Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

20/03/2020

2136. Once upon a time in Boston, part one: Knock, knock, knock, Maisie

Maisie zamknęła oczy i odliczyła do trzech. Nienawidziła tego uczucia, które towarzyszyło jej zawsze podczas lądowania samolotu. Nie przepadała również za samymi samolotami, choć te nigdy nie zrobiły jej nic złego. W myślach powtarzała sobie, że jeszcze chwila i będzie na ziemi. Zaraz wyjdzie z tej przeklętej maszyny i rozprostuje kości. Już nie mogła się doczekać, aż odetchnie świeżym, bostońskim powietrzem, aż uniesie głowę w górę, a kropelki deszczu będą spływały po jej twarzy. Deszcz w Nowym Jorku był inny niż ten w Bostonie. Bardziej brudny, bardziej mokry, bardziej smutny i bardziej irytujący. Nie lubiła tamtego deszczu i nie lubiła wychodzić w taką pogodę z mieszkania. Deszczowe dni najchętniej spędzałaby pod kocem z ciepłą herbatką i jakąś dobrą książką. Gdyby stwierdziła, że bostoński deszcz dodaje jej energii i chęci do życia, byłoby to spore zagięcie prawdy. Mogła za to śmiało powiedzieć, że w taką pogodę w Bostonie czuła się znacznie lepiej niż w Nowym Jorku i nie miała ochoty spędzać całego dnia w łóżku.
Rozmyślania na temat pogody, przerwał jej komunikat, że już wylądowali i mogą opuścić pokład. Z szerokim uśmiechem odpięła pas, z łuku bagażowego ściągnęła swoją niewielką walizkę, po czym grzecznie stanęła za innymi ludźmi, którzy również chcieli opuścić samolot.
Niespełna pół godziny później znajdowała się w wielkiej poczekalni i powoli zmierzała w kierunku wyjścia. Teraz pozostawało jej jedynie złapać taksówkę i dojechać do celu. Biorąc pod uwagę wszystkie problemy (w tym brak taksówek oraz korki) podejrzewała, że na miejscu będzie najwcześniej za jakieś dwie godziny. Mimo wszystko, nie przejmowała się tym, a wprost przeciwnie. Cieszyła się, że jest coraz bliżej i coraz mniej czasu dzieli ją od dawno wyczekiwanego spotkania.
Powoli szła przed siebie, starając się omijać spieszących i pchających się ludzi. Nie lubiła, kiedy ktoś obcy się o nią ocierał, popychał albo na nią wpadał. Już teraz miała ochotę ściągnąć z siebie ubrania i wrzucić je do pralki, aby pozbyć się wrażenia, że są w jakiś sposób brudne.
– Jezu Roosevelt Chryste! – wyrwało jej się, kiedy jakiś mężczyzna, około pięćdziesiątki, przepchnął się koło niej i ramieniem uderzył o jej. – Uważaj, jak chodzisz! – Krzyknęła za nim, z trudem powstrzymując się od dodania na końcu „debilu”. Wzięła głębszy oddech, uniosła głowę i zamarła. Lekko rozchyliła usta.
Czarnoskóry mężczyzna stał kilka metrów przed nią i uśmiechał się szeroko. Wyciągnął w jej stronę ręce w zachęcającym geście. Niewiele myśląc, przebiegła dzielącą ich odległość, a będąc dostatecznie blisko, puściła rączki od walizek i rzuciła się mu na szyję z głośnym piskiem. Ten, złapawszy równowagę, objął ją w pasie i nawet lekko uniósł.
– Dziewczyno, przytyłaś – rzucił, odstawiając ją na ziemię, ale wciąż nie przestawał obejmować. Musnął jej policzek i wtulił twarz w jej włosy.
– Zamknij się – wymamrotała w jego ramię. Jak zwykle śmierdział metalem, smarem i innymi olejami. Jeszcze chwilę tak stali, aż w końcu brunetka powoli odsunęła się na długość własnych ramion. – Co ty tu robisz? Mieliśmy się spotkać u ciebie.
– Niespodzianka – uśmiechnął się szeroko. – Chodźmy już stąd, bo to nie koniec niespodzianek – dodał, zabawnie poruszając brwiami. Puścił przyjaciółkę, aby odebrać od niej walizki i oboje wyszli z budynku.
– Co jeszcze mnie czeka? – zapytała, kiedy znaleźli się w samochodzie mężczyzny, a ten próbował wyjechać z parkingu.
– Moja mama, jak się dowiedziała, że przyjeżdżasz, zrobiła kolację. Cała kompania by się najadła, a pewnie i tak by zostało. Znasz ją.
– Ale... jak to się dowiedziała? Przecież miałeś jej nic nie mówić!
– Ale to nie moja wina, Słoneczko, tylko twoja. Od tygodnia jarałaś się na relacjach na Insta, że lecisz do Bostonu.
– Ale Twoja mama nie ma... Nauczyłeś ją korzystać z social mediów?! – zapytała z niedowierzaniem i parsknęła śmiechem. Mężczyzna pokręcił przecząco głową, również się śmiejąc.
– Prędzej bym ją w kosmos wysłał niż czegoś nauczył. Sama się wzięła i nauczyła – odparł, obserwując z zadziornym uśmiechem, jak Maisie drgnęła lekko, słysząc to zdanie. Złapał ją za kolano. – Nie chciała cię nigdzie dodawać, bo wtedy byś się szybko domyśliła, a tak... Niespodzianka.
Reszta podróży minęła im w bardzo wesołej atmosferze. Ciągle żartowali, dogryzali sobie i opowiadali różne historie. Obliczenia Maisie, na szczęście, się nie sprawdziły i pod domem Harveya przyjechali wcześniej o godzinę. Brunetka, nie mogąc się doczekać spotkania z jego matką, szybko wyskoczyła z samochodu i nie przejmując się bagażami, pobiegła do drzwi, po drodze pośpieszając przyjaciela. Z tych emocji nie mogła ustać w jednym miejscu i przypominała trochę szczeniaka, którego ktoś napoił kofeiną.
– Zapraszam w moje skromne progi, Słoneczko – powiedział, otwierając przed nią drzwi. Weszli w głąb mieszkania i od razu uderzył w nich zapach dobrego jedzenia. Maisie uśmiechnęła się szeroko. Dlatego lubiła przychodzić do Harveya. U niego zawsze pachniało dobrym jedzeniem, natomiast jej rodzina stanowiła idealny przykład typowo amerykańskiej. Dieta pudełkowa w ich przypadku była bardzo dosłowna. Zamawiali albo kupowali na wynos dosłownie każdy posiłek. Wyjątek stanowił jej ojciec, ale on potrafił robić tylko genialne pancake z syropem klonowym i nie robił tego zbyt często, twierdząc, że za szybko by się tym przejedli. Maisie, chociaż wiele razy próbowała, to nigdy nie osiągnęła takiego smaku, a teraz oddałaby wiele, aby jeszcze raz móc zjeść choć jednego.
– Część, skarbie! – uśmiechnęła się szeroko na widok leżącego na posłaniu psa. Kucnęła przy nim i zaczęła głaskać za uchem. Pies był stary, Harvey go miał, odkąd sięgała pamięcią, ale wciąż dobrze się trzymał. To, że obecnie nie wstawał, było oznaką tylko i wyłącznie jego lenistwa. – Kto jest ślicznym pieskiem, no kto? – mruczała, wciąż go głaskając i uważając, aby w tej radości jego język nie dotknął jej ust.
Wstała w końcu i otrzepała ręce z niewidocznego pyłku. Ściągnęła również skórzaną kurtkę, którą odwiesiła na wieszak, a na nią zarzuciła ciepły szal, którym była opatulona.
Stukając obcasami weszła do jadalni, gdzie pani Soler upewniała się, że sztućce są idealnie ułożone.
– Dzień dobry! – rzuciła radośnie w stronę kobiety i już miała do niej podejść, kiedy zdała sobie sprawę, że przy stole siedzi ktoś jeszcze. – Joey! – Krzyknęła, szczerząc się wesoło. Mężczyzna wstał od stołu i podszedł do niej. Od razu zarzuciła mu ręce na szyję i mocno się w niego wtuliła. W odróżnieniu od Harveya, nie rzuciła się na niego, bo dobrze wiedziała, że akurat Joey by jej nie złapał. Prędzej oboje znaleźliby się na podłodze i obili sobie tyłki.
– Cześć, Słoneczko moje – mruknął, mocno ją ściskając. – Naprawdę dobrze cię widzieć – dodał, głaskając ją po plecach. Jeszcze chwilę tak postali, aż usłyszeli głośnie chrząknięcie pani Soler, która stała z dłońmi opartymi na biodrach.
Maisie przywitała się jeszcze z kobietą, po czym zniknęła na chwilę w łazience, aby umyć ręce. Wróciła i od razu usiadła do stołu.
– Pomódlmy się – powiedziała pani Soler, chwytając syna oraz Maisie za dłonie. Joey również chwycił ich dłonie. – Panie, pobłogosław te dania i dłonie, które je przygotowały.
– Amen – odpowiedzieli chórem i wzięli się za nakładanie jedzenia.
Pani Soler naprawdę potrafiła gotować. Chociaż byli tutaj tylko w czwórkę, to jedzenia nie brakowało i każdy znalazł coś dla siebie. Na pierwsze danie podała tradycyjną, gęstą zupę z morskich mięczaków ze stanu Massachusetts. Ponadto na stole znajdował się pieczony kurczak, pierś z kurczaka w sosie z serków topionych, pieczone ziemniaki, duszony szponder wołowy, mac and cheese, Buffalo wings, kasza z krewetkami i rukolą, kilka sałatek. Wszyscy zajadali się w najlepsze, rozmawiając i śmiejąc się wesoło, a kobieta co jakiś czas zachęcała ich do nakładania czegokolwiek, bo tak marnie wyglądają, a ona nie chce, aby cokolwiek się z dzisiejszej kolacji zmarnowało.
– Maisie, powiedz no mi jedno... – zaczęła, kiedy wszyscy zgodnie doszli do wniosku, że to dość jedzenia. – Ale za chwilę – dodała, na co Maisie się zaśmiała. Pogładziła się po brzuchu, żałując, że zjadła jeszcze to jedno skrzydełko. Teraz trudność sprawiało jej nawet poruszenie palcami u dłoni. Jęknęła głośno. – Najpierw deser! – Na te słowa Maisie jęknęła jeszcze głośniej, ale kiedy przed jej nosem znalazła się panna cotta z konfiturą malinową, uśmiechnęła się szeroko, a ślinka naleciała jej do ust.
– O co chodzi? – zapytała kobiety, kiedy ta wróciła na swoje miejsce.
