Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

24/07/2024

2192. I don't need your closure

— Witaj.
Uniosła głowę, rozmarzone, nieprzytomne oczy, z których szybko ulotniła się mgła rozproszenia, kiedy dotarło do niej, kogo ma przed sobą. Wyglądał niby jak zawsze, a zarazem był coraz bardziej obcy.
— Och. Cześć? — To nie miało być pytanie, ale w jakiś sposób się nim stało. Odkaszlnęła lekko. — Cześć — poprawiła się. — Co tu robisz?
Widziała, że był zły, kiedy na nią patrzył. Spojrzenie miał mroczne i ciężkie. Przygniatało ją do ziemi intensywniej niż grawitacja, jak gdyby on sam złapał ją za kark i przycisnął do podłoża. Podejrzewała, że miał na to szczerą ochotę.
— Wybacz, wasza wysokość — zakpił głosem tak przepełnionym nienawiścią, że zrobiło się jej zimno. — Zapomniałem, że twój cenny czas trzeba sobie wcześniej zarezerwować.
Nigdy nie była tchórzem, ale stojąc tak z nim twarzą w twarz, przyszło jej do głowy, że on naprawdę mógłby ją zabić. Nie była to przyjemna myśl. Dreszcz przeszył całe jej ciało. Miała wrażenie, że przy nim za każdym razem zmienia się w samo sedno bezbronności, jakby w jego towarzystwie ulatniały się wszystkie cechy, które w sobie ceniła. Zostawała tylko pusta skorupa, niezdolna nawet do obrony, nie mówiąc już o wygranej.
— Rodzice pewnie się cieszą, że mają taką idealną córeczkę, prawda? Raczej nie spodobałoby im się, gdyby spotkał ją jakiś nieszczęśliwy wypadek.
Mówił konwersacyjnym tonem kompletnie pozbawionym emocji, może za wyjątkiem złośliwej uciechy osiadającej na końcówkach wyrazów. Nie spodziewała się, że cokolwiek się w nim zmieniło. Od zawsze był chorym sukinsynem, który uwielbiał się znęcać nad innymi — i na zawsze miał nim pozostać. Ona z kolei nie planowała stać się jego dzisiejszą ofiarą; kosztowało ją to wiele wysiłku, ale raz po raz gryzła się w język, nie zamierzając wdawać się w jakiekolwiek dyskusje z zawoalowanymi groźbami.
— Chcesz czegoś ode mnie? — spytała zimno, wodząc za nim wzrokiem. Przechadzał się w tę i we w tę, a ona nie zamierzała stracić go z oczu choćby na ułamek sekundy. Człowiek, który stał przed nią — którego kiedyś uważała za nieznośnie wręcz przystojnego, nawet gdy grymas niezadowolenia szpecił jego piękną twarz — to był człowiek prawdziwie niebezpieczny.
— Zawsze czegoś chcę, prawda? — uśmiechnął się cynicznie, przyglądając się jej jak drapieżnik, który właśnie upatrzył sobie przekąskę. — Wiesz, że nie bywam bezinteresowny.
— Nie bywasz — przytaknęła cicho, czując się coraz bardziej nieswojo, w miarę jak się do niej zbliżał. Serce biło jej mocno i głośno, i desperacko czepiała się nadziei, że może on jednak tego nie zauważył.
Coś nienazwanego zamigotało przez chwilę w jego oczach. W jego pieprzonych, jasnych oczach, zdających się prześwietlać ją na wylot.
— Kiedyś na mój widok nie byłaś taka spięta — powiedział z udawaną troską, kładąc dłoń na jej klatce piersiowej, w miejscu, w którym oszalałe serce tłukło się tak intensywnie, jakby miało zaraz wyskoczyć. Kąciki jego ust drgnęły lekko, prawie niezauważalnie. — Miło wiedzieć, że pewne rzeczy jednak się nie zmieniają.
— Mów, czego chcesz — syknęła, odsuwając się od niego, jego oczu i jego dłoni, która parzyła skórę. — Miejmy to z głowy.
— Myślałby kto, że tak ci się spieszy. Już nie lubisz mojego towarzystwa?
Przestań. Dobrze wiesz, jak było.
— Oczywiście, wasza wysokość — mruknął, robiąc krok w jej stronę. — Oboje wiemy, że takie zero jak ja za nic w świecie nie powinno się zadawać z bogatą dziedziczką wpływowego tatusia — prychnął drwiąco, świdrując ją wzrokiem. — To przecież nie byłoby odpowiednie towarzystwo dla jego niewinnej córeczki.
— Nie mam ani czasu, ani ochoty na te twoje gierki. Mów, o co ci chodzi i znikaj — zażądała, ponownie się od niego odsuwając, na co on znów odrobinę się zbliżył.
To w nim było najgorsze — że znał ją lepiej, niż ktokolwiek inny, że widział każdą jej twarz, że miał szansę dostrzec w niej rzeczy, których nikomu wcześniej nie ujawniała. Wiedza, którą posiadał, na zawsze już miała być jego władzą, przewagą, z którą mogłaby walczyć, ale nie mogłaby wygrać. Ona też, co prawda, miała pojęcie o rzeczach, które mogłyby go pogrążyć. Ale wiadomo było, że…
— … nikt ci nie uwierzy, pamiętaj — ostrzegł, będąc coraz bliżej i bliżej, aż nachylił się i szepnął jej wprost do ucha: — Chociażby z tego powodu powinnaś być dla mnie trochę milsza.
