Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

27/01/2019

2091. Nie jesteś problemem do naprawienia. Jesteś cudem do odkrycia.

Wczoraj minęło dokładnie pół roku od tego pamiętnego dnia, w którym straciłam prawie wszystko, co wiązało się z moim dotychczasowym życiem i zamieszkałam pośród ponad ośmiu milionów zupełnie obcych ludzi w Wielkim Jabłku, a ja wciąż nie mogłam się z tym pogodzić i zapewne, gdyby nie towarzystwo wiernych czworonogów, pogrążyłabym się w otchłani rozpaczy, przekonana, że na zawsze będę już tylko pustą marionetką pozbawioną wielu ważnych fragmentów nieśmiertelnej duszy.
Bo co prawda od blisko tygodnia zauważyłam pewne zmiany zachodzące w swoim wnętrzu, a większość dawniej luźnych ubrań stała się zdecydowanie za ciasna, lecz zwykle trzeźwo myślący umysł z uporem osła odrzucał jakże proste rozwiązanie kryjące się pod jednym krótkim, lecz zarazem przerażającym dla mnie słowem: ciąża. Przecież tylko raz zdarzył mi się szybki kontakt intymny z mężczyzną z trupy, który w dodatku teraz przebywał w krainie zmarłych, więc o niczym takim nie powinno być mowy. Nie mogłam urodzić pogrobowca jedynie przez zwykłe zagapienie się. Stałam właśnie u szczytu kariery zawodowej, a dziecko uniemożliwiłoby mi skutecznie jego zdobycie. Zresztą komu miałabym przekazać zarządzanie szkołą, gdy sama podjęłabym się obowiązku jego wychowania? Żadna z pomagających mi dziewczyn zwyczajnie się do tego nie nadawała. Były zbyt młode i roztrzepane.
Z takimi właśnie myślami jak co dzień w asyście depczącego mi po piętach Takara przekroczyłam próg budynku Dancing Heroes gotowa na kolejne spotkanie z uczniami. Tyle, że prowadzące na piętro schody już po kilku stopniach wydały mi się przeszkodą nie do przebycia, a niespełna minutę później otoczyła mnie nieprzenikniona ciemność. Czyżbym wreszcie miała się połączyć z rodzicami?

***

Najwidoczniej mój czas jednak jeszcze nie nastał, gdyż otworzywszy oczy, stwierdziłam, że leżę wraz z kilkoma innymi kobietami w wielkiej szpitalnej sali, a obok mnie stoi młody mężczyzna w białym uniformie.
-Cieszę się, że się Pani wreszcie ocknęła, Pani Park. - odezwał się. - Jestem tutejszym lekarzem położnym i to właśnie ja wykonałem badania, które jednoznacznie potwierdziły, że w przeciągu kilku godzin powinna Pani spodziewać się maluszka. Niestety wygląda na to, że wykazuje pewne problemy.
-A mianowicie? - spytałam nawet nie dając mu dokończyć i prostując się na łóżku.
-Radziłbym ograniczyć wszelkie nagłe ruchy. - ostrzegł. - Otóż wygląda na to, że płód jest nosicielem mutacji genetycznych, które w niedalekiej przyszłości mogą stać się przyczyną wielu chorób, między innymi epilepsji. Będzie musiał być, więc pod stałą opieką medyczną.
-Rozumiem. - potwierdziłam krótko, przyswajając nowe informacje.

***

Jeszcze tego samego wieczoru stałam się chyba najszczęśliwszą osobą na tym globie, a to za sprawą średniej wielkości noworodka, który może i miał wrodzony defekt, ale patrząc na niego podczas, gdy ssał swój pierwszy płynny pokarm, przed ludźmi i niebem złożyłam uroczystą przysięgę, że nie ważne jakie przeciwieństwa przygotowałby dla nas przewrotny los, pokonamy je wspólnie.



***

Cytat użyty w nagłówku za Eweliną Stępnicką.

11/01/2019

2090. Will I lose my dignity? Will someone care?

CHASE

2016 | listopad

– O czym chciałaś pogadać?

Wyjął z kieszeni kurtki lekko zgniecioną paczkę papierosów i zapalił jednego. Dym uniósł się w górę, płynąc w tylko sobie znanym kierunku. Chase wyciągnął dłoń w stronę siedzącej obok niego dziewczyny. Nie doczekawszy się reakcji wzruszył ramionami, chowając paczkę z powrotem do kieszeni. Czekał, paląc w milczeniu. Nie poganiał jej; nigdzie mu się nie spieszyło. Pogoda była przyjemna, zwłaszcza jak na późną jesień. Przez kilka ostatnich dni padał deszcz, ale wiszące na niebie słońce osuszyło kałuże i mokrą ziemię. W powietrzu unosił się zapach świeżości i zapowiedź zimy. Świat wydawał się całkiem pusty, poza ich dwójką, tkwiącą na huśtawkach nieopodal szkoły podstawowej.

– Nie powinieneś tu palić, Chase.

Skrzywił się, słysząc upomnienie, jak wtedy, gdy miał sześć lat i zwinął maluchowi z piaskownicy odjazdowy samochodzik. Ona mówiła do niego takim samym tonem, zawsze dodając na końcu jego imię, jakby miał kłopoty ze zidentyfikowaniem, do kogo powinny trafiać jakie słowa. Doskonale wiedział, że nie powinien palić na placu zabaw (co więcej, rozumiał nawet dlaczego, chociaż wydawał się tym absolutnie nie przejmować), ale czyż nie na tym polega wczesna młodość, by świadomie i bezczelnie łamać obowiązujące reguły?
Rzucił niedopałek na ziemię i, trochę na złość dziewczynie, trochę z wewnętrznej potrzeby, zapalniczką przypalił kolejnego papierosa. Denerwował się, jakby przeczuwał, że to, co ma mu do zakomunikowania z pewnością nie będzie przyjemne. Ta jej postawa, zwieszona głowa, wzrok wbity to w niego, to w ziemię, nakazywały mu rozważać w głowie najczarniejsze scenariusze. Nie to, żeby łączyło go coś więcej z siedzącą obok istotą, poza dwoma, może trzema wspólnie spędzonymi nocami, które były dla niego jedynie odskocznią od ponurej rzeczywistości. Nie uznał za stosowne jednakże wspomnieć o tym głównej zainteresowanej, bo... Bo najpierw nie było kiedy, a potem było już za późno.

