Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

30/01/2021

[KP] Vae victis!

Życie nie jest sprawiedliwe i być może to dobra wiadomość dla większości z nas. — Oscar Wilde
Elaine Eagle
Wejście w dorosłe życie nie jest łatwe i nigdy nie przebiega bez przeszkód. Nie da się na to w żaden sposób przygotować. Jednych dorosłość dopada jeszcze w dzieciństwie, innych nawet na starość odnaleźć nie może. Dla jednych dorastanie to nagły skok na głęboką wodę, dla innych długotrwały proces. A dla Elaine? To raczej wieloletnie brodzenie w bagnie.

Wszystko zaczęło się, kiedy El była nastolatką. Wtedy przekonała się, że dla wielu ludzi liczą się tylko pieniądze, pozycja i własna przyjemność. Po kilku latach ucieczki od tego wszystkiego… doświadczyła jeszcze bólu, strachu i poczucia bezsilności. Niewiele miejsca zostało dla nadziei i marzeń. Aż wydarzyło się coś dziwnego. Natknęła się na kobietę, która jest dla El jak niegasnący płomyk ciepła i dobroci, i mężczyznę, który przypomina huragan. Natomiast w chwili, gdy myślała, że sięgnęła dna, spotkała człowieka, który nie bał się zaglądać do otchłani, ale wytrwale wynurzał się z niej za każdym razem. A w końcu ujrzała gwiazdkę pełną miłości. I wtedy El dorosła do tego, by ponownie zaufać.

Uwierzyła, że należy wygrywać swoje życie co dzień na nowo. Walczyć o każdą kroplę szczęścia, a jednocześnie wypijać ją z przyjemnością. I chociaż to kampania pełna przegranych bitew, zasypiać z myślą, że zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki.

Nie wiedziała, jak bardzo przyjdzie jej tego pożałować.


30 lat – właścicielka baru – tłumaczka – lektorka języka japońskiego
© BLACK DREAMER


Odautorsko:
Bardzo, bardzo, bardzo dziękuję wspaniałej i cudownej Black Dreamer za opiekę nad kartą i moją biedną El.
Gorąco zapraszam do wątków :)

28/01/2021

[KP] What if I trip? What if I fall? Am I the monster? Just let me know

Willow Mahoney

23.06.1998 r. | Medycyna | Columbia University | Sierota | Młodsza siostra | Waszyngton od dziecka | Nowy Jork od trzech lat | Przyszła Pani Doktor z misją | Syndrom Sztokholmski

— Willow? — Głos przebija się jakby przez mgłę. Choć przebywają w tym samym pomieszczeniu, ona zdaje się niczego nie słyszeć. Wbija martwy wzrok przed siebie. Skubie skórki przy paznokciach do krwi, ale nie czuje bólu. Przez jakiś czas była na niego narażona i nauczyła się ignorować nieprzyjemne odczucia. Otarcia i siniaki na nadgarstkach zniknęły dawno temu, ale nieświadomie przesuwa po nich opuszkami palców, jakby liny wciąż się tam znajdowały. — Willow? — Nieco głośniej. Osoba siedząca naprzeciwko powoli podnosi głos, chociaż ona wie, że stara się unikać tego w jej obecności. Krzyki przypominają o jej własnych krzykach w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. Widzi wtedy biegające po podłodze myszy, słyszy jego szyderczy głos życzący jej dobrej nocy w towarzystwie małych przyjaciół.
Wzdryga się, przenosi spojrzenie na kobietę w średnim wieku i delikatnie uśmiecha.
— Tak? — szepcze i odchrząkuje, pozbywając się nieprzyjemnej chrypki.
— Słyszałaś, o co pytałam?
Kręci głową i opuszcza ją, jakby wstydziła się swojego postępowania. Kobieta w średnim wieku sięga jej kolana i poklepuje je, tym samym przekazując, że nic się nie stało. Dziewczyna natychmiast się prostuje i ucieka od dotyku. Nie lubi, gdy ktoś się do niej zbliża. Psychoterapeutka unosi dłonie w obronnym geście i cicho przeprasza.
— Pytałam, jak sobie radzisz w tym tygodniu. Niedługo wypada rocznica śmierci twojej mamy i martwię się, że w tych okolicznościach… — urywa, widząc wzruszenie ramionami. Przecież prawie jej nie pamięta, dlaczego miałaby być smutna z powodu jej śmierci? Lawrence tłumaczył, że mama jest chora, że niedługo odejdzie i ona to rozumiała. Wtedy i teraz.
— Śmierć to naturalny porządek rzeczy, pani doktor — odzywa się pewnym głosem. Zimnym, ostrym jak nóż. Przecina ciszę w taki sposób, że kobieta w średnim wieku odchyla się na oparcie fotela i mruga ze zdziwieniem oczami. Leczy ją od kilku miesięcy, ale czegoś takiego jeszcze nie słyszała z jej ust. — Dlaczego mam sobie z tym nie radzić? — …dlatego, że sama prawie umarłam?
— A radzisz sobie?
— Jak widać. I myślę, że na dzisiaj skończyłyśmy — oznajmia twardo i podnosi się z fotela. Zanim kobieta w średnim wieku zdąży się odezwać, jej już nie ma.

Uśmiecha się na jego widok. Wszelkie wspomnienia ulatują w sekundę, jakby nigdy ich nie było. Znika nieprzyjemne poczucie otumanienia po zastrzyku, który zaaplikował jej w ciemnej uliczce, gdy wracała od przyjaciółki. Znika ból gardła od krzyku, który nie opuszczał jej w tamtym pomieszczeniu, jej osobistej celi. Znika strach, który przeniknął ją do kości, kiedy zobaczyła błysk szaleństwa w jego oczach. Chwyta jej dłoń i przyciąga do siebie, by złożyć na jej ustach namiętny pocałunek, a ona ochoczo go odwzajemnia. Patrzy na niego i nie widzi faceta, który ją porwał. Widzi człowieka, który ją uratował. I nic innego nie ma znaczenia.

17/01/2021

2160. Xoxo, Gossip Girl

Odautorsko: Na początku, tworząc postać, myślałam o tym, by zrobić z Audrey femme fatale, typowego vampa z powieści noir w seksownej, długiej sukni z drinkiem i papierosem w ręku, ale przeglądając komentarze pod kartą postaci, stwierdziłam, że... Mieliście totalnie lepszy pomysł. Przejrzałam sobie parę rozdziałów Plotkary, włączyłam serial do pisaniny, w dodatku wynajdując gdzieś w czeluściach internetów generatory social mediów i powstało... To coś. Ni to opowiadanie, ni to karta postaci, ale bardziej bym się jednak składania do drugiej opcji, przedłużenia KP. I tak poszłam totalnie na całość, bo prócz pięknej buzi, bogactwa i elitarnej społeczności, wydrążyłam sobie drogą do celebryckiego światka. Ale będzie zabawa :D
Ostrzegam, że sama niestety nie jestem z opowiadania za bardzo zadowolona, taką grafomanią trochę mi trąci, może to dlatego, że już jakiś czas nie pisałam i mózg jeszcze nie rozciągnięty nie potrafi się zmusić do owocnej pracy. Ale zapraszam wszystkich serdecznie z kawką bądź herbatką, ciastkiem i kocykiem do przyjrzenia się losom mojej panny Astor.



