Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/01/2015

1997. Angel of small death and the codeine scene.


- Nadal nie wiem po co tutaj przyszłam - przyznała szczerze Charlotte, wbijając zniecierpliwione spojrzenie zmęczonych oczu w kobietę siedzącą naprzeciwko niej. Elizabeth Rollison była terapeutką z niespełna dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym i wieloma publikacjami w literaturze fachowej na swoim koncie. Dodatkowo była zjawiskowo piękną brunetką o klasycznych, doskonałych rysach twarzy i posągowych kształtach, ubranych w szyte na miarę, drogie i eleganckie ubrania. Nic więc dziwnego, że Charlotte przygniótł nadmiar doskonałości pani Rollison.
- Jednak przyszłaś, więc najwidoczniej miałaś powód. - Elizabeth uniosła lekko kąciki ust w delikatnym, zachęcającym uśmiechu. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, że jej wygląd jej zniewalający, ale wykorzystywała go by zdobywać zaufanie pacjentów. Nie chciała niczego na rudowłosej wymuszać. Wiedziała, że trafiła tutaj z polecenia swojej przyjaciółki, a jej byłej studentki Shelly D'Angelo.
- Shelly z uwagi na zaangażowanie osobiste odmówiła mi pomocy i poleciła mi panią jako najlepszą opcję. A ja chyba po prostu potrzebuję porady kogoś, kto obiektywnie spojrzy na mnie i kopnie mnie w cztery litery.
- Popracujemy nad tym, byś sama mogła kopnąć się w tyłek - sprostowała psycholog i poprawiła się na fotelu. - Czy możesz powiedzieć mi dlaczego przybyłaś do Nowego Jorku? - Spytała, chcąc rozeznać się w życiu kobiety, nie naruszając jeszcze żadnej z jej granicy. Rudowłosa uśmiechnęła się lekko na to pytanie i odpowiedziała:
- Od kiedy pamiętam chciałam tutaj zamieszkać - zaczesała palcami włosy za ucho. - To był cel, jaki postawiłam sobie na studiach. Ukończyć MiT i przenieść się do Wielkiego Jabłka, miasta, które ciągle tętni życiem. Pociągała mnie ta wielobarwność miasta, ilość ludzi i tempo życia. Co prawda początkowo po ukończeniu studiów siedziałam w Bostonie, ale zwiałam od razu po chwyceniu pierwszej w miarę odpowiedniej oferty pracy. Przyjechałam tutaj z dwiema walizkami. To wszystko co miałam wtedy.  Zawsze uważałam, że moje powinno być tylko to, co mogę w każdej chwili spakować. Nie lubiłam gromadzić rzeczy.
- Czy tutaj czujesz się jak u siebie? 
- Jeszcze niezbyt, chociaż mieszkam w mieście ponad pół roku. To dla mnie jeszcze zbyt krótko - przyznała ruda. - Nadal jestem w gotowości by spakować się i uciec, niestety.
- Wspomniałaś, że ostatnio złożyłaś wypowiedzenie w obecnej pracy. Możesz wyjaśnić dlaczego? Przecież jak sama powiedziałaś warunki nie były tam złe, pieniądze całkiem dobre, godziny dosyć elastyczne...
- Yhmmm - Z ust rudowłosej wydobyło się ciche westchnienie.

W drzwiach gabinetu Brennana pojawiła się we wtorkowy poranek w połowie stycznia, ubrana jak zwykle w schludny laboratoryjny kitel, spod którego wystawały spodnie w pionowe, niebiesko-czarne pasy i długie rękawy czarnej bluzki. W ręku trzymała kartkę papieru formatu A4, a na twarzy malowało się zaniepokojenie.
- Szefie, chcę porozmawiać - zaczęła nieśmiało i usiadła naprzeciwko mężczyzny. Jack Brennan, lekko posiwiały brunet po czterdziestce uniósł wzrok znad klawiatury laptopa.
- Od kiedy chcesz rozwiązać umowę o pracę? - Spytał bez zbędnych ceregieli, bo takiego posunięcia ze strony pracownicy spodziewał się od pewnego czasu.
- Chcę odejść po ostatnim dniu stycznia. - Charlotte położyła arkusz papieru na biurku i wyprostowała się. - Nie oczekuję rewelacyjnych referencji, tak szczerze mówiąc. Dobrze wiem, że średnio wpasowałam się w system pracy panujący tutaj - lekko zagryzła dolną wargę. - Nie potrafię pracować tylko według instrukcji, bez żadnej przestrzeni dla swojej inwencji.
- Wiem, Charlotte, zauważyłem. - Jack wziął papier i wrzucił do szuflady. - Jednak nie zamierzam dać Ci złych referencji. Każde zadanie, które Ci powierzyłem, wykonywałaś dobrze i terminowo. To, że czasami usiłowałaś zbaczać z wyznaczonego kursu nie wpływa na całokształt mojej opinii. Cenię w Tobie to, że masz swoje zdanie, chociaż często mnie to denerwowało - przyznał poprawiając okulary w ciemnogranatowej oprawie. - Mniemam, że ostatnie wydarzenia również przyczyniły się do takiej, a nie innej, decyzji, prawda? - Spytał, przywołując w Charlotte wspomnienia z jednego z ostatnich dni grudnia, kiedy znalazła zwłoki jednego ze współpracowników w jego laboratorium. Śledztwo wciąż było otwarte, a częste wizyty prokuratora Parrisha* doprowadzały Brennana do szału. Mniej więcej tak samo jak współpraca z jego doradcą finansowym, Clarke'm**, kolejny wrzód na tyłku.
- Nie ukrywam, że przebywanie tutaj niczego nie ułatwia. - Ruda skinęła głową i odetchnęła głęboko. - Ani fakt, że gdybym weszła do laboratorium Jake'a dziesięć minut wcześniej, to prawdopodobnie skończyłabym tak samo. Podsumowując, potrzebuję odmiany i odejście stąd to najlepsze co mogę w tej chwili dla siebie zrobić - wyjaśniła, pomijając fakt, że niemal codziennie śni jej się ten sam obraz: martwi Jake i ochroniarz, oraz ona leżąca w połowie drogi pomiędzy nimi, z dziurą po kuli na samym środku czoła. Codzienne spacery tą samą trasą tylko pogarszały sprawę.
- Rozumiem. - Brennan zerknął na ekran laptopa. - Dasz radę uporać się ze swoim zleceniem do końca miesiąca? - Spytał. Chciał być pewien, że odejście pracownicy nie opóźni pracy całego Instytutu. - Nasz klient już zaczyna się niecierpliwić...
- Myślę, że nie będzie problemu. - Charlotte skinęła głową, powstrzymując się od przewrócenia oczami. Pieprzony służbista. Zabili mu pracownika, a on wciąż myślał tylko i wyłącznie o pieniądzach i dobrym imieniu Instytutu. - Jestem już na końcowym etapie badań, wnioski sformułuję w dwa-trzy dni i dostarczę do Ciebie jak tylko skończę - zapewniła, wstając z krzesła. - A teraz zajmę się pracą, jeżeli w tym momencie wszystko jest jasne.
- Wrócimy do rozmowy bliżej terminu Twojego odejścia, przygotuję wszystko co potrzebne. - Brennan również wstał i uścisnął dłoń Charlotte. Ta uśmiechnęła się grzecznościowo i wyszła z gabinetu, przyspieszając kroku na korytarzu, by jak najszybciej zamknąć się w czterech ścianach swojego stanowiska pracy. Tam usiadła przy biurku i sięgnęła po telefon komórkowy. 

Złożyłam wymówienie. Naprawdę pozytywne uczucie. Pojutrze mam rozmowę w pubie. Ewentualnie będę siedzieć na kasie w markecie.  Jakoś sobie poradzę.

Wystukawszy pięć krótkich zdań na klawiaturze telefonu wysłała smsy do Shelly i Cartera, będąc pewna, że oboje raczej staną po jej stronie. Nie myliła się.

