aktualności

06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

01/02/2025

[KP] Don't hope, it's the hope that kills me every time


Ian Hunt
Ian Hunt

Wanna stay, wanna run, wanna disappear
I keep biting my tongue just to keep you here
Made you wait for someone I could never be
And it's killing me

I need comfort
But I hate being comfortable
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 26 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.

***

Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - 6.07.2025 /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - 25.11.2025 /
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time / 25.11.2025 - ??? /
Cytaty: Nicholas Galitzine - Comfort
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 25.11.2025 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com

Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Emme

63 komentarze:

  1. Odchylił głowę, opierając kark o zagłówek i obserwując krajobraz za oknem. Miał wrażenie, że przez te wszystkie lata Ian nijak się nie zmienił, choć pewnie jako dzieciaka i tak nieco łatwiej było zmusić go do mówienia.
    - Kilka miesięcy temu, także w sumie to dość świeża sprawa - westchnął, bo choć naprawdę cieszył się, że ma tamten przeklęty etap za sobą, wciąż nie do końca potrafił się w tym wszystkim odnaleźć. Przynajmniej nie na tyle, na ile wymagała od niego tego rodzina - I faktycznie mam kierowcę - prychnął, zażenowany nieco tą sytuacją. Przed odsiadką cały ten świat był dla niego czymś oczywistym i naturalnym, teraz nawet jego sypialnia wydawała się być totalnie abstrakcyjna - Jeszcze niedawno spałem na łóżku, które było twardsze niż ta deska w bagażniku - mruknął, skinieniem głowy wskazując tył auta - I musiałem sobie radzić sam, odwiedzała mnie głównie siostra, rodzice mieli w dupie to, czy i jak sobie radzę - wyciągnął rękę, przesuwając palcem po zimnej krawędzi szyby, jakby to pomagało poukładać słowa - A teraz nagle mam żyć jak król. Z kierowcą, wypasioną willą, z opieką, z pieniędzmi, jakby zrobili sobie przerwę na kilkanaście lat i teraz nadrabiali wszystko na raz - wzruszył ramionami, uśmiechając się z politowaniem - Czuję się trochę jak eksponat, który po latach wrócił sobie grzecznie na półkę - dodał, zatrzymując po tym dłużej wzrok na Ianie - Przepraszam, nie wiem, dlaczego ci o tym wszystkim mówię i zaatakowałem cię jakimś pieprzonym wywodem słów. Dzięki, że mogłem to do ciebie wyrzucić, nawet, jeśli nie miałeś na to wpływu, bo nie dałem ci dojść do słowa - zaśmiał się lekko i odetchnął, urywając swój słowotok. Jego życie przed odsiadką było usłane różami, a to, że skończył za kratami, było tylko i wyłącznie wynikiem jego głupoty i brawury, zasłużył w pełni na to, co go spotkało, czego o swoim przyjacielu z dzieciństwa powiedzieć nie mógł. On nie miał wyboru i nijak nie był winny tego, że musiał wychowywać się w domu dziecka, czy trafiać ciągle od jednej do drugiej rodziny zastępczej.
    - Masz kogoś? – rzucił, skupiając się już na nim. Nie miał pewności, czy mężczyzna otworzy się przed nim na tyle, aby dzielić się z nim tak osobistymi sprawami, ale miał nadzieję, że mimo wszystko w życiu Iana pojawił się ktoś, kto go pilnował i dbał o to, aby nie narobił sobie zbyt dużych kłopotów. Sam co prawda także chętnie by się tym zajął, ale znając Hunta, pewnie tylko wkurzyłby go tą troską, a nie osiągnął zamierzonego celu. Zresztą, po kilkunastu latach nieobecności, nie miał żadnego prawa wpieprzać się w jego życie, czy jakkolwiek go moralizować.

    [Awww, jakie tu nowości i piękności <333]

    Rowan

    OdpowiedzUsuń
  2. To było naprawdę proste. Zadziwiająco proste było to, jak łatwo i szybko odnajdywali wspólny rytm, nawet jeśli to wszystko było jak najbardziej spontanicznie. Debbie nie sądziła, że wyjście Iana z łazienki sprawi, że wylądują wspólnie na kuchennym blacie, a właściwie, że Ian przyciśnie ją do tego blatu i weźmie tak, jak tego chciał. Grayson się to podobało. To, że Hunt poczynał sobie z nią tak, jakby rościł sobie do Deborah Grayson wszelkie prawa. Miał w tym słuszność. Bo Debbie była jego i to było właśnie proste. Pozwalała mu na wszystko, bo miała świadomość, że będzie czerpała z tego przyjemność, że Ian o niej nie zapomni, że to nie będzie tylko przedmiotowe traktowanie, że Debbie nie jest tylko i wyłącznie środkiem do osiągnięcia celu.
    Debbie była charakterna. Potrafiła postawić na swoim, potrafiła unieść głos i być groźną, potrafiła zdominować spojrzeniem, ale przy Ianie mogła być miękka i uległa, mogła pozwalać na to, aby był górą, nawet jeśli w tym konkretnym przypadku był za nią.
    Orgazm może nie nadszedł jednocześnie, ale nie musiała długo czekać na Hunta. Dotkliwiej poczuła jego ciężar na sobie, ale też miała wrażenie, że był jeszcze bliżej niż dotychczas. Nie mogła się nie uśmiechnąć, choć uśmiech był ten zniekształcony przez grymas rozkoszy, która raz po raz wędrowała po jej ciele. Dreszcze objawiały się gęsią skórką, oddech ugrzązł jej w gardle, mocniej zacisnęła dłoń na krawędzi kuchennego blatu.
    Poczuła to ugryzienie, pozwoliła sobie na cichy śmiech, który jak szybko się pojawił, tak szybko się urwał, bo Ian odsunął się od Debbie, a Debbie faktycznie poczuła chłód, który wdarł się w przestrzeń między ich ciałami. W przestrzeń, której przed chwilą wcale nie było. Był sierpień, gorący, letni dzień, a Debbie poczuła chłód. Jęknęła cicho, wyrażając tym samym swoje niezadowolenie i tylko tyle zdążyła zrobić.
    Odwrócił ją w swoim kierunku, posadził na blat, a ona nieznacznie podskoczyła, nagimi pośladkami lądując na chłodnym blacie, choć pewnie nie tak zimnym, jaki byłby, gdyby nie to, że przed chwilą prawie na nim leżała. Mogłaby leżeć na Ianie, ale blat też był niczego sobie. Zdołała lekko zadrzeć głowę ku górze, ba, nawet chciała coś powiedzieć, ale nie było jej to dane.
    Objęła go w udami w biodrach, odwzajemniając pocałunek. Jej dłonie błądziły po nagim torsie, sunąc ku górze, w kierunku barków. Wtedy przyciągnął ją jeszcze bliżej. Piersi Debbie faktycznie oparły się o tors Iana, a jedyną przeszkodą okazał się zapomniany stanik.
    Nigdzie im się nie spieszyło, mogli w końcu mieć czas tylko i wyłącznie dla siebie. Mogli mieć samych siebie na wyłączność i Debbie taki rozkład sił pasował jak najbardziej.
    Serce nadal dudniło w jej klatce piersiowej, gdy pocałunek, wpierw gorliwy i intensywny, z upływem czasu tracił właśnie na tej intensywności. Stał się bardziej leniwy i rozkosznie namiętny. Palce jednej dłoni wplotła we włosy Iana tuż nad karkiem, kiedy postanowiła się oderwać od jego ust.
    Odchyliła głowę do tyłu, palce wolnej dłoni zacisnęła na ramieniu Iana.
    — Heej — wyszeptała głosem nadal lekko drżącym po doznanej przyjemności i ochrypłym od jęków i krzyków, które wydzierały się z jej gardła z każdym kolejnym pchnięciem Hunta. A mimo to, że seks z nim był niesamowity, to Debbie za każdym razem wracała do jego oczu z trudną do opisania tęsknotą.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  3. Może i nie było jej do końca wygodnie, na pewno nie tak wygodnie, jak byłoby na tym całkiem sporym narożniku, który stał znowu nie tak daleko od nich albo nie tak wygodnie, jak na łóżku Iana, w którym spędziła już dwie noce, w tym jeden całkiem udany poranek. Ale Debbie nie zamierzała wcale na tę niewygodę narzekać. Nie w momencie, kiedy Ian był tak blisko, bo właśnie, z zaskakującą łatwością, doszła do wniosku, że dla Iana mogłaby znosić każdą, nawet najgorszą niewygodę. I to nie tak, że Hunt te niewygody miałby powodować. To też nie tak, że wszystkie niewygody w życiu Deborah kręciłyby się wokół niego, ale przecież oboje mieli świadomość tego, że ich związek był w cholerę niewygodny. Bo Ian był dilerem i mógł zniszczyć Grayson, mógł zniszczyć wszystko to, co znała do tej pory i co stanowiło jej niezbyt kolorową, ale jednak stabilną rzeczywistość.
    Aktualną niewygodę przyćmiewał uśmiech Iana. Rozkoszny, pojawiający się na jego twarzy powoli, w niemal kontrolowany sposób rozciągając jego pełne usta. Dodawało mu to chłopięcego uroku i choć Debbie nie mogła teraz oderwać wzroku od jego twarzy — oczu, ust, ładnie zarysowanych policzków, które nadal był lekko zaczerwienione po wysiłku, to wiedziała, że jego ciało było nijak chłopięce. Ian pociągał ją nie tylko jak człowiek o pięknym wnętrzu, ale też jako mężczyzna i pewnie gdyby nie fakt, że tak łatwo i lekko wpadła do jego życia, to śliniałaby się do brata Louisa Hunta po cichu i dyskretnie. Ale nie musiała tego robić, bo przecież teraz Ian wiedział, że podobał się Debbie, a Debbie od samego początku — od poprawiania przekrzywionej tiary i posyłania mu pijackich uśmieszków z tylnego siedzenia Cadillaca — wcale się z tym nie kryła.
    Teraz, podobnie jak wtedy i dziesiątki innych razów, przygryzła delikatnie swoją dolną wargę, gdy obserwowała go takiego — nieco bezbronnego, odkrytego, z bezwiednym uśmiechem, ciepłym spojrzeniem o pięknym bursztynowym spojrzeniu. Za każdym razem, gdy spoglądała w jego oczy, doszukiwała się w jego tęczówkach czegoś nowego. Były fascynujące, nie tak jednolite jak jej własne.
    — Zmęczona? — powtórzyła zaraz po nim. Ta dłoń, którą do tej pory trzymała na jego karku, zsunęła się miękko po szyi Iana, Debbie dzięki temu mogła wyczuć pod palcami coraz to spokojniejsze tętno Hunta. Uśmiechnęła się. Jej drobne palce wylądowały z niezwykłą czułością na policzku Iana.
    W tym momencie to ją przydusiło coś tak ciężkiego i pięknego, że potrzebowało słów, aby znaleźć ujście, ale Debbie nie była w stanie sobie na nie pozwolić. Przede wszystkim z obawy, że mogłaby spłoszyć tym Iana, a nie chciała. Ale też dlatego, że nigdy w swoim dorosłym i świadomym życiu nie zdecydowała się na tego typu wyznanie. Ian był wyjątkowy i Ian miał być adresatem tych słów, ale w głowie Grayson wymagały one znacznie okazalszej oprawy, nawet jeśli wcale tak nie było.
    Kciukiem sunęła delikatnie po łuku, który wyznaczała kość policzkowa Iana.
    — Nie. — Odpowiedziała w końcu na jego pytanie. Mimo że był to długi dzień, Debbie wcale nie czuła się zmęczona. Była wręcz pobudzona, głównie przez ten szybki i intensywny numerek, który sobie zafundowali przy kuchennych meblach, ale też miała świadomość, że ta energia może szybko zacząć z niej uciekać.
    — Ale jestem głodna. I chętnie obejrzę z tobą jakiś film — powiedziała cicho, nadal wpatrując się w jego oczy. — Nie musisz ubierać koszulki — dodała, a wtedy przekorny uśmiech pojawił się na jej buzi, gdy frywolnie przechyliła głowę w bok. A ta dłoń do tej pory grzecznie tkwiąca na jego ramieniu, przesunęła się leniwie po jego klatce piersiowej, kierując się w dół.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Debbie uwielbiała śmiech Iana. Choć Ian mógł w ogóle nie zdawać sobie z tego sprawy, bo jego śmiech nigdy nie był specjalnie głośny, a już na pewno nie rubaszny, ale mimo tego, że bardziej brzmiał jak przytłumiony, nigdy nie był wymuszony i duszony w piersi przez samego Hunta i Debbie doskonale to wiedziała. Dlatego lubiła ten śmiech. Bo był taki jego. Był jak cały Ian. Prosty, niezbyt głośny, nie zabierający wokół zbyt wiele przestrzeni, a mimo to — Ian zdołał zabrać bardzo dużo przestrzeni w życiu i w sercu Debbie tylko dla siebie.
    Uwielbiała ten śmiech, dlatego, gdy ciało Iana zatrzęsło się pod jego naporem, gdy sunęła dłonią po jego torsie, pozwoliła sobie na szerszy uśmiech. Przestała też w końcu przygryzać dolną wargę, bo doskonale wiedziała, dlaczego musi to zrobić. Sama chciała coś zjeść i obejrzeć film.
    Z jednej strony przecież wiedziała też, że Ian, a właściwie jego zawód, mógł ją zniszczyć, a z drugiej czuła się przy nim niesamowicie bezpieczna, a choć była policjantką, to wcale nie czuła się tak silna, jak mogłaby być. Natomiast nigdy nie odmawiała tej siły Huntowi, a teraz — kiedy mieli już swoją zgodę na wszystko, kiedy ustalili, że będą razem na przekór wszystkiemu, Debbie wiedziała, że ramiona Iana staną się jej bezpieczną przystanią. Mimo wszystko.
    Nie powinno tak być. Debbie nie powinna była zakochać się w dilerze, a diler w policjantce, ale chyba oboje pogodzili się już z tym, że jest zdecydowanie za późno na to, aby choćby próbować się z tego wszystkiego wycofać. Widziała to w jego spojrzeniu, czuła w delikatnych pocałunkach i nawet w tym, jak obejmował ją w talii.
    — Trzymam się — mruknęła jeszcze, w ogóle nie zdając sobie sprawy z tego, że wraca do momentu, w którym powtarzała niemal każdego słowo Iana. Może dlatego, że podobało jej się to, że wcale nie musiała przy nim dużo mówić, że nie czuła tej presji, aby błaznować i być niesamowicie zabawną i angażującą. Lubiła opowiadać Ianowi, lubiła zadawać mu pytania, ale lubiła też ciszę między nimi, która wcale nie był zła.
    Objęła go rękoma w karku, nogami nadal obejmowała jego biodra, ale gdy Ian skutecznie oderwał ich od kuchennego blatu, Debbie opuściła nogi i cofnęła ręce dopiero w momencie, gdy jej własne stopy dotknęły chłodniejszej w odczuciu podłogi. Choć wcale nie było chłodno, był przecież ciepły, sierpniowy wieczór i to drobne ochłodzenie po zachodzie było zbawienne dla miasta trawionego przez letni upał.
    Debbie, w samym biustonoszu, obserwowała jak Ian zbierał ich ubrania. Pochwyciła od niego swoje spodenki i koszulkę, ale nawet nie zaczęła się ubierać, czekając, aż ten poda jej majtki. Widziała je przecież w jego dłoni i wyciągnęła już swoją w jego stronę, kiedy Hunt bezczelnie wsunął na swój seksowny tyłek dresy i schował do ich kieszeni jej bieliznę. Debbie w tym momencie przechyliła głowę.
    — Ty bez koszulki, ja bez majtek, ha? — spytała, unosząc lekko brew. Pokręciła tylko głową, wsunęła na swoje biodra szorty, ubrała koszulkę i w powierzchownie kompletnym stroju, posłała szeroki uśmiech Ianowi. — Dobrze — dodała, jakby po chwili, jakby wcale nie przerwała wcześniej swojej wypowiedzi. — Ale ty wybierasz film — stwierdziła ze słodkim, zupełnie niewinnym (wyłącznie pozornie) uśmiechem. — I pomożesz mi w ogarnięciu kolacji — zadecydowała, zlecając mu dodatkowe zadania, jakby faktycznie była w pozycji, która prowadzenie takich negocjacji jej umożliwiała.
    Nie było tak i Grayson miała tego świadomość, bo pamiętała wcześniejsze słowa Iana, zwłaszcza te dotyczące jej majtek, ale jeśli miała mieć kiedyś możliwość testowania posłuszeństwa Hunta, dodając do tego nutę żartobliwości i szczyptę zadziarności, to tylko w takich sytuacjach, gdy czerpali ze swojego towarzystwa samą przyjemność i mieli mieć z tego dobry, udany wieczór.
    Debbie lubiła przeginać, Debbie lubiła się droczyć i nawet jeśli Hunt nie musiał zawsze umieć ją prawidłowo odczytać, miał okazję, aby się tego nauczyć. Rudowłosa oparła więc swoje dłonie na biodrach, patrząc na niego co najmniej wyzywająco. Bo przecież to ona tu rządziła.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  5. Ruszyła biegiem za dziewczynką, próbując ją dogonić i zatrzymać. Wytłumaczyć, że nie może robić w ten sposób, że nagłe zrywanie i odbieganie od mamy jest czymś, czego pod żadnym pozorem nie może więcej robić, ale wtedy usłyszała jej słodki, pełen podekscytowania i radości głosik.
    Wujek Ian.
    Słysząc te słowa, Adeline zamarła, bo nie znała żadnego wujka Iana. Nie. Nie było żadnego wujka Iana. LaRue zmarszczyła brwi, gdy dogoniła córkę i spojrzała na mężczyznę, który przestał biec i zatrzymał się na parkowej alejce.
    Adeline przez krótką chwilę obserwowała, jak klatka piersiowa mężczyzny unosiła się wraz z próbą uspokojenia oddechu po biegu. Złapała dziewczynkę za ramię i delikatnie odsunęła od mężczyzny, przysuwając ją nieco zbyt gwałtownym, zbyt stanowczym ruchem do siebie.
    — Aua! — Mireille wyszarpnęła się z uścisku mamy i spojrzała na nią pełnym buntu spojrzeniem. W normalnej sytuacji, Adeline momentalnie przeprosiłaby dziewczynkę za zbyt mocny uścisk, za zbyt emocjonalną reakcję, ale nie podobała jej się cała ta sytuacja.
    — Mówiłam ci, że masz trzymać się blisko — powiedziała stanowczo — i nie wolno zaczepiać nieznajomych — przypomniała jedną z podstawowych zasad.
    — Ale to jest wujek Ian — wskazała palcem na wspomnianego wujka i uśmiechnęła się do niego szeroko, pokazując wszystkie swoje mleczaki. Adeline ponownie ułożyła dłoń na ramieniu córki, ale tym razem nie zaciskała na nim palców. Trzymała ją lekko ułożoną, jakby chciała mieć pewność, że dziewczynka jest blisko.
    — To… przepraszam — Adeline spojrzała na nieznajomego, uważnie mu się przyglądając. Przymrużyła przy tym lekko powieki, jakby próbowała dopasować twarz do imienia, do kogoś, kogo powinna znać, skoro jej córka nazywa tego mężczyznę swoim wujkiem — mała jest otwarta na nowye znajomości, przepraszamy — brunetka chciała uciąć te niespodziewane spotkanie i wrócić do tego, co zostało przerwane przez nagłe, impulsywne zachowanie jej córki. Mireille miała jednak zupełnie inny plan, bo zamiast posłuchać mamy, tyko uśmiechnęła się szeroko, odwróciła głowę w stronę kobiety i spojrzała na nią swoimi wielkimi oczami, które tak bardzo przypominały Adeline oczy jej ojca.
    — Pomyliłaś się, mamoo — dziewczynka zaśmiała się wesoło, przeciągając samogłoski — to jest wujek, a nie ktoś opcy — stwierdziła i zrobiła krok w stronę mężczyzny.
    Addie wykonał pół kroku tuż za Mireille, chcąc ją cały czas czuć przy sobie.
    — Znasz mnie! Znasz tatusia, to jest wujek — wzruszyła beztrosko ramionami i spojrzała na mamę — możemy się razem pobawić? Pokaż Ianowi jeża i wiewiórkę! Pooooobaw się z nami — mówiła raz do mamy, raz do mężczyzny, wpatrując się to w jedno, to w drugie swoimi ciemnymi oczami. Spojrzenie, które właśnie prezentowała za każdym razem sprawiało, że Addie miękła i nie była w stanie odmówić dziewczynce.
    Tym razem nie było wcale inaczej, chociaż zdrowy rozsądek kazał jej zachować dystans, bo nigdy wcześniej nie słyszała o żadnym Ianie ani od córki, ani męża i cała ta sytuacja nie podobała jej się ani trochę… chciała jak zawsze, żeby to Mireille była szczęśliwa.

    Addie

    OdpowiedzUsuń
  6. To były wspaniałe dni, tygodnie i miesiące. Czas, który Debbie spędzała z Ianem, niewątpliwie mogła zaliczyć jako najwspanialszy w swoim życiu. Od śmierci ojca dopiero teraz czuła, że wszystko wróciło na swoje miejsce. Na właściwie miejsce. Debbie w końcu nie bała się myśleć tylko o sobie i swoim szczęściu, którym był nie kto inny jak Ian. To on dawał jej to szczęście, to on pozwalał i pomagał jej w tym, aby była samolubna dla całego świata, który ich otaczał. To on sprawiał wrażenie, jakby gotów był uchylić jej skrawka nieba i sięgnąć po tę gwiazdkę, którą sobie wymarzyła. To przy Ianie Debbie promieniała i dostrzegała, że również i Hunt promieniał przy niej. Czas wolny, czyli ten, który mieli tylko dla siebie, spędzali głównie w jego mieszkaniu. Nikt im tutaj nie przeszkadzał, a Tanya — współlokatorka Grayson — mogła cieszyć się coraz częściej z wolnego mieszkania i sprowadzać tam swoje kolejne randki z Tindera. Dobrze, że Debbie, mimo wszystko, miała pokój zamykany na klucz i robiła to zawsze od momentu, w którym zorientowała się, że ktoś ukradł z jej sypialni gumki. Nie podobało jej się to, nawet jeśli maczała w tym palce Tanya, bo sama myśl, że ktoś obcy chodził po jej sypialni, przyprawiał ją o nieprzyjemne dreszcze. Debbie nie trzymała w mieszkaniu broni, ale miała tam zapasowe, wyprane mundury, kajdanki czy paralizator i wolała, aby nikt się do tego nie dostał. Kupiła wielkie pudło prezerwatyw i ulokowała je w łazience, skoro obie z Tonyą coraz częściej skwapliwiej z nich korzystały.
    To było nieco upierdliwie. Im więcej czasu spędzała z Huntem, tym więcej o tym myślała. Zabezpieczanie się było ważne, czasami jednak zdawali się być z Ianem na siebie tak napaleni, że szukanie prezerwatyw zajmowało zdecydowanie zbyt dużo czasu… W planach miała wizytę u ginekologa, aby ułatwić im nieco te sprawy, bo nastoletnia ciąża nie była jej w smak, nawet jeśli to, co czuła do Iana, było coraz silniejsze.
    Mimo upływu kolejnego miesiąca, Debbie nadal nie odważyła się na to, aby wyznać Huntowi swoje uczucia. Zamiast tego w bardzo ładny sposób poprosiła go o to, aby poszedł z nią na halloweenową imprezę w nowym mieszkaniu Mike’a, która w dodatku zbiegła się z urodzinami ich wspólnej znajomej. Ian nie wydawał się być przekonany, a tym mniej przekonany był, im więcej opowiadała mu Debbie. Widziała jego wątpliwości, gdy zasugerowała wspólne przebranie, ale wtedy zaproponowała, żeby zgłosił się po prostu do Louisa, bo w jej mundur z pewnością się nie zmieści. Musiała go przekonać. I zrobiła to. Użyła nie tylko siły perswazji, ale również swoich ust i wiedziała, że w sumie było to zbędne, bo Ian zgodziłby się bez tego. Chciała tego. Chciała wynagradzać Hunta w ten sposób, chciała mu w podobny sposób dziękować i być dla niego tym światłem, którego potrzebował.
    Zauważyła, że pierwsze tygodnie w ich wydaniu ociekały szybkim, częstym seksem, a im głębiej wchodzili w tę relację, tym ten seks potrafił pojawiać się podobnie często, ale był zdecydowanie wolniejszy, bardziej zmysłowy i rozkoszny. Nie było chyba miejsca w mieszkaniu Hunta, w którym by tego nie robili. Nawet drzwi wejściowe, o które ją wsparł zaraz po tym, jak wrócili z wieczornego, wspólnego biegania, gdy Debbie zdecydowała się na powrót do treningów.
    Uśmiechnęła się na samą myśl, a że akurat stała w łazience, przed lustrem, czyniąc odpowiednie przygotowania, dostrzegła to. Podobnie, jak i wypieki na swoich policzkach. Kochała go. Wiedziała to. Czuła to całą sobą, tym bardziej nie rozumiała, dlaczego jeszcze mu tego nie powiedziała.
    Dzisiejszy strój rudej stanowił przeciwieństwo tego, w czym chodziła na co dzień do pracy. Ubrała czarne, obcisłe rurki, nieco luźniejszą koszulkę z długim rękawem w poziomie czarne i białe pasy. Fragment jej materiału wsunęła w przód spodni i akurat, gdy do drzwi rozległo się pukanie, a zaraz za nim głos Iana, Debbie sznurowała z tyłu głowy czarną, materiałową maskę z wycięciami na oczy. Te miała pomalowane mocno czarną kreską, usta podkreślone intensywną, czerwoną szminką. Włosy ułożyła w delikatne fale.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachichotała. Policja. Dobre sobie. Wiedziała, że to tylko żarty i miała nadzieję, że sąsiedzi również tak pomyślą. Debbie sięgnęła jeszcze po gładkie, czarne rękawiczki, założyła jedną i chwyciła nią klamkę. Otworzyła drzwi i akurat kiedy je puściła, zaczęła powoli wsuwać drugą rękawiczkę, taksując stojącego naprzeciwko Hunta.
      Wmurowało ją. Ubierała tę rękawiczkę tylko dlatego, że tak to sobie wymyśliła. Ale gapiła się na swojego chłopaka tak, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Głośno przełknęła ślinę, nawet nie zdając sobie do tej pory sprawy, że ma słabość do facetów w mundurze. Wiadomo, że do tego konkretnego miała największą, ale…
      — Nic nie ukrywam, panie władzo — odezwała, a potem, obie dłonie w rękawiczkach uniosła wyżej, mniej więcej na wysokość swojej głowy. — Może mnie pan przeszukać, jeśli mi pan nie wierzy — zauważyła przekornie, cofnęła się o krok, a potem drugi, robiąc mu miejsce w wąskim przedpokoju. I żeby miał trudniej, przygryzła znowu tę dolną wargę. Dokładnie w taki sposób, jak robiła to zawsze, kiedy na niego patrzyła.

