Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

28/12/2022

[KP] „I don’t know what’s worth fighting for…”

 „...or why I have to scream.”

 

Riven Dechart

 

27.01.2000 | pochodzi z Nowego Jorku | zamieszkuje w Queens | jedynak | nigdy nie poznał ojca | matka zniknęła | sam od jedenastego roku życia | złodziej | nieukończona szkoła | włamy do bibliotek | crashing the party, guess they lost my invitation | czego nie zwędzi, to kupi za ukradzione pieniądze | czasami kurier tajemniczych przesyłek | I don’t know how I got this way | parkour i gimnastyka | zwinność i szybkość | potrafi komuś przyłożyć | umie otwierać drzwi balkonowe od zewnątrz | otwarty, odważny, pewny siebie | ukrywa smutek iżal | czasami niemiły | I don’t know why I instigate and say what I don’t mean | dokarmia bezpańskie psy i koty z okolicy | dba o swoje bezpieczeństwo i wie, że czasami lepiej uciekać | kaptur na głowie | autor kilku murali i graffiti | a guy like you should wear a warning „it’s dangerous”

 


„So easily we’re persuaded, when the lines are blurred and faded
No one ever starts that way, but this is how villains are made.”

 

 

 

Cześć!
Brakowało mi mniej poukładanej postaci, więc jest Riven. Mam nadzieję, że będziemy się z nim dobrze bawić, pakować w kłopoty czy to w „sferze wyższej” czy „niższej” :D
W karcie przewija się Linkin Park, muzyka z „Następców 2”, Britney Spears, Madalen Duke, na wizerunku Matthew Bell. Bawmy się!

24/12/2022

HO HO HO!

Drodzy Autorzy

O tej porze roku, już od paru ładnych lat, niezmiennie staję przed wyzwaniem napisania życzeń świątecznych i nieskromnie przyznam, że chyba całkiem nieźle mi to wychodzi, ponieważ życzenia te spełniają się od ręki! Przynajmniej w sferze blogowej. Ponieważ również w tym roku, tak jak i w poprzednich latach, chciałabym życzyć Wam wytrwałości w pisaniu, niewyczerpanych pokładów weny oraz przede wszystkim, co najważniejsze, czasu na pisanie, nawet jeśli ścigają Was różnorakie obowiązki. Życzę Wam również wymarzonych wątków, współautorów piszących bez wytchnienia oraz nocy nieprzespanych z powodu porywających fabuł. Ten post to również idealne miejsce na podziękowania, stąd jestem Wam ogromnie wdzięczna za obecność i wsparcie. Nawet nie wiecie, jak ciepło robi mi się na serduchu, kiedy uświadamiam sobie, że upłynął kolejny rok z NYC, z wspaniałymi autorami, dla których warto jest tworzyć to miejsce; z którymi warto jest tworzyć to miejsce. Stąd nam wszystkim życzę kolejnych wspólnych lat, owocnych w wątki i opowiadania, owocnych w nowe znajomości i wspomnienia, które długo nie będą blaknąć.
Odchodząc nieco od blogowania, chciałabym życzyć Wam spokojnych świąt Bożego Narodzenia. Spędźcie je przede wszystkim tak, jak lubicie i wyciśnijcie z tego czasu jak najwięcej. Rozejrzyjcie się wokół, doceńcie to, co macie i na krótką chwilę przestańcie tęsknić za tym, czego nie macie. Ucieszcie się z małych rzeczy, uśmiechnijcie do samych siebie i spójrzcie bardziej przychylnym okiem, również na samych siebie. Czujecie ten wewnętrzny spokój? Życzę Wam, żebyście choć przez chwilę go poczuli, delektowali się nim. Następnie wejdzie w Nowy Rok z należytym impetem! Opijcie go szampanem, żeby obfitował w same dobre rzeczy i nie bójcie się głośno mówić o swoich marzeniach, nie bójcie się tych marzeń spełniać! Bierzcie od życia to, co Wasze!

Wesołych Świąt oraz szczęśliwego Nowego Roku 

życzy Administracja New York City

24/11/2022

POST ORGANIZACYJNY

Drodzy Autorzy,

To ogłoszenie miało pojawić się w weekend, ale Wasze komentarze skłoniły nas do zdecydowanie szybszego działania.

Na bieżąco obserwujemy to, co dzieje się w blogosferze, a szczególnie na naszym blogu i od kilku tygodni w administracyjnym gronie rozmawiamy o dostosowaniu Regulaminu bloga do tego, w jaki sposób na dzień dzisiejszy piszecie zarówno wy, Autorzy, jak i my, Administracja. Ze względu na to, że w ostatnim czasie, a szczególnie w przeciągu właśnie kilku ostatnich tygodni/miesięcy dynamika bloga mocno się zmieniła, zdecydowałyśmy się wprowadzić w Regulaminie zmiany, które przedstawiamy poniżej.

  1. Punkt o sprawdzaniu aktywności zostaje zniesiony na czas nieokreślony.

    Niemniej chciałybyśmy, abyście mieli świadomość, że aktywność nadal będzie przez nas sprawdzana, wyłącznie na nasze wewnętrzne potrzeby, dzięki czemu będziemy mogły ocenić, jak zniesienie tego punktu w Regulaminie wpłynie na aktywność na blogu i czy należy w związku z tym podjąć kolejne kroki. Temat aktywności będziemy monitorować na bieżąco i oczywiście poinformujemy Was o jakichkolwiek planowanych przez nas zmianach. W tej chwili jednak – powtórzę – punkt o sprawdzaniu aktywności zostaje zniesiony. Autorów, którzy w ostatnim czasie otrzymali upomnienie, prosimy o pozostawienie krótkiej informacji na temat chęci pozostania na blogu w zakładce Administracja. Jednocześnie listy obecności pozostaną jedyną formą weryfikowania Waszej chęci uczestniczenia w życiu bloga.
  2. Karty postaci nie będą już przez nas sprawdzane pod kątem zgodności z fabułą i pod względem poprawności językowej.

    Ograniczymy się do sprawdzenia wyłącznie aspektów technicznych, to znaczy ocenimy, czy karta postaci jest opatrzona odpowiednimi etykietami i tym podobne. Odpowiedzialność za publikowaną treść karty postaci będą od tego momentu ponosić autorzy – pragniemy podkreślić to z tego względu, iż w przeszłości potrafiono skierować w naszą stronę pretensje dotyczące tego, dlaczego dopuściłyśmy daną kartę postaci do publikacji.
  3. Stosowne zmiany w zakładce z Regulaminem bloga, adekwatne do powyższych punktów ze zmianami, pozwolimy sobie wprowadzić w weekend.

Drodzy Autorzy, zależy nam na tym, by NYC pozostawał miejscem przyjaznym do pisania i mamy nadzieję, że powyższe zmiany sprawią, iż w Waszym odczuciu blog właśnie taki będzie. Jeśli oczekujecie od nas czegoś jeszcze, o czym być może nie pomyślałyśmy, jest to najbardziej odpowiedni moment na to, abyście dali nam o tym znać. Od kilkunastu lat dokładamy starań, aby NYC funkcjonował jak najlepiej i zrzeszał grono osób chętnych do pisania, co bez Waszego udziału nie byłoby możliwe, więc mamy nadzieję, że pomożecie nam w tym przez co najmniej kolejne kilkanaście lat.

22/09/2022

[KP] Devil is back

Lucas Alexander Black



The most dangerous creation of any society is the man who has nothing to lose.
Lucas Devil Black
|Data urodzenia: 4/12/1989| Miejsce urodzenia: New York, USA
|Miejsce zamieszkania:Upper East Side|
|Aktualnie: Prezes w kancelarii Richardson&Black| Hobby: Gra na fortepianie|
|Największa słabość: ex-narzeczona Elaine|

I've become a real Devil who doesn't miss his humanity.
I miss someone who will never come back and who took my heart forever.
Każda decyzja w życiu niesie ze sobą konwencje. Każda bez wyjątku, nawet jeśli stojąc przed wyborem, wycofujemy się z niego, to też podejmujemy decyzję. Czym szybciej się z tym pogodzimy, tym mniej będziemy obarczać los za swe niepowodzenia. Nikt nie rzuca nam kłód pod nogi znienacka - sami wybraliśmy, by iść tą dokładnie drogą, a czy był to świadomy wybór, czy ucieczka przed czymś innym, to nie ma większego znaczenia. Konsekwencje same w sobie potrafią być ledwo dostrzegalne lub też tak spektakularne, że na zawsze już odmienią nasze życie. Niestety nie każdy ma możliwość, by od razu dostrzec czy przewidzieć to, co będzie po.

W przeszłości dokonał niewłaściwych wyborów, nie docenił przeciwnika, przez co zginęła jego córka. Sześcioletni Aniołek, który miał jeszcze całe życie przed sobą, został bestialsko zamordowany, a on nie mógł nic z tym zrobić. Gdy maleńka główka przyzdobiona blond włosami opadła bezwładnie, jego serce pękło. Demony poczucia winy i nieopisanej wściekłości wzięły resztki jego serca w posiadanie, by przekuć je w chęć zemsty. Powolnej, idealnie wykalkulowanej zemsty.

Od razu po pogrzebie Clarissy, a także bez pożegnania z miłością swojego życia, wyleciał do Rosji. Nie chciał niczyjej pomocy, urwał kontakty, by samemu nieść sprawiedliwość. Sukcesywnie eliminował członków mafii, która to odważyła się porwać, a następnie zabić najcenniejszą istotę w jego życiu. Nigdy nie bał się brudnej roboty i choć kiedyś starał się załatwiać sprawy po cichu przez wzgląd na piastowane stanowisko, teraz nic go nie powstrzymywało. Obierał sobie cel, torturował i zabijał, a następnie wstawał do pracy w podrzędnym ośrodku pomocy prawnej dla osób w potrzebie. Wypracował sobie nową rutynę i nie zapowiadało się na to, by chciał wrócić do Nowego Jorku.

I made the mistake of leaving you alone.
I'll do anything to keep you safe and mine again.
Po ponad roku wrócił, gdy tylko usłyszał, że Elaine Egale wpakowała się w nie małe tarapaty. Nie mógł pozwolić, by i jej coś się stało. Opuścił ją, bo sądził, że tym sposobem daje jej ochronę. To, jak bardzo się mylił dotarło do niego, gdy zobaczył ją poturbowaną nie na żarty. Strzały, adrenalina i znów czuł się jak ryba w wodzie. Nie miał litości i wiedział, że sprawę trzeba będzie doprowadzić do końca. Wspólnymi siłami z najbardziej upartą osobą na świecie, jaką jest Elaine Eagle, udało im się rozbić potężną szajkę, zajmującą się głównie sprzedażą kobiet i sutenerstwem. Wpakowali kilka parszywych mord do więzienia, a przy tym wysłali Blacka Seniora na przedwczesną emeryturę.


Niechętnie wrócił na stanowisko głównego prezesa Richardson and Black, by upewnić się, że ojciec nie zataił przed nim innych szemranych interesów. W mieście szybko rozeszła się wieść o jego powrocie, a także tym, jak przywitał się z tymi, którzy działanie według litery prawa mieli głęboko w nosie. Budzi respekt jeszcze większy niż przed wylotem do Rosji. Jego postura, jak i wypełzające spod rękawów koszuli tatuaże niejednemu dają do myślenia o tym, co też działo się z szatynem przez ten rok. Lucas postanowił już nigdy nie opuszczać pewnego blondwłosego skarbu, gdzie ona, tam i on, nawet jeśli ma go za to zdzielić po głowie.

Czy w pełni okiełznał demony? Czy będzie w stanie zbudować coś na pozostawionych zgliszczach, i co ważniejsze, czy ci, z którymi za granicą prowadził otwartą wojnę, mieli tak łatwo o nim zapomnieć? Nie mógł być pewien odpowiedzi na żadne z tych pytań, jednak wiedział, że nadal ma o co walczyć i że tym razem będzie gotowy!