Carter: Dzielna dziewczynka, poradzisz sobie. 
Shelly: Jeżeli uważasz, że to jest dla Ciebie najlepsze, to nie mam nic przeciwko i trzymam kciuki. Buziaki wariatko.

- I co zrobiłaś potem? - Głos terapeutki wyrwał Charlotte z zamyślenia. Potrząsnęła głową, aż rude kosmyki zatańczyły wokół jej twarzy. Spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na kobietę, dopiero po dłuższej chwili kontynuowała:
- Skończyłam pracę, wróciłam do mieszkania, wyszłam do pubu i po raz kolejny byłam lekkomyślna.
- Możesz rozwinąć myśl? Co rozumiesz przez to, że byłaś lekkomyślna?
- Upiłam się, odpowiadałam na zaczepki, ostatecznie spoliczkowałam jednego z zaczepiających. Potem jak gdyby nigdy nic sama, na pieszo, wróciłam do mieszkania. Przecież zdawałam sobie sprawę jakie to niebezpieczne. Ciągle to robię, świadomie przekraczam granicę, jakby wyzywając los na pojedynek. Nie, nie sypiam z nikim, to nie jest mój styl, raczej przeciągam strunę do ostateczności i zwiewam, jak gdyby nigdy nic.- Charlotte potarła dłonią kark. Dotarło do niej, że tak naprawdę od paru dobrych lat powinna nie żyć. Szlajała się sama nocami po podejrzanych miejscach, wchodziła na poręcze mostów tylko po to by tam posiedzieć i pozastanawiać się jakby to było, gdyby spadła, ewentualnie by w spokoju podziwiać wodę. - Lubię sprawdzać czy tym razem też mi się uda.  Na razie wychodzę ze wszystkiego bez szwanku. Obawiam się, że mogę kiedyś nie mieć tyle szczęścia.
- Czy często słyszałaś, że jesteś wartościowa? Tak bez powodu. Czy mówiono Ci, że wspaniale sobie radzisz? - Spytała nagle Elizabeth, marszcząc brew. Charlotte niemal podskoczyła z wrażenia na fotelu.
- Nie - zaprzeczyła, kręcąc głową. - Nie pamiętam, zawsze musiał być konkretny powód - odpowiedziała i zagryzła dolną wargę. - I raczej tyczyło się to szkoły, chyba nigdy nie usłyszałam, że jestem wspaniała albo ładna. Nigdy. Moi rodzice...
- Rozmawiamy tutaj o Tobie, nie próbuj tłumaczyć postępowania swoich rodziców - przerwała jej Rollison. - Sama masz problem z poczuciem własnej wartości. Gdybyś uważała się za kogoś wartościowego to nie ryzykowałabyś niepotrzebnie. Uważasz, że świat nie ucierpi jeżeli Tobie się coś stanie. Nikt się tym szczególnie nie przejmie. Czujesz się przez to usprawiedliwiona, nieprawdaż? Nie oczekujesz jednak niczyjej uwagi, bycie w centrum zainteresowania by Cię zbytnio przytłoczyło. Ty po prostu lubisz ryzykować tylko dla siebie. Czyż nie taka jest prawda?
W odpowiedzi Charlotte zagryzła mocniej wargę, a po policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Być może - odpowiedziała i podniosła się na nogi. Starała się ukryć to, jak bardzo zdruzgotały ją słowa psycholożki. Nie mogła przyznać nawet przed samą sobą, że kobieta może mieć rację.
- Myślę, że na dzisiaj mi starczy - stwierdziła, biorąc do ręki torbę i płaszcz.
- Jeszcze tutaj wrócisz - zapewniła ją Rollison i odprowadziła do drzwi. - Nie skończyłyśmy naszej rozmowy...



***

* Chodzi o naszego Masona Parrisha, którego autorka wymyśliła ten wątek
** Jak powyżej, pan Matthew Clarke

28/01/2015

1996. Lilianne Eagle

 Tego ranka odezwały się ptaki. Zupełnie niespodziewanie zaświergotały wesoło, wiosennie, mimo iż był ledwie styczeń. Cóż, bywało tak ciepło, że pojawiały się przebiśniegi. Na zimę chyba nie było już co liczyć. Najwyraźniej tego roku postanowiła zrobić sobie wolne. I mimo ogólnego krzyku wznoszonego przez obrońców przyrody na temat globalnego ocieplenia, topnienia lodowców, wymierających misiów polarnych, mieszkańcy Nowego Jorku nie panikowali. Miasto tętniło życiem tak samo, jak o każdej innej porze roku. Nawet najbardziej sroga zima nie była w stanie zatrzymać jego rytmu. Nieliczni potrafili przystanąć by podziwiać śnieg, słońce, zieleń liści. Nieliczni usłyszeli tego ranka ptaki i zauważyli przebiśniegi.

Lialianne zwróciła uwagę na świergot dobiegający zza okna tylko dlatego, że nie mogła spać. Tej nocy budziła się parokrotnie, a nad ranem była już zupełnie przytomna. Leżała jednak w ciepłej pościeli i wpatrywała się w zasłony zakrywające duże okno. Światło obramowało je złotem. Promienie wciskało się przez szpary, padając na biurko, spowijając meble w delikatnym blasku. Nie można było zauważyć szczegółów, dojrzeć detali bibelotów stojących na półkach, przeczytać tytułów książek piętrzących się na biurku. Ale nie trzeba było zapalać lampki, by wstać, mimo iż było jeszcze przed siódmą.

Lilianne wyciągnęła rękę spod kołdry i sięgnęła po telefon. Spojrzała na wyświetlacz. Do rozbrzmiania alarmu budzika miała jeszcze pięć minut. Dotknęła ikonki i wyłączyła pobudkę. Odrzuciła grubą pierzynę i bosymi stopami stanęła na puchatym dywanie. Czuła się w pełni rozbudzona. Od razu pościeliła łóżko i przykryła je narzutą, którą przywiózł jej ojciec z podróży do Indii. Ręcznie haftowana, ze złotymi zdobieniami była najbardziej wyrazistą ozdobą tego pokoju. Reszta przedmiotów utrzymana była w odcieniach beżu, które komplementował wyrazisty, nasycony fiolet narzuty.

Dziewczyna wyjęła z garderoby przygotowane dzień wcześniej ubranie – białą koszulę z szerokim kołnierzem, tiulową spódnicę szyta na kole, granatowy sweterek. Po porannej toalecie dobrała dodatki, które ożywiały ten dość formalny strój, przełamując go żółcią. Do uchwytu torebki przywiązała aksamitną apaszkę, by zawiązać ją na szyi już po dotarciu do biura. Tego dnia zaczynała staż, zaczynała pierwszą pracę. Trochę późno, bo dopiero w dwudziestym pierwszym roku życia.

W tym semestrze miała zajęcia na uczelnie tylko trzy dni w tygodniu, za to od rana do wieczora, toteż spokojnie mogła odbywać praktyki w kolejnych trzech dniach, zostawiając sobie niedzielę na odpoczynek. Była podekscytowana nową rolą, chociaż nie była jeszce do końca pewna, co dokładnie będzie robić.

Nigdy przedtem nie pracowała. Po prostu nie było takiej potrzeby. Była jednak bardzo obowiązkowa, jako że od małego jej grafik wypełniały różnorodne zajęcia: taniec towarzyski, łyżwiarstwo figurowe, pianino... Potem różne kółka szkolne, z przedmiotów w których przodowała (a było ich kilka) i szkolna gazetka. Po liceum dostała się na elitarne studia na Columbia University, gdzie, zgodnie z oczekiwaniami ojca podjęła studia prawnicze. Tego dnia miała pójść pierwszy raz do pracy. Zanużyć się w środowisku nie-akademickim, w którym jej osiągnięcia sportowe, czy wpływy rodziców nie miały znaczenia. Mogła pokazać siebie taką, jaką chciała być postrzegana.

