Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

27/02/2013

1929. Więc przeciwstaw się ciemności i pij cyjanek. Część 1


[Dzieło poniższe powstało przy dźwiękach Aesthetic Perfection, Deathstars i Suicide Commando, z góry przepraszam za ten bełkot. Na pohybel pierdoleniu w głowie!]


             Zegar kuchenny wskazywał dwadzieścia pięć minut po dziewiętnastej. Na blacie stały nieumyte talerz, półmisek z niezjedzoną częścią posiłku, miska z sałatką i dwa kieliszki. W powietrzu unosił się zapach jedzenia i wina. Z pokoju JJ co i rusz dochodziły odgłosy rozmowy, co jakiś czas przerywane przez czyjś wybuch śmiechu i dźwięki muzyki Michaela Nymana. Rudowłosa siedziała po turecku na własnym łóżku, dzierżąc w dłoni pokaźny kieliszek z winem. Na jej twarzy wystąpiły już delikatne rumieńce, a jej samej dopisywał doskonały humor. Jej gość, Carmine Dwight także wyglądał na zrelaksowanego. Leżał obok JJ i uśmiechał się. Po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- Wyglądasz jak zadowolony z życia pan i władca - skomentowała dziewczyna, zerkając na niego. Ten parsknął śmiechem i odparł:
- Wiesz, nie narzekam, wprosiłem się na pyszną kolację, napiłem się wina i leżę do góry brzuchem. Czego może mi jeszcze brakować?
- To było strasznie samcze, to co powiedziałeś. 
- Jak dobrze, że już u mnie nie pracujesz - stwierdził, nalewając sobie wina. Oparł się wygodniej o zagłówek łóżka. - Słowo daję, JJ, Twoje filozofie doprowadzają do szaleństwa.
- Chyba tylko Ty jesteś z tego zadowolony - sprostowała Joyce i upiła spory łyk bordowego płynu.- Bo w tej chwili cudownie zapowiadająca się analityk będzie za dnia parzyła kawę i robiła drinki wieczorami. Nie ukrywam, że to nie jest spełnienie moich marzeń, dlatego błagam Cię, zostaw ten temat dla swojego dobra - spojrzała na bruneta, który zmarszczył brwi i usiadł.
- Joyce, już Ci mówiłem, że jak tylko dyrektor znajdzie dodatkowe fundusze to jesteś pierwsza do zatrudnienia - zapewnił, dotykając jej ramienia. Wyglądało na to, że faktycznie było mu przykro.
- Nie tłumacz się, Carmine. - Jareau uśmiechnęła się krzywo. - Wiem, że to nie Twoja decyzja i rozumiem. Po prostu jest mi trochę przykro, bo nie tak sobie wyobrażałam życie w Nowym Jorku. To i własna rodzina po prostu mnie przytłacza na ten moment. ale będzie lepiej. Bez obaw.
- Joyce... - Dwight spojrzał na JJ badawczo i delikatnie skierował jej twarz tak, by patrzyła mu w oczy. Nie bardzo wiedział jak ma spytać o coś takiego. Przypuszczał, że dziewczyna dostanie ataku szału, ale z drugiej strony lepiej chuchać na zimne. Najwyżej to nad wyraz grzeczne dziewczę wybije mu zęby. Wziął głęboki oddech i wypalił: 
- Bierzesz oxy?
Reakcja JJ była niezwykle prosta do przewidzenia. Słysząc to pytanie nieomal się zapowietrzyła i spojrzała z taką nienawiścią na bruneta, że aż z jej oczu posypały się lodowe iskry.
- To po to tutaj przyszedłeś? Sprawdzić, czy Twoja ekspracownica nie leży, napruta oxy, na podłodze w łazience? No chyba sobie żartujesz?! - Wstała z impetem z łóżka, przy okazji oblewając sobie tunikę winem. Przeklęła na cały głos i pobiegła do kuchni, by posypać plamę solą. Zdjęła bluzkę przez głowę i wysypała sporą ilość białych kryształków na plamę.
- Joyce? - W kuchni pojawił się Carmine. Pominął milczeniem fakt, że JJ nie ma na sobie bluzki i mógł dokładnie przyjrzeć się jej tatuażowi na kręgosłupie. - Przepraszam, ale musiałem o to spytać, nic nie poradzę... - Dodał, podchodząc bliżej.
- Jesteś opętany na tym tle, czy co? - Joyce odwróciła się ku niemu i splotła dłonie na piersi. - Przecież tłumaczyłam Ci milion razy, że byłam tak nawalona, że mogliby mi wstrzyknąć krokodyla, a ja bym nie zauważyła, dociera to do Ciebie? - Spojrzała na niego z wyrzutem. - To był jednorazowy, niezbyt świadomy wybryk. Nie zaprzeczam, lubię się bawić, ale wiem gdzie leży granica, zapewniam Cię.
- Ellen mówiła mi to samo 10 lat temu - powiedział nagle, nie spuszczając wzroku z JJ. - Parę miesięcy później stałem nad jej grobem.
- Nie jestem Twoją żoną Carmine, ani dziewczyną, więc nie porównuj mnie do niej... - Joyce niemal wpadła w szał. - Nie pomyślałeś że zaćpała się przez to, że jej ukochany zamiast przy niej być, gdy go potrzebowała, to bawił się wojnę? Dlatego nie masz prawa wtrącać się do mojego życia, nawet jeśli ma się skończyć tragedią, jasne? I tak prawie nikt by po mnie nie płakał, więc w czym Twój problem? Chcesz odkupić swoją winę bawiąc się w mojego anioła stróża?
Dwight zbladł słysząc słowa JJ. Ellen przedawkowała oxy, kiedy Carmine brał udział w misji w Afganistanie, ściągano go do kraju w trybie natychmiastowym. Co było najgorsze, nie mógł nie zgodzić się z zarzutami rudej. Miała cholerną, całkowitą rację. Nawalił na całej linii, nie przypuszczał że jego żona okaże się tak delikatna emocjonalnie. Do dzisiaj czuł się winny i być może dlatego nie związał się na stałe z żadną kobietą. Nie chciał zawieść ponownie.
- Masz rację. - Brunet skinął głową. - Chyba trochę przeginam. W końcu jesteś dorosłą kobietą, a ja tylko Twoim byłym szefem. - Wyszedł z mieszkania Joyce, zostawiając ją wściekłą w kuchni. Oj, ona wiedziała gdzie uderzyć, żeby zabolało. Zawsze to wiedziała. Instynktownie wyczuwała, który temat jest dla rozmówcy najbardziej drażliwy i gdy trzeba było nacierała z siłą huraganu. Być może trochę przegięła wywlekając historię z Ellen, ale to jakoś samo wyszło, poniekąd bez jej woli. Zostawiła zaplamioną tunikę w kuchni i zamknęła się w pokoju, gdzie dolała sobie wina i wychyliła jednym haustem. Cała drżała z wściekłości i nie mogła usiedzieć w miejscu. Po dłuższej chwili chodzenia po pokoju narzuciła na siebie czarną koszulę, schowała portfel do kieszeni płaszcza, ubrała kozaki i wyszła z mieszkania. Śnieg sypał nieprzerwanie od południa i nie wyglądało na to, by teraz miało to się zmienić. Wiatr ciął niemiłosiernie, JJ zakryła twarz szalem i przyspieszyła kroku. Na szczęście do pubu nie miała daleko, więc z powrotem, mocno się zataczając, wróciła bez problemu. Zamknęła za sobą drzwi do mieszkania i wzięła zimny prysznic. Parenaście minut później zerknęła na wyświetlacz komórki. Dzwoniła jej matka i to dobre kilkanaście razy. To musiało być coś ważnego. Z ciężkim sercem JJ oddzwoniła, by dowiedzieć się że zdarzyło się coś, czego miała świadomość od paru lat...


Tydzień później...

           Sala szpitalna, w której leżała JJ nie różniła się niczym od innych sal w tysiącach szpitali. Sterylnie białe ściany, duże okno, trzy łóżka. Sama Joyce z tęsknotą patrzyła na kroplówkę, z której ze ślimaczą prędkością spływał do jej żył lek przeciwbólowy. Rana po operacji bolała jak jasny gwint, ale to podobno było całkowicie normalne na 3 dni po krojeniu. Joyce Jareau oddała kawałek wątroby swojemu ojcu. Ojcu - alkoholikowi, który swój własny narząd zniszczył do granic możliwości. Ani Julianne ani Caroline nie mogły zostać dawcami, a Joyce zgodnie z obietnicą złożoną matce przed trzema laty bez słowa położyła się pod nóż, zapowiadając że to jest ostatnia rzecz, którą robi dla tego człowieka. Po telefonie matki, która informowała, że konieczny jest przeszczep, JJ błyskawicznie załatwiła formalności i przyleciała do szpitala w Faibanks i poddała się badaniom. Co prawda jej wątroba też nie była "idealna", ale mogła spokojnie służyć panu Jareau przez parę najbliższych lat. O ile jej nie zniszczy  w ciągu paru miesięcy, zalewając różnymi, nie do końca sprawdzonymi płynami alkoholowymi. Sama operacja poszła jak po maśle, zarówno dawczyni jak i biorca powoli dochodzili do siebie a Julianne McQueen - Jareau biegała po między salami, większość czasu poświęcając córce. JJ westchnęła cicho i nieporadnie sięgnęła po telefon leżący na szafce przy łóżku. Spodziewała się, że lada chwili odwiedzi ją matka, ale to nie ona pojawiła się w drzwiach sali, tylko Cailin, Jeremy i Simon, którzy wpadli do pomieszczenia hałaśliwą gromadką, komentując słaby wygląd Joyce, cały szpital, personel i dzieląc się wydarzeniami z Nowego Jorku.
- Ten Twój szefu był w pubie - powiedziała Cailin, układając stos książek na stoliku. - Szukał Cię.
- Mam nadzieję, że nie powiedzieliście mu o operacji? - Joyce uniosła brew, a cała trójka zrobiła miny niewiniątek. - No nie wierzę! Powiedzieliście?
- Sam wiesz, że mam skłonność do dystrubucji gorących newsów - przyznał Jeremy, a Simon trącił go łokciem. - Powiedział, że nie będzie Ci zawracał w takim razie głowy.
- I bardzo dobrze, im mniej ludzi widzi mnie w tym stanie tym lepiej. - Joyce syknęła przy próbie zmienienia pozycji. - Może fakt, że oddałam wątrobę do przeszczepu utwierdzi go w tym, że nie jestem żadną pieprzoną ćpunką, bo jakby moje organy się nie nadawały, to by ich nikt nie chciał.
- Facet histeryzuje, co tu poradzić - skwitowała Cailin, przyglądając się twarzy JJ. - Cholerka, ale Ty źle wyglądasz...
- Spadaj...