[Dzien dobry! Po ponad rocznej przerwie postanowiłam wrócic z Lucasem na bloga i tym razem nie planuje szybko zwijac manatków :) Serdecznie zapraszam do wątków, jak i powiazań, w końcu rok go tu nie było, to wiele się mogło zmienić! ;)]

11/08/2022

2182. Nie możesz rozstać się z własnymi wspomnieniami

 Podkład: Passenger - Survivors


Wyglądało na to, że Milo od początku miał rację. Na dłuższą metę Archanioł nie nadawał się na domatora. Nawet przebywając stale w Nowym Jorku zdarzało mu się balować o wiele częściej niż to przystało na porządnego ojca. Tym razem był jednak ostrożniejszy, korzystając z dobroci przelotnego seksu zawsze stosował odpowiednie zabezpieczenia. Nie chciał przecież zostać po raz drugi naciągnięty na dziecko. Obowiązki związane ze współwychowywaniem jednego stanowiły już zresztą nadzwyczaj duże wyzwanie, które dźwigał na swoich barkach przez ostatnie cztery lata. W końcu jednak nie wytrzymał tego ciągłego napięcia i zrobił to co zwykle do tej pory - po prostu spakował plecak i uciekł. Z tą małą różnicą, że wcześniej odbył poważną rozmowę z Delfiną, prosząc ją, by na kilkumiesięczną podróż po Oceanii pozwoliła mu zabrać również ich synka. Usłyszał jednak stanowczą odmowę, gdyż Hiszpanka uznała, że malec nie powinien przebywać tak długo poza domem i to w dodatku w towarzystwie dwójki tak mało odpowiedzialnych mężczyzn jak Grek i jego najbliższy przyjaciel. Jeśli liczyła na to, że Fatos zrezygnuje ze swojego pomysłu dla dobra Dantego, pomyliła się. Jeszcze tego samego dnia bowiem, obaj panowie wsiedli na pokład niewielkiego okrętu o dźwięcznej nazwie Perła Oceanów, który być może nie przedstawiał się jakoś szczególnie imponująco, ale zawiózł ich bezpiecznie do celu, za który na dobry początek obrali sobie port w Brisbane, w którym to mieście zamierzali wypożyczyć samochód, by resztę wycieczki odbyć chociaż w części nie będąc uzależnionym od pośredników. Przez dwa tygodnie kręcili się po kontynencie, po czym ponownie wyruszyli w rejs. 

Ich następnym przystankiem było Upolu, jedna z wysp wchodzących w skład archipelagu Samoa, drugim zaś Tahiti znajdująca się pod władaniem Francji. To tam właśnie Papanikolaou ku swojemu zaskoczeniu spotkał Daphne, brytyjską dziennikarkę pracującą dla Nature i obdarzoną długimi włosami o jasnobrązowej barwie, z którą kiedyś odbył najdłuższy i zarazem chyba najbardziej szalony związek w całym swoim dotychczasowym życiu. Wspomnienia z tych pięknych trzech wiosen niemal natychmiast zalały go z mocą tsunami, a serce zaczęło bić zdecydowanie szybciej niż zwykle. To nic, że od dnia, w którym z nim zerwała minęło już wiele księżyców, a oni sami z pewnością sporo wydorośleli. Skoro los chciał, by znowu się odnaleźli i to w dodatku tak daleko od Sierra Leone, w którym dziesięć lat temu poznali się jako wolontariusze pracujący dla Action Aid, z pewnością nie zamierzał tej szansy zmarnować. Tym bardziej, że jego kumpel i tak się chwilowo gdzieś oddalił, a ona właśnie kończyła zbieranie materiałów do nowego artykułu. Sytuacja stała się jeszcze bardziej idealna, gdy podczas kolacji, na którą zgodziła się z nim pójść, okazało się, że zatrzymali się w tym samym motelu. Teraz wystarczyło trochę bardziej się koło niej zakręcić, by z dużą dozą prawdopodobieństwa odzyskać jej dawne względy. Dla tej szczególnej damy długowłosy skoczyłby nawet z mostu, więc chyba nic dziwnego, że nie tylko codziennie dzielnie przedzierał się za nią przez gęstwiny, dźwigając jej ciężki, drogocenny sprzęt, ale także niemal każdego ranka posyłał jej kwiaty. 

- Stawiam dziesięć do jednego, że ta laska otworzy się na Ciebie ponownie jeszcze zanim stąd wyjedziemy. - Stwierdził pewnego wieczoru Milo, obserwując z politowaniem jak jego współlokator nakłada na siebie najlepsze ubranie i naciska klamkę. - Ciekawe jak wytłumaczysz to swojej hrabinie. 

- Nie będę jej tego tłumaczył, przecież nigdy nie obiecywałem jej niczego poważnego. To ona ubzdurała sobie, że jest inaczej. Powinna się cieszyć, że w przeciwieństwie do większości facetów zgodziłem się pomagać jej w opiece nad dzieciakiem. - Rzucił szatynowi zirytowane spojrzenie. 

- Dobra, już dobra. - Haitańczyk podniósł ręce w geście poddania. - W razie czego Cię ostrzegałem. 


***


Dwadzieścia dni później, Ocean Atlantycki, niedaleko Nowego Jorku 

- Naprawdę uważasz, że Twoja kochanka pogodzi się wkrótce z faktem, że już nigdy nie zdoła zaciągnąć Cię do ołtarza ? - Daphne wspięła się na palce, by pocałować swojego przyszłego męża w policzek, w wyniku czego o mało co nie wypadła za burtę. Na całe szczęście zdołał w porę uchwycić ją w talii i przesunąć jeszcze bliżej siebie. 

- Będzie musiała, bo od tej chwili liczysz się tylko Ty, nasze przyszłe bobo i Dante. - Odwzajemnił jej gest, starając się brzmieć jak najpewniej, by zbytnio się nie zamartwiała nadchodzącą przyszłością. 

- Mam nadzieję, że masz rację. I że nie oszukałeś mnie twierdząc, iż przestaniesz wreszcie stale pakować się w kłopoty. Nie jesteś niezniszczalny, a ja nie zamierzam zostać samotną matką.

- Daj spokój, w końcu obiecałem, że poszukam sobie znacznie spokojniejszej pracy i przestanę tak dużo chodzić po knajpach. 

- I zaczniesz przykładać wagę do interesów Aegean Airlines.

- Ma się rozumieć, a teraz podziwiaj krajobraz. - Dodał, starając się póki co wyprzeć z głowy lubieżne myśli. Ostatecznie ta dystyngowana brunetka i tak należała już wyłącznie do niego, więc mógł trochę zaczekać z ich realizacją. 


***

Cytat w nagłówku przytoczony za Yōko Ogawą. 

 


02/07/2022

2181. Śmiech i marzenia są sekretem lepszego życia

 Podkład: Deep Purple - Child in time


Siedem miesięcy. Dokładnie tyle czasu potrzebował Dylan, by za sprawą pomocy starszej siostry faktycznie stanąć na równe nogi i definitywnie zakończyć swoje dawne znajomości. To znaczy owszem, doskonale wiedział, że o ile człowiek łatwo może wejść do podziemnego światka Nowego Jorku, o tyle już całkowicie uwolnić się od konsekwencji tej decyzji tak naprawdę nigdy mu się nie uda. Mógł dokładać wszelkich starań, by zerwać ze swoimi starymi przyzwyczajeniami, ale gdzieś tam w środku nadal pozostawał tym samym młodym chłopakiem, który szwendał się po ulicach w poszukiwaniu problemów. Był chilijskim potomkiem pary sławnych muzyków, którzy zmarli wiele lat temu i już nic nie mogło tego zmienić. Mógł jedynie starać się zmodyfikować swoją przyszłość, co zresztą chyba szło mu jak do tej pory całkiem nieźle. Co prawda z ust Gráinne nadzwyczaj rzadko słyszał słowa pochwały, na których przecież tak bardzo mu zależało, ale po radosnych iskierkach odbijających się w jej niebieskoszarych tęczówkach poznawał, że wreszcie jest z niego dumna, co po części rekompensowało mu te wszystkie długie lata, podczas których nawet nie wiedział o jej istnieniu. A już szczególnie zadowolony był, gdy po szczęśliwym zaliczeniu testu końcowego podsumowującego wiedzę, którą zdobył podczas kursu mającego przygotować go do zdobycia upragnionego zawodu trenera zwierząt zajmującego się psami pracującymi, rudowłosa nie tylko mocno go uściskała, ale także, ku jego ogromnemu zaskoczeniu, zabrała go do drogiej, eleganckiej irlandzkiej restauracji.

- Mam tu coś dla Ciebie. - Oświadczyła, gdy tylko kelner odszedł od ich stolika, by zrealizować zamówienie, które złożyła w swoim ojczystym języku i zaczęła grzebać w swojej wieczorowej, mieniącej się torebce o barwie czystego szafiru. Po chwili wyciągnęła z jej wnętrza kluczyki do samochodu, które następnie wręczyła bratu. - Mam nadzieję, że masz prawo jazdy. - Dodała z lekkim śmiechem, obserwując jak ten otwiera szeroko oczy ze zdziwienia. - Może i nie jest najnowszy, ale jestem pewna, że powinien Ci trochę posłużyć. Poprosiłam Jimmy'ego, żeby zaparkował go na swoim podwórku, bo nie chciałam psuć Ci niespodzianki. - Widząc jak mężczyzna oblizuje wargi, najwidoczniej nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów wdzięczności, wstała ze swojego miejsca i obszedłszy blat dookoła, trzepnęła go po przyjacielsku w plecy prawą ręką. - Podziękujesz mi później, chłopie. Teraz lepiej złap wreszcie oddech, bo jeszcze mi tu wykitujesz. 

- Ja... - Zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle, więc upił łyk wina, które w międzyczasie zostało im dostarczone i spróbował ponownie. - Nie wiem co powiedzieć. - Poczuł jak oblewa się rumieńcem, więc szybko spuścił głowę. 

- I nic nie musisz mówić. - Zapewniła go, siadając z powrotem po drugiej stronie mebla. - W końcu nie mogłam pozwolić, by mój młodszy braciszek nadal dostawał się na te swoje koncerty za pomocą komunikacji miejskiej teraz, gdy z pewnością będzie miał jeszcze więcej pracy z powodu zleceń na tresurę zwierzaków. 

- No wiesz, nie sądzę, żeby od razu waliły do mnie tłumy klientów. - Prychnął z nutką rozbawienia. - Ale mimo wszystko dziękuję. 

- Być może masz rację, ale w przyszłości właśnie tak się stanie. Jestem tego pewna. W dodatku słyszałam, że mamy jeszcze jeden powód do świętowania. Przecież o ile się nie mylę, parę dni temu oficjalnie zostałeś frontmanem tego swojego zespołu. Zaraz, jak się on nazywa ? - Zmarszczyła brwi, wyraźnie walcząc ze swoją pamięcią. 

Warriors of Cosmos. - Wymruczał, nie wiedząc kompletnie co ze sobą począć. Najchętniej chyba zapadłby się pod ziemię. Jeśli bowiem wyspiarka słyszała o zaszczycie, który niespodziewanie go dosięgnął, to z pewnością wiedziała również, że zawdzięczał to nie tyle wspaniałemu głosowi odziedziczonemu po matce, ale przede wszystkim sporej dawce alkoholu zmieszanego z wypaloną wcześniej marihuaną. A on wolał uniknąć kolejnego wykładu o zgubnych skutkach zażywania używek. 

- Ach tak, faktycznie. Zastanawia mnie tylko dlaczego się nie pochwaliłeś swojej starszej siostrze. - Wbiła w niego badawcze spojrzenie, wysuwając oskarżycielsko podbródek. - Żeby mi to było ostatni raz. - Pogroziła mu palcem wskazującym. - Ale skoro już to zrobiłeś, to liczę na to, że w ramach rekompensaty zgodzisz się zagrać razem z resztą kapeli na ślubie mojej koleżanki, który odbędzie się za miesiąc. Akurat poszukuje jakiś dobrych muzyków, więc obiecałam, że Cię zapytam. 

- Żartujesz, prawda ?! - Omal nie zadławił się sałatką. 

- Ani trochę. Jestem jak najbardziej poważna, a to Wasza szansa na rozbłyśniecie. Kto wie, może wśród gości pojawi się ktoś, kto będzie w stanie Was trochę rozreklamować. To jak będzie, wchodzicie w to ?

- Zapytam resztę, ale myślę, że nie powinni mieć nic przeciwko. - Odparł, wyobrażając już sobie tę imprezę. 