Ostatni raz spojrzała w lustro i poprawiła wsówkę wysuwającą się z włosów. Zajrzała do torebki, by sprawdzić, czy ma tam wszystko, czego będzie potrzebować i zeszła na dół, do jadalni. Była godzina ósma, a więc jej matka, dyrektorka jednego z najlepszych nowojorskich szpitali, powinna właśnie pić kawę przed wyjściem do pracy.

- Dzień dobry, mamo. – Lilianne dotknęła ramienia mamy, mijając jej miejsce i usiadła na krześle obok. Na stole przed nią stało nakrycie, a gdy tylko usiadła, z kuchni weszła ich gosposia niosąc dzbanek kawy. – Inez! Piękny dzień, co? – zwróciła się do kobiety.

- Bardzo ładny. Ale mroźny. Niech pani weźmie gruby płaszcz – odpowiedziała latynoska, uzupełniając filiżankę pani domu, a potem nalewając kawy Lilianne. Dziewczyna odpowiedziała jej uśmiechem i sięgnęła po mleko. Na stole stały dwa dzbanuszki. Matka piła ciepłe mleko ze swoją kawą, jednak Lilianne wolała zimne i było to zawczasu przygotowane.

- Jaki masz plan na dzisiaj? – spytała matka, nie podnosząc wzroku znad gazety, którą czytała.

- Zaczynam dzisiaj staż – odpowiedziała dziewczyna, sięgając po bagle’a.

- Ach tak. Nadal nie rozumiem, dlaczego nie mogłaś odbyć tych praktyk u Martina. Tato mówił, że Martin chętnie by cię przyjął. Renomowana kancelaria. – Matka spojrzała na córkę, unosząc brew. Przesunęła wzrokiem po jej twarzy, oceniając makijaż, fryzurę. Uśmiechnęła się z aprobatą, mimo iż jej słowa były zakamuflowaną reprymendą.

- Oj mamo, chciałam spróbować tam. Z resztą zawsze mówisz, że powinnam eksperymentować, póki jestem na studiach, nie? – Lilianne uśmiechnęła się szeroko.

- Cóż, kochanie, zadecydowałaś. Mam nadzieję, że się tam na tobie poznają. W końcu dużo lepsze firmy dałyby się pokroić za taką zdolną, inteligentną praktykantkę. – Matka sięgnęła do jej dłoni i przykryła ją swoją, zakończoną zadbanymi, idealnie zrobionymi paznokciami. Ścisnęła lekko, tym razem uśmiechając się cieplej. – A co potem? Będzieś świętować? Spotkasz się ze znajomymi? Oni dzisiaj też zaczynają swoje staże, prawda? Nie widzieliście się całe święta.

- No tak, na egzaminach nie da się pogadać.

- Prawda. Pójdziecie gdzieś? Może do tej nowej kawiarni na piątej? Słyszałam, że jest bardzo dystyngowana. Była na liście najlepiej zapowiadających się lokali 2015 roku. Wybieram się tam za kilka dni z Amelią, ale wiesz, trudno nam się umówić. Ona jest taka zajęta. Naprawdę, dziecko w jej wieku!

Lilianne przygryzła wargę. Obawiała się reakcji matki na to, jakie miała plany na popołudnie. Zastanawiała się nad nimi od swoich urodzin. I mimo iż minęło już kilka miesięcy, nadal nie umówiła spotkania, bo, prawdę mówiąc, nie wiedziała, czy powinna.

Nigdy nie miała dobrych relacji z siostrą. Zawsze czuła, że ta odrzucała ją, dystansowała się od rodziny. Lilianne nigdy nie mogła zbliżyć się ani do niej, ani do brata. Może dlatego miała świetny kontakt z rodzicami? Właściwie była na nich skazana w swoim wolnym czasie, bo do pokoju brata czy siostry wstęp miała wzbroniony. Z resztą niewiele łączyło ją z rodzeństwem. Pamiętała, że gdy byli mali bawili się razem, ale z czasem uformował się front ona przeciwko nim. A potem została sama. Wynieśli się z jej życia i chyba nie brakowało im młodszej siostry. Na pewno za specjalnie się nią nie interesowali. Do niedawna nie miała nawet numeru telefonu siostry.

- Wiesz, myślałam, że zadzwonię do Elaine – powiedziała. Imię siostry dziwnie leżało w ustach. Zazwyczaj w ich domu mówiło się o niej „twoja starsza córka” lub „twoja starsza siostra”, jakby samo jej imię mogło sprawić komuś przykrość.

Matka odstawiła z brzdękiem filiżankę na talerzyk. Równocześnie zabrała rękę z dłoni Lilianne.

- Czemu? Czy coś się stało? – spytała, jej głos niższy o kilka tonów, już nie radosny i lekki.

- Nieee. Tak tylko myślałam... Nie było jej na święta... Dawno się nie widziałyśmy...

- Nie rozumiem, Lilianne. To ona wyszła z tego domu. Nikt jej nie wyrzucał. – Matka złożyła gazetę i wbiła w nią wyczekujące spojrzenie.

- Tak, ale... No nie wiem... Może warto by było z nią porozmawiać?

- Lilianne, nie powinnaś marnować czasu na ludzi, którzy niczego nie wnoszą do twojego życia. Niczego nie możesz się od niej nauczyć. Nigdy nie była dla ciebie dobrą siostrą, mimo iż ja marzyłam o dwóch córkach, które by się kochały, były bliskimi przyjaciółkami... To ona jest starsza, powinna być dojrzalsza, interesować się tobą. To, że przyniosła ci na urodziny parę tanich kolczyków nie znaczy, że darzy cię jakimkolwiek uczuciem.

Lilianne otworzyła usta, ale po chwili je zamknęła i wbiła wzrok w swój talerz, na którym smętnie leżało pół bagle’a. Zabolały ją słowa matki, ale nie mogła się z nimi nie zgodzić. Wiedziała przecież, że jej mama tęskni za córką i synem, że czuje, jakby bezpowrotnie ich straciła, może nawet poległa jako matka. Nie chciała przysparzać jej zmartwień swoimi kontaktami z siostrą, ale miała nadzieję, że Elaine może wyjaśnić jej kilka kwestii. Na przykład co się stało z Patem? Czemu odeszła? Czemu tak bardzo krzywdzi rodziców, którzy całe swoje życie podporządkowali trosce o swoje dzieci i ich przyszłość?

- Nie chcę, abyś się rozczarowała. Pamiętam, jak było ci przykro, gdy ona się wyprowadzała – kontynuowała matka. Równocześnie, nie czekając na odpowiedź, wstała, zostawiając na stole swoje śniadanie i kawę. – Muszę iść do pracy. Dobrze ci radzę, spotkaj się ze znajomymi, rozerwijcie się. Nie zaczynaj nowego semestru rozczarowaniem.

- Miłego dnia, mamo – Lilianne powiedziała do swojego talerza. Czuła się jak mała dziewczynka słuchając kroków mamy. Nie była już głodna, a jej ekscytacja pierwszym dniem pracy rozmyła się w zapachu kawy i tostów.

Niedługo potem Lilianne narzuciła ciepły płaszcz (zgodnie z radą Inez), opatuliła się szerokim, długim szalem i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zbiegła po schodach na ulicę, nabrała w płuca mroźnego, kłującego powietrza, rozejrzała się za taksówką. Nie powinna była przejmować się tą konwersacją. Właściwie wiedziała, że matka nie będzie zachwycona. No i prawdę mówiąc, nie potrzebowała jej aprobaty, by spotkać się z siostrą.

Powoli na jej twarz znów wpełzł uśmiech. Zajrzała do torebki, sięgnęła po telefon, ale w ostatniej chwili cofnęła rękę. Mimo iż faktycznie było zimno na niebie świeciło blade słońce, a kałuże pokryte były ledwie cienką warstwą lodu, jak folią spożywczą, która pękała przy nadepnięciu. Do krawężnika podjechała taksówka i Lilianne podbiegła do niej. Nie zauważyła nawet, gdy zdeptała pęczek przebiśniegów pokonując drogę do auta.




