bardziej, niż naturalny blond. 
   W odpowiedzi wzruszyła jedynie ramionami. Naprawdę nie wiedziała czego się boi. Może ich reakcji, może wszystkich ludzi, którzy tam będą. Może życia. Ciężko było wybrać. 
   — Nie martw się. Z tatą mamy miejsca w trzecim rzędzie, będziemy blisko. 
   — Wiem, wiem. Po prostu… Tak jakoś, dziwnie mi. Nigdy więcej już tam nie pójdę. Nie będę siedzieć na biologi i kroić żab, Dom nie będzie rzucał papierkami do kosza, które będą padać obok, a na wf… no nie ważne. 
   — A na wf-fie, co? — Zapytała z zaciekawieniem i uniesioną brwią. 
   — A wf-fie już nie będzie, więc nie będzie też na co patrzeć — wyjaśniła, a przed oczami miała Bena, który bez koszulki grał w kosza ze swoimi kolegami. Będzie jej brakować tego widoku, ale na szczęście miała dobrą pamięć, a parę miesięcy wcześniej okazję, aby się przekonać czy te mięśnie są prawdziwe. 
   Lynette chciała dodać coś jeszcze, ale wołający je z dołuj Jonathan im skutecznie przerwał. Nadszedł czas, aby wyszli. Już i tak brakowało im czasu. Joyce wcisnęła się w togę, a potem zeszła na dół z mamą. To będzie dziwny i jedyny w swoim rodzaju dzień. 
   Ceremonia była naprawdę udana. 
   Wszyscy uczniowie z szerokimi uśmiechami opuszczali szkole mury, choć wiele osób też płakało. Joyce należała do tych osób, które nie mogły powstrzymać łez. Żegnanie się z ulubionymi nauczycielami, rówieśnikami z którymi nie miało się na co dzień kontaktu, ale w szkole bardzo się lubiło, ze wspomnieniami. Do domu wróciła z zapuchniętymi i czerwonymi oczami. Wykorzystała prawie dwa opakowania chusteczek, zamoczyła rękaw bluzki mamy, kiedy ta siedziała z nią na tylnym siedzeniu auta i pocieszała. Mimo łez, pożegnań i świadomości, że niektórych już więcej nie zobaczy, była szczęśliwa. 
   Przez resztę popołudnia szykowała się na pożegnalną imprezę, która urządzała razem ze swoją klasą, a raczej starą klasą. Myślała tez co powie następnego dnia rodzicom i jak to przyjmą. Wyjazd był dopięty na ostatni guzik. Matt poprzedniego dnia pokazał jej mieszkanie, które co prawda nie zachwycało, ale jak na początek było naprawdę dobre. Bała się reakcji rodziców, zwłaszcza mamy, której nie chciała ranić swoim wyjazdem. Jednak decyzja została podjęta i nie miała zamiaru jej zmieniać. 

Następnego dnia 

   Matt czekał na jakąś wiadomość od blondynki. 
   Wczoraj, grubo po północy, odebrał ją z imprezy. Mocno wstawioną, ledwo kontaktowała i obawiał się, że ich plan może się nie udać. Cóż, brał to pod uwagę od samego początku. Znał też jej rodziców i jeśli nie będą chcieli jej puścić, to jej nie puszczą. Odezwała się dopiero po drugiej. Według wiadomości była już ogarnięta i gotowa do drogi, ale kiedy do niej zadzwonił wcale tak nie brzmiała. Nie mogli jednak przekładać wyjazdu na następny dzień, a bez niej nie chciał jechać. Jaki sens byłby w jechaniu do Nowego Jorku bez niej? Dał jej dwie dodatkowe godziny i dopiero wtedy pojawił się pod domem swojej przyjaciółki. Od kwietnia temat wyjazdu ucichł, możliwe, że jej rodzice nawet nie podejrzewali, że właśnie teraz przyjechał, aby porwać im jedyne dziecko. 
   Joyce zauważyła go ze swojego okna. 
   Wyglądała na zdenerwowaną, czemu się wcale nie dziwił. No trudno, będzie musiała jakoś przeżyć to, że przez najbliższe tygodnie jej rodzice mogą mieć do niej o to pretensje, ale musiała zacząć żyć swoim życiem. Czuł się trochę źle, bo dziewczynie do ukończenia osiemnastu lat brakowało jeszcze niecałego miesiąca. Jakby zaczekali mieszkanie przeszłoby im koło nosa, a szukanie czegoś w dobrym stanie i cenie w tym mieście było wyzwaniem. Dlatego było teraz, albo wcale. 
   — Matt! 
   Z rozmyślań wyrwał go głos ojca dziewczyny. Oho, zaczęło się. No trudno, będzie musiał to przeżyć. Chłopak uśmiechnął się do niego i pomachał na przywitanie. 
   — Dzień dobry, panie Starling — przywitał się — ja do Joyce. 
   — Obawiam się, że jeszcze nie kontaktuje — odparł ze śmiechem. Jak dobrze, że nie był, aż tak sztywny. Większość rodziców dałoby pewnie szlaban na całe życie za upicie się, ale dziewczyna miała dobry powód, aby to zrobić. — Wejdź, właśnie Lynette nakładała obiad. Może masz ochotę? 
   Głupio było mu odmówić. 
   Zgodził się więc na zjedzenie obiadu. Dołączyła do nich blondynka, ale nie tknęła nawet trochę. Piła jedynie wodę. Szklanka za szklanką, co rozbawiało jej ojca, a ta posyłała mu groźne spojrzenia. Gdyby sytuacja była normalna, Matt dawno wysłałby ją do łóżka i kazał odpocząć. 
   — Tato, mamo -— zaczęła, choć niezbyt pewnie. Westchnęła cicho i spojrzała na nich — muszę wam o czymś powiedzieć. O czymś co zrobię. 
   — Nie. 
   — A tak. I mnie nie powstrzymacie. 
   — Joycelyne Esther Starling! 
   Jak na zawołanie oboje, Matt i Joyce, przewrócili oczami. Ten poważny, zatroskany ton i wypowiedzenie pełnego imienia wcale niczego nie zmieni. 
   — Z całym szacunkiem, Jonathan, Lynette, ale ona już podjęła decyzję. Wiem, że nie tego się spodziewaliście i pewnie wolelibyście, żeby jechała tam na studia i najlepiej w towarzystwie Pauline, albo Kristen, prawda? Wtedy mielibyście pewność, że nie wydarzy się nic niechcianego, nie? Ale mogę was zapewnić, że chcę dla niej równie dobrze jak wy. Może się jej nie spodoba tam, może do was wróci po tygodniu, albo będzie zachwycona i zostanie na zawsze. Nie blokujcie jej, pozwólcie jej jechać, pozwólcie jej robić co chce… 
   — O tak, z pewnością ty mi będziesz mówił jak mam postępować ze swoją córką. Wychowałeś jakieś dziecko? 
   — O ile liczymy Natalie, to tak. Wychowałem. 
   — Wynoś się. Natychmiast. 
   — Tato! Ale to ja chce jechać! Ja, ja! Ja go prosiłam, żeby mi pomógł, jedzie tam, bo ja chcę! 
   Nie pozwoliła ojcu dojść do słowa. Pobiegła prosto na górę. Słychać było jak tłucze się po swoim pokoju. Miała już spakowaną walizkę, do torby wrzuciła jedynie najważniejsze rzeczy. Ciągnęła ją po schodach, niemal się wywróciła, ale w końcu ściągnęła. 
   — Ty chyba sobie żartujesz! Nigdzie nie jedziesz, Joyce! 
   — Jadę! I koniec, żadne z was nie będzie za mnie powstrzymywać przed podejmowaniem decyzji o własnym życiu! 
   Nie chciała wyjeżdżać w kłótni, ale nie dawali jej wyboru. Gdyby to zaakceptowali wyglądałoby to zupełnie inaczej. Mama pomogłaby się jej pakować, tata pewnie pojechałby pierwszy na miejsce i ogarnął mieszkanie, żeby wyglądało lepiej, niż teraz. Może nawet zawieźliby ją do miasta i tam pożegnali ze łzami w oczach, choć teraz to też było pożegnanie ze łzami. Tylko nie takimi jakie wyobrażała sobie Joyce. 
   — Kocham was, zawsze będę i to się nie zmieni, ale nie poradzę nic na to, że chcę zacząć żyć po swojemu. 
   — Ale tak z dnia na dzień… 
   — To nie była decyzja podjęta z dnia na dzień. Dorosłam do niej, myślałam o tym przez ponad rok i jestem tego bardziej, niż pewna. Wiem, że się wam to nie podoba, ale kiedyś to zrozumiecie. 
   Poczuła się teraz jakby to ona była rodzicem, który wmawia swoim dzieciom, że kiedy będą starsze to doskonale zrozumieją co takiego mają teraz na myśli. Liczyła, że ją teraz zrozumieją. Oczywiście, że chciałaby dalej z nimi mieszkać. Było jej wygodnie z nimi, ale potrzebowała tego. Chciała być odpowiedzialna za siebie, za swoje życie. I chciała spróbować tego w Nowym Jorku. Nawet jeśli ceną tego miały być kłótnie z najbliższymi. 
   — Będę dzwonić, codziennie jeśli tego chcecie. I to tylko dwie godziny drogi, nie wyjeżdżam na koniec świata… 
   Rozumiałaby gdyby powiedziała, że chce nagle wyjechać do Australii czy jakiegoś miasta w Europie. Ale to był Nowy Jork. To było dziewięćdziesiąt siedem mil, a nie tysiące kilometrów. Spokojnie w dwie godziny bez korków się dojedzie. Blondynka westchnęła i podeszła najpierw do taty, który najbardziej był z tego niezadowolony i objęła go z całej siły. 
   — Kocham cię, tato. Zawsze będziesz moim tatą, choćby nie wiem co. Chcę tego, muszę to zrobić. Dla siebie. 
   — Wiem, słońce. 
   I dopiero teraz zaczęły się te właściwe łzy. Na samą myśl, że tą noc spędzi w obcym zupełnie miejscu, bez mamy i taty, chciało się jej wyć. Było teraz tak jak sobie wyobrażała. Wyjechali jednak z Mattem znacznie później. Spakowała z mamą jeszcze więcej rzeczy, zabrała ulubione książki, dostali więcej jedzenia, niż będą w stanie zmieścić, a po cichu, o czym jeszcze nie wiedziała, rodzice zasili dodatkowo jej konto. Wcale o to nie prosiła, ale skoro wyjeżdżała to uznali, że dobrze będzie jeśli to zrobią. Dopiero koło dwudziestej zebrali się do wyjścia, dawno powinni być już na miejscu, ale nikt nie przewidział tego, że w ten sposób się potoczy dzisiejszy dzień. Wyjeżdżała z szerokim uśmiechem, choć na policzkach wciąż miała ślady gorzkich łez. 