      master of evil Debbie Grayson ♥

      Usuń
  7. — Polemizowałabym — rzuciła tylko krótko w reakcji na słowa Iana. Polemizowałaby z tym, że Ian byłby słabym gliną. Przecież wyglądał w tym mundurze jak twarz nowojorskiej policji i mógłby być na każdym banerze zachęcającym do tego, aby dołączyć w szeregi formacji. I teraz, nawet jeśli nie był prawdziwym policjantem, to Debbie i tak zamierzała umożliwić mu przeszukanie siebie. Choćby na chwilę nim w ogóle wyjdą do Mike’a.
    Nie zdołała jednak powiedzieć nic więcej, bo dłonie Iana szybko odnalazły sobie miejsce na talii Debbie, a jego usta dążyły do ust Grayson. Oczywiście, że odwzajemniła ten powitalny i wcale nie niewinny pocałunek, który poniekąd sama sprowokowała. Nie przeszkadzało jej być przyciskaną do tej ściany, bo zwyczajnie to lubiła. Nie mogła się więc w tym pocałunku nie uśmiechnąć, co Hunt mógł z łatwością wyczuć. Dłonie Debbie, na których miała już czarne, cienkie rękawiczki, odnalazły kark mężczyzny. Wplotła palce jednej z nich we włosy Iana, wprowadzając w ich ułożenie jeszcze większy nieład.
    Ten pocałunek mógłby trwać i trwać, ale Ian postanowił go przerwać. I wtedy, nim w ogóle cokolwiek powiedział, zamaskowana Debbie jęknęła cicho. Z żalem, że musieli skończyć. Dokładnie tak. Skończyć, nie przerwać, bo…
    Ruda ledwo otworzyła usta, ale zamiast się odezwać, pozwoliła na to, aby ciszę przerwało skrzypnięcie drewnianej podłogi w salonie. Debbie odwróciła głowę w tamtą stronę, wciąż będąc niemal przyklejoną do Iana. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
    — Jest Tonya? Ano jest — odezwała się ciemnowłosa, młoda kobieta, która aktualnie była przebrana za najbardziej przerażającą zakonnicę w całym Nowym Jorku. Brakowało jej tylko nakrycia głowy do uzupełnienia kostiumu. — Cześć, Ian — dodała, trzymając w dłoni czarną, złodziejką czapkę. — Zapomniałaś tego, Debs — mruknęła, machając klasyczną, czarną beanie.
    Mieli jedynie szczęście, że Tonya wybierała się na zupełnie inną imprezę niż oni. Z tego, co jednak wspominała, również czekała na sygnał do wyjścia, więc… ani ona nie zamierzała opuścić mieszkania pierwsza, ani w sumie Debbie, która teraz spojrzała na Iana. Uśmiechała się szeroko, szczerząc zęby. Pozwoliła by jej dłonie zsunęły się po bokach jego szyi, barkach i ramionach.
    — Nie wiem, które z was wpadło na ten pomysł — mówiła dalej Tonya. Poznała Iana przelotem, spędzili nawet kiedyś wspólnie kawałek wieczoru, kiedy oglądali jakiś film, ale tak naprawdę nie wiedziała o Ianie nic poza tym, co mówiła jej Debbie. A ta tematu dilerki wcale nie podejmowała w towarzystwie swojej przyjaciółka, która przecież regularnie popalała trawkę. — Ale Debs… wyglądasz idiotycznie — zaśmiała się. — Wielkiej pani policjant zamarzyło się być niegrzeczną — kontynuowała rozbawiona. — Ale masz moje błogosławieństwo, ruda, rozgrzeszam. — W powietrzu wytyczyła znak krzyża, a potem rzuciła w Iana czarną czapką. — Przed chwilą dzwonił twój telefon. Chyba Mike — dodała jeszcze, a potem wróciła do salonu. Na kanapę, gdzie oglądała jeden ze swoich ulubionych horrorów. Zakonnicę, którym zresztą inspirowany był jej strój i make-up.
    — Taaaak… — rzuciła tylko Debbie. Odprowadziła przyjaciółkę spojrzeniem, a potem znowu uczepiła się nim Iana. — Chyba z przeszukania nic nie wyjdzie — zauważyła, przechylając lekko głowę.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  8. Debbie była wielce zadowolona, że jej chłopak i jej współlokatorka się tolerowali, a może nawet darzyli jakąś sympatią — w to specjalnie ruda nie wnikała. Cieszył ją taki stan rzeczy, jaki między nimi istniał. Trudno było jednak ukryć, że w towarzystwie Iana, skupiała się przede wszystkim na Ianie i dzisiejsze wyjście na przebieraną domówkę miało być testem ich relacji, ich skupienia, bowiem od tego słodkiego sierpniowego wieczora, kiedy postanowili być razem, nie zdarzało im się spędzać czasu w większym towarzystwie. Jasne, byli w kinie, ale tam nie musieli poświęcać czasu innym ludziom, byli w zoo, ale tam sytuacja była analogiczna, nawet na plaży, na której spędzali sporo wolnych wieczorów, mimo tego, że otaczali ich inni, byli poniekąd sami. Dzisiaj mieli jednak brylować w towarzystwie, mieli rozmawiać z innymi, opowiadać żarty, brać udział w grach.
    Debbie nie była pewna, czy jej się to uda. Ian na co dzień potrafił skutecznie rozpraszać jej uwagę, a co dopiero teraz, kiedy pojawił się w policyjnym mundurze i wyglądał tak, że miękły jej nogi, a ona miała ochotę z niego ten mundur, iście po złodziejsku, zedrzeć.
    Przysłuchiwała się wymianie zdań Tonyi i Iana, posyłając współlokatorce iście promienny uśmiech, gdy ta postanowił rzucić jej czapką.
    — Tonya i grzeczna? — Prychnęła ostatecznie i westchnęła ciężko. Nowiny, które przekazała im młoda kobieta nie były zbyt dobre. Świadomośc wyjścia na imprezę okazała się nieunikniona i jak zwykle Debbie imprezom nie odmawiała, tak odkąd spotykała się z Ianem, jej życie klubowe zostało nieco ograniczone. I to nie tak, że Grayson tego jakoś specjalnie żałowała. Po prostu — piła mniej, szlajała się mniej, była zdrowsza i szczęśliwa, ale nie było miesiąca bez solidnej imprezy. To był jej układ z Tonyą i najczęściej wybierała na to wieczory, gdy Hunt był mocno zajęty z Zanem. Z Zanem, którego Debbie jeszcze nie poznała.
    Debbie pozwoliła sobie na to, aby szybko pocałować Iana prosto w usta. Szybko i mocno. To był cmok, którego w salonie musiała słyszeć Tonya. A Debbie wróciła do łazienki, z czarną czapką na głowie. Ten gest Iana ją rozbawił, więc chichotała, zamiast skupić się na poprawie makijażu. Starła szminkę wacikiem nasączonym płynem micelarnym i poprawiła ten element makijażu. Wychodząc, zatrzymała się przed wąskim, długim lustrem w przedpokoju, wsunęła palec pod czapkę i poprawiła ten niesforny kosmyk, który nawet w takiej sytuacji robił jej na złość. Proste, czarne martensy dopełniły strój, a zaraz po nich czarna, zamszowa ramoneska. Nie ubierała się szczególnie ciepło, wiedząc, że trasę pokonają w samochodzie Iana. I już w butach wróciła do łazienki, skąd wzięła szminkę.
    — Uciekamy. Paaa — zawołała, wychylając się przez framugę do salonu. — Baw się dobrze, jak coś to pisz — mruknęła jeszcze, Tonya coś tam odpowiedziała, a Debbie już łapała Iana za rękę. Wspólnie schodzili w dół. I to znowu był tak naturalne, że Grayson nie mogła się nadziwić, jak przez te wszystkie lata funkcjonowała bez niego.
    A może tak miało być? Może dopiero w tym momencie swoich żyć mieli się spotkać? Może dopiero teraz byli dojrzali na tyle, aby chcieć walczyć z przeciwnościami?
    Debbie spojrzała w bok, zadarła głowę, aby obserwować profil Iana. Wiedziała, że nie musi kontrolować drogi ani ilości schodów do pokonania, bo Hunt o to zawsze dbał.
    — Wyglądasz tak… — urwała, wzdychając ciężko. — Cholernie seksownie. — Przyznała ciszej.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  9. — Ty może lepiej trzymaj się od policji z daleka — mruknęła w odpowiedzi na jego słowa o karierze w policji. Nieco bezmyślnie. I powiedziała to już nie patrząc na Iana. Mimo tego, że do tej pory rozmawiali żartobliwie, to Debbie naprawdę bała się o Hunta. O to, że wpadnie, że policja dotrze do niego przez nią. Bo w karierze dilerskiej Iana słabym ogniwem była Debbie. Była jego słabością wielowymiarowo, na wielu płaszczyznach. Nie tylko go zmiękczała i pomagała przystosować mu się do życia wśród ludzi, ale czyniła go podatnym na zranienia — niekoniecznie te emocjonalne. Bała się tego, że któregoś dnia ktoś ją przyłapie, ktoś pociągnie za sznurki, ktoś dotrze do Iana i go przymknie. To czasami budziło ją w nocy, nawet wtedy, kiedy obok niej spał spokojnie Hunt. Trudno jednak było porzucić te obawy kompletnie. I Ian musiał o tym wiedzieć, dlatego obydwoje teraz nie kontynuowali tego tematu.
    A uwaga Debbie, choć głupia, bo przecież ona była policjantką, zakończyła tę dyskusję nim w ogóle ona się na dobre zaczęła. Nie zmieniało to też faktu, że Hunt w mundurze wyglądał po prostu świetnie i ruda wolałaby go oglądać w takim wydaniu nawet codziennie niż w tyle głowy mieć myśli o jego nielegalnych interesach. Ale wzięła go w całości. Takiego, jakim był. Z zajęciem, które zajmowało mu sporo czasu i było właściwie zajęciem na cały etat. Nie mogła, ba, nie chciała się teraz wycofać. Nie mogła.
    Mieli szczęście, że ktoś wpuścił na klatkę schodową młodych przebierańców. Debbie niemal przywarła do ściany i zaśmiała się, słysząc ich entuzjazm w głosie. Zacisnęła palce mocniej na dłoni Iana i obejrzała się za siebie, dostrzegając znikającą jej z pola widzenia niebieską pelerynę.
    — Ten Kapitan Ameryka był spektakularny — zauważyła rozbawiona. Karykaturalnym było to, że za kapitana przebrany był najniższy i najszczuplejszy z chłopców, ale każdy, kto oglądał filmy Marvela wiedział, że Steve Rogers zaczynał dokładnie tak samo. A Debbie była fanką Avengersów. I Ligi Sprawiedliwości. I w ogóle lubiła oglądać filmobajki o superbohaterach i złoczyńcach. Zawsze. — Może za rok się przebierzemy za Wandę i Visiona? — spytała. Być może Ian z czerwoną głową byłby mniej seksowny, ale na pewno nie musiałaby się zmuszać do tego, aby nie myśleć o tym, że w rzeczywistości ich role były… odwrotne. Niemal.
    Pokonali ostatnie piętro i wyszli na dwór. Po drugiej stronie ulicy mignęła im druga grupka przebierańców z towarzyszącymi im dwoma dorosłymi.
    — Chodziliśmy zbierać słodycze. Najczęściej chodził z nami tata — zaczęła mówić. — Ja, Maddie i Mike — mruknęła, dostrzegając znajomą sylwetkę samochodu Iana. — Tata często brał specjalnie wolne, aby z nami pójść. I mieli ubaw, że przez wiele, wiele lat przebierałam się za ducha. W jedno i to samo prześcieradło — parsknęła śmiechem. Momentami głupio jej było opowiadać o szczęśliwym dzieciństwie, wiedząc, jakie dzieciństwo miał Ian, ale przecież wiedziała, że wcale mu to nie przeszkadza.
    — Jesteś pewien, że chcesz tam iść? — spytała i momentalnie spoważniała. Świadoma była też tego, że Ian idzie tam tylko i wyłącznie ze względu na nią.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  10. Słabo mu to wychodziło. Bardzo słabo, biorąc pod uwagę fakt, że Debbie faktycznie nie była ani pierwsza, ani jedyna. Przynajmniej jeśli chodziło o powiązania Iana z policją. Był jeszcze Louis. Louis, za którym Debbie tęskniła, nawet jeśli ich partnerska relacja nie była partnerska od początku, ale odkąd dostała kulkę i nie mogła pracować, i teraz, kiedy wróciła do pracy za biurkiem, tęskniła za Louisem. Za ich patrolami, za wiecznym siedzeniem na miejscu pasażera, za tą czarną, ohydną kawą, do której się powoli przyzwyczaiła. Brakowało jej tego. Czynnej służby. Cholernie.
    Westchnęła ciężko, spoglądając na Iana, gdy wspomniał o swoim bracie. Wiedziała, że chciał dobrze, że chciał ściągnąć z jej barków ten nieznośny ciężar, który znikał, gdy oboje zapominali o otaczającym ich świecie. A łatwo było o tym zapomnieć. Debbie nie miała z tym żadnych problemów.
    — Pasowałabym? — spytała, a potem wolną dłonią dotknęła swoich włosów. — Miała dłuższe włosy — zauważyła, marszcząc lekko czoło. I ten swój nosek, jak to miała w zwyczaju. — Trzeba będzie ogarnąć perukę, wiesz? — zaśmiała. I w ten sposób Debbie myślami była już w przyszłym roku, bo skutecznie kompletowała nowy strój. To też było łatwe. Wyobrażenie sobie każdego kolejnego dnia, kolejnego święta i kolejnej imprezy w towarzystwie Iana. Łatwo było wyobrazić sobie żyć z nim, choć te wyobrażenia musiały sięgać konkretnych dni i rzeczy. Takich, jak halloween. Bo nie potrafiła ich sobie wyobrazić za dziesięć lat w bliżej nieokreślonej sytuacji. Nie wiedziała, co będzie z nimi za dziesięć lat. Ale te małe marzenia, niewielkie dywagacje i uciekanie w przyszłość w konkretnym celu nie było takie trudne. Było przyjemne.
    Na śmiech Iana odpowiedziała uśmiechem, ale mina jej zrzedła, gdy Ian stwierdził, żeby pieprzyć jej pomysły na stroje. Był rozbawiony, więc i jej trudno było utrzymać powagę. Zaśmiała się.
    — Chcesz ducha. — Powtórzyła i pokręciła głową. — Musisz spytać mojej mamy. Może go nie wyrzuciła — odparła, popadając w niewielką zadumę. Naprawdę istniała spora szansa, że jej matka trzymała to prześcieradło w jednym z pudeł na strychu lub w garażu. — I chyba z niego wyrosłam — zastrzegła, gdyby miało się okazać, że prześcieradło jest, ale za krótkie. Wolała nie rozczarować Iana.
    Zaskoczył ją. Gotowa już była wsiąść do auta, na swoje miejsce, gdy Ian objął ją niespodziewanie w talii. Odbiła się od niego i zadarła głowę ku górze, spoglądając na niego z delikatnym uśmiechem. Oczywiście, że nie uciekła od niego spojrzeniem. Wpatrywała się w jego oczy i w tym momencie naprawde nie istniało nic dookoła nich. Te wszystkie grupki przebierańców, mijające ich auta, dźwięki pojazdów na sygnale trzy przecznice dalej. Nic nie miało znaczenia.
    — Chcesz ze mną wszystko — powtórzyła zduszonym głosem. Coś ścisnęło ją w mostku, przyjemny i niespodziewany dreszcz przetoczył się falą po całym jej ciele. Oczy mogły lśnić ze wzruszenia, bo Debbie wiedziała, co znaczą te słowa. Znaczyły dokładnie to, czego nie chcieli sobie mówić. Ruda w swoją dłoń ujęła policzek Iana. I westchnęła. Musiała wyrzucić z siebie to powietrze, które — miała wrażenie — ugrzęzło jej w gardle razem z tymi słowami, które dusiły ją od dłuższego czasu. — Chcę… — urwała. Nagle. Bo wiedziała i Ian też musiał wiedzieć, że Debbie chciała z nim wszystko i chciała dać mu wszystko. Zamiast słów, wspięła się na palce i go pocałowała. Długo, ale delikatnie. Z uczuciem, z przekonaniem, że to, co robią, było dobre. I… jebać tę czerwoną szminkę.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie powinna była czuć tego dziwnego ucisku w środku, kiedy Ian wypowiedział swoje nie powiedziałem ci, bo uznałem, że tak będzie lepiej. Jednak poczuła. Tak jakby dotknął czegoś, co starała się trzymać spięte, zapięte, zasznurowane w środku i jednym zdaniem poluzował wszystkie troczki.
    Bo prawda była taka, że gdyby powiedział jej wcześniej. Nie, poprawka, gdyby ktokolwiek powiedział jej wcześniej, pewnie i tak odruchowo zrobiłaby coś głupiego. Obejrzała się przez ramię. Przyspieszyła kroku. Zadziałała nerwami zamiast głową. Ale to, że została postawiona przed faktem dokonanym, nie dawało jej wyboru, musiała udawać, że nic się nie dzieje, a teraz słuchała, jak Ian mówi o tym tonem, który brzmiał w pewien sposób troskliwie, choć on był ostatnim człowiekiem na świecie, którego o troskę by podejrzewała.
    Kiedy przypomniała mu o Louisie i usłyszała to ciche och, domyślam się, zobaczyła w jego profilu coś, czego nie widziała nigdy wcześniej, czy to był może cień uśmiechu? Może samo wspomnienie tamtej historii było dla niego odrobinę zabawne, a może po prostu rzadko miał okazję się z czegoś szczerze ucieszyć. Ostatnio oboje nie mieli powodów do radości.
    A jednak atmosfera w samochodzie była dziś jakoś lżejsza niż to, co działo się niedawno na ulicy czy w głowie Vanessy.
    Ale kiedy powiedział porozmawiam, z kim trzeba, coś ścisnęło ją w klatce piersiowej tak mocno, że nagle musiała odwrócić wzrok ku szybie, jakby nocne światła miasta miały jej pomóc w ogarnięciu rosnącego niepokoju. Bo to brzmiało tak, jakby już podjął decyzję, a Vanessa, choć nie przyznałaby tego na głos, naprawdę chciała wiedzieć, czy przez nią znowu nie pakował się w coś, w co nie powinien.
    Kiedy zatrzymali się przed jej blokiem, powietrze zrobiło się ciężkie, jakby miało zapaść się między nimi. Vanessa odpięła pas powoli, zbyt powoli, jakby liczyła na to, że Ian powie coś jeszcze. Że doda jedno zdanie. Jedno słowo. Jedną wskazówkę. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej przestać czuć, że w tej całej sytuacji stoi na cienkim lodzie, ale on tylko zerknął na nią kątem oka, tym swoim szybkim, pozornie obojętnym spojrzeniem, za którym zawsze kryło się więcej, niż mówił na głos.
    Skinęła głową, gdy powiedział, żeby dała znać jeśli zauważy, że za nią chodzą, choć miała wrażenie, że to równie dobrze mogło zostać niezauważone. Drzwi zamknęły się za nią miękko, a ona została sama na chodniku. Nagle za bardzo świadoma wszystkiego, tego chłodu powietrza i nawet faktu, że jej ręce lekko drżały. Nie ze strachu. Ze zmęczenia. Z napięcia, które nie opuszczało jej od kilku dni. I z czegoś jeszcze, czegoś, co miało coś wspólnego z Ianem siedzącym za kierownicą Cadillaca, patrzącym na nią ułamek sekundy dłużej, niż robiłby to ktokolwiek inny.
    Dopiero gdy auto ruszyło i zniknęło za rogiem, Vanessa wyprostowała plecy i weszła do klatki. Mieszkanie przywitało ją ciszą, a ona zamiast włączyć światło, opadła od razu na łóżko. Tylko na chwilę. Odpocząć. Ułożyć myśli, ale one nie chciały się ułożyć.
    Słowa Iana wracały jedno po drugim — „Nie powiedziałem ci, bo uznałem, że tak będzie lepiej.” „Porozmawiam, z kim trzeba.” „Daj mi znać.” Dlaczego brzmiał, jakby naprawdę mu zależało?
    Nie wprost. Nie nachalnie. Nie emocjonalnie, bo Ian był ostatnią osobą, która pozwoliłaby sobie na odrobinę emocji, ale w jego sposobie mówienia było coś, co siedziało teraz w jej głowie nieustępliwie. Wiedziała jedno. Że dzisiejszy wieczór zostanie z nią na dłużej, niż powinna na to pozwolić. Ponieważ Ian Hunt dbał o nią bardziej niż w obowiązku powinien mieć to Zane Maddox.


    Vanessa Kerr

    OdpowiedzUsuń
  12. Olivia nigdy nie przyznałaby sama przed sobą, ani przed kimkolwiek, że ćpa w sposób elegancki. Z bardzo prostego powodu — Olivia nigdy nie przyznałaby się przed kimkolwiek, że ćpa. Ze sobą prowadziła już tego typu rozmowy. Samej sobie przyznawała, że to uzależnienie, a nawet dochodziła do momentu, w którym chciała przestać, w którym odrzucała tabletki. Na chwilę. Na jeden dzień, na dwa. Dłużej nie potrafiłą wytrzymać, a odwyk w luksusowej placówce był zbyt… celebrycki, aby mogła się na to skusić. Jeszcze nie dotknęła dna, choć wydawało jej się, że tak jest. Wielokrotnie. Ale ktoś, kto obserwowałby ją z zewnątrz, ktoś, kto wiedział, jak wyglądają ludzie sięgający dna, mógłby stwierdzić, że nie jest z nią tak źle. Może trochę schudła, może zapadła się w sobie, może miała okropne cienie pod oczami i czasami nie brała prysznica zbyt długo, aby uchodzić za kogoś, kto o siebie dba, ale żyła, funkcjonowała, przynajmniej kilka dni w tygodniu zmuszała się do tego, aby pojawić się w siedzibie spółek, kilka dni poświęcała na działalność lekarską i miała wrażenie, że tylko to trzyma ją w ryzach.
    — Wezmę wszystko, co masz — odpowiedziała, co by nie miał wątpliwości, ile tabletek powinien jej przywieźć. Wszystko nagle stało się proste. Łatwe. Osiągalne. I niewymagające wysiłku. Wszystkim, co miała zrobić Olivia, to wpisać swój numer i podać adres. Proste. Przyjemnie i łatwo było wyręczać się kimś innym, a Ian Hunt wydawał się chcieć wyręczać Olivię w zdobywaniu narkotyków.
    — Dam znać, czy masz zacząć, jak przywieziesz to, co masz — zauważyła całkiem trzeźwo. Najpierw musiała się upewnić, że jego towar nie jest lewy ani zanieczyszczony. Była lekarzem. Mogła to zrobić. Była lekarzem. Skrzywiła się.
    — 35 Hudson Yards, apartament 7302 — poinformowała go. Hudson Yards był jednym z wieżowców mieszkalnych w Nowym Jorku. Samochód Iana miał tam pasować. — Portier cię wpuści — dodała. Jej dwupoziomowe mieszkanie mieściło się na siedemdziesiątym trzecim i siedemdziesiątym czwartym piętrze, Iana czekała więc kilkuminutowa podróż windą. Ale żadne z nich miał tego nie żałować.
    Potem podała mu swój numer telefonu. Uniosła brew w oczekiwaniu, aż Ian potwierdzi, że go zapisał. Pozostało jej skinąć głową i odwrócić się na pięcie. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza pilot do Volvo i po chwili siedziała już w samochodzie. Dłonie zacisnęła na kierownicy i oparła na przedramionach głowę. Musiała się zebrać w garść, jeśli miała stąd dojechać na środkową część Manhattanu.

    Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń
  13. — Zapuszczę włosy? — Uniosła brew, spoglądając na Iana trochę tak, jakby nie rozumiała, co mówił. Debbie była fatalna w zapuszczaniu włosów, każda próba, którą podejmowała, kończyła się radykalnym cięciem, a długość, w której jej rude kosmyki sięgały barków, była długością idealną. — Mogę spróbować — dodała niemal od razu, bo zapuszczenie włosów dla Iana już nie było zadaniem niewykonalnym, a całkiem przyjemnym. Bo Debbie, choć może jeszcze sobie tego nie uświadomiła, ani nie przyznała na głość, chciała dbać o to, aby Ian był zadowolony i szczęśliwy. Przy niej. I z nią. Miała też jednak świadomość tego, że Hunt z pewnością uważał ją za atrakcyjną, ale długość włosów miała zdecydowanie niewielkie znaczenie w tym, jak ją postrzegał. Dla Grayson Ian bardzo szybko stał się najprzystojniejszym mężczyzną na ziemi. Nocami śniła o jego ciepłych oczach, ślicznych uśmiechach, które jej posyłał i wyrazistych rysach twarzy. Uwielbiała wtulać się w jego szeroką klatkę piersiową i niemal tonąć w silnych objęciach. Potrzebowała tego. Czasami zwyczajnie potrzebowała poczuć, że obok jest ktoś, kto na chwilę ściągnie ten nieznośny ciężar z jej barków, a Ian radził sobie z tym doskonale. Działał na nią kojąco. Nie potrzebowała wcale zbyt wiele czasu, aby zapomnieć przy Ianie o całym świecie, bo przychodziło to naturalnie i lekko, jak za pstryknięciem palca.
    Nie wiedziała jednak, jakie myśli krążą w głowie Iana, gdy wspominał o dłuższych włosach, ale przecież mieli dużo czasu, aby przekonać się, czy Debbie ostatecznie te włosy zapuści i czy Ian z tego skorzysta. Niemniej jednak, gdy hunt złożył na jej skroni krótki pocałunek, Debbie zmarszczyła rozkosznie nos, poddając się tej delikatnej, frywolnej niemal pieszczocie.
    Przebywając ze sobą, mieli spory problem, aby utrzymać dłonie i usta z daleka od tego drugiego. Niewątpliwie nie należało to do zadań prostych, bo Debbie lubiła czuć Iana blisko siebie, a właściwie to jak najbliżej. Dlatego teraz, gdy już mogła to robić, to korzystała. Dlatego ten pocałunek, którego nie mogli skończyć w jej mieszkaniu ze względu na Tonyę, trwał teraz w najlepsze. Za sobą Debbie czuła chłód Cadillaca, o którego ostatecznie wsparła się biodrami, natomiast przed sobą miała Iana.
    Nie przeszkadzało jej to, że pozostają na widoku, że widzi ich więcej ludzi niż do tej pory, bo dzisiaj ulice, nawet w tej dzielnicy, były wyjątkowo tłoczne ze względu na święto, które Amerykanie szczególnie sobie upodobali.
    Mogłaby całować Iana bez końca. Do kolejnego halloween albo i dłużej, nie spieszyło jej się, bo przy Huncie, zwłaszcza, gdy byli tak rozkosznie zajęci, czas zdawał się zwalniać. Nie miała ani dokąd, ani po co się spieszyć, skoro trzymała przy sobie wszystko, czego potrzebowała do życia.
    Wibracje jej telefonu okazały się wyjątkowo upierdliwe, bo schowała go do tylnej kieszeni spodni. Odsunęła się więc od Cadillaca jak oparzona, a tym samym przerwała pocałunek. Ale nie tak od razu. Bo skradła kolejny, krótszy i szybki, zanim sięgnęła po telefon. Huntowi pokazała tylko wyświetlacz. Mike. Nikogo innego się też nie spodziewała. Odebrała, ale nie zdążyła się odezwać, kiedy zalała ją tyrada słów z drugiej strony.
    — Nie uwierzysz, ale właśnie wsiadamy do auta — powiedziała, a dzięki dłuższemu wywodowi brata, mogła nieco popracować nad uregulowaniem oddechu. Patrzyła na Iana, ale wbrew swoim słowom, nawet nie sięgnęła do klamki. Nawet nie pozwoliła Ianowi na to, aby wpuścił ją do auta. Stała, wpatrując się w Hunta jak oczarowana.
    — Mhm… ahaaaa… okej.
    Rozłączyła się, a potem zacisnęła wolną dłoń na boku Iana, podchodząc o krok bliżej, tak, że wolna przestrzeń między nimi przestała w ogóle istnieć.
    — Mamy misję, panie władzo… — zaczęła cicho, zamachała swoim telefonem, a potem bez żadnych skrupułów wsunęła go do przedniej kieszeni spodni Hunta. Przechyliła głowę lekko w bok. — Musimy ukraść z najbliższego sklepu trzy butelki whisky, kratę piwa i sporo paczek chipsów — poinformowała go, utrzymując, choć z trudem, powagę. — Gotowy na skok życia?