[Witam serdecznie. Jak przystało na NYC witam się pierwszą notą. Wszelkie poprawki/uwagi/komentarze mile widziane. :) ]

26/01/2015

1995. Had a dream of a place on another plane. Where there is no light and there is no shame.

 

Błoto. Wilgoć. Kałuże. Deszcz. Przemoczone buty i kolejny połamany parasol. Być może była w tym wina angielskich genów, ale zawsze jej się to podobało. Nigdy nie mogła pojąć dlaczego ludzie chcieli upału i słońca. Tropikalne wyspy przypominały jej bardziej piekło niż raj. Okropność. Chłód nigdy nie był dla niej problemem. I tak nie go czuła na wiecznie lodowatych dłoniach i stopach.
 Mimo wszystko potrzebowała jakiejś zmiany. Czuła jak życie ucieka jej przez palce. Dzień za dniem, który wnosił jeszcze mniej niż jego poprzednik. Nowi ludzie pojawiali się równie szybko, co znikali. Przywykła do tego. W końcu większość z nich była tylko podstarzałymi turystami, którzy zatrzymywali się na kilka dni w ich domu, a później znów przychodził czas by wymienić pościel na świeżą. Mimo wszystko zawsze pozostawała jakaś pustka. Dystans był jej najlepszym obrońcą przed bólem, ale rzadko kiedy potrafiła z skorzystać z jego obrony.
Mieszkając całe życie w Bibury czasem zapominała, że istnieje coś więcej niż tylko ta wioska. Nie była jednak pewna, że chce tego czegoś, tego więcej. Przyzwyczaiła się do nijakości i samotności. Depresja stała się jej siostrą, a smutek bratem, choć na zewnątrz dalej była jedynaczką. Chciała wierzyć, że tkwi w niej jakiś potencjał i nawet czasem udawało się jej w to uwierzyć, ale nie wiedziała co z tym zrobić. Raz czuła się jak bardzo stary człowiek, a raz jak dziecko. Wszystko toczyło się raz za wolno, a raz za szybko. Ale to w końcu nie była do końca jej wina. Rozchwiane hormony potrafiły sporo namieszać. Nie, nie była w ciąży. Była po prostu chora. Dalej jest.
Wiedziała, że musi wrócić do świata albo zginąć próbując. Wyjechała więc do Londynu by zacząć studia. Antropologia przywróciła jej coś w rodzaju zapału do życia. Nie dawała jej jednak zbyt wielu perspektyw na przyszłość. Bądźmy szczerzy,  nie dawała jej żadnej perspektywy. Nigdy nie była z tych, którzy potrafili się wybić. Mogła ją skończyć i wrócić do Bibury jak gdyby nigdy nic. I choć po części tego chciała, to oznaczałoby to jej porażkę, a potrzebowała czegoś innego by wyrównać szalę swojego życia. Powrót oznaczałby zawiedzione spojrzenia jej rodziny przełamane litością. Miała poważny problem z odczytywaniem ludzkich emocji. Widziała i przejmowała za dużo. Postanowiła spróbować w tym samym czasie ze stomatologią. Materiał nawet w części się pokrywał. W nie dużej, ale zawsze. Nie widziało się jej w  prawdzie grzebanie w czyichś ustach, ale z czasem przeszło jej. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Choć ‘wszystkiego’, to może zbyt duże pojęcie i trzeba mieć nadzieję, że jednak nie do wszystkiego. Do tego jednak można.
Skończyła więc studia na dwóch kierunkach i ruszyła dalej rzucając się na jeszcze głębszą wodę by sprawdzić czy na pewno nauczyła się pływać. W końcu w ostateczności może się co najwyżej utopić, choć akurat to nie tego się obawiała. Bała się bardziej zachłyśnięć. Tego chwilowego bólu, strachu, który grawerował się w pamięci. Jednak każdy powinien podnieść rzuconą mu rękawicę, przyjąć wyzwanie jakkolwiek miałoby to się skończyć by później nie zadawać sobie pytania „Co by było gdyby…?”, choć i tak w końcu padnie i to nie jeden raz. Ale nie teraz.
 
[Przepraszam autora poprzedniej notki za przysłonięcie tą i wszystkich, których kuje ten stwór w oczy. Nie jest to nic dobrego, ale by dopełnić tradycji NYC-a dodaję pierwszą notkę i witam się ze wszystkimi. Od razu dodaję, że ona nie jest wiecznie smutną kobietą w zaawansowanej depresji. Jak to mówią jest to rodzaj „cichej wody”. Jeśli macie ochotę sami możecie się przekonać. A teraz dziękuję za uwagę, a jeszcze bardziej dla tych, którzy postanowili to wszystko przeczytać.]

22/01/2015

[1994] And I'm gonna show ya, what's really crazy

„Widzisz? Wielu tu chodzi, których mijasz na ulicy.
Chciałbyś widzieć przyjaciół, a tu są sami przeciwnicy.
Sami wrogo nastawieni, sami, to nie ma granic,
bo czy normalna jest opcja, że sami siebie zabijamy?
Popatrz, czy widzisz tępą obojętność w oczach wszystkich?
Zamiast sobie pomagać - walczą ze sobą o zyski, o pieniądz.
Nikt nie myśli głową, sercem, duszą, a kieszenią.
Wszyscy tylko się szprycują kłamstwem, jak narkoman chemią.
Dosyć, nie można znosić tego dłużej, dosyć kurwa,
tylko nienawiść, a miłość w roli chłamu, bubla.”