Jego szept sprawił, że przeszył ją strach i coś jeszcze, coś ulotnego, do czego sama przed sobą nie chciała się przyznać. Nagle poczuła się tak, jakby miała zbyt słabe nogi, żeby utrzymać cały swój ciężar. Odruchowo chwyciła go za rękaw kurtki. Wolała dać mu przewagę, niż upaść. To byłoby znacznie bardziej upokarzające. Podtrzymał ją z pełnym obrzydliwego zadowolenia uśmiechem.
— No, proszę, czy tak nie jest znacznie przyjemniej? Widzisz, jednak potrafisz być uprzejma.
Zarzucił jej ramię na szyję i szarpnął lekko, żeby z nim poszła. Serce prawie wypadło jej z piersi; miała wrażenie, że wszystkie dźwięki wokół niespodziewanie przybrały na sile. Odgłos ich kroków poniósł się echem w wąskiej uliczce, kiedy zmierzali w stronę nieznanego. Pozwoliła mu się kawałek poprowadzić, ale na widok jego samochodu zatrzymała się tak gwałtownie, jakby nogi wrosły jej w ziemię. Spojrzał na nią pytająco.
— Teraz? — jęknęła mimowolnie.
— Czyżby nietrafiona pora?
— Nigdzie z tobą nie jadę — oświadczyła, strącając jego rękę ze swoich ramion.
— Ojej, twoja uprzejmość tak szybko się wyczerpała? — zadrwił, rozbawiony. — Niedobrze. Ale, cóż, na twoim miejscu jednak nie robiłbym problemów. Jesteś przecież mądrą kobietą. Wiesz, że i tak nie masz wyjścia. Albo pójdziesz po dobroci, albo po mojemu — uśmiechnął się czarująco. — Więc jak będzie?
Dałaby wszystko, żeby tylko nie miał racji, ale rzeczywistość była głucha na jej prośby. W tamtej chwili nienawidziła go bardziej niż zwykle. Westchnęła w duchu, zgadzając się ostatecznie, bo sama to sobie ściągnęła na głowę i zrobiła kilka kroków w stronę samochodu. Boże, jaka była głupia. Powinna była wiedzieć, że człowiek, który igra z ogniem, prędzej czy później się wreszcie oparzy.
Bardziej czuła, niż widziała, że się uśmiechnął. Poczuła na karku jego dłoń, jego palce wplecione w jej włosy, i nie zaprotestowała, kiedy po dżentelmeńsku otworzył dla niej drzwi od strony pasażera. Wsiadła bez słowa, czując zapach tysiąca wspomnień, tysiąca kradzionych chwil, za które teraz przyszło jej płacić.
Nie spojrzała na niego ani razu, ale on patrzył na nią, a jego wzrok zdawał się palić jej skórę. Uporczywie wpatrywała się w mijane ulice i mijanych ludzi, zazdroszcząc im tego, czego sama nie miała, a czego pragnęła najbardziej — wolności. Chciałaby równie beztrosko spacerować sobie po mieście, nawet gdyby nikogo przy niej nie było. Brak towarzystwa i tak był lepszym towarzyszem niż ten tutaj.
Zatrzymał się na opustoszałym parkingu podziemnym. Nie odezwał się ani słowem; po prostu się jej przyglądał. Niemal każdym nerwem wyczuwała w powietrzu jego chorobliwe zadowolenie z siebie.
— Daj sobie czas — podpowiedział, częstując ją papierosem. Jego głos był miękki, niemal łagodny, jakby specjalnie dla niej tworzył iluzoryczną rzeczywistość, w której miała cokolwiek do powiedzenia. Chory skurwiel. Manipulowanie umysłami innych było jego ulubioną rozrywką. Wsunęła papierosa do ust i pochyliła się w stronę zapalniczki, którą trzymał. Wiesz, że papierosy podpala się tylko dziwkom?, spytał ją kiedyś. Śmiali się wtedy z tego, a teraz kompletnie nie miała ochoty na śmiech. Zbyt wiele było w tym prawdy; prawdopodobnie zresztą właśnie dlatego to zrobił. On także o tym pamiętał.
Otworzyła drzwi, ale nie po to, by wysiąść, tylko by wydmuchiwać dym na zewnątrz. Nie próbowała uciec; nigdy nie próbowała. Zbyt dobrze wiedziałby, gdzie jej szukać i co zrobić, żeby odechciało jej się takich numerów. Była na przegranej pozycji — oboje mieli tego świadomość.
Czas płynął leniwie, niemal beztrosko, jakby wcale nie odliczał minut do jej kolejnego upokorzenia. Ułożyła się wygodniej na fotelu i przymknęła oczy. Strzepnęła popiół z papierosa na ziemię. Wzięła głęboki oddech, a potem jeszcze jeden i jeszcze. Nie pomagało; nigdy nie pomagało, ale i tak musiała to robić, jakby wykonywała swoisty rytuał. W czym miałby jej pomóc — tego nie wiedziała. Jak dotąd nie zauważyła zmian. Ale może tam były, małe, drobne, niewidoczne dla ludzkiego oka, i tylko dlatego trzymała się tej nadziei — bo może właśnie brak zmian był tą lepszą rzeczywistością, a bez rytuału byłoby z nią o wiele gorzej.
— I jak? — zagadnął w końcu takim tonem, jakby naprawdę go to obchodziło. W odpowiedzi wzruszyła ramionami. Żadna z rzeczy, które chodziły jej po głowie, nie nadawała się do wypowiedzenia na głos. A przynajmniej niosła ze sobą przykre następstwa. — No dalej, Wills, wyduś z siebie jeszcze odrobinę uprzejmości. Wiesz przecież, że lubię załatwiać sprawy pokojowo.
