Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

14/12/2016

2043. Gloomy sunday

JEDEN || DWA || TRZY – ZAPRASZAM!

18 października 2011, 5:30, Nowy Jork

– Nic mi nie jest, mamo.
Kłamie. Głos ma znużony, ciężki od snu i przemęczenia, słaby – zupełnie, jakby utkwił gdzieś w gardle, nie mogąc się całkiem wydostać na zewnątrz. Światła wokół lśnią niewymownie pięknie, ale w tym momencie nawet to nie robi na niej wrażenia. Euforia wyjazdu wypaliła się szybko, pozostawiając po sobie resztki, strach i osamotnienie – morze zniszczenia.
– Nie martw się. Pomieszkam u babci Rose. Potem pewnie wrócę. – Znów kłamstwo. Wydawałoby się, że lubi to robić. Nancy Alcott trajkocze zaniepokojona po drugiej stronie słuchawki. Wielu innych rodziców na jej miejscu rozhisteryzowałoby się od ręki, zmusiło potomka do powrotu i wlepiło szlaban na całe życie, ale nie ona. Wie, że sama jest sobie winna – to oni, wraz z mężem, ukształtowali w swej jedynaczce ducha samodzielności. Wzdycha tylko, kończąc ostrzegawczą litanię, pełną "Uważaj na siebie" i "Nie rób głupstw". Sama musi zmierzyć się z tą gorzką pigułką.

Niemal rozładowany telefon ląduje w torebce. Nie zabrała nic poza nią. Trochę kosmetyków, szczotka, którą pieczołowicie rozczesuje teraz włosy w lotniskowej toalecie, ogniście czerwona szminka, czarna szminka, wypchany brudnymi pieniędzmi portfel. Jej ciało wciąż jest opięte kusą, czarną sukienką, ledwie zakrywającą strategiczne punkty, na nogach nadal ma idiotycznie wysokie szpilki, rozmazany tusz na policzkach i oczy pandy: trochę od płaczu, trochę z niewyspania. Przed budynkiem drży z zimna – październikowy poranek jest bardzo chłodny. Od wiatru chroni ją jedynie skórzana kurtka – w Londynie wydawała się całkiem odpowiednia, ale zapomniała, że tam nie włóczyła się po mieście o szóstej nad ranem. Kryje się więc tutaj. Pociera zziębnięte ramiona i chude uda, chcąc chociaż odrobinę się rozgrzać. Nie znalazła automatu z kawą, a wstyd jej wyjść do kawiarni, do ludzi, w tak malowniczym stroju. Marzy o wannie pełnej gorącej wody, o ogromnym, ciepłym łóżku, które zostawiła w domu. Wpełzłaby głęboko pod kołdrę i przespała najbliższy miesiąc. Stopy bolą ją od niewygodnych, niepraktycznych butów; zrzuca je niedbałym ruchem i podciąga kolana pod brodę, nie dbając o to, że może przemarznąć jeszcze bardziej. Własne ciało tymczasowo daje jej ciepło i tylko to się liczy.

Wie, że dobrze zrobiła, ale czasem to nie wystarczy. Samą świadomością nie nakarmi kryjącego się w środku potwora, choć może sprawić, że potwór umrze z głodu. Teraz, osamotniona i smutna, nie ma siły z nim walczyć. Przez moment w ustach czuje smak niewoli, porażki; potem przełyka.

Mija tylko chwila – niezbyt krótka i niezbyt długa, ale nie czuje już zimna ani zażenowania – nie czuje nic. Brwi uniesione w geście zdumienia, krzywy wzrok, gromiące spojrzenia siedzących na krzesłach ludzi ocierają się zaledwie o jej skórę, ani na jotę nie przenikając do wnętrza. Ma sińce pod oczami i uśmiech szaleńca, kiedy wychodzi na tył budynku, gdzie uchowała się resztka zieleni, i ze stoickim spokojem zapala papierosa. Nikotyna miesza się z krwią, myśli w magiczny sposób odnajdują wyłącznik i już, nagle chaos w głowie wydaje się o wiele mniej istotny.
– Hej, maleńki.
Uśmiecha się lekko; jakoś cieplej, niż przed chwilą i o wiele łatwiej jej to przychodzi. Miękkie, ciemne futerko pod palcami przywodzi na myśl najdroższy aksamit. Kot jest naprawdę mały – niemal nabiera pewności, że zmieściłby się w jej drobnej dłoni. Zdaje się, jakby dopiero niedawno zobaczył świat na własne oczy. Głaszcze go – gdzieś we wnętrzu czuje mrowienie, w miejscu, w którym kłębią się trudne do wypowiedzenia uczucia. Tyle tylko zostało w niej dobroci, że przeznacza ją wyłącznie dla zwierząt, ani kropli nie marnując na ludzi.
– Pojedziesz ze mną do domu?


godzinę później

– Sapphire!
Półtorametrowe, siwowłose tornado porywa ją w objęcia. Ma wrażenie, jakby przetańczyła przez całą powierzchnię mieszkania, choć w rzeczywistości zatrzymuje się tuż za progiem. Poprawia rozczochrane włosy, uśmiecha się niemrawo, dyskretnym ruchem usiłuje ściągnąć przykrótką sukienkę w dół.
– Cześć, babciu.
Nie jest jej biologiczną babcią, ale jedyną, jaką ma.
– Kiedy przyjechałaś? Z rodzicami? Gdzie się zatrzymaliście?
– Dopiero co, sama, zostali w domu – wyrzuca z siebie na jednym tchu, po wielogodzinnym oderwaniu od ludzkich głosów, niespodziewanie zasypana gradem pytań. Nie wie, ile prawdy powinna zdradzić i czy w ogóle – ale na razie nie należy to do najistotniejszych spraw.
– Jesteś głodna?
Wytrzymała z tym całą minutę – oto pada nowy rekord, myśli, na poły kwaśno, na poły czując ciepło pod sercem. Nie zdawała sobie sprawy, że jest jeszcze zdolna do tak głębokich uczuć. Oczy babci Singer są pełne miłości, w kuchni panuje nieskazitelny porządek; od zapachu ciasteczek korzennych kręci jej się w głowie. Nigdy nie mogła zrozumieć, jak można, będąc tak dobrym człowiekiem, wciąż żyć samotnie.
– Dzięki – kręci głową, wypuszczając wreszcie kota z objęć; szara kulka na krótkich łapkach przetacza się do drugiego pokoju. – Poczęstuję się ciastkiem.
– Opowiadaj, co u ciebie słychać? – Starsza pani energicznie podsuwa jej krzesło i stawia na stole talerz pełen najświeższych wypieków. Jest drobna, koścista i przywodzi na myśl koliberka, błyskawicznie uwijającego się ze wszystkim. Jak długo żyje, nie widziała babci w bezruchu; może raz, jakieś dwanaście lat temu, kiedy dostała kartkę od syna. Płakała wtedy, ale ona taktownie udała, że nie widzi. Wówczas nie wiedziała jeszcze, skąd te łzy.
Nie jest pewna, czy zasada "Wszystko albo nic" tutaj działa i czy mogłaby ujawnić choć część prawdy, więc nie ryzykuje.
– Po staremu. Tutaj, jak widzę, też nic się nie zmieniło?

Nie pamięta męża pani Rosalie. Kiedy była młodsza, chłonęła jak gąbka opowieści o lekarzu, który w tych historiach jawił się niczym superbohater, obdarzony nadprzyrodzonymi mocami; wiedziała tylko, że zmarł dosyć młodo, i że w rozmowach z babcią należy unikać tematu jej dzieci. Wtedy nie rozumiała.
Teraz rozumie.

– Nie, dziecko, nic nowego. Ale nie mówmy o mnie; porozmawiajmy o tobie. Jak ci się wiedzie?

Pani Singer ma długie włosy, które zawsze spina w porządny kok, a wokół oczu i ust pełno zmarszczek od śmiechu. Wciąż dekoruje stół bukietami – latem z balkonowego ogródeczka, zimą z pobliskiej kwiaciarni – i piecze najlepsze ciasta na świecie, nawet, jeżeli teraz nie mogłaby przełknąć już ani kęsa. A chociaż przeżyła swoje, w wyrazie twarzy ma samą cierpliwość i niewinność. Nie zniosłaby, gdyby musiała to zetrzeć. Więc kłamie.

– Dobrze. – Odpowiedź jest prędka, lakoniczna, niechlujna. Staruszka przygląda się jej podejrzliwie; Sapphire ziewa, choć próbowała zamaskować zmęczenie udawanym ożywieniem.
– Wszystko u ciebie w porządku? – W jej głosie pobrzmiewa troska. Oho, odzywa się ten cichy głosik w głowie, ostrzegający przed niebezpieczeństwem. Pilnuj się.
– Późno wyjechałam z Londynu – wyznaje, decydując się na uchylenie rąbka tajemnicy. Ten wydaje się być na tyle nieszkodliwy, na ile tylko możliwe. – I jestem trochę zmęczona.
– Chcesz się przespać? Masz w ogóle gdzie mieszkać, dziecinko?
Coś ściska ją w gardle; wydaje się być wzruszeniem, trudnym do zbagatelizowania.
– Miałam o tym z tobą porozmawiać, czy... Czy mogłabym zatrzymać się tu na parę dni?
Jej oczy jaśnieją i już wie, że zrobiła dobrze. Tlący się wyrzut sumienia w końcu gaśnie.
– Sprawisz mi tym ogromną przyjemność, kochanie.

Jest wielka wanna z gorącą wodą i pianą. Ciepłe, miękkie ręczniki, za ścianą wygodne łóżko, przestronny pokój, telewizor i nawet posłanie dla kota. Poczucie bezpieczeństwa, tak nadszarpnięte w dzieciństwie, tak wybrakowane przez cały okres dojrzewania, uderza jej do głowy i na moment zapomina, że to tylko chwilowe. Swoboda, ów czynnik, za którym większość nastoletniego społeczeństwa tak tęskni, w jej przypadku, niedawkowana, stała się czymś, co ją pożarło, przeżuło i wypluło.
Z trudem utrzymuje otwarte oczy; ostatnim wysiłkiem zmusza się, by wstać i przemaszerować te kilka kroków, błogosławiąc w duchu kochaną babcię, za wszystko: za dobroć, za szczęście i za te niewielkie akty troski – jak ta butelka z gorącą wodą, którą znalazła w nogach łóżka.

Dziękuję, daje radę jeszcze pomyśleć, zanim zanurzy się w otchłań snu.


2 listopada 2011, Nowy Jork

Ma czasem takie wrażenie, że mimo dotyku, bliskości ciał i plątaniny włosów na poduszce, dzieli je jakiś niewyobrażalny, niewidoczny mur, którego nie jest w stanie pokonać żadna ze stron. Gruby, ciężki mur, nie pozwalający im zbliżyć się do siebie, chociaż wydaje się, iż dłoń dotyka drugiej dłoni, palce delikatnie przesuwają się po czole, a głowa wtulona jest w zagłębienie pod obojczykiem. Ktoś jej kiedyś powiedział, że dwie powierzchnie nigdy tak naprawdę nie mogą się zetknąć, bo ze względu na odpychanie jonowe zawsze pozostanie między nimi mikroskopijna, nieskończenie maleńka odległość. Więc, chociaż może się wydawać, że dotyka ramienia Ally i wplata jej palce we włosy, to na poziomie atomowym – zero szans.
Czuje się czasem, jakby pływała w gorącym budyniu, bezlitośnie zwalniającym wszystkie jej ruchy, odwrotnie proporcjonalnie do bicia serca, które przyspiesza nieustannie, słysząc na korytarzu kroki. Nieświadomie ściska wtedy rękę dziewczyny mocniej i mocniej, nawet nie zdając sobie sprawy, jak bardzo boi się zdemaskowania. Przez gorącą, lepką i gęstą maź jej ruchy są bardzo ograniczone; a jednak nigdy nie zrobiła tego, o czym niejednokrotnie myślała: że łatwiej byłoby dostosować się do oczekiwań.
W sobotnie popołudnia akademickie pokoje zazwyczaj zieją pustkami, pozbawione aury śledczych oczu, chowających się za zasłoną czy w najmniejszej nawet szczelinie; presja otoczenia, by być idealną (dotyczy to chyba każdego nastolatka w pewnym okresie) jakby zanika, ustępując miejsca złudnej aurze bezpieczeństwa. Lecz wystarczy jeden krok kogoś z zewnątrz, stuknięcie sąsiednich drzwi albo wybuch śmiechu, by wszystko opadło z powrotem, jak gdyby tylko na krótki, ulotny moment zawisło w powietrzu. Na ogół nalega jednak, by zostać tutaj – i to nie tylko dlatego, że w przeciwnym wypadku nie miałyby dokąd się udać.

Nie lubi dużo mówić, bojąc się o słowa, które wciąż czekają, by się wydostać. Zawsze była małomówna, ale czasem odnosi wrażenie, że w towarzystwie Ally po prostu nie ma ochoty rozmawiać. Po pierwsze, bo cisza między nimi pulsuje nieustająco w rytm ich oddechów, ich serc i gestów, co nader przyjemnie koi zmysły i zszargane nerwy zestresowanej dziewczyny; drugim powodem jest strach, strach, że od jednego słowa do drugiego, narodzi się wreszcie pytanie, którego tak bardzo się obawia.
Wzdryga się, gdy nagle głos Alice rozcina ciszę jak sztylet, niespodziewanym ruchem krusząc unoszącą się w powietrzu mgiełkę. Błogość i bezpieczeństwo – delikatna, przejrzysta poświata, rozlewająca się ponad ich ciałami.
Stanowią przyjemny kontrast; karmelowa skóra śmiałej studentki i blada jak porcelana Sapphire, i przychodzi jej do głowy, może zbyt często, że pod innymi względami różnią się tak samo wyraźnie. Mimo to jest pewna swojego uczucia, nawet, jeśli nie umie wykrzyczeć tego z najwyżej wieży w mieście.
Gdybym miała powiedzieć o nas całemu światu, mówi czasem, nachyliłabym się i szepnęła ci to do ucha. I chociaż wie, że nie kłamie, nie potrafi wyzbyć się wyrzutów sumienia, iż być może podchodzi to pod grający na uczuciach wykręt.
Niepewnie unosi się na łokciu, próbując zajrzeć w twarz leżącej obok dziewczynie, dziewczynie o pięknym odcieniu skóry i iskrzących się oczach.