– Chase.

Powstrzymał się od przewrócenia oczami, jednocześnie specjalnie wypuszczając dym prosto w jej stronę. Wiatr zdecydowanie mu sprzyjał. Nie zamierzał na nią spojrzeć; jej obecność drażniła go. Najpierw nalegała na rozmowę, już, teraz, natychmiast, potem siedziała i nic. Paplała o jakichś bzdurach, pouczała go, wytykała mu błędy, usiłowała zwrócić uwagę. Wymawiała jego imię w ten sposób. Znienawidzony sposób. Miał ochotę pokazać jej język, albo i środkowy palec, a potem pójść w byle jakim kierunku – byle przeciwnym do jej trasy.
Celowo się nie odzywał, bo chciał wymóc na niej konkrety. Skoro aż tak jej na tym zależało, musiało stać się coś poważnego. Nie chciał jednak dopuścić do siebie myśli, że będzie musiał jej pomóc; jeśli o niego chodziło, wolał się migać od odpowiedzialności jak tylko umiał. Nie czuł się gotowy na nic, co wymagało zaangażowania, lub, co gorsza, wsparcia finansowego. Wspominała mu kiedyś, że ma kłopoty z mieszkaniem; jej rodzice niewiele mogli. Pracowała w jakimś butiku, nigdy tam nie był; studiowała zaocznie pedagogikę. Nie wiedział, co sprawiło, że los zetknął ze sobą właśnie ich, dwa przeciwne bieguny, które poza łóżkiem nie miały najmniejszych szans porozumieć się w cywilizowany sposób.

– Jestem w ciąży – oznajmiła w końcu, a Chase poczuł, jak krew w jego żyłach ścina lód, zmieniając je w zastygłe, czerwone korytarze. Zaciągnął się mocniej papierosem, z trudem unosząc rękę do ust i walcząc z odruchem wymiotnym. Twarz momentalnie przybrał obojętną maską pokerzysty, ale w jego wnętrzu wszystko ze stanu zlodowacenia powoli przemieniało się w rozdygotaną galaretę. Nie patrzył na nią, ale czuł na sobie jej wzrok. Oczekiwanie. Czegoś od niego chciała, tej myśli nie był w stanie znieść. Trzęsły mu się dłonie, ale nawet nie zwrócił na to uwagi.

– To nie mój problem – wychrypiał w końcu, najbardziej odrzucającym tonem, na jaki było go stać. Chciał, żeby ją zabolało. W końcu nikt nie kazał jej pakować się w taką sytuację. Powinna się liczyć z konsekwencjami; on o wszystko zadbał, a teraz był w potrzasku i to zdecydowanie jej wina. Tak sobie przynajmniej wmawiał. Chciał, tak bardzo chciał poczuć się odrobinę mniej winny. Odrobinę bardziej wolny.

– Chase. Będziemy mieć dziecko – powtórzyła, uważnie obserwując jego bardzo bladą, bardzo zaciętą twarz. Niepewnie dotknęła jego ramienia, odzianego tylko w cienki szary sweter i dżinsową rozpiętą kurtkę. Wyrwał się jej w ułamku sekundy, jakby jej dotyk parzył i ranił aż do kości. – Co?

– Ty. – Powiedział ponownie, patrząc na swoje poranione dłonie. – Ty będziesz mieć dziecko – dodał, przydeptując niedopałek trampkiem i odchodząc, nie wiedząc nawet dokąd, byle dalej od niej. Udawał przy tym, że wcale nie słyszy jej nawoływania do powrotu, jej płaczu, a przede wszystkim – że ani trochę go to wszystko nie obchodzi. 



CHLOE

Przez niedosłonięte rolety wpadał snop światła, łaskocząc ją w nos. Przewróciła się na drugi bok, ziewnęła i powoli otworzyła oczy. Duże, zamglone, barwy granatowego nocnego nieba. Zagrzebana w pościeli czuła się wyjątkowo błogo, jak nigdy, chociaż nie do końca wiedziała, gdzie się znajduje. Osoby, która spędziła noc obok niej, już nie było w łóżku. Leniwym gestem sięgnęła do kieszeni leżących na podłodze dżinsów, skąd wydobyła uparcie wibrujący telefon. Na wyświetlaczu wyświetlił się napis: Chase.

– Cześć.

Głos miała zachrypnięty, rozespany. Ten po drugiej stronie był roztrzęsiony, jakby stało się coś, co kompletnie wytrąciło go z równowagi. Zawsze się o niego martwiła. Był taki inny, niepasujący do społeczeństwa. W pewnym stopniu go rozumiała; ich podobieństwo przejawiało się niemal w każdym aspekcie życia.

– Chase – jęknęła, masując sobie obolałą skroń. – Gdzie jesteś? Ja już wychodzę.