                Świeże, mroźne powietrze wypełniało niemal całe mieszkanie. Otwarte na całą szerokość drzwi balkonowe skrzypiały lekko przy silniejszych powiewach. Na szklanym blacie stolika w pokoju nocnym stała otwarta i do połowy pusta butelka Johnnie Walkera, obok niej znajdowała się zapełniona petami, dymiąca popielniczka. Na materacu leżał rozrzucony w nieładzie koc, a na podłodze obok męska koszulka. Jej właściciel siedział na podłodze w pokoju służbowym, paląc bezmyślnie kolejnego papierosa.
                Była czwarta nad ranem, a on przesiedział tam kilka godzin, wpatrując się w zabazgrane mazakiem ściany, przekładając poprzyczepiane pinezkami zdjęcia z miejsc zbrodni, ofiar sprzed chwili śmierci i potencjalnych zabójców. Dla kogoś z zewnątrz wnętrze pokoju mogło przywodzić na myśl sceny ze starych thrillerów z Bradem Pittem. Jednak mężczyzna nie był wcale psychopatą, ani seryjnym mordercą, był zwykłym detektywem policyjnym, który rozwiązywał pogmatwane śledztwa. W ten sposób pracowało mu się najlepiej, ważniejsze fakty zapisywał mazakiem, swoje pomniejsze myśli zwykłym długopisem, by domysły nie zacierały faktów.
                W pokoju właściwie nie było żadnych mebli, mężczyzna potrzebował dużo przestrzeni, Nowy Jork był niebezpiecznym miastem i każdego dnia na jego biurko trafiały nowe dokumentacje z miejsc zbrodni, teczki wypełnione makabrycznymi zdjęciami ciał ofiar i wszystkich przedmiotów, które mogły być pomocne przy odnalezieniu sprawcy. Nie miał problemów z kopiowaniem zdjęć, był praktycznie sam sobie szefem, jedyną kulą, która ciągnęła mu się u nogi był jego partner. Świeży absolwent szkoły policyjnej, po dodatkowej specjalizacji i dwóch latach spędzonych na patrolach. Cóż, jedni się do czegoś nadają, a drudzy są stworzeni do całkiem innych spraw. Johnny – bo tak miał na imię partner Huntera – stworzony chyba został przez pomyłkę. Ta sama pomyłka popchnęła go do szkoły policyjnej, wybrała specjalizację i nie pozwoliła mu zrezygnować, gdy mierzył z pistoletu do złodzieja z trzęsącymi się dłońmi, podczas gdy ten podrzynał gardło jego koledze. Nie strzelił. A teraz trafił do Huntera, bo brakowało ludzi, a on miał odpowiednie uprawnienia. Cóż z tego, że nie miał praktyki. Wszystkiego mógł się przecież nauczyć od starszego kolegi.
                Na szczęście detektyw miał wolny wieczór i nie musiał spędzać nawet najmniejszej chwili ze swoim partnerem. Mógł więc spać spokojnie, bo nic nie mogło mu się stać. Zwykle telefony zrywały go ze snu w środku nocy, nawet jeśli nie musiał pilnie jechać do biura, to i tak później miał problemy z zaśnięciem. Tej nocy jednak nie obudził go telefon, brał na siebie zbyt dużo nadgodzin i spraw, dostał więc bezwarunkowe wolne i nie musiał nawet wstawać wcześnie rano. Nie przeszkodziło to jednak bezsenności wkraść się do jego pokoju i skutecznie uprzykrzyć mu wieczór.
                Na początku myślał, że jeśli napije się, to sen przyjdzie sam. Później jednak pozbył się złudzeń i siedząc w fotelu nalał sobie kolejną szklaneczkę whisky. Od dawna nie palił, miał jednak przy sobie awaryjną paczkę Cameli. Najpierw wypalił jednego, później kolejnego, a jeszcze później pół paczki. Oglądając wiadomości myślał o byłej żonie. Miał już za sobą idylliczne małżeństwo, jednak chyba tęsknił czasem za tymi spokojnymi dniami, uśmiechniętą kobietą w kuchni i ciepłym obiadem. Nie był wtedy tak zimny i bezduszny, a właściwie miał nadzieję, że taki nie był. A przynajmniej do chwili, kiedy Lea zachorowała. Później chyba też zrobił się obojętny, wysłuchując wyrzutów i obelg. Jednak to, co widywał niemal każdego dnia w Nowym Jorku zrobiło z niego innego człowieka. Jak nastoletnia córka mogła strzelić do ojca trzydzieści razy, jak żona mogła poderżnąć mężowi gardło podczas snu, jak mąż mógł gwałcić młodą córkę? Czasem sam miał ochotę zabijać, takie potwory, jakimi czasem bywali ludzie. Bywali, bo przecież nie byli nimi zawsze, tylko przez kilka sekund wystrzału, ciosu nożem. Później był płacz, żal, przyznanie się do winy. Ale czy to coś zmienia? Czy przeprosiny zwrócą kobiecie cnotę? Czy przeprosiny wtłoczą krew w żyły męża i przywrócą go do życia? Nie. Wtedy są to już tylko puste słowa, które wypowiadamy dla usprawiedliwienia siebie, wymazania win. Bo przecież przeprosił, on NIE CHCIAŁ. Nie, to tak nie działa. Liczą się czyny, nie słowa. Czasem największą zemstą jest brak wybaczenia. Oprawca, który po latach rozumie, co zrobił i co dzień rano patrzy w lustro i wie, co zrobił. Wie, jakim jest człowiekiem. Błaga o wybaczenie, każdego dnia, kilkakrotnie. Zrobiłby wszystko, by usłyszeć że jest na to jakaś nadzieja. Niestety, dla takich ludzi nie ma wybaczenia.
                Mężczyzna zastanawiał się, jakim człowiekiem jest on sam. Czy świadome zabijanie drugiego człowieka w obronie własnej jest dobre? Oddzielamy pojęcie zabójstwa, robiąc z niego morderstwo lub samoobronę. Po co się zabijamy? Po co niszczymy się sami, dostając tak piękny dar jakim jest życie? To jedyne, co mamy. To nasze świadome wybory kierują nas w życiu i kreują osobowość i to, kim tak naprawdę się stajemy. Czy bieda daje nam prawo do zabijania? Kradzieży? Czy bogactwo daje nam władzę?
                Tak naprawdę to sami zrobiliśmy ze świata ring, na którym walczymy o przetrwanie. Silniejszy zjada słabszego, to jedyna logika w dzisiejszym świecie. Czy kiedyś było inaczej? Niestety nie, od zawsze zwyciężał silniejszy, ten który miał więcej kamieni, większego kutasa, większy pistolet lub więcej kasy.

„Na przestrzeni lat świat się zmienił, a ludzie na ziemi 
wciąż nie mogą się zmienić i docenić samych siebie.
Zamiast pomóc w potrzebie - jeden drugiego chce pogrążyć
i za wszelką cenę dąży, by napełnić własną kieszeń.
Coraz wyżej pnie się, coraz więcej chce za większą cenę,
a rozsądek i sumienie, dawno poszły w zapomnienie.
Dawno już odeszły, dawno temu, jeden brat przeciw drugiemu.
Tylko czemu? Tylko za co? Może w piekle płacą za to.
Za chciwość i zazdrość, już tego mam dość,
świata, który przez kolor skóry mury między ludźmi stawia.
Nie chcę sam świata naprawiać, nie chcę, nie chcę.
Chcę tylko pokazać to, co mówi moje serce.
Mówić więcej o nas samych, o tym jak się zatracamy
w tym co chcemy, z tym co mamy, co bierzemy, a co damy w zamian,
więc zacznijmy się nad sobą zastanawiać.”


                Po nocy spędzonej na rozmyślaniu Hunter zasnął jak dziecko. Zbyt dużo myśli kłębiło się chyba w jego głowie, chciał chociaż na chwilę się ich pozbyć.

*

Addison Brown opuściła prywatny helikopter i przebiegła plac małego lotniska małymi kroczkami, na tyle bowiem pozwalały jej wysokie obcasy drogich butów. Przyciskała do głowy duży, czarny kapelusz, by nie zsunął się z jej bordowych włosów porwany przez wiatr. W drugiej ręce miała dużą aktówkę, pełną służbowych dokumentów. Nie miała ze sobą bagażu. Nigdy nie lubiła przywiązywać się do przedmiotów. Opuściła więc Londyn w swoich najlepszych ubraniach z teczką dokumentów i laptopem, a resztę miała zamiar kupić na miejscu.
Kim była Addie? Najlepszym lekarzem medycyny sądowej w kraju. Postanowiła porzucić Londyn dla rodzinnej Ameryki, w której było więcej ciekawych przypadków, mogła więc mieć większą frajdę z pracy i bardziej się wykazać. Miała nadzieję na owocną współpracę, słyszała, że detektyw Joseph Hunter ma pełne ręce roboty i kiepski zespół, pomimo wielu sukcesów. Musiał więc być bardzo zmęczonym człowiekiem, a Addie postanowiła dać mu odrobinę wytchnienia, wydobywając ze zwłok więcej, niż podstarzała Caroline, która była już niemal ślepa.