          4 dni później Joyce była już w Nowym Jorku. Jeszcze mocno obolała, w niezbyt dobrym nastroju, ze świadomością gojącej się rany, ograniczeniach, które teraz jej dotyczyły ( odpoczywać, nie forsować, nie dźwigać, odpowiednio się odżywiać, zakaz alkoholu i innych używek) i jednego wielkiego chaosu w rodzinie. Po operacji niemal natychmiast wróciła do Nowego Jorku, a jedyne co powiedziała ojcu na odchodne to: "Jeśli zniszczysz moją wątrobę, to będzie Twój koniec. Więcej razy nie dam się kroić za alkoholika." Trochę mało w porównaniu do ich relacji sprzed dziesięciu lat, kiedy to "ojciec' był jeszcze "tatusiem". Od jakichś ośmiu lat nic nie było normalne i chyba już nigdy takie nie miało być. Znerwicowana matka, obojętna siostra i w środku tego Joyce, która miotała się pomiędzy młotem a kowadłem, borykając się dodatkowo z własnym niepoukładanym życiem. Każdy ma swoje blizny, ale niektóre pozostają w ukryciu. Nie krzyczą na cały głos: "Mam zryty beret!", "Nie nauczono mnie kochać siebie, więc sama nikogo nie umiem kochać!"
- Pieprzyć to wszystko - warknęła JJ, zalewając wrzątkiem białą herbatę z jaśminem. Co prawda miała przemożną ochotę na coś o wiele mocniejszego, jednak wolała na razie przystopować, póki wszystko się w niej nie zagoi. A potem w planach miała jeden wielki cug. Namówi Jackie, Cailin, Inez, Rosalie i Sol na babskie party okraszone oceanem wina. Rozpocznie pracę w kawiarni Noah'a, ograniczy ilość godzin w pubie, może wkrótce wcale tam nie będzie chodzić pracować. Się zobaczy. Joyce zakryła kubek szklaną podstawką, by herbata się zaparzyła i dzierżąc go w dłoni, poszła w kierunku swojego pokoju. Tam odstawiła go na stolik, a sama położyła się na łóżku, czując dziwne zawroty głowy i zmęczenie. Nie spostrzegła się gdy ogarnęła ją ciemność i zasnęła. Z niespokojnego snu wyrwał ją dźwięk komórki. Wyciągnęła dłoń ku telefonowi, nie sprawdzając wcześniej kto dzwonił. A dzwonił pan Carmine Dwight.
- Halo?
- Cześć, to ja. Chciałem sprawdzić jak się czujesz.
- W porządku, chyba - odpowiedziała rudowłosa, przewracając się na plecy i gapiąc w sufit. - A co u Ciebie? - Spytała i zagryzła dolną wargę.
- Bez zmian, zresztą... Dobrze. Poza tym to nie poszedłem pod nóż.
- Przeżyję. Ucierpiała na tym moja uroda, ale że i tak szału nie było, to chyba nie będzie tragicznie.
- Przesadzasz. - Joyce mogłaby przysiąc, że wymawiając to słowo Dwight przewraca oczami. Westchnęła i spytała:
- Masz jeszcze jakąś sprawę? Chciałabym się przespać.
Carmine szybko pożegnał się i przerwał połączenie, ale to Joyce czuła się jak najpodlejsza istota na świecie. Znów popełniała te same błędy. Cóż, jak widać nie wszyscy się na nich uczą. Odłożyła telefon z powrotem na stolik i, zapomniawszy o wystygniętej już pewnie herbacie, zasnęła ponownie, nie zastanawiąjąc się co będzie później.


       Nie przypuszczała, że później będzie gorzej. Dała się namówić na przyjście do Raven Black, by towarzyszyć Cailin i Jeremy'emu na zmianie. Ubrała się, umalowała, nałożyła uśmiech na twarz i zjawiła się w pubie zwarta i gotowa. Zamówiła dla siebie szklankę soku, jednak już po spróbowaniu poczuła, że jednak było tam coś jeszcze.
- Cail, dolałaś mi wódki - stwierdziła JJ, odstawiając szklankę, a blondwłosa barmanka wzruszyła ramionami.
- Słabo wyglądasz, stwierdziłam że Ci nie zaszkodzi - wyszczerzyła się w przepraszającym uśmiechu. - Nic Ci nie będzie, nie przesadzaj, studiowałam medycynę, więc wiem.
- Taaa, tylko że studiowałaś niecałe trzy lata zanim Cię wyrzucili - odparła Joyce, bawiąc się szklanką. Gdzieś w tle minął jej Jeremy, zajęty zbieraniem szklanek ze stolików. Podszedł do baru i zmierzwił włosy rudej.
- Widzę, że już w siodle - skomentował drinka i odstawił szklanki. Na razie zajęte były zaledwie trzy stoliki i nie zanosiło się, by to uległo zmianie. 
- Nic mi nie będzie, Jeremy, spokojna głowa - zapewniła Jareau i upiła łyk ze szklanki. - Nasza niedoszła pani doktor orzekła, że niewielka porcja alkoholu pomoże mi w rekonwalescencji. - Puściła oczko do Cailin, a ta przewróciła oczami.
- Nie twierdzę, że pomoże, nie biorę odpowiedzialności za Ciebie, złotko - odparła blondynka i wróciła do pracy. Joyce tylko puściła do niej oczko i zajęła się opróżnianiem szklanki.

Ciąg dalszy (kiedyś) nastąpi...




14/02/2013

1928. Przyszłość, teraźniejszość i przeszłość.

Przyszłość to zdradliwa bestia.

Nie wiesz co dla ciebie przygotowała.

Przyszłości nigdy nie zrozumiesz.

Nie staraj się zrozumieć.

Przyszłość to przyszłość.

Nie przygotujesz się na nią.

Kładę głowę na poduszce i patrzę Ci w oczy. Lubię głębie brązowych tęczówek. Uwielbiam zatracać się w magnetycznym spojrzeniu, które mi rzucasz. Kocham sposób w jaki Twoje pożądanie daje o sobie znać. Nachylasz się i całujesz. Długo. Nie potrafię powiedzieć, jak długo. Daje się ponieść chwili.
Wplatam palce w Twoje włosy, przyciągam bliżej, a Ty odsuwasz na bok pościel.
-To nasz wieczór, kochanie.
Nie słucham tego co mówisz. Przepraszam. Skupiam się na Twoim dotyku. Na dłoniach, które krążą po moim brzuchu. Czuje Twoje usta na szyi. Nasz wieczór. Będzie ich wiele. Całe lata przed nami. Jesteśmy młodzi i szaleni. Mamy otwartą drogę.
Oplatam nogi wokół Twoich bioder. Czuje na obojczyku jak się uśmiechasz. Wiem, że to lubisz. Ja lubię robić rzeczy, które sprawiają Ci przyjemność. Ciągnę Cię lekko za włosy i szepcze, że o takim chłopaku każda dziewczyna marzy.
Znowu się uśmiechasz. Ja też nad tym nie panuje. Kąciki moich ust unoszą się do góry. Lewą dłonią dotykam Twojego karku, a potem powoli, drapieżnie przejeżdżam nią po całych plecach by zatrzymać się przy ich krawędzi. Chwilę później ściskam Twój pośladek. Wstrzymujesz oddech, by rozpocząć wędrówkę po odsłoniętej części mojego ciała.
-Drake?
-Hmm?
-Pomożesz mi się rozebrać?
Odrywasz usta od górnej części piersi i patrzysz z rozbawieniem.
-Dlaczego sama tego nie zrobisz?
Pytanie, na które mogłabym odpowiedzieć nawet podczas snu. Bo uwielbiam zatracać się w Twoim dotyku. Uwielbiam jak delikatnie zdejmujesz ze mnie kolejne warstwy stroju. Uwielbiam jak uśmiechasz się z zadowoleniem. Czego ja w Tobie nie uwielbiam?
-A mam się rozebrać? Tego chcesz? Mam Ci zapewnić niesamowite przeżycia tego wieczora?
-Chce Ciebie. To mi wystarczy. -Po tych słowach nie ma już nic. Teraźniejszość dominuje. Uczucia mną rządzą.
I nie jest tak jak podczas mojego pierwszego razu. Nie jest tak jak podczas pierwszego razu z Tobą. Ciągle doznaje niespodzianek. Ogarnia mnie fantazyjność tego doznania. Nie wiem co będzie. Nie wiem co się stanie. Wszystko jest chwilą. Ułomną. Minimalistyczną. Nieznaczącą.
A jednak w jakiś sposób na nas wpływa. W jakiś sposób nas mobilizuje. W jakiś sposób daje radość.
Nie ma spokoju. W Twoich ruchach i gestach. Spokój został za drzwiami naszego gniazdka. Nie jest dzisiaj potrzebny. Dzisiaj liczy się tylko uczucie. Nie ważne jakie.
-Ja pragnę miłości. Ty mi ją dajesz.



Teraźniejszość to najważniejsza część życia.

Możesz ją rozplanować jak chcesz.

Teraźniejszość to dziś.

Od ciebie zależy jak sobie z nim poradzisz.

Teraźniejszość wygląda zza rogu.

Przejdziesz z uśmiechem czy grymasem na twarzy?

Życie jest takie nieprzewidywalne...
W jednej chwili jesteś na szczycie, w kolejnej- spadasz. Nie ma przyjaciół, którzy podadzą Ci pomocną dłoń. Przestajesz być częścią zbiorowości. Odsuwasz się od świata, bo widzisz, że on Cię nie chce. Stoisz na uboczu i przypatrujesz się jak życie Ci ucieka. Wokół Ciebie ludzie się śmieją, bawią. Nie zauważasz takich jak Ty. Nie chcesz ich widzieć. Nie potrzebujesz bardziej się pogrążać. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nie chcesz się zmieniać. Robiłeś to w przeszłości i nic dobrego z tego nie wyszło. Po prostu jesteś, żyjesz, egzystujesz. Oddychasz, ale powietrze nie daje Ci szczęścia. Patrzysz- ale nie widzisz piękna. Stawiasz krok, a czujesz jakbyś się cofał. Pamiętasz wszystko czego doświadczyłeś. Z czym przyszło Ci się zmierzyć.
Oderwałeś się od tamtego życia, a teraz chcesz pomóc oderwać się innym. Chcesz ich uczyć tego co sam osiągnąłeś. Ale do przeszłości nie chcesz wracać.
Może tylko w czymś na kształt pamiętnika. Zapisków, które prowadzisz od kiedy to się zaczęło. Od kiedy stałeś się kim jesteś teraz.
Pewien wieczór zaczął się tak jak wiele innych. Od Słońca chylącego się ku zachodowi, od kolacji przy pustym stole.
Ale potem scenariusz się zmienił. Zasiadłeś przy komputerze i stwierdziłeś, że to co napisałeś jest dobre. Tak dobre, że trzeba się tym podzielić.
Skoro to pomogło mi, to dlaczego ma nie pomóc innym, pytasz.
Obierasz ścieżkę, którą zaczynasz kroczyć. W którymś momencie nie ma odwrotu. To jest jak maraton. Chcesz dotrzeć do mety. Jeśli przy powstawaniu kolejnych rozdziałów rana w Twoim sercu się otworzy? Dobrze. To będzie znaczyło, że masz to za sobą. Przetrwałeś, pomimo bólu. Hiperbolicznego.
Oddychanie przestaje sprawiać Ci przeszkodę. Robisz to coraz śmielej. Wreszcie cieszysz się tym doznaniem, a kiedy sobie to uświadamiasz to zaczynasz się śmiać. Twój śmiech toczy się po pokoju. Dużym pokoju, które ma tak mało miejsca. Tak mało przestrzeni, która mogłaby pomieścić Twój śmiech...
Tak dawno tego nie robiłeś. Nie śmiałeś się tak głośno i tak długo. Łzy nie płynęły po Twoich policzkach. Łzy szczęścia.
Cieszysz się, bo wróciłeś do życia i tak jak Kordian odnalazłeś swój cel. Masz po co żyć...
I pamiętaj, że losy tego bohatera nie są znane. Nikt nie wie co się z nim stanie. Nikt nie zna jego przyszłości. To on podejmuje decyzję. Jest Panem swojego życia. Ty też idź za ciosem. Korzystaj z tego co osiągnąłeś, krocz dalej, bo to Ci się opłaci. Pozbędziesz się smutku i żalu, który masz w sercu. Wiesz to, bo przecież przed chwilą tego doświadczyłeś. Zapomniałeś o świecie i dałeś się ponieść fali rozbawienia, które nie miało jasnej przyczyny.
Jesteś Panem swojego życia. Piszesz. Ughhh. Wreszcie wolność. Zrzucasz niepotrzebny bagaż. Zaczynasz nowy etap. Przeszłość zostawiasz za sobą. Liczy się teraźniejszość. To ją kreujesz. Mimo że wspominasz to co było... W ten sposób się uwalniasz i rodzisz na nowo jak Konrad, który przestaje być romantycznym Gustawem.
Twoje nowe życie nie jest oparte na miłości. To fundament siły. Stajesz się lepszym człowiekiem. Pragniesz pomagać, ale walczysz też o swoje. Jesteś silny.