Rozłączyła się, naprędce zrzucając z ramion za dużą koszulkę dziewczyny, w której mieszkaniu spała. Jej krótka, pseudoskórzana czarna bluzeczka skotłowała się w jakąś kolorową kulę, razem ze spodniami i cudzą kurtką leżącą na podłodze. Była wymięta, ale Chloe machnęła na to ręką, porządnie zapinając guziki. Nie chciało jej się nawet szukać stanika ani paska do dżinsów. Znając własne szczęście, zdążyła już podać Nieznajomej numer telefonu zarówno do siebie, jak i do Chase'a, więc ewentualny odbiór zagubionych rzeczy nie powinien być problematyczny. Szybko naciągnęła za szerokie, jasnoniebieskie spodnie, dla lepszego efektu popisane mazakami i podziurawione. Założyła skarpetki i buty, w biegu złapała sztuczne futerko ufarbowane na głęboką zieleń i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi.
Zwolniła kroku, kiedy znalazła się przed klatką, oczarowana widokiem, na który, będąc tu późno w nocy, nie zwróciła przedtem uwagi. Długi chodnik z dużej, popękanej płyty otoczony był z obu stron przez wysokie drzewa. Bloki, chociaż stare i szare, nadawały specyficznego klimatu. Chloe, która uwielbiała piękno otaczającego ją świata, przystanęła jak urzeczona, napawając się urokiem małego osiedla. Potem jednak potrząsnęła głową i pogrzebawszy chwilę w wewnętrznej kieszeni płaszcza, wydobyła z niej paczkę z resztką papierosów. Zapaliła jednego, wypuszczając dym w górę. O tej porze większość ulic przemierzały starsze panie z siatami pełnymi zakupów, czasami jacyś zabiegani studenci. Ludzie na ogół byli w pracy lub w szkole, toteż mogła spacerować praktycznie pustymi dróżkami. Nie miała daleko; bar, w którym zatrzymał się Chase był odległy o zaledwie dziesięć minut żwawego marszu.
Na widok brata ogarnęła ją senność i zmęczenie. Siedział zgarbiony przy stoliku, głowę miał opuszczoną. Nie widziała jego twarzy. Tuż przed nim na tacy leżały niedojedzone frytki i papierowy kubek z kawą. Kiedy się podniósł, wydał jej się znacznie starszy niż swoje dwadzieścia lat. Rzucił kilka słów w stronę znudzonej kasjerki i wyszedł na zewnątrz, stając obok niej. Czując zapach jedzenia, dopiero teraz dotarło do niej, jaka jest głodna.

– Cześć.
– Cześć.

Wyciągnął w jej stronę papierosa, którego chętnie przyjęła, mimo, że przed chwilą skończyła poprzedniego. Rano zwykle była kompletnie nie do życia. Chase pożyczył jej zapalniczkę; nie mogła znaleźć swojej. Miała tendencję do wrzucania swoich rzeczy byle gdzie, byle jak, byleby w obszarze własnej strefy komfortu. I nawet, jeżeli potem biegała po całym domu, w panice szukając czegoś, co było jej akurat potrzebne, w jej zachowaniu nie zmieniło się nic.
Kiedy palili, brat nie odezwał się ani słowem. Chloe na niego nie naciskała. Wiedziała, jaki jest, znała go przecież nie od dziś. Przydeptał niedopałek butem i gestem zaprosił ją do środka. Przysiadła się do jego stolika i wzięła w dwa palce zimną, miękką frytkę, po czym wzruszyła ramionami i wsadziła ją sobie do ust. Żuła przez chwilę, czekając, aż się odezwie.

– Anabelle jest w ciąży – wykrztusił w końcu, wbijając wzrok w swoje paznokcie. Chloe przestała na chwilę jeść, zerknęła na niego. Spojrzenie miała cyniczne.

– Ona tak twierdzi? – spytała, obficie zanurzając frytkę w keczupie. Chase przyglądał się jej z niesmakiem. Niewzruszona posilała się dalej, czekając na jego odpowiedź.

– Powiedziała mi dzisiaj. Jakąś godzinę temu.

– Niech ci pokaże test albo wyniki badań. Cokolwiek. Może tylko tak gada, wiesz, jakie są baby.

– Ona chce czegoś ode mnie, Chloe. – Był bardzo zdenerwowany, miął w dłoniach cienką serwetkę i darł ją na drobne kawałeczki. – Chce czegoś. A ja nie chcę. Nie potrafię...

– Ciii, okej, okej – westchnęła dziewczyna, klepiąc go uspokajająco po ramieniu. Jej dotyk był delikatny jak piórko. Chase poczuł, jak jego spięte mięśnie rozluźniają się na kilka krótkich chwil. Lubił, kiedy do niego mówiła, potrafiła koić zszargane nerwy. – Jakoś to załatwimy.



CHLOE

2018 | styczeń

Dzwonek do drzwi wyrwał ją z głębokiego snu. Chloe niechętnie uchyliła jedno zaspane oko, potem drugie, przeciągnęła się, ziewnęła szeroko. Niespieszno jej było wychodzić spod ciepłej, nagrzanej kołdry, dlatego też ociągała się jak mogła. Wygięła kręgosłup w łuk, aż jej przyjemnie chrupnęły kości, podrapała się po rozwichrzonych włosach, czarnych jak węgiel. Wreszcie podniosła się z łóżka, czując, jak od natarczywego dzwonienia boli ją głowa.

– Cześć, Chloe.

Widok Anabelle w progu zaskoczył ją, co prawda, ale negatywnie. Nie spodziewała się nigdy w życiu ujrzeć jej tutaj, zwłaszcza po tym, co ponad rok temu powiedział jej Chase. Posłała przybyłej kwaśny uśmiech, wcale nie ukrywając swojej niechęci do niej i nie odezwała się ani słowem; przyjęła natomiast wdzięczną pozę, opierając się biodrem o futrynę i blokując przejście drugą dłonią. Palce Anabelle zacisnęły się na rączce wózka dziecięcego tak mocno, że aż zbielały jej kostki. Twarz jednak pozostała nieprzenikniona. Ewidentnie przyszła tutaj w konkretnym celu i nie było siły, że porzuci ów zamiar, niezależnie od tego, jak niemiła będzie dla niej lokatorka. 
Chloe właściwie nie znała Anabelle Ayers, jedynie z opowieści. Widziała ją może ze dwa razy w życiu (oba z bezpiecznej odległości), a jej zachowanie było jednym z powodów, dla których Chloe wyrobiła sobie o niej takie, a nie inne zdanie. Prawda przedstawiała się tak: cokolwiek Ayers robiła, stawiała się w roli ofiary. Nie miała zielonego pojęcia, co Chase w niej zobaczył – była aż do bólu grzeczna, pokazowo niewinna i w dodatku studiowała pedagogikę – i gdyby to zależało od niej, na matkę jego ewentualnego dziecka chętniej wybrałaby nawet tę sąsiadkę z dołu, która ubierała się jak rasowa prostytutka – ona przynajmniej miała jakiś charakter. Chloe uważała, że Anabelle była płaska jak dwuwymiarowy rysunek i tak barwna, jak rozcieńczona akwarela. Ubierała się idiotycznie porządnie, w spódnice za kolano i bezkształtne koszule, w których to strojach wyglądała jak pracownica sporej korporacji; i jakby miała ze trzydzieści lat. 

