Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

15/10/2016

2039. Próba sił

NA POCZĄTEK ZAPRASZAM DO CZĘŚCI PIERWSZEJ!

poranek

Wydaje mi się, że dawno nie oglądałam już wschodu słońca.
Czerwonopomarańczowe promienie zamieniają błękit nieba w blady róż. Nad wieżowcami powoli wznosi się ogromna, jasna kula. Mgła jest jakby rzadsza, bardziej przezroczysta i zastanawiam się, czy właśnie to czują ludzie, kiedy przychodzi wiosna – jakby po miesiącach błądzenia w ciemności nagle zaczynali dostrzegać zarysy dobrze znanego świata. Jakby niespodziewanie wszystkie elementy układanki z powrotem trafiały na swoje miejsce.
Dym z papierosa wędruje tylko sobie znaną trasą, a ja dostrzegam, jak bardzo drżą mi ręce.

Jest coś, o czym nigdy ci nie powiem, a o czym często myślę: otóż cholernie bałam się, że będziesz musiała zostać ze mną na zawsze. Od kiedy skończyłaś rok, zawsze mieszkałaś z ojcem i mimo całego swojego żalu wiedziałam, że tak będzie lepiej. Potrafił się tobą zaopiekować, zadbać, byś miała co jeść, w co się ubrać i żebyś codziennie chodziła do szkoły. Ja byłam niepunktualna i niesłowna, mieszkałam w ciasnym mieszkanku i choćbym nie wiem jak je lubiła, nie było w nim miejsca dla kogoś, za kogo trzeba wziąć odpowiedzialność. W końcu nawet za samą siebie nie umiałam tej odpowiedzialności ponosić. No i, przede wszystkim, nie miałam pieniędzy. Zarabiałam w nocy, w dzień odsypiałam, starając się nie mieć czasu na myślenie o tym, co robię i po co to robię. Bo nigdy nie było w tym poświęcenia dla innej osoby – nie, to zawsze chodziło o mnie. Byłam – jestem – egoistką wszech czasów.

– Mamo.

Na dworze panuje przenikliwy chłód, a ty stoisz w drzwiach balkonowych tylko w cienkiej piżamce. Nie wiedziałam, że wstajesz tak wcześnie; nie wiedziałam też, czy to wynika z nowej, stresującej sytuacji, czy może po prostu tak masz.
Prawdę mówiąc niewiele o tobie wiem. Nie jestem dobrą matką.
Patrzysz na mnie uważnie, twoje oczy śledzą każdy mój ruch, jakbyśmy były obcymi osobami uwięzionymi na powierzchni niecałych czterdziestu metrów kwadratowych. I obie wiemy, że poniekąd faktycznie tak jest – spotkania z tobą co tydzień w jakiejś podrzędnej kawiarence, te kilka godzin, podczas których opowiadałaś mi o swoim życiu nie były w stanie sprawić, byśmy poznały się naprawdę. Wiem tyle, ile mogę zobaczyć. Że jesteś drobna, mniejsza niż dziewczynki w twoim wieku, że masz mądre, zielone oczy i odkąd przyjechałyśmy do mojego mieszkania ani razu się jeszcze nie uśmiechnęłaś. Może się boisz, a może taka twoja natura.
W tym momencie najbardziej uderzające jest to, jak strasznie przypominasz mi mnie samą.

– Mamusiu – powtarzasz – już nie jesteś chora?

Twój ojciec używał tego argumentu, gdy zaczynałaś poznawać inne dzieci i powoli docierało do ciebie, że zazwyczaj domem rządzi kobieta. Że nikt nie spotyka się z matką od przypadku do przypadku, tylko ma ją tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Nie rozumiałam tego, bo przecież nie byłaś głupia; musiałaś wiedzieć, że to tylko idiotyczny wykręt. Mimo to nigdy nie widziałam w twoim spojrzeniu oskarżenia. Ciekawa jestem, co sobie o mnie myślałaś.
Co myślisz teraz.

– Nie, Jo – mówię, podchodząc i biorąc cię za rękę. Cała jesteś przemarznięta, chociaż nic nie dajesz po sobie poznać. Może nie czujesz, a może nie chcesz, żebym cię ochrzaniła. Chociaż i tak bym tego nie zrobiła, o czym dobrze wiesz. Od tego jest Adam. Sadzam cię na krześle w kuchni i otulam zdjętym z ramion kocem. – Zmarzłaś?

Kręcisz głową, że nie, jednocześnie nie spuszczając ze mnie wzroku. Na okrągłych, dziecinnych policzkach masz zdrowe rumieńce i to chyba jedyna cecha zewnętrzna, którą odziedziczyłaś po ojcu. Jestem pewna, że gdybym porównała ciebie i mnie w podobnym wieku, okazałybyśmy się swoimi kopiami.
Zastanawia mnie, co zapamiętasz z tych krótkich migawek, kiedy pojawiałam się w twoim życiu. Czy będzie to nasza wycieczka do wesołego miasteczka na twoje urodziny, kiedy pozwoliłam ci myśleć, że wreszcie mam trochę pieniędzy, żebyś się nie martwiła – a tak naprawdę twój ojciec wcisnął mi je do ręki, gdy wyszłaś na chwilę do toalety. Czy może babeczki, które zawsze kupowałyśmy w naszej kawiarni – te śmieszne, z uszami i noskami – albo deser lodowy, zawsze zjadany przez nas na pół. Zastanawia mnie, czy zapamiętasz pobyt tutaj i czy jest to dla ciebie równie dziwne, jak dla mnie samej. Zastanawia mnie, co zapamiętałaś z wypadku. Chciałabym zapytać, ale nie mam odwagi.

– Może śniadanie? – proponuję w zamian, błogosławiąc w duchu Leo, który ostatnim razem (a było to zaledwie wczoraj, choć mam wrażenie, jakby upłynęły całe wieki) porządnie zaopatrzył mi lodówkę. – Na co masz ochotę?
– Na to, co zawsze – mówisz machinalnie, skubiąc koszulkę od piżamy; obie w tej samej chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że przecież nie mam pojęcia o czym mówisz. – To znaczy słodkie płatki – uzupełniasz, patrząc na mnie przez moment. Potem znów opuszczasz głowę; moja ręka, zaciśnięta do tej pory na uchwycie lodówki, powoli zsuwa się w dół.
– Jo, ja chyba... – zaczynam niepewnie, drapiąc się z zażenowaniem w kark. Dziwnie się czuję; jakbyś była moim gościem, którego właśnie zawiodłam, a nie córką. Tylko czy w ogóle mam prawo cię tak nazywać? Czy naprawdę wystarczy urodzić dziecko, by być jego matką?

Podnosisz na mnie swoje zielone oczy, identyczne jak moje własne i patrzysz wyczekująco. Z trudem przełykam ślinę. Nie mogłabym się ciebie wyprzeć, nawet gdybym sama zechciała oddać cię komukolwiek innemu na tym świecie – taka byłaś do mnie podobna.

– Płatki ci się skończyły? – stwierdzasz z typową dla dziewczynek w twoim wieku pobłażliwością, kiedy dorośli zawalają na całej linii. W duchu oddycham z ulgą, że sama zrozumiałaś i nie masz mi tego za złe. Przynajmniej tak to wygląda. – Nie szkodzi – wzruszasz ramionami, zsuwając się z krzesła. – Możemy pójść do sklepu. Masz tu sklep? – pytasz poważnie, jakbyś była moją matką i przyjechała odwiedzić córkę-studentkę w nowym mieszkaniu. Uśmiechnęłabym się, gdyby nie fakt, że ciężar całej sytuacji przeważa nad humorem.
– Mam – odpowiadam ci, z lekka oszołomiona twoją sprawnością brania wszystkiego we własne ręce. Nim się obejrzę, jest cię wszędzie pełno – przetrząsasz walizkę w poszukiwaniu ubrań i robisz wokół siebie koszmarny bałagan; najwyraźniej to również odziedziczyłaś po mnie. Tyle chciałabym powiedzieć, opowiedzieć, nauczyć. O tyle zapytać. I wiem, że żadnej z tych rzeczy nie zrobię. Czuję, że nie mam prawa; poza tym, co wartościowego może ci przekazać zagubiona we własnym życiu kobieta?
– Mamo, idź, ubierz się – popychasz mnie lekko w stronę sypialni, patrząc wyrozumiale, jak gdybyś wiedziała, że bardzo zabłądziłam i wyciągnęła do mnie pomocną dłoń: pierwszą, jaką odważyłam się przyjąć.

Dziś ty tutaj spałaś. Łóżko jest pościelone i tylko w miejscu, gdzie odbił się ciężar twojego ciała, ulotny niczym obłok, kołdra zdradza czyjąś obecność. Najwidoczniej nie ruszałaś się przez sen, a mnie po raz kolejny nachodzi myśl: czy jest to twój stały nawyk, czy spowodowała go niecodzienna sytuacja. Wciągam na siebie byle co, przy okazji nachylając się nad twoją poduszką; przyciskam do niej nos tak mocno, aż zaczyna mnie boleć i wdycham twój zapach, ledwie wyczuwalny i delikatny jak cała ty, wyobrażając sobie, że to ciebie przytulam.

– Idziemy? – Niespodziewanie w drzwiach ukazuje się twoja buzia, a ja odskakuję momentalnie od zmiętej pościeli, zawstydzona tym, że mnie przyłapałaś i nie wiem który już raz dziękując w duchu za to, że nie potrafię się rumienić. Zrywam się na nogi, usiłując zamaskować zażenowanie wymuszonym uśmiechem.
– Włóż coś grubszego – nakazuję na widok twojej zwiewnej spódniczki i baletowych butów, a wszystko to w delikatnym, pastelowym odcieniu różu, jak rumieńce na twoich policzkach. – Jest zimno.
Przewracasz oczami; czy słyszałaś to samo co rano od ojca? W którym momencie zaczniesz mi się przeciwstawiać? Naprawdę mam nadzieję, że twoja wizyta nie potrwa długo, bo zwyczajnie nie wiem, jak miałabym z tobą obcować. Nawet nie mam w szafce tego, co lubisz jeść. Z obiadem też pewnie zawalę. 

Wracasz, przebrana w cieplejsze i znacznie bardziej odpowiednie na taką pogodę spodnie; czeszę ci włosy tak, jak mi każesz i, trzymając się za ręce, wychodzimy na ulicę przed blokiem. Zewsząd dosięgają nas ludzkie spojrzenia – mnie kłują, na tobie nie robią najmniejszego wrażenia. Czasem zazdroszczę ci, że jesteś za mała, by wiele rzeczy zrozumieć, ale potem przychodzi mi do głowy, że wszystko jeszcze przed tobą. Ja przynajmniej zdążyłam już przeżyć choć część czyhających w zakamarkach okropieństw. Wiatr szarpie mi włosy, spięte w byle jaki kok; teraz wymykają się spod spinki, wirując w powietrzu w rytm tylko sobie znanej melodii. Ty masz porządne warkocze – dzięki niebiosom, chociaż nie wierzę w Boga, że przynajmniej to potrafiłam zrobić dobrze. Odnoszę wrażenie, że dominują nas szarości: szare twarze, szare płaszcze, szare teczki, i tylko w tobie kryje się cała paleta barw i kolorów, promieniująca ciepło niczym słońce. Nigdy przedtem nie zostawałaś u mnie na dłużej, nie licząc tej jednej nocy, gdy twój ojciec musiał odwiedzić rodziców (przy czym żadne z nas nie powiedziało ci, dlaczego nie możesz jechać z nim), więc teraz rozglądasz się ciekawie dookoła. Witryny sklepowe z pewnością nie są żadną wielką atrakcją, zwłaszcza te tutaj, brudne i podniszczone, ale wiem, że daje ci to swego rodzaju poczucie stabilności. Że może wcale nie zmieniło się tak wiele, skoro i tutaj można minąć spożywczy czy zwykły kiosk.
Zerkam na ciebie ukradkiem; przypatrujesz mi się spod rzęs.