***


Cytat w nagłówku przytoczony za książką Amore 14 autorstwa Federico Moccia. 

29/05/2022

2180. Feels like I wanna jump



Oh gimme something to take the edge off
Something to kick the night off
Something to keep my mind off
This so called life



    Kobieta usiadła na krześle i po kilku sekundach odsunęła się od metalowego stołu, przy którym siedzieli tak, jakby bała się Alexandra. Złożyła opuszki dłoni w stożek i wbiła w nie wzrok. Dwudziestoczteroletni brunet miał wrażenie, że pani adwokat, która powinna go bronić, obawia się go równie mocno, co wszyscy inni wokół. Jakby sześćdziesięcio trzy kilogramowy chłopak, z rękoma zamkniętymi w kajdanki i przypiętymi do metalowej rurki wychodzącej ze stołu, mógł jej coś zrobić.
- Zarzuty nie są zbyt kolorowe – zaczęła powolnym, drżącym głosem. Brzmiała tak, jakby sprawa Alexandra była jej pierwszą w życiu. – Zarzucono Panu mord…
- Alex, jestem Alex – przerwał jej. Nie lubił, jak mówiło się do niego <i>per pan</i>. Czuł się jak młody dzieciak, był młodym dzieciakiem i zwracanie się do niego tak, jakby był dwukrotnie starszy wyprowadzało go z równowagi.
    Kobieta uniosła wzrok, spojrzała w jego oczy, westchnęła trzykrotnie i przymknęła powieki. Alexander odnosił wrażenie, że zaczęła liczyć do dziesięciu, by nie wybiec z malutkiego pomieszczenia z wrzaskiem. Nie mogła tego zrobić, bowiem była adwokatem z urzędu, a tacy nie bardzo mieli wybór spraw. Z drugiej strony Alexander był świadom, że ani jego, ani jego babki nie było stać na kogoś bardziej kompetentnego. Nie było ich stać na nikogo, a urzędnik dawał jakiekolwiek minimalne światełko w tunelu.
- Alexandrze – zaczęła ponownie, otwierając oczy i przenosząc wzrok na jedną z kamer. – Zarzucono ci morderstwo pierwszego stopnia. – Pauza – Dochodzi do tego jeszcze znęcanie się, maltretowanie i gwałt nieletniej.
    Brunet wyłączył się po pierwszym zdaniu. Zarzucono ci morderstwo pierwszego stopnia… Zamknął oczy, próbując nie zwymiotować. Zaciskał oczy tak mocno, że kanaliki łzowe aż puściły i po policzkach popłynęły mu łzy. Nie ze smutku, ani złości. Spodziewał się takiej informacji, wiedział, że czyn, którego się dopuścił nie będzie zapomniany; ktoś w końcu go znajdzie, a co za tym idzie – skaże na kilkadziesiąt lat więzienia.
    Alexander zastanawiał się, jak to jest być skazanym na dożywocie. Ile lat będzie trwał jego wyrok, po ilu przestanie mu zależeć, a kiedy jego oddech będzie ostatnim tchnieniem na Ziemi. Przeżyje dwadzieścia kolejnych lat? Trzydzieści? A może pięćdziesiąt, bo Bóg się na nim teraz zemści i będzie chciał, by faktycznie długo pocierpiał?
    Po kilku minutach ciszy otworzył w końcu oczy i spojrzał na panią adwokat.
- Co jeszcze mi zarzucono? – zapytał drżącym głosem.
- Poza morderstwem, znęcaniem się, maltretowaniem i gwałtem nieletniej? – Kobieta uniosła brwi. Wyglądała na zaskoczoną, a jednak gdy otworzyła teczkę leżącą na metalowym stole, wypuściła powietrze z głośnym świstem. – Kradzież, nieudzielenie poszkodowanym pierwszej pomocy, a także ucieczkę do Stanów Zjednoczonych.
    Spojrzał na kobietę i tym razem to on uniósł brwi. Kradzież? Ucieczka? Gwałt własnej siostry?
- Nie zgwałciłem, nie znęcałem się nad moją siostrą – powiedział zrezygnowanym głosem. – To nie ja.
    Odwrócił wzrok w stronę okna przepuszczającego strużki słońca między kratami. To tak będzie teraz wyglądało jego życie – za kratami, próbując wyłapać każdy promień słońca, który będzie mu przypominał, że jest skończony w życiu na zewnątrz. Nawet, gdyby udało mu się wyjść po dwudziestu pięciu latach, będzie mężczyzną w średnim wieku, bez wykształcenia, ani doświadczenia. Biorąc pod uwagę fakt, że świat zaczął zmieniać się w niewyobrażalnym tempie, Alexander na pewno nie będzie wiedział, jak się żyje. Będzie się czuł tak, jak wtedy, gdy dostał pierwszy komputer i grę <i>The Settlers</i>. Totalnie skołowany klikał jakiekolwiek przyciski na klawiaturze, próbując cokolwiek osiągnąć. Za kilkadziesiąt lat, zamiast klikać, będzie się włóczył z kąta w kąt, a każdy głośniejszy dźwięk będzie przyprawiać go o ciarki.
- Według dokumentów, które trzymam przed sobą, najpierw okradł pan… - Kobieta kolejny raz uniosła brew i szybko się zreflektowała – najpierw okradłeś swoją matkę, próbowałeś przekonać Arię, twoją siostrę, do ucieczki. Kiedy się na to nie zgodziła, zacząłeś jej grozić, że ją pobijesz i zgwałcisz, co następnie uczyniłeś. Niestety, nakrył cię twój ojciec, a kiedy chciał cię odciągnąć od siedemnastolatki, pobiłeś go, a gdy leżał nieprzytomny pobiegłeś po nóż, który wbiłeś Vladowi Morte prosto w serce.
    Brunet nie dowierzał temu, co właśnie słyszał. Przecież prawda była zupełnie inna, to on się bronił, to on nakrył swojego ojca gwałcącego Arię, to on próbował załatwić wszystko polubownie! A kiedy prośby, groźby nie działały, rzucił się na ojca.
    Nie chciał go zabić. Nigdy nie myślał o tym, że mógłby to zrobić. Jego ojciec był naprawdę dobrym człowiekiem, z którego chciał brać przykład. Zawsze przykładny rodzic, który każdego dnia pokazywał mu, jak powinien się zachowywać; był dla niego autorytetem, zawsze chciał być takim człowiekiem jakim był Vlad. W momencie, kiedy widział go sapiącego nad malutkim ciałem jego siostry, cały szacunek, który gromadził przez dwadzieścia dwa lata, prysnął niczym bańka mydlana.
- Jedyne, z czym mogę się zgodzić, to zabicie mojego ojca. Nigdy nie znęcałem się ani nie zgwałciłem mojej siostry. – Ostatnie zdanie przesylabizował, jakby chciał w ten sposób przekonać do siebie swoją adwokat.
    Ona jednak nie była przekonana. Wręcz przeciwnie, wyglądała tak, jakby była pewna jego winy, a jego rozprawę sądową chciała tylko odbębnić, wpisać do notesu, przekazać szefowi i zabrać się za coś łatwiejszego.
    Alexander się jej zupełnie nie dziwił, wszystko wskazywało na to, iż był winny czynom, które przed chwilą usłyszał. Jednak świadomość, że prawda wyglądała zupełnie inaczej sprawiała, że brunet nie potrafił tego zignorować. Nie mógł ot tak wrócić do życia codziennego. Po pierwsze nie miał gdzie wrócić, a po drugie, nawet gdyby miał, to i tak by go nie wypuścili z więzienia.
    Kobieta, która jeszcze przed sekundą siedziała na krześle, nagle wstała i podeszła do kąta przy drzwiach. Położyła dłoń na klamce, jednak Morte wiedział, że nigdzie się nie wybiera – nie zapukała do drzwi, by ktoś po drugiej stronie mógł je otworzyć. Chciała jednak zachować jak największą przestrzeń między nimi; jakby to, co chciała właśnie powiedzieć, mogło wyprowadzić podejrzanego z równowagi.
- Biorąc pod uwagę, że od dwóch lat zamieszkujesz Stany Zjednoczone – zaczęła. Kilka chwil minęło jednak od kontynuacji. Zamykała usta, by po sekundzie je otworzyć, a następnie znów zamknąć. – I zostałeś uznany za obywatela Stanów, zostaniesz tutaj skazany. Niestety sąd nie zgodził się na twoją deportację, po pierwsze ze względu na potencjalną możliwość ucieczki, a z drugiej strony na możność dokończenia aktu wobec Ari Morte.
    Brunet parsknął śmiechem, co zaskoczyło nie tylko panią adwokat, ale również jego samego. Gdyby nie on, Aria dawno już by nie żyła. Mógł śmiało powiedzieć, że uratował jej życie. Zamiast leżeć w grobie dwa metry pod ziemią, musiała się skonfrontować z traumą. Mogła jednak żyć nadal – nadal cieszyć się każdym promieniem słońca, każdym owocem zerwanym z pola, uczyć się, czytać, kochać. Być.
    Nagle przyszło mu coś do głowy.
- Moja siostra – powiedział, próbując wstać. Łańcuchy, którymi jego ręce złączone były ze stołem sprawiły, że prawie się wywrócił. Zaklął pod nosem. – Aria Morte może powiedzieć, co tak naprawdę się stało. Ona…
- Alexandrze – przerwała mu pani adwokat, nie patrząc w jego oczy. – Pierwsza rozprawa rozpocznie się za dwa dni. Do tego czasu będziesz przebywał w więzieniu w Rikers Island. Sugeruję unikanie jakichkolwiek bójek, rozmów na temat procesu i czegokolwiek, co mogłoby ci zaszkodzić.
    Brunet jednak jej nie słuchał. Błądził szaleńczym wzrokiem po małym pomieszczeniu. Dopiero teraz zauważył, że pleśń pokrywa znaczną część sufitu, a przyglądając się ścianom można było dostrzec ślady krwi.
- Aria jest jedyną osobą, która jest w stanie mi pomóc. To ona może przekonać sędziego, że jestem niewinny czynom, o które mnie oskarżacie. To nie było morderstwo pierwszego stopnia, nie zrobiłem tego z premedytacją! Broniłem siebie, broniłem swojej siostry!
    Jego głos był coraz głośniejszy, słowa wypływały z jego ust jak z karabinu. Kobieta, która nadal stała z ręką położoną na klamce wyglądała na… znudzoną. Zapewne słyszała takie historie nieraz, być może pierwsza rozmowa z każdym winnym człowiekiem właśnie tak przebiegała. Najpierw mówili, że są niewinni, że to nie oni powinni siedzieć w kajdankach, a potem okazywało się, że byli jeszcze większymi tyranami, aniżeli się wydawało.
    Świadomość, że prawda wyglądała zupełnie inaczej sprawiała, że Alexandrowi z każdą sekundą chciało się coraz bardziej wymiotować. Przełykał głośno ślinę, ale gula, która wyrosła w jego gardle nie dawała za wygraną. Rosła z chwili na chwilę coraz bardziej, przez co coraz ciężej było mu nawet oddychać.
- Musicie ją znaleźć, musicie ją przesłuchać – przekonywał adwokat, próbując się nie rozpłakać.
    Kobieta stała niewzruszona. Jej klatka piersiowa unosiła się miarowo, jakby zupełnie nie zależało jej na życiu tego młodego człowieka. Prawda była taka, że to ona jako jedyna mogła mu pomóc. Mogła skontaktować się z jego siostrą, ona na pewno zezna na jego korzyść.
- Wszystko co znajduje się w tej teczce – przeniosła wzrok na dokumentację znajdującą się pod jej lewą pachą – zostało panu zarzucone na podstawie zeznać Arii Morte.
    Nim słowa kobiety dotarły do Alexandra, ta szybkim ruchem zapukała do drzwi i ulotniła się z pomieszczenia. Nikt również nie wszedł, by odpiąć jego ręce i zaprowadzić do samochodu, który miał zawieźć go do miejsca, gdzie spędzi większą część swojego życia.
    Brunet uderzył pięścią w metalowy stół, zaklął trzykrotnie, zwyzywał cały świat, a następnie ucichł. Bezgłośnie łkał, łzy płynęły z jego oczu chowając się dopiero pod ciemnym materiałem koszulki. Nie wierzył w to, co właśnie usłyszał.
    Z Arią zawsze utrzymywał bliskie, bardzo przyjacielskie relacje. Kochali się, jak na rodzeństwo przystało. I jeszcze dwie godziny temu, nim do pokoju weszła jego adwokat, mógłby z ręką na sercu powiedzieć, że oboje skoczyliby za sobą w ogień.
    Być może została zmuszona do tych zeznać. Jednak przez kogo? Matkę, która postanowiła poświęcić swoje pierworodne dziecko, by wybielić męża przed pogrzebem? Właściwie, to jego matka mogła być jedyną osobą, która przekonała do składania fałszywych zeznań Arię. Nigdy nie traktowała Alexandra tak, jak traktowała swoją ukochaną córeczkę, o której tyle lat marzyła. Wręcz przeciwnie – gardziła nim, a kiedy ona to robiła, jego ojciec pokazywał mu drugą stronę rodzicielstwa. Tę zdecydowanie lepszą.
    Usłyszawszy otwierające się drzwi, Alexander spojrzał w ich stronę. Nie zdążył jednak nikogo w nich dojrzeć. Zemdlał.