– Zgubiłaś coś? – spytała wreszcie, patrząc jak pozbawione wyrazu oczy Anabelle błądzą po klatce schodowej, jakby nie wiedząc, gdzie właściwie spocząć. Dziewczyna omiotła wzrokiem blade, odkryte uda Chloe, która miała na sobie tylko cienką koszulkę brata, zakrywającą niewiele, ale wystarczająco, i bordowe majtki. Jej mimika wyrażała coś na kształt dezaprobaty.

– Chase'a – odparła powoli, z trudem odrywając spojrzenie od chudych nóg i przenosząc je na twarz rozmówczyni. Oczy miała jednocześnie nieobecne i maksymalnie skupione. Odkaszlnęła, uśmiechnęła się kątem ust, a widać było wyraźnie, że w ów uśmiech wkłada całą swoją życiową energię. – Szukam Chase'a. 

– Nie sądzę. – Chloe mówiła bardzo spokojnie, ale jednak stanowczo, mając nadzieję szybko pozbyć się niechcianego gościa. Zerknęła na śpiące dziecko w wózku, ale nie umiałaby oszacować jego wieku. Nie znała się na dzieciach i niespecjalnie ją one obchodziły. Nie przypuszczała, by kiedykolwiek miała mieć swoje; a tym bardziej, że ktokolwiek chciałby je sobie z nią zafundować. – Chase nie jest  r z e c z ą,  Anabelle. Nie należy do  c i e b i e,  ok? Nic mu do tego małego człowieka, którego ze sobą przytargałaś, sama zresztą nie wiem po co. 

Gdyby spojrzenia mogły zabijać, Chloe Vrubel leżałaby martwa na zimnej podłodze. Anabelle przeszywała ją wzrokiem tak lodowatym, jakiego nigdy przedtem nikt u niej nie widział. 

– Maddie jest  j e g o  córką. My naprawdę potrzebujemy pomocy, wiesz?

Chwilę przed tym, zanim Chloe przepuściła dziewczynę w drzwiach, obie stoczyły niemą walkę na raniące spojrzenia.




CHASE

We włosach miał pełno śniegu.
Czuł go na całym ciele, na rękach, karku i powiekach, nawet w ustach. Co jakiś czas musiał ocierać wierzchem dłoni krew, która płynęła z wargi. Trochę kręciło mu się w głowie, ale szedł szybko, gniewnie, nie zważając na nic. Nie czuł zimna, mimo rozpiętej kurtki, pod którą miał tylko poszarpaną, wyblakłą koszulkę, niegdyś intensywnie zieloną. Przenikliwy wiatr szarpał go w prawo i w lewo, a Chase był w takim nastroju, że zabiłby nawet ten wiatr, gdyby tylko mógł. Klnąc pod nosem zmierzał w stronę domu. Był brudny. Brudny od śniegu i żwiru na ulicy, od zaschniętej krwi i błota. Brudny i mokry. Mokry i brudny.
Załomotał do drzwi, które jego siostra zawsze zamykała na noc. Nie podejrzewał, by już wstała, chyba nie miała dzisiaj nic do roboty. Pewnie wylegiwała się w łóżku. Może ją właśnie obudził. Nie obchodziło go to ani trochę.
Chloe jednak wyszła na korytarz, zamiast wpuścić go do środka. Wzrok miała aż nad wyraz poważny. Zlustrowała go od stóp do głów, lekko unosząc brwi, jak zawsze, kiedy wracał poraniony do domu.

– Chase. Jesteś.
– Co z tobą, Cleo, to popieprzone. Wpuść mnie.

– Nie możesz. – Zagrodziła mu drzwi, mówiła szeptem. Nachyliła się jeszcze bliżej, jakby chcąc wyznać sekret, który na zawsze ma pozostać tajemnicą. – Anabelle jest w środku.

Chase poczuł się nagle bardzo, bardzo zmęczony, jakby uszło z niego całe powietrze. Osunął się po ścianie, siadając na zimnej posadzce i podciągając kolana pod brodę. Wyglądał na jeszcze młodszego, niż był w rzeczywistości. Wyglądał bezbronnie. B y ł – bezbronny jak mało kto. Wydawało mu się, że jego głowa waży chyba z tonę. Chloe uklęknęła tuż obok, patrząc na niego z mieszaniną skruchy, troski i smutku w oczach. Jej oczy zawsze miały w sobie dużo smutku, jego także.

– Przepraszam. Nie wiedziałam, co robić.
– Nie twoja wina – westchnął. – Czego ona chce?
– Nic konkretnego nie powiedziała. Tylko, że potrzebują pomocy, ona i... to dziecko.

To dziecko.
Jego nogi chciały się zerwać do biegu i uciec, ale ciało go nie słuchało. Nie mógł zrobić nawet jednego, najmniejszego gestu, jak choćby odgarnąć sobie z czoła włosy, które wchodziły mu do oczu. Po prostu nienawidził Anabelle, siedzącej tam w środku, jej kazań o tym, że zachowuje się jak dzieciak i kompletny idiota. Miał dwadzieścia jeden lat. Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że dwudziestojednolatkowie również gdzieś w głębi są dziećmi, choćby wymagało się od nich dojrzeć w ciągu jednego dnia. Nikt nie przejmował się przecież dwudziestojednolatkami, którzy nie potrafili dorosnąć, a może ktoś jednak powinien.
Kiedy Anabelle wychyliła głowę z mieszkania, jego mieszkania, Chase nagle znalazł w sobie siłę, by zniknąć.



Dzięki za dobrnięcie do końca! ♥
Tak, to ta część, w której Chase wychodzi na dupka. Nie bijcie.

05/01/2019

2089. Mystery of love


120 dni, tyle czasu zajęło mi zrozumienie jak smakuje miłość. 120 dni to w zasadzie ⅓ roku. To wiele straconych dni, tygodni, miesięcy… Tyle czasu jednak potrzebowaliśmy, żeby się odnaleźć. 120 to liczba idealnego ciśnienia skurczowego. 120 uderzeń na minutę, to tempo w którym uwielbiam zatracać się w weekendowe noce; to elektroniczne brzmienia błogiej odysei, swoistego snu na jawie. W 120 listach, zaklęte są wspomnienia, zapisane czarnym inkaustem na nieskazitelnej bieli papieru, który chłonie wszystko. I może właśnie dzięki temu, będą już nieśmiertelne, my zaś będziemy żyć wiecznie. W 120 dniach.