grudzień 2020, apartament Audrey

Popołudniowe promienie nowojorskiego słońca wlały się przez okno do sypialni, otulając moją twarz przyjemnym ciepłem, a przy tym wybudzając ze snu. Nie odwracając się, jeszcze z zamkniętymi oczami, sięgnęłam w tył po dłoń Lionela, ale łóżko okazało się puste. Musiał wyjść wcześniej niż zwykle. Mruknęłam pod nosem niezadowolona i w końcu otworzyłam oczy, a po dłuższej chwili wpatrywania się w błękitne niebo podniosłam się do pozycji siedzącej.
Rozejrzałam się jeszcze odrobinę nieprzytomnie po pomieszczeniu, okrutnie bolała mnie głowa. Przeszło mi przez myśl, że to był absolutnie ostatni bal debiutantek, na który się wybrałam z własnej woli. Sukienka, którą zeszłego dnia miałam na sobie, dalej leżała na krześle, poplamiona jakby czerwonym winem. Zmarszczyłam brwi.
– Nie piłam wczoraj. – Ziewnęłam. – Wina.
W końcu ruszyłam do łazienki, otulając się ciasno szlafrokiem. Zanim włączyłam elektryczną szczoteczkę do zębów, zdążyłam wrzucić w siebie dwie tabletki przeciwbólowe, drugą tak dla pewności. Wzięłam szybki, zimny prysznic, by się dobudzić, po czym z już z kubkiem kawy przeszłam do salonu, zbierając po drodze telefon. Przekopując się przez tonę powiadomień, trafiłam na… Dość niespodziewaną wiadomość. Serce zatłukło mi w piersi, zimne, pulsujące uczucie ekscytacji zrobiło sobie miejsce gdzieś w okolicach żołądka. I ona. Karla. Karla Alvarez-Cuevas. Przysiadłam na kanapie, odłożyłam telefon i sięgnęłam po pilot do telewizora.
„Nie” – pomyślałam. – „Wydawało mi się.”
Nie minęły dwie minuty, a znowu chwyciłam telefon. Powiadomienie dalej tam było. Znowu go odłożyłam.
– Weź się w garść, Audrey, ile ty masz lat, szesnaście? – mruknęłam szorstko na głos. Szeroki uśmiech jednak mimowolnie pojawił się na moich ustach.
Po chwili wstałam z kanapy i ruszyłam z powrotem do łazienki. Pieprzyć zimne, orzeźwiające prysznice. Zasłużyłam na długą, relaksującą kąpiel.



sierpień 2012, apartament Astorów

Ktoś z impetem otworzył drzwi do mojego pokoju i aż podskoczyłam z zaskoczenia, wypuszczając odpalonego papierosa z ręki wprost na śnieżnobiały, jedwabny dywan. Syknęłam ze złością, rzucając się na ziemię i strącając przy tym również kilka pędzli do makijażu z biurka, a Johnny, mój starszy brat, który wychylał się dalej zza drzwi, roześmiał się głośno. Od czasu studiów chyba nie obcinał włosów, bo kręcona blond czupryna sięgała mu aż do ramion. Spojrzałam na niego karcąco, opierając dłonie o biodra, po czym machnęłam na niego, by wszedł do środka.
– Matka się już wcięła – powiedział, wsuwając się do pokoju. W rękach dzierżył dwa ogromne kufle z piwem. – Wcisnęła mi alkohol do ręki, mówiąc, że tylko w ten sposób będę w stanie wyciągnąć cię do ludzi… I włączyła Joni Mitchell.
– Joni Mitchell? – Zmarszczyłam nos.
– Joni Mitchell. – Pokiwał głową, przymykając oczy. Oboje wiedzieliśmy, że kiedy leci Both Sides Now, czas schować się w pokoju, modląc o reputację.
Rzucił się na moje łóżko, odłożywszy wcześniej kufle na szafkę nocną i wziął do ręki plik kopert, który wysypał się spod jednej z poduszek. Pomachał nimi z wymownym wyrazem twarzy.
– Zostaw, boję się otwierać. Przyszły dziś rano. Może potem to zrobię.
– Hej, jest kilka grubasów, nie będzie tak źle. – Znowu się roześmiał. – No, przestań, Audrey, gdzieś muszą cię przyjąć. Pamiętasz, jak otwieraliśmy moje?
– Pamiętam. Ale dla ciebie matka zafundowała UCLA* renowację Royce Hall.
– A tobie kazała przynieść piwo! I powiedz mi, kto ma lepiej?
Uśmiechnęłam się. Lubiłam Johnny’ego, nie tylko jako brata, po prostu jako osobę. Zawsze potrafił poprawić mi humor. Było w nim coś takiego, że nie dało się go nie lubić, a w dodatku był naprawdę dobrym starszym bratem – troskliwym, kochającym, takim, który próbuje dbać o wszystkich wokół siebie. Nie wiem, po kim to ma.
– Daj mi dokończyć makijaż, przebrać się i otworzymy te cholerne listy – mruknęłam, siadając z powrotem do biurka. Odpaliłam kolejnego papierosa, ręce mi się trzęsły. – A potem wyjdziemy na dół, do ludzi. Ktoś musi przypilnować matkę. A w ogóle, co jej kupiłeś na urodziny?
Odwróciłam się i spojrzałam na brata, który właśnie czytał pismo wyciągnięte z jednej z kopert. Zajęta trajkotaniem, w ogóle nie dotarło do mnie, co robi. Uniosłam brew, uważnie spoglądając, jak jego wzrok sunie po dokumencie, a serce biło mi tak mocno i szybko, że byłam przekonana, że i Johnny słyszy jego dudnienie.
– No i co, po co była ta farsa? Uśmiechnij się, przyjęli cię. Trafiłaś na listę Juilliarda, Hepburn. Czas wymyślać przemowę na Oscary.



styczeń 2017, apartament Alvares-Cuevas

Było wpół do dziesiątej, wypiłyśmy butelkę wina i atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Karla drugi raz przewinęła Pretty Women do początku, ale chyba tylko dlatego, by coś leciało w tle, bo żadna z nas kompletnie nie zwracała uwagi na to, co dzieje się na ekranie.
– Musisz zwyczajnie wziąć sprawy w swoje ręce – powiedziała, wzruszając ramionami, po czym delikatnie zmierzwiła mi włosy. – Wydaje mi się, że masz po prostu beznadziejną agentkę, która nie umie cię dobrze ustawić, i tyle.
Leżałyśmy na łóżku w jej sypialni, zwrócone ku sobie. Lubiłam jej pokój, był taki chaotyczny, wiecznie odwrócony do góry nogami – wszędzie walały się najrozmaitsze rzeczy, od części garderoby po waciki, kosmetyki, suszarki. Karla nie cierpiała, gdy ktoś obcy wchodził do jej pokoju, więc też nigdy nie zamawiała sprzątania, a jak mawiała, „doprowadzi sypialnie do porządku, gdy siebie tam w końcu dowlecze”. Nic więc dziwnego, że tak wyglądał.
– A może się po prostu nie nada…
– Z takim nastawieniem na pewno. Słuchaj, jesteś Astorówną, nie? Twoi rodzice pewnie znają odpowiednich ludzi. Poza tym, gdybyś chciała, nie byłoby ci ciężko wylądować na Stronie Szóstej**. Upublicznij social media, wyjdź do ludzi, narób wokół siebie… – Wygięła usta w podkówkę, szukając odpowiedniego słowa. – Nie wiem, zamieszania?
Na początku przeszło mi przez myśl, że nie chcę tego robić, że nie tak to sobie zaplanowałam. Nie po tyle czasu poświęciłam na przesłuchania, próby, zajęcia, ćwiczenie warsztatu, żeby potem wykorzystywać kontakty rodziców i tanie celebryckie chwyty, by zaistnieć w branży. Na początku tak myślałam, przez krótką chwilę, zaledwie dwie sekundy, może półtorej. Potem mój wzrok zsunął się z oczu Karli na jej usta, dalej lekko wygięte w smutnym grymasie. I przestałam myśleć, że nie chcę. Może to, o czym mówiła, to był jednak dobry pomysł? Przecież można sobie czasem trochę pomóc.
– A co, jeśli tak naprawdę marna ze mnie aktorka? – mruknęłam cicho. Chciałam ją tylko sprowokować, uśmiech dalej czaił się na moich ustach, kąciki drgały delikatnie w górę.
– Hm, może? Tak, myślę, że musisz się chyba trochę podszkolić. – Zaśmiała się, przysuwając się przy tym odrobinę bliżej mnie.
– Tak?
– Zdecydowanie. Mnie nie oszukałaś.
Mówiąc to, pochyliła się nade mną, by pocałować mnie w usta, a zrobiła to tak szybko i zdecydowanie, że nawet nie drgnęłam, zaskoczona. Dopiero gdy odsunęła się o kilka centymetrów, widocznie rozbawiona, oddałam pocałunek, w dodatku dużo gwałtowniej, niż zamierzałam. Dotarło do mnie, od jak dawna chciałam to zrobić.
– Zrobimy tak. Teraz zdejmę z ciebie wszystkie ubrania – powiedziała pomiędzy pocałunkami, schodząc z moich ust na szyję, po czym podniosła głowę, by spojrzeć na mnie. – A potem wybierzesz sobie z mojej szafy cokolwiek, co wpadnie ci w oko i pojedziemy do Empire albo 1OAK***.



grudzień 2020, apartament Audrey

– Jak to jest, że kupuję tyle ubrań? – mruknęłam sama do siebie, przerzucając kolejne wieszaki w otwartej szafie w garderobie. – A dalej nie mam, co na siebie włożyć?
Minęło kilka godzin, odkąd odczytałam wiadomość od Karli i jeszcze nie zebrałam w sobie na tyle odwagi, by na nią odpisać. Jak miałam kilkanaście lat, sądziłam, że takie błahe i niedorzeczne problemy nie dosięgają poukładanego, wolnego od niezręcznych sytuacji życia dorosłych – gdy sobie to przypominam, chcę mi się śmiać.
Mój wzrok padł na starą, czarną, prześwitującą sukienkę, którą zakładałam w czasach, kiedy byłam jeszcze za studiach, a którą kiedyś pożyczyła mi Karla.
– Zbyt desperackie?
Sięgnęłam do kieszeni szlafroka po telefon.
– Zaakceptuj w końcu, że jesteś desperatką. I przestań gadać do siebie!










luty 2010, apartament Astorów
 
– Panna Audrey? Jejku, panno Audrey, nic ci nie jest? – Ktoś zaświecił światło w łazience. Oczy przyzwyczajone do ciemności nie pozwalały mi na rozpoznanie twarzy, a dźwięk jak wleciał jednym uchem, tak najprawdopodobniej drugim zaraz wyleciał. 
 – Co? Tak, jestem tu – mówiąc to, podniosłam się na łokciach. – Chyba sobie zasnęłam. 
 – Ojej, co za rozgardiasz. 
Udało mi się w końcu po głosie poznać naszą pokojówkę, starą, poczciwą panią Susanne. Stała nade mną, przerażona – nie wiem, czy bardziej moim wyglądem, czy stanem łazienki – i wodziła wzrokiem po pomieszczeniu, nie wiedząc najpewniej, co ma zrobić w pierwszej kolejności. Zbierać szkło czy mnie z podłogi? W końcu chyba uznała, że sama nie da rady, więc wyszła po kogoś do pomocy. 
Osunęłam się na łokciach z powrotem na podłogę i popatrzyłam w sufit. 
Pamiętam, jak było mi źle po śmierci ojca. Miałam dziesięć lat, John dwanaście. Matka się posypała, wpadła w czarną rozpacz i nie wychodziła z pokoju. Lekarz przepisał jej tabletki, po których po kilku miesiącach stanęła na nogi. Wkrótce, bo już dwa lata później, urodziła dziecko innemu mężczyźnie, z którym też wzięła ślub – Michaelowi, mojemu ojczymowi. Niespecjalnie go lubiłam, nie wiem czemu. Nie próbował zająć miejsca ojca, był dla nas bardzo uprzejmy i chyba chciał dobrze, ale nie potrafiłam się do niego przekonać. Mama była z nim szczęśliwa, to najważniejsze. 
Aby pozbyć się smutku, ukradłam mamie kiedyś jedną tabletkę. W końcu u niej podziałały, prawda? Pomogły też mnie, więc potem wzięłam kilka, następnym razem już kilkanaście. Matka zawsze miała je przy sobie, trzymała je w też w szafce nocnej i w łazience, po torebkach. Nie było mi trudno uzupełniać zapasy. 
Wkrótce stały się lekiem na każde zło. Jeśli się czymś stresowałam, z kimś pokłóciłam, czegoś bałam lub nazbierałam w sobie za dużo emocji – zawsze pomagały. Jedna już jednak nie wystarczała, a potem niestety i dwie nie przynosiły oczekiwanego rezultatu. Okazało się w każdym razie, że dorośli mają pełen zapas innych zabójców złego nastroju. Mieli i tabletki, i proszki, i alkohol. Niektóre tłumiły emocje, niektóre nasilały, działały dokładnie tak, jakbym sobie tego życzyła. 
Nigdy nie nauczyłam się radzić sobie z własnymi emocjami, ale nie musiałam. One robiły to za mnie. 
W liceum było tylko gorzej. Doszły imprezy, wyjścia do klubów, bale dobroczynne, oficjalne wydarzenia, ale też egzaminy, presja, by dostać się na jak najlepszy uniwersytet, wyścig szczurów o atencję i popularność. Wspomagacze nastroju stały się już codziennością. Leki, alkohol, narkotyki, i to niestety nie tylko w moim przypadku. Nie miałam przyjaciółki, która w swoim pokoju gdzieś nie trzymała Xanaxu. 
No i oczywiście, do moich licealnych nowości można zaliczyć dobrą zabawę. Bo nie chodziło już przecież tylko o to, by smutek zniknął, ale by zastąpić go radością. 
 – Audrey, wstawaj, matka cię przyłapie. – Ktoś syknął mi do ucha, a potem się roześmiał. – Spotkałam na korytarzu Susanne, widziałam w jej oczach, że zaraz będzie dzwonić po karetkę, jeśli stąd nie wyjdziesz. 
Jęknęłam, podnosząc się znowu na łokciach i spojrzałam na Heather, moją przyjaciółkę, która zajęła się zbieraniem pozostałości roztłuczonej szklanki z podłogi. Wymieniłyśmy krótkie spojrzenie i roześmiałyśmy się jednocześnie. 
– Nawet sobie człowiek pospać we własnym domu nie może. – W końcu wstałam. Dopiero w tym momencie dotarła do moich uszu głośna muzyka, która dochodziła spod drzwi do sypialni, jakby wcześniej mój mózg zwyczajnie ją ignorował. – Co przegapiłam? 
– W sumie nic, nie było cię może dwadzieścia minut. Timothy cały czas próbuje nas namówić, żebyśmy grali w butelkę, dureń. I mam nadzieję, że twoja mama nie miała ochoty pić tego szampana, który leżał w waszej lodówce, bo już go nie ma.



styczeń 2020, Los Angeles, plan zdjęciowy
   
– Halo?! Mamo? Jezu, nie słyszę cię, strasznie przerywa, daj mi chwilę! – Podnosząc się zamaszyście z krzesła, kopnęłam przez przypadek stolik, przez co nie tylko spadł z niego mój służbowy telefon, ale też zniknęła w kłębie pyłku śnieżnobiała kreska kokainy, nad którą nienaganną równością przeczołowicie pracowałam przez ostatnie dziesięć minut. – Niech to szlag! 
– Wszystko w porządku, kochanie? – Ironicznie przesłodzony głos matki odezwał się z słuchawki. 
– Tak – mruknęłam przeciągle. Wzięłam głęboki oddech. – Tak – powtórzyłam jeszcze raz, przywdziewając pogodny ton. – Co słychać? 
– To prawda o tobie i Lionelu? Zaręczyliście się? 
Wzięłam kolejny głęboki oddech. Z przyzwyczajenia zerknęłam w okno przyczepy, by sprawdzić, czy ktoś ze personelu nie kręci się w pobliżu, po czym dla pewności przekręciłam zamek w drzwiach. Nie wiem, jak by to miało pokrzyżować plany potencjalnym słuchaczom, ale trochę mnie to uspokoiło. 
– Tak, to prawda. Zaręczyliśmy się trzy tygodnie temu, jakieś dwa dni po moich urodzinach. 
Po drugiej strony słuchawki zapadła długa, niewieszcząca niczego dobrego cisza. 
– Nie lubię go. Poza tym, on cię nie kocha, Audrey. – Głos matki był zimny. 
– Kocha. 
– Na pewno, wielką miłością. A dlaczego zatem dowiaduje się o twoich zaręczynach ze szmarławca, którego podsunęła mi Viola, nie od ciebie? 
– Bo nie chciałam prowadzić tej konwersacji. – Przysiadłam z powrotem na krześle przy toaletce i zaczęłam skubać rąbek tiulowej sukienki, którą miałam na sobie. – A poza tym, mamo, z czego ja mam ci się tłumaczyć? Jestem dorosła. 
Kolejna długa cisza. 
– Biznes, kochanie, to jest biznes. Nazywaj chociaż rzeczy po imieniu. Mam po prostu nadzieję, że nawiążecie dobrą, trwałą współpracę. I że nawet nie myślisz o tym, by go pokochać. 
Łzy zaczęły się zbierać w kąciku moich oczu. Nie wiem, jak matka to robiła – zawsze umiała wywabić każdą skrzętnie przeze mnie ukrywaną gorzką emocję, po czym rzucić mi nią perfidnie w twarz. Nienawidziłam tego, ale czasem było mi to potrzebne. Nie wiem, czy w tym przypadku.
– Widziałam twoje zdjęcia w Marie Claire w zeszłym tygodniu – mruknęła jakby od niechcenia, ale czułam, że szorstki ton powoli łagodzą lekkie wyrzuty sumienia. Byłam pewna, że wiedziała, że płaczę. – Piękne. Wywiad też, no może z paroma wyjątkami. 
Zaśmiałam się cicho. 
– Dzięki, mamo. – Mój wzrok prześlizgnął się po pomieszczeniu i w końcu padł na foliowy woreczek na stoliku. – Wiesz, muszę kończyć, mamy strasznie dużo pracy…



październik 2016, Uniwersytet Juilliarda
   
Wolnym krokiem przeszłam przez hol, kierując się ku przejściu do prawego skrzydła budynku, by potem wejść na drugie piętro do kafeterii. Profesor odwołała popołudniowe zajęcia, więc po lunchu mogłam jedynie pobiec zostawić pracę i miałam całe popołudnie dla siebie. Wieczorem widziałam się z Lionelem, obiecałam mu, że w końcu wyjdę na kolację z jego przyjaciółmi z sekcji muzycznej. 
W porównaniu z licencjatem na magisterce było raczej spokojnie. Ostatnie trzy lata spędziłam ślęcząc nad książkami, szukając materiałów w bibliotece, na intensywnej nauce lub dodatkowych kursach czy weekendowych zajęciach. Intensywne doświadczenie, ale podobało mi się. Poza tym, lubiłam nastrój w sekcji aktorskiej, mocna rywalizacja, jednak tworzyliśmy całkiem zgraną społeczność. 
Ustawiłam się w małej kolejce przy wejściu do kafeterii i zerknęłam w telefon. Chciałam odpisać na wiadomość, ale ktoś złapał mnie delikatnie za łokieć. Podniosłam głowę. 
– Czy jedzenie tutaj zawsze jest takie paskudne? – Dziewczyna przede mną zmarszczyła nos, zerkając ponad moją głowę na wejście do kafeterii i dalej trzymając mnie za rękę. – Nie chcesz skoczyć gdzieś, gdzie można zjeść coś normalnego? 
Znałam ją. Przeniosła się na ostatni semestr licencjata z Europy, gdzie wyjechała zaraz po liceum, chodziła na balet. Była świetna, na występach końcoworocznych jako jedyna dostała solową partię, mimo że uczęszczała do Julliarda zaledwie parę miesięcy. Ludzie z roku jej nie cierpieli. W dodatku była już dość znana, pracowała jako modelka, obracała się w kręgu nowojorskiej elity. Nasze matki nawet się znały. 
– Okej – powiedziałam niepewnie, zerkając na telefon. – Dobra, chodźmy. 
Widocznie ją to rozweseliło, bo uśmiechnęła się do mnie szeroko, ciągnąc mnie delikatnie w kierunku schodów. 
– Fantastycznie. Znam jedno takie miejsce, ze dwie przecznice stąd. A w ogóle – przerwała, puszczając mój łokieć, po czym zmrużyła lekko oczy. – Od paru tygodni próbuję złapać cię gdzieś na uczelni. Byłam ze znajomymi na waszej próbie w zeszłym tygodniu. Dziewczyno, jesteś niesamowita! 
Roześmiałam się. Z początku próbowałam wybadać, czy mówi to szczerze, ale biła od niej taka energia i pozytywne nastawienie, że nie potrafiłam odnaleźć w jej zachowaniu czegokolwiek fałszywego. 
– Dzięki, wpadaj do nas częściej. – Spojrzałam na nią. – Tak poza tym, jestem Audrey. 
– Wiem. Audrey Astor, zgadza się? – Teatralnie przewróciła oczami, przez co znowu się roześmiałam. – Ja jestem Karla. Ale sądzę, że ty też to już wiesz. 
Czasem już tak jest, że po wymianie kilku zdań, jesteś świadom, że ktoś rozgości się w twoim życiu na dłużej. Nie wiem, co dokładnie to powoduje – czy to płynny przebieg rozmowy, czy serdeczność drugiego człowieka, czy otwartość w tym krótkim kontakcie, naprawdę nie mam pojęcia. Jednak w momencie, gdy zaczęłyśmy rozmawiać, już czułam pomiędzy nami nić porozumienia, może połączyło nas podobne pochodzenie i świat, w jakim żyłyśmy. 
Nie dało się nie lubić Karli. Wydawać by się mogło, że cały świat kręci się wokół niej. Gdy szłyśmy sześćdziesiątą piątą, by skręcić na West End, ktoś zrobił jej zdjęcie i poprosił o kontakt. Właściciel restauracji, o której mi mówiła i do której w końcu zajrzałyśmy, powitał ją całusem w policzek i zaproponował najlepszy stolik z widokiem na miasto. Spędziłam z nią półtorej godziny i już zdawałam się być uzależniona od jej towarzystwa.
Potem poszłyśmy na szybkie zakupy, wpadłyśmy do jej apartamentu, by się wyszykować i wpakowałyśmy się do taksówki, która doprowadziła nas na Brooklyn, do mieszkania jej znajomych. W trzypokojowym mieszkaniu była chyba setka ludzi, muzyka leciała z ogromnych głośników, nie dało się rozmawiać. 
W międzyczasie przypomniałam sobie o Lionelu i o naszym spotkaniu. Bardzo chciałam, ale nie umiałam czuć względem niego wyrzutów sumienia.



styczeń 2020, Aspen
 
Wyciągnęłam dłoń przed siebie. Pierścionek z ogromnym diamentem na palcu serdecznym prawej ręki wyglądał na mojej drobnej dłoni po prostu tanio i śmiesznie. Siedziałam na fotelu w sypialni, zerkając na telewizor i malując paznokcie, a Lionel leżał obok mnie na łóżku, wykończony całym dniem spędzonym na stoku drzemał w najlepsze. Policzki dalej miał zaróżowione od zimna, włosy wpadły mu do oczu, spał bez koszulki przytulony do poduszki. Uśmiechnęłam się pod nosem, był taki uroczy. 
Nasza relacja była… Co najmniej niecodzienna. 
Poznaliśmy się na studiach licencjackich, konkretnie na wakacjach pomiędzy pierwszym a drugim rokiem, oboje pojechaliśmy na kurs aktorski organizowany przez naszą uczelnię. Wieczory spędzaliśmy razem na wspólnej nauce, bądź wyjściach na miasto i w końcu nasze grupy znajomych się połączyły. Na początku byliśmy nierozłączni, zakochani, później już mniej nierozłączni, ale dalej zakochani, na końcu już tylko razem. Mimo wszystko, to była bardzo wygodna relacja. 
Lubiłam Lionela, szczerze. Sześć lat temu został moim przyjacielem i był nim po dziś dzień. Nie wiem, kiedy jego zdrady zaczęły mi przeszkadzać, i nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek przeszkadzały, bo sama nie byłam pewna swoich uczuć do niego, może za wyjątkiem początkowego zauroczenia. Wiem, że był przy mnie, kiedy go potrzebowałam, kiedy było mi źle, kiedy trzeba było wyciągać mnie nieprzytomną spod prysznica, kiedy trzeba było mną potrząsnąć, bym zebrała się do w sobie i zaczęła działać, kiedy stresowałam się przed występem i kiedy nie mogłam zapamiętać scenariusza, mimo że ślęczałam nad nim przez parę godzin. Dobry przyjaciel, wspaniały seks, układ idealny. 
A poza tym, razem stanowiliśmy większą wartość. Kiedy Karla wyjechała w zeszłym roku, miałam już za sobą już dwa angaże w kasowych filmach, w tym kręciłam jeszcze jeden i za niedługo miałam zacząć zdjęcia do serialu produkcji Netflix’a, główna rola. Lionel złapał tylko kilka drugoplanowych ról, ale był za to częstym gościem w programach rozrywkowych, publika go uwielbiała. To on wpadł na pomysł, by się zaręczyć, narobić trochę szumu w mediach. Poprosił mnie, nie wymagał, a ja przytaknęłam na jego propozycję. 
– Hej, nie patrz się na mnie, jak śpię. To dziwne – wymamrotał nagle, a ja podskoczyłam zaskoczona. Uśmiechnął się do mnie, po czym przerzucił przez pokój poduszkę w moją stronę i cicho mrucząc, przewrócił się na drugi bok. 
Dotknęłam delikatnie opuszkiem palca płytkę paznokcia, żeby sprawdzić, czy lakier na pewno zdążył już wyschnąć, i podniosłam się z fotela, by położyć się obok narzeczonego. Przytuliłam się mocno do jego ciepłych, nagich pleców. 
– Tylko tego potrzebowałem. 
Uśmiechnęłam się do siebie. Część mnie też bardzo tego potrzebowała.