What a time to be alive
Such a waste of fucking time



Tak pokochaliśmy się z Alexandrem, że, mimo mojego krótkiego jestestwa na NYC'u, postanowiłam uchylić rąbka jego tajemnicy. W tytule oraz cytaty zespołu Three Days Grace ♥

01/05/2022

2179. We've only just begun

Before the rising sun, we fly
So many roads to choose
We'll start out walking and learn to run
And yes, we've just begun

Ze snu wyrwało go kwilenie. Jerome podniósł się do pozycji siedzącej i sięgnął pod poduszkę, gdzie odnalazł swój telefon. Wyjął go i dotknął ekranu, przez co blask bijący od urządzenia poraził go prosto w oczy. Mrużąc powieki, mężczyzna odczytał godzinę. Dochodziła czwarta nad ranem, co oznaczało, że Aurora spała nieprzerwanie od siedmiu godzin, co chyba można było uznać za jej nowy rekord. Im była starsza, tym większą część nocy przesypiała, lecz wciąż serwowała dorosłym wyjątkowo wczesne pobudki.
Brunet wygramolił się z łóżka i podszedł do usytuowanego tuż obok łóżeczka. Kwilenie nie ustało, kiedy pochylił się nad popłakującą cicho dziewczynką i dopiero, kiedy wziął ją na ręce, Aurora względnie się uspokoiła. Nie oznaczało to jednak, że zaczęła tryskać dobrym humorem; coś ewidentnie jej przeszkadzało i zadaniem Marshalla było odgadnięcie, co.
— Najpierw jemy czy zmieniamy pieluchę? — odezwał się cicho, z charakterystyczną chrypką, jaka zawsze towarzyszyła mu tuż po wstaniu z łóżka. Rozmawianie z Rory przychodziło mu z coraz większą swobodą. Swoboda ta rosła proporcjonalnie do odległości, w której znajdowała się od niego Charlotte; jakby przy rudowłosej kobiecie Jerome wciąż krępował się okazywaniem uczuć jej córce. Bynajmniej nie dlatego, że czuł presję, choć wiedział, że Lotta już od długiego czasu przypisała mu roję ojca swojego dziecka. Po prostu… potrzebował więcej czasu.
Z Aurorą na rękach przeszedł do łazienki, gdzie ułożył dziewczynkę na przewijaku. Uważał, że on sam nie czułby się komfortowo, gdyby przyszło mu spożywać posiłek z pełnymi gaciami, więc dlaczego miałby dostarczać Aurorze podobnych wrażeń? Sprawnie zmienił pieluszkę i po jego wyćwiczonych ruchach było widać, że nie stronił od tego nie tylko podczas nieobecności Charlotte, ale również na co dzień. Opuściwszy łazienkę, przeszedł do połączonej z salonem kuchni i wyjął z lodówki butelkę z mlekiem, pamiętając o tym, by podgrzać ją w kąpieli wodnej przed podaniem jej córce panny Lester.
Nie, wciąż nie myślał o Rory jak o swoim dziecku, choć sam nie wiedział, co go przed tym powstrzymywało. Dość szybko przecież zdecydował się na rozmowę z Angielką, podczas której otwarcie zapytał o to, czy kobieta chciała, aby realnie uczestniczył w życiu jej córki i miał wpływ na jej wychowanie, a twierdząca odpowiedź go ucieszyła. Dlaczego więc teraz nie potrafił sprostać własnym oczekiwaniom?
— Jeszcze chwilę, Rory — wymruczał, kiedy przytrzymywana przez niego jedną ręką Aurora zaczęła się niecierpliwić. Nie tylko wierciła się przy jego boku, ale również zaczęła ponownie cicho płakać. Jerome wsadził palec do wody w garnuszku, w której pływała również butelka i z sykiem szybko cofnął rękę, kiedy okazało się, że temperatura wody była już stosunkowo wysoka.
— Naprawdę jeszcze tylko chwilka — zapewnił, uprzednio wyjąwszy lekko oparzony palec z ust i złapał Aurorę obydwiema rękoma. Poprawił ją w swoich ramionach tak, by twarz dziewczynki znajdowała się na wysokości jego wzroku i skrzywił się, kiedy wyraźnie spostrzegł jej zapłakane, zielone oczy oraz przezroczystą wydzielinę wypływająca z małego noska.
— I po co tak ślimtać? — odezwał się i pokręcił głową, a spomiędzy jego warg wydostało się ciche westchnienie. Najpierw sięgnął po paczkę nawilżanych chusteczek i doprowadził dziecko do porządku, a później wyjął butelkę z kąpieli wodnej i ocenił temperaturę mleka. Udało mu się go nie przegrzać, więc od razu przeniósł się na kanapę, ułożył Aurorę na swoim przedramieniu i podsunął jej smoczek butelki, który od razu znalazł miejsce pomiędzy różowymi wargami, a te zacisnęły się łapczywie.
Podczas gdy Rory jadła, brunet odchylił głowę i wsparł ją na oparciu kanapy, a jego wzrok prześlizgnął się po suficie.
Po raz pierwszy został z Aurorą sam na cały weekend. Charlotte wybrała się na dwudniową konferencję dla grafików, na którą wysłała ją agencja reklamowa, w której pracowała i choć rudowłosa początkowo wzbraniała się przed wyjazdem, brunet zapewnił ją, że sobie poradzi. Zrezygnował nawet z pomocy Margaret, która spędzała z Aurorą czas przez pięć, a często sześć dni w tygodniu i zasługiwała na chwilę wytchnienia. Jemu również miał przydać się odpoczynek. Od kilku tygodni zarówno po pracy, jak i w dni wolne zajmował się remontem mieszkania po dziadkach Arthura. Odnawiane lokum, które docelowo miało należeć do niego i Charlotte, powoli wyglądało coraz lepiej, czekało go jednakże jeszcze sporo pracy. Mógł jednak pozwolić sobie na weekend wolnego od remontu; mieli przecież gdzie mieszkać i nie musieli się spieszyć.
Rory przełykała głośno i z każdym towarzyszącym temu dźwiękiem opadające powieki Marshalla unosiły się z trzepotem. Walczył z sennością, co nie było łatwe, zważywszy na okoliczności. Było wcześnie i choć w lato o tej porze niebo już szarzało, teraz mieszkanie wciąż spowijała ciemność, gdzieniegdzie rozświetlana jedynie żółtym blaskiem ulicznych lamp. Wyspiarz, w przeciwieństwie do Aurory, poszedł spać dopiero przed trzema godzinami. Zostało mu do obejrzenia tylko kilka odcinków serialu i finalnie tak wciągnął się w przedstawianą na ekranie telewizora historię, że dobrnął do końca sezonu. Potrzebował przynajmniej jeszcze dwóch godzin snu, a ciepło bijące od drobnego ciała, które trzymał przy sobie, skutecznie wpędzało go w ramiona Morfeusza.
Podniósł ciężką głowę i spojrzał w dół. Kilka ostatnich pociągnięć wystarczyło, by dziewczynka opróżniła butelkę i kiedy Jerome odsunął smoczek od jej ust, zwróciła duże, zielone oczy na niego. Przypatrywała mu się z zainteresowaniem, wyraźnie ukontentowana tym, że miała suchą pieluszkę i pełny brzuszek, a w miarę tego, jak mrugała, jej powieki poruszały się coraz wolniej. Mimo wszystko, podobnie jak Marshall jeszcze przed chwilą, Rory próbowała walczyć z ogarniającą ją sennością. Wydawało się, że już przysypiała, kiedy nagle na powrót szeroko otwierała oczy i zaczynała cicho gaworzyć, jakby miała wyspiarzowi coś ważnego do opowiedzenia. Po tym krótkim zrywie znowu przysypiała i proces ten powtórzył się jeszcze parokrotnie, nim Aurora na dobre zasnęła w ramionach niezmiernie rozbawionego jej zachowaniem mężczyzny.
Trzymając dziewczynkę przy sobie, trzydziestolatek podniósł się z kanapy. W pierwszym odruchu chciał podejść od razu do łóżeczka, ale już po wykonaniu drugiego kroku coś go powstrzymało. Rory spała z główką wspartą na jego ramieniu i oddychała spokojnie; kiedy wydychała powietrze, z jej nosa wydobywał się cichy i zabawny świst.
Marshall przyłapał się na tym, że nie miał ochoty odsuwać jej od siebie i odkładać do łóżeczka. Nagle zaczęło mu się wydawać, że chłód, który wkradłby się pomiędzy jego nagi tors, a ciało dziecka, byłby wyjątkowo nieprzyjemny. Krążył więc powoli po całym mieszkaniu jeszcze przez kilkanaście minut, a Aurora ubrana w śpioszki z motywem jednorożca, które sam dla niej kupił, była niczym osobliwy termofor; bijące od niego ciepło rozchodziło się nie tylko po całym ciele wyspiarza, ale i wkradało się głębiej, rozlewając się również po zakamarkach serca. Kiedy Rory znalazła się w swoim łóżeczku, Jerome przystanął przy meblu, który przed paroma miesiącami skręcał szczebelek po szczebelku. Po chwili pochylił się i wsparł łokciami o barierkę, przez co znajdował się ledwo kilkadziesiąt centymetrów nad śpiącą Aurorą. Przyglądał jej się, wodząc od jej twarzy, do małych stóp i z powrotem, a kiedy to robił, na jego ustach majaczył lekki uśmiech.
— Naprawdę chciałbym być dla ciebie tatą — odezwał się szeptem i wyciągnął dłoń po to, by pogładzić główkę dziecka. Porastały ją jasne, rudawe włosy, które im były dłuższe, tym wyraźniej zaczynały się kręcić. — Tylko… — urwał, a spomiędzy jego warg wykradł się drżący oddech. Niewygodny ciężar opadł na dno żołądka Marshalla, a kolejne słowa utknęły w ściśniętym gardle. Nie odrywając dłoni od główki Rory, gładził kciukiem dziecięcą czuprynę i uniósłszy drugą rękę, mocniej pochylił głowę i zacisnął palce u nasady nosa.
Tylko coś mnie przed tym powstrzymuje.
Sądził, że uporał się z przeszłością. Minął już jakiś czas od rozprawy rozwodowej; od zamknięcia tamtego rozdziału jego życia, w którym obecna była nie tylko Jennifer, ale również ich nienarodzony syn. Dlaczego więc wciąż miał wrażenie, że bezpowrotnie stracił szansę na to, aby być ojcem? Dlaczego towarzyszyło mu to upiorne wrażenie, że jeśli na dobre wpuści do swojego serca Aurore, to zapomni o Lionelu? Umysł podpowiadał, że towarzyszący wyspiarzowi strach był irracjonalny, ale w żaden sposób go to nie umniejszało.
Jerome się bał. Bał się, że zdradzi swojego syna, którego nawet nie miał okazji poznać, podczas gdy Aurora znajdowała się na wyciągnięcie ręki, tak ciepła i… żywa.
Wyprostował się gwałtownie, kiedy wyczuł pod dłonią nagłe drgnięcie. Rory najpierw cała się spięła, a później rozpłakała się rozdzierająco. Ten dźwięk nie tylko poraził uszy wyspiarza, ale również na wskroś przeszył jego zamarłe serce i sprawił, że to drgnęło niespokojnie.
Pośpiesznie wziął dziewczynkę na ręce i przytulił ją do siebie. Wyglądała, jakby bardzo się czymś wystraszyła. Może coś jej się przyśniło? A może to strach pochylonego nad łóżeczkiem mężczyzny spłynął na nią i zakłócił jej spokojny sen?
— Przepraszam — szepnął, kołysząc dziewczynką. — Przepraszam — powtórzył, kiedy ta się nie uspokajała, przez co ciężar na dnie jego żołądka stał się tym bardziej dokuczliwy, a słowa z trudem umykały z piekącego gardła. — Wiem, że nie powinienem tak myśleć. Ty i twoja mama jesteście najlepszym, co mogło mnie spotkać. Bez was… nie wiem, w jakim miejscu bym się teraz znajdował — szeptał gorączkowo, jednocześnie krążąc po mieszkaniu i cały czas kołysząc Aurorę, której płacz zdawał się nie słabnąć, a przybierać na sile. Pewnie był to tylko zbieg okoliczności, ale Jerome naprawdę czuł się winny. Winny temu, że choć pragnął pewnych rzeczy, nie mógł po nie sięgnąć.
— Już dobrze. Wszystko będzie dobrze, Rory. Nie musisz się bać — mówił cicho, ale Aurora nie przestawała płakać. Nie był to pierwszy raz; on i Charlotte już wielokrotnie doświadczyli podobnego rodzaju płaczu, który rozpoczynał się niespodziewanie i równie nagle, jak się pojawił, nagle przechodził, ale po raz pierwszy Jerome był z tym zupełnie sam, tak daleko pod Charlotte. I po raz pierwszy miał wrażenie, że nie mógł dać dziewczynce tego wszystkiego, na co ta zasługiwała. A zasługiwała na miłość obojga dorosłych, którzy podjęli się jej wychowania.
— To nie tak — zapewnił. — Nie tak, że cię… nie kocham… — tchnął, bo wypowiedzenie tych dwóch słów przyszło mu z niebywałym trudem. — Ja… — zaczął i urwał, a jego głos mieszał się z dziecięcym płaczem. — Kocham cię, Rory. Problem tkwi w tym, że cię kocham — powiedział w końcu i przymknął powieki.
Nie wiedział, ile czasu spędzili, krążąc po mieszkaniu, nim dziewczynka zasnęła, wyczerpana własnym płaczem. Gdy Jerome odłożył ją do łóżeczka, ponownie wsparł się na barierce, wymęczony na swój własny, osobisty sposób.
Swego czasu tylko otarł się o ten szczególny rodzaj miłości, która została w nim zduszona tuż po tym, jak pozwolił jej wykiełkować. Ból, którego wtedy doświadczył, był silniejszy niż uczucie, w miejsce którego się pojawił. Jednak na tym niepodatnym gruncie, wbrew wszystkim przeciwnościom losu, niepostrzeżenie wykiełkowało kolejne ziarenko. Jerome nie chciał go dostrzec, jakby w obawie przed tym, że kiedy tylko padnie na nie jego wzrok, wydarzy się to samo, co przed dwoma laty. Coś jednakże pchało jego spojrzenie w kierunku kiełkującego ziarna; była to nieznana mu siła, której nie mógł się oprzeć, a która bez wątpienia pochodziła z jego wnętrza, aż pozwolił sobie na ukradkowe zerknięcia. Po każdym jednym zalewała go fala strachu, ale nie działo się nic złego. Absolutnie nic. Może to miało wystarczyć?
Wyprostował się i zacisnął palce na barierce. Aurora spała głęboko, jakby niedawny epizod nie miał miejsca, przynajmniej dla niej.
— Nie będziemy się już bać — obiecał wyspiarz. Wyciągnął rękę i jej wierzchem pogładził zaróżowiony, dziecięcy policzek.
Obydwoje utracili coś cennego, czego nawet nie zdążyli poznać. I choć Jerome był boleśnie świadomy tej straty, śpiąca spokojnie pod jego czujnym spojrzeniem dziewczynka nie musiała.