— Jeśli liczysz na odpowiedź w stylu cieszę się, że wywiozłeś mnie chuj wie gdzie, to się nieco mylisz — odparła zgryźliwie, wychylając się z auta i gasząc papierosa o beton.
Na jego twarzy zamigotał kpiący uśmieszek. Nienawidziła tego uśmiechu. Prychnęła z irytacją. Uwielbiała ten uśmiech.
— Nie żebym spodziewał się po tobie wdzięczności — zaszydził. — Ale wydawało mi się, że oboje odnosimy jakąś korzyść z tej relacji. Ja daję, ty bierzesz. Ty dajesz, ja biorę. Tylko że widzisz, Wills, wszystko ma swoją cenę. Dotyczy to nawet tak atrakcyjnych arystokratek jak ty.
Jego głos brzmiał spokojnie, neutralnie, jakby właśnie omawiali warunki kontraktu na firmowym spotkaniu albo wybierali meble do kuchni. Miała ochotę wydrapać mu oczy, zetrzeć z twarzy ten wyraz pełen wyższości, utrzeć mu nosa. Siedziała jednak bez ruchu, tonąc w marzeniach, lecz nie potrafiąc przenieść ich do rzeczywistości. Nie skończyłoby się to dla niej dobrze, a raczej — skończyłoby się znacznie gorzej, niż teraz.
Czasami myślała sobie, że wolałaby, żeby ten kontrakt przebiegał inaczej. Spotkanie, szybkie załatwienie sprawy, rozstanie. Ale on lubił całą tę otoczkę, przeciągające się rozmowy o niczym, nieustanne podkreślanie swojej oczywistej wygranej, ogółem — lubił patrzeć, jak jej z tym wszystkim ciężko. Był cholernym psycholem, a ona po prostu miała to nieszczęście, że go kiedykolwiek spotkała.
Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, wydawał się być ideałem, niemal nieistniejącym bytem zesłanym z niebios tylko po to, żeby łamać niewinnym dziewczynom serca. A kiedy okazał się żywy, inteligentny i zainteresowany powinna była przewidzieć, że skończy tak samo źle, jeśli nie gorzej od tych potencjalnych dziewczyn. Wtedy jednak nie mogła tego wiedzieć; nie chciała tego wiedzieć. Spełniał zbyt wiele jej potrzeb, zwłaszcza tych, z których istnienia nie zdawała sobie sprawy — troski, ciepła, bliskości. W dodatku zachowywał się tak, jakby była kimś ważnym, kimś znaczącym; kimś, kto wart jest poświęceń. Nigdy przedtem nie zaznała czegoś takiego. Dobrze o tym wiedział. I dobrze wiedział, co robi.
Może gdyby miała o sobie lepsze mniemanie, w ogóle nie wpadłaby w tę misternie utkaną pułapkę. Teraz jednak nie miało to najmniejszego znaczenia. Nie istniała droga ratunku, bo wyzwolenie przyniosłaby tylko jego śmierć, a sama przecież nie byłaby w stanie go zabić. Wolała nie myśleć, jak potoczyłyby się jej losy po takim nieudanym zamachu — powiedzenie, że przypłaciła to własnym życiem, byłoby pewnie absurdalnie najeżone optymizmem. Nie pozwoliłby jej po prostu umrzeć. Tak często podkreślał, o ile lepszy jest żywy wróg, którego można sobie podporządkować, niż wróg martwy. Nieżyjący ludzie byli bezużyteczni. Z tych żywych zaś dało się wycisnąć o wiele więcej, niż było widać na pierwszy rzut oka. Zabiłby ją dopiero wówczas, gdy absolutnie do niczego nie mógłby jej już wykorzystać.
— Czas ucieka, wasza wysokość — mruknął rozbawiony, leniwie wyciągając z paczki dwa kolejne papierosy. Podpalił i podał jej jednego. Przyjęła go bez słowa, zaciągnęła się mocno i dłuższą chwilę trzymała dym w płucach, zanim wydmuchała go prosto w niebo. — Nie zmarnuję życia na czekanie, aż się namyślisz. Tak czy inaczej odbiorę tę zapłatę. Do ciebie należy tylko wybór sposobu, w jaki ma się to odbyć.
Po dobroci albo po mojemu, zadźwięczało jej w głowie. Nie bez przyczyny zawsze wybierała jednak opcję po dobroci.
— Okej — wzruszyła ramionami i westchnęła ze zmęczeniem. — Daj mi dopalić fajkę.
— Nie ma problemu — powiedział spokojnie, rozsiadając się wygodniej w fotelu. Palili chwilę w milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach, ale nie minęło nawet pięć minut, a coś w nim się zmieniło. Zaklął pod nosem, wyrzucając niedopałek na ziemię, a drugą dłonią chwytając ją za kark. — Już dopaliłaś — wycedził. Czuła ucisk jego palców na swojej skórze. Posłusznie upuściła papierosa na asfalt. — Idziemy — warknął, popychając ją lekko, żeby wysiadła. Zamknął samochód i schował kluczyki do kieszeni kurtki. — No chodź — ponaglił, obejmując ją w talii żelaznym uściskiem i niemal siłą prowadząc za sobą.
Za każdym razem, chociaż znała finał tej drogi, nie mogła się oprzeć wrażeniu, że widzi świat po raz ostatni.