Przeszłość -tyle o niej można powiedzieć,

ale czy istnieje sens do tego wracać?

Przeszłości się nie zmieni.

Nie zapomni.

Przeszłość to część nas.
Musimy żyć tak jak wtedy, albo zakończyć tamten etap.

Od niektórych rzeczy się nie ucieknie. Ja zawsze będę nastolatką która ma coś z wulgarnej małolaty, szukającej pocieszenia na ulicach Detroit. Wśród popapranych typów. Wśród narkomanów, chamów. To tam będę próbowała wrócić jeśli się nie uda. To tam będę chciała spędzić resztę życia jeśli wszystko co ważne straci sens. Jestem kim jestem. Byłam kim byłam. Przyszłości nie znam. Przeszłości się nie pozbędę. A teraźniejszość? To ona trzyma mnie przy życiu. Daje motywację. Siłę napędową.
Nie chciałam miłości. W tym nowym życiu nie chciałam miłości. Zakochałam się wcześniej i jak na tym wyszłam?Złamane serce i poczucie własnej wartości. Upadek moralny...A potem odrodzenie.
Nie chciałam miłości. Miłość przynosi radość, ale i ból. Miłość daje ukojenie i drażni. Miłość to zalety i wady i nic tego nie zmieni. Możesz sobie wmawiać co chcesz. Ja wiem swoje. Nie ma jednoznaczności. We wszystkim są ukryte motywy, a ja nie jestem ślepa. Widzę je. Potrafię się przed nimi bronić.
Ale czy na pewno?
W końcu znowu wpadłam w sidła tego zdradliwego uczucia. Było warto? Przeżywałam wszystko mocniej. Byłam cała w skowronkach.
Przez chwilę.
Kiedy był przy mnie, brak wiary odchodził w zapomnienie, gorycz znikała. Wszystko było kolorową paletą barw. Ale Jego już nie ma. Znowu przyszło zmierzyć mi się z bólem po stracie.
Gangi na ulicach Nowego Jorku. Dzieciaki z pistoletami strzelający do siebie przez głupie zasady. Pogardzam nimi. Zabrali mi ważną osobę. Może najważniejszą?
Znowu muszę pisać. Aby przezwyciężyć ciężar straty.
Nie noszę się na czarno. Żałoba trwa w moim sercu. Nie chce jej pokazywać. Nie chce aby ludzi mi współczuli. To uczucie powinno być zakazane. Zabronione. Karane.
Współczucie boli. Ból jest cierpieniem. Cierpienie to nic dobrego.
Zbyt wiele...
Piszę kolejne linijki i wiem, że przetrwam, bo przecież nie raz się z tym mierzyłam. Ale jak długo? I jak to będzie potem?
On był taki dobry...Dlaczego to dobrzy ludzie odchodzą?
Tak bardzo mi go brakuje. Mieszkanie, którym cieszyliśmy się przez tak krótki czas. Sypialnia, którą dzieliliśmy. Plany, które mieliśmy.
Przyszłość to brutalna bestia...
Pakowanie Jego rzeczy jest takie normalne... Dlatego, że wmawiam sobie, że wyjeżdża w krótką podróż i niedługo wróci. Wdycham Jego zapach na koszulce i wiem, że to się nie stanie, że przyszłość była taka niepewna, że nie powinniśmy marzyć.
Dlaczego my ludzie, tyle marzymy?
Zaklejam pudła taśmą. Idę do kuchni. Robię sobie mocną kawę, bo nie chce dzisiaj zasnąć. Dzisiaj znowu będę pisać. 
 
(Kontynuacja wątku. Potrzebowałam coś napisać i powstało to. :D )


1927. Łzy motywacji.

Jaka szkoda, że nie możemy wybrać sobie życia. Mielibyśmy wtedy akurat to, które nam bardziej odpowiada, wszystko byłoby idealne i piękne.
Nieprawda. Zbyt idealnie, czyli zbyt nudno, a w efekcie szaro i mdło. Wyreżyserowana sztuczność. Wykreowane, przewidziane niespodzianki. Czy byłoby to warte codziennego czekania na nowy dzień, który nie byłby pustą, niezapisaną kartką?

Odkąd pamięta zawsze stała
Na toaletce obok lustra
W białych baletkach wychylona
W powietrzu uniesiona nóżka
Nudziła się wśród bibelotów
Kurz wyłapując w suknię złotą
I tylko z dołu perski dywan
Czasami puszczał perskie oko.

To dzieciństwo można zaliczyć do udanych. Było dużo zabawy ale i mądrych pouczeń. Rodzice nigdy nie poświęcali jej zbyt wiele uwagi, ale jakoś nie ma im tego za złe. Uważa, że dzięki temu nauczyła się samodzielności.
Nie miała rodzeństwa, ale potrafiła zająć sobie czas sama, przy pomocy własnych, niepowtarzalnych pomysłów. Co prawda nie znała sytuacji, kiedy chciałoby się powiedzieć „to moja siostra i mogę jej dokuczać ile chcę, ale ty tylko spróbuj jej dotknąć…”.  Nie pytała rodziców, czy planują o jeszcze jedno dziecko. Myślała, że tak ma być, no i chyba miało.
Lubiła wyobrażać sobie różne wydarzenia, które i tak nigdy się nie ziściły. Nie było to nic wielkiego, a jednak potrafiło pochłonąć ją do reszty.
Rówieśnicy lubili ją, a jednak sama wybierała zawsze te cichsze zakątki szkoły. Przyjaciółki uśmiechały się i prosiły o wspólne wyjście po południu. Zgadzała się albo nie. Jakoś lubiła czuć się samotna wśród ludzi.
Swego rodzaju samotność stała się codziennością, nie można było jednak wyczuć smutku…

Aż dnia pewnego na komodzie
prześliczny książę nagle stanął
Kapelusz miał w zastygłej dłoni
I piękny uśmiech z porcelany
A w niej zabiło małe serce
Co nie jest taką prostą sprawą
I śniła, że dla niego tańczy
A on ukradkiem bije brawo.

- Jason, jak to się stało, że wybrałeś właśnie mnie? Co takiego w sobie mam?
- Jesteś sobą. Jedyny na świecie taki egzemplarz. I za to cię kocham.
Uśmiech obustronny. Zawsze dziękowała losowi za to, że ma takie szczęście w postaci drugiego człowieka, którym był On. Pojawił się nie wiadomo skąd, a wniósł tyle szczęścia, poczucia bezpieczeństwa i nadziei. Przy nim wszystko było piękne i pełne barw. Spędzali ze sobą tak wiele czasu i żadna minuta nie była zmarnowana czy utracona bezpowrotnie. A czas mijał bardzo szybko.
- Myślisz, że to przeznaczenie, że jesteśmy razem? Myślisz, że tak będzie już zawsze?
- Chcesz usłyszeć prawdę?- uśmiechnął się tajemniczo. Jego spojrzenie zawsze wywoływało przyjemne dreszcze.
- Tak. Nawet gdyby miała być okrutna. Lepiej znać prawdę niż łudzić się kłamstwem.
- Tak będzie już zawsze, Julie. Nie pozwolę, by było inaczej.
Kwiaty, podarunki, czułe gesty, wiele spojrzeń i uśmiechów. Dużo poświęcenia i oddania. Wierność i zaufanie. Kłótnie? Zdarzają się wszystkim. Tej dwójce zawsze udawało się z nich wychodzić obronną ręką.
Nie umieli się rozstawać, choćby na jeden dzień. Nie brali tego nigdy pod uwagę. Nie wiedzieli, że taka chwila nadejdzie…

Lecz jakże kruche bywa szczęście
W nietrwałym świecie z porcelany
Złośliwy wiatr zatrzasnął okno
I książę rozbił się "na amen"
I znowu stoi obok lustra
Na toaletce całkiem sama
I tylko jedna mała kropla
Spłynęła w dół po porcelanie

Czekała na Niego długo. Spóźnia się, ale na pewno niebawem przyjedzie. Znowu powita ją ciepłym uśmiechem, uściskiem i bukietem róż, jak to często robił. Byli ze sobą tak bardzo blisko, że nie wyobrażała sobie życia bez Niego.
Porozmawiają o przyszłości, tej bliższej i dalszej, będą długo wpatrywali się sobie w oczy, pewnie pożartują, pośmieją się. Mówił, że kocha jej śmiech i głos. I oczy, i uśmiech i w ogóle ją całą.
Czekała na Niego długo. Zabijała czas myślami, tymi najbardziej pochłaniającymi, ale i tymi błahymi, o których po chwili zapominała.
Nie porozmawiali o przyszłości, nie wpatrywali się sobie w oczy, nie pożartowali, nie pośmiali się. Nie przyniósł jej bukietu róż, nie uśmiechnął się, nie uścisnął.
Nie było go. Telefon milczał, od czasu do czasu tylko wykrztuszając ‘abonent jest czasowo nieosiągalny. Proszę spróbować później’.
Próbowała później i jeszcze później. Po jednej chwili, dwóch, trzech. Po kilku minutach, po kilku godzinach. Po dniach, po miesiącu.
Jason, gdzie jesteś?
Jedna, jedyna myśl błąkała się w jej biednej głowie. Nie chciał jej już? Może wolał jej tego nie mówić? Ale zaraz, to nie byłby On! Jason nigdy by nie stchórzył, dałby chociaż znak życia. A tego znaku jak nie było, tak nie ma…

Laleczka z saskiej porcelany
twarz miała bladą jak pergamin
na zawsze odszedł ukochany
a ona wciąż tęskniła za nim
Jej siostrą była dumna waza
A bratem zabytkowy lichtarz
Laleczka z saskiej porcelany
Maleńka smutna pozytywka.

Dwie kreski na teście błysnęły jej w oczach. Może to przez łzy? Otarła oczy, ale widok nie znikał. Był wciąż taki sam, a nawet wyraźniejszy.
Co się dzieje?
Może to zły sen? Koszmar, jak ten, gdy spada się w dół i nagle się budzimy…
- Nie wierzę…
Jasona nie było. Zero reakcji na telefony, wiadomości, maile. Czy wiedział? Nie chciał zostać ojcem?
- Wracaj, nie zostawiaj mnie samej! Nie teraz…
Łzy popłynęły powoli. Były końcową reakcją, zwieńczeniem tych wszystkich dni, kiedy umierała z tęsknoty i strachu. Została tylko ta beznadziejna niepewność.
Nie załamuj się.

Nowy York miał jej pomóc w otworzeniu nowego rozdziału. Wszystkie miejsca w Londynie za bardzo przypominały jej o wielkiej i być może zakończonej już miłości. Z perspektywami na przyszłość rozpoczęła studia wokalne i „pracę dorobkową”. Czas rozpocząć przygotowania.