*

   Obudził się później, niż zamierzał. Nie miał właściwie jakichś wielkich planów, nadal miał wolne, a telefon siedział cicho, mógł więc na początek zjeść spokojnie śniadanie. Lodówka była pusta, a on sam nie miał ochoty ruszać się z domu. Po spaleniu papierosa i wypiciu gorącej kawy postanowił zadzwonić do swojego partnera.
Chłopak też miał wolne, właściwie to bardziej chorobowe, po serii wymiotów na miejscu zbrodni. Dobrze się składało, mógł więc przywieźć Hunterowi pizzę, w nagrodę dostając kilka dobrych rad od starszego kolegi.
Po niecałej godzinie zapukał do drzwi detektywa. Ten otworzył mu w samych spodenkach, zabrał z rąk karton ze śniadaniem i ruszył do pokoju nocnego. Poza nim i tym służbowym miał tylko kuchnię i łazienkę, więc niestety sypialnię musiał połączyć z salonem.
- Siadaj gdzie chcesz, niestety mam tylko jedno krzesło – powiedział spokojnie, wyciągając z kartonu kawałek pizzy i rozkładając się wygodnie na obrotowym krześle. Johnny stanął w progu pokoju, rozejrzał się niedyskretnie po jego wnętrzu, po czym oparł się o ścianę.
- Siadaj do cholery, materac nie gryzie – dodał po chwili Hunter z ustami pełnymi ciasta. Tym razem chłopak posłuchał, obawiał się chyba tego, że detektyw może zrobić z jego życia piekło. Przez chwilę siedzieli w ciszy, wbijając wzrok w poranne wiadomości. – Jeśli chcesz być dobrym gliną, to musisz się jeszcze wiele nauczyć – Johnny skinął głową, poprawiając materac, który odjechał nieco po tym, jak oparł się o ścianę. – Spróbuj na początek wziąć się do kupy i nie rzygaj jak baba w ciąży, jesteś w końcu facetem i to nie byle jakim. Jeśli przeszkadza ci smród, to kup maść ziołową, jeśli widok, to w każdej chwili mogę pokazać ci milion ohydniejszych rzeczy niż ciało bez głowy lub odwrotnie. Zresztą, chodź, pokażę ci coś – detektyw wstał i skierował się do pokoju służbowego. Wskazał partnerowi zdjęcia z miejsc zbrodni, te najpaskudniejsze oczywiście. Chłopak przełknął głośno ślinę, jednak nie zwymiotował. Miał farta, w przeciwnym razie musiałby kupić Hunterowi nową wykładzinę.
-Skup się, to kilka najtrudniejszych śledztw, których jeszcze nie zamknąłem. Nie słyszałeś o nich, bo przydzielili cię do mnie niedawno, może jedynie z telewizji, popieprzeni reporterzy zawsze wyłażą z najmniejszej dziury, są jak szczury – powiedział spokojnie, zastanawiając się, dlaczego nie zabrał ze sobą pizzy. – Patrzę na te zdjęcia kilka razy dziennie, bo mam nadzieję, że przyjdzie mi do głowy rozwiązanie sprawy, że przypomni mi się coś, co wcześniej pominąłem. Są tu wszystkie moje fakty i poszlaki. Więc posiedź sobie tu trochę, bo może ja coś przeoczyłem.
- Ale jak to? – Zapytał blady Johnny. – Ja? Przecież ja dopiero się uczę i w ogóle …
-To, że się uczysz nie ma żadnego związku, potrzebny mi świeży umysł, ja znam już te śledztwa na pamięć. Więc powodzenia, tam jest kuchnia, gdybyś chciał piwa, a tam jest łazienka – wyszedł z pokoju, zostawiając małolata samemu sobie. – A ja skończę śniadanie – dodał pod nosem,  wracając do pokoju nocnego.


Po kilku godzinach i kilku piwkach Joseph przeniósł się na materac, zaczął boleć go kręgosłup od siedzenia na obrotowym fotelu i właściwie miał dosyć stałego podsuwania się bliżej stołu i jeżdżenia na nim do kuchni po kolejne piwo. Kilka razy zastanawiał się, czy Johnny jeszcze żyje, czy może stracił przytomność po jego wyjściu i umarł już dawno z braku tlenu. To byłby numer, ciekawe, czy uznaliby to za zabójstwo, czy zaklasyfikowaliby do nieszczęśliwych wypadków. Nie musiał się dłużej nad tym zastanawiać, bo po chwili Johnny wślizgnął się do pokoju z plikiem notatek.
- No to tak … - burknął, siadając na krześle bez pytania, na co Joseph uśmiechnął się pod nosem. Może da się jeszcze zrobić z niego dobrego partnera. - … w sprawie zgwałconej staruszki wydaje mi się prawdopodobny motyw sąsiada, jego zeznania jakoś nie kleją się do kupy, sprawdziłbym go, a raczej jego mieszkanie, może ma jakieś fanty z domu kobiety. Dalej, uprowadzony dzieciak, który nagle pojawia się po miesiącu i ma zanik pamięci? To na pewno robota UFO – zerknął na Huntera, który parsknął śmiechem. Chyba powinien częściej zamykać go w pokoju służbowym, po kilku godzinach Johnny robił się nawet zabawny. – Kobieta, której podawano środki nasenne, a następnie gwałcono ją dosyć brutalnie, hmm, dziwne, że odbywało się to zawsze, kiedy mąż nie spał w domu. Ich syn wydał mi się dziwny, z tego co wyczytałem. Nie widział nic strasznego w całym zajściu, a wręcz przeciwnie, uznał, że jego matka powinna się cieszyć, że ktoś w takim wieku chce ją pieprzyć – Hunter kiwnął głową z uznaniem, przypominając sobie przesłuchanie osiemnastolatka i jego oczy wypełnione gniewem i szaleństwem. Niestety wtedy nie mógł mu niczego udowodnić, bo sprawca był bardzo dokładny i nie zostawiał po sobie śladów. – Dalej… zwłoki kilkunastu osób w starym magazynie. Brak ran kłutych, ani śladów po kulach – zrobił małą przerwę dla nabrania oddechu. – Może podano im narkotyki? Albo to jakaś egzekucja narkotykowa? Co do dzieciaka znalezionego w jeziorze, to myślę że po prostu bawił się z kolegami, albo …
- Dobra, dobra, dobra – przerwał mu szybko Hunter, zrywając się z materaca. Zdążył zapomnieć już o tej sprawie, właściwie nie miał pojęcia, dlaczego nadal trzymał kopię jej akt. Powinien dawno je zniszczyć, przypominały mu tylko o tym, co stało się w Kanadzie.
- Poza tym, nie wiedziałem, że miałeś żonę – burknął cicho Johnny, spuszczając głowę.
-Miałem, nie miałem, czy to ważne? Miałeś zająć się tylko śledztwami – odparł dosyć spokojnie detektyw. – I złaź z mojego fotela – chłopak posłusznie podniósł się i podparł ścianę, podczas gdy Hunter zajął jego miejsce i pojechał do kuchni po kolejną puszkę piwa.

*

„ Chciałbym żeby każdy każdemu był życzliwy,
żeby prawda płynęła z ust, a nic co na niby
nie ma miejsca. Prosto w oczy słodkie słowa,
a na plecy przekleństwa, wymowa - to mowa ludzka.
Dość mam tego świata, jak z odbicia w lustrach,
wszystko jest dokładnie odwrotnie.
Trzymasz prawą rękę w górze, lewą widzą przechodnie,
Podasz komuś dłoń by wstał, a jak wstanie to cię kopnie.
Ty będziesz stał tyłem, nie powiesz, że się myliłem,
nie powiesz tak nie, życie nie jest lekkie, czasami słodko pachnie,
przecież to przykimasz, sam wiesz jak jest.
Przyjaciel cię wydymał, powiesz tak nie, nie było.
Jak ten typ nawinął: zawiść, ludzka nienawiść.
Poprosisz o przysługę: "nie ma sprawy",
a później usłyszysz setki razy wypomnienie 
taką właśnie płacisz cenę, nic za friko 
Nic za darmo od nikogo.
Dziś od przyjaciół możesz dostać tyle, ile dałeś swoim wrogom.
Pieniądze, logo, więc płacisz bezcen za każde dobre słowo.
Czy tak powinno być? To nie boli, rusz głową,
Naucz się wśród ludzi żyć i być sobą.”


- To od dziś jest pani stanowisko pracy, jeśli będzie pani potrzebowała kogoś do pomocy, albo po prostu do robienia notatek i kawy, to przyślemy pani kogoś.
                - Dziękuję, komendancie, ale nie chcę tutaj byle kogo. Potrzebuję zaufanej osoby, która wie do czego służy mózg i potrafi nim pracować.
                - Ma pani kogoś konkretnego na myśli?
                - Właściwie to tak, nie współpracuję z kobietami, będzie to więc mężczyzna. Ściągnijcie mi Victora Drew. To najlepszy medyk sądowy, oczywiście zaraz po mnie.
                - Zrobię wszystko co w mojej mocy, mogę coś jeszcze dla pani zrobić?
                - Owszem, kiedy będę mogła poznać detektywa Huntera?
                - Obawiam się, że niebawem. Proszę uważać, kłopoty lgną do niego jak myszy do sera.