—•—

Był środek nocy, kiedy wreszcie ją odwiózł. Zaparkował byle jak na ulicy i przez chwilę po prostu na nią patrzył. Uśmiechał się paskudnie, ale w jego oczach była tylko pustka, samo sedno nicości. Położył jej dłoń na kolanie i zacisnął palce, jakby chciał pozostawić na jasnej skórze swój trwały odcisk. Potem ją puścił, wplótł palce w jej włosy i bawił się nimi leniwie, przeczesując i owijając sobie wokół nadgarstka. Ona miała kamienną twarz, zero emocji, chociaż wszystko w środku niej płonęło, drapało i wrzeszczało, jak żywcem palony więzień. Zawsze czuła przy nim zbyt wiele, nawet wtedy, kiedy jej uczuć nie dominowała jeszcze nienawiść. Powtarzał, że kocha w niej tę burzę, natłok wszystkiego jednocześnie, że dzięki temu jest taka żywa, taka intensywna. Wtedy poddawała się opętańczemu pragnieniu, by być bliżej i bliżej niego, teraz miała ochotę odsunąć się jak najdalej. Ale tego zrobić nie mogła.
— Jak zawsze idealna — mruknął, ciągnąc ją lekko za włosy i odchylając jej głowę w tył. Napawał się jej zapachem, mieszaniną nienawiści i lęku, i tym, jak wyraźnie widział w jej oczach wstręt. Obrzydzenie względem niego było nierozerwalnie połączone z obrzydzeniem względem siebie samej. Podobało mu się to. Nie była jak jego poprzednie dziewczyny — potulna i strachliwa, bez słowa godząca się na wszystko, czego żądał. Widział tę iskrę buntu w jej oczach, w dłoniach zaciskanych w pięści, w wardze przygryzanej niemal do krwi. Lubił patrzeć na nią, kiedy wzbierał w niej sprzeciw, kiedy próbowała się stawiać, a potem lubił przypominać jej o tym, kto ma rzeczywistą władzę i co to właściwie oznacza. Zawsze dawał jej wybór — po dobroci, albo po mojemu — i ku jego zadowoleniu zawsze wybierała mądrze. Nie byłoby w tym żadnej zabawy, gdyby bezwładnie pozwalała mu robić wszystko, na co miał ochotę — tak jak nie byłoby zabawy, gdyby okazała się głupia i próbowała go przechytrzyć. Uwielbiał obserwować tę zmianę frontu, kiedy uświadamiał jej, w jakim położeniu się znajduje; była jak kot, który z rezygnacją chował pazury, ale nigdy nie zapominał o tym, że je ma.
— Puść mnie — zażądała. — Idę do domu.
W odpowiedzi tylko wzmocnił uścisk i posłał jej uśmiech drapieżnika.
— Czego ty jeszcze chcesz, Zane? — spytała łagodniejszym tonem. — Dostałeś swoją zapłatę — wycedziła. — Teraz daj mi spokój. Tak to działa, no nie?
— A jeśli zasady się zmieniły?
— Co… co?
— Zapytałem: co, jeśli zasady się zmieniły, wasza wysokość — powtórzył, coraz mocniej ściskając w garści jej włosy. — Nie powiesz mi chyba, że się tego nie spodziewałaś.
Przez chwilę patrzyła mu w oczy, prezentując zagubienie, strach i żelazną determinację. Potem westchnęła.
— Nigdy ci się nie znudzi, prawda? — mruknęła, przechylając się odrobinę do tyłu, żeby nie wyrwał jej włosów.
— Nigdy — przytaknął, a jego głos ociekał słodyczą. — Lubię mieć cię w garści, królewno. Lubię mieć władzę i demonstrować ją. I lubię twoją nienawiść; jest taka słodka. Dlaczego miałbym dobrowolnie pozbawiać się tylu przyjemności?
— Puść mnie — poprosiła. — Chcę iść do domu.
— Być może chcę iść z tobą.
— Gdzie? — przestraszyła się na moment, ale równie szybko się opanowała. — Nie jesteś zaproszony.
Zaśmiał się drwiąco, wzbudzając w niej falę nienawiści. Nie mogła go wpuścić do swojego mieszkania. Po prostu nie mogła. Sama myśl, że miałby dotknąć tam czegokolwiek wprawiała ją w najwyższą odrazę. To była jej prywatna przestrzeń. Należała do niej i tylko do niej. Nie miał prawa ładować się tam ze swoimi złośliwościami i wspomnieniami. Wiedziała, że nie dałaby rady tego znieść.
— Jesteś naprawdę urocza, kiedy wydaje ci się, że mógłbym cię posłuchać — powiedział miękko. Czuła jego gorący oddech na swojej szyi i była pewna, że widać przez skórę, jak krew pulsuje jej w żyłach. Zamknęła oczy. Było jej niedobrze. — Dług za braciszka odrobiony. Na chwilę — zaznaczył. — A co z twoim własnym długiem?
— Słucham?
Ale rozumiała. Wiedziała, co mu chodzi po głowie. Był chorym człowiekiem, a ona z własnej woli zaczęła się z nim spotykać. Powinna uciekać w chwili, w której go poznała. A teraz było już za późno.
— Biedne nieszczęśliwe, mądre kobiety… — mruknął. — Żal mi was, bo prawie zawsze giniecie przez głupców — dokończył, jakby rozbawiony. — Użyj intuicji, Wills. Wiesz przecież, że rzadko bywa zawodna.
Znała ten cytat, bo kiedyś opowiedział jej go w całości, wprawiając jej duszę w drżenie. Tyle było w nim prawdy.
Miała jeden cel — nie pozwolić mu wejść do mieszkania. Ale ponieważ zbyt jej na tym zależało, nie było szans, by sobie odpuścił.
— Idź stąd. Proszę. Po prostu idź.
Zmierzył ją długim spojrzeniem, szukając jakichkolwiek oznak desperacji. Znalazł wystarczająco i zaśmiał się.
— To była bardzo ładna prośba. Niemal mi przykro, że nie mogę jej spełnić. — Puścił jej włosy i krótkim ruchem brody nakazał wysiąść. — Chodź. Chcę obejrzeć twój zamek, królewno.
Wtedy wiedziała już, że wszystko stracone.

—•—

Świtało, kiedy wreszcie sobie poszedł. Zniknął, a ona została, sama, tak jak pragnęła wcześniej. Ale nic nie było już takie, jak jeszcze parę godzin temu. Jego obecność tutaj zatruła powietrze, jego dłonie zostawiły odciski na meblach. Całe mieszkanie przesiąknięte było nim, więc chociaż wzięła długi prysznic, intensywnie szorując całe ciało, i umyła włosy, które teraz skręcały się odrobinę przy uszach — mimo tego wciąż wydawała się wyczuwać jego perfumy. Nienawidziła tego, że nawet tutaj zaczęła czuć się jak w pułapce. W swoim własnym azylu. W miejscu, które tak długo było jej schronieniem.
Wiedziała, że nie zniesie tego dłużej. Do rana nie mogła zasnąć, więc oglądała jakieś programy dokumentalne w telewizji i drżała na całym ciele, choć była owinięta kocem. Nie było jej zimno — to obrzydzenie i lęk starały się wydostać na zewnątrz. Nienawidziła jego. Nienawidziła siebie. Już zawsze mieli dzielić ze sobą tą nienawiść. Jeszcze jedna rzecz, którą znajomość z nim przyniosła jej w pakiecie.
Podniosła się w końcu z kanapy, zesztywniała i zdeterminowana, wzięła walizkę i zaczęła pakować do niej ubrania. Co prawda nie wiedziała, dokąd pójdzie — a smutna prawda brzmiała: po prostu nie miała się dokąd udać — ale w tej chwili nawet hotel byłby lepszym schronieniem, niż to. Z zaciśniętymi zębami zbierała pierwsze lepsze ubrania, które wpadły jej w ręce. Nie zapomniała o kosmetykach. Działała przy tym jak automat, robiąc to, co miała do zrobienia, ale nie odczuwając żadnych emocji. Udało jej się zignorować nawet ból w dole brzucha, jakby odsunęła go od siebie na długość ramienia i po prostu przestała zwracać na niego uwagę. A był wyjątkowo dokuczliwy, gorszy niż zazwyczaj.
Zamknęła walizkę, zamknęła mieszkanie i zamknęła ten rozdział w swoim życiu, który chwilowo pozbawił ją dachu nad głową, po czym wyszła na zewnątrz i zadzwoniła po szofera.
— Jedź — powiedziała, kiedy usadowiła się wygodnie w samochodzie. Głos miała pusty. — Po prostu jedź. Choćby w kółko — poprosiła przez zęby, bowiem trzymała już w ustach papierosa i właśnie podpalała go zapalniczką. Odsunęła odrobinę szybę, nie chcąc denerwować swojego kierowcy, który nie znosił dymu w aucie.
— Oczywiście — przytaknął tylko, nawet nie robiąc jej wyrzutów z powodu palenia. Ograniczył się do spełnienia jej prośby i chwilę później mknęli autostradą na północ.
To był moment, w którym Billie Calloway po raz pierwszy znalazła się na samym końcu swojego własnego świata.