   Zaczynała właśnie zupełnie nowy początek swojego życia. W towarzystwie najlepszego przyjaciela. Pewna jej część chciała zawrócić, schować się w ciepłym łóżku, albo na kanapie i włączyć film, który obejrzy w towarzystwie rodziców, a druga, ta bardziej rozgarnięta i mająca większe znacznie, kazała jechać i to właśnie Joyce robiła. 
   Dwie i pół godziny później jej nogi po raz pierwszy stanęły w Nowym Jorku. 

Cześć wszystkim, którzy dotrwali do końca! *ciasteczka dla was* 
Notkę dla tej panny planowałam już od długiego czasu, ale dopiero niedawno dostałam kopa, aby napisać ją do końca. Nigdy nie wiem co tu napisać, więc będę kończyć. Dziękuje z góry wszystkim, którzy dotarli, aż tutaj! :D

22/02/2018

2057. What a dangerous night to fall in love!



Grudzień 2016 r. 

   Głośne trzaśnięcie drzwiami rozległo się po pustym parkingu. Wiadomość, którą otrzymała Felicity raptem parę minut przed tym, jak zaparkowała swój samochód, porządnie ją rozzłościła. Po raz kolejny cudem wolny wieczór okazał się kompletną klapą. Spojrzawszy na czubki swoich wysokich butów i zacisnąwszy usta podkreślone czerwonym kolorem szminki w cieniutki paseczek, wypuściła głośno powietrze z płuc, zupełnie jakby pozbywała się nagromadzonej w sobie frustracji. Nie mając zamiaru nawet odpisać, wyłączyła telefon, który ostatecznie wrzuciła do torebki. Upewniwszy się, iż starannie ułożone włosy nadal wyglądają względnie dobrze, skierowała się w stronę obszernego wejścia do budynku. Nie mogła pozwolić, aby upragniona chwila dla siebie, mimo małego potknięcia, stała się czymś wartym zapomnienia. Nie po to poświęciła tak wiele czasu na przygotowania, aby teraz wracać do domu.
   Stukot wysokich obcasów rozniósł się echem po teatralnym holu. Odnalazłszy biletową kasę, zyskała swoją małą przepustkę do wielkiej sali ze sceną, na której niedługo mieli pojawić się aktorzy. Po zajęciu wyznaczonego miejsca poprawiła materiał ciemnej sukienki, która idealnie przylegała do jej drobnego ciała niczym druga skóra. Omiotła spojrzeniem salę, będąc pod ogromnym wrażeniem. Nie uczęszczała na spektakle zbyt często, jednak gdy tylko miała okazję i rzeczywiście pojawiała się w teatrze, liczba widzów stale rosła, co cieszyło jakąś część jej wrażliwej na sztukę duszy. Dziwna ekscytacja ścisnęła jej żołądek, gdy tylko zgasły pierwsze światła. Z wyraźnym skupieniem na twarzy, zacisnęła usta w wąski paseczek, nie chcąc pominąć nawet najmniejszego szczegółu, jaki pojawi się na scenie. Mogła wyglądać zabawnie, będąc wpatrzoną bez końca w poruszających się na scenie aktorów, zupełnie nieobecna, przeżywająca wszystko w równie mocny sposób, co sami artyści. Jedynie co jakiś czas, jej pierś unosiła się gwałtownie przy większym oddechu, a mocno splecione dłonie, zaciskały smukłe palce w nierozerwalnym uścisku. Zapomniała o brakującej u jej boku towarzyszce, której praca po raz kolejny nie pozwoliła na wspólne wyjście. Już nic nie miało znaczenia.
   Dopiero gromkie brawa, pozwoliły, aby Felicity wróciła na ziemię. Z lekkim rozczarowaniem, przyjęła do wiadomości, iż to już koniec przedstawienia, któremu pełen podziw wyraziła, klaszcząc głośno wraz z resztą publiczności. Po ponad godzinie siedzenia w prawie ciągłym bezruchu, czuła się nieco odrętwiała, dlatego też nie śpieszyła się zbytnio w stronę wyjścia z sali, oszczędzając sobie rozpychania się łokciami, aby jak najszybciej dotrzeć do szatni, w której za okazaniem numerka, otrzyma się powierzone okrycie wierzchnie.
   Schodząc po schodach wyłożonych jasnym kolorem płytek, zmarszczyła czoło, widząc obszerną wystawę tuż przy głównym wejściu. Jak mogła tego nie zauważyć? Przyśpieszyła nieco kroku z zamiarem jak najszybszego zapoznania się z jej treścią, co okazało się błędem. Stanąwszy krzywo na jednym ze śliskich stopni, nie zdołała w porę złapał się barierki, aby uchronić się przed bolesnym upadkiem, który ku jej zaskoczeniu wcale nie nastąpił. Opleciona przez silne ramiona, nie od razu zdołała złapać pion. Owiana przez zapach delikatnych, męskich perfum zadarła głowę ku górze, dostrzegając kompletnie nieznanego jej mężczyznę. Czuła się nieco zakłopotana, gdy po dłuższej chwili nadal nie zdołała się odezwać, wpatrując się w jego oczy. Odchrząknęła, przerywając tym niezręczną ciszę i spojrzawszy na swoje buty, uśmiechnęła się krzywo, gdy tylko dostrzegła złamany obcas.
   — Felicity — rzuciła zupełnie nagle wesołym tonem głosu, wyciągając ku niemu dłoń. Nie wiedziała skąd tak nagle pojawił się w niej napływ optymizmu, który chyba był lekkim wyznacznikiem kłębiącego się w niej zdenerwowania, może nawet lekkiego zażenowania własną nieporadnością, przed mężczyzną, którego imię wywoływało u niej ścisk żołądka. — Cóż, na co dzień mam nieco więcej kobiecej gracji. — dodała i ponownie skierowała wzrok na swoją stopę, która zaatakowana nagłym bólem, wywołała na twarzy delikatny grymas, który za pewnie nie uciekł uwadze Geralda. Znowu jej żołądek został ściśnięty, gdy tylko jego imię przeszło jej przez myśl. Pokiwała delikatnie głową. Nie zdołała nawet się odezwać. Objęta po raz kolejny, nie miała odwagi zaprotestować. Czy właśnie Felicity Dowell została onieśmielona przez mężczyznę?! Zakryła dłonią usta, aby nie wydać z siebie cichego chichotu i po wskazaniu miejsca, w którym zaparkowała samochód, ruszyła powoli, przenosząc swój ciężar ciała na nowego towarzysza.
   — Zapewniam cię, że nie jest to nic poważnego, a jutro zapewne będzie mi towarzyszył jedynie lekki dyskomfort — powiedziała stanowczo, gdy tylko stanęli obok jej samochodu. — Dalej poradzę sobie sama… — nie dokończyła, gdyż zaborczy wzrok Geralda, wraz ze zdecydowanym tonem jego głosu, wyraźnie wskazywał na to, że nie miał zamiaru pozwolić, aby wróciła sama do mieszkania, a co najważniejsze, aby z kontuzjowaną kostką prowadziła samochód. W takiej sytuacji stwarzałaby zagrożenie nie tylko dla samej siebie, ale i również dla innych uczestników ruchu.
Wystarczająco mocno czuła się zażenowana. Nie była typem osoby, która śmiało prosi o pomoc, ani tym bardziej ową pomoc przyjmuje, zwłaszcza od kompletnie przypadkowej osoby. Na przestrzeni lat, to ona stanowiła pomoc dla innych, wmawiając sobie uparcie, iż sama nigdy jej nie potrzebuje, a samowystarczalność to wyznacznik kobiecej siły.
   — Gerald — westchnęła z politowaniem w głosie, nie mając siły, aby się z nim kłócić. — Każdej osobie, która dzieje się krzywda, tak uparcie chcesz pomagać? Minąłeś się z powołaniem, próbujesz odkupić swoje winy, wkupiając się w czyjeś łaski? — Mogło brzmieć to trochę niegrzecznie, jednak Felicity próbowała pojąć całą sytuację i zrozumieć intencję przystojnego towarzysza. Była wdzięczna za uratowanie przed upadkiem na schodach, była wdzięczna za pomoc w dotarciu do samochodu, ale mimo nawet głupiego onieśmielenia, miała jakieś granice, a w tym momencie, jedna z nich powoli naruszała jej wydumaną godność. Mogła zadzwonić po taksówkę, a następnie dać znać młodszemu bratu, aby zajął się pozostawionym na parkingu samochodem, bez potrzeby dalszego niepokojenia Geralda. W końcu jednak uniosła dłonie do góry w obronnym geście i przymknęła powieki.
   — Dobrze! Już dobrze… — mruknęła, by chwilę później trącić bruneta ramieniem. — Wygrałeś panie uparty i wiem wszystko najlepiej. 
Próbowała posłać mu groźne spojrzenie, jednak gdzieś w głębi mimo próby zbudowania ochronnej bariery, cała sytuacja ponownie zaczęła ją bawić, tak jak działo się podczas incydentu na schodach. Oddała mu kluczyki od swojego samochodu, by następnie zająć miejsce po stronie kierowcy. Było jej głupio, iż mężczyzna będzie zmuszony nadkładać drogi do domu, jednak jego stanowczość była na tyle dominująca, iż nawet uparta Dowell stała się przegraną. Przez całą drogę nie odzywała się zbyt wiele, poza podaniem dokładnego adresu. Miętosiła materiał swojego płaszcza, co jakiś czas mimowolnie zerkając na Geralda, a w jej głowie zaczęły pojawiać się dość niewygodne dla niej myśli. Może wcale nie opierała się w sposób, który wyraźnie dałby mu do zrozumienia, iż dalsza pomoc nie jest wskazana? Może wcale nie chciała się opierać? A wypowiedziane słowa sprzeciwu, były jedynie zagłuszeniem własnego ego.
   — Może wejdziesz? — zapytała, gdy tylko stanęli przed drzwiami. Felicity coraz bardziej zaskakiwała samą siebie. — Na herbatę w ramach podziękowań — dodała, czując nawracające zakłopotanie. Otworzywszy drzwi, uśmiechnęła się delikatnie. Mocniej bijące serce, obijało się dźwięcznie o jej klatkę piersiową, dodatkowo miała wrażenie, iż na jej policzkach pojawiły się wypieki, które próbowała sobie tłumaczyć różnicą temperatur, zaraz po przekroczeniu progu mieszkania. Po odwieszeniu płaszcza wskazała mu drogę do salonu, prosząc, by chwilę na nią poczekał. Sama zniknęła w kuchni i oparłszy się o blat, wzięła głęboki wdech. Noga nadal dawała o sobie znać, jednak to, co działo się z jej umysłem, nie było czymś, co działo się codziennie. W końcu chwyciła dwa kubki i powoli skierowała się w stronę salonu, gdzie zasiadła na kanapie, pozwalając sobie wreszcie odpocząć, a co najważniejsze ochłonąć. Omiotła swojego nowego towarzysza wzrokiem. Mogła śmiało stwierdzić, iż mały incydent w teatrze, był wart skręconej kostki, a ona sama zupełnie nieświadomie miała przed sobą przyszłego męża. 