- Będę silna dla ciebie. Zrobię wszystko, aby w życiu było ci jak najlepiej. Zacznę już od chwili, kiedy przyjdziesz na świat. Nie poddam się. Nie wiem jeszcze jak to będzie, ale muszę dać radę. Dla ciebie i dla Jasona. Będziecie moją motywacją.
Potrzebuję nowego powietrza i nowych chęci. Potrzebuję celu i odrobiny motywacji.
Zrobię dla Was co tylko w mojej mocy.
[Takie wprowadzenie do mojej Julie. Mam nadzieję, że nie takie złe, dawno niczego nie pisałam, nie krzyczcie, bo mogłam wyjść z wprawy! ;) Wiem, wiem, że trochę ckliwe i melancholijne. Cytaty od Anny Patrini- 'Laleczka z saskiej porcelany'. Postać Jasona jest do przejęcia i znalazła się już w wolnych, dlatego zachęcam. a wątki- tak, bardzo chętnie. Pozostaje mi tylko się przywitać. :)]

13/02/2013

1926. Non omnis moriar.


Tego dnia w szpitalu panowało niemałe zamieszanie i choć sezon zimowy dobiegał końca, na izbie przyjęć nie brakowało pacjentów ze złamaniami i zwichnięciami. Po ostatnich opadach śniegu prawie nie było śladu, zastąpił go rzęsisty deszcz – Nowy Jork przypominał więc ogromną kałużę. Taka pogoda nie sprzyjała spacerom, ale nowojorczyków nic nie zniechęcało, a ruch uliczny nie zmniejszał się, podobnie jak korki. Mieszkanie w dużym domu na przedmieściach miało wiele plusów, zwłaszcza latem, gdy bez obaw o pretensje sąsiadów z mieszkania piętro niżej mogła zapraszać przyjaciół na imprezy, ale i minusy – był nim czas spędzany w podróży do centrum. Tego dnia szczególnie jej się spieszyło, jechała do szpitala.
Poród zaczął się kilka tygodni wcześniej niż to było zaplanowane i choć wiedziała, czego się spodziewać, bała się. Nie opuszczały jej złe przeczucia. Po dotarciu do szpitala – nareszcie! – od razu została „posadzona” na wózku, a pielęgniarka wezwała lekarza prowadzącego i kazała przygotować salę. Podczas porodu wystąpiły komplikacje, zapanowała nerwowa atmosfera. 

Rodzina czekająca na korytarzu niecierpliwiła się, a mąż nerwowo przestępował z nogi na nogę. Nie mógł doczekać się narodzin pierwszego dziecka, był więc naprawdę podekscytowany. Moment, w którym dowiedział się o ciąży pamiętał bardzo dobrze – akurat byli na spacerze w parku, w jego rodzinnym mieście. Kłótnia wisiała w powietrzu, chodziło o drobiazgi związane ze ślubem, który miał odbyć się już dwa dni później, ale niespodzianka żony sprawiła, że drobne nieporozumienia odeszły w niepamięć. Wychowywali już córkę żony z pierwszego małżeństwa, kochał dziewczynkę jakby była jego biologicznym dzieckiem i starał się być jak najlepszym ojcem – dla nowo-narodzonego synka również. 
Wiedząc, że urodzi mu się potomek płci męskiej, pękał z dumy.Miał uczestniczyć w porodzie, ale dowiedział się za późno i kiedy dotarł do szpitala, nie mógł już wejść na salę.Cholerne korki!
- Przykro nam, ale matki i dziecka nie udało się uratować.Gdy lekarz odszedł, mężczyzna ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.

  Rose, obudziwszy się z krzykiem, gwałtownie usiadła na łóżku. Kilka minut zajęło jej unormowanie oddechu, dopiero wtedy powoli wstała. I tak musiała przy tym przytrzymywać się szafki nocnej, bo choć oddychała spokojniej, kręciło jej się w głowie. Obijając się o ściany, jak w amoku wyszła z sypialni na korytarz. Wciąż jeszcze miała przed oczami obrazy ze swojego snu, zastygłą w przerażeniu twarz umierającej kobiety i jej zrozpaczonego męża, do którego chyba jeszcze nie docierało to, co się stało. W uszach dźwięczał jej płacz dziecka, tak gwałtownie urwany… Musiała upewnić się, że z Rae wszystko w porządku. Jej pokój wyglądał tak, jak zawsze, każdy przedmiot był na swoim miejscu, wiele zabawek rozrzucono w „artystycznym nieładzie”. W obawie przed potworami wychodzącymi spod łóżka, zostawiono zapaloną stojącą na komodzie lampkę. Poprawiając dziewczynce kołdrę, która jak zwykle znalazła się w nogach łóżka, wsłuchiwała się w jej rytmiczny oddech. Mała najwyraźniej śniła o czymś przyjemnym, bo co jakiś czas leciutko się uśmiechała. Przed wyjściem pocałowała ją w czoło, a potem cicho zamknęła za sobą drzwi.
Koszmar, który obudził Rosalie, nie był pierwszym takim snem, choć nikomu o nich nie opowiadała. Była przemęczona, ostatnio ciężko pracowała – chciała przecież założyć firmę. Potrzebowała krótkiego urlopu, choćby kilki dni, odpoczynek na pewno dobrze by jej zrobił. Zastanawiało ją tylko, dlaczego w jej snach pojawia się kobieta w ciąży. To jakiś znak? Powinna sięgnąć po sennik? Nie wierzyła w przesądy, znaczenie snów i magię, była sceptycznie nastawiona do wszelkich zjawisk paranormalnych. Dla UFO robiła wyjątek. W przedpokoju odruchowo spojrzała w lustro i kierując się kobiecą próżnością, poprawiła nieco potargane włosy. Okręciła się też wokół własnej osi, uważnie lustrując swoją sylwetkę – nawet podciągnęła za duży o kilka rozmiarów t – shirt, w którym sypiała. Wyglądała całkiem nieźle, tylko żebra trochę za bardzo jej wystawały… Joker, biszkoptowy labrador, leżąc na dywanie, obserwował właścicielkę z psim zdziwieniem widocznym na pysku. Kuchenny zegar wskazywał godzinę czwartą. Po chwili namysłu Rose stwierdziła, że nie opłaca jej się iść spać, ale nie jest to też odpowiednia pora na śniadanie. Z szafki wyjęła więc kieliszek i butelkę wina – słodkie, prosto z winiarni Sol. Na wino każda pora jest dobra.

__________
Prawdę mówiąc, w tej nocie Rose miała rzucić się z wieżowca, ale jak widać to jeszcze nie jest TEN czas. 

[1925] List II


Nowy Jork, 13.02.2013
Anne, moja kochana Anne
piszę ten list dwa dni po otrzymaniu Twojej odpowiedzi. To nie jedyny i podejrzewam, iż nie ostatni w tym miesiącu. Poznałam tu wiele osób lecz z żadną nie nawiązałam bliższych relacji. Na zbudowanie zaufania potrzeba czasu, a nikomu tak nie ufam jak Tobie. Czy tego chcesz czy nie, musisz uporać się z odpowiedzialnością spoczywającą na barkach starszej siostry. Jest druga w nocy. Samuel chrapie, sąsiad z naprzeciwka urządza dziką imprezę, a ja znów to robię. Siedzę przy stole w jadalni. Zgaszone światło, świeca zapachowa tląca się żółto – niebieskawym płomieniem. Odkorkowana butelka najlepszej whisky jest w połowie opróżniona. Wbrew intuicyjnym podejrzeniom mam doskonały nastrój. Nie imają się mnie myśli samobójcze i potrzeba samookaleczenia. Egzystencjalizm. To dobre słowo. Dopadł mnie egzystencjalizm.
Wiele lat temu, gdy powtarzałaś że zawsze będę Twoją małą Smerfetką, wpadałam w furię. ,,Mam piętnaście lat, Anne, jestem już dorosła!’’. Czytasz te słowa i wiem, że się uśmiechasz. Ja też miło to wspominam. Zapytasz pewnie, dlaczego akurat teraz, akurat dziś. Paradoksalnie dojrzałam do wizji wiecznego dziecka z niespełnionymi ambicjami. Dyrektorka jednej z tutejszych szkół średnich zaprosiła mnie na konsultacje z uczniami. Byłam przerażona ponieważ wspomniano mi, iż pani pedagog jest wobec nich bezsilna i załamuje ręce. W mojej głowie zrodziła się wizja małych kryminalistów. ,,Mój Boże’’ – pomyślałam – ,,Chodzą po szkole uzbrojeni w noże i handlują narkotykami.’’. Wbrew swojej woli i zniechęcona pojawiłam się punktualnie w umówionej sali. Zainteresowani zajęli swoje miejsca, powitali mnie uprzejmym ,,dzień dobry’’ i zapadła grobowa cisza. Nie było wśród nich ludzi nadpobudliwych, wykazujących syndromy zespołu Tourette’a czy ofiar manii prześladowczej. Problemem każdego z osobna był brak akceptacji samego siebie. Głodzili się, by uzyskać doskonałą sylwetkę. Znęcali się nad młodszymi by udowodnić swoją dominację. Nie podejmowali wyzwań w obawie przed porażką. Zajęcia trwały dwie godziny. Umysły nastolatków są plastyczne, łatwo pokierować ich emocjami. Zaufali mi, niektórzy umówili się na indywidualne spotkania. Ale do czego zmierzam? Uświadomili mi, że w młodości zaprzepaściłam wiele szans. Zupełnie jak oni. Nie nauczyłam się grać na gitarze, ponieważ po dwóch miesiącach ćwiczeń zerwałam struny nie umiejąc zagrać najprostszej melodii. Wypisałam się z zajęć baletu po pierwszym zwichnięciu kolana i naderwanych mięśniach. Gdy przytyłam kilka kilogramów, przestałam chodzić z Tobą na plażę upokorzona wyglądem mojego ciała. Skończyłam szkołę, studia, znalazłam pracę i mężczyznę, wylądowałam tu gdzie jestem. I co dalej? Poradnia – sklep – dom, poradnia – sklep – dom. Chcę coś zmienić, choć na sekundę, mgnienie oka. Dziś czuję się tą małą Smerfetką. Wiesz dlaczego? Mam dwadzieścia pięć lat i ciągle marzę o liście z Hogwartu. Czekam, aż doktor Brown zabierze mnie latającym DeLoreanem w przeszłość. Na dziki zachód, gdzie będę spluwać, jeździć konno i poznam naszych przodków. Zazdroszczę Christopherowi McCandlessowi niezwykłej podróży i uwolnienia się od ciężaru cywilizacji, nawet jeśli skończyła się dla niego tragicznie. Domyślasz się, co teraz powiem. Planuję własną, wielką wyprawę. Na początek zwiedzę autostopem całe Stany Zjednoczone. Może w wakacje? Znajdę wtedy wystarczającą ilość wolnego czasu i zdążę zgromadzić oszczędności. Nie wspomniałam o tym Samuelowi. Postawię go przed faktem dokonanym w dniu wyjazdu. Teraz nie miałabym życia z tego tytułu. Już nie mam go za wiele.
Zapomniałabym. Zaczęłam uprawiać jogging połączony z jazdą rowerem. W warunkach jakie panują u nas przez ostatnie dni wydaje się to nierealne, jednak sprawia mi przyjemność. Wyładowuję w ten sposób negatywne emocje. Czuję, że dopada mnie przeziębienie, mój organizm nie jest do tego przyzwyczajony, lecz nie rezygnuję. Muszę się zahartować. Nie martw się, dbam o siebie tak jak mnie o to prosiłaś. Teraz kończę. Dochodzi trzecia w nocy. Zabawa u sąsiada przeniosła się na korytarz, więc będę musiała uspokoić to towarzystwo nim położę się spać. Jutro przeleję na Twoje konto kilka dolarów, kup proszę za to upominek dla ojca w moim imieniu i ucałuj go. Mam nadzieję, że złamanie nogi nie jest poważne. Pamiętaj o moim zaproszeniu.
Twoja Natalie

Taki sobie twór napisany z nudów :3

1924. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.