– Dlaczego? – Nauczyła się tego od kuzynki, gdy były jeszcze małymi dziećmi. Kiedy odpowiesz pytaniem na pytanie, wówczas obie strony wygrywają.
– Po prostu chciałabym wiedzieć skąd się tu wzięłaś. – I chociaż w głosie towarzyszki nie pobrzmiewa żal ani wyrzut, ona sama czuje się tak, jakby zrobiła coś paskudnego.
– Może kiedyś... – zaczyna tak niepewnie, jak wtedy, gdy lód pod stopami okazuje się być zbyt cienki; jeden fałszywy, nieostrożny krok i kolejne zgaszone istnienie. Stara się udawać, że nie widzi przebłysku nadziei, kiedy Alice podnosi na nią wzrok niespodziewanym gestem, i stara się nie myśleć o tym, że będzie musiała ową nadzieję zgasić. – Może kiedyś ci opowiem. Nie chciałabym... Żebyś pomyślała o mnie źle.
– Och, Saph. – Dziewczyna przewraca się na plecy i gładkim ruchem bierze ją za rękę. Zetknięcie dwóch powierzchni przyprawia ją o drżenie, jak zawsze, kiedy wydaje się, że odrobinę dłużej i płonący wewnątrz pożar rozszaleje się na całym ciele. – Zdejmij w końcu tą sztywną maskę.

Spogląda na nią wielkimi, zielonymi oczami, mając przed oczami żywy dowód, że przeciwieństwa – przynajmniej te wizualne – faktycznie się przyciągają i jakoś nie może się zebrać, by jej zdradzić swój wielki sekret: że bez tej maski nie potrafi już żyć, jak gdyby tylko ona umożliwiała swobodny dopływ tlenu do płuc.


20 grudnia 2011, Nowy Jork

– Cześć, mamo.
– Sapphire? Mój Boże, co u ciebie? Nic a nic się nie odzywasz... –
– Wszystko w porządku – przerywa jej, biorąc głęboki wdech, by dodać sobie otuchy. – Chciałam ci powiedzieć...
– Tak? Śmiało, wiesz, że zawsze cię wysłucham. Chodzi o Adama?
– ... święta.
– Co mówiłaś, kochanie?
– Nie wrócę na święta.
Po drugiej stronie linii zapada cisza; nieomal czuje jej pulsowanie. Rozczarowanie, tłucze się po głowie. Tak właśnie brzmi rozczarowanie.
– Ale... Dlaczego?
Dlaczego? Nie ma pojęcia, jak miałaby wytłumaczyć, że z miejscem tym wiążą się zbyt bolesne wspomnienia, by mogła wrócić. Nawet teraz.
Zwłaszcza teraz.
– Czy to ma coś wspólnego z Adamem? – Rzeczowy głos matki brzmi żywo; wydaje się, jakby już wróciła do swojego naturalnego stylu bycia.
– Mamo – niecierpliwi się Sapphire. – Co ty z tym Adamem? On w ogóle nie ma tu nic do rzeczy.

Chyba naprawdę uwielbiam kłamać, myśli gorzko. Ta myśl jest sucha, wyzuta z głębszych emocji, jak gdyby w ogóle nie przeszkadzał jej fakt, że spada na samo dno.
Tak naprawdę w gardle czuje ogrom rzeczy, które chciałaby powiedzieć, a których za wszelką cenę nie powinna mówić. Te sprawy, które tłumi w sobie, poza jedną osobą niszczą też bliskich, a tego za bardzo się boi. Już dość przeszli; wciąż ma świeżo w pamięci wzrok ojca tuż po urodzeniu Joelle, i matki – gdy Adam zabrał córkę do siebie. 

– Więc o co chodzi? – Jest znacznie cichsza, jakby ktoś przekręcił gałkę dźwięku. Ciekawe, czy tak właśnie działa zatruty cios, otrzymany od bliskiej osoby?
– Nie chcę zostawiać babci samej.
Troje to już tłum, myśli, zastanawiając się, jakim cudem ów tłum zmieścił się w jednej, niepozornej rozmowie. Być może wówczas, gdy wyobrażenie o samym sobie na łeb, na szyję spada z wysokiego klifu, takie rzeczy przestają być czymś odmiennym. Podobno jeśli wystarczająco długo żyje się w dziwnie przekształconej rzeczywistości, do cna wygasa wiara, że kiedyś było inaczej.
– Czy ty aby czegoś nie przeskrobałaś? – Wyobraża sobie matkę po drugiej stronie linii, jak marszczy brwi w skupieniu i zastanawia się, cóż też mogła zmalować ta jej niepokorna córka.
– Naprawdę, mamo, przysięgam. Nic więcej nie mam na myśli. – Mówiąc przewraca oczami, choć dobrze wie, że Nancy nie jest w stanie tego zobaczyć. Może to i lepiej. Przecież wcale nie chce jej lekceważyć, choć czasem odnosi wrażenie, że odpychając ją od siebie, łatwiej przyszłoby postawić na swoim. Zadawanie bólu drugiemu człowiekowi sprawia, że sam z siebie odsuwa się na bezpieczną odległość; z dala od jego wpływu o wiele prościej jest stwierdzić "Tak, tak właśnie zrobię." Nie widzi się przesyconego smutkiem spojrzenia, oczu, w których można utonąć; wyzwala się spod magnetycznego pola oddziaływania i wyrzutów sumienia, że może jednak warto by jeszcze raz wszystko przemyśleć.
– Sapphire... Wiesz, że uszanujemy z ojcem twój wybór, prawda? Ale to nie znaczy, że nie chcielibyśmy, byś była tutaj, z nami.
– Tak, wiem – wzdycha cicho. – Następnym razem, mamo.


teraz

Patrzę na ciebie, jak siedzisz przy ojcu i wydajesz się tak mała, tak bezbronna wobec tego wszystkiego. Na tle białej pościeli odznacza się twój sweterek w granatowe paski – pierwsza rzecz od dawna, którą mogłam ci podarować. Widziałam w twoich oczach blask najprawdziwszego szczęścia, jak to u dzieci, które potrafią cieszyć się wszystkim i marzę, że zostaniesz taka na zawsze.
Patrzę na ciebie, jak palcem wodzisz po jego odsłoniętych dłoniach i przedramionach, jakby zastanawiając się, czy jest prawdziwy, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Chciałabym cię stąd zabrać i czarodziejskim sposobem sprawić, że zapomnisz, ale wiem, że to niemożliwe. I chciałabym też móc zapomnieć, by, tak jak ty, z czułością pochylić się nad człowiekiem, który przez ostatnie miesiące próbował mnie ratować. Być może, gdyby mi się udało, nie pamiętałabym już, że nie musiałby tego robić, gdyby mnie najpierw doszczętnie nie zniszczył. Potrząsam głową; to wasze spotkanie, a ja jestem tylko pośrednikiem. Przywieźć cię, potem zabrać, zetrzeć łzy, jeśli jakieś popłyną i odwrócić twoją uwagę od ponurych myśli. Zastanawiam się, czy wszystkie matki tak robią – nigdy przedtem nie miałam okazji się przekonać. Ale chyba tak; w końcu już niejednego się dzięki tobie nauczyłam.
To ponad miesiąc, odkąd jesteś ze mną i nadal nie rozumiem, jak to mogło się stać i dlaczego. Czy to dar dla mnie, przekleństwo Adama – a może odwrotnie, kolejna okazja, by mnie pogrążyć. Ty o tym nie wiesz, ale czasem kiedy śpisz, siadam na twoim łóżku i obiecuję sobie, że odtąd będzie już tylko lepiej; z tym, że nie do końca rozumiem, co właściwie owe "lepiej" oznacza. Przez tyle dni utrzymywałyśmy się na powierzchni, bo nie pozwoliłaś mi utonąć – to dobrze. Twoja obecność, niczym magiczny balsam, zagoiła niektóre rany, ale inne wciąż tam są, czają się pod skórą jak węże, gotowe w każdej chwili zaatakować. To z nimi muszę walczyć.
I wygram.
Dla ciebie, dla siebie, dla nas.

Materializujesz się nagle obok; masz oczy wielkie z przerażenia i rozczochrane warkocze, które tak pieczołowicie razem plotłyśmy dzisiejszego ranka. Twój widok wyrywa mnie z zamyślenia i dopiero wówczas odczuwam zmianę w otoczeniu – dochodzące z pokoju Adama pikanie przeszło w przeciągły pisk. Serce przyspiesza, jak gdyby przygotowywało się do szaleńczego galopu, kiedy łapię cię za rękę i ciągnę za sobą korytarzem. Nie jestem pewna, zbyt dawno tego nie odczuwałam, ale tak chyba właśnie przez mgłę obojętności przebija się napad paniki – przyrost nóg do podłoża, gdy morska fala odcina dopływ powietrza.

– Panie doktorze...!

12/12/2016

2042. Memories

Według policyjnego raportu to wszystko było wynikiem najzwyczajniejszego wypadku.
Mama i tata, razem z moją siostrą, wracali wówczas z jednego z licznych szpitali, do których co i rusz wozili Annabelle od momentu, gdy jako czterolatka zaliczyła Upadek. Już nie pamiętam, czy to ja ją popchnęłam, czy sama się przewróciła – w końcu bywa i tak – ale pamiętam doskonale ssące, skręcające wnętrzności poczucie winy. Towarzyszy mi ono do dzisiaj. 
Człowiek, który zniszczył moją rodzinę, przeżył; był pijany. Dostał jakiś marny wyrok, jak gdyby cokolwiek mogło przywrócić ich do życia.
Ojciec zginął natychmiast. Annie nie doczekała nawet przyjazdu karetki. Mama zmarła w szpitalu, po dwóch dniach. Wiedziałam, że walczyła dla nas: dla swoich ocalałych dzieci.
Znajomości tego wszystkiego nie zawdzięczam, oczywiście, własnej pamięci – byłam wówczas w domu z Henrym i Danielem, moimi starszymi braćmi – wyczytałam je w policyjnych aktach w dniu osiemnastych urodzin.
Według policyjnego raportu w tych kilku kartkach i suchym, rzeczowym opisie, można zawrzeć milion ludzkich tragedii.

***
Żałuję, że nie pamiętam, jak to było wcześniej. Że nie pamiętam koloru oczu mamy, włosów taty, ani tego, czy faworyzowali swoje najmłodsze córeczki; najbardziej zżyta jestem z braćmi. Oni zastąpili mi całą rodzinę. Oni i babcia.
Wiem na pewno, że z siostrą zdarzało nam się kłócić, gdy byłyśmy mniejsze, ale potem, po tamtym Upadku, Annie stała się całkiem inną osobą. Łobuzy z osiedla mówiły, że brak jej piątej klepki. Tak, jakby coś w głowie mojej siostry poprzestawiało się raz na zawsze i nie można było tego odwrócić. 
Mam takie zdjęcie naszej czwórki: podobnych do siebie jak dwie krople wody dziewczynek, obejmowanych przez starszych braci. Wyglądamy na bardzo szczęśliwych, ale ja nie pamiętam już, jak to właściwie było. Czy przyszło im kiedyś przez myśl, że Annabelle zginie, a ja będę żyła dalej? Albo że stracimy rodziców i to na nas spadnie obowiązek zastąpienia sobie nawzajem głowy rodziny?
– To nie jest twoja wina – mówi mi łagodnie doktor Chase, wysoka, szczupła blondynka w rogowych okularach. – Nie mogłaś temu zapobiec. 
Ale ani trochę nie umniejsza to faktu, że wciąż czuję się tak, jakbym mogła.

***
Większość czasu spędzam na oddziale zamkniętym z Jamie. Jamie jest siedmiolatką z niebywałą skłonnością dążenia do samozagłady. To przez nią wszystkie talerze i sztućce w stołówce są plastikowe – bo to ona, parę miesięcy temu, rozbiła talerz i zwinęła kawałek szkła, żeby zrobić sobie krzywdę. I chociaż zabrzmi to dziwnie, czasem ją nawet rozumiem. Nie jest jeszcze w takim wieku, by móc opisać własne uczucia, ale być może za kilka lat przyjdzie jej do głowy to, o czym nieustannie myślę ja sama: że dobrze wiem, jak to jest. Próbujesz z czymś skończyć, bo ranisz siebie i wszystkich wokół, ale za każdym razem to coś pożera cię na nowo.
Nie leczymy tu bezmyślnie dzieciaków; stabilizujemy ich stan: lekami, rutyną, terapią i tym, co jest dostępne. Próbujemy poznać, skąd bierze się ta wściekłość – bo, wbrew pozorom, ta skierowana na siebie i ta skierowana na otoczenie najczęściej mają całkowicie różne podłoże – dopiero wówczas można decydować, co dalej. Zamknięte placówki, powrót do domu pod bacznym lekarskim nadzorem – to tylko niewiele z możliwych opcji. Niektóre robią postępy. Inne popełniają zbrodnie, jeszcze inne: samobójstwa. Część z nich, na miarę własnych możliwości, dorośnie, znajdzie pracę i stanie się jako-tako porządnym człowiekiem. To już jest sukces. Kilkoro trafi na pierwsze strony gazet w artykule o młodocianych bandytach. Tak już chyba bywa w życiu, że udaje się wyłącznie nielicznym. Ale, mimo wszystko, wciąż nie rozumiem, jaki czynnik decyduje o tym, komu konkretnie może się udać. Dlaczego jednych dotyka tragedia za tragedią, a inni wiodą spokojne życie milionera. I czy faktycznie ktoś nad tym czuwa; a jeśli tak, to dlaczego zachowuje się jak niesprawiedliwy, okrutny potwór.

***
Wiem, co sobie teraz pomyślicie. Wybrałam tę, a nie inną pracę, żeby pomóc tym, na których wszyscy postawili już krzyżyk, jak gdybym była jakąś pieprzoną altruistką lub kimś w tym rodzaju. Niektórzy znajdują w tym jeszcze więcej wyższego dobra: zapobieganie takim tragediom, o których co i rusz czyta się w gazetach, ogląda w wiadomościach. I naprawdę rozumiem, dlaczego tak sądzicie.
Ale przecież Wy mnie jeszcze nie znacie. 

Dziękuję za dobrnięcie do końca;
obiecuję poprawę w długości i stylu;
to tylko wprowadzenie, nie bijcie!