________________________________________________________

  Nie przywykłam do regularnego pisania notek, jednak, gdy zdałam sobie sprawę, że Felicity jest na NYC'u już rok, podobnie jak sam William, to dobrze by było, aby jakoś postać pokazać, przybliżyć w innej formie niż sama karta, czy wątki.  Mogą gdzieś wystąpić niewielkie błędy, choć mam nadzieję, że wszystkie udało mi się wyłapać i cóż, dziękuję każdemu kto dotarł do tego momentu <3 

18/02/2018

2056. Dziennik Bridget Jones... Znaczy Olivii Kowalewski

Życie zmieniło się z dnia na dzień.
Oj tak, i to bardzo. Wystarczyła chwila nieuwagi. Przyjemna, ale pewnie nie warta tego, do czego doprowadziła.
Kojarzycie film 'Wpadka'? Wyobraźcie sobie teraz, że zaczyna się on na lodowisku. Trudno to, co dzieje się później, nazwać kłótnią. Oboje są na takie ekscesy zbyt sympatyczni. Równie wyszczekani, ale nie jest tak źle. Później przenieście się do baru, w którym poznaliście Olivię. W umyśle urządźcie sobie popijawę. Taką, jaką oni sobie urządzili. Pośmiejcie się trochę, posłuchajcie głupich, dwuznacznych, podpuszczających tekstów. Szybko idźcie do mieszkania, pozdzierajcie z siebie ubrania tuż po przekroczeniu progu, oddajcie się temu całkowicie, będzie fajnie, obiecuję. A po wszystkim, nawet przy największym moralniaku świata, nie będziecie się wstydzić tej drugiej osoby, bo nie ma powodu, byście się jeszcze kiedykolwiek spotykali. Wyjdzie z tego tylko jeden problem.
Pękła wam gumka.
Olaboga, i co teraz?
Ano nic. Jesteście na siebie skazani do końca życia, przykro mi.
Dała mu zapasowy klucz do mieszkania, tak na wszelki wypadek. John szybko przestał zawracać sobie głowę pukaniem, wpadał jak do siebie i miał gdzieś, czy akurat się przebierała, czy spała, czy może pracowała. Na razie jeszcze go nie opieprzała, wiedziała, że brunet chce dobrze. Że przejął się swoją przyszłą rolą. I choć nie brała pod uwagę, by ich relacje kiedykolwiek miały przejść ze stopy przyjacielskiej w poważniejszą, romantyczną, jak na prawdziwych przyszłych rodziców przystało, musiała przyznać, że lubi go coraz bardziej z dnia na dzień. Nawet mimo wszystkich dziwactw, które wymyślał.
Ed Sheeran wyśpiewywał z głośników coś o Barcelonie. Frytki piekły się w najlepsze, a Nutella roztapiała w mikrofali. Olivia, ubrana jedynie w kraciastą koszulę, krótkie spodenki i skarpetki, chodziła po mieszkaniu, kiwając się w rytm muzyki i śpiewając razem z rudym muzykiem. Jej myśli zajmowało bardzo ważne pytanie: czy Edward jest popularny w Ameryce? Nigdy nie słuchała tego, co modne, a tego, co jej się podobało – zazwyczaj były to cięższe rzeczy, jak Royal Blood czy inny Nightwish, ale ciąża najwidoczniej wpływała nie tylko na preferencje kulinarne. Tak czy inaczej, ten facet podbijał swoją rudą głową Europę nawet wtedy, gdy jeszcze tam mieszkała. Ale czy tutaj też było o nim tak głośno?
Rozmyślania przerwał dźwięk obwieszczający, że frytki się upiekły, a Nutella w mikrofalówce rozpuściła. Podskakując wciąż w rytm tej samej piosenki, Kowalewski postawiła to na wyspie kuchennej i nie przejmując się talerzem czy widelcem, wylała gorącą czekoladę na frytki spoczywające na blasze. Posypała je solą i zaczęła jeść, śpiewając przy tym z pełnymi ustami. I nawet nie opluła wszystkiego naokoło!
Kobiety w ciąży to dziwne stworzenia. Jedyna korzyść, jaką do tej pory widziała w tym stanie to fakt, że cycki jej urosły, a brzuch dopiero zrobił się lekko wypukły. Dziewczynki (piersi) więc zdawały się wiedzieć, że dziecko już się rozwija, a chłopiec (podbrzusze) jeszcze nie. Gdyby kogoś miała, pewnie wykorzystałaby ten fakt w łóżku. Ale pozostało jej tylko patrzenie w lustro dla własnej satysfakcji, że po dwudziestu dwóch latach życia doczekała się miseczki większej, niż rozmiar B.
Zamarła z dłonią w połowie drogi do ust, gdy drzwi tak po prostu się otworzyły. Nie musiała nawet widzieć, kto się w nich pojawił. Burza czarnych loków znowu wpadła niezapowiedzianie, nie zawracając sobie głowy chociażby tym, by napisać smsa, że się do niej wybiera. Westchnęła ciężko i zlizała czekoladę z palców, po czym odwróciła się przodem do Danielsa.
- Naruszasz moje ying, a zdecydowanie nie jesteś yang, żeby to robić – zauważyła, mierząc go uważnym spojrzeniem. Może nie znała go dobrze, właściwie prawie wcale, byli bowiem w trakcie docierania się, ale zauważyła, że robi charakterystyczną minę, kiedy coś zmaluje. Teraz ta mina widniała na jego twarzy i Olivia musiała przyznać, że aż boi się spytać, o co chodzi.
- Ciebie też miło widzieć – odparł i jak gdyby nigdy nic rzucił kurtkę na krzesło przy biurku, podszedł do szafki obok dziewczyny i wyjął sobie szklankę. Zajrzał do lodówki, po czym nalał sobie soku pomarańczowego. Olivia odsunęła się na wszelki wypadek. Te frytki były zbyt dobre, żeby pozbywać się ich z żołądka w tak szybkim tempie. Nienawidziła pomarańczy z całego serca, od kiedy zaszła w ciążę nie tylko mdliło ją od ich zapachu, po prostu wymiotowała, gdy go czuła. Kupowała ten sok tylko ze względu na Johna. To się dopiero nazywa poświęcenie!
- Co zrobiłeś, Daniels? - spytała podejrzliwie. Nie podobała jej się ta pełna zadowolenia z siebie mina. Wcale a wcale.
- Oj, no od razu co zrobiłeś, co zrobiłeś... Daj mi się jeszcze chwilę nacieszyć – brunet w odpowiedzi puścił jej oczko. Schował sok z powrotem do lodówki i oparł się biodrem o wyspę, na której wciąż spoczywała blacha z frytkami. Zmierzył spojrzeniem kulinarne dzieło, a następnie Olivię, zatrzymując się dłużej na jej brzuchu. - Czym ty karmisz nasze dziecko? - jęknął z obrzydzeniem.
- Tym, na co ma ochotę. Nie będziesz mi liczył kalorii! - fuknęła i przekornie wzięła frytkę, wymazała ją w czekoladzie i włożyła sobie do ust, wydając przy tym z siebie taki odgłos, jakby to była najlepsza rzecz, jaką jadła w życiu. John skrzywił się z niesmakiem, a na twarz dziewczyny wpłynął uśmiech satysfakcji. Nic nie mógł z tym zrobić. To ona była matką i najlepiej wiedziała, czego potrzebuje jej ciało, on nie miał w tej kwestii nic do gadania. Owszem, czasami wpadał z jakimiś kulinarnymi ciekawostkami znalezionymi w internecie i zmuszał ją do zjedzenia tego czy tamtego. Na początku nic nie mówiła, widząc jak patrzy na nią z nadzieją. Nie chciała robić mu przykrości. Ale po jakimś czasie wywiązała się z tego ich pierwsza kłótnia o dziecko i teraz robił to rzadziej.
- Mam nadzieję, że po urodzeniu wda się w tatusia, a nie w mamusię i będzie prowadzić jednak bardziej aktywny tryb życia – dodał z rozbawieniem, po czym dał jej pstryczka w nos i przeniósł swoje szanowne cztery litery na stojące pod oknem łóżko, rozwalając się na nim. Z jednej strony miło było wiedzieć, że ich relacja stała się na tyle swobodna, że John czuł się jak u siebie. Ale z drugiej chętnie by go za to kopnęła w dupsko.
Olivia wywróciła jedynie oczami i wróciła do jedzenia frytek. Uznała, że nie ma sensu poganiać Danielsa i oczekiwać z niecierpliwością odpowiedzi na pytanie, co odwalił. Umierała z ciekawości i miała wrażenie, że zaraz wydepcze dziurę w miejscu, w którym przebierała nogami, ale się nie odezwała.
Nie musiała, bo chyba sam uznał za stosowne w końcu ją poinformować:
- A tak poza tym, to zapisałem nas do szkoły rodzenia – i uśmiechnął się pod nosem, dumny z siebie.
Aż przestała jeść. I Edek też zamilkł. Na tyle, na ile potrzebny był czas do załadowania następnej piosenki (New man) na Youtube, ale moment był idealny.
- Że co zrobiłeś? - spytała. Wciąż miała nadzieję, że się przesłyszała. Przecież to był zaledwie trzeci miesiąc! Szkoły rodzenia kojarzyły jej się z dużymi brzuchami i gumowymi piłkami do ćwiczeń. Przynajmniej tak to wyglądało w filmach. Kit z piłkami, ale brzuchy zawsze były duże! A patrząc na nią, nikt by nie powiedział, że jest w ciąży! Ewentualnie, że za dużo zjadła.
John nie odpowiedział i to wkurzyło ją jeszcze bardziej. Leżał sobie po prostu z rękami splecionymi pod głową i bezczelnie się uśmiechał. Olivia rozejrzała się w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby w niego rzucić. W końcu oberwał w twarz rękawicą kuchenną i głośno się przy tym roześmiał. Ten śmiech naprawdę ją rozwścieczył. Nie wiedziała, na ile to hormony, a na ile rzeczywiście była wkurzona, ale szybko wskoczyła na łóżko obok mężczyzny, chwyciła pierwszą lepszą poduszkę i zaczęła go okładać.
- Jak – uderzenie – mogłeś – uderzenie – zapisać – uderzenie – mnie – uderzenie – do – uderzenie – szkoły – uderzenie – rodzenia – uderzenie – bez – uderzenie – mojej – uderzenie – cholernej – uderzenie – zgody?!
Opadła zdyszana na materac i ostatni raz walnęła Johna w głowę. A on wciąż bezczelnie się śmiał. I wciąż, i wciąż.
- Już? - spytał, opanowując gwałtowną wesołość i odebrał dziewczynie narzędzie zbrodni. Kiwnęła tylko głową.
- Jak mam się przygotować? - westchnęła w końcu zrezygnowana.