Droga Natalio  ♪♫♪

Wiesz, z czasem wszystko potrafi obrócić się do góry nogami. Pamiętasz jak wyobrażałyśmy sobie naszą przyszłość? Nie chciałyśmy opuszczać Kanady. Miałyśmy zostać leśnikami i zaszyć się gdzieś w jakiejś leśniczówce. W końcu pięknych lasów w tym kraju dostatek. Bez Ciebie to już nie to samo. Moje plany zmieniły się. Na początku nie wiedziałam, co mam z sobą zrobić. Ale to przecież w tym wieku normalne. Wszyscy kazali mi rysować. Iść na architekturę. Chodziłam więc na rysunek i uczyłam się historii sztuki. Nie znosiłam, kiedy komplementowano moje niezbyt udane prace i pokazywano sposoby rysowania, które wyglądały dobrze jedynie z daleka. Od ogółu do szczegółu, a ja zawsze robiłam odwrotnie. Ale tu chodziło o czas. Na egzaminie jest wyznaczony czas. Dla mnie zdecydowanie za krótki, by narysować coś przyzwoitego. Wyćwiczenie ręki w moim przypadku nic nie dawało. Wystarczył bardzo duży format i bardzo mało czasu. Do tego jeszcze kilka różnych tematów. Oczywiście narysowałam wszystko, jednak nie na tyle dobrze by się dostać. I wtedy właśnie zrozumiałam po co ludzie tworzą plany B, choć ja do dziś tego jakoś nie praktykuje. Nie wiedziałam co teraz. Miało być tamto albo nic. Słuchałam całymi dniami muzyki próbując się zbytnio nie przejmować. Aż do mementu, kiedy trafiłam na Sinatrę. Wiesz, że dużo mi nie trzeba by podjąć ważną decyzję pod wpływem czegoś właściwie mało istotnego. I jeszcze ta piosenka „New York, New York”. Lubię takie identyfikacje ze słowami piosenek. Tak więc już wiesz dlaczego New York. „Jeśli uda mi się tam, uda mi się wszędzie”. Poza tym nie mogłam już znieść tego niemego rozczarowania wypisanego na twarzach rodziców, kiedy na mnie patrzyli. Wybór studiów nie był mniej przypadkowy. Nawet nie przejrzałam zbyt wielu stron ze szkołami. Protetyka. Pomyślałam: Czemu nie?. Przynajmniej powinnam nie mieć później problemów ze znalezieniem pracy. Dalej potoczyło się samo.

Od kiedy odeszłaś obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie wejdę do wody. Nie masz pojęcia jak bardzo byłam na Ciebie zła, że nie chciałaś wziąć wtedy moich rękawków. Myszka Micky na nich wielmożnej pani nie pasowała. Z resztą nadal jestem na Ciebie zła. Wyobraź sobie, że dziś postanowiłam wybrać się na basen. Tak basen, z tym przeklętym czepkiem, który wyrwał mi chyba z połowę włosów. Długo przyglądałam się wodzie, a później ratownikom. I nie, nawet nie myśl, że jakiś się mi spodobał. Chodziło mi raczej o to czy w razie czego wyciągną mnie z wody. Oczywiście żywą, a przynajmniej taką do odratowania. Moje rozmyślenia szybko przerwało popchnięcie przez jakiegoś dziwnie szczęśliwego, zburaczałego chłopaka. Zburaczałego wtedy kiedy zobaczył moją niesamowicie zadowoloną minę, gdy wynurzyłam się z wody. Była trochę zimna. Bo to nie była rzecz jasna solanka. Nieistotne. Ten chłopak nie był tam sam. Wraz ze swoją zgrają szaleli po całym pomieszczeniu skacząc i podtapiając się. Nie trudno było mi sobie wyobrazić ich jako potencjalnych topielców. Ale to już Twoja, zakichana wina. W pewnym momencie jeden, trochę starszy od  reszty, poślizgnął się. Upadł i niefortunnie rozciął głowę. Kiedy ja patrzyłam na niego z przerażeniem oni śmiali się, ale on nie wstawał. Do wody zaczęła sączyć się czerwona ciecz, tak że poczułam mdłości. Odwróciłam się w stronę ratowników, a raczej w stronę gdzie powinni być. Nie było padalców. Coś mi w nich od razu nie pasowało. Dzisiaj ciężko jest znaleźć kogoś komu można powierzyć swoje życie. Trzęsąc się wyszłam szybko z wody. Tak, szybko to też pojęcie względne. Kazałam im zadzwonić po pogotowie. Chłopak na szczęście oddychał. Na nasze wspólne szczęście. Rozumiesz. Profesjonalnie potrząsnęłam nim lekko chwytając za ramiona, jak każe pierwsza pomoc. Zaraz otworzył oczy. Dawno się tak nie przestraszyłam. Odwrócił głowę ukazując upaćkaną w lepkim czerwonym płynie ustrojowym, ranę. To była tylko kwestia czasu do „Ciemność, widzę ciemność!”. Jeszcze byłam świadkiem, kiedy go zabierali na noszach. Dalej nie pamiętałam już nic aż do momentu ocknięcia się w karetce. Zabrali mnie razem z nim. W środku zrobili mi różne badania. Od EKG do sprawdzenia cukru. Sama wiem nawet, kiedy dałam ukłuć swój bierny palec. Wyobraź sobie, że jeszcze mnie tam ten ratownik ochrzanił. Niby miałam za mało cukru. Następnym razem nie miał niby być już taki miły. Nawet nic mu nie odpowiedziałam zastanawiając się, kiedy on właściwie był dla mnie miły. No i jakoś nie mogłam sobie przypomnieć. Widocznie amnezja. Dostałam także propozycję by pojechać do szpitala na pobranie. Oczywiście odmówiłam. Uznałam, że jedno omdlenie na dzień w zupełności mi wystarcza. W dodatku ciągle byłam jedynie w stroju kąpielowym przykryta tylko ręcznikiem. Trochę krępujące, nie sądzisz? Na szczęście przynieśli też moje rzeczy. Ubrałam się szybko i zabrałam stamtąd. Wcześniej dowiedziałam się tylko do jakiego szpitala zabierają chłopaka. Poczułam jakąś dziwną potrzebę by go tam później odwiedzić.

Pamiętasz jak mówiłam, że w życiu nie dotknę się surowego mięsa? Wiesz, odkąd mieszkam sama zmieniłam zdanie. Kiedy wróciłam do domu zrobiłam się strasznie głodna. No, ale w końcu miałam niby za niski cukier. W zlewie leżała, już rozmrożona pierś z kurczaka. Obmyłam ją, przyprawiłam wszystkim ususzonym zielskiem, co miałam i wstawiłam do piekarnika. Nie, to nie było z żadnego przepisu. Ale co tu mogło się nie udać? Byleby tylko nie wyszło surowe. W między czasie postanowiłam zrobić zakupy. Nie mam pojęcia ile mi to zajęło. Wydawało się, że nie długo. Nawet nie wzięłam telefonu żeby sprawdzić godzinę, bo leżał nie wiadomo gdzie rozładowany. Wchodząc na klatkę poczułam intensywny zapach, że coś się piecze. Jak dobrze było wiedzieć, że tym razem to u mnie. Kiedy znalazłam się na już na swoim piętrze sąsiadka otworzyła drzwi. To taka starsza pani, trochę złośliwa, ale chyba niegroźna. Zawsze trochę mi przy niej wstyd, z resztą jak i przed resztą sąsiadów, bo na pewno słyszeli jak śpiewam. A wiesz, że mimo tego, że to kocham i nie wychodzi mi to najgorzej to czuję się zażenowana, kiedy ktoś mnie słucha. Ku mojemu zdziwieniu spytała mnie czy mam problemy z żołądkiem. Sądziłam, że chciała mi sprezentować jakieś ziółka czy lek, ale nie. Spytałam ją, dlaczego mnie o to pyta? Odpowiedziała, że na obiad będę chyba miała węgiel. Później zaśmiała się niczym baba jaga ukazując niemałe braki w uzębieniu. A niech tylko w przyszłości do mnie przyjdzie po protezę… Poważnie zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem nie powinnam obejrzeć na wszelki wypadek „Starsza pani musi zniknąć.”. Natychmiast otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazało się zadymione pomieszczenie. Zapach był… No jak to w mojej kuchni. Pobiegłam wyłączyć piekarnik. Wyjąć mój obiad. Mój niedoszły obiad. Kurczak był czarny. Zwęglony. Nawet nie musiałam się martwić, że mógł wyjść surowy. Ale nie zamierzałam się tak od razu poddawać. Z trudem rozkroiłam kawałek mięsa. Zwycięstwo, w środku wyglądał całkiem dobrze. Tak więc może i się nie przejadłam, ale coś zjadłam.  Ty z pewnością nie musisz przejmować się kurczakiem w piekarniku.

Jak widzisz nawet w Nowym Yorku nie mam czasu się nudzić.
A.S.
____________________
Pewnie i tak nikt tego nie przeczyta, ale szanuję to. W każdym bądź razie jest to jeden z tych wysyłanych w niebo listów. Pierwszy raz napisałam notkę w takiej formie i wyszło jak wyszło. Jednak sądzę, że pozwala to trochę poznać historię i tok myślenia mojej postaci. Tak więc, dziękuję za uwagę i pozdrawiam :)

11/02/2013

1923. Zajebiście nieidealna.



'Wszyscy nosimy maski, lecz w końcu nadchodzi taka chwila, iż nie możemy ich ściągnąć bez zdzierania skóry".
Andre Norton.


- Joyce, wstawaj do cholery... JJ, mówię do Ciebie... Halo, Jayjeee, tutaj Cailin, no weź się obudź, pieprzona ćpunko... JJ! - Cailin Blue Walters, zjawiskowa blondynka pod trzydziestkę, co chwila szarpała za ramię śpiącą JJ. JJ śpiącą w jej łóżku, żeby było jasne. W jej łóżku, jej mieszkaniu, dobrze że chociaż w swoich ubraniach.
- Cail, czemu tak się drzesz? - Wyjęczała cicho rudowłosa, przecierając dłonią oczy, które jak na złość nie chciały się otworzyć. Miała kaca, tak potężnego że byłby zdolny ścinać trawy na stepach w Kazachstanie. Nic więc dziwnego, że kiedy powieki w końcu się uniosły cały świat zawirował mocniej niż na diabelskim młynie.
- Czemu ja się drę? - Zaperzyła się blondwłosa, podając Joyce butelkę z wodą. - Bo za jakieś dwie godziny powinnaś być w laboratorium, a leżysz tutaj praktycznie nieprzytomna, o to mi chodzi. Rozejrzyj się dookoła i powiedz mi, co Ci tutaj nie pasuje... Joyce oparła się na łokciach i z trudem rozejrzała po pokoju. Dopiero wtedy do niej dotarł obraz całej sytuacji. Ku swojemu nieszczęściu nie pamiętała praktycznie nic z wczorajszej nocy, kiedy to ona, Cailin, Jeremy i Simon z Raven Black 
świętowali u tej drugiej zbiorową podwyżkę pensji. JJ pamiętała tylko, że było dużo alkoholu, i nie tylko alkoholu. Simon przyniósł ze sobą mały strunowy woreczek z kilkoma sztukami kolorowych tabletek, które pieszczotliwie nazywał "dropsikami".
- Aż tak się zalałam? - Spytała z rozczarowaniem w głosie i z ulgą upiła spory łyk wody. 
Cailin parsknęła śmiechem słysząc jej pytanie i usiadła na obrotowym krześle.
- Zalać to może nie, ale przegięłaś pałę z tym syfem, który przyniósł Simon - wyjaśniła uprzejmie. 
- Na szczęście Jeremy i ja powstrzymaliśmy Cię od wyskoczenia przez okno w poszukiwaniu szczęścia, a niedługo później padłaś jak mucha, uprzednio mamrocząc coś o ruskich matrioszkach... Simon ostatecznie rzygał przez pół godziny z balkonu, a Jeremy odwalał pedaliadę ze sprawdzaniem czy żyjesz, bo bał się że zejdziesz. Płakał, że zabił swoją najlepszą przyjaciółkę. Pokazałam im tabliczkę "Gay 
out" i wysłałam spać.- Ton głosu Cailin nie był łagodny, wręcz przeciwnie, ale podszyty był nieumiejętnie ukrywanym śmiechem. -  Nawet nie mogłam Cię wykorzystać seksualnie. Zbieraj się, bo ja wychodzę do pracy, moja panno.
- Nawet nie mam odwagi Cię przeprosić. - Rudowłosa zwlokła się z łóżka i zerknęła do lusterka, które stało na biurku. - Zmyłaś mi makijaż? - Roześmiała się na widok swojej "nagiej" buzi.
- A co? - Cailin uniosła brew. - Miałam pozwolić żeby wyskoczyły Ci pryszcze? Dbam o Ciebie, doceń to. Lubię jak masz ładną, gładziutką mordkę.
- Doceniam, ale dzisiaj chyba umrę - stwierdziła Jareau, zbierając swoją torebkę i zakładając podane przez Walters buty. - Mam totalny helikopter w ogniu - narzekała, zapinając guziki płaszcza. - No i generalnie życie jest do bani - jęczała już przy wyjściu z mieszkania, a przysłuchująca się temu Cailin podśmiechiwała się cicho. Zgodnie z zapowiedziami Nowy Jork pokrył się solidną warstwą śniegu, która Rudej sięgała do kolan.
- Cudnie...
- Nie marudź, rudzielcu. - Blondwłosa zerknęła na zegarek, po czym pożegnała się z JJ i tak szybko jak pozwolił jej śnieg przebiegła na drugą stronę ulicy. Nikogo nie dziwił prawie całkowity brak samochodów czy autobusów. O wiele bezpieczniejszy i, o ironio, szybszy był spacer, chociaż i ten wymagał sporo wysiłku, szczególnie jeśli się jeszcze było pod wpływem. Joyce dotarła do swojego brooklyńskiego mieszkania i bardzo cicho, by nie obudzić śpiącej Jackie, zamknęła się w łazience, by 
wziąć prysznic. Po wyjściu z pomieszczenia nieomal nadepnęła na Zwłokiego, który prychnął wściekle i spojrzał na nią z takim wyrzutem, że kobieta miała przemożną chęć zasadzić mu kopa w okolice ogona. Na szczęście zachowała resztki zdrowego rozsądku.
- Idź spać, kocie - warknęła na czworonoga i zniknęła za drzwiami swojego pokoju. Była totalnie wyczerpana, dopadł ją powszechnie znany zjazd, a za jakieś czterdzieści minut powinna wychodzić do pracy. Jedynym wyjściem wydawał się jej zastrzyk, który pozwalał pracować na pełnej parze przez kolejne kilkanaście godzin. Fundowała go sobie coraz częściej, co zaczynało ją niepokoić, jednak w chwilach kryzysu wątpliwości mijały. Roztrzepała mokre włosy palcami i usiadła na łóżku. Z szuflady nocnej szafki wyciągnęła strzykawkę na 20 ml i po ampułce 40% glukozy, witaminy C i kokarboksylazy. Spryskała zgięcie łokcia wodą perfumowaną i chwilę później wstała, by zrobić sobie makijaż. Efekty tego "zabiegu" pojawiały się kilkanaście minut po zastrzyku. Nagły przypływ mocy, mdłości, bóle mijały. Tak jakby człowiek przespał dwanaście godzin i nie pił ani kropli alkoholu. Cud, miód, malina. Tak też było tym razem i zachwycona JJ pół godziny później wybiegła z klatki schodowej w kierunku stacji metra z poczuciem, że znowu uda jej się przeżyć kolejny dzień na kredyt, bo jak inaczej można było to nazwać?

Godzinę później tak korzystna iluzja rozsypała się w drobny mak, kiedy Dwight, szef laboratorium, podał Joyce i jednemu z laborantów małe pojemniczki na mocz. Nic osobistego, standardowa kontrola przeciwko substancjom niedozwolonym, przeprowadzana raz na jakiś czas, zazwyczaj tylko dla informacji szefostwa. Nic prostszego, nasikać do kubeczka i z głowy. Niestety, JJ nie bardzo wiedziała co łyknęła w nocy, ale była pewna że test to wykaże. I wtedy dopiero zacznie się jazda, 
Carmine dosłownie urwie jej nogi przy samym tyłku. Blada jak ściana wzięła pojemnik do ręki i uśmiechnęła się nieznacznie, kiedy Rory, również wytypowany powiedział:
- JJ, idziemy walnąć sika. - Klepnął ją po ramieniu. Rory Wilkinson, niecałe dwa metry i ponad sto kilo wrednego skurczybyka, pierwszorzędnego cwaniaka, ale też bardzo dobrego analityka. No i metrowe włosy koloru słomy, które przyciągały wzrok nie mniej niż jego postura. Żwawym krokiem pomaszerował w kierunku toalety, a wlokąca się za nim ruda miała wrażenie że nadszedł prawdziwy koniec świata. Nie ten ściemniany, którym straszyli Majowie, nie ten z "natchnionych" pism, tylko ten jej. Tu i teraz. Po wyjściu z toalety i podaniu pojemnika kontrolerce było jej coraz gorzej. 
Mówiąc szczerze zwyczajnie trzęsła się ze strachu jak galareta, chociaż usiłowała to zamaskowywać poprzez robienie porządków na stanowisku pracy. Co kilka minut zerkała na wyświetlacz komórki licząc czas do ostatecznej zagłady, która miała nastąpić jakąś godzinę po oddaniu próbki. Najgorsze w całej sytuacji było to, że to ona była winna. Właściwie nie było innej osoby, którą ewentualnie mogłaby obciążyć odpowiedzialnością za swój wybryk. Jaki wybryk, przecież zdarzało się jej to coraz częściej. 
Tak, powinno to budzić jej zaniepokojenie i mocne postanowienie poprawy, które zapewne i tak zniknęłoby jednego z następnych wieczorów, kiedy na horyzoncie pojawiłaby się możliwość "odprężenia". Nagle w drzwiach boksu laboratoryjnego pojawiła się głowa Carmine'a Dwighta.
- JJ, do mnie! - zażądał mężczyzna tonem surowym jak arktyczna burza, a wzywana miała najszczerszą chęć wyskoczyć przez okno, albo dać nogę drzwiami. Najchętniej obie ewentualności na raz. - W tej chwili - dodał i już go nie było, a JJ zrobiło się totalnie słabo i prawie upuściła na podłogę kuwetę kwarcową. Kilka sekund później siedziała naprzeciwko szefa i walczyła z chęcią płaczu.
- Oksykodon, alkohol, kokarboksylaza - odczytał z arkusza i wbił w JJ wyczekujące spojrzenie swoich szarych oczu. - Czy jest jakiś racjonalny sposób w jaki możesz mi to wytłumaczyć? 
Joyce pokręciła głową, nie mogąc wykrztusić z siebie słowa. Już nie mogła powstrzymać drżenia ciała, miała wrażenie że zastrzyk z glukozy przestał działać i zaraz odleci.
- Nie ma racjonalnego wytłumaczenia? - Carmine zamroził ją wzrokiem, cały czas zachowując stoicki spokój. - Nie zostałaś napadnięta przez narkomana, upita na imprezie i nikt Ci tego nie wcisnął wbrew Twojej woli? A może przeprowadzałaś testy w ramach badań naukowych? Albo bolała Cię wyjątkowo mocno głowa i wzięłaś oxy, a potem zapomniałaś i wypiłaś drinka z przyjaciółmi? - Spytał, a kiedy JJ nie powiedziała nic przez dłuższą chwilę, rozkazał:
- Wyjdź, nie chcę Cię tutaj dzisiaj widzieć... Po prostu wyjdź i nie pokazuj mi się na oczy.
I JJ wyszła. Wstrząśnięta, zrozpaczona, wściekła, rozczarowana, zszokowana, totalnie bezradna. Bez słowa odwiesiła kitel na wieszak, zmieniła obuwie i zwinęła płaszcz i torebkę. Wyszła wprost na ulicę Nowego Jorku, która w tej chwili przypominała daleką Syberię a nie Stany Zjednoczone. Śnieg padał gęstymi płatkami, a pługi najwyraźniej nie nadążały z odśnieżaniem. Samochody stały w zaspach, ludzie przeklinali. Prawdziwa zimowa poezja, dodając do tego oszronione drzewa i gromadkę dzieciaków rzucających się śniegowymi kulkami. Ogłuszonej wydarzeniami poranka Joyce wydawało się, że znajduje się za szybą, odgrodzona od tego co dzieje się wokoło. Natłok uczuć i myśli rozgniatał jej umysł i miała wrażenie, że wszyscy dookoła wiedzą co się stało. Przyspieszyła kroku i w ostatniej chwili wbiegła do wagonu odjeżdżającego w kierunku Brooklynu metra. Na ujście emocjom pozwoliła dopiero wtedy, gdy zamknęła za sobą drzwi mieszkania. Wtedy usiadła na podłodze w korytarzu i popłakała się jak małe dziecko... Tak zależało jej na tym stażu, tyle czasu poświęciła by go zdobyć i 
zaharowywała się jak świnia w kapuście by się utrzymać. Wszystko najprawdopodobniej runęło jak domek z kart. Dwight wyrzuci ją na zbity pysk, a jej zostanie tylko nalewanie piwa do kufli i tanie flirty z obleśnymi ochlejami. A wtedy oxy będzie brała coraz częściej, piła jeszcze więcej i skończy na obciąganiu jakiemuś frajerowi w jego półciężarówce za marne dolary. Zaryczana i zasmarkana powlokła się do kuchni i wyciągnęła z lodówki butelkę wódki, po czym nalała sobie solidną porcję do szklanki. Bez zastanowienia wychyliła alkohol duszkiem, mocno się krzywiąc po przełknięciu. W łazience umyła swoją zapuchniętą od płaczu twarz, chociaż miała ochotę rozbić lustro i kawałkami szkła sobie ją pochlastać. Dopełniłoby to obrazu nędzy i rozpaczy. Po przygotowaniu w kuchni karmy i wody dla szczurków nalała sobie kolejną szklankę i zaniosła do pokoju. Szepcząc słodkie słówka do małych futrzaków napełniła ich "karmniki" i zrzuciwszy z siebie ubranie wsunęła się pod kołdrę, by upajać się poczuciem własnego nieszczęścia. Wódka tak szybko uderzyła jej do głowy, że niemal błyskawicznie 
zasnęła. Sen miała twardy, głęboki, nie zmącony żadnymi projekcjami i obrazkami. Nie obudził jej nawet kilkukrotny sygnał połączenia w telefonie i huragan w osobie Jackie, która wpadła do mieszkania, nakarmiła Zwłokiego, przebrała się i wybiegła na klatkę schodową z głośnym trzaśnięciem frontowych drzwi. Zerwała się ze snu dopiero cztery godziny później, z solidną migreną i uczuciem suchości w ustach. Do jej uszu docierał dźwięk dzwonka do drzwi, ale początkowo planowała go olać. 
Jackie swoje klucze miała, Cailin, Jeremy i Simon byli w pracy, a innych odwiedzin się nie spodziewała. Ktoś po drugiej stronie był jednak nad wyraz uparty i naciskał przycisk z zacięciem maniaka. W końcu JJ odpuściła i wstała na nogi, po czym ruszyła w stronę drzwi, po drodze zakładając dżinsy i t-shirt z logiem "Def Leppard", coby w samej bieliźnie gościa nie spławiać. Jak wielkie było jej zdziwienie kiedy tym gościem okazał się sam Szefu nad Szefami, Miszcz i Mentor, Carmine Dwight i w całym swym majestacie opierał się lewym bokiem o ścianę.
- Co Ty... znaczy Szef tu robi? - Wydukała Joyce, nie wiedząc czy ma uciekać przez okno, czy schować się do szafy, a może zwyczajnie zatrzasnąć mężczyźnie drzwi przed nosem. Ten zmarszczył czoło i zmierzył kobietę od stóp do czubka ognistej głowy.
- Telefony się odbiera, Jareau, z łaski swojej - stwierdził, krzyżując ręce na piersi. - Wpuścisz mnie czy ukrywasz grupę znajomych naćpanych oxy?
Joyce przewróciła oczami i odsunęła się od drzwi, by Dwight wszedł do środka.
- Nie wiedziałam, że teraz wypowiedzenia same przychodzą do delikwenta, a nie delikwent po nie - powiedziała, wskazując gościowi krzesło w kuchni. - Kawy, herbaty, soku, wody, koktajlu z prochami? - Spytała, opierajc się plecami o kuchenną szafkę.
- Bredzisz JJ, nikt Cię nie zwalnia. - Brunet usiadł na krześle. - Zrób mi kawy, bo zamierzam z Tobą długo rozmawiać. Też jestem człowiekiem i popełniam mnóstwo błędów, nie ukrywam - zaczął, obserwując jak rudowłosa nalewa wody do czajnika, kładzie go na płycie i przygotowuje dwa kubki, jeden z kawą, drugi z herbatą. - Nie oczekuję bezwzględnej poprawności od moich pracowników, zresztą sama widzisz jakie oryginalne osobowości u nas pracują - spojrzał na nią i wyliczył: - Rory, czyli heavymetalowiec w syndromem misia i wieczne dziecko, Blair - nieuleczalna optymistka, hippiska, Alice - skryta, zamknięta w sobie, pedantyczna perfekcjonistka, która wciąż marzy o księciu na białym koniu, eks-striptizer Jesse i przebiegła karierowiczka Camille. - Uśmiechnął się kiedy Joyce podała mu kubek i usiadła naprzeciwko. - Od pierwszego spotkania wiedziałem, że możesz sprawiać problemy.
- Ta? - JJ spojrzała na niego spod byka. Znalazł się behawiorysta od siedmiu boleści. - Wyczytałeś to z mojego listu motywacyjnego czy spojrzenia?
- Mam intuicję co do ludzi, szczególnie wykolczykowanych i wytatuowanych rudzielców - zażartował, ale po chwili spoważniał. - Twój dzisiejszy wynik badania wylądował w niszczarce, ale nie upiecze Ci się - zapewnił. - Twój staż kończy się wraz z ostatnim dniem lutego, do tego czasu będziesz bez ostrzeżenia proszona o poddanie się badaniom. Nie mogę pozwolić na to, by moja analityczka chodziła do pracy napruta jak niemiecki czołg, bo uwierz mi te Twoje zastrzyki czy kroplówki z glukozy to pieprzone placebo, które co prawda daje kopa ciału, ale na mózg nie pomaga. Nie oszukuj siebie, bo naprawdę źle skończysz - ostrzegł, a Joyce tylko spuściła wzrok i gapiła się tępo w taflę herbaty. - Jak często bierzesz oxy?
- Daj spokój, Dwight, nie rób ze mnie cholernej ćpunki, nawet nie wiedziałam co łykam, byłam pijana - wyjaśniła w końcu, mając dosyć wywodów mężczyzny, nie tylko dlatego że ból rozsadzał jej czaszkę. 
- Ocknęłam się rano na totalnym zgonie, wstrzyknęłam sobie glukozę i tyle. Miałam pecha z tym testem, cholernego, więc nie wmawiaj mi że mam jakiś nałogowy problem, bo jedynym moim problemem jest to, że pracuję po 16 godzin na dobę, żeby móc żyć na jakimś poziomie. I tyle - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu i upiła łyk gorącej herbaty. - Nie Twoja ani moja wina w tym, że za ten staż dostaję marne grosze i praktycznie to jest wolontariat z mojej strony, bo gdyby nie praca w pubie nie miałabym nawet na wynajem pokoju. Życie jest brutalne, Carmine. Przeżywają tylko najlepsi, najtwardsi i najbrutalniejsi, taka jest brzydka prawda. Okazujesz słabość to przegrywasz, lądujesz na samym dnie pieprzonej hierarchii społecznej.
Carmine wpatrywał się w dosyć dziecięcą jeszcze twarz Joyce z lekkim przerażeniem.
- Naprawdę tak myślisz, JJ? - Spytał. - Naprawdę uważasz, że musisz liczyć tylko na siebie i bezemocjonalnie przeć jak czołg do przodu?
Brunet wyciągnął z portfela wizytówkę i położył ją na stole. - To mój prywatny numer telefonu, jeśli kiedyś ktoś w pubie będzie zbyt natarczywy lub zwyczajnie będziesz chciała z kimś pogadać to zadzwoń. Powoli będę Cię przekonywał, że nie masz racji - powiedział, wstał z krzesła i pocałował Joyce w policzek, po czym bez słowa wyszedł z mieszkania.
- Palant - mruknęła cicho JJ i odstawiła kubek na blat.