16/07/2024

2191. Spring breaks loose, but so does fear

11 kwietnia 2024, czwartek

Takie dni zaczynają się niewinnie. Niezmiennie. Rutynowo do bólu. Czasami nawet zbyt dobrze, z promieniami słońca wpadającymi do pokoju przez okno i niebem tak czystym, jakby miało ukoić wszystkie nienarodzone jeszcze obawy. Ludzie są mili. A w każdym razie — milsi niż zwykle. Jak gdyby przeczuwali nadchodzące zło i mimowolnie starali się pocieszyć tego pokrzywdzonego przez los człowieka.
Całkiem tak, jakby to mogło cokolwiek zmienić.

*

Poranki nie były ulubioną porą dnia Erin Hawthorn. Nie z jej upodobaniem do przesiadywania po nocach, z zamiłowaniem do tonięcia w książkach, które kończyła czytać nad ranem, i nie wtedy, gdy miała na głowie tak wiele, że nie była w stanie zdecydować, od czego zacząć. Obiecała przecież, że odprowadzi siostrzenicę do szkoły, ale poprzedniego wieczoru kompletnie wyleciało jej to z głowy — upajała się bowiem myślą, że w pracy ma się stawić dopiero w południe. Tymczasem wskazówki nieubłaganie dobiegały ósmej, co oznaczało kłopoty. Najdalej za pół godziny Maya powinna być w szkole, jeżeli nie chciała się spóźnić. Tymczasem niczego nieświadoma dziewczynka spała spokojnie, pozbawiona wszelkich zmartwień.
— Maisie, wstawaj, proooszę — jęknęła Erin, ciągnąc ją lekko za nogę. Mała posłała jej zdziwione, nieco senne spojrzenie, jakby nie była pewna, dlaczego ciotka wyciąga ją z ciepłej pościeli. — Mamy straszne opóźnienie, potworne. Gigantyczne wręcz. Błagam, ubierz się szybko, bo musimy zaraz wychodzić — poprosiła, wyrzucając z szafy spódniczki i sweterki, i nie mając pojęcia, w co ubiera się sześcioletnie dziecko, kiedy na zewnątrz jest mniej więcej piętnaście stopni. Sumienie ukłuło ją dotkliwie, kiedy pomyślała o śniadaniu, a właściwie — o tym, że śniadania nie ma i nie będzie. Uciszyła głos rozsądku obietnicą, że po drodze kupi Mayi pączka, a potem uciszyła go jeszcze raz, stwierdzeniem, że od jednego pączka na śniadanie nikomu się jeszcze krzywda nie stała.
Wzięła szybki prysznic, w biegu wciągnęła jeansy i sweter, i chyba tylko cud sprawił, że zdążyła wyjść z domu na czas. Odstawiła siostrzenicę do szkoły i odetchnęła głęboko. Trochę kręciło się jej w głowie. Musiała przyznać sama przed sobą, że naprawdę podziwiała siostrę za tak sprawne zarządzanie tym cyrkiem co rano. Choć z drugiej strony, Esther w ogóle była znacznie bardziej zorganizowana, znacznie doroślejsza, mimo zaledwie trzech lat różnicy pomiędzy nimi. Erin, długo chroniona przed trudami dojrzałości, zarówno przez siostrę, jak i przez ciotkę, wciąż czasami miewała problemy ze swoim własnym życiem, nie mówiąc już o zajmowaniu się kimś jeszcze.
Ze zwierzętami było inaczej; uwielbiała się nimi opiekować, karmić, sprzątać, rozmawiać. Jakkolwiek była to konwersacja jednostronna, to przynajmniej obywała się bez oskarżeń i głupich pytań, a to było jej bardzo na rękę. Absolutną ulubienicą Erin była pantera o imieniu Winter — majestatyczna i czujna, o nad wyraz inteligentnym spojrzeniu swoich jasnych oczu. W głębi duszy uważała ją za znacznie mądrzejszą od większości odwiedzających zoo ludzi, ale życie szybko nauczyło ją, że tego typu poglądów nie warto wypowiadać publicznie. Wystarczyło, że uchodziła za naczelne dziwadło w czasach zasmarkanego dzieciństwa, nie potrzebowała dodatkowo kolejnych znaczących spojrzeń, gdy już dorosła.
Miała ochotę rzucić się na łóżko i ukraść jeszcze godzinę snu, ale kiedy wróciła do domu, jej wzrok przyciągnęła leżąca na stole książka. Świeżo rozpoczęta, wydawała się emanować jakimś hipnotyzującym blaskiem, i Erin z lubością pozwoliła się jej porwać, zapominając o całym świecie.