    Debbie Grayson

    OdpowiedzUsuń
  14. Rozsiadł się wygodniej na fotelu pasażera i przyglądając się miastu, które powoli zostawiali za sobą. Ian mówił mało, a za pewne jeszcze mniej rozumiał z tego, co do niego mówił, jakby nagle pasażer przeszedł na zupełnie obcy język. I tak naprawdę nie było w tym nic dziwnego, jego życie przez piętnaście lat w więzieniu, brak rodziny, brak opieki, brak normalności, jak ktoś, kto nigdy nie widział słońca, nagle miałby opisywać świat ludzi, którzy żyli w nim bez ograniczeń. Ian nie musiał tego rozumieć. On sam zresztą też nie oczekiwał, że będzie próbował. Zmrużył oczy, kiedy Ian wypowiedział to jedno, krótkie: mam. Tego się zdecydowanie nie spodziewał po facecie, który dotąd wyglądał, jakby romantyczne życie wymieniono mu na instynkt samozachowawczy i tę wieczną, ponurą obojętność. Rowan powoli odwrócił głowę, jakby musiał jeszcze upewnić się, czy naprawdę to usłyszał. I gdy zobaczył w kąciku ust Iana ten miękki, kompletnie nie pasujący do niego uśmiech, uśmiech, który sam próbował ukryć, oblizując nerwowo wargi, parsknął głośniej, niż wypadało, z autentycznym rozbawieniem.
    - Hunt… Hunt, ty kogoś masz? - wyrzucił z siebie, prawie śmiejąc się pod nosem - No weź, powiedz to jeszcze raz, bo nie wiem, czy się przesłyszałem, czy świat właśnie się skończył - wbił w niego zaciekawione spojrzenie i nie, nie zamierzał odpuścić, nawet jeśli miałby za to oberwać - To kto to jest? - dopytał z przesadnie niewinnym zainteresowaniem - No dawaj, nie wstydź się. Blondynka? Brunetka? Ktoś normalny, czy ktoś, kto ma nierówno pod sufitem, że się z tobą zadaje? - uniósł brwi, nachylając się odrobinę w jego stronę, jakby próbował podejrzeć tajemnicę czającą się pod tym jednym słowem „mam” - Masz mi to opowiedzieć. Musisz - ton miał lekko zaczepny, może nawet trochę triumfalny, bo oto pojawił się temat, który mógł poruszyć Iana bardziej niż wszystkie ich wcześniejsze rozmowy - Ja ci się zwierzam z jakichś pierdolonych pałaców i kierowców, a ty mi tu rzucasz bombę i udajesz, że to nic wielkiego? No już, Ian. Nie psuj mi zabawy. Powiedz, kim ona jest. I nie próbuj zabić tego tym swoim pieprzonym milczeniem, bo będę pytał tak długo, aż pękniesz - odwrócił się w jego stronę na tyle, ile było to możliwe z pozycji pasażera samochodu, wbijając przy tym w niego wyczekujące spojrzenie - Długo jesteście razem? Wie o tym, czy naprawdę się zajmujesz i że każdego dnia balansujesz na tak cienkiej granicy? - ciągnął dalej ten temat, choć wiedział, że znając Iana, ciężko będzie cokolwiek od niego wyciągnąć, zwłaszcza w takiej kwestii. Miał nadzieję, że jego dawny kumpel jednak wiedział, że mimo upływu lat i przerwy w ich relacji, nadal mógł mu bezgranicznie ufać, bez obaw, że któraś z jego tajemnic ujrzy światło dzienne.

    Rowan

    OdpowiedzUsuń
  15. Spokój bijący od Dalaji stanowił pokłosie mieszaniny genów wiecznie uśmiechniętej matki, która potrafiła wręcz perfekcyjnie wyczuć gniew męża przebijający się przez zmęczenie widoczne na jego twarzy po powrocie z wyjątkowo wymagających dyżurów w szpitalu i ukoić go zaledwie kilkoma z pozoru prostymi gestami lub słowami przypominającymi mu, że życie to nie tylko praca oraz wielu tragicznych wspomnień. W przeciwieństwie do swojej rodzicielki w całym swoim odziedziczonym po ojcu poświęceniu dla innych często zapominała o własnych potrzebach do tego stopnia, że gdyby nie niemal codzienne uwagi Milo zapewne w pewnym momencie mogłaby dosłownie zasnąć na środku ulicy i nawet tego nie zauważyć. To on jako jedyny z otaczających ją ludzi potrafił okazać na tyle dużo odwagi, by, gdy zaszła takowa potrzeba, bezceremonialnie odebrać jej kluczyki do baru i wrzuciwszy ją niemal siłą do auta, zawieść z powrotem do jej apartamentu, gdzie pozostawał tak długo aż wreszcie nie upewnił się, że odpłynęła do Krainy Morfeusza. I choć początkowo po podobnej akcji nie odzywała się do niego przez następne kilka dób, z czasem zrozumiała, że robi to wyłącznie dla jej dobra.
    Odpowiedź Iana skwitowała jedynie lekkim kiwnięciem głową. Choć chłopakom nie raz zdarzało się zostawić swoje łachy w jej mieszkaniu nie była pewna, czy Chrisowi uda się znaleźć wśród nich jakiś czysty komplet. Owszem, w ramach wdzięczności za stałe monitorowanie jego okolic regularnie je prała, lecz nie raz zdarzało się, że po wyjęciu z pralki za cholerę nie potrafiła odgadnąć które z nich stanowią jeden zestaw. Jakim cudem oni sami byli się później w stanie w tym połapać, pozostawało dla niej kompletną zagadką. A może zwyczajnie się nimi wymieniali… No mniejsza, najwyżej będzie musiał trochę pokombinować.
    - Medycy zwykle zasłaniają się tajemnicą lekarską, ale… - Tu ściszyła głos na tyle, by mógł ją usłyszeć wyłącznie Ian. - … znam tu takich, którzy za drobną łapówkę chętnie o niej zapomną. – Wzruszyła ramionami.
    Dostrzegłszy, że jeden z ratowników wyraźnie podąża w ich kierunku, natychmiast przywołała profesjonalny uśmiech. Jeszcze tego by im brakowało, żeby domyślił się o czym tak szeptała przed chwilą. Choć wszyscy wiedzieli jakimi prawami rządzi się prawo rynku tak zwanych ściśle tajnych informacji, każdy wolał bowiem udawać, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Tak na wszelki wypadek, gdyby miało się do czynienia z kapusiem lub przedstawicielem organów ściągania.
    - Pani Ovando, jak sądzę. – Starszy, wyraźnie znudzony życiem facet przez krótką chwilę patrzył na Dalaję, po czym znacznie uważniejsze spojrzenie przeniósł na Hunta. – Ale Pana nazwiska tutaj nie widzę. – Przewertował trzymane w ręku papiery.
    - To mój przyjaciel. – Meksykanka, wyczuwając że mają przed sobą służbistę, wtargnęła między obu mężczyzn, dając tym samym znać, że nie zamierza się tak łatwo wycofać.
    - To nie zmienia faktu, że jego dane także powinny znaleźć się w raporcie z sesji.
    - Podrzucił mnie pod odpowiedni adres, bo zepsuł mi się motor i to powinno panu wystarczyć. – Nie chcąc wchodzić z nim w głębsze dyskusje, uciekła się do małego kłamstwa. - Może pan go tam wpisać jako świadka, a tych, jak zapewne panu wiadomo…
    - Dobrze, już dobrze. Niech już pani będzie. – Westchnął ciężko. – W takim razie proszę za mną. – Mrucząc coś do siebie pod nosem, poprowadził ich przez szpitalne korytarze. – Zapraszam do środka. – Uchylił drzwi do mikroskopijnego pomieszczenia mieszczącego jedynie miękką sofę, niewielki stół i kilka roślin doniczkowych. - Pani psycholog zaraz przyjdzie, a policja zapewne standardowo zleje całe to spotkanie, bo im można przecież wszystko. – Dodał jeszcze na odchodnym.

    Dalaja

    OdpowiedzUsuń
  16. Drzwi opatrzone napisem pokój przesłuchań były uchylone; wewnątrz dwójka policjantów opowiadała sobie nawzajem o swoich podbojach w ostatni sobotni wieczór, a ja od dziesięciu minut czekałam na korytarzu niemal całkiem nieruchomo i wsłuchana w odgłosy dobiegające z sąsiednich pomieszczeń. Niezależnie od pytań, jakie miałam usłyszeć na przesłuchaniu, miałam w głowie uporządkowaną i całkowicie zgodną z prawdą opowieść o tym, jak przypadkowo znalazłam portfel faceta uciekającego z Ubera jak opętany i o tym, że kierowca Ubera nie wyglądał na zainteresowanego stanem psychicznym swojego klienta – bo odjechał z docelowego miejsca niemal od razu po wypuszczeniu pasażera na ulicę. Nie widział, że z gościem dzieje się coś niedobrego, albo nie chciał tego widzieć. Postąpiłam tak, jak należało postąpić. Nie miałam żadnych podejrzeń, nie umiałam snuć dalekosiężnych teorii spiskowych, po prostu zgłosiłam to, co udało mi się zapamiętać z miejsca zdarzenia, a pamięć miałam dobrą i szczegółową.
    Nie mogłam jedynie przewidzieć, że właściciel portfela zostanie na drugi dzień odnaleziony martwy.
    W pewnym momencie, zmęczona niewygodnym krzesłem wbijającym mi się w tyłek, zaczęłam skubać palcami rękaw swojego swetra. Rozciągałam go, to znowu podwijałam go z powrotem bliżej nadgarstka i w ten sposób upłynęło mi kolejnych kilka minut. Wystarczająco długo, aby na krzesełku obok mnie pojawił się jakiś młody chłopak. Cywil, więc to zapewne to on zawdzięczał mi wezwanie na przesłuchanie. Rozpiął kurtkę, zerknął na swój telefon, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów, nie rozglądał się w popłochu, nie tupał nogami. Po prostu czekał na wypełnienie obywatelskiego obowiązku, tak jak czeka się na odebranie swojego zamówienia od kuriera. Zwyczajna czynność, którą należało odhaczyć na liście obowiązków zaplanowanych na ten dzień, aby móc z czystą głową ruszyć dalej. Nic rozbrajającego.
    Popatrzyłam na chłopaka z ukosa i wtedy z pokoju przesłuchań wyłoniło się tych dwóch lowelasów, którzy zdążyli opowiedzieć sobie ze szczegółami o wszystkich swoich blondynkach, brunetkach i tych o egzotycznym pochodzeniu.
    — Kierowca Ubera? Do pokoju 402 — zakomenderował jeden z nich, ten niższy i ze szpakowatą czupryną na głowie — Świadek od portfela, naprzeciwko.
    Zadbali o to, żeby nas od siebie odseparować na przesłuchaniu, ale celowo narzucili nam przy sobie konkretne role w tej sprawie już na samym początku. To na pewno nie był przypadek ani nieuwaga; raczej próbowali wybadać nasze reakcje i sprawdzić, jak sprawy potoczą się między nami już po przesłuchaniu, kiedy – na jakiś czas przynajmniej – wrócimy do swoich małych rzeczywistości.
    Zerknęłam na Ubera po raz ostatni i zniknęłam za drzwiami mojego pokoju przesłuchań z tym drugim funkcjonariuszem. Wyższym, młodszym, o ostrzejszych i nietypowych rysach twarzy, który okazał się równie konkretny, jak cała jego postura. Zadawał pytania, których się spodziewałam. Odpowiadałabym na nie jak z automatu, gdyby facetowi potwornie nie śmierdziało z ust papierosami i tanią kawą z tekturowego kubeczka, co było dla mnie gorsze od resztek nieprzeżutego jedzenia spomiędzy zębów, gdyby takowymi mnie zaszczycił. Gdy stamtąd wychodziłam, miałam żołądek wywleczony na lewą stronę.
    — Powiedziałam tylko to, co widziałam. Nie mniej, nie więcej — powiedziałam do kierowcy Ubera, gdy wyszliśmy z powrotem na korytarz, niemal w tym samym momencie. Coś w jego spojrzeniu powiedziało mi, że potrzebuje takiego zapewnienia. — Ale policjant, który mnie przesłuchiwał, powiedział mi dziwną rzecz. Że nie jesteś tu turystą, że jesteś tu prawie jak u siebie.
    Odetchnęłam głębiej i uniosłam brew.
    — Jeśli to jest coś grubszego, jeśli coś mi grozi, muszę to wiedzieć.

    Wszystko pięknie! Tylko mi się trochę zeszło z odpisem, wybacz 🖤
    Anna Reed

    OdpowiedzUsuń
  17. Jeśli mieliby jechać w kompletnej ciszy, to ta nie ciążyłaby Emmie. Z tym uosabiała spokój. W tym mogłaby się odnaleźć. Mogłaby odszukać jakieś ukojenie, choćby miało trwać ledwie dwadzieścia minut. To nic... wolała to niż wymuszoną pogawędkę, więc ani ona narzucać sie nie będzie i nie oczekiwała też zagadywania od kierowcy. I chyba nawet nie byłoby to niezręczne, skoro oboje są milczkami.
    Nie chodziło o jego milczenie, brak natychmiastowej odpowiedzi, bo nie wywoływała go jak nauczyciel przy tablicy. To nie dlatego przeprosiła. Ale trzeba byłoby znać Emmę, wiedzieć co i ile przeszła, a było tego sporo i od miesięcy nieustannie ją przygniatało coraz bliżej ziemi. Trzeba byłoby wiedzieć, jak wygląda jej codzienność i jak wyglądała dwa, trzy, siedem lat temu, by zrozumieć to wycofanie i wstyd, że nie umie się opanować i słowo wypłynęło bez kontroli. Trzeba byłoby po prostu wejść w jej skórę, a może i to nic by nie dało... Bo kto się boi własnego cienia? Kto się boi za głośno oddychać? Czy w ogóle ktoś taki ma prawo istnieć?
    Kiedy usłyszała odpowiedź, ściągnęła łopatki, zdumiona i zaciekawiona. Spojrzała w wsteczne lusterko, podchwyciła spojrzenie kierowcy i nawet lekko drgnął jej kącik ust w odpowiedzi na to, że tak uprzejmie pozwolił sobie też przeciągnąć odpowiedź żartem. Skinęła lekko i z zrozumieniem, zamyslając się na dłuższy moment. Nowy Jork błyszczał, tu się nic nie zmieniało, a jednak nic nie było stałego. Ona cytryn nie lubiła, ewentualnie do herbaty, ciemnej i mocnej, pitej wieczorami na jesień i zimę z dużą łyżką miodu. Ale kwaśny smak nie był jej ulubionym. Słony przy obiedzie i słodki na deser, to tak, standardowy, klasyczny, nudny i nie wyróżniający się niczym. Jak ona. Ale kwaśny? Kwaśny był ciekawy, był odważny, był elektryzujący. To nie ona. Ale pytała, bo chciała upiec cytrynę, a nie wiedziała, z czym to połączyć.
    - Zastanawiałam się, co do tego smaku pasuje - przyznała, odwracając wzrok i zerkając przez boczną szybę na światła mijanych witryn. Opuściła nieco powieki, zmrużyła je i wszystko wokół było ładniejsze, rozmyte, mniej realne.
    Trzymała dłoń na wysokim kartonie asekuracyjnie, aby nic się nie przewróciło, ale dostrzegła płynną jazdę. Czy to specjalnie ze względu na pakunek, czy mężczyzna naprawdę miał takie umiejętności, trudno jej było ocenić, skoro jechała z nim pierwszy raz, ale doceniała starania. Odetchnęła głębiej, czując pod żebrem jakiś ucisk, poprawiła wąski pasek torebki.
    - Gorzka czekolada? - zerknęła na sekundę w wsteczne lusterko, może tym razem z nadzieją na kolejną odpowiedź. Gdyby taka padła, to można by to podciągnąć nawet pod rozmowę. - Jadł pan ciasto cytrynowe z czekoladą? - wystrzeliła jak z procy z kolejnym pytaniem i niech się świat zatrzyma, naprawdę poszalała.

    [Nie chcę nikogo odstraszać! <333]

    Emka

    OdpowiedzUsuń
  18. Ian dla Debbie również był idealny. Najidealniejszy. Najlepszy. Najprzystojniejszy. Nie musiała się długo nad tym zastanawiać, ale kiedy widziała ich każdego ranka, gdy zdarzało im się w jednym czasie myć zęby, zauważała w odbiciu lustra, że tworzą ładny obrazek. Pani wypożyczająca im łyżwy na lodowisku miała rację — byli ładną parą. Debbie podobało się to, że żeby spojrzeć na Iana, musiała zadrzeć głowę ku górze. Podobało jej się to, że ich ciała zdawały się idealnie do siebie pasować. Każda krzywizna, delikatna wypukłość czy ładne wgłębienie — byli do siebie dopasowani. Dłonie Iana idealnie odnajdywały się na ciele Debbie, a palce Grayson skutecznie wpasowywały się w miejsca, które skrupulatnie badała. Ich relacja nie ograniczała się jednak do fizycznego pociągu i tego, że ładnie razem wyglądali. Debbie pociągało w Ianie to, kim był jako człowiek. Był pełen ciepła, do którego musiała się dokopać, dlatego tak ochoczo zajęła sobie miejsce najpierw w jego samochodzie, a potem w jego życiu. Uwielbiała w nim te wszystkie czułostki, na które się wobec niej zdobywał i dzięki którym nie miała wątpliwości, że czują do siebie to samo.
    Bycie obok Iana było czymś naturalnym dla Debbie, która do tej pory nie miała takiej osoby. Wspierała ją mama, Mike i Maddie, ale były to relacje zupełnie innego typu. Debbie przy swoich najbliższych starała się zawsze być tą najsilniejszą wersją siebie, a przy Ianie mogła być sobą — czasami słabą i podłamaną tak, że nie była w stanie prowadzić żadnej rozmowy, czasami tak zmęczoną, że wtulenie się w bok Iana była ostatnią rzeczą, jaką pamiętała z danego dnia. Ian przy niej był.
    Zaśmiała się, gdy Ian sięgnął do klamki i odwrócił ją do siebie tyłem, ale śmiech ten zamarł niemal na samym początku, gdy Hunt sięgnął po jej dłonie. Zerknęła na niego znad ramienia, a właściwie to próbowała to zrobić, choć w zasadzie nie była w stanie, bo brakowało tylko, żeby Ian położył dłoń na czubku jej głowy i popchnął w dół, aby poczuła się jak prawdziwa kryminalistką.
    — Ależ panie władzo, skąd ta niepotrzebna brutalność — zaczęła lamentować, kiedy Ian zwyczajnie zamknął jej drzwi przed nosem, a gdy usiadł na swoim miejscu — miejscu kierowcy, Debbie posłała mu promienny uśmiech zapinając swój pas. — Złożę zażalenie. Nadużywa pan swoich uprawnień, oficerze Hunt — mruknęła, nie wychodząc przez cały ten czas ze swojej roli. Mimo powagi, która pobrzmiewała w jej głosie, nadal się uśmiechała. Pas zaklikał, kiedy znalazł się we właściwym miejscu, a Debbie mocniej wbiła się plecami w oparcie samochodowego fotela. Fotela, który zawsze był w tej samej pozycji, w jakiej go zostawiała.
    Obserwowanie Iana, nawet teraz, kusiło, aby powiedzieć mu znacznie więcej. Ale zamiast tego pozostawał jej uśmiech i przeciągłe spojrzenia.
    — Po drodze do Queens powinien być jakiś market — zauważyła, a potem sięgnęła po telefon Iana, który niezmiennie tkwił w uchwycie. Wbiła adres Mike’a, który choć nowy, to znała już na pamięć i ustawiła nawigację. Bardziej dla siebie niż Iana, który zdawał się znać Nowy Jork od strony kierowcy znacznie lepiej niż Debbie, która i tak znała niemal każdy zakamarek Brooklynu.
    — Ian… — zaczęła po chwili, ciszej, spokojniej, opierając głowę o zagłówek i odwracając ją w stronę Iana, gdy ten odpalił auto i włączył się do ruchu. Musieli to zrobić. Pojechać do Mike’a, chociaż tak w zasadzie nie musieli nic. Debbie mogłaby zarządzić natychmiastowy odwrót, ale tego nie chciała, bo choć bardzo chętnie spędziłaby czas tylko i wyłącznie z Ianem, najlepiej w jego sypialni, którą w głowie, skrycie nazywała ich sypialnią, to chciała też spotkać się z Mikiem, z którym kontakt w ostatnim czasie nieco nadszarpnęła. Mike pochłonięty był przeprowadzką, nowym związkiem — Debbie nie potrafiła już zliczyć, który to był związek w tym roku i awansem w pracy, czego mogła mu pozazdrościć.
    — Będziemy się dobrze bawić — stwierdziła nagle. I kwestią zasadniczą było to, czy próbowała przekonać Iana, czy raczej samą siebie.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  19. Małomówność Iana, choć przez większość tak zwanego cywilizowanego społeczeństwa, postrzegana jako wada, w przypadkach kontaktów z czepliwymi ludźmi posiadającymi choć minimalną władzę, mogła okazywać się wręcz zbawienna. Na ten przykład, gdyby teraz postanowił dyskutować z ratownikiem, mogłaby mieć później olbrzymi problem z wymazaniem jego danych z oficjalnych formularzy. A pewna część chłopaków, z którymi tu przyjeżdżała odznaczała się dość przewidywalnym schematem postępowania – gdy ktoś z personelu zarzucał im brak podania imienia i nazwiska przy rejestracji, niemal natychmiast opowiadała mu jakąś wyssaną z palca historyjkę o bliższych powiązaniach z Dalają. I pal jeszcze sześć, gdy pamiętali jej treść do końca sesji. Wówczas zazwyczaj łatwiej było przepchnąć takie sfałszowane papiery przez bezwzględną maszynę biurokratyczną. W przeciwnym przypadku niejednokrotnie niezbędna okazywała się wyższa sztuka dyplomacji.
    - Przede wszystkim byłabym ci wdzięczna, gdybyś dla odmiany postarał się trochę rozwinąć swoje wypowiedzi. – Zająwszy miejsce tuż obok niego na wąskiej sofie, przygryzła lekko dolną wargę. Nie lubiła zmuszać nikogo do nakładania maski Normana lub Normy, lecz wiedziała też, że czasem nie da się tego uniknąć. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że Ian nie poczuje się tym nakazem zbytnio przytłoczony. Nie chciałaby go później widzieć u siebie na kozetce, bo zapewne długo nie mogłaby pozbyć się wyrzutów sumienia, że go w to wciągnęła. – Z własnego doświadczenia wiem, że gdy pomaga się przy przesłuchaniach osób będących świadkami jakichś tragicznych wydarzeń, ograniczona komunikacja werbalna pacjenta jest zazwyczaj traktowana jako objaw wycofania spowodowanego traumą. I o ile ja mniej więcej zdaję sobie sprawę, z czego może wynikać ona u ciebie, pani psycholog nie będzie znała twojej historii. Musisz o tym pamiętać. – Zakończyła tuż przed tym, gdy drzwi się uchyliły, a do środka weszła średniego wzrostu Azjatka o ciemnych włosach zaplątanych w gruby koński ogon w bliżej nieokreślonym wieku.
    - Dobry wieczór. – Posłała im lekki uśmiech, zasiadając naprzeciwko nich. – Nazywam się Tanaka Manami. – Przedstawiła się. – Z tego co mi powiedziano, wynika że niedawno odebraliście z ulicy dwójkę małoletnich będących ofiarą ojczyma alkoholika, a narzędziem zbrodni był najprawdopodobniej nóż rzeźnicki. – Obdarzyła ich przeciągłym, acz współczującym spojrzeniem. – Dziewczynka przebywa obecnie na intensywnej terapii, a chłopiec zostanie do jutra na obserwacji. Jakimś cudem doznał zaledwie jednej rany pleców niezagrażającej życiu. – Choć starała się zdawać im spokojną relację, głos lekko jej drżał. Co jakiś czas muskała także pierścionek na wskazującym palcu lewej dłoni. Najwidoczniej była dopiero na początku kariery zawodowej i nie potrafiła jeszcze do końca kontrolować swoich doznań. – Chciałabym upewnić się, jak ta sytuacja wpłynęła na was. Czy jest coś, o czym chcielibyście ze mną porozmawiać ? A może czujecie, że wrósł u was poziom smutku lub rozgoryczenia światem lub macie jakieś refleksje na temat schematu w jaki moglibyśmy ograniczyć liczbę takich interwencji ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Po pierwsze chciałabym ci podziękować za tak szybkie przybycie. – Odparła panna Ovando. – Osobiście pracuję na co dzień z ludźmi pochodzącymi z różnych środowisk, w tym przemocowych. Wydaje mi się, więc że jestem do takich zdarzeń przyzwyczajona. Nie oznacza to jednak oczywiście, że stałam się na nie całkowicie nieczuła. Wciąż niezwykle irytuje mnie, że pozwalamy, by tak bezduszni ludzie chodzili wolno tylko, dlatego że ich partnerzy nie mają wystarczająco dużo odwagi, by dotrwać do wydania wyroku podczas rozprawy rozwodowej. W tym konkretnym przypadku cierpią na tym również dzieci, które w każdej chwili mogą ponieść śmierć. Jak do tej pory udało mi się jedynie wymusić założenie mu niebieskiej karty, lecz to za mało. Sędziowie, z którymi rozmawiałam o ich bezpieczeństwie, jak jeden mąż stali za stwierdzeniem, że skoro matka złożyła dokumenty rozwodowe, należy czekać na zakończenie rozprawy. Z tym, że do tego nigdy nie doszło, bo ich matka zawsze w pewnym momencie się rozmyśla i wycofuje pozew. To jest niezwykle demotywujące i denerwujące zarazem. Moim zdaniem przede wszystkim należy w trybie natychmiastowym odizolować te dzieci od ich prześladowcy, czyli ojczyma, bo w innym wypadku niedługo mogą nie mieć tyle szczęścia, co dzisiaj.

      Dalaja

      Usuń
  20. Wysiadł z sedana powoli, pozwalając, by chłodne nocne powietrze nieco ostudziło jego rozbiegane myśli. Informacja o tym, że kobieta jest ruda, była jedynym ochłapem, jaki rzucił mu Ian, i Rowan musiał się nim zadowolić. Choć w głowie już układał sobie dziesiątki scenariuszy, dlaczego ten fakt był aż tak pilnie strzeżoną tajemnicą, postanowił, wyjątkowo rozsądnie, zachować je dla siebie. Spojrzał na oświetloną willę, z której dobiegały przytłumione dźwięki muzyki i gwar rozmów. Przez chwilę bił się z myślą, czy nie wrócić do środka, by sprawdzić, czy kuzyn jeszcze żyje, albo czy Lucas nie potrzebuje kogoś, kto doleje mu drinka, ale sylwetka Iana przy Cadillacu skutecznie wybijała mu to z głowy. Atmosfera stała się gęsta i wiedział, że jeśli teraz naciągnie strunę choć o milimetr dalej, powrót do domu odbędzie się w grobowej ciszy, albo co gorsza, piechotą.
    - Idę, idę - odkrzyknął, ruszając w stronę lśniącego Cadillaca. Podchodząc do auta, uniósł dłonie w obronnym geście, jakby chciał zasygnalizować, że limit pytań na dzisiejszą noc został definitywnie wyczerpany - Spokojnie, już milczę. "Ruda" mi wystarczy. Ma to swój urok, brzmi... tajemniczo - otworzył drzwi pasażera i opadł na skórzany fotel z cichym westchnieniem ulgi. Zerknął na profil Iana, próbując wyczuć, czy poziom jego irytacji zdążył już spaść do bezpiecznego poziomu.
    - Dzięki za podwózkę - dodał ciszej, tym razem zupełnie poważnie, zapinając pas - I za to, że mnie nie zabiłeś przy tym szóstym czy siódmym pytaniu. Doceniam twoją powściągliwość - oparł głowę o zagłówek, obserwując, jak światła willi zostają w tyle, gdy ruszyli w stronę miasta. Przez chwilę rzeczywiście milczał, pozwalając, by to Ian nadawał ton tej podróży.
    - Wiesz... - zaczął po krótkim czasie, tym razem o wiele ciszej i spokojniej - Nie chciałem cię przygnieść tymi pytaniami. Po prostu, przez te wszystkie lata w celi układałem sobie w głowie scenariusze, co u ciebie. A teraz, jak cię spotkałem, czuję się, jakbym oglądał film, w którym wycięto środek i próbuję go sobie dopowiedzieć - zerknął na Iana, na jego zaciśnięte na kierownicy dłonie. Cenił to, że Ian go nie oceniał, że po prostu go zgarnął spod tej willi i teraz odwoził do domu.
    - To, że jest ruda, to już coś - dodał z lekkim uśmiechem - Pasuje do ciebie. Zawsze lubiłeś wyzwania, nawet jeśli udawałeś, że jest inaczej - westchnął. Wiedział, że nie wyciągnie z Iana nic więcej tej nocy, ale sama obecność przyjaciela z dzieciństwa była dla niego ważniejsza niż odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.
    - Fajnie , że jesteś, stary - rzucił ni stąd, ni zowąd. Naprawdę się cieszył, że chłopak żył i w pewnym sensie, nie licząc tego, czym się trudził, radził sobie całkiem dobrze - Nadal jesteś tym samym małomównym typem, który zawsze wyciągał mnie z kłopotów. Następnym razem ograniczę się do trzech pytań. Obiecuję - uniósł do góry palce w geście przyrzeczenia, choć nie mógł mieć pewności, czy Ian w ogóle będzie chciał, aby czekał ich jakikolwiek następny raz.