Listy wybrane:

27 sierpień 2018, São Miguel
Drogi Archardzie,
Minął już tydzień, dasz wiarę? Siedem dni powoli płynącego czasu, zakrzywionej czasoprzestrzeni, gdzie słońce zawsze świeci, a ocean pozwala na przygody w swoim odmęcie; siedem dni niewyczerpanych wręcz pokładów rozkoszy, gdzie dzień i noc zdają się zlewać w jedność, zawsze zaczynając się i kończąc od uścisku dłoni, który przeradza się w pieszczoty o wiele pikantniejsze niż ich skromny prowodyr, pozwalając nam obojgu zajrzeć czasem za bramy Edenu. Ponoć w siedem dni nie sposób poznać człowieka i nie twierdzę, że Cię już rozgryzłam, choć nie przeczę, że próba rozwikłania Twojego charakteru to pasjonująca zagadka, której wciąż staram się podołać; zadziwiające jest natomiast jak w siedem dni można zbliżyć się do drugiego człowieka, w niewyobrażalny sposób, przywiązać się do kogoś i to bez słów. Ja się tak od Ciebie uzależniłam, choć trwam w przeświadczeniu, że poczyniłam to w ten pozytywny sposób. Po prostu dobrze mi, gdy jesteś obok - bez zbędnych słów i czynów. Tylko tyle. 

Pamiętam jak obudziłam się tego dnia, wraz z pierwszym blaskiem słońca i podziwiałam w ciszy Twoje naznaczone biegiem burzliwych wydarzeń ciało. Ostrożnym spojrzeniem, z wyczuciem i delikatnością, wędrowałam od jednej szramy do drugiej, znacząc tylko mi znany szlak ran, które dawno zasklepione, tylko z pozoru mogły nie dawać o sobie znać. Co się bowiem działo w środku i jak wielkim piętnem rzutowały one na Twoim życiu? Tak daleko nie pozwoliłeś mi zajrzeć. Mimo to, lubię wspominać ten poranek i widok Ciebie - mężczyzny silnego, poważnego, niezłomnego i pełnego odwagi - gdy spowity słodkimi objęciami Morfeusza, byłeś tak spokojny i być może po raz pierwszy w życiu, tak niewinny. Wpadające przez niewielkie okienko promyki słońca, przyozdabiały twoją pełną pamiątek z wojen skórę, nadając temu widokowi wyjątkowości. Były niczym anielska poświata na najwspanialszym kruszcu zachwycającego posągu.
Ten dzień pachniał ananasem - soczystym i słodkim, smakiem całkowitego zatracenia dla czegoś równie wspaniałego. Było ekstatycznym przeżyciem na łamach natury, czymś zupełnie banalnym, a obfitującym ogromem przeżyć. Przy Tobie wszystko było łatwiejsze, a rzeczy proste nabierały wyjątkowego charakteru - tak jak i ten owoc, który jedliśmy w zaciszu tropikalnych drzew, by następnie kosztować pozostałości jego słodyczy na własnej skórze, w zaciszu ukrytej wśród skał plaży. To zaś miało się już nigdy nie zmienić. Z Tobą każdy dzień miał już być wyjątkowy, choć o tej niezwykłości przyjdzie nam się przekonać dopiero za jakiś czas. Tego jestem pewna, wierząc, że wakacje, takie jak te, nigdy nie będą miały końca.
Twoja, 
Sófia



2 wrzesień 2018, São Miguel
Drogi Archardzie,
André Aciman w swojej powieści, stwierdził, że to czas nadaje chwilom sentymentu. Pojawiłeś się i zniknąłeś z mojego życia, w którym nic się nie zmieniło; żadne z nas z resztą nie przeszło drastycznej odmiany, a mimo to, nic nie było już takie jak dawniej. Niewątpliwie po Twoim zniknięciu pojawiła się w nim pustka, ciężka do wytłumaczenia, całkiem niepozorna, a pożerająca od środka, po cichu, cząstka po cząsteczce, każdego dnia coraz mocniej. To nie była tęsknota, nie taka jaką żywi się za utraconą miłością, niewątpliwie było to jednak coś wyjątkowego, specjalnego, niespotykanego codziennie. Kłamstwem byłoby, gdybym napisała, że tego dnia płakałam, że odczuwałam żal z powodu rozejścia się naszych dróg. Każde ruszyło w swoją stronę, ścieżką obraną zawczasu - byliśmy dla siebie tylko zapomnieniem, błogością towarzyszącą ciepłym dniom, letnią bryzą i słodyczą o smaku ananasa. Żadne z nas nie myślało o niczym wznioślejszym, tak jak i żadne z nas nie sądziło że będzie o sobie na powrót snuło fantazje. Miałeś być dobrym wspomnieniem, które z uśmiechem na ustach będę przywoływać, gdy miną lata, a chłód jesiennych wieczorów, zasugeruje odszukanie w zakamarkach pamięci odrobiny ciepła, rozpalającego zmysły żywym ogniem. Stałeś się jednak czymś o wiele więcej, wiesz o tym...
Pamiętam, jak kilka lat temu, w pewne upalne lato, w urokliwym miasteczku w samym sercu toskańskiej idylli, jeden młody Włoch uczył mnie partyzanckiej piosenki swoich rodaków. W ten upalny wieczór, przy świetle ulicznych latarni, na miejskim placu, wraz z okoliczną grupą grajków śpiewałam tą urokliwą piosenkę, która dawała mi wtedy wiele radości, urzekając żywa nutą, pomimo wprawiającego w nostalgię tekstu. I chociaż nie poruszała serc pięknych młodzieńców na równi z przedstawicielami ich płci o dwa pokolenia starszych, dla mnie była magiczna i zapadła już na dobre w pamięci. Śpiewałam Ci ją później w świetle gwiazd, gdy wyczerpana po pełnych uniesień chwilach, leżałam na twoim wciąż gorącym ciele, dowiadując się czym zajmujesz się w życiu. I chociaż nie byłeś owianym bohaterską czcią żołnierzem, ni walczącym dla ojczyzny partyzantem, bo nie biłeś się dla chwały, a jedynie dla ludzkiej głupoty, żądzy pieniędzy oraz wpływów, które w ostatecznym rozrachunku znaczyly tyle co zeszłoroczny śnieg, to z uśmiechem na ustach lubiłam Cię zawsze żegnać powtarzając radośnie „Bella, Ciao”. Wtedy wydawało mi się to czarujące, tak zwyczajnie promienne, stanowiąc oryginalne i beztroskie pożegnanie, skoro nie było pewnym czy zobaczymy się ponownie następnego dnia, nie mówiąc już o rozstaniu po upływie dwóch, niezwykłych tygodni.
Teraz, gdy tylko dochodzę do zwrotki o spaleniu ciała i pochowaniu na górskiej drodze w cieniu pięknego kwiatu, głos załamuje mi się gwałtownie, a serce krwawi na myśl, że coś mogłoby Ci się przytrafić, a ja nawet bym się o tym nie dowiedziała. I chociaż po włosku wysokie góry, brzmią słodko, sprawiając, że śmierć wśród górzystych stoków wydaje się być pysznym szaleństwem, na jakie tylko partyzant mógłby się porwać, nic jednak bardziej nie łamie mi serca, jak świadomość, że więcej miałabym Cię nie zobaczyć. Wtedy gdy ostatni raz żegnaliśmy się na pomoście, a ja ze śmiechem wypowiadałam swoją klasyczną sekwencje, był to ostatni raz gdy jej użyłam. Od tamtego czasu, nigdy już nie chciałam Cię stracić.
Twoja,
Sófia Silva Harrington