– Jesteś młoda i atrakcyjna. Trochę mizernie wyglądasz, ale to pewnie wina Eleanor, bo nie ugotuje ci normalnego obiadu, tylko kupuje te gotowe dania. Ale nie o tym – machnęła ręką. – Chodzi o to, że... Bez owijania w bawełnę, masz kogoś w tym Nowym Jorku? Wiem, wiem. To nie moja sprawa, ale prędzej doczekam się wnuków od ciebie niż od własnego syna. Chyba, że mi zbuduje. Maisie, Słoneczko, nie chcę mieć wnuka-robota. Na pewno ktoś się koło ciebie kręci. Na tym uniwersytecie nie brakuje mądrych ludzi, na pewno, któryś zwrócił na ciebie uwagę. Albo na tych twoich jachtach. Może jakiś biznesmen. Słyszałam, że młody...
– Mamo! – Harvey przerwał kobiecie wykład, widząc, że Maisie zrobiła się dziwnie czerwona. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział ją tak zarumienioną, więc dało mu to do myślenia. Ukradkiem wyciągnął telefon i wystukał wiadomość do przyjaciółki. Brunetka, czując wibrację telefonu w kieszeni, nie musiała nawet sprawdzać, aby wiedzieć, co było napisane w wiadomości.
– No co? Nie twierdzę, że Maisie sama sobie nie poradzi, ale może trzeba ją jakoś naprowadzić.
– Myślę, że sama się już dobrze naprowadziła – parsknął Joey i lekko szturchnął brunetkę w nogę. – No już, nam możesz się przyznać, jesteś wśród przyjaciół. Jaka ona jest? Kolejna brunetka? A może tym razem blondynka? Albo wiem! Przerzuciłaś się na rude.
– Wątpię. Normalną już miała. Pewnie teraz bałamuci jakąś alternatywkę.
– Albo kolejnego nerda. – Joey wymownie poruszył brwiami, na co wciąż zarumieniona Maisie wywróciła oczami.
– Bardziej stawiam na alternatywkę, a może to ktoś sławny, piękny i bogaty? Albo ktoś kogo dobrze znamy? A może to jakaś gwiazda i wasz związek musi być w tajemnicy?
– Możecie przestać rozmawiać o moim życiu erotycznym? – zapytała, wbijając łyżeczkę w deser. – Nic wam nie powiem, bo nikogo nie ma. Ponadto, alternatywka? Serio? I miałam jednego nerda. O jednego za dużo.
– Wiedziałem, wciąż na mnie lecisz. – Joey uśmiechnął się niczym typowy macho i wymownie poruszył brwiami. Widząc skrzywienie na twarzy Maisie, parsknął śmiechem i rozczochrał jej włosy.
  *.*
Od piętnastu minut stała przy barierce i wpatrywała się w wody Zatoki Maine. Wiatr rozwiewał jej włosy, a do nosa dostawał się zapach starej ryby. Mimo wielkiej miłości do mórz i oceanów, chyba nigdy nie polubi tego zapachu. Starała się skupić na dźwięku fal, ale krzyk mew skutecznie jej to utrudniał. Na chwilę zamknęła oczy, powracając wspomnieniami do czasów liceum.
Niekoniecznie zachowywała się jak normalne nastolatki w jej wieku. Nie uśmiechała się zalotnie do chłopców i nie brała udziały w licealnych dramach. Nie spędzała całych dni w centrum handlowym na szukaniu nowych ubrań, bo wolała zamawiać je przez internet. Większość dni spędzała na nauce i walce o lepszy świat. Rozwieszała plakaty promujące segregację śmieci i wynegocjowała mniejsze zużycie plastiku przez szkolną stołówkę. Wiedziała, że ze swoimi wynikami w nauce i osiągnięciami na rzecz szkoły spokojnie mogłaby przeskoczyć kilka klas, ale nie chciała. Nauka była dla niej bardzo ważna, ale jej przyjaźń z Harveyem jeszcze ważniejsza. Nie mogła zostawić go samego w klasie, na pastwę tych wrednych dzieciaków. Ponadto przeskoczywszy kilka klas, szybciej ukończyłaby szkołę i szybciej stałaby się dorosła, a na to nie była gotowa.
Kiedy akurat się nie uczyła albo kogoś nie uczyła, albo nie brała udziału w kolejnej akcji, wraz z Harveyem przesiadywali w sklepie z komiksami. Przeglądali zeszyty, wyłapywali te najlepsze, a ich kolekcje stale się powiększały. To właśnie podczas jednego z takich wypadów poznali Joeya. Maisie kojarzyła go, był czynnym członkiem kółka fizycznego, do którego sama nie miała czasu dołączyć. Ich pierwsza rozmowa odnośnie postaci Uroczego w serii Fable z czasem przerodziła w kłótnię o lepszości uniwersum Marvela nad DC, a to z kolei zapoczątkowało piękną znajomość.
Nikt nie sądził, że pierwszego chłopaka znajdzie sobie w sklepie z komiksami, ale to co łączyło ją z Joeyem było wyjątkowe. Wspólne pasje i zainteresowania, ten sam pociąg do nauk ścisłych i ten sam poziom poczucia humoru. Mieli po siedemnaście lat, cały świat stał przed nimi, a oni i tak woleli spędzać czas w sklepie z komiksami i prowadzić dyskusje na temat superbohaterów.
Mimo sielanki oboje szybko zdali sobie sprawę, że nie są sobie pisani. Była nic porozumienia, ale brakował tej romantycznej otoczki. Był bardziej jej przyjacielem niż chłopakiem.
– Cześć, Słoneczko! – Głos Joeya tuż przy uchu sprawił, że brunetka podskoczyła w miejscu nagle wyrwana z objęć wspomnień. Spojrzała z wyrzutem na przyjaciela, a ten roześmiał się wesoło i cmoknął ją w policzek. – O czym tak myślałaś?
– O nas – odparła zgodnie z prawdą, uśmiechając się lekko. – O tym, jak się poznaliśmy i w ogóle.
– Wiedziałem, wciąż na mnie lecisz – parsknął śmiechem, obracając brunetkę w swoją stronę. – No już, nie będę ci się opierał. – Złożył usta w dzióbek i nieco się zdziwił, kiedy dziewczyna zrobiła krok w jego stronę. Jedną dłoń oparła na jego ramieniu, a drugą przesunęła po karku.
– Jesteś pewny, że tego chcesz? – zapytała, przysuwając się do niego. Szybko ocenił sytuację i ostatecznie musnął policzek przyjaciółki.
– Mam kogoś, Maisie – wyznał w końcu, odsuwając się i opierając o barierkę.
– No w końcu! – Brunetka klasnęła w dłonie i lekko uderzyła przyjaciela w ramię. Widząc jego zaskoczoną minę, wywróciła oczami. – Wczoraj przez trzy godziny debatowaliście na temat kogo bałamucę w Nowym Jorku, a ty się nawet nie zająknąłeś, że kogoś masz!
– Słoneczko, ty zawsze stoisz w centrum. Nie mogłem ci tego odebrać. A rozmowa była ciekawsza.
– I dalej nie wiecie kim on jest – uśmiechnęła się tajemniczo i puściła mu oczko. – I czy w ogóle jest... – dodała, z rozbawieniem obserwując, jak mina przyjaciela się zmienia. – A teraz opowiadaj o twojej miłości, cukiereczku.
– Jesteś podła – stwierdził, szturchając ją lekko ramieniem. – Nazywa się Allison. Przyszła na zastępstwo w zamian za Chrisa, który złamał nogę i nie mógł pracować na sklepie, ale jakoś tak wyszło, że zatrudniłem ją na stałe i... – zaciął się wyraźnie zmieszany, na co Maisie parsknęła śmiechem.
– Masz romans z pracownicą!
Maisie spodziewała się, że Joey znów się zmiesza, może nawet zarumieni i odpowie jej coś złośliwego. Zamiast tego brunet wyraźnie się spiął, a uśmiech zniknął z jego twarzy.
– Nie panikuj – powiedział cicho, wyciągając dłoń w jej stronę. Słowa, które powiedział, wcale nie pomogły, a wprost przeciwnie. Dopiero teraz Maisie naprawdę zaczęła się martwić, a postawa przyjaciela na pewien sposób zaczęła ją przerażać. – Ktoś nas obserwuje – dodał, siląc się na uśmiech, jakby mówił coś zabawnego. – Nie odwracaj się – syknął, widząc drgnięcie ramion przyjaciółki.
– Jak wygląda? – zapytała cicho, z całych sił walcząc, aby podporządkować się do prośby przyjaciela.
– Młody, przed trzydziestką, brunet. Całkiem przystojny – odparł. – Ładnie ubrany. Nie wygląda na kogoś z doków, a tym bardziej na jakiegoś zbira. Chodźmy, może nam nic nie zrobi.
Brunetka pokiwała twierdząco głową i powoli ruszyła z miejsca. Przechodząc, niestety, musieli przejść koło tajemniczego mężczyzny. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały, a Maisie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że skądś go zna. 
 *.*
Wraz z Harveyem przekroczyła próg sklepu, na witrynie którego był wielki napis COMIC WORD. Pomieszczenie było całkiem spore, a Maisie aż uśmiechnęła się szeroko sama do siebie. Przyjemne wspomnienia wracały.
Podeszli do jednego z koszy, przy których akurat nikt nie stał, po drodze machając Joey`owi na przywitanie. Ten skinął im lekko głową i dalej tłumaczył coś grupce nastolatków.
– Mam pytanie – zaczął Harvey, zwracając się do Maisie – Batman to facet w kostiumie nietoperza. Man-bat, to hybryda człowieka z nietoperzem. Czy zatem Man-bat w kostiumie człowieka będzie Man-Batmanem?
– Nie, będzie Batman-Batem – odparł Joey, który właśnie do nich dołączył.
– Czy Man-Batman nie byłby Batmanem ugryzionym przez radioaktywnego człowieka? – Maisie lekko zmarszczyła brwi, wpatrując się w najpierw jednego, a potem w drugiego przyjaciela.
– Batman to człowiek, więc stałby się człowiekiem o mocach... Człowieka. Czyli Man-Manem – wzruszył ramionami Harvey.
– Czyli Man-Man, to człowiek?
– A w stroju nietoperza?
– Będzie Batmanem.
– Człowiek w przebraniu nietoperza, to Batman. Man-Man w takim stroju, to Batman-Man
– Ale, gdyby Batmana ugryzł radioaktywny Man-bat i gdyby walczył w przebraniu Man-bata, to byłby Man-Bat-Man-Bat-Manem czy Man-Bat-Man-Bat-Batmanem?
– A czy pod strojem Man-bata miałby strój Batmana? – Obaj mężczyźni spojrzeli zaskoczeni na przyjaciółkę, która uśmiechała się niewinnie. Maisie natomiast uniosła głowę w górę i zamarła w pół ruchu, kiedy na kanapie, na drugim końcu sklepu, zauważyła mężczyznę z doków, który przeglądał ostatni zeszyt Fable.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ. 

Ostatni dialog, ten o Batmanie i Man-bacie pochodzi z serialu, kto zgadnie z jakiego dostanie ciasteczko i wino :D

2135. Cisza — dźwięk samotności

Ostrzeżenie: w poście znajdują się wulgaryzmy

[…]
— Zbliżają się dwa kolejne plutony droidów — zawołał Hed, uprzednio nakładając na lewe oko celownik przymocowany do hełmu. Wciąż nie mógł nadziwić się zdolnością Tech’a, dzięki której ich drużyna mogła szczycić się jedynymi w swoim rodzaju ulepszeniami pośród galaktyk. Najprawdopodobniej rozwodziłby się nad tym jeszcze dłużej, ale przecież zbliżały się dwa kolejne plutony droidów, a przed drzwiami, za którymi właśnie się ukrywali, leżało drugie tyle sterty zniszczonych robotów.
— Genialnie… — mruknął Hunter, spawając w pośpiechu metalowe drzwi, które w ostatniej chwili zdołali zamknąć z pomocą siły niezawodnego w takich sytuacjach Reck'a. Jego nadludzka zdolność, choć w pewnych kwestiach go ogłupiała, to na pewno nie można było mu odmówić zimnej krwi przydatnej w fali ognia pocisków laserowych.
— Tech, ile jeszcze?
— Jeszcze chwila. Potrzebuję więcej czasu. Nadal próbuję odszyfrować interfejs mózgowy. — Okularnik wystukiwał coś na ekranie wielkiej konstrukcji, próbując zhakować system i dzięki temu odciąć od niego wymęczonego Echo. Ten siedział już na podłodze, wciąż podłączony do wielkiej maszyny kilkoma grubymi kablami. Jeden prowadził wprost do jego czaszki, dwa kolejne wzdłuż metalowego kręgosłupa. Zamiast prawej ręki miał jej cybernetyczną odpowiedniczkę, wyglądem znacznie różniącą się od tej ludzkiej. Jego nogi również zostały zastąpione na metalowe. Był blady, siny i niesamowicie chłodny, ale szczęśliwy.
— Wróciłeś po mnie — wychrypiał, patrząc lekko w górę, na klękającego przed nim przyjaciela. Ostatni raz, gdy się widzieli, runęła Cytadela i nikt nie sądził, że pośród tych ruin znajduje się jeszcze ktoś żywy.
— Od dłuższego czasu miałem nadzieję, że to ty psujesz nam wszystkie plany — zaśmiał się Rex, choć trochę gorzko. Wiedzę Echo wykorzystywano bowiem przeciwko nim, by dzięki temu przewidzieć ruchy każdej z jednostki, ale od teraz to powinno się zmienić.
Wtem na zasuwanych drzwiach zaczął kreślić się czerwony okrąg, rozpalając metal do czerwoności. Hunter poderwał się z miejsca, złapał Heda za ramię, ciągnąc go w głąb pomieszczenia. W międzyczasie zniszczył pada, otwierającego wejście, które już chwilę później i tuż za nimi zatrzasnęło się na dobre. Gdy tylko ten dźwięk wypełnił okrągławy pokój, on wraz z drużynowym snajperem zabrali się za ponowne spawanie łączenia drzwi.
— Już, gotowe — poderwał się Tech, a Rex nie tracąc czasu, zaczął odpinać kolejne rury i kable od ciała Echo. W momencie pozbywania się tej najważniejszej osłabiony mężczyzna upadł na podłogę, zupełnie bezwiednie. Zdziwienia na twarzy Tech’a nie dało się opisać… Nie… Zaraz jednak lekko podniósł się na ludzkiej ręce… Nie… Nie. Nie. Nie


W tym momencie Yarrow zerwał się z zajmowanego miejsca, by zamaszystym ruchem zepchnąć wszystko, co leżało przed nim na wielkim, ciemnym, drewnianym biurku. Krzesło runęło na podłogę, a wraz z nim sterta zapisanych i pustych papierów, które opadały zupełnie jak w spowolnionym tempie, kołysząc się na boki. Długopisy i pióra również kilkukrotnie odbiły się od parkietu, lądując w przeciwnych sobie kierunkach. Mężczyzna zgarbił się, zawieszając głowę. Zamknął oczy, uprzednio opierając się dłońmi o blat biurka. Prawą jednak chwilę później podniósł, by z pełną siłą uderzyć pięścią w płaską powierzchnię.
Syknął z bólu.
Zaciął się w jednym miejscu, nie widząc co dalej z jego własną powieścią. Historią, którą planował na co najmniej kilka książek, zatrzymując się raptem w połowie drugiej części. Yarrow nie mógł zrozumieć, czy w jego głowie panuje tak wielka pustka, czy tak niesamowity chaos, z którego nie potrafił wyciągnąć sensownej kontynuacji opowiadania. Stał w miejscu, a ten zastój wywoływał w nim niemałą frustrację.
Wokół niego panowała zupełna cisza. Mieszkanie było puste, okna szczelnie zamknięte, laptop wyłączony, nawet on sam nie miał śmiałości tego dźwięku przerywać. Dźwięku samotności, dźwięczącej w uchu stałym, jednostajnym piskiem. Książkom zdawał się ten stan pasować, odwrócone grzbietami, obojętne na otaczający je świat, pozwalające oderwać się od świata realnego do tych zupełnie zmyślonych, innych i niezwykłych. Tym razem księgi wyglądały zupełnie tak, jakby odwróciły się plecami, nie chcąc patrzeć na tak żałosne widowisko, które miało miejsce kilka chwil wcześniej. Morris długo im się przyglądał, czując, jak narasta w nim zdenerwowanie tym widokiem. Jednocześnie zdziwił się swoją nietypową reakcją. Do tej pory widok biblioteczki jedynie go uspokajał.
Lekko rozmasowując obolałą dłoń, podszedł do najbliższego okna, wyglądając na ulicę. Nie było tam przesadnej ilości ludzi. Ot tyle, co codziennie przewija się przez nowojorskie chodniki. Większość ludzi przemierzała kolejne metry bruku w zupełnej samotności z nosem w telefonie, ze słuchawkami w uszach, z dłońmi ukrytymi w kieszeniach, z oczami skierowanymi wyłącznie przed siebie. Nikt z nich nie zwracał na siebie większej uwagi. Ignorując, jednocześnie byli ignorowani.
Yarrow obejrzał się za siebie, wprost na otwarte drzwi, w których progu nie stał zupełnie nikt. Było pusto, cicho i samotnie, a jemu do uspokojenia brakowało dotyku ręki na ramieniu i nic więcej. Ścisnął prawą dłoń i znowu syknął z bólu.
Pisarz szybkimi gestami złapał za karafkę, stojącą na pobliskim stoliczku pomiędzy dwoma wielkimi oknami w jego gabinecie. Brązowawy płyn wlał się chaotycznie do kryształowej szklanki, niespodziewanie gubiąc kilka kropel. Yarrow nie zwracał na to kompletnie uwagi, jego myśl skupiała się wyłącznie na alkoholu i wlaniu go wprost do przełyku, co zrobił dość pospiesznie.
Gardło rozpaliło go poczuciem winy i myślą, że nie powinien tego robić. Oparł się jednak o parapet tuż za nim, lekko zdyszany, ale o dziwo uspokojony. Spojrzał na pustą szklankę w swojej lewej dłoni, a następnie na otwartą, kryształową karafkę z pobłyskującym bursztynowym rumem w środku. Zapach unosił się aromatyczny i jednocześnie obrzydzający, a Morris doskonale zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego tak się działo.
— Kurwa — westchnął cicho, przymykając powieki. Następnie nalał do szklanki jeszcze jedną, małą porcję i przechylił głowę, pozwalając by kolejne fale wstydu, wnikały w jego głąb.


Witajcie w moim pierwszym poście fabularnym. Ten długi fragment to kawałek powieści Morrisa, wzorowany na pewnym serialu. Jeżeli ktoś zgadnie nazwę drużyny w niej występującej dostanie wątek w prezencie. Dziękuję Wam za przeczytanie, a Bezie sama wie za co. Bywajcie!