    Rowan

    OdpowiedzUsuń
  21. Debbie od początku dostrzegała w Ianie niemal same plusy. Wpierw przyszło dostrzeżenie tego, jak wyglądał. A wyglądał niesamowicie dobrze. Był wysportowany, a jego sylwetka była po prostu pociągająca. Miał jednak też cudowne oczy kolorze w whisky, do której wpadały promienie słońca. Miał też czarujący uśmiech. Tej kombinacji nie mogła oprzeć się Debbie, która w jego spojrzeniu mogła zatapiać się niemal od pierwszego spojrzenia. Miał w sobie magnetyzm, na który nie mogła pozostać obojętna.
    Potem przyszło coś więcej. Wymiana zdań w kawiarnii i ta kiełkująca, zupełnie niespodziewana nić porozumienia, która zmieniła się w podwózkę do domu, kawę po pracy i wypad na lodowisko. Krótka rozmowa wystarczyła jej do tego, żeby dojść do wniosku, że Hunt był ciekawą osobą. Lubiła tę jego inteligencję emocjonalną, to, jak nie wstydził się swojej przeszłości i otwarcie opowiadał o niej Debbie. Nie mogła na niego nie polecieć, kiedy świadomie bądź nie, robił wszystko, aby tak właśnie było. Rzeczą, która boleśnie zarysowała wizerunek Iana, było zatajenie jego prawdziwego zawodu. Do tej pory czasami zastanawiała się, jakby potoczyła się ich relacja, gdyby powiedział jej wcześniej. Albo gdyby wcześniej się domyśliła.
    Doszli jednak zgodnie do wniosku, że jebać wszystko, a dzisiaj do tego doszło to, że będą się świetnie bawić. Może nie świetnie, ale na pewno dobrze. Bo ze sobą zawsze bawili się dobrze albo, jak zauważył Ian, mogliby bawić się lepiej sami ze sobą. W innym miejscu. I w innych okolicznościach.
    Spojrzała na niego, dostrzegając ten wymowny gest, który wcale nie czynił go grzecznym, a wręcz odwrotnie. Rozciągnęła usta w uśmiechu i gdy ruszyli, mijając kolejne skrzyżowanie, patrzyła z tym uśmiechem na drogę. Bawiło ją to. To, w jaki sposób na siebie reagowali i to, jak zapełniały się ich myśli, biegnąc zapewne zupełnie nieświadomie w jednym kierunku.
    Był podobny do Louisa i zauważyła to na samym początku, ale teraz, gdy był w policyjnym mundurze to podobieństwo było wręcz oszałamiające. Louis miał jednak jaśniejsze włosy i oczy od Iana, był nieco niższy, ale poza tym… to, że płynęła w nich jednak krew było oczywiste. Ale to nie Louis, którego widywała głównie w mundurze, przyciągnął uwagę Debbie. Tylko Ian.
    Dostrzegała więc w Ianie wygląd, inteligencję, czułość, dopasowanie, bo to niewątpliwie im towarzyszyło. Trudno było zaprzeczyć chemii, która się między nimi pojawiał niemal od samego początku. Ale dostrzegała też w Ianie te braki, które wynikały z przykrego startu w życiu. Ona osobiście nie lubiła wracać do tego momentu w historii, w którym Ian był biednym dzieciakiem z bidula, ale musiała. I chciała, bo przecież stanowiło to część jej Iana, a ona akceptowała go takim, jakim był i uzupełniała, jak tylko mogła. Nie robiła tego jednak na siłę. Tam, gdzie czegoś brakowało Ianowi, Debbie pojawiała się zupełnie niespodziewanie, ale wcale nie nachalnie. Uczyła robić go śniadania, opowiadała o swoim dzieciństwie, choć kontrastowało ono z tym, które przeżył Ian.
    — Oczywiście, że wiesz — odpowiedziała tylko przeciągle i westchnęła z rozbawieniem. Ona też to wiedziała, ale nie mogli tam teraz być. Bo przede wszystkim byli zaproszeni na imprezę, ale też mieli misję do wykonania.
    I gdy Ian parkował, Debbie poprawiła swoją złodziejską maskę i czapkę na rudych włosach. Jej strój dzisiaj nie był niczym nadzwyczajnym i pewnie nikt nie zwróciłby na nią uwagi, dlatego ze spokojem ducha, ruszyła przez parking i tylko z zaskoczeniem spojrzała na Iana, gdy skutecznie unieruchomił jej rękę za plecami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ianie Hunt.. — rzekła z pełną powagą. — Widzę, że świetnie się czujesz w roli policjanta. — Uniosła brew, ale zasłaniała to maska. — Może zmienisz zawód? — spytała żartobliwie, bo przecież wiedziała, że to niemożliwe. Choć gdyby było, ich życie byłoby o wiele łatwiejsze.
      Ruszyli więc na zakupy, biorąc spory wózek sklepowy i zapełniali go piwem, słonymi przekąskami i paczką kwaśnych żelek, które Debbie jadła niemal zawsze, gdy piła piwo. Stali już przy kasie, w dość sporej kolejce, za grupką głośnych imprezowiczów, gdy Debbie rozglądając się po asortymencie w pobliżu, pisnęła z zachwytem. Chwyciła Iana, opierającego się o wózek, za nadgarstek.
      — Patrz, piesek! — I faktycznie. Na smyczy, przez alejki sklepowe zmierzał piesek. Mały, puchaty i słodki cocker spaniel. — Jest uroczy — westchnęła. Zawsze chciała mieć psa, ale alergia Maddie nigdy im na to nie pozwalała.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  22. Postanowiła przemilczeć kwestię tego, czy jeden Hunt w policji faktycznie miał wystarczyć. Wiadomym było, że nie zamierzała na Iana naciskać, bo nawet gdyby próbowała, wyszłaby na wariatkę. Ian Hunt był dilerem i nie mógł zostać policjantem. Debbie nie wiedziałam jednak, że jej Ian wyciągnął kartę SIM z telefonu. Tę kartę, która stanowiła źródło jego zarobków i kontaktu z tą mroczniejszą częścią świata. Świata, do którego nie chciał i pewnie nie mógł wpuścić Debbie, choć istniało ryzyko, że Debbie trafi tam kiedyś sama. Gdy wróci do pracy w patrolach, gdy zaczną dochodzić po nitce do kłębka, od małych szmuglerów na ulicach, przez dobrze zorganizowanych dilerów, po wysoce skoordynowane mafie. To były ryzyko, jakie podejmowali, a o którym nawet nie wspomnieli. Mówili o tym, że Ian handluje, a Debbie takich, jak on łapie. Mówili, że i jedno, i drugie może zerwać ze swoją pracą, ale wydawać by się mogło, że teraz, kiedy tak beztrosko przemierzali kolejne alejki w sklepie, by ostatecznie dotrzeć do kolejki do kasy, żadne nie pomyślało o tym, że mogą się spotkać na gruncie zawodowym. Zamiast tego wydawałoby się, że sobie z tego drwili, kiedy na halloween postanowili się przebrać - Ian w policjanta, Debbie w złodziejkę.
    Prawda była taka, że Grayson faktycznie się tym nie przejmowała. Nie teraz, kiedy jej uwagę przyciągnął uroczy spanielek. Początkowo nawet nie zwróciła uwagi, że jej kolor włosów nie odbiega znacząco od koloru futerka czworonożnego pupila.
    — Pasowałby? — I gdy Ian zdawał mówić się poważnie, Debbie odruchowo sięgnęła po rudy kosmyk i zawinęła go na palec. — Nawet jakbym chciała, to właściciel robił Tonyi burdę o chomika — rzuciła cicho, odrobinę zezłoszczona. Nie miały w umowie zapisu o zakazie sprowadzania zwierząt, więc Tonya sprowadziła chomika. Pech chciał, że tydzień później pękła rura w łazience i pojawił się właściciel. Zobaczył małą klatkę i szybko wprowadził stosowne zmiany w umowie, a chomik trafił do rodziców Tonyi. Kto wie, może mały Jack był teraz na Hawajach?
    — Do ciebie pasowałby… — mruknęła, lustrując Iana uważnym spojrzeniem. — Teraz owczarek niemiecki, ale tak na co dzień — kontynuowała, wykładając na taśmę pojedyncze produkty. — Dalmatyńczyk — dodała z szerokim uśmiechem i już skupiała się na tym, aby wyłożyć wszystko.


    Nie mieli szans, żeby to wszystko wnieść na jeden raz. Debbie napisała do Mike’a, żeby ktoś zszedł i im pomógł, ale albo impreza trwała w najlepsze, albo wiadomość Grayson nie dotarła. Wzięła, ile mogła, Ian zabrał znacznie więcej, ale część zakupów została w bagażniku i prędzej czy później ktoś musiałby po nie wrócić. Póki co, Ian i Debbie dotarli pod klatkę schodową dwupiętrowego budynku. Musieli dostać się na to pierwsze. Drzwi do klatki otworzyła im uprzejma starsza pani, wyprowadzająca akurat swojego szczekliwego yorka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musieli zastanawiać się, które drzwi należały do mieszkania brata Debbie. Muzyka docierała aż na korytarz, dlatego ruda nie zamartwiała się pukaniem. Po prostu otworzyła drzwi i weszła do środka.
      Trafiła tam na… policjanta. Nie takiego, jak Ian, a bardziej przypominającego striptizera. Czarne, lateksowe, błyszczące spodnie o kroju dzwonów wyraźnie opinały wyćwiczone pośladki. Kamizelka z podobnego materiału i policyjną odznaką na piersi odsłaniała umięśniony, wydepilowany i naoliwkowany tors. Całości stroju dopełniała czapka.
      — Ty musisz być Debbie! Jaka ty jesteś śliczna! — Mężczyzna odezwał się z entuzjazmem. Był mulatem, miał ciemniejszą karnację i niesamowicie błękitne oczy, które uśmiechały się do nich już na starcie. — A to ten twój tajemniczy chłopak? No, no, no…
      Elijah oparł ręce na biodrach i spojrzał na Hunta, który wszedł do mieszkania tuż za Debbie. Mulat zreflektował się i zamknął za nimi drzwi, odebrał od Debbie siatkę, a wolną dłonią dotknął jej ramienia, cmokając jej policzek.
      — Elijah — przedstawił się, poklepując Iana po plecach. — Chłopak Mike’a — dodał, a potem ruszył, ruchem ręki zapraszając ich za sobą. Do kuchni.
      Debbie była oniemiała. Nie kojarzyła Eli’a, Mike musiał naprawdę często zmieniać chłopaków. Grayson odwróciła się w stronę Iana.
      — Będziemy się dobrze bawić? — spytała, a w jej głosie dało się słyszeć i nutkę rozbawienia, i powątpiewania.
      Wszystkim wskazywało na to, że w mieszkaniu bylin tylko w czwórkę. Mike w łazience i oni, pokornie zmierzający za Elijah do kuchni.

      Debbie Grayson 🩷

      Usuń
  23. Życie pod jednym dachem z Dio nie zamieniło co prawda Dalaji w cichą myszkę, miało ku temu wbudowane zbyt mocne podstawy jeszcze wcześniej, lecz z pewnością sprawiło, że podobnie jak Ian starała się wracać myślami do tamtych chwil dopiero wtedy, gdy było to nieuniknione. Ba, słuchając jego słów, złapała się na zaskakującym stwierdzeniu, że chyba miała o wiele większy problem z otwartym przyznaniem się do tego jakie piekło zgotował jej ten popapraniec niż siedzący teraz obok niej mężczyzna. Szczegóły jej historii po przeprowadzce do Ameryki znali tylko ci, przed którymi nie dało jej się w żaden sposób zataić – dawni klienci Fire Moon, grupka jej najbliższych przyjaciół z tamtego okresu i ginekolożka, do której gabinetu chodziła na regularne kontrole, a która domyśliła się wszystkiego sama. Do dziś nie potrafiła znaleźć w sobie wystarczająco dużych pokładów odwagi, by opowiedzieć ją komukolwiek innemu. Choć swoich pacjentów zapewniła, że najważniejsza w ich wspólnej podróży jest obustronna szczerość, tą jedną tajemnicę nieodmiennie pozostawiała dla siebie. Prawdopodobnie też właśnie z tego powodu nie umiała utworzyć żadnego długotrwałego związku. Ludzie w niedalekiej przyszłości mający wspólnie założyć rodzinę powinni być w stanie powiedzieć sobie o wszystkim, więc chcąc nie chcąc była skazana na samotność pośród tłumu.
    - Podsumowując, pragniecie bym w sprawozdaniu z tego spotkania zapisała, że Panu… - Azjatka przewróciła kilka kartek w rozłożonej przez nią teczce. - … Harrisowi należy odebrać prawa rodzicielskie do tej dwójki. Dla pocieszenia dodam, że doktor Black przewodzący dzisiejszej operacji dziewczynki natychmiast po jej zakończeniu osobiście zadzwonił do pracującego przy tym śledztwie prokuratora, prosząc by przyjął go jak najszybciej w swoim gabinecie. Trzeba wam wiedzieć, że ten chirurg już nie raz działał cuda na salach sądowych podczas spraw dotyczących przemocy domowej przeciwko nieletnim. Jest jednak małe, ale… - Tu skupiła się głównie na Huncie. - Nawet jeżeli wygra, a facet trafi za kratki, nie mogę was na ten moment zapewnić, że dzieciaki zostaną z matką. Przykro mi.
    - Cóż, miejmy więc nadzieję, że właśnie tak będzie. – Uśmiechnęła się lekko Ovando.
    - Jeśli nie macie nic więcej do dodania, dziękuję za spotkanie i proszę Panią Ovando o podpis na protokole. Jeśli bowiem dobrze kojarzę, Pan woli pozostać anonimowy.

    Dalaja

    OdpowiedzUsuń
  24. To miało być proste. Więcej niż proste. Banalne. I z takim przeświadczeniem Olivia podyktowała Ianowi te wszystkie informacje, zarzucając go nimi w racjonalny sposób. Towarzyszył jej jednak pewien lęk, że podaje swój domowy adres obcemu mężczyźnie, a nawet jeśli na pierwszy rzut oka wyglądał na młodszego od niej, to wcale nie czyniło go to mniej groźnym, prawda? Lęk ten, mimo wszystko, ustąpił miejsca głodowi, a ten był o wiele bardziej irracjonalny niż towarzysząca jej obawa, ale skutecznie tłumił zdrowy rozsądek kobiety.
    Olivia była na zjeździe. Olivia potrzebowała swoich tabletek, aby móc nadal funkcjonować, aby nie czuć tego bólu, który według lekarzy był już wyimaginowany, a według Olivii nigdy nie był prawdziwszy, jak właśnie w takich chwilach. Obawiała się tego, że nie wytrzyma, że rozwali coś po drodze do domu i najpewniej to będzie właśnie ona.
    Dojechała jednak do domu. W jednym kawałku. W jednym kawałku dotarła też do swojego mieszkania i tam rozwaliła się na wielkiej kanapie. Dosłownie. W butach, w płaszczu, padła na nią, jedną nogą dotykając podłogi. Potrzebowała rozprostować plecy, a ta pozycja jej to umożliwiała. Wpatrywała się w sufit, leżąc przy tym niczym niedbale porzucona marionetka przez swojego operatora. Potrzebowała operatora. To była myśl. Uśmiechnęła się blado.
    Milo był pierwszy w przedostaniu się na kanapę, a za nim podążała znacznie cichsza Bella. Milo usiadł na brzuchu swojej właścicielki, spoglądając na nią niemal z pogardą, a Bella podeszła od boku, wciskając się między Liv a oparcie narożnika i zaczęła obwąchiwać jej dłoń, co chwilę trącając ją delikatnym, zimnym noskiem.
    Fitzgerald nie reagowała. Kochała te sierści uchy, ale nie potrafiła dać im tyle uwagi i tej miłości, ile potrzebowały. Milo miauknął, gdy telefon w zwisającej nad podłogą dłoni Olivii, zawibrował. Jęknęła głośno, bo pierwszą myślą, jaka pojawiła się w jej głowie to ta, że musiała wstać. Nie chciała wstawać, było jej wyjątkowo dobrze na tej kanapie.
    Dopiero potem dotarło do niej to, co przeczytała. Trzydzieści dziewięć tabletek. Nie pamiętała już, kiedy miała ich taką ilość. Lekarze przepisywali jej znacznie mniej, dawkując lęk, dlatego musiała kombinować. Trzydzieści dziewięć. Uśmiechnęła się, dźwignęła na łokciach, spojrzała groźnie na Milo, który ostatecznie się ewakuował i tak, jakby wstąpiła, w nią nowa energia, wyszła z domu.
    Musiała wybrać gotówkę. Wiedziała, że mogłaby wypisać czek, w końcu książeczkę nosiła zawsze przy sobie, ale nie sądziła, aby dilerzy byli zadowoleni z takiego rozwiązania. To nie był problem, więc po półgodzinie wróciła. Rozebrała się, nałożyła kotom karmy, uzupełniła miseczkę z wodą i czekała. Pieniądze przełożyła do koperty, wrzucając tam więcej niż tysiąc pięćset dolarów, jakby to wydawało jej się słuszne – podziękować za fatygę.
    Pukanie do drzwi nie było zaskoczeniem, telefon od portiera poinformował ją o gościu. Wyczekiwanym gościu. Koty zajęte były swoją kolacją, a Olivia otworzyła drzwi. Ubrana w zwykłe jeansowe spodnie i prosty t-shirt sygnowany nazwiskiem Hilfigera, spoglądała na Iana z lekkim uśmiechem.
    — Wejdź — zaprosiła go do środka, robiąc mu miejsce, a gdy przekroczył próg, zamknęła za nim drzwi. — Napijesz się czegoś? — spytała, bo w sumie nie wiedziała, jakby to miało się odbywać, a siłą rzeczy zależało jej na tym, aby dobrze żyć ze swoim dilerem.

    Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń
  25. Nie była pewna, czy zniosłaby tę imprezę, gdyby musiała pojawić się na niej sama. Wiedziała, że jej rodzony brat prowadził momentami dość ekstrawertyczne życie, obfitujące w ekscesy i coraz to nowszych chłopaków. Kochała go. Tak, jak siostra może kochać brata, a jednocześnie nadal nie potrafiła przestać się dziwić temu, jak różni byli. Przy rodzice, a teraz już tylko wyłącznie przy matce, Mike był oazą spokoju, grzecznym, kochanym syneczkiem, a do Debbie przynależała roli pyskatej, wiecznie niezadowolonej córki. Jednak tylko po przekroczeniu progu domu na Staten Island, w Mike wstępował demon, a Debbie się uspokajała. Może dlatego, że młodsza z tej dwójki Graysonów całe swoje życie czułą się akceptowana i nie musiała nikogo udawać. Miała wrażenie, że Mike nigdy nie pogodził się z tym, jak matka zareagowała na jego coming out i choć zdarzało mu się przyprowadzać partnerów na rodzinne kolacje, to raczej żaden z tych młodych mężczyzn nie ubrałby się w lateksowy strój policjanta, aby paradować w nim po domu June Grayson.
    Tutaj, na Queens, wszystko miało się jednak inaczej. Niejaki Elijah witał ich z niesamowitą nonszalancją i luzem, którego mogli mu zazdrościć. Był otwarty i sympatyczny, a strój zdawał się być po prostu strojem. Trzeba było przyznać Elijah, że świetnie wchodził w rolę, bo gdy tylko Ian, zupełnie nieoczekiwanie, czmychnął po resztę zakupów, Eli zmienił ton i z iście homoseksualnej, niemal teatralnej maniery, przeszedł na całkiem poważną i ciepłą rozmowę. Pytał o to, jak minęła im podróż, kto z nich pije, czy są głodni, kiedy ostatnio widziała swojego brata, czy Ian miał rodzeństwo, a Debbie wyciągając kolejne rzeczy z siatek, odmrukiwała w odpowiedziach, że droga upłynęła im spokojne, że piła zawsze Debbie, głodni mogli być, Mike widziała nie tak dawno, a Ian miał również starszego brata, który był służbowym partnerem Grayson.
    W odpowiedzi na ostatnią rewelację brwi Eli’a skoczyły ku górze, po czym ten pokiwał z uznaniem głową.
    — To chyba rodzinne, że tak dobrze wygląda w tym mundurze — Elijah wymruczał, znowu wchodząc w swoją rolę akurat wtedy, gdy do kuchni z siatkami wrócił Ian. Debbie nie mogła parsknąć w tej chwili krótkim śmiechem i dobrze, że nie miała niczego w ustach, chociaż puszka z piwem stała obok niej, bo niechybnie oplułaby wszystko wokół siebie.
    — Taaaak — rzuciła przeciągle. — Louis również dobrze wygląda w mundurze — dodała z jawną premedytacją i spojrzała wtedy na Iana, odbierając od niego jedną z siatek. Na chwilę szelest wypakowywanych zakupów wypełnił kuchnię.
    — Ian — zaczął nagle Eli. — Co podać ci do picia? Mamy piwo zero, soki, wodę... — wymieniał, stojąc przy wysokiej lodówce i znowu jego głos brzmiał zupełnie normalnie. Kroki w przedpokoju sprawiły, że Debbie poderwała głowę znad paczki chipsów, z którą walczyła, by otworzyć ją bez większej katastrofy.
    — Debbie — głos Mike’a wywołał uśmiech na twarzy rudowłosej i w tym przypadku sama wystawiła policzek po słodkiego buziaka. Potem zaobserwowała, że Mike podał rękę Ianowi, podchodząc zaraz potem do Elijah. Klepnął go w ten tyłek, który w lateksowych spodniach wyglądał bardzo... korzystnie.
    Debbie w końcu otworzyła paczkę paprykowych chipsów, sięgając po jednego z nich.
    — Chyba mamy zbyt duże natężenie policjantów na tych kilkudziesięciu metrach — mruknął Mike, otwierajac sobie puszkę piwa.
    — Powiedział prokurator — niemal wybełkotała Debbie, zapychając usta garścią chipsów. Tak jej się nabrało, tak jej się zjadło. Nie osaczała sobą Iana, choć mogłaby, bo przytulenie się do własnego chłopaka bywało miłe, ba, zawsze było miłe, ale póki byli sami, dawała im odrobinę przestrzeni, która, w opinii Debbie, miała pomóc Ianowi się oswoić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mówiłeś, że jesteśmy spóźnieni... — zauważyła, a Mike wzruszył tylko ramionami. Jego przebranie natomiast robiło wrażenie. Niesamowite, bo Debbie nie odważyła się go komentować. Mike był przebrany za klauna. Dwukolorowa, plastikowa peruka, równie kolorowa marynarka i przedziwne buty. I gdy Debbie tak na niego patrzyła, Mike wsunął na nos... czerwony kawałek gąbki. Ruda przewróciła oczami i wtedy rozległ się dzwonek do drzwi.
      — No... — rzucił przeciągle Mike. — Ale nie jesteście. — Mruknął, a potem poszedl otworzyć drzwi. I albo jej się wydawało, po ilości słyszanych głosów, albo wszystkie zapowiedziane co najmniej osiem osób przyszło jednocześnie. Debbie zapiła chipsy, otarła dłonie o czarne spodnie i objęła Iana ręką w pasie, gotowa, w kuchni, a jakże, tam były najlepsze imprezy, na poznawanie ludzi.
      Problem polegał na tym, że kilka z tych osób znała. A jednej wolałaby tu nie spotkać.
      — Peter... — sapnęła, gdy ratownik medyczny wszedł właśnie do kuchni, z ramieniem luźno zarzuconym przez barki prześlicznej, roześmianej blondynki.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  26. Pogrążona w głębokich rozmyślaniach działała niczym dobrze zaprogramowany robot. Podchodząc do biurka, zmusiła się co prawda do kierowania spojrzenia przed siebie, by zahaczywszy niespodziewanie nogą o jakąś przeszkodę nie wyłożyć się jak długa na ziemię, co w tak wąskiej przestrzeni z pewnością skończyłoby się mocnym wyrżnięciem w przeciwległą ścianę lub blat stołu, lecz jej wzrok był wyraźnie zamglony. Wiedziała że powinna jeszcze przez chwilę opanować emocje, które teraz szarpały jej duszę niczym wygłodniałe dzikie zwierzęta. Od ich bezpiecznego uwolnienia dzieliły ją zaledwie minuty. Powinna wytrzymać, nawet jeżeli nie dla siebie, to przynajmniej dla Iana. Cholera, przecież nie mogła pozwolić, by cała odwaga i zaufanie jakie włożył w pojawienie się w tym gabinecie i krótkie zarysowanie własnych traum poszło na marne tylko dlatego, że ona sama powoli przestawała dawać radę. Opanuj się, byłaś już w gorszych sytuacjach! – Zbeształa się, pochylając się nad przedstawionymi jej do podpisu dokumentami i szybkim ruchem strzepując niesforny kosmyk spadający na twarz. Dziwnym trafem ten drobny gest wystarczył, by obyło się nawet bez drżenia ręki trzymającej długopis. A jeszcze przed sekundą założyłaby się, że nie będzie potrafiła go pohamować. Pozostawało mieć jedynie nadzieję, że stojąca tuż obok Manami nie przyłoży zbytniej wagi do jej wyraźnie przyśpieszonego rytmu unoszenia i opadania klatki piersiowej.
    - Dziękuję i proszę przekazać doktorowi Blackowi, że w razie potrzeby może do mnie dzwonić o każdej porze dnia. Jeśli nie będę mogła akurat odebrać telefonu, na pewno do niego odzwonię. – Dodała jeszcze na zakończenie.
    Kiedy Azjatka opuściła pokój, kilkakrotnie zacisnęła i rozprostowała dłonie, by choć minimalnie rozładować odczuwane napięcie, po czym na migi dała znać swemu towarzyszowi, że ona również jest gotowa do wyjścia. Bała się, że jeśli tylko otworzy usta, pęknie w niej jakaś niewidzialna tama, a zgromadzone za nią łzy poleją się wreszcie niczym wodospad. Nie chciała pozwolić, by ktoś z tutejszego personelu widział ją w takim stanie. Wychodząc na korytarz przyśpieszyła więc nieco kroku, gdy wtem…
    - Hola, señorita ! – Poczuła jak ktoś łapie ją lekko, acz zarazem stanowczo za ramiona i w jednej sekundzie wróciła do rzeczywistości. Stał przed nią ni mniej ni więcej tylko Chris we własnej osobie, a u jego stóp leżał mały worek, zapewne skrywający ich ubrania na zmianę. – Wyglądasz jakby goniły was duchy. – Zaśmiał się, schylając się po zawiniątko.
    - Wybacz, miałam, a właściwie mieliśmy… - Tu zerknęła na stojącego obok Iana. – Wyjątkowo ciężki wieczór.
    - Właśnie widzę. – Skwitował, lustrując krótko ich ubrania tak jakby widywał już o wiele gorsze rzeczy, lecz i tak wolał się osobiście upewnić, że żadnemu z nich nic się nie stało. – Macie tu świeże ciuchy i kawałek ciasta marchewkowego. Powinno być jeszcze ciepłe. – Powędrował spojrzeniem w stronę, w którą jeszcze przed momentem patrzyła panna Ovando. – Dzięki, że przypilnowałeś naszą Calineczkę. – Poczuł na sobie mrożący wzrok kobiety, lecz nic sobie z niego nie zrobił. – Mam nadzieję, że teraz zadbasz, by dotarła bezpiecznie do domu. Ja niestety muszę się już ewakuować, bo kto wie, kiedy dotrą tu gliny. – To mówiąc, wcisnął Huntowi paczkę i ulotnił się niczym kamfora.