27/11/2016

2041. O, spectaculum miserum et acerbum!

Gwizdek. Cisza. Rozbieg. Uderzenie. 
Ten cudowny dźwięk, który sprawia, że umysł wchodzi swój dodatkowy tryb, ciało napina się gotowości, a wszystkie zmysły zastygają w oczekiwaniu. 
Ktoś przyjmuje na siebie pierwszą piłkę. Trochę płaski dźwięk - podanie nie będzie równe. Trzeba się ruszyć. Bieg. Spojrzenie w bok na boisko przeciwnika, spojrzenie na piłkę. Spojrzenie na swoich zawodników. Przyjęcie i wystawa. Opadasz na ziemię i biegniesz na pozycję. Być w pogotowiu. Dźwięk uderzenia, szum. I to przeszywające brzmienie piłki uderzającej o parkiet. 
Jest punkt.

Lionel z zaciśniętymi pięściami oglądał mecz. Powinien być tam, na boisku. Wystawiać Louisowi, a nie patrzeć, jak robi to Bob. Jego zmiennik, który potrzebuje ładnych piłek, żeby wystawić. Bob, który był od niego gorszy. Bob, który nie potrafi wykorzystać potencjały atakujących. Nie zna Louisa tak dobrze jak Lionel i nie wie, że piłkę należy wystawić nieco wyżej, żeby atakujący nie musiał przykurczać ramienia tak, jak to zrobił przed momentem. Bob, który jest zdrowy.
Dwa sety później Thompson wyszedł z budynku. Jego drużyna wygra, nie ma po co dłużej na to wszystko patrzeć. Louis wie, co robi. 
Tymczasem Lionel poprawił torbę na ramieniu i poszedł na najbliższy przystanek autobusowy. W oddali zauważył nadjeżdżający autobus, dlatego ruszył biegiem. Dopadł drzwi w ostatniej chwili. Wsiadł i odetchnął głęboko. Usiadł na wolnym miejscu. Rozmasował skroń. Potem wyciągnął telefon z kieszeni i spojrzał na ekran. Miał jeszcze trochę czasu.

Pół godziny później wszedł na salę gimnastyczną ubrany w strój sportowy. Pozostałych jeszcze nie było, więc zdecydował się poćwiczyć serwy. Wziął kosz z piłkami i ustawił sobie za linią boiska. Potrzebował zużyć nieco energii, żeby potem móc się skoncentrować na grze. Może mecz nie będzie wymagał tak wiele wysiłku jak ten, który niedawno rozegrał jego zespół, ale Lio nauczył się nie lekceważyć amatorów, którzy byli znacznie słabsi technicznie, ale przez to jeszcze bardziej nieprzewidywalni. 
- Chyba ktoś ma dziś za dużo energii - usłyszał donośny głos mężczyzny o dość dużej tężyźnie. Jednak jego wygląd był bardzo mylący, bo na boisku potrafił się poruszać nad podziw szybko. 
Lio spojrzał na niego i skinął głową.
- Jestem całkiem spokojny - odpowiedział i zaczął zbierać porozrzucane piłki. W końcu same się nie posprzątają. W tym czasie zaczęli schodzić się kolejni gracze. 
Potem podzielili się na drużyny i rozpoczęli grę.

- Lio… czemu ty nie grasz gdzieś w jakimś zespole, co? - zapytał go po meczu jeden z zawodników. Niski, ale skoczny facet około trzydziestki, który w wolnych chwilach musiał pakować na siłowni, żeby mieć takie buły z łap. Mike to taki typ zawodnika, który nigdy się nie poddaje, a swoimi sprytnymi zagraniami nadrabia braki we wzroście. 
- Bo wiesz… ze mnie to taki karzeł trochę, więc mnie nie chcieli, ale ty… Wzrost masz, umiejętności nie byle jakie, a marnujesz czas z nami. 
Chłopak spojrzał na mężczyznę poważnie, ale posłał mu nieco głupkowaty uśmiech.
- Więc jednak przyznajesz, że jesteś skrzatem, co? - zażartował. Mike być dość drażliwy w kwestii swoich nikłych rozmiarów i rzadko można mu było pocisnąć bez konsekwencji. 
- Ty mnie tu nie łap za słówka, tylko gadaj, co z tobą nie tak! - oburzył się mężczyzna. 
- Wylali mnie - wzruszył ramionami Lio i narzucił na siebie jesienną kurtkę. - Widocznie nie jestem tak dobry, jak myślisz - odparł, nieco się krzywiąc. Nie mógł powiedzieć prawdy, ponieważ wtedy i ci nie pozwoliliby mu grać. Tyle, że ten komentarz wystarczył, aby nikt więcej już nie wracał do tematu, przynajmniej tego dnia. 
- To chodź na piwo - rzucił Mike, żeby nieco rozluźnić atmosferę, a Thompson tylko się uśmiechnął.
- Wreszcie mówisz z sensem… 

Lionel dotarł do domu o drugiej w nocy. Rodzice szczęśliwie już spali, więc awantura została odwleczona do rana. Raczej nie miał co liczyć na miłosierdzie i to, że nie obudzą go o jakiejś chorej godzinie, żeby po raz tysięczny wygarnąć mu, że jest nieodpowiedzialny i w ogóle nie liczy się z ich zszarganymi nerwami. Bo w końcu padną na zawał, jeśli ich dorosły syn nie wróci przed dobranocką do domu, prawda?
Na wszelki wypadek zamknął się w pokoju na klucz i założył słuchawki przed snem. Włączył spokojną ścieżkę muzyczną, która jednak miała szansę zagłuszyć poranne hałasy. Nie miał zbyt wielkich nadziei, ale... kilka piw wystarczająco go znieczuliło, żeby nie martwić się zbytnio spodziewanymi lamentami matki. 

Miał bardzo ładny sen. Czy to za sprawą alkoholu, czy zmęczenia po grze, czy może muzyki - nie wiedział. Najważniejsze było to, że jego umysł odpłynął na spokojne wody wyobraźni. Towarzyszył mu lekki, letni wiaterek, o którym można tylko pomarzyć w jesiennej porze, i jasne słońce. 
Lionel leżał na trawie gdzieś w górach. Z jego miejsca roztaczał się widok na dolinę pełną drzew, pól porośniętych kolorowymi kwiatami i drewnianych domków. Ludzie wydawali się malutcy jak mróweczki i z równą zaciętością dreptali to w jedną, to w drugą stronę. Ich sprawy w żadnym stopniu nie dotyczyły chłopaka.Thompson spoglądał na świat. Mogło się wydawać, że jest sam, gdyby nie niebiesko-białe cienie unoszące się za jego plecami. Cienie te szumiały między sobą na podobieństwo szeptu, komentowały ruch światła i obłoków, dyskutowały o długości listka bzu, wydawały się niezwykle zainteresowane ilością kropel wody w strumieniu. Lionel z politowaniem słuchał rozmów głupiutkich istotek, czując, że jest za nie w jakiś sposób odpowiedzialny. Przed kim? Długo się nad tym zastanawiał. A odpowiedź znalazła się sama, kiedy pod wpływem mocniejszego podmuchu wiatru, pojawiła się przed nim chmura o nieco innym odcieniu. Bardziej zielona i smukła. Szybko nabrała konkretnego kształtu - pięknej dziewczyny o długich, butelkowozielonych włosach i śniadej cerze. Stanęła przed nim i uśmiechnęła się anielsko swoimi czerwonymi usteczkami. 
- Tęskniłeś? - zapytała śpiewnym głosem i obróciła się wokół własnej osi jak chmurka pchnięta wiatrem. Znalazła się przy nim na trawie i pocałowała go czule.
- Mam nadzieję, że dzieciaki były grzeczne… - szepnęła mu do ucha. - Matka zawsze pyta, czy są grzeczne…

Łup! Łup! Łup!
Lionel poderwał się na łóżku, kiedy jego rodzicielka zaczęła dobijać się do drzwi. Zwlekł się z łóżka i przekręcił klucz w zamku.
- Jak tak możesz?! Całą noc cię nie ma! Zamykasz się! Nie dopowiadasz! Ja tu się denerwuję, ojca wysyłam na policję, a ty nawet się słowem nie odezwiesz! I jeszcze śmierdzisz piwskiem! A lekarstwa? A terapia? Miałeś na siebie uważać! Zero rozsądku! Zero pomyślunku! W ogóle nie potrafisz się…
Słowa matki przepływały gdzieś obok Lionela, który tylko kiwał głową od czasu do czasu i zastanawiał się, jakie są szanse, że zdąży wpaść na siłownię przed zajęciami. 

Na dworze dął silny wiatr, a mgła była tak gęsta, że równie dobrze można było chodzić w chmurze. 

[Przepraszam za tak mało merytoryczną notkę. Po prostu czułam, że muszę więcej pisać Lionelem, żeby go wreszcie poznać. A to taki produkt uboczny tych prób.]

17/11/2016

2040. Słowa tracą sens


17 października 2011, Londyn

Odpycha ją od siebie.
Podobno czaszka ludzka jest jedną z najtwardszych kości w całym ciele, ale zetknięcie głowy z wyłożoną poszarzałymi, popękanymi płytkami ścianą i tak wywołuje ból. W jego geście na próżno doszukiwać się jakichkolwiek oznak czułości – jest pustym, zimnym człowiekiem. To spojrzenie mogłoby przewiercić człowieka na wylot. Ale nie ją. Ona tylko zamyka na chwilę oczy, czekając aż świat przestanie kręcić się wkoło i milczy. Zastanawia się, czy inne krzyczały. I czy to go bawiło.
Mierzą się pogardliwym wzrokiem, równomiernie przesyconym obrzydzeniem jak i litością. Nawet za to musisz płacić, mówi jej szydercze spojrzenie. Nigdy się nie wyzwolisz, odpowiadają jego oczy.

Ma w sobie coś wyzywającego, coś ponad obcisłą sukieneczkę i buty na niebezpiecznie wysokich obcasach; to coś kryje się w środku, czai jak wąż, by zaatakować w odpowiednim momencie. Sam nie wie czemu, ale kiedy ona wychodzi, czuje na plecach zimny dreszcz.

Chciałaby więcej tego nie robić, ale nie wie, co może zrobić innego. Jej oczy szczypią, jak gdyby idiotyczne łzy zbierały się pod powiekami, lecz wmawia sobie, że to tylko wiatr. Ten sam wiatr, który szarpie kosmyki jej jasnych włosów, strumieniem opływa drobną twarz o wyrazie zniechęcenia; zmęczoną, białoszarą twarz, zastygłą w obojętności jak maska. Chwieje się, jak gdyby buty uniemożliwiały jej stawianie pewnych kroków, ale to nie one – epicentrum niepewności tkwi parę godzin wstecz, w psychice i w dole brzucha.
Obok jest niewysoki murek, na niebie zalśniła pierwsza gwiazda. Jest już ciemno – to nic. To nawet lepiej; w ciemności wiele rzeczy umyka wścibskim przechodniom. Tutaj i tak są pustki. To takie dziwne, myśli, i ta myśl jakby stapia jej stopy razem z betonowym chodnikiem, tak, że nie może wykonać ani jednego kroku. Ale on biegnie – słyszy go za plecami, jego charakterystyczny, arogancki chód i lodowaty powiew, bijący od wysokiej sylwetki. Przewraca oczami, wzdycha; bez niechęci, lecz jakby znużona jego obecnością.

– Dlaczego nie zostałaś?

Nie zaszczyca go ani spojrzeniem, ani odpowiedzią. Milczy, milczy tak wymownie, jakby to milczenie gwarantowało jej spokój do końca życia i spokój po śmierci. Ciekawe, zastanawia się mimowolnie, czy zrozumie, o co chodzi. 
– Porozmawiaj ze mną. – W jego głosie ktoś inny dostrzegłby tylko prośbę; ona wyczuwa tą ledwie słyszalną irytację, zniecierpliwienie, żądanie. To tylko kropla, ale docierając do jej serca obciąża je tak, jak gdyby była stukilogramowym kamieniem.

Kiedy miała kilka lat, zdarzało jej się śnić o wymuszonej powolności. Prześladowało ją wrażenie, że zamiast nóg ma dwa betonowe bloki, uniemożliwiające poruszanie się naprędce, choć gdyby nie one, mogłaby niemal pofrunąć – a za plecami zawsze znajdowało się Coś, z każdym krokiem będące odrobinę bliżej, lecz nigdy na tyle blisko, by ją dopaść.
Z czasem przestała bać się tych snów, ale nigdy nie przestała bać się jego. 

Nie ma pojęcia, czy to strach, czy ta obecność, znienawidzona obecność znienawidzonego człowieka naprzeciwko, ten intensywny zapach, w którym kiedyś szaleńczo się zakochała, a teraz miała ochotę wymiotować; ten drogi garnitur i anielski wyraz zdumienia na ładnej twarzy; czy to ta bijąca od niego pewność siebie, to samozadowolenie tkwiące tuż pod skórą – w magiczny sposób jednym szarpnięciem odrywa od płyty chodnikowej obie nogi i nieomal rzuca się całym ciałem na podjeżdżającą taksówkę. Trzaskają drzwi; popędza kierowcę, starając się nie myśleć o kosztach. Przecież ma pieniądze. A musi w końcu odetchnąć. Musi o nim zapomnieć.

– Na lotnisko, proszę – mruczy pod nosem, nie rozglądając się dookoła. Oczy wlepia w ekran telefonu, w tkwiącą tam ironicznie wiadomość:

Odjeżdżasz, tak bez pożegnania?

I, chociaż niby nie wolno, koniec końców pozwala sobie na łzy.

Och, Adam.


teraz

Siniak pod okiem blednie z dnia na dzień, nieustannie. Nigdy o niego nie zapytałaś i dobrze, bo nie miałabym pojęcia, co odpowiedzieć. Kłamstwa bardzo łatwo – zbyt łatwo – wymykają mi się z ust, ale patrząc w twoje oczy, odbicie moich własnych, ciężkie, nieszczere słowa zamierają mi w gardle. Stojąc przed lustrem nie mam takich dylematów; choć dawno nauczyłam się, by nie dowierzać sobie samej i brać przez pół to, co mówię, wciąż jestem w stanie wmawiać sobie, że może jeszcze będzie lepiej, może coś się poprawi, może wyjdę na prostą.
Może pozwolą mi cię zatrzymać.

Może, może, może.

Latarnie palą się jeszcze, oświetlając mokry, brudny świat, a ja czasami nie mogę sobie darować, że sprowadziłam cię w takie właśnie miejsce – ciemne i straszne, z dwójką nieudolnych rodziców, zamiast podjąć rozsądniejszą decyzję, najpewniej lepszą dla nas obu, pozwalając ci zostać tam, gdzie było ciepło, bezpiecznie i przytulnie. Sama siebie nie rozumiem; kiedy nie ma cię obok, potrafię zatęsknić tak mocno, aż serce ściska mi fizyczny ból; a kiedy jesteś, marzę o tym, byś jak najszybciej wróciła do ojca. To chyba bez znaczenia, że mam tu na względzie wyłącznie twoje dobro, bo ja sobie poradzę – nie dam rady inaczej – ale ty nigdy nie powinnaś być świadkiem rzeczy, które dzieją się czasem w dorosłym życiu, sprowadzając nas tak daleko na boczny tor, że w końcu gubimy drogę powrotną.
Ktoś spytał kiedyś, co by było, gdybyś w ogóle nie pojawiła się na świecie albo umarła zaraz po urodzeniu – czy przyszłoby mi łatwiej żyć bez zobowiązań i czy wtedy prędzej poradziłabym sobie z tym, co bez ustanku wali mi się na głowę, ale nie umiałam odpowiedzieć. Prawdą jest, że mogłabym szukać cię wśród sklepowych półek czy na placach zabaw, ale równie dobrze mogłabym wyłączyć wszystkie swoje zmysły, zatrzasnąć umysł przed bólem płynącym z zewnątrz i ze środka. I mogłabym również żyć dalej tak, jak do tamtej pory, bez żadnych zmian z wyjątkiem tej jednej – wówczas nie byłaby to historia o mnie i o tobie.

Nie jestem pewna, czy ta opcja nie byłaby lepszą opcją, bo wciąż czuję się współwinna całego twojego cierpienia. Chciałabym, żebyś nie musiała patrzeć, jak razem z Adamem sypiemy się co krok, aż w końcu powstaje między nami wyrwa tak ogromna, że żadne z nas nie jest już w stanie jej przeskoczyć. Marzę, że nie zapamiętałaś tych wrzasków, nie słyszałaś tamtych kłótni prowadzonych już po wszystkim, kiedy siedziałaś w pokoju obok, na pozór pochłonięta rysowaniem – a my oboje, twój ojciec i matka równie dobrze zdawaliśmy sobie sprawę, że kredki i kartka papieru nie są w stanie wciągnąć cię tak mocno. Byłabym – jestem – gotowa błagać na kolanach, jeśli istnieje taka moc, która może wymazać z twojej pamięci tamtą rozbitą głowę, tą krew na posadzce w kuchni i nas: zastygłych jak posągi, posągowo bladych.

Papieros kończy się powoli, przez ciemną ciecz prześwituje już dno szklanki.

Wyobrażam sobie czasami, że tak naprawdę żyjemy w świecie figur woskowych i to dlatego wokół panuje ten mrożący krew w żyłach chłód, niebliskość. Że to dlatego za wszelką cenę staram się uniknąć naszego zbliżenia, choć w rzeczywistości wszystko wewnątrz mnie wyrywa się prosto w twoje małe ramiona – taki wosk w zetknięciu z ciepłem drugiego człowieka topi się, odkształca, umiera.

Drugi raz nie zamierzam poprowadzić cię na pewną śmierć.

Chciałabym czasem wiedzieć, co tak właściwie o mnie myślisz i czy w ogóle zaprzątam twoją uwagę. Czy, kiedy już leżysz w łóżku, przemyka ci przez głowę, że to ja zawaliłam, że to moja wina. Czy nie wolałabyś wrócić do domu, wbrew temu, co mówiłaś niedawno. Zastanawiam się, kogo z nas obwiniasz o rozpad twojego życia, zanim jeszcze zaczęło się na dobre; i kogo obwiniałabyś, gdybyś znała prawdę.
Są chwile, gdy nienawidzę siebie za to, że pozwalam Adamowi kreować się na idealnego tatusia własnym kosztem, ale wiem, że milczenie w tym wypadku oznacza mniejsze zło. Nigdy nie powinnaś dowiedzieć się o tych rzeczach, które raz za razem zdarzały się między nami – chyba nikt nie zasłużył na wysłuchanie historii rodzinnej, od której włosy stają dęba, a krew zastyga w żyłach, niepewna, czy dalej może swobodnie krążyć. Wolałabym poczekać, aż sama zrozumiesz – i zaakceptujesz – że, jak wszyscy ludzie, jesteśmy tak samo zawodni, zamiast rzucać ci ten fakt prosto pod nogi, jak gdybyś miała się o niego potknąć, zranić, rozpaść. Bo, chociaż nie za bardzo wiedziałam, co z tobą zrobić, kiedy się urodziłaś, wiedziałam, co powiedzieć. I powiedziałam ci tak: Jeśli ty się nie poddasz, ja też będę walczyć.
Więc walczę. Dla ciebie, dla siebie, dla nas.

Tylko jak to szło?


23 grudnia 2009, Londyn
[Pozwolę sobie zobrazować moją popsutą parkę: Adam & Sapphire, 7 years ago]

Trzask drzwi wydaje się być mocniejszy niż zwykle, przebijając się nawet przez cienki płacz niemowlęcia i telewizor nastawiony zbyt głośno. Dźwięki odbijają się od ścian, tworząc zabójczą mieszankę, przenikającą nawet przez najgrubszy pancerz ochronny. Atmosfera zagęszcza się od panującej w powietrzu irytacji – jego na widok wnętrza mieszkania, jej – na jego widok.
Zrzuca buty niedbałym ruchem, płaszcz wiesza na wieszaku, którego nikomu nie chciało się poprawić. Więc jest – trwa smętnie, krzywo przyczepiony do ściany. Kurtka, którą kupił jej w zeszłym tygodniu, spadła na ziemię. Nawet się nie ruszyła, by ją podnieść.
– Mała płacze – mówi głośno, przekrzykując telewizor. – Dlaczego nic nie zrobiłaś?
Odpowiada mu wzruszenie ramion i niewzruszony wyraz twarzy. Są takie chwile, gdy naprawdę jej nienawidzi. Ale stara się. A przynajmniej stara się starać.
Żałosna, leniwa kurwa, poruszają się bezgłośnie jego usta, gdy próbuje zapanować nad gniewem.
– Proszę, rusz się – mówi spokojniej, zasłaniając jej ekran.
– Sam się rusz – warczy, niecierpliwym ruchem usiłując przegonić go sprzed kolorowych obrazów, tak jak przepędza się natrętną muchę. Może to skojarzenie z owadem uderza mu do głowy, a może po prostu tak ma.

Zetknięcie dłoni z jej skórą jest tak wyraźne, jakby w pokoju panowała absolutna cisza. Zbyt wyraźne.

Zamierają oboje – on trzymając się za rękę, jak gdyby w niemym wyrazie zaskoczenia, ona za piekący policzek – niby ostatnia lina ratunkowa przed zatonięciem w oceanie nienawiści. Ich spojrzenia krzyżują się w końcu; jego oczy wyrażają niebotyczne zdumienie, u niej czyste obrzydzenie miesza się z obojętnością.
I co tak głupio patrzysz, mówi mu ten wzrok. Jakby to był pierwszy raz.
Prowokuje go – jak zawsze zresztą. Ma ten okropny zwyczaj patrzenia na niego z najprostszą niechęcią, tą tendencję do rzucania mu wyzwań, do irytacji. Zero wyrafinowanych odruchów, tylko ta czysta nienawiść. Wie, że powstrzymałby się, gdyby tylko chciał. Ale nie chce.

Ona wie, że skończy się tak samo jak zwykle. Dotknie ją jeszcze parę razy, znacznie mocniej, niż powinien. Potem się uspokoi. Zapali papierosa, wysłucha uwag o paleniu w mieszkaniu – od niej, bo od kogóż innego? – uderzy po raz kolejny: ręką w stół, nogą w krzesło albo pięścią w nią samą; i wyjdzie. Ona zostanie. Zmyje krew z twarzy, rozczesze poczochrane włosy, przyłoży lód do siniaka na czole. Da sobie radę.
Wie, że nie można inaczej. A jednak bardzo by chciała coś zmienić.


powrót do teraźniejszości, Nowy Jork

To jak trans, zawieszenie między wspomnieniami a realnym życiem; kiedy można by śmiało udawać, że taka historia przydarzyła się komuś innemu – ciotce, kuzynowi, znajomej – gdyby nie fakt, że gdzieś w świecie istnieją jeszcze żywe dowody własnej bolesnej przeszłości, nawet, jeśliby chciało się zamknąć ją w słoiku i stłuc w drobny mak. Może to dlatego wywołujesz we mnie tak sprzeczne emocje – tyle, że zazwyczaj w zetknięciu ognia z lodem, ogień zwycięża.
A tutaj nie.

Przechylam się raz na jedną, mając cię obok, raz na drugą stronę, gdy jesteś tak daleko i wydaje mi się, że mogłabym tak naprawdę o tobie zapomnieć, wymazać twoje istnienie z pamięci, tak, jak ściera się z kartki nieudany szkic czy plany, których nie można spełnić. Ale przecież wiem, że na swój sposób jesteś idealna i już zdążyłaś się zrealizować w tym świecie; tyle tylko, że to ja jestem zupełnie inna, niż obiecałam – nie mogę zrealizować wszystkich twoich marzeń i za to nienawidzę się coraz bardziej.
Ograniczenia.
Czujesz na języku ten gorzki smak?

Próbuję. Piekę, bo lubisz ciastka, chociaż nigdy nie potrafiłam dobrze gotować, i patrzę z nadzieją, jak pożerasz je wszystkie naraz. Maluję na każdym lukrowany wzorek, a ty wciągasz nosem imbirowy aromat, zerkając na mnie podejrzliwie.
– Czy w twoich ciastkach jest jakiś tajemniczy składnik? – pytasz zdumiona. – Smakują całkiem inaczej, niż te od pani Wagner z Blue Muffin, gdzie chodziliśmy z tatą.
Uśmiecham się tylko, jakbyś powiedziała coś zabawnego, i kryję przed tobą, że ów uśmiech nie sięga oczu. Bo w gruncie rzeczy masz całkowitą rację – ten składnik, wyczuwalny gdzieś na samym koniuszku języka, cierpki i kuszący jednocześnie, to żal. Nuta, która wybija się w górę w najmniej spodziewanym momencie.
– Jo – mówię w końcu, powoli, jakby niepewna tego, co tak właściwie – i czy w ogóle – chcę ci zakomunikować. – Chyba powinnaś odwiedzić tatę w szpitalu.
Wzruszasz ramionami; to twoja niema zgoda, przynajmniej pozornie nietrudna do wystosowania. Słowa tylko przeszkadzają: i ty, i ja dobrze wiemy, jak to jest. Tak naprawdę jedynym słowem, które warto mówić, wydaje się być chyba: "przepraszam". 

Ty jeszcze tego nie rozumiesz, ale ja owszem – czasem problem polega na tym, że zbyt wielu osobom zależy. I wówczas nie obejdzie się bez cierpienia: przed, w trakcie, czy już po wszystkim – w dodatku cierpienia każdej zaangażowanej strony. Nie jestem pewna, ale chyba to miałam na celu, gdy wyjechałam z Londynu tamtego dnia i włóczyłam się jakiś czas po świecie – gdyby twój ojciec nie mógł mnie znaleźć, żadna z nas nie poczułaby aż takiego bólu.
Bo czy można tęsknić za kimś, kogo się nigdy nie znało?

15/10/2016

2039. Próba sił

NA POCZĄTEK ZAPRASZAM DO CZĘŚCI PIERWSZEJ!

poranek

Wydaje mi się, że dawno nie oglądałam już wschodu słońca.
Czerwonopomarańczowe promienie zamieniają błękit nieba w blady róż. Nad wieżowcami powoli wznosi się ogromna, jasna kula. Mgła jest jakby rzadsza, bardziej przezroczysta i zastanawiam się, czy właśnie to czują ludzie, kiedy przychodzi wiosna – jakby po miesiącach błądzenia w ciemności nagle zaczynali dostrzegać zarysy dobrze znanego świata. Jakby niespodziewanie wszystkie elementy układanki z powrotem trafiały na swoje miejsce.
Dym z papierosa wędruje tylko sobie znaną trasą, a ja dostrzegam, jak bardzo drżą mi ręce.

Jest coś, o czym nigdy ci nie powiem, a o czym często myślę: otóż cholernie bałam się, że będziesz musiała zostać ze mną na zawsze. Od kiedy skończyłaś rok, zawsze mieszkałaś z ojcem i mimo całego swojego żalu wiedziałam, że tak będzie lepiej. Potrafił się tobą zaopiekować, zadbać, byś miała co jeść, w co się ubrać i żebyś codziennie chodziła do szkoły. Ja byłam niepunktualna i niesłowna, mieszkałam w ciasnym mieszkanku i choćbym nie wiem jak je lubiła, nie było w nim miejsca dla kogoś, za kogo trzeba wziąć odpowiedzialność. W końcu nawet za samą siebie nie umiałam tej odpowiedzialności ponosić. No i, przede wszystkim, nie miałam pieniędzy. Zarabiałam w nocy, w dzień odsypiałam, starając się nie mieć czasu na myślenie o tym, co robię i po co to robię. Bo nigdy nie było w tym poświęcenia dla innej osoby – nie, to zawsze chodziło o mnie. Byłam – jestem – egoistką wszech czasów.

– Mamo.

Na dworze panuje przenikliwy chłód, a ty stoisz w drzwiach balkonowych tylko w cienkiej piżamce. Nie wiedziałam, że wstajesz tak wcześnie; nie wiedziałam też, czy to wynika z nowej, stresującej sytuacji, czy może po prostu tak masz.
Prawdę mówiąc niewiele o tobie wiem. Nie jestem dobrą matką.
Patrzysz na mnie uważnie, twoje oczy śledzą każdy mój ruch, jakbyśmy były obcymi osobami uwięzionymi na powierzchni niecałych czterdziestu metrów kwadratowych. I obie wiemy, że poniekąd faktycznie tak jest – spotkania z tobą co tydzień w jakiejś podrzędnej kawiarence, te kilka godzin, podczas których opowiadałaś mi o swoim życiu nie były w stanie sprawić, byśmy poznały się naprawdę. Wiem tyle, ile mogę zobaczyć. Że jesteś drobna, mniejsza niż dziewczynki w twoim wieku, że masz mądre, zielone oczy i odkąd przyjechałyśmy do mojego mieszkania ani razu się jeszcze nie uśmiechnęłaś. Może się boisz, a może taka twoja natura.
W tym momencie najbardziej uderzające jest to, jak strasznie przypominasz mi mnie samą.

– Mamusiu – powtarzasz – już nie jesteś chora?

Twój ojciec używał tego argumentu, gdy zaczynałaś poznawać inne dzieci i powoli docierało do ciebie, że zazwyczaj domem rządzi kobieta. Że nikt nie spotyka się z matką od przypadku do przypadku, tylko ma ją tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Nie rozumiałam tego, bo przecież nie byłaś głupia; musiałaś wiedzieć, że to tylko idiotyczny wykręt. Mimo to nigdy nie widziałam w twoim spojrzeniu oskarżenia. Ciekawa jestem, co sobie o mnie myślałaś.
Co myślisz teraz.

– Nie, Jo – mówię, podchodząc i biorąc cię za rękę. Cała jesteś przemarznięta, chociaż nic nie dajesz po sobie poznać. Może nie czujesz, a może nie chcesz, żebym cię ochrzaniła. Chociaż i tak bym tego nie zrobiła, o czym dobrze wiesz. Od tego jest Adam. Sadzam cię na krześle w kuchni i otulam zdjętym z ramion kocem. – Zmarzłaś?

Kręcisz głową, że nie, jednocześnie nie spuszczając ze mnie wzroku. Na okrągłych, dziecinnych policzkach masz zdrowe rumieńce i to chyba jedyna cecha zewnętrzna, którą odziedziczyłaś po ojcu. Jestem pewna, że gdybym porównała ciebie i mnie w podobnym wieku, okazałybyśmy się swoimi kopiami.
Zastanawia mnie, co zapamiętasz z tych krótkich migawek, kiedy pojawiałam się w twoim życiu. Czy będzie to nasza wycieczka do wesołego miasteczka na twoje urodziny, kiedy pozwoliłam ci myśleć, że wreszcie mam trochę pieniędzy, żebyś się nie martwiła – a tak naprawdę twój ojciec wcisnął mi je do ręki, gdy wyszłaś na chwilę do toalety. Czy może babeczki, które zawsze kupowałyśmy w naszej kawiarni – te śmieszne, z uszami i noskami – albo deser lodowy, zawsze zjadany przez nas na pół. Zastanawia mnie, czy zapamiętasz pobyt tutaj i czy jest to dla ciebie równie dziwne, jak dla mnie samej. Zastanawia mnie, co zapamiętałaś z wypadku. Chciałabym zapytać, ale nie mam odwagi.

– Może śniadanie? – proponuję w zamian, błogosławiąc w duchu Leo, który ostatnim razem (a było to zaledwie wczoraj, choć mam wrażenie, jakby upłynęły całe wieki) porządnie zaopatrzył mi lodówkę. – Na co masz ochotę?
– Na to, co zawsze – mówisz machinalnie, skubiąc koszulkę od piżamy; obie w tej samej chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że przecież nie mam pojęcia o czym mówisz. – To znaczy słodkie płatki – uzupełniasz, patrząc na mnie przez moment. Potem znów opuszczasz głowę; moja ręka, zaciśnięta do tej pory na uchwycie lodówki, powoli zsuwa się w dół.
– Jo, ja chyba... – zaczynam niepewnie, drapiąc się z zażenowaniem w kark. Dziwnie się czuję; jakbyś była moim gościem, którego właśnie zawiodłam, a nie córką. Tylko czy w ogóle mam prawo cię tak nazywać? Czy naprawdę wystarczy urodzić dziecko, by być jego matką?

Podnosisz na mnie swoje zielone oczy, identyczne jak moje własne i patrzysz wyczekująco. Z trudem przełykam ślinę. Nie mogłabym się ciebie wyprzeć, nawet gdybym sama zechciała oddać cię komukolwiek innemu na tym świecie – taka byłaś do mnie podobna.

– Płatki ci się skończyły? – stwierdzasz z typową dla dziewczynek w twoim wieku pobłażliwością, kiedy dorośli zawalają na całej linii. W duchu oddycham z ulgą, że sama zrozumiałaś i nie masz mi tego za złe. Przynajmniej tak to wygląda. – Nie szkodzi – wzruszasz ramionami, zsuwając się z krzesła. – Możemy pójść do sklepu. Masz tu sklep? – pytasz poważnie, jakbyś była moją matką i przyjechała odwiedzić córkę-studentkę w nowym mieszkaniu. Uśmiechnęłabym się, gdyby nie fakt, że ciężar całej sytuacji przeważa nad humorem.
– Mam – odpowiadam ci, z lekka oszołomiona twoją sprawnością brania wszystkiego we własne ręce. Nim się obejrzę, jest cię wszędzie pełno – przetrząsasz walizkę w poszukiwaniu ubrań i robisz wokół siebie koszmarny bałagan; najwyraźniej to również odziedziczyłaś po mnie. Tyle chciałabym powiedzieć, opowiedzieć, nauczyć. O tyle zapytać. I wiem, że żadnej z tych rzeczy nie zrobię. Czuję, że nie mam prawa; poza tym, co wartościowego może ci przekazać zagubiona we własnym życiu kobieta?
– Mamo, idź, ubierz się – popychasz mnie lekko w stronę sypialni, patrząc wyrozumiale, jak gdybyś wiedziała, że bardzo zabłądziłam i wyciągnęła do mnie pomocną dłoń: pierwszą, jaką odważyłam się przyjąć.

Dziś ty tutaj spałaś. Łóżko jest pościelone i tylko w miejscu, gdzie odbił się ciężar twojego ciała, ulotny niczym obłok, kołdra zdradza czyjąś obecność. Najwidoczniej nie ruszałaś się przez sen, a mnie po raz kolejny nachodzi myśl: czy jest to twój stały nawyk, czy spowodowała go niecodzienna sytuacja. Wciągam na siebie byle co, przy okazji nachylając się nad twoją poduszką; przyciskam do niej nos tak mocno, aż zaczyna mnie boleć i wdycham twój zapach, ledwie wyczuwalny i delikatny jak cała ty, wyobrażając sobie, że to ciebie przytulam.

– Idziemy? – Niespodziewanie w drzwiach ukazuje się twoja buzia, a ja odskakuję momentalnie od zmiętej pościeli, zawstydzona tym, że mnie przyłapałaś i nie wiem który już raz dziękując w duchu za to, że nie potrafię się rumienić. Zrywam się na nogi, usiłując zamaskować zażenowanie wymuszonym uśmiechem.
– Włóż coś grubszego – nakazuję na widok twojej zwiewnej spódniczki i baletowych butów, a wszystko to w delikatnym, pastelowym odcieniu różu, jak rumieńce na twoich policzkach. – Jest zimno.
Przewracasz oczami; czy słyszałaś to samo co rano od ojca? W którym momencie zaczniesz mi się przeciwstawiać? Naprawdę mam nadzieję, że twoja wizyta nie potrwa długo, bo zwyczajnie nie wiem, jak miałabym z tobą obcować. Nawet nie mam w szafce tego, co lubisz jeść. Z obiadem też pewnie zawalę. 

Wracasz, przebrana w cieplejsze i znacznie bardziej odpowiednie na taką pogodę spodnie; czeszę ci włosy tak, jak mi każesz i, trzymając się za ręce, wychodzimy na ulicę przed blokiem. Zewsząd dosięgają nas ludzkie spojrzenia – mnie kłują, na tobie nie robią najmniejszego wrażenia. Czasem zazdroszczę ci, że jesteś za mała, by wiele rzeczy zrozumieć, ale potem przychodzi mi do głowy, że wszystko jeszcze przed tobą. Ja przynajmniej zdążyłam już przeżyć choć część czyhających w zakamarkach okropieństw. Wiatr szarpie mi włosy, spięte w byle jaki kok; teraz wymykają się spod spinki, wirując w powietrzu w rytm tylko sobie znanej melodii. Ty masz porządne warkocze – dzięki niebiosom, chociaż nie wierzę w Boga, że przynajmniej to potrafiłam zrobić dobrze. Odnoszę wrażenie, że dominują nas szarości: szare twarze, szare płaszcze, szare teczki, i tylko w tobie kryje się cała paleta barw i kolorów, promieniująca ciepło niczym słońce. Nigdy przedtem nie zostawałaś u mnie na dłużej, nie licząc tej jednej nocy, gdy twój ojciec musiał odwiedzić rodziców (przy czym żadne z nas nie powiedziało ci, dlaczego nie możesz jechać z nim), więc teraz rozglądasz się ciekawie dookoła. Witryny sklepowe z pewnością nie są żadną wielką atrakcją, zwłaszcza te tutaj, brudne i podniszczone, ale wiem, że daje ci to swego rodzaju poczucie stabilności. Że może wcale nie zmieniło się tak wiele, skoro i tutaj można minąć spożywczy czy zwykły kiosk.
Zerkam na ciebie ukradkiem; przypatrujesz mi się spod rzęs.

– Co tam?
– Nic takiego.
Unoszę brwi w geście niedowierzania, ale nie naciskam. Czuję, że nie powinnam. Może sama mi powiesz, jeśli do tego dojrzejesz i będziesz miała ochotę. A może nigdy.
Ale jednak się odzywasz.
– Jak długo mam u ciebie zostać?
Zastanawiam się przez chwilę; prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co ci odpowiedzieć. Więc decyduję się na szczerość.
– Nie wiem, Jo. Pewnie do czasu, aż tatuś wyzdrowieje.
Kulisz się w sobie pod ostrzałem tych słów, ale nie puszczasz mojej ręki i sprawia mi to swego rodzaju ulgę. Nieomal, jakby miało to znaczyć, że wcale nie jestem gorsza. Że mnie potrzebujesz.
– A co? Chciałabyś już wrócić? – zagaduję pogodnie, poprawiając ci splątaną grzywkę, chociaż tak naprawdę serce wali mi jak oszalałe. Sama cię prowokuję, byś mnie zraniła, zadała cios prosto w twarz.
– Nie wiem – wyznajesz cicho, wbijając wzrok w chodnik. Rozległe kałuże na popękanych, zapadniętych płytkach wyglądają jak miniaturowe morza łez. Ciekawa jestem, czy i ty masz podobne skojarzenia. Ściskam cię mocniej, twoją drobną dłoń, chcąc na swój sposób dodać ci otuchy.
– Mam nadzieję, że wkrótce wszystko będzie dobrze. Nie martw się tym teraz.
– Ty się martwisz – zwracasz mi uwagę; zachodzę w głowę, skąd znasz mnie tak dobrze i czy może powiedziałam coś, co nakierowało cię na taki trop.
– Jestem dorosła, Jo. Taka moja rola.
– Tata się o ciebie nie martwił, kiedy chorowałaś.
Czuję, że w brzuchu mam ogromny supeł, ciężki jak najprawdziwszy kamień, głaz.
– Wiesz... czasem między rodzicami nie układa się najlepiej. – Modlę się, byś nigdy nie poznała tego na własnej skórze, z zupełnie innej perspektywy niż dziecko z rozbitej rodziny.
– A ja się martwiłam – mówisz dalej, jakby nie słysząc tego, co próbowałam ci wytłumaczyć. – Chciałam częściej się z tobą widywać.
Zalewa mnie fala dziwnego, nieznanego uczucia.
– Ale nie ze mną mieszkać, hm?
Patrzysz pustymi oczami, jakby przerażało cię to, co chcesz mi wyznać. Zrobiłabym wszystko, żebyś już nigdy nie musiała się bać, że cały świat wali się w gruzy.
– Bo wyzdrowiałaś. I poradzisz sobie beze mnie.
Przystaję na chodniku, przyklękając przed tobą, chociaż wcale nie jestem aż tak wysoka. Kiedy tak kucam, jesteś ode mnie większa. O to mi chodzi. 
– Joelle – mówię – nie poradziłabym sobie, gdyby cię zabrakło. 


wieczór

Kupiłyśmy zapas płatków, a do tego jeszcze kredki i kolorowanki, bo zapomniałaś wziąć z domu swoich. Chciałam sprawić ci radość, przywrócić na twoją twarz ten uśmiech, który widywałam, gdy jeszcze mieszkałaś z Adamem, a ze mną spotykałaś się tylko raz w tygodniu lub rzadziej, bo nie miałam czasu albo leżałam na kanapie, otępiała od prochów czy leków. Już dawno przestałam liczyć, ile razy cię zawiodłam, ale podskórnie czułam, że za dużo – o tyle, ile ich było. Nie wiedziałam, czy mi wybaczyłaś, czy udajesz grzeczną, żebym nie poskarżyła na ciebie ojcu. Nie zrobiłabym tego, ale nie musisz wiedzieć. 
Próbowałyśmy ugotować obiad, ale nigdy nie umiałam robić zup, a ty chciałaś frytki, które koniec końców całe się przypaliły, więc rozmroziłam pizzę. Zachlapałaś keczupem spodnie i cały stół, ale to nic. Blat wytarłam, a jeansy się przecież wypierze. Rozmawiałyśmy, dużo rozmawiałyśmy. O twoich kolegach ze szkoły i o zwierzątku, które bardzo chciałabyś mieć. 
O Adamie nie mówiłyśmy wcale. 
Pozwoliłam ci zrobić bałagan, bo bawiłaś się w owijanie mebli papierem toaletowym, a potem przypadkiem potrąciłaś szklankę i mleko rozlało się po całej podłodze. Ja zostałam z pięcioma porozwijanymi rolkami, których użyłam, by wytrzeć panele. I ani trochę mnie to nie zirytowało, choć nienawidzę sprzątać.
Bo pod koniec dnia wreszcie się uśmiechasz.

Jest to senny, rozmarzony uśmiech, już przymykasz oczy leżąc w mojej pościeli – znów odstąpiłam ci łóżko, sama zamierzałam rezydować tymczasowo na kanapie w salonie – i wtedy mówisz mi nagle:
– Fajnie dziś było.
Jeden kącik ust unosi mi się w górę, jakbym była dumna, że chociaż coś osiągnęłyśmy. 
– Mi też się podobało.
Zamyślona, z ręką pod policzkiem wyglądasz jak marzenie ze snu. Rozczochrane włosy, roziskrzone oczy; nie masz zęba na samym dole. Zastanawiam się, czy Adam bawił się z tobą w Zębową Wróżkę. Tyle rzeczy mnie ominęło, myślę. I, całkowicie wbrew wszystkiemu, czuję wszechogarniający żal, że nie uczestniczyłam intensywniej w całym twym krótkim życiu, choć przecież sama tego chciałam. Nie nadawałam się. 
Nadal się nie nadaję.
– Wiesz co? – Pytanie pada z twoich ust niespodziewanie; pogrążona w myślach nie zauważyłam, że jeszcze nie śpisz.
– No co?
– Chyba mogę jeszcze trochę tu pobyć.
Tak bardzo mi przykro, chcę szepnąć, że nie potrafię okazywać ci uczuć. Że nie umiem teraz okazać radości tak, jak zrobiłby to każdy normalny człowiek. Ale milczę, delikatnie i ostrożnie dotykając twoich jasnych włosów.
– Cieszę się, Jo. Chcę, żebyś tu była – mówię szczerze i naraz uświadamiam sobie, że od dawna nie wypowiedziałam tyle słów, co dzisiaj. Przychodzi mi na myśl, iż może jesteś potrzebna, by z powrotem przemienić mnie w człowieka. 
Milkniesz, powieki opadają ci ze zmęczenia jak płatki róż. Cicho, cichutko wysuwam się z sypialni, zamykam za sobą ciemne drzwi, jakby chcąc odizolować cię od świata, w którym zło przeważa nad dobrem.
Potem biorę leki.


noc

Budzi mnie hałas. Nie przepadam za burzą, ale lubię patrzeć na błyskawice. Są jak ogień – jednocześnie piękne i niebezpieczne. Deszcz z impetem wali w szyby i parapety, a ja zastanawiam się, jak możesz spać przy takim huku. Ulewa jest naprawdę mocna. 
Kiedy byłam w twoim wieku, bardzo bałam się burzy.
Mam nadzieję, że jesteś ode mnie twardsza i odważniejsza, bo chciałabym oszczędzić ci chociaż części z tego, co stało się moim udziałem. Marzę sobie czasami, że wyrośniesz na asertywną i pewną siebie dziewczynę, kobietę. Wyobraźnia podsuwa mi dobrą pracę, męża, może nawet jakieś dzieciaki. I błagam w duchu, byś nigdy, przenigdy nie poszła w moje ślady.
Ani w ślady swojego ojca.
Nie opowiadam ci o takich rzeczach – które dziecko chciałoby wiedzieć? – bo jesteś zbyt mała; w Świętego Mikołaja też jeszcze wierzysz i nie chcę rozwiać w drobny pył twoich niewinnych złudzeń. Ja wiem. Wiem, że Adam nie jest tym bohaterem, za którego chciałby uchodzić w twoich oczach. I wiem, że w przeciwieństwie do niego, ja nie odgrywam przed tobą kogoś, kim nie jestem.
Chociaż w tym okazałam się lepsza. 
Nie chciałam, żebyś kiedykolwiek pomyślała, że wcale mnie nie znasz. Ale na pewno ta myśl zdążyła przejść ci przez głowę. Teraz boję się tylko, że utknie tam na zawsze. I że nigdy już nie zdołam jej wykorzenić, choćbym nie wiem jak się starała. 

Więc siadam na kanapie i planuję. Narzucam koc na ramiona, kartka powoli pokrywa się moimi drobnymi zapiskami. Sama nie wiem, do kogo jest ten list – do ciebie, twojego ojca czy może do mnie samej – ale piszę, piszę i piszę, zatracając się w tym co robię tak bardzo, że świat zewnętrzny przestaje dla mnie istnieć.

Kiedyś chciałam zostać pisarzem. 

Miałam trzynaście lat i właśnie rzuciłam balet na rzecz więcej wolnego czasu. Rodzice przyjęli to ze stoickim spokojem – wszystko tak przyjmowali; gdybym powiedziała, że chcę hodować słonie, pewnie nie mieliby nic przeciwko – ale nauczycielka tańca rozpaczała. Jesteś zbyt dobra, mówiła. Nie rób tego. To był pierwszy raz, gdy zmarnowałam sobie potencjalną karierę i przyszłość. Później poszło już łatwo, drugi, trzeci, siódmy. Ta pierwsza porażka zawsze jest tą, która cię usprawiedliwia przy kolejnych: skoro wtedy tak wyszło i się z tym pogodziłaś, to czemu teraz nie możesz?
 Wolny czas, którego nagle okazało się zbyt dużo, spędzałam w księgarniach. Włóczyłam się między półkami, bezmyślnie dotykając grzbietów najgrubszych tomów, jakie zdołałam znaleźć. Nic mi to wtedy nie mówiło, te ich tytuły, ale przechadzając się tak w jedną i drugą stronę czułam pod palcami jakąś niebywale silną, promieniującą energię. 
Pisałam od zawsze. Głupiutkie historyjki, niezdominowane przez disnejowskich wyidealizowanych bohaterów i świat, gdzie zawsze dobro zwyciężało nad złem; o dziewczynach i potworach, o zapracowanych szychach wielkich korporacji, o gadających zwierzętach. O lesbijkach. Potrafiłam wczuć się w swoich bohaterów, wejść w ich skórę tak mocno, iż wydawali mi się realnymi osobami. Nigdy nie myślałam o tych opowiadaniach jako metaforach otoczenia i mnie samej – ale teraz, gdyby się głębiej zastanowić, może i coś w tym jest.
Nie pamiętam już, dlaczego przestałam pisać. 

Kartka szybko się kończy, zbyt szybko. Pospiesznie idę do kuchni w poszukiwaniu jakichś strzępków papieru, które nie wpadły w twoje artystyczne łapki i kątem oka dostrzegam na stole tamten list. Zachodzę w głowę: Nie sprzątnęłam? Nie wyrzuciłam? Leżał tam cały czas? I najważniejsze: Przeczytałaś go? Chyba nie. Jest pomazany z tyłu kredkami, jak gdybyś próbowała barwy, zanim zaczniesz rysować coś na czysto. Chciałabym to samo zrobić ze swoim życiem: najpierw sprawdzić wszystkie dostępne możliwości i konsekwencje, żeby móc od razu wyrysować sobie najlepszy możliwy scenariusz; taki, jaki zaplanowałam. 
Z kamienną twarzą wyrzucam list do kosza. 

Kiedy byłaś bardzo mała, chciałam cię przed wszystkim ochronić. Bałam się, gdy chwytałaś za jakikolwiek ostrzejszy przedmiot; ucząc się chodzić, musiałaś mieć pod ręką Adama, bo ja zaczynałam panikować, że zrobisz sobie krzywdę. Dopiero po czasie, gdy już nie było cię obok, zrozumiałam, że chronić drugą osobę, to również pozwalać jej popełniać błędy.
Ciekawe, czy twój ojciec to wiedział, zostawiając mnie sobie samej. Zabierając ciebie. 

Zapominam o papierze, ale to nic. Wlokę się na kanapę, jakby przygniatał mnie wielki ciężar. I jest, faktycznie – jakaś groza leży mi gdzieś na sercu. Nikt dziś nie dzwonił ze szpitala, a ja nie pojechałam, bo po co. Nic nas właściwie nie łączy. Prócz ciebie. 
Zastanawiam się, czy wiesz, że oboje, ojciec i ja, trzymamy się tylko dzięki tobie.
A potem unoszę głowę i widzę cię w drzwiach sypialni.

– Dlaczego nie śpisz?
– Słyszałam, jak chodzisz po domu. Boisz się burzy, mamusiu? – pytasz tak czysto i niewinnie, aż sama nie wiem, co ci odpowiedzieć. Nie – czuję na końcu języka to jedno słowo, okrągłe i gładkie jak pestka czereśni, ale koniec końców nie mówię nic. Otwieram tylko usta, a potem je zamykam, zaskoczona własną pustką w głowie. 
Siadasz obok mnie na kanapie, wpełzasz pod koc. Kończyny masz lodowate.
– Chcesz, żebym tu z tobą została? – W ciemności twoje wielkie oczy lśnią jak diamenty. Obejmuję cię niepewnie, przypominając sobie, jak miałaś kilka miesięcy i trzeba było nocami nosić cię po całym mieszkaniu, bo nie chciałaś spać.
– Na zawsze – szepczę.

14/10/2016

2038. I że cię nie opuszczę.

Nie pamiętał momentu, w którym zmorzył go sen. Okryty cienkim, pstrokatym kocem nie próbował nawet analizować wydarzeń minionych dni, ponieważ wydawały mu się zbyt absurdalne, aby mogły mieć miejsce. Leżące na stoliku nocnym silne środki przeciwbólowe przypominały o incydencie, który, niedorzeczny w swej naturze doprowadził, go do... Niej. Po trwających trzy lata poszukiwaniach wszystkim, o czym marzył była chwila zapomnienia, w której pozbyłby się zapachu szpitalnej pościeli gnieżdżącego się ciągle w jego nosie i nauczył się żyć ze świadomością, że to nie koniec jego problemów, a zaledwie blady początek. Wypatrywał swojego celu tak długo, że to, co miało nastąpić po jego osiągnięciu, zostało zepchnięte na drugi plan. I wróciło do niego teraz, gdy był zbyt oszołomiony, aby podejmować racjonalne decyzje.
Wskazówki na podświetlanym cyferblacie ułożyły się na godzinie dwunastej, kiedy spod poduszki odezwał się dzwonek telefonu. Wyrwany z głębokiego snu Yates zlokalizował go po dłuższej chwili, chwytając po omacku najpierw butelkę wody mineralnej, a potem książkę, którą wreszcie strącił niezdarnie na podłogę. Głuche grzmotnięcie twardej oprawy o drewniany parkiet ocuciło rekonwalescenta na tyle, że poradził sobie z odebraniem połączenia. Dzwonił Kodey.
— Przed moją pięścią może uratować cię jedynie koniec świata — nie mógł przyzwyczaić wzroku do ciemności i wnętrze pokoju jawiło mu się jako czarna otchłań bez dna. Przetarł oczy opuszkami palców ale zabieg nie przyniósł żadnych rezultatów.
— Nie tylko przed twoją pięścią — po drugiej stronie aparatu głos był ochrypnięty i zmęczony. W tle dało się słyszeć trudny do zidentyfikowania gwar i zamieszanie, niepodobne do otoczenia, w którym mężczyzna przebywał na co dzień od chwili wyjazdu z Nowego Jorku — Skype, teraz — przerwał połączenie, pozostawiając Yatesa ze śmiesznym w swojej prostocie poleceniem, które wzbudziło w nim jednak pewne obawy. Kilkuletnia znajomość z Kodey’em nauczyła go, że w jego przypadku nic nie jest takim, jakim się wydaje. Nic nie jest oczywiste. Dlatego niewiele myśląc zsunął się z łóżka i po omacku dotarł do swojego biurka, na którym piętrzyły się nieposegregowane faktury i kilka niezapłaconych rachunków. Ból w lewym boku był nie do wytrzymania i utrudniał oddychanie, toteż poświęcił kilka minut na znalezienie jak najwygodniejszej pozycji w fotelu. Powoli odzyskiwał także wzrok i choć oczy zachodziły mu łzami za każdym razem, kiedy ziewał, rozpoznawał już poszczególne elementy wystroju wnętrza. Regał, którego półki uginały się pod ciężarem zdobytych na kiermaszach książek, obita sztuczną skórą kanapa i fotel, przez którego oparcie przerzucił zmoczoną deszczem kurtkę. Wszystko na swoim miejscu.
— Jezu, Ben. Jak ty wyglądasz — oczom Kodey’a ukazała się twarz pokiereszowana pięściami. Sińce, rozcięta brew i kącik ust były oznakami niedoszłego wówczas triumfu, który sprowadził lawinę nieprzewidywalnych konsekwencji. Yates splątał palce swoich dłoni w sposób, jaki potencjalnie mógł sprawiać mu ból, chociaż robił to często w chwilach niezdecydowania. Nie wiedział, od czego powinien zacząć.
— Savannah miała... Pewien problem z facetem. Kiedy pojawił się u niej nieproszony tysięczny raz, to był jedyny środek perswazji, jaki przyszedł mi do głowy. Złamał mi żebro, trafiłem do szpitala i to był chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu.
— Masz skłonności masochistyczne?
— W tym szpitalu pracuje Lisa — zatrzymał się, jakby chciał sprawdzić, czy ta informacja zrobi na przyjacielu odpowiednie wrażenie — Znalazłem ją po trzech latach, uwierzysz?
— To na pewno wspaniała historia ale teraz skup się, Ben. Potrzebuję twojej pomocy — Yates brutalnie sprowadzony na ziemię nachylił się bliżej ku ekranowi komputera. Dopiero teraz skoncentrował się nie na twarzy Kodey’a, a na miejscu, w jakim się znajdował. Siedział na kamiennej posadzce oparty o ścianę, a wokół niego przechodziło w pośpiechu mnóstwo ludzi; z walizkami i torbami podróżnymi, a ich głośne rozmowy przeplatały się ze stukotem obcasów i komunikatami dla pasażerów. To było lotnisko — Za trzy godziny wyląduję w Nowym Jorku. Czekaj na mnie w swoim mieszkaniu.
— Jak to w Nowym Jorku? Po co? I co z Bethany? — mimo późnej pory i nadmiaru niedorzeczności Ben starał się zachować trzeźwość umysłu. Obok mężczyzny nie było jego narzeczonej ani też bagażu, który świadczyłby o jej towarzystwie. Narastające wewnątrz uczucie niepokoju było coraz bardziej uzasadnione i znajdowało swoje ujście w rodzących się naprędce pytaniach.
— Ta kobieta — Kodey wysunął przed kamerę zdjęcie około dzwudziestokilkuletniej szatynki. Pozostawił Yatesowi kilka sekund na zapoznanie się z jej twarzą; sam zadbał natomiast o to, by nie zrobił tego żaden z przypadkowych ludzi wokół niego — Nazywa się Mia Rose. Przyjedzie do ciebie za około godzinę. Nie wyrzucaj jej za drzwi, muszę się z nią spotkać.
— Sprowadzasz do mojego mieszkania obce osoby? Upaliłeś się?
— Po prostu zaczekajcie tam na mnie — połączenie zostało przerwane i oczom Bena ukazał się na powrót zabałaganiony pulpit komputera. Wpatrywał się przez chwilę w mrugającą diodę zasilania ale bladozielone światło nie pomogło mu w zrozumieniu odbytej właśnie rozmowy. Z informacji, które otrzymał, wynikało że za godzinę podejmie nieproszonego gościa, z którym spędzi kolejne dwie w oczekiwaniu na Kodey’a. Cokolwiek planował, odbywało się w największym pośpiechu i najwyraźniej nikt poza samym Kodey’em nie był świadomy tego, co naprawdę miało się wydarzyć.
Wstał od biurka. Pobyt w szpitalu wydawał się z tej perspektywy odpoczynkiem w sanatorium, po którym przyszło mu zderzyć się z rzeczywistością o wiele bardziej zawiłą, niż ją dotychczas postrzegał. Był środek nocy, a wizja pościelonego łóżka wydawała się ledwo nieśmiałym życzeniem. Pożegnał się z nim boleśnie, kiedy wsypywał do wyszczerbionego kubka dwie łyżeczki kawy. Coś się nie zgadzało. Kiedy żegnał się z przyjacielem niespełna pół roku temu, ten wydawał się zupełnie innym człowiekiem. Jego życie nie było co prawda uporządkowane, ale dokładnie wiedział, czego chciał. Przyszłości z ukochaną kobietą w jej rodzinnym kraju, w Kanadzie, gdzie mieli rozpocząć wszystko od nowa. Teraz wydawał się mniejszy, jakby skurczył się w sobie, a jego głos brzmiał niczym skomlenie wojennego jeńca. Poprosił o pomoc ale tej prośby nie uzasadnił, co stawiało Yatesa w niezręcznym położeniu. Tajemnice nigdy nie wróżyły niczego dobrego i dlatego nigdy nie stawały pomiędzy nim, a Kodey’em. Aż do teraz, a z całą pewnością nie chodziło o przyjęcie – niespodziankę. Upił łyk gorącego napoju, bezwiednie rozcierając na blacie krople rozchlapanej wody. Chociaż starał się z całych sił odegnać od siebie tą myśl, właśnie ona wydawała się być najbliższa prawdzie – nadchodziły kłopoty.