6 październik 2018, Nowy Jork
Drogi Archardzie, 
Pamiętasz mój głośny pisk w wyrazie nieopisanej radości i czułe zdrobnienie Twojego imienia, które wydobyło się wtedy spomiędzy moich warg, w chwili, gdy dostrzegłam Cię w tym maleńkim, osiedlowym sklepie? Tak bardzo skrzywiłeś się na dźwięk tych donośnych tonów, być może słusznie odkrywając zawczasu ułudę jaką ze sobą niosły. Bo ten okrzyk był tak naprawdę usilną próbą zagłuszenia zdania, które samo cisnęło się na usta - Pamiętam wszystko - niemo krzyczała każda komórka mojego ciała, pragnąc zostać usłyszaną. Tym jednym stwierdzeniem chciałam przywołać całą magię, jaką mieliśmy; całą intymność, o której wiedzieć nie mógł nikt; mieliśmy swój własny świat, ukryty gdzieś w realiach rzeczywistości, a stanowiący o całkowitym raju na ziemi. Tym byłeś dla mnie wtedy, na wyspie, a ponowny widok Ciebie przywołał wszelkie te niezwykłe chwile, dając złudne poczucie, że nie minął ponad miesiąc odkąd widzieliśmy się po raz ostatni, lecz było to raptem wczoraj. Przecież dopiero co przeżywaliśmy to wszystko... 
To właśnie zeszłej nocy Twoje dłonie poznawały zakamarki mojego ciała, język znaczył drogę ku ukrytym bramom niebios, a usta zapamiętywały kawałek po kawałku, największe słabości i najwspanialsze sukcesy, wypisane tylko Tobie znanym dialektem na mojej skórze. Przecież to było dopiero co, jak karmiłeś mnie opowieściami, których usłyszeć nie powinnam, z racji przekroczenia granic skrzętnie strzeżonych informacji, nie tylko o Twojej profesji, ale przede wszystkim o Tobie samym. Dzieliliśmy się wszystkim - uśmiechem, historią, nostalgią i beztroską. Byłeś moją radością, odrobiną rozsądku w świecie zapomnienia, odwagą, której mogło mi braknąć, siłą, której nigdy nie miałam. A ja chciałam być Twoim światłem, choćby jego namiastką, które swoim żywym blaskiem dodałoby Twojej codzienności nadziei. Pragnęłam Twojego szczęścia, bardziej niż czegokolwiek w życiu i może, być może całkiem prawdopodobne, że chciałam być Twoim odkupieniem i zapomnieniem - bezpieczną przystanią, w której mógłbyś odetchnąć i poczuć urzekający czar domowego ciepła. 
Nie spodziewałeś się mnie wtedy zobaczyć, najprawdopodobniej nie sądziłeś, że miejsce to będzie miało jeszcze kiedykolwiek, lecz przyznaj, czy to nie było szczęśliwe, choć niesłychane zrządzenie losu? Czy myślałeś, że zapomnę lub zwyczajnie Cię nie poznam? Łudziłeś się, że to tylko sen, a może próbowałeś wytłumaczyć to zmęczeniem, które okrutnie chciało płatać Ci figle? Bo czy życie mogło tak zaskakiwać?... Nie wiem czy od razu mnie rozpoznałeś, bo ja nie miałam wątpliwości, choćby przez chwilę, kogo widzą moje oczy. Poznałam Cię Archard. Choć tak naprawdę poznałam Cię wtedy na Azorach, w tym sklepie rozpoznałam Cię tylko na powrót.
Twoja, 
Sófia Harrington