```
Tydzień później weszli na salę pełną kobiet z dużymi brzuchami i facetów głaszczących ich po tych brzuchach. Pary były w różnym wieku, od zbliżonego do dwudziestki, po tych, którzy mieli na karku czterdziestkę. Wszyscy siedzieli na gumowych piłkach, tworząc okrąg wokół siwowłosego mężczyzny, który również miał przed sobą piłkę, ale jeszcze na niej nie siedział. Olivia miała ochotę parsknąć śmiechem. Czuła się, jakby weszła na plan filmowy komedii romantycznej. Teraz miała być nagrywana ta zabawna scena ze szkołą rodzenia, co?
John ścisnął mocniej jej dłoń i cicho prychnął. Wiedziała, że myśli o tym samym, co ona. Zdążyła podzielić się z nim swoją wizją takich zajęć. Próbował jej wmówić, że w prawdziwym życiu to wygląda zupełnie inaczej, ale teraz w końcu wyszło, kto miał rację w tym sporze. Nawet na niego nie spojrzała, jedynie krótko odwzajemniła nieco mocniejszy uścisk. Zauważyła, że trzymanie się za ręce w takich momentach weszło im w zwyczaj. Zaczęło się na pierwszej wizycie u ginekologa, kiedy prawie uciekła ze strachu z gabinetu. Wtedy też nie musiała nic mówić, po prostu wyciągnęła dłoń, a Daniels ją chwycił. Z każdą kolejną wizytą u lekarza Kowalewski coraz mniej się tego domagała, a stał się to po prostu wypracowany ruch ich obojga. Może dlatego doktor Sweetheart brała ich za młode małżeństwo. I może dlatego teraz siwowłosy mężczyzna uśmiechnął się do nich ciepło i powitał ich czymś w stylu 'witamy kolejną piękną parę'. Nikogo nie poprawiali. Nie wiedziała jak John, ale ona nie widziała takiej potrzeby. Jak by to o nich świadczyło, gdyby ktoś poznał ich historię?
- Weźcie państwo piłki, są w magazynku po prawej – powiedział mężczyzna, gdy Olivia i John odwiesili kurtki i postawili swoje torby pod ścianą.
Powstrzymując śmiech, Kowalewski ustawiła się za brunetem i popchnęła go w kierunku białych drzwi, za którymi mieli znaleźć atrybuty. Wybuchła dopiero, gdy znaleźli się w pomieszczeniu. Pewnie zwróciła tym na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych, ale nie mogła się ogarnąć. John jakoś zdusił wesołość i objął ją ramieniem, a wolną dłoń przycisnął do ust dziewczyny. Ta jednak śmiała się tak bardzo i szczerze, że z kącików oczu pociekły jej łzy, więc nie wytrzymał i do niej dołączył.
- Mówiłam ci, że to będzie jak Bridget Jones! - wydusiła w końcu, gdy udało jej się jakoś uspokoić. Wyswobodziła się z danielsowych objęć i chwyciła różową, gumową piłkę, a nogą kopnęła niebieską w stronę chłopaka.
- Przestań – jęknął z udawanym smutkiem w głosie. - Jeśli będę musiał trzymać cię od tyłu za brzuch i dyszeć jak pies, chyba stąd ucieknę – dodał i znowu ogarnął ich śmiech.
Gdy wrócili na salę i usiedli na piłkach, wszyscy, łącznie z siwowłosym, zdawali się patrzeć na nich z niesmakiem, jakby wesołość nowych ich obrażała. Nikt jednak nie skomentował ich zachowania, a staruszek przeszedł do 'lekcji'. Olivia zaczęła się zastanawiać, dlaczego takie zajęcia prowadzi mężczyzna, a nie kobieta. Mężczyzna przecież nie był w stanie zrozumieć, jak to jest nosić pod sercem dziecko, chyba że mówimy o Arnoldzie Schwarzeneggerze w Juniorze. Ale to nie był film i facet nie znał uczucia obolałych piersi, porannych mdłości, czy dotykania swojego własnego brzucha, który powoli rósł nie dlatego, że dokarmiało się go piwem, a dlatego, że w środku rozwijał się mały człowiek. Podejrzewała, że inaczej też przeżywali moment ujrzenia dziecka pierwszy raz na obrazie USG. To w końcu nie z ich ciała wydobywał się dźwięk szybko bijącego serduszka, oni tylko byli obok. I co płeć męska może wiedzieć o trudzie porodu? Pewnie nigdy nie doświadczą takiego bólu i takiego szczęścia zaraz po nim.
Okazało się jednak, że może wiedzieć całkiem sporo. Siwowłosy, które przedstawił się jako doktor Jackson, opowiadał o wszystkim bardzo obrazowo. Olivia z zaciekawieniem obserwowała reakcję Danielsa na dokładny opis porodu. Krzywił się i bladł, spoglądał na dziewczynę z przestrachem, potem znowu się krzywił i coś mamrotał pod nosem, czasami kręcił z niedowierzaniem głową. Gdyby nie to, że opis dotyczył jej przyszłych przeżyć, pewnie by się śmiała. Ale nie było jej do śmiechu, gdy słuchała o pękającym czasami samoistnie kroczu, czy wielu godzinach męczarni bez żadnych efektów. Kilka razy nie udało jej się powstrzymać grymasu cisnącego się na usta. Najdziwniejsze było to, że niewiele osób reagowało podobnie do tej dwójki. Większość kobiet uśmiechała się z dumą, a ich partnerzy patrzyli na nie z podziwem i chłonęli każde słowo Jacksona jak gąbki.
- A teraz poćwiczymy oddech – te słowa wyrwały Olivię z zamyślenia. - Usiądźcie, panowie, przed swoimi partnerkami i chwyćcie je za ręce – poinstruował i nagle zobaczyła przed sobą burzę loków i uśmiechnięte usta. John przeturlał piłkę i lekko na niej podskakując, złapał Kowalewski za drobne, zimne dłonie. Dziewczyna odwzajemniła wesoły uśmiech, zdając sobie sprawę z tego, że za chwilę znowu zwrócą na siebie uwagę wszystkich dookoła. - Wyprostujcie cię i weźcie głęboki oddech – usłyszeli i posłusznie wykonali polecenie. Brunetka nie wytrzymała jednak długo pod świdrującym spojrzeniem chłopaka i prychnęła. Kilka osób obrzuciło ją zdegustowanym spojrzeniem, ale nic sobie z tego nie zrobiła. - A teraz szybko, króciutkimi wydechami wypuszczajcie powietrze – powiedział siwowłosy.
A potem wyprosił naszych wpadkowiczów z zajęć, twierdząc, że cud narodzin to nie zabawa i nie będzie tolerował takiego zachowania.
- Wolę cesarkę – skwitowała Olivia, gdy udało jej się uspokoić na tyle, by coś powiedzieć. John otworzył przed nią drzwi i wyszli na lodowate powietrze. Dziewczyna wsunęła dłonie do kieszeni kurtki i przymknęła na chwilę oczy.
- Chcesz obejrzeć Bridget Jones? - spytał Daniels, wyrywając ją z zamyślenia. Popatrzyła na niego podejrzliwie, mrużąc przy tym powieki. W końcu kiwnęła twierdząco głową.
I obejrzeli wszystkie trzy części, leżąc w łóżku Olivii. Dziewczynie udało się namówić lokowatego na odstępstwo od diety sportowca, dlatego opychali się przy tym chipsami i ona zapijała to sokiem owocowym, a on piwem. I tak sobie leżeli, jakby znali się od lat i jakby nie połączyła ich wpadka, a przyjaźń. A John musiał obiecać, że przez następne pół roku, gdy jej ciało będzie mieszkankiem Groszka, nie zrobi nic bez jej wiedzy i zgody.



[Pomysł Nicponia, wykonanie moje z drobnymi poprawkami. Zaczęło powstawać o 2 w nocy, znowu, ale Nicpoń zaakceptowała, więc chyba nie ma tragedii. Enjoy! :D]

14/02/2018

2055. Ulepimy dziś bałwana?

No chodź, zrobimy to. 
Tak dawno nie widziałam cię,
Uciekłeś gdzieś, czy co?
 
— Jesteś pewna? — zapytał, uważnie wpatrując się w stojącą przed nim dziewczynę. Potargane włosy, rozszerzone źrenice i dwa inne buty… Jessie w pigułce.
— Tak! Jestem pewna! Chcę iść z tobą na randkę. Na prawdziwą randkę! — powiedziała, a raczej krzyknęła, uśmiechając się szeroko. Spojrzała ponad ramieniem mężczyzny i lekko zmarszczyła brwi. — Kupić ci choinkę… pod choinkę? — zapytała. Koniec jej słów zwieńczył głośny huk i dźwięk tłuczonych lampek, które rozbiły się na podłodze. A ci, którzy mieli bardziej rozwiniętą wyobraźnię, mogli usłyszeć diaboliczny śmiech, który wydobywał się z pyszczka czarnego kota, który zmierzał w kierunku Jessie.
— No chodź kochanie do mamusi! — Zawołała, mijając nieco zdezorientowanego (a może przerażonego?) Jensena. Wyciągnęła ręce w kierunku kota, który po chwili znalazł się koło niej. Wzięła go na ręce i zaczęła kiziać za uchem. — No już, już! Mamusia cię kocha, wiesz? Mój malutki, kochaniutki…
— Kochaniutka, ale za spowodowane zniszczenia płacisz ty.
— Wcale nie. Podpisałeś, że ponosisz pełną odpowiedzialność za szkody
— Niczego nie podpisywałem!
— No w sumie racja. Podrobienie twojego podpisu to nie była trudna sztuka. Podrobienie podpisu Maxa, to dopiero wyzwanie. — Jessie zrobiła zabawną minę. Odwróciła się w kierunku Jensena. — To… Przyjedź po mnie o ósmej. Ubierz się ładnie. Jakiś garnitur, czy coś. O! Najlepiej garnitur i muszka. Masz ładnie wyglądać, abym nie pożałowała swojej decyzji, jasne? I dziękuję za opiekę nad Casem. Mam nadzieję, że świetnie się razem bawiliście. To ja le…
— Synku, z kim tak głośno rozmawiasz? — Zdezorientowała Jessie odwróciła się do kierunku, z którego dobiegał kobiecy głos.
— Dzień dobry? — mruknęła, uśmiechając się niepewnie w kierunku kobiety. Nieco mocniej wtuliła się w kota, jakby ten miał obronić ją przed całym złem tego świata. — Jestem Jessie — powiedziała po krótkiej chwili ciszy i mocniej ścisnęła swojego futrzaka, który nie wiedzieć dlaczego zaczął cicho powarkiwać i prychać.
Zupełnie zapomniał o obecności swojej matki i pewnej dodatkowej osoby, której wcale nie powinno w jego mieszkaniu być. Foch na rodzinę Humphrey’ów nie okazał się być tak długotrwały jak Jensen liczył. Teresa była obrażona zdecydowanie zbyt krótko i jeśli miał być szczery, to dla niego mogłaby już nie wracać. Tymczasem siedziała w jego kuchni razem z jego matką, popijały kawę i zachowywały się, jakby sytuacja ze świąt nie miała miejsca. Szkoda, wielka, wielka szkoda. Jessie na moment uratowała go przed siedzeniem z kobietami, ale to nie był długotrwały efekt. Z chwilą jak tylko zamkną się za nią drzwi, kobiety go otoczą i będą kazały się spowiadać. A raczej Teresa, jego mama, aż tak się nie interesowała życiem swojego syna. Cóż, Jensen z chęcią przedstawiłby jej Jessie, ale nie przy obecności ciotki, która zdążyła wyrobić sobie już o niej opinię. I to niezbyt minął w dodatku.