    Dalaja

    OdpowiedzUsuń
  27. Debbie wieczór po postrzale, który spędziła w szpitalu, pamiętała trochę jak przez mgłę. Była wtedy nafaszerowana lekami przeciwbólowymi i dochodziła do siebie po narkozie, bo w końcu przeszła dość długą i mozolną operację, a z tego, co wiedziała, trwała tyle czasu, bo lekarze bardzo pilnowali tego, aby uszkodzić nerwów młodej policjantki, aby ta, bez większego szwanku, po kilkumiesięcznej rehabilitacji, mogła wrócić do pracy. Pamiętała natomiast, że był wtedy u niej Ian, mimo tego, że nie rozmawiali ze sobą od dłuższego czasu i nie byli wtedy razem. Nie mogli być. Ale Ian przyszedł. I Debbie to pamiętała, a za każdym razem, gdy wracała myślami do tamtej chwili, chciało jej się płakać, bo… wiele dałaby za to, aby młody Hunt został wtedy z nią w szpitalu, a nie Louis na korytarzu, nad ranem zmieniony przez innego funkcjonariusza. Pamiętała też Mike’a i może gdyby nie to otumanienie, to połączyłaby kropki związane z tym, że Ian musiał wpaść na Mike’a albo chociaż go zobaczyć, ale też nigdy o tym nie rozmawiali. Debbie nie lubiła do tego wracać, a Ian poza tym, że spytał raz, nie wracał do tego razem z nią. Sprawa była zamknięta. Debbie żyła i wróciła do pracy, choć w niepełnym wymiarze i zakresie. Po prostu – całkiem szybko zarobiła swoją pierwszą kulkę i w gronie mundurowych uchodziła dzięki temu za kogoś, kto był całkiem oddany służbie.
    Teraz obserwowała zapoznanie się Iana i Mike’a z pewnego dystansu, nie dostrzegając jednak nic niepokojącego, bo też i dlaczego miałaby się zaniepokoić, skoro dwie bardzo bliskie jej osoby były w jednym miejscu. Miała obawy, oczywiście, że miała obawy, że jej brat kiedyś się dowie o zajęciu Iana. Debbie nie zamierzała mu o tym mówić, choćby miał wyduszać z niej zeznania. Ale tego się bała, że ktoś, kiedyś sprzeda Hunta i sprawa trafi na prokuratorskie biurko Mike’a.
    Dzisiaj jednak byli na imprezie, na domówce, ba, na parapetówce połączonej i z Halloween, i z czyimiś urodzinami. Mieli bawić się świetnie, korzystając z towarzystwa zabawnego Elijah, rozmawiać z Michaelem, za którym zwyczajnie się stęskniła i grać w najgłupsze gry na świecie. Jak każda normalna para.
    Debbie wiedziała, że nie byli normalną parą, że do normalności, było im daleko, choć ich uczucie mieściło się w tym ogólnie przyjętych standardach. Ich zawody nieco to rujnowały, ale teraz to Debbie była przestępcą, a Ian policjantem. Odwracając swoje role, Debbie próbowała być przekorna, ale teraz nie była pewna wyniku tego eksperymentu. Zwłaszcza, że Ian w mundurze swojego brata mógł przyciągać uwagę bardziej niż ekscentryczny Eli.
    Patrzyła na niego, stojąc już u jego boku, gdy poprawiał jej czapkę, a ten gest zwyczajnie ją zmiękczył. Rozpłynęła się i mógł to zobaczyć nie tylko w jej spojrzeniu, ale i w tym, jak na dosłownie kilka sekund przygryzła swoją dolną wargę.
    — Deborah, cóż za zaskoczenie — Peter odezwał się tak, jakby to nie był on, ale wpierw podszedł do Elijah. Przedstawił swoją partnerkę jako Gabby i ruszyli dalej, do Iana i Debbie. Peter podał Ianowi dłoń, ale na Debbie nawet nie spojrzał, Gabby natomiast przywitała się z każdym z nich, szybko zagadując Grayson, bo jak się okazywało – pracowała z Mikiem i wiedziała, że Debbie jest policjantką. Pochwaliła więc dobór strojów najsłodszej pary na tym przyjęciu i ruszyli dalej, powoli zmierzając do salonu, aby inni mogli się przywitać.
    Rotacja przebiegała sprawnie. Ian i Debbie poznali jeszcze trzy pary: Scotta i Maisie, Derecka i Stephanie oraz Marco i Daisy, i dwóch kumpli Mike’a, którzy parą kiedyś byli, ale teraz pojawili się jako single. Łącznie było dwanaście osób, czyli nieco więcej niż zapowiadał jej brat, więc teraz dokupienie alkoholu i przekąsek miało sens.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Debbie i Ian do salonu weszli jako jedni z ostatnich. Pokój był duży, na jednej ze ścian były okna, które zaczynały się mniej więcej od połowy ściany i sięgały niemal sufity. Wąskie drzwi prowadzące na balkon zapewne miały być dzisiaj rajem dla palaczy. Po prawej stronie od wejścia był narożnik w literę U, niski, choć długi stolik i kilka puf, stołki z kuchni i nawet mały taborecik i duża piłka gimnastyczna.
      Ian trzymał swoje bezalkoholowe piwo, Debbie dostała już drinka, więc pod pachą miała paczkę otwartych chipsów, a w obu dłoniach piwo i kolejny napój. Miała szczęście, że jeden z rożków kanapy był wolny, więc wcisnęła się tam, a po swojej prawej zrobiła miejsce dla Iana. Długo nie trzymała stóp na podłodze, podciągając je do siebie. Dopiła piwo na jeden łyk i odstawiła butelkę.
      Paczka z chipsami wylądowała między nimi i Debbie popijając, mocnego jak siekiera, drinka, sięgała co rusz po słone przekąski.
      — Nie mamy miejsca na butelkę… — zauważył Mike, który sobie teraz podskakiwał na gimnastycznej piłce. — Ale może zagramy prawdę czy wyzwanie?
      I kiedy to mówił, obok Iana usiadł Eli, a obok Debbie siedziała Gabby i Peter, który wydawało się młodej policjantce, że dostał skurczy mięśni karku, bo tak walczył ze sobą, aby na nią nie spojrzeć.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  28. Szykowała się powoli, z tą szczególną uważnością, która pojawia się tylko wtedy, gdy człowiek wie, że idzie w miejsce, gdzie lepiej nie rzucać się w oczy, ale też absolutnie nie wolno wyglądać słabo. To nie było zwykłe wyjście do baru. To było spotkanie. Takie, na które się nie spóźnia i z którego nie wychodzi się wcześniej, niż pozwolą.
    Stała przed lustrem w łazience, opierając dłonie o umywalkę i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyła na swoje odbicie. Twarz spokojna, opanowana, ale oczy czujne. Zbyt czujne, jak na kogoś, kto niby tylko idzie na drinka. Marcusowi się nie odmawia, to zdanie krążyło jej po głowie od chwili, gdy Ian powiedział, dokąd jadą. Nie zapytał, czy chce. Poinformował. A ona nawet nie próbowała dyskutować.
    Wybrała strój świadomie. Czarne, dopasowane spodnie z wysokim stanem. Wygodne, pozwalające się poruszać bez skrępowania, ale wystarczająco eleganckie, żeby nie wyglądać jak ktoś, kogo można zignorować. Do tego ciemnoczerwona koszula, miękki materiał, długi rękaw, dekolt skromny, lecz nieprzypadkowy. Kolor krwi, wina i ostrzeżeń, ponieważ uznała, że pasuje na taką okoliczność. Na wierzch krótka skórzana kurtka, trochę znoszona, ale właśnie dlatego idealna. Nic nowego. Nic, co krzyczałoby, iż Vanessa ma coś do stracenia.
    Włosy zostawiła rozpuszczone, wygładzone, ale nie przesadnie wystylizowane. Makijaż był oszczędny, podkreślone oczy, matowa czerwień na ustach, żadnego błysku. W takich miejscach błysk przyciąga wzrok, a wzrok przyciąga problemy. Zapięła małą torebkę na ramię, w której schowała tylko telefon, klucze i dokumenty. Żadnych zbędnych rzeczy. Gdyby musiała wstać i wyjść natychmiast, nie chciała się zawahać.
    Przed wyjściem założyła buty na stabilnym obcasie. Nie za wysokim. Takim, w którym da się stać długo i iść szybko, jeśli zajdzie potrzeba. Jeszcze jedno spojrzenie w lustro. Sprawdziła, czy ramiona są wyprostowane, czy postawa mówi, że wie gdzie jest, a nie proszę, nie zwracajcie na mnie uwagi…
    Ian czekał już na dole. Wiedziała to bez sprawdzania. On zawsze był punktualny, gdy chodziło o Marcusa. Gdy wyszła z budynku i poczuła chłodniejsze powietrze wieczoru, napięcie w niej tylko się zacieśniło, jakby ktoś przekręcił niewidzialne pokrętło. Wsiadając do samochodu, nie powiedziała nic. W głowie układała sobie scenariusze, nie po to, by się uspokoić, ale by być gotową. Szemrany bar, szemrani ludzie, rozmowy, w których znaczenie mają nie słowa, a pauzy między nimi. Wiedziała, że Ian będzie mówił niewiele. Wiedziała też, że ona musi słuchać uważnie. Bo Marcus nie zapraszał ludzi po to, żeby miło spędzić wieczór. A ona zamierzała wyjść stamtąd dokładnie taka, jaka tam wejdzie, czyli cała, czujna i bez długu, który mógłby kiedyś wrócić.
    W końcu odwracając głowę w stronę profilu Iana, odważyła się powiedzieć pierwsze słowa. Kiedyś już dawno trajkotałaby bez przerwy, od jakiegoś czasu chyba milczenie Hunta na nią skutecznie podziałało i nie zasypywała chłopaka niezliczoną ilością słów na minutę.
    — Ta sprawa z Freemanem w tle to kiedyś będzie miała swój koniec? Mam wrażenie, że chcą nas zamęczyć. Było minęło. Przecież ja już z nim nie sypiam. Ty nie wozisz dla niego towaru. Nie rozumiem.
    Wzruszyła ramionami i dopiero teraz sięgnęła po pas bezpieczeństwa, żeby się zapiąć i przybrać jeszcze wygodniejszą pozycję do siedzenia.

    VANESSA KERR

    OdpowiedzUsuń
  29. Wolałaby, aby nikt nigdy nie wchodził w jej buty. Nie dlatego, że nie wpuszczała ludzi do swojego życia, chociaż to też, szczególnie teraz. Emma zwyczajnie nikomu nie życzyła takiego losu, a wiedziała, że ma naprawde okrutne nieszczęście. Już nie bagatelizując i nie śmiejąc sie, wiedziała, że dorastanie w bidulu samo w sobie jest przykre - bo ktoś jej nie chciał od początku. Ale wypadek, w którym straciła dwie najbliższe osoby i wcześniej utrata ojca - tego który ją przyjął; to naprawdę sporo nieszczęść i chyba śmiało mogła powiedzieć, że podbija w tej kategorii statystyki. Poza tym ona nie szukała zrozumienia, bo sama siebie nie umiała zrozumieć. Chciała tylko spokoju. I może niekiedy podpowiedzi, jakie smaki i jakie ciasta ludziom smakują najbardziej.
    Mogła się załamać. Sięgnąć po alkohol, a może nawet też prochy, jakie oferował swoim klientom Ian. Mogłaby się poddać i całkiem wycofać z życia. Albo podciąć sobie żyły. Ale nie po to tyle przeszła, by się nagle zatrzymywać, albo co gorsza cofać. Wkładała więc całą siebie w cukiernię, kontynuowała to, co robiła jej mama i prawdę powiedziawszy to wszystko sprawiało, że czuła się dobrze. Nie lepiej, bo lepiej chyba być nie mogło, ale zwyczajnie dobrze.
    Z zainteresowaniem i śmielszym uśmiechem spojrzała znów na kierowcę. To jego mlaśnięcie językiem było zabawne i Emma, choć nikt nie widział, sama uniosła język i docisnęła go do podniebienia, jakby już sama testowała ten smak. Podrapała się w zamyśleniu po policzku i pokiwała głową.
    - Mogłoby być dobre... - powtórzyła, jednak nadal bez przekonania. Dostrzegła uwagę, z jaką spojrzał na nią kierowca i speszona odwróciła wzrok w bok. - A może beza cytrynowa? Cytryna złamie słodkość, nie będzie mdłe...? - spytała jeszcze, poruszając się na siedzeniu, przesunęła nieco bliżej krawędzi, bo ta rozmowa, niezobowiązująca i pewnie dziwna, była ciekawa. Matko, dla niej wszystko co wiązało się z wypiekami i smakami było ciekawe.
    - Prowadzę cukiernię, to dlatego... ten temat - wyjaśniła i wreszcie coś się w niej przełamało, w końcu odezwała się pełnym zdaniem, nie półsłówkiem i rzucając pytania tak, jakby strzelała nimi losowo w kosmos.
    Emma nie szukała uwagi i posłuchu, nie była wyrazista i nie rzucała się w oczy. Ale chociaż zwykle ta jej niepozorność i ginięcie w tłumie było wygodne i nie przeszkadzało jej, to zwyczajnie miło było mieć kogoś do rozmowy. Kogoś, kto wysłucha i nawet odpowie. Teraz trafił jej się obcy kierowca ubera i to było okej, bo on pojedzie dalej i pewnie szybko o tej rozmowie i tym kursie zapomni, a ona może zabierze ze sobą i wykorzysta pomysły, jakie się tutaj pojawiły.
    Obejrzała się na karton, który wiozła i przytrzymała jedną dłoń. Drugą poluzowała nieco pas, który odrobinę ją przyduszał. Nie lubiła pasów, nie lubiła jazdy samochodem, nie lubiła ulic i ruchu. Od wypadku czuła się w ciągłym zagrożeniu i nie patrzyła przez przednią szybę. Liczyła, że poza korkami nic złego się na drodze nie wydarzy i oby to szybko się skończyło. Starała się też o samej jeździe nie myśleć, by nie wracał do niej jej własny krzyk, dźwięki z uderzenia samochodów, pisk opon, klaksony. Może dlatego wydawała się tak wystraszona, bo w istocie była.

    Emma

    OdpowiedzUsuń

  30. Debbie też myślała, że byli na to za trzeźwi. Na tę zabawę, którą proponował Mike. Wiedziała, że jej brat koniecznie chce popisać się jako gospodarz i zamierzał zabawiać każdego tak długo, aż ktoś nie powie pas. Debbie postanowiła jednak się nie wychylać, być po prostu jednym z gości i choć było jej niesamowicie miło, że Mike ich zaprosił na tę parapetówkę, to wiedziała też, że kierowała nim głównie chęć poznania chłopaka młodszej siostry. Do tej pory starszy Grayson kilkakrotnie zmieniał mieszkanie, a Debbie nie brała udziału w tego typu spędach. Jasne, bawili się ze sobą, lawirowali między swoimi znajomymi, ale było to raczej stałe grono i stałe imprezy – urodziny lub jeden piątek w miesiącu, kiedy wychodzili do klubu. Deborah musiała jednak przyznać, że odkąd związała się z Ianem i odkąd stało się to oficjalne, znacznie mniej imprezowała. Nie zalewała się w trupa w wolne weekendy, nie szukała mężczyzn do relacji one night stand, nie potrzebowała już tego typu wrażeń, a fakt, że Ian nie sięgał po używki, tylko jej pomagał. Debbie czuła się po prostu lepiej, kiedy tyle nie piła i taką potrzebę odczuwała coraz mniej. Jeszcze rzadziej piła przy Ianie, właściwie wcale, choć zdarzyło jej się przecież otworzyć butelkę wina do kolacji. Nigdy jednak nie namawiała Hunta do tego, żeby pił z nią. Dzisiaj też nie zamierzała, w dodatku stanowiła pewien bufor między Ianem a pozostałymi, gdyby ci postanowili zarzucać go tekstami ze mną się nie napijesz?, nie gwiazdorz i tego typu rzeczy, które budziły w niej niesmak.
    Elijah okazał się być jednak na tyle rozsądnym, że nie naciskał, proponując same napoje bez alkoholu. Dzisiaj jednak Debbie wcale nie zamierzała się pilnować, chciała skorzystać z okazji i wprawić się w ten rausz. Poczuć to miłe szumienie w głowie. Jak wtedy, kiedy jako pijana księżniczka wkroczyła do świata Iana.
    Uśmiechnęła się, widząc dłoń Iana między swoimi kolanami i przygryzła na krótki moment dolną wargę. Podobało jej się to, jak szukali swojej bliskości, jak obdarowywali się tymi małymi gestami, zawsze będąc blisko. Debbie chciała być blisko Iana i wiedziała, że Ian o tym wiedział. Uśmiechała się co chwilę do dziewczyny Petera, kiedy tej zdarzyło się zerknąć w ich stronę, ale zachowania ratownika medycznego w ogóle nie analizowała. Zdziwiło ją to, ale też rozumiała, dlaczego Peter mógłby nie chcieć z nią rozmawiać. Problem polegał jednak na tym, że na tyle, na ile zdążyła go poznać, to spodziewała się czegoś innego. Peter był miły, czarujący, dżentelmeński i przystojny. Debbie wiedziała, że mu się podoba i pewnie gdyby nie to, że w jej głowie już w tamtym momencie był Ian Hunt, to Peter też spodobałby się Debbie.
    Dlatego nie chciała sprawiać mu przykrości i dlatego nie próbowała teraz zwrócić na siebie jego uwagi. Zaśmiała się krótko, gdy Elijah odpowiedział Ianowi, robiąc przy tym łyk drinka. Czując, jak Ian nachyla się w jej stronę, podążyła ciałem w jego kierunku, stykając się z nim ramionami. Spodziewała się jakiegoś komentarza na reakcję Eliego, ale zamarła, powoli kierując spojrzenie na Petera, który nawet się nie uśmiechał, nawet nie obejmował biednej Gabby, z nikim nie rozmawiał, tylko sączył, z tego co widziała, whisky z lodem, wpatrując się w telewizor naprzeciwko niego, częściowo przysłonięty przez Mike’a podskakującego na piłce.
    — Chciałabym wiedzieć o co chodzi — odpowiedziała cicho, a potem odwróciła głowę i trafiła na spojrzenie Iana, które chwilowo nie było utkwione w niej, a w Peterze. — Ale nie wiem — powiedziała już głośniej, trochę ostentacyjnie, wiedząc, że zarówno Peter, jak i jego partnerka, spojrzeli teraz w kierunku Hunta i Grayson.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Hej, Debs, podobno oberwałaś kulkę — odezwał się jeden z chłopaków, a ruda opuściła uwagą Iana, nie dostrzegając kiedy ten przeniósł spojrzenie na konsolę.
      — O! Świetnie, zaczęliście grę! — wtrącił się Mike, patrząc wyczekująco na siostrę. Debbie przewróciła oczami. Nie zamierzała opowiadać całej historii. — Dawaj, Debs! Odpowiedz.
      Młodsza Grayson nabrała głośno powietrza w płuca. Wcisnęła Ianowi w dłoń swoją szklankę tylko po to, aby jej palcami sięgnąć do drugiego ramienia i zsunąć ramoneskę oraz bluzkę, by odsłonić ramię.
      — Tutaj. Byłam na służbie, padał deszcz, było ciemno, usłyszałam huk, a potem już leżała na glebie — opowiadała sucho i bez emocji. Naciągnęła z powrotem bluzkę, ale ramoneskę po prostu ściągnęła.
      — Tak od razu leżałaś? — spytała Gabby i choć nie chciała być złośliwa, to zabrzmiała po prostu głupio. Debbie z pewnym rodzajem smutku zerknęła na Petera, bo on jako ratownik medyczny wiedział, czemu Debbie tak od razu leżała na mokrym asfalcie.
      — Tak. Trochę to bolało, wiesz — rzuciła cicho, a potem przerzucając ramoneskę na oparciu kanapy, sięgnęła po swojego drinka, nawet nie zerkając na Iana. Wydęła policzki.
      — Teraz ty, Debbie, zadaj komuś pytanie — ponaglił ją Mike, który sięgał po kolejną butelkę piwa i chipsy. Zabawa zainteresowała wszystkich, bo wszyscy patrzyli teraz na rudą, aż wybierze następną w kolejce ofiarę.
      — Eli… — wychyliła się zza Iana, patrząc na chłopaka swojego brata. — Bierny czy aktywny? — spytała, tłumiąc śmiech, ale szerokiego uśmiechu nie mogła zamaskować. Gwizdy, oklaski i śmiechy zagłuszyły odpowiedź Elijah, który w ogóle nie poczuł się zmieszany. Tylko Mike coś protestował, ciskając w Debbie pluszakiem, jaki siedział obok konsoli.
      Deborah nie musiała długo czekać na zemstę chłopaka swojego brata, bo ten wybrał na swój cel chłopaka Debbie.
      — Ian, zrobiłeś kiedyś coś nielegalnego? — spytał. — Panie władzo. — Dodał, próbując utrzymać powagę, a Debbie, która akurat zrobiła niewielkiego łyka drinka, rozbryzgła go wokół siebie.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  31. Możliwe to faktycznie była kwestia tego, że Mike nie zdążył jeszcze przesiąknąć prokuratorskimi stereotypami, a może tego, że nigdy tak w zasadzie nie utożsamiał się ze swoim zawodem. Debbie wiedziała, że Mike wybrał prawo, a potem pracę w jednym z ważniejszych urzędów w kraju głównie po to, żeby zadowolić ojca, tak, jakby cały czas myślał, że Grayson wymagał od swoich dzieci, aby poszły w jego ślady. Nie wymagał, ale całe otoczenie, społeczeństwo, w którym się obracali, wzbudzało w tej dwójce — w Mike’u i w Debbie właśnie takie, a nie inne przekonanie. Dlatego, już po śmierci ojca, Debbie rzuciła ciepłą i wygodną posadzkę w ratuszu, na rzecz akademii policyjnej, morderczych treningów, testów sprawnościowych, ale i egzaminów z wiedzy tylko po to, aby po pół roku istnej katorgi wskoczyć w mundur.
    Teraz, z perspektywy czasu, wiedziała, że wolałaby być Debbie-urzędniczką i spotkać Iana na swojej drodze, z tym, że wtedy szanse na poznanie Hunta i zwrócenie na niego uwagi mogły znacząco zmaleć. Ian niewątpliwie przyciągnąłby spojrzenie Deborah niezależnie od tego, co akurat robiłaby w swojej pracy, ale znacznie łatwiej było nawiązać z nim nić porozumienia, kiedy za wspólny cel obierało się jednego człowieka — Louisa Hunta. Niemniej, Mike nie chciał zostać policjantem, więc poszedł do miejsca, w którym również miało się wpływ na pilnowanie prawa i porządku. Zdecydowanie mniej ryzykował życiem, większość swoich dni spędzając w papierkach, ale też ciężko było komukolwiek stwierdzić, aby do tej pracy pasował. Nie wyglądał jednak na nieszczęśliwego, być może dlatego, że potrafił znaleźć równowagę między pracą a życiem prywatnym, między byciem prokuratorem, a byciem zabawnym klaunem.
    Debbie kochała swojego brata i cieszyła się, że może być częścią jego życia, nawet jeśli żadne z nich tak naprawdę nigdy nie musiało w swoim życiu dążyć do tego, aby dorównać swojemu ojcu. Prawda jednak była taka, że w ten sposób chcieli uczcić jego życie. Bo był dobrym człowiekiem, wspaniałym ojcem i oddanym gliniarzem. Debbie opowiadając o swojej kulce, w głowie miała te wszystkie historie ojca, które opowiadał im wtedy, gdy zdobył ich uwagę. O tym, jak raniono jego kolegów, ile trwały pościgi i jak się kończyły. Jego opowieści były znacznie lepsze niż większość filmów akcji. Dlatego Deborah spojrzała na Michaela, na krótko, kiedy skończyła opowiadać, łapiąc z nim to porozumiewawcze spojrzenie.
    Obawiała się jednak tego, że jej sprawa postrzału nie będzie tak ciekawa, jak łamanie prawa przez Iana. Może, a właściwie to na pewno zareagowała przesadnie. Zawsze mogła to zrzucić na karb zbyt dużej ilości alkoholu w drinku, może dlatego Elijah szybko postanowił jej uzupełnić szklankę. Alkoholu i napojów na stoliku nie brakowało, jakby cała ekipa nagle stwierdziła, że przecież nie będą non stop chodzić do kuchni po dolewki. Debbie miała więc w ręce już kolejnego drinka, gdzieś podświadomie zdając sobie sprawę z tego, że tempo, które sobie narzuciła zbyt duże.
    A potem... Debbie wychyliła się zza Iana, obserwując niczym skrępowanego Elijah. Widziała tę dłoń, która ulokowała się na ramieniu jej chłopaka, jak spłynęła wzdłuż pleców Iana, jak uśmiechał się czarująco, jak... Debbie zmarszczyła brwi, co wywołało salwę śmiechów ludzi siedzących z naprzeciwka.
    — Mike, powstrzymaj ogiera! — Krzyknął któryś z pozostałych chłopaków, a Maisie zaśmiała się w głos, więc Debbie strzelała, że musiał to być Scott, którego młoda kobieta trzymała nieustannie pod ramię.
    — Ej, on jest mój... — fuknęła Debbie, a Eli chyba w końcu się wycofał ze śmiechem, chociaż wizja Elijah przesłuchującego Iana miała spędzać sen z powiek Debbie i to nie dlatego, że Ian nie powinien trafić w ręce jakiegokolwiek policjanta, ale dlatego, że nie powinien trafić w ręce chłopaka jej rodzonego brata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Była spięta i zestresowana. Dłoń Iana na kobiecym kolanie była jej kotwicą. Debbie sięgnęła po nią, zaciskając na nią palce, gdy Ian zapytał o coś Maisie, a potem zwrócił się już do rudowłosej. Grayson patrzyła na siedzącą naprzeciwko dziewczynę, ale potaknęła głową w odpowiedzi Huntowi.
      — Przepraszam — szepnęła, spoglądając na niego kątem oka. Chyba jednak obawa o to, że mogłaby wsypać Iana, zupełnie nieumyślnie, była teraz w niej zbyt duża, bo przestała się skupiać na pytaniach i odpowiedziach. A te się rozkręcały. Ludzie się bawili, alkohol lał się bez przerwy, otwierano kolejne paczki chipsów, śmiano się, ktoś w końcu zadecydował włączyć telewizor, tylko po to, aby odpalić, ku niezadowoleniu Iana, youtube’a, a nie konsolę, na której mógłby sobie polać.
      Debbie udzielała się w rozmowie raczej spontanicznie i krótko, czasami coś wtrącając, potem znowu odpowiadając na zadane jej pytanie i z każdą kolejną chwilą siedziała coraz bliżej Iana, niemal wtapiając się w bok mężczyzny. I przez cały ten czas odnosiła wrażenie, że Peter pił zdecydowanie zbyt szybko, robiąc się przy tym zdecydowanie zbyt pochmurnym. Nie takiego go pamiętała.
      Alkohol, ten, który przynieśli tu ze sobą, powoli się kończył, reszta chłodziła się w lodówce, podobnież jak sałatki i inne przekąski. Po serii pytań i odpowiedzi, imprezowicze przestali się już tak integrować. Ludzie łapali kontakty w pomniejszych grupkach, Debbie dość żywo dyskutowała z Gabby, która okazała się więcej niż sympatyczna, a zdecydowanie miała żadnej pociechy ze swojego partnera, młoda policjantka jednak nie odważyła się tego komentować. Czasami mówiła coś do Iana, czasami wtrącała się Elijah w zdanie, czasami odkrzyknęła coś do Mike’a, kiedy inni próbowali swoich sił w improwizowanym karaoke.
      — Pójdę do toalety — poderwała się nagle z kanapy, swoją szklankę odstawiając na niski stolik. Zachwiała się, gdy próbowała się odwrócić między kanapą a stolikiem, lecąc na Iana. Miękko wsparła się obiema dłońmi na jego barkach, posyłając mu ten słodki uśmiech, zarezerwowany na chwile, kiedy była pijaną księżniczką.
      — Wódka się skończyła! — krzyknęła Maisie, co wywołało niemałe poruszenie.
      — Zaraz wracam — mruknęła Debbie chwilę po tym, jak przygryzła nieświadomie dolną wargę, patrząc zdecydowanie zbyt długo, aby mogło to ujść czyjejkolwiek uwadze, na Iana. Odbiła się od niego, przestąpiła przez jego udo, a potem przez nogi Eli’a i delikatnym slalomem ruszyła do łazienki.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  32. Świat przyjemnie wirował, kiedy Debbie stała przed oświetlonym lustrem, przytrzymując się krawędzi okrągłej umywalki. Zamrugała kilkakrotnie, dostosowując wzrok do jasnego, zimnego światła stanowiącego obręcz lustra. Uśmiechała się głupkowato do swojego odbicia. Skupiła się na własnym odbiciu. Widziała odrobinę rozmazanej kredki na dolnej powiece, więc musiała unieść złodziejską maskę i wytrzeć kosmetyk ze skóry. Po swoich źrenicach wiedziała, że jest pod wpływem. Piła zdecydowanie zbyt dużo i zbyt szybko, ale uśmiech nie schodził z jej ust. Dobrze się bawiła, mimo tej wpadki, kiedy zakrztusiła się drinkiem.
    Była jednak niezbyt trzeźwa, więc co najmniej trudno było jej się teraz na tym skupić. Miała wsparcie w Ianie i tego byłaby pewna nawet wtedy, gdyby zalała się w trupa. Poruszyła teraz palcami, patrząc na nie w odbiciu. Wciąż czuła na nich dotyk palców Iana, jak splótł je ze sobą i powiedział jej imię. Kochała go. Szaleńczo. Na zabój. I gdyby nie on, to pewnie nie trzymałaby się tak dobrze. Bo jakoś trudno było jej pojąć, że gdyby nie on, to problemu by nie było. Problemu. Debbie nie chciała nazywać tak Iana, nie chciała nawet tak o nim myśleć, mimo tego, że jego zajęcie było problemem.
    Nie miała pojęcia, ile czasu stała w tej łazience, patrząc się na lekko pobladłą twarz, na makijaż, który stracił przez kilka godzin na matowym wykończeniu, na to rozmazane spojrzenie, na ten lekki, niemal błogi uśmiech, jaki pojawiał się na jej piegowatej buzi, kiedy myślała o Ianie. Jej spojrzenie uciekło w dół, Debbie dostrzegła niezapięty rozporek w czarnych jeansach. Poprawiła to, lekko podskakując. Już wcześniej pozbyła się ramoneski, więc teraz poprawiła materiał pasiastej bluzki, podwijając jej rękawki. Naciągnęła ją na biodra i przejrzała się jeszcze w lustrze od boku.
    Było dobrze. Trochę jej szumiało w głowie, trochę wszystko wokół wirowało, więc Debbie, nauczona doświadczeniem, wiedziała, że jeszcze jeden drink i koniec. Wolała nie umierać nazajutrz, tylko spędzić wolny dzień w towarzystwie swojego chłopaka. Swojego chłopaka. Brzmiało to dobrze. I Debbie zaczęła się zastanawiać nad tym, kiedy powinna powiedzieć Ianowi, że go kocha. Na pewno nie teraz, nie przed tymi wszystkimi ludźmi i nie po takiej ilości alkoholu. Chciała, żeby Hunt wziął jej wyznanie na poważnie, a pijacki bełkot nie był ani romantyczny, ani rozsądny.
    — Debbie, wyjdź! — To był głos Gabby, która dobijała się do łazienki. — Zaraz się zsikam! — Dziewczyna panicznie pisnęła, uderzając znowu trzykrotnie w drzwi. Debbie zwolniła zamek i wyszła, mijając się z dziewczyną Petera. Przeszła długim przedpokojem i wychyliła się zza framugi. Muzyka w salonie była głośna, Elijah śpiewal teraz duet ze Scottem, za mikrofony mając puste butelki, ale spojrzenie Debbie skupiło się na kanapie.
    Nie było na niej ani Iana, ani Petra. Debbie wspierając się ramieniem o framugę, z której wyciągnięto drzwi, zlustrowała obecnych. Musiała wytężać spojrzenie w niektorych momentach, łapiąc ostrość widzenia. Na balkonie była Maisie i Mike. Nigdzie nie widziała Iana i Petera.
    Wtedy postawiła pierwszy krok w kierunku kuchni i do jej uszu dotarł dźwięk tłuczonego szkła. Nie wiedziała, co się stało, ale wystarczyło, aby jej serce zabiło kilka razy o wiele mocniej, by poczuła się odrobinę trzeźwiejsza. Ruszyła do kuchni. Nikogo nie alarmowała i nikogo nie wzywała. Wpadła do sporego pomieszczenia i to, co tam zastała, nie było tym, czego się spodziewała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wstrzymała oddech, gdy Ian przyciskał do twarzy Petera szklankę, przyduszając go do kuchennych mebli. Debbie stała w drzwiach, niezauważona przez żadnego z mężczyzn. Nie odważyła się nawet odezwać, obserwując w milczeniu zmiany, które zachodziły w Ianie. Obejrzała się za siebie, gdy usłyszała czyjś podniesiony głos, ale okazało się, że to Eli śpiewał głośnie refren. Nie wiedziała, co robić. Może dlatego, że to Ian miał policyjny mundur, a nie ona. A może dlatego, że jednak była o wiele bardziej pijana niż jej się wydawało.
      Kiedy ponownie skupiła spojrzenie na tym, co działo się w kuchni, pięść Hunta trafiła w twarz ratownika medycznego. Nawet Debbie dojrzała, że z nosa Petera puściła się krew. Dopiero wtedy ruszyła przed siebie, dając obecnym znać, że nie są sami. Minęła potłuczoną szklankę, na której fragmentach wciąż odciskały się ślady jej szminki.
      — Ian... — zaczęła, ale zdawać by się mogło, że bezskutecznie. — Ian! — krzyknęła. Debbie rzadko kiedy krzyczała poza pracą. Nigdy nie krzyczała na Iana, ani nawet do Iana. — Ian! — Powtórzyła jeszcze głośniej i w końcu udało jej się pochwycić jego nadgarstek i mocno go pociągnąć. — Ian, przestań. Zostaw go... — mówiła głośno, ale spokojnie. Nie oceniała. Nie szukała winnego, ale nie była ślepa i wiedziała, że to trzeźwy Hunt ma przewagę nad pijanym ratownikiem. — Mów do mnie, Ian... — Debbie drżała i Ian, którego rękę próbowała uwięzić w swoich palcach, mógł to poczuć.
      Zwyczajnie w świecie obawiała się reakcji Petera, który dzisiaj z pewnością nie był tym Peterem, którego poznała. Dlatego chciała znać wersję Iana i móc w razie czego zainterweniować.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  33. Debbie krzyczała, bo spanikowała. Krzyczała, bo się bała, że jeśli tego nie przerwą, to Ian trafi na policję. Nie poznawała Petera, nie mogła mu ufać, nie mogła wierzyć jego dobrym intencjom, bo tych po prostu nie było. Spojrzenie ratownika medycznego wpierw było puste, potem dziwnie surowe, jakby całą złość chciał przelać na zebranych w kuchni ludzi. Na Iana i Debbie, którzy tak naprawdę nic mu nie zrobili.
    Debbie dostrzegła, jak Ian próbował ją sobą zasłonić i nie protestowała, przynajmniej nie od razu. Próbowała zebrać myśli, a gdy dotarły do niej słowa Iana o tym, że Peter próbował jej coś dosypać do drinka, zamarła. Hunt mógł to wyczuć, bo palce Debbie nieznacznie rozluźniły się na jego przedramieniu, a ona sama na krótki moment przestała oddychać. Boże. W najgorszym scenariuszu dotyczącej tej konkretnej imprezy nawet nie próbowałaby zakładać, że ktoś dosypie jej narkotyki do drinka. Mogłaby się tego spodziewać w jednym z nowojorskich klubów, ale tam udawało jej się uniknąć takich przygód, bo razem z dziewczynami pilnowały się nawzajem, a tutaj, mając wrażenie, że może ufać wszystkim, stałaby się ofiarą.
    Oczywiście, że ufała i wierzyła Ianowi. Miała pewność, że Hunt nigdy, przenigdy nie okłamałby jej w takim temacie. I na pewno nie zrobiłby tego, aby oczernić Petera. Debbie milczała, obserwowała jak Gabby podbiega do ratownika medycznego i słyszała poruszenie za swoimi plecami. Mike, jako jedyny rozsądny, kazał wszystkim uważać na szkło na podłodze, bo nikt nie miał żadnej ochrony poza skarpetkami. Daisy i Marco, którzy ze wszystkich, poza Ianem, wydawali się najtrzeźwiejsi chwycili za miotłę i zmiotkę, aby zgarnąć potłuczone szkło. Ich, mogłoby się wydawać, nie interesowała historia z dosypywaniem, chociaż Debbie wiedziała, że jest inaczej, bo widziała jak ciemnoskóra dziewczyna zerka to na Petera, to na Iana, kiedy podnosiła głowę, zmiatając szkło na szufelkę.
    — Gabby... — Debbie odezwała się, słysząc krzyk blondynki, ale na nic się to zdało, bo Gabby nie słuchała Grayson, głaskała Petera po ramieniu, patrząc nienawistnie i z przerażeniem na Iana. Młodsza Grayson nie puszczała Hunta, ale też nie chowała się za nim. Kiedy Gabby podbiegła do Petera, Debbie nie stanęła obok, ale wychyliła się nieznacznie zza Iana, obserwując krwawiącego ratownika medycznego.
    Obejrzała się na Eli’a, będąc mu wdzięczną, że postanowił moderować to zajście. Do rudej nadal nie docierało, że ktoś, a zwłaszcza Peter, mógł chcieć jej coś dosypać.
    — Nie jest naćpany, oszalałeś?! — Debbie nie wytrzymała, bo nie mogła przecież pozwolić na to, aby ktoś oczerniał jej Iana. Puściła w końcu przedramię Hunta, wyskakując przed niego, jakby to ona miała być jego tarczą. Była zła, ba, była wściekła i miała wrażenie, że całkiem trzeźwa. Peter zaśmiał się sucho, a potem wziął od Gabby zwinięty w kulkę ręcznik kuchenny i przyłożył go do nosa, patrząc z dziwną satysfakcją na Debbie.
    — Deborah, Deborah... — zaczął cicho, ogniskując teraz spojrzenie na piegowatej twarzy młodej policjantki. — Masz mnie za ślepego? W tamtym barze...
    — Jakie znaczenie ma to, co działo się w tamtym barze?! — warknęła, chcąc zrobić krok w jego stronę, ale się powstrzymała. Jeszcze. — Możesz przestać wpierdalać się w nasze życie i skupić się na swoim? Tak bardzo boli cię to, że dałam ci kosza? — spytała i wiedziała, że trafiła w sedno. Eli, stojący obok Debbie i Iana, aż zagwizdał. Peter pobladł, a Gabby się od niego odsunęła. Z ust Mike’a, który podpierał kuchenną framugę padło krótkie ja pierdolę, Maisie pokręciła głową, wtulając się w bok Scotta, a Marco i Daisy zakłócili ciszę wsypując szkło do śmietnika.
    — Opróżnij kieszenie, Peter — mruknęła, ale ratownik odpowiedzial jej słumionym przez kłebek kuchennego ręcznika śmiechem. Eli podszedł do kuchennej wyspy, przesunął palcem po miejscu, gdzie niedawno stała jeszcze szklanka Debbie.
    — Jest tu jakiś biały ślad... — mruknął, Maisie pisnęła, Mike powtórzył swoje ja pierdolę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Gabby, bądź tak uprzejma i sprawdź jego kieszenie... — poleciła Debbie, patrząc na blondynkę. Stała przed Ianem i zaciskała drobne dłonie w pięści. Gabby podeszła z powrotem do Petera, ale widać było, że nie na rękę jej było być teraz blisko ratownika. Sięgnęła wpierw do jego tylnych kieszeni, chociaż ten próbował ją odepchnąć, ale szybko zdał sobie sprawę, że takie traktowanie kobiety, kiedy zwróconych na niego jest kilka par oczu, nie przystoi. Blondynka sięgnęła do jednej z przednich kieszeni męskich jeansów i wyciągnęła z niego niewielki woreczek strunowy, a w nim białą, płaską tabletkę. Podała to Debbie, a potem od razu wyszła z kuchni. Wszyscy mogli usłyszeć, jak ubiera buty i wychodzi. Drzwi prowadzące na klatkę trzasnęły. Podskoczyła nawet sama Debbie.
      — Co to jest? — spytała, patrząc na Petera, ignorując szepty pozostałych dochodzące zza ich pleców. — Peter, co wsypałeś mi do drinka?
      Cisza. Ratownik medyczny odsunął ręcznik od nosa, który przestał już krwawić. Krzywy uśmiech i balansowanie na miękkich nogach świadczyły o tym, że jest pijany i chyba nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji.
      — Ketamina. — Odpowiedział w końcu.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  34. Debbie nie wierzyła w to, co się działo. Nie pojmowała rozumem tego, co wydarzyło się właśnie na tej parapetówce. To miała być miła impreza. Zaczynała się zastanawiać, w którym momencie coś poszło nie tak i uświadomiła sobie, że musiało znacznie wcześniej niż ich przybycie do tego mieszkania. Zakładała, że Peter musiał wiedzieć, że spotka tu Debbie, skoro się przygotował. Nie wiedziała, co chciał osiągnąć, ale mogła się domyślić, że gdyby nafaszerował ją ketaminą, to byłaby o wiele bardziej podatna na jego sugestie, ba, być może nawet ślepo wierzyłaby w to, co jej opowiadał. Być może wykorzystałby ją w inny sposób i ten wieczór, a właściwie ta noc, skończyłaby się katastrofalnie.