18/03/2020

2134. Są takie miejsca i takie czasy, kiedy bycie nikim przynosi większy zaszczyt niż bycie kimś


W zdecydowanej większości przypadków Munir szczerze żałował, że praca historyka jest tak mało emocjonująca, że w cale nie jest tak, jak mu się wydawało, gdy na wyraźne polecenie ojczyma wybierał kierunek studiów, iż za każdym kolejnym świeżo odkopanym korytarzem kryje się następna zagadka do rozwiązania, ale odkąd zdecydował się postawić całą swoją dotychczasową karierę i życie na ostrzu noża, byle tylko poznać całą prawdę o nigdy niewidzianym biologicznym ojcu, który postanowił się z nim łaskawie skontaktować za pomocą mało wyjaśniającego listu spisanego dopiero na śmiertelnym łożu, doszedł do wniosku, że ten brak głębokich wrażeń miał także swoje dobre strony. Na przykład nie musiał stale martwić się, czy dożyje kolejnego zachodu słońca, spać z pistoletem pod poduszką w obawie, że jakiś szaleniec postanowi zamordować we śnie jego samego oraz cztery wierne psiaki, które z pewnością nie pozwoliłyby tak łatwo zbliżyć się do swojego właścicielka jakiemuś żądnemu krwi bandziorowi, czy niemal codziennie faszerować się dragami, by choć trochę ukoić skołatane nerwy. Tak, w końcu należało przyznać się do tego na głos przed całym światem, znów wrócił do dawnego nałogu, łamiąc tym samym przysięgę złożoną samemu sobie i starszej siostrze wiele lat temu po tej pamiętnej imprezie zorganizowanej przez jednego z jego dawnych znajomych w jednym z licznych barów na Kokopo, której o mało co nie przypłacił przeprowadzeniem się na tamtą stronę albo otrzymaniem kolejnego życia w nowym, zapewne o wiele podlejszym z uwagi na popełnione grzechy wielorakiego rodzaju, wcieleniu. Najchętniej o wiele wcześniej rzuciłby swoją pracę w Half Moon, ale przecież już przy drugim spotkaniu na osobności przysiągł dla Almas, że wyciągnie ją z tego bagna, w które wpakował ją jego przodek, więc nie mógł tak po prostu jej zdradzić, tym bardziej, że Egipcjanka wyraźnie ucieszyła się z faktu, że niedługo najprawdopodobniej znów będzie mogła decydować sama o sobie i zobaczyć swoją małą córeczkę, którą ten wstrętny, nieliczący się z nikim mężczyzna odebrał jej niemal od razu po urodzeniu.  
Właściwie powinien być szczęśliwy, że jego własna matka, której Grek również obiecywał możliwość bezpiecznego opuszczenia pogrążonego w wojennym chaosie Kaszmiru  w zamian za przekazanie na niego części przychodów pochodzących z przekazywanej w jej rodzinie z pokolenia na pokolenie kopalni szmaragdów po stronie pakistańskiej, w odpowiednim momencie zorientowała się, że padła ofiarą oszustwa i wróciła do swojego męża. W innym przypadku jego dzieje przedstawiałyby się zapewne podobnie jak tej dziewczynki, bo na tym dziwacznym świecie istniały również osoby pasjonujące się uprawianiem seksu z nieletnimi chłopcami, a jeśli Ci mieli jeszcze skłonności biseksualne, to można ich było równie dobrze wykorzystać do zabawienia obu płci. A to wszystko pod przykrywką względnie cywilizowanego klubu tanecznego zlokalizowanego miedzy innymi na nowojorskim Bronxie współfinansowanego przez głównego właściciela jednej z największych linii lotniczych na Bałkanach  z siedzibą w mieście Kifisia. 
Uważał, że przez miniony miesiąc zgromadził wystarczająco dużo poważnych dowodów, by przy współpracy z dobrym prawnikiem i policją móc doprowadzić do zamknięcia całego interesu, więc przez ostatnie dni pojawiał się w nim tylko na krótką chwilę, by uśpić czujność swoich współpracowników i szefa. Był zdecydowanie zbyt blisko celu, by móc pozwolić sobie na wykrycie.

***

Cytat w nagłówku pochodzi z książki Więzień nieba autorstwa C. R. Zafóna.  

17/03/2020

2133. Mykwa


— Jak się nazywasz?! — krzyczał męski, zachrypnięty głos docierający do uszu Zeldy jakoś z prawej strony.
Siedziała przywiązana sznurem do krzesła. No oczach miała ciemną opaskę z grubego materiału. W pomieszczeniu nie było ciemno, bo słyszała cały czas dźwięk wydawany przez żarówkę. Nie było też duże, sądząc po tym, jak roznosiło się echo. Nie wiedziała, gdzie była, cały czas bolała ją głowa po uderzeniu. Chyba odzyskała przytomność jakieś kilka minut temu, ale nie potrafiła dokładnie tego określić.
Po kilkunastu sekundach bez odpowiedzi poczuła szarpnięcie do tyłu. Jedna para rąk złapała jej głowę, odchylając ją gwałtownie. Poczuła, jak na jej twarzy ląduje jakiś materiał, który przylegał ciężko do skóry. Zaraz potem przeszyło ją lodowate zimno i nim się zorientowała, w ustach znalazła się woda. Nie mogła oddychać. Płyn dostał się przez nos do dróg oddechowych i zaczęła się krztusić. Dopiero po chwili dotarło do niej, że tak naprawdę się topi i gdy już miała odpłynąć, wszystko ustało. Zostało tylko zimno, ale ono nie przeszkadzało jej, by wziąć głębszy oddech i wypluć zalegający w ustach płyn.
— Jak się nazywasz?!
— Zelda. Zelda Rosenberg — odpowiedziała, krztusząc się wodą.
— Dla kogo pracujesz?
Co to były za pytania? Gdyby nie wiedzieli, dla kogo pracuje, to by jej tu nie trzymali. Inaczej bezsensu byłoby ją porywać. Nie odpowiedziała. Kilka sekund. Usłyszała charakterystyczny świst powietrza, ale nie wiedziała z której strony nadejdzie cios. Z resztą i tak nie zdążyłaby zareagować, była zbyt otumaniona. Z hukiem upadła na podłogę. W plecy wbijało jej się oparcie krzesła, dłoni teraz nie czuła, chociaż to na nie spadł cały ciężar. W ustach poczuła krew, ale musiała lecieć prosto z nosa, sądząc po tym, jak rozlewało się ciepło na twarzy.

Uri spojrzał na zegarek. Otarł nerwowo krople potu, które spływały mu po czole. Od trzech godzin obserwował sytuację zza szyby i zaczynał się zastanawiać, jak długo to może jeszcze potrwać. Niepokoił się, że coś jest nie tak, że może na którymś etapie przygotowań ktoś popełnił jakiś błąd – powiedział coś albo zrobił, zdradzając właściwy cel całego tego zdarzenia. To była próba, test dla nowych, żeby ich sprawdzić, wyłapać słabe punkty i przygotować kompleksowo do pracy. Osobiście nigdy nie był zwolennikiem tej metody, była dosyć inwazyjna jak na coś, co miało być tylko ćwiczeniem dla początkujących.
Jego dłoń zacisnęła się w pięść, kiedy głowa Zeldy opadła bezwiednie do tyłu, a na podłogę zaczęła kapać krew. Prosił jeszcze na wstępie, by postarali się unikać twarzy, żeby nie ryzykować jakimś oszpeceniem. Trening treningiem, ale właśnie dlatego Uri nie lubił udawanych przesłuchań, bo ludzi ponosiły emocje, nie wszyscy potrafili zachować autentyczność bez przekraczania pewnych granic. Niektórzy wczuwali się aż za bardzo, kiedy uczestnik wykazywał się większą upartością i nie wyjawiał docelowej informacji.
Schemat tego testu był prosty. Zespół tworzył pozory wokół jeden osoby, której dotyczyło ćwiczenie, na podstawie różnych sytuacji, które miały już miejsce. Ten etap był najbardziej rozciągnięty w czasie, wymagał odpowiedniego przygotowania i upewnienia się, że sprawdzany człowiek rozumie powagę sytuacji. Następnie powierza mu się jakieś dane, dzięki którym wywiad może pozyskać coś ważnego. Najczęściej jest to coś, co rzeczywiście chcieliby mieć w danym czasie, ale o tym ta osoba nie wie. Po jakimś czasie wystawiają ją w taki czy inny sposób, zapewniają wiarygodną ochronę i czasem wysyłają na urlop, żeby sprawa przycichła. Wtedy dochodzi do porwania, a następnie przesłuchania, które dąży do wyciągnięcia jak największej ilości informacji dotyczących sfingowanej sprawy. Ofiara oczywiście dalej myśli, że wszystko jest naprawdę – bardzo się starają, żeby tak było, inaczej całe przedsięwzięcie nie miałoby sensu.
Ludzie wymiękali różnie. Duszenie, podtapianie, bicie i grożenie były podstawą, poza którą rzadko wykraczano, nie było takiej potrzeby. Trzy godziny to nie był jakiś wyjątkowy rekord, bo niektórzy okazywali się prawdziwymi twardzielami, innych w ogóle nie dało się złamać. To, co niepokoiło Uriego w tym przypadku było jednak trochę inne. Dziewczyna odpowiadała na pytania, ale bardzo powoli, wręcz opieszale, najczęściej znajdując się już na granicy przytomności albo kiedy raz, czy dwa jeden z napastników się zapomniał i wymierzył naprawdę mocny cios albo za długo trzymał ją bez dostępu do powietrza. Do tego Zelda wydawała mu się wyjątkowo spokojna, jak na kogoś, kto powinien myśleć, że stoi na granicy śmierci.
Uri wyciągnął rękę, sięgając po wiszącą przy szybie słuchawkę. Jednym palcem wybrał kod i przyłożył telefon do ucha, czekając na odpowiedź. Coś mu się nie zgadzało i uznał, że powinni natychmiast zakończyć ten test, bo nie było sensu torturować jej przez następne kilka godzin.

ִ₪₪₪

Ostatnie miesiące były dla niej trudne. Doktor Gelber był miłym człowiekiem, ale czas spędzany na spotkaniach z nim wykańczał ją. Jak na psychologa był bardzo bezpośredni, prostolinijny i nie przebierał w słowach. Jego gabinet pachniał papierosami. Zelda wiedziała, że nie układa mu się w małżeństwie i wolne wieczory spędza przy barze, podczas gdy jego żona nie wie, co ma robić ze sobą w domu. Mają syna, który ożenił się z muzułmanką, specjalnie po to wyjeżdżając do Europy. W Izraelu nie ma czegoś takiego, jak ślub cywilny.
— Nie wciskaj mi kitu, Zelda. Nie ma na to wytłumaczenia, nie ma bo tak tam jest i tyle. To były gwałty i dobrze o tym wiesz. Próbując usprawiedliwiać Jaakowa, nie chcesz robić z siebie ofiary. Rozumiem to, ale nie będę zgrywał przed tobą idioty, wierząc, że mężczyzna po trzydziestce, nie wiedział, co robi. Uwierzyłem, że wszyscy tam uważają, że zabiłaś swojego brata nim się w ogóle urodziłaś i na tym poprzestańmy z absurdami. — Gelber aż cały się napiął, gotów rzucić swoim długopisem, którym notował w zeszycie przebieg ich spotkania.
Nie był specjalnie tradycyjnym człowiekiem, bagatelizował większość zwyczajów, które były powszechnie respektowane w kraju i nie przeżywał tak bardzo życiowego wyboru syna w odróżnieniu od żony. Nie miał też nic przeciwko ludziom, którzy uważali inaczej niż on, a o najstarszej żydowskiej dzielnicy w Jerozolimie słyszał czasami w wiadomościach. Jednak po tym, co opowiadała mu Zelda, osobiście zrzuciłby ze stołków wszystkich polityków, którzy poparli wniosek o stworzeniu specjalnej pomocy społecznej dla mieszkańców Mea Sze’arim. Tacy ludzie nie powinni cieszyć się specjalnymi względami w państwie.
Zelda nie odpowiedziała nic, nie spuszczając z Gelbera spojrzenia ciemnych oczu. Nie winiła go za to krytyczne podejście. Spodziewała się, że jeśli będzie z nim szczera, tak jak umawiali się na początku, to właśnie tak zareaguje. Wiedziała też, że się z nią okropnie męczy, bo o wszystkim mówiła bardzo rzeczowo, jakby wcale nie była uczestnikiem tych wszystkich zdarzeń, a jedynie biernym obserwatorem. Te spotkania szły im topornie. Zelda nie umiała mówić o uczuciach, nie umiała ich opisywać ani wyrażać, a do tego próbował właśnie dotrzeć Gelber. Na tym polegała jego praca.
— Przypomniałaś sobie, kiedy ostatni raz podali ci narkotyki? — zapytał już trochę uspokojony, przewracając kilka zapisanych kartek.
— To nie były…
Gelber popatrzył na nią znad notatek, opuszczając lekko swoje okulary na nosie. To było jednoznaczne spojrzenie, wyrażające brak pozwolenia na sprzeciw i dyskusję. Przerabiali to już, ostatnim razem obiecał, że przygotuje dla niej definicję, czym są narkotyki. Nie miał jej przy sobie, ale zapewne domyślał się, że Zelda sama sprawdziła bardzo dokładnie, dlatego nie oponowała. Odwróciła na chwilę wzrok, zaciskając dłonie w pięści i zwężając usta w wąską linię. Wzięła głęboki wdech, wypuściła powietrze nosem i rozluźniła palce, żeby wbić spojrzenie w psychologa.
— Jom Kippur, dziewięć albo osiem lat.
— Kłamiesz.
Zelda uniosła brew do góry, przekrzywiając lekko głowę na bok. Popatrzyła pytająco na mężczyznę.
— Mówiłaś, że Jaakow kazał ci coś pić, żebyś się tak nie wyrywała, nie krzyczała… — Gelber westchnął ciężko, zapisując kolejne notatki.
Na podstawie swoich spostrzeżeń, Gelber robił raporty dla Uriego Katza, który potrzebował ich, by zdecydować, co dalej zrobić z Zeldą. Uri bał się, że jest psychopatką, a takich jednostek nie potrzebowali, były zbyt nieprzewidywalne, żeby móc na nich swobodnie polegać. O to się jednak nie musiał martwić, Gelber ze spokojem mógł wykluczyć takie podejrzenia już po pierwszej rozmowie z dziewczyną. Była chłodna i skryta, ale tak czuła się po prostu bezpieczniej. Ciężko było do niej dotrzeć, ale nie dlatego, że nie chciała współpracować. Jej uległość wobec wyższej sprawy okazała się wręcz zaskakująca, ale nawet najszybszy koń nie wygra wyścigu, jeśli nie wie, dokąd ma biec. Dlatego szło im to tak powoli, jakby próbowali odbudować Świątynię Jerozolimską bez wzbudzania większych kontrowersji wśród wszystkich zainteresowanych. Niemniej, Gelber przepadał za Zeldą. Nie obrażała się, gdy pozwalał sobie na jakieś drobne przekleństwo i nie skarżyła się na smród jego nałogu, który niósł się za nim i rozlewał po gabinecie.
Przez resztę spotkania rozmawiali o tym, jak wyglądała jej relacja z Jaakowem – mężczyzną, któremu została oddana w małżeństwo, gdy miała szesnaście lat. Ciężko było to nazywać relacją, bo z tego, co opowiadała, nie rozmawiali ze sobą. Jaakow wychodził codziennie rano z domu, gdy Zelda jeszcze spała, wracał popołudniu. W tym czasie ona zajmowała się domem i pomagała matce w pracy, dostając za to jakieś pieniądze w ramach wynagrodzenia. Każda rodzina w końcu musiała się jakoś utrzymywać, a większość mężczyzn nie pracowała, studiowali za to pisma w Jego chwale i modliła się w jesziwach. W Mea Sze’arim mieszkania były małe, czasem to był nawet jeden większy pokój, a gotować chodziło się do wspólnych kuchni. Podobnie było z codziennym myciem. Jaakow wracał do domu, jadł i pytał obcesowo, czy dzisiaj krwawi. Czasami Zelda kłamała, wiedząc, że mąż nie zaryzykuje i nie będzie tego sprawdzał. Robiła to tylko wtedy, gdy i tak miało się pojawić za kilka dni, żeby Jaakow nie nabrał podejrzeń. Kobieta w trakcie krwawienia była nieczysta i żaden mężczyzna nie powinien wchodzić z nią wtedy w kontakt fizyczny. Jednak, kiedy Zelda nie mogła skłamać, Jaakow zabierał się wieczorem do wykonania swojej powinności jako męża, a ona jako żona winna mu była na to pozwolić. Czasem tylko leżała i czekała, aż skończy, czasem się wyrywała i krzyczała – w obu przypadkach wychodziło na to, że się zgadzała, bo Jaakow nigdy nie przerywał. Męskie nasienie nie mogło się zmarnować, to byłby potworny grzech.
Gelber spytał o ciążę, bo zastanowiło go to, że w ciągu dwóch lat małżeństwo nie doczekało się żadnego potomstwa, a taki był przecież cel każdego związku w ortodoksyjnych środowiskach. Wtedy Zelda wyraźnie zesztywniała, patrząc na niego pustym wzrokiem. Nie oczekiwała takiego pytania. Gelber też nie wiedział, że je zada, przyszło samo, gdy połączył sobie kropki i uznał, że to dziwne, że dopiero po takim czasie Jaakow wystąpił o rozwód. Popatrzył na zegarek na swoim nadgarstku i postanowił zamknąć notes oraz zdjąć okulary. Przetarł palcami powieki i przejechał językiem po suchych wargach, nim zebrał się w sobie.
— Czas nam się skończył i tak.
Zelda wiedziała, że kłamie, ale była mu za to wdzięczna. Odchrząknęła nieznacznie, podnosząc się z fotela bez większego pośpiechu, chociaż tak naprawdę chciała rzucić się do drzwi i już tu nigdy więcej nie wracać. A przynajmniej przez kilka następnych dni. Trzymała już dłoń na klamce, gdy Gelber poprosił, by zaczekała. Spojrzała na niego przez ramię, obserwując, jak czegoś szuka po kieszeniach, a potem w szufladach i na końcu w swojej torbie.
— Michal mówiła, że mogłabyś tam pójść. Nie powinno być problemu. — Psycholog wyciągnął z torby pomięty kawałek papieru z wypisanym na nim adresem i podał go dziewczynie, posyłając jej słaby uśmiech.

₪₪₪

Długo się zbierała. Bała się, chociaż sama do końca nie wiedziała czego. W najgorszym wypadku zawsze czekała ją przecież tylko odmowa i nie byłby to pierwszy raz. Mimo to potrzebowała czasu, żeby dać szansę kolejny raz, znaleźć w sobie jeszcze odrobinę nadziei dla siebie samej i wybrać się do miejsca, które poleciła żona Gelbera. Było już dosyć późno, koło dziesiątej, ale Zeldzie właśnie o to chodziło. O tej godzinie nie powinno być za wielu świadków, jeśli w ogóle ktoś teraz chciałby przyjść w te okolice Tel-Awiwu.
Stanęła przed jasnym budynkiem, ale nie weszła od razu. Przez półgodziny sterczała jeszcze na zewnątrz, próbując przekonać siebie samą, że nie ma nic do stracenia albo że nie powinna się więcej okłamywać i wrócić do domu. I prawie to zrobiła, ale jak już miała się odwrócić w swoją stronę, z budynku wyszła starsza kobieta. Była bardzo schludna, ale widać było po niej, że to już nie są jej najlepsze dni życia. Popatrzyła zaskoczona na nieznajomą dziewczynę, zamrugała kilkakrotnie i wydała z siebie długie, pytające mruknięcie.
— Przyszłaś do mykwy? — spytała kobieta, widząc, że stojąca przed nią brunetka raczej nie odezwie się pierwsza. Zelda skinęła jedynie głową, zaciskając palce na sportowej torbie, w której trzymała przygotowane na tę okazję rzeczy.
Kobieta przeleciała po niej wzrokiem, od razu dostrzegając, że to młodziutka Żydówka. Widziała ją tu pierwszy raz, więc możliwe, że całkiem niedawno wyszła za mąż, chociaż nie kojarzyła też, żeby odbyło się w ostatnim czasie jakieś wesele. Wyglądała jednak w porządku, nie miała pomalowanych paznokci, włosy były luzem, makijażu też nie dostrzegła.
— No dobrze, to wejdźmy. Wyszłam na chwilę się przewietrzyć, w środku robi się czasem duszno. — Wskazała dziewczynie, by weszła pierwsza i zamknęła za nimi drzwi.
Starsza kobieta była drobna, zdecydowanie niższa od Zeldy. Poruszała się powoli, ale sprawnie, bez większych problemów. Miała na sobie jednolitą szatę przewiązywaną w pasie, na nogach miała proste sandały. Pod szatą zapewne miała swoje normalne ubranie. Gdy znalazły się w środku, skierowała się do biurka, na którym paliła się świeczka. Zelda rozejrzała się, dostrzegając prócz świecy, jedną żarówkę, która dawała słabe światło na małe pomieszczenie.
— Podejdź tu. Wpiszesz się do księgi i pójdziemy dalej. Nie powinno być o tej porze ruchu, więc mamy trochę czasu i nie musimy się spieszyć — mówiła, nie patrząc na Zeldę. Podała jej długopis i wyciągnęła spod biurka zeszyt, który miał być ową księgą. Palcem pokazała, gdzie ma się wpisać, po czym przyjrzała się literkom. Zmarszczyła brwi, jakby nie mogła się doczytać.

זעלדע ראָזענבערג

Uniosła spojrzenie na dziewczynę, przyglądając jej się teraz bardzo uważnie, ale nie tak, jakby szukała czegoś w jej wyglądzie. W słabym świetle dostrzegła spiętą twarz, niepewne spojrzenie, które uciekało gdzieś nerwowo na boki i przygryzioną dolną wargę.
— Ton ir redn jidysz? Fun vanen kumstu, Zeldele?
— Jo. Ich bin…
Starsza kobieta trochę zaskoczyła Zeldę, przechodząc z hebrajskiego tak nagle na jidysz. Nie spodziewała się tego, a słyszała wyraźnie, że to nie był dla niej obcy język, wręcz jakby dużo naturalniej brzmiał w jej ustach. Zelda z resztą czuła się podobnie, hebrajski traktując jeszcze ze sporym dystansem, chociaż teraz używała go już cały czas.
— Vi azoy hastu…? — Jeszcze nie zdążyła dokończyć pytania, gdy starsza kobieta wzięła od niej długopis i obok jej podpisu, napisała drugi lekko drżącymi palcami.

זלדה רוזנברג

Popatrzyła teraz na Zeldę jednoznacznie. Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok, nie wiedząc, co teraz właściwie nastąpi. Wcześniej kobiety w ogóle z nią nie rozmawiały, nie wpisując jej nawet do rejestru. Pytały, czy należy do wspólnoty i na tym się właściwie kończyło. Zelda odchodziła z kwitkiem. Starsza kobieta ją tutaj zaskoczyła – znała jidysz i to bardzo dobrze, na co wskazywało to, jak się do niej zwróciła. W dodatku widziała różnicę w piśmie, czego sama brunetka czasami jeszcze nie wyłapywała; stąd taki ani nie inny podpis. Pamiątka z przeszłości, odruch.
— Skąd jesteś, Zeldele? — zapytała ponownie kobieta, wracając już do hebrajskiego. Jednak głos jej trochę złagodniał, jakby domyślała się odpowiedzi. Brunetka prawie że wykrzykiwała to całą sobą, stojąc tak niepewnie przed jakąś starowinką, której jedyne, co zostało do roboty, to pomaganie innym kobietom w mykwie i pilnowanie, żeby wszystko działało tak, jak powinno. W dodatku używane w jej stronę zdrobnienie momentalnie kruszyło mur, za którym Zelda się chowała w podobnych sytuacjach.
Starsza kobieta już wiedziała. Tutejsza młodzież nie mówiła w jidysz, w ogóle mało kto się tym językiem posługiwał, więc jedyna możliwość, jaką widziała, to że Zelda uciekła. Uciekła z Mea Sze’arim, bo inaczej czemu byłaby taka zagubiona? Czemu przyszłaby tutaj tak późno, o takiej porze, o której niewiele osób wychodziło z domu, nawet kobiety chcące skorzystać z mykwy? Wyciągnęła w jej stronę pomarszczoną dłoń, sięgając do brody. Złapała ją palcami i pociągnęła lekko w dół, by móc spojrzeć dziewczynie w oczy. Były szkliste, po chwili z kącików zaczęły powoli skapywać łzy.
— Wszystko mam gotowe. Musimy cię tylko rozebrać i umyć. Masz swoje ręczniki w tej torbie?
— Starowinka zamknęła zeszyt i schowała go na miejsce, puszczając wcześniej brodę dziewczyny.
Zelda rozpłakała się, wierzchem dłoni ścierając zaraz łzy, które spływały po policzkach, kiedy dotarło do niej, co właśnie usłyszała. Popatrzyła wdzięcznie na kobietę, która posłała jej ciepły uśmiech, ale zaraz klasnęła nagląco dłońmi, pokazując palcem w stronę wąskiego korytarza, który miały udać się do części budynku, gdzie były prysznice i mykwa.
Zelda dawno nie czuła się tak… zrozumiana.

₪₪₪

Kochani! Jeśli ktoś przeczytał całość, to mam nadzieję, że przemęczy się jeszcze chwilkę z moim odautorskim bełkotem. Chciałam przede wszystkim tutaj zaznaczyć, że Zeldelka (<3) urodziła się w społeczeństwie, które wyznaje bardzo skrajny ortodoksyjny judaizm, przeplatający się momentami z odłamem, jakim jest chasydyzm – również jest to odłam judaizmu bardzo religijnego, ale ze zdecydowanym naciskiem na mistycyzm. Nie chcę, żebyście źle odebrali, to co zostało napisane przeze mnie wyżej. Moim celem nie jest stawianie tej społeczności w złym świetle, to nie tak, że Mea Sze'arim w Jerozolimie to najgorsze miejsce na świecie, gdzie dzieją się tylko takie rzeczy, jakie przytrafiły się Zeldzie, aczkolwiek istnieją tam takie mechanizmy społeczne, które dla nas są kompletną abstrakcją albo średniowieczem, co jest wynikiem głęboko zakorzenionych przekonań i zwyczajów.
Jeśli macie jakieś pytania, coś jest zbyt niejasne albo jesteście po prostu ciekawi czegoś, czego nie zawarłam w opowiadaniu, a przyszło akurat na myśl – pytajcie śmiało :> Przyznam, że dla mnie zatarła się trochę granica tego, co jest oczywiste, mniej lub bardziej kojarzone, a co już jest wiedzą całkiem specjalistyczną. Nie chciałam wciskać na siłę w opowiadanie objaśnień, które zwyczajnie mi nie pasowały do reszty treści.

16/03/2020

2132. You don't even know me


Ostrzeżenie: w tekście pojawiają się przekleństwa.
Nowy Jork, jesień 2004

            — Nie musiałeś — nastolatka uśmiechnęła się delikatnie, powoli przenosząc spojrzenie z czubków swoich butów, na twarz starszego o pięć lat chłopaka — na pewno znajomi na ciebie czekają…
            — Naprawdę chciałem to zrobić, Minnie. Zawsze spędzaliśmy razem tak dużo czasu…
            Na policzki brunetki wkradły się delikatne rumieńce. Bezwiednie przygryzła wargę i opuściła spojrzenie, mając wrażenie, że za chwilę spali się ze wstydu. Nie miała pojęcia, co powinna teraz zrobić. Czuła, że właśnie zapanowała między nimi ta niezręczna cisza. Podczas wspólnej drogi spod jej szkoły, przez cały czas mieli, o czym rozmawiać. Teraz jednak była za bardzo zestresowana. Nie chciała, aby mama go zobaczyła… Raczej się nią nie interesowała, zawsze miała coś ważniejszego do zrobienia, a sama Minnie starała się za wszelką cenę uniknąć sytuacji, w której Adam i mama mogliby się poznać. To było trudne, ale nie niewykonalne. Zwłaszcza, że kobieta albo łapała się jakiejś pracy i faktycznie starała się ją utrzymać, albo była zajęta poszukiwaniem swojej nowej ofiary. Nie była też pewna, jakby zareagowała, gdyby dowiedziała się, że Minnie ma przyjaciela starszego od siebie o pięć lat. I to była idealna wymówka, którą mogła karmić Adama tak długo, dopóki różnica wieku pomiędzy nimi była wyraźnie widoczna.
            — Tęsknię za tobą… I dziękuję. To naprawdę bardzo miłe — odezwała się po chwili ciszy i wspięła na palce, aby pospiesznie, ale delikatnie musnąć wargami jego policzek — do zobaczenia, Adam — powiedziała jeszcze, szybko go wymijając. Nie chciała, aby dostrzegł czerwone rumieńce na jej twarzy, aby myślał o niej, jak o dziecku, a przede wszystkim nie chciała, aby pomyślał o niej po prostu źle. Naprawdę bardzo lubiła spędzać z nim czas. Bardzo też za nim tęskniła, bo kiedyś mieli dla siebie znacznie więcej czasu. To był krótki okres, ale lubiła wspólnie zjadany lunch na przerwach pomiędzy zajęciami.
            Obawiała się jednak, że gdy dowie się, jaka jest jej mama to wszystko, co do tej pory było pomiędzy nimi, przestanie mieć dla niego znaczenie. W końcu nie była jak inne dziewczyny ze szkoły. Nie miała prawa porównywać się z nimi, bo była znacznie gorsza, była całkowicie poza grupą. I powinna codziennie się modlić dziękczynnie, że Adam zwrócił uwagę właśnie na nią.
            Zamykając za sobą wejściowe drzwi do kamienicy, zerknęła jeszcze przez szczelinę na odchodzącego chłopaka, a kąciki jej ust uniosły się w wesołym uśmiechu.
            Dopchnęła je i odwracając się w stronę schodów, poprawiła sobie na ramieniu pasek torby. Biegiem ruszyła w górę, na trzecie piętro, na którym znajdowało się mieszkanie. Na ustach dziewczyny cały czas gościł uśmiech, jej myśli wędrowały w pozytywnym kierunku i nic, kompletnie nic nie było w stanie popsuć jej humoru. Pocałowała przecież Adama McLarena! To nic, że jej usta dotknęły tylko jego policzka, a z prawdziwym pocałunkiem nie miało to nic wspólnego. Dla Minnie to było coś niesamowitego, a dobry humor i energia wręcz tryskały z niej. Liczyła trochę na to, że może mama zarazi się od niej tym nastawieniem i dzisiejszy dzień będzie po prostu zwykły.
            Będąc na półpiętrze pomiędzy drugim a trzecim, zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc ogólny szmer. Na piętrze powstało jakieś zamieszanie, a Minnie nie miała pojęcia, o co chodziło. Miała tylko nadzieję, że to może kłótnia u sąsiadów. Nim jednak postawiła nogę na ostatnim stopniu, drzwi mieszkania mamy otworzyły się szeroko. Blondynka z impetem zamknęła je za sobą i omal trąciła barkiem brunetkę.
            — Och, Minnie — odezwała się w momencie, w którym zorientowała się, że na schodach stała jej siostra. Chwyciła małą dłoń nastolatki i pociągnęła ją za sobą w dół — do mamy przyszedł kolega.
            Nastolatka westchnęła tylko cicho i ścisnęła mocniej palce wokół kciuka swojej przyrodniej siostry. Obie doskonale wiedziały, co to oznaczało.
            — Masz pomysł, co będziemy dzisiaj robiły?
            — Nie wiem, młoda.
            — Będzie zła, że nie wróciłam — Minnie uniosła głowę, aby spojrzeć na siostrę.
            — Wydaje mi się, że bardziej się wkurzy, jak jej teraz będziesz przeszkadzała. Ale, co mnie to obchodzi. Rób, co chcesz. Jesteś wystarczająco duża, aby zacząć się martwić o siebie samą.
            Minnie w tym momencie poczuła, jak siostra rozluźniła uścisk swojej dłoni. Brunetka zwolniła kroku, natomiast blondynka wręcz przeciwnie. Przyspieszając, wyszarpnęła się z uścisku swojej młodszej siostry.
            — Nie moja wina, młoda. Laurent przesłał mi trochę ekstra kasy — wzruszyła ramionami, śmiejąc się przy tym — radź sobie sama, myszko Minnie.
            — Serio? — Rzuciła za nią, nie wierząc, że Lucy naprawdę zachowuje się w ten sposób.
            — Ach no i widziała cię z tym chłopakiem. Chyba ją wkurzyłaś. Krzyczała coś o tym, że nie stać ją już na wychowanie ciebie, bo twój ojciec jest nierobem i nie będzie utrzymywać ani ciebie, ani twojego zasmarkanego dzieciaka.
            Brunetka rozszerzyła szeroko powieki, nie wierząc w to, co właśnie usłyszała od blondynki. Zamknęła usta i przełknęła ślinę, chwytając się poręczy schodów. Zacisnęła na niej mocno palce i przez chwilę tak po prostu stała. Pójście za Lucy nie miało sensu, wyjście gdzieś samej też nie… Mogłaby się jedynie powłóczyć po ulicach, ewentualnie po najbliższym parku. Nie miała wystarczająco pieniędzy, aby zająć się sobą w jakiś konkretny sposób. Nie była też jedną z tych dziewczyn, które uwielbiały zakupy, czy chodzenie po prostu po sklepach.
            Minnie widziała w nich wiele szczęśliwych rodzin, a ten widok naprawdę był dla niej bolesny. Czasami zastanawiała się nad tym, co takiego zrobiła w poprzednim życiu, że musiała trafić akurat na taką rodzinkę.
            Powrót do mieszkania… Podejrzewała, że mama będzie zła, jeżeli się w nim nie pokaże. Jeżeli jednal Lucy mówiła prawdę, to kobieta będzie tak samo wściekła, jeżeli jednak wróci.
            Rozluźniła w końcu uścisk dłoni i odwróciła się w stronę trzeciego piętra i powoli, jakby swoimi ostatnimi siłami ruszyła po schodach w górę. Cały czas się przy tym zastanawiając, czy na pewno dobrze robi. Może Lucy miała rację i to był najwyższy czas, aby wziąć odpowiedzialność za samą siebie i zacząć robić coś, aby zmienić swoje życie? Minnie nie miała na ten moment żadnego pomysłu, jak mogłaby to zrobić i na tym polegał jej problem. Nie była też pewna, czy faktycznie tego chce. To była w końcu jej mama, a brunetka była za grzeczna, aby czerpać jakąś satysfakcje z robienia jej na złość. Nienawidziła jej, ale ta jedna, konkretna myśl nie chciała opuścić jej głowy.
            Dlatego nie robiła nic, aby cokolwiek zmienić, chociaż bardzo, ale to bardzo tego chciała. Bała się. Tak po prostu, zwyczajnie po ludzku się bała.  Mogłaby uciec, ale z pieniędzy, które udało jej się odłożyć, przetrwałaby… Tydzień, dwa? Nie była nawet pewna, jakie są ceny w hostelach i, czy na pewno byłoby ją na to stać. Pracowała dwa, czasami trzy razy w tygodniu, jako opiekunka do dzieci. Najczęściej wtedy, kiedy ich rodzice chcieli się wyrwać z domu. Były to dwie, maksymalnie trzy godziny. Nie była w stanie w ten sposób zarobić wystarczająco dużo, aby myśleć na poważnie o samodzielnym utrzymaniu się.
            Oblizała wargi, mając wrażenie, że te kilka metrów od schodów do drzwi mieszkania pokonała w kilkadziesiąt minut. W jej głowie kołatało się tak dużo myśli, że to wydawało się wręcz niemożliwym, że w tak krótkim czasie było ich, aż tak wiele.
            Przystając przy drzwiach, przylgnęła jak najbliżej i przyłożyła do nich ucho. Ułożyła dłoń na klamce i wstrzymała oddech, próbując nasłuchiwać, co dzieje się w środku. Sięgnęła już do kieszeni po klucze od drzwi, kiedy w tym samym momencie zza drzwi dobiegł hałas. Zrezygnowana odwróciła się i powoli ruszyła do schodów. Nie skierowała się jednak na dół, a na górę, gdzie usiadła przy ścianie na półpiętrze tak, aby nie było jej widać, gdyby ktoś wychodził z ich mieszkania.