Zanim w ogóle zdążył się odezwać z kuchni wyczłapał potwór. Kobieta miała na sobie potężne buty na koturnie, niebieskie z jakimiś diamencikami. Wyglądało to tandetnie, ale co poradzić? Całość nie prezentowała się najlepiej. Raczej… żałośnie. Ale co kto lubi, prawda?
— To jest ta twoja… przyjaciółka? — prychnęła mierząc wzrokiem Jessie. Najwyraźniej nie miał co liczyć na łagodne traktowanie z jej strony, ale czego się spodziewał? Osoby z takim charakterem zawsze uważały się za lepsze, niż w rzeczywistości były, a pozostali to zwykły plebs.
— O mój Boże, zaraz się zacznie — jęknął cicho mężczyzna i dla pewności, aby nikt nie słyszał awantury, zamknął drzwi.
Jensen spojrzał na Jessie. Naprawdę w tej chwili obawiał się awantury. Było ledwo po świętach, powinni wszyscy być w dobrych humorach, cieszyć się wzajemnym towarzystwem — aczkolwiek cieszyć się z obecności Teresy to jak cieszyć się z powodu igły, która utknęła w oku. Jak nic będzie awantura. Jessie ze swoim nieokiełznanym charakterem i Teresa, która się uważała za świętą.
— Przyjaciółka?
— Chyba jesteś moją przyjaciółką, prawda? — zapytał przenosząc wzrok na Jessie. Musiałoby go mocno pokręcić, aby powiedzieć prawdę o ich relacji. Pokręconej bardzo zresztą na dodatek. Sam jej czasem nie rozumiał i miał spodziewać się tego, że jego pokręcona ciotka zrozumie co łączy jego i Jessie? Z jej punktu widzenia pewnie nawet nie powinni stać w tym samym pomieszczeniu.
— Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi — odparła z naciskiem na bardzo. Powstrzymał się przed tym, aby nie przewrócić oczami.

— Zaproś swoją przyjaciółkę do środka. Chyba nie chcesz tak stać w korytarzu, prawda?

— Jessie z pewnością musi już iść, prawda?

— Co? A nie. Mogę na chwilkę zostać - powiedziała, mocniej przytulając do siebie kota. - Mamusia się za tobą bardzo stęskniła, wiesz? - wymruczała, drapiąc go za uchem. — Buzi-buzi? — zapytała, nadstawiając policzek, na co Castiel przesunął po nim noskiem.

Jensen nachylił się trochę w stronę kobiety i ostrzegł ją:

— Zostajesz na własne ryzyko, a ja nie ponoszę konsekwencji.

— Twoja mama nie może być, aż tak zła — mruknęła, wchodząc do kuchni. — Dzień dobry!

— Żebym ja jeszcze mówił o swojej mamie — wymruczał pod nosem. Akurat o kobietę się nie martwił, wiedział, że Valerie przyjmie Jessie z otwartymi ramionami. Taka już po prostu była.

Jessie usiadła przy stole i, zapewne ku zaskoczeniu wszystkich, na krześle obok posadziła czarnego kocura. Ten mruknął wyraźnie zadowolony.

— Pani tu siedziała? — zapytała, zauważając, jak jedna z kobiet posyła jej niezbyt przyjemne spojrzenie. Pogłaskała kota za uchem, który znów się najeżył.

— Ty jesteś Jessie, prawda?

— Tak. Ja jestem Jessie.
— Miło w końcu poznać właścicielkę tego psotnika. Valerie, mama Jensena — przedstawiła się podając dziewczynie dłoń z ciepłym uśmiechem. W porównaniu do Teresy była pozytywnie nastawiona do przyjaciółki syna.
— Miło mi panią poznać — powiedziała szczerze i lekko ścisnęła dłoń kobiety.
— Owszem, siedziałam. I wolałabym, żebyś zabrała tę paskudę z krzesła — wycedziła. Spoglądała gniewnie to na kota, a to na Jessie.
— No dobra — powiedziała Jessie, wzruszając ramionami. Wzięła kota na kolana, po czym przeniosła go na krzesło po lewej stronie. — Castiel nie lubi siedzieć na podłodze — wyjaśniła.
— To tylko zwierzę. Jego miejsce jest na dworze, a nie w domu.
— Słucham?! — Jessie, wyraźnie zdenerwowana, spojrzała na kobietę. — Castiel nie jest tylko zwierzęciem! Jest członkiem rodziny. I jak chce siedzieć na krześle, to będzie siedział na krześle.
— Nigdy nie zrozumiem fenomenu zwierząt. Głównie paskudzą, przeszkadzają w życiu i są zwyczajnie… niepotrzebne do życia. Kot ci nie poda szklanki na starość.
— Tak samo jak małe dzieci. Też głównie paskudzą, przeszkadzają, drą się wniebogłosy i jeszcze trzeba im usługiwać. Takiego rocznego kota można zostawić na cały dzień samego. A dziecko? Trzeba opiekunki, żłobki, przedszkola… I to w dodatku więcej kosztuje. A na starość, to pójdę do Domu Spokojnej Starości. I miła pani pielęgniarka poda mi szklankę. Najlepiej z sokiem, bo pusta mi na co?
Teresa zrobiła się po jej słowach cała czerwona. Jensen miał wrażenie, że zaraz wybuchnie, a on będzie miał dodatkowe sprzątanie. A krew zmywało się dość ciężko.
— Dzieci to cud — wycedziła przez zęby ciskając piorunami z oczu — a koty, to tylko zwierzęta. Ale może to i lepiej, że tak ci dzieci przeszkadzają. Wiadomo, że od kotów kobiety zostają bezpłodne. Przynajmniej żadne dziecko nie będzie musiało się męczyć z taką matką, która je uważa za brudne i niepotrzebne — prychnęła.
— Tereso, błagam…
— Nie skończyłam, Valerie — przerwała jej — mówiłam ci już, pamiętasz? Matka Jensena to idealny przykład tego, że nie powinno się posiadać jakichkolwiek zwierząt. Większość życia z tymi paskudami i dopiero lata później udało się jej zajść w ciąże z Leah. Gdybyście się nie wyprowadzili do Nowego Jorku, to nadal mogłabyś mieć tylko niechciane przez innych dziecko.
— Owszem, dzieci to cud. Ale nie da się ukryć, że czasami nieco śmierdzą — zrobiła nieco zabawną minę. — Na szczęście ja już mam dzieci, więc kolejne mi na razie niepotrzebne. Co prawda jedno musiało zostać z moim byłym mężem, ale to szczegół. A jeśli będę bezpłodna, to zaadoptuję. A pani nic do tego! Może niech się pani zajmie swoimi dziećmi.
— Przepraszam, z byłym mężem? — zapytał mężczyzna spoglądając z zaskoczeniem na Jessie. Nawet nie brał pod uwagę tego, żę Jessie w ogóle mogła kiedykolwiek być mężatką. Wydawała mu się na to… za młoda.
Jednocześnie miał też ochotę strzelić jednego, wielkiego face palma. Powstrzymał się przed tym jednak, chciał pokazać, że chociaż jakaś część rodziny Humphrey’ów potrafi się zachować i wcale nie są takimi dzikusami, na jakich wyglądają.
— Nooo… Dwa lata temu się rozwiedliśmy.
— Myślę, że wystarczy wyciągania prywatnych spraw na wierzch — stwierdziła Valerie, powstrzymując też Teresę przed kolejnym słowotokiem — może herbaty, Jessie?
— Wstydzisz się tego, że zaadoptowałaś dziecko? Może opowiesz jej jakie to ciężkie, hm? I ile trzeba się naczekać i wycierpieć zanim w ogóle do tego dojdzie, co?
— Jesteś adoptowany? — zapytała, przekręcając głowę i wpatrując się w Jensena. — A herbaty chętnie się napiję. Gdybym wiedziała, że odebranie synka zakończy się herbatką, to kupiłabym jakieś ciastka po drodze.
— Jakoś tak wyszło — odparł ucinając też temat. O tym mogli sobie z Jessie porozmawiać innym razem, a na pewno nie przy Teresie, która tylko czekała na jakieś drobne potknięcie, które będzie mogła im wszystkich wytknąć. — To ja wstawię wodę. Czarna, malinowa, karmelowa…? Jaką chcesz?
— Nie dość, że bezpłodna to jeszcze mężatka. Nie dziwię się, że się rozwiedliście. Sama nie wytrzymałabym z taką kobietą. Mądrze postąpił ten mężczyzna.
— Taak. Byłam mężatką. Choć właściwie, to mam z tym problem. Bo chyba powinnam powiedzieć, że to była moja żona… Gabriel był najpierw Gabrielą — uśmiechnęła się niewinnie, odruchowo sięgając ręką w kierunku Castiela, który przeniósł się na jej kolana. — I poproszę czarną. Bez cukru.
Jensen nie miał pojęcia czy Jessie mówi poważnie. Zaśmiał się dość głośno, kiedy wlewał wodę do czajnika. Natomiast mina kobiety była trudna do opisania. Od złości, poprzez zniesmaczenie do… No właśnie, do czego? Za to jego mama wyglądała na naprawdę rozbawioną tą sytuacją. Może i należała do starszego pokolenia, miała swoje poglądy i trudno czasem było ją przekonać do tego, aby zmienić telewizor na większy, bo w końcu ten mały działa jak należy, to jednak była też otwartą na wiele rzeczy kobietą, a złość Teresy chyba ją tylko bawiła. Jessie natomiast wyglądała, jakby nic się nie stało. I jedynie nieznaczne drganie lewej dłoni, którą głaskała Castiela, zdradzało, że komentarz odnośnie byłego męża dotknął ją w jakiś sposób.
Słysząc pukanie do drzwi, westchnęła ciężko.
— Idę! — krzyknęła, wsuwając dłoń do kieszeni szlafroka. Szurając kapciami, podeszła do drzwi. Spojrzała przez wizjer i wywróciła oczami. — Dobrze, że w ogóle raczyłaś przyjść, Maggie — mruknęła, odsuwając się od drzwi. Blondynka uważnie spojrzała na swoją przełożoną i uśmiechnęła się niepewnie.
— Korki — odparła dość wymijająco i podała brunetce pokrowiec, w którym znajdowała się sukienka. — Mam ci pomóc? — zapytała, mierząc Jessie uważnym spojrzeniem.