*

— Erin, telefon.
Uniosła półprzytomny wzrok, spoglądając na kierowniczkę. Po niemal godzinie czyszczenia terytorium fok była przemoczona do suchej nitki i niewiele rejestrowała z życia toczącego się poza jego granicami.
— Co?
— Telefon do ciebie — powtórzyła cierpliwie kobieta, wyciągając rękę w jej stronę. — Dzwoni jakaś dziewczynka.
Przeszedł ją dreszcz nieuzasadnionego lęku. Rzadko kiedy ktokolwiek z rodziny potrzebował jej aż tak bardzo, by dobijać się na numer firmowy. Wytarła mokre dłonie o równie mokre spodnie i przyłożyła telefon do ucha.
— Erin? — Głos Mayi wyraźnie wskazywał, że coś jest nie w porządku.
— Maisie? Co tam? Stało się coś? — Mimo rosnącego niepokoju bardzo starała się utrzymać emocje na wodzy, żeby jeszcze bardziej nie wystraszyć małej.
— Mama nie odebrała mnie ze szkoły — chlipnęła w słuchawkę. — Ma wyłączony telefon. Ciocia też. Możesz tu przyjść? Proszę?
Słychać było, że Maya jest na granicy łez, a o ile Erin jako tako potrafiła dać sobie radę z uśmiechniętym dzieckiem, tak z dzieckiem płaczącym sprawa przedstawiała się o wiele gorzej.
Zerknęła na zegarek. Piętnaście po czwartej. Zrobiło się jej gorąco.
— Jasne, zaraz będę — powiedziała uspokajająco do siostrzenicy, jednocześnie posyłając przepraszająco-błagalne spojrzenie kierowniczce. — Daj mi piętnaście minut.
Miała szczęście; szefowa była tego dnia pełna wyrozumiałości względem całego świata, więc równo piętnaście minut później Erin Hawthorn wpadła do szkoły Mayi, przemoczona i z pewnością śmierdząca fokami na kilometr, ale punktualna.
— Prze… przepraszam — wydyszała. Po przebiegnięciu w szalonym tempie i stresie całego korytarza, z trudem łapała oddech. — Siostra… nie uprzedziła mnie — dokończyła chwiejnie. Zmarszczyła brwi i spojrzała najpierw na Mayę, a potem na jej poważną wychowawczynię. — Mogę ją zabrać?
— Jasne. Maya trochę się przestraszyła, ale już jest lepiej, prawda, skarbie? — pogłaskała ją po głowie i posłała Erin nieco podejrzliwy uśmiech.
— Tak, na pewno — odpowiedziała siląc się na neutralny ton. — Chodź, Maisie, idziemy do domu.
Gdzie twoja matka i ciotka dostaną porządny opierdol za te wyłączone telefony, dokończyła w myślach. Do cholery, musiały tak straszyć młodą?
Jednak w mieszkaniu panowała pustka. Erin, nieco nerwowo, wybrała numer siostry, a potem ciotki Ruby, ale ich telefony milczały. Wysłała do każdej kilka SMS-ów, chociaż nie dostała ani jednej odpowiedzi. Szlag by to, pomyślała, porządnie już zaniepokojona, chociaż usiłowała przekonać samą siebie, że takie niefortunne przypadki po prostu się czasami zdarzają. A z drugiej strony po głowie tłukła się jej niechciana odpowiedź, że owszem, takie przypadki się czasami zdarzają, ale na pewno nie Esther. Najbardziej zorganizowanej osobie we wszechświecie, która poza planem A ma zawsze przygotowany jeszcze plan B i C, a czasem nawet D. To było… po prostu wiedziała, że coś tu nie gra. Czuła to. Nie miała pojęcia, co powiedzieć Mayi, gdy zapyta o matkę, ale nawet ona chyba nie chciała poznać odpowiedzi, bo ani razu nie poruszyła tego tematu. Jakby już w wieku sześciu lat zdążyła się nauczyć, że pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

*

Obudził ją trzask drzwi. Zerwała się gwałtownie, zdając sobie sprawę, że musiała zasnąć na podłodze, z głową opartą na łóżku Mayi. Dziewczynka leżała nieruchomo, spokojnie oddychając. Na zewnątrz było już całkiem ciemno. Erin wyszła z sypialni na palcach i zamknęła za sobą drzwi.
— Dlaczego nie odbierasz pieprzonego telefonu? — warknęła na ciotkę, która w przedpokoju właśnie zdejmowała płaszcz. Ruby wzdrygnęła się, zaskoczona tym napastliwym tonem i wzruszyła ramionami, wyciągając komórkę z kieszeni.
— Cholera, padła mi bateria — wyznała z nutą zawstydzenia w głosie, ale jednocześnie tak beztrosko, jakby nie miało to większego znaczenia. — A co, stało się coś?
— Mów ciszej, błagam — ofuknęła ją Erin, niespokojnie oglądając się przez ramię i ciągnąc ciotkę do kuchni. — Mała śpi.
— A Esther?
— Co: Esther? Myślałam, że jest gdzieś z tobą. Nie odebrała Mayi ze szkoły, szkoła zadzwoniła do mnie i musiałam się urwać z pracy. Cyrk. Dobrze, że Janet miała niezły humor, bo inaczej… — pokręciła głową i przyłożyła dłoń do czoła. — Czekaj, w takim razie gdzie ona jest?
— Dzwoniłaś do niej?
— Aha, znamy się ponad dwadzieścia lat i wciąż masz mnie za idiotkę? — spytała ironicznie, unosząc w górę brwi. — Chyba ze sto razy. Ma wyłączony telefon.
— Poczekaj, ja spróbuję.
Podłączyła komórkę do ładowania, włączyła ją i wybrała numer. Zapadło pełne napięcia oczekiwanie.
— Nic. — Ruby rozłączyła się z grobową miną.
— Mówiłam — mruknęła Erin, bezwładnie opadając na krzesło, jak gdyby jej mięśnie i stawy nagle zamieniły się w galaretę. Ukryła twarz w dłoniach i spróbowała wziąć kilka głębokich oddechów na uspokojenie, ale nie pomogło. Serce biło jej tak mocno, jakby miało zaraz wypaść i tak wolno, jakby miało się zaraz zatrzymać. Czuła, jak przez jej ciało przechodzi zimny dreszcz. To jeszcze nie była panika, ale lęk w najbardziej pierwotnej postaci. — Znasz procedury zgłoszenia zaginięcia?
— Co?
— No przecież musimy powiadomić p… znaczy policję, musimy powiadomić policję, prawda?
Nie była w stanie zrozumieć, dlaczego ona jest w stanie działać, a ciotka tylko siedzi i tępo gapi się w przestrzeń, niezdolna do podjęcia żadnych kroków. A przecież Erin czuła się tak bezbronna, jakby ktoś wydarł z niej jakąś część, bezbronna jak jeszcze nigdy w życiu, pomimo, że obie z siostrą już dawno dorosły. Miała wrażenie, że niebo wali jej się na głowę, że czas biegnie wstecz, że słońce wschodzi w nocy, a za dnia świeci księżyc. Świat bez Esther był bowiem światem zmienionym o sto osiemdziesiąt stopni, światem w którym nie oznaczało tak, w którym czerń była bielą, a biel była czernią. Taki świat po prostu nie mógł istnieć. Nie miał prawa.