– Co tam?
– Nic takiego.
Unoszę brwi w geście niedowierzania, ale nie naciskam. Czuję, że nie powinnam. Może sama mi powiesz, jeśli do tego dojrzejesz i będziesz miała ochotę. A może nigdy.
Ale jednak się odzywasz.
– Jak długo mam u ciebie zostać?
Zastanawiam się przez chwilę; prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co ci odpowiedzieć. Więc decyduję się na szczerość.
– Nie wiem, Jo. Pewnie do czasu, aż tatuś wyzdrowieje.
Kulisz się w sobie pod ostrzałem tych słów, ale nie puszczasz mojej ręki i sprawia mi to swego rodzaju ulgę. Nieomal, jakby miało to znaczyć, że wcale nie jestem gorsza. Że mnie potrzebujesz.
– A co? Chciałabyś już wrócić? – zagaduję pogodnie, poprawiając ci splątaną grzywkę, chociaż tak naprawdę serce wali mi jak oszalałe. Sama cię prowokuję, byś mnie zraniła, zadała cios prosto w twarz.
– Nie wiem – wyznajesz cicho, wbijając wzrok w chodnik. Rozległe kałuże na popękanych, zapadniętych płytkach wyglądają jak miniaturowe morza łez. Ciekawa jestem, czy i ty masz podobne skojarzenia. Ściskam cię mocniej, twoją drobną dłoń, chcąc na swój sposób dodać ci otuchy.
– Mam nadzieję, że wkrótce wszystko będzie dobrze. Nie martw się tym teraz.
– Ty się martwisz – zwracasz mi uwagę; zachodzę w głowę, skąd znasz mnie tak dobrze i czy może powiedziałam coś, co nakierowało cię na taki trop.
– Jestem dorosła, Jo. Taka moja rola.
– Tata się o ciebie nie martwił, kiedy chorowałaś.
Czuję, że w brzuchu mam ogromny supeł, ciężki jak najprawdziwszy kamień, głaz.
– Wiesz... czasem między rodzicami nie układa się najlepiej. – Modlę się, byś nigdy nie poznała tego na własnej skórze, z zupełnie innej perspektywy niż dziecko z rozbitej rodziny.
– A ja się martwiłam – mówisz dalej, jakby nie słysząc tego, co próbowałam ci wytłumaczyć. – Chciałam częściej się z tobą widywać.
Zalewa mnie fala dziwnego, nieznanego uczucia.
– Ale nie ze mną mieszkać, hm?
Patrzysz pustymi oczami, jakby przerażało cię to, co chcesz mi wyznać. Zrobiłabym wszystko, żebyś już nigdy nie musiała się bać, że cały świat wali się w gruzy.
– Bo wyzdrowiałaś. I poradzisz sobie beze mnie.
Przystaję na chodniku, przyklękając przed tobą, chociaż wcale nie jestem aż tak wysoka. Kiedy tak kucam, jesteś ode mnie większa. O to mi chodzi. 
– Joelle – mówię – nie poradziłabym sobie, gdyby cię zabrakło. 


wieczór

Kupiłyśmy zapas płatków, a do tego jeszcze kredki i kolorowanki, bo zapomniałaś wziąć z domu swoich. Chciałam sprawić ci radość, przywrócić na twoją twarz ten uśmiech, który widywałam, gdy jeszcze mieszkałaś z Adamem, a ze mną spotykałaś się tylko raz w tygodniu lub rzadziej, bo nie miałam czasu albo leżałam na kanapie, otępiała od prochów czy leków. Już dawno przestałam liczyć, ile razy cię zawiodłam, ale podskórnie czułam, że za dużo – o tyle, ile ich było. Nie wiedziałam, czy mi wybaczyłaś, czy udajesz grzeczną, żebym nie poskarżyła na ciebie ojcu. Nie zrobiłabym tego, ale nie musisz wiedzieć. 
Próbowałyśmy ugotować obiad, ale nigdy nie umiałam robić zup, a ty chciałaś frytki, które koniec końców całe się przypaliły, więc rozmroziłam pizzę. Zachlapałaś keczupem spodnie i cały stół, ale to nic. Blat wytarłam, a jeansy się przecież wypierze. Rozmawiałyśmy, dużo rozmawiałyśmy. O twoich kolegach ze szkoły i o zwierzątku, które bardzo chciałabyś mieć. 
O Adamie nie mówiłyśmy wcale. 
Pozwoliłam ci zrobić bałagan, bo bawiłaś się w owijanie mebli papierem toaletowym, a potem przypadkiem potrąciłaś szklankę i mleko rozlało się po całej podłodze. Ja zostałam z pięcioma porozwijanymi rolkami, których użyłam, by wytrzeć panele. I ani trochę mnie to nie zirytowało, choć nienawidzę sprzątać.
Bo pod koniec dnia wreszcie się uśmiechasz.

Jest to senny, rozmarzony uśmiech, już przymykasz oczy leżąc w mojej pościeli – znów odstąpiłam ci łóżko, sama zamierzałam rezydować tymczasowo na kanapie w salonie – i wtedy mówisz mi nagle:
– Fajnie dziś było.
Jeden kącik ust unosi mi się w górę, jakbym była dumna, że chociaż coś osiągnęłyśmy. 
– Mi też się podobało.
Zamyślona, z ręką pod policzkiem wyglądasz jak marzenie ze snu. Rozczochrane włosy, roziskrzone oczy; nie masz zęba na samym dole. Zastanawiam się, czy Adam bawił się z tobą w Zębową Wróżkę. Tyle rzeczy mnie ominęło, myślę. I, całkowicie wbrew wszystkiemu, czuję wszechogarniający żal, że nie uczestniczyłam intensywniej w całym twym krótkim życiu, choć przecież sama tego chciałam. Nie nadawałam się. 
Nadal się nie nadaję.
– Wiesz co? – Pytanie pada z twoich ust niespodziewanie; pogrążona w myślach nie zauważyłam, że jeszcze nie śpisz.
– No co?
– Chyba mogę jeszcze trochę tu pobyć.
Tak bardzo mi przykro, chcę szepnąć, że nie potrafię okazywać ci uczuć. Że nie umiem teraz okazać radości tak, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek. Ale milczę, delikatnie i ostrożnie dotykając twoich jasnych włosów.
– Cieszę się, Jo. Chcę, żebyś tu była – mówię szczerze i naraz uświadamiam sobie, że od dawna nie wypowiedziałam tyle słów, co dzisiaj. Przychodzi mi na myśl, iż może jesteś potrzebna, by z powrotem przemienić mnie w człowieka. 
Milkniesz, powieki opadają ci ze zmęczenia jak płatki róż. Cicho, cichutko wysuwam się z sypialni, zamykam za sobą ciemne drzwi, jakby chcąc odizolować cię od świata, w którym zło przeważa nad dobrem.
Potem biorę leki.


noc

Budzi mnie hałas. Nie przepadam za burzą, ale lubię patrzeć na błyskawice. Są jak ogień – jednocześnie piękne i niebezpieczne. Deszcz z impetem wali w szyby i parapety, a ja zastanawiam się, jak możesz spać przy takim huku. Ulewa jest naprawdę mocna. 
Kiedy byłam w twoim wieku, bardzo bałam się burzy.
Mam nadzieję, że jesteś ode mnie twardsza i odważniejsza, bo chciałabym oszczędzić ci chociaż części z tego, co stało się moim udziałem. Marzę sobie czasami, że wyrośniesz na asertywną i pewną siebie dziewczynę, kobietę. Wyobraźnia podsuwa mi dobrą pracę, męża, może nawet jakieś dzieciaki. I błagam w duchu, byś nigdy, przenigdy nie poszła w moje ślady.
Ani w ślady swojego ojca.
Nie opowiadam ci o takich rzeczach – które dziecko chciałoby wiedzieć? – bo jesteś zbyt mała; w Świętego Mikołaja też jeszcze wierzysz i nie chcę rozwiać w drobny pył twoich niewinnych złudzeń. Ja wiem. Wiem, że Adam nie jest tym bohaterem, za którego chciałby uchodzić w twoich oczach. I wiem, że w przeciwieństwie do niego, ja nie odgrywam przed tobą kogoś, kim nie jestem.
Chociaż w tym okazałam się lepsza. 
Nie chciałam, żebyś kiedykolwiek pomyślała, że wcale mnie nie znasz. Ale na pewno ta myśl zdążyła przejść ci przez głowę. Teraz boję się tylko, że utknie tam na zawsze. I że nigdy już nie zdołam jej wykorzenić, choćbym nie wiem jak się starała. 

Więc siadam na kanapie i planuję. Narzucam koc na ramiona, kartka powoli pokrywa się moimi drobnymi zapiskami. Sama nie wiem, do kogo jest ten list – do ciebie, twojego ojca czy może do mnie samej – ale piszę, piszę i piszę, zatracając się w tym co robię tak bardzo, że świat zewnętrzny przestaje dla mnie istnieć.

Kiedyś chciałam zostać pisarzem. 

Miałam trzynaście lat i właśnie rzuciłam balet na rzecz więcej wolnego czasu. Rodzice przyjęli to ze stoickim spokojem – wszystko tak przyjmowali; gdybym powiedziała, że chcę hodować słonie, pewnie nie mieliby nic przeciwko – ale nauczycielka tańca rozpaczała. Jesteś zbyt dobra, mówiła. Nie rób tego. To był pierwszy raz, gdy zmarnowałam sobie potencjalną karierę i przyszłość. Później poszło już łatwo, drugi, trzeci, siódmy. Ta pierwsza porażka zawsze jest tą, która cię usprawiedliwia przy kolejnych: skoro wtedy tak wyszło i się z tym pogodziłaś, to czemu teraz nie możesz?
 Wolny czas, którego nagle okazało się zbyt dużo, spędzałam w księgarniach. Włóczyłam się między półkami, bezmyślnie dotykając grzbietów najgrubszych tomów, jakie zdołałam znaleźć. Nic mi to wtedy nie mówiło, te ich tytuły, ale przechadzając się tak w jedną i drugą stronę czułam pod palcami jakąś niebywale silną, promieniującą energię. 
Pisałam od zawsze. Głupiutkie historyjki, niezdominowane przez disnejowskich wyidealizowanych bohaterów i świat, gdzie zawsze dobro zwyciężało nad złem; o dziewczynach i potworach, o zapracowanych szychach wielkich korporacji, o gadających zwierzętach. O lesbijkach. Potrafiłam wczuć się w swoich bohaterów, wejść w ich skórę tak mocno, iż wydawali mi się realnymi osobami. Nigdy nie myślałam o tych opowiadaniach jako metaforach otoczenia i mnie samej – ale teraz, gdyby się głębiej zastanowić, może i coś w tym jest.
Nie pamiętam już, dlaczego przestałam pisać. 

Kartka szybko się kończy, zbyt szybko. Pospiesznie idę do kuchni w poszukiwaniu jakichś strzępków papieru, które nie wpadły w twoje artystyczne łapki i kątem oka dostrzegam na stole tamten list. Zachodzę w głowę: Nie sprzątnęłam? Nie wyrzuciłam? Leżał tam cały czas? I najważniejsze: Przeczytałaś go? Chyba nie. Jest pomazany z tyłu kredkami, jak gdybyś próbowała barwy, zanim zaczniesz rysować coś na czysto. Chciałabym to samo zrobić ze swoim życiem: najpierw sprawdzić wszystkie dostępne możliwości i konsekwencje, żeby móc od razu wyrysować sobie najlepszy możliwy scenariusz; taki, jaki zaplanowałam. 
Z kamienną twarzą wyrzucam list do kosza. 

Kiedy byłaś bardzo mała, chciałam cię przed wszystkim ochronić. Bałam się, gdy chwytałaś za jakikolwiek ostrzejszy przedmiot; ucząc się chodzić, musiałaś mieć pod ręką Adama, bo ja zaczynałam panikować, że zrobisz sobie krzywdę. Dopiero po czasie, gdy już nie było cię obok, zrozumiałam, że chronić drugą osobę, to również pozwalać jej popełniać błędy.
Ciekawe, czy twój ojciec to wiedział, zostawiając mnie sobie samej. Zabierając ciebie. 

Zapominam o papierze, ale to nic. Wlokę się na kanapę, jakby przygniatał mnie wielki ciężar. I jest, faktycznie – jakaś groza leży mi gdzieś na sercu. Nikt dziś nie dzwonił ze szpitala, a ja nie pojechałam, bo po co. Nic nas właściwie nie łączy. Prócz ciebie. 
Zastanawiam się, czy wiesz, że oboje, ojciec i ja, trzymamy się tylko dzięki tobie.
A potem unoszę głowę i widzę cię w drzwiach sypialni.