Salon połączony z aneksem kuchennym wydawał się wielkim pomieszczeniem, stwarzającym wiele możliwości doświadczonemu architektowi wnętrz, jednak Ben niczego w nim nie zmieniał. Ciągle nie widział w wynajmowanym mieszkaniu własnego kąta, a teraz nie mógł znaleźć sobie w nim miejsca bardziej, niż zwykle. Zegar na ścianie odmierzał kolejne minuty, a każdy skok sekundnika świdrował jego mózg niczym zardzewiały gwóźdź. Pytania pozostawione bez odpowiedzi doprowadzały go do szewskiej pasji, a każde wytłumaczenie, jakie próbował znaleźć przekształcało się natychmiast w teorię spiskową o szerokiej skali. Noc zasiewała u ludzi najczarniejsze myśli, niekiedy pozbawiała resztek zdrowego rozsądku i to zdiagnozowane oznaki paranoi pomogły mu spędzić ostatnie chwile w samotności na niewyrządzaniu sobie większej krzywdy psychicznej.
Niespodziewanie, ciche pukanie do drzwi wejściowych pozbawiło go na moment wszelkich obaw i niepokoju. Ustąpiły one miejsca niezdrowej ciekawości. Plan, jaki omówił mu wcześniej Kodey wydawał się nierzeczywisty i teraz, kiedy spełniało się jedno z jego założeń, Yates poczuł iskrę podekscytowania paraliżującą jego plecy. Ryzykował, chcąc wpuścić do środka nieznajomą kobietę, choć z drugiej strony to ona przyjechała w środku nocy do kogoś, kogo miała zobaczyć na oczy po raz pierwszy w życiu, oparłszy swoją decyzję prawdopodobnie o telefoniczną rozmowę. Musiał to zrozumieć.
— Benjamin, jak sądzę — nie czekając na powitanie wyminęła Yatesa w progu. Ubrana w ciemny, zroszony deszczem płaszcz, z niewielką przewieszoną przez ramię torbą sprawiała wrażenie osoby pracującej na wysokim stanowisku. W półmroku ginęło wiele szczegółów jej wyglądu, chociaż w ocenie mężczyzny była drobnej, niewysokiej postury. Dodawała sobie kilka centymetrów butami na obcasie. Zanim zamknął za nią drzwi, spojrzała jeszcze za siebie, jakby upewniała się, że nie była śledzona a jej obecność umknęła uwadze mieszkańców kamienicy. Nie było tu miejsca na savoir vivre; została poproszona o wykonanie konkretnego zadania i najwyraźniej pragnęła jak najszybciej mieć je za sobą. Bez świadków i konsekwencji. To ponownie zapaliło w głowie Bena czerwoną lampkę.
— Cokolwiek próbujecie zrobić... Co to oznacza dla mnie? — ciągle nie rozumiał swojej roli w tym przedsięwzięciu. Wolał nie myśleć o swoim przyjacielu w kategoriach zdrajcy i świadome sprowadzenie na niego kłopotów wydawało mu się mało prawdopodobne. Mimo to patrzył teraz na tajemniczą kobietę imieniem Mia i zastanawiał się, czy jakiekolwiek informacje są przeznaczone dla jego osoby.
— Nie prześpisz nocy. Nic więcej — ułożyła torbę i płaszcz na kanapie, wcześniej wyszukując spośród swoich rzeczy pożółkłą, pękatą kopertę, która szybko stała się głównym obiektem zainteresowania Yatesa. Dlaczego musiała przekazać ją Kodey’owi osobiście? Poczuł niemiłe ukłucie w żołądku, któremu nie potrafił nadać znaczenia. Na jego oczach rozgrywała się przedziwna gra, z której został wykluczony jeszcze zanim zdołał poznać jej prawdziwą stawkę. Stawał się głupszy z każdą minutą i z każdą minutą uświadamiał sobie coraz boleśniej swoje zagadkowe położenie — Napijesz się?
— Częstujesz mnie moim winem?
— Ty mnie nie poczęstowałeś — było cierpkie, o bardzo silnym aromacie. Nie takie, jakim raczyła się w długie, samotne wieczory w swoim mieszkaniu przy Halsey St. Uniosła kieliszek ku górze i spojrzała przez niego na małą, pokojową lampkę. Jej światło odbiło się rubinowym refleksem na bladej twarzy kobiety i zamajaczyło, gdy wprawiła w ruch zawartość naczynia. Wpatrywała się w hipnotyzującę błyski jak małe dziecko, nad którego głową powieszono lśniącą zabawkę, a w kącikach jej ust zatańczył niewinny uśmiech.
— Dzięki za troskę — usiadł na krzesełku barowym i podparł się na skrzyżowanych przed sobą rękach. Kieliszek odsunął na bok, mając na względzie ilość tabletek przeciwbólowych, jaką ostatnio przyjmował. 
Mimo rozrywającego go od wewnątrz zniecierpliwienia zdecydował się nie naciskać. Było coś w powierzchowności panny Rose, co czyniło jej towarzystwo mniej uciążliwym, niż wskazwałyby na to okoliczności. Nie znała Bena, a jednak traktowała go jak starego przyjaciela z podwórka, przy którym mogła czuć się swobodnie. Bawiło go to i zawstydzało zarazem, ponieważ nie miewał do czynienia z taką otwartością zbyt często. Na tyle, na ile pozwalała mu wpojona rezerwa, próbował popłynąć z nurtem niezobowiązującej pogawędki. Znał te sztuczki nazbyt dobrze i stosował je każdego dnia za barowym kontuarem, gdy przejmował rolę samozwańczego psychoterapeuty. Z tą tylko różnicą, że ośmieleni alkoholem klienci nie stanowili dla niego wyzwania. Mia była inna. Nie unikała żadnej odpowiedzi ale doskonale wiedziała, w którym momencie wykonać zgrabny skok, aby nie wyjawić za wiele. Kiedy przerwał im dzwonek telefonu, Yates sklejał w całość nędzne okruchy informacji, które nie dawały spójnego obrazu.

— To Kodey — Mia położyła telefon na blacie pomiędzy nimi i zmieniła ustawienia głośnika tak, aby oboje mogli uczestniczyć w rozmowie. Przez dłuższą chwilę nie usłyszeli nic poza szelestem i odgłosem czyichś kroków. Przenikały się one z ciężkim i powolnym oddechem; charczącym, jak po wyczerpującym biegu w trudnych warunkach.  
— Kod, czekamy na ciebie.
— Rosie, zniszcz tą kopertę — mężczyzna mówił szeptem. Głos był zniekształcony, jakby stłumiony. Pierwszą myślą, jaka pojawiła się w głowie Bena było zatajenie przed nim zawartości koperty, ale dostrzegł powoli opadające powieki Mii i już wiedział, jak bardzo naiwna była to myśl. Zwinęła swoje dłonie przy ustach. Drżała, gdy na jej policzkach pojawiły się pierwsze łzy. Wiedziała, co to oznaczało.
— Kodey, co się dzieje? — po raz pierwszy w życiu sparaliżował go strach. Czuł mrowienie w nogach, które pięło się powoli ku górze, aż wreszcie objęło resztę ciała — Słyszysz?! — wpatrywał się w telefon oczekując jakiejkolwiek reakcji, a wszystkie tajemnice, jakimi obleczona była ta noc, nagle stały się dla niego zrozumiałe. W cokolwiek wplątali się z panną Rose, chodziło o jego bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo, które nie miało teraz dla niego żadnego znaczenia.
— Nie wychylaj się. I nie wciągaj go w to, Rosie — rozległ się trzask, który przerwał połączenie, jakby ktoś zmiażdżył telefon po drugiej stronie ciężkim przedmiotem. Stali przez chwilę w milczeniu, znieruchomiali, chociaż w każdym z nich odbywała się innego rodzaju walka.
— Zniszcz ten telefon. Muszę... Iść. Muszę już iść — strąciła z blatu kieliszek, kiedy zerwała się ku kanapie, na której spoczywały jej rzeczy. Szkło rozbiło się na tysiące drobnych kryształów, które trzaskały pod naporem jej butów, kiedy w pośpiechu zakładała swój płaszcz. Opanowała płacz ale nie była już sobą. Nie tą samą dziewczyną, która przekroczyła próg tego mieszkania godzinę temu. Kamienna twarz zdradzała zaciętą determinację i pełną świadomość tego, co powinno zostać teraz zrobione — Zostaw to, nie mieszaj się.
— Chyba żartujesz — chwycił jej ramię na tyle mocno, aby poczuła ból. Jęknęła, a gdy spróbowała się uwolnić, ścisnął ją jeszcze mocniej. Jedyne, co mogło ją teraz zatrzymać, to strach. Strach, że coś grozi jej nie tyle na zewnątrz, co właśnie tutaj. Ze strony Yatesa, któremu było już wszystko jedno i który powoli tracił nad sobą panowanie. W głowie słyszał wielki huk, który nie pozwalał mu myśleć racjonalnie. Przesłaniał mu wszystko. Cierpliwość, zdrowy rozsądek, połamane żebro. Popchnął pannę Rose na kanapę tym samym uświadamiając ją, że tu jest teraz jej miejsce. Dopóki nie pozna prawdy — Co miałaś mu przekazać?
— Trzymaj się od tego z daleka.
— Mów! — odruchowo zacisnęła dłoń na starej kopercie, chociaż wiedziała, że nie pozostanie tajemnicą ani chwili dłużej. Czuła mocne bicie swojego serca, niemal je słyszała, szeroko otwartymi oczyma obserwując Yatesa, który zaczął krążyć obok niej w tę i z powrotem. Jak na policyjnym przesłuchaniu, gdzie jako oskarżona nie miała na swoją obronę żadnego argumentu — Co miałaś mu przekazać? — powtórzył, cedząc każde słowo przez zaciśnięte zęby.
— Nowe życie. Wszystko w tej kopercie... To nowy Kodey — rozerwała kopertę i wysypała obok siebie jej zawartość. Rozsunęła stertę dokumentów tak, aby każdy był dobrze widoczny. Ben kucnął obok — Norweski paszport, dowód osobisty, konta bankowe, dokumentacja medyczna...
— Uciekał? — dokumenty wyglądały na autentyczne, chociaż opatrzone zdjęciami Kodey’a i jego nowym, fałszywym nazwiskiem. Wszystko, co byłoby potrzebne do rozpoczęcia życia jako przykładny, norweski obywatel. Tylko po co? Co takiego musiało wydarzyć się w jego życiu, że sięgał po tak radykalne rozwiązania? Yates przeczesał dłonią włosy i zatrzymał się na dłużej przy jednej z fotografii przyjaciela. Osoby, którą za takowego uważał. Czy naprawdę nim był? Intuicja podpowiadała mu, że przez cały okres ich znajomości nie dowiedział się o nim nawet połowy prawdy. Może od samego początku wszystko było jednym wielkim kłamstwem? — Czekaj, to jest ponad moje siły — Mia była gotowa mówić, ale jego nerwy potrzebowały ukojenia. Przyniósł z barku napoczętą butelkę whisky i dwie szklanki, które napełnił bursztynowym napojem. Miał nadzieję, że jego żołądek jest wystarczająco silny na przyjęcie takiego zestawienia.