—•—

15 kwietnia 2024, poniedziałek

Chyba nigdy w życiu nie czuła tylu emocji jednocześnie, co tego wieczoru. Kiedy opuściła komisariat miała ochotę wrzeszczeć, przeklinać, kopać i drapać, a jednocześnie płakać, utopić się w morzu swoich własnych łez i wbić sobie nóż w serce, byleby tylko zimne macki strachu wypuściły je z objęć. Była wściekła, sfrustrowana, zrozpaczona i przerażona. I zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Wydawało jej się, że od tych uczuć zaraz coś w niej pęknie, że nie wytrzyma takiego ciężaru. To było zbyt wiele jak na jednego małego człowieka.
Drogę do domu przebyła jak we śnie. Bo przecież to musiał być sen, straszny, koszmarny, okropny, ale jednak sen. Wystarczyło się z niego obudzić. A jednak Erin Hawthorn nie była w stanie tego zrobić, choć próbowała ze wszystkich sił. Trwał i trwał, zupełnie tak, jakby to była jawa.
Na sztywnych nogach przekroczyła próg i cicho zamknęła za sobą drzwi. Zaniepokojona ciotka wysunęła głowę z kuchni, zerkając na nią pytająco, ale Erin poczuła, że tylko jedno słowo dzieli ją od napadu płaczu, więc nie odpowiedziała. Usiadła przy stole, z wdzięcznością przyjmując od Ruby kubek gorącej, bardzo słodkiej herbaty. Upiła łyk i potrzymała go chwilę w ustach, parząc sobie język, jak gdyby potrzebowała realnego, fizycznego bólu, by móc zmierzyć się z równie bolesnymi wydarzeniami ostatnich godzin. Chociaż właściwie dominującym uczuciem tych zdarzeń nie był ból, lecz strach. Potworny lęk o nieznane, niemożność zapytania ukochanej osoby, czy jest jej dobrze, gdziekolwiek by się nie znajdowała; niepewność, czy jeżeli odeszła na dobre, dane jej było przed śmiercią zaznać spokoju. A jeśli żyje — czy jest bezpieczna, czy nie doświadcza niewyobrażalnych potworności, nie zadręcza się tym, co kiedyś powiedziała, lub czego nie zdążyła powiedzieć. W końcu — czy zniknęła dobrowolnie, czy może ktoś jej w tym pomógł. Choć tego jednego akurat Erin Hawthorn była stuprocentowo pewna: jej siostra nigdy nie porzuciłaby dziecka, gdyby nikt jej do tego nie zmusił.
Siedząc w komisariacie i patrzeć na sceptyczne twarze tych smarkatych policjantów, bawiła się myślą, że jednak łatwiej mieć do czynienia ze śmiercią, niż z zaginięciem. Że najgorsza prawda zawsze będzie lepsza od niepewności. I że jeśli młoda kobieta rozpływa się w powietrzu, zostawiając sześcioletnią córkę, praktycznie nie ma szans, że ktokolwiek dostrzeże w tym coś ponad znużenie macierzyństwem i ucieczkę na wolność.
— Powiedzieli, że nie ma śladów — wymamrotała niewyraźnie, przyciskając wargi do ceramicznego kubka, jakby chciała złożyć na nim trwały pocałunek.
— Co mówisz?
— Powiedzieli, że nie mają śladów! — wrzasnęła, niespodziewanie zarówno dla ciotki, jak i dla samej siebie, jednocześnie waląc ręką w stół, aż zadźwięczały naczynia. — Uważają, że po prostu uciekła — dodała ciszej, głosem pełnym czarnej rozpaczy. — Że miała dość zgrywania odpowiedzialnej mamuśki i… po prostu… nas zostawiła.
— Bzdura, przecież to kompletnie nie w jej stylu — zdenerwowała się Ruby. — Esther jest najbardziej oddaną matką z całej naszej rodziny, a wierz mi, zdążyłam się na to w życiu napatrzeć.
— Mówiłam — jęknęła cicho. — Próbowałam to wytłumaczyć temu dzieciakowi w mundurze, ale on traktował mnie tak, jakby miał do czynienia z rozhisteryzowaną małolatą. Wtedy, w czwartek, zapewniał, że będą jej szukać, a dzisiaj wyjechał mi z tekstem, że wszystko wskazuje na dobrowolne zniknięcie, i że nie mogą jej zmusić do powrotu nawet, jeśli ją znajdą. A nie znajdą, bo przecież — podkreśliła dobitnie, sfrustrowana i wściekła — okoliczności nie wskazują, by padła ofiarą porwania — zaznaczyła palcami cytat. Głos miała przepełniony ironią, ze złości łzy napłynęły jej do oczu. Zamrugała, żeby się ich pozbyć i kontynuowała: — Więc zbył mnie pustą obietnicą, żebym nie zawracała mu dupy, także sądzę, że na policję jednak nie ma co liczyć. Musimy działać na własną rękę.
— Tak jest. — I to była dobrze znana, dziarska, stara Ruby, z której opadł już pierwszy szok, a teraz napędzała ją wściekłość. — Wydrukujemy ogłoszenia, choćbyśmy miały nimi obkleić całe to cholerne miasto, choćby ekolodzy wyklęli nas publicznie, choćby ktokolwiek próbował nas powstrzymać. Wrzucimy też posty do mediów — ciągnęła. — Mam znajomego, który prowadzi poranne wiadomości, urobię go, żeby wcisnął krótkie ogłoszenie pomiędzy te swoje wywody.
Erin zerwała się z krzesła, natychmiastowo gotowa do działania, ale ciotka od razu ostudziła jej zapał.
— Spokój. Nie zarwiemy kolejnej nocy i nie będziemy angażować w to młodej. Ty jutro idziesz do pracy, a ja mam wolne, więc wyprawię ją do szkoły i zacznę działać. Jak wrócisz, to mi pomożesz. A teraz spać — zarządziła. — Nikomu się nie przysłużysz ledwie żywa ze zmęczenia. I nie snuj ponurych rozmyślań, mała — przytrzymała jej dłoń w swojej, a Erin poczuła się tak, jakby znów miała jedenaście lat i trzeba było dodać jej otuchy. Mimo upływu czasu, od Ruby wciąż promieniował ten sam spokój i dobra energia.
— Dobrze — szepnęła, w głębi duszy wdzięczna za krótkie, rzeczowe rozkazy, jak w wojsku. W takim stanie nie potrafiła podjąć nawet najgłupszej decyzji.
Padła na łóżko tak, jak stała, nie troszcząc się o zdejmowanie spódnicy, bluzki czy rajstop, i zasnęła w ułamku sekundy.