~*~

            — Minnie? Co ty tutaj robisz? — Usłyszała, jakby ktoś mówił do niej zza ściany. Nie odpowiedziała od razu, a po chwili poczuła delikatnie szturchnięcie — Minnie?
            Otworzyła oczy i podniosła głowę, którą do tej pory opierała na swoich przedramionach, które miała ułożone na kolanach.
            — Dzień dobry, pani Gonzales — wymamrotała, przecierając dłońmi twarz, jakby to miało sprawić, że natychmiast się rozbudzi.
            — Coś się stało?
            — Nie, nie. Nic. Przeprasza, już stąd idę — dodała i podpierając się o stopień, podniosła się na nogi. Chwyciła leżącą obok torbę i skierowała się na dół.
            — Zaczekaj, na pewno wszystko dobrze? Dlaczego nie jesteś w domu?
            — Wszystko w najlepszym porządku. Zapomniałam kluczy… Lucy była w szkole, a mama w pracy, byłam zmęczona, przysnęło mi się — wytłumaczyła, chociaż wiedziała, że pani Gonzales w to nie uwierzy. Była bardzo sympatyczną i mądrą kobietą. Kilka razy proponowała, Minnie ciepły obiad i zawsze powtarzała, że gdyby była taka potrzeba, może u niej przenocować. Brunetka nigdy jednak nie skorzystała z pomocy, a teraz czując na sobie jej podejrzliwe spojrzenie, po prostu przyspieszyła kroku, aby jak najszybciej znaleźć się w domu. Nie chciała okłamywać kobiety, ale nie była też tą użalającą się nad sobą nastolatką.
            Nie chciała, litościwych spojrzeń. Za wszelką cenę starała się być taka jak wszystkie jej koleżanki. Śmiała się na przerwach pomiędzy lekcjami, pilnie się uczyła, marzyła o stypendium na studia i była zauroczona w chłopaku z ostatniej klasy, a on… On też zwrócił na nią uwagę i to było wystarczająco niezwykłe jak na kogoś takiego, jak ona.
            Wzięła głęboki oddech i wsunęła klucz do zamka, aby następnie nim przekręcić i wejść do mieszkania.
            — Gdzieś ty była!?
            Nie zdążyła nawet dobrze otworzyć drzwi i wejść całkiem do pomieszczenia, kiedy usłyszała wściekły głos mamy.
            — Jak wracałam ze szkoły, na schodach spotkałam Lucy i powied…
            — Byłaś z tym chłopakiem, tak!? Nie mieszaj w to Lucy! Wiesz, która jest godzina? Nic nie wnosisz do tej rodziny poza kłopotami. Denerwowałam się! Martwiłam, czy nikt ci niczego nie zrobił, a ty wracasz sobie spokojnie i śmiesz wciągać w to Lucy!?
            Minnie widziała wściekłość w oczach kobiety. Żyłka na jej czole pulsowała, a to działo się za każdym razem, kiedy się denerwowała.
            — Nie! On tylko mnie odprowadził — zaprzeczyła od razu.
            — Mam ci uwierzyć? — Zaśmiała się ironicznie, opierając dłonie na biodrach — widziałam cię z nim przy wejściu z okna. Byłabyś w domu już dawno.
            — To musiałaś widzieć też, jak wchodzę do kamienicy — starała się być spokojna. Unikała kontaktu wzrokowego, bo wiedziała już, że to ją tylko denerwowało. Tak samo, jak wiedziała o tym, że krzyk nic nie da. Dlatego tak bardzo starała się tego nie robić.
            Spoglądała gdzieś za kobietą. Przy ścianie stał złamany kwiat, który podparty był jakąś gałęzią przyprowadzoną z parku. Jego liście robiły się suche i zżółknięte na odłamanym elemencie, ale Lucy upierała się, że rośliny w domu są bardzo ważne. Mama natomiast nie chciała się zgodzić na zakup nowego, zdrowego kwiata. Mama i Lucy najczęściej kłóciły się właśnie o takie rzeczy. Drobne rzeczy, które Minnie bez problemu mogła znieść. Przełknąć tę złamaną roślinę, czy brak nowego stolika w pokoju, na którym tak bardzo zależało blondynce.
            Mama i Minnie miały poważniejsze problemy. Lucy wszystko uchodziło na sucho, a wszystko przez to, że Laurent przelewał na konto mamy spore alimenty, a czasami sama Lucy dostawała dodatkowe pieniądze. Ojciec Minnie nie był taki. W zasadzie to go nie było i w tym był cały problem. Minnie nie przynosiła dochodów.
            — Widziałam, że nie było cię w mieszkaniu. Gdybyś była, nie wchodziłabyś cztery godziny po tym, jak ten chłopak ruszył w swoją stronę. Czekałaś, aby iść za nim? — Uniosła brew, prychając przy tym śmiechem — ale może to dobrze. Jest bogaty? Czy jego rodzice są bogaci? Zajmą się ciężarną szesnastolatką? Przynajmniej jeden problem miałabym z głowy.
            Brunetka wsunęła dłonie do kieszeni, za wszelką cenę wbijając spojrzenie w gumowe czubki trampek. Czuła, jak do jej oczu napływają łzy.
            — Lucy powiedzia…
            — Mówiłam już, że masz jej w to nie mieszać! Lucy jest porządna.
            — Był tu ktoś. Powiedziała, że przyszedł do ciebie kolega i mamy ci nie przeszkadzać! — Krzyczała w tym samym czasie, w którym mówiła kobieta. Jej głos delikatnie drżał, cały czas jednak starała się być wystarczająco silna.
            — Zawsze po szkole masz wracać do domu! Prosto do domu. Tak trudno to zrozumieć!? Tak bardzo się staram! Szukam pracy, łapię się dodatkowych zajęć, żeby tylko mieć na jedzenie dla ciebie, a ty nie możesz wrócić do domu!? — Uniosła ton, gestykulując dłońmi i rozglądając się po mieszkaniu, jakby pokazywała właśnie, w jak wspaniałych żyją warunkach. Oczywiście wszystko, dzięki niej — zapierdalam, żebyś miała, co wsadzić do pyska, a ty śmiesz mnie obwiniać za swoje błędy?!
            — Nie prosiłam się na ten świat! — Minnie krzyknęła — mogłaś usunąć ciążę, skoro widziałaś dobrze, jaki jest ojciec!
            — Teraz też nie prosisz się o to, by na nim być?
            Nie czekając na odpowiedź córki, kobieta ruszyła w stronę wydzielonego aneksu kuchennego i otworzyła lodówkę.
            — W takim razie wiele ci ułatwię. Widzisz to? — Chwyciła pierwszą z brzegu paczkę żółtego sera i pomachała nim przed brunetką — pożegnaj się z tym widokiem. Rozumiesz? Nie dostaniesz ode mnie ani grama — oznajmiła i otworzyła opakowanie, podchodząc bliżej brunetki — nawąchaj się zapachu, bo, kurwa, nic więcej nie tkniesz. Nic, co tutaj jest, nie jest twoje. Mam nadzieję, że to rozumiesz, Minnie.
            Nastolatka wpatrywała się w mamę, zagryzając mocno policzek od środka i za wszelką cenę próbowała się nie ruszyć, nawet nie drgnąć. Liczyła, że gdy wyrzuci z siebie całą swoją frustrację i się uspokoi, wszystko wróci do normy. W końcu często wybuchała. Była nerwowa, na pewno przez brak stałej pracy, może też przez alkohol. Może facet, z którym się dzisiaj widziała nie był tym, za kogo się podawał… Było mnóstwo sytuacji, które sprawiały, że ona krzyczała. Zawsze się jednak po chwili uspokajała.
            — Lucy! — Zawołała, zerkając w stronę drzwi pokoju starszej córki — pojedziemy jutro kupić ten kwiat i stolik! Nowe meble! Pokój Minnie się zwalnia!
            — Co? — Otworzyła szeroko oczy, kręcąc delikatnie głową — ale…
            — Spieprzaj. Rozumiesz? Spierdalaj do tego chłopaka, nie chcę cię widzieć. Nie chcę widzieć cię z brzuchem i nie dam złamanego centa na ciebie i tego bachora! Rozumiesz?
            — Ale my nie… To chore! Nic nie zrobiłam! Po prostu chciałam przeczekać, aż wyjdzie tamten facet, o którym mówiła Lucy!
            — Przestań mówić ciągle o Lucy! — Rzuciła serem na podłogę, a w tym czasie drzwi pokoju blondynki się otworzyły.
            — Powiedz jej!
            — Co ja?
            Obie odezwały się w tym samym czasie. Minnie spoglądała na siostrę z nadzieją w oczach, licząc, że ten jeden, jedyny raz zachowa się… Jak starsza siostra. Wesprze, pomoże. Powie, jak było naprawdę.
            — Nie odzywaj się. Niech żadna z was się już nie odzywa! — Kobieta krzyknęła, cofając się do lodówki — to co jest w domu, jest moje i Lucy. Ty nie masz do niczego prawa.
            — A-ale co ja mam niby zrobić? — Spytała roztrzęsionym głosem, czując, jak z jej oczu wypływają łzy — Lucy, powiedz coś! — Spojrzała na siostrę z wyrzutem, nie wierząc, że blondynka tylko stała oparta ramieniem o framugę drzwi i patrzyła się na nie z rozbawieniem wymalowanym na twarzy.
            — Kurwa mać, mówiłam ci, że masz jej w to nie mieszać! — Mama krzyknęła, w tym samym momencie chwytając butelkę z mlekiem. Rzuciła ją na podłogę tuż przed swoimi nogami i podniosła spojrzenie pełne nienawiści, wpatrując się przy tym w Minnie.
            — Jesteś żałosna — Lucy uśmiechnęła się triumfalnie, robiąc krok w stronę ich mamy — jeżeli wyrzucisz ją z domu, będziesz musiała wszystko robić sama — powiedziała, cały czas z uśmiechem na twarzy — kto ci pomoże? Będziesz sama. Zostaniesz całkiem sama.
            — Nie — powiedziała twardo, chociaż te krótkie słowo z ledwością przeszło jej przez gardło. Zacisnęła mocno palce i spojrzała prosto w oczy mamy — przecież nic w tym domu nie jest moje. Nic do mnie nie należy. Nie będę dbać o coś, co nie jest moje.
            — Lucy… Lucy spokojnie. Idź do pokoju. Pojedziemy na zakupy, dobrze? Nie wyrzucę Minnie, zostanie z nami — kobieta momentalnie złagodniała, a Minnie stała zdezorientowana, nie mając pojęcia, co się właśnie stało.
            Lucy schyliła się, aby pozbierać rozbite szkło. To nie było podobne do zachowania dziewczyny, zawsze to szesnastolatka musiała wszystko sprzątać.
            — Powiedziałam mamie, że się wyprowadzam. Laurent kupił mi mieszkanie i powiedział, że zapłaci za moje studia — uśmiechnęła się.
            — Przemyśl to jeszcze. Lucy…
            Minnie wiedziała już dokładnie, co zdenerwowało mamę. Wyprowadzenie się Lucy było jednoznaczne z odcięciem od funduszy i wiązało się z koniecznością znalezienia pracy. Pracy, która utrzyma je obie, gdy Lucy naprawdę się wyprowadzi.
            — Wyprowadzasz się?
            — Przemyśli to. Lucy, będziesz miała większy pokój! Zrobimy remont. Pojedziemy na zakupy, kupisz wszystko, co tylko będziesz chciała!
            Blondynka wzruszyła tylko ramionami i po wyrzuceniu resztek szkła, wróciła do swojego pokoju, zamykając za sobą drzwi z impetem.
            Minnie starła wierzchem dłoni łzy z policzka i zrobiła to samo, skierowała się do swojego pokoju. Z tą różnicą, że nie trzaskała drzwiami. Zamknęła je najciszej, jak potrafiła i przekręciła klucz w zamku, nie chcąc, aby kobieta za nią weszła.

~*~

            Przebudziła się w środku nocy. Miała sklejone powieki, bo zasnęła tak naprawdę zaraz po tym, gdy położyła się w łóżku z jeszcze załzawionymi oczami. Nawet się nie wykąpała, po prostu zasnęła w ubraniach, w których była tego dnia w szkole. Podniosła się z łóżka i podeszła do ledwo trzymającego się regału, na którym leżał jej dziennik.
            Wzięła go, a z torby wyciągnęła długopis i wróciła na łóżko. Usiadła, opierając się plecami o ścianę i uginając kolana. Na udach oparła dziennik i otworzyła go na pierwszej wolnej stronie.

             Adam jest najlepszym, co mnie spotkało w całym moim życiu. Jest takim dobrym człowiekiem… Boję się, że nie jestem dla niego wystarczająco dobra. Ja to wiem, nie jestem tą dziewczyną, z którą mógłby się spotykać, ale… Był taki miły i dobry. Zawsze taki jest. Zawsze o mnie dba…
            Jestem zmęczona tym wszystkim. Mam dość. Mama potrafi zawsze, wszystko zepsuć. Dzisiejszy dzień też zepsuła. Jak mogła pomyśleć, że ja i Adam… Nie jestem przecież taka, jak ona.
            Chciałabym mu kiedyś powiedzieć… Ale wtedy na pewno nie chciałby się ze mną spotykać, gdyby tylko wiedział…
            Może pani Gonzales… Ciekawe, czy zgodziłaby się udawać. Mogłabym przecież być jej córką albo, chociaż siostrzenicą. Mogłaby się mną opiekować, bo moja prawdziwa mama przecież zmarła… 

             Zacisnęła wargi, zastanawiając się nad tym, czy to faktycznie byłoby możliwe. Jedno, niewinne kłamstewko… Czułaby się lepiej, gdyby mogła kiedyś po prostu przyprowadzić Adama do domu, bez obawy, że mama zrobiłaby jakąś awanturę.
            — Przecież na pewno nie będziemy ze sobą na zawsze… O ile w ogóle będziemy… Na pewno pozna kogoś… O ile już nie poznał kogoś takiego jak on, kogoś, na kogo zasługuje, kto na niego mógłby zasłużyć… — wymamrotała cicho do siebie. Adam nie chodził już do szkoły średniej, na pewno poznał wiele ładnych, mądrych i odpowiednich koleżanek — Lucy na pewno mu powie — wymruczała cicho, patrząc na zapisane w dzienniku słowa — ale Lucy się przeprowadza… Mama nie chodzi i tak na zebrania, bo nie ma czasu na takie rzeczy…

            Zwariowałam. 
            Zapisała koślawo w dzienniku. Zagryzła mocno wargę i pochyliła się nieco bardziej nad zeszytem, aby napisać coś więcej.

            Spróbuję. Zapytam. Wydaje mi się, że to nic złego. Zawsze przecież powtarzała, że jeżeli będę kiedyś potrzebowała pomocy, to mam jej powiedzieć.
            Pani Gonzales… Mam nadzieję, że mnie pani nie zawiedzie.