– Dlaczego nie śpisz?
– Słyszałam, jak chodzisz po domu. Boisz się burzy, mamusiu? – pytasz tak czysto i niewinnie, aż sama nie wiem, co ci odpowiedzieć. Nie – czuję na końcu języka to jedno słowo, okrągłe i gładkie jak pestka czereśni, ale koniec końców nie mówię nic. Otwieram tylko usta, a potem je zamykam, zaskoczona własną pustką w głowie. 
Siadasz obok mnie na kanapie, wpełzasz pod koc. Kończyny masz lodowate.
– Chcesz, żebym tu z tobą została? – W ciemności twoje wielkie oczy lśnią jak diamenty. Obejmuję cię niepewnie, przypominając sobie, jak miałaś kilka miesięcy i trzeba było nocami nosić cię po całym mieszkaniu, bo nie chciałaś spać.
– Na zawsze – szepczę.

14/10/2016

2038. I że cię nie opuszczę.

Nie pamiętał momentu, w którym zmorzył go sen. Okryty cienkim, pstrokatym kocem nie próbował nawet analizować wydarzeń minionych dni, ponieważ wydawały mu się zbyt absurdalne, aby mogły mieć miejsce. Leżące na stoliku nocnym silne środki przeciwbólowe przypominały o incydencie, który, niedorzeczny w swej naturze doprowadził, go do... Niej. Po trwających trzy lata poszukiwaniach wszystkim, o czym marzył była chwila zapomnienia, w której pozbyłby się zapachu szpitalnej pościeli gnieżdżącego się ciągle w jego nosie i nauczył się żyć ze świadomością, że to nie koniec jego problemów, a zaledwie blady początek. Wypatrywał swojego celu tak długo, że to, co miało nastąpić po jego osiągnięciu, zostało zepchnięte na drugi plan. I wróciło do niego teraz, gdy był zbyt oszołomiony, aby podejmować racjonalne decyzje.
Wskazówki na podświetlanym cyferblacie ułożyły się na godzinie dwunastej, kiedy spod poduszki odezwał się dzwonek telefonu. Wyrwany z głębokiego snu Yates zlokalizował go po dłuższej chwili, chwytając po omacku najpierw butelkę wody mineralnej, a potem książkę, którą wreszcie strącił niezdarnie na podłogę. Głuche grzmotnięcie twardej oprawy o drewniany parkiet ocuciło rekonwalescenta na tyle, że poradził sobie z odebraniem połączenia. Dzwonił Kodey.
— Przed moją pięścią może uratować cię jedynie koniec świata — nie mógł przyzwyczaić wzroku do ciemności i wnętrze pokoju jawiło mu się jako czarna otchłań bez dna. Przetarł oczy opuszkami palców ale zabieg nie przyniósł żadnych rezultatów.
— Nie tylko przed twoją pięścią — po drugiej stronie aparatu głos był ochrypnięty i zmęczony. W tle dało się słyszeć trudny do zidentyfikowania gwar i zamieszanie, niepodobne do otoczenia, w którym mężczyzna przebywał na co dzień od chwili wyjazdu z Nowego Jorku — Skype, teraz — przerwał połączenie, pozostawiając Yatesa ze śmiesznym w swojej prostocie poleceniem, które wzbudziło w nim jednak pewne obawy. Kilkuletnia znajomość z Kodey’em nauczyła go, że w jego przypadku nic nie jest takim, jakim się wydaje. Nic nie jest oczywiste. Dlatego niewiele myśląc zsunął się z łóżka i po omacku dotarł do swojego biurka, na którym piętrzyły się nieposegregowane faktury i kilka niezapłaconych rachunków. Ból w lewym boku był nie do wytrzymania i utrudniał oddychanie, toteż poświęcił kilka minut na znalezienie jak najwygodniejszej pozycji w fotelu. Powoli odzyskiwał także wzrok i choć oczy zachodziły mu łzami za każdym razem, kiedy ziewał, rozpoznawał już poszczególne elementy wystroju wnętrza. Regał, którego półki uginały się pod ciężarem zdobytych na kiermaszach książek, obita sztuczną skórą kanapa i fotel, przez którego oparcie przerzucił zmoczoną deszczem kurtkę. Wszystko na swoim miejscu.
— Jezu, Ben. Jak ty wyglądasz — oczom Kodey’a ukazała się twarz pokiereszowana pięściami. Sińce, rozcięta brew i kącik ust były oznakami niedoszłego wówczas triumfu, który sprowadził lawinę nieprzewidywalnych konsekwencji. Yates splątał palce swoich dłoni w sposób, jaki potencjalnie mógł sprawiać mu ból, chociaż robił to często w chwilach niezdecydowania. Nie wiedział, od czego powinien zacząć.
— Savannah miała... Pewien problem z facetem. Kiedy pojawił się u niej nieproszony tysięczny raz, to był jedyny środek perswazji, jaki przyszedł mi do głowy. Złamał mi żebro, trafiłem do szpitala i to był chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu.
— Masz skłonności masochistyczne?
— W tym szpitalu pracuje Lisa — zatrzymał się, jakby chciał sprawdzić, czy ta informacja zrobi na przyjacielu odpowiednie wrażenie — Znalazłem ją po trzech latach, uwierzysz?
— To na pewno wspaniała historia ale teraz skup się, Ben. Potrzebuję twojej pomocy — Yates brutalnie sprowadzony na ziemię nachylił się bliżej ku ekranowi komputera. Dopiero teraz skoncentrował się nie na twarzy Kodey’a, a na miejscu, w jakim się znajdował. Siedział na kamiennej posadzce oparty o ścianę, a wokół niego przechodziło w pośpiechu mnóstwo ludzi; z walizkami i torbami podróżnymi, a ich głośne rozmowy przeplatały się ze stukotem obcasów i komunikatami dla pasażerów. To było lotnisko — Za trzy godziny wyląduję w Nowym Jorku. Czekaj na mnie w swoim mieszkaniu.
— Jak to w Nowym Jorku? Po co? I co z Bethany? — mimo późnej pory i nadmiaru niedorzeczności Ben starał się zachować trzeźwość umysłu. Obok mężczyzny nie było jego narzeczonej ani też bagażu, który świadczyłby o jej towarzystwie. Narastające wewnątrz uczucie niepokoju było coraz bardziej uzasadnione i znajdowało swoje ujście w rodzących się naprędce pytaniach.
— Ta kobieta — Kodey wysunął przed kamerę zdjęcie około dzwudziestokilkuletniej szatynki. Pozostawił Yatesowi kilka sekund na zapoznanie się z jej twarzą; sam zadbał natomiast o to, by nie zrobił tego żaden z przypadkowych ludzi wokół niego — Nazywa się Mia Rose. Przyjedzie do ciebie za około godzinę. Nie wyrzucaj jej za drzwi, muszę się z nią spotkać.
— Sprowadzasz do mojego mieszkania obce osoby? Upaliłeś się?
— Po prostu zaczekajcie tam na mnie — połączenie zostało przerwane i oczom Bena ukazał się na powrót zabałaganiony pulpit komputera. Wpatrywał się przez chwilę w mrugającą diodę zasilania ale bladozielone światło nie pomogło mu w zrozumieniu odbytej właśnie rozmowy. Z informacji, które otrzymał, wynikało że za godzinę podejmie nieproszonego gościa, z którym spędzi kolejne dwie w oczekiwaniu na Kodey’a. Cokolwiek planował, odbywało się w największym pośpiechu i najwyraźniej nikt poza samym Kodey’em nie był świadomy tego, co naprawdę miało się wydarzyć.
Wstał od biurka. Pobyt w szpitalu wydawał się z tej perspektywy odpoczynkiem w sanatorium, po którym przyszło mu zderzyć się z rzeczywistością o wiele bardziej zawiłą, niż ją dotychczas postrzegał. Był środek nocy, a wizja pościelonego łóżka wydawała się ledwo nieśmiałym życzeniem. Pożegnał się z nim boleśnie, kiedy wsypywał do wyszczerbionego kubka dwie łyżeczki kawy. Coś się nie zgadzało. Kiedy żegnał się z przyjacielem niespełna pół roku temu, ten wydawał się zupełnie innym człowiekiem. Jego życie nie było co prawda uporządkowane, ale dokładnie wiedział, czego chciał. Przyszłości z ukochaną kobietą w jej rodzinnym kraju, w Kanadzie, gdzie mieli rozpocząć wszystko od nowa. Teraz wydawał się mniejszy, jakby skurczył się w sobie, a jego głos brzmiał niczym skomlenie wojennego jeńca. Poprosił o pomoc ale tej prośby nie uzasadnił, co stawiało Yatesa w niezręcznym położeniu. Tajemnice nigdy nie wróżyły niczego dobrego i dlatego nigdy nie stawały pomiędzy nim, a Kodey’em. Aż do teraz, a z całą pewnością nie chodziło o przyjęcie – niespodziankę. Upił łyk gorącego napoju, bezwiednie rozcierając na blacie krople rozchlapanej wody. Chociaż starał się z całych sił odegnać od siebie tą myśl, właśnie ona wydawała się być najbliższa prawdzie – nadchodziły kłopoty.

Salon połączony z aneksem kuchennym wydawał się wielkim pomieszczeniem, stwarzającym wiele możliwości doświadczonemu architektowi wnętrz, jednak Ben niczego w nim nie zmieniał. Ciągle nie widział w wynajmowanym mieszkaniu własnego kąta, a teraz nie mógł znaleźć sobie w nim miejsca bardziej, niż zwykle. Zegar na ścianie odmierzał kolejne minuty, a każdy skok sekundnika świdrował jego mózg niczym zardzewiały gwóźdź. Pytania pozostawione bez odpowiedzi doprowadzały go do szewskiej pasji, a każde wytłumaczenie, jakie próbował znaleźć przekształcało się natychmiast w teorię spiskową o szerokiej skali. Noc zasiewała u ludzi najczarniejsze myśli, niekiedy pozbawiała resztek zdrowego rozsądku i to zdiagnozowane oznaki paranoi pomogły mu spędzić ostatnie chwile w samotności na niewyrządzaniu sobie większej krzywdy psychicznej.
Niespodziewanie, ciche pukanie do drzwi wejściowych pozbawiło go na moment wszelkich obaw i niepokoju. Ustąpiły one miejsca niezdrowej ciekawości. Plan, jaki omówił mu wcześniej Kodey wydawał się nierzeczywisty i teraz, kiedy spełniało się jedno z jego założeń, Yates poczuł iskrę podekscytowania paraliżującą jego plecy. Ryzykował, chcąc wpuścić do środka nieznajomą kobietę, choć z drugiej strony to ona przyjechała w środku nocy do kogoś, kogo miała zobaczyć na oczy po raz pierwszy w życiu, oparłszy swoją decyzję prawdopodobnie o telefoniczną rozmowę. Musiał to zrozumieć.
— Benjamin, jak sądzę — nie czekając na powitanie wyminęła Yatesa w progu. Ubrana w ciemny, zroszony deszczem płaszcz, z niewielką przewieszoną przez ramię torbą sprawiała wrażenie osoby pracującej na wysokim stanowisku. W półmroku ginęło wiele szczegółów jej wyglądu, chociaż w ocenie mężczyzny była drobnej, niewysokiej postury. Dodawała sobie kilka centymetrów butami na obcasie. Zanim zamknął za nią drzwi, spojrzała jeszcze za siebie, jakby upewniała się, że nie była śledzona a jej obecność umknęła uwadze mieszkańców kamienicy. Nie było tu miejsca na savoir vivre; została poproszona o wykonanie konkretnego zadania i najwyraźniej pragnęła jak najszybciej mieć je za sobą. Bez świadków i konsekwencji. To ponownie zapaliło w głowie Bena czerwoną lampkę.
— Cokolwiek próbujecie zrobić... Co to oznacza dla mnie? — ciągle nie rozumiał swojej roli w tym przedsięwzięciu. Wolał nie myśleć o swoim przyjacielu w kategoriach zdrajcy i świadome sprowadzenie na niego kłopotów wydawało mu się mało prawdopodobne. Mimo to patrzył teraz na tajemniczą kobietę imieniem Mia i zastanawiał się, czy jakiekolwiek informacje są przeznaczone dla jego osoby.
— Nie prześpisz nocy. Nic więcej — ułożyła torbę i płaszcz na kanapie, wcześniej wyszukując spośród swoich rzeczy pożółkłą, pękatą kopertę, która szybko stała się głównym obiektem zainteresowania Yatesa. Dlaczego musiała przekazać ją Kodey’owi osobiście? Poczuł niemiłe ukłucie w żołądku, któremu nie potrafił nadać znaczenia. Na jego oczach rozgrywała się przedziwna gra, z której został wykluczony jeszcze zanim zdołał poznać jej prawdziwą stawkę. Stawał się głupszy z każdą minutą i z każdą minutą uświadamiał sobie coraz boleśniej swoje zagadkowe położenie — Napijesz się?
— Częstujesz mnie moim winem?
— Ty mnie nie poczęstowałeś — było cierpkie, o bardzo silnym aromacie. Nie takie, jakim raczyła się w długie, samotne wieczory w swoim mieszkaniu przy Halsey St. Uniosła kieliszek ku górze i spojrzała przez niego na małą, pokojową lampkę. Jej światło odbiło się rubinowym refleksem na bladej twarzy kobiety i zamajaczyło, gdy wprawiła w ruch zawartość naczynia. Wpatrywała się w hipnotyzującę błyski jak małe dziecko, nad którego głową powieszono lśniącą zabawkę, a w kącikach jej ust zatańczył niewinny uśmiech.
— Dzięki za troskę — usiadł na krzesełku barowym i podparł się na skrzyżowanych przed sobą rękach. Kieliszek odsunął na bok, mając na względzie ilość tabletek przeciwbólowych, jaką ostatnio przyjmował. 
Mimo rozrywającego go od wewnątrz zniecierpliwienia zdecydował się nie naciskać. Było coś w powierzchowności panny Rose, co czyniło jej towarzystwo mniej uciążliwym, niż wskazwałyby na to okoliczności. Nie znała Bena, a jednak traktowała go jak starego przyjaciela z podwórka, przy którym mogła czuć się swobodnie. Bawiło go to i zawstydzało zarazem, ponieważ nie miewał do czynienia z taką otwartością zbyt często. Na tyle, na ile pozwalała mu wpojona rezerwa, próbował popłynąć z nurtem niezobowiązującej pogawędki. Znał te sztuczki nazbyt dobrze i stosował je każdego dnia za barowym kontuarem, gdy przejmował rolę samozwańczego psychoterapeuty. Z tą tylko różnicą, że ośmieleni alkoholem klienci nie stanowili dla niego wyzwania. Mia była inna. Nie unikała żadnej odpowiedzi ale doskonale wiedziała, w którym momencie wykonać zgrabny skok, aby nie wyjawić za wiele. Kiedy przerwał im dzwonek telefonu, Yates sklejał w całość nędzne okruchy informacji, które nie dawały spójnego obrazu.