"Powtarzamy, że jutro będzie inne, a często jest takie samo jak dzisiaj."
James D.Cay

***
Bardzo powoli uczę się na nowo pisać. Będę wdzięczna za Wasze opinie, a jeśli ktoś będzie miał ochotę na wątek odnośnie noty to proszę bardzo.

09/02/2013

[1922] Nie zatrzyma nas już nic!



Samolot wylądował na płycie lotniska z piskiem kół, sunął przez chwilę po pasie, aż zatrzymał się w końcu i wykonano całą serię działań, by wypuścić pasażerów do budynku lotniska. W środku czekał cały tłum ludzi, to na odloty, to na znajomych i rodzinę, którzy mieli przylecieć. Wśród owych osób siedziała kobieta w czarnych włosach z kapturem na głowie i nieodpalonym papierosem w dłoni, którym wystukiwała jakiś rytm o swoje kolano.
Gdy tłum pasażerów wysypał się do wnętrza kobieta uniosła wzrok, obserwując przybyłych i poszukując spojrzeniem czarnowłosej, niewysokiej kobiety, którą widziała na zdjęciach i zgodziła się odebrać. Kobietą ową miała być Lexie O’Brien, rodowita Brytyjka o niecodziennym głosie i talencie muzycznym. Mógłbyś powiedzieć – jedna na milion. Aczkolwiek nie do końca, bo kobieta oczekująca jej w budynku lotniska wydała kilka albumów, robiąc przy tym nie małą karierę w światku muzycznym. Nie jest przypadkiem spotkanie obu kobiet, poza muzyką łączyła je bowiem jeszcze jedna rzecz. Nazwisko. Nie czuły się jednak jak siostry i być może wcale nimi nie były. Jedna pochodziła z wysp brytyjskich, wychowała się w dobrym domu i wszystkiego miała pod dostatkiem, druga zaś wychowywana była przez ciotkę, a w chwili, kiedy stała się pełnoletnia spakowała się i zamieszkała w Nowym Jorku, zarabiając na siebie własnymi rękoma. Różniły je klasy społeczne, w których dorastały, zasady życiowe i priorytety. Wspólnymi cechami były natomiast upór i wszędobylstwo, przez które niekiedy, właściwie nawet często, pakowały się w kłopoty.
Mężczyzna, który dał nazwisko obu kobietom był doprawdy dziwnym człowiekiem. Swoją pierwszą córkę i żonę opuścił bardzo szybko, zaraz po tym, jak okazało się, że miłość jego życia jest poważnie chora. Przez długi czas pił, a później przeniósł się do Europy. Poznał tam kolejną miłość swego życia, spłodził kolejne dziecko, posadził drzewko i kupił samochód. Z ostatniego śmiecia stał się dobrym tatusiem. Nie interesował się nigdy małą Katherine, której matka umarła kilka tygodni po tym, jak ją opuścił. Dopiero kiedy dostał w sklepie muzycznym płytę z jej zdjęciem i nagraniami obudził się w nim ojcowski instynkt, przez co usilnie próbował nawiązać kontakt z córką. W czasie tym jego druga latorośl wydoroślała i oznajmiła, że chce studiować medycynę w Nowym Jorku. Mężczyzna z ciężkim sercem zgodził się na to – był bowiem kochanym tatusiem.
I tak oto jesteśmy w budynku lotniska, gdzie zrezygnowana i zmęczona Katherine czeka na swoją przyrodnią siostrę, Lexie.
Najmłodsza panna O’Brien ukazała się właśnie w miejscu odbioru bagażu. Szamocząc się z walizką i rzucając pod nosem obelgi przewlekła się przez korytarz, kierując się do krzesełek, wypatrując zrezygnowanej i zmęczonej kobiety. Zdawała sobie sprawę, że Katherine nie jest zachwycona perspektywą niańczenia jej w najbliższym czasie, postanowiła więc być miła, słyszała z opowieści, że jest tą „lepszą córką”, co chyba nie powinno być dobrym określeniem, jeśli Katherine ojciec widział po raz ostatni, kiedy miała kilka lat i potrafiła skleić kilka zdań i zrobić siku do nocnika, a nie w pieluchę.
-Lexie? – Usłyszała miękki, ale zarazem donośny głos, który kazał jej odwrócić się do okoła i poszukać jego źródła. Była nim siedząca z brzegu kobieta w kapturze, bawiąca się nerwowo papierosem. Skierowała więc kroki w jej stronę.
-Katherine? – Zapytała unosząc nieco brew, obserwując włosy, rysy twarzy i sylwetkę kobiety.
-We własnej osobie. – Kobieta wstała i bez większych ceregieli wskazała wyjście. Na parkingu stał dosyć nowy, czarny dodge, o którego drzwi kierowcy opierał się ubrany jedynie w bluzę mężczyzna. – Mieszkam z djem, więc czasem jest głośno, często mnie nie ma, mam dużo pracy w pubie, mam bezczelnego kota, zostawiłam dla Ciebie dwie wolne szuflady i trzy półki, powinno jak na razie Ci wystarczyć, nie robię zapasów jedzenia, głównie jem na mieście, pokój Jasona jest nietykalny, on w sumie też. To chyba wszystko. – Dodała po chwili Katherine, kierując się do wskazanego przez nią wcześniej auta. Lexie potakiwała tylko ruchem głowy, oceniając siostrę w duchu jako zdzirę i sukę. Z wypowiedzeniem tych słów postanowiła się wstrzymać, jednak ponoć pierwsze wrażenie jest najważniejsze, a nie było ono wspaniałe.
-Jestem Sharon Lee, miło mi poznac młodszą siostrę Katherine. – Powiedział kierowca auta, pakując walizkę Lexie do bagażnika. Starsza O’Brien wsiadając do samochodu niemal ścięła głowę mężczyzny wzrokiem, słysząc owe słowa.
-Lexie O’Brien. – Odparła lepsza córka O’Briena, uśmiechając się delikatnie. O ile miała siostrę sukę, o tyle szofer był całkiem miły. Po spakowaniu jej rzeczy oboje wsiedli do dodge’a, a Sharon zapuścił silnik i włączył się do ruchu. Przez całą drogę do mieszkania Kathe atmosfera w samochodzie była napięta, jedynie kierowca starał się ją rozładować, czego jednak w końcu zaniechał, bo pogarszały one jedynie sytuację. Wysadził obie kobiety pod kamienicą i stwierdził głośno z niejaką ulgą, że dostał wezwanie i musi jechać w teren. Tak więc kobiety zaniosły walizkę na górę, w mieszkaniu czekał już głodny kot i skacowany współlokator liczący na wspólne śniadanie. Szybko został ściągnięty z nieba na ziemię i lekko zrażony złym nastrojem Katherine schował się w swoim pokoju, zabierając wcześniej z kuchni karton soku.
Mieszkanie było małe, miało dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, znajdowało się w nim coś na kształt rupieciarni – tak naprawdę był to przyszły pokój Lexie, należało najpierw zając się bzdetami, którymi był on zawalony.
Brytyjka czuła się trochę wyobcowana, dlatego rozpakowała powoli walizkę, a następnie wyszła na balkon, by być jak najdalej od zaraźliwego, podłego nastroju Katherine. Spokój nie trwał jednak długo, niecały kwadrans później dołączyła do niej starsza siostra z papierosem w ustach. Podpaliła go i opierając się o barierkę obserwowała nowojorskie niebo, które powoli zaczynało zachodzić chmurami.
-To nie tak, że Cię nie lubię. – Powiedziała zamyślona, nie patrząc nawet na Lexie. – To dla mnie dziwna sytuacja, zawsze żyłam jako jedynaczka, mając za kompankę Enkeli, która poniekąd była mi jak siostra. Teraz to się zmieniło i potrzebuję trochę czasu. – Dodała po chwili, zastanawiając się nad każdym słowem. Nie chciała urazić przyszywanej siostry, ale i nie chciała też, by ta pakowała się z buciorami w jej życie, chociaż na to było już odrobinę za późno. – Czuj się jak u siebie, witamy w Nowym Jorku. – Powiedziała, po czym zniknęła we wnętrzu pokoju. Alexandra Swift – O’Brien przez chwilę jeszcze obserwowała ulicę z góry, jednak w końcu i ona wślizgnęła się do mieszkania.