    Towarzystwo wydawało się być jednomyślne, kiedy oceniali zachowanie Petera. Być może na początku chcieli uwierzyć ratownikowi, choć pewnie nie wszyscy go tu znali, biorąc pod uwagę, jak mieszane było to towarzystwo. Ian faktycznie mógłby być na straconej pozycji, ale chodziło tutaj o Debbie, o młodszą siostrę gospodarza i jej chłopaka, który stanął w jej obronie.

    Grayson zamarła, kiedy odezwał się Ian. Nie brzmiał, jak jej Ian i było to odrobinę przerażające, choć doskonale wiedziała, że właśnie teraz stawał w jej obronie, po jej stronie. Dla niej. Czuła ciepło bijące od Hunta na swoich plecach, nawet cofając się o pół kroku, by tylko znaleźć się bliżej niego, skoro przed chwilą dość lekkomyślnie wyrwała do przodu.

    Czuła napływające łzy do oczu i nie była pewna, z jakiego powodu. Czy dlatego, że zwyczajnie przerosła ją ta sytuacja i uświadomienie sobie, że facet, którego miała za naprawdę dobrego, prostego człowieka próbował zaszkodzić jej w jednej z możliwie najgorszych sposób? Czy dlatego, że przerażało ją to, co Ian był w stanie dla niej zrobić? Czy raczej dlatego, że jednak była pijana, a ta chwila trzeźwość była potęgowana służbowym podejściem Debbie do spraw z narkotykami?
    — Ian... — szepnęła tylko, gdy ten skończył mówić, ale nie dane było jej się rozwinąć. Tylko kątem oka zerknęła na stojącego za nią Hunta, gdy odezwał się Peter. Nie spodziewała się tego. Tak samo, jak nie spodziewała się zakrwawionej kulki papieru pod swoimi stopami.
    Słowa medyka wprawiły młodą policjantkę w osłupienie. Boże. Nie wierzyła w to, że ktokolwiek mógł odzywać się do niej w ten sposób, że ktokolwiek, a właściwie to ktoś obcy miał na tyle śmiałości, aby w ten sposób, choć tylko słownie, ingerować w jej życie.
    Zignorowała Mike’a, który w końcu odważył powiedzieć się cokolwiek więcej niż to ciche ja pierdolę i niemal wyrwała za Peterem, zatrzymując się w półkroku.
    — Wybrałam najlepiej, skończony kutasie! — krzyknęła za niego i wszyscy, którzy znali Debbie, a był to aż Mike i Ian, mogli być pewni, że nie jest do końca trzeźwa. Dobrze, że nie miała nic w ręce, poza strunowym woreczkiem z białą tabletką, bo zapewne rzuciłaby, próbując trafić w durny łeb ratownika. Była zła, była wściekła i rozczarowana.
    — Debbie! — ryknął Mike, który widocznie miał już wszystkiego dosyć. Spojrzał na siostrę i gdy ich spojrzenia się spotkały, kąciki jego ust drgnęły. Debbie też uśmiechnęła się niepewnie, ale nastąpiło to dopiero wtedy, gdy dłoń Iana znalazła sobie miejsce między jej łopatkami, a potem w talii.
    Odetchnęła, bo czując go blisko siebie, zyskiwała na równowadze.
    — O ludzie, kto by pomyślał, że Peter... — odezwała się Daisy, kręcąc lekko głową. — Lepiej się tego pozbądźcie — powiedziała, wskazując na woreczek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Muszę się napić — odezwał się Scott, a Marco mu przytaknął. Wyciągnęli z lodówki butelkę wódki i poszli do salonu, a Daisy i Maisie poszły za nimi, jakby ulotnienie się z kuchni, która przesiąknęła zapachem alkoholu było najlepszym wyjściem, a jednocześnie nie chcieli rezygnować z imprezy. Ktoś ściszył muzykę w salonie.
      — Daj, spuszczę to — mruknął Eli, odbierając od Debbie tabletkę. Oddała mu ją bez wahania, dopiero wtedy dostrzegając jak drży jej ręka.
      — Mamy zioło, jeśli checie... chcecie się zrelaksować — zaproponował Mike, zaczynając ogarniać kuchenny armagedon. Wszyscy usilnie próbowali przejść nad tym do porządku dziennego, ale Debbie czuła się zwyczajnie źle.
      Spojrzała w bok, zadzierając głowę ku górze, aby móc trafić na bursztynowe, ciepłe oczy Iana.

      Debbie Grayson ♥

      Usuń
  35. Debbie była wdzięczna Ianowi za to, że z nią został, a nie pobiegł za Peterem, choć ratownik medyczny definitywnie zasługiwał na to, aby dostać w ten nos co najmniej jeszcze raz. Albo nawet i dwa razy, nie tylko w nos. Grayson nie sądziła, że kiedykolwiek w jej życiu dojdzie do sytuacji, w której życzyłaby komuś źle i to tak z całego serca. Wiedziała, że to kwestia gorzejących emocji, ale również tego, że w jej żyłach nadal płynął alkohol, który wyłączał poniekąd jej rozsądek, uruchamiając go wyłącznie wtedy, gdy bardzo się na tym skupiała. Tak, jak w tym momencie, kiedy kazała przeszukać jego kieszenie. Odzywała się wtedy gdzieś ta skrupulatna policjantka, którą przecież była, gdy tylko mogła założyć mundur.
    Oddychała płytko i szybko, gdy wszystko działo się wokół niej, gdy ludzie wracali do salonu, chwytali się kolejnych butelek alkoholu, gdy wracali do normalności, której tak naprawdę nic nie przerwało. Bo sytuacja w kuchni nie dotyczyła ich osobiście i Debbie nie mogła im się dziwić. Peter nie mógł być niczym bliskim przyjacielem w tym gronie, skoro nikt nie zareagował, a jedyna bliska ratownikowi osoba — Gabby — wybiegła z mieszkania pierwsza. Debbie zrobiło się blondynki zwyczajnie szkoda, gdy uświadomiła sobie, że kobieta po prostu marnowała z Peterem czas, bo ten kierował się niesamowitą, ba, niemożliwą do pojęcia zawiścią względem rudowłosej.
    Debbie była wdzięczna Ianowi, kiedy ten objął ją ramionami, mocno do siebie przyciskając. Odetchnęła, dłonie kierując na przedramiona Iana i zacisnęła na nich palce. Z upływem kolejnych sekund, uspokajała się, drżenie mijało.
    Nic jej nie było. Musiała mu uwierzyć. Wierzyła mu, ale nieprzyjemne myśli pałętały się po jej głowie, czyniąc ją w tej chwili wyjątkowo słabą. Przez chwilę po prostu tak trwali. Debbie wtulona plecami w tors Iana, zaciskając szczupłe palce na jego przedramionach, biorąca każdy oddech ostrożnie i powoli. Zignorowała Mike’a i wiedziała, że Hunt też zignoruje jej brata, bo to było zaskakująco łatwe. Ignorować wszystkich dookoła, kiedy mieli siebie.
    — Nie chcę — odparła cicho, nawet nie musząc się nad tym zastanawiać. Nie chciała zostawać na imprezie, mimo tego, że w gruncie rzeczy naprawdę chętnie spędziłaby czas ze swoim bratem. Teraz jednak nie potrafiłaby się skupić na rozmowach i towarzystwie, kiedy wciąż analizowała w swojej głowie zachowanie Petera. Nie wierzyła w to, że ratownik chciał dosypać jej narkotyk do drinka, mimo tego, że przecież mieszanie używek rzadko kiedy wychodziło ludziom na dobre. Może nie chciał jej skrzywdzić, ale na pewno chciał jej zaszkodzić i to przerażało ją najbardziej. Nie znała dokładnego działania ketaminy, mogła się jednak domyślać, że skoro rozpuszczała się w napojach i nie budziła niczyich podejrzeń, mogła być wykorzystywana nawet jako tabletka gwałtu.
    — Weźmy chipsy i wracajmy do ciebie — poprosiła go, odwracając się powoli w jego stronę. Nie chciała, aby ją puszczał, więc zrobiła to o tyle zgrabnie, że okręciła się łagodnie wokół własnej osi, zatrzymując się w momencie, kiedy miała Iana naprzeciwko. Jej dłonie wsunęły się na boki mężczyzny, a ona sama zadarła głowę ku górze, próbując złapać się spojrzenia Hunta. — Obejrzymy jakiś film? — spytała, choć nawet nie była pewna, czy dotrwa tego momentu, w którym miałaby przekroczyć próg mieszkania Iana. Ale chciała spędzić resztę tego wieczoru właśnie z nim.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  36. Olivia była już w wieku, w którym wszystkie ważniejsze pierwsze razy miała za sobą, a przynajmniej tak jej się wydawało. Bo jeszcze trzy, może cztery lata temu w życiu nie przypuszczała, że będzie wpuszczać do swojego ogromnego mieszkania dilera. Prawdziwego dilera, który jednak nie wyglądał jak diler z filmów, które przyszło jej oglądać. Ian naprawdę wyglądał sympatycznie. Był wysoki, dobrze zbudowany, ale miał przystojną, przyjemną twarz, a kolor jego oczu sprawiał, że spojrzenie Hunta wydawało się po prostu ciepłe. Przyjemne. Olivia nie chciała przed nim uciekać i póki co nie miała powodu, aby tak się działo. Domyślała się jednak, bo przecież głupia nie była, że Ian mógłby stać się nieprzyjemny.
    Teraz jednak jej myśli były dalekie od tego, aby oceniać dilera, który właśnie wszedł do jej mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Fitzgerald cofnęła się o krok, robiąc Huntowi więcej miejsca w, i tak przestronnym, przedpokoju. Cieszyła się, że mieszka sama, a jedynymi obserwatorami tego nielegalnego procederu były jej koty. Te, musiały zdać sobie sprawę z poruszenia i kiedy tylko usłyszały, jak drzwi się zamykają, przybiegły. Pierwszy był Milo, znacznie bardziej odważny i przebojowy niż drobniejsza od niego Bella. Oba jednak okrążyły Iana, Bella utrzymując bezpieczny dystans, ostatecznie sadowiąc się bliżej swojej właścicielki, a Milo otarł się o nogi młodego mężczyzny.
    — Mam nadzieję, że nie masz alergii… — mruknęła i wtedy dotarł do niej absurd tej całej sytuacji. Olivia Fitzgerald-Taylor, lekarz, dyplomowany, z uprawnieniami, w trakcie kolejnej specjalizacji, zawieszonej, ale nieważne, dziecko dwóch innych lekarzy, bogata, usytuowana, martwiła się o to, czy jej diler nie ma alergii na kocią sierść. Chciała, żeby to był normalny wieczór, ale nie był.
    I może dlatego powinna być wdzięczna Ianowi, kiedy ten nie zgodził się na to, aby wejść na kawę, herbatę czy innego drinka. Olivia sięgnęła po otwarte opakowanie oxy.
    — Rozumiem — mruknęła, choć doprawdy nie rozumiała. Nie tego, że kartonik był otwarty, ale tego, co właśnie robiła. Uniosła spojrzenie niebieskich oczu na Iana i zerknęła do środka. Wyciągnęła blistry, obejrzała je, upewniając, że były oryginalne. Policzyła tabletki i na koniec zamknęła pudełko. I żeby nie było. Nie zabrała go, ani nie oddała Ianowi. Położyła na komodzie i cofnęła się w głąb mieszkania. Mogła jeszcze zrezygnować. Zapłacić Huntowi za fatygę i nie kupować tabletek.
    Trzydzieści dziewięć dawek oksykodonu. Skrzywiła się, ale Ian nie mógł tego widzieć. Byłaby zabezpieczona na dwa tygodnie z hakiem. Może więcej, gdyby racjonowała dawki. Powinna. w ogóle nie powinna ich brać.
    Wróciła z kopertą, w której były dwa tysiące dolarów. Dla niej tyle, co nic. I teraz to ona wyciągnęła kopertę w kierunku Iana, opierając się ramieniem o framugę, jakby dając mu czas na to, aby przeliczył i zaakceptował transakcję.

    Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń
  37. Uwielbiała swojego brata. Tak po prostu. Ze względu na to, jakie mieli dzieciństwo i jak blisko siebie wtedy byli. Zawsze mogła liczyć na wsparcie Mike’a, nawet wtedy, gdy uchodziła za upierdliwą, młodszą siostrę. Dlatego poniekąd z żalem opuszczała parapetówkę, nie mając nawet okazji, aby lepiej poznać Eli’a czy niektórych znajomych starszego z Graysonów. Nie miała jednak ani chęci, ani siły, żeby zostawać na imprezie. Byłaby tylko balastem, który skutecznie obniżałby nastrój pozostałych gości. Nie była bowiem w stanie wyrzucić ze swojej głowy tego, co zrobił Peter. Co chciał zrobić jej Peter. Zastanawiała się też nad tym, co działoby się dalej, gdyby wypiła jednak przyprawionego drinka. Gdyby była sama, bez Iana, Peter prawdopodobnie mógłby znaleźć używanie, pierwotnie zgrywając zatroskanego, ale obok Debbie, przez cały wieczór siedział Ian. Ian zapewne szybko zauważyłby, że z Grayson jest coś nie tak i pewnie równie szybko ewakuowałby ją z mieszkania.
    Było jej źle, czuła się przygnębiona i gdyby nie fakt, że miała Hunta obok siebie, to pewnie zamknęłaby się w jakimś ciemnym kącie. Właściwie to nawet nie wiedziała, dlaczego tak emocjonalnie do tego podeszła. Po chwili zaczęła sobie uświadamiać, że to pewnie dlatego, że do Petera miała odrobinę zaufania i że naprawdę go polubiła, mimo tego, że nie wiązała z nim żadnych planów ani romantycznych uniesień. Kilkakrotnie w swoim życiu dawała już kosza, ale nigdy przenigdy nie spotkała ją taka próba zemszczenia się.
    Wychodząc z mieszkania Mike’a, zarzuciła ramoneskę na ramiona i chwyciła dłoń Iana w swoje palce, pozwalając jemu nieść dwie paczki chipsów, które zażyczyła sobie do filmu. Szła powoli, niemal ospale i lekko chwiejnie, pokonując kolejne stopnie w dół. Spokój Iana jej pomagał, choć niosła w sobie przeczucie, że ten spokój jest złudny, w końcu zastała go w sytuacji, która to twierdzenie obalała. Prawda? Zacisnęła mocniej palce na męskiej dłoni, gdy wyszli przed blok. I już miała ruszyć w kierunku Cadillaca, kiedy do jej uszu dotarł znajomy, podniesiony głos.
    Nie musiała długo rozglądać się za jego źródłem. Dostrzegła, w świetle latarni, Gabby wymachując rękami i Petera kulącego się przy jakimś samochodzie. Zatrzymała się w połowie kroku, czując, jak Hunt ciągnie ją w kierunku swojego samochodu.
    — Nie powinniśmy im pomóc? — spytała cicho, choć sama nawet nie wiedziała, jak ta pomoc miałaby wyglądać. — Może trzeba ich gdzieś podwieźć? — dopytała i trzeba było mieć poprawkę na to, że Debbie nie była do końca trzeźwa. Może się nie zataczała, może nie bełkotała, ale jednak trochę tego alkoholu wypiła. Spojrzała na Iana. Wystarczyło jej to jedno spojrzenie, aby pojąć, że nie ma racji.
    — No tak… — mruknęła, jakby odpowiadając samej sobie. Peter chciał ją naćpać, a ona chciała odwozić go dokądś. Samochodem swojego chłopaka. Ze swoim chłopakiem jako kierowcą. — To głupie — dodała, nadal kontynuując rozmowę ze sobą i ewentualnie spojrzeniem Hunta. Dlatego ruszyła za nim, w kierunku Cadillaca, z poczuciem, że ten wieczór potoczył się tak, jak nie powinien.
    — Ian… — zaczęła cicho, kiedy dotarli już do jego samochodu. Oparła się bokiem o Cadillaca i poprawiła czapkę, która tak nieustannie zjeżdżała jej na czoło. — Co się dzieje po ketaminie? — spytała cicho. Była policjantką, miała przeszkolenie, znała popularne na rynku narkotyki i skutki ich brania, ale chciała to usłyszeć od Iana, że wcale się w swoim osądzie nie myliła.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  38. W Ianie ceniła ten jego niezachwiany spokój, chociaż wiedziała, że w Ianie są też inne emocje i uczucia. Doświadczała ich. Namiętności, troski, czułości, śmiechu. Doświadczyła też strachu Hunta, gdy odwiozła go na narkotykowym zjeździe do domu. Ale jednak to jego spokój stanowił ich fundament. Bo Debbie z wieloma rzeczami sobie nie radziła, podejmowała decyzje pod wpływem impulsu, często kierując się silnymi emocjami. Mimo wykonywanego zawodu, prywatnie bywała po prostu naiwna. Tak samo, jak dzisiaj, kiedy rozważała pomoc Peterowi tuż po tym, jak próbował ją naćpać. Dobrze, że nie pozwoliła tego komentować Ianowi, bo dotarło do niej, że wtedy nie było spokojnego Iana. Byłby ten Ian, na którego wpadła w kuchni.
    Ale to ona była mniej spokojna niż on. Bo ona krzyczała, a on tylko bił. Tylko. Zareagował od razu, jak tylko Debbie weszła i krzyknęła. Nie musiała go ani odciągać, ani uspokajać. I to było niepokojące. Bo znała takie sytuacje, często mieli podobne interwencje i ludzie wtedy szaleli, stawali się dzicy, kierowani tym, co wrzało w ich żyłach. Ale nie Ian.
    Uniosła głowę, tym samym pomagając mu w poprawieniu czapki, która ewidentnie była za duża na jej głowę. Nadal na oczach miała złodziejską maskę, ale w ogóle nie zwracała na to uwagi. Przynajmniej do tej pory. Teraz ją ściągnęła, wolną dłonią odwiązując wstążeczkę z tyłu głowy. Zsunęła czarną ozdobę z nosa i westchnęła. Słowa Iana były enigmatyczne, a Debbie domyślała się, że Hunt nie chciał jej odpowiadać. Widziała też, że ten jego spokój był teraz zachwiany. Zaczerwienione policzki, przyspieszony oddech, jedynie nie mogła usłyszeć bicia jego serca, a gdyby tak się stało, mogłaby się zaniepokoić. Przechyliła głowę w bok, przygryzając dolną wargę, ale tym razem ten gest nie miał w sobie nic z figlarności, którą się charakteryzowała, gdy to robiła.
    — A w najgorszym? — Dopytała. Nie zamierzała odpuszczać i choć wierzyła w to, że Ian próbował ją chronić, tak chciała znać prawdę. — Czy w połączeniu z alkoholem ketamina mogłaby mnie zabić? — Uniosła lekko brew. — Mogłoby dojść do zatrzymania akcji serca, prawda? — Nie odpuszczała, a Ian mógł spostrzec, że Debbie weszła w swój policyjny, dociekliwy tryb.
    Debbie podążyła spojrzeniem tam, gdzie swój wzrok skierował Ian, czyli w stronę, gdzie mogli nadal znajdować się Peter i Gabby. Odbiła się od auta, robiąc krok w kierunku Hunta, przez co zniwelowała dystans między nimi. Tę dłoń, w której trzymała miękką maskę, wsunęła na bok Iana. Zacisnęła palce na koszuli z policyjnego munduru i oparła czoło tuż pod jego obojczykiem, wzdychając głośno.
    Tak w zasadzie, to Grayson nigdy nie obawiała się o swoje życie, mimo tego, że doskonale wiedziała, jak zginął jej ojciec. A potem nadszedł postrzał, którego się nie spodziewała, a teraz sytuacja z Peterem, wybijająca ją z równowagi. Boże. Debbie nie chciała nawet myśleć o tym, że mogłaby umrzeć. Nie teraz, kiedy miała Iana, z którym chciała mieć długie życie. Dobre życie.
    — Jedziemy do domu? — spytała, nawet nie próbując się poprawić na do twojego mieszkania, do ciebie, jakby bez trudu odnajdywała się w sytuacji, gdzie jej dom był tam, gdzie Ian.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  39. Miała obawy przed spotkaniem z Marcusem. Prawdziwą gonitwę myśli w głowie, która nawet na moment nie zwalniała zawrotnego tempa. Chciała przeżyć ten wieczór bez większych niespodzianek. Po wszystkim wrócić do siebie bez nawarstwiającego się lęku. Tak, żeby pojutrze wstać i iść do pracy. Funkcjonować tak samo dobrze, jak przed spotkaniem z Marcusem. Na nic nie narzekać. Nie wylewać łez po kątach. To nie było w stylu Vanessy, lecz kiedyś ten twardy pancerz, w którym ukrywała się przez lata, nie wytrzyma wieczności z wybuchową Kerr, której życie nie oszczędzało od maleńkości. Od pierwszego dnia spędzonego na świecie. Kto urodził się w rodzinie patologicznej, choćby najbardziej się starał, zawsze będzie ciągnął za sobą tamten smród i tamte niefajne wspomnienia. Może byłoby prościej, gdyby ojciec zamordował matkę, gdy Vanessa miała roczek albo dwa lata. Tak była świadomą siedmiolatką, która od tamtej pory niespecjalnie przepada za dniem swoich urodzin, gdyż w pierwszej kolejności myśli o tym, ile to już lat minęło od tragicznej śmierci matki.
    Wyłączając się z przeszłości, wróciła do tego, co tu i teraz. Zwróciwszy uwagę na Iana, cieszyło ją jedynie to, że nie ma spotkania z Marcusem w cztery oczy, a jednak idzie tam z Huntem. Gdyby nie on, może postarałaby się o kontakt z bratem, lecz po co walczyć o jego obecność, kiedy to traktował ją tak, jakby nie istniała? Zane miał Vanessę głęboko w czterech literach. Pojawił się przypadkiem w jej życiu i równie przypadkowo z niego zniknął, a Kerr nie lubiła dawać nikomu kolejnych szans. Skoro nie walczył o relację, to oznaczało, że skreślił siostrę grubą krechą. Tak też znowu jest jedynaczką. W sumie to i tak nazywała się siostrą adoptowanego dziecka adopcyjnych rodziców, więc tak do końca nie była sama.
    — Zgadza się, ludzie Ortegi dali mi święty spokój. Gdyby nie stabilna praca i rodzice, wyjechałabym z Nowego Jorku. Czuję po prostu, że to jeszcze nie koniec, wiesz? Podświadomość mi to podpowiada.
    Jechała w nieznane. Nie wiedziała, jaki jest Marcus. Gdyby tamtego dnia podczas składania przez Freemana reklamacji w salonie jubilerskim, nie zwróciła na mężczyznę żadnej uwagi, dzisiaj nie jechałaby na tajemnicze spotkanie z półświatkiem. Najwidoczniej to była kara za uprawianie seksu z żonatym prawnikiem, którego interesy nie do końca były czyste, tak samo jak sumienie, bo inny byłby po pierwsze wierny żonie, a po drugie żyłby bez dodatków sprzedawanych przez Iana.
    — Tak jakby za mnie nie mógł pojechać do Marcusa mój szanowny braciszek. — burknęła nieprzyjemnie, wciąż mając żal do Maddoxa. Pojawił się na chwilę i zniknął. Całkowicie przypadkiem, bo nikt nie zabronił ani Vanessie, ani Zane’owi pojawić się w dniu rocznicy śmierci matki na cmentarzu. Los tak chciał. Skierował ich w tamto miejsce o tej samej porze, ale po co Maddox udawał, że mu zależy na Nessie? — Nie chciałabym, żeby to była moja ostatnia podróż w życiu.
    Skwitowała bez humoru, zawieszając wzrok na mijanych ulicach. Jak zawsze przepełnionych ludźmi. Młodszymi i starszymi. Na rowerach, z wózkami, z kijkami trekkingowymi, z reklamówkami, pijących kawy, herbaty czy matche, śmiejących się, niezadowolonych czy płaczących. Jej też marzyło się iść teraz ulicą, gapić się na wystawy sklepowe i mieć zmartwienia warte tyle, jaki kolor hybrydy wybrać na następnej wizycie u kosmetyczki czy iść na kontrolną wizytę do lekarza przed wypłatą, czy dopiero po przelewie. Gdyby mogła wstąpiłaby do kina, teatru i poszła na losowy film lub spektakl albo weszła do biblioteki, wybierając książkę, której nie oceniłaby po okładce. Wszystko byłoby lepsze od spotkania z Marcusem. Nawet ubrudzenie się lodami złożonymi najlepiej z trzech gałek o różnych smakach. A tak przyszło jej walczyć z nieznanym, przez co niechętnie siedziała w fotelu samochodu, który niegdyś tak podziwiała, ściskając uda przed spotkaniami z oszałamiającym Freemanem.

    Vanessa Kerr

    OdpowiedzUsuń
  40. Od czasu uwolnienia się od upadlającego jarzma związanego z przymusową karierą striptizerki, zaczęła przykładać znacznie większą wagę do ludzkich spojrzeń. W miarę jak zdobywała doświadczenie w roli psycholożki, pogłębiała swoje umiejętności odczytywania kryjących się w nich emocji. Obecnie na przeprowadzenie pełnej analizy intencji swojego rozmówcy nie potrzebowała zazwyczaj nawet pół minuty. Przy okazji zauważyła też, że nie lubi, gdy ktoś przyglądał się jej zbyt otwarcie. Oceniające spojrzenia obcych ludzi, zwłaszcza mężczyzn, najwidoczniej nadal podświadomie kojarzyły jej się nierozerwalnie ze sposobem w jaki niegdyś klienci Fire Moon wpatrywali się w półnagie ciała pracujących tam tancerek erotycznych, do których to przecież przez długie lata sama należała – jak na zwykły, bezuczuciowy towar służący jedynie spełnieniu ich chwilowych cielesnych zachcianek. Przestawała czuć przysłowiowe mrówki na skórze dopiero, gdy któremuś z nich udało się zdobyć jej zaufanie, co z oczywistych względów nie należało do zbyt łatwych zadań. Ian był jednym z tych nielicznych facetów, którym pozwała na otwarte przyglądanie się jej osobie bez tego spięcia. O dziwo nie potrafiłaby nawet powiedzieć w którym dokładnie momencie wstąpił do tego elitarnego grona. Z pewnością odbyło się to jednak dopiero po śmierci Dio. Wcześniej stanowili je wyłącznie jej dawni znajomi z ulicy.
    Miała zamiar zapytać Chrisa, co dokładnie miał na myśli, gdy wspominał o rychłym pojawieniu się glin. Czyżby w drodze do szpitala słyszał policyjne syreny ? A może swoim zwyczajem zhakował oficjalne systemy i zbadał trasy ich przejazdów lub podsłuchał radia zamontowane w ich radiowozach ? Temu człowiekowi zdawało się nie uciekać z radaru nic, co znajdowało się w sieci. Zanim jednak zdążyła choćby przytrzymać go za rękaw, już go nie było. Jak zwykle pojawił się i zniknął prawie niczym duch.
    - Po prostu zastanawiam się, czym to się tym razem skończy… - Westchnęła, prowadząc Iana w stronę toalet.
    Zdziwiło ją nieco, że tak naturalnie przejął jedno z tych słodkich określeń jakimi obdarzali ją chłopacy, gdy uznali że może potrzebować ich psychicznego wsparcia. Czyżby tym prostym wyrażeniem Chris nieświadomie zasklepił jakąś niewidzialną wyrwę, zapraszając go do jakże wąskiego grona osób, którym mógł z czystym sumieniem odstąpić opiekę nad Dalają ? W sumie to była nawet ciekawa co z tego wyniknie. Bo jej kamraci z dzieciństwa czasem potrafili nie odzywać się do siebie przez kilka tygodni tylko dlatego, że któryś z nich przyciągnął do ich paczki człowieka, któremu według niektórych z nich nie należało się aż tak wielkie zaufanie.
    - Męska jest na końcu korytarza, po lewej. Gdy się przebierzesz, możesz albo po prostu włożyć swoje ciuchy do torby, a ja jej upiorę i podrzucę ci, gdy wyschną albo zabrać je ze sobą. Twój wybór. – Poinstruowała, wchodząc do odpowiedniego pomieszczenia.
    Kilka minut później opuściła je ubrana w nieco przydługą lazurową puchatą bluzę z kapturem w połączeniu z morskimi dresami. Zupełnie tak jakby stary kumpel wyczuł jakimś szóstym zmysłem, że po tym wszystkim będzie chciała po prostu zniknąć dla oczu innych, a ulubiony zestaw garderoby miał jej w tym w pewien sposób pomóc. Aby jeszcze bardziej dopełnić ten obraz, ściągnęła także gumkę z włosów, pozwalając by długie kosmyki spływały jej łagodnymi falami po plecach. Nie chciała w ten sposób zaimponować Huntowi, choć zdawała sobie oczywiście sprawę, że będzie mógł to tak właśnie odebrać. Zwyczajnie nie lubiła tego typu ozdób, lecz praca w branży gastronomicznej rzadko pozwalała jej na luksus rozpuszczenia włosów.

    Dalaja

    OdpowiedzUsuń
  41. Debbie nie obawiała się tego, że miłość Iana do niej mogłaby przybrać nie ten kierunek, na którym im zależało, bo choć sama kochała Hunta i czuła, że i on musi darzyć ją podobnym uczuciem, to niespecjalnie dopuszczała do siebie tę myśl. Robili jednak wszystko, aby utwierdzać się w tym przekonaniu, obdarowując się gestami, czułostkami i bliskością, ale jednak żadne z nich nie zdobyło się na to wyznanie, które dusiło Grayson już od dłuższego czasu. Dusiło ją już wtedy, kiedy wyganiała go ze swojego łóżka. I na wszystkich bogów tego świata, żałowała tego do dzisiaj, ale też wiedziała, że żadne przeprosiny tutaj nie pomogą. Musiała nauczyć się z tym żyć.
    I teraz, kiedy wtulała się w Iana, ubranego w policyjny mundur jego starszego brata, chłonęła jego zapach. Ten sam, którym napawała się wtedy, gdy w kinie samochodowym zajmowali tylną kanapę Cadillaca, mając w głębokim poważaniu film. Uspokajał ją. Koił. Łagodził frustrację i lęk, więc gdy tylko ją objął, ona dołączyła do tego drugą rękę, wtulając się w niego jeszcze mocniej. Wystarczyło jej, że przycisnął usta do czapki rudowłosej, aby ta przymknęła oczy. Nie ruszała się, nie ponaglała go. Dawała im tyle czasu, ile potrzebowali.
    Świadomość, że obydwoje pojmują dom tak samo, pojawiła się w niej dopiero wtedy, gdy wsiadła do auta i zrozumiała, dokąd jadą. Chciała mieć takie miejsce, w którym obydwoje mieliby swój kąt, co prawda – rozgaszczała się w jego mieszkaniu, z każdym kolejnym pobytem zostawiając kolejną rzecz, czasami celowo, czasami zupełnym przypadkiem. Coraz więcej wolnego czasu spędzała właśnie tam, na Harlemie. Nie tęskniłą za Tonyą, a ta nie tęskniła za Debbie, bardzo często mając mieszkanie tylko dla siebie.
    Przez większą część trasy milczała, ale nie było to milczenie złe. Po prostu potrzebowała oczyścić głowę, a Ian jej na to pozwalał. Jak zawsze. Dłoń Debbie prędko odnalazła się na udzie Hunta. Ruda przekręciła głowę w jego stronę, ale przymknęła oczy i otworzyła je dopiero wtedy, gdy zatrzymali się na jednym z czerwonych świateł.
    Również i ona się uśmiechnęła, bez większego trudu, z rozmazanym tuszem pod jednym okiem, z widocznie zmęczonym spojrzeniem i tym brakiem energii, który zdarzał jej się raczej rzadko.
    — Wiesz… — odezwała się cicho, gdy Ian ruszył. — Lubię z tobą jeździć — przyznała i mogło się to wydawać bez sensu, zupełnie niepowiązane z tym, co się jeszcze nie tak dawno działo. Przesunęła palcami po jego nodze. Ale potrzebowała tego. Tego wyznania, które miało zastąpić to inne, najważniejsze, duszące i gniotące serce Debbie.
    Spostrzegła, że dojechali już do rejonu, w którym mieszkał Ian. Odetchnęła z ulgą, jakby dopiero teraz zostawiła za sobą widmo imprezy. Parapetówki, jaka niewątpliwie nie mogła zaliczać się do udanych. Przynajmniej dla Debbie.
    Wysiadła z auta, gdy Hunt zaparkował. Złapała obie paczki chipsów, poprawiłę tę cholerną czapkę i wykonując ten ruch, po prostu ją ściągnęła.
    — Chyba ją wywalę — mruknęła, a potem poczekała na Iana, wyciągając w jego stronę wolną dłoń. Chciała, aby wszystko było normalnie, w porządku, bez zmian, ale mimo wszystko zdarzało jej się odtwarzać zajście z kuchni własnego brata. I ta zdawkowa odpowiedź Iana, a właściwie jej brak, tylko potaknięcie to głową. Westchnęła.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  42. To dobrze, że Ian wiedział, że Debbie lubiła z nim jeździć. Dobrze, że nie musiała mu tego tłumaczyć, bo byłoby to co najmniej ciężkie do wytłumaczenia, jak bowiem miała powiedzieć, że samochód stanowił dla niej komfortową strefę, bezpieczną przystań, choć gdzieś w tyle jej głowy czaiło się przypuszczenie, graniczące z pewnością, że Ian zrozumiałby to, co chciała mu przekazać. Bo przecież chodziło jej o to, że czuła się przy nim dobrze, czy to we wnętrzu Cadillaca, czy też poza nim. To Ian, jego uśmiech, ciepłe spojrzenie i silne ramiona budziły w niej to poczucie bezpieczeństwa. To przy nim czuła się małą dziewczynką i wcale się tego nie wstydziła, a przecież na co dzień była silną, niezależną kobietą, w dodatku w policyjnym mundurze. Przy Huncie mogła poczuć się słaba, bo wiedziała, że nic jej nie grozi, że nikt się o tym nie dowie. Dlatego tak bardzo spanikowała, gdy dotarło do niej, że Peter chciał jej zaszkodzić, czyniąc z niej ofiarę. Nie chciała być ofiarą.
    Złapała dłoń Iana, odnajdując się i w tej przestrzeni. Splotła ich palce, zupełnie nie protestując, kiedy Hunt zabrał z jej drugiej dłoni czapkę. Początkowo wystraszyła się tego, że zabierze też chipsy i wyrzuci je do kosza, ale ostatecznie wylądowała tam tylko czapka. Debbie pozwoliła sobie na krótki śmiech, gdy to zauważyła. Był to kolejny przykład, jak przy Ianie wszystko stawało się proste. Wystarczyło, aby powiedziała, że chce się czegoś pozbyć, a mężczyzna od razu przechodził do działania.
    Wdrapanie się na wysokie piętro było trudne, zwłaszcza, że Debbie nadal poruszała się lekko chwiejnie, nie będąc nadal do końca trzeźwą. Zaraz po wejściu do mieszkania, Grayson ściągnęła buty i ramoneskę, odwieszając ją na haczyk. Naprawdę czuła się tutaj, jak u siebie, i ta też się zachowywała. Bez skrępowania i bez wahania kierując swe kroki w stronę kuchennego blatu, gdzie odłożyła przekąski.
    Już chciała iść najpierw do sypialni, gdzie wciągnęłaby na tyłek leginsy i podkradłaby Ianowi jedną z obszerniejszych bluz, aby móc się w nią zawinąć, a potem do łazienki, gdzie zmyłaby mocniejszy niż codzienny makijaż. Nie było jej to dane, bo Hunt przechwycił ją w pół kroku. Pozwoliła mu na to, wsparła się o jego plecy, śmiejąc się cicho.
    A potem znowu stali już zwróceni do siebie twarzami. Debbie zadzierała głowę ku górze, jak zawsze, gdy była tak blisko Hunta. Uwielbiała go. Uwielbiała go czuć przy sobie i kochała ten zapach, którym się otaczał. Zamruczała cicho, a było to o tyle zaskakujące, że nawet tego nie planowała. To się po prostu wydarzyło, gdy wsuwała swoje dłonie na boki pana policjanta. Uśmiechnęła się, bo miała wrażenie, że faktycznie wszystko powoli wracało na swoje miejsce.
    — Jest halloween — zauważyła całkiem bystrze, wspięła się na palce i skradła mu krótkiego, słodkiego całusa. Tęskniła za jego smakiem. — Może jakiś horror? — zaproponowała, opadając na pełne stopy. — Ale taki nie za straszny? — Niemal niewinny uśmiech pojawił się na jej buźce, gdy proponowała niezbyt konkretne rozwiązanie. Nie podała w końcu ani jednego tytułu, bo też jednak nie była specjalistką od strasznych filmów… — O! A może nie horror, tylko parodia. Pamiętasz jeszcze Scary movie? — spytała, zaciskając palce na materiale ciemnej, policyjnej koszuli i nagle przestało jej się gdziekolwiek śpieszyć. Bo mogłaby tak stać i stać, wpatrując się w te bursztynowe, cudowne oczy.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  43. Debbie potrafiła się śmiać godzinę po tym, jak niewiele brakowało, a wypiłaby przyprawionego drinka na imprezie w mieszkaniu własnego brata, bo Ian był obok niej. I choć nadal czuła to nieprzyjemne ukłucie niezadowolenia, kiedy przypominała sobie o widoki Hunta bijącego Petera, to starała się po prostu o tym nie myśleć. Bo to też nie było tak, że Debbie uważała, aby Ian zrobił coś złego. Popierała jego czyny, decyzje i reakcje, pewnie, gdyby zamienili się miejscami, zrobiłaby dokładnie to samo. Zajebałaby tego kogoś, kto chciałby skrzywdzić Iana. Nie podobało jej się jednak to, że Peter był niemal zalany w trupa, a przez to jego szanse w starciu z Ianem zmalały i byłoby to o tyle niesprawiedliwe, że mściwy Peter mógłby chcieć zemścić się też na Huncie, a Debbie nie mogła na to pozwolić. Nigdy nie pozwoliłaby na to, aby coś stało się Ianowi, a nadal pamiętała jego widok z tamtego magazynu. Jak bardzo zabolało ją serce, gdy go wtedy zobaczyła, jak mocno ścisnęło jej wnętrzem, gdy dotarło do niej, że ktoś czyhał na jego bezpieczeństwo, zdrowie, a może nawet i życie. Nigdy nie zadawała zbyt wielu pytań związanych z tamtym zdarzeniem, chociaż ją kusiło. Chciała wiedzieć, kto mógł na tym stać i co przewidywał Ian – czy to miała być forma groźby czy już sąd. Nie wiedziała. I nie mogła się dowiedzieć, bo był to teren, na który Debbie nie miała wstępu.
    Czuła to, jak mocniej zacisnął palce na jej talii. Sprawiło to, że uniosła brew ku górze i tym razem to ona nie zdążyła zrobić nic więcej, niż wygiąć się w delikatny łuk i odwzajemnić ten słodki, czuły i przyjemnie leniwy pocałunek. Debbie na moment zamarła, dłonie układając na przedramionach Iana, a im więcej siebie dawała w tym pocałunku, rozchylając zapraszająco wargi, jej palce sunęły wyżej, na jego ramiona, których mięśnie prężyły się pod materiałem policyjnej koszuli, przez szerokie barki i odkrytą szyję, gdzie bez trudu wyczuła mocny puls Hunta. Ostatecznie wplotła palce we włosy Iana, paznokciami przesuwając po męskim karku.
    Nie odsunęła się i ona, czując muskania jego warg, gdy zadawał jej pytanie.
    Naturalnie przychodziła im tego rodzaju bliskość. Jakakolwiek bliskość przychodziła im naturalnie. Debbie widziała siebie w objęciach Hunta i nawet nie musiała zastanawiać się nad tym, czy to możliwe. Bo odkąd oficjalnie byli ze sobą, było to możliwe.
    — Jak zaczynać, to tylko od pierwszej części… — odparła szeptem, uskoczyła twarzą delikatnie w bok, ustami muskając kącik ust Iana, a potem policzek. Wiedziała, że mogliby się dać teraz ponieść emocjom przy kuchennych meblach, co przecież już im się zdarzało, ale mimo śmiechu, mimo uśmiechów, jakie mu posyłała, czuła się wewnętrznie brudna i chciała pozbyć się wszystkiego, co łączyło się z dzisiejszą imprezą. — Wezmę coś do przebrania i zajmę na chwilę łazienkę, ok? — *spytała, chociaż nie musiała, bo gdyby Ian w łazience się pojawił, Debbie nie miałaby nic przeciwko temu, aby ogarniać się w jego towarzystwie. Chciała mu jednak dać znać, że nie przerywa tych czułości na zbyt długo. Pocałowała go. Znowu, krótko i szybko, a zaraz potem wyswobodziła się z męskich objęć.
    Wparowała do sypialni i z naręczem ubrań na przebranie, pomaszerowała do łazienki tuż obok. Przymknęła drzwi. Ciuchy, w których była, wrzuciła do kosza na pranie, a potem zostając w samej bieliźnie, zmyła makijaż, korzystając z tego, że łazienka Iana zapełniała się też kosmetykami, żeby Debbie musiała za każdym razem brać ich ze sobą. Umyła też zęby i wypłukała usta, by pozbyć się posmaku alkoholu i kiedy spięła włosy w wysokiego, niedbałego koczka, wsunęła na nogi legginsy w kolorze butelkowej zieleni, a na górę wsunęła bluzę Iana, kangurkę, z obszernym kapturem. Wywinęła rękawy, bo tonęła w tym konkretnym ciuchu, ale kiedy wyszła z łazienki, czuła się o niebo lepiej, gotowa nawet na całonocny seans.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  44. Wiadomość o zamordowaniu Dio zastała ją, gdy przebywała w rodzinnym mieście przygotowując się do obchodów Día de los Muertos. Nie wróciła jednak od razu, uznając że ten czort nie zasługuje na to, by rezygnowała z możliwości spędzenia paru dni z dawno niewidzianą familią. Szczególnie, że wielowiekowa meksykańska tradycja sprawiała, że do ogromnej wilii należącej do jej wujostwa co roku przyjeżdżali bliscy zazwyczaj rozrzuceni niemal po całym świecie. Gdyby zależało to wyłącznie od niej, jego pamięć nie zostałaby nawet podtrzymana poprzez zdjęcie na ołtarzyku przyozdobionym świecami oraz wonnymi kwiatami, pośród których jak zwykle postawiono liczne talerzyk wręcz uginające się pod ciężarem klasycznych smakołyków, wierząc że gdy zmarli krewni przekroczą most łączący ich krainę ze światem żyjących, z pewnością zechcą przypomnieć sobie stare smaki. Zresztą i tak zanim pozwolono jej wreszcie przejąć oficjalną opiekę nad Fire Moon, musiała poczekać na wyniki sekcji zwłok i zająć się wszystkimi formalnościami związanymi z pogrzebem. Ten odprawiła możliwie najmniejszym kosztem. Tyle tylko, by na jego ciele nie żerowały dzikie zwierzęta lub bezpańskie koty czy psy. Nie widziała najmniejszego powodu, by miała się bardziej o niego troszczyć. Jedyną rzecz, którą sobie po nim pozostawiła stanowił jego jeep. Jakoś tak szkoda jej było sprzedawać tak nowe auto. Zresztą skoro w owym czasie nie miała innego źródła prywatnego transportu, stwierdziła że ułatwi jej on stałe podróże do podopiecznych.
    - Właściwie to praktycznie wszystkim, co tylko potrafisz sobie wyobrazić. – Odparła po chwili zastanowienia. – Nie wiem na ile mogę liczyć na te zapewnienia, że doktor Black potrafi sprawić, by tym razem sprawa rozwodowa faktycznie doszła do końca. – Westchnęła ciężko. – Boję się, że to była tylko zwykła zagrywka psychologiczna, mająca poprawić nasze samopoczucie i znowu nic z tego nie będzie. Ba, w swojej karierze zawodowej wielokrotnie spotkałam się już z sytuacją, że gdy nieszczęsne dzieciaki wracały do takiego domu, ten który odważył się zadzwonić po pomoc i bronić młodszego rodzeństwa, był, no sam wiesz… - Rzuciła mu zarazem wściekłe jak i zbolałe spojrzenie. – … unieszkodliwiany. A tu mówimy w dodatku o dziewczynce. Ian, przecież po takim czymś ten skurwiel gotów ją rzeczywiście zamordować lub sprzedać za następną flaszkę. A ja albo w ogóle się o tym nie dowiem albo dowiem się dopiero od policjantów. Sam też wiesz najlepiej jak wyglądają nasze sierocińce. Są przepełnione i raczej trudno tam mówić o wykwalifikowanych psychologach, przy których takie maluchy nauczą się na nowo ufać dorosłym. To totalnie porąbane. Na twoim miejscu też przez jakiś czas miałabym się na baczności. Tacy ludzie jak ten palant, gdy zwęszą nadchodzącą groźbę więzienia, gotowi zemścić się na każdym, kto tylko miał jakikolwiek związek z ich ujęciem. – Dodała na koniec.
    Wyszedłszy z łazienki, obrzuciła Hunta szybkim spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się z pewnym rozczuleniem. Teraz była już w stu procentach pewna – zyskał formalne zaproszenie do wąskiego grona osób, które paczka jej dawnych ulicznych kumpli po długich i starannych obserwacjach była gotowa zaakceptować jako jedną ze swoich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Widzę że zostałeś zaproszony do ich ulubionej odprężającej gry o nazwie Co kocham w tym pojebanym mieście ? – Zaśmiała się, pomagając mu przejść przez ostatnie korytarze dzielące ich od parkingu. – Gratulacje, na palcach jednej ręki mogę policzyć ile osób spoza naszego grona zostało w nią wciągniętych. – Pozwoliła sobie na parę cichych klaśnięć. – Zasady są proste: za każdym razem, gdy wydarzy się coś, co mogło mocno nadwyrężyć psychikę, któregoś z nas zbieramy się w domu jednego z nas i zaczynamy wymieniać rzeczy, przez które nadal na przekór wszystkiemu tkwimy w Nowym Jorku. I tak aż do momentu aż ktoś wreszcie nie rzuci jakąś wadą, jak wielogodzinne korki, bo wtedy leci już wszystko, co komu ślina na język przyniesie. Jak to na imprezie. A skoro naszą dzisiejszą akcję ratunkową Chris podpiął pod kategorię zadań ekstremalnych, zapewne już wpadli do mnie. Jeśli chcesz do nich dołączyć, możesz wejść ze mną na górę. Trochę się rozluźnisz i coś zjesz. Jak ich znam, to zdążyli przygotować jakieś szybie dania, drinki i papierosy. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie zapomnieli z petami wynieść się na balkon. – Ostatnie zdanie niemal wymruczała, nie chcąc by doleciało do uszu mężczyzny.
      Nie skomentowała w żaden sposób tego, że nie skorzystał z jej propozycji przepierki. Prawdę powiedziawszy była mu nawet za to wdzięczna. Wystarczyło że wiele lat temu dała się wciągnąć w taką nieformalną umowę swoim znajomym. Kiedyś odruchowo uprała koszulkę jednego z nich, która walała jej się po domu i tak już jakoś pozostało. Cóż, skoro nadal ją pilnowali, uznała że mieli swoje prawa.
      - No proszę, bywasz czasem ciekawski. – Rzuciła zdziwiona z lekką melancholią wypisaną na twarzy, zaplątując sobie kosmyki wokół palców lewej ręki. – Z drugiej strony nic dziwnego, skoro miałeś tylko starszego brata, a mnie poznałeś dopiero jako młodą dorosłą kobietę. Za tym przezwiskiem kryje się ta część mojej historii, której do tej pory nie dane było ci poznać. Cóż, do Nowego Jorku przyleciałam niedługo po śmierci padre, mając dziesięć lat. Nawet Dio potrafił na tyle połączyć klocki, by wiedzieć, że jeśli zaciągnie mnie od razu do Fire Moon i każe obsługiwać klientów, lada moment zjawi się u niego policja. Zadbał więc o to, bym zabawiała tylko tych, którzy nie bali się odwiedzać go w domu. A że śmiałków na obcowanie z dzieciakiem było tyle, co kot napłakał, szybko uznał że nie przynoszę mu zysków, a skoro tak ograniczy koszty przeznaczone na moje wychowanie do niezbędnego minimum. Tyle, że kompletnie nie wiedział co to znaczy, więc musiałam zacząć kombinować sama. Tak oto trafiłam na ulicę i poznałam Milo, który po tym jak dosłownie uratował mi życie, przedstawił mnie reszcie. Jak sam wiesz, w tym wieku chłopcy są zwykle już nieco wyżsi, a gdy dodamy do tego niedożywienie i fakt, że część z nich od dawna trenowała boks albo inne sporty, wyglądałam przy nich wówczas niemal na porcelanową lalkę, co zresztą zazwyczaj pomagało mi nie rzucać się za bardzo w oczy podczas wspólnego oskubywania przechodniów. W pewnym momencie któryś stwierdził, że ginę w tym tłumie niemal jak Calineczka i tak już jest do dzisiaj, mimo że dawno skończyłam z tym procederem, a część z nich w miarę wyszła na prostą.