And when the evening comes, we smile
So much of life ahead
We'll find a place where there's room to grow
And yes, we've just begun

Flurry dziękuję za możliwosć wypożyczenia Aurory, a El za sprawdzenie tekstu. Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz ślimtać przez moje wypociny ♥ Cytat w tytule oraz opowiadaniu: Welshly Arms - We've Only Just Begun (Carpenters cover).

13/04/2022

[KP] Go ahead and throw your stones

Diego Villanueva
37; korespondent wojenny ABC News, udziałowiec w Millennium Press.

Nigdy nie miał do nikogo pretensji. Nie robił matce wyrzutów tylko dlatego, że przez kilkanaście lat ukrywała przed nim prawdę, że nie rozmawiała z nim na niewygodne tematy, a pytania ciekawskiego dziecka zbywała opowieściami z Argentyny. Nie miał pretensji do ojca, chociaż ten przez ponad dwadzieścia lat nie chciał go nawet poznać, co miesiąc przesyłając określoną sumę pieniędzy, a w święta dodatkowe czeki, które Diego gromadził w pożółkłej już kopercie. Nie złościł się na młodszego brata, chociaż on złościł się na niego - jakby za całe ich życie odpowiadał właśnie Diego. Nikt inny.

Nigdy nie uciekał przed odpowiedzialnością, chociaż ta goniła za nim nieustannie, nie dając mu nawet na moment odetchnąć. Nie uciekał przed nagrodami, ale tym bardziej nie unikał wymierzanych kar i nagan, zbierał nawet te przeznaczone dla brata. Zahartował się, w końcu przestał się bać odpowiedzialności i zamiast traktować ją jako nachalnego przeciwnika, przyjął ją jako swoją przyjaciółkę. Rzucił się w wir pracy, zaczął się więcej uczyć i dzięki temu wszystkiemu nie uciekł także przed prawdą. Wtedy postanowił wyjechać z kraju i zająć się relacjami z tych części świata, które ogarnięte były nieustannymi konfliktami zbrojnymi. Znikł. Dla najbliższych zapadł się pod ziemię. Dla społeczeństwa zaistniał jako niestrudzony reporter wojenny, który nieraz dla dobra materiału gotów był poświęcić własne.

Nigdy nie potrafił przyznać przed innymi, że ma dość. Łatka pracoholika i chorobliwie ambitnego dziennikarza, wpierw w podrzędnym brukowcu, a następnie na wojnie, przyległa do niego nadzwyczaj szybko. Pragnął piąć się po szczeblach kariery, odnosić sukces za sukcesem, a kiedy w ostateczności dotarł do własnych korzeni i odkrył, skąd pochodzi, nie bał się przyjąć tego, co mu się należało. Bez wahania wskoczył między szalejące trybiki Millennium Press, aby udowodnić ojcu, że jest tego wart, matce, że nie musi się o niego obawiać, a przyrodniej siostrze, że powinna dostrzegać w nim konkurencję.


Emme
Chciałam spróbować raz jeszcze z Diego, nie wiem, co z tego wyjdzie, ale zatęskniłam.

20/02/2022

2178. Mare tenebrarum

[OSTRZEŻENIE: przekleństwa]

Elaine ostrożnie rozejrzała się po ulicy. Panował typowy dla miasta półmrok. Słońce już dawno zaszło za mitycznym horyzontem, którego nikt w tej dzielnicy nie dojrzy, a światła lamp i z okien nie były wstanie całkiem rozproszyć mroku. El nie widziała nikogo, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest doświadczonym detektywem czy nawet złodziejem, więc może łatwo przegapić oczywiste sygnały czyjejś obecności. W chwilach takich jak ta Elaine żałowała, że nie ma przy niej starego przyjaciela, doświadczonego mordercy, któremu bez wahania powierzyłaby swoje życie. Ten jednak opuścił Nowy Jork kilka lat temu i jedyne znaki życia, jakie dawał, ograniczały się do pieniędzy pobranych z ich wspólnego konta i cichych dostaw, gdy czegoś szczególnie potrzebowała. Matt z pewnością wiedziałby, co robić. Eagle zaś rozumiała sytuację na tyle, żeby nie bagatelizować zagrożenia i chcieć pomóc kobiecie z dwójką małych dzieci. Z tego właśnie względu chwilę później przemknęła się wzdłuż budynku, dbając, by światło za bardzo na nią nie padało. Dotarła do odpowiednich drzwi i zajrzała przez wąską szybkę. Nie zauważyła nic podejrzanego, ale wycofała się i ruszyła dalej. Ten szeregowy dom powinien mieć z drugiej strony wąskie podwórko i właśnie z tej strony El chciała wejść… i wyjść. W końcu drzwi mogły być pod obserwacją. A może Eagle miała już paranoję? Trudno jednak było jej nie mieć po tym, co wydarzyło się kilka miesięcy wcześniej…

Niecały rok wcześniej….

Elaine odprowadziła Clarissę do przedszkola, a potem pojechała do pracy. Razem z Patrickiem i Marco przeprowadzali inwentaryzację i wszystko wskazywało na to, że jeszcze tego dnia dobrną do końca. Powinni byli zrobić to wcześniej, ale Lucas wymyślił rodzinne święta i niby nie było ich tylko trzy dni, a zaległości zrobiło się znacznie więcej. Potem szykowanie lokalu na sylwestra i Nowy Rok, dużo pracy z początkiem karnawału i nim się obejrzeli inwentaryzacja zaczęła na nich krzyczeć z pretensjami, że nie została wykonana. Chcieli czy nie, El z towarzyszami wzięli się do pracy. Przerzucając skrzynki i kartony, El nawet nie podejrzewała, że spokojny dzień może przemienić się w tragiczny ciąg zdarzeń, którego finałem będzie utrata ukochanego dziecka i całej przyszłości. W najgorszych snach nie przewidziała pogrzebu przeprowadzonego w samotności, długich dni rozpaczy. Bólu i samotności, które miały wypalać ją po kawałku przez długie tygodnie. Nie, śmiejąc się z bratem i planując prezenty dla Clary, nie podejrzewali, że są to ostatnie chwile radosnej beztroski. Zastanawiali się, czy dziewczynka chciałaby z nimi pojechać na pokaz świateł w weekend. Lucas był ostatnio zapracowany, więc mogli przecież wykorzystać to do spędzenia czasu we troję. A może Lilka byłaby chętna? Ot, zwykłe, pogodne myśli krążyły po ich niczego nieświadomych głowach.

Obecnie…

Elaine wreszcie przedostała się przez połamany płotek na podwórko. Przystanęła i nasłuchiwała. Nie zauważyła niczego podejrzanego, żaden pies na nią nie wyskoczył, więc ruszyła wzdłuż ogrodzenia do wejścia z tyłu w postaci drzwi z siatką na szybie. El ostrożnie nacisnęła klamkę. Mogła wejść do środka.

Niespodziewany trzask rozbitego szkła przegonił ciszę wieczora. Pełen przerażenia głos kobiety dobiegł z wnętrza domu i sprawił, że El niewiele myśląc, wtargnęła do środka. Po drodze wyszarpnęła z kieszeni broń. Wolała nie myśleć, jaka kara by ją spotkała za użycie tego pistoletu. Ważne, żeby wyjść z tej sytuacji żywą.

El wbiegła do kuchni, ale nikogo tam nie zastała, więc obróciła się, żeby wąskim korytarzem dotrzeć do salonu. Mieszkanie było przepełnione starymi, poniszczonymi meblami i rzeczami, które zdecydowanie utrudniały sprawne przemieszczanie się pomiędzy pokojami. Dobrze, że te były blisko siebie.

Blondynka zwolniła, by najpierw zajrzeć do pomieszczenia. Kiedy przekonała się, że znajduje się przodem do napastnika, wyskoczyła zza ściany.

Facet jedną ręką szarpał swoją żonę, w drugiej trzymał nóż. Wyraźnie nie próbował go użyć, a jedynie wygrażał kobiecie. Eagle jednak nie zamierzała sprawdzać, czy zawahałby się zabić matkę własnych dzieci.

– Zostaw ją! Bo strzelę! – wykrzyknęła i wycelowała w mężczyznę.

– Spieprzaj! – Usłyszała w odpowiedzi El.

– Ostrzegam! – odparła i bez wahania uniosła broń, po czym strzeliła gospodarzowi nad głową, w szafkę pod sufitem. Coś brzdękło, a El nie wiedziała co. Z resztą odgłos był częściowo zagłuszony przez przerażone krzyki dwóch małych dziewczynek. Ważne, że facet puścił żonę, którą trzymał za włosy. Wtedy dopiero El spostrzegła, że kobieta ma rozciętą wargę i opuchniętą twarz. – Następnym razem w twoje kolano – ostrzegła Eagle.

– Pieprzona wariatka! – krzyknął mężczyzna, ale cofnął się.

– Wynoś się! – warknęła El i ruszyła w jego stronę, nie opuszczając broni. Minęła kanapę i dzięki temu stanęła między facetem a dziećmi. Kobieta szybko zbierała się z podłogi, żeby znaleźć się za Elaine. – Już! – Poganiała go Eagle i obniżyła broń, jakby celowała w kolana. Mężczyzna miał dość rozsądku, żeby zacząć się wycofywać.

– Zbierajcie się – poleciła krótko El kobiecie i dzieciom. Wiedziała, że nie mogą zostać w mieszkaniu ani chwili dłużej. Facet mógł wrócić ze znajomymi, a strzał mógł przykuwać uwagę kogoś postronnego i ścignąć im policję na głowę. El musiałaby się wtedy grubo tłumaczyć, czemu nie zadzwoniła po policję, gdy dostała wiadomość, że rodzina może być w niebezpieczeństwie. Zbyt wiele musiałaby powiedzieć, żeby się wykpić. Lub dużo zapłacić. – Szybko – pospieszała kobietę. Sama zaś przesunęła się już do wyjścia. Facet wypadł z mieszkania, nie zamknąwszy za sobą drzwi. – Weź tylko ich dokumenty i najważniejsze rzeczy. Wychodzimy w ciągu dwóch minut – oświadczyła głośno. Czuła, że w jej głosie jest coraz mniej stanowczości, tak wyraźnej przed chwilą, a coraz więcej drżenia.

Elaine wyjrzała z domu i rozejrzała się, a potem cofnęła i zamknęła drzwi. Nie były żadną ochroną, ale przynajmniej dawały informację na temat tego, że ktoś wchodzi. Wróciła za to do przerażonych dzieci. Jeśli dobrze pamiętała dokumenty, jedna z małych miała cztery lata, druga półtora roku.

– Weźcie swoje ukochane pluszaki – poradziła im. Starała się brzmieć jak najłagodniej i delikatniej, ale sama była zbyt rozemocjonowana, by to się udało.

– Mam już wszystko – powiedziała kobieta, która w jakąś wyniszczoną torbę dopychała ostatnie rzeczy. Wyszła z pomieszczenia obok salonu. Może była to ich sypialnia? Może pokój dzieci? A może jedno i drugie? El nie miała pojęcia. Grunt, że mogły wychodzić. Eagle wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer.

– Proszę podjeżdżać. Nie wyłączać silnika – powiedziała krótko. Jeśli chodzi o takie akcje, Elaine ufała tylko jednej osobie – Sebastianowi. Może i Blacka już nie było (gdziekolwiek się podziewał), to z tej znajomości El nie chciała rezygnować. Choć trudno mówić o znajomości. El po prostu wiedziała, że temu mężczyźnie może powiedzieć, jeśli coś dzieje się znacznie poza obszarem akceptowalnym przez prawo, a stary ochroniarz jej nie wsypie. Nie chciała go narażać niepotrzebnie. Teraz jednak potrzebowała jego pomocy, a przede wszystkim potrzebowała pewnego transportu.

– Wezmę rzeczy – powiedziała El i zabrała torbę. Wiedziała, że tak będzie lepiej. Niech matka zajmie się swoimi dziećmi. Z resztą Eagle nadal trzymała w pogotowiu broń. Musiała zadbać o to, by była niewidoczna dla postronnych. A przecież nie mogła jej schować do kieszeni! To nie telefon…

Kilka dni wcześniej…

– Patrick, nie podoba mi się ta sprawa – powiedziała Elaine, kiedy zauważyła, że brat patrzy jej przez ramię na dokumenty. Przebywali właśnie w biurze jej baru. Ostatnio często zdarzało się, że blondynka zabierała teczki podopiecznych Fundacji ze sobą do „domu”. Przeglądała pliki i zastanawiała się, jakiej tak naprawdę pomocy potrzebują ci ludzie. Blaise często chciał wszystko załatwiać pieniędzmi, El zaś zdawała sobie sprawę z tego, że pieniądze często komplikowały sprawy, a nie je rozwiązywały.

– Młoda, daj spokój… Gapisz się na te papiery od trzech godzin. Nic już nie wymyślisz. A na pewno nie w tym stanie. Facet jest zwykłym draniem. Mało takich? – Patrick wydawał się nieco zniecierpliwiony. Może dlatego, że szykowali się do świątecznego zamieszania i naprawdę potrzebował jej pomocy. Elaine jednak nie potrafiła się na niczym skupić, jej myśli ciągle powracały do nowych podopiecznych. Dostała o nich informacje tego ranka. Właściwie zapoznała się z nimi tylko dlatego, że sekretarka uznała, że są mało ważne i zepchnęła je na koniec kolejki, a przewrotność El sprawiła, że blondynka zaczęła przeglądać papiery właśnie od końca. Ot, przypadek. Sekretarka wkurzyła ją na wejściu swoim marudzeniem na temat tego, że Eagle woli pracować z baru niż luksusowego biura, i Elaine po prostu chciała jej zrobić na złość. Dla zasady. Nawet jeśli nie miało to nikomu zrobić jakiejkolwiek różnicy. Ot, walka na przekonania. I wtedy zobaczyła te dokumenty. Zabrała je ze sobą i opuściła biuro w pośpiechu. I tak już kolejną godzinę ślęczała przed papierami i komputerem.

– Patrick… – Pokręciła głową. – Jasne, bezapelacyjnie jest chujem, ale popatrz… nie jest debilem. Robił kiedyś całkiem konkretne interesy. A teraz zachowuje się jak zwykły menel. Nie pasuje mi to. Z resztą… chlanie nie oznacza, że musisz lać żonę i dzieci, nie? – westchnęła.

– El, przestań. Szukasz na siłę. To agresywny typ, który swoje porażki odbija sobie na rodzinie. Jasne, musisz zająć się sprawą, skoro mają dzieci, ale nie… – Urwał. Wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język, gdy napotkał pełne pretensji spojrzenie siostry. – Wiesz, że nie chcę cię obrazić – powiedział szybko i odsunął się nieco.

Elaine bez trudu dośpiewała sobie końcówkę tej wypowiedzi. Wiesz, że nie chcę cię obrazić, ale masz paranoję od śmierci Clarissy. Wiedziała, że brat często o tym myślał. Nie podobał mu się też pomysł z Fundacją. Uważał, że zamiast iść do przodu, praca daje jej okazję do dalszego roztrząsania śmierci adoptowanej córeczki.

– Nie, Pat. W sensie, tak. Mam paranoję. Jeśli jednak dzięki tej paranoi zapobiegnę śmieci niewinnego dziecka, to mogą mnie zamknąć w zakładzie dla obłąkanych. Nie ma sprawy – zapewniła z uporem. Mężczyzna wiedział, że nie zdoła przekonać siostry w tej sprawie. Jeśli chodziło o podopiecznych, to działała zero-jedynkowo. I nic nie dała sobie wytłumaczyć w zakresie bezpieczeństwa. A wielu próbowało. Poddali się chyba tylko dlatego, że zwykle, jakimś irracjonalnym sposobem, miała rację.

– Co ci więc nie pasuje w tym gościu? – zapytał zrezygnowany. Oczy Elaine zabłysły. Najwyraźniej właśnie na to pytanie czekała.

– Słuchaj… – podjęła temat na nowo. Patrick skapitulował. Wysłuchał wszystkiego od początku do końca. O interesach podejrzanego gościa, o ludziach z otoczenia, o obserwacjach sąsiadów, zgłoszeniach na policję. A przede wszystkim o pewnym typie, którego ksywka wypływała nie po raz pierwszy. – Wszystko wskazuje na to, że chodzi o pranie pieniędzy. Narkotyki nie potrzebowałyby takiej przykrywki – zakończyła i spojrzała wyczekująco na brata.

Patrick pokiwał głową.

– No dobra… ale nawet jeśli masz rację, to co możemy zrobić? Przecież zgłoszenie tego na policję nie pomoże. Będą chcieli pewnych dowodów, a nie twojego wywodu rodem z Sherlocka Holmesa – stwierdził z przekąsem. Wtedy na twarzy Elaine pojawiło się coś więcej niż determinacja – plan. I Patrick zadrżał mimowolnie. Miał wrażenie, że w ostatnich miesiącach jego siostra małymi kroczkami przekracza granice, których żaden człowiek nie powinien naruszać… a ona nie dość, że robiła to regularnie, to nic sobie z tego nie robiła.

– Zabiorę je stamtąd – powiedziała spokojnie, jakby mówiła o spacerze, a nie uprowadzeniu trzech osób z obcego domu.

Teraz…

Dzieci były gotowe do wyjścia, ich matka również. Elaine wyjrzała przez szybę w drzwiach, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Może facet się wystraszył i poleciał po posiłki? W takim razie nie powinien zdążyć na czas z powrotem. Gorzej, jeśli ukrył się za jakimś krzakiem z bronią. A musieli przejść do przecznicy obok, bo tu były kamery, a El nie chciała, żeby samochód został przez kogokolwiek rozpoznany. Sama zarzuciła kaptur na głowę.

– Idziemy – zdecydowała i pewnie otworzyła drzwi. Ruszyły z dziećmi ku wylotowi z ulicy. Eagle starała się nie przyspieszać kroku, ponieważ wiedziała, że matka z maluchem na ręku nie zdoła za nią nadążyć, z trudem jednak tamowała swoje zapędy. Chciała uciekać. Chciała biec ile sił w nogach. Mogła robić za bohaterkę, ale najlepiej z kanciapy we własnym barze – na ulicy nie była już tak heroiczna. Może dlatego, że nie była to jej pierwsza tego typu akcja? A może dlatego, że bliznę po nożu w brzuchu nosiła do tej pory…

Mijały właśnie trzeci segment i zbliżały się do końca ulicy, kiedy do uszu Elaine dobiegł dźwięk odbezpieczanego pistoletu. Jak podejrzewała, facet miał broń, ale nie trzymał jej w domu ze względu na dzieci.

– Biegiem! – krzyknęła i chwyciła drugie dziecko na ręce, żeby szybciej znaleźć się z dala od niebezpieczeństwa.

W uliczce rozległ się huk. Psy zawyły, ptaki odleciały, w domach jakby świat zamarł na sekundę.

Pudło. Kobiety biegły dalej.

Strzał. Krzyk dzieciaków. Otumaniający strach. El czuła, że mogłaby tak biec i milę, byle dalej od zagrożenia. Mimo to spojrzała, czy matka dzieci sobie radzi.

Pisk. Strzał. Drugi. Trzeci. Elaine zamknęła oczy. Za dużo. Ktoś zginie. Musi.

– El! Wskakujcie! – rozległ się donośny głos pana Sebastiana. Eagle otworzyła szeroko oczy. Samochód odgradzał je od strzelającego. El wepchnęła kobietę z dziećmi i sama usiadła z nimi na tylnym siedzeniu. Nie miała odwagi obejść auta z drugiej strony. Z resztą kierowca mierzył do strzelca przez otwartą szybę. Głupotą byłoby się podkładać.

Kilka sekund później pędzili już przez miasto. Kobieta próbowała uspokoić płaczące dzieci. A Elaine próbowała nie zwymiotować na własne kolana… A przecież obyło się bez ofiar, prawda?

Do baru Eagle pojechali okrężną drogą. Silver chciał mieć pewność, że nikt ich nie śledzi. Był cierpliwy i spokojny, jakby wcale nie brał udziału w strzelaninie. I oszczędził Elaine wykładu na temat unikania niebezpieczeństw. Znał ją zbyt dobrze, wiedział, że nikt lepiej od niej nie przyciąga kłopotów – tak przecież było od pierwszego dnia, gdy się spotkali. Sebastian od razu odgadł, że to jej, a nie kogokolwiek innego, Lucas Black powinien bać się najbardziej. Zawsze miał ją na oku, zawsze chronił swojego pracodawcę. Najwyraźniej jednak coś poszło nie tak, skoro to właśnie Silver i Eagle nadal przemierzają ulice Nowego Jorku i swoim zwyczajem ładują się tam, gdzie nie trzeba.

Elaine wprowadziła swoich gości przez zaplecze.

– Na prawo macie kuchnię, na lewo łazienkę i moje biuro – wyjaśniła cicho. Skinęła głową zaniepokojonej Meg, dziewczynie, która pracowała u niej już trzy lata i widziała niejedno… i nauczyła się nie zadawać pytań, ale ciągle miała ten przerażony wzrok, gdy Elaine sprowadzała do baru nowe niewiadome. Meg zabrała skrzynkę i wyszła drzwiami prowadzącymi do baru. – Tam nie wolno wam chodzić, dobrze? – Elaine zwróciła się do dziewczynek. – Nie chcemy, żeby ktoś wiedział, gdzie jesteście… Wkrótce znajdziemy wam bezpieczny dom – dodała i pogłaskała starszą z nich po włosach. – Pokażę wam, gdzie będziecie spały… Myślę, że się wam spodoba.

Nie tak dawno Elaine przeprowadziła remont w swoim barze. Od zniknięcia Blacka właściwie mieszkała w tym miejscu i wreszcie zdecydowała się doprowadzić swoje biuro do takiego stanu, w którym będzie mogła zwyczajnie funkcjonować. Rozkładana kanapa została zastąpiona antresolą i drabinką do niej prowadzącą. Zamiast dziwnego biurka stanęła meblościanka zabudowana pod sam sufit, dzięki czemu nie tylko dokumenty się mieściły, ale i zwykłe rzeczy El. Pod antresolą stanęła szafa i rozkładana pufa, dodatkowe łóżko, gdy trzeba było kogoś jeszcze przechować przez noc.

– Będziecie spać na górze. Spokojnie się tam zmieścicie. Fajnie? – Mrugnęła do dziewczynek. Nadal były wstrząśnięte, a kobieta wyraźnie wystraszona. Elaine westchnęła ciężko. – Pani Thompson…. Nie miałyśmy czasu się sobie przedstawić. Przepraszam, że to wszystko wyszło tak nagle. Nazywam się Elaine Eagle, prezes Fundacji imienia Clarissy. Opiekujemy się takimi rodzinami jak pani. – El całkiem przeszła w oficjalny ton, za którym ostatnio chętnie się kryła. – Wiem, że warunki są dość nietypowe, ale nadal nie mamy potrzebnych dokumentów, a jasne było, że nie mogłyście dłużej tam zostać. Jesteśmy w moim barze, będziecie tutaj bezpieczne. Rozgośćcie się, a ja przygotuję coś ciepłego do picia, dobrze? – Uśmiechnęła się do matki dziewczynek i pogłaskała ją po ramieniu. – Nie pozwolę was skrzywdzić – obiecała szeptem. – A pani potrzebuje okładu. – Spojrzała znacząco na opuchnięty policzek.

– Elizabeth. Bethy… mam na imię Bethy – odparła kobieta roztrzęsionym głosem. Elaine powoli skinęła głową.

– Elaine, ale proszę mówić mi El, Bethy… Miło mi cię poznać… mimo takich warunków – dodała ciepłym tonem i wyszła. Czym prędzej przeszła przez zaplecze, dokąd w każdej chwili mógł wejść ktoś z pracowników, i zamknęła się w kuchni. Wytrzymają bez frytek kilka minut. A El opadła na podłogę, drżąc i ściskając się za brzuch. Nawet nie płakała. Po prostu kołysała się i czekała, aż zdoła się uspokoić.

Kolejna wigilia Bożego Narodzenia

Elaine chodziła po zapleczu swojego baru wzburzona. Zgodnie z planem Bethy z córkami miały zostać przeniesione dzisiaj rano w bezpieczne miejsce, a tymczasem nadal zajmowały jej biuro. Eagle mogła je ulokować w jakimś hotelu, ale nie miałaby wtedy gwarancji bezpieczeństwa, a tutaj przynajmniej kontrolowała sytuację. Nie oznaczało to jednak, że miała czas z nimi siedzieć! Matka z dwójką małych dzieci nie mogła też spacerować po barze. Z resztą lepiej, żeby nikt nie wiedział, że kryją się w Bronksie. Elaine nie lubiła przeceniać swoich wpływów, a głupie narażanie się nie leżało w naturze blondynki, choć wielu w to powątpiewało.

Jednocześnie Elaine nie mogła nie pracować w Wigilię. Jej bar był znany z tego, że w święta zbierają się w nim zagubione dusze, takie jak ona sama. Jedynie zeszły rok był inny pod tym względem, ale... cóż. Tamte święta należały do przeszłości pełnej ciepłych uczuć i magicznych wspomnień, zaś z teraźniejszością czy przyszłością nie miały nic wspólnego. A rozwiązanie było potrzebne tu i teraz.

Po przedreptaniu dobrego kilometra El w końcu sięgnęła po telefon. Innej opcji nie było. Wybrała odpowiedni numer.

– W czym mogę pomóc mojej ulubionej przyjaciółce? – Blaise odebrał telefon od razu po pierwszym sygnale. El tylko na to czekała i od razu zakomunikowała zdecydowanie:

– Za pół godziny chcę cię widzieć u mnie w barze. I bez marudzenia. Wymyśliłeś fundację, to teraz rusz dupę, jasne? - I rozłączyła się, żeby nie pozostawić Ullielowi miejsca na narzekanie. Blaise słyszał jedynie dźwięk przerwanego połączenia, świadczący o tym, że El nie daje mu żadnego pola do dyskusji i jeśli nie zamierza znów jej podpaść, musi rzucić wszystko, co aktualnie robi i zgodnie z rozkazem pojawić się u niej w barze. Narzucił na ramiona płaszcz i zbiegł do garażu, po czym wsiadł do jednego ze swoich sportowych samochodów i skierował się prosto pod znajomy adres.

– Nie zdążyłem nawet zmienić koszuli i przez ciebie zmuszony jestem pokazać się w tej samej co dzisiaj rano, mam więc nadzieję, że to naprawdę sprawa życia i śmierci, zwłaszcza, że niedawno brałem prysznic i dalej sterczą mi włosy – jęczał, zajmując miejsce przy barze i mierzwiąc jeszcze profilaktycznie niesforną fryzurę dłonią. – Poza tym, dlaczego ty pracujesz w Wigilię? Mogłaś powiedzieć, zaprosiłbym cię do siebie, spędzilibyśmy miło czas… – wymownie poruszył brwiami, zaraz jednak ugryzł się w język. Po minie Eagle wyraźnie widać było, że nie jest jej dziś do śmiechu i jest wyraźnie poirytowana, a to oznaczało, że swoimi głupimi docinkami i sugestiami właśnie podpisał na siebie wyrok śmierci.

Elaine natomiast dość niecierpliwie czekała, aż Blaise przestanie błaznować i stroszyć piórka, co było niezwykle upierdliwe. Z resztą i bez tego siedziała jak na szpilkach i zerkała co chwilę w stronę drzwi prowadzących na zaplecze, skąd w każdym momencie mogła wypaść jedna z rozrabiających dziewczynek. Ich matka czuła się tego dnia wyjątkowo słabo, a El miała w tym temacie pewne podejrzenia, o których wolała nie mówić na głos. Biorąc sytuację pod uwagę, panna Eagle zachowała niezwykły dla siebie spokój, skoro nie zdzieliła Ulliela po głowie gdzieś w połowie jego wypowiedzi.

– Nie wiem, czy zauważyłeś, że prowadzę bar. Czynny w święta. Co za tym idzie, pracuję również dzisiaj. Jak co roku – powoli cedziła słowa. Potem pochyliła się do przyjaciela i syknęła mu do ucha: – Problem polega na pieprzonych urzędasach, którzy nie wydali na czas pozwolenia na wyjazd matki z dwójką dzieci i teraz cała trójka siedzi za tymi drzwiami.

Nagle Elaine skoczyła na równe nogi i chwyciła Blaise'a za koszulę.

– A teraz pójdziesz ze mną... – Poprowadziła go przez zaplecze do biura. – Pomożesz w opiece nad nimi – zdecydowała El i posłała przyjacielowi znaczące spojrzenie. Zdawała sobie sprawę z tego, że Ulliel nie lubi dzieci.

– Matka z dziećmi? A co ja mam wspólnego z tą rodziną? – Uniósł pytająco brew, ale zanim doczekał się jakiejkolwiek odpowiedzi, El w swoim stylu sprowadziła go na ziemię, ciągnąc za sobą w kierunku zaplecza. Matka dzieci siedziała blada przy biurku, a dziewczynki rysowały coś na podłodze.

– Opiece nad nimi? Ja? Czy ty zdajesz sobie sprawę z kim ty w ogóle rozmawiasz? – Ulliel wbił w Elaine zszokowane spojrzenie, zwłaszcza, że przyjaciółka doskonale wiedziała, jak bardzo nie lubił dzieci i unikał ich jak ognia. Nie potrafił porozumieć się z nikim, kto miał poniżej czternastu lat, a sama perspektywa obcowania z trójką nieznajomych budziła w nim przerażenie. Widać było, że pochodzą z zupełnie innego środowiska, a on nie zamierzał się narażać na jakieś choroby. – Jeśli chcesz, mogę ściągnąć tu jakąś opiekunkę z agencji, na pewno jakieś pracują w tym okresie. A nawet jeśli nie, suma, jaką im zaproponuję, na pewno ściągnie tu co najmniej kilka chętnych do opieki nad dziećmi profesjonalistek w tej dziedzinie. – Pokręcił z dumą głową, zadowolony ze swojego szybkiego pomysłu na pozbycie się problemu i od razu sięgnął do kieszeni, aby poszukać agencji opiekunek w najbliższej okolicy.

Elaine jednak była szybsza i złapała mężczyznę za ręce, czym powstrzymała go od wybrania numeru. Następnie przybliżyła się do Blaise'a tak, by szeptać mu do ucha:

– Gdyby to było takie proste, sama bym zadzwoniła – oznajmiła kpiąco. – Są świadkami w sprawie. Nikt nie może wiedzieć, gdzie się znajdują. A ty masz tylko pilnować, żeby nie zrobiły sobie krzywdy. Będą się same bawiły. Dam ci książkę czy coś – wyjaśniła i wyglądało na to, że nie zamierza odpuścić.

– Świadkami w sprawie?! A jeśli ktoś po nie przyjdzie i wszystkich nas tutaj wyzabijają? Ta fundacja to jednak był zły pomysł. Nie pomyślałem o tym, że mogę cię przez to narazić na jakieś niebezpieczeństwo – westchnął i schował telefon do kieszeni. – Zdecydowanie będę musiał pomyśleć nad jakąś ochroną dla ciebie, nawet jeśli miałabyś się przez to do mnie nie odzywać przez tydzień czy dwa – dodał zrezygnowany i usiadł na krześle obok miejsca, gdzie bawiły się dzieci – Czuję się tak, jakbyś właśnie wsadziła mnie do klatki z dzikimi zwierzętami, choć o dziwo te dzieci nie wrzeszczą i nie biegają w kółko jak szalone, co już jest dużym sukcesem. Mam nadzieję, że nie będą się ruszać z miejsca, a ja nie skończę tego dnia z przeraźliwym bólem głowy – jęczał, starając się skupić swoją uwagę na dzieciach i nie myśleć przez cały czas o tym, jakie zagrożenia nie tylko dla jego organizmu, ale i własnego bezpieczeństwa niesie ze sobą przebywanie w towarzystwie dzieci i ich matki.

Elaine mogła jedynie westchnąć ciężko w odpowiedzi na zachowanie Ulliela. Właśnie dlatego zwykle z Blackiem nie mówili przyjacielowi o tym, w co się znowu wpakowali. Był zbyt delikatny, przewrażliwiony i emocjonalny.... a to często tworzyło niebezpieczną mieszankę.

– Za to, żeby nas nie pozabijano, odpowiadam ja. I właśnie dlatego potrzebuję kogoś do dzieci. Jeśli się znudzą, włącz im bajkę – poinstruowała Blaise’a i wskazała tablet. – W biurku masz whiskey – dodała i uśmiechnęła się lekko. Pocałowała go w policzek. Kiedy wychodziła, była pewna, że Ulliel zachowa się odpowiedzialnie, choć pewnie przez kolejny rok będzie jej wypominał tę noc. Nie widziała za to, jak starsza z dziewczynek podeszła do mężczyzny z obrazkiem i podziękowała, że z nimi siedzi. Ich matka spała niespokojnie na antresoli.

3 stycznia

Elaine jęknęła cicho, kiedy obróciła się na bok. Wreszcie wróciła do spania we własnym łóżku, ale to nieszczególnie pomagało w wysypianiu się. Problem nie wynikał z materaca, powietrza czy poduszki. Silver po ostatniej akcji może nie miał do niej pretensji o to, że wpakowała się w tarapaty, ale zalecił więcej ćwiczeń i choć raz El się z nim zgodziła. Już od pewnego czasu chodziła na siłownię, teraz więcej ćwiczyła też walki. A siniaki i zakwasy zwalały ją z nóg skuteczniej niż przeciwnicy. Wiedziała jednak, że to kwestia powrotu do formy. Sytuacja sprzed świąt udowodniła jej, że nie może sobie pozwolić na rozleniwienie. A niby miała tylko siedzieć za biurkiem… Nie, nie potrafiła tak.

Westchnęła ciężko i usiadła na łóżku. Sięgnęła do półki, gdzie zostawiła telefon. Godzina jedenasta. Jak na pannę Eagle było raczej wcześnie, ale skoro już się obudziła i nie miała ochoty na dalszy sen, należało wstać i wziąć prysznic. I nie spaść przy tym z drabinki. Może jednak ta antresola nie była najlepszym pomysłem?

Aparat zadrżał, a El zmarszczyła brwi. Wiadomość. Niejedna.

Elizabeth z córkami są już w bezpiecznym miejscu. Dobrze, że udało się załatwić orzeczenie sądu. Dobra robota!

Och… czyli faktycznie są już bezpieczne. Kiedy wyjeżdżały dwa dni wcześniej, Elaine poważnie zastanawiała się, czy nie powinna jechać z nimi. Na wszelki wypadek. Aż sama wszystkiego nie sprawdzi. W końcu odpuściła pod naciskiem bliskich. Co dalej?

Sprawdź link. To chyba ON. Elaine zadrżała. Przez chwilę jej serce zamarło, poczuła, że się dusi. Szybko kliknęła link. Artykuł z jakiegoś portalu. Zwłoki mężczyzny do zidentyfikowania. Poszatkowany. Makabryczny widok. Ale Elaine wypuściła powietrze z płuc i odetchnęła z ulgą. To tylko mąż Elizabeth. Najwyraźniej koledzy z mafii nie byli szczęśliwi, że policja zaczyna wokół niego węszyć. Rozwiązali problem, nad którym borykała się El – jak zapewnić kobiecie i jej córkom bezpieczeństwo na lata.

A jednak coś zakuło El w sercu. Przez chwilę miała nadzieję, że to o kimś innym. Że dowie się czegoś. Czegokolwiek. Gdzie on jest? Czy żyje? Dokonał swojej zemsty czy zakopali go w jakimś dole pod płotem? Gdzie jest Lucas Black?

Potrząsnęła gwałtownie głową. Nie chciała płakać. Nie po nim. Był skończonym sukinsynem. Jeśli wyrzucili go na jakimś śmietnisku, to dostał to, na co zasłużył.

Spojrzała na kolejną wiadomość.

Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam 🎉 Moja droga El, w dniu urodzin chciałabym życzyć Ci wszystkiego, co najlepsze ❤️ Przede wszystkim dużo zdrowia, żebyś miała siłę na przyjmowanie tych wszystkich kopniaków od losu... Wiesz, co mam na myśli ❤️ A reszta sama jakoś się ułoży, ja też w miarę możliwości będę ochraniać Twoją dupkę 😁 Jak miałabym tego nie robić, skoro jesteś moją najbliższą duszą? Wiem, że o wielu rzeczach mi nie mówisz, ale pamiętaj, że już nigdy się ode mnie nie odczepisz ❤️ Raz jeszcze, wszystkiego naj naj naj 🎉 I żyj nam minimum sto lat 🎉 Ps. Wieczorem jakiś jeden drink albo osiem u mnie?

Elaine poczuła, że po jej policzku płyną łzy. Urodziny. Pieprzone urodziny. Miała obchodzić kolejne urodziny, podczas gdy… El potrząsnęła nerwowo głową, jakby chciała wyrzucić z niej złe myśli. Te jednak natrętnie wracały. Czemu ona musi żyć, skoro innych już nie ma? Czemu? Czemu nie dziecko, które miało świat otwarty przed sobą?

Eagle jęknęła cicho i drżącymi dłońmi potarła policzki. Ponownie sięgnęła po telefon i podziękowała przyjaciółce za wiadomość. Potem zeszła z łóżka i poszła się myć. Musiała żyć. Nie miała wyjścia. Musiała wstawać dzień po dniu. Od nowa.

Ale tego dnia się upije. To jedyne dobre rozwiązanie na życie.

W końcu nie co dzień obchodzi się 30. urodziny.

***

Bardzo dziękuję Muminkowi i White za pomoc przy notce ❤️

18/02/2022

2177. Ostatecznie dzień następuje zawsze po nocy

 Podkład: Kult - Zegarmistrz światła purpurowy  


Gdyby zapytać ludzi czym jest dla nich miłość, z pewnością każdy z nich udzieliłby trochę innej odpowiedzi. Bo wszyscy rozumiemy ją odmiennie. Każdą z tych definicji z pewnością jednak łączyłby jeden niezaprzeczalny fakt - jest to  oczywiście jedno z najwspanialszych uczuć jakie wymyśliła ewolucja. Miłość nie jest bowiem typowo ludzkim wynalazkiem. Kochać, choć na nieco innym poziomie, potrafią również zwierzęta. Małżeństwo, jako związek mający w założeniu przetrwać długie lata, z pewnością powinno być zawierane przede wszystkim na jego podstawie. A jednak w wielu zakątkach globu nadal mieszkają narody, które przy dobieraniu się w pary wyżej stawiają sobie majątek i koligacje rodzinne przyszłych partnerów swoich pociech, co często prowadzi do różnego rodzaju konfliktów i tragedii. 

Podobnie było w przypadku Nirvina, którego dzień ślubu został starannie zaaranżowany przez rodziców, gdy on sam miał zaledwie dziesięć lat, a przypisana mu dziewczyna siedem. Starsi obu familii uznali, iż połączenie młodych świętym węzłem może dodatkowo umocnić ich pozycje na arenie międzynarodowej medycyny. Ojciec mężczyzny był bowiem uznanym tajskim laryngologiem, zaś przodkowie kobiety od lat zarządzali jednym z większych i lepiej prosperujących szpitali z emirackimi korzeniami położonych na wyspie Phuket. Podczas podpisywania umowy żadna ze stron nie przejmowała się za bardzo problemami, które mogły wyniknąć chociażby z tak prozaicznego powodu, że ich dzieci po raz pierwszy miały się ujrzeć dopiero na tydzień przed oficjalną uroczystością. I to jedynie na kwadrans, podczas którego powierzono im tylko jedno zadanie - spłodzenie pierworodnego. Ten tradycyjny rytuał miał zapewnić krewnych Rafy, że dopiero wkraczający w dorosłe życie Kunsh jej nie porzuci. A jeśli by się tak stało, to będzie miał obowiązek nie tylko zwrócić równowartość jej posagu, ale także zapewnić męską opiekę zarówno dla poczętych maluchów, jak i ich matki. W przypadku gdyby to ona natomiast dopuściła się zdrady - miała zostać wyklęta, a wszystkie ich wspólne aniołki - przekazane pod opiekę taty. 

Przez prawie osiem długich lat wydawało się, że ich partnerskie relacje kształtują się jak najbardziej prawidłowo, czego najlepszym potwierdzeniem powinien być fakt, że po najmłodszej Bei Arabka wydała na świat jeszcze dwóch synów. Niestety dzień, w którym do ich wspólnego mieszkania w Paryżu zastukała para umundurowanych funkcjonariuszy policji, oskarżając pana Himalaya o pomoc w ukrywaniu zwłok młodej operatorki dźwięku, z którą wielokrotnie współpracował podczas przygotowywania spektakli teatralnych, stał się jednocześnie dniem, w którym runęło całe ich dotychczasowe szczęście. Już po pierwszych sześciu miesiącach, które niesłusznie spędził za murami więzienia, jego żona bowiem zaczęła spotykać się z innym facetem nie zważając nawet, że była w kolejnej ciąży ze swoim prawowitym mężem. Co gorsza na swojego kochanka wybrała mężczyznę, który przed nią udawał dobrze wychowanego, eleganckiego dżentelmena, a gdy tylko zamykała za sobą drzwi - znęcał się zarówno psychicznie, jaki i fizycznie nad jej pociechami, grożąc, że jeśli pisną komuś choćby słowo - pozbawi je życia, a ich rodzicielkę - wywiezie do burdelu. Koszmar tych niewinnych istotek trwał przez następne trzy i pół roku, kiedy to ich tata mógł wreszcie wrócić do domu. Nie był jednak już tym samym człowiekiem, co dawniej. Niesłuszne oskarżenie o tak poważne przestępstwo w połączeniu z upokorzeniami, których doznał podczas pobytu za kratkami sprawiły, że jeszcze przez kilka następnych miesięcy miewał samobójcze myśli. Jego stanu z pewnością nie poprawiło odkrycie zdrady umiłowanej żony. Rozpaczliwie poszukując pomocy, w towarzystwie wiernych zwierząt i najstarszej córki, która uparła się uciec razem z nim, wyruszył jak najszybciej do Nowego Jorku, w którym czekała już na niego młodsza siostrzyczka. To ona właśnie dzięki swemu niemal wiecznemu optymizmowi, ogromnemu gadulstwu i wielu wspierającym słowom po wielu tygodniach ciężkiej pracy zdołała nie tylko przekonać go do kontynuacji sesji psychologiczno-psychiatrycznych, które rozpoczął jeszcze w trakcie odsiadki, ale także do złożenia dokumentów niezbędnych do osiągnięcia oficjalnego rozwodu. Podczas gdy on oczekiwał na dzień, w którym wreszcie uwolni się od ciążących mu małżeńskich łańcuchów, ona codziennie odbywała długie rozmowy z bratanicą, dzięki czemu udało jej się odkryć niemal wszystkie informacje o okrucieństwach, których dziewczynka doznała z ręki ojczyma. Zeznania małej z pewnością dołożyły kolejną cegiełkę do odebrania praw rodzicielskich dla jej matki i przekazania ich Nirvinowi. Tyle, że on wciąż nie był do końca pewien, czy ma w sobie wystarczająco dużo odwagi, by  stanąć na wysokości zadania i przejąć całkowitą opiekę nad czwórką maluszków. Ale czy miał w ogóle inne wyjście ? Chyba nie, ponieważ rzecz jasna nie mógł oddać własnych potomków w ręce zupełnie obcych ludzi. Zresztą nie mógł narzekać, skoro zawsze mógł liczyć na ogromne wsparcie siostry. Pragnąc zarobić na utrzymanie wszystkich swoich pociech, musiał oczywiście jak najszybciej znaleźć drugą pracę. Restauracja, którą niedawno otworzył wciąż nie była dostatecznie sławna, by zapewnić mu odpowiednio wysokie dochody, toteż postanowił skorzystać z pierwszej nadążającej się okazji i przyjąć dodatkowo posadę półetatowego wykładowcy w Juilliard School. Krok ten ponadto umożliwił mu dalsze rozwijanie wrodzonego talentu artystycznego


***

Cytat w nagłówku pochodzi z książki Inny świat. Zapiski sowieckie. autorstwa Gustawa Herlinga-Grudzińskiego