Pierwsze dni w nowym miejscu były dla Lexie czymś cudownym i jednocześnie najgorszym w jej życiu. Uczelnia, na którą została przeniesiona wydawała się być całkiem przyjazna i otwarta na nowych uczniów, a współuczestnicy wykładów niezbyt zainteresowani nową koleżanką, co też bardzo jej pasowało. Atmosfera w mieszkaniu nadal była ciężka, jedynie Jason mieszkający z nimi próbował coś z tym zrobić, czym udawało mu się poprawić odrobinę pochmurny nastrój Lexie. Zaprosił ją też na spacer, co wiązało się ze zwiedzaniem wartościowych miejsc i kilku pubów, do których warto było zajrzeć. Mężczyzna wyjaśnił jej pokrótce przyczyny napięcia pomiędzy siostrami płynącego ze strony Katherine, mieszkał z nią już prawie rok i zdążyli się zaprzyjaźnić. Znalazła mu pracę i zaproponowała mieszkanie, chociaż tak naprawdę wcale go nie znała. Słysząc tak wiele pozytywnych opinii na temat siostry Lexie zaczęła powoli, aczkolwiek nieświadomie zmieniać zdanie na jej temat.
Szczególnie poruszyła ją historia dorastania u wrednej ciotki, bez ojca, opłakując zmarłą matkę. Powoli zaczynała rozumieć, dlatego stawała się bardziej wyrozumiała dla Katherine. Zauważyła, że dziewczyna niemal wypruwa sobie flaki, żeby utrzymać pub, mieszkanie i podtrzymać karierę, która skupiała się głównie do pojedynczych występów i mniejszych koncertów.
Od kilku dni spała na dmuchanym materacu, co źle wpływało na jej sen i kręgosłup, jednak niewielka rupieciarnia powoli zaczynała pustoszeć, Lexie nie miała pojęcia, co działo się z owymi rzeczami, raz znalazła wśród nich złotą statuetkę z dedykacją dla jej siostry za cudowny głos i talent, kilka dni później statuetka zniknęła wraz z całym pudłem nowych butów, które były tylko lekko zakurzone. Wolała nie pytać, nie wiedzieć i nie przyznawać się, że grzebała w jej rzeczach, dlatego siedziała cicho, podsypiając na swoim materacu.
Senior O’Brien wydzwaniał do niej dwa razy dziennie, zasypując ją różnymi pytaniami. Chciał wiedzieć, czy jej dobrze w nowym mieście, czy jej się podoba, czy niczego nie brakuje. Ani razu jednak nie zapytał o Katherine, co bardzo dziwiło Lexie.

Od jej przybycia minął tydzień, wprowadziła się w końcu do najmniejszego pomieszczenia w mieszkaniu, mając dla siebie własny kąt. Katherine pytana o wysokość trzeciej części czynszu, prychała tylko pod nosem i wracała do swoich czynności.
Pokój Lexie pomimo tego, że był mały, był całkiem uroczy. Brakowało jedynie kilku detali, dzięki którym wyglądałby na przytulny i miły, dlatego też poprosiła Jasona o pomoc w dotarciu do centrum handlowego. Polubiła mieszkającego z nimi DJa, postanowiła jednak nie spoufalać się za bardzo, by nie rozwścieczyć na nowo siostry. Mając czas wolny posprzątała zakurzone półki, odkurzyła łóżko i podłogę, zawiesiła na oknach firanki. Na kilku wiszących półkach ustawiła książki medyczne i podręczniki, które były jej potrzebne do nauki, kilka zeszytów, tych czystych i zapisanych oraz czasopisma medyczne z nowymi technikami operacji. Kupiła też dwa kwitnące storczyki i ustawiła je na parapecie, lubiła te kwiaty i nie mogło ich zabraknąć w jej pokoju. Zauważyła, że kot Katherine często usypiał między nimi na parapecie, grzejąc się na wpadającym przez okno słońcu.
Pomimo przeciwności i nieporozumień była zadowolona z wyjazdu z Anglii. Nowy Jork jest pięknym miastem, pozwala na rozwój zdolności i zachęca do zabawy. Lexi pierwszy raz od wyjazdu była szczerze szczęśliwa, widząc z okna ulice Nowego Jorku. Świat stał przed nią otworem, wystarczyło jedynie w niego wkroczyć…         
________
Oficjalnie już w Nowym Jorku, zapraszam więc do wątków :)

07/02/2013

1921. Szczęście bywa niekonwencjonalne


Przez szeroko otwarte okna wpadało do pokoi gorące powietrze. Niebo było bezchmurne, a słońce mocno grzało. Pogoda jak z bajki. Wymarzony dzień, by popływać w basenie lub poopalać się leżąc na trawie. Jednak ani w basenie ani w ogrodzie nie było żywego ducha.
Dom od wielu już dni stał niemal pusty. Żadnych biegających z krzykiem dzieci, żadnych głośnych kłótni zakochanych, żadnych wybuchów radości. Gosposia, pani Lovrett, przychodziła tu codziennie, choć niemal nic tu nie robiła.  Czasami coś odkurzyła, codziennie wietrzyła dom, czasem też coś ugotowała dla gospodarzy, ale Ci z dnia na dzień jadali coraz mniej. Jej mąż, Antoine Lovrett, spędzał całe dni w winnicy, która  znajdowała się teraz pod jego wyłączną opieką. Było im tu dobrze, kochali to miejsce, ale wciąż z nostalgią wspominali, jak to było dawniej.
Blisko dwadzieścia lat wcześniej to miejsce tętniło życiem. Blondynka i brunetka- dwie kuzynki- były to oczka w głowie wszystkich mieszkańców. Ich dziadek spędzał całe dni w winnicy, gdzie też one często się bawiły, i z prawdziwą pasją opowiadał im o tym, jak wytwarza się wino. Jego żona, a babcia dziewczynek, rozpieszczała swoje wnuczki najróżniejszymi potrawami. Ciasto? Codziennie inne. Obiad? Zawsze najsmaczniejszy. Pieczywo? Domowej roboty. 
Rodzice dziewczynek zazwyczaj pojawiali się tu wieczorami, w dzień bowiem pracowali w mieście. Blondynka miała tylko ojca, ale to nie miało znaczenia. Ciotka, babcia i kochana pani Marianne Lovrett- te trzy kobiety obdarzały ją taką miłością, że nie odczuwała braku matki. 
Później wszystko się zmieniło. Blondynka, wraz z ojcem, wyjechała do Kanady, tu zaś została brunetka. Poszła do szkoły, później na studia. W międzyczasie wrócił tu ojciec blondynki, osiem lat temu zaś niespodziewanie przyjechała  ona sama. Dom ten na nowo zaczął tętnić życiem. Urodziła się wierna kopia blondynki, nowe oczko w głowie wszystkich mieszkańców.
Teraz, po tych czasach, zostały tylko wspomnienia i pies. Mieszkańcy miasteczka często zastanawiali się, dlaczego państwo Greece są sami, dlaczego wnuczki ich zostawiły, dlaczego nie widują swoich prawnuków. Syna stracili, córka mieszkała w Paryżu. Co się stało, że sami mieszkali w tak pięknej posiadłości, co się stało, że nikt z rodziny nie pomagał im w winnicy?
Ludzie lubią plotki, czym byłby świat bez nich? O tej rodzinie też dużo plotkowano, w końcu było o czym. Mówiło się, że brunetka, Patricia, pracuje w więzieniu. Skończyła psychologię i pedagogikę, to wszystko nawet do siebie pasowało. A blondynka… Ona była o wiele ciekawszym tematem rozmów. Pojawiła się tu kiedyś z dzieckiem, jako samotna matka. Skąd ono się wzięło, czyje było? Tego nikt nie wiedział. Wzięła tu ślub, ale potem wyjechała, rozwód zaś nastąpił bez spotkania. Nikt nie wiedział gdzie mieszka, co robi. Idealna podstawa do plotek. A te były bardzo różne. Jedni mówili, że jest prostytutką, inni, że poślubiła jakiegoś miliardera i żyje nic nie robiąc, jeszcze inni sądzili, że prowadzi nieczyste biznesy. Taka czarna owca w rodzinie. Jakaś przecież musi być, prawda? No i jak ta blondynka miałaby uczciwie pracować, skoro ma nie wiadomo czyje dziecko i nie odwiedza własnych dziadków?



Ponad sześć tysięcy kilometrów dalej, w Nowym Jorku, rozbrzmiewał wesoły śmiech małej Hayley. Razem z bratem ganiali się po mieszkaniu, walcząc tym samym o ostatniego gofra z czekoladą. Cassidy zmywała niespiesznie talerze, patrząc na nich z uśmiechem na twarzy. Każdy wieczór spędzony z dziećmi bardzo ją cieszył, były to przecież najpiękniejsze wieczory w jej życiu.  Po dniu spędzonym w kawiarni lubiła ten czas, gdy mogła zapomnieć o wszystkim, nie martwić się o pieniądze i po prostu być z rodziną. Czasami zastępował ją ojciec dzieci, ona wtedy wychodziła by spędzić czas z przyjaciółmi. Czasami bawiła się w klubie, czasami też spędzała czas na cmentarzu, rozmyślając, jakby to było, gdyby Hope lub też ojciec Cass dziś żyli. Zdarzało się też, że wcale z domu nie wychodziła, szła spać wcześniej lub przeglądała plany Charlotte na nowy klub. Ta chciała, by Cass jej pomogła, zaangażowała się w ten projekt, może nawet nie wkładała w to żadnych pieniędzy, ale zaprojektowała wnętrze, dała jakiś pomysł. Z jednej strony Cass traktowała to z lekką rezerwą, z drugiej zaś wiedziała, ze jeśli się nie zgodzi to będzie tego długo żałowała. Poza tym to dałoby jej szansę na zarobienie wystarczających pieniędzy, by wyjechać z dzieciakami na wakacje do Francji, odwiedzić w końcu dziadków.
Ale teraz nie był czas na to, by się nad tym zastanawiać. Heath wygrał, dostał ostatniego gofra. Nikogo to nie zdziwiło, zawsze wygrywał. 
Za tydzień znów będzie czwartek, dzień gofrów,  dzieciaki będą walczyły o ostatniego z nich a Cass będzie sprzątała po kolacji ciesząc się z życia, jakie ma. O lepszym przecież nawet nie śniła.

Niczego w zasadzie do historii Cass to nie wnosi, ale dawno nic nie pisałam, a miałam ostatnio trochę czasu i tak na to mnie naszło :) I nie krzyczeć, kiedyś w końcu się rozpiszę i będzie lepiej :P