— To Kodey — Mia położyła telefon na blacie pomiędzy nimi i zmieniła ustawienia głośnika tak, aby oboje mogli uczestniczyć w rozmowie. Przez dłuższą chwilę nie usłyszeli nic poza szelestem i odgłosem czyichś kroków. Przenikały się one z ciężkim i powolnym oddechem; charczącym, jak po wyczerpującym biegu w trudnych warunkach.  
— Kod, czekamy na ciebie.
— Rosie, zniszcz tą kopertę — mężczyzna mówił szeptem. Głos był zniekształcony, jakby stłumiony. Pierwszą myślą, jaka pojawiła się w głowie Bena było zatajenie przed nim zawartości koperty, ale dostrzegł powoli opadające powieki Mii i już wiedział, jak bardzo naiwna była to myśl. Zwinęła swoje dłonie przy ustach. Drżała, gdy na jej policzkach pojawiły się pierwsze łzy. Wiedziała, co to oznaczało.
— Kodey, co się dzieje? — po raz pierwszy w życiu sparaliżował go strach. Czuł mrowienie w nogach, które pięło się powoli ku górze, aż wreszcie objęło resztę ciała — Słyszysz?! — wpatrywał się w telefon oczekując jakiejkolwiek reakcji, a wszystkie tajemnice, jakimi obleczona była ta noc, nagle stały się dla niego zrozumiałe. W cokolwiek wplątali się z panną Rose, chodziło o jego bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo, które nie miało teraz dla niego żadnego znaczenia.
— Nie wychylaj się. I nie wciągaj go w to, Rosie — rozległ się trzask, który przerwał połączenie, jakby ktoś zmiażdżył telefon po drugiej stronie ciężkim przedmiotem. Stali przez chwilę w milczeniu, znieruchomiali, chociaż w każdym z nich odbywała się innego rodzaju walka.
— Zniszcz ten telefon. Muszę... Iść. Muszę już iść — strąciła z blatu kieliszek, kiedy zerwała się ku kanapie, na której spoczywały jej rzeczy. Szkło rozbiło się na tysiące drobnych kryształów, które trzaskały pod naporem jej butów, kiedy w pośpiechu zakładała swój płaszcz. Opanowała płacz ale nie była już sobą. Nie tą samą dziewczyną, która przekroczyła próg tego mieszkania godzinę temu. Kamienna twarz zdradzała zaciętą determinację i pełną świadomość tego, co powinno zostać teraz zrobione — Zostaw to, nie mieszaj się.
— Chyba żartujesz — chwycił jej ramię na tyle mocno, aby poczuła ból. Jęknęła, a gdy spróbowała się uwolnić, ścisnął ją jeszcze mocniej. Jedyne, co mogło ją teraz zatrzymać, to strach. Strach, że coś grozi jej nie tyle na zewnątrz, co właśnie tutaj. Ze strony Yatesa, któremu było już wszystko jedno i który powoli tracił nad sobą panowanie. W głowie słyszał wielki huk, który nie pozwalał mu myśleć racjonalnie. Przesłaniał mu wszystko. Cierpliwość, zdrowy rozsądek, połamane żebro. Popchnął pannę Rose na kanapę tym samym uświadamiając ją, że tu jest teraz jej miejsce. Dopóki nie pozna prawdy — Co miałaś mu przekazać?
— Trzymaj się od tego z daleka.
— Mów! — odruchowo zacisnęła dłoń na starej kopercie, chociaż wiedziała, że nie pozostanie tajemnicą ani chwili dłużej. Czuła mocne bicie swojego serca, niemal je słyszała, szeroko otwartymi oczyma obserwując Yatesa, który zaczął krążyć obok niej w tę i z powrotem. Jak na policyjnym przesłuchaniu, gdzie jako oskarżona nie miała na swoją obronę żadnego argumentu — Co miałaś mu przekazać? — powtórzył, cedząc każde słowo przez zaciśnięte zęby.
— Nowe życie. Wszystko w tej kopercie... To nowy Kodey — rozerwała kopertę i wysypała obok siebie jej zawartość. Rozsunęła stertę dokumentów tak, aby każdy był dobrze widoczny. Ben kucnął obok — Norweski paszport, dowód osobisty, konta bankowe, dokumentacja medyczna...
— Uciekał? — dokumenty wyglądały na autentyczne, chociaż opatrzone zdjęciami Kodey’a i jego nowym, fałszywym nazwiskiem. Wszystko, co byłoby potrzebne do rozpoczęcia życia jako przykładny, norweski obywatel. Tylko po co? Co takiego musiało wydarzyć się w jego życiu, że sięgał po tak radykalne rozwiązania? Yates przeczesał dłonią włosy i zatrzymał się na dłużej przy jednej z fotografii przyjaciela. Osoby, którą za takowego uważał. Czy naprawdę nim był? Intuicja podpowiadała mu, że przez cały okres ich znajomości nie dowiedział się o nim nawet połowy prawdy. Może od samego początku wszystko było jednym wielkim kłamstwem? — Czekaj, to jest ponad moje siły — Mia była gotowa mówić, ale jego nerwy potrzebowały ukojenia. Przyniósł z barku napoczętą butelkę whisky i dwie szklanki, które napełnił bursztynowym napojem. Miał nadzieję, że jego żołądek jest wystarczająco silny na przyjęcie takiego zestawienia.

— Kod miał brata bliźniaka, który zmarł niespełna rok temu — opróżniła swoją szklankę jednym, dużym łykiem i nie czekając na gościnność gospodarza, uzupełniła ją — Był uzależniony od amfetaminy. Brał i handlował na boku ale przestał nad tym panować. W pewnym momencie to, co miało zostać sprzedane, zostawało u niego w kieszeni, przez co wpadł w niełaskę i wpędził się w potworne długi. Nie zdążył ich uregulować. Strzelił sobie w łeb.
— Popełnił samobójstwo? — Mia przyłożyła do skroni dwa wyprostowane palce i nacisnęła niewidzialny spust. Widziała, jak wściekłość w oczach Bena ustępuje miejsca uczuciu rozżalenia i niedowierzania, i odetchnęła spokojnie wiedząc, że z jego strony nie grozi jej już niebezpieczeństwo. Im więcej wiedział, tym większy ciężar spoczywał na jego barkach i tym trudniej było mu pogodzić się z własną nieświadomością — Kodey twierdził, że jest jedynakiem.
— Ci ludzie, u których był zadłużony... To bardzo niebezpieczna ale i wpływowa organizacja. Nie udało im się odzyskać od Ryana tego, co im się należało, więc odnaleźli Kodey’a. Zastraszali go ale groźby długo nie przynosiły pożądanego skutku i stawką przestały być jedynie pieniądze. To zaczęła być sprawa honorowa, która zawiesiła życie Koda na włosku i postawiła jego najbliższą rodzinę na celowniku. Musiał zacząć działać.
— Spłacał ich? Jak?
— Obracał kradzionymi dziełami sztuki na czarnym rynku.
— Co? — Ben złapał się na tym, że od dłuższego czasu zagina i rozprostowuje w dłoniach opróżnioną kopertę. Jej faktura zaczęła przypominać stary, zmurszały materiał przesiąknięty wilgocią i dotykiem setek tysięcy dłoni przed nim — Przecież nie mógł zająć się tym ot tak!
— Stare dzieje — zbliżyła swoje bladoróżowe usta do krawędzi szklanki, jednak nie napiła się z niej. Zawiesiła na moment wzrok na przeciwległej ścianie, obserwując przemykające po niej światła latarni i przejeżdżających obok kamienicy samochodów, i poczuła na skórze dreszcz chłodu. Nigdy nie zastanawiała się nad rolą Kodey’a w jej życiu i nie przypuszczała, że kiedykolwiek los skrzyżuje ich ścieżki na dłużej. Że kiedykolwiek będzie zmuszona wprowadzić kolejną osobę do ich małego dramatu. Stąpała po niepewnym gruncie.
— Słuchaj — znowu dotknął jej ramienia, tym razem subtelnie i z wyczuciem — Nie dbam o to, czy nie chciał mnie w to mieszać. Musisz pomóc mi to zrozumieć. Tylko ty jesteś w stanie to zrobić.

Mijały kolejne minuty bezradności, które nie pozwalały mu na podjęcie działania. Jakiegokolwiek, bo przecież nie wiedział, co w tej chwili dzieje się z jego przyjacielem. Ukrywał się? Ktoś go porwał? Jeśli tak, to po co? Nie odzyskają pieniędzy od kogoś, kto siedzi zamknięty w piwnicy. Albo nie żyje. Yates zaczął krążyć od ściany do okna, przez które zaglądał, w swojej naiwności poszukując odpowiedzi na opustoszałej ulicy. Minęła pierwsza złość, która przesłaniała mu zdrowy osąd i zaczął rozpatrywać sytuację w nieco innych kategoriach. Gdyby wiedział o wszystkim wcześniej, jego życie być może nie wyglądałoby tak, jak teraz. A może udałoby mu się wyprowadzić Kodey’a na prostą, zanim próbowałby uciec się do fałszywej tożsamości i życia na innym kontynencie. Musiał spoglądać w przyszłość, która skrywała przed nim rolę jaką przyjdzie mu jeszcze odegrać. Teraz, kiedy nie można było już naprawić przeszłości.
— Studiowaliśmy razem przez pierwsze trzy lata, zanim wyrzucili go z uczelni. Nie wiem, w jaki sposób zaczął obracać się w takich kręgach ale siedział w tym już jak się poznaliśmy. Był zwykłym pośrednikiem, zanim nie odkrył, że może skorzystać z mojej pomocy — whisky zakołysała się w jej głowie, kiedy podniosła się z kanapy. Opowiadanie nieznajomemu o tej części swojego życia, z której nie była dumna, było trudniejsze niż się spodziewała. Wyglądał na dobrego człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Może Nowy Jork nie był światem, w którym się odnajdywał. Podeszła do regału, na którym ustawione było kilka zdjęć. Jedno z nich, oprawione w przezroczystą ramkę, uwieczniło grupę przyjaciół siedzących wieczorem przy ognisku. Niewielki, trawiasty teren, wokół którego przedzierały się nagie skały o ostrych krawędziach i wysokie, oprószone pierwszym śniegiem świerki. Cokolwiek sprowadziło go do tego miasta, zostawił za sobą kawał dobrego życia — Krótko mówiąc, jego udziały na czarnym rynku wzrosły, kiedy znalazł specjalistę od orzekania o autentyczności danego obrazu czy rzeźby. Zaczął mieć coś do powiedzenia.
— Potrafiłaś to stwierdzić? Jak?
— Moja przeszłość nie ma teraz większego znaczenia — zagarnęła kosmyk włosów za ucho, a ruch jej ręki był nienaturalny, zbyt szybki. Yates zorientował się, że uderzył w czuły punkt. W coś, o co nie powinien pytać — Wystarczy ci wiedzieć, że moja rodzina była związana ze światem sztuki praktycznie od zawsze. Wiedziałam swoje i umiałam to wykorzystać. To wszystko.
— Dobrze... — zamknął na moment oczy i odetchnął ciężko. Za tymi słowami kryła się historia, w którą nie chciał się zagłębiać. Przynajmniej nie teraz — Mów dalej.
— Skończyliśmy z tym, kiedy wyrzucili go z uczelni. Napisał za kogoś kilka egzaminów i dowiedziały się o tym niewłaściwe osoby. Przez długi czas nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.
— Aż do chwili samobójstwa jego brata.
— Tak — przygryzła dolną wargę — Zaczynałam wtedy studia doktoranckie i potrzebowałam pieniędzy na badania. Mój sponsor się wycofał, a ja miałam nóż na gardle. Kiedy Kod ponownie zaproponował mi współpracę, nie zastanawiałam się długo. Wrócił do branży. Z tym że... To nie wystarczało.
— Zaczęliście kraść?
— Nie musieliśmy — Yates skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Musiał usłyszeć to z jej ust, chociaż domyślał się już prawdy. Prawdy, która powoli zamieniała jego życie w podrzędny, kryminalny film — Wypuściliśmy na rynek dwa sfałszowane obrazy. Jeden kupiła jakaś gruba ryba z Hiszpanii. Facet zapłacił od razu pełną kwotę prawdopodobnie nie wiedząc nawet, co naprawdę nabywa i słuch o nim zaginął. Drugi wypłynął w dość niefortunnym momencie. Widzisz, oryginał tego obrazu oficjalnie uchodzi za zaginiony podczas II Wojny Światowej ale oprócz naszej kopii pojawiła się wówczas jeszcze jedna, która została za ten oryginał uznana. Kodey popełnił wtedy poważny błąd. I nie był wobec mnie uczciwy.
— Nie wycofał obrazu z obrotu.
— Nie wycofał, chociaż zapewniał, że go zniszczy. Zainteresował się nim ktoś, kto zajmował się branżą na długo przed nami. Bernard Johnson, autor drugiego obrazu. Okazało się, że w porównaniu z naszą kopią tamten ma kilka niedociągnięć i facet stracił wiarygodność. W grę wchodziła marka, jaką budował przez lata, a co za tym idzie – niesamowite pieniądze. Domyślasz się, że Kodey znowu wpadł w tarapaty chociaż tym razem zrobił to na własne życzenie. Wiarygodne fałszerstwa nie pojawiają się znikąd, nie pojawiają się ot tak. 
— Zaraz, zaraz — zbliżała się czwarta nad ranem, a Yates nie czuł w ogóle zmęczenia. Był pobudzony, gotowy narzucić na siebie kurtkę i wybiec z mieszkania, mimo że miasto ciągle tonęło w mroku nocy. Mia sprawiała odmienne wrażenie. Jej twarz poszarzała i zapadła się, jakby dopiero opowiadanie komuś o tym wszystkim uświadomiło jej powagę ciążącej na niej odpowiedzialności. Porzuciła konwenanse jakiś czas temu. Zawiązała włosy w luźny kucyk, a jej buty wylądowały gdzieś w kącie za szafą. Nie przelewała także whisky do szklanek. Upijała ją powoli prosto z butelki, co jakiś czas tylko rozstając się z nią na krótką chwilę, by napojem mógł uraczyć się także i Ben — Fałszywki, które wypuściliście na rynek. Wyszły spod twojego pędzla, mam rację?

W odpowiedzi otrzymał subtelne skinienie głową. Zrezygnowany osunął się na podłogę i plecami oparł się o podstawę kanapy. Z podkurczonymi nogami i rękami swobodnie ułożonymi na kolanach spoglądał teraz na kobietę nie wiedząc, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Studentka o zwodniczej, dziewczęcej urodzie, której powiązania z półświatkiem zawstydziłyby niejednego, nowojorskiego złodzieja i oszusta. Była tutaj, w jego salonie, a on musiał złożyć w jej rękach los swojego przyjaciela. Może także i swój. I nie mógł polegać na nikim więcej — Kto go ścigał? Banda narkomanów, której nie spłacił do końca czy zazdrosny artysta – popapraniec? Gdzie może teraz być? 
— Moja rola kończyła się na przygotowaniu dla niego nowej tożsamości — niezauważalnym ruchem palca wskazała na dokumenty rozrzucone na kanapie. Kilka kartek zsunęło się na podłogę. — I spotkaniu z nim tutaj. Musiał zniknąć, przynajmniej na jakiś czas. Ale ktoś był od niego szybszy. Nie wiem... Nie wiem tylko, kto.
— Nic nam to nie daje — Kodey próbował prowadzić normalne życie nie zważając na to, że wszystko wokół zaczyna się palić. Być może decyzja o wyjeździe do Kanady nie była uwarunkowana pochodzeniem jego narzeczonej. Może to była ostatnia próba ucieczki przed sięgnięciem po bardziej radykalne rozwiązania. Musiał chronić siebie ale przede wszystkim brał odpowiedzialność za najbliższą rodzinę, kobietę, którą kochał i przyjaciela, którego poznał na tyle dobrze by wiedzieć, że nie pozwoliłby mu na samodzielne mierzenie się z niebezpieczeństwem. Nie wyciągał ręki po pomoc ale gdziekolwiek znajdował się w tej chwili i z kimkolwiek miał do czynienia, na pewno wyciągał ją teraz. I nie mógł sięgać po nicość.

Ich spojrzenia skrzyżowały się na dłużej, kiedy odstawiali na stolik pustą butelkę po trunku. Pełne strachu ale i niezdecydowania spojrzenia, które uczyniły z nich partnerów, czy tego naprawdę chcieli, czy nie. Zostali sami na polu bitwy, bez broni, bez strategii, zdani jedynie na ryzykowne poszlaki, które mogły doprowadzić ich donikąd.
— Niczego nie wskóramy w środku nocy. Zostań, prześpij się. Jutro odwiozę cię do domu. Mieszkania. Gdziekolwiek — westchnął — Nie wiem, co z tym dalej zrobić.
Zanim udał się do sypialni, rzucił na oparcie kanapy złożony niedbale koc. Nie był pewien, czy zmruży oko choć na chwilę. Myśli w jego głowie gnały chaotycznie do przodu chociaż nie widziały przed sobą żadnego celu. Czuł niezdrowe podekscytowanie; to samo, które towarzyszyło mu w stresujących sytuacjach, których wolał uniknąć. Coś dziwnego działo się z jego mięśniami. Miotał się w sobie, a zmęczone ciało nie dawało upustu nagromadzonemu napięciu. Jak po wypiciu mocnej filiżanki kawy, która jednocześnie pobudzała i ścinała z nóg.

— Kiedy Kodey zadzwonił i poprosił o zniszczenie dokumentów... Byłaś bliska płaczu. Dlaczego? — nie zadałby tego pytania gdyby nie pewność, że łączyło ich niewiele poza interesami. Nagle zrozumiał, że mogą dążyć do tego samego celu kierowani zupełnie odmiennymi motywami.
— Martwię się o niego tak samo jak ty ale jeżeli ktoś go dopadł... Zostanę bezpieczna tak długo, jak długo nie da się złamać.
— Nie bój się — obdarzywszy pannę Rose ostatnim, nikłym uśmiechem zamknął za sobą drzwi ale jeszcze długo przechadzał się po pokoju nie mogąc pohamować wariackiego bicia serca. Był ostatnią osobą, która mogła udzielić kobiecie podobnej rady. Nie bój się, powtarzał szeptem i próbował wyperswadować to samemu sobie. Bezskutecznie. Był przerażony, a przerażenie to pogłębiała świadomość, że nie mają do kogo zwrócić się po pomoc. Pogrążą się, jeśli zaangażują mundurowych. Osłabią, jeśli zaufają komukolwiek z zewnątrz. Czy działali, czy pozostawali bezczynni, z każdą minutą mieli coraz więcej do stracenia. Od początku współpracy z Mią Kodey brał na siebie całą odpowiedzialność, a więc ani narkotykowy gang, ani fałszerz, któremu zniszczyli reputację, nie wiedzieli o jej istnieniu tak samo, jak nie wiedzieli o istnieniu Yatesa. Jeszcze. Niezależnie od tego, czy spoczywało jej na sercu dobro mężczyzny, czy dbała jedynie o własną anonimowość, jej losy zależały od jego lojalności. Problem polegał na tym, że niemożliwym wydawało się zaplanowanie kolejnego kroku. Czy teraz, czy o poranku, ciągle będą błądzić po omacku w pomieszczeniu pełnym jadowitych żmij nie wiedząc, na ile są tolerancyjne. Spojrzał na swój telefon i nie wytrzymał. Zaśmiał się. Nie był to jednak śmiech radości, a śmiech szaleńca, który połamałby sobie resztę żeber, gdyby przyniosło to jakikolwiek pozytywny skutek. Kilka godzin temu słyszał w tym telefonie głos przyjaciela i miał ochotę wytłuc mu przez niego oczy. Teraz nie wiedział gdzie jest. Nie wiedział czy w ogóle żyje, chociaż starał się nie brać tej ewentualności pod uwagę. Za ścianą drzemała oszustka, a on wrócił wspomnieniami do tych kilku dni spędzonych w szpitalu. Tam, gdzie odnalazł kobietę, do której uczuć nie potrafił uporządkować i przed którą będzie musiał ukrywać cały ten bałagan. Przed którą będzie musiał kłamać.
Jednak podjął już decyzję. Dokądkolwiek go to zaprowadzi, był jedyną osobą, która mogła jeszcze coś zmienić.

Gratuluję, dałeś radę. Mia Rose pojawi się na blogu w najbliższym czasie. 


11/10/2016

2037. Czasami o bólu trzeba milczeć, bo nie da się go wypowiedzieć

wieczór

Drzwi do mieszkania otwierają się z przeciągłym skrzypnięciem, jak zawsze. Nieprzytomnie przekracza próg; zrzuca niedbałym ruchem czarne szpilki, wysokie, zbyt wysokie. Jej ruchy są powolne, ospałe, ciężkie. Nogi ledwie ją podtrzymują, ciało zgina się wpół, ledwie trzask drzwi zakomunikuje, że jest bezpieczna, jest w swojej prywatnej strefie. Sama, samiuteńka. Bez wścibskich oczu.

Trzecia siedemnaście.

Cieniutkie rajstopy ma podziurawione, jej oczy błyszczą niezdrowo; w świetle latarni wpadającym przez okno błyska chudy policzek, ciemna plama. Siniak. Kolejny siniak. Za duża kurtka odsłania blade, małe ramionko. Cała jest tak drobna, że mogłaby uchodzić za dziewczynkę. Ledwo nastolatkę. 

Trzask.

Nieskoordynowanym ruchem strąca ze stolika szklankę. Szkło rozsypuje się po podłodze; drobne kawałki, tak maleńkie i kruche, że niemożliwym byłoby posklejać je w jedną całość. Ona także upada. Kusa sukienka wtapia się w ciemny, miękki dywan koloru oberżyny. Zamyka oczy. Jej skóra tworzy ogromny kontrast między ciałem a podłożem, i wyobraża sobie przez chwilę, że jest tą dziewczyną z reklamy Kinder Bueno, z nieznośnie idealnym makijażem i poukładanym życiem.
Cienie do powiek nierówno spływają w dół, na policzki.

Lubi to swoje maleńkie mieszkanko. Ma atmosferę, tak mawia. W salonie – kanapa, w kuchni – niewielki stolik. Biała kartka jaśnieje na jego tle. Ostrożnie staje na nogi, po drodze gubiąc pojedyncze części garderoby, aż w końcu dotyka lodowatych kuchennych płytek, czując, jak mróz zaczyna atakować palce u stóp. Zlodowacenie ciała nigdy nie następuje tak po prostu, od dołu w górę. Najpierw uderza tam, gdzie mu najłatwiej: mrozi dłonie i nogi, potem twarz, ręce i resztę ciała. I tak, jak w kriogenicznym zawieszeniu – zasypiasz, a twoje serce zamiera. Tyle tylko, że w takim przypadku jest to jednostronna podróż.
O tym myśli, przebiegając wzrokiem pozostawiony list.

A więc wróciłeś, przychodzi jej do głowy.

Z lodówki wyciąga wino. Wznosi niemy toast, wypowiadając słowa znane tylko sobie samej i pije. Pije, dopóki świat nie zaczyna wirować. Dopóki pod czaszką ma chaos, a myśli kłębią się i kotłują nieznośnie. Dopóki droga do łóżka nie zostaje pokonana slalomem. Dopóki pamięta.



poranek

Klik.
Kanał dziewiętnasty. Głupawy film o Facebooku. Nastolatka z włosami ufarbowanymi na wszystkie kolory tęczy maniakalnie wgapia się w ekran, oczekując odpowiedzi od chłopaka. W tle kot ostentacyjnie załatwia się do kwiatka, a dwójka rozwrzeszczanych dzieci zaczyna okładać się pięściami.
Klik.
Kanał szósty. Dwóch nieumarłych urządziło sobie wyścigi w owijaniu się bandażami. Jednemu idzie całkiem nieźle, przynajmniej do momentu, w którym traci rękę. Głowa jego przeciwnika potoczyła się majestatycznie po chodniku, więc chyba można uznać, że wygrał...

Telefon niecierpliwie wibruje na kanapie.
Słyszę, że jesteś w domu, stoję pod drzwiami. Otwórz! Od dwudziestu minut pukam.
Ostentacyjnym ruchem podnosi poziom decybeli w mieszkaniu.

Klik.
Kanał dwudziesty ósmy. "Ludzka stonoga".
Klik.
Kanał pierwszy. Porno-horror. Matka bliźniąt syjamskich, z upodobaniem wsysających sobie wzajemnie własne głowy, w kuszącym stroju otwiera zamówionemu przedtem hydraulikowi. Kran cieknie im za plecami, powoli tworząc ogromną kałużę na linoleum. Potworne dzieciaki pokłóciły się o wypatroszoną lalkę, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co dzieje się z tyłu.

Puk, puk, puk.
Coraz mocniej, coraz intensywniej. Moc dźwięku na ekranie wzrasta proporcjonalnie do nasilenia się stukania w drzwi. Beznamiętnym wzrokiem wpatruje się w nijaką akcję, leniwie popijając czekoladę z wielkiego kubka.

Klik.
Kanał pięćdziesiąty drugi. Jakaś szycha w drogim garniturze wypowiada się na tematy polityczne. Po wszystkim zażenowani widzowie udadzą, że nie widzieli głowy jego asystentki pod tym stołem, a mikrofony nie zarejestrowały odgłosów nieco sprzecznych z omawianą sytuacją.

– Otwórz!
Z cichym westchnięciem opuszcza nogi na podłogę, wlokąc się ku ciemnym, hebanowym drzwiom. Jest niechętna, nieprzyjazna, znudzona. Nie ma ochoty bawić się w zawiłe gierki.
– Czego chcesz?
Stoi tuż przed nią, ciało przy ciele; wysoki, dobrze zbudowany naprzeciw niej, małej i drobnej. Wzrok ma poirytowany, jakby wyrządziła mu jakąś ogromną krzywdę. Nie lubi, gdy tak na nią patrzy. Wygląda jak wilk, który zamierza pożreć Czerwonego Kapturka, przychodzi jej do głowy i powinna się teraz roześmiać, to jeszcze bardziej by go zdenerwowało. Ale kąciki ust pozostają opuszczone, na twarzy czai się nieprzychylny grymas. Ręce skrzyżowane na piersi – on i ona, niby własne lustrzane odbicia.
– Dlaczego nie otwierasz?
W jego głosie pobrzmiewa pretensja, mnóstwo pretensji.
– Przecież otworzyłam.
– A z jaką łaską.

Gniew, wrzący w niej od momentu pierwszego stuknięcia do drzwi, od pierwszej próby przebicia się przez jej mur ochronny, zniszczenia samotni i prywatności – ten gniew przybiera na sile. Przewraca oczami, wzdychając ciężko, jak gdyby prosiła, choć sama nie wiedząc kogo, o cierpliwość, o litość dla tej działającej na nerwy duszy.
– Adam, nie mam na to ochoty. Powiedz wreszcie, o co chodzi.
Świdrujący wzrok wypala ją na wylot.
– Nie wpuścisz mnie do środka? Chcesz prać brudy tu, na klatce, przy ludziach?
– Ach, pan perfekcyjny. Oby tylko nikt nie usłyszał, że masz jakąś rysę na powierzchni...
–  Przestań, Sapphire. Odsuń się, wejdę, porozmawiamy.

Pokazowo opiera się prawym barkiem o futrynę, spoglądając na niego wyzywająco. I co mi zrobisz?, pyta jej wzrok, w którym bezczelność przeplata się z bezgranicznym znużeniem.
– Nie wpuszczę cię z powrotem do mojego życia.
Granica wytrzymałości, tłucze się jej po głowie. Złamię jego granicę.
– Daj już spokój. To ty chciałaś bez owijania w bawełnę. Nie bądź dzieckiem.
– Ty nie bądź dzieckiem. Wydaje ci się, że mówiąc do mnie tym belferskim tonem zyskasz coś ponad to, co zawsze? Coś więcej niż kłótnię z krzykami i wyzwiskami?

Patrzy i milczy, milczy i patrzy. Jego spojrzenie jest, o dziwo, nieprzeniknione, twarz ma pokerową, gładką jak tafla jeziora niewzburzonego wiatrem.
– Zrób coś ze sobą, kobieto – mówi w końcu, ale już spokojniejszy, łagodny. Nieomal ciepły; i to ciepło, na poły wyimaginowane, na poły wprost bijące od jego wysokiej sylwetki sprawia, że chciałaby zrobić dwa kroki i wejść w jego ramiona, tak po prostu.
Powstrzymuje się z całej siły. Nie zamierza znów być tak samo głupia.
– Odejdź. – Słowa, choć cichuteńkie, by ukryć drżenie głosu, są niczym smagnięcia giętkimi gałązkami wierzbowymi. Bolą, tną do żywego, chociaż na skórze nie zostawiają nawet najmniejszych śladów; tylko duszę poharataną do krwi. Cofa się odrobinę, jak gdyby w obawie przed oddziaływaniem jego pola magnetycznego, które mogłoby ją przypadkiem do siebie przyciągnąć. Nie chce tego zrobić. Nie po raz kolejny, nie po tym wszystkim, co już umarło.
Nie potrafi wskrzesić uczuć. Nie potrafi ich zabić.
Najchętniej zapomniałaby o tym, co było.

Kręci głową z niedowierzaniem. Nic się nie zmieniłaś, odczytuje z tego banalnego ruchu. Wciąż jesteś tak samo głupia. Przychodzi jej na myśl, że tak naprawdę wcale nie trzeba wrzeszczeć, by kogoś zranić. Wystarczy szepnąć, podrzucić zapisaną drobnym pismem karteczkę. Wystarczy milczeć. Z oczu można wyczytać o wiele więcej, niż z słów. Więc ona także nic nie mówi. Usta zaciska w wąską linię, niemal niewidoczną. Zawsze lubił jej usta. Twierdził, że mają idealny kształt, idealny kolor. Chciałaby mu odebrać to, co było dla niego najpiękniejsze, ale wydaje się już obojętnieć. Chyba nie ma pojęcia, jak bardzo rani taka obojętność, taka cisza.
A może właśnie wie to zbyt dobrze.

– Odejdź – powtarza, choć jest to niema wypowiedź, słyszalna tylko dla niej samej. Jego sylwetka oddala się powoli, gdy podchodzi do windy i nie zaszczyca jej ostatnim spojrzeniem. Drzwi zasuwają się automatycznie; nadal widzi tylko plecy i czarny, drogi płaszcz. Ma pieniądze, podszeptuje jej złośliwy głosik. Jest od ciebie lepszy. Na więcej może sobie pozwolić.
Zamykając się w swoich czterech ścianach udaje, że ani trochę jej to nie obchodzi.


cztery dni później, południe

Ładny, staroświecki dźwięk dzwonka zakłóca jej ciszę.
Mogła się tego spodziewać. W końcu od paru dni odrzucała połączenia, nie odpowiadała na wiadomości. Nie wysiliła się nawet na głupie "Wszystko w porządku". A przecież powinna była wiedzieć, że go zmartwi. Że będzie się o nią bał. Tyle nieodpowiedzialnych rzeczy mogła zrobić przez tak długi okres...

– Leo.

To stwierdzenie, zaskoczenie. Głos ma cichy, schrypnięty od nieużywania, oczy podkrążone bardziej niż zwykle. Widziała się w lustrze, wie o tym. Nie wygląda zdrowo. Ale właściwie nigdy tak nie wygląda. Może dlatego, że wiecznie coś ją boli, choć bardzo rzadko fizycznie. Gdyby wiedziała, że przyjdzie, pociągnęłaby chociaż rzęsy tuszem i przypudrowała te plamy fioletu na bladej skórze. Choć przecież z łatwością mogła się domyślić. Zawsze przychodził. W przeciwieństwie do innych.

Pamięta, jak siedzieli u niej w domu i oglądali sztuczki, prezentowane przez rodziców. Jak jej ojciec połykał ogień i regularnie przepiłowywał matkę na pół. Dla dwójki brzdąców był to nie lada zaskakujący i nadzwyczajny widok, ale ona miała to na co dzień i tylko uśmiech przyjaciela powstrzymywał ją, by wstać i pobiec na podwórko. Był dla niej jak brat, kilka miesięcy młodszy, czego nie odczuwała, przeciwnie – niejednokrotnie czuła się, jakby to ona była jego młodszą siostrą, niezdolną do samodzielnego życia. 

– Przepraszam – reflektuje się błyskawicznie. – Myślałam... myślałam, że to ktoś inny.

Odsuwa się, by go przepuścić. Jej mieszkanie jest jedną otwartą przestrzenią, z wyłączeniem sypialni i łazienki, ale oni i tak zawsze siadają w salonie. Uśmiecha się przepraszająco i sprząta z kanapy rozwleczony kocyk. Proponuje kawę, herbatę, on odmawia. Świdruje ją tylko wzrokiem, czeka. Aż zrobi się jej niewymownie głupio i robi się w końcu. Umie wzbudzić wyrzuty sumienia, chcąc nie chcąc. Nie powinna była zaniedbywać tej relacji. Wszak to ostatnia dobra, jaka jej jeszcze pozostała. 
Zaniedbanie, myśli. Jakiż to słowo ma gorzki smak

Cisza wokół nich gęstnieje; zarzut wisi w powietrzu. Wiele, wiele zarzutów. 
– Przyszedłeś – stwierdza oczywistość, pozwalając zdenerwowaniu rozlać się po całej twarzy. Przy nim nie musi kontrolować emocji. Przy nim nic nie musi udawać. On potwierdza, choć panujący w mieszkanku chłód przenika ją do kości. Tłumaczy się mętnie, nieskładnie, długo. Nie wie, czy powinna, ale czuje, że musi. Chociaż on przecież zawsze ją rozumie.
Zarzuty powoli zsuwają się na dalszy plan.


noc

Telefon odzywa się po raz kolejny.
Lewa ręka wystaje spod ciepłej kołdry i po omacku wyszukuje małe, nieznośne urządzenie. Mary senne z wolna rozmywają się, przywracając złudne uczucie trzeźwości. Otwiera oko, potem drugie. Adam, pokazuje wyświetlacz. Spieprzaj, myśli niekulturalnie ona, wciskając czerwoną słuchawkę. Komórka ląduje gdzieś na stosie brudnych ubrań, zapomniana, pozwalając jej znów odejść do krainy marzeń.

Ale nie. Coś nie daje jej spokoju, coś gryzie, coś męczy.

Irytacja, przychodzi jej do głowy po dłuższym zastanowieniu. Adam mnie wkurwia. Lecz gdzieś podświadomie towarzyszy jej inne uczucie, znajome. To uczucie – kiedy serce bije tak szybko, jakby szykowało się do maratonu, skórę oblewa zimny pot, a dłonie drżą w niekontrolowanym akcie paniki – to strach. Coś jest nie tak.
Mdlące przeczucie wzbiera w niej potężną falą.

Telefon sygnalizuje nadejście następnego połączenia. Nie zna numeru. Tępym wzrokiem wpatruje się w ekran, niezdolna odebrać. Niezdolna zrobić cokolwiek. 
– Wciśnij zielony – dobiega ją zaspany głos spod kołdry po drugiej stronie łóżka. – Albo wyłącz to gówno.

Trzęsą jej się nogi, gdy ostrożnie wysuwa się z sypialni, zamykając za sobą drzwi. Na chłodne ramiona narzuca znaleziony gdzieś przypadkiem koc; w zwolnionym tempie przyciska słuchawkę do ucha.

– T-tak?


godzinę później

W nieskazitelnie białej pościeli na szpitalnym łóżku Adam wcale nie wydaje się być tym człowiekiem, którego zapamiętała. Jest bezbronny, odsłonięty i wcale nie wygląda na osobę, która mogłaby kogokolwiek skrzywdzić; wtedy przychodzi jej na myśl, że jeszcze nigdy nie widziała u niego tak ludzkiego oblicza. Jego klatka piersiowa unosi się w rytm równomiernego oddechu, skórę ma równie bladą jak ona sama i owiniętą bandażem głowę. Dostrzega siniak pod lewym okiem i drży, tłumacząc sobie, że to z zimna; że wychodząc w pośpiechu zapomniała wziąć płaszcza, choć na dworze robi się coraz chłodniej. Dzieli ich szyba, on nie odzyskał przytomności, a mimo to ma wrażenie, że może w każdej chwili otworzyć oczy i że wcale nie życzy sobie jej obecności tutaj. Ale przecież dzwoniłeś, przypomina sobie mimowolnie, czując ostry skurcz żołądka na samą myśl. W końcu odrzuciła to połączenie. Ostrożnym, wyważonym ruchem dotyka grubego szkła, jakby mając nadzieję, że będzie w stanie go uleczyć. Nienawidzi go. A jednocześnie nie umie go skreślić.

Co mi chciałeś powiedzieć, Adam?

Kilka lat temu przypadkowo została świadkiem wypadku. Autobus nie wyhamował na zakręcie, z całą mocą przewracając się na prawy bok. Stała wtedy na chodniku, nie dalej niż jakieś dwa, trzy metry i przez chwilę miała wrażenie, że wszystko zamarło. Nic nie słyszała, nawet najmniejszego dźwięku i wydało jej się wtedy, że to jakiś straszny film albo koszmar, z którego zaraz się przebudzi. Tylko, że kiedy szyby w oknach rozsypały się w drobny mak – jedne przez kontakt z ulicą, drugie przez przerażonych ocalałych pasażerów – zrozumiała, że być może nie utknęła w kinie ani śpiączce. Widziała ich; twarze ofiar tamtego wypadku wciąż nie zatarły się jeszcze w jej pamięci, i wiedziała, że niektórzy wyglądali o wiele gorzej, niż Adam. 
Miała czternaście lat i z całą swoją energią rzuciła się na pomoc obcym ludziom. Teraz miała dwadzieścia dwa lata i nie była w stanie zrobić ani kroku, choć stawką było życie osoby, którą niegdyś kochała.

Kręci jej się w głowie, oślepiająco biała sala zostaje pożarta przez czarno-czerwone mroczki przed oczami. Czyjeś silne ręce przytrzymują ją i sadzają na krześle, a kiedy odzyskuje w pełni świadomość, Lionel wciska jej w dłonie kubek z mocną, gorącą kawą. Nie pija takiej – woli coś, co chłopak zwykł nazywać mlekiem z kawą – ale czuje, że nie powinna protestować. Że może przyjaciel wie, co robi. Może zna się na rzeczy i może wszystko zaraz wróci do normy.
– Co z nim?
Nie wiem – chciałaby odpowiedzieć, ale czuje się tak, jakby została pozbawiona strun głosowych. Może to właśnie jest bezsilność: poruszać ustami, z których mimo wszystko nie wydobywa się ani jeden dźwięk.
Ale tak naprawdę skłamałaby. Bo przecież wie. Wie, że nie jest dobrze. Wie, jak to jest, kiedy nagle cała ta twarda ziemia, o którą opieramy stopy, okazuje się być tylko złudzeniem. I, jakby niesiona jakimś wewnętrznym nakazem wstaje; nogi prowadzą ją wprost do szklanego muru, co niespodziewanie wyrósł między nimi i wyszło na jaw, że jest o wiele twardszy niż poprzedni, ceglany – bo tutaj nie ma miejsca na niestabilność, na słaby punkt, w który można uderzyć.

Sala na nowo oślepia ją swoją bielą, swoją czystością; po raz kolejny dociera do niej, jak bardzo wyobraźnia potrafi zawieść, rozczarować, zaskoczyć. Wyobrażenia kształtujące się w umyśle niejednokrotnie znikają po zderzeniu z twardym murem rzeczywistości. To mały pokoik, może wielkości jej łazienki; Reece mówi, że mężczyźnie potrzeba spokoju. Ufa mu, bo sama się na tym nie zna, choć gdyby ktoś ją zapytał, powiedziałaby, że Adam wcale nie wygląda tak źle. Ale, o czym zdążyła się już przekonać, to, co najgorsze, najczęściej kryje się wewnątrz, z wierzchu nie ujawniając nawet swojego istnienia. 
Będzie dobrze, wmawia sama sobie, a może i jemu, pragnąc tylko, żeby wszystko było jak dawniej. Zaburzenie stabilności, w której dotychczas żyła, wywołuje u niej napady paniki, choć przecież już od dawna nie uczestniczył w jej codzienności. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, stwierdziłaby, że ich drogi po prostu się rozeszły, ale prawda była zupełnie inna – te ścieżki splotły się tak mocno, iż nie byli w stanie bez siebie funkcjonować.

Wydaje mi się, że można kochać kogoś za mocno.

Drzwi odsuwają się niespodziewanie, przyprawiając ją nieomal o zawał serca; opiera się o ścianę, jakby zobaczyła wychodzącego z pokoju ducha. Lecz nie – stojące przed nią stworzenie okazuje się być siedmioletnią dziewczynką. Ma krew na dżinsach, włosy jasne, a oczy duże, równie zielone jak te, które na co dzień widuje w lustrze. Dziecko wyciąga ręce; po jej policzku spływa łza, okrągła i lśniąca jak perła.

– Mamusiu.

Ciąg dalszy nastąpi.

10/10/2016

2036. Beautiful as the Lily, thorny as the Rose.

                 
Nowy Jork, 21.04.1989.

Lily Rose szturchnęła pochrapującego tuż obok niej męża, a kiedy ten leniwie uchylił powieki, rzekła z zaskakującym spokojem:
                - Zaczęło się.
Zazwyczaj opanowany Massimo na te słowa gwałtownie odrzucił od siebie kołdrę, zerwał się na równe nogi i zaczął biegać w popłochu po sypialni w poszukiwaniu spodni. Jego żona natomiast z gracją – na tyle, na ile pozwalał jej na to okazały brzuch – zsunęła stopy na kwiecisty, dość mocno wysłużony już dywanik i poprosiła męża o uspokojenie się. Jeszcze przez chwilę szarpał się z wywiniętą na lewą stronę nogawką spodni, po czym – kiedy dotarł już do niego absurd jego zachowania – zastygł z tylko jedną nogą ubraną. Opanowanie jego słodkiej Lily Rose tak bardzo kontrastowało z jego chaotycznym stylem bycia, iż stanowili żywy dowód twierdzenia na temat lgnących do siebie przeciwieństw. Ona – z włosami koloru przekwitającej herbacianej róży – potrafiła zjednać sobie ludzi jednym uśmiechem. Niezwykle temperamentna, zmysłowa i świadoma swojej ponadprzeciętnej urody emanowała pewnością siebie i potrafiła to umiejętnie wykorzystać. Czujna i bystra, starała się być zawsze o dwa kroki przed rozmówcą, żeby nie dać się zaskoczyć; zgrabnie żonglowała słowami i rozdzielała uśmiechy, zwracając na siebie uwagę niemal w każdym miejscu, w którym się pojawiała. Budziła respekt i nie omieszkała z tego korzystać. Przewaga nad innymi ludźmi oraz poczucie wyższości pociągały ją od lat, a jej nastoletnią ambicją było odnalezienie mężczyzny, który zapewni jej dostatnią, wygodną przyszłość oraz możliwość zasmakowania życia wśród nowojorskiej elity.
                Właśnie dlatego w jej życiu pojawił się Massimo. Syn właścicieli wiodącej kalabryjskiej winnicy i rozległych plantacji cytrusów, który zapragnął opuścić ukochane Włochy, aby ukończyć jeden z uniwersytetów Ligi Bluszczowej, dziś zajmował się dystrybucją rodzimych produktów na całe Stany Zjednoczone. W czepku urodzony człowiek sukcesu od młodzieńczych lat pociągał kobiety tym bardziej, że dzika, agresywna uroda południowca oraz muskularne ciało wypracowane najpierw podczas prac na włoskiej plantacji, później dopieszczone na sesjach z prywatnym trenerem, tworzyły połączenie potrafiące zawrócić w głowie nawet najmocniej stąpającym po ziemi Amerykankom. Lily Rose zmyślnie zaaranżowała ich pierwsze spotkanie, początkowo wpadali na siebie niby przypadkiem, później umawiali się z pełną rozwagą i nadzieją na ich prywatny happy end. Lily Rose była świadoma tego, jak działa na mężczyzn i że wystarczy, aby okazała im choć trochę zainteresowania, by przepadli dla niej bez reszty. Z Massimo było podobnie. Zawładnęła jego sercem, duszą i ciałem, czuła, że ma go na wyłączność, a on jest gotów przychylić jej nieba i podarować kolczyki z najjaśniejszych gwiazd, jeśli tylko go o to poprosi. Gdziekolwiek się nie pojawiali, wzbudzali poruszenie. Wyglądali jak żywcem wyjęci z okładki Vogue’a albo GQ, tak piękni i wysmakowani, że aż nieprawdopodobni. Byli ludźmi, którym zazdrościło się niemal wszystkiego. Do pełni szczęścia brakowało im już tylko dopełnienia rodziny – tej małej, płaczącej istotki będącej owocem ich bezgranicznej miłości. Po niecałym roku starań otrzymali od losu i to – Lily Rose zaszła w ciążę, jak się okazało, bliźniaczą. Oboje promienieli szczęściem, a matka nosząca w sobie trzy serca kwitła niczym najpiękniejsza Lilia.
Tej nocy – nieco wcześniej, niż przewidywał lekarz, dzieci zapragnęły zapłakać po raz pierwszy w swoim życiu.
Niecałą godzinę po emocjonującej pobudce, już kompletnie ubrani, małżonkowie wypełniali formularz w recepcji szpitala New York Presbyterian. Massimo po drodze poinformował ich lekarza, że najwyraźniej dzieci są gotowe na przywitanie świata. Ten zapewnił, iż to odpowiedni czas i obiecał przybycie do szpitala w ciągu maksymalnie trzydziestu minut.
                Poród był długi i wyczerpujący. O ile pierwsza z dziewczynek została urodzona w kilka minut, o tyle druga przysporzyła matce znacznie więcej bólu. Mimo troskliwej opieki i wsparcia całego zespołu, Lily Rose była na granicy wytrzymałości. Zazwyczaj opanowana, miotała przekleństwami i bezceremonialnie obrażała wszystkich, od pielęgniarek do prowadzącego jej ciążę od pierwszego miesiąca położnika. Po wielu godzinach skrajnego upodlenia – bo właśnie tak pani Sellini wspominała swój poród – obie dziewczynki zostały złożone na jej piersiach, a ich donośne kwilenie miało ukoić jej nerwy i uśmierzyć ból.
Nic takiego jednak nie nastąpiło. Jedynym, co czuła, było obrzydzenie do Domenici Hope i Madeleine Grace. Niemal nieludzkie cierpienie, jakiego doświadczyła, zabiło w niej matczyne uczucia. Z kamienną twarzą poprosiła o zabranie bliźniaczek i pozostawienie jej w spokoju. Massimo z rozdartym sercem obserwował, jak obce kobiety karmią piersiami jego córki, podczas gdy ich matka, szczelnie zamknięta w skorupie własnego cierpienia, nie była w stanie zdobyć się na przytulenie ich czy pogłaskanie po główkach.
                Lily Rose w swoich córkach widziała uosobienie wszelkiego zła. Początkowa depresja poporodowa, podsycana przez tłumiony w sobie żal i fatalne wspomnienia, przerodziły się w nienawiść wypalającą ją od środka. Przez pierwsze lata życia Domenica Hope i Madeleine Grace więcej uczucia zaznały od opiekunki, starszej, nieco pulchnej kobiety gaworzącej do nich z wyraźnym hiszpańskim akcentem. Massimo wspierał żonę, rozmawiał z nią i starał się ze wszystkich sił przypomnieć jej piękne czasy, kiedy starali się o dziecko i snuli plany na przyszłość, te pełne radości wyprawy po nowe łóżeczka dla dziewczynek, prześciganie się w znalezieniu bardziej uroczych bucików. Powoli jednak tracił nadzieję na jakąkolwiek zmianę. To on nadał córkom drugie imiona: Hope i Grace, bo wtedy jeszcze wierzył w szczęśliwe zakończenie będące jednocześnie początkiem beztroskiej historii ich czwórki. Chciał, aby te mocno symboliczne imiona w jakiś sposób trafiły do Lily Rose i obudziły w niej ciepłe uczucia. Wszystko to jednak na próżno. Mimo upływu lat i usilnych starań całej rodziny, pani Sellini nigdy ich nie zaakceptowała.
                Wiosną 1991 roku miał miejsce tragiczny wypadek. Domenica Hope połknęła osę podczas zabawy w ogrodzie. Nim ktokolwiek zauważył, że cokolwiek się stało, uczulony na jad malutki organizm przegrał walkę o życie. Zaledwie dwuletnia duszyczka zasiliła anielski orszak, żegnana szlochem dziesiątek osób wstrząśniętych tragedią. Podobne sytuacje zazwyczaj scalają rodziny, u państwa Sellini zaś nie nastąpił żaden przełom. Zmieniło się tyle, że gniew i surowość matki -do tej pory dzielone na dwie córki - zaczęły uderzać w jedną, Madeleine Grace. A im bardziej Maddie starała się spełniać wszystkie oczekiwania matki, tym więcej ta druga znajdowała powodów, by ukarać córkę. Z czasem nastoletnia już dziewczyna poddała się całkowicie, stała się harda, potrafiła odmówić wykonania polecenia Lily Rose, patrząc prosto w jej lodowate oczy. Dusiła w sobie płacz, gdy skórzany pasek zatrzymywał się na jej plecach, przełykała gorzki smak upokorzenia, gdy przez kilka godzin klęczała na grochu. Czasem pytała taty, dlaczego mama jej nienawidzi. Massimo wtedy zawsze przytulał ją i zaprzeczał, używając setek mniej lub bardziej wiarygodnych wymówek. Tak naprawdę sam chciałby wiedzieć, co stało się z jego słodką, kochaną Lily Rose.
Bywały momenty, kiedy wstydził się swoich myśli. Zastanawiał się wtedy, jak wyglądałoby ich małżeństwo, gdyby na świecie nie pojawiły się bliźniaczki. Zawsze ganił się za te rozważania i nie pozwalał, by ta malutka część jego świadomości obwiniająca córki za rozłam ich rodziny wzięła górę nad miłością.