      Dalaja

      Usuń
  45. W tym prostym, domowym stroju mając o wiele większe znaczenie tego wieczoru niż każdego innego dnia, Debbie poczuła się lepiej. Podomki zawsze kojarzyły jej się z komfortem, z końcem kolejnego dnia, ze spokojem, z zamknięciem drzwi i zakończeniem kolejnego mikro rozdziału w swoim życiu. Dzisiaj było w tym coś jeszcze. Bo to nie był mikro rozdział. To było coś poważnego, co mogło mieć katastrofalne skutki. I nie było tu gdybania, bo jedynym czynnikiem, który temu zapobiegł, był Ian. Gdyby nie on, to nie byłoby żadnego może, żadnego ale, bo gdyby Debbie napiła się swojego drinka, to prędzej czy później odczułaby jakieś konsekwencje. Mniejsze lub większe, ale z pewnością jakieś.
    Nie myślała jednak o tym, gdy stała w skarpetkach naciągniętych na nogawki legginsów, aby te nie podsuwały się do góry, z dłońmi schowanymi w dużej kieszeni na przodzie bluzy.
    Debbie mogła być słodka, urocza i niewinna, choć to oblicze najczęściej dochodziło do głosu właśnie wtedy, kiedy była tylko z Ianem. Mogła być też wściekła i przerażona tak, jak w mieszkaniu Mike’a. Mogła być też zabawna, formalna i surowa. Mogła być Debbie na wiele sposobów, ale lubiła być Debbie przy Ianie. Tak, jak teraz. Bez żadnego dookoła, bez wszystkiego, co mogłoby ich rozpraszać.
    Był tylko Ian w swoich dresowych spodniach i koszulce. Z ręką w kieszeni, przed telewizorem, który aktualnie stanowił jedyne źródło światło w mieszkaniu Hunta. Niebieskawe światło oświetlało jego sylwetkę, a sam Ian rzucał cień na ścianę, przy której stał narożnik. Ten widok był wszystkim, czego Debbie aktualnie potrzebowała.
    I gdy Ian spojrzał w jej stronę, gdy posłał jej ten cudowny, ciepły uśmiech, który zarezerwowany był tylko dla niej, odpowiedziała tym samym.
    — Strasznie mi wygodnie… — odparła. — Najwygodniej na świecie — dodała, robiąc kroki w jego stronę. Dopiero wtedy zauważyła na blacie stolika miskę z chipsami i colę zero rozlaną do szklanek. Uśmiechnęła się. Lubiła colę zero. — Znalazłeś? — spytała, gdy stanęła tuż obok niego i gotowa była rzucić się na kanapę, ale nie zrobiła tego. Ian stał do niej bokiem, więc ona musiała odwrócić głowę, by spojrzeć na telewizor.
    Ręce Debbie wcisnęły się pod ramię Hunta, obejmując go z tej perspektywy pasie. Sama Debbie na ramieniu mężczyzny oparła brodę. Nadal lekko podchmielona, ale już zdecydowanie lepiej funkcjonująca. Nadal w lekkim szoku i z niezrozumieniem, ale próbowała zostawić to za sobą, choć w jej głowie pojawiła się myśl, aby do Petera napisać i wyjaśnić sytuację, ale na trzeźwo. Być może nawet się spotkać i postawić granicę, ale nie wyobrażała sobie takiego spotkania bez Iana, a obawiała się wtedy jego konsekwencji.
    — Ian… — szepnęła cicho, wbijając mocniej brodę w jego ramię. I tak, jak stała, tak westchnęła, nagle to czoło opierając na ramieniu, a rękaw czarnej koszulki uraczył krótkiego całusa. I to pewnie nie był idealny moment, to nawet nie był moment zbliżony do tego, co pokazywano w tych wszystkich filmach. Debbie nie wstrzymywała oddechu, głos nie ugrzązł jej w gardle, wręcz przeciwnie, bo słowa, które miała powiedzieć, przecież cisnęły jej się na usta od dłuższego czasu.
    — Kocham cię, wiesz? — Ni to spytała, ni to wyznała, czując, że postępuje właściwie. Że to, co czuje to Iana zasługuje na to, aby w końcu wybrzmieć. Aby zaistnieć. Żeby Hunt nie miał pewności, co do tego, jakim uczuciem darzyła go Deborah Grayson.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  46. Debbie to powiedziała. I powinno jej ulżyć, że w końcu pozwoliła sobie na to, aby wylać te emocje z siebie, aby pomóc znaleźć im ujście. Przez chwilę nawet poczuła coś, co tą ulgą mogłoby być. Nie oczekiwała, że Hunt jej jakkolwiek na to wyznanie odpowie, bo to była jej potrzeba, jej pragnienie wyznania mu tego, co do niego czuje i nawet przez moment zastanawiała się, dlaczego tak długo z tym zwlekała, a potem Ian schował pilot do kieszeni spodni i obrócił się w jej stronę.
    Zamarła, niepewna, czy postąpiła słusznie, kiedy Ian przycisnął ją do siebie tak mocno, obejmując silnymi ramionami, że nie mogła nawet odchylić głowy i na niego spojrzeć. A chciała na niego patrzeć. Nie rozumiała, ale nie trwało to zbyt długo, bo Ian się odezwał. Wszelkie napięcie opuściło Grayson, drugie ramię dołączyło do pierwszego i w końcu to ona objęła Iana, czując, jak chował twarz w jej włosach. Słowa Hunta nią wstrząsnęły. Mogła się tego spodziewać, biorąc pod uwagę, jakie miał dzieciństwo, ale też nigdy przenigdy nie rozmawiali o jego byłych partnerkach, więc nie wiedziała, czy kiedykolwiek był w związku, w którym posypały się wyznania, nawet jeśli dyktowane były chwilowymi uniesieniami.
    Przez ułamek sekundy poczuła, jak robi jej się przykro, ale szybko zrozumiała, że to nie tego typu uczucia powinna kierować w stronę Hunta. Nie mogli zmienić przeszłości. Wciskając policzek w męską koszulkę, wdychała dobrze znany jej zapach, który stanowił jej prywatny, zupełnie nieszkodliwy narkotyk, jeszcze mocniej splatając ze sobą palce w okolicy lędźwi Iana.
    Milczała przez chwilę, nawet nie wiedząc, co mogłaby odpowiedzieć na wyznanie Iana, nieco różne od tego, co powiedziała mu Debbie. Ale ona wiedziała. Wiedziała, że gdyby jej nie kochał, to nie przygarnąłby jej teraz do siebie. Nie w taki sposób, blokując jej jakąkolwiek drogę ucieczki swoimi ramionami. Przylgnęła do niego i nie dość, że tonęła w obszernej bluzie, to wydawało się, że chce się wtopić również w stojącego przy niej mężczyznę.
    — Mogę mówić to codziennie — przyznała nagle. Cicho, nieco z trudem, gdy tak ciasno przylegała do Iana. Rozumiała, że dla niego było to coś nowego. Nietypowego i że nie musiał być wcale na to gotowy, nawet jeśli i umysł, i serce podpowiadały mu, że to właśnie to. — Będę mówić ci to codziennie. — Zmieniła nagle zdanie i spróbowała się odrobinę wygiąć do tyłu, choć bezskutecznie. Poddała się i westchnęła, dłońmi gładząc plecy Iana, czując bijące od niego ciepło przez cienki materiał koszulki.
    — Dopóki nie uznasz, że masz tego dość — dodała, nie chcąc go za nim w świecie wystraszyć tym ogromem miłości, który w sobie miała i który ukierunkowany był właśnie na niego. Naprawdę nie wyobrażała sobie kolejnych dni bez niego. I nie potrafiła nadal zrozumieć, kiedy to się stało. Kiedy tak zdecydowanie przepadła dla tego jedynego mężczyzny, który w żaden oficjalny sposób nie był dla niej odpowiedni, ale gdy zdejmowali te łatki, dzięki którym funkcjonowali w społeczeństwo, okazywał się idealny.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  47. [ŻÓŁTY TO JEST JEGO KOLOR 💛!]

    Poczuła, jak palce Iana zaciskają się odrobinę mocniej tuż nad jej łokciem i właśnie ten drobny nacisk był dla niej bardziej wymowny niż szept wypowiedziany chwilę wcześniej. Ortega. Nazwisko wybrzmiało jej w głowie ciężko, jakby miało własny ciężar gatunkowy, który należało unieść i udźwignąć bez mrugnięcia okiem. Twarz zachowała jednak spokojną, niemal obojętną, wyćwiczoną latami pracy w środowisku, gdzie emocje były luksusem, na który nie zawsze można było sobie pozwolić.
    Zanim usiadła, pozwoliła sobie na krótkie, szybkie spojrzenie w stronę mężczyzny siedzącego po prawej. Ortega nie wyglądał jak ktoś, kto musi cokolwiek udowadniać. Nie miał w sobie ostentacji ani teatralnej groźby. Był czysty w formie. Ubrany w schludny garnitur. Rozpięta marynarka, ręce oparte luźno na udach. W jego spojrzeniu czaiło się coś spokojnego i czujnego jednocześnie, jak u drapieżnika, który nie musi się spieszyć, bo wie, że i tak ma przewagę. To właśnie było w nim najbardziej niepokojące.
    Vanessa usiadła dopiero wtedy, gdy Ian znalazł się już w boksie, dokładnie tak, jak to zaplanował, ponieważ z nią bliżej wyjścia, z nim po drugiej stronie, jak cichy komunikat, że jeśli coś pójdzie nie tak, to ona ma ruszyć pierwsza. Zarejestrowała to bez komentarza. Zawsze rejestrowała takie rzeczy.
    — Zależy, w jakim charakterze pan Ortega jest dziś naszym gościem — odezwała się spokojnie, odpowiadając Marcusowi, zanim ktokolwiek zdążył ją wyręczyć. Jej głos był równy, pozbawiony drżenia. — Jeśli prywatnym, to wystarczy nazwisko. Jeśli służbowym… — uniosła lekko brew — …to wtedy warto znać kontekst.
    Kącik ust Ortegi drgnął w czymś, co mogło być uśmiechem albo tylko jego namiastką.
    — Bezpośrednia — skomentował nisko. — To mi się podoba.
    Niestety Vanessie ani trochę nie spodobało się to, że w jakimś stopniu spodobała się Ortedze. W najgłębiej poplątanych snach nie przypuszczałaby, że przyjdzie jej spędzać tak, a nie inaczej swój wolny czas.
    Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na butelce whisky. Nie dlatego, że miała ochotę się napić, raczej dlatego, że wiedziała, jaką rolę w takich spotkaniach odgrywa alkohol. Był narzędziem. Rozluźniał, spowalniał reakcje, czasem rozwiązywał języki. Czasem był testem.
    — Jedną — odpowiedziała Marcusowi spokojnie, bez uśmiechu, lekceważąc to, co powiedział o niej Ortega. Nie chciała grać w tą pieprzoną grę słów, zgarniając komplementy od niewłaściwych mężczyzn.
    Nie powinna pić wcale. Należało się powstrzymać, ale też nie chciała wypaść na oschłą, niedostępną Vanessę Kerr. Jak narazie nie groziło ani jej, ani Ianowi żadne niebezpieczeństwo, więc chyba nie stanie się nic złego, jeśli wychyli jedną szklaneczkę whisky? Tymbardziej, że butelka była zamknięta, dlatego też nie krążyły jej po głowie myśli, iż mężczyźni mogli dodać do alkoholu niewłaściwy dodatek, szkodzący jej zdrowiu.
    Nie wyciągnęła ręki po szklankę od razu. Poczekała, aż Marcus naleje, aż szkło dotknie blatu. Dopiero wtedy przesunęła je ku sobie opuszkami palców. Jej dłoń była pewna, nieruchoma, żadnego drżenia, żadnego wahania. Uniosła szklankę na wysokość ust, ale nie spojrzała ani na Marcusa, ani na Iana. Jej wzrok powędrował do Ortegi.
    Mateo Ramírez Ortega patrzył na nią wprost, bez skrępowania, bez ciekawości, która byłaby zbyt nachalna. To było spojrzenie człowieka, który widział już setki takich spotkań i setki takich ludzi. I przeżył ich wszystkich.
    Upiła mały łyk. Alkohol był ciężki, oleisty, z wyraźnym dymnym finiszem. Dobry. Drogim alkoholem łatwiej było kupować złudzenie kontroli.
    — Skoro już tu jesteśmy — odezwała się, odkładając szklankę dokładnie w to samo miejsce, z którego ją podniosła — Proponuję nie tracić czasu na uprzejmości. Nie pasują do tego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marcus parsknął cicho, wyraźnie rozbawiony.
      — Lubię ją — rzucił w stronę Ortegi. — Mówi szybciej, niż myślę.
      — To akurat nie jest komplement — odparła chłodno Vanessa, po czym znów spojrzała na Matea. — A pan nie wygląda na kogoś, kto przyszedł tu słuchać żartów.
      Przez ułamek sekundy w boksie zapadła cisza. Gęsta, ciężka, taka, która osiadała na skórze jak wilgoć. Ian nie ruszył się ani o centymetr, ale Vanessa czuła jego obecność jak napiętą strunę, gotową zadrżeć przy najmniejszym fałszywym dźwięku.
      Ortega w końcu uniósł szklankę i napił się, równie spokojnie jak ona wcześniej.
      — Nie — przyznał. — Przyszedłem sprawdzić, czy warto rozmawiać dalej.
      — A ja przyszłam sprawdzić, czy ta rozmowa w ogóle jest potrzebna.
      Marcus zaśmiał się szerzej, stukając palcem w blat stolika.
      — I właśnie dlatego was tu posadziłem — oznajmił z zadowoleniem. — Dwoje ludzi, którzy nie lubią tracić czasu.
      Vanessa oparła się wygodniej o oparcie kanapy, ale nie spuszczała wzroku z Ortegi.
      — Skoro więc już się sprawdzamy — dodała cicho — To może pan powie, panie Ortega, co dokładnie chce pan dziś zabrać z tego stołu. Bo ja wolę wiedzieć, ile kosztuje rozmowa, zanim rachunek trafi przede mnie.
      Jej głos był spokojny, niemal uprzejmy. Ale pod tą warstwą kryła się gotowość. Nie do ucieczki, lecz do podjęcia decyzji.


      Vanessa Kerr

      Usuń
  48. Choć Debbie obejmowała Iana mocno, z całym sił, to Hunt mógł poczuć, że lewę ramię, to, które około pół roku dostało pierwszą kulkę w życiu młodej policjantki, zaciska się na nim nieco słabiej. I to nie dlatego, że Debbie chciała uścisnąć go oboma ramionami tak samo mocno, a dlatego, że ta ręka była jeszcze zdecydowanie słabsza. Dlatego nawet nie próbowała swoich sił w tym całym konkursie, który powstał zgodnie, choć w milczeniu. Nie ulegało też wątpliwości, że nawet bez wspomnianego postrzału i mimo regularnego uczęszczania na siłownię, Grayson była po prostu słabsza od Iana. Była drobniejsza, może mogłaby go dogonić w pościgu albo obalić z zaskoczenia, ale szczerze wątpiła, aby w uczciwej i regularnej walce miałaby wygrać z kimś jego postury.
    Mimo to, wtulała się w niego tak, jakby w tych drobnych ramionach próbowała objąć cały swój świat i docierało do niej, że to wcale nie było takie proste. Musiała w tyle głowy mieć również to, że życie faktycznie nie było sprawiedliwe i nie traktowało do tej pory Iana łaskawie. Bo gdyby nie to, to pewnie mogłaby poczuć, że z tym swoim słodkim wyznaniem po prostu się wygłupiła. A tak nie było i mimo braku odpowiedzi, czuła, że Hunt próbuje przekazać jej to samo.
    — Wolę cię jednak w dresie — mruknęła niespodziewanie, chwilę po tym, jak Ian zaczął się śmiać w odpowiedzi na jej słowach. Nawet nie wiedziała, skąd to kolejne wyznanie się wzięło, bo przecież wcześniej tego wieczoru była zachwycona tym, jak Ian wyglądał w policyjnym mundurze. Nie mogła się nie uśmiechnąć, kiedy jej głowa podskoczyła nieznacznie w rytm drżenia klatki piersiowej Hunta, wywołanego jego własnym śmiechem.
    Kochała ten śmiech. Nie pojawiał się on znowu tak często, jak uśmiech Iana, ale dzięki temu doceniała każdą chwilę, kiedy mogła go słuchać, choć zwykle trwał krótko. Zbyt krótko.
    — Jesteś pewien tego, co mówisz? — spytała cicho, luzując również swój chwyt, kiedy i Hunt odpuścił. Pozwoliło jej to na zrobienie pół kroku w tył i oparciu brody na jego klatce piersiowej. Uśmiechnęła się, dostrzegając roześmiane oczy Iana, w kąciku których pojawiły się teraz urocze zmarszczki.
    Ją osobiście zaczynały boleć policzki od ciągłego uśmiechu, który rozciągał jej usta. Dłonie Debbie, gdy tylko poluzowała uścisk, przesunęły się w górę pleców Hunta, znajdując sobie nowe miejsce gdzieś pod jego łopatkami.
    — A jeśli będzie tego za dużo i uciekniesz? — Jedna z ładnie wypielęgnowanych, nieco ciemniejszych niż jej włosy, brwi uciekła ku górze. — Jak to się mówi, nigdy nie mów nigdy — rzuciła jeszcze rozbawiona. — Ale dobrze. Mi to pasuje. Kochanie — wymruczała, wiedząc, że już wcześniej nazywała w ten sposób Iana i choć mogło znaczyć to samo, to wcale nie musiało. Kochała go. I był jej kochaniem. To nie budziło żadnych wątpliwości. Przynajmniej nie w samej Debbie i miała nadzieje, że też nie w Ianie. Mogła być jego sprawiedliwością od losu, prezentem, niespodzianką. Mogła być wszystkim, czego tylko potrzebował.
    — Oglądamy — potwierdziła i odczekała, aż Ian zajmie miejsce na najwygodniejszym miejscu na kanapie. I wcale, ale to wcale jej dzisiaj nie przeszkadzało, choć sama uwielbiała ten kącik. Po prostu położyła się na boku, jedną z miękkich poduch upychając między uda Iana a swoją głowę. Potem sięgnęła tylko po miskę z chipsami i ulokowała ją nieco nad kolanami Hunta, gdzie sięgała bez trudu. Na razie potrzebowała właśnie tego. Wyciszenia. Bo działo się zbyt wiele, bo Peter próbował ją naćpać, a potem ona postanowiła Ianowi wyznać swoje uczucia. Bo jej głowa pełna była niewygodnych myśli, których nie mogła do końca przegonić nawet tym, co się działo między nią a Ianem.
    Wiedziała jednak i wiedziała, że Ian też wie, że raczej ruchliwa Debbie, nie wytrzyma długo w tej pozycji.

    Debbie Grayson ♥

    OdpowiedzUsuń
  49. Olivia natomiast nie miała pojęcia, czy lubią ją dzieci i zwierzęta. Zakładała, że przed wypadkiem mogły ją lubić, w końcu przypadki na ostrym dyżurze, które dotyczyły najmłodszych pociech trafiały do niej, do tej młodej, ślicznej i empatycznej pani doktor, która swoim spokojem zarażała nie tylko małych pacjentów, ale i ich rodziców. Nie wkładała w to specjalnie dużo trudu. Właściwie to wcale, przychodziło jej to tak naturalnie, jak użycie stetoskopu. Jednak nawet wtedy Liv potrafiła być suką, ale nigdy w stosunku do dzieci, które najczęściej nie były winne temu, co się z nimi działo. Często ich stan, w jakim zjawiały się w szpitalu, był wynikiem zaniedbania lub zaniechania rodzica, czasami zbyt małej uwagi, jaką poświęcano potomstwu. Fitzgerald jednak była jedną z ostatnich osób, która mogłaby oceniać czyjeś rodzicielstwo. Sama nie była matką, a koty, które miały stanowić namiastkę tego stanu były tylko kotami. Jej rodzice nigdy nie byli wzorowymi opiekunami, pozbywając się dziecka tak szybko, jak tylko mogli. W czyjeś, obce ramiona. A jednak, mimo to, Olivia miała dobre warunki i nigdy niczego jej nie brakowało. Nie nosiła bluz z za krótkimi rękawami i nie kryła się po piwnicach, bo był czas, że ojciec spełniał każdą zachciankę odtrącanej córki, dla której żadne z państwa Fitzgerald nie miało dla niej czasu.
    Zastany w przedpokoju widok ni ziębił, ni grzał Olivię. Nie zrobił na niej żadnego wrażenia, choć pewnie co niektórzy mogli by uznać go za uroczy, w końcu kto widział mrukliwego dilera zabawiającego się w ten czuły, pieszczotliwy sposób z kotem łasym na kolejne głaski? Olivia wpierw spojrzeniem niebieskich oczu zmierzyła Milo, który w tej sytuacji okazał się największym zdrajcą. Bella siedziała na komodzie, nieruchomo, pilnując opakowania z oxy. Dobry kot, pomyślała, spoglądając na kotkę, by ostatecznie spojrzenie zawiesić na prostującym nogi Ianie. Wręczyła mu kopertę i czekała, w tym czasie przede wszystkim milcząc.
    Jej dłoń sięgnęła do łebka Belli, która sama podsunęła się pod tę pieszczotę i chyba była zaskoczona, tak samo, jak Olivia, że przyszło jej to z taką łatwością. Zaniedbywała te futrzaki, skupiając się tylko i wyłącznie na swoim cierpieniu, i miała tego świadomość.
    — Możesz sobie go wziąć… — odezwała się nagle, patrząc na Milo, który usiadł przy nodze Iana i patrzył w górę, próbując w ten niewymowny sposób zwrócić na siebie uwagę dilera swojej właścicielki. — I tak pewnie mnie nienawidzi — dodała tonem pełnym goryczy, z krzywym, niemal bolesnym uśmiechem, kiedy uświadomiła sobie, że mogła mieć rację.
    — Jasne, dam znać — przyznanie tego przyszło jej o wiele łatwiej niż mogłaby przypuszczać. Przecież jeszcze nie tak dawno, bo dzisiaj, wahała się, czy w ogóle jest sens brać pod uwagę posiadanie własnego dilera, który owszem – wszystko by ułatwił i chyba to był największy problem. Bo do tej pory musiała się starać, główkować, kombinować, pilnować, aby nie wpaść podczas jakiś przekrętów, które przecież robiła regularnie. Posiadanie dilera byłoby o tyle łatwiejsze, że nie groziło jej nic. Narażony był Ian Hunt szmuglujący nielegalnie zdobytymi lekami.
    — Prędzej czy później — dodała i choć brzmiała, jakby nie była przekonana, to oboje mogli wiedzieć, że była pewna swoich słów. — Gdybyś ty potrzebował pomocy, wiesz, gdzie mnie szukać — mruknęła, bo przecież mimo wszystko była lekarzem.

    Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń