Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

26/06/2019

2106. Sunrise and sunset are a promise of what is coming

Rzuciła wszystko. Siedziała właśnie w samolocie startującym z lotniska JFK, a za ponad pięć godzin miała wylądować w San Diego i rozpocząć swoje życie na nowo. Dosłownie, jej życie miało zacząć się raz jeszcze, miała przed sobą czystą kartkę, Diego właśnie nią było, a ona miała być niczym ten długopis, który wypełni ją na nowo. A może to ona była kartką, a nowe miasto miało mieć w sobie tusz… Nie zastanawiała się więcej nad metaforami. Miała jedną walizkę w luku bagażowym i torebkę, jako bagaż podręczny. Nie brała wszystkich swoich rzeczy, wzięła ze sobą jedynie to, czego naprawdę potrzebowała. W końcu miała zacząć od nowa. Wspomnienia i przeszłość nie były tym, co chciała brać ze sobą, a wspomnień ukrytych w najdrobniejszych rzeczach, czy nawet ubraniach było zwyczajnie za dużo.
Ktoś mógłby powiedzieć, że była odważna. Porzucenie wszystkiego z dnia na dzień, nie było przecież objawem tchórzostwa, prawda? Postawienie wszystkiego na jedną kartę, było z reguły odbierane, jako akt odwagi.
Villanelle dobrze wiedziała, że jedyne, co nią kierowało w tamtym czasie to strach. Wcześniej owszem, była odważna. Mogłaby powiedzieć o sobie samej, że aż za bardzo. Pchała się tam, gdzie nie powinno jej być, sięgała tego, co nie było zapisane dla niej, a później kuliła ogon i pragnęła schować się przed całym światem. Ukryć i zniknąć. Ciepła Kalifornia, a dokładnie właśnie San Diego miało być jej jaskinią, w której nikt nie miał jej odnaleźć. W towarzystwie i trochę pod opieką swojej ciotki, Kate Ward, miała ponownie poczuć się bezpiecznie. Miała zrealizować swój nowy plan i zacząć jeszcze raz żyć, tak po prostu. Bez strachu, bez stresu, bez lęku… bez poczucia osaczenia. Bez poczucia winy i wstydu.
Dwa dni temu rozmawiała z ciotką przez telefon, dopytując się czy jej przyjazd na pewno nie będzie dla niej problemem. Na następny dzień trzymała już w ręce wydrukowane bilety i pakowała swoją walizkę, a teraz siedziała przypięta już pasami na fotelu w samolocie, czekając na komunikat, że może już odpiąć zabezpieczenie i wstać. Opuścić środek transportu i przywitać się z ciotką, czekającą na nią za bramkami na lotnisku.
— Jak lot? Jesteś zmęczona? Wszystko w porządku, jak się czujesz? Wiesz, Villanelle… ja się na ciąży w ogóle nie znam, ale kiedyś słyszałam, że to nie jest bezpieczne dla dziecka.
— Dzięki, Katie, wszystko w porządku — mruknęła, spoglądając na ciotkę z czymś w rodzaju żalu w oczach. Przyleciała do niej w określonym celu. Elle wiedziała, że nie będzie w stanie udawać, że nie ma ciąży. Liczyła jednak, że ciotka na samym wstępie nie przypomni jej o tym, o czym tak bardzo chciała zapomnieć i czego chciała się pozbyć. — Lekarz mówił, że nie ma żadnych przeciwskazań, a ja czuję się naprawdę dobrze — z chęcią dodałaby, że to małe coś rozwijające się w niej w ogóle jej nie interesuje, o przecież miała się tego pozbyć i cieszyć na nowo studenckim życiem, a później dorosłym, a rodzinę założyć miała dopiero za kilka dobrych lat z mężczyzną, który nie wywoływałby u niej strachu.
— W takim razie dobrze. Daj walizkę i idziemy do taksówki. Wstępnie umówiłam nas z moimi znajomymi, ale mówiłam im, że potwierdzę jeszcze wszystko, bo nie wiem jak się będziesz czuła.
— Ale chyba im nie mówiłaś? — Spojrzała wymownie na starszą od siebie kobietę, chwytając rączkę granatowej walizki.
— Oczywiście, że nie. Elle przecież rozmawiałyśmy przed wczoraj. Jeszcze tylko chwila i zaczniesz wszystko od nowa.
— Zapisałaś mnie do tego lekarza? Czas się liczy — mruknęła, idąc wraz z ciotką w stronę wyjścia, gdzie przed budynkiem lotniska czekało mnóstwo taksówek, busów i innych pojazdów czekających na podróżnych. Villanelle westchnęła lekko, kiedy poczuła na twarzy przyjemne promienie słoneczne. W Nowym Jorku wciąż było śnieżnie, a zimę dało się odczuć w pełni. Tutaj nie było co prawda gorąco, ale dziewczyna pod wpływem znaczącej różnicy temperatury czuła się tak, jakby wylądowała właśnie w jakimś ciepłym kraju. Ściągnęła płaszcz, który przerzuciła sobie przez rękę i została w samym, różowym swetrze i czarnych, kryjących legginsach. Od jakiegoś czasu ubierała się głównie w ten sposób, chociaż ciąża była na tyle wczesna, że nic nie było widać, Villanelle miała momentami wrażenie, że wszyscy wiedzą, co się jej przytrafiło, a przecież tego właśnie nie chciała. Tego, chciała się pozbyć, zapomnieć, żyć tak, jakby nigdy nic się nie stało.
— Oczywiście, w przyszłym tygodniu masz wizytę. Tylko, Elle… jesteś pewna?
— Tak, jak niczego innego na świecie — odpowiedziała bez mrugnięcia okiem. Nie myśląc o tym, nie miała żadnych wątpliwości. Dlatego temat jej ciąży urywała za każdym razem, najszybciej, jak tylko potrafiła, bo kiedy on się ciągnął, a dziewczyna zastanawiała się nad tym, jak mogłoby być, zaczynały dopadać ją wątpliwości, a tych przecież nie chciała mieć.
— I pamiętaj… nie mów nikomu — ciotka odezwała się nieco ciszej — ten lekarz jest świetny, ale nie do końca, wiesz — spojrzała na nią znacząco.
— I rozmawiamy o tym na lotnisku, wśród tylu ludzi? Świetnie, Katie — prychnęła zdenerwowana, spoglądając na ciotkę spod przymrużonych oczu. Wzięła jednak głęboki oddech, policzyła do dziesięciu i uspokoiła się. Nie mogła być przecież wredna w stosunku do kobiety, dzięki której w ogóle miała szanse, jakoś jeszcze żyć.
Rodzice w życiu nie pozwoliliby jej na to, co planowała. Dlatego powiedziała im tylko tyle, że pojedzie do ciotki, gdzie w spokoju przejdzie przez te miesiące cudownego czasu dla kobiety, skontaktuje się z jakąś agencją adopcyjną czy czymś i wróci. Nie zamierzała zrobić nic z tego, o czym im powiedziała. Nie zamierzała rodzić i nie zamierzała wracać. Nie miała jeszcze pojęcia gdzie jest jej miejsce, ale wiedziała, że na pewno nie jest ono w Nowym Jorku.


Siedzieli w sześć osób w jednym z barów przy plaży. Kate, co jakiś czas spoglądała na swoją siostrzenicę, w tych krótkich chwilach, uważnie jej się przyglądając. Minęły dwa tygodnie od wizyty u lekarza, na której tak bardzo jej zależało, ale to tyle… Villanelle nie wspominała nic o tym, kiedy kolejna, kiedy zabieg, jak się powinny do niego przygotować, a gdy próbowała poruszyć ten temat, dziewczyna stawała się opryskliwa i pospiesznie go ucinała mówiąc, że to tylko i wyłącznie jej sprawa.
— Co taka zamyślona? — Usłyszała głos Aidena, faceta po trzydziestce, który był dobrym znajomym z pracy Kate. Kiedy spotkali się po raz pierwszy, Elle miała wrażenie, że wziął sobie do serca za cel poznanie bliżej dziewczyny. Cóż… jego sposób nie był dobry, a Villanelle tylko odczuwała przez niego złość i frustrację. Jako jeden, jedyny z towarzystwa jej ciotki potrafił wprowadzić Elle w irytację w ekspresowym tempie, a sama brunetka nie wiedziała, czy miało to związek z burzą hormonów, czy po prostu tak bardzo ją wkurzał. — Tęsknisz za Nowym Jorkiem pewnie, co? Za znajomymi, kumplami… może za chłopakiem? — Wypytywał z tym swoich uśmieszkiem na twarzy. Dziewczyna tylko westchnęła ciężko na jego słowa i podparła brodę na dłoni, kręcąc lekko głową.
— Byłam zanieść papiery na uczelnię. Boję się, że dadzą mi za szybko plan i dzisiejszy wieczór będzie ostatni, w takim towarzystwie — odpowiedziała ironicznie, uśmiechając się do niego zgryźliwie. Miała go już po dziurki w nosie. Podniosła się powoli i spojrzała na pozostałe osoby, siedzące przy ich stoliku — przepraszam na chwilę — posłała im delikatny uśmiech i ruszyła w stronę toalet.
Po wyjściu z kabiny przystanęła przy umywalce i przez chwilę wpatrywała się w swoje odbicie. Nie widziała żadnej różnicy. Może z wyjątkiem tych kilku czerwonych krostek, które pojawiły się na jej czole i w okolicy brody. Z tych niewidzialnych oznak, na ten moment czuła nadwrażliwość biustu i w niektóre dni poranne mdłości, które na szczęście nie męczyły jej każdego dnia. Na ten moment nie mogła narzekać, czasami też czuła się bardziej zmęczona, ale przecież to zdarzało się każdemu i nie wzbudzała tym wśród nowo poznanych znajomych podejrzeń.
Wiedziała, że miała coraz mniej czasu na podjęcie ostatecznej decyzji, ale rozmowa z ginekologiem sprawiła, że wątpliwości dopadły ją z podwójną siłą, chociaż nie tyle sama rozmowa, co przemyślenia, które dopadły ją po opuszczeniu gabinetu.
Elle: Nie mam pojęcia czy to, co zamierzam jest właściwie… chyba powinnam ci powiedzieć, ale nie wiem, jak to zrobić i czy na pewno to zrobić…
Wpatrywała się jeszcze przez chwilę w wyświetlacz ekranu, ale ostatecznie nie wysłała wiadomości. Nie miała pojęcia, czego mogłaby się spodziewać w odpowiedzi i chyba naprawdę, nie chciała go więcej w swoim życiu.
Umyła dłonie i opuściła toaletę. Nie wróciła jednak do stolika. Skierowała swoje kroki w stronę baru, przy którym było wolne miejsce. Zasiadła na jednym z wysokich stołków i uśmiechnęła się pogodnie do barmana.
— Co dla ciebie?
Wpatrywała się przez chwilę w mężczyznę, zastanawiając się nad jego pytaniem, a raczej odpowiedzią, jaką powinna mu od razu udzielić, aby nie przedłużać kolejki.
— Mohito, margarita, tequila sunrise, sex on the beach, cosmopolitan? — Wymienił najpopularniejsze drinki i wpatrywał się w nią, trzymając w jednej ręce shaker, a drugą wyciągnął w stronę alkoholi czekając na jej odpowiedź.
— Margaritę z truskawkami dla niej, a ja poproszę wódkę z colą.
Odwróciła głowę przez prawe ramię, aby spojrzeć na mężczyznę, który złożył zamówienie. Był wysoki, miał ciemne, nieco dłuższe włosy opadające na jego czoło. Niesamowicie jasne oczy i nieco zaokrągloną twarz. Był dość wysoki, prawdopodobnie wzrostem był podobny do Arthura, ale cała reszta była zupełnie inna. Uśmiechnęła się delikatnie.
— Tak, niech będzie margarita z truskawkami. Nigdy nie umiem sama zdecydować, czego tak właściwie chcę — uśmiechnęła się do niego, a on zajął miejsce na stołku tuż obok. Obserwowała uważnie, jak rozluźniony podpiera się o blat baru, a gdy zapłacił barmanowi i oderwał od niego swoje spojrzenie, jej uśmiech poszerzył się, gdy poczuła jego wzrok na sobie. — Dzięki za pomoc.
W jego oczach było coś… miała wrażenie, że znajdował się w tym barze może nie z takiego samego powodu, co ona sama, ale z bardzo podobnego.
— Złamane serce? — Spytał, nim ona sama zdążyła się odezwać. Zaśmiała się cicho na jego słowa i pokręciła przecząco głową. Nie opisałaby w ten sposób tego wszystkiego, co sprawiło, że pojawiła się właśnie w San Diego.
— Chęć rozpoczęcia nowego życia, a ty? — Ułożyła dłoń na blacie i postukała palcami w niego, wpatrując się w mężczyznę i próbując ocenić ile mógł mieć lat. Z pewnością był od niej starszy, nie umiała jednak stwierdzić o ile konkretnie. W tej chwili, nie było to jednak dla brunetki istotne.
— Zawodowe doszkolenie się, kurs i te sprawy.
— Studentka architektury — powiedziała, nie odrywając od niego, nawet na krótką chwilę spojrzenia. Zrobiła to dopiero w momencie, w którym barman położył przed nimi drinki. Przez krótką, króciutką chwilę zastanawiała się nad tym czy to właściwie, w końcu była w ciąży, nie powinna była spożywać alkoholu. Zagryzła wargi, chwytając jedną ręką wysoką szklankę. Palcem drugiej przesunęła po obramowaniu, które obsypane było solą, a następnie ułożyła palec na języku uśmiechając się przy tym najbardziej uroczo, jak tylko potrafiła. — A ty?
— Weterynarz.
Potrzebowała jakiegoś oderwania. Czegoś, co pomogłoby jej, chociaż przez krótką chwilę zapomnieć o tym, co od kilku tygodni siedziało w jej głowie, a do czego nie chciała się przyznać.
— Woah, ratowanie życia zwierząt musi być naprawdę cool — powiedziała, chwytając słomkę i wsuwając ją pomiędzy swoje usta, aby upić odrobinę drinka. Po pierwszym łyku, już nie czuła się najlepiej ze świadomością, co właśnie zrobiła. Z drugiej strony, przecież i tak chciała się tego pozbyć… westchnęła cichutko, upijając jeszcze odrobinę.
— Dlaczego akurat architektura?
— Kocham sztukę, a na tej jeszcze da się zarobić — odpowiedziała bez większego namysłu, bawiąc się papierową słomką i mieszając nią w drinku — nie, żeby zależało mi na pieniądzach, ale w końcu z czegoś trzeba się utrzymać.
— Nie ma nic złego w chęci utrzymania swojego życia na odpowiednim poziomie. Tym bardziej, że to kochasz.
— Kocham też ciepły piasek na plaży i szum fal oceanu — wyszczerzyła się wesoło, upijając jeszcze odrobinę drinka, chociaż z każdym kolejnym łykiem czuła coraz większe wyrzuty sumienia. Wiedziała, że nie robi dobrze, że nie powinna. Z jednej strony wiedziała, że na całą szklankę, alkoholu jest jedynie odrobina, a z drugiej strony dobrze wiedziała, że nie powinna wypić nawet kropelki.
— Kochasz piękne rzeczy — powiedział, a Villanelle zaśmiała się melodyjnie.


Nie rozumiała, dlaczego Kate była na nią tak bardzo zła. To, co robiła ze swoim życiem w ogóle nie powinno interesować jej ciotki. Ciągłe wtrącanie się we wszystko kobiety, doprowadzało Elle do złości.
Tym razem było dokładnie tak samo.
— Wytłumaczysz mi, co ty właściwie wyprawiasz?
Villanelle spoglądała bez zrozumienia na swoją ciotkę, próbując odgadnąć z czym dokładnie ma ona problem. Nie robiła przecież niczego złego, próbowała jedynie jakoś ułożyć sobie życie, poradzić sobie z przeszłością. Może nie robiła tego w najlepszy sposób, ale na tę chwilę nie potrafiła znaleźć żadnego innego, a przy Boltonie czuła się po prostu lepiej, niż gdy była sama.
— Ja? A co ty robisz teraz? — Splotła ręce pod biustem i wpatrywała się w jasne oczy ciotki.
— Nie odbijaj piłeczki, Elle. Ja się martwię! Co ty wyprawiasz? Wiesz, jak się zdenerwowałam!? Nie znasz miasta, nie znasz tutaj nikogo, a nagle znikasz z baru, z obcym facetem. Nie odbierasz telefonu, nie odpisujesz na wiadomości i wracasz dopiero teraz... jest siedemnasta! Gdzieś ty była!? Czy ty do reszty zwariowałaś!?
— Boże! Przestań się na mnie drżeć! — Krzyknęła, sięgając dłonią włosów i pospiesznie poprawiła je. Była zdenerwowana, nie podobało jej się to, że ciotka chciała kontrolować jej życie, nie po to przyjechała do Diego.
— Kiedy byłaś u ginekologa, Elle? Kiedy masz zabieg, muszę wiedzieć wcześniej, muszę wziąć wolne. Chyba masz coraz mniej czasu na podjęcie decyzji, co? On też nie załatwi ci terminu w jeden dzień, Elle, w którym ty właściwie jesteś tygodniu!?
— Odwal się, to nie twoja sprawa co robię — syknęła, z powrotem splatając dłonie pod biustem.
— Tak?! A przypomnieć ci, jak dzwoniłaś do mnie z płaczem!? Jak błagałaś, żebym ci pomogła, żebym nic nie mówiła rodzicom!? Co ty robisz dziewczyno!? Uciekasz przed facetem, bo ponoć jest nienormalny, opowiadasz, jak bardzo się go boisz, a później wskakujesz pierwszemu lepszemu do łóżka i niczego się nie boisz!? — Ward była wściekła na swoją siostrzenicę, chciała jej pomóc, ale tylko pod warunkiem, że i Elle by tego chciała. Na tę chwilę nie widziała, aby Madisson naprawdę pragnęła jej pomocy. — Może to jednak z tobą jest coś nie tak, hm? Oskarżasz biednego faceta, który pewnie nawet nie wie co źle zrobił, a ty się zabawiasz z tym kolesiem z baru. Cudownie Elle, cudownie. O tyle dobrze, że będąc w ciąży nie wpadniesz z drugim.
Elle czuła, jak rozpiera ją złość. Nie miała ochoty kontynuować tej rozmowy. Była zdenerwowana, a słowa ciotki... cóż, trafiały w czułe punkty, a prawda zawsze bolała. Villanelle była jednak zbyt dumna, aby przyznać komuś rację i uparta na tyle, że nawet gdyby miała tym zranić samą siebie, nie odpuści.
— Wiesz co? Wal się, Kate. Nie przyjechałam do ciebie, aby wysłuchiwać tego, jak mnie obrażasz — warknęła zaciskając pięści. Czuła, że jeszcze kilka słów ciotki i nie wytrzyma, rozpłacze się i pokaże wszystkie swoje słabości, a nie była jeszcze na to gotowa.
Prychnęła, odwróciła się na pięcie i ruszyła do pokoju gościnnego, który chwilowo okupowała. Trzasnęła drzwiami i usiadła na łóżku z głośnym westchnięciem. Chwyciła poduszkę i zakryła nią sobie twarz, a następnie krzyknęła głośno w miękki materiał.
Czuła, jak łzy wypełniają jej oczy i spływając po policzkach, od razu wsiąkały w materiał poszewki. Pociągnęła nosem, a następnie odsunęła poduszkę z twarzy, podłożyła ją pod głowę i położyła się na niej, chwytając swój telefon. Cały czas miała zapisany jego numer.
Elle: Nie wiem od czego powinnam w ogóle zacząć, to wszystko jest strasznie skomplikowane, Arthur. Jestem w San Diego, u mojej cioci ja... wiesz, ja nie bardzo wiem... nie powinnam robić tego przez smsa, to prawda, ale chyba się boję... ale, ale musisz wiedzieć, więc... Jestem w ciąży, będziemy mieli dziecko, Art...
Nie wysłała jednak wiadomości. Wyszła z pola tekstowego, pozostawiając wersję roboczą w szkicach przypisanych do jego numeru. To była kolejna, niewysłana wiadomość.


Nie wiedziała, w którym momencie tamtego wieczoru przestała czuć wyrzuty przez picie alkoholu. Liczyło się to, że zapominała myśleć o Nowym Jorku, o tym, co tam zostawiła i tym strachu, przez który uciekła. Bała się go, a mimo wszystko nie mogła przestać o nim myśleć. Wychodząc z klubu z nowopoznanym mężczyzną, zamiast skupiać się na tym, co tak właściwie się teraz dzieje, myślała o tamtej imprezie, o smaku jego ust i o tym, w jaki sposób on jej dotykał.
Z każdym kolejnym spotkaniem z Xandrem, czuła się coraz pewniej w San Diego. Co prawda nie zapomniała o Arthurze, nie była w stanie pozbyć się go ze swojej głowy, ale myślała o nim rzadziej, skupiając się, a raczej starając się skupiać na chłopaku, z którym spędzała właśnie czas. Ich spotkania były pełne rozmów, zwiedzali miasto i śmiali się w zasadzie ze wszystkiego. Villanelle pozwalała sobie przy mężczyźnie na więcej, bo dobrze wiedziała, że niedługo ich drogi i tak się rozejdą, że nigdy więcej się nie spotkają.
Nakryła nagie ciało białą, hotelową pościelą i uśmiechnęła się szeroko, czując wciąż na twarzy czerwone rumieńce. Wilgotne kosmyki włosów kleiły się do jej twarzy, przyjemne ciepło wciąż rozprzestrzeniało się po jej ciele, a ona… ona czuła się po prostu szczęśliwa.
— Niedługo będę musiał wyjechać — poczucie szczęścia oddaliło się wraz z dochodzącym do jej uszu męskim głosem, który zdecydowanie nie należał do tego mężczyzny, którego chciałaby w tym momencie usłyszeć.
— Oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy — westchnęła cicho, przecierając dłonią czoło. Pierwszego wieczoru, kiedy się poznali wiedziała już, że Xander jest w San Diego tylko na jakiś czas, dokładnie na czas trwania kursów. O poranku, gdy wbrew sobie samej została na śniadaniu, nie rozumiejąc własnego postępowania też wiedziała, że on wyjedzie. Wpisując w swój telefon jego numer, też dobrze wiedziała, że on nie zostanie w Diego dla niej. Nie była tylko przygotowana na moment, w którym to się stanie.
— Oboje wiedzieliśmy, że nie jesteśmy tymi, których pragniemy.
Wiedzieli. Ona wiedziała to od samego początku. Chciała się tylko upewnić? Sprawdzić, jak będzie z innym? Poczuć, że mimo wszystko, że pomimo całego tego strachu…
— Zabrałeś mi go — zaśmiała się cicho, chociaż to nie był radosny śmiech. Była raczej bliska rozpłakania się, chociaż nie wiedziała, dlaczego dokładnie — ściągnąłeś ze mnie jego dotyk, X.
— To dobrze czy źle?
— Nie mam pojęcia — wyszeptała, zaciskając wargi w wąską linię. Miała jednak coś więcej poza śladami jego dotyku pozostawionego na swoim ciele. Miała w sobie jego dziecko, a tego Xander nie był w stanie jej zabrać. — Kiedy wylatujesz?
— Mamy jeszcze trochę czasu na stworzenie pięknych wspomnień.
— Niczym z wakacyjnego romansu, hm? — Westchnęła, powoli odwracając się na bok, aby spojrzeć w jasne oczy mężczyzny. Pragnęła odnaleźć w nich ciemne tęczówki tamtego, ale dobrze wiedziała, że nikt inny poza nim nie ma takich oczu. Wiedziała, gdzie powinna ich szukać, wciąż jednak coś ją powstrzymywało.
— Dokładnie. Pamiętasz? W barze zapytałem, czy leczysz złamane serce — czuła, jak ułożył dłoń na jej policzku i delikatnie przesunął ją niżej, muskając opuszkami palców jej wargi, a następnie zjeżdżając w dół sunął po żuchwie, szyi i obojczykach, przechodząc dłonią na nagie ramię — okłamałaś mnie wtedy.
— Nie — pokręciła głową, uśmiechając się subtelnie — wtedy po prostu nie wiedziałam jeszcze, przed czym dokładnie uciekam.
— Skrzywdził cię?
Zagryzła wargi i w jednej chwili zaczęła spoglądać, jakby przez mężczyznę. Może to ona go skrzywdziła? Bawiła się. Nie szukała rozrywki, po prostu chciała… gdyby Arthur nie zaczął zachowywać się, jak psychol, być może nadal byłaby w Nowym Jorku. W pewnym momencie przecież sama poczuła, jak wiele dla niej znaczył. Nie umiała jednak z nim rozmawiać, gdy on był ciągle obok, pisał, dzwonił. Miała wrażenie, że był wszędzie tam gdzie ona. Było go zdecydowanie za dużo. Zaczęła więc go unikać, uciekała do tego stopnia, że aż w końcu opuściła rodzinne miasto. Wiedziała, że tutaj jej nie znajdzie. Nie mógłby.
— Wolałbyś kochać czy być kochanym do szaleństwa? — Spytała, przeczesując kosmyki ciemnych włosów, dokładnie w taki sam sposób, w jaki robił to on.
— To podchwytliwe pytanie? No i nie odpowiedziałaś na moje. — Zaśmiał się wesoło — nieładnie tak pytaniem na pytanie.
— Nie kocham cię, jeżeli o to ci chodzi — zaśmiała się melodyjnie — ale nie martw się, naprawdę cię lubię.
— Też cię lubię, ale nadal nie rozumiem twojego pytania, V.
— To dość skomplikowane.
— Rozmawiamy o tobie i o nim, prawda?
— Chyba kochał mnie za bardzo.
— Da się tak? — Widziała rozbawienie w oczach ciemnowłosego.
— Boję się takiej miłości.
Ściągnęła z siebie kołdrę i powoli podniosła się z łóżka, a następnie powolnym krokiem ruszyła w stronę łazienki. Czuła na sobie jego spojrzenie, ale w ogóle się nie krępowała.
— Zamówisz kawę i śniadanie? — Spytała, stojąc już przy drzwiach łazienki zerkając na niego przez ramię — z mlekiem i płaską łyżeczką cukru. Zjadłabym dzisiaj gofry.
— Mówiłaś, że nie jesz słodkich śniadań — powiedział, jednak zgodnie z prośbą podniósł się, aby sięgnąć telefonu znajdującego się w pokoju, ale w ostatniej chwili zrezygnował i sam podniósł się z łóżka, aby dołączyć do brunetki w łazience. — Dziś pójdziemy do restauracji, a później spędzimy miło wieczór.
— Mam zajęcia do drugiej — uśmiechnęła i odwróciła się przodem do mężczyzny, wchodząc tyłem do kabiny prysznicowej. Zamknęła jednak drzwi przed nim i uśmiechnęła się subtelnie, odkręcając baterię — myślisz, że ze wszystkim zdążymy?
— Ja do czwartej jestem zajęty. Przyjadę po ciebie do ciotki koło szóstej.


Od razu po powrocie do domu z uczelni, zaczęła się przygotowywać na spotkanie z Xandrem. Nie miała pojęcia, co takiego wymyślił. Kiedy żegnali się po zjedzeniu śniadania, powiedział jej tylko, aby ubrała się przede wszystkim wygodnie. W zasadzie odkąd tylko wylądowała w San Diego, przede wszystkim nastawiała się na wygodne ubrania.
Stała przed szafą z lustrem w bieliźnie, próbując wcisnąć na siebie kolejne jeansowe szorty, które okazywały się być ciasnawe. Chwyciła kolejną parę, ale i z tą nie było lepiej. Zapiąć, zapinała rozporek jednak musiała przy tym wciągać brzuch, czego następstwem było wpijanie się materiału w jej ciało. Westchnęła zrezygnowana, kiedy kolejna para również okazała się przymała.
Wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie moment, w którym zacznie przybierać na wadze. Nie było jednak jeszcze widać, czym jej tycie było spowodowane. Ostatecznie założyła na siebie błękitną sukienkę z bandażową górą bez ramiączek, która wykończona była delikatną falbanką. Z pomocą pianki zgniotła włosy w delikatny, nadmorskie fale i zrobiła sobie delikatny makijaż. Do tego mały, biały plecak, w którym miała najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak telefon, klucze, portfel czy chusteczki i do którego była w stanie spakować cienki, różowy sweterek na później, gdyby się ochłodziło.
Punkt szósta po mieszkaniu rozniósł się dźwięk dzwonka. Kate niechętnie otworzyła drzwi mężczyźnie, a w tym samym czasie Elle pojawiła się na korytarzu, aby pospiesznie założyć białe trampki.
— Ślicznie wyglądasz, V.
— Dziękuję — uśmiechnęła się pogodnie i podeszła do niego, muskając delikatnie ustami jego policzek z dwudniowym zarostem. — Zrobisz nam zdjęcie, Kate? — Wypaliła nagle, stając obok mężczyzny i obejmując go w pasie, a wolną ręką sięgając swoją komórkę.
— Pewnie, pamiątki ważna rzecz — westchnęła kobieta, ale odebrała telefon od Elle i zgodnie z prośbą zrobiła zdjęcie, dokładnie w momencie, w którym Xander całował brunetkę, a ta uśmiechała się pod pocałunkiem, cały czas go obejmując.
— Dzięki — wyszczerzyła się — zaraz ci je prześlę. Kate, dam ci znać czy wrócę na noc.
— Nie wrócisz. — Szepnął do jej ucha i uśmiechnął się, muskając nosem policzek dziewczyny — Ona dzisiaj nie wróci, nie martw się. Dobrze się nią zajmę — Bolton uśmiechnął się, Kate nie była do niego nastawiona szczególnie przyjacielsko, ale nie pokazywała mu swojej niechęci. Poza tym, musiała przyznać, że mężczyzna był w porządku. Villanelle była też dorosła i powinna wiedzieć, co robi.
— Nie wątpię… zresztą, Villanelle jest przecież już dużą dziewczynką — Kate wymusiła uśmiech i westchnęła, zerkając raz jeszcze na swoją siostrzenicę — bądźcie tylko ostrożni, ok? Naprawdę wolałabym, żebyś wróciła w jednym kawałku. Mimo wszystko lubię tego wyszczekanego dzieciaka…
— Hola, hola. Przed chwilą sama przyznałaś, że jestem już duża — zaśmiała się, delikatnie uderzając ciotkę w ramię, a następnie cmoknęła jej policzek i wraz z Xandrem ruszyli w stronę jego samochodu.
Uśmiechała się szeroko, zapinając pasy bezpieczeństwa i zerkając w boczne lusterko, obserwowała, jak dom Kate znika im z pola widzenia.
— To, dokąd mnie tak właściwie zabierasz?
— Zobaczysz, ale jestem pewien, że będziesz zadowolona — chwycił mocno kierownicę jedną dłonią, a drugą ułożył na gałce od skrzyni biegów i uśmiechnął się, przyspieszając — jak cię poproszę to zamkniesz oczy, dobrze? I bez podglądania, V.
— No wiesz… nienawidzę niespodzianek.
— Może od dzisiaj polubisz — wyszczerzył się wesoło.
Droga minęła im względnie szybko, Villanelle rozglądała się cały czas przez szybę, próbując odgadnąć, dokąd tak właściwie jadą, ale wciąż nie znała na tyle miasta, aby móc cokolwiek podejrzewać, a zwłaszcza tej części. Zgodnie z jego prośbą, zamknęła oczy i czekała z niecierpliwością na to, co się za chwilę wydarzy.
— Tylko nie podglądaj.
Nie zamierzała psuć tego, co dla nich przygotował. Dlatego też pomimo ogromnej chęci otworzenia oczu, nie zrobiła tego. Czekała, aż samochód się zatrzyma, a następnie Xander pomoże jej z niego wyjść.
— Długo jeszcze? — Oparła się głową o zagłówek i zaśmiała się wesoło. Zaczynało jej się niecierpliwić, a tego uczucia nie lubiła jeszcze bardziej, niż samych niespodzianek.
— Nie bądź marudna, jeszcze… z cztery minuty jazdy — mężczyzna pokręcił głową, czego Elle nie mogła zobaczyć i odwrócił na chwilę głowę od drogi, aby upewnić się, że V., nie podgląda, dokąd zmierzają.
Kiedy Xander zatrzymał samochód, przez krótką chwilę nasłuchiwali warkotu silnika, po czym mężczyzna zgasił pojazd. Villanelle usłyszała, jak odpina pas bezpieczeństwa i otwiera drzwi, aby po chwili je zamknąć i otworzyć te z jej strony. Czuła ciepłą dłoń na swoim biodrze, a po chwili do jej uszu dotarł charakterystyczny szczęk, uwolnionego zatrzasku zabezpieczenia.
Zacisnęła palce na jego dłoni, kiedy chwycił jej ręki, a drugą ułożył na jej ramieniu. Pomógł jej wysiąść, chociaż dziewczynie coraz trudniej było utrzymać zamknięte oczy.
— Długo będziesz mnie tak jeszcze torturował?
— Jeszcze tylko chwile — zaśmiał się i przyciągnął ją do siebie, obejmując ramionami w szczelnym uścisku — nie otwieraj oczu — wyszeptał cicho i puścił ją, aby wyciągnąć z tylnego siedzenia torbę, którą zarzucił sobie na ramię, a następnie zamknął samochód używając pilota.
Stanął blisko za dziewczyną i nakrył dłońmi jej oczy.
— Teraz wiem, że na pewno nie będziesz podglądać.
— Jeszcze chwila i zacznę podejrzewać, że wywiozłeś mnie na jakieś odludzie i w końcu mnie zamordujesz. No wiesz, nie zrobiłeś tego, kiedy zaufałam ci po raz pierwszy, nikt by się teraz nie spodziewał, że to mógłbyś być ty — zachichotała wesoło, układając swoje dłonie na jego. W ten sposób, że palcami zahaczyła o jego kciuki.
— Poza Kate, hm?
— Dokładnie tak. Ona od razu zadzwoni na gliny, jeżeli nie wrócę rano — zaśmiała się ponownie, pozwalając mu się prowadzić.
Nie miała pojęcia, dokąd szli. Próbowała spamiętać ile razy skręcają czy idą prosto czy może po łuku, ale jej orientacja była bardzo słaba nawet z otwartymi oczami, a co dopiero w momencie, kiedy nie mogła dostrzec drogi. Westchnęła lekko, domyślała się gdzie mogą być. Do jej uszu docierał szum fal, a później sobie przypomniała, jak mówiła mu, że kocha ten dźwięk. Pod nogami nie czuła jednak ciepłego piasku. Uśmiechnęła się, kiedy w końcu się zatrzymali, a Xander wziął ręce z jej twarzy, tym samym odsłaniając jej widok.
Cudowny widok, którego w ogóle się nie spodziewała. Stali na szczycie klifu, o którego ściany uderzały fale oceanu a przyjemna bryza unosiła się wysoko. Słońce powoli schodziło coraz niżej horyzontu, a kolor nieba był po prostu niesamowity. Pomarańcz wymieszana z różem rozlewała się u dołu nieba, a błękit stawał się coraz ciemniejszy.
— Woah — wydusiła z siebie podziw, wpatrując się w kolorowe niebo, rozkoszując się ulubionym dźwiękiem.
— To nie wszystko — uśmiechnął się i wskazał na torbę, którą rozpiął. Wyciągnął z niej koc i powoli rozłożył, Elle jednak wciąż wpatrywała się w niebo, które swoją pięknością wprowadziło brunetkę w osłupienie. Xander dostrzegając zachwyt na twarzy młodej dziewczyny sam się uśmiechnął i stanął tuż za nią, obejmując ją od tyłu ramionami i opierając brodę o jej bark.
— Nie rozmawiajmy przez chwilę — wyszeptała, oddychając głęboko — proszę, przez krótką chwile.
Zgodnie z jej prośbą nie odezwał się. Skinął tylko lekko głową i sam skupił się na pięknym obrazie, na zjawisku, które działo się właśnie na ich oczach. Żywym przedstawieniu, bo z każdą kolejną minutą położenie słońca się zmieniało, tak samo jak intensywność kolorów na niebie i sposób ich przechodzenia przez siebie.
— Płaczesz? — Spytał cicho, wprost do jej ucha. W tym samym momencie, zdała sobie sprawę z tego, że z jej oczu naprawdę wypływały pojedyncze łzy. — Wiedziałem, że ten widok tobą poruszy, ale nie miałem pojęcia, że aż tak — dodał cicho, muskając ustami jej szyję.
Villanelle odchyliła delikatnie głowę do tyłu, czując opór w postaci sylwetki bruneta i przytaknęła tylko delikatnie głową. Co innego miała zrobić? Wiedziała, że jeżeli teraz wydusi z siebie, chociaż najcichsze i najkrótsze słowo, rozpłacze się i to wcale nie będzie płacz spowodowany wzruszeniem i zachwytem nad pięknem natury.
Chciała więcej takich chwil. Tylko, że nie z Boltonem. Pragnęła zachwycać się zachodami i wschodami słońca z kimś innym. Z Arthurem, przed którym za wszelką cenę chciała się ukryć. Zniknąć dla niego z powierzchni ziemi i… sama była w szoku, że to właśnie ten widok tak boleśnie uświadomił jej, że całe jej serce należało do niego.

***
A taki throw back, do czasu, kiedy to elka spierdzieliła z Nowego Jorku. Trochę mnie nowy singiel Shawna porwał w takie wakacyjne klimaty, chociaż u niej to taka wiosna, 2018. Specjalnie podziękowania dla IceQueen za możliwość wykorzystania Xandera Boltona, którego niestety nie ma już na blogu (żałujcie, jeżeli nie zdążyliście go poznać!) 

23/06/2019

2105. Absens carens

Elaine spojrzała na siebie w lustrze. Widziała przed sobą osobę, której nie rozpoznawała. Blada skóra, ciało z wyraźnymi oznakami zużycia – blizny różowymi pasami znaczyły blade członki. Jasne włosy opadały na ramiona bez życia. Błękitne oczy zdawały się być zasnute mgłą. Kobieta przebiegła palcami po mostku i poczuła, że drży. Ciało w lustrze nie wydawało jej się jej własnym.

Westchnęła. Ostrożnie podeszła do okna. Bose stopy cicho stąpały po starej klepce, znały dobrze fakturę prostokątnych kawałków podłogi, wiedziały, których kafelków należy unikać, a które zapewniają pewny krok. Czy istnieje pewny krok? Czy każdy jest tylko chwiejnym ruchem w nieznaną przepaść?

Z okna jej kamienicy nie widać było wielkiego miasta świateł, czym tak często szczyci się Nowy Jork. Przez te przybrudzone szyby widziała ciemną ulicę, przejeżdżające z pośpiechem samochody i ludzi chwiejących się od boku do boku, chwytając się alkoholu jak życia. Ostrożnie otworzyła okno i wyjrzała przez nie. Ciepło letniego wieczoru otoczyło jej nagie ciało przyjemnym powiewem. Spojrzała w dół i uśmiechnęła się do siebie. Łatwo byłoby się teraz odepchnąć i spaść. Jedna chwila i świat nie miałby znaczenia. Ostatnie napięcie mięśni przed ostatecznym ich rozluźnieniem – brzydkim, ludzkim, nieatrakcyjnym. Śmierć wbrew licznym przedstawieniom artystycznym nie jest estetyczna.

Elaine ostrożnie obróciła się tyłem do okna i popatrzyła na swoje mieszkanie. Czy to wszystko, co nas otacza, ma jakiekolwiek znaczenie?

Lekkim ruchem podźwignęła się i usiadła na parapecie. Łydkami mocno chwyciła się parapetu i położyła się tak, że jej klatka piersiowa znalazła się za oknem. Uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Wystarczy się już tylko puścić.

Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Spadając na głowę zapewniłaby sobie szybką śmierć – kręgosłup tego nie wytrzyma. Ciekawe, czy długo musiałaby leżeć tam na dole, by ktoś się zorientował, że nie jest tylko kolejną pijaną prostytutką? A może znalazłyby ją bezpańskie psy, które chętnie krążyły po tej okolicy?

Wyciągnęła się leniwie i ziewnęła. Spięła mięśnie brzucha i płynnym ruchem wróciła do pozycji siedzącej.

– A gdyby tak…? – jej spojrzenie natrafiło na szafkę, w której trzymała alkohol. Uśmiechnęła się do siebie weselej i pewnym, niemal skocznym krokiem podeszła do schowka i wyjęła butelkę swojego ukochanego kubańskiego rumu.

Czy Lucasowi byłoby przykro? zamyśliła się. Potem pokręciła głową. Byłby wkurzony… Napiła się płynu o pięknej bursztynowej barwie wprost z butelki. Nie łatwo taki dostać. Tak… byłby wkurzony. Nie lubi, gdy coś idzie niezgodnie z jego planem. pomyślała po chwili i ponownie pociągnęła łyk rumu. Zrobiła kilka kroków i opadła na kanapę. Natrafiła na swój stary, popękany już telefon. Wzięła go do ręki i otworzyła ostatnie wiadomości. Lucas, Lilka, Maille, Sebastian, Patrick… kilka innych osób też znalazło swoje miejsce na tej liście. Przesunęła palcem po ekranie i stwierdziła, że do żadnej z tych osób nie miała ochoty się odzywać. Nie miała im nic do powiedzenia. Przeskoczyła do folderu ze zdjęciami. Kilka prostych fotek. Prychnęła i ponownie napiła się nieco cierpkiego płynu. Chwilę później aparat rozbił się z głośnym trzaskiem na przeciwległej ścianie. Uśmiechnęła się tylko pogardliwie w odpowiedzi. Zamknęła oczy. Z goryczą pomyślała, że dawniej rzuciłaby się w wir seksu, ale obecnie nawet na to nie miała nastroju. Okno jednak wydawało się dobrym rozwiązaniem. Tylko nagle było zbyt daleko, żeby tak po prostu wstać, podejść do niego i skoczyć.

Czy chciała śmierci? Nie… Chciała, by ktoś ją uratował. Nie ma jednak rycerzy na białych koniach, którzy ratują księżniczki zamknięte w wieży.

~*~
Czerwień na białym tle. Ból i krzyk. Czerwień, kolor kojarzący się z miłością, bliskością i ciepłem drugiego człowieka. Nie była nimi. Była brudna. Obrzydliwa. Wstrętna i odpychająca. I ból, który przynosi tylko śmierć, choć mógłby przynieść życie. Krzyk bezradności. I pustka. Ta, która dławi, ale nie chce zabić.

~*~
Obudził ją krzyk człowieka na ulicy. Do jej uszu dobiegały dźwięki miejskiego poranka – szum silników, głosy ludzi, szczekanie psa sąsiada. Odgłosy szarej codzienności. Niemal od razu jej w jej głowie wybuchł przerażający ból, a zaglądające przez okno światło oślepiało tak, że tylko krzyknęła i zwinęła się w drżący kłębek. Leżała tak, a jej własny oddech wydawał się zbyt głośny. W końcu po omacku dotarła do łazienki sięgnęła po tabletki. Zażyła od razu cztery. Wróciła na kanapę. Zasnęła, modląc się, aby więcej się nie obudzić.

Tak chciałaby nie śnić o kobiecie w białym kitlu, która potwierdziła jej podejrzenia. I o dziecku, którego nigdy nie urodzi. I o swoim ciele, które po raz kolejny ją zawiodło. Bo czy można ufać tej bezustannie umierającej kupie mięsa, która pozwala stworzyć początek, a nie dopuszcza życia? Jest tylko rozkładającą się trumną?

Rzeczywistość jest jednak okrutnym katem. Obudziła się kilka godzin później. Głowę miała ciężką, mdliło ją i nic się w tej chorej realności nie zmieniło. Podniosła się z kanapy i rozejrzała po pokoju. Spojrzała na potłuczony telefon. Niewiele z niego zostało. Raczej nie było szans, żeby się nim ponownie posłużyć. Kopnęła tylko bezużyteczne kawałki pod ścianę i chwiejnym krokiem ruszyła do łazienki. Śpiąc na nago porządnie zmarzła, więc gorący prysznic wydawał się spełnieniem marzeń. Bogactwem świata.

Stała pod strumieniami parującej wody. Gorące krople parzyły jej skórę, ale niewiele sobie z tego robiła. Wkrótce ciało przybrało różowy odcień i zaczęło ją piec, ale to też nic nie znaczyło. Wyszła dopiero, gdy duszności zaczęły jej zbytnio doskwierać. Nakryła się ręcznikiem i poszła do kuchni. Czarna kawa miała pomóc jej umysłowi. Ocucić i zmusić do pracy.

Praca… nie. Do pracy nie pójdzie. Z resztą… po co? Powinna sprzedać ten bar w cholerę. Był stanowczo zbyt mocną kotwicą. Tylko sentyment do pewnego dobrego człowieka i ogrom włożonego ich wspólnego wysiłku trzymały ją przy tej podejrzanej spelunce. Tego dnia jednak nie była w nastroju na sentymenty, więc gdyby ktoś zaoferował jej odpowiednią kwotę, podpisałaby papiery w trybie natychmiastowym. Nikogo jednak takiego nie miała. Mogła za to po prostu nie iść. I tak też zrobiła.

Wzięła natomiast portfel i wyszła z mieszkania. Wcześniej jednak wypiła kawę, ubrała się i zostawiła na stole kartkę z krótką notatką dla tego, kto mógłby przyjść do mieszkania. Notkę o tym, że wyszła pooddychać świeżym powietrzem i pewnie niedługo wróci.

Już w autobusie na lotnisko stwierdziła, że wracanie nie jest jednak dobrym pomysłem. Że pewnie samolotu na jakąś bezludną wyspę nie ma, ale może przynajmniej na Alaskę. Niestety na miejscu dostała bilet tylko do San Francisco. Patrzono na nią podejrzliwie, gdy wsiadała do samolotu bez jakiegokolwiek bagażu. Ten nie był jej potrzebny. Chciała tylko popatrzeć na świat z góry, żeby wszystko stało się małe i bez znaczenia.

Na miejscu powitała ją piękna pogoda i radośni ludzie. Na lotnisku jest wiele szczęśliwych osób, które po wielu dniach rozłąki wreszcie spotykają swoich bliskich. Patrzy się na to z prawdziwą przyjemnością. El przystanęła z boku, żeby przyjrzeć się tym zadowolonym twarzom, posłuchać tych entuzjastycznych okrzyków. Na chwilę zapomniała, że jest ciałem, które stoi w tłumie – stała się niewidzialnym duchem i było w tym coś przyjemnego. W końcu spokojnie i bez pośpiechu wyszła z portu lotniczego. Taksówką pojechała na drugą stronę miasta i zaczęła spacerować bez celu. Patrzyła na ludzi. Obcych jak w Nowym Jorku, a jednak jakiś innych. Nie potrafiła tego nazwać.

A może po prostu próbowała się oszukać?

Trafiła do Fisherman's Wharf. Dzielnica portowa, gwarna i tłumna, nie robiła na niej wielkiego wrażenia. Czuła jednak, że to już nie jej mroczny Bronx, a miejsce znacznie jaśniejsze, tętniące. Zapach ryb. I jest chłodniej, gdy powieje wiatr znad morza. Bary i liczne atrakcje dla turystów, również tych z dziećmi. Elaine mijała to wszystko bez większego zaangażowania. Przystanęła dopiero, gdy dotarła na jeden z mostków. Stary. Pusty. Nieco popękany, ale jednak wciąż używany, o czym świadczyła zostawiona obok łódka. Usiadła na mostku i popatrzyła w wodę. Nie ma co łudzić się nadzieją, że woda na granicy tak wielkiego miasta może być czysta. Niedaleko od miejsca, które zajęła blondynka, rybacy wyciągali swój łup. Byli głośni, przeklinali i w jakiś sposób wyglądali tak idealnie portowo, jakby znaleźli się w kreskówce o marynarzu. Elaine przyglądała się im i zastanawiała, jakby wyglądało jej życie, gdyby urodziła się córką jednego z nich. Czy pracowałaby w barze w porcie zamiast lokalu w Nowym Jorku? I tylko tyle? I na tym miałaby polegać się zmiana jej życia? Czy na nic nie mamy wpływu?

Westchnęła cicho i położyła się na nieco wilgotnych deskach. Popatrzyła w niebo. Błękitne, choć kilka nieśmiałych chmur wędrowało spokojnie, bez pośpiechu. Tu na dole wiatr powiewał i podnosił porzucone śmieci, ale chmur to nie dotyczyło. One podążały własnymi ścieżkami, gnane innymi prądami. Elaine zamknęła oczy. Miała ochotę tak leżeć aż do końca świata.

- Wszystko w porządku, panienko? – usłyszała nad sobą zachrypnięty głos. W jej nagle otwartych oczach można było odczytać strach. Kiedy zobaczyła nad sobą zapyziałą i zapijaczoną twarz starszego mężczyzny, podniosła się szybko. Nieznajomy odsunął się i podniósł ręce w obronnym geście.

- Spokojnie, panienko. Spokojnie. Ja tylko pytam. Leżała tak panienka… myślałem, że coś się stało.

Elaine potrząsnęła głową. Próbowała uspokoić serce. Wiedziała, że je popękana dusza potrzebuje kilku głębszych oddechów, żeby doprowadzić umysł do porządku.

- Przepraszam. Wystraszyłam się – wyjaśniła i usiadła. Rozejrzała się. Rybacy już odeszli, w oddali kręcili się ludzie. – Dosiądzie się pan do mnie?

Tym razem to mężczyzna popatrzył na kobietę zdziwiony, ale nieporadnie usiadł obok niej. Elaine posłała mu przyjazny uśmiech.

– Jest pan stąd? – zapytała, choć tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Mężczyzna popatrzył na nią uważnie.

– Ja tak, ale panienka na pewno nie. Co się stało? Problemy sercowe? – zapytał zupełnie swobodnie. Elaine popatrzyła na niego przelotnie i pokręciła głową.

– Nie… Może? Nie. Stanowczo nie. Chyba potrzebowałam odetchnąć – odpowiedziała spokojnie i wbiła spojrzenie w wodę. Ironią wydało jej się to, że zwykle to do niej należało bycie zapijaczonym psychologiem. Nawet kiedy była trzeźwa. Znalezienie się po drugiej stronie barykady było odrobinę irracjonalne. Podniosła wzrok na człowieka obok niej.

– Ma pan ochotę na piwo? Bo ja na pewno jestem za trzeźwa – stwierdziła i podniosła się zwinnie z podestu. – Proszę, niech pan poczeka… zaraz wracam – dodała szybko i już biegła w stronę najbliższego baru. Kiedy kilka chwil później wbiegła na mostek, nie zobaczyła na nim mężczyzny. Stanęła niepewnie i rozejrzała się nerwowo wokół. Nagły entuzjazm, który ją ogarnął pod wpływem nieznanego człowieka, wyparował, jakby go nigdy nie było. Tak jak pijaczyny. Westchnęła cicho i zrezygnowana wróciła na swoje miejsce sprzed kilku chwil. Otworzyła puszkę i napiła się niczym stary marynarz – stanowczo miałaby szansę wtopić się portowy tłum, gdyby nie jasne włosy i zbyt chude ciało jak na pracownika fizycznego.

– Uuuu… To widzę, że u panienki faktycznie nie byle jakie problemy – odezwał się za nią ten sam głos, który wcześniej ja wystraszył. Elaine obróciła się i spojrzała na mężczyznę. W jednej chwili uśmiechnęła się radośnie i wyciągnęła piwo do swojego nowego kompana.

– Zniknął pan… myślałam… – próbowała zagaić, ale mężczyzna klapnął na ziemię obok niej.

– Stwierdziłem, że przyda nam się przegryzka – stwierdził i wyjął dwa batony, z czego jednego podał Elaine. – Na głodnego smutki są jeszcze straszniejsze – wyjaśnił. Elaine parsknęła cicho. Mężczyzna złapał jej spojrzenie i uśmiechnął się swoim niepełnym uśmiechem. – To niech panienka opowiada…

Blondynka spojrzała niepewnie na mężczyznę, ale… zaczęła opowiadać. Bo… dlaczego nie? Czemu nie miałaby opowiedzieć swojej historii człowiekowi, którego więcej w życiu nie spotka, który chce jej wysłuchać i który mieszka po drugiej stronie kontynentu? Chyba nie znalazłaby lepszej osoby do słuchania od niego. I faktycznie tak było.

– Dobra, dobra, dobra… – mężczyzna w końcu jej przerwał. – Rozumiem całą tę część o dziecku. To przykre i cholernie słabe. Jasne. Ale masz faceta, panienko, nie? Kochasz go? On ciebie pewnie też? To w czym rzecz? – Pokręcił głową. – Czy ty przypadkiem się nie boisz, panienko? Bo to wygląda trochę, jakby panienka była Kopciuszkiem, który uciekł przed północą.

Elaine popatrzyła na mężczyznę uważnie. Zamknęła oczy.

– Bo jakie my mamy szanse? – szepnęła.

– Takie, jakie sobie stworzycie – odparł. – Popatrz na mnie! Ja uciekłem. I uciekam dalej. Naprawdę chcesz spędzić życie na tym mostku? – wskazał na to, co ich otacza. Elaine parsknęła cicho. – Spróbuj, panienko. Zawsze jeszcze zdążysz uciec – zakończył.

Blondynka patrzyła na niego przez dłuższy czas. Próbowała przemyśleć wszystko jeszcze raz, ale coś w środku nakazywało jej wstać. W końcu poderwała się na równe nogi.

– Dziękuję, panu. Naprawdę – pocałowała go w policzek i uśmiechnęła się lekko. – Postawię panu jeszcze jedno piwo i uciekam na taksówkę. Od Nowego Jorku dzieli mnie blisko 3 tysiące mil, a muszę wrócić, nim ten idiota roześle policję – powiedziała całkiem poważnie. Przyniosła obiecane piwo.

– Gdyby był pan kiedyś w Nowym Jorku… proszę zajrzeć na Bronx i pytać o brytyjski lokal. Pokierują pana – zapewniła.

Podróż wcale jej się nie dłużyła. Na kartkach użyczonych przez sąsiada pisała coraz to nowe wersje tego, co powinna zrobić po powrocie. Z każdą minutą denerwowała się coraz bardziej. Bała się, ale pierwszy raz wracała sama i nikt jej nie gonił ani nie popychał. Może czasem lepiej być Pocahontas niż Roszpunką?

Ot, tak. Dawno nie pisałam not, a kilka chodzi mi po głowie, więc to leci na rozgrzewkę. Dla tych, którym uda się przebrać - gratulacje! Doceniam trud! :)