— Nie. Poradzę sobie sama. W końcu, to jedynie nic nie zobowiązujące spotkanie. Nie miałam co zrobić z biletem. Max mi kupił na ten musical, bo wiedział, że go uwielbiam, a Jensen miał wolny wieczór. To nic takiego. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. — Maggie uniosła brew lekko w górę i spojrzała z powątpiewaniem na koleżankę.
— Ubierasz najlepszą kieckę, kręcisz włosy i jest czternasty luty. Na pewno, to nie jest randka.
— No nie jest! — Jessie odebrała od blondynki pokrowiec z sukienką. — A ty? Nie masz co robić w Walentynki? — zapytała, marszcząc lekko brwi.
— Mój narzeczony zabiera mnie na randkę dopiero jutro, bo dziś jest jeszcze w delegacji. A nie, przepraszam. To nie będzie randka. — Blondynka parsknęła wesołym śmiechem i niemal w ostatniej chwili uchroniła się przed lecącą w jej kierunku szczotką do włosów. — Nie wiem, dlaczego nie chcesz przyznać, że zaprosiłaś go na randkę. To nic złego, Jessie.
— A idź już sobie! — mruknęła. — Sio! — powiedziała znacznie głośniej, a śmiejąca się Maggie opuściła jej mieszkanie. — A ty tak się na mnie nie patrz. Nie lubię Jensena w ten sposób. To nie jest randka — stwierdziła i spojrzała prosto w oczy czarnego kota. — Mogę ci to udowodnić. — Uniosła brew w górę. — Nie wierzysz mi? No wiesz ty co! Jak możesz mi nie wierzyć? Castiel! — jęknęła, wciąż wpatrując się w kota. — Dlaczego mi nie wierzysz? Przecież, to nie jest randka!

Trochę się denerwował.
Jakby nie patrzeć to była randka. Co prawda jego relacja z Jessie nie należała do typowych, a raczej nie do takich o których mówi się głośno. Nie podejrzewał, że kiedykolwiek mogą pójść na randkę. Jasne, wcześniej też wychodzili nie raz i nie dwa, ale nigdy nie był to czternasty luty. I nigdy nie były to wyjścia na poważnie. Uważał to za wyjście na poważnie, garnitur, muszka, Jessie pewnie będzie miała sukienkę, więc eleganckie wyjście. Zapewne potem wstąpią na kolację. Trochę się głupio czuł, bo nie zapytał czy powinien zarezerwować dla nich jakiś stolik, a teraz zwyczajnie było już na to za późno. Wiele par dziś wychodzi, restauracje będą pełne. I naprawdę stanie się cud, jeśli uda im się znaleźć jakieś wolne miejsce w jakiejś lepszej restauracji. Ale na to chyba nawet nie było co liczyć.
Musiał oddać na ten wieczór komuś Jackie. Na jego szczęście, a na nieszczęście sąsiada — Aaron siedział w domu i wyraził chęci do tego, aby zająć się suczką.
— Nie musisz się martwić, dobrze się będziemy bawić — odparł drapiąc suczkę za uchem — tylko nie zabaluj za bardzo, dobra? Wiesz, tak jak lubię Jackie tak ona chyba woli ciebie bardziej, więc wróć w jednym kawałku.
— O to się nie musisz martwić. Jessie chyba mnie tam nie zabije — mruknął, ale nie był do końca przekonany. Ta nieobliczalna kobieta była gotowa zrobić wszystko. — to tylko wyjście do teatru, nic wielkiego i jakaś kolacja, pewnie przed północą będę z powrotem — stwierdził, nawet nie mając pojęcia jak bardzo się mylił.
Kilka godzin później...
— Po raz pierwszy zaprosiłam cię na randkę, a ty się spóźniłeś — stwierdziła z wyrzutem, wpatrując się w stojącego przed nią blondyna. — I masz krzywo muszkę założoną — dodała, poprawiając mu tę część ubioru. — No co? Ubrudziłam się, gdzieś?
— Nie, nie ubrudziłaś się. Po prostu... No, no wow. — Jessie uśmiechnęła się nieznacznie, czując usta mężczyzny na swoim policzku. Odruchowo spojrzała w dół na swoją jasnoróżową sukienkę, jakby chcąc się upewnić, że jej nie okłamuje.
— Też dobrze wyglądasz — powiedziała, odsuwając się na długość ramion. Odruchowo poprawiła mu włosy z czoła, a nogą odgoniła Castiela, który nie wiadomo co chciał zrobić mężczyźnie.
— Dziękuję — odparł z uśmiechem. Nawet nie zwrócił uwagi na plątającego się koło nich Castiela. Zresztą, nie kot był w tej chwili ważny. — Jeżeli jesteś już gotowa możemy iść. Fajnie jakbyśmy zdążyli na czas, a korki o tej porze mogą być nieziemskie.
— Tak. Ja już jestem gotowa — powiedziała i kiwnęła lekko głową. Odwróciła się i narzuciła płaszcz na ramiona. Obwiązała się jeszcze ciepłym szalem i przewiesiła torebkę przez ramię. — To co? Jedziemy twoim, czy moim samochodem?
— Moim, jeżeli nie masz nic przeciwko — odparł. Nie po to się nim tłukł, żeby teraz stał pod budynkiem na parkingu. Poza tym wolał jakoś swoją Kię, niż auto, które posiadała Jessie.

~.~
Młodzi mężczyźni, trochę po trzydziestce, opuścili lotnisko, a jednej z nich rozejrzał się wkoło. Mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem, obaj udali się w kierunku najbliższej taksówki.
— Wolne? — zapytał, na co kierowca kiwnął twierdząco głową Mężczyźni wsiedli do samochodu i podali taksówkarzowi karteczkę z zapisanym adresem.
— Byle szybko — powiedział jeden z nich.
— Na randkę panowie się tak śpieszą? — zagadnął, wyjeżdżając z terenów należących do lotniska.
— Nie. Ale do kogoś równie ważnego. Kogoś, kto z całą pewnością nie powinien siedzieć sam w Walentynki.
— Trójkącik? Nie oceniam! W Nowym Jorku większe cuda się działy…
~.~
Notre Dame de Paris był od zawsze jej ulubionym musicalem. Odkąd po raz pierwszy w czeluściach YouTube`a odnalazła Belle w wykonaniu Garou, Daniela Lavoie i Patricka Fiori, zakochała się w ich wykonaniu. Miała wtedy dwanaście lat i postanowiła sobie cel w życiu - obejrzy na żywo oryginalną, francuską wersję tego musicalu. Aby tego dokonać musiała nauczyć się francuskiego, co też uczyniła i do zajęć z tego języka naprawdę się przykładała. Musiała też pojechać do Francji, co również uczyniła. Jednak, będąc w Paryżu, stwierdziła, że nie chce iść na podrabianą wersję i woli sobie odpuścić. Tym sposobem, mimo ogromnych chęci, dzisiejszego wieczoru po raz pierwsza szła na ukochany musical. Co prawda trochę pomarudziła, ponieważ nie zobaczy ich w oryginalnej obsadzie, aczkolwiek przynajmniej będzie w języku francuskim.
Sama naprawdę dobrze się bawiła. Oglądała, co jakiś czas zapominając oddychaniu. I tylko lekkie poszturchiwania Jensena sprawiły, że przed przerwą miała ochotę powiesić go za uszy do góry. Całkiem zapomniała, że mężczyzna nie znał języka francuskiego, co znacznie utrudniało mu odbiór dzieła.
Wyjścia do teatru czy na musicale były naprawdę interesujące. O ile je rozumiał.
Nie pofatygował się, aby sprawdzić na co konkretnie się wybierają z Jessie. I pewnie gdyby to zrobił nie żałowałby tego tak mocno jak teraz, kiedy siedział na swoim fotelu, otoczony ludźmi, którzy byli niezwykle zachwyceni spektaklem, a on nie miał pojęcia co się dzieje. Ostatni raz z francuskim miał do czynienia w szkole średniej, choć i wtedy nie zwracał zbytnio uwagi na ten język, bo zwyczajnie mu nie leżał. Wypowiedzenie jednego zdania było zwyczajnie skomplikowane, a on nie miał siły do tego, aby wszystkiego się uczyć. Pewnie gdyby musical był po angielsku to niezwykle cieszyłby się z tego wyjścia, a teraz niestety tak nie było. To zdecydowanie była dość kiepska randka. Nie narzekał jednak tak bardzo, samo oglądanie Jessie, która świetnie sie bawiła wynagradzało mu ten wieczór.
Nie ukrywał jednak tego, że odetchnął z ulgą, kiedy mogli wreszcie wyjść z teatru. Występ trwał zadziwiająco długo. O wiele dłużej, niż Jensen się spodziewał. W dodatku pogoda się pogorszyła, choć jak na tą porę roku to nie było tak tragicznie.
— Będziesz chyba musiała mi skrócić o czym to było — powtórzył. Pojęcia nie miał ile razy wypowiedział te słowa w ciągu tego wieczoru, ale chyba o jeden raz za dużo, bo spojrzenie, które posłała mu Jessie mogło spokojnie go zabić. — I co się tak patrzysz. To nie moja wina.
— Człowieku, nigdy nie oglądałeś Dzwonnika z Notre Dame? — zapytała nieco ostrzej niż początkowo planowała. — To po prostu wersja oryginalna. Dla dorosłych. Tutaj nie ma szczęśliwego zakończenia. Esmeralda została powieszona. Phoebus stwierdził, że rzuciła na niego czar. A Quasimodo umarł z rozpaczy i bólu za ukochaną cyganką — wyrzuciła z siebie i odetchnęła z ulgą, bo zrobiło jej się nieco lepiej. Jego pytania irytowały ją niemal od samego początku, lecz dopiero teraz pozwoliła sobie na wybuch. — Mniejsza. Możemy o tym porozmawiać podczas kolacji. Gdzie dziś jemy?
— No bardzo przepraszam, że nie nauczyłem się płynnie francuskiego, aby zrozumieć cokolwiek się tam działo — wymamrotał i przewrócił oczami. Wydawało mu się znajome, ale nie dałby sobie ręki uciąć, że to było to. Dopóki Jessie mu nie wyjaśniła o co chodzi, nie miał stuprocentowej pewności. — I nie wiem. Nie mamy żadnej rezerwacji… A pewnie wszystkie restauracje są już zajęte. W Simple nie ma wolnego stolika.
Jakby mogli udać się tam, to zabrałby dziewczynę do Simple. Ale gości wyrzucić nie mógł, a przecież na zapleczu jeść nie będą. Mógł faktycznie pomyśleć o jakiejś rezerwacji.
— Jak to nie zrobiłeś rezerwacji? Sądziłam, że to zrobiłeś… — powiedziała ostrożnie i uniosła brew lekko w górę.
— Po prostu — westchnął i spojrzał na blondynkę — nie pomyślałem o tym. Jakoś… Samo tak wyszło no. Mogę czegoś poszukać, ale obawiam się, że wylądujemy w Mcdonald's.
— Wiesz co?
— Co?
— Jeśli mamy iść do Maka, to ja wolę wrócić do domu. Nie po to zaprosiłam cię do teatru i się tak wystroiłam, aby iść na kolację do Maka.
— Właśnie! Ty mnie zaprosiłaś. Myślałem, że pomyślałaś o jedzeniu!
— Zaprosiłam cię do teatru! A ty powinieneś zaprosić mnie na kolację! Przecież, to jest logiczne!
— To nie ja zapraszałem na randkę. Było mi powiedzieć, że ty zabierasz mnie do teatru, a ja na kolację. Nie kłóciliśmy się teraz na środku chodnika.
— To nie jest… — zacięła się. Na chwilę przygryzła wargę, prowadząc wewnętrzną kłótnię z samą sobą. Trudno jej było przyznawać się do porażek. A już szczególnie do tych na gruncie uczuciowo-emocjonalnym. — To jest moja pierwsza, prawdziwa randka od rozwodu. I jeśli dalej ma tak iść, to wolę wrócić do domu i zamówić pizzę i zjeść nią z Castielem. Więc, rób co chcesz.
— Nie pójdziemy do Maka. Daj mi chwilę, dobrze?
— Masz dziesięć minut.
Przewrócił oczami, ale chwile później skinął głową na zgodę.
Rozmawiał krócej, niż dziesięć minut, ale nie mniej, niż pięć. Z uśmiecham na ustach zwrócił się w stronę swojej randki i wyciągnął w jej stronę dłoń. Dobrze było mieć znajomości tu i ówdzie. Jego znajomy również był właścicielem restauracji i właśnie się okazało, że ma wolny stolik. Jensen poprosił o rezerwację dla dwóch. Miał nadzieję, że Jessie będzie zadowolona.
— Chodź marudo. Pójdziemy na jedna z lepszych kolacji w twoim życiu. Nie najlepszą, bo najlepsze możesz mieć tylko u mnie, ale na równie wysokim poziomie. I nie denerwuj sie. Było mi powiedzieć, żebym zarezerwował nam stolik. Sądziłem, że skoro zaproszenie wychodzi od ciebie, to ogarniesz pozostałe rzeczy.
— Zaprosiłam cię do teatru, a nie na kolację. Kolacją zajmuje się mężczyzna. Czy to nie ty, zrobiłeś mi wykład na temat, że to mężczyźni są najlepszymi kucharzami? — zapytała, uśmiechając się w dość zabawny sposób. Chwyciła go za rękę i oparła głowę na jego ramieniu. — Chodźmy. Umieram z głodu.
— Obiecuję, że nasza następna randka będzie o wiele lepsza, niz ta.
Nie czekając na odpowiedź kobiety pociągnął ją w stronę parkingu. Mieli spory kawałek do przejechania i byłoby dobrze, gdyby nie utknęli nagle w korku, albo wypadku. Ta pora była idealna do wypadków. Ludzie się spieszyli, nie uważali na innych i nieszczęście gotowe. Świat był chyba po ich stronie, bo niecałe pół godziny później odwiesili już płaszcze i byli prowadzeni do stolika.
Kolacja była udana. Oboje byli najedzeni, szczęśliwi i chyba niczego im nie brakowało. Nawet Jessie przestała marudzić i nawet pod koniec deseru, uśmiechnęła się w ten specyficzny i uroczy sposób do Jensena. Humphrey odwzajemnił uśmiech, więcej chyba nie musieli sobie tak naprawdę mówić. nie zawsze potrzeba było mówić, aby się zrozumieć. Poprosił o rachunek do zapłacenia. Pewnie mogliby tu jeszcze posiedzieć i porozmawiać, może i by to zrobili, gdyby noc mieli zamiar zakończyć tylko na kolacji.
Podał płaszcz Jessie i pomógł jej go założyć. Dopiero po tym założył swój. Jakby walentynki nie mogły wypadać na przykład w czerwcu, kiedy jest ciepło.
— Przejdziemy się? — zapytała, wychodząc z restauracji. — Taka ładna pogoda, więc żal nie skorzystać!
— Możemy. Kawałek za restauracją sa ogrody. Możemy tam się przejść.
— Brzmi świetnie — przyznała, wtulając się w ramię mężczyzny i mocno ściskając jego dłoń. — Prowadź.
Nie musieli iść daleko. Ogrody były położone dość blisko, a krótki spacer dobrze im zrobił. Mogli odetchnąć świeżym powietrzem. Przebywali długo w restauracji, która była pełna ludzi, tak samo jak w teatrze. Chwile później przeszli przez bramę, która prowadziła do ogrodów.
— Ty wybierz gdzie idziemy. Zdam sie na ciebie.
— Em… — Jessie rozejrzała się wokoło, szukając najlepszego kierunku, w którym mogliby się udać. — Chodźmy tędy — powiedziała w końcu, wybierając kierunek i prowadząc go na lewą stronę ogrodów. — Cieszę się, że to ciebie zaprosiłam do tego teatru.
— A miałaś zamiar zabrać kogoś innego?
— Mogłam sprowadzić Zachariasza. Ale spędzenie walentynek z bratem nie brzmi zachęcająco. Mogłam zabrać Castiela. Ale, to by dziwnie wyglądało, nie? No i lubię cię. Nie chciałam, abyś siedział sam.
— A skąd pomysł, że siedziałbym sam?
W zasadzie głupie pytanie. Oczywiście, że siedziałby sam. Pewnie w Simple, jak zawsze zreszta, bo to tam spędzał większość swojego czasu. Albo w domu z Jackie. Suczka pewnie nie miałaby nic przeciwko temu, aby jej właściciel oglądał cały wieczór filmy i częstował ją co jakiś czas popcornem z masłem. On sam też w sumie nie pogardziłby taką przekąską. Tak, z chęcią by teraz sobie to zjadł. I obejrzał jakiś dobry film.
— Masz u siebie popcorn? — Zapytał nagle. W tej chwili popcorn był dla niego niezwykle ważny i był kwestią życia i śmierci. — Ja nie mam, ale jak ty masz u siebie w mieszkaniu popcorn, to możemy do ciebie pojechać, zjeść go i obejrzeć jakiś film. Dam ci dostęp do swojego Netflixa.
Spodziewał się tego, że skusi się darmowym Netflixem. On by się skusił.
— Mam u siebie popcorn. Taki do robienia w mikrofali — powiedziała, uśmiechając się od ucha do ucha. — I okej! Daj mi swoje dane do Netflixa! Ale najpierw dojedźmy do mojego mieszkania.
— Na miejscu dostaniesz dane. Teraz jeszcze ktoś podsłucha — powiedział i uśmiechnął się. Doskonale wiedział czym ją przekupić. On dostanie swój popcorn, a Jessie Netflixa. I wszyscy zadowoleni. — I widzisz, jednak dostałaś prezent na walentynki. Teraz nie możesz mówić, że nic ode mnie nie dostajesz.
Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale w tym momencie jego uwagę przykuła woda w fontannie. nie byle jaka woda, bo ta zmieniała kolory. Żółty, zielony, niebieski, różowy. I tak na zmianę. Jensen bez słowa złapał dziewczynę za rękę i poprowadził w stronę fontanny. Grzechem byłoby nie skorzystać.
— Masz pensa? A najlepiej dwa.
— Mogę dać ci dostęp do swojego Spo… Albo nie. Dostaniesz popcorn. I tak jadasz u mnie śniadania. — Wciąż szczerzyła się wesoło. — I… Mam — powiedziała i skinęła lekko głową. Wyciągnęła portfel i przeszukała go, aby odnaleźć drobne. — Trzymaj.
— Spotify mam własne, a poza tym i tak mi się wyświetla czego słuchasz. Nie jesteś taka anonimowa jakbyś chciała.
Odebrał od dziewczyny drobne. W zasadzie jeden wcisnął jej do ręki. Raczej nie musiał mówić po co. Zastanawiało go też czemu ludzie bezdomni po prostu nie wygrzebią z fontanny drobnych. Można było wyjąć z tego całkiem ciekawa sumkę, a jakby tak jeszcze przeszli się po kilku parkach… Ale jak widać chyba tylko on miał taki tok myślenia. Zacisnął dłoń w której znajdowała się moneta, skupił się w całości na pomyśleniu życzenia i po chwili wrzucił pieniążek do fontanny.
Jessie zamknęła oczy, pomyślała życzenie i również wrzuciła pieniążka do fontanny.
— Spędzenie z tobą tego dnia, było najlepszą decyzją.
Jensen uśmiechnął się na jej słowa. To było naprawdę miłe, że mogli spędzić w ten sposób razem czas.
— Cieszę się, że mogłem ci dziś towarzyszyć. A co powiesz na to, żebyśmy sprawili, aby ten dzień był jeszcze lepszy? A raczej wieczór. Za chwilę będzie północ. Fajnie byłoby zakończyć miło te walentynki.
Całe walentynki były miłe, ale mogli je polepszyć. Na pewno nie zaszkodzą.
— Masz coś konkretnego na myśli? — zapytała, marszcząc lekko brwi.
Już jej nie odpowiedział. Uznał, że nie ma sensu, aby opowiadać tylko przystąpić od razu do akcji. Zbliżył się do Jessie. Ujął jej podbródek w palce, aby unieść lekko jej głowę do góry i przymierzał się do pocałunku, do momentu kiedy coś poszło po prostu nie tak.
Właściwie, to mogła się spodziewać tego, że zechce ją pocałować. Jednak, aż do momentu, w którym złapał jej podbródek, nie miała o tym pojęcia. I to była właściwie chwila, dosłownie niemal ułamek sekundy. Chciała zrobić krok w jego stronę, aby zmniejszyć odległość między nimi. I tylko głupi przypadek sprawił, że źle postawiła nogę. Poślizgnęła się, a kiedy zaczęła lecieć w tył, krzyknęła głośno. W odruchu obronnym, chwyciła Jensena za skrawek płaszcza. I doprawdy nie spodziewała się tego, że zamiast ją złapać, poleci na nią. I to dosłownie.
— Jasna cholera! — krzyknęła, niemal natychmiast po wynurzeniu się z lodowatej wody.
Zdawało się, że krzyknął, ale nie miał pojęcia. Wszystko było teraz możliwe. Woda była przeraźliwe lodowata, a całe jego ubranie mokre. Miał przemoczone wszystko i to dosłownie. Od razu zaczął szczękać zębami, trząść się jak w febrze. Mało brakowało, a znowu by tam wpadł, gdy próbował się wydostać z fontanny. Chociaż tyle, że nie mieli towarzystwa i nikt nie widział ich popisowego numeru.
— To kara — wymamrotał — za wszystko co w życiu zrobiłem. Ten twój Bóg mnie ukarał — dodał pod nosem, kiedy w końcu wygramolił się z fontanny.
— Ale dlaczego mnie przy okazji?! — zapytała nieco głośniej, niż powinna. Trzęsąc się niczym galaretka, opuściła fontannę i stanęła na oblodzonym chodniku. — To nie takie było moje życzenie… Ale wracajmy już. Proszę.
— Bo ty jesteś powodem mojej kary!