9 listopad 2018, ?
Archer, 
To był Izrael? Ukryty pod ziemią muzyczny półświatek, znajdujący się w jednej z kamiennych budowli, stanowiącej tylko zgliszcza niedoścignionej świetności? Czy była to zatem urokliwa Hajfa lub nadmorski Tel Aviv? A może sam środek Syrii, gdzie mocne słońce skutecznie potrafiło rozstroić zdrowe zmysły. A może to była Palestyna, równie gorąca i niebezpieczna, zawirowana piachem unoszącym się obłokiem w powietrzu, z ludźmi dającymi porwać się żywiołowym rytmom, w znanym tylko nielicznym zakamarku miasta. Nie miało to znaczenia, wiem, że byłeś tam ze mną. Byliśmy tam razem. 
To byłeś Ty, to musiałeś być Ty. Czułam przecież powiew piżmu, twój dotyk na moim ciele, tam gdzie tylko dostęp mogły mieć w ostatnim czasie wyłącznie twoje szorstkie dłonie, chłodne niczym charakter, którym próbowałeś mnie nie raz zwieść. Nigdy nie byłeś tak przerażający, choć chyba chciałeś żebym takim Cię postrzegała. Ale nic nam nigdy nie groziło - nie można było przecież złamać serc, które nieskore były do miłości, nawet jeśli jej odurzający smak zwabił nas już wtedy w swoje sidła. 
Widziałam Cię, byłeś tam wtedy ze mną. W tym gorącym, pustynnym klimacie, przeżywałeś ten sam stan zatracenia, który towarzyszył wtedy mnie. I byłeś szczęśliwy, tak niesamowicie szczęśliwy, jakim Cię nigdy dotąd nie widziałam. Nie chciałam tracić tej wizji sprzed oczu. Dobrze mi było przy dźwiękach dwukrotnie przyspieszających bicie serca, będąc z Tobą. Śmialiśmy się oboje, tańcząc w rytmach kompletnego zapomnienia, pełni radości wielkiej jak nigdy dotąd, odcięci od wszystkiego, w jaskrawych, żywych barwach otaczającego nas świata. Towarzyszyło temu zapętlające się zdanie, powracające nieustająco z mantrą o niemożności zrobienia czegokolwiek bez Ciebie. To tak jakby pobranie życiodajnego tlenu do płuc było bez Ciebie niemożliwe, jakby największa w moim organizmie pompa sodowo-potasowa, nie chciała dalej działać zgodnie ze swoim przeznaczeniem, gdy nie było Cię w pobliżu. Miałam otępiałe zmysły, lawirując gdzieś na niebezpiecznej granicy jawy i snu, ale towarzyszyło temu poczucie, iż wszystko jest na swoim miejscu. Jak chwile z Tobą mogłyby być czymś złym? I jak my moglibyśmy być czymś niepoprawnym? Chciałam Ciebie, tak bardzo Cię pragnęłam i nie potrafiłam od tego uciec. Czy Ty, choć przez chwilę też tak miałeś? 
I spoglądałam na tą całą paletę otaczających nas barw, starając się zrozumieć, dlaczego tak proste zdanie, powoduje w moim organizmie tak silne wzruszenie. Miałam Cię przecież na wyciągnięcie ręki, choć nie mogłam dotknąć. Nie sposób było spijać z  Twych ust zaborczych i niecierpliwych pocałunków, które wywoływało niesamowite dla ludzkiej natury pożądanie, odsłaniające w nas obojgu tą dziką, być może złą, wręcz zwierzęcą odsłonę. Nie byliśmy subtelni, słodcy, delikatni, wszystko co razem rozbiliśmy stanowiło zawsze wulkan emocji, często całkiem sprzecznych. To nie powinno mieć miejsca, my nie powinniśmy mieć miejsca, a mimo to, razem mieliśmy coś, czego nie posiadał cały świat. Musiałeś zdawać sobie sprawę, że to było coś wyjątkowego. Godne zatracenia i zagubienia się w tym wszystkim. 
Tylko, że… To nigdy nie istniało. Były tylko trzy litery, tłumaczące wszystko - L S D . I brak Ciebie obok.
Sófia


9 grudzień 2018, Nowy Jork
Kochany Archardzie, 
Próbuje udawać, usilnie i bez końca, przekonać samą siebie, że Twój wyjazd nic nie znaczy; że jest jednym z wielu pożegnań dwójki ludzi, którzy cenią swoje towarzystwo. Kochankowie się nie żegnają, oni zawsze kończą znajomość, nim zrobi się niebezpiecznie. A więc przyjaciele - w te bezpieczne sformułowania należałoby ubrać naszą relację, która, myślę, że się ze mną zgodzisz, nigdy nie podlegała powszechnie przyjętym normom i konwenansom. Byliśmy wyjątkowi - Ty i ja, od samego początku, po dzisiejszy dzień. 
Obiecałeś wrócić, nie pozostaje mi więc nic innego, jak trzymać się kurczowo słowa, które raz mi dałeś. Wiem, że tych nie rzucasz nigdy na wiatr, jak na honorowego mężczyznę przystało. Dlatego ufam Tobie, a przede wszystkim staram się zaufać sobie, i przekonać się o obojętności z jaką wiąże się dla mnie ten pełen emocji moment. Bo Ty nie zwykłeś tęsknić i nie sądzę, byś myślał o mnie w chwilach, gdy będziesz udawał się na wojnę. Mnie do niej daleko, jest mi tak obca i obrzydła, że zestawione obok siebie musiałybyśmy tworzyć najrozpaczliwszy obraz jaki widział ten świat. Ale wierz mi, nie chcę żebyś zginął. A cichy głosik z tyłu głowy próbuje wymusić, by z ust wyrwało się nieśmiałe stwierdzenie - Chcę żebyś żył dla mnie
Pamiętasz, jak pewnego razu zabrałam Cię na taras opuszczonego hotelu Monte Palace? Roztaczała się stamtąd zapierająca dech w piersiach panorama na Sete Cidades, gdzie u brzegu jednego z jezior moi rodzice zdecydowali się na cichy, spontaniczny ślub. Przytoczyłam Ci w ten pochmurny poranek opowieść o księżniczce i pastuchu, którzy zakochali się pomimo dzielących ich przeciwności i kast społecznych. A potem, gdy musieli się rozstać, każde wypłakało rzeszę łez, z których w zależności od barwy tęczówek, powstały te dwa zbiorniki wodne. Jeden jest zielony, a drugi tryska żywym błękitem. Bliżej im do Twoich oczu, ale wiem, że to ja, byłabym gotowa wypłakać je oba, gdyby tylko coś Ci się stało. 
Na szczęście, Twoje i moje, nierozerwalnych Nas obojga - to miejsca nie miało. Zostałeś. Dla mnie. I powiedziałeś, to co zawsze pragnęłam usłyszeć, właśnie od Ciebie - Kocham Cię. Byłam już pewna, jak nigdy dotąd, że jesteś mężczyzną nie tylko z moich marzeń, jesteś kimś o wiele lepszym Archer. Bo choć ideały nie istnieją, a człowiek skory jest do potknięć, Ty jesteś najwspanialszą rzeczą, jaka przytrafiła mi się w życiu. Jesteś niezwykły. Stanowisz wprost nadzwyczajną perfekcję, wspanialszą niż moje najśmielsze sny. Nikt inny nie mógłby być moim lwem, nikt nie mógł zasłużyć na przydomek Leão, tak jak czynisz to Ty. Teraz już wiem, że wszystkie drogi prowadziły do Ciebie, bo wraz z Tobą, mam cały świat u swoich stóp; wszystko, dosłownie wszystko nabrało sensu. Każde moje marzenie prowadziło do Ciebie. I żałuję tylko, że zrozumienie tego zabrało mi aż tyle czasu. Straciliśmy go bowiem tak wiele!
Na zawsze kochająca Cię, 
Twoja Sófia