22/06/2019

2104. Hate me. Break me. Let me feel as hurt as you. Push me. Crush me. But promise me you’ll save me

Wciąż próbuje przypomnieć sobie jej delikatny uśmiech, igrające w oczach iskry, gdy w jej myślach pojawiał się nowy szalony pomysł, poruszane wiatrem rude włosy odznaczające się na tle tłumu, pozwalając mu nie stracić jej nigdy z oczu. Usłyszeć jej głos, który rozlewał po jego sercu dziwne ciepło, pozwolić objąć swoją dłoń jej palcami. Poczuć jej bliskość, dzięki której wiedziałby, że ktoś nadal koło niego trwa, nawet jeśli miałoby to być ulotne i nieprawdziwe. Chciałby ją po prostu jeszcze raz zobaczyć.
Stara się odnaleźć matczyną obecność, słodki dźwięk skrzypiec, zaszczepianą w nim miłość do muzyki, osiadający na jej poduszce zapach, którego szukał za każdym razem, gdy chował się przed ojcem a jej nie było w domu. 
Wśród zamglonych, odległych wspomnień szuka tamtego dziecięcego dnia, gdy wciąż jeszcze niepewnie kołysząc się na nogach poszedł do gabinetu ojca, a ten unosząc wzrok znad wypełnianych przez niego dokumentów posłał mu ciepły uśmiech, gdy wstał i podniósł go z podłogi, troskliwie przytulając do siebie jego dziecięce ciało, całując w czoło i odgarniając z niego za długie ciemne włoski. Chce na nowo stworzyć zdjęcie, na którym uwieczniono tamtą chwilę, a które kilka lat później brudząc krwią i łzami podarł na drobne kawałki, całym sercem nienawidząc ojca. Próbuje wmówić sobie, że ten kiedyś obdarzył go miłością, budząc w ten sposób w sobie jakiekolwiek poczucie winy, które byłoby lepsze od oblepiającej go mackami nienawiści i rosnącego w nim każdego dnia obrzydzenia, na samo wspomnienie upajającego go poczucia władzy i kontroli, gdy zastraszał Lily; triumfu i słodkiej zemsty, kiedy tak jak ojciec, z pasją w oczach nożem wycinał na jego skórze wzory mające zadać mu jak najwięcej bólu. 
Chce utopić się w wyrzutach sumienia, pragnąc uciec od przerażającej go świadomości tego jakim potworem się stał. Próbuje oszukać się, że żałuje śmierci Lily nie tylko dlatego, że opuściła świat bez jego pozwolenia, że zostawiła go odbierając mu choć chwilowe poczucie władzy, okłamując się że gdyby dalej żyła wcale wciąż by jej nie prześladował. Że mordowanie ojca nie sprawiało mu chorobliwej przyjemności a było konieczną obroną, że nie popadł we wściekłość, gdy ten nie cierpiał tak długo jak tego chciał, że wcale tego nie żałuje i z chęcią zrobił by to samo po raz kolejny. 
Przeraża sam siebie, dławiąc się obrzydzeniem i paniką na myśl o tym kim był przez całe swoje życie, dorastając i coraz jaśniej widząc plan zemsty, który wcielił w życie z zimną satysfakcją, nareszcie mogąc poczuć się sobą. 
Zrobiłby wszystko, by przestać czuć się jak potwór. 
13 stycznia 2018, Waszyngton
Mocny blask bijący od ekranu laptopa wdzierał mu się do myśli, smak chłodnej już kawy z mlekiem osiadał mu na podniebieniu razem z sączącym się przez uchylone okno orzeźwiającym zapachem deszczu rozjaśniając mu umysł i dając mu siłę do dalszych poszukiwań. Stojący na blacie biurka zegarek uparcie wyświetlał późną nocną godzinę, boleśnie uświadamiając mu, że wszystkie fizyczne potrzeby przestały mieć już dla niego znaczenie. Nocami nie spał, tylko nad ranem zapadając się na kilka krótkich godzin w przepełnioną czujnością ciemność, tylko po to, by udało mu się świadomie funkcjonować przez kolejny dzień. Jadł niewiele, podczas wspólnych posiłków, gdy zaraz obok niego siedział ojciec, z trudem przełykając jedzenie przypominające bezsmakową maź, nocą, gdy wszyscy już spali wyjmując z lodówki jogurty, bo tylko one zapewniały mu szybki powrót do jego pokoju, wszystkim tym powodując, że jego ciało stało się jeszcze chudsze, oczy podkrążone a skóra blada i niezdrowa. Musiał jednak za wszelką cenę odpowiednio przygotować się do dnia, podczas którego zacznie wcielać w życie swój plan. Musiał sprawdzić się czy  wszystkie stworzone przez niego kroki łączą się w jedną, logiczną całość, czy wszystko ma szansę na powodzenie. Ostatni raz analizował psychikę swoich przyszłych ofiar, chcąc być pewnym, że wszystko zadziała zgodnie z jego założeniami. Musiał upewnić się, że karze ojca nie tylko dla siebie.
Jeszcze raz przeczytał wszystko co zdążył zapisać na temat dziwnych morderstw kobiet. Przejrzał starannie wycięte z gazet fragmenty donoszące o odnalezieniu kolejnego ciała, o kolejnej wielkiej tragedii, którą w dziwny sposób zawsze wyciszano a dochodzenia nie doprowadzano do końca. Wpatrywał się w obce twarze kobiet, analizując wszystkie okoliczności ich śmierci, z coraz bardziej zaciśniętym ze strachu gardłem. 
Szelest przekładanego papieru, dźwięk wciskanych klawiszy klawiatury, gdy zapisywał kolejny łączący wszystko w całość fakt; szorstki, szary papier gazety; kolejne artykuły. Błyszczący, rażący ekran, czarne, migające mu przed oczami nagłówki, łączące się w jedną nieprzeniknioną masę liter. Równomiernie mrugający kursor powoli wyznaczający rytm serca. Usypiające krople deszczu uderzające o szyby, piekące od zmęczenia oczy. Pojawiające się przed nimi mroczki. Chwilowa ucieczka myśli, opadnięcie głowy. Ciche przekleństwo. Trzask przesuwanej myszki, wbijający się w serce kursor, zlewające się z nic nieznaczącą mgłę zdjęcia ofiar, światło lampy odcinające się od otaczającej go czerni panującej w pokoju. Krople deszczu. Szelest przesuwanych kartek.  Skrzypnięcie krzesła. Patrzące na niego z ekranu wielkie, puste oczy.  Wypełniający jego myśli ból głowy. Szum krwi łączący się z szumem lekkiego wiatru na zewnątrz. Ciche tykanie zegarka. Kursor. Przesuwające się litery. Twarze. Deszcz. Oddech. Migający… Cicha kojącą ciemność.

26 stycznia 2018, Waszyngton
Ciche, nieśmiałe pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia, budząc w nim niepokój pomieszany z dziwnym wyczekiwaniem na to co za chwilę nastąpi. Ivar wiedział, że stała za nimi Lily, najprawdopodobniej potrzebująca jego pomocy lub po prostu chcąca z nim porozmawiać, zapytać dlaczego ostatnio jej unika, przez cały czas zamykając się w pokoju.  Odetchnął głębiej, próbując uspokoić nagle szybko bijące serce. Podszedł do drzwi, kładąc długie palce na klamce, wstrzymując się kilka minut przed przekręceniem klucza i wyjściem na korytarz. Wiedział, że dzisiaj wszystko się zacznie, że rozmową z Lily zrealizuje pierwszy krok swojego planu, później musząc konsekwentnie stawiać następne i następne, wyciszając w sobie wszelkie wątpliwości i niepewność co do tego czy robi dobrze. Kolejne pukanie do drzwi, tym razem nieco głośniejsze, obudziło w nim dziwne podekscytowanie, chorobliwą chęć zobaczenia strachu i zaskoczenia w oczach czekającej na niego dziewczyny. Chciał się zemścić, zobaczyć ich wszystkich całkowicie obdartych z pewności siebie, zagubionych i zdanych na jego działanie. Musiał, pragnął, wreszcie zacząć.
Otworzył drzwi w momencie, gdy Lily już odwracała, by odejść. Widząc go, jak zawsze posłała mu uśmiech, dzisiaj towarzyszący obecnemu w oczach zmartwieniu. Ivar poczuł dziwne ukłucie w sercu, chcące wprowadzić zadrę na nałożonej przez niego masce obojętności i chłodu. Skutecznie je jednak wyciszył, powtarzając sobie, że nareszcie nadszedł czas.
- Ivar, proszę, zanim znowu uciekniesz, proszę porozmawiajmy. – Podeszła do niego bliżej, mówiąc cicho, jakby nie chciała, by pozostałe obecne w domu osoby ją usłyszały i zakłóciły tę chwilę mającą być tylko ich. – Wiem, że cała ta sytuacja jest dziwna, ja też nie chciałam tego ślubu, ale to przecież sprawa rodziców, chyba nic pomiędzy nami się nie zmieniło, prawda? 
Ivar milczał przez moment, powoli przesuwając wzrokiem po jej twarzy, dotykając spojrzeniem każdego skrawka jej skóry, uważnie, niemal namacalnie ją badając, zatrzymując się na jej oczach. Chciał ją przestraszyć, zaniepokoić swoim zachowaniem, chłodem, którego nigdy nie doświadczyła, dziwnym spojrzeniem i uniesieniem warg w ironicznym uśmiechu.
- Ja nie uciekam. Nie przyszło ci do głowy, że po prostu nie chciałem cię widzieć? – zawiesza na chwilę głos, podchodząc do niej bliżej, chcąc tym samym zabrać jej resztki bezpiecznej strefy. – Oczywiście, że to nic nie zmieniło, nawet gdyby do tego ślubu nie doszło, zachowywałbym się tak samo. 
- Nie kłam. Przecież widzę, że coś jest nie tak. Zawsze mi o wszystkim mówiłeś. Przyjaciele się tak nie zachowują. – Ivar słyszał czającą się w jej głosie złość, powoli powijającą się niepewność, która tylko spotęgowała rosnące w nim chorobliwe zadowolenie.
- Zawsze? Nic nie wiesz ani o mnie ani o moich problemach. Nigdy nic do ciebie nie docierało, więc nie mów teraz, że tak wszystko o mnie wiesz. – Przerwał gwałtownie, zdając sobie sprawę, że do jego głosu wdarło się za dużo niekontrolowanej złości i żalu, który mógł wszystko popsuć. Zacisnął mocno wargi. – Poza tym… To wszystko, ta przyjaźń, nie ma już znaczenia. To nigdy się nie liczyło.
Obserwował pojawiające się na jej twarzy emocje, złość mieszającą się z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Dostrzegł jak nerwowo zaciska palce w pięści, jak oddycha głębiej, jakby próbując uspokoić się po jego słowach. 
- Nie mów tak. Nigdy tak nie mówi. Nie wmówisz mi, że tyle lat udawałeś. Dlaczego więc spędzałeś ze mną tyle czasu? Nasze pierwsze wspólne zabawy, długie rozmowy, każdy moment, gdy mnie wspierałeś, kiedy płakałam a ty zawsze byłeś obok, gdy grałeś dla mnie na fortepianie, dziwnym trafem nie robiąc tego przy nikim innym. Kiedy ja byłam z tobą, gdy umarła twoja matka. Nasze wycieczki, śmiech, noce, gdy zamiast spać rozmawialiśmy o wszystkim o czym tylko mogliśmy, gdy… - przerwała gwałtownie, napotykając się wzrokiem na jego zimne oczy, na uniesiony ironicznie kącik ust, dobitnie przekreślający prawdziwość wszystkiego co powiedziała. – To wszystko się liczyło – powtórzyła z uporem, jakby chcąc tym przekonać nie tylko jego ale i samą siebie.
- Może po prostu się nudziłem? Dzieci robią wiele różnych rzeczy. To była chwilowe schowanie się przed samotnością, nie mogę przecież odpowiadać za swoje głupie, dziecięce decyzje, prawda? – Przerwał na chwilę, chcąc w ciszy upoić się czającym na twarzy Lily rozżaleniem i niezrozumieniem. – Nie traktowałaś tego tak samo? Przecież musiałaś wiedzieć, że to nie przetrwa, że…
- Nie! Nie mów tak. Nie wiem co się stało, ale nie jesteś taki. Ivar, proszę cię. Nie możesz tak – urwała, zauważając na co się spojrzał. Mimowolnie jego spojrzenie zsunęło się z jej ciała na rysujące się za nią pierwsze stopnie schodów, łapiąc się swojej przelotnej myśli, by po prostu ją popchnąć, zrzucić z nich, rozwiązując całą sprawę o wiele szybciej. Zrezygnowałby z planu i tak karmiącej jego umysł satysfakcji, uwalniając się od niej a później od ojca, którego by zabił, później uciekając, zaszywając się gdzieś samotnie, zagłębiając się w spokoju i ciszy, których tak potrzebował. Wystarczyło kilka ruchów, tak prostych w porównaniu do całego stworzonego przez niego planu. Zauważając, że Lily cofnęła się niespokojnie kilka kroków, natychmiast podniósł wzrok, na nowo skupiając się na jej spiętej teraz twarzy. Widział wypisany na niej strach przed tym co właśnie chciał zrobić, przed tym kim właśnie się stał. Ivar był przekonany, że w jej umyśle toczyła się walka pomiędzy jej wyidealizowanymi wspomnieniami a jego zachowaniem, skutecznie zaszczepiającymi  w jej sercu ziarno niepewności. Wyminęła go szybko, rzucając w jego kierunku szybkie, ciche słowa.
- Porozmawiamy później.
Ivar odwrócił się, odprowadzając ją wzrokiem, przeklinając się w myślach za to, że tak to wszystko poprowadził. Nie tak to miało wyglądać, nie tak miało się skończyć. Chciał przestraszyć ją bardziej, zaskoczyć swoją dziwnością i zmianą zachowania, stać się dla niej obcą osobą, równie szybko okazującą się być jej prześladowcą. Wszystko poszło nie po jego myśli, dziwnie nieporadnie i śmiesznie w porównaniu z jego myślami. Musiał się skupić. Być lepszy.
Kolacja niemal jak zawsze przebiegała w ten sam sposób. Matka Lily wypełniała ciszę panującą w pomieszczeniu swoimi opowieściami, mieszającymi się z jej śmiechem, na który ojciec odpowiadał swoim uśmiechem i przesunięciem palcami po jej dłoni. Ivar skończył jeść i zatrzymując wzrok na Lily podniósł filiżankę ze swoją herbatą. Wiedział, że dziewczyna wyczuje jego spojrzenie, że podniesie głowę, obdarzając go swoim, rzuconym przez zmrużone złością oczy. Wciąż obserwując jej ruchy, zauważalnie tylko dla niej z niemal niewidocznym ironicznym uśmiechem, uniósł delikatnie filiżankę, jakby w niemym toaście przekazując jej obietnicę, że wszystkie następne dni będą wyglądały tak samo. Zanurzył usta w ciepłym płynie, przełykając jego miłą, zabarwioną ziołowym aromatem gorycz, tak odmienną od upajającej go i rozpływającej się po ciele satysfakcji. Zemsta była słodka.

28 stycznia 2018, Waszyngton
Dźwięki fortepianu niosły się po domu, docierając także do jego pokoju. Gwałtownie przerwał czytanie internetowych wiadomości, wsłuchując się nie, krzywiąc wargi, zauważając ich pustość. Grająca osoba kaleczyła każdą nutę, sprawiając, że melodia obrzydliwie osadzała się w jego myślach. Wyszedł z pokoju, niemal zbiegając po schodach, by jak najszybciej znaleźć się w salonie, gdzie stał jego instrument. Zatrzymał się w otwartych drzwiach, z ukłuciem złości zauważając, że białych klawiszy dotyka Lily. Był pewien, że wyczuła jego obecność, bo na jej ustach pojawił się przepełniony pewnością siebie i dziwną dla niej złośliwością uśmiech.
- Przestań. – Z jego gardła wydobył się ostry dźwięk, krótkie słowo przecinające pomieszczenie, rozkaz, który Lily musiała natychmiast wykonać. Słysząc, że wciąż gra, ruszył w jej kierunku, gwałtownie, z trzaskiem zakrywając klawisze, niemal przycinając palce dziewczyny.
- Powiedziałem przestań. – Miał wrażenie, że całe jego ciało emanuje złością, odbierającą mu zdrowe zmysły i chłód, którym miał analizować rzeczywistość, by dobierać odpowiednie kroki planu.
- Wiedziałam, że jak tylko zacznę grać, przyjdziesz. – Jej głos jeszcze bardziej go denerwuje, utwierdzając go w przekonaniu, że musi ją ukarać, zetrzeć z jej twarzy ten obrzydliwy uśmieszek, sprawić, by raz na zawsze zapamiętała, że powinna się go bać. 
Nachylił się nad nią, objął palcami jej nadgarstek, przesuwając nimi coraz wyżej aż do ramion i szyi, ignorując jej nagłe napięcie wszystkich mięśni. Czuł gęstą, niemal osiadającą na jego ciele atmosferę przepełnioną niewypowiedzianymi wyrzutami i agresją. Przytrzymał mocno jej podbródek, wbijając palce w jej skórę, podniósł jej głowę, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy i zauważyła czającą się w nich złość. Musiał odebrać jej resztki poczucia bezpieczeństwa i prywatności. Zastraszyć ją kolejnym dziwnym zachowaniem, pokazać, że cała należy do niego, czy tego chce czy nie. 
Pochylił się nad jej twarzą, smagając przez chwilę jej skórę swoim oddechem. Zignorował jej próbę wyrwania się, pełne strachu pytanie o to co robi. Dotknął jej ust, delikatnie przesuwając po nich swoimi wargami, wiedząc, że tym jednym pocałunkiem przerazi ją, znacznie przyśpieszając realizację swojego planu. Czuł jak próbuje się wyrwać, jak chce go odepchnąć, ostatecznie go policzkując. Odsuwa się od niej i ignorując pieczenie skóry i rosnące w nim obrzydzenie, z uniesionym kącikiem ust obserwuje jak dziewczyna gwałtownie się od niego odsuwa i przeciera usta. 
- Co ty robisz do cholery?! – Wyciągnął w jej kierunku dłoń, jeszcze raz przesuwając palcami po jej szyi, sprawiając, że ta niemal od niego odskakuje. – Nie dotykaj mnie! – Jej głos zabrzmiał piskliwie, oczy zaszły powstrzymywanymi łzami nierozumienia i strachu. Ivar wyprostował się i nic nie mówiąc obserwował tylko jak Lily w obronnym geście obejmuje się rękoma, po raz kolejny powtarzając, by jej nie dotykał. Odwraca się i wybiega z pokoju.
- Uciekaj, uciekaj. – Rzucił za nią, będąc pewien, że to usłyszała. Dopiero, gdy został sam, gwałtownie wyciera usta, nie mogąc pozbyć się z nich tego okropnego smaku. Nienawidził siebie za to co właśnie zrobił, próbując wyzbyć się z myśli rosnącego obrzydzenia. Usiadł ciężko przed fortepianem, nagle drżącymi palcami próbując odnaleźć odpowiednie klawisze, jakby muzyka mogła przynieść mu ukojenie. Nie jest jednak w stanie zmusić się do zagrania jakiegokolwiek dźwięku, czując odpychające obrzydzenie nawet w stosunku do fortepianu. Zaciska nerwowo palce, wyczuwając od instrumentu ten sam odór, który dotykał go ze strony wszystkich znienawidzonych przez niego mieszkających tu ludzi. Musieli mu zabrać nawet to.

18 kwietnia 2018, Waszyngton
Dni zlewały się w jedną, mglistą całość, mieszając w jego coraz bardziej zmęczonym i zagubionym umyśle, tworząc nieprzeniknioną, bezkształtną masę. Powoli wcielał w życie swój plan, z upajającym uczuciem kontroli obserwując zmiany pojawiające się w ciele i psychice Lily. Jej bledszą skórę, mniejszą chęć do jedzenia, spojrzenie, w którym nie dostrzegał już dawnych iskier radości, coraz częstsze zamykanie się w pokoju lub znikanie na wiele godzin z domu, byleby znaleźć się dalej od czającego się w nim niebezpieczeństwa. Czasem wychodząc za nią, pokazywał się jej na ulicach miasta, chcąc, by żyła w wiecznym przerażeniu, by każdej sekundy swojego istnienia odczuwała jego obecność. Zimną, osaczającą z każdej strony, odbierającą spokojny oddech i bicie serca. Chciał, by widziała go nawet w koszmarach, odbierając jej sen, nawet wtedy jawiąc się jej jako zjawa. Stawał się jej  cieniem, cichym i wciąż obecnym, sadystą, niezrozumiałym i obcym, mimo dziesięciu lat przyjaźni. Niszczył ją godzinę za godziną, spijając z jej ciała i ust drżenie spowodowane przerażeniem. Pragnąc całkowicie wniknąć w jej życie, pod jej nieobecność wchodził do jej pokoju, pozostawiając jej jasną wiadomość, że w nim był, odbierając jej te resztki poczucia bezpieczeństwa, które chciała znaleźć w swojej kryjówce, jaką do tego czasu było dla niej to pomieszczenie. Ivar zdawał sobie z tego sprawę, pamiętając siebie samego kulącego się na podłodze, z przerażeniem wsłuchującego się we wszystkie dochodzące z mieszkania odgłosy, błagając w duchu, by ojciec nie wszedł do środka i go nie odnalazł. Zamykał drzwi na klucz, tylko w swoim niewielkim pokoju czując się względnie bezpiecznie. Wciąż to pamiętał, gdy zapisywał na kartce pozostawianej na blacie biurka Lily krótkie podsycające strach zdania. Chciał jej odebrać nawet tę namiastkę własnej nienaruszalnej ostoi. 
Zgodnie z jego cichą groźbą Lily milczała, wiedząc, że miał rację, mówiąc jej że i tak nikt jej nie uwierzy. Ojciec od wielu dni ani razu go nie dotknął, nie mogąc sobie na to pozwolić, wciąż i wciąż nie zostając tylko z nim w domu. Ivar rzucał mu wyzywające spojrzenia, jakby niemo pytał się czy ważniejsze będzie dla niego zdrowie jego nowej zabawki jaką stała się dla niego Lily, czy może jednak jak zawsze będzie wolał zadbać o swój wizerunek i nieskazitelną wizję rodziny sprzedawaną mediom. Zagłębiał się w głaszczącej go bezkarności, triumfie i władzy, jednocześnie starając się zepchnąć na skraj świadomości rosnące w nim kłujące poczucie winy i żywiące się nim od środka obrzydzenie do samego siebie. Ignorował myśli mówiące mu o tym, że staje się coraz bardziej i bardziej podobny do ojca, pragnąc cieszyć się z realizowania planu, będącego od podstaw jedyną rzeczą, której nikt nigdy mu nie narzucił. Jedynym jego trwałym marzeniem, pragnieniem, które musiał zrealizować, by nie zwariować. Mimo usilnych starań coraz bardziej nienawidził siebie, gubiąc się już w tym kogo darzy większą niechęcią, próbując odrzucić bijącą od niego zgniliznę przesiąkającą jego ciało. 
Musiał doprowadzić to wszystko do końca. Musiał. Nie miał wyjścia.
Zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Lily. Wiedział, że jest w środku, że chowa się przed nim, próbując zająć czymkolwiek swój umysł, byleby tylko nie myśleć o strachu. Położył palce na klamce, wciskając ją powoli, nie otwierając jednak drzwi i nie wchodząc do środka. Chciał tylko zaznaczyć swoją obecność, utwierdzając dziewczynę w przekonaniu, że zawsze może znaleźć się tuż obok niej. Wiedział, że tyle wystarczy, by przerwała gwałtownie wykonywaną przez siebie czynność, z przerażeniem i szybko bijącym sercem wpatrując się w drzwi, błagając, by przez nie przeszedł. Nawet, gdy usłyszy jego oddalające się kroki, wciąż będzie niespokojna, nie mogąc się już uspokoić. 
Odszedł powoli od drzwi, korzystając z tego, że nikt go nie widzi, garbiąc się i schylając głowę.
Ojciec też mu tak robił.

15 lutego 2019, Waszyngton
Mimo jego usilnych starań i ciągłych prób wydrapania sobie z umysłu tamtego dnia, wspomnienie tych kilku dni wciąż i wciąż go nawiedzało, prześladując go i niszcząc każdy skrawek jego psychiki. Był przerażony, sobą, tym co zrobił, myślami, w których nadal słyszał nęcącego go głosy tak upajające w chwili, gdy zaciskał swoje palce na szyi Lily. Próbował zetrzeć z siebie smród zgnilizny, wydrzeć ze świadomości każdą wbijającą mu się w serce sekundę, podczas której był tak bliski od odebrania życia dziewczynie. Miotał się wewnętrznie w swoich myślach, gubiąc się i na nowo próbując zrozumieć co ma robić. Błagał, cicho szepcząc słowa dziwnej, niezrozumiałej mantry, by wreszcie udało mu się zapomnieć, by móc przestać przez cały czas odtwarzać w głowie to samo zdarzenie. 
Chciał ją zobaczyć, upewnić się, ze wszystko z nią w porządku, przyciągnąć ją do swojego ciała i przytulić, chłonąc bijące od niej ciepło, udowadniające mu, że jednak żyje. Przeprosiłby ją, powiedział, że… że się w tym wszystkim zgubił.
Siedząc teraz na podłodze swojego pokoju, Ivar zaśmiał się cicho, histerycznie, zdając sobie sprawę jak wszystko to żałośnie brzmiało. Wczoraj spotkał ją na korytarzu, gdy nocą wyszła ze swojej kryjówki, nie spodziewając się, że go zobaczy. Odczuwając bolesne ukłucie w sercu widział jak przerażona cofa się i ucieka, pozostawiając go samego z ciągłą wizją jej przeraźliwie bladej skóry i przerażonych, pustych oczu. Wiedział, że zwyciężył, że doprowadził plan do końca, teraz musząc tylko zająć się ojcem. Zniszczył ją, tak jak chciał, nagle nienawidząc siebie jeszcze bardziej niż przed rokiem. 
Był zepsuty. Chory. Obrzydliwy.
Wstał, powoli i niepewnie kierując swoje kroki w stronę jej pokoju. Musiał ją zobaczyć, teraz. Natychmiast. Zapukał cicho w drewnianą powierzchnię drzwi, podświadomie wiedząc, że przecież i tak mu nie odpowie, w strachu zaciskając wargi. Nie wiedział ile tak stał, ostatecznie decydując się na wejście do środka. 
Zobaczył ją od razu – bezwładną, z ciężko opuszczonymi wzdłuż ciała rękoma. Jej ciało wisiało samotnie u żyrandola na obwiązanej wokół nagle tak chudej szyi chuście. Przez te kilka chwil, w czasie których wpatrywał się w nią z przerażeniem, zdał sobie sprawę jak drobna była. Zabił ją.
Z trudem dopadł stojącego obok biurka kosza na śmieci, potykając się o etażerkę, dzięki której Lily dostała się do żyrandola. Zwymiotował, gwałtownie wyrzucając z żołądka żółć, czując bolesne zaciskające mu się wokół gardła macki. Była martwa. Martwa. Martwa. Martwa.
Zabił ją, doprowadził do tego, że się powiesiła. 
Był mordercą, potworem…
Wrzask, hałasem sprowadzonej do pokoju matki Lily, wbił się pazurami do jego myśli jeszcze bardziej je ze sobą plącząc. Spazmatycznie łapał powietrze, próbując się uspokoić. Zataczając się, chciał uciec z tego przeklętego, przerażającego pokoju, przez gromadzące mu się w oczach łzy nie widząc co dokładnie robi. Wpadł na ojca, nagle czując ulgę, gdy zacisnął swoje palce na jego ubraniu. Po raz pierwszy marzył o tym, by ten go ukarał, by okrutnie zadawał mu kolejne i kolejne ciosy, na które zasłużył. 
Chciał, by go zabił.

29 maja 2019, Nowy Jork
Odległe dźwięki oceanicznej głębiny, falującej, mieszającej się ze sobą wody przyćmione przez przeszywający płacz wielorybów, sączyły się przez słuchawki do jego uszu. Leżał na łóżku, nerwowo zaciskając palce na kocu, wsłuchiwał się w nie, próbując się uspokoić. Oddychał powoli, starając się, by podobny rytm wybrało jego serce i splątane ze sobą myśli wciąż i wciąż błądzące wokół niechcianych przez niego wspomnień. Usilnie uciszał czający się w nim strach powodowany każdym dosięgającym go przez uchylone okno sygnałem przejeżdżającego ulicą radiowozu, wmawiając sobie, że jest tutaj bezpieczny. Smakował brzmienie swojego nowego imienia, próbując się do niego przyzwyczaić. Chciał się choć na chwilę odciąć od przerażającej ciszy panującej w jego mieszkaniu potęgującej jego strach i zagubienie. Puste, szare ściany go przytłaczały, brak jakiejkolwiek oznaki, że ktoś jednak tu mieszkał, przygotowywał go na nagłą ucieczkę. Każdego dnia bał się, że go odnajdą, że ponownie będzie musiał zmienić miejsce swojego pobytu, uciekając i uciekając, za wszelką cenę kurczowo chwytając się swojej namiastki wolności. Pragnął nareszcie odpocząć. Uwolnić się od podszeptów prześladującej go przeszłości, od świadomości tego, że każdego dnia będzie musiał nakładać na twarz maskę i udawać, precyzyjnie, zimno analizując rzeczywistość na tyle dobrze, by w Nowym Jorku móc zostać na dłużej, przez nikogo nie odkryty. 
Chciał zacząć od nowa. Odnaleźć nareszcie sens w swoim życiu, który pozwoliłby mu przetrwać choć kilka następnych godzin.
Wciąż wmawiał sobie, że kiedyś uda mu się zapomnieć, ignorując bolesną świadomość, że przecież już dawno skazał się i przekreślił.
Wstawiam, zanim całkowicie z tego zrezygnuję, bojąc się pokazać Wam wynik mojej pracy. 
Nocą nawiedziła mnie olbrzymia wena i właśnie jej zawdzięczam stworzenie tego czegoś
Odsłaniam trochę historię i psychikę Cole’a, a raczej Ivara, mając nadzieję, że nie przeraził Was za bardzo oraz że nadal będziecie chcieli pisać ze mną wątki, nie bojąc się o swoje postaci. ;) 
Tytuł pochodzi z piosenki Hate Me Euriell, która zresztą zainspirowała mnie i wiernie towarzyszyła przy pisaniu. Jeśli ktoś chciałby posłuchać proszę klikać. Dla ciekawych pozostawiam też opisany w tekście śpiew wielorybów.
Nie jest idealnie, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. ^^

04/06/2019

2103. American dream, sometimes happens to be a nightmare. You should know when to wake up


„Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy!”
Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakow.

20 Lipca 2015
Lotnisko J.F Kennedy’ego było wypełnione po brzegi turystami, ale także pracownikami, którzy starali się zapewnić wszystkim bezpieczeństwo. Z racji zaostrzonej kontroli imigrantów, pewna rudowłosa kobieta stała już drugą godzinę w kolejce, której nie było widać końca. Nie chcieli nikogo wypuścić z budynku, dopóki nie przejdzie testu kilku pytań, a także prześwietlenia bagażu, czy dokumentów. Wielu się niecierpliwiło i głośno wyrażało swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji, tym bardziej, że pogoda na zewnątrz tylko wołała by pooddychać względnie świeżym powietrzem.
Charlotte Lester nie należała do tej grupy ludzi, gdyż z jej ust nie schodził uśmiech, ba sięgał on przede wszystkim oczu. Nie mogła uwierzyć, że to już, że doleciała do Ameryki. Teraz właśnie miała zacząć się jej przygoda, nowe życie i czas spełniania marzeń. Przyleciała do Nowego Jorku, by rozpocząć studia na Art Students League, co umożliwiła jej ciężka praca, a także rodzice finansujący pierwszy rok. Była im niezmiernie wdzięczna, iż nie próbowali gasić jej entuzjazmu wyjazdem, a wręcz przeciwnie popychali ją ku temu czego pragnęła od dawna.  Bali się o bezpieczeństwo córki, ale wierzyli, że da sobie radę.

11 Stycznia 2016
Czas od zawsze był pojęciem względnym i każdy z ludzi odczuwał jego przemijanie inaczej. Jednym tydzień uciekał w mgnieniu oka, a drugim godzina wydawała się wiecznością. Dwudziestodwuletnia kobieta od kilku miesięcy zaliczała się niestety do tej pierwszej grupy. Odkąd wylądowała w USA i uregulowała wszelkie należności związane z podjęciem studiów, szukała pracy. Umowa między nią, a rodzicami brzmiała jasno; „Charlotte opłacimy Ci pierwszy rok studiów, ale pod warunkiem, że znajdziesz pracę i przez kolejne semestry będziesz się utrzymywać w Stanach sama.” Rudowłosa bez wahania zgodziła się, ponieważ była pewna, że znalezienie pracy w tak wielkim mieście nie będzie dla niej najmniejszym problemem. Oh jak bardzo się myliła. Dotarło to do niej, mniej więcej wtedy, gdy każda kolejna pozycja z ofert pracy okazywała się nieaktualna lub na rozmowie słyszała  Przykro nam. Szukamy kogoś na pełen etat od poniedziałku do piątku. Nigdy nie była z tych co łatwo się poddają, gdy życie rzuca im kłody pod nogi, lecz z każdym kolejnym miesiącem traciła wiarę na pozostanie w Wielkim Jabłku na dłużej.

Przez ostatnie pół roku podejmowała się różnych pracy od wyprowadzania psów, poprzez roznoszenie ulotek, a skończywszy na byciu maskotką jakiejś sieciówki na święta. Nie była wybredna, to plan na studiach nie pozwalał, na wyrobienie odpowiedniej liczby godzin, by utrzymać się bez pieniędzy przesyłanych z Anglii. Co rusz brakowało na artykuły papiernicze, czy jedzenie pod koniec miesiąca. Nie skarżyła się rodzinie, ponieważ obawiała się, iż zdecydują o jej powrocie przed ukończeniem ‘próbnego roku’. Starała się nie tracić wiary z uśmiechem wstając każdego dnia. Tylko ona wiedziała ile razy usłyszała odmowę, czy też zamknięto jej drzwi przed nosem. Powoli docierała do niej ta szara rzeczywistość, z którą wielu musiało radzić sobie od lat.


2 Lutego 2016
Opatulona niczym niedźwiedź przemierzała kolejne ulice Nowego Jorku, a w ręku ściskała telefon komórkowy, który nawigował ją w miejsce trzeciej dziś rozmowy rekrutacyjnej. Ogłoszenie było dość enigmatyczne, jednak postanowiła spróbować. Nazwa klubu była dwuznaczna Sinner Night, lecz to jej nie zniechęciło, gdyż z doświadczenia wiedziała, że to nie musiało niczego oznaczać. Tym razem się myliła – oznaczało i to bardzo wiele.

Weszła do baru, który wyglądał całkiem zwyczajnie. Była w niejednym takim lokalu na rozmowie, więc nawet nie myślała, by się wycofać. Ściągnęła wierzchnie ubranie, a następnie wyłączyła GPS w telefonie, który uporczywie przypominał, że dotarła do celu. Lester z lekkim uśmiechem podeszła do mężczyzny przy barze.
- Przepraszam, ja przyszłam na rozmowę o pracę, czy dobrze trafiłam? – zapytała patrząc mu pewnie, prosto w oczy. Nie była nieśmiałą osobą, lecz też nie zawsze ukazywał tę odwagę na pierwszy rzut oka.
- Oczywiście – odezwał się mężczyzna około czterdziestki, z dziwnym błyskiem w oku. Nie umknęło jej uwadze, że zlustrował ją od stóp do głów. Poczuła się nieswojo, niemal nago.
Zignorowała tą czerwoną lampkę, która zapaliła się w jej głowie i ruszyła za mężczyzną do drugiego budynku. Gdy tylko weszła do jednego z pomieszczeń, nie miała już wątpliwości w jakim charakterze są poszukiwane nowe pracownice. Lśniąca rura na czarno-czerwonej scenie była tylko materialnym dowodem tego, iż przyszła na rozmowę rekrutacyjną do zwykłego klubu ze striptizem. Zielono-brązowe oczy wyrażały strach wymieszany z obrzydzeniem. Nie oceniała kobiet, które pracowały w tym zawodzie, lecz ona nie zamierzała się tego podjąć.
- To pomyłka – wykrztusiła przyciskając swe rzeczy bliżej klatki piersiowej.
- Rozumiem, ale może zechce Pani usłyszeć warunki oferty zanim opuści to pomieszczenie, hm? – mężczyzna wydawał się niewzruszony postawą rudowłosej, ba uśmiechał się do niej przyjaźnie, co jeszcze bardziej ją przerażało. Nie tak każdy zwyczajny śmiertelnik zapewne wyobrażał sobie właściciela podobnego interesu.
-  Raczej nie będę zainteresowana – w końcu Lotta odzyskała pewność w swym głosie, chociaż spojrzenie nadal miała niczym spłoszona zwierzyna. Mimo wypowiedzianych słów, nie ruszyła się z miejsca, co jej rozmówca wziął za nieme pozwolenie na przedstawienie szczegółów zatrudnienia. A ona słuchała coraz to szerzej otwierając oczy. Nie wierzyła, że mogłaby tutaj tyle zarobić, a do tego prace rozpoczynałaby po swoich zajęciach na uczelni. Szybko potrząsnęła głową Zwariowałaś skarciła się w myślach, za chociażby sekundowe rozważenie tej oferty.
- Dziękuje, do widzenia – powiedziała tylko wybiegając czym prędzej z lokalu wprost na mroźne powietrze. Oddychała głęboko, jakby właśnie wynurzyła się z długiego nurkowania. Pośpiesznie narzuciła na siebie kurtkę i opatuliła szalikiem. Ostatni raz spojrzała przez ramię na bar, który wyglądał jak każdy inny w Nowym Jorku, a jednak taki nie był.

20 Lutego 2016
„Na skutek klęsk i nieszczęść, które na mnie spadły, zostałam wiedźmą.”
Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakow.
Śnieg w lutym był radością dla najmłodszych, a utrapieniem dla dorosłych, którym o wiele bardziej utrudniał dojazd do pracy lub gdziekolwiek indziej. Większość, mimo mrozów wybrała pieszy ‘środek transportu’ aniżeli publiczny. Należała do nich również rudowłosa, młoda kobieta, która wyglądała na bardzo zdeterminowaną. Nie zważała na to, czy kogoś trąciła ramieniem, jedynie mocniej zaciskała dłoń na pasku skórzanej torby. Miała tam najpotrzebniejsze rzeczy, by uczestniczyć w zajęciach na uczelni, ale również coś, co miało zaważyć o jej być albo nie być w Wielkim Jabłku. Skręciła po raz kolejny w prawo idąc w tylko sobie znanym kierunku, a z każdym kolejnym krokiem serce podchodziło jej do gardła.  Nie mogę tego zrobić. Mogę, nie wrócę do Anglii! takie myśli kotłowały się od ponad tygodnia w jej zdesperowanej główce.

Nie ma odwrotu! Nabrała powietrza, gdy przekraczała próg baru, który miała przecież omijać szerokim łukiem. Wybiła godzina dziewiąta rano, a więc i klientów nie było zbyt wielu. Raptem dwóch jegomości siedziało i sączyło coś, co mogło uchodzić za piwo. Pewnym, niemal agresywnym krokiem podeszła do lady, a widząc za nim młodego chłopaka zażądała widzenia z szefem. Gdyby spróbowała złagodnieć, to najpewniej znów odwróciłaby się z podkulonym ogonem.
- Dzień dobry – usłyszała za sobą głos, który tak bardzo zapadł jej w pamięć, iż nie sposób było wątpić kto za nią stał. Odwróciła się i zdeterminowana wyprostowała się przed właścicielem dwóch lokali.
- Dzień dobry, czy tamta oferta jest nadal aktualna?- głos miała beznamiętny, lecz pewny swego. Czterdziestoparolatek wskazał dłonią drogę do swego gabinetu, by nie rozmawiać o szczegółach na forum. Usiadł w skórzanym fotelu za biurkiem, a kobiecie skinął na wolne krzesła po drugiej stronie.
- Dziękuję, postoję – nadal kurczowo trzymała torbę przewieszoną przez ramię. Jej postawa nieco rozbawiła mężczyznę, tym samym postanowił wysłuchać tego co miała do powiedzenia. Pamiętał ją, ponieważ nie sposób zapomnieć tak ognistej czupryny, a także reakcji na ofertę pracy.
- W takim razie słucham, bo rozumiem, że nie zamierza Pani przyjąć oferty na warunkach przedstawiony przeze mnie na początku tego miesiąc, prawda? – uniósł jedną brew, a dłonie splótł, by wesprzeć na nich brodę. Świdrował ją spojrzeniem niemalże czarnych oczu ciekaw, czy właśnie nie marnuje czasu na kogoś, kto jest tego nie wart.
- Prawda. Zapewniam, że jestem sumienna i dam rade poruszać się na rurze – ostatnie słowo ledwo przeszło jej przez gardło, lecz nie zerwała kontaktu wzrokowego kontynuowała, tak by nie mógł jej wejść w słowo. Każde wtrącenie, każdy komentarz mógł zaważyć na jej pewności, co do podjętej decyzji.
- Nie będę sypiała z klientami, a podczas występów na twarzy lub oczach będę miała maskę – sięgnęła w końcu do torby, którą tak uporczywie chroniła przez całą podróż tutaj z mieszkania. Położyła ręcznie wykonaną, czarno-czerwoną maskę, która zakrywała odpowiednią część twarzy, by nikt nie mógł jej rozpoznać. Na tym jej właśnie zależało. Już dawno schowała dumę do kieszeni, ponieważ nie było ją na nią stać, gdy sterta niezapłaconych rachunków napiętrzała się z każdym miesiącem.
- No nie wierze!- mężczyzna klasnął w dłonie, a następnie wybuchł szczerym śmiechem. Gdy się nieco uspokoił wziął do ręki maskę i uniósł w ten sposób, by z daleka zakryć twarz Lotty. Pokręcił głową, ale na jego czole pojawiła się bruzda sugerująca, iż rozważa tą propozycję.
- Wiesz… Jak Ci na imię? – zapytał w końcu zdając sobie sprawę, że kobieta nie przedstawiła się wcześniej.
- Charlotte Lester – usłyszał odpowiedź od razu niczym od dobrze wyszkolonego żołnierza.
- Wiesz Charlotte, ten klub to nie plac zabawa dla dzieci, jednak – wstał zza drewnianego biurka i podszedł do dwudziestodwulatki i podał jej maskę.
-… masz charakter, figurę i jeśli pokażesz, że potrafisz ruszać się na rurze, to masz tę robotę na warunkach jakie podałaś-  rudowłosa automatycznie uśmiechnęła się, chociaż nie była to praca marzeń, to dzięki niej będzie miała możliwość ukończenia studiów.


4 Maja 2016
Przez ostatnie dwa miesiące rutyna dnia panny Lester była bardzo układana. Pobudka o godzinie siódmej, bądź szóstej rano, szybkie śniadanie, zajęcia na uczelni, podróż metrem do pracy i praca do późnych godzin nocnych. Raz w tygodniu umawiała się z rodzicami, by porozmawiać na Skype, jednak nadal wykręcała się od wyjawienia im jaką to pracę znalazła. Najzwyczajniej w świecie ich okłamywała, że nadal szuka i chwyta się tego, co aktualnie pojawi się na rynku, jako praca dorywcza. Po każdej takiej rozmowie zamykała laptop i płakała tak długo, aż nie brakło jej łez. Państwo Lester cały czas powtarzali jak bardzo dumni są ze swojej córki, a ona wtedy czuła jak bardzo ich zawiodła. Najgorsze było to, że nawet że z nikim nie mogła szczerze porozmawiać. Nikt by nie zrozumiał jej determinacji i motywów podjęcia takiej, a nie innej pracy. Nie łudziła się nawet, ażeby Christopher miał inny pogląd niż rodzice. Tym samy rozmawiała z nim coraz rzadziej wykręcając się nadmiarem zajęć, a także inną strefą czasową. Nie umiała póki co z nim normalnie rozmawiać wiedząc, że każdy opis dnia to w połowie kłamstwo.

Na szczęście nie miała zbyt dużo czasu na użalanie się nad sobą, ponieważ była zajęta niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Często było tak, iż spała jedynie dwie godziny i rozpoczynała kolejny dzień. Odgrodziła się od ludzi na uczelni, by przypadkiem nikogo zbyt blisko do siebie nie dopuścić i nie musieć okłamywać również jego, czy jej. Było to prostsze niż sądziła. Nikt specjalnie nie zabiegał o jej towarzystwo, gdy kilkukrotnie powiedziała stanowcze nie.

Niemal codziennie punkt dwudziesta wkraczała na znienawidzoną małą, czarno-czerwona scenę w swym kusym stroju. Na kanapach siedział jeden lub kilku mężczyzn czekających na pokaz. Za każdym razem wychodziła do nich w ostatniej chwili, nim muzyka zaczęła grać. Przed występem milion razy upewniła się, czy maska na twarzy trzyma się odpowiednio, ona była dla niej niczym tarcza. Tarcza, która dawała poczucie anonimowości. Starała się nie myśleć o tym jak bardzo kusy miała strój oraz ile par oczu właśnie obłapuje jej roznegliżowane ciało, by tylko przetrwać ten jeden wieczór. Później kolejny i jeszcze jeden, a po każdym z nich lądowała w domu pod prysznicem szorując ciało tak mocno, aż robiło się miejscami czerwone. Po policzkach płynęły potoki łez, a w kuchni czekał alkohol, by poradzić sobie z tym obrzydzaniem jakie miała do samej siebie, do tych mężczyzn i do pracy, której się podjęła.

Ten wieczór zapamiętałą na długo, chociaż tak bardzo starała się wymazać go z pamięci. Po skończonej pracy jak zwykle ruszyła pieszo w kierunku domu, lecz jakaś silna dłoń zaciągnęła ją w pobliską uliczkę. Próbowała się wyrwać, krzyczeć, jednak napastnik był silniejszy. Serce biło jej jak oszalałe, a w oczach stanęły łzy, ponieważ bardzo dobrze znała tego mężczyznę. Wielokrotnie odmawiała mu dodatkowych usług po skończonym występie.
- No i co malutka? Teraz nie zawołasz nikogo, by mnie wyprosił – czuć było od niego alkohol, a wzrok przypominał szaleńczy amok, aniżeli zdrowy rozsądek.
- Nie chciałaś po dobroci, to sam sobie wezmę to za co tak długo płaciłem dziwko! – w tym momencie go ugryzła w dłoń, którą przysłaniał jej usta, lecz od razu tego pożałowała, bo dostała w twarz. Poczuła ból, a także krew w ustach. Nie miała z nim szans. Jedną dłonią unieruchomił jej dwie, a także stanął tak, by nie mogła go zranić kopniakami wymierzanymi na oślep.
- Uuu zadziorna – zamruczał i odwrócił ją twarzą do muru i, gdy już zdzierał z niej bieliznę Charlotte kątem oka dostrzegła jakiś ruch.
- Pali się!! – wrzasnęła na całe gardło, aż ją rozbolało, tak jak i głowa, która uderzył o mur napastnik. Kobieta myślała, ze to już koniec, jednak ktoś pogonił ‘klienta’. Bała się otworzyć oczy.
- Spark nic Ci nie jest? Chociaż opatrzymy rany, a draniem zajmiemy się później – rozpoznała głos jednego z ochroniarzy i pozwoli się poprowadzić z powrotem do klubu. Wspaniałomyślny szef zadbał o opatrzenie ran, a także kilka dni urlopu dla rudowłosej. Po powrocie do domu znów skryła się pod prysznicem uważnie szorując całe ciało, płacząc i koniec końców zasypiając w łazience.
Obudziła się z krzykiem kilka godzin później cała obolała. Śniło jej się, że znów została napadnięta w tej ciemnej uliczce, tylko, ze teraz nikt nie przyszedł jej na ratunek. Osuszyła zmarznięte i przemoczone ciało, by spróbować zasnąć w sypialni. Nic z tego. Nie czuła się już bezpiecznie.

 „Zbyt mnie straszyli i teraz niczym już przestraszyć nie są w stanie”
Mistrz i Małgorzata Michaił Bułhakow.


15 Maja 2016
Pierwszego dnia po urlopie pojawiła się w pracy dużo przed czasem. Zależało jej, by dostać się do budynku przed zmrokiem. Obawiała się, ze ktoś znów będzie próbował ją napaść i resztkami silnej woli zmusiła na kontynuowanie tej pracy. Nie była jak większość dziewczyn, które często za białą kreskę czyniły cuda. Ona nie ćpała i może, dlatego tak ciężko znosiła tę pracę.

Usiadła przed swą toaletką, a z małej, drewnianej szuflady wciągnęła czarną, koronkową maskę. Wpatrywała się w nią dość długo, ponieważ inne dziewczyny powoli zaczynały zbierać się w ‘przebieralni’, jeśli tak można było nazwać to miejsce. Trzęsącymi się dłońmi ciężko było pannie Lester nałożyć sensowny makijaż toteż poprzestała na czerwonej szmince. Oddychała głęboko, jakby bojąc się, że dla niej nagle może zabraknąć tlenu.  Przebranie się z skąpą bieliznę i satynowy, czarny szlafrok odwlekała najbardziej jak to było możliwe.
- Spark jak nie wyjdziesz za dziesięć minut, to możesz równie dobrze iść do domu – szef Paul pojawił się znikąd i ją upomniał niczym małe dziecko. To dało jej kopa, by ruszyć na scenę. W końcu nikt jej nie zmuszał do tej pracy, to ona podjęła taką decyzję, nie chciała się teraz poddawać. Nie po tym co przeszła.

Zrobiła kilka kroków nie patrząc kto siedzi na widowni. Podeszła niepewnie do rury, która stała praktycznie na końcu tego, swego rodzaju wybiegu. Serce dudniło w jej klace piersiowej, jakby za moment miało ją samowolnie opuścić. Lotta szczelniej zakryła się szlafrokiem, chociaż powinna robić dokładnie na odwrót. Stała tak przez moment, aż przy głośnym wydechu zrzuciła z siebie satynowy materiał. Opadał na ziemie, ale wcale się tym nie przejmowała. Chwyciła się rury i zaczęła nieporadnie ruszać, tak jakby robiła to po raz pierwszy, co nie było prawdą. W głowie pojawiały się te wszystkie obleśne teksty oraz ten cholerny zaułek, gdy ją zaatakowano. Nogi jej zadrżały i nie wiedzieć kiedy opadała na kolana, aż oczu popłynęły jej łzy dwoma niekończącymi się potokami.
- Cholera! – warknęła uderzając pięścią o scenę.
Mężczyzna, który siedział na kanapie tuż pod wzniesieniem, odłożył na stół szklankę z alkoholem. Wyglądał na zaskoczonego całą tą sytuacją. Chyba nic dziwnego, bo taka reakcja ze strony tancerki nie była raczej niczym powszechnym. Powoli podniósł się i podszedł bliżej, po czym kucnął tak, aby zrównać się twarzą z twarzą nieznajomej zamaskowanej striptizerki.
- Podejrzewam, że nie jest to część performance'u - zaczął spokojnie, nie wykazując zdenerwowania tym, że nie dostał tego, po co właściwie tutaj przyszedł. 
Kobieta instynktownie odsunęła się od nieznajomego, jakby obawiając się, iż będzie kolejnym, który siłą będzie chciał ją ściągnąć ze sceny. Po chwili dotarło do niej, iż ten klient najwyraźniej nie miał takiego zamiaru.
- Nie, przepraszam pana bardzo. Nie powinnam tak... - wytarła wierzchem dłoni mokre policzki i starał się wstać, jednak jej drżące nogi odmawiały posłuszeństwa.
Brodaty mężczyzna niespodziewanie wyciągnął w jej kierunku swoją dłoń.
- Spokojnie. Możemy udać, że nic takiego nie miało miejsca. Posiedzimy jeszcze trochę. Ty odpoczniesz, a nikt nie pomyśli, że nie wykonałaś swojego zadania - skinął lekko głową, cały czas kucając z wyciągniętą dłonią w kierunku rudowłosej.
- Kim pan jest? - zmrużyła nieufnie oczy nadal starając się ustać na własnych noga bezskutecznie. Nie miała wielkiego wyboru, po krótkiej analizie tego co właśnie miało miejsce. To była jej szansa na przerwę i brak reprymendy ze strony szefa, który i tak zrobił wiele przyznając jej tyle dni wolnego.  Koniec końców chwyciła dłoń mężczyzny i dość nieporadnie zeszła ze sceny. Wyglądała jak zagubione, wystraszone zwierze szukające drogi ucieczki, lecz wzrok zdradzał, iż mimo wszystko nadal była czujna i obserwowała każdy ruch nieznajomego. Gdy zasiadła na skórzanej kanapie ruchem jednej dłoń ściągnęła z twarzy maskę, gdyż wydawała się ona zbędna przy tym jak bardzo już odkryła siebie przez klientem. Podciągnęła nogi pod brodę chcąc jako tako zakryć gołe ciało. Satynowy szlafrok nadal znajdował się na scenie niczym dowód nieudanego występu. Mężczyzna niewiele mówił. Nie świdrował też rudowłosej swoim spojrzeniem. Jednak zdjął z siebie swoją marynarkę, zostając w zwykłym t-shircie i zarzucił ją na ramiona tancerki.
- A czy to ważne kim jestem? Pewnie dla ciebie dupkiem, który lubi popatrzeć na nagie ciała w klubie go-go - odparł, biorąc z powrotem do ręki whisky, które wcześniej odstawił. Rozsiadł się wygodnie na kanapie, zarzucając jedną rękę na jej oparcie - I to fakt. Lubię i pewnie to się nie zmieni. To twój pierwszy dzień, hm? - dopiero wtedy spojrzał na dziewczynę - Musisz być przygotowana na to, że raczej żaden nie odpuści sobie występu.
Nieznajomy, wytatuowany brodacz chyba też nie do końca wiedział dlaczego dzisiejszego wieczoru było mu w sumie wszystko jedno.
- Nie, to nie jest ważne - przyznała i uśmiechnęła się lekko, gdy ten położył na jej nagich ramionach marynarkę. Kobieta nie wiedziała, co ma ze sobą teraz zrobić. Pierwszy raz zdarzyło jej się coś takiego podczas występu, a miała do czynienia już z najróżniejszymi klientami. Nieznajomy brodacz wydawał się pannie Lester najlepszym, jaki mógł jej się trafić w takiej sytuacji.
- Wręcz przeciwnie - prychnęła spoglądając to na mężczyznę, to na szklankę z miedzianym płynem.
- Już nie jeden występ mam za sobą i chyba staram się, aby ten nie okazał się ostatnim - przyznała całkiem szczerze, lecz nie zamierzała zagłębiać się w szczegóły i postanowiła zmienić temat.
- Lubuje się pan w whiskey? - uniosła brew ku górze w wyrazie lekkiego zaciekawienia. Może powinna stąd wyjść czym prędzej, a może wrócić na scenę, ale zamiast tego ona siedziała na tej kanapie i doszukiwała się cienia nadziei na przetrwanie. Czyżby go znalazła? Czyżby znalazła odpowiedź na to co powinna dalej zrobić?
Klient jednak nie miał zamiaru tak łatwo zmienić tematu i zignorował jej pytanie na temat pijanego przez niego alkoholu.
- Gorszy dzień... - mruknął bardziej do siebie pod nosem - Pewnie trzeba mieć twardy tyłek w takiej robocie - popatrzył uważniej na twarz dziewczyny, posyłając w jej kierunku lekko zawadiacki uśmiech.
- Najwidoczniej moje cztery litery nadal są za miękkie - również się uśmiechnęła do niego, chociaż myślami już odpływała bardzo daleko. Musiała jakoś poradzić sobie ze swymi słabościami, jeśli nadal chciała spełniać marzenia, a taka sytuacja jak dzisiaj nie miała prawa się powtórzyć. Nagle muzyka w pomieszczeniu przestała grać, a oznaczało to mniej więcej tyle, iż czas pokazu się skończył. Rudowłosa wstała i oddała szatynowi marynarkę.
- Wiem, że nie tego Pan oczekiwał, ale dziękuję. - powiedziała wdrapując się na scenę, a gdy narzuciła na siebie satynowy szlafrok zerknęła jeszcze ostatni raz przez ramię. Jej spojrzenie było o wiele bardziej zdeterminowane, a uśmiech już nie taki łagodny. Nie chciała już wracać do tej chwili słabości, jaką zaprezentowała przed klientem, ale była mu wdzięczna. Za co? Za to, że wprost powiedział jak trzeba nastawić się do życia. Ona zamierzała w końcu się do tego zastosować. Może tak właśnie miało być, aby los po kilku latach znów postawił ich na swej drodze?



26 Sierpnia 2016
Rudowłosa nie przypominała już tej strachliwej dziewczyny, która dała się podejść napastnikowi w ciemnym zaułku. Nie płakała już pod prysznicem ani nie szorowała ciała do czerwoności, gdy skończyła pracę. Zmieniła się i cieszyła się, z tej zmiany, ponieważ dzięki niej mogła w końcu poczuć się wolną w Nowym Jorku. Jej podejście do życia i rzeczywistości uległo niemalże drastycznemu przewartościowaniu. Zrozumiała, że niedostrzeganie ciemniejszej strony ludzkości, wcale nie oznaczało, iż ona nie istniała. Byli na świecie ludzie źli do szpiku kości i wcale nie znajdowali się tak, daleko jakby się każdemu wydawało. Panna Lester dzięki okrutnej lekcji życia podjęła decyzję o zapisaniu się na zajęcia z Krav Magi. Radziła sobie coraz lepiej i czerpała czystą satysfakcje, gdy była w stanie powalić przeciwnika. Nie zamierzała już dłużej być bezbronną ofiarą.

Siedziała właśnie na niskiej, drewnianej ławce w sali ćwiczeni, by odpocząć i przyjrzeć się sparingom innych uczniów. Podczas przerwy wcale nie przestawała analizować ruchów innych na macie, wręcz przeciwnie szukała czegoś, co mogłaby wykorzystać podczas kolejnego starcia. Rudowłosa była zacięta i za wszelką cenę starała się wygrać. Tu z przegranej wynosiła parę siniaków, w prawdziwym życiu mogłaby przypłacić to życie. Nie chciała ryzykować.
- Lester na matę!- zawołał jeden z prowadzących, a kobieta w dwóch susach znalazła się przed nim gotowa do kolejnej walki.

Wieczorem z racji wolnego piątku postanowiła, po raz pierwszy odkąd się przeprowadziła do Stanów, skorzystać z uroków nocnego życia. Ubrała się niezbyt wyzywająco, ponieważ nie czuła się jeszcze, aż tak pewnie po zmroku i ruszyła na podbój klubów. Wiła się w rytm muzyki na niejednym parkiecie, dając upust tym wszystkim emocjom skumulowanym pod powierzchnią. Czuła się dobrze, a już niemal zapomniała jak to jest.

22 Lutego 2017

Tak, to dzisiaj! pomyślała wchodząc do baru, a nie tylko przez niego przechodząc, by dostać się do budynku z klubem go-go.
- Charlotte to jest Thomas. Thomas Cię wszystkiego nauczy. Miłej pracy – powiedział Paul puszczając w jej kierunku perskie oko. Przez ostatni rok kobieta przestała pałać do szefa, aż takim obrzydzeniem jak na początku. Nie wykorzystywał nikogo wbrew woli, jednak nie stawał na drodze dziewczynom, które zażywały narkotyki pod jego dachem. Wolała na ten moment nie wychylać nosa, ponieważ dostała w końcu szanse na zmianę pracy, za zdecydowanie lepsze pieniądze.
- Cześć, to może najpierw idź odłożyć rzeczy do szatni, a potem zaczniemy -powiedział z uśmiechem chłopak, który był zapewne niewiele starszy od niej, Nowa praca, nowy start odwzajemniła gest i posłusznie poszła do szatni.

_________________________________________________________________________________
[ Cześć i gratulacje dla każdego, kto dotarł do końca tej notki ;) Wyszło dłuższe niż sądziłam. Mam nadzieję, ze nikogo nadmiernie nie zgorszyłam opisami, czy jednym gifem pośrodku! Na początek trochę retrospekcji z życia mojej Charlotte, a kto wie może uda się, w niedalekiej przyszłość, napisać coś z jej aktualnych perypetii :D Post sponsorowany przez Mistrza i Małgorzatę Michaiła Bułhakowa, a ukończony przy współpracy z  Nicponiem, za co niezmiernie jestem wdzięczna!]