— Kod miał brata bliźniaka, który zmarł niespełna rok temu — opróżniła swoją szklankę jednym, dużym łykiem i nie czekając na gościnność gospodarza, uzupełniła ją — Był uzależniony od amfetaminy. Brał i handlował na boku ale przestał nad tym panować. W pewnym momencie to, co miało zostać sprzedane, zostawało u niego w kieszeni, przez co wpadł w niełaskę i wpędził się w potworne długi. Nie zdążył ich uregulować. Strzelił sobie w łeb.
— Popełnił samobójstwo? — Mia przyłożyła do skroni dwa wyprostowane palce i nacisnęła niewidzialny spust. Widziała, jak wściekłość w oczach Bena ustępuje miejsca uczuciu rozżalenia i niedowierzania, i odetchnęła spokojnie wiedząc, że z jego strony nie grozi jej już niebezpieczeństwo. Im więcej wiedział, tym większy ciężar spoczywał na jego barkach i tym trudniej było mu pogodzić się z własną nieświadomością — Kodey twierdził, że jest jedynakiem.
— Ci ludzie, u których był zadłużony... To bardzo niebezpieczna ale i wpływowa organizacja. Nie udało im się odzyskać od Ryana tego, co im się należało, więc odnaleźli Kodey’a. Zastraszali go ale groźby długo nie przynosiły pożądanego skutku i stawką przestały być jedynie pieniądze. To zaczęła być sprawa honorowa, która zawiesiła życie Koda na włosku i postawiła jego najbliższą rodzinę na celowniku. Musiał zacząć działać.
— Spłacał ich? Jak?
— Obracał kradzionymi dziełami sztuki na czarnym rynku.
— Co? — Ben złapał się na tym, że od dłuższego czasu zagina i rozprostowuje w dłoniach opróżnioną kopertę. Jej faktura zaczęła przypominać stary, zmurszały materiał przesiąknięty wilgocią i dotykiem setek tysięcy dłoni przed nim — Przecież nie mógł zająć się tym ot tak!
— Stare dzieje — zbliżyła swoje bladoróżowe usta do krawędzi szklanki, jednak nie napiła się z niej. Zawiesiła na moment wzrok na przeciwległej ścianie, obserwując przemykające po niej światła latarni i przejeżdżających obok kamienicy samochodów, i poczuła na skórze dreszcz chłodu. Nigdy nie zastanawiała się nad rolą Kodey’a w jej życiu i nie przypuszczała, że kiedykolwiek los skrzyżuje ich ścieżki na dłużej. Że kiedykolwiek będzie zmuszona wprowadzić kolejną osobę do ich małego dramatu. Stąpała po niepewnym gruncie.
— Słuchaj — znowu dotknął jej ramienia, tym razem subtelnie i z wyczuciem — Nie dbam o to, czy nie chciał mnie w to mieszać. Musisz pomóc mi to zrozumieć. Tylko ty jesteś w stanie to zrobić.

Mijały kolejne minuty bezradności, które nie pozwalały mu na podjęcie działania. Jakiegokolwiek, bo przecież nie wiedział, co w tej chwili dzieje się z jego przyjacielem. Ukrywał się? Ktoś go porwał? Jeśli tak, to po co? Nie odzyskają pieniędzy od kogoś, kto siedzi zamknięty w piwnicy. Albo nie żyje. Yates zaczął krążyć od ściany do okna, przez które zaglądał, w swojej naiwności poszukując odpowiedzi na opustoszałej ulicy. Minęła pierwsza złość, która przesłaniała mu zdrowy osąd i zaczął rozpatrywać sytuację w nieco innych kategoriach. Gdyby wiedział o wszystkim wcześniej, jego życie być może nie wyglądałoby tak, jak teraz. A może udałoby mu się wyprowadzić Kodey’a na prostą, zanim próbowałby uciec się do fałszywej tożsamości i życia na innym kontynencie. Musiał spoglądać w przyszłość, która skrywała przed nim rolę jaką przyjdzie mu jeszcze odegrać. Teraz, kiedy nie można było już naprawić przeszłości.
— Studiowaliśmy razem przez pierwsze trzy lata, zanim wyrzucili go z uczelni. Nie wiem, w jaki sposób zaczął obracać się w takich kręgach ale siedział w tym już jak się poznaliśmy. Był zwykłym pośrednikiem, zanim nie odkrył, że może skorzystać z mojej pomocy — whisky zakołysała się w jej głowie, kiedy podniosła się z kanapy. Opowiadanie nieznajomemu o tej części swojego życia, z której nie była dumna, było trudniejsze niż się spodziewała. Wyglądał na dobrego człowieka, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Może Nowy Jork nie był światem, w którym się odnajdywał. Podeszła do regału, na którym ustawione było kilka zdjęć. Jedno z nich, oprawione w przezroczystą ramkę, uwieczniło grupę przyjaciół siedzących wieczorem przy ognisku. Niewielki, trawiasty teren, wokół którego przedzierały się nagie skały o ostrych krawędziach i wysokie, oprószone pierwszym śniegiem świerki. Cokolwiek sprowadziło go do tego miasta, zostawił za sobą kawał dobrego życia — Krótko mówiąc, jego udziały na czarnym rynku wzrosły, kiedy znalazł specjalistę od orzekania o autentyczności danego obrazu czy rzeźby. Zaczął mieć coś do powiedzenia.
— Potrafiłaś to stwierdzić? Jak?
— Moja przeszłość nie ma teraz większego znaczenia — zagarnęła kosmyk włosów za ucho, a ruch jej ręki był nienaturalny, zbyt szybki. Yates zorientował się, że uderzył w czuły punkt. W coś, o co nie powinien pytać — Wystarczy ci wiedzieć, że moja rodzina była związana ze światem sztuki praktycznie od zawsze. Wiedziałam swoje i umiałam to wykorzystać. To wszystko.
— Dobrze... — zamknął na moment oczy i odetchnął ciężko. Za tymi słowami kryła się historia, w którą nie chciał się zagłębiać. Przynajmniej nie teraz — Mów dalej.
— Skończyliśmy z tym, kiedy wyrzucili go z uczelni. Napisał za kogoś kilka egzaminów i dowiedziały się o tym niewłaściwe osoby. Przez długi czas nie mieliśmy ze sobą żadnego kontaktu.
— Aż do chwili samobójstwa jego brata.
— Tak — przygryzła dolną wargę — Zaczynałam wtedy studia doktoranckie i potrzebowałam pieniędzy na badania. Mój sponsor się wycofał, a ja miałam nóż na gardle. Kiedy Kod ponownie zaproponował mi współpracę, nie zastanawiałam się długo. Wrócił do branży. Z tym że... To nie wystarczało.
— Zaczęliście kraść?
— Nie musieliśmy — Yates skrzyżował ręce na klatce piersiowej. Musiał usłyszeć to z jej ust, chociaż domyślał się już prawdy. Prawdy, która powoli zamieniała jego życie w podrzędny, kryminalny film — Wypuściliśmy na rynek dwa sfałszowane obrazy. Jeden kupiła jakaś gruba ryba z Hiszpanii. Facet zapłacił od razu pełną kwotę prawdopodobnie nie wiedząc nawet, co naprawdę nabywa i słuch o nim zaginął. Drugi wypłynął w dość niefortunnym momencie. Widzisz, oryginał tego obrazu oficjalnie uchodzi za zaginiony podczas II Wojny Światowej ale oprócz naszej kopii pojawiła się wówczas jeszcze jedna, która została za ten oryginał uznana. Kodey popełnił wtedy poważny błąd. I nie był wobec mnie uczciwy.
— Nie wycofał obrazu z obrotu.
— Nie wycofał, chociaż zapewniał, że go zniszczy. Zainteresował się nim ktoś, kto zajmował się branżą na długo przed nami. Bernard Johnson, autor drugiego obrazu. Okazało się, że w porównaniu z naszą kopią tamten ma kilka niedociągnięć i facet stracił wiarygodność. W grę wchodziła marka, jaką budował przez lata, a co za tym idzie – niesamowite pieniądze. Domyślasz się, że Kodey znowu wpadł w tarapaty chociaż tym razem zrobił to na własne życzenie. Wiarygodne fałszerstwa nie pojawiają się znikąd, nie pojawiają się ot tak. 
— Zaraz, zaraz — zbliżała się czwarta nad ranem, a Yates nie czuł w ogóle zmęczenia. Był pobudzony, gotowy narzucić na siebie kurtkę i wybiec z mieszkania, mimo że miasto ciągle tonęło w mroku nocy. Mia sprawiała odmienne wrażenie. Jej twarz poszarzała i zapadła się, jakby dopiero opowiadanie komuś o tym wszystkim uświadomiło jej powagę ciążącej na niej odpowiedzialności. Porzuciła konwenanse jakiś czas temu. Zawiązała włosy w luźny kucyk, a jej buty wylądowały gdzieś w kącie za szafą. Nie przelewała także whisky do szklanek. Upijała ją powoli prosto z butelki, co jakiś czas tylko rozstając się z nią na krótką chwilę, by napojem mógł uraczyć się także i Ben — Fałszywki, które wypuściliście na rynek. Wyszły spod twojego pędzla, mam rację?

W odpowiedzi otrzymał subtelne skinienie głową. Zrezygnowany osunął się na podłogę i plecami oparł się o podstawę kanapy. Z podkurczonymi nogami i rękami swobodnie ułożonymi na kolanach spoglądał teraz na kobietę nie wiedząc, z kim tak naprawdę ma do czynienia. Studentka o zwodniczej, dziewczęcej urodzie, której powiązania z półświatkiem zawstydziłyby niejednego, nowojorskiego złodzieja i oszusta. Była tutaj, w jego salonie, a on musiał złożyć w jej rękach los swojego przyjaciela. Może także i swój. I nie mógł polegać na nikim więcej — Kto go ścigał? Banda narkomanów, której nie spłacił do końca czy zazdrosny artysta – popapraniec? Gdzie może teraz być? 
— Moja rola kończyła się na przygotowaniu dla niego nowej tożsamości — niezauważalnym ruchem palca wskazała na dokumenty rozrzucone na kanapie. Kilka kartek zsunęło się na podłogę. — I spotkaniu z nim tutaj. Musiał zniknąć, przynajmniej na jakiś czas. Ale ktoś był od niego szybszy. Nie wiem... Nie wiem tylko, kto.
— Nic nam to nie daje — Kodey próbował prowadzić normalne życie nie zważając na to, że wszystko wokół zaczyna się palić. Być może decyzja o wyjeździe do Kanady nie była uwarunkowana pochodzeniem jego narzeczonej. Może to była ostatnia próba ucieczki przed sięgnięciem po bardziej radykalne rozwiązania. Musiał chronić siebie ale przede wszystkim brał odpowiedzialność za najbliższą rodzinę, kobietę, którą kochał i przyjaciela, którego poznał na tyle dobrze by wiedzieć, że nie pozwoliłby mu na samodzielne mierzenie się z niebezpieczeństwem. Nie wyciągał ręki po pomoc ale gdziekolwiek znajdował się w tej chwili i z kimkolwiek miał do czynienia, na pewno wyciągał ją teraz. I nie mógł sięgać po nicość.

Ich spojrzenia skrzyżowały się na dłużej, kiedy odstawiali na stolik pustą butelkę po trunku. Pełne strachu ale i niezdecydowania spojrzenia, które uczyniły z nich partnerów, czy tego naprawdę chcieli, czy nie. Zostali sami na polu bitwy, bez broni, bez strategii, zdani jedynie na ryzykowne poszlaki, które mogły doprowadzić ich donikąd.
— Niczego nie wskóramy w środku nocy. Zostań, prześpij się. Jutro odwiozę cię do domu. Mieszkania. Gdziekolwiek — westchnął — Nie wiem, co z tym dalej zrobić.
Zanim udał się do sypialni, rzucił na oparcie kanapy złożony niedbale koc. Nie był pewien, czy zmruży oko choć na chwilę. Myśli w jego głowie gnały chaotycznie do przodu chociaż nie widziały przed sobą żadnego celu. Czuł niezdrowe podekscytowanie; to samo, które towarzyszyło mu w stresujących sytuacjach, których wolał uniknąć. Coś dziwnego działo się z jego mięśniami. Miotał się w sobie, a zmęczone ciało nie dawało upustu nagromadzonemu napięciu. Jak po wypiciu mocnej filiżanki kawy, która jednocześnie pobudzała i ścinała z nóg.

— Kiedy Kodey zadzwonił i poprosił o zniszczenie dokumentów... Byłaś bliska płaczu. Dlaczego? — nie zadałby tego pytania gdyby nie pewność, że łączyło ich niewiele poza interesami. Nagle zrozumiał, że mogą dążyć do tego samego celu kierowani zupełnie odmiennymi motywami.
— Martwię się o niego tak samo jak ty ale jeżeli ktoś go dopadł... Zostanę bezpieczna tak długo, jak długo nie da się złamać.
— Nie bój się — obdarzywszy pannę Rose ostatnim, nikłym uśmiechem zamknął za sobą drzwi ale jeszcze długo przechadzał się po pokoju nie mogąc pohamować wariackiego bicia serca. Był ostatnią osobą, która mogła udzielić kobiecie podobnej rady. Nie bój się, powtarzał szeptem i próbował wyperswadować to samemu sobie. Bezskutecznie. Był przerażony, a przerażenie to pogłębiała świadomość, że nie mają do kogo zwrócić się po pomoc. Pogrążą się, jeśli zaangażują mundurowych. Osłabią, jeśli zaufają komukolwiek z zewnątrz. Czy działali, czy pozostawali bezczynni, z każdą minutą mieli coraz więcej do stracenia. Od początku współpracy z Mią Kodey brał na siebie całą odpowiedzialność, a więc ani narkotykowy gang, ani fałszerz, któremu zniszczyli reputację, nie wiedzieli o jej istnieniu tak samo, jak nie wiedzieli o istnieniu Yatesa. Jeszcze. Niezależnie od tego, czy spoczywało jej na sercu dobro mężczyzny, czy dbała jedynie o własną anonimowość, jej losy zależały od jego lojalności. Problem polegał na tym, że niemożliwym wydawało się zaplanowanie kolejnego kroku. Czy teraz, czy o poranku, ciągle będą błądzić po omacku w pomieszczeniu pełnym jadowitych żmij nie wiedząc, na ile są tolerancyjne. Spojrzał na swój telefon i nie wytrzymał. Zaśmiał się. Nie był to jednak śmiech radości, a śmiech szaleńca, który połamałby sobie resztę żeber, gdyby przyniosło to jakikolwiek pozytywny skutek. Kilka godzin temu słyszał w tym telefonie głos przyjaciela i miał ochotę wytłuc mu przez niego oczy. Teraz nie wiedział gdzie jest. Nie wiedział czy w ogóle żyje, chociaż starał się nie brać tej ewentualności pod uwagę. Za ścianą drzemała oszustka, a on wrócił wspomnieniami do tych kilku dni spędzonych w szpitalu. Tam, gdzie odnalazł kobietę, do której uczuć nie potrafił uporządkować i przed którą będzie musiał ukrywać cały ten bałagan. Przed którą będzie musiał kłamać.
Jednak podjął już decyzję. Dokądkolwiek go to zaprowadzi, był jedyną osobą, która mogła jeszcze coś zmienić.

Gratuluję, dałeś radę. Mia Rose pojawi się na blogu w najbliższym czasie.