—•—

10 maja 2024, piątek

— Erin, mogłabym z tobą zamienić słówko?
Zdrętwiała na ułamek sekundy, bowiem zamienić słówko najczęściej oznaczało złe wieści. Nieprzyjemne. Takie, z których trzeba się będzie spowiadać.
Westchnęła w duchu.
— Jasne — uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem do nauczycielki Mayi i pozwoliła jej poprowadzić się w odległy kąt korytarza.
— Słuchaj… — zaczęła, siadając na niskiej ławeczce i gestem dając znać, bo Erin zrobiła to samo. — Martwię się o Mayę. Co z jej matką?
Też chciałabym wiedzieć, co z jej matką, pomyślała Erin, usiłując skoncentrować się na słowach kobiety.
— A co ci powiedziała?
— Twierdzi, że mama wyjechała na wakacje.
— Że co?
Do głowy by jej nie przyszło, że Maya wymyśli jakąś niestworzoną historię, zamiast wyznać, jak jest naprawdę. Nie była kłamczuchą ani nie chodziła na skróty — do tej pory cechowała ją szczerość i przyjmowanie rzeczywistości taką, jaka była. To było do niej niepodobne.
— Erin — powtórzyła nauczycielka, ściągając na siebie jej uwagę. — Potrzebujecie pomocy?
Tak, miała na końcu języka.
— Nie — posłała jej blady uśmiech, prawie nie-uśmiech. — Czy Maya coś przeskrobała?
— Skąd. To grzeczne, kochane dziecko. Po prostu się o nią martwię.
— Porozmawiam z nią — ucięła dyskusję Erin, podnosząc się z niewygodnej ławki. — Po prostu tęskni za matką. Ale Esther niedługo wróci — dodała. W jej głosie brzęczała stal.
Jeszcze długo po tym, jak opuściła szkołę, nawet wtedy, gdy znalazła się w domu, czuła na karku palące spojrzenie tamtej kobiety.

—•—

18 czerwca 2024, wtorek

Przez kuchenne okno wpadało popołudniowe słońce, pomarańczowe jak wielka kula ognia, głaszcząc swoimi długimi paluchami stół i stojącą na nim miskę z owocami. Kuchnia pełna była udręczonych kobiet w ilości dwóch i pół, przy czym najmłodsza z nich milczała, zwinięta w kłębek na krześle.
Ruby zacisnęła usta w wąską linijkę. Wielkim wysiłkiem powstrzymywała się, by nie rzucić telefonem o podłogę.
Erin objęła się ramionami, usiłując zapanować nad drżeniem. Na wściekłość nie starczyło jej już sił. Była zmęczona, wykończona. Od ponad dwóch miesięcy nie przespała porządnie ani jednej nocy. A kiedy udało się jej zasnąć, śniła koszmary. Pod oczami miała sine cienie, a same oczy zmatowiały, straciły swój dawny blask. Czuła się tak, jakby ktoś wyrwał z niej serce i ukrył je gdzieś daleko.
— Ta niepewność nas w końcu zabije — mruknęła Ruby, obracając w dłoniach paczkę papierosów, to wyciągając jednego, to znów chowając. Nie paliła w domu. Ale jeszcze przed dwoma miesiącami nie robiła wielu rzeczy, które teraz były dla niej czymś rutynowym. Przedtem nie znała na pamięć numeru na komisariat, ani nie orientowała się, jakie nazwiska noszą te szczeniaki, podające się za policjantów. Do niedawna wierzyła, że warto powierzyć swój los stróżom prawa, ale teraz była zawiedziona. Na całej linii.
— Mi to mówisz?
— Taa, nieważne.
— Uhm, nieważne.
Najbardziej dobijający był fakt, że mogły tylko siedzieć i czekać. I modlić się, chociaż nie były wierzące, żeby wszystko w końcu wróciło do normy.
— Położę Mayę spać. — Ruby podniosła się z krzesła i wzięła małą na ręce. — Sprawdź ogłoszenia. Może ktoś się odezwał.
— Chyba sama w to nie wierzysz.
— Sprawdź — nalegała. — Może komuś się coś przypomniało.
Erin przewróciła oczami, wyjęła z kieszeni telefon i uruchomiła stronę, na której zamieściły prośbę o pomoc. Jak zwykle na widok siostry serce ścisnęło się jej z żalu, bo na tym zdjęciu Esther uśmiechała się tak szczerze i zaraźliwie, jakby wszystkie problemy pozostawiła gdzieś za sobą. Przeleciała wzrokiem tekst, który właściwie znała już na pamięć, a który opisywał suche fakty, jak wygląd, znaki charakterystyczne i ubranie, które prawdopodobnie miała na sobie tamtego dnia.
Początkowo nie zwróciła najmniejszej uwagi na czerwoną kropkę, sygnalizującą nadejście nowej wiadomości, lecz kiedy ją w końcu zauważyła, zmarszczyła brwi. Wiem, co się stało z twoją siostrą, głosiła treść. Może pomogę. Spotkaj się ze mną w Central Parku jutro wieczorem. I nikomu ani słowa.
— Ruby! — zawołała, a jej głos był jak napięta struna, gotowa w każdej chwili się zerwać. — Ruby!
Dwa szybkie kroki i ciotka już była przy niej, poklepując ją delikatnie po twarzy. Coś przy tym mówiła, ale Erin nie słyszała jej słów. Powoli przestawała ją także widzieć. Zdążyła jeszcze podać Ruby telefon z treścią wiadomości widniejącą na wyświetlaczu, zanim ciemność otworzyła nad nią paszczę i porwała ją ze sobą.

01/07/2024

Lipcowa lista obecności

Czas na lipcową listę obecności, która będzie trwać:

od 1 lipca do 5 lipca, do godziny 23:59

  1. Na listę obecności zobowiązani są wpisać się wszyscy autorzy, którzy chcą pozostać na blogu. Proszę o wpisywanie się z zalogowanego konta, podając imię i nazwisko postaci oraz, jeśli nie zostało to jeszcze zawarte w odpowiednich zakładkach, wykorzystywany wizerunek oraz wykonywany zawód wraz z przypisanym sektorem
  2. Osoby przebywające na urlopie nie muszą wpisywać się na listę obecności, jeśli jednak macie taką możliwość, jak najbardziej możecie dać znać, że jesteście. Z kolei osoby, których urlop kończy się w trakcie trwania listy obecności, muszą się na nią wpisać.
  3. Na listę obecności muszą wpisać się też autorzy, którzy dołączą na bloga w trakcie jej trwania.
  4. Jeśli zaistnieje taka potrzeba, listę obecności można zasłonić kartą postaci lub postem fabularnym.
  5. Karty postaci autorów, którzy nie wpiszą się na listę obecności, zostaną przeniesione do wersji roboczych i będą widnieć tam do 10 lipca włącznie. Po upływie tego terminu karty wraz z mailem zapewniającym dostęp do bloga zostaną usunięte.