Nowy Jork, obecnie

       - Wróci pan po mnie za godzinę, dobrze? – wysoka kobieta przesunęła przeciwsłoneczne okulary na czubek głowy, odsłaniając twarz dotąd schowaną za gęstymi, rudymi lokami.
      - Nie mogę, proszę pani, każdy kurs musi przejść przez dyspozytornię. – Skinęła ze zrozumieniem głową i, wystukawszy na ekranie telefonu numer korporacji taksówkarskiej, zamówiła samochód.
      - Do zobaczenia – rzuciła ze smutnym uśmiechem, z gracją wysiadając z wysokiego auta. Kierowca jeszcze przez chwilę obserwował jak wbiega po schodach i pewnym krokiem wchodzi przez ogromne, mahoniowe drzwi. Była młoda, jej atrakcyjna twarz zdradzała dwadzieścia trzy, może dwadzieścia sześć przeżytych lat, jednak kiedy się z nim żegnała odniósł wrażenie, iż w sekundę postarzała się o jakieś dziesięć. Iskierka w jej zielonych oczach zgasła, ramiona się przygarbiły.
- Nic dziwnego – mruknął sam do siebie, wrzucając bieg, żeby wycofać auto z podjazdu. – To nic miłego, odwiedzać kogoś w psychiatryku.
                Rose Point – bo tak nazywał się szpital dla nerwowo i psychicznie chorych umiejscowiony na Staten Island – wzniesiono w roku 1864. Okazała posiadłość w stylu kolonialnym leżąca na południe od Todt Hill przez długie lata stanowiła dom dla kolejnych pokoleń rodziny Creswellów – potomków Irlandczyków, którzy przybyli do Stanów z nadzieją na spełnienie swojego amerykańskiego snu. Rozległe tereny Rose Point, niegdyś utrzymywane we wzorowym porządku, dziś, po latach zaniedbań, zdążyły w znacznej części zdziczeć. Pacjenci rzadko wychodzili na zewnątrz, a władze szpitala nie miały wystarczających środków na przywrócenie im wyglądu z lat świetności, wobec czego kilka uroczych altanek kryjących w swoich drewnianych ścianach dziesiątki romansów, dramatów, kłótni i radości, utonęło w morzu gęstego bluszczu i wysokiej trawy. Pół wieku temu, kiedy zamożna rodzina Creswellów zaczęła popadać w coraz większe kłopoty finansowe, wartą wtedy miliony posiadłość odsprzedano niemal za bezcen, a nowy właściciel postanowił stworzyć cichą, oddaloną od miejskiego zgiełku przystań dla ludzi z problemami psychicznymi.
Madeleine Gloria Sellini opuściła dotąd podwinięte rękawy wełnianego swetra i podeszła do mahoniowego kontuaru, przy którym stała niemal sześćdziesięcioletnia pielęgniarka, której werwa i pogoda ducha mogły zawstydzić niejedną nastolatkę.
      - Byłam u niego przed chwilą, nie śpi, ale nie jest całkowicie przytomny – poinformowała rudowłosą dziewczynę, posyłając jej smutny uśmiech. Ta bez słowa skinęła głową i skierowała się schodami w górę, na czwarte piętro. Objęła się ramionami i zatopiła brodę w gryzącym materiale golfa, nie zwalniając kroku. Mimo, że wczesna jesień w tym roku rozpieszczała słońcem i pogodą bardziej majową, niż wrześniową, w tym miejscu zawsze czuła chłód. Niepewność i lęk czające się w każdym zagłębieniu gładkich ścian przyprawiały ją o dreszcze.  
Zatrzymawszy się przed drzwiami z numerem 417, zastukała w nie pewnie i, nie czekając na odpowiedź, wsunęła się do pokoju. Na moment przywarła do drzwi, biorąc głęboki oddech. Siedział w bujanym fotelu, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w jej twarz. Nie potrafiła niczego wyczytać z jego spojrzenia, mimo to uśmiechnęła się delikatnie i podeszła do niego, całując w policzek na powitanie.
      - Ładnie pachniesz – powiedział głośno i pewnie, patrząc nie na nią, a na drzwi, dokładnie w miejscu, w którym przed chwilą stała. Powtarzał te słowa podczas każdej jej wizyty i najczęściej były one również jedynymi, jakie do niej wypowiadał. Czasem pozwalał sobie na zdawkowe „Lubię czytać, wiesz?”, albo „Jest zimno”. I to ostatnie lubił najbardziej, bo wiedział, że wtedy rudowłosa zdejmie z łóżka koc, owinie nim jego ramiona i przytuli mocno, wsłuchując się w równy rytm bicia jego serca. Nie pozwalał sobie jednak na to zbyt często. Serce rozsypywało mu się na milion kawałków, kiedy trzymała go w ramionach, a on czuł drżenie jej ciała spowodowane powstrzymywanym szlochem. Miał ochotę krzyczeć kiedy czuł, że ona cierpi.
      - Dobrze wyglądasz – skłamała gładko, z trudem zachowując spokój. Poprawiła narzutę na łóżku i przysiadła na jego skraju, wyciągając z torebki woreczek czekoladowych cukierków oraz album ze zdjęciami. Mocno zacisnęła dłonie na jego twardej oprawie, by ukryć ich drżenie. Miała ochotę usiąść mu na kolanach, zatopić głowę w zagłębieniu szyi i płakać, dopóki nie zabraknie jej łez. Nie mogła uwierzyć w to, jakim człowiekiem się stał. Nie była w stanie pogodzić się z tym, że bezpowrotnie go straciła. Miała nadzieję, że dzięki regularnym wizytom przyzwyczai się, oswoi i zacznie czerpać radość ze wspólnego dzielenia czasu. Nic takiego się jednak nie działo przez cztery lata, straciła więc wiarę w to, że kiedykolwiek mogłoby się to jeszcze zmienić.  
Otrząsnęła się ze swoich rozmyślań i, na powrót przystroiwszy twarz w delikatny uśmiech, poklepała miejsce obok siebie, zapraszając go gestem, by usiadł. Chwilę później razem oglądali zdjęcia, a ona opowiadała o każdym uwiecznionym na nich miejscu zapewniając, że razem je odwiedzą, bo jego stan niedługo się poprawi, a wtedy Maddie zabierze go na długą wycieczkę. Mężczyzna zaś przez cały czas milczał, błądząc wzrokiem po pięknych krajobrazach zastygłych na kartach błyszczącego papieru. Miał ochotę przytulić ją do siebie, pogłaskać po głowie i wrócić razem z nią do domu, chciał móc przyrządzić dla niej na śniadanie naleśniki z masłem orzechowym i dżemem wiśniowym – takie, jak kiedyś, chciał słuchać z nią starych płyt Elvisa. Ale nie mógł. Był uwięziony tutaj, w tym niedużym pokoju o białych ścianach, na balkonie z widokiem na wzgórze, w tej obrośniętej bluszczem twierdzy.
Minęła godzina przeznaczona na spotkanie, więc Madeleine – jak zawsze – z czułością pocałowała go w czoło i odsunęła się nieco, nie odrywając wzroku od twarzy mężczyzny. Zawsze pozwalała sobie na tę chwilę milczenia, podsycając tlącą się w sercu iskierkę nadziei, za każdym razem ze wstrzymanym oddechem czekała, aż się do niej uśmiechnie albo powie coś więcej, niż zwykle, chciała, żeby okazał w jakikolwiek sposób, że jest świadom jej obecności i cieszy się z odwiedzin. Chwile mijały, a nic takiego się nie działo. Nigdy. Przełknęła gorzkie rozczarowanie i, skutecznie maskując grymas zawodu, pomachała mu na pożegnanie. Gdy zatrzasnęły się za nią drzwi, Francis odetchnął ciężko, z wyraźną ulgą. Uwielbiał jej wizyty, ale podczas nich musiał kontrolować się nawet bardziej, niż podczas obchodów lekarskich. Madeleine była czujna i bystra – zupełnie, jak jej matka.
      - Z tatą wszystko w porządku? – zainteresowała się dyżurująca pielęgniarka. Rudowłosa zdawkowo przytaknęła i, pożegnawszy się, niemal wybiegła na zewnątrz. Oparła dłonie na kolanach i starała się pozbyć tego nieznośnego ucisku w gardle. Te wizyty zawsze kosztowały ją dużo nerwów. Miała go na wyciągnięcie ręki, oddychała zapamiętanym z dzieciństwa zapachem jego skóry – mieszanką cytrusów i dobrego alkoholu -  a mimo to nie była w stanie w żaden sposób do niego dotrzeć. Zupełnie, jakby stał po drugiej stronie szyby – z pozoru na wyciągnięcie ręki, a tak naprawdę chroniony przez niewidzialną, nieprzekraczalną barierę.   
Donośny klakson czekającej na nią taksówki sprawił, że się wyprostowała. Zanim wsiadła, rzuciła jeszcze jedno spojrzenie w stronę okna pokoju numer 417 i zamarła na chwilę. Wydawało się jej, że firanka drgnęła, jakby ktoś jeszcze przed sekundą stał w oknie. Uśmiechnęła się pod nosem, zażenowana własną naiwnością. Odkąd Massimo zatrzelił własną żonę, a jej matkę, kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością. 
Podawszy kierowcy adres, rozsiadła się wygodnie na tylnej kanapie i ukryła oczy za ciemnymi szkłami okularów. Rude loki zasypały jej twarz i kryły spływające po policzkach łzy przed wścibskim wzrokiem obserwującego ją we wstecznym lusterku mężczyzny.


_________________________________________________
Od autorki: Miałam długą przerwę w pisaniu, więc uprzejmie proszę o wyrozumiałość oraz o informacje o błędach. Akcji jako takiej nie było, bo chciałam Was wprowadzić w historię Maddie, z czasem powinno dziać się więcej :)