grudzień 2020, hotel St. Regis
 
Gdy się obudziłam, Karli już nie było. Podniosłam się powoli, oczekując, że zaraz złapie mnie potężny ból głowy, ale nic takiego się nie stało, bo, o dziwo, czułam się zupełnie dobrze, może za wyjątkiem ogólnego zmęczenia. Powoli do mojej głowy wracały wspomnienia ubiegłej nocy. Jęknęłam cicho i osunęłam się z powrotem na poduszkę, po czym sięgnęłam po telefon hotelowy, by zamówić coś na śniadanie. 
Weszłyśmy do St. Regis tylnym wejściem, zorganizowanym właśnie na takie okazje. Karla przez cały wieczór była miła jak zawsze, ale odkąd tylko ją zobaczyłam, wyczuwałam, że patrzy na mnie jakoś inaczej. Nie mogłam poznać, co się kryje w tym spojrzeniu, ale kiedy potem leżałyśmy w łóżku i głaskając ją delikatnie po włosach, wyrwało mi się, jak bardzo za nią tęskniłam, zrozumiałam. Jej oczy wciąż błyszczały, ale nie w ten radosny sposób, bardziej intensywnie. Karla była wściekła. A ten wieczór był jej zemstą. 
– Tęskniłaś za mną? Nie musiałaś wcale tęsknić, skarbie, nie pamiętasz? To ty mnie zostawiłaś. 
Nie rozmawiałyśmy już. Przytulałam ją mocno do siebie, gdy już zasnęła, z ręką dalej wsuniętą w jej włosy, i żałośnie płakałam. Gardziłam sobą w tym momencie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.










*UCLA University of California, Los Angeles
**Strona Szósta – (z ang. Page Six) kolumna plotkarska gazety New York Post
***1OAK – nowojorski klub nocny odwiedzany przez gwiazdy, celebrytów


Odautorsko, część druga: Do wszystkich, którzy przeczytali, dziękuję bardzo za poświęcony czas, toć czas to nasza najcenniejsza waluta! :) Jeśli przyjdzie ochota, zapraszam do wątków, może to uchylenie rąbka życia Astorówny pozwoli na lepsze połączenie naszych postaci. Na komentarze pod kartą odpowiem jutro wieczorem lub pojutrze, i w ogóle dziękuję za takie serdeczne powitanie. Atmosfera na NYCu od lat niezmiennie pogodna.

PS. Ciekawostka, anegdotka sprzed lat dla humorystycznego zakończenia – na NYC trafiłam pierwszy raz w 2008 roku, mając czternaście lat, a dołączyłam dopiero rok później z Peterem Moore (może ktoś pamięta). Zwlekałam tak długo, bo w tych zamierzchłych czasach na blogach obowiązywały limity postaci. Nie do końca pamiętam, jak to działało, ale wydaje mi się, że jeśli liczba np. kobiecych postaci dobijała do ok. 40, rekrutacja była zamknięta i można był tworzyć jedynie panów, no coś takiego. W każdym razie ta czternastoletnia ja, widząc duży napis "REKRUTACJA DLA KOBIET ZAMKNIĘTA", tak się zasmuciła, bo przecież jest dziewczynką, a chciała dołączyć. Z dwa tygodnie zajęło mi rozszyfrowanie tej tajemnicy!! A jak już zorientowałam się o własnej głupocie, było mi tak wstyd, że mimo że nikomu o tym nie mówiłam, zostawiłam sobie NYC w pisarskiej poczekalni na następne kilkanaście miesięcy :D

05/01/2021

[KP] I can try to stop it, all I like Hands down, I've lost this fight

 Blake Murphy 
nie ma lepszej siły napędowej niż zemsta i miłość ~ ur. 14/03/89 Waszyngton DC ~ sprzedawca w sklepie z narzędziami ~ nie musi się już ukrywać pod fałszywym imieniem i nazwiskiem ~ próbuje się leczyć ~ nigdy się nie nasyci ~ nigdy nie zapomni ~ nigdy nie wybaczy ~ jeszcze się odwdzięczy

Nie jest łatwo zapomnieć o przeszłości. Starasz się, ale czasami gdy dłużej trwasz w bezczynności na nowo czujesz w nozdrzach swąd spalenizny. Pamiętasz dobrze, jak obserwowałeś płomienie, których gorący taniec pochłaniał wszystko. Obiecywałeś sobie wtedy, że się zemścisz, że człowiek odpowiedzialny za tę tragedię skończy w więzieniu. Zacząłeś swój plan, ale… Normalnie powiedziałbyś, że coś poszło nie tak, że spierdoliłeś. Dlaczego Mahoney nadal chodzi po tym świecie wolno? Dlaczego w ogóle po nim chodzi? Nadal jesteś wkurzony. Twoja złość nie minęła, to tylko przerwa w planie, do którego wrócisz. Nie spodziewałeś się, że jego siostra okaże się taka słodka, że zaczniesz żałować, że zemstę zacząłeś od niej, ale tylko ją mogłeś wtedy znaleźć i namierzyć. Musiałeś przecież wyciągnąć go jakoś z kryjówki. Nie podejrzewałeś, że będziesz w stanie jeszcze pokochać, że to właśnie ją pokochasz.
Nowa miłość nie sprawia, że całkowicie zapominasz o starej, tragicznie utraconej. Nowa miłość nie sprawia, że przeszłość przestaje istnieć. Nowa miłość nie sprawia, że nagle wszystko jest dobrze. Nowa miłość daje nową siłę. Nie zapominasz o zemście, musisz to tylko odłożyć w czasie, przemyśleć. Teraz musisz skupić się na niej, zapewnić jej bezpieczeństwo, odpokutować za to, co zdążyłeś zrobić. Wiesz, że nigdy nie zapomni, ty byś nie zapomniał, musisz więc się starać bardziej i mocniej, a później się zemścisz, zrobisz to. Dorwiesz jej brata i sprawisz, że zapłaci za wszystko co ci zrobił. Potrzebujesz tylko czasu. 

2159. I know my kingdom awaits and they've forgiven my mistakes I'm coming home

Spoglądał na puste mieszkanie, w którym spędził ostatnie niemal trzy lata życia.
Większość mebli w mieszkaniu była tutaj zanim Ethan się wprowadził, niektóre dokupił. Nie widział większego sensu w tym, aby ciągnąć to wszystko ze sobą. Niektóre rozdał potrzebującym, jeszcze inne sprzedał. Czuł ścisk w sercu wiedząc, że ma opuścić to miejsce. Było mu żal opuszczać Nowy Jork, który przez ostatnie lata był dla niego domem, miejscem, w którym poznał cudownych ludzi i z którymi mocno się związał. Nastał też jednak czas zmian. Tych lepszych, bo choć jeszcze nie wiedział co na niego czeka w przyszłości to wiedział, że będą to same dobre rzeczy. Kolejne dni będą ciężkie i trudne, wcale nie uśmiechała mu się podróż powrotna. Uparł się na to, aby wracać samochodem. Chciał opuścić Nowy Jork dokładnie w ten sam sposób, w jaki do niego przybył. Taka podróż już wtedy była przygodą, a teraz wydawało mu się, że będzie świetnym zakończeniem dla nowojorskiej przygody.
To nie była łatwa decyzja ani taka, którą podjął z dnia na dzień. Od wielu już tygodni narastała w nim ta myśl. Z początku nie pozwalał jej się ujawnić, trzymał ją głęboko w sobie licząc, że jeśli stłamsi ją problemami życia codziennego zapomni o tym, o czym myślał i nie dojdzie to do skutku. A potem ta myśl zaczęła robić się coraz większa, pojawiała się coraz częściej i zajmowała większość umysłu Cambera. W końcu stała się na tyle natrętna, że nie mógł już myśleć o niczym innym. Najpierw ze swoimi przemyśleniami był sam. Nie chciał mówić o nich na głos, jakby bał się tego, że gdy komuś się z nich zwierzy staną się one prawdą. Długo funkcjonować jednak nie mógł w ten sposób. Oczywiście, że pierwszą osobą, której powiedział o tych myślach była Lorena. Ku jego zaskoczeniu blondynka przystała na jego propozycję. Oboje chyba wiedzieli, że nadszedł czas na zmiany. Zresztą, mieli przecież za cztery miesiące zostać rodzicami – zmiany nadchodziły czy tego chcieli czy nie. Nadal nie mieściło mu się to w głowie i chwilami zachowywał się niczym nastolatek. Teraz to było najmniej ważne. Oboje wiedzieli, że Nowy Jork nie jest miejscem, w którym chcieliby dziecko wychowywać. Oboje przecież mieli setkę wspomnień z Chetwynd; bawienie się od rana do późnego wieczora na zewnątrz, budowanie domków i odkrywanie co kryją w sobie lasy i góry. Wiedział, że życie się zmienia i teraz mieszkające tam dzieciaki bardziej ciągnie do internetu, który i tak nie działał tam najlepiej, ale był i pochłaniał cały ich świat.
Obawiał się powrotu do Chetwynd. Przede wszystkim dlatego, że porzucił je w chwili, kiedy tak naprawdę powinien był tam zostać. Zamieszkał w Nowym Jorku, który przyniósł mu wiele zmian – lepszych i gorszych, ale głównie tych lepszych i sądził, że zadomowi się tutaj już na dobre. W środku cały czas ciągnęło go do Kanady. Tych mroźnych zim, do znajomych twarzy. Oczywiście, że będzie tęsknił za Nowym Jorkiem. Za tym, że o każdej porze dnia czy nocy mógł znaleźć otwartą restaurację, zamówić jedzenie prosto do domu. Za hałasem, w którym znajdował swego rodzaju ukojenie. Za przyjaciółmi, za wypadami na steki i różnymi, dziwnymi przygodami, które się tu zdarzały. Wiedział, że za każdym razem, jak będzie myślał o tym co wydarzyło się w Nowym Jorku, będzie myślał o tym z uśmiechem i będzie wspominał z czystą przyjemnością. Miał za co być wdzięczny ludziom, których spotkał na swojej drodze. To oni niejako go ukształtowali, pomogli mu z zadomowieniem się w tym wielkim mieście. Bez nich z całą pewnością byłoby mu tutaj ciężko, mógłby nadal nie wiedzieć o pewnych rzeczach, a które dla osób, które z telefonów i social media korzystały regularnie nie były żadnym zaskoczeniem.
Denerwował się. Bardzo się denerwował i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to był błąd.
— Uspokój się. — Łagodny ton głosu Loreny przywołał go z powrotem na ziemię. Zawiózł ją na lotnisko. Musiał ją przekonywać dobre trzy dni, aby leciała do Chetwynd sama z mamą, a on do nich dołączy po kilku dniach. Naprawdę potrzebował tego wyjazdu w samotności. Tylko on, szerokie autostrady i Thor na siedzeniu obok. — Wszystko będzie w porządku, nie pierwszy, jak lecę samolotem.
— Wiem, ale pierwszy raz lecisz będąc w piątym miesiącu ciąży — odparł krótko. Co z tego, że miała zielone światełko od lekarza, wszystko przebiegało dobrze. Nie będzie go obok, a to była długa podróż. Krótsza i mniej męcząca od jazdy samochodem. — A jeśli jednak coś się stanie?
Z ust blondynki wyrwało się westchnięcie przepełnione zirytowaniem i równie to samo mówiło jej spojrzenie. Ogarnij się, Camber. Powinien to zrobić. Od kilku dni chodził za nią wymieniając wszystkie powody, dla których powinna lecieć samolotem, a nie jechać z nim autem do Chetwynd. Teraz nagle zaczynał widzieć jednak więcej zalet w jeździe niż lataniu.
— Jedyne co mi się może stać, to zmęczenie. Sam mnie tu wepchnąłeś.
— Wiem, wiem.
Westchnął spoglądając na tablicę odlotów. Zostały jeszcze dwie i pół godziny do odlotu. W sam raz, aby przejść przez wszystkie kontrole, kupić jeszcze coś do wzięcia na pokład i dojście do bramek. Nie mógł już dłużej zatrzymywać Loreny z Margaret.
— Masz na siebie uważać i masz zadzwonić, jak tylko wylądujesz, rozumiesz?
— Nie, nie rozumiem. Oczywiście, że to zrobię, przestań panikować.
Łatwo było jej mówić. Nie zamierzał się uspokoić, dopóki nie będzie miał od niej wiadomości, że wszystko jest w porządku i znalazła się już w Kanadzie. Zatrzymywać dłużej blondynki też już nie mógł. To było pożegnanie tylko na chwilę, na kilka dni i znowu się zobaczą. Nie ruszył się z miejsca, dopóki całkiem nie zniknęła mu z oczu razem z matką. Dopiero wtedy mógł odejść, ale i tak miał wyrzuty sumienia, że pozwolił lecieć jej samej. Jednocześnie wiedział, że opuszczenie Nowego Jorku w samotności to jest dokładnie to, czego potrzebuje i tylko w ten sposób będzie mógł się faktycznie z tym miejscem pożegnać.
Zaplanował wyjazd na wczesny ranek następnego dnia.
Lorena była już w Chetwynd, a to było najważniejsza. Cała i zdrowa, więcej nie było mu potrzeba, aby móc w spokoju wyruszyć w drogę do domu. Naprawdę wracał do domu. Zanim doszło jednak do wyjazdu, musiał zrobić jeszcze parę rzeczy. Zajrzał do swojej ulubionej cukierni na Times Square, gdzie powitała go nowa pracownica, której nie kojarzył. Zabrał z tego miejsca swoje ulubione pączki z lukrem. Times Square było, jak zawsze, przepełnione masą turystów. Wszyscy zachwycali się widokami, masą kolorowych reklam, magikami na ulicach, tancerze zbierali wokół siebie grupy ludzi, a ci wrzucali do kapeluszy czy pudełek pieniądze. Zwykle tego nie robił, ale i on wrzucił parę dolarów dziewczynie, która chyba potrafiła wygiąć się w każdą możliwą stronę i w momencie, kiedy Ethan wrzucał pieniądze wyginała się na wszystkie możliwe sposoby. Chciał zapamiętać dobrze to miejsce. Był pewien, że jeszcze tu kiedyś wróci. Pewnie jako turysta, a może w odwiedziny? Liczył, że zostanie mu ten wyjazd wybaczony i kiedyś dostanie zaproszenie od przyjaciół. Nie chciał tracić kontaktu z osobami, które tu poznał i każdej osobie, która stała mu się bliska zostawił nowy adres.
Naprawdę stąd wyjeżdżał. Chyba dopiero teraz zaczęło to do niego docierać, że naprawdę opuszczał Nowy Jork i póki co, wracać tutaj nie zamierzał. Brzmiało to dość ostro. To sformułowanie nawet zaczęło go boleć. Naprawdę wyjeżdżał. Był świadom tego, że ten dzień kiedyś nastąpi. Prędzej czy później miał wrócić do Chetwynd. Jeszcze niedawno sądził, że będzie to później niż wcześniej, a życie napisało zupełnie inny scenariusz. I poniekąd się z tego cieszył. Czuł smutek, jednak to był dobry smutek. Taki, który pojawiał się zawsze, gdy kończyło się coś dobrego. Zaczynał teraz zupełnie inny etap życia, który musiał rozpocząć w miejscu, w którym wszystko zakończył. W pewien sposób zrobił kółko. W Chetwynd zakończył się trudny dla niego rozdział, miał wiele nieprzyjemności i trudności, od których postanowił uciec. Natomiast w Nowym Jorku odnalazł spokój, szczęście i miłość, prawdziwych przyjaciół. Miał to wszystko nadal, a nawet dostał więcej, to chciał się tym cieszyć w Chetwynd. Może i bez przyjaciół, którzy miał nadzieję, że mimo wszystko nimi pozostaną.
Dotarł do umówionego miejsca po trzydziestominutowym spacerze. Być może popełniał błąd przychodząc tutaj, ale skoro zamykał wszystkie sprawy, to musiał zamknąć wszystkie.
— Naprawdę wyjeżdżasz?
Nie słyszał tego głosu już od kilku dobrych lat. Przynajmniej nie na żywo, nadrobił przecież wszystkie filmy i odcinki seriali, ale głos z telewizora czy komputera nie umywał się nawet do głosu na żywo. Michael stał przed nim parę metrów. Ubrany cały na czarno z kapturem na głowie, pewnie nie chciał, aby ktoś go rozpoznał. — Wyjeżdżam z rana, Lorena jest już na miejscu — odparł. To było ich pierwsze spotkanie. Ethan od miesięcy próbował wymusić na nim, aby się spotkali i porozmawiali, a dopiero, gdy powiedział, że wraca do domu się na to zgodził.
— I uważasz, że to dobra decyzja?
— Nie będziesz mi prawił kazań ani przekonywał do zostania. Miałeś szansę. I ją spieprzyłeś, jak wszystko.
— Odzyskałeś dom?
— Od kiedy cię obchodzi co się dzieje z domem?
— Nie obchodzi, zastanawiam się tylko, gdzie będziesz mieszkał. W jednym domu z ciężarną dziewczyną i jej matką? Powodzenia. — Prychnął. — Udanej podróży, Ethan. Proszę… nie kontaktuj się więcej ze mną. Nie chcę mieć nic wspólnego z tamtym domem, miejscem i Kanadą. Pozwól mi na to.
Tego się nie spodziewał. Wiedział, że Michael miał dość dziwne nastawienie do Chetwynd i wszystkich, ale tymi słowami go zaskoczył. Nawet nie wiedział co powinien powiedzieć. I chyba nie należało naciskać na odpowiedź. Ich drogi rozeszły się już dawno temu. Już nie byli braćmi. Może i łączyła ich ta sama krew, ale więź zniknęła już dawno temu i nie było szans na to, aby ją odbudować.
— Żegnaj, Ethan. Udanej podróży.
Podróż była długa, wymęczająca i w trakcie miał jej serdecznie dosyć. Należało wrócić samolotem, ale co zrobiłby z autem i psem? Nie potrafiłby skazać Thora na długi lot w miejscu, do którego nie miałby wyglądu i nie wiedziałby, czy jest tam mu dobrze i czy jest bezpieczny. Będąc w aucie w każdej, no prawie w każdej, chwili mógł się zatrzymać i z nim wyjść. Czuł się też bezpieczniej w samochodzie niż samolocie. Czas poświęcił na przemyślenie wszystkich spraw, tego co się działo w Nowym Jorku, czego doświadczył i co mu pobyt w tamtym miejscu przyniósł. Wyjeżdżając nawet uronił łzę lub dwie, które prędko otarł. Już tęsknił. Ale podjął świadomą decyzję, której nie żałował. Po przekroczeniu Kanady czuł się już jak w domu. Przed nim było jeszcze sporo kilometrów do przejechania, ale to już była prosta droga.
Znak Witamy w Chetwynd pojawił się po kolejnych kilku godzinach jazdy.
Uśmiechnął się delikatnie. Był wymęczony, chciał się wykąpać i przespać kolejne dwa dni. W końcu był w domu, teraz zostało mu tylko dojechanie do właściwego gospodarstwa. To już była chwila, kiedy podjechał pod dom. Nie zdążył nawet się zatrzymać, a z domu widział wybiegającą blondynkę. Wszędzie dookoła leżał śnieg i było zimno, dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Wcześniej jakoś nie patrzył na zalegający po obu stronach drogi śnieg. Jak tylko wysiadł z auta ramiona blondynki owinęły się wokół jego szyi, a ona przylgnęła do niego całym swoim ciałem. Chciał ją nawet skarcić za to, że wybiegła tylko w swetrze, bez kurtki i zimowych butów, ale zamiast tego sam ją objął, chowając twarz w jasnych kosmykach dziewczyny.
— Jesteśmy w domu.
***
Dziękuję za niemal dwa lata świetnej zabawy i za każdy wątek. Pora wrócić do domu. 💓 

01/01/2021

2158. I know how it can hurt, being cut in two and afraid


 Sierpień 2020
- Melody! – wykrzyczane imię ledwie przedziera się przez panujący w barze gwar. Muzyka dudni z głośników, chyba jakiś metal, ale rozmowy i śmiech klientów speluny są tak głośne, że nie jest pewna. Poza tym… Bądźmy szczerzy, walnęła kilka kolejek, więc ma już trochę w czubie. Obiecała sobie, że będzie trzeźwa, bo szpony nałogu zaciskają się na niej coraz mocniej, a nie chciała iść w ślady rodziców, ale pragnienie oderwania się od szarej rzeczywistości za każdym razem okazuje się zbyt silne. 
Stoi więc, podpierając się o futerał, a ten zdaje się być jedyną rzeczą trzymającą ją w pionie. Nie tylko dosłownie, ale też w przenośni. 
- Co tam, Ricky? – stara się zapytać jak najwyraźniej i posyła barmanowi uśmiech, który chyba tylko jej wydaje się kokieteryjny. Tak sobie radziła. Ładną buzią, bo jeśli chodzi o głos i swoją twórczość… Nie dostała na to zbyt wielu szans. Flirtowała, prosiła, grała za darmo w nadziei, że ten raz będzie ostatnim. Ale zawsze po ostatnim nadchodził kolejny, jeszcze bardziej upokarzający. 
- Chciałem, żebyś poszła na scenę, ale widzę, że to nie ma sensu – twierdzi mężczyzna, nachylając się nad barem. Dzięki temu znalazł się bliżej dziewczyny i nie musi krzyczeć. 
Blondynka unosi brwi i mocniej zaciska palce na futerale. 
- Dlaczego? – Bełkocze. Chwieje się nieznacznie, mimo starań, by tego nie zrobić. Rozgląda się w poszukiwaniu krzesła, które w tej kwestii wiele by ułatwiło, ale w pobliżu nie ma żadnego wolnego. Gorący dzień sprawił, że mieszkańcy okolicznych kamienic chyba zgodnie stwierdzili, iż zimne piwo jest doskonałym pomysłem jako plan na wieczór. Cóż, dlatego tu przyszła. Im więcej ludzi, tym większa szansa na przełom. 
- Dlaczego? – Rzuca Ricky i w międzyczasie nalewa kolejną porcję złocistego trunku do szklanki. Śmieje się pod nosem, ale w jego ciemnych oczach nie ma nawet krzty wesołości. – Bo jesteś zalana! Więc bierz dupę w troki i stąd spierdalaj. Serio. Koniec darmowych kolejek, koniec grania po pijaku i robienia mi wstydu. Albo się weźmiesz w garść, albo więcej tu nie przyłaź! 
I tyle. Zaraz potem mężczyzna się odwraca i zajmuje następnym klientem. Na nic zdaje się błaganie, drżący głos zdradzający nadejście płaczu i ściąganie na siebie uwagi. Ricky ma to gdzieś, podjął decyzję. 
Decyzję, która sprowadziła na Melody większe nieszczęście, niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. 
W wyjściu z baru pomaga jej ochroniarz. Ściąganie na siebie uwagi dało tyle, że Mel jedynie bardziej wkurzyła Ricky’ego. Bólu ramienia przy szarpnięciu i tak nie poczuła, jest na to zbyt pijana. Bardziej zabolał widok uderzającego o kostkę brukową futerału. Waxler piszczy cicho i podnosi swoją własność, rzucając ochroniarzowi nienawistne spojrzenie. Ten odpowiada jej pogardliwym uśmiechem. 
I wygrywa. Pogarda to coś, co działa na blondynkę gorzej, niż cios w twarz. Często widzi to jednoznaczne spojrzenie. Trochę tak, jakby bezdomność była najgorszą zarazą.
Odchodzi. Stawia krok za krokiem, chwieje się przy tym, ale odchodzi. Poczucie czasu to w tym momencie coś abstrakcyjnego. Idzie tak długo, jak niosą ją nogi, a kiedy w końcu nie ma siły na dalszą wędrówkę, nie ma pojęcia, dokąd dotarła. Szczerze mówiąc, nie pamięta sporej części drogi. Alkohol mąci w głowie, przytępia zmysły i zaciera wspomnienia. Czasami wyciska łzy, pozbawia hamulców i pozwala śpiewać na cały głos, a bywa i tak, że odbiera reszki sił. 
W przypadku Melody odbiera wolę walki. Nie raz wyrzucano ją z barów, ale teraz… Jest jakoś inaczej. Patrzy na leżący przed nią futerał i wie, że to nie ma sensu. Cokolwiek zrobi, nic z tego nie wyjdzie. Nie potrzebuje kolejnego rozczarowania. Nie uciekła przecież po to, żeby sięgnąć dna, miała się od niego odbić. Tymczasem wpadała coraz głębiej, grzebała się w mule po samą szyję, a na horyzoncie nie widziała nic, czego mogłaby się złapać, by z niego wyjść. 
- Gratuluję. Oficjalnie jesteś gorsza od nich. Mieli chociaż dach nad głową, ty nie masz nic – bełkocze do siebie i podkula nogi, obejmując je ramionami. Dookoła jest zupełnie pusto, tylko z oddali słychać dźwięki syren i jeżdżących samochodów. Okolica wydaje się opuszczona i właśnie dlatego siedzi pod jednym z budynków. Noc jest ciepła, choć daje ulgę w porównaniu do ukropu panującego za dnia. Nie potrzebuje kurtki upchniętej w plecaku w skrytce na dworcu, przewiewna sukienka w zupełności wystarczy, dlatego nie ma najmniejszego zamiaru się stąd ruszać. Melody nie ma przebłysków dziwnych odczuć, intuicja nie podpowiada jej nigdy, jak ma działać, przynajmniej jeśli chodzi o radzenie sobie z życiem. Matka Natura nie podarowała jej tej umiejętności, a szkoda. Bardzo wielka szkoda. 
Budzi ją silny odór alkoholu i papierosów. Krzywi się, ale nie otwiera oczu, przekonana, że to od niej samej. Ricky pozwalał palić w barze, a wódki nachlała się sama. Niby logiczne i niebudzące żadnych podejrzeń. 
Do odoru dołącza jednak chrapliwy oddech. Przywodzi na myśl zziajanego staruszka, który przecenił swoje możliwości i zrobił sobie zbyt długi spacer. Jawa? Nie, to sen. Głupi sen, którego rano nie będzie nawet pamiętać. 
Otwiera oczy w momencie, gdy czyjaś dłoń zaciska się na jej stopie i ciągnie w przód. Zapiera się drugą stopą, a dłońmi ryje o kostkę, łamiąc kruche paznokcie. 
- Hej, zostaw mnie! – syczy, próbując wyrwać nogę z silnego uścisku i się wycofać. Od zaśnięcia nie mogło minąć wiele czasu; wciąż jest pijana. Twarz ukryta w cieniu padającym od czapki z daszkiem zamazuje jej się tak bardzo, że nie jest w stanie wskazać, w którym miejscu jest nos, a w którym oczy czy usta. Wyraźnie widzi jedynie zarost i język szybko przebiegający po górnej wardze. – Słyszysz?! Puść mnie, do cholery! – warczy nieco głośniej i rozgląda się spanikowana. Cicho i pusto, w żadnym z okien nie pali się światło, a wszystkie ewentualne dźwięki dobiegają jej uszu z oddali. Obok siebie nie ma nic, czym mogłaby się bronić. Zasnęła obok schodów, ale barierka wyglądała na solidną, nie dałaby rady jej wyrwać. – Pomocy! – wrzeszczy w końcu, odzyskując odrobinę trzeźwości. 
Cios jest mocny, pada z lewej strony. Pozostawia po sobie posmak krwi i pulsujący ból policzka. 
- Cicho, kurwo – słyszy. Ten głos wdziera się w pamięć i mości się w niej, by zostać już na zawsze. – Zaraz będzie po wszystkim – kolejne słowa, które wywołują jeszcze większą panikę. Jednak w obawie przed kolejnym ciosem nie krzyczy. Próbuje się wyrwać, drapie, uderza rękami na oślep. To na nic. Każdy ruch zdaje się jeszcze bardziej go denerwować.
Więc przestaje. Nie walczy. Płacze, zagryzając dolną wargę tak mocno, że zostają na niej krwawe ślady zębów. 
Pewnie nie wiesz, jakie to uczucie. Pewnie, bo czasami nikt obok ciebie nie ma pojęcia, że jesteś ofiarą gwałtu. 
Załóżmy jednak, że nią nie jesteś. 
Ból fizyczny staje się czymś dalekim. Opuszczasz własne ciało, zamykasz się w innym świecie i w nim trwasz, póki to się nie skończy. To jednak nie znaczy, że nic nie czujesz. Niechciany penis zdaje się rozrywać twoje krocze, a mocne ruchy wyciskają łzy i z całych sił tłumiony krzyk. Czyjeś palce wbijają się w twoje nadgarstki, żebra, biodra, uda… Są wszędzie, jakby nie miał jedynie dwóch rąk, a całe mnóstwo i każda z tych rąk została oddelegowana do zadawania bólu w innym miejscu. Czyjeś ciało nigdy nie było i już nie będzie tak ciężkie, by odbierać ci dech. A jego zapach i głos zostają z tobą na zawsze. Zasypiasz z nimi, budzisz się z nimi. a całe dnie wypełnia wyrywkowe myślenie o nich. Każdy mężczyzna zdaje się wyglądać jak on. Mijasz na ulicy dziadka podpierającego się o laskę, a on i tak wygląda jak tamten. Ile czasu minie, zanim ta twarz zatrze się w twojej pamięci? Jak długo każdy krok będzie ci sprawiał ból? Zrobisz badania na choroby weneryczne i zakaźne? Przyznasz się, dlaczego ich potrzebujesz? Kupisz w aptece test ciążowy? A jeśli zobaczysz dwie różowe kreseczki, znajdziesz w sobie na tyle siły, by urodzić jego dziecko? Pokochasz je, mimo że będziesz widziała w niewinnej twarzyczce odbicie potwora? Czy kiedykolwiek nadejdzie chwila, z którą zaczniesz żyć normalnie, a nie jedynie wmawiać sobie, że wszystko jest w porządku? 
Wrócisz do swojego ciała, które w tamtej chwili opuściłaś i zamknęłaś się w innym świecie? 

  Wrzesień 2020 
- Poproszę test ciążowy – szepcze, wpatrując się w swoje palce. Paznokcie ma poobgryzane i zniszczone, skórki oskubane do żywego mięsa, a kostki poranione od randomowego uderzania w ściany budynków. – Najtańszy – dodaje i przenosi spojrzenie na banknot, który położyła na kontuarze. Nie musi widzieć, żeby wyczuć jedynie pogardę. Pewnie dla farmaceutki jest ćpunką, która się puściła na fazie. I dobrze, niech tak myśli. Lepsze to, niż wymuszone współczucie. 
Nie odzywając się więcej, wpycha opakowanie do kieszeni przepastnego swetra i wychodzi z apteki. Musi dotrzeć na dworzec. Jak najszybciej. 

Ukrywa twarz w dłoniach i płacze w głos, ale to nie są łzy smutku. Jedna kreska. Brak tej drugiej przesądził o wszystkim. Z ulgą może spłukać w dworcowej toalecie zdecydowanie za dużą dawkę kokainy, którą miała wziąć, jeśli test będzie pozytywny. Nie ma kasy na aborcję, a wolała się zabić, niż urodzić dziecko gwałciciela. 
Ociera łzy, śmiejąc się do siebie. Przed opuszczeniem kabiny jeszcze raz zerka na negatywny wynik testu i wyrzuca go do kosza. Oczy ma spuchnięte i zaczerwienione, ale uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Mijani mężczyźni przestają zlewać się w jednego, tego w czapce z daszkiem. 
Menadżer restauracji przeprowadzający z nią rozmowę kwalifikacyjną też go nie przypomina. To chyba jedno z tych miejsc, które daje szanse. Mimo że Mel nie ma doświadczenia, zostaje przyjęta i od zaraz zaczyna szkolenie, po którym płynnie przejdzie do pracy. Zapamiętuje imiona załogi Thyme i robi to z prawdziwym entuzjazmem. Daje z siebie wszystko, choć kelnerowanie nie ma nic wspólnego z tworzeniem muzyki. Ale to nic. To początek, pierwszy krok do wynurzenia się z mułu i powolnego odbicia się od dna. To również terapia, która przynosi zamierzone efekty. 
Wróciła do swojego ciała i zaczyna żyć.


Jaki pożegnany rok, taka notka xD