25 grudzień 2018, Nowy Jork
Kochany, 
Czy słowa w ogóle mogą oddać wspaniałość tego co mamy? Czy mógłby istnieć świat piękniejszy niż ten, który tworzymy wspólnie, doświadczając jego niezwykłego uroku z każdym kolejnym zaczerpniętym oddechem? 
Jest 25 grudnia, Boże Narodzenie, najpiękniejsze święta w ludzkiej kulturze. Zawsze je uwielbiałam, mając w zwyczaju spędzać ten pełen ciepła i miłości czas z rodziną, w przeogromnym gronie. A choć w tym roku także nie zamierzam zrywać z tą piękną tradycją, to jednak zostaję w Wielkim Jabłku, wyjątkowo szczędząc Azorom swojej osoby. Ale oboje chyba zdajemy sobie sprawę, że inaczej być nie może, w zaistniałych okolicznościach nie ma mowy o jakimkolwiek rozstaniu, nawet tymczasowym. Widzimy się zatem dzisiejszego wieczoru, a Ty otworzysz prezent z całym naręczem tych krótkich listów, stanowiących o całej naszej znajomości. Mógłbyś dostać wiele materialnych, zachwycających podstawowe zmysły rzeczy, ale karmiony przez lata swojej egzystencji życiem wyższych sfer, to mogłaby być tylko nic nie znacząca zabawka, rychło rzucona w kąt zapomnienia, ja zaś chciałam podarować Ci coś wyjątkowego. Papier można wprawdzie bez dowodów i poszlak z łatwością spalić, ufam jednak, że tego nie zrobisz, a ten osobisty i intymny podarunek docenisz. Dla mnie on znaczy wiele, bo pozwala zajrzeć Ci dalej niż komukolwiek do tej pory - w szalony odmęt mojej głowy. Nie wiem czy Cię to jednak nie przestraszy. Tak, Ciebie kochanie, bo może okażę się kimś innym niż zakładałeś. Nawet jeśli wiem, że Ty mnie też znasz, że poznałeś już w pełni, w trakcie tych pierwszych dni we dwoje. 
Formalnie jesteśmy dla siebie tylko dwójką przypadkowych osób, ale Ty też stałeś się częścią mojej rodziny, od chwili, gdy tylko zbliżyliśmy się do siebie. Możesz mieć inne nazwisko, nie znać niemal nikogo z członków mojej familii, nie mieć ze mną powiązania innego, nad to uczuciowe, ale jesteś nią, jesteś moją rodziną Arch. Nigdy w to nie wątp i wiedz, że w przyszłym roku Święta już w pełni spędzimy razem, jestem tego zupełnie pewna! Mam też nadzieję, że uczynimy to w znacznie pokaźniejszym gronie, jeśli tylko odważysz się poznać rodzinę Silvów i na powrót rozkochać się w klimacie wyspy, na której się poznaliśmy. A jeśli los okaże się łaskawy, może i mnie uda się zachwycić wspaniałością Libanu, który byłbyś mi w stanie pokazać. 
Wiesz, to zabawne, jak wszystko się ze sobą wiąże, jak pewne życiowe aspekty i wybory, które do tej pory pozbawione były głębszego sensu, nagle go nabierają i pokazują ci, że prowadziły w jednym, konkretnym celu - w moim wypadku, do Ciebie. Widzisz, w jednym z moich ulubionym brazylijskich przebojów z ostatnich lat, znalazłam odzwierciedlenie Nas. Piosenkę poznałam na długo przed Tobą, ale towarzyszy mi poczucie, jakby została stworzona dla naszej dwójki; bym w romantycznej osnowie tlącego się w kominku ognia, subtelnie mogła śpiewać Ci, że Cię pokochałam - Cheguei pra te amar. To do niej właśnie pragnę tańczyć zmysłową sambę na wyłożonym czarno-białym kamieniem deptaku imitującym morskie fale, w dzielnicy Rio de Janeiro - Copacabanie. I tak jak w tym utworze, tak w naszym życiu, każda rozłąka z Tobą, tylko doświadcza mnie w przekonaniu o tęsknocie jaką względem Ciebie żywię, tej na miarę portugalskiego saudade. Bo pragnę nieustająco czuć upajający zapach twoich perfum o piżmowej nucie; być gotową na nasze wspólne szczęście, gdy jesteśmy razem; trwać w przeświadczeniu, że prawdziwa miłość nigdy nie ustaje, a jest wieczna. Jesteś moim przeznaczeniem Archer, a Twoje oczy i ich szafirowy odcień są moim własnym niebem, zaś Twój uśmiech napawa mnie życiem.
Albeh elak 
Kochająca po tysiąckroć Ciebie i tylko Ciebie, 
Tylko Twoja Sófia


______________________________________________________________________
Smoła mnie przekonała, więc wyszła z tego notka. Może nie wzniosła, może bez sensu, znowu pełna lukru, tak by już nikt nie wątpił jaka z Sówki jest romantyczka i przyszła pani powieściopisarka (jeśli nie pani trzech nazwisk, huehue). I, że Archer to ten jedyny, a listy dostał jako osobliwy prezent na Święta. Ot, taka skromna historia pewnej miłości. W tytule, ukochana piosenka Sufjan Stevens, bo klimat Call me by Your name jak znalazł ! W tekście linki.  Beijinhos <3