*

Victor Drew, a właściwie Vic Drou prowadził dosyć zwariowane życie. Był medykiem sądowym, więc jego praca polegała tak naprawdę na tym, by wywlec z ciała wszystko, co mogło być związane ze śmiercią denata. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na profesjonalistę. Ubierał się dosyć dziwnie jak na mężczyznę w jego wieku, miał mnóstwo tatuaży, właściwie to wyglądał bardziej jak łobuz, niż jak dobrze wykształcony geniusz. Wymieniał asystentów szybciej niż bieliznę, każdy chciał się u niego uczyć, nie każdy dawał radę. W takim zawodzie trzeba było mieć dużo samokontroli, a Vic ani trochę nie ułatwiał uczniom pracy. Większość wymiotowała, płakała, po czym uciekała z kostnicy z wrzaskiem.
Vic nie pieprzył się z niczym, jeśli chciał coś przekazać, to robił to prostym sposobem. Wierzył w to, że praktyka czyni mistrza, więc od samego początku wciskał w łapę roztrzęsionego studenta skalpel, siadając następnie na krzesełku obok i zabierając się za śniadanie. Niektórzy uważali go za niewychowanego wariata, zapominali jednak dodać, że był doskonałym medykiem, który pomagał w rozwiązywaniu jednych z najgłośniejszych spraw w kraju.
Od kilku lat pracował w Phoenix, jednak już od pewnego czasu myślał nad przeniesieniem, miał już chyba dosyć pracowania z rzygającymi i roztrzęsionymi asystentami, wściekłymi i oburzonymi panienkami i płaczącymi facetami. Miał szczęście, jak zawsze zresztą. Odbierając telefon od samego komendanta nowojorskiej policji nie miał nawet pojęcia, co mężczyzna chce mu zaproponować. Zgodził się jednak od razu, czekał na taką propozycję od dawna.

*

                Po kolejnych kilku godzinach partnerzy umierali ze śmiechu przy programach telewizyjnych, w których właściwie nie było nic śmiesznego. Wypili sporo, więc atmosfera nieco się rozluźniła. Hunter miał nadzieję, że przełamie to pierwsze lody i Johnny w końcu zbierze się w sobie i będzie zachowywał się normalnie. No może nie jutro, jutro pewnie będzie miał kaca. Nie był jednak takim gburem, na jakiego wyglądał. Po kilku piwkach rozwiązał mu się język i opowiedział Hunterowi dlaczego wstąpił do policji.
                O tym, jak złodzieje okradali jego dom w nocy. O tym, jak jego starsza siostra próbowała ich zatrzymać. O tym, jak strzelili jej prosto w twarz. O jego matce, która darła się tak głośno, że nie mógł tego znieść. Umilkła dopiero z kulą w piersi. O jego ojcu, który był na nocnej zmianie. W końcu o tym, jak mężczyzna umierał powoli, zatracając się w alkoholu. I o małym Johnnym, który jako dziesięciolatek potrzebował miłości.
__________________
Cytaty w całości z Fenomenu, większość pewnie zna.  

10/01/2015

[KP] Zaire - I

They said I’d be nothin’.
So I became everything


ZAIRE
Carter Zaire Crawford
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 27 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio. Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów. Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek. Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią. Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.

08/01/2015

[1993] Dzień zły.

Uwaga, treści mogą być obraźliwe i brzydkie. (Adminie, nie krzycz!)

Nigdy nie lubił Kanady. Te małe, zapyziałe miasteczka, w których każdy każdego znał, mentalność ludzi, którzy wielbili miejscowych, a przyjezdnych omijali szerokim łukiem i najchętniej spaliliby ich na stosie, srogie zimy, małe, zawijaste drogi na których nie można było rozpędzić auta. Ale to chyba jeszcze nie to. Najbardziej drażniła go głupota ludzi i ich światopogląd. Podczas rozwiązywania śledztwa musiał często gryźć się w język, by nie sprowokować ludzi do rozpalenia stosu. Właśnie tak – stosu. Nie był miejscowy, nie był „swój”. Zawsze przyglądali się mu spod byka, a w ich małych móżdżkach rodziły się zapewne żądze mordu. Nigdy nie mówili mu wszystkiego (bo nie był „swój” i nie musiał o wszystkim wiedzieć), a gdy dowiadywał się czegoś z innego źródła, to pytani wzruszali ramionami i odwracali wzrok (bo co też on może wiedzieć o życiu).
Pech chciał, że jego żona uwielbiała Kanadę. Zresztą, „uwielbiała” to chyba zbyt słabe słowo. Od kiedy tylko tam zamieszkał ( Lea była „swoja”, urodziła się tam) jego uprzedzenia przerodziły się w prawdziwą nienawiść. Dlaczego? Otóż proste. Ich salon, kuchnia, łazienka i sypialnia wypełnione były badziewnymi gadżetami tematycznymi, nawet deska klozetowa miała na sobie miniaturowe flagi (czy to już nie jest przesada?) i za każdym razem, gdy ją widział zdawała się krzyczeć „zdejmij to ze mnie!”. Lea kochała sąsiadów, mieszkańców małego miasteczka, ich dzieci i dzieci tych dzieci. Była nauczycielką w szkole podstawowej, karły legły do niej jak pszczoły do ula, rodzice przynosili jej ciasteczka po pracy i pewnie jeszcze wylizaliby jej tyłek, gdyby im na to pozwoliła.
I w takiej to sielance spędzili cztery lata. Ona cieszyła się każdym dniem, on z każdą chwilą chciał palnąć sobie w łeb.
Wszystko toczyło się w swoim trybie, śniadanie, chwila relaksu (jeśli można to tak nazwać) w pracy, powrót do domu, obiad, ciasteczka znoszone z całego miasteczka, piwo, telewizor, kolacja i spać. I całe to cudowne gówno rozpieprzyło się nagle na początku nowego roku.
Pojechał do pracy, tak jak każdego dnia w ciągu tych czterech, przeraźliwie nudnych lat, a tam już czekała na niego połowa miasteczka. Oczywiście od progu naubliżano mu, co jedynie wywołało niewielki uśmiech na jego twarzy (cieszył się, bo w końcu coś zaczęło się dziać, miał dosyć wypisywania mandatów o treści „źle zaparkowane auto”). Spokojnie więc zrobił sobie kawę i zasiadł za biurkiem, na którym widniała tabliczka „specjalista ds. zabójstw”. Właściwie mógł ją połamać i zjeść, bo w tym miasteczku od ’63 nie było żadnego morderstwa. Przez chwilę z nadzieją obserwował tłum ludzi, kręcąc głową z pogardą na widok sierżanta próbującego każdemu z osobna wyjaśnić przedmiot sprawy. Nawet wyobraził sobie siebie na miejscu sierżanta, jak tłucze pałką policyjną motłoch i wypieprza ich za drzwi. To byłoby chyba zbyt cudowne, dlatego niemożliwe.
- Zaginął młody Sherwood, połowa miasta szukała go przez całą noc, aż w końcu postanowili zdać się na funkcjonariuszy prawa  – burknął sierżant, pojawiając się nagle w gabinecie detektywa Huntera. Czekał chyba na oklaski, bo zamilkł później, wbijając tempo wzrok w przełożonego. Być może składał w głowie kolejne zdanie? Kto  wie. Hunter był jednak szybszy.
- Niech poszukają w jego pokoju, dzieciaki lubią się chować.
-Nie, detektywie Hunter. Przeszukali wszystkie niebezpieczne miejsca w okolicy i naprawdę nigdzie go nie ma – nadzwyczajnie szybko odparł grubiutki sierżant.
-No to chodźmy znaleźć tego dzieciaka – powiedział z udawanym entuzjazmem Joseph, upijając następnie łyk kawy. Narzucił prochowiec i wskazał sierżantowi drzwi. - A może po prostu poszedł po rozum do głowy i uciekł stąd, póki miał okazję – dodał pod nosem tak, by sierżant go nie usłyszał.