— Ja? Ja jestem twoją nagrodą, a nie karą! — powiedziała i chwyciwszy go za rękę, pociągnęła w kierunku wyjścia z ogrodów.
— Jak widać ktoś, kto siedzi tam na górze ma o tym inne zdanie. Ale wiesz co? Nie ważne. Najwyżej zapłacę za to tygodniowym zwolnieniem, zasmarkanym nosem i grypą. Mogło zawsze być gorzej.
— Najwyżej będziemy siedzieli razem. Chorzy i tak dalej. A teraz chodź już szybciej, bo lada moment oboje zamarzniemy.
— W bagażniku mam koc. Jak tam dotrzemy to ci go dam.
I jak powiedział tak zrobił.
Nie mieli się nim jak podzielić, więc Jessie go dostała w całości. Ogrzewanie chodzilo pełną parą, a on i tak się trząsł z zimna. To nie było najlepsze zakończenie wieczoru. Teraz nie mógł się doczekać gorącego prysznica i herbaty. Jessie przez całą drogę trzęsła się z zimna. Było jej zimno i mokro. Koc niewiele dawał i po niedługim czasie wchłonął część wody z jej ubrań.
Kiedy wysiadali, już pod kamienicą, w której mieszkała, miała niemal sine usta i musiała podeprzeć się na ramieniu blondyna, aby nie upaść.
— Dobrze, że masz u mnie jakieś ubrania — powiedziała, wchodząc po schodach. Zatrzymała się dopiero, kiedy znaleźli się przed drzwiami od jej mieszkania. Wsunęła klucz do dziurki. — Znasz jakieś dobre sposoby, aby szybko się rozgrzać?
Nie sposób było się nie cieszyć z tego, że w końcu będą na miejscu. Jensen był wymęczony, najpewniej właśnie robił się chory i chciał do łóżka. Chyba też przeszła mu ochota na jakiekolwiek pieszczoty. Cały czas stukał zębami, trząsł się jak nienormalny i pociągał nosem. Ładne zakończenie walentynek, nie ma co. Szedł za dziewczyną, szurając nogami. Nie miał absolutnie siły na to, żeby je podnosić. Przy drzwiach oparł się o ścianę i pewnie stałby tak nadal, gdyby nie pytanie Jessie.
— Znam jeden. Wiele razy sprawdzany. Myślę, że ci się spodoba. tylko błagam, nie zepchnij nas tym razem ze schodów.
Dla pewności, że nic się nie wydarzy, to on się schylił i w razie czego przesunął ją bliżej w stronę ściany, do której wręcz dociskał dziewczynę. Lepiej było, aby jednak nie spadli, wtedy te walentynki mogłyby się zrobić krwawe.
— Postaram się — uśmiechnęła się niewinnie, jakby to wcale nie była ich wina. Nie czekając na jego decyzję, pocałowała go. Pocałunek nie należał do długich. Jensen okazał się niezwykle niecierpliwy, bo już po chwili przeniósł się na szyję blondynk. Jednocześnie ręką, starał się dotrzeć do klucza. Przekręcił go. Jednak nie od razu weszli do środka. Jessie wplotła palce w jego włosy, a mężczyzna przesunął ją tak, że teraz opierała się plecami o drzwi. Nacisnął klamkę i oboje, roześmiani i szczęśliwi, znaleźli się w mieszkaniu dziewczyny.









— Kazałem ci jej pilnować! — Jessie skrzywiła się pod wpływem głosu Maxa, który prawie kipiał ze złości. Kilkakrotnie zamrugała powiekami, bo kogo jak kogo, ale Maxa się tutaj nie spodziewała.
— Ale…
— Nie ma żadnego ale! Miałem cię za kumpla! Jessie, to moja młodsza siostra… Miałeś jedynie dopilnować, aby nie robiła niczego głupiego. A tymczasem robi głupoty z tobą! Zaufałem ci!
— Nie jestem w tym sam. A ty, Jessie? Nic nie powiesz?
— Nie widzę potrzeby, aby się udzielać w dyskusji. — Brunetka wzruszyła lekko ramionami, przenosząc wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. — Jeszcze gdyby to był pierwszy raz, to może co innego. Ale tak? — wywróciła oczami i ze zdziwieniem spostrzegła, jak obaj mężczyźni na nią spojrzeli.
— Jak to, nie pierwszy raz? — zapytał Jensen, na co Jessie wywróciła oczami.
— Kiedyś, Max przyłapał mnie w łóżku ze swoim kumplem. Nic specjalnego. Drake się spił i pomylił pokoje. Nie wiem, jak mnie nie zauważył, ale koniec końców spaliśmy razem*. Nic szczególnego.
— Prócz tego, że był twoim nauczycielem.
— No i? Przecież ciebie mnie prawie oblał! Głupio jest nie zdać w ostatniej klasie z wychowania fizycznego — uniosła nieco brew w górę, starając się stać w miejscu, aby nie zapaskudzić sobie podłogi. — I nie masz się czym martwić. Max trochę się powścieka, nawrzeszczy. Może cię uderzy, ale wątpię, bo też się boi Castiela — powiedziała, wskazując na czarnego kota, który siedział w rogu i uważnie się im przypatrywał. — A potem mu minie. Jesteś przewidywalny, staruszku — mruknęła i poklepała brata lekko po ramieniu. — A teraz mógłbyś zrobić nam coś ciepłego do picia. Nie widzisz, że jesteśmy przemoczeni? — Zadawszy pytanie, zaśmiała się i pośpiesznie zniknęła za drzwiami łazienki, pozostawiając mężczyzn (i kota) samych sobie.
Chwila bez Jessie nie trwała długo. Z łazienki wróciła jeszcze szybciej, niż tam poszła.
— Gdyby nie to, że dziś jest święto, to bym cię normalnie zamordowała! — warknęła, wymierzając w brata palcem. Ten uśmiechnął się niewinnie i przeniósł wzrok na mężczyznę, który opuścił łazienkę zaraz za Jessie.
— Mówiłeś, że się ucieszy, że nas widzi. — Drake wyglądał na niezwykle zaskoczonego, widząc wściekłą Merrick. — I nie będzie siedziała sama w Walentynki — dodał, przenosząc wzrok na Jensena, który wciąż stał z boku i się nie ruszał, aby przypadkiem nie zachlapać podłogi i dywanu. Wizja bójki z Maxem była o wiele bardziej przyjazna niż sprzątanie mieszkania brunetki. — Drake. — Przedstawił się.
— Jensen. — Odparł, ściskając dłoń bruneta.
— Świetnie! Czy teraz możecie zejść mi z ocz… — zacięła się, słysząc jak drzwi od jej mieszkania się otwierają.
— Cześć Jessie! — Zachariasz wesoło zaszczebiotał, a potem zdziwiony spojrzał na pozostałe towarzystwo. — O… nie wiedziałem, że nie jesteś sama — powiedział, wchodząc do środka. Jessie przyłożyła sobie dłonie do skroni, chcąc się nieco uspokoić.
— Co ty tutaj robisz, Zachariaszu? — mruknęła, starając się zachować spokój i wpatrując się w przyrodniego brata.
— Nie chciałem, żebyś siedziała sama w Walentynki. Castiel nie liczy się jako osoba towarzysząca.
— Trzech muszkieterów od siedmiu boleści się znalazło. Jeszcze tego czwartego, D`Artagnana, wam brakuje. Wtedy bylibyście w komp.... — Znów nie skończyła, bo drzwi od jej mieszkania otworzyły się z hukiem. Wzięła głęboki oddech, wbijając pełne nienawiści spojrzenie w przybyłego mężczyznę. — TY! — warknęła, wymierzając w niego palcem.
— O! To Tylera też już znasz? — Zachariasz wyglądał na niezwykle zaskoczonego, że dziewczyna zdążyła już poznać młodego bankowca. Jessie natomiast spojrzała na swojego kota, który jedynie uśmiechał się złowieszczo.
— Mówiłeś, że spędzimy czas z twoją fajną siostrą.
— To... który na początek, kotku? - zapytała, patrząc jak kot powoli zbliża się do Maxa. Ten zaczął się cofać, na co Jessie parsknęła śmiechem. — Chodź. On zajmie się resztą — stwierdziła i chwyciwszy Jensena za rękaw, pociągnęła go w kierunku swojej sypialni.
~.~
— Jeśli kiedykolwiek powiem, że tęsknię za braćmi, to przypomnij mi Walentynki z roku dwutysięcznego osiemnastego — powiedziała, wygodniej układając głowę na ramieniu Jensena.
— Nie rozumiem, co jest w nich złego. Chcieli dobrze, nie?
— Tsaa… Ja nie wiem, co oni sobie myśleli, naprawdę! Ale koniec końców, to oni wyszli na bałwanów, nie? Spędzają Walentynki w czworokącie — parsknęła śmiechem i lekko zadarła głowę w górę.
— Z kotem w dodatku — zauważył i nieco nachylił się nad Jessie. Przez chwilę wpatrywała się w jego oczy, a kiedy miało dojść do decydującego momentu, a ich usta miały się spotkać, pospiesznie odwróciła głowę.
— A teraz cicho. Chcę wiedzieć, czy w końcu dojdzie do sceny pocałunku — mruknęła, wciskając spację i odpauzowując serial.

Poranek, 15 lutego 2018 r.
— Jessie! — Krzyk Zachariasza wyrwał ją ze słodkiego snu. Leniwie otworzyła oczy i wyplątała się z uścisku Jensena. Zrobiła to bardzo niechętnie i o wiele bardziej wolałaby pozostać w jego ramionach. Aczkolwiek wiedziała, że jest to zwyczajnie niemożliwe, bo rudzielec nie przestanie się drzeć, póki do niego nie pójdzie.
— Czego się drzesz z samego rana? — warknęła, krzywiąc się z rozbawienia na widok trzech facetów, którzy najwyraźniej na jednej butelce Jacka Danielsa nie skończyli i zmarnowali drzemali na kanapie.
— Ktoś do ciebie przyszedł — powiedział, chusteczką wycierając pięść z krwi. Jessie wywróciła oczami i w piżamie w kotki wyszła na korytarz. Tam zarzuciła na ramiona bluzę, po czym otworzyła drzwi.
— Cześć, Jessie. — Gabriel uśmiechnął się słabo i mocniej ścisnął nasadę nosa. — Dasz mi chusteczkę?
[Hejo! :) Gratulacje dla każdego, kto dotarł aż tutaj! Początkowo notka miała być znacznie krótsza. Ale podczas pisania, jakoś samo tak wyszło. Możemy zaświadczyć, że podczas tworzenia nie były brane dopalacze oraz świetnie się bawiłyśmy :D
Opisana sytuacja z Drake`m wydarzyła się naprawdę na jednym z wcześniejszych blogów, na których prowadziłam Jessie (a Ice Drake`a :)
Wiem, że u góry coś się popsuło, ale nie mam już siły tego naprawiać, bo wtedy psuje się coś innego :( Więc jak ktoś zna magiczny sposób, aby się nie psuło, to chętnie przygarnę! ]