*

Dzieciaka Sherwood’ów nie było w jego pokoju. Nie było go także w salonie, u sąsiadów, w barze, sklepie, ani na stacji benzynowej (ośrodki kulturowe miasteczka miał więc z głowy). Gdy tylko w miarę się przejaśniło przywieźli psy tropiące, a jego telefon rozdzwonił się i za cholerę nie chciał przestać ujadać. Żałował, że nie zostawił go w domu. Zrozumiałby, gdyby dzwonili do niego rodzice gówniarza. Ale nie. Wydzwaniała do niego Lea, dopytując się o przebieg poszukiwań, jego przemyślenia, kończąc na oskarżeniach, że do niczego by nie doszło, gdyby był lepszym detektywem i bardziej przejmował się losem mieszkańców.
Zirytowany przeszukał każdy zaułek tego popapranego miasteczka, a dzieciaka nadal nie było. Spędził nad sprawą kilka dni, z nosem w papierzyskach, zeznaniach i łzach matki. Następnie spędził tygodnie w domu, z nosem w papierzyskach, zeznaniach i łzach swojej żony. Dzień rozpoczynał się krzykiem, kończył płaczem. Pracował, gdy ona była w szkole. Do chwili, aż dostała zwolnienie od psychiatry.
Od tej chwili było już tylko gorzej.
Dzień zaczynał się krzykiem, który trwał przez kilka godzin, później znosił bicie, kopanie i tarzanie się po dywanie u jego stóp, następnie były przeprosiny i prośby, by Joseph wziął się w garść i odszukał dzieciaka, bo to „takie dobre dziecko”, a jeszcze później były piski, krzyki, kończyło się na płaczu w łazience (musiał wtedy sikać na dworze).
Jednak w końcu przywykł do tego, zagrzebany w papierach nie zwracał na żonę uwagi, nawet gdy podchodziła do niego z nożem kuchennym, grożąc że go zabije. Być może to była po części jego wina, powinien zaprowadzić ją do specjalisty już dawno. Ale wiadomo jak to jest w małych miasteczkach. „Patrzcie, do czego doprowadził ją ten facet”. „Biedna Lea wyszła za bezdusznego aroganta”. „Od początku nam się nie podobał”. I tego typu docinki, wypowiadane w taki sposób, by Hunter  je słyszał.
Przełom nastał wiosną. W chwili, gdy lód na jeziorze stopniał (na ile to było możliwe, nie oszukujmy się), gdy na niebie w końcu pojawiło się słońce (cholerne chmury wisiały tam chyba bez ruchu przez większość czasu), a ludzie, którzy chcieli spalić Josepha na stosie mogli w końcu zacząć zbierać suche patyki w lesie. Dzień rozpoczął się wyjątkowo spokojnie, gdy robił sobie kanapkę cisza aż raziła go po uszach. Nic też dziwnego, po całej zimie spędzonej na wysłuchiwaniu chorej żony. Po obejrzeniu porannego programu w TV, wypiciu kawy i serii pompek zaczął się zastanawiać, czy Lea nie popełniła może samobójstwa. Właściwie to może i by się ucieszył, choć może dziwnie by to zabrzmiało.
Zrobił sobie jeszcze jedną kanapkę i powędrował do łazienki, gdzie przeważnie spędzała poranki jego żona, wymiotując do umywalki. Obok był sedes, ale robiła to specjalnie, Hunterowi na złość, by nie mógł umyć normalnie zębów i żeby zaczynał poranek od przepychania zlewu. Nie, Lea nie była w ciąży. Nie sypiali ze sobą chyba od ’63, zresztą i tak sypiała na materacu, bo godność nie pozwalała jej zasypiać przy kimś takim jak on. A Hunter? Miał to gdzieś. Ale Lei nie było w łazience, zresztą jej rzygowin w umywalce też nie. Zdziwił się, pozytywnie. Poszedł do sypialni, ale nawet tam jej nie było. Wrócił do kuchni, napił się mleka prosto z kartonu i wtedy to dostrzegł. Koperta leżała na stosie dokumentów i notatek Huntera, widniało na nim jego imię, zapisane odręcznie przez Leę. Bez namysłu zajrzał do środka, a to, co tam znalazł zaskoczyło go bardziej, niż telefon, który otrzymał chwilę później.


Nad jezioro dotarł chyba jako jeden z ostatnich. Było tam już całe zasrane miasteczko, płacząca matka, odgrażający się mu ojciec, łkające kobiety, wrzeszczący mężczyźni. Wszyscy,  oprócz jego żony. Może to i lepiej? Dwóch policjantów w dmuchanym pontonie wyciągali z wody zwłoki dzieciaka spuchnięte do ogromnych rozmiarów (jak na gówniarza), a wszyscy wiedzieli bardzo dobrze, że to dzieciak Sherwood’ów. Mógł zamknąć śledztwo, wraz z całym tym cholernym etapem życia. Od tej chwili mogło być już chyba tylko lepiej.
Nawet nie zauważył kiedy dostał w pysk od syna Sherwood’ów. Oszołomiony wytarł krew z pękniętej wargi i wrócił do auta. Ruszył prosto na posterunek, wyciskając z zapuszczonego auta ostatni dech. Zanim dogonił go „pościg” zdążył zapakować w karton swoje rzeczy (niektóre po prostu wrzucił do kubła na śmieci) – kubek, pojemnik na długopisy z zawartością i kaktus, jedyny kwiat który mógł tu przeżyć – po czym wrócił do auta i zapuścił silnik. Wtedy też obok zaparkował sierżant-idiota i podbiegł do niego, licząc chyba na pochwałę.
- Detektywie, pan się gdzieś wybiera? Możemy zakończyć sprawę, trzeba zrobić notatki…
- Zrób notatki, sprawę zakończy ktoś, kogo przyślą na moje miejsce. Ja spadam z tego grajdołka – zatrzasnął drzwi samochodu i ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą osłupiałego sierżanta, żądne mordu twarze mieszkańców i całą tą popieprzoną Kanadę, której nienawidził od samego początku.

***

W Nowym Jorku nawet powietrze było lepsze. Pachniało pieprzonymi spalinami, ulice zakorkowane całymi dniami, przechodnie sami pchający się pod maskę auta… Hunter aż zaśmiał się pod nosem. Stojąc w korku, oczywiście. Pił paskudną kawę w papierowym kubku, jadł burgera i śpiewał głośno, cholernie fałszując. Znalazł sobie niewielkie mieszkanie, w którym nie było nawet grama tandetnych, kanadyjskich gadżetów, dostał przydział do biura, gdzie w końcu mógł rozwijać swoją specjalność, zmienił auto na nowszy model i zadbał o jego wygląd. Dopóki było ciepło spędzał czas wolny na powietrzu – biegał, jeździł rowerem, czytał książki i robił notatki w parku – gdy zrobiło się chłodniej przeniósł się z notatkami do knajp, a gdy przyszła zima postawił na studio fitness. I nadal biegał, jeździł rowerem, chodził na siłownię.
I pomimo tego całego pośpiechu, wielkości i obojętności, a może właśnie dzięki temu, czuł się cholernie szczęśliwy.
Niedługo przed końcem roku otrzymał plik dokumentów, według których oficjalnie nie był już mężem Lei. Mógł więc zacząć nowe życie.


__________
[Witam ponownie, zaczynam tradycyjnie, po nyc-owsku, z notą, mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem brzydkimi słówkami i takimi tam, spędziłem nad tym prawie całą, cholerną noc! :p ]